Blog > Komentarze do wpisu

Rzymianie w nieoczekiwanych miejscach

Ann Leckie, Ancillary Justice, Orbit Books 2013

 

 

Spojlery, ALE TYLKO TE PODSTAWOWE, JAK PODEJRZEWAM - staram się nie zdradzać kluczowych rozwiązań i przebiegu akcji

 


 


 

A tak. Książka z 2013 w kategorii "Kanon". Bo wygrała, co było do wygrania: Hugo, Nebulę, Locusa, BSFA Awards i nagrodę Clarke'a.

I wiecie co? Ani trochę się nie dziwię.

 

Rusty i Fabulitas zaintrygowały mnie tą książką na tyle, że po nią sięgnęłam (OK, gdyby nie one, może bym sięgnęła przez ten deszcz nagród, ale pewnie nieprędko, stosik pt. "Do przeczytania" mam imponująco frustrujący); dzięki Rusty dorwałam się w końcu do egzemplarza powieści i przeczytałam w dwa dni (a byłoby szybciej, gdyby nie Nieplanowana Całodniowa Wyprawa Do Pracy...). I powiem szczerze, jestem pod ogromnym, ogromnym wrażeniem.  

 

To jest powieść, za jakimi w fantastyce tęsknię: literatura, nie tylko opowiedziana historyjka. Leckie bardzo efektownie eksperymentuje w Ancillary Justice z narracją. Z jednej strony pozostaje w konkretnej tradycji, nie wpada w stylistyczny czy językowy eksperyment, z drugiej - jej nietypowość, nawet w ramach gatunku, wyznacza fakt, że narratorem jest nie-człowiek, a nawet nie-istota-żywa. Leckie trochę tu kontynuuje, na moje luźne skojarzenie, coś, co LeGuin zrobiła w mojej ukochanej Lewej ręce ciemności, kiedy oddała głos Getheńczykowi i kazała mu/jej patrzeć na Ziemianina i go oceniać. Ta chłodna, dystansująca narracja pozwala uważnemu czytelnikowi zobaczyć Radch i jego podejście do podbojów i wojny lepiej, wyraźniej, niż gdyby autorka dała nam stronę za stroną emocjonalnych opisów mordu i przelewu krwi. Dwa krótkie passusy dość wcześnie w powieści: Breq opisująca, jak wygląda Valskaay i potem, parę rozdziałów później, wspomnienie o tym, że tego wszystkiego już nie ma - krótkie, nieemocjonalne, a jednocześnie impresyjne, malarskie niemal - zmroziły dorosłą-mnie co najmniej tak, jak parę dekad temu wczesnonastoletnią-mnie zmroziła pewna scena w pewnym filmie, obejmująca Gwiazdę Śmierci i Alderaan... To, że Breq jest z jednej strony (przynajmniej póki jest Justice of Toren) wszechwiedząca i wszechobecna, że zna każdy fizjologiczny detal i może w każdej chwili obserwować swoich oficerów, a z drugiej - że będąc tym, czym jest, nie zawsze tak naprawdę pojmuje, czemu i po co i z jakiego powodu ktoś coś czuje, robi, decyduje się na coś - to wszystko sprawia, że jest ona fascynująca jako narratorka. 

Leckie jest przy tym pisarką szalenie sprawną (aż trudno uwierzyć, że to debiutancka powieść!) i potrafi posługiwać się sztuczkami uzależniającymi czytelnika od lektury - jak w przypadku ostatniego zdania rozdziału 9, które zapowiada wyjaśnienie motywacji bohaterki - wyjaśnienie, na które bardzo czekamy; autorka w 10 przeskakuje do drugiego planu akcji, 11 zaczyna od powrotu do ostatniego zdania 9, nic jednak czytelnikowi nie wyjaśniając (nie chcę spojlować, ale to jest coś w rodzaju - rozdział 9, ostatnie zdanie: 'Zaczęłam wyjaśniać, czemu mam taki plan'. Rozdział 11, pierwsze: "No więc powiedziałam i zajęło mi to dużo czasu"). A takich zagadek jest więcej. Dlaczego narrator/ka-statek kłamie tutejszemu Imperatorowi w kwestii tego, kiedy ją ostatnio odwiedził? Zdanie Justice of Toren, when did I last visit you? powtarza się kilkakrotnie; za każdym razem Breq/One Esk odpowiada fałszywie, zazwyczaj nie wie, czemu; a my też nie wiemy i nie możemy, och, jak ja nie mogłam doczekać się tej prawdziwej odpowiedzi.


Ten narracyjny eksperyment pozwala też Leckie, paradoksalnie, na pogłębienie charakterystyki postaci. I nie chodzi tu tylko o niepewność go do ich płci. Owszem, to jest ciekawy i efektowny zabieg, mnie akurat się podobał: serio i szczerze, poza Seivardenem (w przypadku którego jego męską identyfikację potwierdza doktor Strigan) nie jestem do końca pewna płci żadnej z postaci w powieści. I dobrze: takie ewidentnie było założenie Leckie. Na poziomie konstrukcji świata jest to jak najbardziej wytłumaczalne - dla wielu współczesnych kultur zachodnich domyślną płcią przy np. ogólnych stwierdzeniach jest "on" (1), tu autorka chciała inaczej -  nie po to, jak sądzę, żeby się tylko pobawić w politycznie poprawny eksperyment literacki. Leckie robi to, podejrzewam, żeby nas wytrącić z czytelniczej pewności, z automatycznej lektury. Zazwyczaj przecież, jak jest powiedziane - doprecyzowane - "ona", zakładamy, że na pewno chodzi o kobietę. No niekoniecznie, nie tutaj: przez sporą część pierwszych rozdziałów widziałam Seivardena jako plus minus Adelaidę Brook z Waters of Mars po załamaniu nerwowym, bo założyłam, że skoro jest she w języku, to musi być i she w realu... Zarazem ten zabieg służy, efektownie, do budowania obcości - obcości Radchaai w stosunku do nas, czytelników, ale i obcości narrator-a/-ki wobec kultur, tych nie-Radch, wśród których usiłuje się ukryć, nie zdradzając swojego pochodzenia i tego, kim jest.

Przy pomocy tego samego zabiegu - widzimy bohaterów oczyma Breq, a to znaczy, że widzimy ich w specyficznym i mocno krzywym zwierciadle - autorka komplikuje i różnicuje charakterystyki postaci. Specyficzny ogląd Breq sprawia, że pewne cechy postaci, ich stosunek do samej Breq/One Esk musimy doczytać między wierszami i się ich domyślić, nie mamy danych wprost i w oczywisty sposób. Opisani wprost, w trzecioosobowej narracji, Awn i Seivarden wydaliby się oczywiści: jedno z awansu społecznego, wrażliwe, ambitne i dumne, ale sprawiedliwe wobec tych, którymi zarządza, i godne zaufania; drugie pyszne, gwałtowne, odważne, ugruntowane we własnej klasowej i rodowej wyższości i nie mogące znieść jej utraty, cierpiące, ale gotowe na poświęcenia i jakoś tam, dziwacznie, lojalne. Widzimy ich jednak oczyma Breq: w czynnościach i zachowaniach, w krótkich migawkach; znacznie trudniej nam ich poznać, znacznie trudniej uchwycić ich charaktery, zobaczyć rozwój. Nie od razu też widać coś, co w mniej więcej w połowie powieści wydaje się oczywiste: że Breq kocha jedno z nich. I, tak po prawdzie, trudno się dziwić, bo jako czytelnik mam wrażenie, że za swój upór, lojalność i wewnętrzną uczciwość ta postać na całą tę miłość  - Breq i czytelnika - zasługuje. Ta miłość i szacunek sygnalizowane są delikatnymi, subtelnymi podpowiedziami - uwagą, że są tacy oficerowie, których ich statek nie kocha, z implikacją, że są i inni, obserwacjami Breq o reakcjach One Esk, o jej emocjach. No, i nie widać, aż niemal do końca, co łączy Breq z tą drugą osobą - ale tego nawet sama Breq nie widzi i nie pojmuje.

Ale i sama Breq jako postać jest fascynująca. Jest przecież czystym paradoksem - widzimy jednocześnie rozwój i rezultat rozwoju kogoś, kto rozwijać się i zmieniać z definicji nie powinien; widzimy, jak z wielości kształtuje się jednostkowość, indywidualność. One Esk, która kocha muzykę; i która uczy się kłamać; Breq, która poświęca lata, lata, na coś tak bardzo ludzkiego, jak zemsta. Dwoistość i jednostkowość, rozpad i kształtowanie się osobowości wydają się zresztą jednym z kluczowych motywów powieści Leckie. I bardzo bym się chętnie o tym rozpisała, ale nie teraz, nie teraz, bo... nie.

Spoiler, do podświetlenia jakby kto chciał: z

Zastanawiam się, w jakim stopniu historię emancypowania się ancillaries - One Esk i jej zamiłowania i emocje, rozpad osobowości Anaander Miaanai - da się czytać jako pewnego rodzaju metaforę emancypacji w ogóle, uwalniania się z niewoli. Summa summarum, mówimy tu przecież o końcu bardzo radykalnie rozumianego niewolnictwa - to jest więcej niż zyskująca świadomość maszyna, to jest przemocą pozbawiona własnej osobowości ludzka istota tę osobowość odzyskująca....Nie chodzi oczywiście o to, że Lec kie pisze metaforę - raczej o pewnego rodzaju inspirację, model dla tej konkretnej idei w świecie powieści. 

 

W kreacji świata Leckie wydaje się zainspirowana między innymi dziejami i kulturą Rzymu - i to głęboko przemyślanymi i zrozumianymi. Tu jest zdecydowanie więcej niż tylko legiony i imperializm. Rzymski jest sposób i myślenia o podboju - na początku niewyobrażalnie krwawo, choć zawsze pragmatycznie, potem - jak najszybciej trzeba zasymilować lokalne elity i włączyć je w struktury władzy, tak, żeby zaznały, jak dobrze być Radchaai. Rzymska jest religia z jej inkluzywnością (i baaaardzo opornym i powolnym, patrz Rzymianie i Żydzi, przyswajaniem sobie idei, że ktoś może być mniej więcej monoteistą). Rzymskie, wreszcie, jest specyficznie zorganizowane społeczeństwo, z rozbudowanym hierarchicznym systemem kliencko-patronalnym, z kluczową rolą rodu i z poczuciem, że tylko bycie Radchaai oznacza bycie cywilizowanym. Zarazem Radch nie jest tylko automatycznym przeniesieniem Rzymu. Pewne motywy i koncepcje, jak choćby głęboko zakorzeniona klasowa hierarchia oparta na pochodzeniu i na roli, jaka odgrywa dany ród, wydają się - choć teoretycznie dałyby się odnieść do rzymskich realiów - bliższe temu drugiemu imperium par excellence: wiktoriańskiej Anglii z całym sformalizowaniem jej relacji społecznych i bagażem kolonialnych i klasowych uprzedzeń. Tam jest ten jadowity dialog o zdegradowanej, summa summarum, porucznik Awn, w wykonaniu kole-gów/żanek z załogi:

'She doesn’t have breeding' (...) 'Her parents are cooks,' Lieutenant Issaaia continued. 'I’m sure they’re excellent at what they do. I’m sure she would manage a kitchen admirably. (...) I can only imagine how difficult it must be, to be bred to be a servant and instead of taking an assignment that truly suits, to be thrust into a position of such authority. Not everyone is cut out to be an officer'.

Przy całym istnieniu skomplikowanych hierarchii i stratyfikacji społecznych w Rzymie - ten akurat argument, to myślenie zajeżdża mi na kilometr wiktoriańską mentalnością. Do tego co najmniej parę motywów ma swoje źródła w imperium chińskim - część mentalności, wróżby, idea przeznaczenia... Wszystko to jest przy tym wpisane w efektowną i pomysłową wizję rodem z SF. Gatunkowo - paradoksalnie, przy jej psychologicznym skomplikowaniu - powieść Leckie najbliżej bodaj do space opery. Leckie nie szafuje pomysłami, nie zarzuca czytelnika milionem gadżetów i pomysłów na świat przyszłości (co ja, owszem, lubię, ale czego brak mi absolutnie nie przeszkadza, to nie jest zarzut), niemniej wyposaża stworzony przez siebie świat w dostateczną ilość technicznych i - powiedzmy - społecznych wynalazków, żeby świat, który kreuje, wydawał się czytelnikowi fascynująco obcy i par excellence fantastyczny. Przy tym jeszcze, żeby dodatkowo namieszać, fabuła jako taka ma w zasadzie awanturniczo-kryminalny niemalże charakter. Jej główną sprężyną są z jednej strony polityczne intrygi na imperialną skalę, z drugiej - stara, dobra, ciągle IMHO najlepsza jako motywacja postaci w tym konkretnym gatunku opowieści: zemsta, osobista, emocjonalnie motywowana zemsta za coś, co się stało dawno, dawno temu, co zrobił bohater, co mu zrobiono; a wszystko to nieoczywiste, skomplikowane (jak się ma One Esk do Justice of Toren? Jak, tak naprawdę, ocenić bizantyjskie intrygi skupione wokół władcy i ich ewentualne znaczenie dla świata i ludzi - całego świata, całej ludzkości, nie tylko Radch?). Do tego jeszcze dochodzi fakt, że po tysiącu lat nawet tradycyjne imperium nie będzie takie samo (och, jak się tu Leckie sprytnie wywinęła z pułapki niezmienności kultury, w którą pisarze tak często wpadają!) - i mamy świat niejednoznaczny, nieoczywisty, a jednocześnie - barwny i na tyle szczegółowo opisany, żeby czytelnikowi zapaść w pamięć.

 

I wiecie czemu jeszcze w kategorii "Kanon"? Bo podejrzewam, że już w nim zostanie. Och, jaka to jest dobra książka.



(1) Mam na myśli częste zdania w rodzaju "Instrukcja: w przypadku pożaru powinieneś zachować spokój" czy "A doctor must do his duty"). Tak, wiem, że to się zmienia, ale od wcale nie tak dawna.

PS. Tytuł by fabulitas, dzięki :)

wtorek, 09 września 2014, ninedin

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2014/09/09 19:43:27
To ja tylko dodam, że oprócz bardzo 'ciasno" poprowadzonej narracji, ciekawych pomysłów fabularnych, zabaw z czytelnikiem, epickiej space opery, awanturniczej powieści i dobrego SF najbardziej podobały mi się dwie rzeczy: to, że zaczynałam czytać książkę o dwóch bucach, a kończyłam czytać książkę o dwójce złamanych ludzi, których miałam ochotę otulić kocem i napoić herbatą. I subtelny humor.
-
2014/09/09 19:51:37
O, tak. Zdecydowanie.
Ja zaczynałam o dwojgu, nie o dwóch, ale chyba o to Leckie chodziło :P
-
2014/09/09 20:43:13
BTW właśnie: jak widzicie płeć głównych bohaterów?
Moje typy są następujące:
Breq - kobieta, choć nie mam konkretów na poparcie, poza faktem, że bohaterka jako nosicielka idei honorowej, było nie było, zemsty, wydaje mi się ciekawsza
Seivarden - mężczyzna, i to akurat jest potwierdzone w tekście, o ile mnie pamięć nie myli
Awn - kobieta, choć znowu na wyczucie
Skaaiat - j.w., romans między nimi przez całą powieść wydawał mi się romansem między dwiema dziewczynami; bez dowodów; ale jeżeli któreś z tej dwójki miało być mężczyzną, to Skaaiat (choć to nie mój headcanon :P)
Anaander Mianaai - mężczyzna, ale tu mi może włazić rzymski-i-nie-tylko stereotyp imperatora; serio, kobiety-cesarzy spotyka się w popkulturze zdecydowanie rzadziej.
-
2014/09/10 08:41:46
Tylko prześliznęłam się wzrokiem po wpisie, bo Twoje komentarze na fb tak mnie zachęciły, że zamierzam złapać się za książkę, kiedy tylko się uda, a lekturę wpisu zostawię sobie na deser.
Można prosić o coś więcej na temat stosika oczekujących?
-
2014/09/10 10:22:31
Ja po wizycie u Jen Shinnan odniosłem wrażenie, że Skaaiat to jednak mężczyzna (a Awn to kobieta, owszem), aczkolwiek to wszystko jest tak nieostre, że można interpretować w obie strony.
-
2014/09/10 12:21:58
Och, jak ja czekam na drugi tom! I już się cieszę na nowe dyskusje :D
-
2014/09/10 16:02:00
Przy czym, żeby sprecyzować, pytanie było o płeć biologiczną, nie o autoidentyfikację, ofkorz.
-
2014/09/10 16:29:23
No autoidentyfikacja Breqa jest dosyć prosta: "it doesn't matter".
-
2014/09/10 17:08:03
Rusty: no dokładnie, stąd doprecyzowanie :)

Allegra: może by osobny wpis o stosiku, hmmm.
-
2014/09/10 19:51:39
To oczywiste, ale nie śmiałam sugerować :-D
-
2014/09/10 23:24:30
@ No autoidentyfikacja Breqa jest dosyć prosta: "it doesn't matter".

Rusty, ale zdajesz sobie sprawę, że twoja deklinacja mówi co innego (Ninedin pisze o Breq jak o kobiecie, ty piszesz o Brequ jak o mężczyźnie)? ;-)
-
Gość: harpijka, *.static.chello.pl
2014/10/16 22:54:36
Chcę pojąć za żonę ten wpis.
-
2014/10/18 17:16:50
I mnie przywiało, bo chciałam przeczytać więcej niż pisała Rusty Angel. Teraz już jestem pewna, że muszę tę książkę przeczytać.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...