Blog > Komentarze do wpisu

Książki zbójeckie (po raz któryś)

Nie bardzo nadaję się do napisania dzisiejszej notki. Czemu się kiepsko nadaję? A bo np. nie jestem, tak naprawdę, w fandomie, którego dotyczy; nie znam się za bardzo na polskiej fantastyce i na dodatek sama mam niespełnione ambicje literackie, więc zaraz wyjdzie, żem zazdrośnica. OK - pod jednym względem czuję się komfortowo: kiepsko im idzie polemizowanie z cudzymi poglądami, ale na moje szczęście ta notka nie ma bynajmniej być polemiką. Inspiracją do niej były po pierwsze, artykuł MRW w gazeta.pl, po drugie - dyskusje wokół tegoż artykułu, toczące się i w sieci, i na blogach, i na fejsbuku.

 

http://algesiras.free.fr/highgarden.html

fanart do Swordpoint jako ilustracja, bo tak. Stąd. Warto wejść i obejrzeć więcej.


Artykuł MRW wkurzył mnóstwo ludzi, bo jest, w swojej formie, prowokujący do granicy trollerki. Nie zamierzam tu z nim polemizować - ze sporą częścią diagnoz z artykułu, jak ta o przewadze postaw politycznie i obyczajowo prawicowych w polskiej fantastyce literackiej, mogę się zgodzić; z doborem przykładów mogłabym debatować (Barnim Regalica to jednak jest postać chyba dość radykalnie niszowa i pokazywanie akurat jego poglądów jako reprezentatywnych dla środowiska nie do końca mnie przekonuje), ale to nie mój tekst i rozumiem, że autor miał swój cel w dobraniu takich, a nie innych przykładów.

Bardziej chyba chciałabym dzisiaj - biorąc tekst MRW jako punkt wyjścia - zastanowić się, jak to jest z tym pisaniem i czytaniem, zwłaszcza zaś - czytam między wierszami.

Zacznijmy może od początku: nie ma chyba czegoś takiego, jak literatura kompletnie niezaangażowana. Tu będę się bić i głośno protestować, jeżeli ktoś mi spróbuje udowodnić, że jest inaczej. Literatura (zresztą kultura w ogóle, ale tu i teraz rozmawiamy o literaturze i to, zaznaczmy to od razu, tej popularnej) niekoniecznie przy tym mówi o tym w sposób otwarty, ba - w ogóle może o tym nie mówić. Nawet jeżeli kompletnie nie mówi, pokazuje jednak pewną wizję świata i rzeczywistości, a ta wizja zawsze wskazuje na taką czy inną konstrukcję świata i rzeczywistości, jeżeli nie afirmowaną, to przynajmniej prezentowaną jako oczywista i w związku z tym obowiązująca. Weźmy jakiś tekst, który ma służyć czystej rozrywce, wyłącznie rozrywce i rozrywce jako takiej i w którym żadnej, że się wyrażę, ideologii wprost wygłaszanej i deklarowanej nie ma. Taką, bo ja wiem, Sagę o Ludziach Lodu.
W tomie albo drugim, albo trzecim (niestety, Cedroo już nie zagląda na tego bloga, a szkoda, bo on by wiedział) za mąż wychodzi córka pierwszej pary głównych bohaterów, Tengela i Silje. Dziewczyna źle trafia: nauczona w domu, że seks to nic złego, a kobieta ma prawo do przyjemności w łóżku, zostaje w noc poślubną uznana przez męża za dziwkę i kobietę niemalże przeklętą. I nie, Margit Sandemo nie musi nam nic mówić o feminizmie, poglądach na rolę kobiety ani stosunku do seksu - wychodzi to jasno jak słońce w jej (kompletnie ahistorycznej, na siłę uwspółcześnionej i średnio napisanej) bohaterce i jej biografii. Przepraszam za to stwierdzanie rzeczy absolutnie oczywistych, ale wydaje mi się, że warto na początek czasami o rzeczach obrzydliwie oczywistych jednak przypomnieć, na tzw. wszelki wypadek.

No to skoro oczywistości mamy za sobą (wybaczcie jeszcze raz, za dużo lat chyba byłam belfrem), to może pora byłaby zacząć. Punktem wyjścia jest dla mnie tekst MRW i nie tyle polemika z nim, co dyskusja na zbliżone tematy. Chodzi w tym wszystkim, na moje niedoskonałe rozumienie, o dwie różne rzeczy. O czytanie i pisanie. Na jedną z nich można mieć jakiś wpływ, na drugą chyba niekoniecznie.

Kwestia pisania to ta, o której łatwiej rozmawiać. Zgadzam się, jak już mówiłam, z generalnym wnioskiem MRW: z mnóstwa polskich tekstów fantastycznych wyłania się obraz świata z lęków i obaw (raczej niż z marzeń i wyobrażeń) osoby o poglądach konserwatywno-prawicowych. Ten blog nie jest o moich poglądach ani o sprawach osobistych, ale chyba każdy znający więcej niż 2-3 notki czytelnik raczej widzi, że to nie są moje lęki ani moje obawy. I że owszem, brakuje mi w polskiej fantastyce postaci, motywów i wątków, które odzwierciedlały MOJE lęki, moje obawy, moje wyobrażenia i marzenia. Pisałam o tym jakieś piętnaście tysięcy razy na tym blogu, kiedy jeszcze miałam ambicje i wydawało mi się, że jak coś dostatecznie mocno powtórzę, to ktoś się przejmie - brakuje mi dramatycznie w polskiej fantastyce postaci, które odzwierciedlałyby nieco inne doświadczenia i punkty widzenia niż Prawdziwy Mężczyzna rodem ze stereotypów. Dla Jacka Dukaja, którego twórczość cenię, bo do mnie trafia forma, tego, jak pisze, akurat postacie nie są specjalnie mocnym punktem, jest Anna Kańtoch, do której twórczości się bardzo przekonałam, i... co? Sapkowski z życiowo i erotycznie dwuznaczną Ciri? Ale kiedy to było, plus jedna Ciri wiosny nie czyni. Jest, owszem, coraz więcej silnych bohaterek (urban fantasy Anety Jadowskiej, na ten przykład, choć to nie całkiem moja literatura), i to jest fajne; ale one jakoś tam od czasów Sapkowskiego, czyli de facto od początków polskiej fantastyki, były. Ale jakby ktoś np. chciał główną postać podobną do Aleca Campiona (Ellen Kushner, Riverside), Breq (Ann Leckie, Ancillary Justice), czy nawet, żeby pogrzebać głębiej w historii fantastyki, duetu Genly Ai - Estraven i ich dziwacznej próby zrozumienia, mimo wszelkich przeszkód, wzajemnej obcości - no to, cytując Shreka, se jeszcze poczeka.

Ale właśnie: poczeka, a może się doczeka, to się zmienia. To nie jest tak, że polska fantastyka jest siłą zawłaszczona przez zwolenników jednej opcji, choć tak, fakt, że są to poglądy podzielane przez redakcję absolutnie najważniejszego branżowego pisma, jest na pewno ważny i znaczący. Niemniej, jest z całą pewnością miejsce w polskim świecie literackiej fantastyki dla bohaterów innych i bardziej zróżnicowanych i dla fabuł, do których będą oni/one pasować. Trzeba te powieści napisać (niełatwe), trzeba się z nimi przebić do wydawcy (trudniejsze), trzeba znaleźć ludzi, którzy to zechcą czytać (najtrudniejsze, w sumie). Wiem, jako niespełniona nieopublikowana grafomanka jestem ostatnią osobą, która powinna krytykować pisarzy lubianych i cenionych w Polsce za to, że nie piszą tak, jak ja bym chciała - wystawiam się na łatwy zarzut, że dobrze, że tak nie robią, zważywszy na ilość moich tekstów, które zechciało jakiekolwiek wydawnictwo. Ale właśnie o to chodzi - może to nie ja mam to napisać, ale tu zmiana przyjdzie, prędzej czy później, głośniej lub ciszej, ale przyjdzie.

Jest jeszcze druga kwestia, która pojawia się w tekście MRW, kwestia czytania. To ona jest, moim zdaniem, bardziej problematyczna, bo nawet myśląc o tym, czuję się jak w błędnym kole. Nie nauczono ludzi czytać; czytają płytko i banalnie, wyciągają najprostsze, prymitywne wnioski, przy czym dostosowują to, co czytają, do posiadanych już albo ledwie się krystalizujących poglądów, często takich, które samego autora wprawiłyby w płacz rozpaczy (patrz, żeby uniknąć podanych przez MRW przykładów, Alan Moore i jego reakcje na czytelników widzących w Rorschachu jedynego sprawiedliwego). W efekcie, podsumowuje (mam wrażenie, że podsumowuję, to jest moja interpretacja tekstu MRW) fantastyka wychowuje nam kolejne pokolenia korwinistów.

Jako belfer z dwunastoletnim stażem nie będę się kłócić o umiejętności czytania ze zrozumieniem, bo - no, bo nie. Z miliona powodów, na czele z tym, że akurat lekcje literatury w polskiej szkole mogłyby wyglądać inaczej (acz sama pamiętam z lat wczesnych 90. dyskusję z inteligentnym skądinąd kuzynem, którego w Tolkienie najbardziej zachwycało, że to taki wspaniale ateistyczny i kompletnie pozbawiony mistycyzmu czy, że się wyrażę, duchowości, świat, więc z tym czytaniem ze zrozumieniem dawniej też różnie bywało). Natomiast główny problem mam z ideą, że można nauczyć kogoś czytać lepiej, głębiej, nie łapać się pierwszej myśli. A mam problem, bo generalnie mam problem z ideą, że coś można czytać lepiej lub gorzej. Problem mam co najmniej od czasu zakochania się w powieściach C. S. Friedman. Sama Friedman za jasną cholerę i nijak nie mogła zrozumieć, skąd się biorą sporej części jej czytelniczek idee każące widzieć w dwóch głównych (i zdeklarowanych przez pisarkę jako heteroseksualni - wszelkie ich obiekty erotycznych zainteresowań, zarówno przeszłe, jak i te w czasie akcji, są kobietami) bohaterach parę kochanków, a przynajmniej - zakochanych. A ja miałam tak: z jednej strony na tym etapie (piętnaście lat temu, ludzie!) słowo autorki było dla mnie święte, a ona powiedziała wprost, że nie, nic z tych rzeczy. Z drugiej strony, nawet ówczesna ja, wierząca w powyższe, miałam głębokie odczucie (wyrażone w krążącym do dziś, niestety, po necie eseiku na ten temat), że emocje łączące bohaterów są - mocniejsze niż to, co nam autorka podpowiada; że widząc Tarranta oczyma Damiena, widzimy go zmysłowo, sugestywnie opisanego: to, jak jest nieludzko urodziwy, jak się rusza, jak chodzi z wdziękiem dzikiego zwierzęcia - i jak boli Damiena, od pewnego momentu, fakt, że Tarrant cierpi, trudno się oprzeć wrażeniu, że widzimy coś więcej, niż kumpelstwo i lojalność. Nie, nie twierdzę, że ich relację trzeba czytać jako relację kochanków, ba, sama jej tak nie czytam; twierdzę tylko, że wbrew intencjom autorki jest to możliwe i akceptowalne. Ale jak się powiedziało A, to trzeba i B, jak wolno czytać subwersywnie i widzieć męsko-męski związek miłosny w powieści o facetach hetero, to... no to na odwrót chyba też.
Pewnie, że tu nie ma prostej symetrii, bo w zasadzie po cholerę czytać subwersywnie po to, żeby wyszło nam odczytanie pasujące do koncepcji typowo maistreamowych - nie wiem, czy ktoś ma potrzebę takiej reintepretacji postaci takiego na przykład Aleca Campiona, żeby wyszło, że z Richardem St. Vierem byli tylko kumplami w toksycznym związku koleżeńskim. Nawet teoretycznie trudno mi sobie wyobrazić homofobicznego fana tej konkretnej serii - trzeba byłoby przemodelować znacznie więcej, niż relację Aleca z Richardem. No dobra, mam: fan płci dowolnej, zakochany namiętnie w jednym z bohaterów i chcący go dla swojej fanfikowej Mary Sue płci dowolnej. Nie sądzę, by było takich osób wiele.

Ale wracając, bo wpadam w dygresje. Czytanie.
Czytanie i książki zbójeckie.

Tu mam problem, przyznam.
Jak ktoś sobie chce zadać trud i wygrzebać na blogu moją starą notkę o Zmierzchu i jego szkodliwości, nie polecam, bo sama dzisiaj się ze sporą częścią własnych tam refleksji nie zgadzam. Dzisiaj ta notka ma tylko jeden sens: przypomina mnie samej, że kwestia czytania i szkodliwości literatury od dawna już mnie dręczyła. O Meyer napisałam wtedy, że wydaje mi się, w swojej konserwatywnej wizji świata, kobiet i seksu mniej szkodliwa, niżby się zdawało, bo odpowiada raczej na potrzeby pewnej fazy w życiu młodej dziewczyny - fazy, kiedy nielogicznie i bez względu na cenę tęskni się za szalonym uniesieniem i wielkimi emocjami, takimi czy innymi; Meyer daje szaloną miłość, ja z moich fascynacji z tego okresu pamiętam obsesję na punkcie dramatycznych przygód na granicy życia i śmierci, kapitan Nemo, te sprawy. Dzisiaj bym była mniej kategoryczna, ale pewnie bym się trzymała ogólnego wniosku, jaki wtedy wyciągnęłam: że owszem, idee Meyer o abstynencji seksualnej, o kontroli mężczyzn nad kobietami, o roli jednych i drugich w związkach mogą kształtować, bo są opakowane w atrakcyjną dla pewnej grupy czytelników historię o One True Love, ale podejrzewam, że większość jednak pozostanie na tej naskórkowej warstwie i na One True Love Story. Jeżeli coś z przesłania do nich trafi, to nie aż tak wiele - nie podejrzewam, żeby czytelniczki szalejące za Edwardem w wieku 13 lat zdecydowały się wszystkie na rezygnację z kariery, żeby w wieku 19 lat wyjść za mąż....

I teraz tak: zaraz mi ktoś zarzuci, że MRW pisał o czytaniu z dziećmi, z małolatami, o uczeniu ich czytania ze zrozumieniem, a ja się tu wywnętrzam na temat subwersywnych odczytań i takich tam. Wszystkim, którzy mają na to ochotę, przypomnę, że ta notka nie jest polemiką, bo z diagnozami MRW, nawet jeżeli nie całkiem z jego doborem przykładów, się w sporej części zgadzam (tak, nawet mimo że uważam, że prowokacyjny ton tego tekstu odwrócił uwagę od jego znaczenia w kierunku instynktownej reakcji pt. "Będę bronić Pratchetta, mojej miłości"; reakcji, z której nie zamierzam się śmiać ani jej krytykować, bo ją całkowicie rozumiem, sama mam tego typu odruchy, ba: sama tu miałam podobny pierwszy odruch i wiem, że jakoś to poświadcza tezy MRW). Nawet z tą, że czytanie płytko i głupio jest niebezpieczne, że literatura jest potężnym i niebezpiecznym narzędziem się zgadzam. Jest. Nie wątpię w to, kawałkiem ulubionym z Mickiewicza o tym, że "ty mnie nauczyłeś czytać" mam ochotę zarzucić. Kształtuje nas tak czy inaczej - ale mam wrażenie, że tak bardzo, bardzo i całkowicie to kształtuje jednak Gustawów, Werterów i Wokulskich, znaczy - inne postacie literackie. W przypadku żywych ludzi działają dodatkowe czynniki, tym mocniejsze oczywiście, im człowiek dojrzalszy, i te czynniki tak czy inaczej się równoważą i znoszą nawzajem; w końcu sama znam osoby, z których bycie wielkimi fanami Narnii nie zrobiło chrześcijan.

Wnioski? Jakie wnioski? Za dużo ich i za oczywiste i za mało jakichś prawdziwie przekonujących. Literatura to potężna broń. MRW i ja mówimy o trochę różnych rzeczach i różnych sytuacjach. Myślenie przy czytaniu jest potrzebne, czytanie bez myślenia bywa niebezpieczne. Kształtuje nas mnóstwo różnych czynników, w tym - idee literackie. To jest, zdaje się, kolejna notka, w której okaże się, że nie mam zdania. Jak zwykle, cholera, człowiek bez właściwości.


niedziela, 28 grudnia 2014, ninedin

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2014/12/28 23:40:47
Chciałbym umieć tak mieć zdanie. jak ty umiesz go nie mieć.
-
2014/12/29 08:49:24
" Nie nauczono ludzi czytać; czytają płytko i banalnie, wyciągają najprostsze, prymitywne wnioski,"

Ceterum censeo: to właśnie najprostsze, prymitywne założenie jest główną wadą artykułu. Ludzi owszem, nie nauczono, bo szkoła w ogóle mało czego jest w stanie nauczyć (nie po to zresztą istnieje; polecam teksty Jacka Kobusa na ten temat). Nauczyli się natomiast sami. I akurat wymienieni wprost korwiniści nauczyli się najlepiej - odcięci na wiele lat od realnej polityki, skupili się na roztrząsaniu subtelnych problemów ekonomii i filozofii, zyskując taką wprawę w myśleniu analitycznym, że dziś typowy kuc na pierwszym roku polibudy stoi intelektualnie wyżej niż najbardziej uznani publicyści lewicowi. Co zresztą szkodzi dyskusji; artykuł MRW sytuuje się tak bardzo poniżej poziomu, do jakiego nawykli bywalcy konserwatywno-prawicowych odmętów Internetu, że trudno im zdobyć się na komentarz inny niż "jebłem", "zabij się" etc., bo też ile razy można tłumaczyć jak dziecku?

Pozdrawiam,
publikowany pisarz ze spełnionymi ambicjami :)
-
2014/12/29 10:23:02
Hmmm, nie zgadzam się. Nie żebym uważała, że polska lewica ma nadmiar wybitnych intelektualistów i tytanów talentu, ale owszem, miewam do czynienia z korwinizującymi studentami (niekoniecznie politechnik) i jakoś en masse w nich tej niezwykłej intelektualnej subtelności nie widzę; ot, studenci jak studenci, czasami bardziej zaczadzeni swoimi ideami, czasami mniej. Podobnie jak niespecjalnie widzę ten superwysoki poziom prawicowo-konserwatywnych kawałków polskiego internetu. Nie będę dyskutować o ekonomii i polityce, bo nie czuję się kompetentna, w zakątkach internetu, o których mówimy, czytuję, jeżeli coś, to publicystykę kulturalną/recenzje literackie i najoględniej mówiąc średnio mnie one powalają swoim poziomem.
Pozdrawiam i gratuluję bycia spełnionym autorem!
-
2014/12/29 10:34:57
A tak w ogóle to może akurat o samej notce MRW lepiej dyskutować gdzie indziej, niż na tym blogu, bo tu w sumie mało kto przychodzi. Może tutaj tutaj lub tutaj, będzie żywiej, a pewnie i tak, ktokolwiek się odezwie tutaj, pójdzie i tam, łącznie ze mną. Plus, dyskusje o samym tekście MRW to nie jest akurat to, co mnie tu i teraz szczególnie interesuje, gdyby mnie interesowało, napisałabym polemikę z nim/apologię jego tekstu, a nie tekst obok.
-
2014/12/29 10:45:00
@ brakuje mi dramatycznie w polskiej fantastyce postaci, które odzwierciedlałyby nieco inne doświadczenia i punkty widzenia niż Prawdziwy Mężczyzna rodem ze stereotypów

Ależ oczywiście, że w takim momencie wyjadę z Brzezińską (tak, tak, do skutku ;-)) No bo naprawdę: rój postaci, najróżniejsze charaktery, mentalność u jednych mniej więcej "taka jak nasza", u innych niezrozumiała, bo opierająca się o niezrozumiałe dla nas wartości.
-
2014/12/29 10:48:48
...czy na wartościach? Czy w ogóle nie opierająca się, a z nich wynikająca albo w nich osadzona? Wiem, co chciałam powiedzieć, ale wyszło - hm, tak sobie.
-
2014/12/29 10:52:05
wiem, Anna Brzezińska - zasadniczy powód, dla którego zawsze się zastrzegam, że nie jestem całkiem kompetentna, jak chodzi o polską fantastykę. Pewnie będzie jak z Kańtoch, przeczytam i będę się zastanawiać, czemu tak długo nie czytałam.
-
2014/12/29 11:27:36
@ninedin
"Nie będę dyskutować o ekonomii i polityce, bo nie czuję się kompetentna"

Pozwól, że zrobię to za ciebie: intelektualna biegłość korwinistów sprowadza się do błyskotliwego przenoszenia na grunt polski argumentów i konkluzji pochodzących z dysput toczących się na amerykańskich prawicowych think tankach w latach osiemdziesiątych, na temat idei, które już w latach dwudziestych były uważane za zleżałe.

(...)odcięci na wiele lat od realnej polityki, skupili się na roztrząsaniu subtelnych problemów ekonomii i filozofii, zyskując taką wprawę w myśleniu analitycznym, że dziś typowy kuc na pierwszym roku polibudy stoi intelektualnie wyżej niż najbardziej uznani publicyści lewicowi.

wtedy i tylko wtedy, gdy wszyscy ich współdyskutanci podzielają te same założenia, zarówno wyznawane świadomie, jaki nieświadomie. W przeciwnym wypadku od razu przechodzą do wyzwisk.
-
2014/12/29 11:37:39
Jestem niewyspany, więc mogę kapkę bredzić.

"I nie, Margit Sandemo nie musi nam nic mówić o feminizmie, poglądach na rolę kobiety ani stosunku do seksu - wychodzi to jasno jak słońce w jej (kompletnie ahistorycznej, na siłę uwspółcześnionej i średnio napisanej) bohaterce i jej biografii."

Myślę o autorce pewnego dobrze sprzedającego się paranormala, której główna bohaterka przeszła z pozycji "nie chcę cię, zostaw mnie" na "jesteś miłością mojego życia!" w czasie jednej nocy wymuszonego seksu i zastanawiam się - czy to aby na pewno przedstawienie własnych poglądów, brak przemyślenia własnego dzieła, czy może tylko zwykły cynizm i pisanie pod publiczkę, która i tak nie zwróci na takie rzeczy uwagę, rozpływając się nad opisami idealnego torsu kochanka. Głównie dlatego, że założenie "poglądy postaci (zwłaszcza głównej) = poglądy autora" pachną mi zbyt daleko idącym - wręcz krzywdzącym, biorąc pod uwagę medium - uproszczeniem.
-
2014/12/29 12:30:41
@Salantor, dwie i pół sprawy.
1. Pewnie, że "poglądy postaci = [zawsze] poglądy autora" to za duże uproszczenie; jeżeli wynika z mojego tekstu, to coś bardzo źle napisałam, przepraszam. I oczywiście również są postacie, które dla autora takimi nośnikami są, to też chyba nie ulega wątpliwości: są takie teksty (nie wszystkie, nie zawsze), gdzie się taką postać znajdzie i łatwo zidentyfikuje (co nie zawsze samemu tekstowi wychodzi na dobre).
2. Jak chodzi o te inne powody: zapewne oczekiwania czytelnika (czyli pewien autorski cynizm) odgrywają sporą rolę - to jest, jak podejrzewam, casus cytowanej przeze mnie Margit Sandemo i jej dwudziestowiecznej średniowiecznej bohaterki - powieść jest czysto rozrywkowym proto-paranormal romansem i pewnie taka kreacja postaci bohaterki ułatwia zanurzenie się w świat, nie trzeba się przebijać przez inność, obcość jej motywacji i podejścia. To może być casus Greya, choć tu też mogą mieć rolę do odegrania konwencje gatunku - to był oryginalnie przecież pornofanfik w stylu Harlekin Desire, tam chyba dobry seks musi równać się miłość na wieki (i vice versa).
2.5. A mnie chyba najbardziej interesuje to, co autor deklaruje nie deklarując, co wynika z jego patrzenia na świat i wyłazi w tekście, czy autor tego chce, czy nie. Dam przykład z autorki ulubionej, żeby nie było, że to działa tylko wtedy, kiedy krytykuję. Jeżeli u Celii Friedman pojawia się koncepcja, że magia wymaga kradzieży czyjejś esencji życiowej, czyli, pokrótce, skracania życia innych ludzi, bez ich wiedzy i woli, i jeżeli w związku z tym aksjomatem w jej świecie jest to, że kobiety nie mają magii, bo ich naturalna funkcja jako matek i opiekunek czyni takie używanie magii niemożliwymi dla nich, to to mówi coś dosyć wyraźnie o tym, jakie jest CF zdanie o naturalnych predyspozycjach kobiet jak i o różnicy między kobietami a mężczyznami. To mniej więcej miałam na myśli, pisząc o tym, że trudno (zwłaszcza w literaturze gatunków) uniknąć jakiegoś pokazania pewnych własnych idei i poglądów.
-
2014/12/29 16:26:16
@ninedin
1. Trochę u Tiebia, ale to raczej refleksja natury ogólnej. Z deka za często spotykam się z opiniami w stylu "Autor X przez postać Y tłumaczy, że...", co, mam wrażenie, stanowi jakiś relikt czasów szkolnych. Jak w tym sucharze o żółtych zasłonach, które według nauczyciela symbolizują smutek i tęsknotę za ojczyzną, ale dla autora są po prostu żółte. Co jeszcze od biedy mogę zrozumieć w historiach z jedną i tylko jedną postacią, bądź przy analizie paru(nastu) książek danego autora, ale nie po przeczytaniu jednej.
2.5 No właśnie nie mam pewności co do tego. Bo z tego by wynikało, ze zadeklarowany ateista i antyklerykał nie jest w stanie stworzyć opowieści z Kościołem pokazanym jako instytucja pozytywna, albo przynajmniej nie czarno-biała, zaś osoba skrzywiona w prawą stronę nigdy nie odmaluje lewej pozytywnie. Albo też jest w stanie, tylko nie potrafi się powstrzymać przed wizją bliższą jego poglądom, co w mojej opinii czyni z niego takiego se twórcę. Bo że skrajniak pokroju Terlikowskiego nigdy nie odmaluje Jahwe w ciemnych barwach to mam absolutną pewność, byłby to dla niego wyczyn na miarę postawienia stopy na Księżycu. Ale gdzie Terlik, a gdzie tak zwany przeciętny autor, który może tworzyć fabuły w całkowitym oderwaniu od tego, co myśli i sądzi, o ile tylko zatrzyma się na moment i spojrzy na swoją twórczość krytycznym okiem. Mam wrażenie, że chyba za często łączymy te dwa elementy.
-
2014/12/29 17:58:12
@Salantor
Bo że skrajniak pokroju Terlikowskiego nigdy nie odmaluje Jahwe w ciemnych barwach to mam absolutną pewność, byłby to dla niego wyczyn na miarę postawienia stopy na Księżycu.

Au contraire, Timowi LaHaye i Jerremu B. Jenkinsowi, twórcom serii Left Behind, taki wyczyn udał się wprost wspaniale.
-
2014/12/29 20:29:58
A czy obaj panowie to skrajni/wojujący katolicy? Bo jeśli tak, to argument o wiązaniu poglądów autora z jego dziełem staje się inwalidą wysokiej kategorii.
-
2014/12/30 01:12:36
@Salantor:
Wolałabym poczekać na nachascha, bo z pewnością wie lepiej ode mnie, ja o tej serii wyłącznie słyszałam; szybki googiel pokazuje, że panowie, owszem, nie katolicy, za to - obaj są dość radykalnymi protestantami. O samej serii się nie wypowiem, bo znam wyłącznie ze słyszenia.
-
2014/12/30 03:24:24
@Salantor

Wybacz, nie zauważyłem, że Kościół pisany wielką literą = Kościół Rzymskokatolicki, zatem cechy wspólne Tomasza Terlikowskiego i Tima LaHaye są nieistotne.

@Left Behind

Chodziło mi o to, co Frank Clark (zasłużony badacz tematu) stwierdził jakiś czas temu: L&J próbując upakować w tych powieściach jak najwięcej wyznawanej przez siebie teologii, stworzyli wbrew swoim zamiarom tak odstręczający obraz Boga, że mało kto może im dorównać.
-
2014/12/30 12:42:42
Ale im to wyszło nieintencjonalnie, prawda? Wcale nie zamierzali akurat takiego obrazu Boga pokazywać? Wyszło im tak, jak Mercedes Lackey w "The Fire Rose" z główną bohaterką: tak piękną, tak skromną, tak mądrą, subtelną, wrażliwą, empatyczną, dobrą, rozumiejącą, cudowną pode względem wszelakim, że od pewnego momentu czytelnik zaczyna marzyć, żeby W KOŃCU COŚ JEJ NIE WYSZŁO i sympatyzować z wszystkimi jej wrogami.
Ergo, wydają się panowie, przynajmniej na moje rozeznanie osoby-która-nie-czytała, niekoniecznie dobrym przykładem na autora odkładającego na bok własne poglądy, gdy pisze; raczej na nadgorliwość i pisarską nieudolność.
-
2014/12/30 13:35:22
@ninedin
Ergo, wydają się panowie, przynajmniej na moje rozeznanie osoby-która-nie-czytała, niekoniecznie dobrym przykładem na autora odkładającego na bok własne poglądy, gdy pisze; raczej na nadgorliwość i pisarską nieudolność.

Toteż się z tym zgadzam. Odwołałem się do Left Behind, gdyż zdanie Salantora (...)że skrajniak pokroju Terlikowskiego nigdy nie odmaluje Jahwe w ciemnych barwach to mam absolutną pewność, byłby to dla niego wyczyn na miarę postawienia stopy na Księżycu. wydało mi się zbyt ogólne i nie brałem pod uwagę kwestii, czy to wynika z nieumiejętności zawieszenia własnych poglądów, czy z braków warsztatu pisarskiego.
-
2014/12/30 15:28:00
@nachasch
Faktycznie mogłem doprecyzować, bo akurat chodziło mi o nieumiejętność zawieszenia własnych poglądów. Ale nawet jak weźmiemy pisarską nieudolność, to wciąż argument "poglądy autora = poglądy bohatera" nie zawsze da się obronić. Znaczy na pewno nie bez wiedzy o osobie autora.

A tak poza tym tośmy chyba do ściany dotarli :P
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...