Blog > Komentarze do wpisu

Steampunki, zadry i pięć z minusem

Krzysztof Piskorski, Zadra, tom I-II, Runa 2009

 

here be spoilers, beware!

 

www.literatura.gildia.plobrazek stąd

 

Ponieważ bywam czepialska i bezczelna, to zacznę od może niezbyt uprzejmego (bo się autorowi wtrącam w zamysły) pytania:

A MOŻE KRZYSZTOF PISKORSKI BYŁBY SKŁONNY ROZWAŻYĆ ZMIENIONE WYDANIE ZADRY?

Takie, wiecie, z właściwym zakończeniem.

A jak już sobie wstępnie ponarzekałam (ale do narzekania jeszcze wrócę!), to może się przyznam i powiem, że mimo narzekania trochę mi się fangirl mode włączył. Bo dawno, dawno mi się nie zdarzyło zacząć polskiej powieści fantastycznej - długiej, wielusetstronicowej, skomplikowanej i na dodatek naładowanej scenami batalistycznymi polskiej powieści - tak, żeby zacząć, zrobić przerwę tylko na sen i absolutnie obowiązkowe obowiązki, i czytać, czytać, czytać póki nie skończę. 

Zadrze,  moim zdaniem, niewiele brakuje do bycia powieścią znakomitą. Autor ma, po pierwsze, efektowne pomysły na świat i na to, co czyni go alternatywnym w stosunku do naszego.

I tak, to jest ten moment, kiedy robię dygresję o steampunku. Kto chce tylko recenzję Piskorskiego, może przeskoczyć do po kolejnym obrazku.

 

 

 

Steampunk, z punktu widzenia odbiorcy takiego jak ja (czyli dość kiepsko znającego np. świat gier, zarówno gier wideo, jak i planszówek), jest prawie jak heffalumpy - wszyscy o nim mówią, ale nikt go nie widział, a i z opisaniem nie byłoby łatwo. Dlaczego? Ano dlatego, że występuje, tak naprawdę, głównie w charakterze dekoracji. OK, widziałam na konwentach dziewczyny i chłopaków w steampunkowych ciuchach, efektownych, ładnych, niezwykle starannie wykonanych, ale i przewidywalnych do bólu. Widziałam okładki ze steampunkowymi machinami. Widziałam filmy ozdobione tu i ówdzie steampunkowym gadżecikiem. 

Tylko co to znaczy, steampunkowym? Teoretycznie powinno się to określenie odnosić do akcji osadzonej w wieku pary, a więc w naszym świecie do czasów po 1781 i opatentowaniu przez Jamesa Watta maszyny parowej (tak, wiem, że były wcześniejsze próby, upraszczam celowo). W praktyce często jednak ten okres się rozciąga w obie strony, zwłaszcza jeśli nasze zastosowanie steampunku ograniczymy do gadżetów - patrz marniutcy IMHO mimo znakomitej momentami obsady Trzej muszkieterowie z roku 2011; naturalnie często też zahacza się steampunk w światach alternatywnych, w przyszłości, w realiach niewiele z naszymi mających wspólnego (no jeżeli Perdido Street Station jest steampunkiem, a ta powieść bywa jako taki określana, to chyba chronologicznie i gdy chodzi o konstrukcję świata wszystko wolno). OK, czasami próbuje się rozdzielania i nowych nazw (clockpunk na przykład, dla rzeczy takich, jak Doktorowa The Girl in the Fireplace), ale mnożenie bytów nie sprawia, że zjawisko staje się bardziej jednorodne.

Przy czym mój prywatny, osobisty problem ze steampunkiem nie polega bynajmniej na tym, że chciałabym go ograniczyć czasowo i terytorialnie, zamknąć albo dookreślić. Polega raczej na tym, że szalenie efektowny wizualnie (stroje, gadżety, mechanizmy) steampunk nieczęsto przekłada się na nowe pomysły fabularne. Zwykle dostajemy po prostu opowieść awanturniczą, w której warstwa steampunkowa jest - dekoracją. Fajną. Efektowną, jak powiedziałam. Ale o ile w - powiedzmy - fantasy heroicznej czy nawet urban fantasy gatunek niesie ze sobą pewne wymagania, powiedzmy, no właśnie gatunkowe (pojawienie się specyficznych typów postaci, istot, pewne motywy i rozwiązania fabularne typowe dla gatunku), ciężko mi wskazać takie dla steampunku. Innymi słowy, mamy zwykle powieść fantastyczno-awanturniczą z gadżetami. Plus, na dodatek, te jak dla mnie najciekawsze steampunkowe teksty - jak Maszyna różnicowa Gibsona i Sterlinga czy powieści Mieville'a - są nietypowe, specyficzne i stoją na pograniczu rozmaitych gatunków.
Steampunk, skądinąd, mógłby też dawać szansę zrobienia czegoś literacko fajnego z XIX-wiecznym społeczeństwem - na przykład pobawienia się rolą w nim kobiet, osób spoza wyższych klas społecznych etc. - ale też nie aż tak często to robi, niestety; co, znowu skądinąd, jest tematem na kolejną notkę.

Absolutnie nie twierdzę, że nie ma fenomenalnych stemapunkowych, bo ja wiem, gier. Komiksów (jeżeli Liga niezwykłych dżentelmenów jest steampunkiem, to nawet wiem, że są). Ba, jak ktoś mi je podrzuci w komentarzach, będę wdzięczna. Twierdzę tylko, że z mojego punktu widzenia na naprawdę wybitny tekst literacki lub dzieło filmowe, które będzie w taki sposób określało, definiowało pewne trendy w tym gatunku, skłaniało do naśladownictw i przetworzeń, ale i do protestów przeciw dominacji jednego modelu, jak, powiedzmy, Władca pierścieni dla high fantasy, jeszcze ciągle czekamy.

 

 

A cała ta wielka dygresja to stąd, że jeżeli Zadra jest steampunkiem, to ma sporo wad tego gatunku, ale też w wielu miejscach broni się lepiej, niż wiele innych należących doń tekstów.

No to zacznijmy od problemów, ogólnych i szczegółowych.

Mam problem z zakończeniem, i to na obu jego poziomach. Po pierwsze, powieść urywa się w konkretnym miejscu losów bohatera - po jego cudownym uwolnieniu z więzienia - ale w zasadzie i historia jego i bliskich, i losy wojny pozostają w zawieszeniu. Powiem szczerze, chętnie bym wiedziała więcej o tym, jak się ten konflikt rozwiązał - zwłaszcza, że plan wydarzeń militarno-politycznych był w całej powieści zdecydowanie znaczący.
Po drugie, mam problem z modelowo wręcz deus ex machinowym wyjaśnieniem konstrukcji świata i tego, czym jest ether. Serio? Przesłać boga z maszyny istotę z innego wymiaru, żeby wyjaśniła? Och, co za zmarnowana okazja na coś fajnego.

W sferze gadżetów steampunkowych, szkicowania scenerii i projektowania technologii Piskorskiemu wychodzą bardzo dobre pomysły: i wizja maszyny eterowej, i pomysły na jej zastosowania ma fajne, a na dodatek nie ogranicza się do rzucania w przestrzeń imion znanych z epoki postaci uczonych i polityków, tylko jak już sobie jaką postać wymyśli, to już jej do czegoś używa i jakoś tam charakteryzuje, mniej lub bardziej dokładnie (a upierdliwy nerd we mnie chciałby wiedzieć, czy jego świecie Napoleon ma trzecią żonę, czy też imię Maria Teresa zamiast Maria Ludwika jest pomyłką). Owszem, w scenach w tej innej Europie za brama brakuje mi trochę szaleństwa, trochę puszczenia wyobraźni na żywioł, ale może za bardzo skażona jestem Afryką w wersji Dukaja z Innych pieśni. Uczciwie muszę przyznać jednak, że generalnie opisy i kreacja świata u Piskorskiego przewyższają przeciętną: opisy są nastrojowe, nie na tyle szczegółowe, by zanudzić, ale dość, by naszkicować świat; te batalistyczne są sprawne, efektowne, a zarazem pozwalają średnio przepadającemu za batalistyką czytelnikowi dość bez problemu zorientować się, co się na polu walki dzieje. Sceny z  nieumarłą armią straszą, w tych z innej Europy czuć - trochę za mało, jak na mój osobisty gust, ale czuć - inność i obcość tego świata.

Przyznam, że mam trochę problem z bohaterami Piskorskiego. Główna trójka - uczony, jego przyjaciel oficer i panna, siostra jednego, a narzeczona drugiego - wspierana jest przez grupę postaci pobocznych, z perfidną hrabiną-szpiegiem carskim w roli głównej antagonistki. To są sympatycznie napisane i skonstruowane, ale jednak szalenie typowe postacie: Maurice Dalmont, młody ambitny uczony, głodny sukcesu; Stanisław Tyc. jego przyjaciel, zgorzkniały po napoleońskich kampaniach polski oficer, jeszcze raz zaciągający się do wojska; i Natalie Dalmont: trzpiotowata, ale dzielna, lojalna i szczerze kochająca brata i narzeczonego dziewczyna. Te postacie są... w porządku. Są konsekwentne, spójnie napisane, utrzymane każda w swoim etosie. Czego im brak, to odrobina indywidualizacji, charakteru, czegoś, co by im się pozwoliło zapisać w mojej pamięci jako osobnym bohaterom, a niekoniecznie tylko - sprawnym wariacjom na temat archetypu.

Piskorski próbuje nieśmiało w Zadrze stylizacji: bo i opowiedzenie części narracji w listach, i epizody (jak niedoszły romans Natalie z młodym francuskim oficerem) w zasadzie nie związane z główną fabułą (OK, ten ma konsekwencje pod sam koniec powieści), i nadanie rozdziałom stylizowanych na tradycję opisowych tytułów trochę to sugerują. Sugeruje to też pewna symbolika, której w powieści trochę jest - w tym przede wszystkim trzykrotne pojawienie się tytułowej zadry: raz jest nią, dla Tyca, trauma z poprzednich wojen i ciągły brak rozwiązania sprawy polskiej, drugi raz, dla Maurice'a - jego własna klęska i błąd, który może cały świat, a przynajmniej Francję, drogo kosztować. A trzeci raz - trzeci raz słowo zadra pojawia się w wyjaśnieniu, czym jest ether i na czym polegał eksperyment, od którego zaczęły się między innymi kłopoty Maurice'a. Wyjaśnienia nie lubię, ale subtelne i niejednoznaczne sugestie, o co chodzi z nieoczywistym tytułem, bardzo doceniam. Och, jak ja żałuję, że autor nie poszedł w tę stylizację trochę dalej - i wcale nie musiał iść równie daleko, jak Dukaj w Lodzie, tylko troszkę, troszeczkę  mocniej się odwołać do tradycji dziewiętnastowiecznej powieści! A jest do czego, przecież! 

Fabularnie powieść jest zdecydowanie, moim zdaniem, udana: bo jak czytałam, to nie mogłam przestać. No i w ogóle tak sobie narzekam i pouczam, a przecież, tak naprawdę, jest dobrze. Nawet prawie bardzo dobrze. Takie pięć z minusem.

Tyle że widzicie: narzekam, bo jest pięć z minusem. Jakby było na trzy plus, to bym nie narzekała - bym przeczytała, odłożyła, zapomniała. A tu, cholera, mam wrażenie, że niewiele brakło, a byłoby, jak dla mnie, znakomicie. ZNAKOMICIE.

Ech, szkoda.

niedziela, 25 stycznia 2015, ninedin

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2015/02/07 15:46:34
Problem ze steampunkiem jest taki, ze w gruncie rzeczy poza strojami, to on nie istnieje. To jest taki na swoj sposob hipsteryzm fandomowy: zalozy sie broszke zrobiona z mechanizmu zegarka i jest sie "cool". Ciekawie zreszta czyta sie uwagi wypowiadane tu i tam przez tworce terminu i jednego z pierwszych autorow piszacych steampunk, czyli KW Jetera. Przewija sie tam przekonanie, ze to bedzie modny nurt i ze zdobedzie slawe, a jednak poza ozdobami nic sie nie przebija.
Pamietam zreszta, ze kiedys na jakims steampunkowym forum/grupie czytalem dyskusje, kogo zaprosic ze slawnych osob zwiazanych ze steampunkiem do Polski. Wsrod kandydatow wymieniano tylko osoby zwiazane z cosplay'em, lub grafika. Nikogo piszacego.
-
2015/02/10 15:11:51
Pozwolę sobie wyjść z cienia, bo czytam do miesięcy i bardzo jestem za ten blog wdzięczna - bo pozwala mi zobaczyć wiele rzeczy, których dotychczas nie zauważałam.

O, pod tym bardzo się podpisuję, wszystkim kończynami, jakie matka ewolucja dała: "zwykle dostajemy po prostu opowieść awanturniczą, w której warstwa steampunkowa jest - dekoracją".
Do dziś pamiętam, jakie olśnienie przeżyłam, gdy przeczytałam "Maszynę różnicowa". Rany, pomyślałam sobie, to ktoś tak pisze? Są i dinozaury, i rewolucja, i podkute buciki, i rozmowy o tym, czemu lepiej być szpiegiem rządowym, niż amatorem zwerbowanym przez innych amatorów? I jeszcze coś, a nawet Coś, z tego wynika? No, to, pomyślałam, lektury nie zbraknie na długie lata. Rzuciłam się szukać innych powieści, a tam, jak piszesz, sztafaż jest, ale poza tym... poza tym to tak jakbyśmy zawiesili płachtę wymalowaną w kółka zębate, krynoliny i portrety postaci historycznych i na tymże tle rozgrywali taką samą historię. No i jeszcze jeden problem - mam wrażenie, że część twórców tak zafascynowały te dekoracje, że im wystrój przesłania chęć opowiedzenia konkretnej historii o konkretnych ludziach w konkretnym świecie. Ot, jakiś miszmasz wychodzi na zasadzie: "Niedźwiedź na welocypedzie z prądnicą? Świetny gadżet!" - i szust, tego niedźwiedzia do fabuły, chociaż nijak to się z resztą nie rymuje, a wręcz przeciwnie.
I dlatego też mi "Zadra" podobała. Mimo że postacie proszą się o ciut więcej głębi i mimo że zakończenie odkleiło się od reszty. Ale była w tym ciekawa myśl i cel, a nie li i jedynie szpagaty między mózgami w słoikach.
Na marginesie - jedyną książką, która spodobała mi się po "Maszynie różnicowej", były chyba "Wieki światła" MacLeoda. Natomiast "Dom burz", hmm...., sama nie wiem, co w nim nie do końca gra - może to, że od połowy mam wrażenie, że autor bardziej streszcza wydarzenia, niż je relacjonuje?
Tak czy inaczej, za notkę bardzo dziękuję i czekam na kolejne.
-
2015/02/10 22:10:35
To ja tylko dodam dwie rzeczy. Najpierw bedzie obrona steampunka: pamietajmy, ze jest to caly nurt literacki, ktory powstal z planowanej serii ksiazek o krolu Arturze, ktory wraca w roznych epokach bronic Ablionu. Przy takich poczatkach, to taka sztafarzowosc nie jest wielkim problemem :)
Co do "Maszyny" i innych powiesci, to hm, odnosze wrazenie, ze to tez jest kwestia tlumaczenia takich, a nie innych tytulow. Nie czytalem Jeterowych powiesci steampunkowych, ale znam calkiem niezle reszte jego tworczosci (w tym pierwsza powiesc cyberpunkowa: Dr Adder) i stad zaryzykuje, ze Infernal Machines mogloby spelnic wymagania odnosnie fabuly/konstrukcji opowiesci/swiata. Acz Jeter specyficznym pisarzem jest i nie kazdemu sie moze spodobac.
-
2015/04/07 15:05:11
Ja ostatnio czytam Marka Hoddera, jego Burton i Swinburne to kawał dobrego steampunku, pełnego ilustracji i wykręconych pomysłów...nie jest to jednak album dla dzieci, książka jest mięsista, co świetne :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...