Blog > Komentarze do wpisu

Hannibal: notatki z oglądania

Hannibal

 

Zasadniczo wszyscy* już a) widzieli, b) skomentowali I sezon Hannibala. Ja też, Bogiem a prawdą, pierwszy raz widziałam dawno temu – acz nie skomentowałam, nie wtedy. Potem jakoś obejrzałam drugi, potem znowu nic nie napisałam, jakiś czas temu przyszło mi do głowy, że może bym sobie w końcu DVD kupiła, ergo kupiłam, obejrzałam jeszcze raz i chyba w końcu zachciało mi się coś napisać.

* którzy chcieli; koleżanka niby chciała, ale się za bardzo bała. 

To nie tak, że wtedy mi się nie podobało, a teraz tak. Absolutnie. Pod wrażeniem przeestetyzowanej, do bólu przemyślanej stylistyki serialu, błyskotliwego castingu i generalnie odwagi Bryana Fullera jako producenta byłam już wcześniej. Teraz po prostu wreszcie do mnie dotarło, czemu mi się tak trudno ten I sezon za pierwszym razem oglądało. I nie, nie miało to nic wspólnego z oceną serialu.

A ponieważ piszę teraz, kiedy wszyscy inni już napisali – bardzo proszę nie oczekiwać po tym wpisie jakichś odkrywczych refleksji. Proszę. Naprawdę, chwilowo jestem intelektualnie niezdolna do refleksji głębszych niż stwierdzanie oczywistych oczywistości.

Ale może po kolei.

 

W CIENIU PIĘCIU OSCARÓW

Miałam jakieś 18 lat w momencie premiery – i gigantycznego sukcesu, tak komercyjnego, jak i artystycznego - Milczenia owiec. Film Jonathana Demme’a w zasadzie samodzielnie zbudował – przynajmniej tak to wtedy wyglądało – popularność  i reputację Anthony’ego Hopkinsa wśród szerokiej widowni (nie, nie próbuję powiedzieć, że KINOMANI go nie znali – jedynie, że „największym aktorem swego pokolenia” został w oczach masowej widowni właśnie z okazji zagrania Hannibala Lectera) i okazał się filmem zaliczanym dość powszechnie do współczesnej klasyki kina. Narobił przy okazji trochę zamieszania i sprowokował kontrowersje – ja osobiście musiałam, mimo prawie 18 lat, stoczyć ciężki bój z rodziną o zgodę na pójście do kina na „film o kanibalach”; dopiero Oscary pomogły.

No i po czymś takim (i, takoż, po serii mniej lub bardziej udanych kontynuacji – ja osobiście na Czerwonego smoka¸ tego drugiego, nie dam powiedzieć złego słowa – jak tu robić serial. To znaczy – jak opowiedzieć historię, która została już wcześniej opowiedziana, zgrana i wykorzystana do oporu, a na dodatek jej główny bohater ma Oscarową twarz jednego, konkretnego aktora. Zadanie wydaje się z gatunku tych raczej beznadziejnych.

Wyjściowe narracyjne założenie Milczenia owiec i Hannibala jest nieco podobne, gdy chodzi o stosunek do postaci doktora Lectera. Za każdym razem my-widownia wiemy, że mamy do czynienia ze specyficznego rodzaju potworem. W Milczeniu owiec wie to również cały świat. W Hannibalu, a konkretniej w jego pierwszym sezonie, początkowo wiemy tylko my – no i, oczywiście, w pewnym momencie także ofiary Lectera, ale te na bardzo krótko.; z całej reszty świata taka możliwość świta może, co najwyżej, Bedelii du Maurier, psychiatrze pana psychiatry.

 

KUSZENIE OPOWIEŚCIĄ

Generalnie oglądanie Hannibala uświadomiło mi po raz kolejny, bardzo wyraźnie, co musi mieć film/serial, żeby mnie naprawdę skutecznie uwieść. Musi, po pierwsze, mieć odpowiednią, albo odpowiednio opowiadaną historię. Ona nie musi być kompletnie zaskakująca, porażająco oryginalna – ona głównie musi być opowiedziana w sposób, który na mnie zrobi wrażenie.

W Hannibalu ta historia opowiadana jest w sposób, który bardzo lubię i który mnie zdecydowanie przekonuje. Do motywu przewodniego – relacji między Willem  a Lecterem i polowania na Rozpruwacza – dołożone są historie zarówno obejmujące większość sezonu (Abigail i problem ojców i dzieci), jak i te kilkuodcinkowe (historia żony Jacka Crawforda i jej choroby, historia doktora Gideona) i te zamknięte w jednym (upiorna hodowla grzybów) lub nawet części (morderca od totemu, o którym parę słów później) odcinka.

Narracja oparta jest na efektownym tricku, w którym widownia jest wszechwiedząca. My i tylko my wiemy od początku – dzięki wiedzy ze świata przedstawionego i spoza niego, z szeroko pojętej popkultury – że Hannibal Lecter jest seryjnym mordercą i kanibalem. Zagadką jest więc dla nas – jak chodzi o główny motyw – nie kto i nie jak, nawet nie dlaczego (bo do tej jednej sfery – psychiki Lectera – wglądu w zasadzie nie mamy) – tylko kiedy i jak reszta się dowie.

W Hannibalu efektowne, by nie rzec wydumane sposoby na morderstwa – przysięgam, czytam mnóstwo kryminałów, a i tak idea z grzybami trzepnęła mnie swoim perwersyjnym rozbuchaniem i zaskoczyła upiorną pomysłowością scenarzysty – sprawiają, że widz nie wpada w poczucie „OK, kolejny procedural o jednostce ds. seryjnych zabójców”. Do tego jest nie jedna, a kilka historii obejmujących cały sezon – Abigail i jej historia, kolejne poziomy relacji Willa i Hannibala – i sporo osobistych i psychologicznych motywów w tle, tak, że dość w sumie typowa fabuła sprawia wrażenie bardziej oryginalnej i dzięki temu bardziej wciąga.

W pierwszym  sezonie oglądamy, jak Hannibal wciąga Willa w pułapkę, jak go – niewinnego i nieświadomego – wodzi na manowce, jednocześnie z fascynacją obserwując; przy czym kiedy mówi, że chce w nim mieć przyjaciela, ja mu wierzę, choć poprosiłabym może o zdefiniowanie, jak rozumie słowo „przyjaźń”. 

Tylko na marginesie uwaga o moich wspomnianych wcześniej kłopotach z oglądaniem. Otóż każdy z nas, a przynajmniej większość, ma pewne tematy, pewne historie, których oglądanie boli. Mnie jest szalenie trudno, i jako narratorce (moi gracze zaświadczą), i jako odbiorcy, radzić sobie z jednym konkretnym tematem: ze zdradą zaufania, zwłaszcza w przyjaźni, z narracją typu: „ja ci ufam, a Ty wykorzystujesz to przeciwko mnie”. Nie wiem, skąd taka reakcja, ale jest. I właśnie to – nie krew, nie dania z ludzi, nie bebechy; to – sprawiło, że oglądanie tego I sezonu było dla mnie, momentami emocjonalnie ciężkie. Co, skądinąd, nie zmienia faktu, ze to jest bardzo dobra historia.

Ale sama niezła historia, nawet pomysłowo opowiedziana, nie wystarczy, choć jest komponentem kluczowym – gdyby wystarczała,  to wśród moich ulubionych seriali byłoby Sanctuary, a zdecydowanie nie jest: męczyłam się z nim potwornie. Sama historia to nie wszystko.

 

KUSZENIE ROLAMI

Podejrzewam, że tym, co mnie w Hannibalu zaskoczyło najbardziej, był fakt, że mi w mojej głowie Mads Mikkelsen kompletnie zastąpił Anthony’ego Hopkinsa. To nie znaczy, że przestałam cenić jego rolę z Milczenia owiec, to tylko oznacza, że jak myślę o tej postaci, to już od jakiegoś czasu zdecydowanie widzę – nie jego.

Pomysł na tę rolę miał Mikkelsen chyba jeden jedyny możliwy: odejść od tego, co w kinie błyskotliwie zrobił jego poprzednik. Idea, o której mówił w wywiadach producent – że Lecter Mikkelsena jest prawie-szatanem, nie do końca ludzką istotą ogarniętą niezdrową ciekawością poznania człowieka (a przede wszystkim jednego konkretnego człowieka, Willa Grahama), sprawdziła się znakomicie; ja osobiście uwielbiałam to, jak chwilami było to podkreślane stroną wizualną i doborem muzyki – patrz użycie arii Mefistofelesa z Fausta Gounoda (Le veau d’or, z sugestywną, powtarzającą się i jakże adekwatną, w kontekście tego, co HL w tej scenie robi, frazą et Satan conduit le bal) w odcinku Sorbet z I sezonu. W i sezonie Hannibal, którego widzimy, jest nieskazitelny, doskonały i w zasadzie nie popełnia błędów. Z zimną ciekawością kontroluje to, co się dzieje i obserwuje, jak rozwija się jego mała... przygoda z Willem Grahamem.

Graham jest bardzo kompetentnie i efektownie zagrany przez Hugh Dancy’ego, choć, przyznajmy miał on nieco prostsze – i ze względu na fakt, że ról Edwarda Nortona i wcześniej Williama Petersena  nie uznano jednak za aż taką klasykę kina, jak Lecter Hopkinsa, i biorąc pod uwagę zmiany w jego charakterystyce i historii, jakie wprowadził Fuller - zadanie. Fantastycznie też funkcjonuje chemia między oboma głównymi bohaterami. Ja się kompletnie nie dziwię faktowi, że sieć zalana jest fanfikami o romansowej reinterpretacji relacji między głównymi bohaterami – dziwiłabym się, gdyby było inaczej.

Zresztą generalnie – dopiero drugie oglądanie uświadomiło mi w pełni, że Hannibal ma gwiazdorską obsadę, której nie powstydziłby się hollywoodzki film z, powiedzmy, dolnej połówki I ligi; i że, co oczywiście dużo ważniejsze, te gwiazdy błyszczą nie tylko nazwiskami, ale i aktorstwem. Nie, nie będę płakać z zachwytu nad Gillian Anderson, zajęłoby mi to pół wpisu. Doskonałym pomysłem były też zmiany w obsadzie – fakt, że zamiast Alana Blooma mamy Alanę, a zamiast Freddy’ego Loundsa – Freddie oraz rozbudowanie postaci Beverly Katz pozwoliły zamieszać w relacjach między postaciami, a jednocześnie sprawił, że kobiety nie pokazują się tylko w rolach córek, żon i ofiar.

No ale. Gdyby mi dobre aktorstwo samo jedno wystarczało, to na liście ulubionych seriali miałabym Penny Dreadful – a jako żywo, nie mam i z ciężkim bólem przemęczywszy I sezon na drugi się raczej nie skuszę.

 

KUSZENIE OBRAZEM

Wizualnie i koncepcyjnie Hannibal jest majstersztykiem. Połączenie krwawego okrucieństwa ciągle dość odważnego jak na standardy TV z szalenie przemyślaną estetyką dało znakomity efekt. Do tego przyczynia się nie tylko konsekwencja, z jaką zaprojektowane i skontrastowane są ze sobą światy Willa i Hannibala – ich stroje, mieszkania, fryzury, cała stylistyka otaczająca ich obu – ale też i równie konsekwentne stosowanie wiodących wizualnych motywów, podkreślających spójność całej serii. Od wyszukanych zdjęć i ujęć ofiar, przez kontrast zgaszonych chłodnych barw sporej części wnętrz i plenerów z czerwienią krwi po wizualno-symboliczne znaki, jak pojawiająca się i ewoluująca wizja jelenia/człowieka z rogami – wizja mordercy, w której Will w końcu rozpoznaje symbol Hannibala – wszystko to, momentami przegięte, przeestetyzowane, świadomie gore i tę hiperelegancką estetykę kombinujące, jest szalenie spójne.

Pasuje do tego też inny powracający stale, w każdym niemal odcinku motyw – sceny w kuchni. Tu efekt (czarnego humoru podszytego chwilami makabrą) wynika z całej serii kontrastów. Te sceny wyglądają jak z luksusowego programu kulinarnego – ta kuchnia, te sprzęty, ta kamera podążająca za detalem – i są szalenie wysmakowane estetycznie, tyle że my dokładnie wiemy, co takiego nasz bohater z taką miłością i starannością przygotowuje. Do faktu, że to są zapewne te sceny, na których większość widzów dość bezwstydnie chichocze, dokładają się dwuznaczne komentarze samego kucharza, który chwilami prawie wprost sugeruje, co ma do zaoferowania (yeah, napisałabym osobny wpis o jedzeniu jako znaku inności i szatańskiej pokusie w Hannibalu, ale NIE MAM CZASU).

Może momentami irytować (nie mnie, ale może), ale też sprawia, że kadry z Hannibala łatwo będzie natychmiast odróżnić od innych. Do tego znakomicie pasująca niepokojąca, atonalna muzyka, skontrastowana z wplecionymi fragmentami muzycznej klasyki – dawno nie widziałam tak dobrze dobranej ścieżki dźwiękowej.

No ale gdyby mi wystarczała odpowiednio estetyczna stylizacja, to bym uwielbiała Underworld z jego wyszukanymi, quasi-gotyckimi kostiumami z jednej, a Tytusa Julie Taymore (welcome back, Anthony Hopkins) z drugiej strony. A lubię mniej (U.) lub bardziej (T.), ale nie uwielbiam.

 

KUSZENIE SUGESTIAMI

To wszystko powyżej by mi wystarczyło, żeby ocenić serial bardzo wysoko. Dostałam na dodatek wisienkę na torcie – takie ogrywanie aluzji i kulturowych odniesień, które bardzo lubię.

Z ogrywaniem aluzyjności łatwo przegiąć, o czym pół zdania później; w Hannibalu ta sfera aluzji jest ograniczona w zasadzie do kanonu adaptacji Harrisa i po części, bardzo dyskretnie, do nieco podobnych telewizyjnych zjawisk; po części jest zresztą motywowana bardzo praktycznie – o pewnych postaciach z powodu praw autorskich wspomnieć nie można, ale można zbudować wokół nich historię zrozumiałą na nieco innym poziomie dla widza, który tego pierwowzoru nie zna i dla tego, który jest go świadomy.

Gdybym nie była kupiona już wcześniej, do I sezonu Hannibala przekonałby mnie odcinek 6, "Entrée", w którym scenarzyści (w tym producent Bryan Fuller) ogrywają swoją własną quasi-wersję Milczenia owiec: historię o tym, jak Jack Crawford posłał w pogoń za Rozpruwaczem młodziutką stażystkę FBI. Miriam Lass jest tu nie tylko zastępstwem za Clarice Starling – jest też, ze względu na to, jak i kiedy rozwiązuje zagadkę tożsamości Rozpruwacza, zastępstwem za Willa Grahama w Czerwonym smoku, tyle że jej historia skończy się jednak nieco inaczej. Charakterystyka Miriam – upartej, ambitnej dziewczyny, walczącej o swoje, ale jednocześnie trochę niepewnej, bardzo chcącej się sprawdzić – i jej relacja z Jackiem to nie jedyne skojarzenie z Milczeniem owiec w tym odcinku; wypowiedziany z wisielczym humorem przez doktora Lectera komentarz do obiadu (rzekomego jagnięcego ozora), it was a particularly chatty lamb, też przecież odnosi nas wprost do Milczenia owiec.  

Innym, bardziej chyba jeszcze subtelnym sposobem nawiązania, są pewne decyzje obsadowe. Nie wierzę, że dla większości widzów rola Gillian Anderson nie przywodzi na myśl – przy wszystkich oczywistych różnicach między Scully a du Maurier - jej roli w Archiwum X (plus, samo nazwisko postaci jest aluzją, tym razem literacką). Zastanawiam się też, jak bardzo celowe było zatrudnienie do maleńkiej rólki mordercy od totemu Lance’a Hendriksena – grany przez niego w Millenium Frank Black, empatyk wczuwający się w morderców i potwory na miejscach zbrodni, to postać niezwykle w swojej koncepcji podobna do Willa Grahama w serialowej wersji…
(i już nie powiem, że gdyby same zgrywy i aluzje wystarczały, to bym znosiła Supernatural, a bogowie, jak serdecznie nie znoszę....).

 

PODSUMOWANIE

Podsumowując, znaczy… a nie, co ja będę więcej gadać. Mam II sezon do obejrzenia i zrecenzowania.

 

niedziela, 24 maja 2015, ninedin

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2015/06/07 17:15:46
...co ci się nie podobało w Sanctuary?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...