Blog > Komentarze do wpisu

Coroczny wakacyjny wpis o księciu

Tak się jakoś dziwnie składa, od kilku lat, że kiedy wracam z wakacji - a wyjeżdżam zwykle na sierpień, na włóczęgę i zwiedzanie raczej niż na odpoczynek jako taki - przywożę ze sobą czyjąś historię do opowiedzenia na tym blogu. Ja tak mam: historia-jako-taka interesuje mnie nie głęboko i naukowo, a właśnie w takim - narracyjnym, psychologizującym, fabularnym niemal kontekście; płytkie to, wiem, ale będę się ciężko męczyć z analizą ekonomiczną albo historią wojen, ale dam się pokroić za dobrze opowiedzianą i intrygującą life story.

 


Zazwyczaj te historie, które tu opowiadałam, były smutne i raczej przygnębiające: tu historia o przedwczesnej śmierci, tu o księżniczce w wieży, tu o głupocie i bezmyślności rodziców... No to dzisiaj inaczej. Dzisiaj będzie historia sukcesu.

Historyków wśród ewentualnych czytelników z góry przepraszam: nie będzie precyzyjnie, nie będzie naukowo (ale będzie mini-kawałek bibliografii, to i owszem). Tych od historii i kultury Italii z góry proszę również o wybaczenie powtarzania ewentualnych oczywistości: to, co jest oczywistością dla nich, niekoniecznie jest nią dla mnie i części ewentualnych moich czytelników.    

Było tak: wakacyjne podróżowanie zaniosło mnie (a konkretniej mnie i Drakainę) do Turynu; w Turynie zaniosło nas z kolei do muzeów i pałaców, w tym - do Palazzo Carignano. Polazłyśmy tam, żeby zwiedzić Muzeum Zjednoczenia Włoch, co Drakainie było potrzebne do pracy, a mnie do ogólnej edukacji i towarzystwa. Muzeum okazało się serio fascynujące, a poza tym Drakaina odkryła, że można też zobaczyć sam pałac. A przy okazji wizyty w pałacu dowiedziałam się czegoś o bohaterze dzisiejszego wpisu. 


 

W sumie pewnie całkiem miło było urodzić się księciem, skoro już człowiek musiał urodzić się w 1628: pozycja gwarantowała stabilne dochody, zapewniała, że człowiek miał co jeść i gdzie mieszkać (a to więcej, niż spora część społeczeństwa mogła o sobie powiedzieć) i sprawiała, że generalnie się z nim liczono. Takim właśnie księciem - z bocznej linii rodu sabaudzkiego - urodził się we wspomnianym 1628 roku Emmanuel Filibert, o którym dzisiaj chciałam parę słów napisać.

Pokrótce: tata E. F. był młodszym synem (jednym z 21 w sumie dzieci, z różnych związków) ważnego, znanego i ekspansywnego wodza-księcia, po którym E. F. odziedziczył imiona. Mamusia z kolei - o mamusi będzie jeszcze za moment - mamusia więc, Maria Burbon-Soissons, była krewną Ludwika XIII. Urodziła mężowi pięcioro dzieci, z którym Emmanuel Filibert był trzecim z kolei, a najstarszym synem. Droga do dziedziczenia pozycji i roli jest w takich sytuacjach dla takiego chłopca otwarta.

No chyba, że - jak w tym przypadku - chłopiec urodzi się głuchoniemy.

Rodzina, trzeba przyznać, nie szczędziła wysiłków, by go "wyleczyć" (mój wybór terminu odbija koncepcje epoki, obawiam się): posłali go na nauki do najbardziej wówczas cenionego nauczyciela głuchoniemych dzieci, Hiszpana, don Manuela Ramireza de Carríon.

Don Manuel miał już spore doświadczenia w nauczaniu osób głuchoniemych czytania z ust i mówienia, a także - pisania i czytania. Wykorzystał te umiejętności w pracy ze swoim książęcym (też nie pierwszym w życiu) wychowankiem. Najpierw przez jakiś czas szkolił go w Madrycie, potem pojechał z nim do Turynu, kontynuując naukę. Młody książę musiał przecież podjąć obowiązki, jakie nakładała nań pozycja i urodzenie: jako dwudziestolatek towarzyszył ojcu w kampanii w Lombardii, potem dostał do wykonania kolejne zadania administracyjne; a w tym samym czasie kształcił się także w zdobywających właśnie coraz większe znaczenie w edukacji naukach przyrodniczych, w czym osiągał, zdaje się, spore sukcesy. Współcześni chwalili pracę wykonaną przez nauczyciela i ucznia, wspominając, że mimo trudności z mówieniem Emmanuel Filibert swobodnie komunikował się zarówno z otoczeniem, jak i z podwładnymi.  Metody nauczania pewnie by nam dzisiaj zjeżyły włosy na głowie - ale takie były czasy i taka szkoła, niestety.

W każdym razie: wróćmy do mamusi. Mamusia zrobiła wszystko, ale to wszystko, i użyła wszelkich wpływów, jakie miała na dworze kuzyna Ludwika XIV, by doprowadzić do uznania syna za obłąkanego - z powodu jego niepełnosprawności, oczywiście. Muzeum w Palazzo Carignano, w którym się o tym dowiedziałam, nie bardzo wiedziało, dlaczego - może ze względu na fakt, że jego głuchota była postrzegana jako jej, matki wina? W każdym razie oprócz wyzwań, jakie stawiała przed nim jego własna natura, E. F. musiał też zmagać się z brakiem pomocy, najoględniej mówiąc, ze strony matki. 

Książę nie miał więc łatwego życia - ale najwyraźniej potrafił z niego korzystać. Służył w armii, pełnił funkcje administracyjne, odgrywał pewną rolę na dworze Ludwika XIV, a przede wszystkim rozwijał swoją pasję dla architektury i sztuki. To na jego właśnie polecenie wzniesiono Palazzo Carignano (architektem był turyński mistrz Guarino Guarini) - zdecydowanie warto, będąc w Turynie, sprawdzić godziny otwarcia i zwiedzić ten budynek. Zarządził odbudowę innych posiadłości, przede wszystkim - pod kierunkiem tego samego architekta - rodowej siedziby w Racconigi, gdzie park zaprojektował mu Andre Le Nôtre, najwybitniejszy bodaj twórca ogrodów tamtych czasów.

Książę nie miał problemu z upieraniem się przy własnym zdaniu, co mu się w życiu przydało kilkakrotnie, w tym kiedy w końcu postanowił się ożenić. Był już sporo po pięćdziesiątce, a narzeczona, córka generała d'Este, Maria Angela Catherina, miała lat prawie o połowę mniej. Niemniej, oboje ewidentnie tego małżeństwa chcieli - do tego stopnia, że pan młody przeciwstawił się naciskom Ludwika XIV, swego patrona i krewnego, który zdecydowanie wolałby, by E. F. ożenił się z Francuzką, a nie z dziewczyną z modeńskiej rodziny książęcej. Za tą wolą króla Francji stał bardzo konkretny zamysł polityczny: w tym momencie bowiem E. F. był następcą tronu Sabaudii, póki jego kuzyn, książę, nie doczekał się własnego syna. Niemniej, E. F. postawił na swoim: pięćdziesięciosześcioletni pan młody i licząca niespełna trzydzieści lat panna młoda wzięli ślub w 1684 i zdążyli jeszcze doczekać się piątki dzieci. Ich najstarszy syn (najstarszy, który przeżył), skądinąd awanturnik i karciarz, stał się przodkiem całego tłumu ciekawych postaci, mniej lub bardziej budzących sympatię i współczucie, ale nie będę was, czytelnicy, zamęczać moimi hobbickimi zamiłowaniami do genealogii, obiecuję. 

Emmanuel Filibert nie został królem Sabaudii - ale niecałe dwieście lat później pra-pra-pra-prawnuk, Wiktor Emmanuel II, zasiadł na tronie zjednoczonych Włoch. Jego przodek, historycznie rzecz biorąc, nie zrobił nic równie znaczącego. On tylko poradził sobie w życiu - zarówno z własną niepełnosprawnością, jak i z trudnościami rodzinnymi. Nie wiem, jak inni - ja byłam pod pod wrażeniem.

 

Bibliografia:

Plansze i prezentacje w Museo di Palazzo Carignano, Turyn

Leila Picco, Il Savoia sordomuto: Emanuele Filiberto di Savoia Carignano, 1628-1709, G. Giappichelli, 2010

Susan Plann, A Silent Minority: Deaf Education in Spain, 1550-1835, Berkeley 1997

piątek, 04 września 2015, ninedin

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...