Blog > Komentarze do wpisu

Wielkie zbrodnie, wielka literatura

Boris Akunin, Azazel (Азазель 1998, wyd. polskie 2003, przeł. J. Czech)
Boris Akunin, Gambit turecki (Турецкий гамбит 1998, wyd. polskie 2003, przeł M. Buchalik)
Boris Akunin, Lewiatan (Левиафан 1998, wyd. polskie 2003, przeł. J. Czech)
Boris Akunin, Śmierć Achillesa (Смерть Ахиллеса 1998, wyd. polskie 2003, przeł. J. Czech)

 

spojlery spojlery spojlery spojlery spojlery

Otóż dawno, dawno temu Allegra Walker, jedna z moich ulubionych czytelniczek tego bloga (1), postanowiła podrzucić mi lekturę. Wszystko, oczywiście, wzięło się z debaty o moim fatalnym guście do (fikcyjnych) facetów i mojego zamiłowania do tragicznych, pokopanych przez los, ponadprzeciętnie inteligentnych, zimnych i pechowych w związkach i/lub seksualnie dwuznacznych typów. Sugerowana lektura, a mianowicie cykl Borisa Akunina o Eraście Fandorinie, detektywie w Moskwie w ostatniej ćwierci XIX wieku, miała mi dostarczyć kolejnego toksycznego obiektu do nieszczęśliwego literackiego zakochania.

Czekałam i czekałam i czekałam i nie miałam jakoś okazji zabrać się za lekturę. W końcu zadecydował za mnie los. Wybrałam się w podróż przez całą Polskę, po czym na dworcu okazało się, że a) nie mam ładowarki do czytnika, b) przygotowana do czytania książka o Marii Antoninie (Antonia Fraser, Marie Antoinette: the Journey, jakby kto pytał) została na biurku. Miałam kwadrans: wpadłam do najbliższego sklepu, w którym sprzedają książki (Saturn, of all places) i porwałam z półki z tanią książką Śmierć Achillesa, because tytuł i ponieważ pamiętałam, że Allegra coś kiedyś dobrego o Akuninie mówiła.

No i wpadłam jak śliwka w kompot, w drodze powrotnej w tym samym Saturnie dokupiłam wszystkie dostępne tam 3 tomy cyklu (w sumie były 4 pierwsze) i przeczytałam przez 2 dni. Oczywiście, jak to ja, zaczęłam od końca, od Śmierci Achillesa, bo ja jakoś zawsze cykle zaczynam czytać jakoś dziwacznie, nawet  Władcę pierścieni w latach 80. poznawałam od Dwóch wież.

Kolejnym powieściom Akunina towarzyszy motto: Pamięci wieku XIX, kiedy to literatura była wielka, wiara w postęp - bezgraniczna, a zbrodnie popełniano i wykrywano ze smakiem tudzież elegancją. Gdybym miała się do tego lekko sentymentalnego, lekko nostalgicznego i lekko pretensjonalnego motta odnieść, to pewnie musiałabym powiedzieć, po kolei, tak:

Po pierwsze, zbrodnie. Zbrodnie w kolejnych powieściach Akunina są wielkie na skalę dziewiętnastowiecznej detektywistycznej/awanturniczej literatury: mowa w nich o światowych spiskach, o politycznych intrygach na skalę Azji, Europy, a nawet całego świata, o the world's greatest criminal minds na skalę i w typie Fantomasa, Moriarty'ego, czy, toutes proportions gardées, Vautrina. Zbrodnie popełniane z klasą, o których opowiada Akunin, mają wyraźnie literacki i staroświecki charakter: nawet kiedy odwołują się do konkretnych historycznych faktów albo nawiązują lekko do przestępstw współczesnych autorowi, a nie powieści, mają one zwykle pastiszowy, literacki charakter.  

Po drugie - literatura. Nie, oczywiście, że nie jest to literatura na skalę Dostojewskich, Tołstojów czy Gogolów tego świata. Krótkie powieści Akunina są dokładnie tym, czym mają być: lekkimi, rozrywkowymi, nostalgicznymi powieściami, pastiszującymi z jednej strony dziewiętnasto- i wczesnodwudziestowieczną literaturę popularną, tę spod znaku Eugeniusza Sue, Aleksandra Dumasa czy sir Arthura Conan Doyle'a, z drugiej - zakorzenioną w podobnym patrzeniu na literaturę klasykę powieści obyczajowo-detektywistycznej z I połowy XX wieku, najlepiej symbolizowaną przez twórczość Agathy Christie.  Słowa pastisz użyłam nieprzypadkowo - Akunin jest autorem w pełni świadomym swoich zamierzeń i bardzo celowo i pomysłowo do swoich pierwowzorów się odwołującym. Aluzjami sieje w swoich tekstach chętnie i często, ale robi to nieoczywiście i na kilku poziomach: od wrzucanych mimochodem odniesień przez skojarzenia na poziomie narracji po fabularne i strukturalne przeniesienia klasycznych dla literatury przygodowej modeli.

No bo popatrzmy, przykładowo, na Lewiatana, ewidentny, od pierwszej chwili, pastisz - jak chodzi o strukturę - Śmierci na Nilu: tajemnicza zbrodnia, luksusowy statek, policjant, ukryty wśród pasażerów morderca - i genialny, trochę z przypadku tam będący detektyw, któremu przyjdzie rozwiązać sprawę, z którą nikt sobie nie może poradzić. Przyjrzyjmy się dwutorowej konstrukcji Śmierci Achillesa, śledzącej w jednym wątku detektywa i ofiarę, w drugim - mordercę, bardzo podobnie jak w, powiedzmy, Dolinie trwogi Conan Doyle'a, by nie wspomnieć jeszcze bardziej oczywistego Studium w szkarłacie. Popatrzmy na rzucane często przez bohaterów sugestie i aluzje (moja ulubiona to ta rzucona ironicznie do Fandorina uwaga "A co, dostrzegłeś lilię na jej ramieniu?"), popatrzmy na wzmianki o rosyjskich autorach XIX wieku. Popatrzmy także na to, jak w Śmierci Achillesa Akunin gra postacią greckiego herosa Iliady, bo - jakem klasyk i badaczka recepcji antyku z zawodu - robi to znakomicie.

Achillesem w powieści Akunina jest, wyjściowo, ofiara: generał Sobolew, bohater wojenny (znany czytelnikom już z Gambitu tureckiego). Nazywany wprost przez prasę i wielbicieli "nowym Achillesem", generał słynie z odwagi i wojennych sukcesów  - i okazuje się mieć ambicje polityczne na skalę iście napoleońską...
Ale jest, przecież, jeszcze jeden Achilles - tym razem zabójca (bo oczywiście, wbrew wszelkim pozorom w świecie przedstawionym i dokładnie zgodnie z tym, czego się spodziewa czytelnik, generała zamordowano). A tenże zabójca, Achimas, pół-Czeczeniec (jakże nieprzewidywalnie!) dzieli z greckim herosem znacznie, znacznie więcej cech, niż dzielny rosyjski generał...
Biografia Achimasa jest przetworzeniem mitycznej biografii Achillesa. Wystarczy wskazać przecież tylko na trzy aspekty: pobyt Achimasa w sierocińcu, jego stamtąd ucieczkę i, w końcu, na tę tytułową śmierć, śmierć drugiego z Akuninowych Achillesów. Jak mityczny Achilles, ten u Akunina zostaje ukryty/ukrywa się przed wojną w kobiecym przebraniu - jeden na wyspie Skyros u króla Likomedesa, drugi - w prowadzonym przez prawosławne siostry przytułku; obaj, jeszcze dorzucę, spotykają w tym ukryciu kobiety, które odegrają znaczącą rolę w ich życiu. Obaj, i heros i Akuninowski zabójca na zlecenie, zostają podobnie rozpoznani - sięgają, jeden i drugi, po broń zamiast po coś, co powinno stereotypowo zainteresować kobiety... No i strzała, nieszczęsna strzała w piętę, która zabija i jednego, i drugiego bohatera. Taka konstrukcja i użycie mitycznej paraleli podkreśla paradoksalne podobieństwo między dwiema osobami, które niespodziewanie zetknął los: ofiarą, zabitą u szczytu powodzenia i zabójcą, wynajętym, by zlikwidować polityczne zagrożenie, jakim niespodziewanie okazuje się popularny generał...

Aluzje i odniesienia do klasyki dziewiętnastowiecznej literatury, a także klasyki powieści kryminalnej, nie wyczerpują jednak kreatywności Akunina, jak chodzi o aluzje i odniesienia. Spójrzmy choćby na sposób narracji, z trzecioosobowym, lekko ironicznym, patrzącym z dystansem i na resztę bohaterów, i na Fandorina narratorem, który jest jak jak żywcem przeniesiony z prozy, powiedzmy, Gogola; spójrzmy na dziewiętnastowieczne w swym charakterze tytuły rozdziałów. Przyjrzymy się wreszcie grom, na jakie sobie Akunin pozwala, kiedy nawiązuje do wydarzeń i zjawisk bardziej współczesnych: raz mu się pojawi w tle koszmarny belgijski pedofil-zabójca, innym razem mignie niedoszły zabójca króla Włoch, niejaki Szakal...

Ta pastiszowość i stylizacja na prozę dziewiętnastego wieku sprawia, że akurat mnie czyta się tę prozę znakomicie - zwłaszcza że jak chodzi o kryminały, to ja w ogóle wolę raczej te a la Agatha Christie niż te mocno społecznie zaangażowane  a la Skandynawia, bo, Bogiem a prawdą, w lekturze powieści kryminalnej chodzi mi zwykle bardziej o rozrywkę, a mniej o krytykę społeczną (przy czym to jest raczej 70:30 na rzecz powieści a la Christie, nie 100:0), a inteligentne, nienachalnie zrobione stylizacje i nawiązania do klasyki literackiej uwielbiam.  

No ale, nie oszukujmy się, Allegra zna moje czytelnicze ja i dobrze wiedziała, co i czemu mi poleca. A, nie oszukujmy się, zaczęła od polecenia mi Erasta Fandorina jako bohatera...

No więc, moi drodzy, ja mam niestety pewien typ postaci, które mnie uwodzą samym faktem, że są takie, jakie są, i niestety po raz kolejny, Erast Fandorin do takich postaci należy. A moi wybrani bohaterowie, niestety, bywają toksyczni. 

Czy Fandorin jest toksyczny? Jest, przede wszystkim, skomplikowany i pokopany przez życie - i chwała Akuninowi, że pokazuje nam, w odróżnieniu od większości swoich kolegów-pisarzy, jak to się stało, że Fandorin stał się, a raczej ciągle, na naszych oczach, staje się tym chłodnym, zamkniętym w sobie, pełnym rezerwy genialnym samotnikiem-dziwakiem. Bo przecież, kiedy widzimy go pierwszy raz, Fandorin jest jeszcze miłym, nerwowym i niepewnym siebie chłopcem, początkującym urzędnikiem, dalekim od zimnego, rosyjskiego Holmesa, jakim się wkrótce zacznie stawać... Naszego detektywa widzimy najpierw trochę zabawnego, trochę nieporadnego, jak pół-komiczni gogolowscy czy czechowowscy bohaterowie, tkwiący głęboko w rosyjskiej rzeczywistości. Tragiczności i demoniczności w nim wtedy tyle, co trucizny w zapałce; ot, trochę dziwny, bardzo zdolny, zamknięty w sobie i za wszelką cenę chcący zrobić karierę dwudziestoletni chłopak, któremu życie rodzinne niespecjalnie się dotąd układało i który próbuje wykorzystać szansę, jaką mu daje los - rozwiązania sprawy, podskoczenia w służbowej hierarchii, szczęśliwego, ale przy tym pozwalającego na awans społeczny ożenku. Fandorin te szansę dostanie - i wykorzysta ją, niestety, na nieszczęście swoje i innych.

Gdybym miała krótko podsumować, powiedziałabym tak: pewnie, kryminały o Fandorinie nie są arcydziełami literatury, to nie jest Tołstoj ani Dostojewski. Ale powiem Wam szczerze, czytelnicy drodzy: czytało mi się go cudownie i na pewno poczytam go więcej. I tyle, więcej nic nie powiem, bo o marzeniach związanych z moją prywatną (wspólną z Drakainą) grafomanią to może nie całkiem pora mówić.

 

(1) Ten blog czyta na stałe tak niewiele osób, że każdy czytelnik i czytelniczka są moimi ulubionymi; Allegra W., jednak, jest z tym blogiem prawie od samego początku i ma, dzięki temu, swój własny ciepły kącik w moim blogerskim sercu.

wtorek, 21 czerwca 2016, ninedin

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2016/06/22 19:40:30
Och, nocia o Fandorinie, moim wielkim odkryciu podczas wyjazdu do Anglii <3 Wyszperałam Gambita tureckiego w koszu w Tesco dzień przed wyjazdem, zachęcona opisem na okładce i okazyjną ceną 9,99 zł. I wpadłam doszczętnie.
-
2016/06/22 20:30:01
Ach, jak się cieszę, że się podoba! (I nie mogę wyjść ze zdumienia, że zapamiętałaś moją polecankę sprzed kilku już przecież lat.) Uprasza się o notkę podsumowującą po kolejnych lekturach i poleca się łaskawej uwadze ekranizacje Azazela, Tureckiego gambitu i Radcy stanu, gdzie trzech różnych aktorów gra trzech zupełnie różnych Fandorinów. Wszystkie ogląda się z przyjemnością.
-
Gość: aagulha, *.ksiezyc.pl
2016/06/27 15:35:53
Ha! Więc nie tylko ja mam zezowate szczęście do zaczynania cykli od środka! Tolkien, Pratchett, Simmons...Prawdę powiedziawszy, Akunin jeszcze na mnie czeka. Ale narobiłaś mi apetytu.
-
2016/07/02 00:49:49
Zwykle nie lubię zapoznawać się z recenzjami rzeczy, których jeszcze nie czytałam/widziałam, ale tak mi się dobrze o tym Hamiltionie czytało, że jakoś z rozpędu...
Całkiem ciekawie brzmi ten cykl. Nie jestem wielbicielem kryminałów o mała wzmianka o narracji podobnej do Gogola brzmi nader zachęcająco. Spróbuję zapamiętać :)
-
2017/01/04 09:16:22
Wlasnie zdobylas nastepna czytelniczke :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...