Blog > Komentarze do wpisu

Anioły i demony. I króliki.

Marta Kisiel, Dożywocie, Uroboros, 2014; Marta Kisiel, Siła niższa, Uroboros 2016

 

 

UWAGA, SPOJLERY!!

 

Dawno, dawno temu napisałam byłam sobie notkę. Była ona o tym, czego chcę od polskiej fantastyki i czego mnie osobiście w niej brakuje - a brakowało mi przede wszystkim a) nieco innych postaci i ich nieco mniej oczywistych relacji, b) choćby odrobiny ryzyka w posługiwaniu się polszczyzną i konstruowaniu narracji, wyjścia poza bezpieczny, przezroczysty, boleśnie nudny styl, jakim pisze sporo polskich pisarzy, bynajmniej nie tylko fantastów.

Od tamtych czasów pisałam kilkakrotnie o książkach, którym się udało na moją listę polskich powieści/zbiorów opowiadań fantastycznych, do których chcę wracać, wskoczyć - a to było to Czarne Anny Kańtoch, a to wychodząca często poza gatunkowe ramy fantastyki twórczość Wita Szostaka, a to mająca IMHO liczne wady, ale i przewyższającą je w sumie liczbę zalet Zadra Krzysztofa Piskorskiego... Do tej listy dorzucam dziś, z szerokim uśmiechem na twarzy, obie części dylogii Marty Kisiel o nieszczęsnym Konradzie Romańczuku i jego gotyckim domu z horroru, z tym że horror jest raczej z tych zabawniejszych.

Powiem, może na początek, tak: czy te powieści są bez wad? Pewnie, że nie są. Czy są dla każdego? Też przecież  niekoniecznie - to, że ja lubię przeładowany momentami język i ten rodzaj gry aluzjami literackimi, nie znaczy, że każdy musi. Do mnie trafiły jak mało która polska powieść fantastyczna w mojej karierze czytania polskich powieści fantastycznych.

Dobra, może z tymi powieściami w przypadku to trochę nadużycie w przypadku Dożywocia: mamy tu generalnie do czynienia ze zbiorem opowiadań, połączonych postaciami i miejscem akcji, ale fabularnie dość samodzielnych. Siła niższa jest już nieco bardziej spójna, ale też wyraźna jest w niej struktura epizodyczna, z dominującymi głównymi wątkami w każdej kolejnej 'części'.

Kluczem do sukcesu Marty Kisiel są, w moich oczach, po pierwsze, jej postacie. Autorka zresztą, mam wrażenie, to na nich się skupia - ich charakterystyki, natura i wzajemne relacje wydają się ważniejsze od fabuły. Ponieważ obie powieści Kisiel mają pastiszowy, humorystyczny charakter, jej postacie też są chwilami przerysowane i wyposażone w pewne cechy w natężeniu przekraczającym realizm - ale te zabiegi są całkowicie świadome i związane z wybranym przez autorkę gatunkiem (zaznaczam, bo, hmmm, przypominają mi się czytane ostatnio polskie powieści, gdzie bohaterowie też są mocno przerysowani i wyposażeni w dość kosmiczne zestawy cech, a bynajmniej nie mają być pastiszem ani parodią...). Postacie te zresztą mają różny, że się wyrażę, rodowód. Konrad, główny bohater, jest wyjściowo znerwicowanym, artystycznym typem, troszkę (?) hipsterem, życiowo nie całkiem pozbieranym i z tendencjami do użalania się nad sobą i demonizowania świata wokół siebie (patrz: obraz Majki, eks-dziewczyny, i Carmilli, agentki literackiej, jaki poznajemy jego oczyma); jest przy tym, świadomie czy nie, komicznie potraktowaną wariacją na temat typowej postaci z polskiej komedii romantycznej - znaczy się, jakiejś Małgorzaty czy innej tam Judyty, która wyprowadza się z miasta na wieś i nawet nie wie, że w końcu znajdzie tam Prawdziwe Szczęście. W przypadku Konrada szczęście to przybiera postać pół-zrujnowanego gotyckiego domiszcza i z lekka niedobranej grupy jego lokatorów: upiornego w więcej niż jednym znaczeniu lokalnego Gustawa-Wertera z bożej łaski, niejakiego panicza Szczęsnego, a do tego paru utopców, bluźnierczego przedwiecznego mackowatego zła czającego się w piwnicy i piekącego ciasteczka oraz kotki zasługującej ze wszech miar na imię Zmora, do której, w ramach domowych pieszczoszków, dołącza w pewnym momencie mroczny i perfidny królik imieniem Rudolf (Valentino). No i jest jeszcze anioł.  Anioł, aniołeczek, anielątko raczej, liche i niezdefiniowane płciowo i z włoskami z błyszczącego celofanu; z obsesją na punkcie środków czystości i alergią na własne pierze w skrzydłach, biedactwo.  Team uzupełnia w pierwszej części pan Kusy, złota rączka i pomocnik, jak najbardziej namacalnie ludzki; w drugiej tę rolę odgrywa będący jednocześnie jednym ze współlokatorów (na nowych włościach) Turu Brząszczek, wiking z zamiłowaniem do snycerki i przebierania się na konwenty w kostium nieco wyrośniętej Roszpunki. W Sile niższej znika nam z oczu panicz, za to powiększona zostaje rola Carmilli, a na głowę bohaterom spada drugi anioł, niejaki Tsadkiel (który, by zacytować Tura, często-gęsto bywa Dupkielem pierwszej wody) i parę duchów żołnierzy Wehrmachtu, na co dzień zamieszkujących na strychu willi, do której się cała ta radosna ferajna przeprowadziła.
I oczywiście, te postacie są przerysowane - powinny być, taka konwencja. Każdą z nich wyjściowo przynajmniej określa jakaś dominująca cecha (Licho jest naiwne i uwielbia sprzątać, Carmilla to drapieżna kobieta i hipsterka-pozerka, pedant Tsadkiel aniołem akurat skromności to jest chyba tylko we własnych fantazjach i tak dalej i tak dalej). Tyle, że te postacie nie pozostają określone jedynie przez te swoje cechy - autorka daje im, zwłaszcza w drugiej powieści, szanse rozwoju i zmiany: pozwala zobaczyć, że wszystkie mają jakieś ludzkie cechy. Okaże się wtedy, że Tsadkielowi zdarza się, przy całym jego ego rozmiarów Pałacu Kultury, poczuć odrzuconym i niepotrzebnym; że Carmilla wcale nie jest taka poukładana i tak dokładnie wiedząca, czego chce od życia - że w ogóle ten jej obraz jako Straszliwej Harpii jest w dużym stopniu, jakżeby inaczej, tym, jak ją postrzega wiecznie spóźniony z tekstami podopieczny, Konrad; że nawet anielskie dziecko może mieć depresję.

Autorka tej książki - a, hmm, nie wiem, czy Siła niższa to nie jest moja ulubiona z książek przeczytanych w 2016 - kupiła mnie dwiema odrębnymi rzeczami. Jedna z nich jest osobista: po prostu Marcie Kisiel udało się trafić w kilka z moich osobistych ulubionych pomysłów i motywów. W śpiewaną przez Tura i Licho (aniołeczka, znaczy) moją ulubioną piosenkę z jednego z ulubionych filmów. W akurat-właśnie-te-cytaty z poetów romantycznych, do których predylekcję chyba dzielimy. W taki rodzaj pastiszowej stylistyki który akurat mnie nie nuży, a trafia w mój własny językowy słuch i robi mi dobrze. Plus, nie pamiętam, kiedy ostatni raz zaśmiałam się głośno w autobusie, czytając książkę - to musiało być ze dwa lata temu, na etapie nadrabiania Pratchetta.

To są moje małe super-subiektywne powody. A te bardziej obiektywne? Ano są dwa. Po pierwsze, język. Po niedawnej lekturze kilku najnowszych polskich powieści, napisanych zdaniami nierozwiniętymi pomieszanymi z metaforami i porównaniami o klasie "niebo płaskie jak naleśnik", polszczyzna Kisiel - idiomatyczna, przestylizowana momentami, swobodna w użyciu metaforyki i naładowana słownymi echami polskiej klasyki literackiej - była jak łyk świeżej wody po kilku butelkach letniej Polo-Cockty bez gazu (takie samo uczucie, jak chodzi o język, miałam czytając drugą powieść Maryli Szymiczkowej, o której to powieści i jej autorach innych razem, jednakowoż). Ja, akurat ja, bardzo takie pisanie lubię.

A po drugie? Wspomniałam wcześniej o Terrym Pratchetcie, nie po to, by Martę Kisiel z nim porównywać, a by zasugerować, że i u jednego, i u drugiego z autorów pojawia się w pewnym momencie opowieści podobna koncepcja - nie przestaje być śmiesznie, ale jednocześnie robi się całkiem serio. Historia Konrada uciekającego przed odpowiedzialnością (i, jak się okaże, żałobą) w nocne wyprawy do Tesco, historia Carmilli uplątanej w pieluchy i nie bardzo wiedzącej, jak godzić macierzyństwo z pracą, opowieść o tym, jak Licho, przygnębiane na każdym kroku przez Tsadkiela, straciło nawet chęć do sprzątania - to są spokojnie i sensownie opowiedziane historie o mniej lub bardziej poważnej depresji, o odpowiedzialności, o tym, że czasami czegoś jest _naprawdę_ za dużo na jednego człowieka (albo anioła) i że nie obejdzie się bez pomocy. Przy czym Kisiel nie zmienia tonu, nie próbuje nagle zacząć moralizować ani pouczać - dopiero przyglądając się reakcjom bohaterów widzimy, że z postaciami jest coś nie tak, i to nie w bajkowy ani komiczny sposób nie tak... Autorka swoje postacie ewidentnie lubi, w ich chwilach wzlotów i w niedoskonałościach - ale też potrafi im współczuć i tak pokazać ich upadki i zakręty życiowe, żeby nam (dobra, mnie) było ich autentycznie żal. 

Jasne, wolałabym mieć w Dożywociu jakąś sensowną a znaczącą dla akcji bohaterkę (ta, która okaże się główną kobiecą postacią w ekipie, nie ma za dużo do powiedzenia....), a jednocześnie niekoniecznie mieć taką np. pannę Bercikównę w wersji aż tak przerysowanej (no nic  nie poradzę, mnie jej głównie żal, bo dokładnie potrafię postawić samą siebie w jej sytuacji śmiesznej, brzydkiej, tęgiej i zdecydowanie niemłodej wiecznej dziewicy w kretyńskiej dzianinowej garsonce, która to nieszczęsna ropucha kompletnie nieudolnie zabiega o przystojnego młodszego chłopaka...), wolałabym, żeby taki np. wątek Szczęsnego i jego interesownej Dulcynei z Dożywocia był nieco dalej pociągnięty... I co? I nic. Sporo z tego, co bym wolała, dostaję w Sile niższej - a nawet jakbym nie dostała, to i tak nie zmieniłoby to faktu, że sięgnąwszy po Siłę..., chyba znalazłam swoją powieść fantastyczną roku 2016.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

niedziela, 27 listopada 2016, ninedin

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2016/11/28 10:39:38
Zachęciłaś! (Chociaż zawsze jeżę się nieufnie i łypię spod oka, kiedy słyszę słowo "humorystyczny".)

Szymiczkowa bardzo ładna (na razie znam tylko pierwszą powieść) - ten moment, kiedy widzimy, jak Przerażająca Baba odkrywa, że detektywistyczna robota ją bawi, zajmuje i wciąga, że świetnie jej idzie... i, chcąc nie chcąc, zaczynamy kibicować Przerażającej Babie. Chociaż, oczywiście, dalej nie chcielibyśmy u niej pracować :-)
-
Gość: Miętówka, *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl
2016/11/28 16:36:42
I kurczę, zachęciłaś mnie. Po własnych średnich chęciach i chyba upadku zaufania do autorki ("Nomen omen" narobiłam dopiero przy trzecim podejściu, w pewien deszczowy czwartek, jeden z takich dni, gdy brak mózgu na cokolwiek innego niż czytanie niewymagających literek; poza tym - co ja biedna pocznę bez Szczęsnego w drużynie?), jak także po wielu negatywnych słowach od zaufanych ludzi już się z "Siłą niższą" mentalnie rozstałam. A tu taki wpis! Cóż poradzić, dałam się skusić, książka wylądowała w koszyku. Jeśli mi się spodoba choć w połowie tak jak Tobie to wrócę podziękować ;)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...