Blog > Komentarze do wpisu

Nowe, stare

Anna Lange, Clovis LaFay. Magiczne akta Scotland Yardu, Wydawnictwo SQN, 2016

 

UWAGA SPOJLERY!!


Strasznie mi przykro, ale one muszą tu być. Postanowiłam sobie napisać raczej analizę niż recenzję, a do tego muszę ujawnić pewne fakty, które w nieunikniony sposób zdradzają szczegóły wydarzeń w powieści...

 

Okładka; ze strony wydawnictwa.

 

No więc przeczytałam książkę, całkiem fajną, choć nie do końca wiem, co o niej myśleć.

Clovis LaFay Anny Lange jest, na tle polskiej fantastyki o podobnym charakterze (takie to trochę fantasy of manners, trochę gotycko-supernatural kryminał) powieścią zdecydowanie udaną - nieźle napisaną, z sympatycznymi postaciami i z akcją, którą czytelnikowi chce się śledzić. Autorka-debiutantka prowadzi trójkę swoich głównych bohaterów przez wiktoriański (1873) Londyn z magią (wprowadzając, co jakiś czas, rzut oka na inne miejsca w Europie, w szczególności we Francji) śladami kilku spraw kryminalnych, jednocześnie szkicując nam obraz życia publicznego i politycznego w mieście. Wszystkie te sprawy, jak się łatwo domyślić, okażą się łączyć z życiem prywatnym głównego bohatera... 

Troje głównych bohaterów Lange wydaje się odbiegać nieco od schematu, jakiego można byłoby oczekiwać po głównych postaciach (polskiej) powieści fantastycznej. John Dobson, obiecujący mag specjalizujący się w kinemacji, jest synem pastora i robiącym dość szybką karierę policjantem, świadomym, że jego pochodzenie z raczej niższej klasy średniej i brak majątku mu w tej karierze nie pomogą. Mieszkanie z nim dzieli siostra Alicja, podobnie jak brat silna, wysoka i postawna, kojarząca się Clovisowi z walkirią (1); Alicja zdecydowała się na ryzykowny krok i podjęła szkolenie pielęgniarskie, choć tak naprawdę chciałaby uczyć się magii - której, przewidywalnie, dziewcząt się nie uczy. Na razie Alicja nawiązuje wśród koleżanek z kursu znajomości, a jednocześnie musi zmierzyć się z myślą o tym, czy chce wyjść za policjanta, z którym swata ją brat. Tria dopełnia tytułowy bohater, Clovis, nieco młodszy kolega Johna ze szkoły, tyle że, w odróżnieniu od rodzeństwa Dobsonów, pochodzący ze zdecydowanie wyższych sfer.

Pochodzenie Clovisa to jednocześnie jego błogosławieństwo i przekleństwo. Z jednej strony, zapewnia mu majątek i pozycję - ojciec Clovisa był zamożnym człowiekiem, a jego przyrodni brat jest konserwatywnym politykiem u szczytu kariery. Z drugiej - hmmm, ojciec umarł otoczony powszechną niechęcią, bo uważano go za nekromantę parającego się czarną magią, i to mimo zasług, jakie miał w wojnach z Napoleonem. Nie, nie pomyliłam dat, autorka też nie: Clovis ma te swoje dwadzieścia parę lat w 1873, a jego ojciec odegrał ogromnie ważną rolę już w 1815, kiedy też już nie był młodzikiem. To jest część problemów Clovisa - został poczęty w wyniku magicznego rytuału, kiedy ojciec był już w bardzo zaawansowanym wieku; w efekcie jego brat jest od niego o kilkadziesiąt lat starszy, koszmarny bratanek był parę klas wyżej w tej samej szkole, a rodzina i generalnie brytyjska arystokracja odnosi się do Clovisa dość... nieufnie. Do tego dochodzi kwestia zmarłej matki - Clovis jej nie pamięta, ale z jej śmiercią ewidentnie związana jest jakaś ponura tajemnica i może się okazać, że Clovis jest synem nie tylko czarnego maga, ale i mordercy... Ale zmarły ojciec i jego dziedzictwo to tylko część problemów bohatera. Poważniejszą jest reszta rodziny, dla odmiany - ta żywa. Brat Clovisa, Frederick, czuje do niego głęboką odrazę, a przepadająca za nim kiedyś bratanica Letittia zerwała kontakty - ale to i tak nic w porównaniu ze stosunkami Clovisa z nieco starszym od siebie bratankiem. Horatio LaFay to, nie oszukujmy się, główny zły tej powieści - sadysta i psychopata, który od dzieciństwa dręczył zwierzęta i ludzi, już jako nastolatek miał na sumieniu brutalny gwałt na małej dziewczynce i (mocno sugerowane w fabule) zgwałcenie lub wykorzystywanie seksualne własnej małej siostrzyczki, a gdy był w wieku lat dwudziestu kilku, samo gwałcenie magicznie unieruchomionych dziesięcio- i jedenastolatek przestało mu wystarczać - zaczął je mordować. Jego skrywanym paskudnym sekretem jest jednak co innego, a mianowicie fakt, że obok pociągu do nieletnich dziewczynek ma również (teoretycznie grożące mu bardzo poważnymi sądowymi konsekwencjami) homoseksualne tendencje, których obiektem w pewnym  momencie był, jakżeby inaczej, znienawidzony krewny i kolega ze szkoły w jednym, alias nasz główny bohater.

Hmmm, chyba już widzicie, gdzie leży mój główny problem z tą powieścią.

Wracając do Clovisa: straciwszy matkę i ojca, odrzucony przez krewnych, snuł się po Europie, pogłębiając swoje magiczne wykształcenie (miał m. in. okazję być w Paryżu w czasie komuny - chętnie bym przeczytała coś więcej o tym epizodzie w jego życiu, będę po cichutku marzyć o jakimś opowiadaniu...), by w końcu wrócić do Londynu, w wyniku ryzykanckiego magicznego zabiegu zetknąć się ponownie z Johnem i przyjąć posadę konsultanta londyńskiej policji. Wszystkie te doświadczenia zrobiły z Clovisa postać, jakiej ze świecą szukać wśród głównych bohaterów polskiej fantastyki. Nie ma on w sobie nic z rzucającego błyskotliwymi one-linerami, cynicznego supermęskiego herosa - wręcz przeciwnie, jest raczej spokojny, grzeczny, uprzejmy, trochę nerdowaty i dość łagodny wobec innych, a jak dodać do tego, że smarkato wygląda i jest raczej z tych drobnych i fizycznie niepozornych... Cóż, na zahartowanego życiem wojownika to on nie wygląda. Bardzo mi się ten pomysł na postać podoba, bo dostajemy bohatera nieco innego od tego, czego możemy się spodziewać - choć, przecież, na tle podobnych postaci w fantasy of manners poza polskim kręgiem raczej typową (patrz: bohaterowie Marthy Wells czy Ellen Kushner).

Autorka generalnie, mam wrażenie, stara się z jednej strony grać, aż do granic pastiszu, typowymi dla gatunku motywami - stąd jej dość przewidywalny alternatywny Londyn i imperium brytyjskie. Stąd też, niestety, dla mnie bodaj czy nie najbardziej rozczarowujący wątek, a mianowicie wzajemne zauroczenie Clovisa i Alicji. Ci dwoje jako para są rzeczą tak oczywistą, tak boleśnie przewidywalną (serio, dwoje z tria, przy czym ten trzeci to brat panny?), że było mi szkoda, że autorka akurat w coś takiego poszła. Może im trzeba było bardziej nakomplikować, bo tu jedyną komplikacją jest - też głęboko zakorzenione w gatunku, a odziedziczone po Agacie Christie i Conan Doyle'u - poczucie Clovisa, że jest z rodziny dotkniętej klątwą i nie powinien przedłużać jej istnienia. Podoba mi się, że autorka pokazuje złość Alicji na tę reakcję i jej poczucie, że zamiast się szlachetnie wycofywać, trzeba było jej zapytać, ale generalnie cały wątek wydaje mi się za prosty, a zmyłki - policjant-kolega brata dla Alicji i signora Fricapane, która okaże się być czymś zupełnie innym niż kochanka, dla Clovisa - są na tyle oczywiste, że raczej nie zmylają. Serio, przynajmniej w I tomie (a to jest ewidentnie zamierzone na sequel) mogliby się po prostu lubić i cenić, na przykład... 

Jednocześnie Lange skutecznie ogrywa niektóre gatunkowe formuły w sposób dla polskiej fantastyki nieco mniej typowy. Ma wyraźną świadomość, że jej bohaterowie pochodzący z różnych środowisk i warstw społecznych będą mieć problem z porozumieniem się, nie ogranicza listy swoich postaci do arystokracji i policjantów. Pozwala swoim bohaterkom być czymś więcej, niż damsels in distress. Ma też pomysłowy i przemyślany koncept magii, dzięki któremu uwalnia się od bodaj największego problemu pisarza fantasy, a mianowicie - jak ograniczyć omnipotencję magicznych postaci, jak narobić im w fabule kłopotów? Tutaj autorka nie tylko ma to zaplanowane, ale też traktuje kwestię ograniczeń w posługiwaniu się magią jako kluczową dla fabuły - i bardzo dobrze na tym wychodzi.      

Generalnie, Clovis LeFay to powieść udana i na polskim gruncie pod wieloma względami ożywczo nowa. Co powiedziawszy, jednakowoż, uczepię się jeszcze jednej rzeczy, która nie pozwoliła mi napisać z czystym sumieniem, że książka jest bardzo dobra.

Ta książka otóż ma bardzo złego złola.

Złego w więcej niż jednym znaczeniu. Z jednej strony Horatio LeFay jest wcieleniem zła, i to tego zła najmocniej w kulturze ostatnich dekad potępianego - jest mordercą-pedofilem bez choćby jednej jedynej cechy, która budziłaby w czytelniku współczucie zamiast czystej nienawiści. Na dodatek okazuje się, że jego chore pożądanie jest skutkiem wyparcia własnych homoseksualnych tendencji. Bardzo żałuję, że autorka nie wolała napisać go nieco bardziej zniuansowanego - nie, nie chodzi mi o usprawiedliwianie zbrodni, ale raczej o napisanie mniej oczywistego, mniej odrażającego (a przy tym może trochę groźniejszego - przy całej swojej obrzydliwości Horatio jest summa summarum równie groźny, co Crabbe i Goyle w Harrym Potterze...) zbrodniarza. Wolałabym mniej, w tym przypadku - a już na pewno wolałabym, żeby zły sadysta-pedofil-morderca-kazirodca nie miał do tego, w charakterze ponurego sekretu, homoseksualnych fantazji o bohaterze, bo tu mi trochę zęby ścierpły od nadmiaru paskudnych tropów na raz; ergo, jako złol, Horatio, przynajmniej dla mnie, nie jest najlepiej napisany ani zaplanowany. Znacznie ciekawszą postacią, jak chodzi o czarne charaktery, jest jego ojciec - którego obecność, skądinąd, dowodzi, że jak Lange chce napisać zniuansowanego antagonistę, to potrafi, i to naprawdę dobrze.

Generalnie, Clovis LeFay to - mimo pewnych niedociągnięć i niektórych mniej przekonujących wątków (historia tego, co się stało z matką Clovisa, też mnie średnio przekonała) - powieść udana. Chętnie przeczytam sugerowany w końcówce celowym niedomknięciem części wątków sequel, choć jeszcze chętniej przeczytałabym dalszą historię Letitti lub Nory albo opowieść o tym, co spotkało Clovisa w Paryżu w 1870. W każdym razie, jeżeli ktoś lubi takie klimaty, polecam.  

 


(1) Historia, zdaniem autorki, zmieniła się niewiele, ale alternatywność świata musiała objąć teatr muzyczny - skojarzenie Alicji z Wagnerowską Walkirią w Londynie w 1873 musiałoby oznaczać, że w tamtym świecie londyńska premiera Ringu miała miejsce 10 lat wcześniej; ba, że światowa premiera była wcześniejsza: Ring w Bayreuth wystawiono po raz pierwszy w całości dopiero w 1876 roku. Walkirię pokazano co prawda w Monachium w 1870, ale tylko na specjalnych ograniczonych pokazach.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

 

Zapisz

Zapisz

niedziela, 27 listopada 2016, ninedin

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2016/11/28 08:23:55
@ spokojny, grzeczny, uprzejmy

Brune Keare w cyklu Agnieszki Hałas jest właśnie taki! O samym cyklu nie jestem w stanie powiedzieć nic więcej, bo kiedyś, dawno temu, miałam w rękach tylko jeden tom, ale uderzyło (i ucieszyło) mnie właśnie to - że bohater jest zwyczajnie sympatyczny.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...