Blog > Komentarze do wpisu

Życie jest magią

Kate Griffin (Katherine Webb), The Madness of Angels, London 2009


BĘDĄ SPOJLERY

 

 

Okładka powieści

 

 

Znakomicie sprawdza mi się w życiu czytelniczo-filmowym zasada, że jeżeli jakiegoś gatunku/podgatunku/motywu nie lubię, to są spore szanse, że wyjątek, który akurat do mnie trafi, spodoba mi się bardzo, bardzo , bardzo. Filmowo- serialowym sztandarowym przykładem jest moje uwielbienie dla Doktora Who przy jednoczesnej serdecznej niechęci do konceptu podróży w czasie. Literackich przykładów mam nawet więcej - a przeczytane ostatnio The Madness of Angels Kate Griffin tylko mnie w tym poczuciu utwierdziło.

Bo, widzicie, ja średnio przepadam za urban fantasy, tak w ogóle. No OK, Neverwhere to jedna z moich ulubionych, jeśli nie w ogóle ulubiona powieść Neila Gaimana, ale wiadomo, co się mówi o jednych jaskółkach i wiośnie. Nawet Changeling generalnie lubianej przeze mnie Delii Sherman podobał mi się najmniej z całej znanej mi jej twórczości, a na kryminalno-obyczajowe historie ze współczesnym miastem w tle i tłumem elfów, aniołów, krasnoludów, demonów, fairies, banshee i chimer żyjących obok/zamiast ludzi mam, od czasu lektury za dużej ilości Lauren K. Hamilton, Kim Harrison i Patricii Briggs naraz, ciężkie uczulenie.

Choć, w sumie, mogłam się domyślić, że mi się spodoba Kate Griffin, skoro tak bardzo podobały mi się powieści Bena Aaronovitcha. Aaronovitch był pierwszym autorem, w którego twórczości zdecydowanie dominuje urban fantasy i który mimo to trafił na moją prywatną listę ulubionych (nie oszukujmy się, u takiego Gaimana czy Sherman to są pojedyncze teksty).

Po pierwszy tom cyklu Griffin o Matthew Swifcie sięgnęłam bardziej świadomie, niż po pierwszy tom Aaronovitcha: wiedziałam dokładnie, w jaki gatunek się pakuję i wpakowałam się w lekturę z pełną świadomością, przekonana recenzjami osób, których gust cenię. No i się nie zawiodłam - jestem, dwa dni po zakończeniu lektury, nadal pod mocnym wrażeniem tego, co młodziutka przecież w chwili publikacji tej powieści autorka potrafiła zrobić z gatunkiem i literackim materiałem, jaki miała do dyspozycji.

The Madness of Angels zaczyna się od odważnej i skomplikowanej literacko sceny, w której czytelnik... hmmm, w pierwszej chwili nie wie, co się dzieje. Autorka szalenie konsekwentnie pisze nam tutaj scenę wskrzeszenia swojego narratora-bohatera z jego (a raczej, oczywiście, jego/ich) punktu widzenia, czyli oczyma kogoś, kto nie do końca rozumie, co się z nim dzieje. To niezrozumienie i/lub celowa dezinformacja czytelnika co do natury drugiego głosu mówiącego w powieści ("ja" Matthew versus "my", których natura ujawnia się dopiero w pewnym momencie) trwa przez sporą część akcji powieści.

Akcja ta toczy się wokół powrotu Matthew Swifta, czarodzieja, do świata żywych. Troszeczkę tu upraszczam, pisząc "czarodzieja" - nie znam polskiego przekładu powieści i użytej w nim terminologii, ale w oryginale rozróżnienie między różnymi rodzajami magii i fakt, że Matthew Swift to sorcerer, a nie, powiedzmy, magician czy druid, jest bardzo, ale to bardzo znaczące: inna filozofia magii, inne z niej korzystanie, inne, w efekcie, silne i słabsze strony…. W każdym razie Swift przekonuje się, że minęły dwa lata, że w magicznym Londynie sporo się pozmieniało  (na przykład, hmmm, większość jego przyjaciół nie żyje..) i że nowy układ sił ma w swoim sercu człowieka bardzo mu kiedyś bliskiego.

 

W powieści Griffin bardzo spodobało mi się to, jak ona bierze szalenie typowy schemat – magiczny konflikt potężnego mistrza z aspirującym uczniem, który, choć pozornie słabszy, broni tej jasnej (a przynajmniej jaśniejszej) strony mocy i w zetknięciu z czarną magią  po prostu musi wygrać – osadza go w magicznym Londynie, który też widzieliśmy na kartach powieści więcej niż raz, sięga po koncepty miejskiej, nowoczesnej magii – i robi z tego wszystkiego, z tych wszystkich znanych składników, coś nowego. To jest, mam wrażenie, to, co mnie w jej powieści tak ujęło.

 

Griffin przede wszystkim wymyśla sobie nieco na nowo koncept magii. Teoretycznie jest u niej podział na „szkoły” magii, czy raczej jej typy, ale w ich obrębie wiele rzeczy jest płynne, nieoczywiste – nieprzypadkowo w Dover czy na wsi Matthew ma moment poczucia, że po jakimś czasie on, mag związany z wielkim miastem, nauczyłby się korzystać z mocy także i tam, nad morzem czy wśród pól. Griffin cudownie też czuje miejską magię i to, z czego ona może się rodzić, mając przy tym na nią fantastyczne pomysły – te nieistniejące w realnym świecie skróty z takiej samej nijakiej uliczki na południu miasta na identyczną na północy, te potwory ze śmieci, pradawny strażnik miasta przywołany w postaci złożonej z materialnych reprezentacji wszystkich lekceważonych zakazów… Światła samochodów pełznących nocą po obwodnicy, miejskie lisy, szczury i gołębie, słynne symbole Londynu i zwyczajne śmietniki, zapach benzyny i głosy w telefonach, cegła i beton i drut kolczasty – wszystkie one tworzą magię, tę magię, którą może posługiwać się Matthew, a która rodzi się z codziennego miejskiego życia. Magia jest życiem, życie - magią - to byłoby chyba najbardziej zwięzłe konceptu Griffin podsumowanie.

 

Po drugie, konstruując swoją fabułę wokół konfrontacji głównego bohatera z jego dawnym mentorem-przeciwnikiem, Griffin nie zamienia nam pana Bakkera, eks-mentora Swifta, w jakiś kolejny wariant Złego Czarnoksiężnika, siódmą wodę po Sarumanie. Dostajemy paradoksalną opowieść, w której z jednej strony Swifta tropi legion pomagierów Bakkera i nasłany przez niego potwór, z drugiej – sam Bakker wydaje się głównie stęskniony i gotowy na jak najżyczliwsze przyjęcie dawnego ucznia. Czy to obłuda z jego strony – a może raczej jest tak, że nawet potężny niegdyś czarodziej, kiedy w jego świadomość wkradnie się paniczny strach i bunt przeciwko własnej śmiertelności, może stracić pełnię kontroli nad tym, co robi i co kreuje…

 

Życie i głód życia – Matthew, który umiera i powraca do świata żywych, elektryczne anioły, które dostały w jego osobie szansę, by ludzkiego życia zakosztować, potężny czarodziej, który może prawie wszystko, nie może tylko powstrzymać własnego umierania – to jeden z tematów, które wracają w powieści Griffin bez przerwy. Drugim ze stale przywoływanych tematów jest z kolei Londyn: piękny i paskudny, ten z miejscami znanymi ze zdjęć każdemu w świecie i ten nudno zwyczajny, gdzie turyści się raczej nie zapuszczają, bogaty i biedny, dawny i dzisiejszy, Londyn, który płynie we krwi bohatera i czyni jego magię możliwa. Mało kiedy widziałam miasto tak skutecznie wykorzystane w powieści fantastycznej, jego naturę i charakter tak mocno splecione z samym literackim konceptem dzieła.

 

Dodajmy do tego jeszcze jeden wyróżnik powieści Griffin: ona się nie boi także i odważnych decyzji stylistycznych. The Madness of Angels napisana jest barwnym językiem, przeplatając w pierwszoosobowej narracji „ja” samego Matthew i „my” współdzielących jego ciało i świadomość aniołów. Zastanawiam się też, jak w polskim przekładzie zagrała druga z cech, które rzucają się w oczy czytelnikowi oryginału: długie, nieraz zajmujące spory akapit sekwencje wyliczeń, wyrzucane jak na jednym oddechu, łączone zawsze tym samym „and…. and…. and”, jak  - skojarzenie jest dalekie, wiem, i niekoniecznie jest skojarzeniem autorki, raczej moim – jak listy osób, rzeczy i zjawisk, które ma dotknąć magia w antycznych greckich i rzymskich tekstach magicznych…

Bardzo mi się, co pewnie widać z powyższej recenzji, podobała powieść Griffin. Może lektura Aaronovitcha i kolejnych powieści o Matthew Swifcie (bo zdecydowanie zamierzam kontynuować!) zmieni ostatecznie moją opinię o urban fantasy? 



Zapisz

Zapisz

Zapisz

poniedziałek, 06 marca 2017, ninedin

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2017/03/06 17:54:35
Autorka o wielu imionach poza pisarką jest oświetleniówką teatralną*, więc nie wiem jak tam u niej ze znajomością antycznych tekstów magicznych, ale chyba spokojnie można założyć że choćby przez osmozę gdzieś tam w niej siedzi eklektyczny wybór dramatów z najróżniejszych epok.
* lighting designer, mam nadzieję że trafiłam z polskim tłumaczeniem. BTW, jeśli mnie pamięć nie myli to pracowała m.in. przy Frankensteinie Boylea.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...