Blog > Komentarze do wpisu

Księżniczki i kontrowersje

Pocahontas, scen. Carl Binder, Susannah Grant, Philip LaZebnik, reż. Mike Gabriel, Eric Goldberg, w rolach głównych (głosy): Irene Bedard/Judy Kuhn, Mel Gibson, David Ogden Stiers, Linda Hunt i inni, muzyka Alan Menken (piosenki z tekstami Stephena Schwartza), Walt Disney Pictures 1995

 

 

Ten dzisiejszy wpis jest z dwóch okazji. Po pierwsze, jest małą manipulacją - dzisiaj, drugiego kwietnia, jest mianowicie Międzynarodowy Dzień Książki dla Dzieci. Ergo, piszemy tu dzisiaj o.... a nie, wróć, nie piszemy o książce dla dzieci, piszemy o filmie dla dzieci; no - może raczej dla młodszych nastolatek/-tków.

I to nie jest tak, że nie mam żadnych książek dla dzieci, o których bym mogła napisać - wręcz przeciwnie, lubię literaturę dla dzieci i - także z racji bycia ciotką czwórki dzieciaków w przedziale wiekowym 8 lat - niepełny rok - mam z nią kontakt. Zamiana książki na film w tm przypadku związana jest z dyskusją facebookową, w której nie tyle uczestniczyłam, co ją obserwowałam parę dni temu. Dyskusja zaczęła się od refleksji autorki Zwierza Popkulturalnego na temat tego, jak zmienił się język i sposób oceniania, co jest odpowiednie w filmie dla dzieci, od roku 1995, ale szybko zdryfowała w debatę o tym, czy filmy takie jak Pocahontas w ogóle powinny powstawać.  

Ale na początek - hmmm, może przed każdą moją notką o filmie Disneya powinnam powtarzać jedną informację. Urodziłam się w roku 1973. Yup, w roku, w którym najnowszą pełnometrażową animacją Disneya byli jeszcze Aryskotkraci, bo Robin Hood wyszedł dopiero pod koniec roku (skądinąd, moi rodzice przyszli na świat odpowiednio w roku premiery Kopciuszka - mama i Alicji w krainie czarów - tato; babcia skończyła osiemnastkę, kiedy na ekrany świata weszła Królewna Śnieżka). Oznacza to, że w 1989, roku premiery Małej syrenki i początku Disneyowskiego renesansu, byłam już w liceum ogólnokształcącym. Innymi słowy, cała nowoczesna klasyka filmów Disneya - od Małej syrenki, przez Piękną i bestię, Aladyna, Króla lwa i inne, aż po rzeczy z ostatnich lat, to nie jest coś, z czym mam związane sentymentalne wspomnienia z dzieciństwa. Ba, ja w ogóle tych filmów nie widziałam oczyma ich docelowego, dziecięcego widza: oglądałam je jako mniej więcej dorosła osoba, często - jako towarzyszka do oglądania młodszych kuzynów i rodzeństwa (a jak myślicie, skąd znam na pamięć polską ścieżkę dźwiękową do Króla lwa?), zanim jeszcze zaczęłam je oglądać okiem kogoś, kto lubi rozmontowywać dzieła popkultury i patrzeć, jak są zbudowane.  

Zrobiwszy to zastrzeżenie, które uważam za istotne - większość znajomych, z którymi zdarza mi się dyskutować o filmach Disneya, jest ode mnie o te 10-15 lat młodsza, czyli mają prawo mieć związane z tymi filmami wspomnienia, których ja nie mam - przejdę może do Pocahontas.

Chciałabym przy jej okazji zastanowić się nad paroma kwestiami, po części, sprowokowanymi przez około-Pocahontasową dyskusję, o której wcześniej wspominałam.

Po pierwsze, ergo, coś, o czym nie będę się wypowiadać, a mianowicie ciągle aktualna kwestia tego, czy sposób pokazania Powatanów, nacji, z której pochodzi główna bohaterka, jest właściwa, czy nie. Amerykański internet dyskutuje o tym ciągle, ale ja, Polka z nader bladym pojęciem o historii Ameryki sprzed kolonizacji przez Europejczyków - ja nie umiałabym uczciwie i rzetelnie ocenić, co w tym kontekście znaczy właściwie i nieobraźliwie. Nie znam się, ergo się nie wypowiem - choć w czytanych przeze mnie przy okazji researchu do tej notki raportach pojawiał się fakt, że dla dziewczynek pochodzących z rdzennych amerykańskich rodzin Pocahontas była ważną bohaterką, pozwalającą im zobaczyć na ekranie kogoś podobnego, swoje wyidealizowane odbicie. 

Wypowiedzieć się mogę, i owszem, na temat, który wyszedł w inspirującej mnie dyskusji - a mianowicie czy historia osadników, którzy przybywają do Virginii w 1607 i zapoczątkowują w ten sposób na szerszą skalę kolonizację Ameryki, kolonizację, która przyniosła rdzennym mieszkańcom kontynentu niezliczone cierpienia - to ogóle jest temat  na musical o księżniczce i zwierzątkach i wielkiej miłości.  Mogę powiedzieć, jak ja to, jako widz, odczuwam; ale pozwolicie, że zrobię to na końcu i że najpierw, jak na poważną recenzentkę przystało, spojrzę na film od strony jego roboty.

Fabularnie Pocahontas odchodzi, oczywiście, dość daleko od historycznego pierwowzoru (i zresztą może dlatego bohaterka tak zdecydowanie wygląda na całkowicie dorosłą dwudziesto-, a nie na dorastającą szesnastolatkę - autentyczna Matoaka/Pocahontas miała w chwili przybycia kolonistów jakieś 10-11 lat i film robi wszystko, żeby się od tego faktu zdystansować). Historia skupia się tutaj na dwóch motywach: z jednej strony, na konflikcie ohydnego (to jest klasyczny Disneyowski czarny charakter, bez jednej pozytywnej cechy) gubernatora i poddanych mu kolonistów z Powatanami (gdzie frakcja Kocouma też prze do wojny, choć oni przynajmniej mają powody), z drugiej, oczywiście, na love story Johna Smitha i Pocahontas.

 Co zwraca w Pocahontas uwagę, to tytułowa bohaterka - zdecydowanie bardziej młoda kobieta, niż dziewczyna; jej sylwetka, ruchy i gesty wskazują na bohaterkę zdecydowanie dorosłą, silną fizycznie, wysportowaną - charakterystycznie, w pierwszej scenie, w której ją widzimy, Pocahontas stoi wysoko nad wodą, u szczytu wodospadu, w klasycznym heroicznym ujęciu; moment potem widzimy ją wykonującą szaleńczy, ryzykancki skok do wody. Ona jest nawet trochę inaczej animowana niż pozostałe postacie - jej ruchy są płynniejsze, bardziej zwinne, ona się wydaje unosić na krajobrazem i, kiedy biegnie, ledwie dotykać stopami ziemi. Te wszystkie elementy dodają kreacji postaci pewnej oryginalności.

Nie zmienia to jednak faktu, że przynajmniej początkowo kluczowym problemem Pocahontas jest dokładnie ten sam problem, który ma Jasmina, Bella czy, początkowo, Mulan (będzie miała, ten akurat film jest późniejszy) - a mianowicie problem z niechcianym zalotnikiem/małżeństwem. Tutaj o bohaterkę oświadczył się heroiczny i wojowniczy Kocoum - uczucia do dziewczyny oczywiście zadeklarował nie jej, a jej ojcu, co może być historycznie wiarygodne, ale nie ujdzie w świecie Disneyowskich bohaterek. Na dodatek, cóż, taki mąż ma jej zapewnić stabilizację i solidny dom, niekoniecznie szczyt marzeń ambitnej i samodzielnej dziewczyny... Pocahontas musi wybrać, czy chce być posłuszną córką, czy też zamierza pozostać wierna sobie i swoim dziwnym przeczuciom - i w symbolicznej scenie kieruje swoją łódkę w wąską, meandrującą odnogę rzeki zamiast na szerokie i spokojne wody. No bo przecież wiemy, że ona nie może tak po prostu wyjść za Kocouma i żyć długo i szczęśliwie, prawda? Podczas całej akcji Pocahontas pozostaje jedną z jej głównych sprężyn i zawsze jest postacią działającą - można o tym filmie powiedzieć sporo, ale nie to, że tytułowa bohaterka jest ozdobnikiem i damsel in distress. I jest, nie oszukujmy się, zdecydowanie barwniejsza od swojego ekranowego partnera...

Najciekawszą chyba historię można to było zbudować wokół dwóch postaci - Kocouma, szlachetnego i dzielnego, ale też bezwzględnego, zaborczego i skłonnego do przemocy (to by był koszmar, a nie mąż...) i młodego, niepozbieranego i nieżyciowego Thomasa, który nie umie strzelać, marnie sobie radzi w walce, ale z lojalności wobec Johna Smitha próbuje go ratować przed Kocoumem i ten jeden raz trafia aż za dobrze, nie tylko zabijając wojownika, ale też omal nie wywołując poważnej wojny.... Oczywiście, to są wątki, które by trafiały do dorosłego - tu są ograne na tyle, na ile mogą być w filmie dla małolatów...

Pocahontas ma wyraźne (i dość uroczo naiwne, ale to akurat nie dziwne, przy zamierzonym małoletnim odbiorcy) ekologiczne przesłanie, kontrastując opętanego żądzą złota, pozbawionego skrupułów gubernatora Radcliffe'a i dowodzonych przez niego brutalnie pragmatycznych kolonizatorów z żyjącymi w harmonii z naturą i przodkami krewnymi Pocahontas.  W związku z Pocahontas pełna jest uroczych (do urzygu uroczych, dla dorosłego widza) zwierzątek w stopniu porównywalnym, z wcześniejszych filmów o księżniczkach, chyba tylko z Królewną Śnieżką, a sceny z szopem, psem, kolibrem i innymi słodziakami, stworzonymi z myślą o pluszowych  maskotkach.

Co w Pocahontas działa? Brak oczywistego happy endu dla historii miłosnej, bo jest... nieprzewidywalny.  Animacja, ale to akurat nic dziwnego; zwłaszcza tła i sceny z przyrodą robione są chwilami bardzo efektownie - jak ta scena spotkania Johna Smitha i Pocahontas; cała sekwencja z Colours of the Wind jest też bardzo ładnie i efektownie animowana. Choć, owszem, momentami i forma plastyczna, i animacja scen z uroczymi zwierzątkami męczy swoją przewidywalnością - ale też nie dla mnie, widza po 40., te zwierzątka tu wprowadzono...

http://bslcrane.blogspot.com/2012/11/movie-review-of-disneys-pocahontas.html

Co jeszcze jest IMHO zdecydowanie udane w Pocahontas? Piosenki (ech, ten moment, kiedy Zły Gubernator śpiewa, z całą kabaretową przesadą, lekko stylizowane na muzykę z epoki Mine, Mine, Mine! - nie, nie każcie mi się wypowiadać o śpiewie Mela Gibsona w tej samej piosence). Jakkolwiek teksty - dobra, tekst Savages - mogą być dyskusyjne, to wydaje mi się, że ponieważ wokół tego słowa toczy się w całym w zasadzie filmie szeroka dyskusja, trochę to problem rozładowuje.

Generalnie, filmowo jest to rzecz - dla dorosłego widza, takiego jak ja - średnia, całkowicie i nawet z jakąś przyjemnością oglądalna, z ciekawą bohaterką (i kompletnie, IMO, nieciekawym głównym bohaterem), mocno przewidywalnym acz dostarczającym rozrywki czarnym charakterem i całkowicie przewidywalnym zestawem postaci w tle (Typowy Disneyowski Tatuś, Który Nie Rozumie, Wcielenie Pradawnej Mądrości, nie całkiem rozumiejący przyjaciele, zwierzątka).  To jest całkiem przyjemny film dla młodszych nastolatków, gdyby jeszcze człowiek mógł potraktować go jako czystą fikcję i zapomnieć, że za tym wszystkim jest autentyczna historia, która naprawdę bardzo źle się skończyła. I może dlatego, oglądając dzisiaj Pocahontas, mam poczucie dyskomfortu  - i głębokie przekonanie, że dziś pewnie nawet Disney, chcąc sięgnąć po opowieść wywodzącą się z folkloru rdzennych mieszkańców Ameryki, oparłby się raczej na, przykładowo, czymś takim niż na uładzonej i przetworzonej historii Matoaki... I może lepiej by było.

Zapisz

niedziela, 02 kwietnia 2017, ninedin

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2017/04/02 22:12:38
Jak byłam młodsza, moją ulubioną bajką była Piękna i Bestia, ale z czasem Pocahontas wygrała. Olbrzymi plus za drugą część, w której Pocahontas wymienia faceta na innego, nietypowo dla księżniczek, ale typowo dla życia ;)
-
2017/04/03 00:14:24
No właśnie druga jeszcze przede mną :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...