Blog > Komentarze do wpisu

O jednym takim, co rozbił księżyc

Radek Rak, Puste niebo, Powergraph 2016

 

 

 

UWAGA SPOJLERY

 

 Jako że nastąpiła rzecz głęboko niemożliwa i ja, autorka tego bloga pełnego niemiłych chwilami uwag o polskiej literaturze, postanowiłam przeczytać zestaw tekstów nominowanych do nagrody Zajdla, to postanowiłam również - a co mi tam! - je zrecenzować. Na pierwszy ogień poszła - zanim jeszcze podjęłam decyzję o lekturze wszystkich - Siła niższa Marty Kisiel (która pozostaje, jak na razie, moją osobistą Zajdlową faworytką); jako drugą postanowiłam zrecenzować powieść Radka Raka Puste niebo.

To ja może powiem od razu, żeby sztucznego suspensu nie robić: serca mi ta książka nie złamała, zachwycić nie zachwyciła, ale podobać się, to, i owszem, zdecydowanie się podobała.

Ale po kolei: łowiąc ryby na Bugu, niemądry i nic nie rozumiejący Tołpi łowi, a potem rozbija, księżyc; miał co prawda w planach zanieść go dziewczynie, która mu się (mocno bez wzajemności) podoba, ale po drodze jakoś tak się stało, że Tołpi i marne licho (głoszące się wszem i wobec diabłem-szlachcicem) Zapaliczka księżyc stłukli. Mądra wiejska starucha Sławuszka Tołpiego ostro zganiła, powiedziała mu, że bez księżyca, co babskie sprawy reguluje, kobiety przestaną rodzić, a ludzkość wymrze, i kazała mu iść do Lublina do mądrego rabina księżycotwórcy po nowy. No to Tołpi poszedł, a po drodze spotkało go mnóstwo mniej lub bardziej groteskowych, mniej lub bardziej upiornych przygód.  

Przewijają się w tych przygodach typy, postacie i motywy zakorzenione zarówno w polskiej kulturze, jak i w świadomości odbiorców (pop)kultury niekoniecznie polskiej. Tołpi spotyka Jana Azryjela Hespera, przechrztę i eks-rabina, obłożonego cheremem, który to rabin eksperymentuje z  kabałą i tworzeniem księżyca; natyka się na jego towarzysza, hedonistę i sybarytę Tyfona. Panowie mają problem, poważny problem, związany ze znikającym księżycem: zawarli byli mianowicie szatański pakt z władcą wron, kawek i kruków, Sędziwronem, i winni mu są swoje dusze, gdy tylko księżyc zniknie permanentnie z nieba…

Ci dwaj i gospodyni Hespera, pani Maria, a także śliczna i niebezpiecznie seksowna pokojówka Adela to nie są jedyne osoby, z którymi Tołpi się zetknie w swojej próbie naprawienia głupot, których narobił. Wcześniej wpakuje się w spotkania z kolejnymi postaciami rodem z archetypów i kulturowej tradycji – zostanie nakarmiony słodyczami przez madame Chauchat, w rzeczywistości kuszącą i groźną bohaterkę C. S. Lewisa i H. Ridera Haggarda i ani się obejrzy, obieca jej księżyc, bo przecież pani jest taka piękna, zmysłowa i władcza… Przez chwilę będzie lokatorem-więźniem w upiornym klasztorze-szkole dla niegrzecznych chłopców, gdzie chcąc nie chcąc stanie się częścią buntu – buntu, który poprowadzi go wprost w objęcia bolszewików i rewolucjonistów, choć i o komunizmie, i o rewolucji nasz bohater wie tyle, co o wszystkim innym, czyli, hmmm, nic. I jeszcze się zaplącze Tołpi w znajomość z duchem mnicha, co zestrzeliwuje z nieba spadające anioły, i poniesie go w pełne upiorów i zjaw wszelakich podziemia Lublina, a potem, cóż, potem będzie dużo umierania, a Tołpi nie pójdzie do nieba. Bo, po prawdzie, nie zasłużył.

Radek Rak umieszcza opowiadaną przez siebie historię wioskowego głupka Tołpiego i jego przygód zainicjowanych stłuczeniem księżyca w zmityzowanym uniwersum polskiej kultury przełomu różnych epok, bo mamy tu i przedwojenny częściowo żydowski Lublin, i pokraczną wersję manifestu lipcowego i kompletnie wyjętą z czasu wieś; a i uniwersalne, wyjęte z tradycji (pop)kultury postacie co jakiś czas nam się przewijają (Aisza Jadis, serio?).  Wydarzenia dzieją się w jakimś mitycznym zawsze-nigdy, a w tonie opowieści baśniowość przeplata się z groteskowością, onirycznością i autentycznym tragizmem. Słychać w prozie Radka Raka inspiracje modernizmem, słychać Schulza i – w mniejszym stopniu – także Leśmiana. Rodem z Leśmianowskich fantasmagorii i z szalonej wyobraźni Brunona Schulza są też miejsca i ludzie, z którymi Tołpi się styka. To jest świat pełen dziwacznych karłów (imieniem Bruno, nie mniej), pokurczonych wierzbowych diabłów, rabinów mamroczących niezrozumiałe kabalistyczne frazy, niepojętych stworów z koszmarnych snów. Jednocześnie świat ten nie jest baśniowy – jest na to zbyt okrutny i zbyt przesycony seksualnością. Zmysłowość kobiet, wyuzdanie Tyfona i nieporadne próby cielesnego obcowania, jakie podejmuje Tołpi (pożądanie wobec namiętnej siostry Rozyny, pokusy, na jakie wystawia go pani Aisza Jadis, seksualne ekscesy z Adelą – to jest też szalenie schulzowsko-leśmianowskie, a szerzej – wyraźnie zakorzenione w post-secesyjnych, witkacowsko-modernistycznych wizjach femmes fatales. Kobiety u Radka Raka – pragnąca wyrwać się z narzuconego dziewictwa siostra Rozyna, upiorna matka przełożona i wilkołaczo-świńska, odczłowieczona (ona nieprzypadkowo pozbawiona jest, przez nieznajomość języka, możliwości komunikowania) siostra Remedios, magiczna, zmysłowa i lodowato groźna Aisza, zastygła w panieństwie i służbie innym pani Maria, eksplodująca wulgarnym seksem i budząca żądze Adela, mądra starucha Sławuszka – są, tak naprawdę, nie postaciami, nie ludźmi, a żywymi wcieleniami Jungowskiego archetypu. Rak podkreśla, jak podobna jest Adela do Jadis, jak wiele łączy ją także z Rozynką. Mam o to do niego, tak po prawdzie, nieco pretensji, bo to te postacie osłabia, a ich losy pozbawia znaczenia. Radek Rak napisał Adeli makabryczny wątek, w którym zgadza się ona poświęcić de facto własne życie dla wyprodukowania sennego marzenia (bo bez snu nie będzie nowego księżyca), pokazał nam ją po lobotomii, torturowaną, pozbawioną świadomości i opuszczoną – to, że summa summarum jej postać okazuje się, w oczach Tołpiego, w zasadzie utożsamiona z Aiszą, odbiera sporą część znaczenia temu, co z nią zrobiono i na co się zgodziła; czym jest cierpienie jednego awatara Bogini wobec jej wiecznego istnienia? Te kobiety, władcze modliszki i pełne poświęcenia anioły seksu i miłości, na pozór efektowne, ale uwięzione w swojej archetypowości – to im chyba najbardziej z postaci Radka Raka brakuje, tak naprawdę, charakterów.     

Paradoksalnie, podoba mi się postać głupiego, czasem szlachetnego, częściej bezmyślnie okrutnego Tołpiego (otrząsnęło mnie ze złości w tym momencie, w którym zabił biedne, durnowate licho wodą święconą!), bo ona z kolei idzie trochę wbrew archetypowi – Tołpi nie jest bohaterem ze schematu Proppa, uczy się niewiele i na końcu rozumie i wie niewiele więcej, niż na początku. Nawet życia od śmierci za bardzo nie odróżnia, a i to, że chyba nie trafi do raju, nie bardzo do niego dociera. W końcu pokutę za swoje zbrodnie odbędzie u boku swojej świętej upadłej umęczonej kochanki, która wybłagała mu boże miłosierdzie, na które nie zasłużył…

Tak jak koncepty i motywy, tak i styl powieści Radka Raka jest zanurzony w literackiej tradycji, wystylizowany, z baśniową w charakterze narracją opowiedzianą językiem nawiązującym (ale lekko, to się ciągle łatwo czyta) do stylu a la Schulz. Parę lat temu pisałam, że mi brakuje w polskiej fantastyce takich głosów, takich tekstów – i jak mnie powieść Radka Raka nie zachwyciła, tak cieszę się, że jest. No i podobała mi się dostatecznie, żeby trafić na razie na nr 2 listy Zajdlowej (a przeczytałam już 4/5 nominacji, żeby nie było). Raczej na pewno sięgnę po kolejne książki autora.

niedziela, 04 czerwca 2017, ninedin

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...