Blog > Komentarze do wpisu

Wiara, nadzieja, krzywda

Anna Kańtoch, Wiara, Wydawnictwo Czarne 2017

 

Słuchajcie, to będzie w sumie analiza, nie recenzja.

Będą w związku z tym SPORE SPOJLERY

 

 

 

 

No więc było tak: pewien ksiądz jechał rowerem po dróżkach przy nasypie kolejowym w małopolskim turystycznym miasteczku, w którym był proboszczem, i na nasypie znalazł ciało brutalnie zabitej młodej dziewczyny. Zbrodnia od początku wydaje się nie mieć za dużo sensu:

Mamy więc dziewicę, która jednocześnie boi się mordercy i pozwala mu się kompletnie zaskoczyć.  Która umawia się w zupełnie idiotycznym miejscu i idzie na spotkanie odstawiona jak stróż w Boże Ciało (...). A facet co prawda zabójstwa nie planuje, ale przychodzi z nożem, a po wszystkim jest na tyle przytomny, żeby zabrać ofierze torebkę, bo wie, że to spowolni śledztwo.

Powyższe podsumowanie (sam początek śledztwa, zagadka, jak się okaże, rozwiązana w tych słowach) wygłasza przysłany do przeprowadzenia śledztwa w tej sprawie kapitan Milicji Obywatelskiej Andrzej Witczak, który sam przeżył w życiu swoje. Wraz z grupą lokalnych stróżów prawa - przysłaną już wcześniej z okolicznego większego miasta starszą szeregową Hanką Gierasówną, starszym sierżantem Waśkowiakiem i kapralem Janem Synowcem, który mocno przeżywa swoją pierwszą sprawę o zabójstwo (ha ha) - Witczak musi rozwiązać sprawę zabójstwa nieznanej dziewczyny na torach, potem zmierzyć się z kolejnymi nieprzewidywanymi śmierciami, a w końcu odpowiedzieć sobie na pytanie, czy trwająca tu budowa elektrowni atomowej i związane z nią protesty mają cokolwiek wspólnego z tymi zabójstwami. A może klucz tkwi w przeszłości i wiąże się z koszmarną zbrodnią sprzed lat, kiedy to w nieistniejącej już, zalanej przez zbiornik wody sąsiedniej wsi młody chłopak zarąbał siekierą owdowiałą matkę i młodszego brata i ciężko pokaleczył siostrę? No chyba, że coś z tym wszystkim wspólnego ma tajemnicza i elfio nieprzewidywalna niepełnosprawna Ewa i jej milkliwy mąż?

Pisząc jakiś czas temu o Łasce Anny Kańtoch, miałam poczucie, że autorka, znana wcześniej głównie jako fantastka,  lepiej radzi sobie z konwencjami powieści kryminalnej niż wielu tuzów polskiego kryminału. Wiara tylko mnie w tym przekonaniu utwierdziła, potwierdzając jednocześnie czysto pisarskie kompetencje Kańtoch: jej umiejętność tworzenia zróżnicowanych i zniuansowanych, a wiarygodnych postaci, tworzenia nastroju, przekonującego posługiwania się realiami minionej epoki i rekonstrukcji tego, jak mógł wyglądać duszny lipiec 1986 roku na małopolskiej wsi pod Żywcem. Serio, ja to wiem, byłam tam (od 1980 do 1992 mieszkałam stosunkowo niedaleko, paręnaście kilometrów od fikcyjnej Rokitnicy; nad Zalew Żywiecki, który stworzono zatapiając wioski podobne do kluczowej dla narracji Kańtoch Brzozówki. Obie miejscowości, na moje wyczucie lokalsa, są fikcyjną i fikcyjnie, acz prawdopodobnie, nazwaną wersją czegoś w okolicy Zalewu Żywieckiego (tam, gdzie Międzybrodzie, Porąbka, Kozubnik etc.) , gdzie rzeczywiście są wioski, zalane pod koniec lat 50. przy budowie Zalewu, z ludnością przesiedloną do sąsiednich, w ten sposób powiększonych. O jednej z tych zalanych wiosek, Zadzielu, był skądinąd swego czasu (2012?) świetny reportaż w Wyborczej. Kańtoch pożeniła je, oczywiście, z pomorskim Żarnowcem - jak historycznie w Żarnowcu, tak w jej świecie w Rokitnicy trwa właśnie budowa pierwszej polskiej elektrowni atomowej.

Kańtoch ma do tych małopolsko-peerelowskich realiów dobrą rękę - te zarośnięte zielskiem ścieżki koło nasypów kolejowych, te majtki w dni tygodnia, idea gościnnego telefonu, wszechobecne w pracy papierosy, cień Czernobyla i dobrze podchwycona specyficzna gwara małopolskiej wsi (aż mnie to "paczaj się", znane tak dobrze z rozmów krewnych babci, wzruszyło :D), to wszystko przyczynia się do zbudowania wiarygodności jej narracji, tworzonej ponownie, jak w Łasce, bez budowania poczucia nostalgii i tęsknoty za dawnymi czasami, ale i bez ich wykpiwania czy demonizowania.

Z jednej strony, powieść Kańtoch obficie częstuje nas red herringami, mającymi zmylić czytelnika. Dość, przyznajmy, mocno wyrwana z kontekstu reklama-tagline na powyższej okładce to jeden z nich; innym, w sumie chyba nawet ważniejszym, jest sugestia polityczności tego, co się dzieje - od początku dowiadujemy się, że w Rokitnicy (jak w Żarnowcu w realnych czasach PRL) powoli buduje się pierwsza polska elektrownia atomowa i że protestują przeciwko niej studenci i aktywiści ruchu Wolność i Pokój. To się, oczywiście, okaże kompletną zmyłką - może poza tym, że cień niegotowej elektrowni rzeczywiście wisi nad Rokitnicą i rzeczywiście czyni ją złym miejscem. Tyle że i z polityką, i z realnymi atomowymi zagrożeniami nie ma to zło wiele wspólnego, a jeśli nawet - to tylko bardzo odlegle: pełen zabobonnej wiary strach przed elektrownią to tylko jeden element ponurej układanki, w wyniku której w Rokitnicy gorącym latem 1986 zginęły trzy młode kobiety. 

Właśnie, wiara. Wiara jest, paradoksalnie, kolejnym z red herringów sugerowanych przez autorkę - bo tu chodzi o wiarę, jak najbardziej, tylko nie taką, jak by się na pierwszy rzut oka wydawało. Skupienie jednego z dwóch wątków powieści wokół postaci księdza i prowadzonego przez niego śledztwa oraz fakt, że tragiczne wydarzenia w Rokitnicy wiążą się jakoś z tym, co się działo (kolejno śmierć po pijanemu, samobójstwo i nagłe przeniesienie jednego za drugim proboszcza) i dzieje (popularność młodego wikarego wśród dzieci, nocne wizyty odwiedzającej go tajemniczej dziewczyny) na tutejszej plebanii wydaje się sugerować, że chodzi o sprawy związane z instytucjonalnym kościołem i katolicyzmem - i poniekąd chodzi, tylko dość, hmmm, inaczej. 

Kańtoch starannie unika tych najbardziej przewidywalnych schematów, obojętnie w którą stronę, które powieść (i kino) kryminalne ostatnich lat kojarzyły z księżmi i kościołem katolickim. Nie, to nie jest demaskatorska powieść o pedofilii w kościele. Nie, to nie jest też odważna obyczajowo powieść o księdzu, który ukrywa osobiste tajemnice w rodzaju kochanki i dzieci albo homoseksualnych związków. Nie jest to też z drugiej strony powieść o dzielnym księdzu-detektywie, a ksiądz Marczewski, główny bohater, nie przypomina ani dobrotliwego Chestertonowskiego ojca Browna, ani ojca Mateusza i jego pierwowzorów. Jakże nieprzypadkowo, nieco zmęczony życiem i własnym oportunizmem Marczewski rzadko mówi akurat o wierze.

Ale są w Rokitnicy - a raczej najpierw byli w Brzozówce - ci, którzy mają wiarę, głęboką i prawdziwą. I paskudną. Pod tym właśnie względem powieść Kańtoch podejmuje, poniekąd, dyskusję o kościele katolickim, czy raczej szerzej, o każdej tego rodzaju instytucji (bo to, że to jest akurat ksiądz katolicki, to kwestia małopolskich realiów, wyznanie ma tu drugorzędne znaczenie) - kiedy pokazuje, do jakich aberracji doprowadził fakt, że rolę obdarzonego pełnym autorytetem przywódcy duchowego niewielkiej wsi pełnił, w momencie tragedii i kryzysu, człowiek najwyraźniej dotknięty psychicznymi zaburzeniami. Tu z kolei, w wątku popełnionej przed laty zbrodni w domu Kozłów i jej związku z aktualnymi morderstwami, Kańtoch umiejętnie gra tropami nie tylko z powieści kryminalnej, ale i z horroru - mamy dziwaczną rodzinę na odludziu, kazirodcze sekrety, mordercę z siekierą, mroczny cień wyobrażonej atomowej katastrofy, klątwy i ofiary z dzieci... Tyle że wszystko to, dawkowane powoli i oszczędnie, wpisane w drobiazgowo oddane peerelowskie realia i staranne, subtelne psychologiczne portrety postaci, nie sprawia wrażenia taniego horroru gore ani efekciarstwa dla efekciarstwa - Kańtoch starannie przygotowała sobie grunt pod tę historię. Ludzie uwierzyli i wierzą do dziś, mają nadzieję, że ich ta wiara ocali i że osłoni ich współdzielona tajemnica - a ceną za to jest krzywda i przelana krew niewinnych.

Pierwotny tytuł tego wpisu był tak straszliwie spojlerowy, że z niego zrezygnowałam, ale tu jest mi potrzebny. Oryginalnie, mianowicie, ten wpis się nazywał Dziewczynki, które wróciły do Omelas - dla mnie powieść Kańtoch obraca się bowiem wokół krzywdy, zrobionej przez społeczność dwóm małym kozłom ofiarnym, które uciekły przed swoim koszmarem tylko po to, by zrozumieć, że nie ma ucieczki od tego, w co się wierzy, i wrócić do krainy koszmaru po śmierć. Kańtoch napisała powieść o brutalnych morderstwach czterech kobiet (jednej w odległej przeszłości, trzech teraz) i młodego chłopaka (w przeszłości), ale ofiary nie są dla niej tylko rekwizytami. Nieprzypadkowo jej kolejne rozdziały noszą tytuły, zaczynające się od Dziewczyna/Dziewczyny, a odnoszące się zarówno do ofiar, jak i do tych kobiet, które żyją i działają. Postacie zresztą Kańtoch pisze, jak już wspomniałam, bardzo przekonujące, czy będzie to policjant dotknięty wyrzutami sumienia za wypadek, który spowodował, walczący z własnymi problemami osobistymi ksiądz czy młoda i całkiem niezła w swojej robocie, bardzo zwyczajna policjantka z małego miasteczka. Autorka nie musi walczyć z charakterologicznymi schematami z powieści kryminalnych - jej postacie mają bardzo mało z tymi schematami wspólnego, choć pewne cechy (policjant, który zapija traumę, na przykład) z nimi dzielą. 

W swojej recenzji Megu przekonująco podkreśla związki między Wiarą  a poprzednim kryminałem Kańtoch, Łaską, zarówno w konstrukcji fabuły, jak i w charakterystyce postaci. Zgadzam się z konkluzją tej recenzji - nie miałabym nic przeciwko temu, żeby polski kryminał miał od tej pory w Annie Kańtoch nową, ewidentnie lepiej znającą się na królowaniu temu gatunkowi królową.   

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

sobota, 24 czerwca 2017, ninedin

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...