Blog > Komentarze do wpisu

Długa gra

Jak wiadomo z kilku ostatnich postów, czytam ja sobie powieści nominowane w tym roku do Nagrody im. Janusza A. Zajdla. Ba, już prawie skończyłam, jedna mi została. Jednocześnie jednak czytam sobie też – dobra, na razie dwie przeczytałam – powieści nominowane do Hugo; i, och, jakie mi się dwa tytuły trafiły, oba z szansami na moją prywatną listę wszech czasów.

 

MORDERCZE SPOJLERY



O Too Like a Lightining Ady Palmer już pisałam w tonie zachwytu, a Ninefox Gambit Yoon Ha Lee zrobiło na mnie, summa summarum, podobne wrażenie. Pokrętna jest ta powieść, wymagająca i stawiająca czytelnikowi wcale niełatwe zadania, a jednocześnie – zdecydowanie odwdzięczająca się czytelnikowi za włożony w lekturę wysiłek.

Podobnie jak recenzent na stronie tor.com, miałam problem z przebrnięciem przez pierwszy rozdział. Dlaczego? Ano dlatego, że tak jak główna bohaterka, Kel Cheris, toczy tu bitwę, którą chwilami nie bardzo rozumie, tak i my nie rozumiemy. Wrzuceni w centrum potyczki w jakimś dziwacznym wszechświecie, marzymy o choćby odrobinie ekspozycji i rozbijamy się o koncepty, pomysły i rozwiązania, które nie są łatwe do ogarnięcia rozumem, zwłaszcza że opisane są zmetaforyzowanym, skomplikowanym (i IMHO wyjątkowo efektownym) językiem. Hmmm… pamiętacie Z pyresider i keraunetów nie dało się już strzelać, pierwsze zdanie fragmentu Innych pieśni Jacka Dukaja, opublikowanego jako samodzielny tekst w NF? Tu jest podobnie dziwnie.  Pistolet amputacyjny, wiejadła progowe, zalewające cię morderczym trupim światłem, działa katastroficzne, small shining boxes that held the deaths of worlds – wyobrażacie sobie, jak to działa? Ja też nie całkiem.

Potem… potem bynajmniej nie robi się bardziej oczywiście, ale coś się powoli zaczyna klarować (albo tak się nam wydaje). Powolusieńku zaczynamy widzieć mechanizmy tego świata. Imperium-heksarchia, sześć… klanów? (ale nie klanów w sensie pochodzenia, bo możesz wybrać przynależność; cechów, może?), każdy o innej specjalności. Kel, których symbolem jest jastrząb-feniks, to wojskowi, odważni do szaleństwa, z wpojonym automatycznym instynktem bycia posłusznymi. Nirai to technicy i wizjonerzy, Vidona – inkwizytorzy i strażnicy wiary. Frakcja Rahal grupuje tych, którzy zarządzają kalendarzem (o kalendarzu później), a Andan – artystów, twórców, dyplomatów. Shuos z kolei to klan znany z przebiegłości i perfidii, grupujący szpiegów, polityków… zabójców. Przy czym to nie jest tak, że twoja przynależność cię całkowicie ogranicza: można na przykład nazywać się Shuos i ciągle zostać najwybitniejszym w historii tego świata strategiem, który nigdy nie przegrał bitwy i którego powszechnie podziwiano jako geniusza.

Znaczy, póki nie został potworem i masowym mordercą, za co go aresztowano, skazano i wykonano na nim egzekucję. Choć minęło 379 lat, nikt nie wie, co wtedy sprawiło, że wojskowy geniusz wymordował i swoich, i wrogów; a on sam ciągle twierdzi, że nie pamięta, co się wtedy stało. Tylko czy można wierzyć komuś, kto z podstępów i fint uczynił sens swojego życia (i nie-życia) i miał mnóstwo, mnóstwo czasu w ciemności i samotności, żeby je doskonalić? Nie pomyliłam się i nie pokręciłam chronologii, tak skądinąd.  

W każdym razie: imperium, w chwiejnej równowadze. W centrum ładu świata – kalendarz. Odejście od kalendarza jest herezją, a herezja jest zabójcza dla porządku świata; herezja kalendarzowa, ta najgorsza ze wszystkich, może zaburzyć funkcjonowanie rzeczywistości, a już na pewno - funkcjonowanie części obłąkanych, wymyślonych z szaloną i chorą fantazją broni heksarchii:  Technika tego świata niewiele różni się od magii, ale jeżeli ta techno-magia ma zasadę, jest nią matematyka, w całej swojej stosowalności-i-mistyczności jednocześnie.

No i tak: nagle mamy heretyków w absolutnie kluczowej dla utrzymania kalendarzowego ładu Fortecy Rozrzuconych Igieł i ryzyko, i mamy też pomysł, jak ten problem rozwiązać, ale ktoś to musi zaproponować; więc, proszę, oto młoda, ambitna, matematycznie nadprzeciętnie zdolna wojskowa, której się zasugeruje, żeby zasugerowała, że przecież w upiornej czarnej kołysce, która jest trochę piekłem, a trochę maszyną nieśmiertelności, mamy ducha potwora, który nie przegrywa. Ta dziewczyna, Kel Cheris nie ma bladego pojęcia, na czym współpraca jej, jako tymczasowego generała i dowódczyni tej misji, i jej nie-martwego, nie-żywego doradcy-potwora ma polegać, ani nawet nie pyta, wyjściowo, jak się zabiera na kosmiczną wyprawę wojenną upiora. Kiedy się dowie – nie, nawet już kiedy się zacznie dowiadywać – nic już nigdy nie będzie tak samo.  

Perfidna jest ta powieść, bo kiedy tylko, wrzuceni in medias res zaczynamy jakoś układać sobie świat, opisany przez autora, dajemy się wciągnąć w jego grę. Wiecie, co to za gra? Stara jak świat gra w identyfikację czytelnika z postacią. Kel Cheris trochę trudno nie lubić: jest uparta, ambitna, z zasadami; musiała ciężko walczyć o swoje i nie bardzo miał ją kto na drodze kariery wesprzeć, a mimo to własnym wysiłkiem zaszła daleko; jest lojalna wobec swoich ludzi i po koleżeńsku otwarta na znajomości ze zdecydowanie niższym, jak chodzi o status, nie-ludzkim personelem – mechanicznymi serwitorami. Cheris jest żołnierzem heksarchii i w jej imię walczy. Nie będzie nam więc bardzo łatwo dojść do wniosku, że pod władzą heksarchii żyje się, no cóż, dość koszmarnie. I jak byśmy Kel Cheris nie lubili, to ona, i jej towarzysze i, generalnie, wszyscy, których spotykamy po stronie (a to jest strona, o której wiemy najwięcej i z którą początkowo, jako czytelnicy, czujemy się związani) walczą w służbie przepaskudnego wręcz reżimu, łączącego bardzo wysoko zaawansowaną technologię z hmmm, mniej więcej ontologicznym mistycyzmem wywodzącym się wprost z najgorszych pomysłów ludzkości (no bo serio, nikt nie przepada za figurującymi w kalendarzu dniami, kiedy się kogoś zabija na torturach, ale przecież bez tych tortur, bez tej śmierci, świat by runął...). Aha: nie, żeby przeciwnicy byli lepsi. Armia heksarchii nie walczy tu bynajmniej z grupą miłujących pokój demokratów. Ludzkość, generalnie (bo to są wszystko ludzkie cywilizacje) dumnie pokazuje tu, jakie ma fantastyczne możliwości rozwoju w rzeczywiście potworne w swej naturze społeczeństwo: dość od początku wiemy, na przykład, że jeszcze za pierwszego życia generała Jedao heksarchia była heptarchią i że całego siódmego cechu, Liozh, już nie ma, ponieważ herezja.
Aha: nie, żeby autor nam to mówił wprost, o nie – nie spodziewajmy się w tej powieści kogoś, kto nam wygłosi obronę wartości i podpowie nam, że z organizacją i światem głównej bohaterki jest coś nie tak. Podobnie jak świat przedstawiony, podobnie jak terminologię, nazewnictwo, system społeczny – także i politykę tego świata musimy powoli i mozolnie rekonstruować, sięgając drugiego i trzeciego dna tego, co nam autor oczyma postaci pokazuje.

A jak o tych oczach, i tych postaciach, mowa: to jest kolejna mocna strona Ninefox Gambit. Kulturowo ludzkie imperium w tym świecie ma, jako wyjściowy model, cywilizacje Dalekiego Wschodu: to jest wyraźnie widoczne i w typach fizycznych, jakie reprezentują bohaterowie, i w całym tym codziennym modelu kulturowym: jeśli się je, na przykład, to ryż i marynowane w stylu wietnamskim warzywa, sięgając po nie pałeczkami. Tego życia codziennego jest zresztą sporo: Kel Cheris ma swoje pasje – jak telewizyjne dramy, ceremonialne pojedynki lub zaprzyjaźnianie się z serwitorami, świadomymi maszynami stworzonymi z/na podobieństwo zwierząt i wykorzystywanymi do wszelkich prac fizycznych, utrzymywania porządku etc. – i autor często nam ją przy tych czynnościach pokazuje, choć robi to subtelnie, podobnie jak subtelnie traktuje jej (zorientowaną raczej na kobiety) seksualność; ot, rzuca nam tę wiedzę mimochodem, bo w końcu co w tym dziwnego. To wszystko, ta codzienna zwyczajność, historia i teraźniejszość jej życia, czyni Cheris postacią Intrygującą, a jednocześnie – pozwala ją poznać. Zwłaszcza, że w pakiecie, razem z nią, poznajemy jej współdowodzącego.

Autorowi udało się napisać w postaci Shuosa Jedao rzeczywiście ciekawą i nieoczywistą wariację na temat archetypu, którego w fikcji popularnej jest chwilami aż za dużo, a mianowicie udręczonego genialnego potwora rozdartego między dobrem a złem. Od wersji łagodniejszych (House, Severus Snape) po bardziej radykalne (Dexter Morgan) widzieliśmy ich na ekranie i w powieściach wiele, wiele, wiele razy i w zasadzie człowiek trochę już zaczął kaprysić, że ile można. A jak się zaczyna kaprysić, to to jest, IMHO, najlepszy moment na zachwycenie się przetworzeniem tropu.

Jest tak: Kel Cheris, którą już wtedy znamy i lubimy, zostaje delikatnie popchnięta, żeby wpaść na pomysł z bronią ostateczną, znaczy – nieumarłym generałem. Biedula nie wie, że to znaczy, że wsadzą jej go do głowy, choć ich osobowości pozostaną rozdzielone. Cheris patrzy w lustro i widzi prawie-atrakcyjnego mężczyznę koło czterdziestki, i wie, że patrzą na nią oczy masowego mordercy. Pada mniej więcej wtedy jedno z tych zdań, które naprowadzają czytelnika na to, co to za milusi świat jest: In an emergency, if the general withholds necessary information, the carrion glass remnants can be ingested by a volunteer. Although this procedure is experimental, this will give the general a body, so that he could be tortured. Trupie szkło to coś, co z ciebie zostaje, jak cię trafią pistoletem poczwarkowym; a idea ochotnika, który połyka takie resztki po kimś, żeby wchłonąć jego osobę i dać się za niego torturować w imię dobra ojczyzny… no cóż, pomyślmy na moment, co to mówi o tej ojczyźnie. Ach, i oczywiście to zdanie samo w sobie jest strzelbą, Czechowowską.  

Ale wracając od strzelb do postaci: Jedao jest dziwnym masowym mordercą, tak jak dziwnym i nieoczekiwanym masowym mordercą jest, w swoim świecie, Mycroft Canner z Too Like a Lighting Ady Palmer. Obaj mają dziwaczne, pokrętne i nieprzewidywalne powody dla swoich zbrodni, obaj płacą za nie, w pełni świadomie, straszną cenę… i obaj twierdzą, że nie wiedzą, czemu to zrobili. I, oczywiście, obaj łżą, bo przecież wiedzą doskonale. Widzicie, generał Jedao to jest po trochu, oczywiście, szalony niszczycielski geniusz, co jednak wiecznie dobro czyni, mocno a rebours i postawiony na głowie – ale po trochu to jest, wybaczcie, kapitan Nemo, jeżeli pamiętacie, jaką oryginalnie miał Nemo motywację. No dobra, Jedao ma na myśli mniej vendettę, a bardziej rewolucję i naprawę rzeczpospolitej.  

Tu się odwraca wreszcie ta wielka maszyna intrygi, tu wreszcie widzimy, za co walczy bohaterka, za co – bohater, czemu to musiała być ona, czego jemu brakowało i co ma szansę z tego wyjść, czym jest ta wielowiekowa długa gra, którą Jedao zaplanował i w którą mógł zagrać tylko z bardzo-bardzo odpowiednim partnerem. I wiecie co, mnie się podoba to, że autor kazał bohaterowi (a i bohaterce, jak najbardziej!) zapłacić cenę zostania mordercą i potworem za plan, który ma, plan zmiany świata. Pamiętam, jak się kiedyś kłóciłam z przyjaciółką o scenę z Tigany Kaya, gdzie główny bohater podstępem i przemocą przymusza do służby czarodzieja; moja przyjaciółka była tą sceną zniesmaczona i obrzydzona, ja argumentowałam, że to tak, jak sam bohater – on wie, że robi coś paskudnego i wie, że inaczej nie może. Tu jest podobnie, na masową skalę, i szalenie mi się to podoba – tak jak podoba mi się budowanie więzi między Cheris a Jedao, powolnego porozumienia dwóch osób w jednej głowie, rozdzielonych pochodzeniem, pozycją, czterystoma latami i statusem ontologicznym, związanych misją i przychodzącym zrozumieniem, że ten świat nie jest najlepszym z możliwych, ale może, za koszmarną cenę, po długiej drodze i po milionie przeszkód, będzie choć trochę lepszy.   

 

I wiecie co? To wszystko w space operze. Gatunku science fiction, tradycyjnie uchodzącym za prosty, niewymagający intelektualnie, formularny i rozrywkowy. Zaiste, żyjemy w ciekawych czasach.

PS. Dzięki, Kari, gdyby nie Twoja recenzja na goodreads, to bym nie poznała :)



wtorek, 11 lipca 2017, ninedin

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...