Blog > Komentarze do wpisu

Mój problem z Mayą

Trochę mam problem ze Łzami Mai Martyny Raduchowskiej. I nie bardzo wiem, jak tę powieść ocenić.

 


Z jednej strony tekst Raduchowskiej mnie trochę znudził i zmęczył stylistycznie. Nie chcę przy tym powiedzieć, że proza autorki jest językowo niepoprawna – nie, to nie w tym leży problem. Problemem, konkretnie moim problemem jako czytelniczki – bo kwestia jest, przyznajmy, szalenie subiektywna – jest brak jakiejkolwiek specyficzności tego języka, jakiejkolwiek oryginalności. Nie, nie mam na myśli tworzenia neologizmów opisujących świat, bo z tym autorka radzi sobie zupełnie nieźle. Mam na myśli sposób narracji i wypowiedzi postaci. Zarówno tam, gdzie autorka opowiada, prostym, przezroczystym, pozbawionym choćby elementów stylizacji językiem, jak i zwykle wtedy, kiedy się stara pisać bardziej impresjonistycznie i odchodzić od prostego opowiadania, jej proza jest raczej zwyczajna i mnie przynajmniej nie porywa.  I oczywiście, ja wiem, ja zawsze na to narzekam, ale tu akurat, przy nowoczesności i pomysłowości świata autorki, można było trochę stylistycznie poszaleć (i wyrzucić przypisy odautorskie, bo nie jestem pewna, czy akurat jakiemukolwiek czytelnikowi Raduchowskiej jest potrzebne wyjaśnienie, co oznacza virtual reality…; one są zbędne i na dodatek robią pretensjonalne wrażenie). No i OK, jak już jestem przy poprawianiu, to bym trochę więcej czasu poświęciła charakterom, bo postacie Raduchowskiej wydają mi się dość mocno zredukowane do podstawowych cech. Te cechy są przekonująco i sensownie przez autorkę opisane, ale jednocześnie mocno jej postacie ograniczają – wolałabym wiedzieć o nich więcej, zobaczyć je w świetle punktującym więcej niż jeden-dwa elementy charakterystyki (dobra siostra, eks-ćpunka, odważna).

Co powiedziawszy, przestanę narzekać i przejdę do tego, co mi się u Raduchowskiej podobało – a podobało mi się całkiem sporo.

Przede wszystkim to jest znakomicie pomyślana powieść, zarówno gdy chodzi o świat przedstawiony, jak i o konstrukcję fabuły. Koncepcyjnie Łzy Mai to jest, moim zdaniem, tekst rzeczywiście bardzo dobry, z efektownie i twórczo pomyślanym opisem rzeczywistości. Pierwsza część fabuły ma charakter de facto thrillera, w drugiej przeważa model powieści detektywistycznej i prowadzonego przez bohaterów śledztwa, i obiema tymi konwencjami Raduchowska posługuje się sprawnie i umiejętnie; potrafi wiarygodnie przedstawić nam zarówno – w pierwszej części powieści – początek Buntu, rebelii replikantów i androidów oraz podburzonego przez nich tłumu przeciw korporacyjnemu światu, jak i, w drugiej, efekty tego, co się stało i prowadzone przez bohaterów śledztwo w sprawie tajemniczych zabójstw, które w pewnym momencie, wedle praw tego świata, okazują się być czymś nieco mniej niż zabójstwami…

Ten cyberpunkowy świat, ze stopniowalną kondycją androidów – od tych natychmiast od ludzi odróżnialnych po tych, którym do człowieczeństwa niewiele [SPOJLER: prawie nic] nie brakuje – Raduchowska buduje ze znanych klocków (i robi to świadomie, patrz liczne mniej lub bardziej zręczne nawiązania do okołocyberpunkowej klasyki w jej powieści), ale robi to bardzo twórczo, pomysłowo i konsekwentnie. Niezwykle – i mówię to z przekonaniem, bo tu mnie autorka bardzo pozytywnie zaskoczyła – podoba mi się w Łzach Mai to, że autorka wyraźnie rysuje ekonomiczno-społeczne tło Buntu i związanych z nim wydarzeń. Jej świat to rzeczywistość, gdzie cielesne modyfikacje i częściowa cyborgizacja są ogromnie kosztowne, a jednocześnie – coraz bardziej potrzebne dla zdobycia lepszej pracy, wyższej pozycji, awansu… Bez wszczepów poprawiających koordynację, pamięć, zdolności, nie masz szans na lepsze zarobki i poprawę swojej pozycji; jesteś na nie za biedny, to pozostaniesz biedny. To oczywiście generuje narastający gniew i złość tych, których ta pełzająca (r)ewolucja spycha coraz głębiej na margines życia. Niewiele trzeba, żeby wywołać wybuch – i kiedy rząd postanawia zakazać rzekomo potaniającego ten proces środka zwanego reinforsyną, ta beczka prochu w końcu wybucha – nieważne, że reinforsyna ewidentnie rzeczywiście ma te fatalne skutki uboczne, o których mowa…

Bunt zmienił życie głównego bohatera powieści, Jareda: z zawodu policjant, Jared jako jedyny człowiek przeżył masakrę swego oddziału w trakcie Buntu i, ciężko ranny, został poddany niekonwencjonalnej terapii; był przez trzy lata w śpiączce, po czym wrócił, by zemścić się na zdrajczyni, która ich zbuntowanym androidom wydała.

No właśnie: Jared był jedynym człowiekiem, który przeżył. Była jeszcze Maya. Maya-replikantka, policjantka i towarzyszka broni, w której Jared podświadomie widział przyjaciółkę (choć nie wierzył w człowieczeństwo androidów), a którą potem uznał za osobę winną masakry, jaka spotkała jego oddział. Ergo, kiedy po trzech odzyskał pamięć (i dowiedział się, że stracił żonę), Jared był gotów na wszystko, byle zdrajczynię eksterminować. Tyle że sprawy się nieco skomplikowały: i sam Jared, napakowany maszynerią poprawiającą jego osiągnięcia i ratującą mu życie, nie bardzo może bronić idei czystego człowieczeństwa bez poprawek, a i to, kto jest winny i kto zabija androidki, przekradając się zza Muru, gdzie zamknięto rebeliantów, wcale nie jest takie oczywiste – bo co, jeżeli to sam Jared, którego możliwości fizyczne i mentalne mocno się od czasu wypadku zmieniły?

Zarówno wizja scyborgizowanych ludzi, gubiących się w rozróżnianiu, gdzie jest fizyczna granica człowieczeństwa (bo prawna jest w tym świecie aż za łatwa do zdefiniowania: ludzie mają prawa, replikanci nie), jak i idea szukających swojej natury i skazanych na wieczną wobec ludzi zazdrość replikantów to koncepcje, które także Raduchowskiej wyszły świetnie. Pytanie o prawa androidów – w literaturze przecież ograne - brzmi u niej świeżo i jest ujęte w twórczy sposób (patrz dyskusja o tym, że półświadomie wierzymy, że duszę mają nasze ukochane zwierzątka domowe, a odmawiamy jej sztucznie stworzonym ludziom). Tu Raduchowska zaskakuje i rzeczywiście daje czytelnikowi do myślenia.

Ta powieść jest też nieźle literacko skonstruowana – to, że autorka wysyła bohatera na przymusową trzyletnią śpiączkę sprawia, że kiedy Jared wraca do gry, możemy wraz z nim oglądać świat, który po Buncie zmienił się nie do poznania. Także intryga rodem z thrillera (kim jest doktor Meredith Bennett, a raczej – kim są jej mocodawcy?), jak i ta stricte kryminalna (kto zabija androidki?) są efektownie skonstruowane. Uwagi mam tylko do faktu, że autorka [SPOJLER:  nie rozwiązuje jednej z kluczowych zagadek i koniec powieści wygląda raczej jak nagły koniec rozdziału], ale poza tym, fabularnie powieść Raduchowskiej zdecydowanie się broni.

3,5 gwiazdki w pięciostopniowej skali bym dała; znaczy, jak na mnie, podobało się zdecydowanie, mimo uwag i czepialstwa. Gdyby językowo ta powieść była ciekawsza, pewnie by trafiła na listę moich ulubionych, ale i tak oceniam ją wysoko.



niedziela, 02 lipca 2017, ninedin

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...