Blog > Komentarze do wpisu

Teatrolog i królowe

Michał Ochnik, Zima, Genius Creations 2017

 

 

Nie będę nikogo kokietować - znam autora Zimy blogowo (bośmy się osobiście nigdy nie spotkali) od wielu lat. Śledzę jego bloga, zgadzam się lub nie zgadzam z jego pisaniem i kiedy tylko ukazała się jego debiutancka powieść, czułam się nie tylko zaciekawiona (zwłaszcza znając zdanie Autora o polskiej fantastyce i jej autorach), ale po trochu nawet zobowiązana, by po Zimę sięgnąć. I cieszę się, że to zrobiłam.
Wyjściowy pomysł na nastrojem powieści - spowita lodem kraina pod władzą królowej wiecznej zimy, która przybyła z jakiegoś obcego, dalekiego świata -  jest mocno osadzony w kulturze, ale nośny i dobry. Kilka rzuconych w trakcie akcji konceptów - jak zemsta królowej na krnąbrnych miastach i miasteczkach, na które spada i spada i spada śnieg, aż znikną pod nim na wieki - też ma duży potencjał. Za znakomity uważam pomysł umieszczenia akcji w małym, sennym miasteczku tuż przed nie tyle oczekiwaną, co nieuchronną wielką zmianą, jaka je czeka. Efekt niepewności, jaką to daje losom bohaterów (kto straci? kto skorzysta? kto nie będzie umiał się znaleźć w tym nowym świecie?) rozbudowuje tło i kontekst powieści, czyniąc jej świat wiarygodniejszym i ciekawszym.

Postacie obiecywały troszkę więcej, niż w końcu dostałam: były, owszem, mocno osadzone w tradycji powieści awanturniczej (tajemniczy człowiek znikąd; królowa rozbójników; sarkastyczna i groźna starsza pani; mroczny arystokrata ze złamanym sercem; zakochana młoda para; zapoznany geniusz), ale też wzięte z tej części repozytorium, do której polscy fantaści sięgają dość rzadko. Brakowało mi trochę w tej powieści autentycznych emocji między postaciami. Autor mówi nam o tęsknocie lorda za zmarłą żoną i o starszej pani, która ciągle pamięta dramaturga, którego muzą była przed wielu laty, i to są dobre pomysły, ale postaci jest dużo, co oznacza, że mają mało scen. Amanda opowiada nam swoją historię w jednym rzucie - akurat ja wolałabym poznawać ją etapami, kawałek po kawałku; wtedy zdążyłabym się do niej bardziej przywiązać, lepiej ją poznać, więcej by dla mnie znaczyła. Podobnie jest z arystokratą, lordem Rautenstrauchem - okazuje się on odgrywać szalenie ważną rolę w całości fabuły, postacią jest niejednoznaczną i nieoczywistą, a na dodatek daje nam jedyną w zasadzie szansę wglądu w zlekceważoną przez autora postać Białej Królowej, ale poznajemy go bardzo powierzchownie, i to w sposób, który jest, jak dla mnie, nieco za bardzo z gatunku Bo Autor Chciał: ot, postanawia się nagle zwierzyć średnio mu znanemu i nie obdarzanemu zbytnim zaufaniem głównemu bohaterowi. Te relacje nie bardzo mają czas rozkwitnąć, rozwinąć się - a przez to postacie zrobiły na mnie mniejsze znaczenie, niżby mogły.

Świat Zimy jest, konstrukcyjnie, zawieszony gdzieś między umowną późnodziewiętnastowieczną Europą (północną?) a baśniowo-fantasy feudalnym światem, rządzonym przez przybyłą nie wiadomo skąd, obdarzoną magiczną mocą neutralizującą inną magię, nieśmiertelną i wszechpotężną Białą Królową. O to chyba mam do autora największe pretensje - ja wiem, że pokazanie, co robi ze światem (łagodnie magicznym, rozwijającym się kulturowo i społecznie w swoim rytmie), ze społeczeństwem, z technologią i rozwojem inwazja Obcego i Magicznego jest bardzo trudne, że przy postaci takiej jak Biała Królowa, bardzo łatwo ześlizgnąć się w archetyp a la Królowa Śniegu spotyka Białą Czarownicę, ale w Zimie problem polega na tym, że autor nawet nie próbuje. Zdaję sobie sprawę, że powieść zaplanowana jest na sequel i że zapewne w kolejnej części zobaczymy więcej polityki i więcej Królowej, ale to, co dostajemy w Zimie, i tak wydaje mi się niewystarczające. Niewystarczające tym bardziej, że im dalej w powieść, tym bardziej znaczącym wątkiem okazuje się ten związany z postacią drugiej królowej, Czerwonej - przywódczyni rebelii, która z osobistych powodów, straciwszy wszystko, rzuciła wyzwanie lodowej władczyni i niezależnie od tego, ile ją i naród to będzie kosztować, toczy partyzancką wojnę z potęgą, która na każdy atak odpowiada kontratakiem i bezlitosnym odbieraniem życia setkom. I jak nie jestem namiętną fanką historii o powstaniach i wojnach, tak mam tu jakiś mały moralny problem z faktem, że w powieści, w której nominalnym przeciwnikiem jest pozbawiona serca lodowa czarodziejka, która bez wahania zabija i morzy głodem tysiące, na najbardziej, przynajmniej w moim odczytaniu, moralnie krytykowaną postać wyrasta dowodząca niewielką w sumie rebelią jej ludzka przeciwniczka, której emocje odebrały umiejętność jasnego oglądu sprawy? (1).

Pomysł ze zrobieniem głównego bohatera reżysero-producentem (terminologicznie trochę mi zgrzyta ten, na ucho anachroniczny, "teatrolog", zwłaszcza że Vincent jest praktykiem, nie teoretykiem :)) jest bardzo fajny, rozwiązanie sprawy magii Samuela Zimmermana za to wydało mi się trochę... oczywiste, jak ze staroświeckiej powieści YA: SPOJLER symbolicznie, nie faktycznie rozumiana magia jest w nas, w naszej chęci bycia razem i determinacji.  Żeby nie spojlować za bardzo: cała polityczno-rebeliancka intryga ma dobry pomysł, ale niekoniecznie przekonujące mnie do końca wykonanie, a fakt, że bohaterowie i miasto mimo wszystko wychodzą mniej więcej cało z konfrontacji z magią królowej, niech lepiej będzie wyjaśniony w kolejnym tomie, bo, przynajmniej moim zdaniem, poszło im zdecydowanie za łatwo: wedle narratora nie za takie rzeczy Królowa dusiła całe miasta pod wiecznym lodem. Bardzo, BARDZO bym chciała, żeby tkwił w tym jakiś podstęp, jakaś finta wewnątrz finty w fincie...

Co jeszcze mogę powiedzieć o Zimie? Autor pisze staranną polszczyzną, potrafi, kiedy chce, budować nastrój, sporo rzeczy, do których mam jakieś tam zarzuty, to problemy typowe dla pierwszej powieści, które mogą zostać doszlifowane w miarę pisania kolejnych. Nie, nie przerzucałam stron Zimy w szaleńczym pędzie, chcąc wiedzieć, co dalej - nie po to ją chyba zresztą napisano. Brakowało mi  w niej trochę - szaleństwa, jakiejś językowej, narracyjnej i konstrukcyjnej brawury czy bardziej ryzykownego skonstruowania psychologii postaci, których się po trochu po autorze spodziewałam. Brakowało trochę, owszem - ale to nie znaczy, że cykl Ochnika skreślam. Po kolejny tom na pewno sięgnę.  

(1)    Nie będę tu dyskutować o The Last Jedi, nie będę, nie będę, nie.

 

środa, 27 grudnia 2017, ninedin

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...