Blog > Komentarze do wpisu

Miłość i śmierć i młodzieńcy

... i, czasami, ich siostry jako ich zastępnik.

 

Andrea Appiani

Andrea Appiani (1754-1817), Śmierć Hiacynta


Cykl antyczno-mitologiczny na tym blogu jest nieregularny, ale miewa się całkiem nieźle - a dziś właśnie postanowiłam, pod wpływem lektury, dołożyć do niego kolejny tekst.

 

Merry-Joseph Blondel

Merry-Joseph Blondel (1781-1853), Śmierć Hiacynta

Obrazki trochę to zdradzają, prawda? Mowa będzie mianowicie o micie o Hiacyncie oraz o jego przeszłości (czyli pospekulujemy o tym, jak mogła wyglądać ta opowieść, zanim trafiła w ręce poetów i pisarzy greckich, dzięki którym ją znamy) i przyszłości (czyli o tym, co się z nią działo w czasach, kiedy opowieści o namiętnej erotycznej miłości boga do młodzieńca niekoniecznie spełniała wymagania typowej szkolnej lektury).

 

szkoła włoska

Warsztat Caravaggia (?), Śmierć Hiacynta

W swojej wersji, powiedzmy, bazowo-romantycznej (znanej na przykład z Metamorfoz Owidiusza i, paradoksalnie, z normalnie raczej kpiącego sobie ze wszystkiego Lukiana (Rozmowy bogów) mit o Hiacyncie wygląda tak. Hiacynt, młodzieniec niezwykłej urody, był synem króla Sparty Oebalusa (lub Lakedaimona) i ukochanym Apollina. O tę miłość między bogiem a młodzieńcem zazdrosny był jednak śmiertelnie Zefir, bóg wiatru zachodniego, od dawna w Hiacyncie bez wzajemności zadurzony. Zefir uznał w końcu, że skoro on nie może mieć Hiacynta, nikt nie może -  i kiedy Apollo z kochankiem zabawiali się rzucaniem dyskiem, Zefir, który był przecież bogiem porywów wiatru, szarpnął dyskiem Apollina tak, że ten trafił Hiacynta prosto w głowę. Chłopak zginął na miejscu, a zrozpaczony bóg z jego krwi stworzył kwiat hiacyntu.

No dobra, nie całkiem hiacyntu: ten hiacynt od Hiacynta to nie jest tak całkiem nasz hiacynt.

 

Nichola Rene Jollain

Nicholas-Renè Jollain (1732-1804), Śmierć Hiacynta

Jak się w źródła antyczne wczytamy, jednakowoż, to pojawi się nam kilka dodatków do tej wersji mitu. Pierwszym z nich jest fakt, że Hiacynt nie był takim sobie pięknym młodzieńcem: według greckiego mitografa (pseudo-) Apollodora, zanim w życiu Hiacynta pojawili się bogowie, jego kochankiem był Tamyris, tracki śpiewak, który, zobaczywszy Hiacynta, jako pierwszy mężczyzna zakochał się w innym przedstawicielu własnej płci. Byłby więc, w tej wersji przynajmniej, Hiacynt pierwszym idealnym ukochanym młodzieńcem, eromenosem, w ludzkim świecie.

Jakby tego było mało, hellenistyczny mitograf Partenios z kolei uważał, że rodzoną siostrą Hiacynta była inna słynna nieszczęśliwa ukochana przez Apollina osoba - Dafne. Tak, ta co wolała przemienić się w drzewo laurowe niż ścierpieć awanse boga.

Kolejna wersja mitu wiąże się z popularnymi w ateńskim malarstwie wazowym obrazkami, przedstawiającymi Zefira i Hiacynta. O, takimi. Albo takimi

Te obrazki, dość bezdyskusyjnie, przedstawiają sceny seksu (ja mogę opisać detale co do pozycji itd., ale pytanie, kto chce? To jest jednak trochę obok tematu wpisu). Wskazywałyby one raczej na wersję, w której Hiacynt porzucił poprzedniego kochanka/kochanków dla Apollina i za to został przez Zefira, rękami Apollina, zamordowany. 

 

Kiselyov

Aleksander Kiseliow (1838 - 1901), Śmierć Hiacynta

 

Co ciekawe, mity nie tylko przedstawiają Hiacynta jako unieśmiertelnionego przy pomocy metamorfozy; utożsamienie z Hymenajosem i samym Apollinem wskazuje na jakąś wersję opowieści o jego życiu po śmierci i deifikacji.

Z tym ostatnim aspektem wiążą się Hyakinthia - wielkie święto ku czci Hiacynta, obchodzone w Amyklai w Lakonii, niedaleko Sparty. Trzydniowe uroczystości upamiętniały śmierć i zmartwychwstanie młodego kochanka Apollina: pierwszy dzień był poważny, żałobny, kiedy Hiacynta opłakiwano. Drugiego dnia świętowano jego powrót do świata żywych: bawiono się wspólnie (nawet heloci, normalnie pozbawieni praw, mogli uczestniczyć w tych świętach), ucztowano razem w namiotach, śpiewano pieśni ku czci Apollina. Niewiele wiemy o trzecim dniu Hyakinthiów - być może celebrowano wtedy misteria albo odbywały się zawody sportowe? Kiedy patrzymy na późniejsze obrazy przedstawiające Hiacynta, widzimy omdlewającego, delikatnego młodzieńca; warto jednak pamiętać, że grecki ideał młodego kochanka podkreślał raczej atletyczność, fizyczną sprawność i wysportowanie niż eteryczną urodę i delikatność...


 

Jean Broc

Jean Broc (1771 - 1850), Śmierć Hiacynta

 

Ciekawie byłoby przyjrzeć się, skąd się wziął ten mit, jakie ma paralele i jak go interpretować - James George Frazer w swojej szalenie wpływowej Złotej gałęzi widział w Hiacyncie umierające i zmartwychwstające bóstwo przyrody, ale Złota gałąź ma już sto lat z hakiem i pojawiły się także i nowe teorie, związane z badaniami nad postaciami herosów i nad koncepcjami deifikacji w micie greckim. Warto też jednak przyjrzeć się nie tylko przeszłości, ale i dalszym losom Hiacynta.

Sam przegląd obrazów w tym wpisie podpowiada, że mamy do czynienia z postacią, która przetrwała starożytność i była często przywoływana w sztuce późniejszej. Nietrudno też, patrząc na te obrazy, wydedukować, że opowieść o Hiacyncie (podobnie jak podobnym do niego narracyjnie Kyparissosie) była dla artystów wygodnym pretekstem dla ukazania pięknej męskiej nagości / homoerotycznej fascynacji i/lub wystylizowanej, podkreślającej bezsilne piękno młodzieńca, sceny śmierci. Znaczy, mogli to wszysko pokazać w mitologicznym kostiumie, jeżeli tylko chcieli.

A jeżteli nie chcieli? Dzisiejszy wpis narodził się trochę z takiej właśnie sytuacji - z lektury łacińskiego libretta do pierwszej, dziecięcej opery Mozarta, zatytułowanej Apollo et Hyacinthus, sive Hyacinthi metamorphosis (Apollo i Hiacynt, albo metamorfoza Hiacynta). Kiedy ją napisał, Mozart miał jedenaście lat; wykonywali ją nastoletni salzburscy studenci i ich nauczyciel, a libretto napisał duchowny-profesor uniwersytetu. W roku 1767, dodajmy. No nie bardzo, biorąc pod uwagę specyfikę czasów, była tu szansa na opowieść o homoseksualnym pożądaniu. 

Jak poradził sobie z wyzwaniem wielebny Rufinus Widl, autor libretta? Ano, nakomplikował. Apollo, Zefir i Hiacynt pozostali w centrum uwagi, ale trójkąt opiera się na zazdrości o przyjaźń, nie o miłość. A przynajmniej nie o miłość Hiacynta - spartański królewicz jest obiektem rywalizacji jako najlepszy przyjaciel, ale i Zefir, i Apollo rywalizują też o rękę jego siostry, Melii. A ponieważ i Hiacynt, i Melia, wybierają Apollina, to zazdrosny Zefir zabija... Hiacynta, Apollo zaś zamienia go w kwiat.

Fabularnie wprowadzenie postaci Melii tylko miesza - wydarzenia są znacznie słabiej umotywowane niż w oryginalnej opowieści Owidiusza, która była podstawą libretta (czemu zabić brata, nie siostrę, o którą bardziej tu w sumie chodzi?). Niemniej, warto o nim wiedzieć, jeśli się lubi mitologię i jej recepcję - bo na przykładzie Apollina i Hiacynta bardzo ładnie widać, jak pokrętne i dziwaczne bywały jej losy w społecznościach, których  system wartości i norm kulturowych różnił się od greckiego i które, żeby móc zachować te historie, musiały je przetworzyć na własny obraz i podobieństwo. 

 



 

niedziela, 07 stycznia 2018, ninedin

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2018/01/07 03:00:58
Tak patrzę na te ilustracje i jednej rzeczy na niej nie widzę: krwi, z której miał wyrosnąć hiacynt... Delikatnie tym dyskiem rzucali
;-)
-
Gość: Ninedin, *.dynamic.gprs.plus.pl
2018/01/07 10:02:20
Słuszna uwaga - Agnieszka Fulinska miała o tym braku krwi w malarstwie neoklasycystycznym (nawet w scenach batalistycznych) cały referat na konferencji, poproszę ją o komentarz :)
-
2018/01/07 12:29:21
Ha. Wywołana do odpowiedzi odpowiadam, ale niestety odpowiedź jest mało konkretna. Tzn. nie udało mi się znaleźć żadnego tekstu teoretycznego od renesansu wzwyż - czyli odkąd na serio pisano teoretycznie o sztuce - który zalecałby nieukazywanie realistycznie krwi czy ran. Moje podejrzenie jest takie, że nie mieściło się to w decorum, co dla klasycyzmu (renesansowego, osiemnastowiecznego czy dowolnego innego) jest nawet zrozumiałe, ale mniej dla np. sztuki siedemnastowiecznej, a tam też mało posoki. Tylko nikt tego wprost nie napisał, w każdym razie nie w dostępnym i znanym tekście ;) Choć naprawdę starałam się znaleźć jakąkolwiek wzmiankę. A brak w tekstach szerokoobiegowych w swojej epoce oznacza, że nie było o tym dyskusji, bo nawet jeśli jakiś zapomniany teoretyk o tym napisał, to nie odbiło się szerokim echem i nie stanowiło ideologicznej podstawy.

Z początku miałam hipotezę, że to dotyczy głównie scen bitewnych, gdzie uwznioślenie każde idealizować ukazywanie ciała, ale nic z tego - spodziewałam się krwawiących obficie np. św. Sebastianów, a u nich też w najlepszym razie cieniutkie strużki. Najwięcej krwi jest oczywiście w dolorystycznych ukrzyżowaniach i pietach, ale też mniej (i mniej "gore") niż by się człowiek spodziewał. Tak naprawdę wyjątkiem są dwa obrazy Goyi: 2 i 3 maja, gdzie są duże i rozlane plamy krwi.

A ci młodzieńcy z wpisu Ninedin to na dodatek niemal bez wyjątku (wątpliwym wyjątkiem jest warsztat Caravaggia) malarstwo hołdujące zasadom klasycystycznym, a na dodatek temat jest taki, że wymaga właśnie uwznioślenia, więc realistycznie krwawić nie mogą ;)

I pozwolę sobie jeszcze na jedną uwagę: najbardziej w tych wszystkich poszukiwaniach zdziwiło mnie nawet nie to, że nikt w epokach nie pisał o tym teoretycznie czy normatywnie, ale że nikt w XX/XXI w. nie napisał o tym braku krwi w sztuce książki albo choćby ważnego i cytowanego artykułu... To chyba jest jeden z takich tematów, że ma się wrażenie, że musi być o tym taki zalew literatury naukowej, że nawet nie warto się tym zajmować.
-
2018/01/07 12:31:18
PS. Brak krwi w przedstawieniach śmierci Hiacynta rzeczywiście daje dość niezamierzenie "komiczny" efekt ;)
-
2018/01/09 13:57:26
Ja tu tylko dodam nieśmiało: ależ miło czytać takie wpisy i przypisy komentarzowe pod nimi.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...