Blog > Komentarze do wpisu

Sherlock Holmes i nie było już nikogo

The House of Fear, scen. Roy Chanslor, reż. Roy William Neill, 1945

 

Pomyliłam kolejność, przyznaję: następnym filmem obejrzanym i zrecenzowanym w serii „Sherlock Holmes 1939-46” powinna być Zabójcza perła, mniej więcej adaptacja Sześciu popiersi Napoleona. Niemniej, mnie się kolejność poprzestawiała – a i, nie oszukujmy się, w przypadku tej serii filmów nie jest ona jakoś szczególnie istotna – i obejrzałam najpierw Dom grozy, który niniejszym tutaj zrecenzuję.

 

Znany angielski aktor charakterystyczny
Aubrey Mather (1885 - 1958)
zagrał postać ostatniego (?) z ocalałych Towarzyszy


Punktem wyjścia dla scenariusza Roya Chanslora, doświadczonego scenarzysty głównie filmów klasy B – który miał jeszcze przed sobą swój największy triumf, a mianowicie autorstwo powieści Kasia Ballou, na podstawie której nakręcono rok po jego śmierci, w roku 1965, western z Oscarową rolą Lee Marvina – było opowiadanie Pięć pestek pomarańczy. Ale nie oszukujmy się, fabuła filmu została oparta na nim bardzo luźno – i tak po prawdzie na dobre jej to wyszło.

O co chodzi? Otóż o najnowszego klienta Holmesa. Do detektywa zgłasza się mianowicie agent ubezpieczeniowy, który ma do opowiedzenia dość niezwykłą historię. W pewnym mianowicie zamku w Szkocji – o jakże odpowiedniej nazwie Dreadcliff House - mieszka sobie razem siedmiu zamożnych, starszych kawalerów.  Nazwali się Dobrymi Towarzyszami i, tak po prawdzie, niewiele mają ze sobą wspólnego, jak chodzi o drogi życiowe i zawodowe – jest wśród nich dziedzic majątku, lekarz, emerytowany wojskowy, eks-kapitan okrętu – ludzie, generalnie, różnych zawodów i zainteresowań. Co ich łączy, to, jakże przewidywalnie, fakt, że stać ich na to życie oraz, trochę mniej przewidywalnie – że wszyscy mają wysokie polisy ubezpieczeniowe, których beneficjentami są, zgadliście, pozostali Towarzysze. Kiedy pierwszemu z nich ponura gosposia przynosi kopertę, a w niej siedem pestek pomarańczy, traktują to jako żart. Wkrótce jednak zaczną się  morderstwa i Towarzyszom przestanie być do śmiechu…

Pierwszym bardzo dobrym efektem w tym scenariuszu jest to, jak wprowadzona zostaje cała sprawa. Na początku filmu widzimy Dreadcliff House i słyszymy coś, co bierzemy za głos zza kadru, opowiadający historię dziwacznych zabójstw w niemal-nawiedzonym, gotyckim domu: do kompletu jest nazwa, wygląd, wrzosowisko, samotność i gospodyni jak z horroru. Chwilę potem jednak okazuje się, że narracja nie jest zza kadru, że widzieliśmy zwizualizowany fragment historii opowiadanej przez klienta, i że oprócz gotycyzmów i tajemnic w tej sprawie jest jeszcze ubezpieczalnia i duże pieniądze. Ten kontrakt bardzo dobrze wprowadza nas w historię, w której te dwa gatunki – opowieść niesamowita (pełen tajnych przejść dom, nastrój z nieodzowną burzą za oknami, miejsce, zagadkowość groźby z pestkami) i realistyczny kryminał / heist movie (zasadnicza fabuła) – będą się konsekwentnie przeplatać. Nastrój lęku narasta i nie pomaga nawet przyjazd inspektora Lestrade’a z Londynu (zwłaszcza że jak zwykle jest on średnio zorientowany w sprawie) : kolejne ofiary giną w coraz dziwniejszy i bardziej spektakularny sposób, a ich okaleczone ponad możliwość rozpoznania ciała budzą lęk tych, którzy jeszcze pozostają  przy życiu…

 

Sally Shepherd (1896 - 1982) w niewielkiej, ale bardzo skutecznie budującej klimat grozy i nawiedzonego domu roli ponurej gosposi


Ten scenariusz, tak po prawdzie, aż się prosi o uwspółcześnioną adaptację, dającą więcej czasu zarówno na rozwój charakterów, jak i na budowanie nastroju narastającej paranoi w domu, w którym codziennie ginie jeden z mieszkańców. Fabularnie to jest schemat jak z wcześniejszego o kilka lat I nie było już nikogo (a.k.a. Dziesięciu małych Murzynków), kryminalnego arcydzieła Agathy Christie – i ten aspekt jest nieźle wygrany w filmie Neilla, choć pogłębienie nastroju paranoi pewnie wyszłoby mu na dobre, podobnie jak rozbudowanie historii, motywacji i wzajemnych relacji Towarzyszy. Byłoby to tym fajniejsze w kontekście finałowego twistu, w którym okazuje się, że schemat a la Christie stoi tu, jak by to powiedzieć,  na głowie...
Przy tych uwagach trzeba koniecznie podkreślić, że The House of Fear to film zdecydowanie udany: nadal, po 70+ latach, bardzo dobrze mi się go oglądało. Po części pewnie odpowiada za to fakt, że w co najmniej paru momentach akcja wychodzi poza kilka pomieszczeń: mamy efektownie pokazaną scenę wypadku samochodowego jednej z ofiar, mamy także sensownie wykorzystane sceny w plenerze (Holmes, Watson i ślady na plaży). No i pomaga to, że finałowy twist jest naprawdę zaskakujący i szalenie efektowny: ostatecznie pokazuje on, jak gotycka i niesamowita konwencja jest tu świadomą, zaplanowaną maskaradą, mającą przykryć całkiem przyziemny, bardzo konkretny i bardzo, bardzo z tego świata przekręt.   

 

Basil Rathbone i Nigel Bruce


Holmes Rathbone’a mało ma tu nowego do zrobienia, może poza tym, że musi ratować Watsona – Rathbone na ekranie głównie dedukuje, ratuje i jest jak zwykle szalenie przekonujący i błyskotliwy w swojej roli; serio, nic a nic się ten pomysł na kreację postaci Holmesa nie zestarzał. Nigel Bruce jako Watson jest jak zwykle komiczny w swych słabostkach i przyziemności (jak wtedy, kiedy się skarży, że nie będzie mógł spać w domu grozy, a moment potem widzimy, jak mu się głowa zaczyna kiwać, oczy zamykać i ani się obejrzymy, a dobry doktor już przysypia w swoim wygodnym fotelu…  Oraz, za samą scenę, w której Holmes Prowadzi Śledztwo, a biedny Watson rozkopuje grób  jednej z ofiar ((„kop dalej, Watsonie, świetnie sobie radzisz”) i rozmawia z sową temu filmowi należy się honorowa wzmianka na liście Holmesów wszech czasów.

 



niedziela, 28 stycznia 2018, ninedin

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...