Blog > Komentarze do wpisu

Sherlock Holmes i ślady gigantycznego psa

The Hound of the Baskervilles, reż. Sidney Lanfield, scen. Ernest Pascal, 1939

 

 

 

Basil Rathbone, podobnie jak później Jeremy Brett, urodził się, by grać Sherlocka Holmesa. Jego wersja wielkiego detektywa dla wielu pozostała kanoniczną -i, paradoksalnie, często mówimy tu o ludziach, którzy jego Holmesa nigdy świadomie nie widzieli.

Tym ciekawiej jest zauważyć, co się dzieje na początku tej legendy: w pierwszej adaptacji z parą Rathbone – Bruce, w roku 1939, kiedy obaj panowie spotkali się, jako Holmes i Watson, na planie Psa Baskerville’ów.  Scenarzyści, wówczas jeszcze ewidentnie nie cierpiący na powszechną dziś w Hollywood obsesję na punkcie origin story, postanowili nie dawać nam na początek spotkania Holmesa z Watsonem i Studium w szkarłacie, zamiast tego skupiając się na gatunkowo chyba najbardziej eklektycznej z historii Doyle’a, Psie Baskerville’ów.

 

Richard Greene (sir Henry)
i Wendy Barrie (Beryl Stapleton, jego ukochana)



Adaptacja Sidneya Lanfielda jest bardzo wierna fabule powieści Doyle’a: mamy wrzosowisko, dom Baskerville’ów, sąsiadów i ich sprawki, służącego (który się tu nazywa Barryman, żeby się nie mylił z supergwiazdą), jest zbiegły przestępca i wielki pies na bagnach i romans i Holmes udający komiwojażera… Jednocześnie warto jednak podkreślić, że to, jak dobrane są pewne elementy, co jest naświetlone, a co zepchnięte na dalszy plan, też wiele mówi.

Charakterystycznie, w tym filmie na liście obsady na pierwszym miejscu są popularny w latach 30. amant John Greene, grający sir Henry’ego Baskerville’a i partnerująca mu jako obiekt jego uczuć Wanda Barrie – konkretniej, są oni numerami jeden i trzy listy obsadowej. Między nimi jest Basil Rathbone, a Nigel Bruce został relegowany do numeru co prawda jeden, ale na liście pt. „W pozostałych rolach”. Jest to o tyle bez sensu, że akurat w tym filmie rola Watsona jest szczególnie ważna i znacząca – ale też wyraźnie podkreśla, co wytwórnia 20th Century Fox chciała w tym filmie wyciągnąć na pierwszy plan.

Pies Baskerville’ów – to znaczy powieść będąca wyjściowym materiałem tego filmu – jest z definicji powieścią kryminalną, z zagadką stojącą w jej centrum; tak mają w końcu wszystkie opowieści Conan Doyle’a o Holmesie. Jednocześnie w Psie autor dość skutecznie nas co do gatunku oszukuje: sugeruje, że będziemy mieć do czynienia z powieścią gotycką z elementami być może nawet horroru (Dom na wrzosowiskach! Klątwa rodowa! Potworny pies! Tajemnicze światła, ponury służący, zagadkowa śmierć dziedzica!). W rzeczywistości jednak Psu bliżej do, paradoksalnie, powieści obyczajowej – w tle jest przecież nie tyle klątwa i ogar piekielny, co dziedziczenie, testamenty i małżeństwo… Te elementy obyczajowo-romansowe są w tej konkretnej adaptacji wyraźnie wydobyte na światło i podkreślone – nieprzypadkowo wizyty, spotkania i flirty zajmują tu co najmniej tyle samo czasu ekranowego, co pościgi i malownicze (studyjne) ujęcia wrzosowiska we mgle. Scenki w domu sąsiadów, nieudany seans spirytystyczny, komiczny pieniacz z sąsiedztwa, rozwój romansu sir Henry’ego z panną Stapleton zajmują widza przez sporą część akcji, podkreślając, że Pies…, nie tylko w tej wersji, ma co najmniej tyle samo wspólnego z Dickensem, by nie rzec – z Jane Austen, co z M. G. Lewisem….

Szalenie ładnie poprowadzona jest tutaj postać Watsona. Nigel Bruce nie wygląda jeszcze aż tak bardzo jak emerytowany wujaszek, a i postać, którą kreuje, ma mniej elementów komicznych, a więcej – awanturniczych. Watson jest tu, dla fabuły i ze względu na poświęcony mu czas ekranowy, zdecydowanie ważniejszy od Holmesa. Dostaje też szanse, że pokazać się jako odważny, zdecydowany i rozsądny facet, eks-wojskowy, w którego kompetencje trudno wątpić. Bardzo, bardzo mi się też podoba to, jak reaguje, odkrywszy podstęp Holmesa – jest urażony i wściekły, że został oszukany przez przyjaciela, oświadcza, że mu tego nie zapomni i Holmes musi się trochę postarać, zanim zyska jego wybaczenie.

To jest, generalnie, bardzo wierna i udana adaptacja – i często potem przywoływana; wystarczy zobaczyć, jak wiele z tej klasycznej adaptacji widać w pozornie zupełnie innych Psach z Baskerville duetu Gattiss – Moffat, żeby się przekonać o jej znaczeniu dla rozwoju zjawiska pt. filmowy wizerunek Sherlocka Holmesa.

sobota, 20 stycznia 2018, ninedin

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...