Blog > Komentarze do wpisu

Sherlock Holmes i zagłada domu Musgravów

Sherlock Holmes Faces Death, reż. Roy William Neill, scen. Bertram Millhauser, 1943

 

Hillary Brooke (1914 - 1999)
amerykańska aktorka tak dobra w rolach Brytyjek,
że zaczęto jej je dawać nawet w angielskich filmach. Tu zagrała pannę Sally Musgrave.

 

Między recenzowanym przeze mnie dzisiaj Sherlockiem Holmesem w obliczu śmierci a poprzednimi Przygodami… są jeszcze trzy filmy: trzy filmy bardzo specyficzne, bo będące pierwszymi tak znaczącymi przeniesieniami historii Holmesa i Watsona w czasy współczesne. Akcja ich dzieje się bowiem podczas II wojny światowej, a premiery były odpowiednio w 1942 (Sherlock Holmes and the Voice of Terror) i 1943 (Sherlock Holmes and the Secret Weapon oraz Sherlock Holmes in Washington). Także w 1943 na ekranach pojawił się kolejny film z tego cyklu, recenzowany tu Sherlock Holmes Faces Death. Do tych wojennych wrócę osobno. Natomiast Sherlock Holmes w obliczu śmierci jest de facto na pograniczu, jak chodzi o uwspółcześnienie: teoretycznie dzieje się współcześnie, podobnie jak mini-cykl drugowojenny, a sprawa dotyczy między innymi żołnierzy, leczonych pod nadzorem doktora Watsona w szpitalu w wyjątkowo ponurej posiadłości rodu Musgrave’ów w hrabstwie Northumberland. Akurat tutaj jednak to uwspółcześnienie jest po prostu sztafażem: nastrojem i scenografią tej akurat historii bliżej jest, po prawdzie, do klasycznych dziewiętnasto- i wczesnodwudziestowiecznych opowieści o nawiedzonych domach i przeklętych rodach niż do szpiegowskich thrillerów wojennych, jakimi były trzy poprzednie filmy.

 

Dennis Hoey (1893 - 1960)
jako inspektor Lestrade.
Grał rolę inspektora w kilku filmach z tej serii.


O domu Musgrave’ów słyszymy pierwszy raz z prologu, w karczmie, gdzie jest ponury kruk (nie mówi Nevermore, ale prawie) i gdzie dostajemy opis pełnego zestawu motywów, jakie powinny nam się ze starą nawiedzoną posiadłością kojarzyć: stoi tam od zawsze, właściciele to ponure typy, dookoła domu widać tajemnicze światełka i słychać jęki i szczęk kajdanów… W domu Musgrave’ów wszystko jest tak, jak by amerykańska widownia lat 40. się spodziewała: schody skrzypią, okna trzeszczą, wiatr wyje na wzgórzach, państwo kultywują przekazywany od pokoleń dziwaczny rytuał, gosposia ma zaciśnięte wargi i gładko uczesany kok, a ponury i wścibski służący opowiada o tym, w której części domu ukazuje się duch którego przodka. A kiedy zegar na starej wieży – ukazanej oczywiście nocą, w upiornym świetle księżyca, wśród mgieł i chmur – uderzy trzynaście miast dwunastu razy, od razu wiadomo, że ożyje stara rodowa klątwa, nawet jeżeli na początku nikt w to nie wierzy….

W tak zwanym międzyczasie nieoczekiwanie zaatakowany zostaje jeden ze współpracowników Watsona, a dobry doktor, czując, że to wszystko znaczy troszkę coś więcej, niż się pozostałym wydaje, wybiera się po pomoc do Londynu.  Tę pomoc oczywiście uzyska: co prawda Sherlock Holmes jest w środku sprawy – w związku z czym widzimy, jak strzela do ściany, tym razem nie po to, by z nudów wypisać VR dziurami od kul, ale by sprawdzić ważną hipotezę – ale to nie znaczy, że usłyszawszy o ataku, nie uzna go za interesujący i godny zbadania. Ustaliwszy, że nie mógł to być duch, a przynajmniej nie dobrze wychowany duch (Watson: Ghosts don't stab people in the neck. Or do they? Holmes: Not the well-bred ghosts, no), panowie ruszają do hrabstwa Northumeberland, by tam, oczywiście, znaleźć pierwszego trupa I rozpocząć śledztwo. Własne śledztwo prowadzi również policja, w postaci (przystojnego I tradycyjnie niezbyt kompetentnego) inspektora Lestrade’a. Ofiarą jest jeden z braci Musgrave’ów, a upatrzonym przez Lestrade’a zabójcą – oczywiście cudzoziemiec, amerykanski officer-rekonwalescent, zakochany ze wzjemnością w pannie Sally Musgrave. Lestrade’owi trudno się dziwić: jako że braciszkowie niespecjalnie ucieszyli się z takiego absztyfikanta siostry, a ten z kolei sobie nie dał w kaszę dmuchać, doszło do awantury między dziedzicem rodu, Geoffreyem, a Amerykaninem; posypały się groźby, a kiedy następnie znaleziono Geoffreya martwego, podejrzany wydawał się oczywisty…

 

Basil Rathbone (Holmes) 


Śledztwo nabiera tempa po tym, jak zgodnie z rodzinną tradycją panna Sally, jako dziedziczka kolejnego dziedzica, wyrecytowała nad ciałem brata formułę rytuału Musgrave’ów  (że była burza, piorun wpadł do środka i zniszczył starą zbroję, nie muszę dodawać, prawda?).  Wkrótce ginie drugi z braci (i przydaje się do czegoś fabularnie karczma i jej kruk), inspektor Lestrade znajduje nowego podejrzanego, a my, wraz z Holmesem, zastanawiamy się – dlaczego ponury służący Brunton zna na pamięć słowa rytuału? Rytuału który, zresztą, całkowicie różni się od tego z opowiadania – ten filmowy oparty jest, jak się dość łatwo domyślić nawet słysząc go po raz pierwszy, na partii szachów, prowadzi też do innego rozwiązania i innego skarbu. Potem Holmes rozgrywa niezbędną partię szachów żywymi figurami, Lestrade przewidywalnie gubi się w tajnych przejściach, a dom, na czas poszukiwania zabójcy zostaje zamknięty, co nie robo zbyt dobrze dotkniętym PTSD pacjentom-żołnierzom…. Ostatnia część – Holmes rzekomo wyjeżdża po niezbędne mu chemikalia, Lestrade, Watson i reszta lekarzy mają strzec domu, zagadki i panny Musgrave  - zaczyna się ostrym suspensem, ale zaraz potem przechodzi w komedię (Watson jako strażnik) i kończy się konfrontacją między Holmesem a – przyznaję, nieoczekiwanym – mordercą.

 

Nevermore (no, mniej więcej)


Cóż jeszcze? Holmes jest, jak zwykle, geniuszem. Część roli komicznej przejmuje tu Lestrade, co pozostawia Watsonowi trochę więcej miejsca na bycie przede wszystkim fachowcem-lekarzem – i na dobre mu to wychodzi; choć, i owszem, komiczną scenkę pt. „idę – nie idę – idę – nie idę – idę” oczywiście ma. Fabuła jest spójna i konsekwentna, odejścia od opowiadania uzasadnione (scena szachów jest filmowo na pewno bardziej efektowna, niż byłoby odczytywanie rytuału takiego jak w opowiadaniu), nawet mimo nieco rozwleczonej sceny konfrontacji Holmesa z głównym złym i mimo faktu, że rozwiązanie z opowiadania (czyli to, co konkretnie skrywa rytuał Musgrave'ów) ma nieco więcej sensu. Lubiącym klasycznego Sherlocka Holmesa zdecydowanie polecam.



poniedziałek, 22 stycznia 2018, ninedin

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...