Blog > Komentarze do wpisu

Fikcja, koturn i patos


Cześć, blogu, po pół roku. Przepraszam, że przegapiłam twoje jedenaste urodziny. Za to dziś się pofrustruję.





Uczciwie muszę przyznać, że nie miałam żadnych powodów, żeby nie lubić Interstellar. Filmy Christophera Nolana częściej mi się podobają niż nie podobają, Matthew McConaughey jest aktorem, który kilka razy niezwykle pozytywnie mnie zaskoczył, Jessikę Chastain i Anne Hathaway aktorsko całkiem lubię (w odróżnieniu od np. Sandry Bullock, którą ostatnio widziałam w ? też nadrabianej po latach ? Grawitacji), w filmie jest sporo naprawdę serio przeze mnie lubianych aktorów w małych rólkach. Do tego jestem  straszną, ale to straszną wielbicielką SF i to się sprawdza, kiedy np. zaglądam na różne listy najlepszych/ najgłośniejszych/ najważniejszych/ najbardziej kasowych filmów SF wszech czasów: zwykle widziałam między 75 a 80% wymienionych tam tytułów. W sumie nawet nie wiem, czemu z obejrzeniem Interstellar zwlekałam tak długo.

No ale zwlekałam i zwlekałam, a teraz w końcu, zmęczona przeziębieniem, postanowiłam nadrobić braki w SF z ostatnich lat - zobaczyć Grawitację, Snowpiercera, nowe Planety małp, Her i właśnie Interstellar. No i zobaczyłam. No i dodałam film do swojej prywatnej listy. Tej zawierającej filmy, które mnie najbardziej wkurzyły, zirytowały i doprowadziły do szewskiej pasji i krzyczenia na telewizor.

Przy czym żebyśmy się dobrze zrozumieli: to, co poniżej, to są osobiste opinie. Bardzo prywatne, wynikające z mojego własnego doświadczenia, gustów i zamiłowań. Nie podważają one faktu, że film jest pięknie i za mnóstwo pieniędzy zrobiony i że te wydane na efekty specjalne  pieniądze widać; oraz że ma gwiazdy w głównych rolach, i niektóre z tych gwiazd (Timothée Chalamet, Casey Affleck, Michael Caine) nawet przez chwilę mają co grać. Nie podważają też tego, że film może się podobać, mieć fanów i oddaną własną  publiczność.  Bo też moja subiektywna opinia opiera się nie tyle na konkretnych zarzutach do koncepcji filmowców, scenariusza, aktorstwa etc., czy nawet do wbrew pozorom bardzo hollywoodzkiej interpretacji nauki (co mi kompletnie nie przeszkadza w kinie), co na osobistych odczuciach mnie-jako-widza.

No bo, widzicie, jest takie parę rzeczy, których w kinie przygodowym/SF nie cierpię.

1.  Sentymentalizm. Ugh. MIŁOŚĆ jako siła napędowa wszechświata (było Empedoklesa zamiast Dylana Thomasa cytować) i ratunek dla tegoż. Ja jestem człowiek, co to płacze w kinie regularnie, ale tutaj ilość sentymentalizmu zmieszanego z patosem przerosła nawet mnie.

I w ogóle, jejku, ile razy w jednym filmie można powtórzyć jeden cytat ? z wyjątkowo pięknego, ale też w popkulturze mocno eksploatowanego wiersza. Ja to bym pewnie  wymieniła na jakiś wers z And Death Shall Have No Dominion tegoż Dylana Thomasa, który do głównego tematu filmu pasowałby równie dobrze, jak nie lepiej. No popatrzcie tylko: They shall have stars at elbow and foot; / Though they go mad they shall be sane, /Though they sink through the sea they shall rise again; / though lovers be lost love shall not; / And death shall have no dominion. Grania cytatami zresztą mógłby się scenarzysta pouczyć od autorów The Expanse, oni ostatnio robią to najlepiej w popularnej SF.

2. Tanie manipulowanie moimi uczuciami. #najgorzej, serio. Córka MUSI nie pożegnać się z odjeżdżającym na zawsze ojcem, potem żałować. A potem spotkać go jako staruszka na nieomal łożu śmierci. Ojciec oczywiście odleci w wyprawę w nieznane, zostawiając dzieci, ale potem będzie liczyć każdą minutę. A potem, jak już namiesza przez to liczenie minut, poświęci życie, żeby koleżanka mogła dolecieć do swojej Prawdziwej Miłości na obcej planecie. A kolega musi nie położyć się do kriokomory, tylko dwadzieścia trzy z hakiem lata czekać na powrót bohaterów z okolic czarnej dziury, byśmy mogli zobaczyć wzruszającą scenę spotkania starszego z młodszymi, dla których minęło parę godzin, gdy on czekał ćwierć wieku. A potem się okazuje, że miłość transcenduje czas i przestrzeń. Każda z tych rzeczy uszłaby sama, ale jest ich za dużo, no za dużo.

3. Postacie kobiece, które maj być silne i obiektywne dzięki swojej pozycji/wykształceniu, ale które coś robią tylko dlatego, że TRU LOVE. No serio, nie mogę. Cały wątek napisany dla bohaterki Anne Hathaway doprowadza mnie do jasnej cholery. Cudnie sobie, zaiste, wybrała tajna NASA załogę: mieli być ludzie bez zobowiązań, gotowi na poświęcenie, trafiło na faceta, któremu źle w kosmosie, bo na zewnątrz jest pustka, ojca, który chce za wszelką cenę wrócić do dzieci i tak naprawdę tylko to go obchodzi, i dziewczynę, która jest zakochana w jednym z wysłanych wcześniej samotnie śmiałków, co znacząco wpływa na jej decyzje. I, uwaga, okazuje się DOBRYM POMYSŁEM. Błagam o film, kiedy tego rodzaju emocjonalne sekrety bohatera/-rki sprowadzą to, co muszą w takiej sytuacji sprowadzić: cholerne kłopoty.

4. Przewidywalność wątków i rozwiązań. Związane z 1. I 2. Serio, wiedziałam w momencie, kiedy mała mówi o duchu, że to będzie na 99% ojciec z przyszłości, no wiedziałam. Wiedziałam, że dziecko syna musi umrzeć i że cudowny i zachwalany doktor Mann okaże się niebezpiecznym fanatykiem, i że bohaterka Anne Hathaway jest zakochana w tym trzecim, najdalszym podróżniku. A zdanie "Nazwaliśmy ją nie po panu, ale po pańskiej córce" wypowiedziałam równo z bohaterami, tak oczywiste było. Ja wiem, że akurat ja jestem widzem z jednej strony siedzącym w SF, z drugiej - oglądającym zdecydowanie dużo, ale litości, to było aż za łatwe.  

5. Mistycyzm jako rozwiązanie problemów fabularnych, których nie rozwiążemy inaczej. Bo to jest znacznie, ale to znacznie gorsza wersja starego (nie)dobrego deus ex machina. I OK, bez problemu przymknę na to oko w space operze i wszelkich możliwych science fantasy. Ale to, co mi nie przeszkadza w Gwiezdnych wojnach, razi w czymś, co się nie tylko promuje jako SF, ale też korzysta szeroko z pomocy naukowych konsultantów. A zanim mi ktoś wypomni 2001: Odyseję kosmiczną - no sorry, ale tam, gdzie 2001 jest nowa i w kinie SF dotąd niespotykana wizja kontaktu z Obcym via miejsce stworzone dla bohatera, w Interstellar jest pogrywanie na uczuciach a la, w najlepszym razie, M. Night Shyamalan. Plus, hmmm, 2001 było 50 lat temu, może by tak pomyśleć o jakimś nowszym i pomysłowszym rozwiązaniu niż timey-wimey, jakie tu dostajemy (i tak, w Doktorze Who też takie rzeczy łyknę, w SF nie).

6. Skróty i wytrychy narracyjne. Generalnie bardzo lubię niedopowiedzenia, ale tu bym wolała wiedzieć parę rzeczy (jak na przykład czym jest blight ? bo na moje oko jest taką Cardowską descoladą, żywym i świadomym wirusem?). Ale to bym odpuściła, natomiast to, po jakich skrótach rozegrana jest sekwencja pt. "tajne znaki - interpretacja od pierwszego wejrzenia - współrzędne - córeczka ukryta w aucie - tajna baza tajnej NASA - o, witam, panie profesorze, kopę lat - no właśnie ze wszystkich ludzi to konkretnie ciebie potrzebowaliśmy - no OK, lecę w kosmos" - o, to mnie zmęczyło i rozdrażniło nieprzeciętnie.

Gratulacje, Interstellar. Znajdujesz się na jednej liście z Troją, Aleksandrem i Awatarem. I nie, to zdecydowanie nie jest lista ulubieńców.

  

wtorek, 12 lutego 2019, ninedin

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2019/02/13 08:59:06
Ojej, z "Troją" i "Aleksandrem"? O gustach się nie dyskutuje, ale to chyba zbyt surowa kara...
Twoje argumenty jak najbardziej do mnie trafiają, i też mnie to wkurzało, ale i tak mam do "Interstellar" słabość. Ale ja jestem tym typem miłośnika sci-fi, który dużo wybaczy filmom z tego gatunku.
-
Gość: Ginny, *.icm.edu.pl
2019/02/13 11:50:12
Co jakiś czas mam myśl, że zobaczyłabym jeszcze raz ten film dla młodego Chalameta, którego wtedy przecież nie znałam, ale... nie. Jednak nie.
-
2019/02/13 13:12:55
@Szczęśliwa Siódemka

Rozumiem i w sumie właśnie dlatego podkreśliłam w recenzji jej absolutną subiektywność - to nie są błędy filmowców, to nie są zarzuty nie do odparcia, to jest coś, co u konkretnego odbiorcy, czytaj: mnie, nie zagrało :)
-
2019/02/14 10:05:09
O popatrz, a mi jakoś umknęły te rzeczy, o których piszesz. Znaczy jak teraz o tym myślę, to rzeczywiście, trochę tego bzduryzmu było. Chyba po prostu go nie zauważyłam, bo całość ładnie wyglądała i miała śliczną muzykę. Jedyna rzecz, która mnie zirytowała w "Interstellar", to końcówka: już wszystko dla widza jest oczywiste, zero napięcia, ale film z jakiegoś powodu jeszcze się ciągnie i strasznie na siłę pokazuje to, czego już pokazywać nie trzeba, no bo już wszystko wiadomo. Ech.

"Interstellar" i "Grawitację" oglądałam w ramach nadrabiania w wakacje 2016 - i oba filmy zostawiły raczej pozytywne wrażenia. "Snowpiercer" imho głupi jak trąbka z jednym epizodzikiem, który wizualnie kojarzył mi się z Wesem Andersonem - to fajne, ale kuriozalnie niepasujące do reszty filmu. Nowe "Planety małp" jakoś średnio. Wizualnie ładne, ale cały zamysł jak dla mnie nie broni się w filmie, który próbuje być super na poważnie. :/ "Her". Nie widziałam "Her"... :|
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...