niedziela, 04 grudnia 2016

Anna Kańtoch, Łaska, Wydawnictwo Czarne, 2016

 

UWAGA - DOŚĆ MORDERCZE SPOJLERY

 

 

Jest tak: od paru miesięcy intensywnie nadrabiam braki w znajomości polskiego kryminału, który do tej pory kojarzył mi się głównie z Joanną Chmielewską, Joe Alexem i Markiem Krajewskim. W efekcie naczytałam się mnóstwa proklamowanych przez różne strony królów i królowych polskiego kryminału (i o tychże królach i królowych - w postaci wywiadów z nimi, artykułów o nich i recenzji ich tekstów także). Doszłam również do pewnego, niespecjalnie dla tych królów i królowych miłego, acz - muszę podkreślić - całkowicie prywatnego zdania.
A mianowicie, że dwie powieści dla mnie najbardziej przekonujące, tak na płaszczyźnie konstrukcji literackiej, jak i budowy samej zagadki kryminalnej, wyszły spod pióra autorów na co dzień pisujących zupełnie inne gatunki prozy. Mówię tu o Jacku Dehnelu (czyli o 1/2 szacownej acz fantazmatycznej krakowskiej matrony Maryli Szymiczkowej) i znanej przecież przede wszystkim z fantastyki Anny Kańtoch. I to o tej ostatniej i jej wydanej w 2016 Łasce chciałabym tu parę słów napisać.

Szczerze mówiąc, sam fakt, że Łaska jest po prostu powieścią kryminalną, stanowi swego rodzaju spojler. Powieść, której dwa wątki dzieją się odpowiednio w połowie lat 80. i lat 50. XX wieku, zaczyna się bowiem jak horror grający z konwencją nieco podobnie, jak serialowe Stranger Things: w malutkim peerelowskim miasteczku wegetuje wchodząca powoli w średni wiek, przeraźliwie smutna i pokopana przez życie samotna nauczycielka. W jej przeszłości czai się ponura tajemnica, taka z gatunku "zaginione dzieci, potwory w lesie, luki w pamięci, miasteczka Twin Peaks". Powieść napisała autorka kojarzącą się powszechnie z fantastyką, której jedna z najnowszych, a dość szeroko komentowanych powieści, Czarne, zaczyna się jak realistyczna(wa) powieść o kobiecie i szaleństwie, a okazuje czym innym. Tak po prawdzie, nie wiedząc, czym gatunkowo jest Łaska, tak gdzieś do 2/3 powieści jednak wypatrywałam leśnych demonów.I dobrze - fakt, że autorka miała dla nas realistyczne rozwiązanie, był pozytywnym zaskoczeniem.

No właśnie: nie było demonów, nie takich z piekła rodem - bo paskudne jednostki ludzkie to i owszem. Leśna historia bohaterki i potwory z jej dzieciństwa miały konkretne, namacalne wytłumaczenie - i to, muszę przyznać, wytłumaczenie bardziej przekonujące niż te proponowane przez Martę Guzowską w Czarnym świetle czy, nie dajcie bogowie, Katarzynę Bondę w kompletnie IMHO chybionej, jak chodzi o motywację postaci, Florystce... Kolejne historie morderstw łączy osoba ich inspiratora/sprawcy, potwory okazują się namacalne, a sposoby zabijania - przygnębiająco ludzkie i paskudne (bo "zmusić kogoś, kto prawie na pewno nie będzie tego pamiętał, by zabił za mnie" to jeden z teoretycznych przepisów na zbrodnię doskonałą...). Generalnie konstrukcja samej intrygi kryminalnej u Kańtoch wydaje się przekonująca i konkretna - a zrobienie główną "śledczą" pozbawionej pamięci o detalach uczestniczki oryginalnych wydarzeń jest o tyle dobrym pomysłem, że pozwala na wgląd w głowę i w emocje głównej bohaterki.

Chwaliłam tu niedawno Katarzynę Puzyńską za sprawne żonglowanie stereotypowymi dla gatunku postaciami. Kańtoch za to chwalić nie będę, bo jej stereotypy niepotrzebne; w Łasce tworzy bowiem bohaterów psychologicznie znacznie bardziej zróżnicowanych, mniej oczywistych, niż byśmy się w klasycznej powieści kryminalnej spodziewali, a i mniej zadłużonych w tradycji gatunku. Wystarczy spojrzeć na główną bohaterkę, Marię, i na to, jak Kańtoch, posługując się narracją z jej punktu widzenia, nienachalnie ale bardzo przekonująco pokazuje nam nieuświadomioną (bo to lata 80. i nikt w miasteczku nie ma cierpliwości do psychologii ani świadomości, czym są problemy takie jak anhedonia czy depresja) wieloletnią depresję bohaterki, która dzień po dniu coraz bardziej blednie i roztapia się w szarzejącym wokół niej coraz bardziej świecie. I, tak po prawdzie, wystarczy porównać Marię z głównym bohaterem powieści Marty Guzowskiej, Mariem Yblem, żeby zobaczyć dość, hmmm, poglądowo, o ile skuteczniej Kańtoch potrafi napisać przekonującą postać osoby z psychologicznymi problemami, starającej się jakoś funkcjonować i czującej, że kontrola powoli wymyka się jej z rąk (BTW rozważam recenzję z pojedynczych tomów Guzowskiej, ale nie wiem jeszcze, czy będę mieć wenę - tam jest strasznie dużo, IMHO, oddzielania ziarna od plew, decydowania znaczy, co warte pochwały, a co nie....).
Ale wystarczy też popatrzeć na pozostałe postacie, w tym - na czarne charaktery powieści (jeżeli w ogóle są takie...) i zobaczyć, jak są nieoczywiste, jak wycieniowane - nawet kiedy, jak w postaci części policjantów, skłaniają się ku pewnym gatunkowym konwencjom.

Do tego Kańtoch ma pomysł na ogranie peerelowskich realiów, której w jej wykonaniu nie są światem ani z Orwella, ani z Barei. Nie ma tu tragedii krzywdzonych opozycjonistów i tłamszonej wolności, ale nie ma też chichów-śmichów ze sztućców na łańcuszkach i kolejek po mięso. Co jest natomiast, to paralela między pustką i biedą zimy roku 1985 w małym miasteczku, a cichą desperacją w pozbawionym choćby odrobiny radości życiu bohaterki. W przywołanym przeze mnie jako skojarzeniu Stranger Things lata 80. są przywołane, by wzbudzić nostalgiczną tęsknotę; Kańtoch nie interesuje nostalgia ani gierki w "jak fajnie było w vintage'owych ejtisach", ona, osadzając akcję w takim czasie i miejscu, wykorzystuje swój świat przedstawiony dla pogłębienia obrazu bohaterki i jej stanu psychicznego. 

Łaska jest napisana m niej osobnym, mniej nieprzewidywalnym językiem niż poprzednia czytana przeze mnie powieść Kańtoch, Czarne; dalej jest to jednak język efektowny i pomysłowy, 'trzymający' czytelnika i ewokujący bardzo wyraziście przywoływane przez autorkę obrazy ponurej zimy w sercu małego smutnego miasteczka i w życiu kobiety, która szuka - żeby móc jakoś żyć dalej - łaski pamięci.

No jeżeli polscy fantaści mają mi pisać takie kryminały, to ja poproszę, żeby zastąpili tych od kryminałów. Byle dobrej fantastyki przy tym nie przestali pisać.

 



niedziela, 27 listopada 2016

Anna Lange, Clovis LaFay. Magiczne akta Scotland Yardu, Wydawnictwo SQN, 2016

 

UWAGA SPOJLERY!!


Strasznie mi przykro, ale one muszą tu być. Postanowiłam sobie napisać raczej analizę niż recenzję, a do tego muszę ujawnić pewne fakty, które w nieunikniony sposób zdradzają szczegóły wydarzeń w powieści...

 

Okładka; ze strony wydawnictwa.

 

No więc przeczytałam książkę, całkiem fajną, choć nie do końca wiem, co o niej myśleć.

Clovis LaFay Anny Lange jest, na tle polskiej fantastyki o podobnym charakterze (takie to trochę fantasy of manners, trochę gotycko-supernatural kryminał) powieścią zdecydowanie udaną - nieźle napisaną, z sympatycznymi postaciami i z akcją, którą czytelnikowi chce się śledzić. Autorka-debiutantka prowadzi trójkę swoich głównych bohaterów przez wiktoriański (1873) Londyn z magią (wprowadzając, co jakiś czas, rzut oka na inne miejsca w Europie, w szczególności we Francji) śladami kilku spraw kryminalnych, jednocześnie szkicując nam obraz życia publicznego i politycznego w mieście. Wszystkie te sprawy, jak się łatwo domyślić, okażą się łączyć z życiem prywatnym głównego bohatera... 

Troje głównych bohaterów Lange wydaje się odbiegać nieco od schematu, jakiego można byłoby oczekiwać po głównych postaciach (polskiej) powieści fantastycznej. John Dobson, obiecujący mag specjalizujący się w kinemacji, jest synem pastora i robiącym dość szybką karierę policjantem, świadomym, że jego pochodzenie z raczej niższej klasy średniej i brak majątku mu w tej karierze nie pomogą. Mieszkanie z nim dzieli siostra Alicja, podobnie jak brat silna, wysoka i postawna, kojarząca się Clovisowi z walkirią (1); Alicja zdecydowała się na ryzykowny krok i podjęła szkolenie pielęgniarskie, choć tak naprawdę chciałaby uczyć się magii - której, przewidywalnie, dziewcząt się nie uczy. Na razie Alicja nawiązuje wśród koleżanek z kursu znajomości, a jednocześnie musi zmierzyć się z myślą o tym, czy chce wyjść za policjanta, z którym swata ją brat. Tria dopełnia tytułowy bohater, Clovis, nieco młodszy kolega Johna ze szkoły, tyle że, w odróżnieniu od rodzeństwa Dobsonów, pochodzący ze zdecydowanie wyższych sfer.

Pochodzenie Clovisa to jednocześnie jego błogosławieństwo i przekleństwo. Z jednej strony, zapewnia mu majątek i pozycję - ojciec Clovisa był zamożnym człowiekiem, a jego przyrodni brat jest konserwatywnym politykiem u szczytu kariery. Z drugiej - hmmm, ojciec umarł otoczony powszechną niechęcią, bo uważano go za nekromantę parającego się czarną magią, i to mimo zasług, jakie miał w wojnach z Napoleonem. Nie, nie pomyliłam dat, autorka też nie: Clovis ma te swoje dwadzieścia parę lat w 1873, a jego ojciec odegrał ogromnie ważną rolę już w 1815, kiedy też już nie był młodzikiem. To jest część problemów Clovisa - został poczęty w wyniku magicznego rytuału, kiedy ojciec był już w bardzo zaawansowanym wieku; w efekcie jego brat jest od niego o kilkadziesiąt lat starszy, koszmarny bratanek był parę klas wyżej w tej samej szkole, a rodzina i generalnie brytyjska arystokracja odnosi się do Clovisa dość... nieufnie. Do tego dochodzi kwestia zmarłej matki - Clovis jej nie pamięta, ale z jej śmiercią ewidentnie związana jest jakaś ponura tajemnica i może się okazać, że Clovis jest synem nie tylko czarnego maga, ale i mordercy... Ale zmarły ojciec i jego dziedzictwo to tylko część problemów bohatera. Poważniejszą jest reszta rodziny, dla odmiany - ta żywa. Brat Clovisa, Frederick, czuje do niego głęboką odrazę, a przepadająca za nim kiedyś bratanica Letittia zerwała kontakty - ale to i tak nic w porównaniu ze stosunkami Clovisa z nieco starszym od siebie bratankiem. Horatio LaFay to, nie oszukujmy się, główny zły tej powieści - sadysta i psychopata, który od dzieciństwa dręczył zwierzęta i ludzi, już jako nastolatek miał na sumieniu brutalny gwałt na małej dziewczynce i (mocno sugerowane w fabule) zgwałcenie lub wykorzystywanie seksualne własnej małej siostrzyczki, a gdy był w wieku lat dwudziestu kilku, samo gwałcenie magicznie unieruchomionych dziesięcio- i jedenastolatek przestało mu wystarczać - zaczął je mordować. Jego skrywanym paskudnym sekretem jest jednak co innego, a mianowicie fakt, że obok pociągu do nieletnich dziewczynek ma również (teoretycznie grożące mu bardzo poważnymi sądowymi konsekwencjami) homoseksualne tendencje, których obiektem w pewnym  momencie był, jakżeby inaczej, znienawidzony krewny i kolega ze szkoły w jednym, alias nasz główny bohater.

Hmmm, chyba już widzicie, gdzie leży mój główny problem z tą powieścią.

Wracając do Clovisa: straciwszy matkę i ojca, odrzucony przez krewnych, snuł się po Europie, pogłębiając swoje magiczne wykształcenie (miał m. in. okazję być w Paryżu w czasie komuny - chętnie bym przeczytała coś więcej o tym epizodzie w jego życiu, będę po cichutku marzyć o jakimś opowiadaniu...), by w końcu wrócić do Londynu, w wyniku ryzykanckiego magicznego zabiegu zetknąć się ponownie z Johnem i przyjąć posadę konsultanta londyńskiej policji. Wszystkie te doświadczenia zrobiły z Clovisa postać, jakiej ze świecą szukać wśród głównych bohaterów polskiej fantastyki. Nie ma on w sobie nic z rzucającego błyskotliwymi one-linerami, cynicznego supermęskiego herosa - wręcz przeciwnie, jest raczej spokojny, grzeczny, uprzejmy, trochę nerdowaty i dość łagodny wobec innych, a jak dodać do tego, że smarkato wygląda i jest raczej z tych drobnych i fizycznie niepozornych... Cóż, na zahartowanego życiem wojownika to on nie wygląda. Bardzo mi się ten pomysł na postać podoba, bo dostajemy bohatera nieco innego od tego, czego możemy się spodziewać - choć, przecież, na tle podobnych postaci w fantasy of manners poza polskim kręgiem raczej typową (patrz: bohaterowie Marthy Wells czy Ellen Kushner).

Autorka generalnie, mam wrażenie, stara się z jednej strony grać, aż do granic pastiszu, typowymi dla gatunku motywami - stąd jej dość przewidywalny alternatywny Londyn i imperium brytyjskie. Stąd też, niestety, dla mnie bodaj czy nie najbardziej rozczarowujący wątek, a mianowicie wzajemne zauroczenie Clovisa i Alicji. Ci dwoje jako para są rzeczą tak oczywistą, tak boleśnie przewidywalną (serio, dwoje z tria, przy czym ten trzeci to brat panny?), że było mi szkoda, że autorka akurat w coś takiego poszła. Może im trzeba było bardziej nakomplikować, bo tu jedyną komplikacją jest - też głęboko zakorzenione w gatunku, a odziedziczone po Agacie Christie i Conan Doyle'u - poczucie Clovisa, że jest z rodziny dotkniętej klątwą i nie powinien przedłużać jej istnienia. Podoba mi się, że autorka pokazuje złość Alicji na tę reakcję i jej poczucie, że zamiast się szlachetnie wycofywać, trzeba było jej zapytać, ale generalnie cały wątek wydaje mi się za prosty, a zmyłki - policjant-kolega brata dla Alicji i signora Fricapane, która okaże się być czymś zupełnie innym niż kochanka, dla Clovisa - są na tyle oczywiste, że raczej nie zmylają. Serio, przynajmniej w I tomie (a to jest ewidentnie zamierzone na sequel) mogliby się po prostu lubić i cenić, na przykład... 

Jednocześnie Lange skutecznie ogrywa niektóre gatunkowe formuły w sposób dla polskiej fantastyki nieco mniej typowy. Ma wyraźną świadomość, że jej bohaterowie pochodzący z różnych środowisk i warstw społecznych będą mieć problem z porozumieniem się, nie ogranicza listy swoich postaci do arystokracji i policjantów. Pozwala swoim bohaterkom być czymś więcej, niż damsels in distress. Ma też pomysłowy i przemyślany koncept magii, dzięki któremu uwalnia się od bodaj największego problemu pisarza fantasy, a mianowicie - jak ograniczyć omnipotencję magicznych postaci, jak narobić im w fabule kłopotów? Tutaj autorka nie tylko ma to zaplanowane, ale też traktuje kwestię ograniczeń w posługiwaniu się magią jako kluczową dla fabuły - i bardzo dobrze na tym wychodzi.      

Generalnie, Clovis LeFay to powieść udana i na polskim gruncie pod wieloma względami ożywczo nowa. Co powiedziawszy, jednakowoż, uczepię się jeszcze jednej rzeczy, która nie pozwoliła mi napisać z czystym sumieniem, że książka jest bardzo dobra.

Ta książka otóż ma bardzo złego złola.

Złego w więcej niż jednym znaczeniu. Z jednej strony Horatio LeFay jest wcieleniem zła, i to tego zła najmocniej w kulturze ostatnich dekad potępianego - jest mordercą-pedofilem bez choćby jednej jedynej cechy, która budziłaby w czytelniku współczucie zamiast czystej nienawiści. Na dodatek okazuje się, że jego chore pożądanie jest skutkiem wyparcia własnych homoseksualnych tendencji. Bardzo żałuję, że autorka nie wolała napisać go nieco bardziej zniuansowanego - nie, nie chodzi mi o usprawiedliwianie zbrodni, ale raczej o napisanie mniej oczywistego, mniej odrażającego (a przy tym może trochę groźniejszego - przy całej swojej obrzydliwości Horatio jest summa summarum równie groźny, co Crabbe i Goyle w Harrym Potterze...) zbrodniarza. Wolałabym mniej, w tym przypadku - a już na pewno wolałabym, żeby zły sadysta-pedofil-morderca-kazirodca nie miał do tego, w charakterze ponurego sekretu, homoseksualnych fantazji o bohaterze, bo tu mi trochę zęby ścierpły od nadmiaru paskudnych tropów na raz; ergo, jako złol, Horatio, przynajmniej dla mnie, nie jest najlepiej napisany ani zaplanowany. Znacznie ciekawszą postacią, jak chodzi o czarne charaktery, jest jego ojciec - którego obecność, skądinąd, dowodzi, że jak Lange chce napisać zniuansowanego antagonistę, to potrafi, i to naprawdę dobrze.

Generalnie, Clovis LeFay to - mimo pewnych niedociągnięć i niektórych mniej przekonujących wątków (historia tego, co się stało z matką Clovisa, też mnie średnio przekonała) - powieść udana. Chętnie przeczytam sugerowany w końcówce celowym niedomknięciem części wątków sequel, choć jeszcze chętniej przeczytałabym dalszą historię Letitti lub Nory albo opowieść o tym, co spotkało Clovisa w Paryżu w 1870. W każdym razie, jeżeli ktoś lubi takie klimaty, polecam.  

 


(1) Historia, zdaniem autorki, zmieniła się niewiele, ale alternatywność świata musiała objąć teatr muzyczny - skojarzenie Alicji z Wagnerowską Walkirią w Londynie w 1873 musiałoby oznaczać, że w tamtym świecie londyńska premiera Ringu miała miejsce 10 lat wcześniej; ba, że światowa premiera była wcześniejsza: Ring w Bayreuth wystawiono po raz pierwszy w całości dopiero w 1876 roku. Walkirię pokazano co prawda w Monachium w 1870, ale tylko na specjalnych ograniczonych pokazach.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

 

Zapisz

Zapisz

Marta Kisiel, Dożywocie, Uroboros, 2014; Marta Kisiel, Siła niższa, Uroboros 2016

 

 

UWAGA, SPOJLERY!!

 

Dawno, dawno temu napisałam byłam sobie notkę. Była ona o tym, czego chcę od polskiej fantastyki i czego mnie osobiście w niej brakuje - a brakowało mi przede wszystkim a) nieco innych postaci i ich nieco mniej oczywistych relacji, b) choćby odrobiny ryzyka w posługiwaniu się polszczyzną i konstruowaniu narracji, wyjścia poza bezpieczny, przezroczysty, boleśnie nudny styl, jakim pisze sporo polskich pisarzy, bynajmniej nie tylko fantastów.

Od tamtych czasów pisałam kilkakrotnie o książkach, którym się udało na moją listę polskich powieści/zbiorów opowiadań fantastycznych, do których chcę wracać, wskoczyć - a to było to Czarne Anny Kańtoch, a to wychodząca często poza gatunkowe ramy fantastyki twórczość Wita Szostaka, a to mająca IMHO liczne wady, ale i przewyższającą je w sumie liczbę zalet Zadra Krzysztofa Piskorskiego... Do tej listy dorzucam dziś, z szerokim uśmiechem na twarzy, obie części dylogii Marty Kisiel o nieszczęsnym Konradzie Romańczuku i jego gotyckim domu z horroru, z tym że horror jest raczej z tych zabawniejszych.

Powiem, może na początek, tak: czy te powieści są bez wad? Pewnie, że nie są. Czy są dla każdego? Też przecież  niekoniecznie - to, że ja lubię przeładowany momentami język i ten rodzaj gry aluzjami literackimi, nie znaczy, że każdy musi. Do mnie trafiły jak mało która polska powieść fantastyczna w mojej karierze czytania polskich powieści fantastycznych.

Dobra, może z tymi powieściami w przypadku to trochę nadużycie w przypadku Dożywocia: mamy tu generalnie do czynienia ze zbiorem opowiadań, połączonych postaciami i miejscem akcji, ale fabularnie dość samodzielnych. Siła niższa jest już nieco bardziej spójna, ale też wyraźna jest w niej struktura epizodyczna, z dominującymi głównymi wątkami w każdej kolejnej 'części'.

Kluczem do sukcesu Marty Kisiel są, w moich oczach, po pierwsze, jej postacie. Autorka zresztą, mam wrażenie, to na nich się skupia - ich charakterystyki, natura i wzajemne relacje wydają się ważniejsze od fabuły. Ponieważ obie powieści Kisiel mają pastiszowy, humorystyczny charakter, jej postacie też są chwilami przerysowane i wyposażone w pewne cechy w natężeniu przekraczającym realizm - ale te zabiegi są całkowicie świadome i związane z wybranym przez autorkę gatunkiem (zaznaczam, bo, hmmm, przypominają mi się czytane ostatnio polskie powieści, gdzie bohaterowie też są mocno przerysowani i wyposażeni w dość kosmiczne zestawy cech, a bynajmniej nie mają być pastiszem ani parodią...). Postacie te zresztą mają różny, że się wyrażę, rodowód. Konrad, główny bohater, jest wyjściowo znerwicowanym, artystycznym typem, troszkę (?) hipsterem, życiowo nie całkiem pozbieranym i z tendencjami do użalania się nad sobą i demonizowania świata wokół siebie (patrz: obraz Majki, eks-dziewczyny, i Carmilli, agentki literackiej, jaki poznajemy jego oczyma); jest przy tym, świadomie czy nie, komicznie potraktowaną wariacją na temat typowej postaci z polskiej komedii romantycznej - znaczy się, jakiejś Małgorzaty czy innej tam Judyty, która wyprowadza się z miasta na wieś i nawet nie wie, że w końcu znajdzie tam Prawdziwe Szczęście. W przypadku Konrada szczęście to przybiera postać pół-zrujnowanego gotyckiego domiszcza i z lekka niedobranej grupy jego lokatorów: upiornego w więcej niż jednym znaczeniu lokalnego Gustawa-Wertera z bożej łaski, niejakiego panicza Szczęsnego, a do tego paru utopców, bluźnierczego przedwiecznego mackowatego zła czającego się w piwnicy i piekącego ciasteczka oraz kotki zasługującej ze wszech miar na imię Zmora, do której, w ramach domowych pieszczoszków, dołącza w pewnym momencie mroczny i perfidny królik imieniem Rudolf (Valentino). No i jest jeszcze anioł.  Anioł, aniołeczek, anielątko raczej, liche i niezdefiniowane płciowo i z włoskami z błyszczącego celofanu; z obsesją na punkcie środków czystości i alergią na własne pierze w skrzydłach, biedactwo.  Team uzupełnia w pierwszej części pan Kusy, złota rączka i pomocnik, jak najbardziej namacalnie ludzki; w drugiej tę rolę odgrywa będący jednocześnie jednym ze współlokatorów (na nowych włościach) Turu Brząszczek, wiking z zamiłowaniem do snycerki i przebierania się na konwenty w kostium nieco wyrośniętej Roszpunki. W Sile niższej znika nam z oczu panicz, za to powiększona zostaje rola Carmilli, a na głowę bohaterom spada drugi anioł, niejaki Tsadkiel (który, by zacytować Tura, często-gęsto bywa Dupkielem pierwszej wody) i parę duchów żołnierzy Wehrmachtu, na co dzień zamieszkujących na strychu willi, do której się cała ta radosna ferajna przeprowadziła.
I oczywiście, te postacie są przerysowane - powinny być, taka konwencja. Każdą z nich wyjściowo przynajmniej określa jakaś dominująca cecha (Licho jest naiwne i uwielbia sprzątać, Carmilla to drapieżna kobieta i hipsterka-pozerka, pedant Tsadkiel aniołem akurat skromności to jest chyba tylko we własnych fantazjach i tak dalej i tak dalej). Tyle, że te postacie nie pozostają określone jedynie przez te swoje cechy - autorka daje im, zwłaszcza w drugiej powieści, szanse rozwoju i zmiany: pozwala zobaczyć, że wszystkie mają jakieś ludzkie cechy. Okaże się wtedy, że Tsadkielowi zdarza się, przy całym jego ego rozmiarów Pałacu Kultury, poczuć odrzuconym i niepotrzebnym; że Carmilla wcale nie jest taka poukładana i tak dokładnie wiedząca, czego chce od życia - że w ogóle ten jej obraz jako Straszliwej Harpii jest w dużym stopniu, jakżeby inaczej, tym, jak ją postrzega wiecznie spóźniony z tekstami podopieczny, Konrad; że nawet anielskie dziecko może mieć depresję.

Autorka tej książki - a, hmm, nie wiem, czy Siła niższa to nie jest moja ulubiona z książek przeczytanych w 2016 - kupiła mnie dwiema odrębnymi rzeczami. Jedna z nich jest osobista: po prostu Marcie Kisiel udało się trafić w kilka z moich osobistych ulubionych pomysłów i motywów. W śpiewaną przez Tura i Licho (aniołeczka, znaczy) moją ulubioną piosenkę z jednego z ulubionych filmów. W akurat-właśnie-te-cytaty z poetów romantycznych, do których predylekcję chyba dzielimy. W taki rodzaj pastiszowej stylistyki który akurat mnie nie nuży, a trafia w mój własny językowy słuch i robi mi dobrze. Plus, nie pamiętam, kiedy ostatni raz zaśmiałam się głośno w autobusie, czytając książkę - to musiało być ze dwa lata temu, na etapie nadrabiania Pratchetta.

To są moje małe super-subiektywne powody. A te bardziej obiektywne? Ano są dwa. Po pierwsze, język. Po niedawnej lekturze kilku najnowszych polskich powieści, napisanych zdaniami nierozwiniętymi pomieszanymi z metaforami i porównaniami o klasie "niebo płaskie jak naleśnik", polszczyzna Kisiel - idiomatyczna, przestylizowana momentami, swobodna w użyciu metaforyki i naładowana słownymi echami polskiej klasyki literackiej - była jak łyk świeżej wody po kilku butelkach letniej Polo-Cockty bez gazu (takie samo uczucie, jak chodzi o język, miałam czytając drugą powieść Maryli Szymiczkowej, o której to powieści i jej autorach innych razem, jednakowoż). Ja, akurat ja, bardzo takie pisanie lubię.

A po drugie? Wspomniałam wcześniej o Terrym Pratchetcie, nie po to, by Martę Kisiel z nim porównywać, a by zasugerować, że i u jednego, i u drugiego z autorów pojawia się w pewnym momencie opowieści podobna koncepcja - nie przestaje być śmiesznie, ale jednocześnie robi się całkiem serio. Historia Konrada uciekającego przed odpowiedzialnością (i, jak się okaże, żałobą) w nocne wyprawy do Tesco, historia Carmilli uplątanej w pieluchy i nie bardzo wiedzącej, jak godzić macierzyństwo z pracą, opowieść o tym, jak Licho, przygnębiane na każdym kroku przez Tsadkiela, straciło nawet chęć do sprzątania - to są spokojnie i sensownie opowiedziane historie o mniej lub bardziej poważnej depresji, o odpowiedzialności, o tym, że czasami czegoś jest _naprawdę_ za dużo na jednego człowieka (albo anioła) i że nie obejdzie się bez pomocy. Przy czym Kisiel nie zmienia tonu, nie próbuje nagle zacząć moralizować ani pouczać - dopiero przyglądając się reakcjom bohaterów widzimy, że z postaciami jest coś nie tak, i to nie w bajkowy ani komiczny sposób nie tak... Autorka swoje postacie ewidentnie lubi, w ich chwilach wzlotów i w niedoskonałościach - ale też potrafi im współczuć i tak pokazać ich upadki i zakręty życiowe, żeby nam (dobra, mnie) było ich autentycznie żal. 

Jasne, wolałabym mieć w Dożywociu jakąś sensowną a znaczącą dla akcji bohaterkę (ta, która okaże się główną kobiecą postacią w ekipie, nie ma za dużo do powiedzenia....), a jednocześnie niekoniecznie mieć taką np. pannę Bercikównę w wersji aż tak przerysowanej (no nic  nie poradzę, mnie jej głównie żal, bo dokładnie potrafię postawić samą siebie w jej sytuacji śmiesznej, brzydkiej, tęgiej i zdecydowanie niemłodej wiecznej dziewicy w kretyńskiej dzianinowej garsonce, która to nieszczęsna ropucha kompletnie nieudolnie zabiega o przystojnego młodszego chłopaka...), wolałabym, żeby taki np. wątek Szczęsnego i jego interesownej Dulcynei z Dożywocia był nieco dalej pociągnięty... I co? I nic. Sporo z tego, co bym wolała, dostaję w Sile niższej - a nawet jakbym nie dostała, to i tak nie zmieniłoby to faktu, że sięgnąwszy po Siłę..., chyba znalazłam swoją powieść fantastyczną roku 2016.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

czwartek, 03 listopada 2016

 
(źródło: tumblr)

 

Co jakiś czas zbiera mnie na sentymenty - i na robienie list. Miałam kiedyś nawet specjalnego bloga, na którym umieszczałam entuzjastycznie listy moich ulubionych rzeczy (muzykę, książki, odcinki seriali...), ale po jakimś czasie, hmmm, straciłam impet i blog tkwi sobie w limbo od tamtych, dość niepamiętnych czasów. 

Niemniej - blog mógł mi się znudzić, ale zamiłowania do układania list nie straciłam. Dzisiaj w dyskusji wypłynęła kwestia ulubionych odcinków Doktora House'a i nagle, zupełnie bez powodu, zerwałam się i pobiegłam pisać.

Ze mną i z Housem sprawa jest... skomplikowana. Z jednej strony - jest to jeden z tych seriali, których wszystkie sezony mam na DVD, co jest jasnym dowodem faktu, że do niego wracam. Z drugiej - House jest, summa summarum, daleki od bycia moją idealną produkcją telewizyjną. Ja po pierwsze generalnie nie przepadam za serialami medycznymi, w życiu żaden, poza tym jednym, nie przyciągnął mnie na dłużej do ekranu. Po drugie - hmmm, bohaterki House'a to jest, nie oszukujmy się, lekki koszmar - zwykle scenarzyści mają na nie wyjściowy pomysł, który następnie starannie rujnują w toku akcji (Cameron?). Po trzecie, ilość obyczajowej dramy między postaciami momentami doprowadzała mnie do rzucania pilotem (proszę bardzo, można lubić, akurat ja nie przepadam). No i po czwarte - House się bardzo dobrze sprawdzał jako momentami antypatyczny mizantrop, ale bywały momenty, kiedy scenarzyści kazali jego postaci przekraczać granice mizantropii i wpadać pędem daleko poza granice wyjątkowej bucery - i to głupio napisanej bucery, patrz żenująca historia z majtkami doktor Cuddy...

Skąd wobec tego wszystkie DVD z Housem na mojej półce? Powody są dwa, powiązane ze sobą, i dają się podsumować jednym zdaniem: Hugh Laurie (aktorsko IMHO odstający na kilometr od reszty obsady, może z wyjątkiem Lisy Edelstein) gra tutaj jedną z moich ulubionych wersji nowoczesnego Sherlocka Holmesa i, co więcej, rozwiązuje zagadki, których ja - wielbicielka kryminałów, czytająca i oglądająca ich za dużo - za nic w świecie nie jestem w stanie rozwiązać przed nim, ze względu na moją radośnie zerową wiedzę medyczną.

Ponieważ właśnie mam mnóstwo roboty, przeglądam sobie ulubione odcinki House'a. Na tej liście będą odcinki tylko z sezonów 1-3: tych, które zdążyłam już sobie powtórzyć, co nie znaczy, że nie będzie więcej list. A więc, jak na razie, byłoby tak:

S1E15 Mob Rules, ten odcinek o mafiosie, jego bracie i o tym, czego absolutnie nie wolno robić, kiedy jest się w mafii.

S1E16 Heavy, odcinek o tym, że nadwaga nie zawsze jest związana ze zjadaniem codziennie tony czekoladek i hamburgerów.

S01E21 Three Stories, który może być moim ulubionym odcinkiem House'a - za nietypową strukturę narracyjną i za nieoczekiwany sposób powiedzenia nam czegoś o bohaterze.

S2E04 TB or not TB, ten odcinek o tym, że można robić dobrą robotę i ciągle być nieskończonym bucem - i że buc zawsze rozpozna drugiego buca, jak by się ten drugi za maską filantropii nie chował.

S2E05 Daddy's Boy, ten odcinek z jedną z najlepszych, IMHO, zagadek kryminalnych w tym serialu.

S2E17 All In, ten odcinek z pokerem i nie całkiem typową, jak na House'a, strukturą i z odniesieniami do sprawy z przeszłości - i z pokazaniem, jak bardzo niebezpieczne te obsesje głównego bohatera mogą być.

S2E19 House versus God, kolejna z moich ulubionych spraw w tym serialu - i, no cóż, jak ja kibicowałam House'owi w tym starciu z małym uzdrowicielem...

S3E01 Meaning (i to też może być ulubiony odcinek, ever), ten odcinek z najbardziej chyba dla mnie wzruszającą i podnoszącą na duchu historią w całym tym serialu.

S03E04 Lines in the Sand, kolejny odcinek, który uwielbiam za konstrukcję zagadki medyczno-kryminalnej i za sposób, w jaki scenarzyści wbudowują utrudnienia w swoją sprawę (jak zdiagnozować pacjenta, kontakt werbalny z którym jest mocno ograniczony?).

S03E19 Act your age, ten odcinek z mnóstwem twistów i niespodziewanym rozwiązaniem.


Ciąg dalszy z pewnością nastąpi - zostały mi jeszcze przecież na przykład fantastyczne odcinki z Housem podczas terapii psychiatrycznej... 

niedziela, 02 października 2016

Katarzyna Puzyńska, Motylek, Prószyński i S-ka, 2014

 

 

SPOJLERY

 

Dawno, dawno temu, zeźliwszy się, napisałam ostrą i niepotrzebnie aż tak złośliwą recenzję z dwóch pierwszych tomów opowiadań Anny Kańtoch. Co mnie tak zeźliło? Podejrzewam, że poczucie, że autorka ma talent (a ma, oj ma, zdecydowanie), a moim ówczesnym odczuciu pisze niedoskonale i marnuje pomysły. Teraz myślę, że nawet jeżeli marnowała, to nie aż tak. Do dzisiaj żałuję tonu tego tekstu. 

Zastanawiam się, czy będę tak samo żałować dzisiejszego.

 

Jest tak: po kompletnej, przeraźliwej literackiej katastrofie, jaką okazała się w moich oczach Florystka Katarzyny Bondy (na reaktywację kategorii KSIĄŻKI NAJGORSZE na tym blogu byłaby w sam raz, jako żywo) postanowiłam poprawić sobie obraz polskich powieściopisarek kryminalnych i sięgnęłam, za rekomendacją znajomych, po powieści Katarzyny Puzyńskiej. Ba, nietypowo dla mnie grzecznie zaczęłam od jej debiutu, Motylka.

I co ja mam powiedzieć, szanowni, co ja mam powiedzieć.

Jest tak: Motylka chciałam skończyć. Chciałam wiedzieć, co się stanie i kto zabił. To jest od razu wielki plus w porównaniu z Bondą - tam brnęłam do końca, zastanawiając się, jaki kolejny bezsensowny pomysł albo detal jeszcze wymyśli autorka (nie, nie będzie szczegółów, to nie jest recenzja z Florystki). Samą intrygę Puzyńska wymyśliła ciekawie - nagła śmierć siostry zakonnej, od której zaczyna się akcja, to dobry punkt wyjścia, zwłaszcza przy akcji osadzonej w małym miasteczku: starsza, przybyła nie wiadomo skąd i po co siostra zakonna to nie jest, powiedzmy, najbardziej oczywista osoba, którą ktoś mógłby chcieć sprzątnąć z tego świata... Do tego dochodzi sprawne prowadzenie tej intrygi - powieść się nie wlecze, motywy obyczajowe połączone są ze śledztwem na tyle sprawnie, że nie robią wrażenia sztucznego wypełnienia, informacje o zabójcy odsłania autorka krok po kroku, nie dając czytelnikowi ani za dużo, ani za mało. I tak, zabójca i jego motywy okazują się w końcu z gatunku takich, jakich spotkaliśmy już wiele razy na kartach różnych powieści (Thomasie Harrisie, na pana patrzę), ale w tym gatunku naprawdę ciężko robić z tego zarzut - od stereotypowego zabójcy zdecydowanie gorszy, moim zdaniem, jest casus zabójcy wydumanego i skrajnie nieprawdopodobnego w swojej nietypowości (Patricio Cornwell, twórczyni zimnego, cudownie pięknego, obłędnie bogatego i moralnie zdegenerowanego potomka pokoleń francuskich arystokratów-mafiosów z Wyspy św. Ludwika (!) w Paryżu i jego chorego genetycznie, trzymanego dziesiątki lat w zamknięciu, porośniętego futrem brata prawie-wilkołaka, mordujących w USA, do pani mówię).

Drugą mocną stroną Puzyńskiej jest jej pomysł na główną bohaterkę-detektywa. Przy całych podobieństwach do popularnych od co najmniej 20 lat thrillerów o motywowanych psychologicznymi aberracjami seryjnych mordercach, gatunkowo Puzyńskiej najbliżej jest chyba, przynajmniej w tej powieści, do tradycji spod znaku Agathy Christie. Na pewno zaś bliżej jej do Christie i jej podobnych niż do zaangażowanego społecznie kryminału w typie, powiedzmy, skandynawskim, w związku z czym fakt, że jej pani detektyw jest postacią barwną i, powiedzmy sobie, od przeciętnych ludzi mocno odstającą, nie dziwi - niech pierwszy rzuci kamieniem ten, komu Poirot wydaje się dobrze społecznie dostosowany i konwencjonalny, a Jane Marple - pasująca do czasów, w których rozwiązuje swoje zagadki.

Klementyna Kopp jest, powiedzmy sobie, mocno niekonwencjonalna. Jest wredna i niemiła, całkowicie celowo, i całkiem z tego dumna. Jest nieatrakcyjna i niemłoda i doskonale tego świadoma, ba - całkiem dumna. Ma niekonwencjonalne pasje i nietypowo je realizuje (hmmm, kawałek partytury ulubionej opery wytatuowany na szyi?) i nie lubi, kiedy ludzie ja lubią. I straciła kogoś bliskiego, kobietę imieniem Teresa. Jak Philip Marlowe whisky, tak ona bez przerwy popija colę i zagryza batonikami. Nosi się w czarnych skórach, a partytura nie jest jedynym kawałkiem tatuażu na jej ciele, o nie.

Kupuję Klementynę Kopp jako koncept postaci, mimo całej jej dziwaczności. Kupuję ją choćby dlatego, że łamie konwencję pani tzw. detektyw (kimkolwiek by ta postać nie była z zawodu, chodzi o bohaterkę rozwiązującą zagadki kryminalne) w polskiej powieści kryminalnej. Pewnie, autorka mogłaby częściej pokazywać ją w działaniu niż opisywać, jaka jest, ale ta powieść to debiut, jest jeszcze sporo miejsca na poprawę.

Ba. Zdecydowawszy, że mimo pewnych zastrzeżeń akceptuję postać KK, jestem nawet w stanie kupić resztę posterunku w Lipowej. Postacie policjantów - jeden lokalny bully, jeden samotny ojciec dzieci w trudnym wieku, jeden szczęśliwy, w sumie, mąż i jeden miły kawaler, plus mamusia jednego z nich w ramach dostarczycielki ciast (te ciasta to zamiast pączków z amerykańskiego serialu policyjnego, jako żywo) - OK, to jest zestaw dość schematyczny, ale do przyjęcia.

I teraz, głęboki wdech. Chciałabym, w sumie, wiedzieć więcej o Klementynie. Chciałabym przyjrzeć się dokładniej historiom panów i pań ze wsi, sprawdzić, czy autorka wróciła do pewnych motywów tu tylko zasugerowanych. W sumie chciałabym, ale nie wiem, czy to zrobię.

Czemu nie?

OK, wolałabym, żeby historia zabójcy była mniej... hmm, z jednej oczywista i  oparta na pewnych psychologicznych schematach, wszechobecnych w gatunku od dawna, a z drugiej - może trochę mniej dramatyczna. Idea, że zabija ktoś wychowany w skrajnie patologicznych warunkach i przez to nieodwracalnie skrzywiony była realizowana przez autorów thrillerów i kryminałów w nieskończoność (Sz.P. Koontz, Harris, George, Cornwell, Larsson, Brown i kto tam jeszcze, proszę wstać i zrobić miejsce dla reszty kolegów, robiących to samo, ze szczególnym uwzględnieniem kolegów scenarzystów) i trudno oprzeć się pokusie pokazania swojego zabójcy jako jeszcze trochę straszniejszego i w straszniejszych warunkach wychowanego. Tutaj cykl emocjonalnej perwersji i dręczenia sięga co najmniej dwa pokolenia wstecz: dziadek przyszłego zabójcy więzi w domu jego przyszłego ojca (jest przy tym zasugerowane, że co najmniej przyczynił się do śmierci jego matki...), a ten wyrasta na potwora, maltretującego, upadlającego i przemocą karmiącego znienawidzonego syna, by ten stał się tłusty i odrażający i nigdy nie zyskał niczyjej miłości... Ja, jako czytelniczka, wolałabym może mniej efektowny, mniej przeraźliwy, mniej upiorny kontekst historii bohatera - paradoksalnie, łatwiej by mi było w niego uwierzyć.

Niemniej, tu jesteśmy w sferze "wolałabym" - to nie jest tak, że mi ta sprawa przeszkadza aż tak, by nie sięgnąć po kolejne książki autorki. Podobnie jest z postacią Weroniki Nowakowskiej, która wydaje się na początku ważną, by nie rzec główną postacią, a summa summarum okazuje się sprowadzona wyłącznie do roli obiektu uczuć jednego z bohaterów, malutkiej i w sumie niegroźnej obsesyjki innego i która przez jeden krótki moment usiłuje bez żadnych konsekwencji bawić się w detektywa. Nie wiem, serio nie wiem, po co autorce ta postać - ale może to i lepiej, bo urocza rudowłosa młoda rozwódka, która w rozpaczy po rozpadzie małżeństwa kupiła dworek na wsi (wraz ze starymi stylowymi meblami) i sprowadziła się tam z psem i ukochanym koniem to postać sklejona z najgorszych stereotypów polskiej komedii romantycznej, a autorka nie bardzo dała jej szansę rozwinięcia się poza ten schemat. Ale znowu: Weronika mnie irytuje, ale nie przeszkadza na tyle, żebym przez nią rzuciła tą książką w kąt.

No to o co ci chodzi, recenzentko marudna? A o dwie rzeczy, trywialne w sumie: o chodzenie na skróty i deptanie, przy okazji, po polszczyźnie. 

Widzicie, żeby kryminał zadziałał, ja-jako-czytelniczka muszę uwierzyć w jego składowe. Nie na długo - przynajmniej na czas, póki nie skończę czytać/oglądać. Oczywiście, wiele zależy od konwencji: innego poziomu realizmu i staranności przy szczegółach będę wymagała od osadzonego w konkretnych historycznych i społecznych realiach zaangażowanego kryminału, upominającego się przy okazji o aktualne, realne problemy, innego - od pastiszu bawiącego się konwencjami albo od wariantu w, powiedzmy, powieści dla dzieci. Niemniej, zawsze muszę czuć się przekonana, że detektyw wie, co robi, i że albo zrobił/a, co się dało, albo zda sobie sprawę, że czegoś nie zrobiono. I w związku z tym mam zdecydowany problem z uwierzeniem, że jak się ma w Polsce AD 2014 martwą zakonnicę bez znanego świeckiego nazwiska, to się jej szuka na chybił trafił, sprawdza w parafii, do której należała, a potem rozsyła zdjęcia do gazet, a nawet się nie zająknie o tym, że jak pani była siostrą zakonną, to znaczy, że gdzieś jest zgromadzenie, do którego należała. Znaczy, nie jest się przecież zakonnicą, one nie są wszystkie takie same - śluby zakonne składa się w konkretnym zakonie, prawda? Zabita siostra była zakonnicą w konkretnym zakonie. Przynależność do którego zdradza, jak by to powiedzieć, jej habit. W którym to habicie, jak wiemy, zginęła. I OK, może się np. okazać, że pani zakonnicę udawała i dalej nie mamy jej nazwiska, ale. Tu nikt tego nawet nie próbuje sprawdzić. Przy tym pomyśle coś mi zgrzytnęło i część przyjemności z lektury uleciała - bo mnie, konkretnie mnie jako wielbicielce kryminałów, ten rodzaj pójścia na skróty i zapomnienia o realizmie bardzo przeszkadza, robiąc wrażenie, że autorka idzie na skróty, bo tak jej wygodniej.

I jeszcze jedno. Nie śmiejcie się. Styl. Ja nic nie poradzę, że lubię, jak powieść jest napisana dobrze, pomysłowo stylistycznie - pisałam o tym w kontekście polskiej fantastyki, to samo mam z powieścią kryminalną. Puzyńska jest o niebo lepsza od Bondy - znaczy, pisze poprawną frazeologicznie i stylistycznie polszczyzną - ale, jejku, jak mnie męczą te natrętne peryfrazy, strach przed powtórzeniem wpojony nam wszystkim w szkole, a skutkujący czymś takim jak zdania takie jak poniższe, dialog męża i żony:

- Idę na plebanię, do tego młodego księdza. Muszę go trochę przepytać – wyjaśnił młody policjant przez drzwi. – Będę pewnie za jakąś godzinę. Piotr już na mnie czeka.
– W porządku – odkrzyknęła fryzjerka. 

Jak mi przeszkadza ta maniera powtarzania imion i nazwisk, zawsze, często z tytułem! Na 250 stronie ja już naprawdę wiem, że bohater nazywa się Janusz Rosół i sam Janusz albo sam Rosół by starczył. Na trzeciej od końca zdążyłam już wiele razy usłyszeć frazę "komisarz Klementyna Kopp", naprawdę nie muszę widzieć jej za każdym razem połączonej - zwłaszcza że bohaterka każe konsekwentnie mówić do siebie po imieniu. Autorce w tej pierwszej powieści pisanie opisów i partii narracyjnych idzie zupełnie nieźle, ale dialogi, jejku, tym do "nieźle" jeszcze sporo brakuje.

I tu, niestety, hier stehe ich und kann nicht anders, styl jest dla mnie jedną z kluczowych miarek, których używam do oceny dzieła literackiego. W efekcie z jednej strony mam w Motylku przyzwoitą historię i nieźle pomyślanych przynajmniej niektórych bohaterów, z drugiej - niedoróbki w konwencji i męczący mnie styl. Nie mam pojęcia, czy to pierwsze wystarczy, żeby zrekompensować mi to drugie. Autorka jest obiecująca, z całą pewnością, tylko ja nie wiem, czy ja, konkretna ja-czytelniczka, mam siły na sprawdzanie, co z tych obietnic wynikło w najnowszych tekstach.

Acz, u Kańtoch sprawdzanie się bardzo opłaciło. Może tu też warto?

poniedziałek, 05 września 2016

Obiecałam cykl disneyowski na blogu – i wybaczcie, że zaczynam go o dwa miesiące później i od nie tego filmu, od którego obiecałam zacząć. Acz do tamtego dojdziemy. Tyle że mi się zatęskniło za Sherlockiem Holmesem.

 

Ech, spojlery, ale do filmu z 1986.

 

 

Najkrótsza recenzja powinna brzmieć tak: w 1986 roku, adaptując serię książeczek dla dzieci, Disney wyprodukował pierwszego steampunkowego Sherlocka Holmesa, lepszego niż większość steampunkowych/steampunkujących wersji przygód wielkiego detektywa, jakie później napisano i nakręcono. Jednocześnie, na dobrych piętnaście lat przed eksplozją Shrekopodobnego pisania scenariuszy animacji jednocześnie dla dorosłych i dla dzieci, team scenarzystów Wielkiego mysiego detektywa napisał taką właśnie historię – choć to, co jest w niej nie dla dzieci, wiąże się raczej z poziomem fanowskiej wiedzy o twórczości Conan Doyle’a i jej klasycznych ekranizacjach.

Jak pewnie trochę widać z tego bloga, twórczość Conan Doyle’a lubię i znam ją  - w miarę, z prawdziwymi znawcami nie mogę się równać. Wielki mysi detektyw, oglądany po raz pierwszy lata temu, sprawił mi, jako czytelniczce Doyle’a od jakichś niepamiętnych ponad trzydziestu lat, niesamowitą radość. No bo przyjrzyjmy się, na ilu poziomach ten film bawi się Holmesowską tradycją.

 Na pierwszym, podstawowym poziomie jest, oczywiście, sam zarys fabuły. Na Baker Street pod numerem 221B mieszkają słynny detektyw Sherlock Holmes i jego towarzysz doktor Watson; sylwetkę Holmesa, grającego na skrzypcach, widzimy nawet w pewnym momencie w filmie, a obu panów słyszymi (o czym za moment). Ale nie są oni jedynymi lokatorami tego mieszkania. Pod 221 B na Baker Street miesza jeszcze jeden detektyw.

Basil, tytułowy wielki mysi detektyw, ma odpowiedni kapelusz, lupę i ekscentryczne nawyki: gdyby Sherlock Holmes miał bliźniaka-mysz, Basil by nim był. Mieszka z gospodynią, panią Judson, ale nie ma nikogo, kto mógłby pomagać mu w rozwiązywaniu kryminalnych zagadek i kto wsparły go w morderczym, wieloletnim pojedynku intelektów, jaki Basil toczy z mysim (he he) Napoleonem zbrodni, złowieszczym profesorem Ratiganem. Znaczy, nie ma aż do dnia, kiedy u jego drzwi stanie mała, zagubiona Olivia Flaversham, której tatę, mysiego mistrza-zabawkarza, uprowadził jednonogi nietoperz. A dziewczynce towarzyszy dżentelmen, doktor David Q. Dawson, weteran z Afganistanu, gdzie służył  w 66t regimencie Jej Królewskiej Mysiej Wysokości. Doktor spotkał małą na deszczowej londyńskiej ulicy i pomógł jej znaleźć drogę – a Basil szybciutko się zorientował, że za porwaniem jej taty stoi wspomniany wyżej złowieszczy mysz (he he).  

 


And, honey, you should see me in a crown...


Jak Ratigan mógłby nie być złowieszczy? Nie dość, że oparty jest na postaci profesora Moriarty’ego, nie dość, że ma perfidny  plan przejęcia, bagatelka, władzy nad imperium, to jeszcze na dodatek mówi głosem Vincenta Price’a. To jest kolejny poziom gry z Holmesowskim kanonem i generalnie z tradycją w tym filmie: odwołania wychodzące poza fabułę i poza schematy wizualne czy cechy charakteru postaci. Vincent Price wnosi przecież do postaci Ratigana całą swoją aktorską przeszłość, całą wielką tradycję popkulturową, jaką reprezentuje. W tym samym duchu utrzymane są decyzje użycia, dla Holmesa i Watsona, fragmentów nagranych głosów Basila Rathbone’a i Nigela Bruce’a, klasycznych wykonawców tych ról których nie trzeba przedstawiać nikomu, kto o świat ekranizacji Conan Doyle’a się choćby otarł. Obaj panowie już nie żyli, kiedy kręcono Detektywa, użyto więc fragmentów ich dialogów z ról, jakże by inaczej, Holmesa i Watsona. A i w tej samej konwencji mieści się ta urocza nie-całkiem-dla-dzieci scena z oszołomionym Dawsonem tańczącym z tancerkami na scenie – kto widział cudowne Prywatne życie Sherlocka Holmesa będzie wiedział, o czym mówię.





Basil jest zresztą równie Holmesowski jak sam Holmes. Film fantastycznie wręcz podchwytuje pewne specyficzne cechy tej postaci: Basil jest błyskotliwy, ekscentryczny i nieprzewidywalny. Bywa obcesowy i wydaje się chwilami bez serca (ten moment, kiedy mówi Olivii, że nie ma czasu na zaginionych tatusiów), jest przy tym skłonny do depresji i więcej niż trochę zakochany we własnym intelekcie (och, on by wolał umrzeć niż uznać, że Ratigan go ostatecznie pokonał!). Jest jednak przy tym lojalny i zdolny do poświęceń, a o przyjaźni nie umie mówić, za to umie ją okazać. Jest, innymi słowy, znakomitą wariacją na temat postaci Holmesa.  

Sama kompozycja narracji i świat, w którym się to wszystko dzieje, jest też, oczywiście, jak z Conan Doyle’a, ale w ogóle troszeńkę też jak z czarnego kryminału (ten bar, gdzie panna Kitty Mouse śpiewa piosenkę wyjątkowo nie dla dzieci!). Mamy porwania, podstępy, perfidny plan zawładnięcia królową i królestwem w dniu diamentowego jubileuszu. Mamy galerię łotrów spod ciemnej gwiazdy, z rozkosznie durnowatym Fidgetem i tą nieszczęsną myszą-pijakiem, której niebacznie wyrywa się słowo na „sz”…. Mamy śmiertelne niebezpieczeństwo wiszące nad bohaterami i cudowne ocalenie dzięki szlachetności Dawsona i błyskotliwości Basila.  

No i mamy, w 1986, zupełnie fantastyczną steampunkową historię, zanim jeszcze steampunk na szerszą skalę zaistniał w czytelniczej świadomości (to są niemal dokładnie lata powstawania pierwszych ważniejszych steampunkowych powieści, patrz Tim Powers). No bo popatrzcie: jest pełna suspensu scena w sklepie z mechanicznymi zabawkami. Są dziwaczne latające pojazdy, którymi poruszają się bohaterowie. Jest mistrz-konstruktor jako ofiara porwania, no i jest, w centrum intrygi, mechaniczna kopia królowej Mousetorii, użyta do zastąpienia jej samej i przejęcia władzy przez Ratigana. Jest królowa Wiktoria i jej mysi odpowiednik, są ponure londyńskie uliczki i tylko Kuby Rozpruwacza brakuje (ale jest mordercza kocica). No i są (acz to już nie steampunkowo) absolutnie urocze piosenki.

Bardzo, bardzo polecam. Szczerze mówiąc, polecam także i tym, którzy nie przepadają za klasycznymi Disneyowskimi animacjami. Wizualnie Detektyw to podobny styl, co, powiedzmy, 101 dalmatyńczyków, ale historię obejrzy z przyjemnością także i ta osoba, która woli kryminały od kreskówek.  

wtorek, 21 czerwca 2016

Boris Akunin, Azazel (Азазель 1998, wyd. polskie 2003, przeł. J. Czech)
Boris Akunin, Gambit turecki (Турецкий гамбит 1998, wyd. polskie 2003, przeł M. Buchalik)
Boris Akunin, Lewiatan (Левиафан 1998, wyd. polskie 2003, przeł. J. Czech)
Boris Akunin, Śmierć Achillesa (Смерть Ахиллеса 1998, wyd. polskie 2003, przeł. J. Czech)

 

spojlery spojlery spojlery spojlery spojlery

Otóż dawno, dawno temu Allegra Walker, jedna z moich ulubionych czytelniczek tego bloga (1), postanowiła podrzucić mi lekturę. Wszystko, oczywiście, wzięło się z debaty o moim fatalnym guście do (fikcyjnych) facetów i mojego zamiłowania do tragicznych, pokopanych przez los, ponadprzeciętnie inteligentnych, zimnych i pechowych w związkach i/lub seksualnie dwuznacznych typów. Sugerowana lektura, a mianowicie cykl Borisa Akunina o Eraście Fandorinie, detektywie w Moskwie w ostatniej ćwierci XIX wieku, miała mi dostarczyć kolejnego toksycznego obiektu do nieszczęśliwego literackiego zakochania.

Czekałam i czekałam i czekałam i nie miałam jakoś okazji zabrać się za lekturę. W końcu zadecydował za mnie los. Wybrałam się w podróż przez całą Polskę, po czym na dworcu okazało się, że a) nie mam ładowarki do czytnika, b) przygotowana do czytania książka o Marii Antoninie (Antonia Fraser, Marie Antoinette: the Journey, jakby kto pytał) została na biurku. Miałam kwadrans: wpadłam do najbliższego sklepu, w którym sprzedają książki (Saturn, of all places) i porwałam z półki z tanią książką Śmierć Achillesa, because tytuł i ponieważ pamiętałam, że Allegra coś kiedyś dobrego o Akuninie mówiła.

No i wpadłam jak śliwka w kompot, w drodze powrotnej w tym samym Saturnie dokupiłam wszystkie dostępne tam 3 tomy cyklu (w sumie były 4 pierwsze) i przeczytałam przez 2 dni. Oczywiście, jak to ja, zaczęłam od końca, od Śmierci Achillesa, bo ja jakoś zawsze cykle zaczynam czytać jakoś dziwacznie, nawet  Władcę pierścieni w latach 80. poznawałam od Dwóch wież.

Kolejnym powieściom Akunina towarzyszy motto: Pamięci wieku XIX, kiedy to literatura była wielka, wiara w postęp - bezgraniczna, a zbrodnie popełniano i wykrywano ze smakiem tudzież elegancją. Gdybym miała się do tego lekko sentymentalnego, lekko nostalgicznego i lekko pretensjonalnego motta odnieść, to pewnie musiałabym powiedzieć, po kolei, tak:

Po pierwsze, zbrodnie. Zbrodnie w kolejnych powieściach Akunina są wielkie na skalę dziewiętnastowiecznej detektywistycznej/awanturniczej literatury: mowa w nich o światowych spiskach, o politycznych intrygach na skalę Azji, Europy, a nawet całego świata, o the world's greatest criminal minds na skalę i w typie Fantomasa, Moriarty'ego, czy, toutes proportions gardées, Vautrina. Zbrodnie popełniane z klasą, o których opowiada Akunin, mają wyraźnie literacki i staroświecki charakter: nawet kiedy odwołują się do konkretnych historycznych faktów albo nawiązują lekko do przestępstw współczesnych autorowi, a nie powieści, mają one zwykle pastiszowy, literacki charakter.  

Po drugie - literatura. Nie, oczywiście, że nie jest to literatura na skalę Dostojewskich, Tołstojów czy Gogolów tego świata. Krótkie powieści Akunina są dokładnie tym, czym mają być: lekkimi, rozrywkowymi, nostalgicznymi powieściami, pastiszującymi z jednej strony dziewiętnasto- i wczesnodwudziestowieczną literaturę popularną, tę spod znaku Eugeniusza Sue, Aleksandra Dumasa czy sir Arthura Conan Doyle'a, z drugiej - zakorzenioną w podobnym patrzeniu na literaturę klasykę powieści obyczajowo-detektywistycznej z I połowy XX wieku, najlepiej symbolizowaną przez twórczość Agathy Christie.  Słowa pastisz użyłam nieprzypadkowo - Akunin jest autorem w pełni świadomym swoich zamierzeń i bardzo celowo i pomysłowo do swoich pierwowzorów się odwołującym. Aluzjami sieje w swoich tekstach chętnie i często, ale robi to nieoczywiście i na kilku poziomach: od wrzucanych mimochodem odniesień przez skojarzenia na poziomie narracji po fabularne i strukturalne przeniesienia klasycznych dla literatury przygodowej modeli.

No bo popatrzmy, przykładowo, na Lewiatana, ewidentny, od pierwszej chwili, pastisz - jak chodzi o strukturę - Śmierci na Nilu: tajemnicza zbrodnia, luksusowy statek, policjant, ukryty wśród pasażerów morderca - i genialny, trochę z przypadku tam będący detektyw, któremu przyjdzie rozwiązać sprawę, z którą nikt sobie nie może poradzić. Przyjrzyjmy się dwutorowej konstrukcji Śmierci Achillesa, śledzącej w jednym wątku detektywa i ofiarę, w drugim - mordercę, bardzo podobnie jak w, powiedzmy, Dolinie trwogi Conan Doyle'a, by nie wspomnieć jeszcze bardziej oczywistego Studium w szkarłacie. Popatrzmy na rzucane często przez bohaterów sugestie i aluzje (moja ulubiona to ta rzucona ironicznie do Fandorina uwaga "A co, dostrzegłeś lilię na jej ramieniu?"), popatrzmy na wzmianki o rosyjskich autorach XIX wieku. Popatrzmy także na to, jak w Śmierci Achillesa Akunin gra postacią greckiego herosa Iliady, bo - jakem klasyk i badaczka recepcji antyku z zawodu - robi to znakomicie.

Achillesem w powieści Akunina jest, wyjściowo, ofiara: generał Sobolew, bohater wojenny (znany czytelnikom już z Gambitu tureckiego). Nazywany wprost przez prasę i wielbicieli "nowym Achillesem", generał słynie z odwagi i wojennych sukcesów  - i okazuje się mieć ambicje polityczne na skalę iście napoleońską...
Ale jest, przecież, jeszcze jeden Achilles - tym razem zabójca (bo oczywiście, wbrew wszelkim pozorom w świecie przedstawionym i dokładnie zgodnie z tym, czego się spodziewa czytelnik, generała zamordowano). A tenże zabójca, Achimas, pół-Czeczeniec (jakże nieprzewidywalnie!) dzieli z greckim herosem znacznie, znacznie więcej cech, niż dzielny rosyjski generał...
Biografia Achimasa jest przetworzeniem mitycznej biografii Achillesa. Wystarczy wskazać przecież tylko na trzy aspekty: pobyt Achimasa w sierocińcu, jego stamtąd ucieczkę i, w końcu, na tę tytułową śmierć, śmierć drugiego z Akuninowych Achillesów. Jak mityczny Achilles, ten u Akunina zostaje ukryty/ukrywa się przed wojną w kobiecym przebraniu - jeden na wyspie Skyros u króla Likomedesa, drugi - w prowadzonym przez prawosławne siostry przytułku; obaj, jeszcze dorzucę, spotykają w tym ukryciu kobiety, które odegrają znaczącą rolę w ich życiu. Obaj, i heros i Akuninowski zabójca na zlecenie, zostają podobnie rozpoznani - sięgają, jeden i drugi, po broń zamiast po coś, co powinno stereotypowo zainteresować kobiety... No i strzała, nieszczęsna strzała w piętę, która zabija i jednego, i drugiego bohatera. Taka konstrukcja i użycie mitycznej paraleli podkreśla paradoksalne podobieństwo między dwiema osobami, które niespodziewanie zetknął los: ofiarą, zabitą u szczytu powodzenia i zabójcą, wynajętym, by zlikwidować polityczne zagrożenie, jakim niespodziewanie okazuje się popularny generał...

Aluzje i odniesienia do klasyki dziewiętnastowiecznej literatury, a także klasyki powieści kryminalnej, nie wyczerpują jednak kreatywności Akunina, jak chodzi o aluzje i odniesienia. Spójrzmy choćby na sposób narracji, z trzecioosobowym, lekko ironicznym, patrzącym z dystansem i na resztę bohaterów, i na Fandorina narratorem, który jest jak jak żywcem przeniesiony z prozy, powiedzmy, Gogola; spójrzmy na dziewiętnastowieczne w swym charakterze tytuły rozdziałów. Przyjrzymy się wreszcie grom, na jakie sobie Akunin pozwala, kiedy nawiązuje do wydarzeń i zjawisk bardziej współczesnych: raz mu się pojawi w tle koszmarny belgijski pedofil-zabójca, innym razem mignie niedoszły zabójca króla Włoch, niejaki Szakal...

Ta pastiszowość i stylizacja na prozę dziewiętnastego wieku sprawia, że akurat mnie czyta się tę prozę znakomicie - zwłaszcza że jak chodzi o kryminały, to ja w ogóle wolę raczej te a la Agatha Christie niż te mocno społecznie zaangażowane  a la Skandynawia, bo, Bogiem a prawdą, w lekturze powieści kryminalnej chodzi mi zwykle bardziej o rozrywkę, a mniej o krytykę społeczną (przy czym to jest raczej 70:30 na rzecz powieści a la Christie, nie 100:0), a inteligentne, nienachalnie zrobione stylizacje i nawiązania do klasyki literackiej uwielbiam.  

No ale, nie oszukujmy się, Allegra zna moje czytelnicze ja i dobrze wiedziała, co i czemu mi poleca. A, nie oszukujmy się, zaczęła od polecenia mi Erasta Fandorina jako bohatera...

No więc, moi drodzy, ja mam niestety pewien typ postaci, które mnie uwodzą samym faktem, że są takie, jakie są, i niestety po raz kolejny, Erast Fandorin do takich postaci należy. A moi wybrani bohaterowie, niestety, bywają toksyczni. 

Czy Fandorin jest toksyczny? Jest, przede wszystkim, skomplikowany i pokopany przez życie - i chwała Akuninowi, że pokazuje nam, w odróżnieniu od większości swoich kolegów-pisarzy, jak to się stało, że Fandorin stał się, a raczej ciągle, na naszych oczach, staje się tym chłodnym, zamkniętym w sobie, pełnym rezerwy genialnym samotnikiem-dziwakiem. Bo przecież, kiedy widzimy go pierwszy raz, Fandorin jest jeszcze miłym, nerwowym i niepewnym siebie chłopcem, początkującym urzędnikiem, dalekim od zimnego, rosyjskiego Holmesa, jakim się wkrótce zacznie stawać... Naszego detektywa widzimy najpierw trochę zabawnego, trochę nieporadnego, jak pół-komiczni gogolowscy czy czechowowscy bohaterowie, tkwiący głęboko w rosyjskiej rzeczywistości. Tragiczności i demoniczności w nim wtedy tyle, co trucizny w zapałce; ot, trochę dziwny, bardzo zdolny, zamknięty w sobie i za wszelką cenę chcący zrobić karierę dwudziestoletni chłopak, któremu życie rodzinne niespecjalnie się dotąd układało i który próbuje wykorzystać szansę, jaką mu daje los - rozwiązania sprawy, podskoczenia w służbowej hierarchii, szczęśliwego, ale przy tym pozwalającego na awans społeczny ożenku. Fandorin te szansę dostanie - i wykorzysta ją, niestety, na nieszczęście swoje i innych.

Gdybym miała krótko podsumować, powiedziałabym tak: pewnie, kryminały o Fandorinie nie są arcydziełami literatury, to nie jest Tołstoj ani Dostojewski. Ale powiem Wam szczerze, czytelnicy drodzy: czytało mi się go cudownie i na pewno poczytam go więcej. I tyle, więcej nic nie powiem, bo o marzeniach związanych z moją prywatną (wspólną z Drakainą) grafomanią to może nie całkiem pora mówić.

 

(1) Ten blog czyta na stałe tak niewiele osób, że każdy czytelnik i czytelniczka są moimi ulubionymi; Allegra W., jednak, jest z tym blogiem prawie od samego początku i ma, dzięki temu, swój własny ciepły kącik w moim blogerskim sercu.

poniedziałek, 13 czerwca 2016

Obiecałam kolejny tekst o Hamiltonie, prawda? Dawno temu obiecałam. Ale po Pulitzerze za najlepszy dramat, Grammy za najlepszy album musicalowy i deszczu nagród Tony wczorajszej nocy chyba nie mam wyjścia.

 


Napisałam poprzednio notkę o Hamiltonie jako tekście dramatycznym, tę z kolei zamierzam poświęcić tekstom; czyli już nie ogólnej historii, nie sposobowi jej opowiedzenia, tylko konkretnym poetyckim rozwiązaniom przyjętym przez autora tekstów. Jak tak dalej pójdzie, to za kolejne cztery miesiące dowlokę się w końcu do dnia, kiedy napiszę wpis o muzyce. Konkretnie, proponuję dzisiaj popatrzeć na wybrane takie formuły, a w kolejnym wpisie przyjrzeć się już samej wewnętrznej konstrukcji pewnych tekstów, zobaczyć, jak grają w nich rozmaite techniki poetyckie, w tym między innymi – te zaczerpnięte z hip-hopu.

Niemniej, jak już o muzyce mowa -  pozwolę sobie postawić dość oczywistą tezę, że „Hamilton” jako całość muzyczno- tekstowa oparty jest na powtarzających się mniej-więcej-leitmotivach słowno-muzycznych: słowach, zdaniach i formułach, powtarzanych w często różniących się od siebie znaczeniach. Samo założenie nie jest nowe ani w kontekście innych form muzycznych (opera, anybody?) ani musicali (trochę sobie o tym popisałam przy okazji Les Mis), ale w Hamitonie zrealizowane jest w absolutnie błyskotliwy sposób.

Powtarzające się muzyczne i słowne struktury to jest jedna z pierwszych rzeczy, jakie się rzucają w uszy przy słuchaniu Hamiltona jako całości. Te powtórzenia potrafią być oczywiste, wyraźnie zadeklarowane i bardzo wyraźnie podkreślane – tak jest na przykład z pierwszymi słowami pierwszego utworu i towarzyszącą im strukturą muzyczną. One kilkakrotnie, na różnych poziomach, charakteryzują tytułowego bohatera – jego pochodzenie i karierę w otwierającym „Alexander Hamilton” (How does a bastard, orphan, son of a whore and a Scotsman, dropped in the middle of a/ forgotten spot in the Caribbean by providence/impoverished, in squalor/ grow up to be a hero and a scholar?), jego cechy, dzięki którym awansuje („The Winter Ball”: How does the bastard, orphan, son of a whore/ go on and on/ grow into more of a phenomenon etc.) i przez które upada (”The Adams Administration”: How does Hamilton the short-tempered/ Protean creator of the Coast Guard/Founder of the New York Post/Ardently abuse his cab’net post/Destroy his reputation?). Jednocześnie wariacja na temat tej słowno-muzycznej formuły użyta jest do przeprowadzenia paraleli między Hamiltonem a amerykańską armią, złożoną z takich, jak on, chłopaków („Guns and Ships”: How does a ragtag volunteer army in need of a shower/Somehow defeat a global superpower?). No i warto przypomnieć jeszcze jedną wariację, tę najbardziej emocjonalną i najbliższą inwektywy, gdzie słowa takie jak whoreson, bastard tracą swoją opisową funkcję i stają się przede wszystkim wyzwiskami – tę wersję z „Your Obedient Servant”, gdzie Burr, który zawsze te słowa wypowiada, już wyraźnie jest na granicy furii: How does Hamilton/An arrogant/Immigrant, orphan/Bastard, whoreson/Somehow endorse/Thomas Jefferson, his enemy/A man he’s despised since the beginning/Just to keep me from winning?

Z tych formuł wybrałabym do bliższego przyjrzenia się jeszcze jeden motyw, a mianowicie odliczanie. Związane w Hamiltonie niemal zawsze z konfrontacją i/lub walką, odliczanie wraz z towarzyszącym mu motywem muzycznym explicite pojawia się pierwszy raz, oczywiście, w „Ten Duel Commandments”. Później słyszymy je w obu pozostałych pojedynkach, za każdym razem z powtarzającą się gdzieś obok kolejnego jeden… dwa… trzy… fałszywie uspokajającą frazą most disputes die and no one shoots.. No one shoots, akurat. Niemniej, te wyliczenia nie pojawiają się tylko w trzech Hamiltonowych scenach pojedynków. Muzyczny temat odliczania słychać też bardzo wyraźnie na początku „Cabinet Battle #1” – nic dziwnego, zważywszy, co się za chwilę stanie. No i, last but not least, temat odliczania, w pozornie znacznie niewinnej formie, towarzyszy Philipowi Hamiltonowi: najpierw, kiedy Eliza razem z nim liczy po francusku i jest to część lekcji fortepianu, potem w tle w „Take a Break” i w końcu, oczywiście, w sposób, którego ja nie mogę słuchać w miejscach publicznych, bo mi wstyd płakać, w „Stay Alive: Reprise”; i jak się człowiek dobrze przysłucha, to to łagodne un, deux, trois, quattre… w „Take a Break” brzmi, tak naprawdę, złowrogo i subtelnie zapowiada muzycznie to, co się stanie.

Takich powtarzających się formuł jest więcej i sporo z nich to prezentacje/autoprezentacje postaci. Jasne, najbardziej oczywistą z nich jest sama fraza Alexander Hamilton, powtórzona wielokrotnie w tekście (i dodatkowo powtórzony/sparafrazowany w autoprezentacji Philipa), ale nie jest ona jedyna. Jest też imię Elizy z jego charakterystycznym zaśpiewem, Aaron Burr, sir, jedno i drugie powtarzane jak temat postaci w klasycznej muzyce filmowej; not throwing away my shot jako kluczowy tekst Hamiltona skontrastowany z wait for it Burra (używanym tu także w innych kontekstach – zresztą samo „Wait for it” jest poniekąd oparte na kontraście Burr - Wszyscy Inni) i inne. Świetnie to wychodzi w „Washington/Hamilton on Your Side”, gdzie muzyczne i tekstowe podobieństwa podkreślają podobieństwo (nie całkiem oficjalnej) pozycji i znaczenia, jakie w zakulisowych rozgrywkach ma głos odpowiednio pierwszego prezydenta i jego sekretarza skarbu. Miranda używa zresztą dość podobnego zabiegu także do budowania kontrastu, jak w frazie Thomas Jefferson’s coming/George Washington’s going home (odpowiednio w „What’d I Miss” i „One Last Time”), początek nowej epoki w polityce i życiu Hamiltona i koniec poprzedniej. Z kolei dyskretne użycie helpless (z tym samym motywem muzycznym), które jest regularnie jednym z głównych motywów towarzyszących postaci Elizy, do określenia Marii Reynolds – i włożenie tych słów bardzo, bardzo wyraźnie w usta Hamiltona, tak, że w efekcie dostajemy jego wizję jej osoby i zachowania – mówi nam coś, niestety, o jego postrzeganiu Marii i o tym, jak instrumentalnie ją w tym wszystkim traktuje.   

To ja jeszcze tylko dorzucę towarzyszące postaci Angeliki i opisujące ją, Alexandra i ich relację satisfied (użyte potem z jadowitą ironią przez Angelikę w „The Reynolds Pamphlet”, kiedy mówi do Hamiltona, po ujawnieniu seks-skandalu, God, I hope you’re satisfied!). I dodam, że z tematów czysto muzycznych warto się wsłuchać w motyw pojawiający się najpierw w zgrzytliwej wersji w finale „The Reynolds Pamphlet”, kontynuowany w znacznie bardziej lirycznej wersji i w subtelnej, klasycznej aranżacji w „Burn” i w końcu przywołany w samym finale, w „Who Tells Your Story”. A jak mowa o finale – tam też wracają kolejne tematy, z tym z “Who Lives, Who Dies, Who Tells Your Story” na czele, oczywiście.

A wcześniej, w “The World Was Wide Enough” Miranda robi coś nieprawdopodobnego. To jest, oczywiście, kulminacja, ostateczna konfrontacja przyjaciół-nieprzyjaciół, o których ta historia, poniekąd, jest. I (koncepcyjnie, nie muzycznie) trochę podobnie jak „One Day More” w Les Mis, tutaj zbierają się wszystkie wątki, wszystkie główne tematy muzyczne i słowne całości. Przyjrzyjcie się temu fantastycznemu recytowanemu monologowi Alexandra przed śmiercią – łączą się tu nagle wszystkie tematy, wszystkie kluczowe motywy, jak myśli goniące dziko w głowie człowieka, który stoi w obliczu śmierci:

I imagine death so much it feels more like a memory
Is this where it gets me, on my feet, sev’ral feet ahead of me?
I see it coming, do I run or fire my gun or let it be?
There is no beat, no melody
Burr, my first friend, my enemy
Maybe the last face I ever see

If I throw away my shot, is this how you’ll remember me?
What if this bullet is my legacy?
Legacy. What is a legacy?
It’s planting seeds in a garden you never get to see
I wrote some notes at the beginning of a song someone will sing for me
America, you great unfinished symphony, you sent for me
You let me make a difference
A place where even orphan immigrants
Can leave their fingerprints and rise up
I’m running out of time. I’m running, and my time’s up
Wise up. Eyes up
I catch a glimpse of the other side
Laurens leads a soldiers’ chorus on the other side
My son is on the other side
He’s with my mother on the other side
Washington is watching from the other side
Teach me how to say goodbye
Rise up, rise up, rise up

Eliza
My love, take your time
I’ll see you on the other side
Raise a glass to freedom...
 
Fantastyczne jest to [see you] on the other side, które zawsze gdzieś balansuje wokół znaczenia „nie wśród żywych”, ale w pełni nabiera go dopiero właśnie w „The World Was Wide Enough”: I catch a glimpse of the other side/ Laurens leads a soldiers’ chorus on the other side/ My son is on the other side/ He’s with my mother on the other side / Washington is watching from the other side
Znaczące w całości tekstu są też powtarzające się i organizujące tekst konceptualnie rise up i legacy, podobnie jak rapowane daty, otwierające część tekstów. Jest takich formuł jeszcze sporo, dużo więcej, niż tylko te przykłady tu przywołane – i może dlatego przy całej swojej zamierzonej muzycznej eklektyczności Hamilton brzmi, jako całość, tak fantastycznie spójnie.

 

 

W następnym odcinku: rymy, rap, cytaty, odniesienia i aluzje.

 



Nie, wróć. Reaktywacja to trochę za słabe określenie. W tym przypadku potrzeba chyba byłoby trochę bardzo solidnego zombie proszku, Hmm. Najlepiej takiego, jakim ożywia się Imhotepów czy inne martwe od tysiącleci mumie.

No więc jak od tysiącleci, to od tysiącleci. Niniejszym otwieram cykl antyczny na tym blogu.

 


Jest tak. O Eurypidesie słyszał każdy, n'est-ce pas? Ale pewnie nie każdy go czytał, a jak czytał, to dopóki a) nie studiuje czegoś odpowiedniego, w rodzaju teatrologii, filologii klasycznej czy innego podobnego, lub b) nie interesuje się, bo tak i bo lubi – to niekoniecznie czytał wszystko.  Ma sporą szansę znać, powiedzmy, Medeę i znacząco mniejsze takiego, powiedzmy, Jona czy Andromachę.

Ja mam tak, że studiowałam tę odpowiednią rzecz i że – lubię. Lubię dramat i lubię Eurypidesa. A że już naprawdę daaaaawno, daaaaaaaaaaawno temu obiecałam na tym blogu cykl antyczny, to proszę bardzo, zacznijmy z nowym wcieleniem bloga. Zacznijmy od Eurypidesa, bo tak. Bo akurat mam fazę na dramat, bo od czegoś trzeba zacząć, bo mamy polski przekład, wreszcie – bo to, cholera, jest naprawdę świetny pisarz.

Od razu uprzedzam: tak, jestem filologiem klasycznym. Tak, zdarzało mi się prowadzić zajęcia z okolic dramatu greckiego. Nie, to nie będzie w żaden sposób tekst naukowy ani opis stanu badań ani odczytanie biorące pod uwagę wyniki rozlicznych analiz przeprowadzanych przez uczonych. To, moi drodzy, jest reklama czytania. Reklama czytania greckiej tragedii. Reklama czytania tragedii Eurypidesa. Reklama czytania, dodajmy, stosunkowo mniej znanych jego tragedii.

Weźmy, na pierwszy ogień, tragedię o gwałcie i (pozornym) dzieciobójstwie, z happy endem.


Zacznijmy może od zdemolowania jednego literaturoznawczego mitu, OK? Mitu o micie. O tym, że greccy tragicy czerpali z mitu, ale go nie przetwarzali, nie pisali na nowo. Mem miewa się nie najgorzej w szkołach (na uniwersytetach już chyba jednak na szczęście nie funkcjonuje), a o tym, że jest, jak piracki kodeks, more what you'd call "guidelines" than actual rules, przekonuje między innymi właśnie Jon.

No bo cóż mit? Mit, w wersji najbardziej przed panem E., popularnej, mówi: Królem Aten był Erechteusz, pół-wąż zrodzony bez matki, podopieczny Ateny (jest o jego poczęciu osobny niesmaczny mit, innym razem opowiem). Tenże, dla dobra kraju, złożył w ofierze swoje córki; oszczędził tylko jedną, Kreuzę. Ona to została następnie wydana za króla sąsiedniej wyspy Eubei, Ksuthosa. Urodziła mu syna, Jona, który ożenił się, miał dzieci i został królem i od którego biorą nazwę Jonowie, greckie plemię zamieszkujące m. in. Attykę. End of story, i w historii samego Jona na tragedię materiału jakby trochę mało.

Eurypides zaś… Eurypides, kiedy gdzieś między rokiem 414 a 412 p.n.e. zabierał się za komponowanie tekstu i muzyki do Jona, opisał w nim znacznie bardziej dramatyczną wersję mitu. Ile w nim sam wymyślił, szczerze nie wiem, bo też nie ma skąd wiedzieć; niemniej, to, jak zdecydował się temat ująć, jest już na pewno jego własne.

Jest, proszę państwa, wiosna w mitycznym bezczasie; z jednej strony, świat jest młody i bogowie chodzą po ziemi wśród ludzi, z drugiej – Delfy, z ich budowlami i świątynią, wyglądają jak w tym roku, kiedy Ateńczycy oglądają w teatrze sztukę Eurypidesa. Zaczyna się sztuka. Za moment Hermes, boski posłaniec, opowie nam, co było wcześniej.

W będącym prologiem sztuki monologu Hermesa słyszymy po raz pierwszy opowieść, która w tym dramacie wraca jak leitmotiv, powtarzana wielokrotnie przez liczne postacie. Kreuzę, ateńską królewnę, zgwałcił Apollo w jaskini; zawlókł ją na odludzie i tam dopuścił się gwałtu. Kreuza… Kreuza nie bardzo miała co zrobić. Była jedyną córką, jedyną dziedziczką ojca po tym, jak jej siostry złożono w ofierze za pomyślność kraju. Nie mogła powiedzieć ojcu, że została zgwałcona, a tym bardziej – że zaszła w ciążę; zabronił jej Apollo, ale bronił też instynkt samozachowawczy i wiedza, co by ta wiadomość zrobiła z życiem jej i jej rodziny. Kiedy przyszedł czas, w samotności urodziła syna; zawinęła go w pieluszki i położyła w skrzyni, w której w niemowlęctwie trzymano jej ojca-smoka; zaniosła go do jaskini, w której została zgwałcona, i tam zostawiła na śmierć. Z tym – z tą wiedzą, że jest jedyną ocalałą z sióstr, ofiarą gwałtu, zabójczynią syna i że nikt się nigdy nie może dowiedzieć, Kreuza musiała żyć długie, długie lata. I co z tego, że to ostatnie nie było prawdą, że Apollo zadbał o syna, uprosił Hermesa, by ten zaniósł niemowlę pod drzwi delfickiej świątyni i zostawił tam jako widomy znak od boga, kapłance na wychowanie? Przez osiemnaście lat Kreuza o tym nie wiedziała.

Do tego wszystkiego, z czym musiała żyć, doszło jeszcze jedno. Tak, oczywiście, że Kreuzie wybrano męża; tak, podobnie jak w regularnej wersji mitu, był nim Ksuthos, król Eubei, dla niej troszkę, hmmm…. barbarzyńca?  Nie całkiem jej równy? Kim by nie był, Ksuthos chciał od żony przede wszystkim jednego – syna. Syna, następcy. A Kreuza wiedziała aż za dobrze, skąd się wzięła klątwa, która ją prześladowała, klątwa niepłodności; wiedziała, bo przecież żyła od lat z wiedzą o zmazie dzieciobójstwa, jaką na siebie sprowadziła.

Taaa. A potem Ksuthos w końcu wymyślił, skąd się dowiedzieć, czemu nie ma dzieci i skąd niełaska bogów. Jasne. Trzeba, oczywiście, pojechać do wyroczni, do boga wyroczni. Trzeba zapytać. I dlatego właśnie Kreuza musiała udać się z mężem do Delf, do domu, ze wszystkich bogów, Apollina. Nic dziwnego, że kiedy Jon ją zobaczył – nieznaną mu damę w średnim wieku, świetnie ubraną – pierwsze, o co spytał, to „Czemu pani płacze?”.  

Kreuzie świat właśnie walił się na głowę – nie dość, że musiała przyjechać tutaj, w to miejsce, do tego boga, to jeszcze za moment mąż dowie się, co zrobiła i nic już nie będzie takie samo. A musi się przecież dowiedzieć, bo jakże Apollo miałby skłamać pytającemu? Jestem w dwóch miejscach naraz, mówi Kreuza przez łzy do Jona, o którym nie wie, że jest jej nieżyjącym, dla niej, synem, płaczę, bo mi każą płakać wspomnienia. Moje ciało jest tu, mówi, a czytelnikowi/widzowi, który wie, robi się trochę zimno na myśl o tym, co ona musi w tym momencie wspominać; a mój umysł, dodaje Kreuza, jest w domu, w Atenach. Chyba nikt, kto to czyta, nie wątpi, gdzie w Atenach jest w tym momencie Kreuza, w której ciemnej grocie pod świętym wzgórzem Ateny, patronki miasta.
Eurypides miał w starożytności opinię raz mizogina, innym razem z kolei człowieka obsesyjnie kobietami zainteresowanego – trochę się trudno dziwić, zważywszy, jak dużo o kobietach pisał i jak nieoczywiste są jego bohaterki. W postaci Kreuzy udało mu się napisać wiarygodny, przekonujący portret kobiety straumatyzowanej, skrzywdzonej, a jednocześnie – zdesperowanej i załamanej, co jest zawsze niebezpieczną  mieszanką. Och, Apollo wie, że nie mam dzieci, mówi Kreuza do Jona, zapytana przezeń o rodzinę, a mnie się zawsze wtedy chce trochę płakać, trochę krzyczeć. Tak jak w tym momencie, kiedy opowiada Jonowi o tym, co się stało między nią a Apollinem, co spotkało dziecko – ale, oczywiście, nie mówi o sobie, bo jakże by mogła; mówi o przyjaciółce, którą to spotkało, bo nie umie i nie może mówić o swoim własnym nieszczęściu.

Jest więc Kreuza matką-niematką, która nie wie, że to dziecko, przez które tyle przecierpiała, żyje, że je inna matka-niematka, Pytia, starsza bezdzietna kobieta ubierana w stroje dziewczynki, kapłanka i powiernica Apollina, wychowała w świątyni jego boga-ojca. Za chwilę zaś Ksuthos okaże się ojcem-nieojcem, bo, oczywiście, jakże byśmy się mogli spodziewać, że Apollo nie kłamie. Kłamie, ba, łże jak z nut – wmawia królowi, że owszem, żona mu syna nie dała, ale on go sobie sam wcześniej zdążył spłodzić, jeszcze za kawalerskich czasów, z jednonocnej przygody po pijaku. I że zaraz go spotka, tu, w Delfach – bo tak, pewnie, dobrze się domyślacie, Apollo zamierza wmówić królowi, że Jon jest jego synem i w ten sposób zagwarantować swojemu potomkowi tron i pozycję. Żadne z was nie odejdzie z wyroczni bezdzietne, mówi bóg ustami kapłanów do małżonków; a Kreuza tak bardzo liczy na jakąś szansę zakończenia swoich koszmarów, że obiecuje Apollinowi wybaczenie tego, co jej zrobił, jeśli tylko dowie się czegoś o swoim dawno, dla niej, zmarłym synu.

Wyobraźcie sobie jej rozczarowanie i wściekłość, kiedy dowiaduje się, że następcą jej ojca i męża będzie nieślubny, nie związany krwią z ateńskim rodem syn jej męża i nie-jej. Zapomina w tej chwili wściekłości, jak fajnym chłopakiem jest Jon. On ma jakieś osiemnaście lat – Kreuza mówi wręcz w pewnym momencie, że dziecko tamtej zgwałconej przyjaciółki byłoby w jego wieku. Jest sługą w świątyni, kocha przybraną matkę i czci boga, ale też nie waha się, z pełnym przekonaniem, powiedzieć, że Apollo zachował się ohydnie wobec „przyjaciółki” Kreuzy i że bogom nie wolno przekraczać praw, które nadali ludziom, a te prawa zakazują gwałtu. Jon sprząta w świątyni, zamiata podłogi i dba o czystość, ale jak trzeba, sięga po łuk, a strzela równie dobrze jak ojciec, bóg łuczników. Jest skromny, spokojny, lojalny i ma głębokie, naturalne poczucie, co jest sprawiedliwe, a co nie – znaczy, jest idealnym przyszłym królem z bajki. Ba, on nawet rozumie, że Kreuza go znienawidzi, i wie, że trudno jej odmówić do tego prawa.

No tylko że Kreuza nie chce dobrego króla z bajki, ona chce, żeby wreszcie przestało ją boleć; i nie, nieślubny syn męża nie załatwia sprawy. Do tego stopnia nie załatwia, że Kreuza jest gotowa zabić tego cholernego gówniarza, tu i teraz, bo więcej ona już po prostu nie zniesie.  We wstrząsającym monologu królowa zwraca się do niewiernego męża, do bogów i wreszcie do swego prześladowcy, Apollina:

A ciebie, panie pieśni,
śpiewającego przy lirze siedmiostrunnej,
z dźwięków rogu wydobywającego hymny,
ciebie, synu Latony, oskarżam tu, w świetle dnia.
Przyszedłeś do mnie; słońce lśniło w twoich włosach.
Zbierałam wtedy żółte kwiatki w podołek sukienki -
błyszczały tam jak światło poranka.
Zacisnąłeś dłoń na moim nadgarstku,
na mojej białej ręce,
i zawlokłeś mnie,
krzyczącą „Mamo, mamo!”,
do jaskini.
Tam – bóg i gwałciciel -
zmusiłeś mnie do wstrętnych, bezwstydnych rzeczy.
W rozpaczy urodziłam twojego syna,
w przerażeniu ja, matka, zostawiłam go w tym samym łożu,
w którym na mnie nieszczęsną to nieszczęście sprowadziłeś.
A teraz nie ma już tego chłopczyka, mojego i twojego synka -
jego ciało pożarły drapieżne ptaki,
a ty, ty sobie śpiewasz hymn ku własnej czci,
przygrywasz sobie na lirze.  
O synu Latony,
wzywam ciebie, przemawiającego ze złotego tronu,
głoszącego przyszłość ze swej siedziby w centrum świata;
i te słowa ci wykrzyczę do ucha:
ty cholerny tchórzu, ode mnie wziąłeś przemocą, co chciałeś,
mój mąż nic ci nigdy nie dał, ani odrobiny czci,
a ty oddajesz mój dom jego bękartowi?
I to kiedy mój syn, mój i twój własny,
nie żyje,
nieznany, martwy, rozszarpany przez drapieżniki,
jako maleństwo, w pieluszkach od matki?
Delos, gdzie cię matka wydała na świat, brzydzi się tobą,
i nienawidzi cię drzewko laurowe, rosnące przy palmie,
gdzie na świat przyszedłeś!

Długo by mówić o tym monologu, o jego ukrytych znaczeniach (jak choćby to, że fakt, iż ona oskarża go w świetle dnia, ma znaczenie, bo Apollo osobiście jest bogiem słońca – a ta uwaga o drzewku laurowym jest czymś więcej niż ozdobnikiem, laur-Dafne to nie kto inny, jak przemieniona w roślinę niedoszła ofiara Apollina-gwałciciela), ale co się rzuca w oczy przede wszystkim, nawet w tej mojej niedoskonałej parafrazie greckiego tekstu, to wściekłość, wściekłość i ból. I co z tego, że będzie happy end, że się wszystko dobrze skończy, że Hermes uratuje Kreuzę, nie-dzieciobójczynię, przed autentycznym aktem dzieciobójstwa i że oboje, Ksuthos i Kreuza, wyjadą z Delf z poczuciem, że są rodzicami – to, co zostaje w pamięci, to ta wściekłość i ten ból.

Ja… nie jestem jakąś namiętną fanką polskich przekładów Eurypidesa, nawet Łanowskiego – mam wrażenie, że momentami za bardzo łagodzą i uspokajają te teksty, robią kochanka z gwałciciela, uwodziciela z porywacza – ale i tak, jeżeli macie czas i jeszcze po tym, co przeczytaliście, ochotę – sięgnijcie po ten tekst. Szanse na zobaczenie go na scenie są nieduże, a przeczytać warto, choćby po to, żeby zobaczyć, jak cholernie aktualne greckie dramaty potrafią być, do dzisiaj. Do dzisiaj, niestety.  



sobota, 20 lutego 2016

To nie będzie jedyny wpis na ten temat – nie mógłby być, mam od miesiąca muzykę z Hamiltona w głowie bez przerwy i osiem stron notatek do wpisu o niej, come on – ale będzie pierwszy z serii. I nie będzie o muzyce. Ba, nawet o tekstach – w sensie o ich detalach, poetyce itd. – też nie będzie.

 

http://www.npr.org/2015/09/21/440925873/first-listen-cast-recording-hamilton


On będzie o czymś, co, skądinąd, bezskutecznie od paru dni wyobrażałam sobie w polskich realiach. O Hamiltonie Lina-Manuela Mirandy jako o dramacie.

To jest przecież, summa summarum, dokładnie to: tekst literacki, przeznaczony do realizacji scenicznej, w tym przypadku ujęty konkretnie w formę libretta dla musicalu. I o tym dramacie – w sensie, o jego konstrukcji, o przyjętych założeniach, o koncepcji i konwencji i – nieśmiało i niepewnie – o tym, co się stało, że to zaczęło działać tak, jak działa, a działa, powiadam wam ja, ale nie tylko ja, fantastycznie.


No więc dobrze, dramat. Pisanie dramatów o postaciach historycznych nie jest łatwe (a ich czytanie/oglądanie, że się przyznam, to coś, co lubię, choć czasem lubię trochę masochistycznie). Nie jest łatwe bo, na przykład, wszyscy wiemy, co będzie – a nawet jak natychmiast nie wiemy, to przecież jesteśmy o kliknięcie od sprawdzenia, co się było stało z bohaterami. No oczywiście, pisanie dramatów historyczno-biograficznych jest też modne i bardzo na czasie (kto nie wierzy, niech może zerknie może na ostatnie 2-3 lata nominacji Oscarowych i policzy biografie oraz filmy oparte na faktach, co? Scenariusz filmowy też jest przecież formą dramatyczną), ale jednak, jednak, nie zawsze działa. Możesz mieć fantastyczną historię, fascynującą postać i naprawdę bardzo dobrego i mającego pomysł na postać jej odtwórcę, a i tak ciągle masz szansę, że wyjdzie ci niezła, poprawna, nie porywająca rzecz (nie, zupełnie nie patrzę na taką Imitation Game, ależ skądżeż. Ani na, powiedzmy, Aviatora, że wymienię tylko dwa pierwsze z brzegu niezłe przy tym, summa summarum, filmy).


No to dobrze. Zrób sobie, człowieku, tę krzywdę: wymyśl, że napiszesz dramat na dwie godziny grania w oparciu o osiemsetstronicową biografię. I że napiszesz go o pomnikowej postaci z historii walk o niepodległość w twoim kraju.  I że on będzie, bo być musi, o kluczowych momentach wczesnej tegoż kraju historii. Gotowe, możesz siadać i pisać swój Oscarowy pomnikowy tekst.


Albo nie.


Albo możesz napisać go wbrew, jak Miranda napisał Hamiltona. Hamilton jako dramat sprawdza się fantastycznie (sprawdza się również fantastycznie jako libretto, na poziomie tego, jak napisane i skomponowane literacko są poszczególne teksty, ale o tym innym razem), a sprawdza się, moim skromnym zdaniem, także dlatego, że autor wymyślił sobie znakomity sposób, żeby nas-odbiorców w ten dramat zaangażować, żeby nam go sprzedać. Miranda w Hamiltonie gra w unowocześnianie historii swojego bohatera/ swoich bohaterów, ale unowocześnianie specyficzne - on uwspółcześnia nie postacie (jak, powiedzmy, Shaffer Mozarta w Amadeuszu), tylko sposób mówienia o nich. On ich nie zrzuca z piedestału, nie odbrązawia – raczej podaje im rękę i pozwala zejść z pomnika i przemówić ponad tym 250 laty, ćwiercią tysiąclecia różnicy, żebyśmy zobaczyli w nich ludzi, a nie postacie z okładek książek, z banknotów i portretów.

 

Hamilton musiał być, jeżeli miał być historią całego życia tytułowego bohatera, dramatem, w którym splatają się co najmniej trzy płaszczyzny, trzy kłócące się ze sobą formuły i tematy. Musiał być epickim, podnoszącym na duchu i, nie bójmy się tego słowa, patriotycznym dramatem o wygranej wbrew wszystkiemu wojnie młodego kraju o niepodległość przeciw potężnemu kolonialnemu mocarstwu. Musiał, po drugie, być gęstym i skomplikowanym scenariuszem o politycznej wojnie o kształt państwa i narodu – sztuką o prezydenturze, o gabinetowych rozgrywkach, wyborach, banku centralnym, polityce zagranicznej i podatkach. No i musiał, oczywiście, być psychologiczno-obyczajową tragedią o historii i żywocie tytułowego bohatera, który nie ma nic, zyskuje wszystko i wszystko z siebie daje, traci za dużo i umiera za wcześnie.  Każda z tych form wymaga czego innego, każda jest, nie oszukujmy się, wymagająca i zazdrosna – kiepsko godzi się bowiem z pozostałymi, bo niełatwo być patriotycznie wzniosłym i psychologicznie bezlitosnym, niełatwo pogodzić subtelne analizy relacji zdradzanej żony i niewiernego męża z koncentracją na politycznych machinacjach w korytarzach władzy.


No więc Hamilton jest tym wszystkim (a teraz sobie dołóżcie, że jest tym wszystkim, zachowując rygorystyczną i wymuszoną wymaganiami gatunkowymi stylu/-ów muzyki formę poetycką!), i to jest tym wszystkim w sposób niezwykle, moim zdaniem, udany.


To jest dramat o państwie i o ludziach. O państwie, które się rodzi w wojnie i pokoju, pod przewodnictwem polityków bezdyskusyjnie wielkich (Waszyngton) i takich, którzy chwile wielkości miewają, o państwie, w którym polityka bywa, owszem, brudna i niemądra, ale oglądając, nie mamy wątpliwości, że to wszystko do czegoś prowadzi i coś ma zbudować. Założenia tego nowego państwa oglądamy wyłożone, bardzo filmowo, nie wprost, a w kontrastach, aluzjach, zestawieniach. Konflikt angielsko-amerykański, a konkretniej lojalistyczną i brytyjską jego stronę, widzimy przede wszystkim w wypowiedziach  dwóch postaci: w krótkim a jadowitym no-powiedzmy-dialogu między Alexandrem Hamiltonem a biskupem Seaburym, gdzie ton oryginalnej polemiki Hamiltona oddany jest ostrym muzycznym i poetyckim skontrastowaniem ich wypowiedzi; kwestia lojalistów zostaje podsumowana i, nie oszukujmy się, ośmieszona tym jednym uderzeniem. Kwestia z kolei stosunku samej Anglii do tego, co się dzieje,  wychodzi oczywiście w monologach króla Jerzego, o których pewnie napiszę więcej, kiedy będę pisać o tekstach w Hamiltonie – ale tutaj podkreślę jedno, a mianowicie konsekwentne ukazywanie w wypowiedziach Jerzego III relacji kolonia-metropolia w kategoriach toksycznego związku i małżeństwa z domowym tyranem i facetem nie stroniącym od przemocy domowej. To jest część tej strategii uwspółcześniania – a tak naprawdę, nie tyle uwspółcześniania postaci, co opisywania relacji między krajami, między partiami i między ludźmi tak, żeby je przybliżyć i uczynić zrozumiałymi. I nie, nie próbuję powiedzieć, że współczesny widz nie zrozumie niuansów historii bez takiego jej przepisania – chcę raczej powiedzieć, że takie paradoksalne potraktowanie historii pozwala, w tym konkretnym dramacie, odebrać ją nagle osobiście, personalnie – poczuć, przez te wszystkie warstwy narracji podręcznikowych, filmowych, historiograficznych, patriotycznych, przez izolacyjną warstwę 250 lat to, jak osobiście i emocjonalnie ci wykorzystywani i ci zaskoczeni porzuceniem przez kolonię mogli tamte wydarzenia odbierać. Już nie mówiąc o tym, że taki wybór formuły i języka sam sobie jest oceną etyczną racji, nieprawdaż?

Miranda rozwiązuje w podobny sposób – przybliżeniem, przez pojedyncze sceny i monologi/dialogi – kwestię prezentacji sporej części politycznej części swojej sztuki; pryncypium demokracji amerykańskiej, jaką jest kadencyjność władzy, kwestii rozumienia roli banku centralnego, problemów powstawania i kształtowania się partii politycznych – ale też gabinetowych mniej lub bardziej brudnych rozgrywek (jak w The Room Where It Happens, gdzie zakulisowe rozgrywki na najwyższych szczeblach władzy skomentowane są subtelnie przez fakt, że ta sama tytułowa fraza użyta jest gdzie indziej w dramacie na określenie zdrady małżeńskiej/romansu; to jest zresztą w ogóle ulubiony zabieg autora, takie używanie tych samych fraz w wielu znaczeniach, ale o tym to ja więcej może w następnej notce, OK?).


To jest bardzo, bardzo dramat o Ameryce. I to bardzo, bardzo widać w tych fragmentach, które poświęcone są wojnie o niepodległość i rewolucji amerykańskiej: te wojenne passusy są pełne, tak, triumfu i dumy (patrz: The Battle of Yorktown), a jednocześnie nie ma w nich nic z irytującego często odbiorców poza USA patetycznego zadęcia (tak, mam na myśli te wszystkie sceny z flagą na wietrze, you name the movie). Może dlatego, że Miranda wyraźnie podkreśla, że to jest triumf ludzi, nie tylko ludu – ludzi, do których już zdążyliśmy poczuć sympatię i podziw i szacunek. I że to są ludzie… różni. Różniący się od siebie. Imigranci i koloniści, dopiero się uczący, jak być narodem – i tak, nie mam najmniejszych wątpliwości, że to subtelne, ale mocne podkreślenie tego, że to  oni razem wszyscy współtworzyli USA, wraz z wyborem konkretnych inspiracji - czarną amerykańską muzyką w mnóstwie jej odmian, ale też np. tradycją klasycznego musicalu, plus, oczywiście, decyzje obsadowe – jest w oczywisty sposób polityczną deklaracją tego, jak Miranda rozumie swój kraj, jego inspiracje, dziejowy sens jego istnienia i kierunek, w którym powinien on pójść. To jest kraj dla wszystkich, stworzony przez różnych ludzi – i te decyzje, o których mowa była przed chwilą, decyzje muzyczne i tekstowe i obsadowe pokazują to bardzo wyraźnie. To, jak to jest napisane, przez kogo i jak śpiewane, jest deklaracją: ta historia jest nas wszystkich, o nas wszystkich, nasza wspólna, wszyscy mamy do niej prawo – a jednocześnie tamta walka, dziś tak oczywista, była wtedy dla wielu mniej więcej równie niezrozumiała, jak konflikty, na przykład rasowe, bywają ciągle dzisiaj.


No więc to jest dramat o polityce i dramat o państwie. Ale, przede wszystkim przecież, to jest dramat o człowieku w sercu tej polityki i blisko steru tego państwa. Miranda, który napisał tu rolę Alexandra Hamiltona dla siebie samego, wygrywa po części na tym, jak nam tę postać przedstawia. Generalnie, Hamiltona poznajemy z relacji pozostałych postaci, w tym narratora-uczestnika wydarzeń, o którym za moment, oraz z jego własnych refleksji, monologów, komentarzy. Idea, że narratorem w tym dramacie będzie człowiek, który zastrzelił Hamiltona w pojedynku – o czym, nawet gdybyśmy jakimś cudem nie wiedzieli, Aaron Burr mówi nam od razu w pierwszym utworze w tym musicalu – jest znakomita (acz nie jest tak, że nikt tego wcześniej nie wymyślił, oczywiście). Jest znakomita bo, po pierwsze, od początku rysuje nam nieunikniony konflikt między dwiema centralnymi indywidualnościami dramatu. Po drugie, bo przyjmując od początku, świadomie, perspektywę z zewnątrz, spoza współczesności bohatera (perspektywę, skądinąd, akurat przez libretta musicalowe lubianą, bo i Evita i Elisabeth, że rzucę dwoma pierwszymi skojarzeniami, jakie mi do głowy przychodzą, mają podobnie), Miranda może od pierwszej chwili pokazać nam, jasno, w oczy i wprost, to, o czym bohater mówi wielokrotnie i o co się martwi: jego dziedzictwo.  Docelowy amerykański odbiorca jest teoretycznie tego dziedzictwa doskonale świadomy – ale tutaj, w otwierających i zamykających całość libretta ansamblach, dostajemy to dziedzictwo jak na dłoni: i to podręcznikowe, z osiągnięciami dla kraju i historii, ale i to osobiste, to, o które tu może najbardziej chodzi – historię imigranta, biedaka, nadambitnego i piekielnie zdolnego chłopaka znikąd, jego wspinaczki, wojny z okolicznościami, walki ze światem i wychodzenia, wbrew pochodzeniu i wbrew początkom, coraz wyżej i wyżej i wyżej.

Wiemy, jak to się skończy: jak się skończy życie Hamiltona, jakie będzie jego życie po życiu. Wiemy od razu, kto go pokocha, znienawidzi, wesprze, zabije – wiemy to jeśli nie z historii, to z pierwszego, tytułowego utworu całości. Postacie mówią nam w nim o swoim przeznaczeniu, określają się – po czym, oczywiście, świadomie zaprzeczają tym określeniom w całym dramacie, bo przecież jest w nich znacznie więcej; taka Eliza Hamilton jest, och, znacznie więcej niż tylko kobietą, która kochała męża. Nie dostajemy typów postaci ani ilustracji z podręcznika, dostajemy bohaterów, którzy są, owszem, sobą z historii (nie mamy tu rewizjonistycznych przetworzeń ani zmian), ale też sobą, w sensie – są ludzcy, są starannie scharakteryzowanymi, wiarygodnymi postaciami (o czym pewnie więcej następnym razem).


Tekst dramatu jest celowo niejednorodny stylistycznie i językowo, od cytatów i kryptocytatów z tekstów z epoki, przez odwołania do literackiej klasyki, do piśmiennictwa o Hamiltonie, ale także do klasyki i stylistyki tekstów tych gatunków muzycznych, które są tu wykorzystane, w tym między innymi hip hopu; raz tradycyjny, raz celowo i świadomie współczesny, gra z czytelnikiem w warstwie językowej tak samo, jak gra w konstrukcji tekstu i fabuły. A jednocześnie przecież ten świadomy synkretyzm jest też zaplanowaną częścią komentarza na temat Ameryki i jego niejednorodność, współgranie różnych elementów, mówi coś o wizji kraju, jaką autor zakłada. To jak ja jeszcze dodam, że na dodatek wspomniane w paragrafie wyżej ujęcie dziejów bohatera w klamrę, gdzie kluczem jest narracja z punktu widzenia/ w odniesieniu do tych, którzy przeżyli, ma swoje odbicie a rebours w będącej inspiracją dla libretta biografii Hamiltona pióra Rona Chernova – Chernov zaczyna 50 lat po śmierci Alexandra, opowieścią o Elizie Hamilton, wdowie po nim, Miranda bardzo podobnie ujętą opowieścią o niej, w pierwszej osobie, zamyka – to będzie chyba widać, jak – na jakim poziomie skojarzeń, dwu- i  wieloznaczności, aluzji i odniesień to wszystko funkcjonuje. Jak chodzi o zrealizowanie zadania niemożliwego  napisz amerykański dramat, w kilku gatunkach naraz, o herosie rewolucji amerykańskiej i postaci z pomników i podręczników, i napisz go tak, żeby ludzie płakali i odczuwali ten dramat osobiście – to jest wykonanie 200% zadania.

A jeszcze nawet nie powiedziałam ani słowa o poezji. Ani o muzyce.

piątek, 08 stycznia 2016

SPOJLERY I TEORIE, WCHODZISZ NA WŁASNE RYZYKO.


 

Zastanawiam się, czy jestem właściwą osobą do napisania tej recenzji/analizy. A konkretnie, zastanawiam się, czy moja opinia w tym przypadku jest w jakikolwiek sposób znacząca dla kogokolwiek poza mną.

Nie, nie mam manii wielkości pt. "Wpływam na ludzi swoim pisaniem", no bo na kogo i jak niby. Nic z tych rzeczy. To jest raczej pytanie o to, czy warto pisać coś, co jest tak bardzo subiektywne i tak bardzo wynika z mojego własnego odczytania. Przy pełnej świadomości, że tym razem to nie jest tak, że się zdziwię, że komuś się nie podobało. Zupełnie nie.

Innymi słowy, czy warto pisać coś tak bardzo subiektywnego jak ta poniższa analiza The Abominable Bride.

Emocjonalna recenzja jest taka: siedziałam wbita w fotel, w głowie mi się kręciło i dostałam ciężkiego szoku w przewidywalnym miejscu fabuły.
Ale sorry, grit on the lens, the fly in the ointment, nie o moich uczuciach będziemy dzisiaj mówić. No, nie całkiem. Może trochę.

Dzisiaj głównie będziemy analizować.

 

No więc pierwsza rzecz, jaka mi analitycznie przychodzi do głowy, to ale to już wszystko było. I to, nieco metaforycznie rzecz ujmując, dwa razy. 

Kiedy ogląda się Pannę młodą uważnie - i, nie oszukujmy się, najlepiej po powtórce z całości - widać bardzo wyraźnie, że sprawa Ricoletti jest patchworkiem, złożonych z poprzednich spraw tego konkretnego Holmesa i Watsona. Mamy, oczywiście, alternatywną/właściwą wiktoriańską wersję ich pierwszego spotkania, wziętą z Conan Doyle'a i wymodelowaną na Study in Pink, co jest dość, hmmm, elementarne, podobnie jak fakt, że postacie, zarówno te z kanonu (pani Hudson, Lestrade, Mycroft, by nie wspomnieć o dwójce naszych głównych bohaterów), jak i te stworzone przez scenarzystów (Anderson, Molly)? powtarzają swoje role u boku Holmesa i Watsona. Ale te powtórki idą dalej. Popatrzmy na sam początek sprawy, tuż przed pojawieniem się Lestrade'a: Holmes rozpoznaje w zamaskowanej kobiecie Mary Watson, rozpoznaje ją po zapachu jej perfum. Nie, tu to nie jest Claire de la Lune?, oczywiście - ale znowu jest to zapach, dzięki któremu Holmes wie, że kobietą w czarnych koronkach i woalce, stojącą w ich salonie, jest zaniedbywana pani Watson. No patrzcie państwo, zupełnie jak w His Last Vow. I, na marginesie, jak bardzo jak panna młoda w żałobie Mary tu wygląda.   Ale to nie jest jedyna taka powtórka. Mieliśmy już w Sherlocku także i sceny, kiedy bohater widzi, pod wpływem narkotyku, coś, czego nie ma, ale co przyczynia się do rozwiązania zagadki - był już przecież taki motyw, i to w odcinku wprowadzającym koncept mind palace, czyli w The Hounds of Baskerville.  Pamiętacie Johna Watsona w laboratorium i wcześniej Sherlocka i Henry'ego po wizycie w Dewer's Hollow?
Spotkaliśmy już również w Sherlocku nawet pana Ricoletti (Petera, w tym przypadku; ten w Pannie Młodej ma na imię Thomas); w roli bandziora mamy go przez momencik w The Reichenbach Fall, jako bohatera jednej ze spraw, rozwiązanych przez Sherlocka; ba, tam nawet towarzyszyła mu koszmarna żona. W pokoju dla gości w The Diogenes Club wisi obraz Turnera Wodospad w Reichenbach, który widzieliśmy w The Final Problem. Five pips, niekoniecznie orange, też już było. Nawet uwaga Watsona o tym, że coś brzmi z serbska, choć mieści się w politycznych lękach końca XIX wieku, to przede wszystkim odsyła do początku The Empty Hearse!
No i to, jak Panna Młoda udała swoją śmierć. No udała ją przecież dokładnie tak samo, jak Irene Adler w The Scandal in Belgravia, kiedy usiłuje się wymknąć Sherlockowi/zwabić go. Sam Sherlock sugeruje, że znaleziono inne ciało, które podstawiono zamiast pani Ricoletti do kostnicy, tak samo, jak w jego przypadku (z delikatną sugestią, że w obu przypadkach Molly did it), ale podobieństwa do sprawy Adler są bodaj czy nie równie znaczące.
Jest oczywiście jeszcze jedna sprawa, ta kluczowa. Pewna panna młoda strzela sobie w głowę, jak Moriarty - to zauważyli wszyscy chyba recenzenci, i nie dziwota, bo zestawienie tych dwóch spraw pada explicite z ekranu, ergo, jak Moriarty, ona TEŻ MUSI BYĆ MARTWA. Tylko czy jest? A jak jest, to kto zabija? Dla rozwiązania tej sprawy sprzed ponad stu lat Sherlock jest gotów zaryzykować - zakładam, że przedawkowanie jest dość ekstremalne nawet wedle jego standardów - tylko czemu? Po co? Aż tak jest ciekawy? Czy może.... hmmm, czy może ma to coś wspólnego ze sprawą i z osobą, która dręczy go od dawna, daawna?
Po co Sherlock przedawkowuje, po co usiłuje rozwiązać akurat tę zagadkową sprawę sprzed lat?
Mam wrażenie - ale mam je ex post, po obejrzeniu dwa razy, nie z pierwszego oglądania - że to jest, poniekąd, pierwsza sugestia wielkiego twistu, jaki nam fundują autorzy odcinka: fakt, że sprawa upiornej panny młodej pod wieloma względami przypomina ciągnącą się od Study in Pink sprawę Jima Moriarty'ego. A konkretniej - i tu jest, moim zdaniem, sugestia tego twistu, tego, że to wszystko musi się jakoś wiązać z finałem trzeciego sezonu - zadaniem Sherlocka jest tu dojść do rozwiązania jednej konkretnej zagadki: jeżeli wyeliminujemy niemożliwe (w tym przypadku spirytyzm; ech, ta idea z duchem też trochę brzmi jak echo rozmaitych pozaholmesowych pasji Conan Doyle'a), to jak wyjaśnić fakt, że osoba, która publicznie strzeliła sobie w głowę, jest potem równie publicznie widywana. I tak, wyjaśnienie jest w sumie banalnie proste - to organizacja działa za nią, w jej imieniu - hello, ciekawe doprawdy, jak jest z Moriartym. I jak się to ma do jego ewentualnej obecności w serii IV (zwłaszcza w kontekście uwag Sherlocka o tym, że Moriarty na pewno nie żyje, ale że on, Sherlock, wie dokładnie, co Moriarty teraz zamierza zrobić). Oraz, jak się to ma do z lekka zarozumiałego stwierdzenia Sherlocka w The Empty Hearse, że serbska grupa, którą zinfiltrował, to ostatnie resztki pajęczyny Jima M.?


To jest jeden poziom ale to już było, drugi to oczywiście gry z kanonem i z klasycznymi adaptacjami. Martin Freeman nie musiał dodawać w komentarzu, że były sceny, które starał się grać inspirowany Nigelem Brucem i jego Watsonem, to było widać. Ale znowu, to się okazał być synkretyczny miks, bo doktor Watson Nigela Bruce'a (niech będzie, chwilami :) ) jest tu sparowany z Sherlockiem Holmesem granym przez Benedicta Cumberbatcha ewidentnie w hołdzie dla Jeremy'ego Bretta. Mamy tu przegląd klasycznych scen z kanonu (pierwsze spotkanie, zdenerwowany Lestrade przychodzący po pomoc, otyły Mycroft i cisza w The Diogenes Club, wodospad Reichenbach jak z ilustracji Sidneya Pageta), ale mamy też dziesiątki malutkich, drobnych, dla fabuły nieistotnych aluzji. Do Mycrofta ma przyjść pan Melas z The Greek Interpreter (tym razem raczej nie będzie jednym z grupy komiksowych geeków, obawiam się), Holmes powtarza swoje zdanie o logiku, który z obecności kropli wody wywnioskuje Niagarę i ocean, nigdy ich nie widząc, pada uwaga o siedmioprocentowym roztworze kokainy... No i Moriarty, scena z Moriartym w pokoju Holmesa, powtarzająca i ich rozmowy z kanonu (dwie: te ze spotkania i tę znad wodopadu), i dialogi z ich scen w serii Moffata i Gatissa. Do tego, oczywiście, opowiadania, z których wzięto inspirację, Five Orange Pips i The Musgrave RitualIt's there. It's all there

 

And then there's the twist. Kiedy oglądałam The Abominable Bride po raz pierwszy, pierwszym sygnałem, że scenarzyści nas nabrali i że to nie jest żaden wyjęty z czasu wiktoriański epizod, tylko sen wariata (no, narkomana) śniony nieprzytomnie była dla mnie kwestia Mycrofta o the virus in the data, zgrzytliwie anachroniczna (zdecydowanie bardziej, dla nie-native'a, niż też anachroniczne crime scene i life in a nutshell, rzucone wcześniej przez pp. Holmesów i zasygnalizowane jako curious expressions). Te dwa ostatnie odebrałam oryginalnie, podobnie jak uwagi pani Hudson o byciu narrative device, jako rodzaj gry z konwencją. Nie przyszło mi do głowy, jeszcze wtedy, że mają podwójne znaczenie. Ta o wirusie zgrzytnęła mi po nerwach, wytrącając mnie z poczucia "1895, meloniki, dorożki, wiktoriańska groza". 
Oczywiście, przy drugim oglądaniu widać lepiej. Widać na przykład od razu, że tak naprawdę chodzi o powrót Moriarty'ego, a nie o sprawę sprzed lat - już w kostnicy Holmes pyta How did he come back, choć stoi nad ciałem panny młodej. Ten hałas, zalewający czasem nagle ekran - tu nawet miałam poczucie "A nie mogli nagrać czegoś innego? To naprawdę brzmi jak lecący samolot". Kolejnym takim znakiem są nie do końca zrozumiałe, zagadkowe na pierwszy rzut oka partie dialogowe, jak ta o robieniu list i byciu bardzo głęboko. Zresztą cały ten dialog z Mycroftem powinien, w sumie, zdradzić, co się dzieje. Mycroft przytył w ciągu jednego dnia, na obrazie Turnera płynie woda, bohaterowie rozmawiają szyfrem, a zanim Sherlock pojawił się u brata, kamera pokazywała go w sposób tak oczywiście typowy dla filmowania scen wizji, tripów i odlotów, że ja nie wiem, jakim cudem nie zajarzyłam już wtedy, co się dzieje. Does it seem possible, pyta Mycroft. No, odpowiada mu brat. Ale zaraz potem widzimy Sherlocka Holmesa w victorian mind palace i dostajemy (fałszywe) rozwiązanie: OK, OK, on to sobie wyobraża, niech mu będzie. I Redbeard, nie zapominajmy o Redbeardzie. By już o rozmowie z Moriartym w pokoju Holmesa nie wspomnieć.

To - to, że każdy ma tu swoją rolę, to, że pojawiają się postacie znane z całości, to, że są radosne anachronizmy - to jest jeden znak, że jesteśmy w głowie Sherlocka Holmesa raczej niż w rzeczywistości; a wspomniane wcześniej odbijanie tego-co-było to drugi, równie wyraźny.

Taaa. i tu następuje ten moment, kiedy autorzy nabierają nas po raz drugi. Bo po raz drugi się przecież okazuje, że to nie dzieje się naprawdę. Come on, nawet Mary nie jest taka dobra, żeby w ułamku sekundy to wszystko porobić! (choć, och, w tej wizji Sherlocka ona jest NAPRAWDĘ dobra, we wszystkim, prawie jakby ją... idealizował? Hmmm...). Tu z kolei orientujemy się, że tego nie ma, dopiero kiedy panna młoda wyłazi z grobu w całej glorii nierealistycznego wiktoriańskiego horroro-kiczu. Sorry, Sherlock; deeper than before; nie wyjdziesz z tego tak łatwo, wprost na pas startowy do czekających przyjaciół.

Sherlock zamieszał sobie ostro w głowie za dużą dawką narkotyków, a panowie scenarzyści mieszają nam w głowach gatunkowymi woltami. Wychodzimy od zagadki kryminalnej, i to takiej, które ja w kanonie Doyle'a szczególnie lubię (nieprzypadkowo The Sussex Vampire to jedno z moich ukochanych opowiadań ACD): takie, gdzie pozornie oczywiste nadnaturalne wyjaśnienie zostaje obnażone jako fałszywe i wyjaśnione w racjonalny sposób. Mamy wszelkie gadżety wymagane do takiej klasycznej Conan-Doyle'owskiej historii: Londyn, detektywa, kostnicę, światło gazowe, wiejską posiadłość z trupem lorda, malowniczy wodospad, kłęby mgły w ogrodowym labiryncie i nad dachami wiktoriańskiego Londynu. Do tego dostajemy drugi zestaw cech gatunkowych, tym razem rodem z wiktoriańskiego i post-wiktoriańskiego horroru: bladą zjawę z krwawą szramą ust i w ślubnej sukni (Lucy Westenra, anyone?), upiory, ożywione trupy z oczami nawet po stu latach pełnymi wijącego się robactwa, historię zemsty zza grobu. I jeszcze trzeci poziom, ten od Molly w nieprzekonującym męskim stroju i sufrażystek w podziemiach katedry, płonących tam ogni, zawodzonych pieśni i idiotycznych kostiumów z Ku-Klux-Klanu: groszowe, pulpowe gotycko-awanturnicze historie z epoki, które inspirowały Conan-Doyle'a (patrz: Studium w szkarłacie), a które tu rozgrywają się, oczywiście, w głowie Sherlocka. Dlatego po części nie mam pretensji o to, jak przerysowana, kiczowata i nieprawdopodobna wizualnie jest ta scena: przecież to przerysowanie, nieprawdopodobieństwo i kicz zostaje wprost wypomniane z ekranu.  I mean, come, on, be serious! Costumes? The gong? (...) Is this silly enough for you yet? Gothic enough, mad enough even for you? It doesn't make sense, Sherlock. *.
Na to wszystko nałożona jest jeszcze cała warstwa aluzji, powiedzmy, autotematycznych: tych dialogów o byciu narrative device, rozmów o tym, jak się ma napisany Sherlock do prawdziwego, o popularności historii Johna (bezcenna uwaga Moriarty'ego o ilustratorze!), o byciu storytellerem i rozpoznawaniu się w napisanych historiach... Lustra, lustra: nieprzypadkowo ten odcinek ma trzy upiorne panny młode - Emelię Ricoletti, Mary Watson na początku akcji, w czarnych koronkach i woalce, i Jima Moriarty'ego, a każde z dwójki pozostałych dzieli coś z Emelią. Mary jest tym, czego Emelia i jej podobne chcą; Jim tym, o co w tej historii chodzi Sherlockowi. 

 

Ja osobiście jako czytelnik i odbiorca, to nie jest żadne stwierdzenie ogólne, ogromnie lubię taki sposób mieszania mi głowie i ten typ samoświadomości autorskiej. Ja osobiście lubię ten rodzaj gier z tradycją, własną i tą kanoniczno-inspirującą. No i ja jestem kimś, kogo najbardziej pod słońcem bawi grzebanie przez autorów w tekstach ACD w celu zagrania jakimś kolejnym cytatem, odwołaniem czy aluzją. Mnie się dosyć musiało podobać (pomijając może oczywisty fakt, że kilkoro moich ukochanych aktorów na planie na raz, jak to ma nie działać?), ale całkowicie widzę, gdzie mogło nie podobać się innym odbiorcom. To, innymi słowy, był odcinek dla mnie, mnie spasował idealnie - i stąd moje wahania, czy w ogóle pisać tę analizę.  

 

A, i wiecie, co mnie jeszcze w tym odcinku rozbawiło? To, jak wcześnie pp. Watson rozwiązali za nas i za Holmesa zagadkę. Mary pojawiła się w stroju panny młodej w żałobie, John w swojej upiornie komicznej wyliczance invisible armies wymienił sufrażystki. Przykro mi, panie Holmes, już wiadomo, kto jest naprawdę tym consulting detective.




 

* I nie, nie mam tu też pretensji o mowę Sherlocka ws. kobiet. To jest, jak dla mnie, wersja tej klasycznej sceny, kiedy Sherlock Holmes odgrywa swój teatr dla zachwyconej publiczności, pokazując, jak rozwiązał sprawę. On to robi... hmm, może nie tak często, jak Poirot, ale całkiem, całkiem często. Mansplaining, wiem, ale w tym konkretnym przypadku jestem w stanie postawić konwencje narracyjne ponad problemem. Dobra, OK, mogła to zrobić Mary.

niedziela, 03 stycznia 2016

No to cóż: blog i ja zaczynamy terapię małżeńską. Od czegoś wspólnie ulubionego.

 

 

 

Ze spojlerami, ale co to za spojlery.

Dzisiaj będą na tapecie kawałki telewizji. Takie kawałki telewizji, które uważam za nieodzowne. Dla mnie, prywatnie i osobiście. Żeby je czasem obejrzeć po raz któryś i wiedzieć, OK, to ja. To jest mój gust, to jest definicja tego, co lubię w danym – no, serialu, bo w tym wypadku mówimy właśnie o kawałkach serii telewizyjnych.
To nie jest tak, że każdy mój ukochany serial ma takie odcinki. Nie ma ich, znacząco, jeden z moich najukochańszych seriali i ten uważany przeze mnie za bodaj najlepszy albo jeden z najlepszych, jakie widziałam: Life on Mars w oryginalnej brytyjskiej wersji, bo ja tam, serio, nie jestem w stanie wskazać Tego Jednego odcinka: ten serial jest dla mnie niepodzielną całością. W naturalny też sposób takie odcinki ma się z seriali, do których człowiek ma stosunek… specyficzny, które wychodzą poza sam fenomen „doceniłam, podobało mi się” i wchodzą w terytorium pure (fan) fun – no nie ma siły, mogę uważać, że takie np. Happy Valley to jest jedna z najlepszych rzeczy, jakie widziałam w ostatnich latach, ale nie będę dla zabawy i radochy wracała do któregoś z odcinków i w rezultacie znała go na pamięć, bo to… nie ten typ, podejrzewam.  

Zasady (bolesne): JEDEN odcinek, może być kilkuczęściowy (wiem, oszukuję). Z seriali, do których mam poważną słabość jako do całości, więc się nie przyznam, który odcinek z Merlina mogę oglądać w kółko (nawet na to nie liczcie).

A więc. Moje ulubione a otaczane przeze mnie kultem seriale i ich ulubione moje odcinki. Voilà.

 

http://www.playbuzz.com/gregs/how-well-do-you-know-the-x-files

Morris Fletcher (Michael McKean, ten ze Spinal Tap)
obrazek stąd
 

The X Files: Dreamland 1&2 (06.4-5). Tu jest ciężki wybór – na liście jest co najmniej kilka, i to i tych dramatycznych, i tych lżejszych, bardziej pastiszowych. Na potrzeby tej listy wybrałam z nich Dreamsland – po części dlatego, że kpi sobie z iksfajlowej mitologii Obcych i Facetów w Czerni, pod drugie dlatego, że kpi sobie z dramy towarzyszącej nader często na ekranie postaci udręczonego przez los Foxa Muldera, a po trzecie, because Morris Fletcher. W świecie X Files/Millenium mam swoje ulubione czwatroplanowe postacie i to jest, zdecydowanie, jedna z nich. Plus, na tym odcinku się śmiałam, a to mi się nie zdarza często.
Aha, gdyby ktoś chciał wiedzieć: z odcinków bardziej horrorowych wybrałabym 01.20, Darkness Falls (ten o pradawnych robalach, hello Fortitude!), a z tych w głównej mitologii serii – zdecydowanie odcinki 23-24  serii 4 i 1-2 serii 5, Demons/Gethsemane/Redux/Redux II, z niesamowitym nastrojem, z Mulderem gotowym na wszystko i z Cigarette Smoking Manem w roli, moim skromnym zdaniem, Dartha Vadera.   

 

http://millennium-thisiswhoweare.net/cmeacg/img/castcrew_profile_images/1114/profile_image.jpg
obrazek stąd


Millenium: The Mikado (02.13). Parę lat temu pewnie bym się zastanawiała, czy przypadkiem nie powinno to być 02.21, humorystyczny i samoświadomy Somehow Satan Got Behind Me, ale w sumie to The Mikado jest odcinkiem, do którego z całej serii wracam najczęściej. Skomplikowany, oparty luźno na historii Zodiaka, Mikado ma prawie-fantastyczną, zatrącającą o inspirację cyberpunkiem intrygę, w której napięcie i ponury klimat sprawy sprzed lat, która niemożliwie wróciła, by prześladować Franka Blacka, rozładowuje postać aroganckiego i z lekka komicznego hakera Briana Roedeckera, który traktuje grupę Millenium z zerowym szacunkiem i generalnie mówi do Franka Blacka w sposób niekoniecznie dla niego oczywisty i zrozumiały. Ten odcinek trzyma się dość daleko od głównej linii fabularnej z grupą Millenium itd. I tak, zgadliście, to też jest jeden z powodów, dla których go wyjątkowo lubię.
Plus, jak nie wierzycie, że Gilbert&Sullivan mogą brzmieć upiornie - zapraszam, obejrzyjcie, posłuchajcie.

 

 

http://noblewalls.site/wallpaper/david-tennant-doctor/33443/
obrazek stąd



New Who: Utopia/The Sound of Drums/Last of the Time Lords (03.11-13). Mój ulubiony Doktor – co tu ukrywać? – plus jeden z moich ulubionych aktorów w kluczowej roli. Plus fantastyczna, jak dla mnie, historia, naładowana emocjami i opowiedziana z użyciem mnóstwa różnych środków narracyjnych, a jednocześnie fantastycznie i tragicznie spójna (litości, jak bardzo trzeba nie mieć serca, żeby wymyślić, co siedzi w środku tych cholernych Toclafane?). Plus, nie musiałam czekać do pojawienia się Missy, żeby być pewna, if you get my meaning (tak, widziałam Scream of the Shalka, jakby kto pytał). Dialog doktora i Mastera przez telefon jest dalej, jak dla mnie, jedną z najlepiej zrobionych, w sensie przekazywanych emocji – groźba, nostalgia, nienawiść, obsesja, zaborczość, you name it – scen w nowych seriach Doktora.
Sekwencja tych trzech odcinków jest, jak dla mnie, znakomicie przy tym umieszczona w całości serii, z sugestiami na temat pojawiających się tu motywów rozsianymi po całym trzecim sezonie New Who, z powracającym nazwiskiem Saxona i z zegarkiem, który odegrał znaczącą rolę w Human Nature/The Family of Blood (które BTW uważam na najlepsze chyba odcinki w New Who, a sekwencję od Blink do The Last of the Time Lords – za najwyższy punkt nowego serialu; i mówię to ja, która preferuję, w sumie, Stevena Moffata…); nigdy później (Mels?!) nie udało się tak zaplanować rzucania widzowi sugestii, które okazują się ważne w finale.  
Paradoksalnie, ani Martha ani Jack nie należą do moich ukochanych postaci (choć ich lubię zdecydowanie bardziej niż kilkoro późniejszych towarzyszy), ale tutaj oboje są znakomici (ten dialog Jacka z Doktorem, kiedy Jack otwiera te cusie przy silniku!). Mamy tu w końcu Dereka Jacobiego, co przecież samo w sobie zasługuje na wzmiankę.

 

http://haveageekasm.com/doctor-who/new-promo-imagesa-christmas-carol/
obrazek stąd


New Who Christmas Special (oczywiście, że będę oszukiwać, ktoś się spodziewał czegoś innego?): A Christmas Carol. Mój ulubiony kawałek z Jedenastym, moje ulubione wibbly-wobbly-timey-wimey w historii nowej inkarnacji serialu i bodaj czy nie moja ulubiona w nim adaptacja klasycznego wątku. Ale co ja się będę rozpisywać.

 

https://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/9/94/Talons_of_Weng_Chiang.png
obrazek stąd

 

Classic Who (ulubiony serial): The Talons of Weng Chiang (choć za jeden z _najlepszych_ uważam The Reign of Terror, ale to nie o najlepszych mówimy, prawda?). Nie, nie przepadam za schematycznymi do bólu złymi Chińczykami. Przepadam za to za Jago i Litefootem, za Doktorem wymyślającym Sherlocka Holmesa i, nazwijmy to po imieniu, za giant rat of Sumatra.

 

http://stargate-sg1-solutions.com/blog/wp-content/uploads/2010/01/SG-1-S6-JO-DJ-Abyss-2.jpg
obrazek stąd

Stargate SG-1: Abyss. O bogowie, ten i żaden inny. Ten odcinek dał mi w łeb jak mało który w historii mojego oglądania TV. Widzicie, ja byłam już mocno wciągnięta w Stargate, jakiś czas wcześniej (w tym bezwstydnym wyciskaczu łez pt. Meridian, 05.21) zabrali mi mojego ulubionego bohatera i tak mnie to przejęło, że nie dotarło do mnie, że Michael Shanks ma jakieś guest appearances w sezonie 6. Imagine my surprise.
Daniel Jackson i ja to jest w ogóle osobna historia do opisania na tym blogu, jeżeli ten blog przeżyje; a Abyss należy się osobna recenzja. Teraz powiedzmy sobie tylko – nigdy się nie spodziewałam, że oni wymyślą w tym serialu tak pomysłową scenografię i w życiu nie podejrzewałam, że Richard Dean Anderson umie być takim dobrym aktorem.
Oraz, ogólnie, ten odcinek złamał mi serce, a potem je poskładał w nową śliczną mozaikę z serduszkiem, serio.  

 

http://www.fanpop.com/clubs/sherlock-on-bbc-one/images/28010717/title/sherlock-s02e01-scandal-belgravia-screencapobrazek stąd


Sherlock: Hmmm, tak. Po pięciu latach mogę już chyba to powiedzieć. To jest mój ukochany serial na zawsze. Nie, niekoniecznie najlepszy, jaki widziałam, acz, jak dla mnie, mimo wad, cholernie blisko pozycji najlepszego. Ale na pewno ukochany: po obejrzeniu całości przez ostatnie trzy dni już w to nie wątpię. I tu wybrać jest mi wyjątkowo trudno, bo są co najmniej trzy kandydatury do pozycji  Tego Jedynego; niemniej, wybrać muszę i z tych trzech wybieram z bólem serca A Scandal in Belgravia. Odcinek o dymie i lustrach i o lustrach, jakimi jesteśmy dla siebie nawzajem; i o tym, jak trudno być Holmesem, albo Moriartym, albo, po prawdzie, Adler. Moją ulubioną, skądinąd, wersją ten postaci (tak, jak ten blog przeżyje, to wrzucę tu wpis oparty na mojej Serialkonowej prezentacji o Irenie Adler i jej stu twarzach). Pisałam o Skandalu… dwa razy na tym blogu, może powinnam napisać jeszcze raz?

 

http://house.wikia.com/wiki/File:250px-House-Three-Stories.jpg
obrazek stąd


House: Three Stories (01.21). No to jest to, co ja lubię w TV. Mocno zawikłana historia, opowiedziana w pokrętny sposób, ale w końcu – wyjaśniona, bez uciekania się do mistycyzmu i takich tam (hmmm, wiecie w tym momencie, czemu Twin Peaks jest mi dzisiaj boleśnie obojętne). Bohater, który nie zwykł mówić o sobie, mówiący coś o sobie. Satysfakcja widza, wynikająca z rozplątywania plątaniny niteczek, prowadzących do odpowiedzi na kluczowe pytanie tego sezonu: Co się stało z Housem te lata temu i czy to, co się stało, stworzyło go takim, jaki jest? Plus, House w najlepszej formie jako Holmes. Plus, to jest IMHO jednocześnie także najlepszy odcinek tego serialu.  

 

Nie jest, widzicie, powiedziane, że niektóre z tych punktów nie byłyby inne, gdybym pisała, powiedzmy, za tydzień, choć niektóre (The Abyss) są niezmienne i bezdyskusyjne.

Hmm, wygląda na to, że na razie to ja umiem układać listy. Ktoś jeszcze ma takie swoje najswojsze odcinki seriali?

sobota, 02 stycznia 2016

Kochany blogu, wiem, że miałeś ósme urodziny. Wiem, olałam je, przykro mi. W ogóle ostatnio cię olewałam, dość skutecznie, i niewiele ci czasu poświęcałam. Oczywiście, usprawiedliwiałam się pracą, ale oboje wiemy, że to są zazwyczaj wykręty, prawda? 

Nie oszukujmy się: tęsknię za tobą. Brakuje mi ciebie i brakuje mi towarzystwa, które się tu u nas spotykało, ale nie udawajmy, dzisiaj głównie spotykamy się na fejsbuku. Brakuje mi... ech, sama nie wiem, czego. Emocji mi brakuje, chyba; albo po prostu zgubiłam gdzieś umiejętność ubierania ich w słowa. 

Rozumiesz ergo, blogu, że to może być początek końca naszego związku. Wiem, rozczarowałam cię, ale tak po prawdzie, ty mnie trochę też. Jak by to powiedzieć, zrobienie tego, co sobie gdzieś na pewnym etapie tego związku zaplanowaliśmy - pisanie tego, co my chcemy pisać, i założenie, że ludzie w nieco większych ilościach będą to czytać - od początku było w sumie raczej nierealne. Nie przy mojej mentalności i nie przy założeniach, jakie miałam co do ciebie.

Kiepsko nam ostatnio idzie, wiem. Nie dotrzymujemy obietnic, ani danych samym sobie, ani innym, nie kończymy wyzwań, nie piszemy obiecanych notek... Dam nam jeszcze chwilę szansy, ale nie za długą, a jak nie, to się pożegnamy, wspominając, że kiedyś było fajnie, zanim się wypaliło.

Trzy próby: trzy bardzo oczekiwane rzeczy do zrecenzowania; jak wyjdzie, to wyjdzie, a jak nie, to nie; skończymy związek po ośmiu latach. Come on, oboje znamy małżeństwa, które trwały krócej. 

14:30, ninedin , Inne
Link Komentarze (6) »
czwartek, 10 grudnia 2015

Zagrzebana po uszy w pisaniu książki, redagowaniu książki (innej), powątpiewaniu w sens własnej pracy (mam powody, nie pytajcie) i byciu ciotką od oglądania siedemdziesiąt cztery razy pod rząd Frozen na zmianę ze Śpiącą królewną, prawie tu ostatnio nie bywam i mam z tego powodu, przyznam szczerze, paskudne wyrzuty sumienia. Wisi w zaczętych szkicach napisany w 2/3 wpis o Jessice Jones, nie pamiętam, czy napisałam recenzję z I sezonu Fargo, mózg mnie dręczy pomysłami, a ja - nie piszę.

to tak żeby był jakikolwiek polski akcent:
plakat W. Świeżego do Bulwaru zachodzącego słońca

No to dzisiaj napiszę. I się podzielę kawałkiem własnego serca, bo napiszę, krótko, o moich na-dzień-dzisiejszy ukochanych filmach, arbitralnie dziesięciu jedenastu. Tylko o filmach, nie o serialach; i nie, to zdecydowanie i na pewno nie jest lista dziesięciu plus najlepszych filmów, jakie widziałam w życiu. Filmy na tej liście są... różne. Lepsze, gorsze - niektóre mają na swoim koncie poważne nagrody i wysokie oceny krytyków, inne generalnie tymże krytykom się nie podobały. Niektóre były megahitami komercyjnymi, inne poległy w starciu z rynkiem. Niektóre widziałam niedawno, inne pamiętam od lat. Są na tej liście, bo - no, bo są. Niech mnie nikt nie pyta o racjonalne wyjaśnienia, bo tych nie mam - mam za to, czasami, kawałek uzasadnienia, skąd mi się to wzięło. 

Nie liczę tu filmów, które obejrzałam, zachwyciłam się i już do nich nie wróciłam; nie liczę miłości z wczesnego dzieciństwa ani rzeczy, które po ponownym obejrzeniu jednak rozczarowały. Liczę filmy, do których wracam i które robią mi w głowie to coś, że wracać, chyba, będę.

A więc, bez ładu i składu, jedynie w układzie chronologicznym, dziesiątka jedenastka. Bo tak.

 

BULWAR ZACHODZĄCEGO SŁOŃCA/ SUNSET BOULEVARD
1950, reż. Billy Wilder, wyst. William Holden, Gloria Swanson, Erich von Stroheim

Billy Wilder jest, w mojej prywatnej opinii, facetem, który zrobił jeden z najlepszych filmów świata (nie, nie ten), a poza tym - zrobił mój ukochany film z wielkimi rolami i fantastyczną, choć upiorną, historią miłości do kina. Ja w ogóle lubię filmy o kinie (na dwudziestkę takich ulubionych filmów miałyby szansę załapać się jeszcze ze dwa), ale ten jest szczególny, tak ze względu na sposób opowiedzenia w nim historii, jak i na postacie (i, och, to jak są zagrane!). I tak, bohatersko oprę się pokusie napisania dłuższej z niego recenzji, bo ten wpis nigdy by się nie skończył.


LAWRENCE Z ARABII/ LAWRENCE OF ARABIA
1962, reż. David Lean, wyst. Peter O'Toole, Omar Sharif, Alec Guiness, Anthony Quinn

Mój ulubiony film z widokami (pustyni). Mój ulubiony film z muzyką (Maurice'a Jarre'a). Jeden z pierwszych długich i nie-całkiem-oczywistych narracyjnie filmów, jakie widziałam (miałam jakieś, bo ja wiem, jedenaście-dwanaście lat?). A, i jeden z pierwszych filmów, w których/ na których uczyłam się doceniać aktorstwo, bo to, jak Peter O'Toole gra tutaj wszelkie możliwe stopnie samotności/ zagubienia/ niewiary/ entuzjazmu/siły i słabości/ przywództwa/ zniechęcenia i goryczy  jest, powiadam wam, lekcją bliską doskonałości.

  

ŻĄDŁO/ THE STING
1973, reż. George Roy Hill, wyst. Paul Newman, Robert Redford

Aktorstwo. Paul Newman. Muzyka. Paul Newman. Zdjęcia, Robert Redford, fakt, że uwielbiam dobrze zrobione heist movies, fabuła, ale i sposób jej opowiadania, klimat, pomysł. No i Paul Newman.

 

IMPERIUM KONTRATAKUJE/ THE EMPIRE STRIKES BACK
1980, reż. Irvin Kershner, wyst. Mark Hamill, Carrie Fisher, Harrison Ford

Powinno być ex aequo z Powrotem Jedi, serio. Na Powrocie byłam w kinie podczas jego oryginalnych pierwszych projekcji filmowych w Polsce na początku lat 80. (yeah, byłam małym dzieckiem) i mnie ROZBIŁ, nie mam na to innych słów i innych liter. Imperium było najbardziej wyczekanym filmem w moim życiu - naczekałam się chyba ze cztery lata, żeby go zobaczyć i zrozumieć, co było PRZED Powrotem. Było filmem, na który polowałam w kinach, zanim mieliśmy magnetowid w domu - trzeba było łapać każdą okazję, by go zobaczyć! Było filmem, na którym zanosiłam się łzami i na którym czułam, że trafia dokładnie w moje małe, niepewne siebie, nastoletnie serduszko przyszłej grafomanki i fanki fantastycznych historii z lekkim skrętem ku awanturniczej przygodzie. Ech. Nie przeszło mi do dzisiaj.

 

STAR TREK II: THE WRATH OF KHAN/ GNIEW KHANA
1982, reż. Nicholas Meyer, wyst. William Shatner, Leonard Nimoy, DeForest Kelley, Kirstie Alley, Nichelle Nichols, James Doohan, Walter Koenig, George Takei, Bibi Besch

Mój ulubiony Star Trek. Hmmm, o ile pamiętam: drugi, jaki widziałam z oryginalną załogą - pierwszy był trzeci (The Search for Spock), ja zawsze wszystko robię od środka. Napisałam kiedyś z niego recenzję, w której są wszystkie powody - teraz tylko powiem, że ten z kolei film mnie kompletnie zaskoczył skalą komplikacji scenariusza, pomysłowością i spójnością fabuły.
I tak, mam na liście jeden film gwiezdnowojenny i jeden startrekowy, deal with it.


RYSZARD III/ RICHARD III
1995, reż. Richard Loncraine, wyst. Ian McKellen, Kristin Scott Thomas, Jim Broadbent, Anette Benning

Hmmm, tak. Normalnie to człowiek powinien mieć na liście ulubionych filmów wg Szekspira coś.... fajnego. Wiele hałasu o nic Branagha, na przykład. A ja mam, zaskakująco w sumie nawet dla mnie, Ryszarda III w quasi-faszystowskiej Anglii, z dwiema aktorkami, których nie lubię i z Ianem McKellenem, dla którego to pierwszy raz zobaczyłam. Fascynuje mnie ten film - często męczy, nie zawsze mam na niego ochotę, ale wracam wiernie.

 

IDOL/ VELVET GOLDMINE
1998, reż. Todd Haynes, wyst. Ewan McGregor, Christian Bale, Jonathan Rhys Meyer, Toni Colette

To jest mój ulubiony kiczowaty film. Z ramą z klasycznego kryminału, nad tym - udawaną ramą z fantastyki, a pod tym - niby biografią nie całkiem prawdziwego zupełnie popkulturowego Oscara Wilde'a glam rocka. Pokrętny i pokręcony, Velvet Goldmine ma skomplikowaną fabułę, sporo postaci, tony aluzji do brytyjskiej sceny muzycznej lat 70., fantastyczną muzykę (no sorry, Thom Yorke śpiewający Roxy Music!), nastrój, klimat i boską dekadencję. Bywa pretensjonalny i kiczowaty, w pełni świadomie i celowo. Widziałam go... ja wiem, jakieś dwadzieścia kilka razy?


UTALENTOWANY PAN RIPLEY/ THE TALENTED MR RIPLEY
1999, reż. Anthony Minghella, wyst. Matt Damon, Jude Law, Cate Blanchett, Gwyneth Paltrow, Philip Seymour Hoffman

To jest z kolei mój ulubiony ponury film o paskudnych ludziach (mam takie chwile, kiedy Tom Ripley wydaje mi się niebezpieczniejszy od Hannibala Lectera - doktor Lecter, widzicie, ma zasady), za to z pięknie grającymi ludźmi. Wiem, krytyka zasadniczo woli francuskie Plein Soleil, pierwszą adaptację powieści Highsmith, ale ja mam lekkiego fetysza na punkcie zimnych zdjęć w tym filmie i kreacji Jude'a Lawa i - zwłaszcza - Matta Damona. Dobija mnie ten film, ale i tak mogę go oglądać dość bezkrytycznie i dość bez przerwy.  


BRACIE, GDZIE JESTEŚ/ O BROTHER, WHERE ART THOU
2000, reż. Ethan i Joen Coen, wyst. George Clooney, John Turturro, Tim Blake Nelson, Holly Hunter, John Goodman

No więc ja jestem #classicnerd i uwielbiam to, co robię zawodowo, ale na tej liście widać to tylko w tym jednym filmie, opartym zupełnie serio na Odysei i grającym z nią tak, by to pogrywanie z klasyką dało się wpisać w komediowo potraktowane realia amerykańskiego Południa czasów Wielkiego Kryzysu. Kocham ten film od pierwszego wejrzenia i od początku do końca: za muzykę T. Bone Burnetta, za akcenty pp. Turturro i Nelsona, za kompletnie ginący w polskich napisach na DVD cwaniacki i quasi-uczony język wypowiedzi Ulissesa - Clooneya (on jest moim idealnym Odyseuszem, w sumie, jak by nie patrzeć), za zdjęcia i za jadowitą kpinę z pp. Stokesa i Waldripa, reformatorów od siedmiu boleści spod znaku płonącego krzyża. i za takie niespodziewane ujęcia jak to z chłopakami na gorących, zakurzonych i pustych rozdrożach, niosącymi błyszczące w słońcu bryły lodu. Kolory. Klimat. Granie z tradycją kina, literatury i muzyki. No i to, że zawsze się chichram jak ta głupia na scenie w kinie i na We... thought... you... was.... a toad!
A, Coenowie mają swój drugi film (ale chyba dość nieprzewidywalny) w mojej piętnastce ukochanych, to chyba wyjaśnia, kto jest moim ulubionym hollywoodzkim reżyserem.  


WATCHMEN: STRAŻNICY/ WATCHMEN
2009, reż. Zack Snyder, wyst. Malin Ackerman, Billy Cudrup, Patrick Wilson, Jeffrey Dean Morgan, Matthew Goode

Zadzwonił do mnie pewnego dnia w 2009 mój brat (ten sam, z którym, jak się, czytelnicy, dowiecie za moment, dawno temu oglądałam filmy animowane) i powiedział: "Masz czas? To idź do kina, dzisiaj". I tak trafiłam na film, który mi namieszał w głowie jak mało który w moim życiu, posłał mnie na ścieżkę czytania nowych rzeczy (nie znałabym większości twórczości Moore'a, gdyby nie on) i, generalnie, zachwycił. To jest jeden z tych filmów, które muszę obejrzeć raz w roku, co najmniej, i jeden z tych, którymi mówię. Serdecznie przepadam za radosnymi i rozrywkowymi filmami Marvela, zdecydowanie lubię niektóre kawałki X Menów, mam swoje ulubione sceny w rozmaitych ekranizacjach Batmana, ale to jest mój film superbohaterski, ever. Taki, jaki jest. 

 

ZAPLĄTANI/ TANGLED
2010, reż. Nathan Greno i Byron Howard, wyst. (dubbing) Mandy Moore, Zachary Levi, Donna Murphy

Tangled jest tu trochę prawem kaduka. Nie dlatego, że jest najnowszym filmem na liście i tym, który ja obejrzałam najpóźniej, ale przede wszystkim dlatego, że reprezentuje nie tyle i nie tylko siebie, co raczej pewną grupę filmów. Otóż kiedyś uwielbiałam oglądać filmy animowane; "kiedyś" w tym przypadku obejmuje nie tylko moje własne dzieciństwo, ale może przede wszystkim ten moment, kiedy ja miałam lat dwadzieścia kilka, mój brat między pięć a osiem i to ja byłam siostrą od oglądania z nim w kółko Króla lwa i takich tam. Potem - potem o tym zapomniałam, i przypomniałam sobie z hukiem w zeszłym roku, kiedy nagle się okazało, że ktoś musi oglądać te filmy z moją i tegoż brata wspólną bratanicą, lat wówczas cztery z hakiem. Wiedziałam, że nie będzie mnie to oglądanie n+1 razy Dumbo, Królewny Śnieżki i tym podobnych boleć, ale nie pamiętałam, jak bardzo to lubię. Tangled jest absolutnie uroczym, wzruszającym, pomysłowym i niegłupim filmem przygodowym z elementami fantasy, ale tak naprawdę tym punkcie powinien znaleźć się jakiś mash-up tegoż filmu z Autami, Królem Lwem, Frozen (które mnie się podobało absolutnie zaskakująco dla mnie samej), Śpiącą królewną, rosyjskim Konikiem garbuskiem, Dwunastoma pracami Asteriksa w wersji animowanej i koniecznie Shrekiem, bo to jedyny taki film, w którym mam realne szanse a) identyfikować się z księżniczką, b) cosplayować tęże księżniczkę i wyglądać nader realistycznie (jeżeli tylko znajdę zieloną farbkę do malowania mnie).

 

I co się okazuje, jak sobie to wszystko przeanalizuję? Okazuje się otóż, że emocjonalnie jestem przywiązana przede wszystkim do filmów amerykańskich (tylko dwa są brytyjskie, a poza honorowymi wzmiankami w ogóle nie ma tu filmów nie-anglojęzycznych; że nie ma polskich, to mnie zresztą nie zaskoczyło, o nie). W absolutnie boleśnie zasadniczej przewadze są to filmy o facetach - wyjątkiem jest, do pewnego stopnia, Sunset Boulevard i, takoż do pewnego, Tangled; owszem, te filmy miewają znakomite kobiece role, ale też są wśród nich takie, które tych postaci kobiecych w zasadzie nie mają wcale (yeah, Lawrence of Arabia, na przykład). Co mnie naprawdę zaskoczyło, to kombinacja dwóch faktów. Po pierwsze, z listy moich ulubionych aktorów na listę moich ulubionych filmów kinowych załapał się cały jeden z listy właściwej (Paul Newman) i jeden z samego jej pobliża (Jude Law); trafiła na nią również moja ulubiona aktorka (Cate Blanchett), ale absolutnie nikt poza nimi (EDIT: Ian McKellen jeszcze, ofkorz).  Za to - och, za to jest ta lista pełna aktorów, których w większości filmów zasadniczo nie lubię/ nie przepadam/ serdecznie nie cierpię. Proszę bardzo: Gwyneth Paltrow. Holly Hunter. Kristin Scott Thomas! Kirstie Alley, na bogów! Christian Bale. Bardzo mnie to, powiem szczerze, ucieszyło, bo mam wrażenie, że to znaczy, że mogę nie przepadać za czyimś dorobkiem w całości, a i tak docenić w jakimś konkretnym kawałku filmografii. No chyba że mam coś nie tak z priorytetami.

Co poza tym? Hmmm,  pewnie za tydzień ze 2-3 pozycje na tej liście byłyby nieco inne, bo to jest tak naprawdę te 12-15 filmów, które mam zakodowane jako "moje, nie ruszać, nie krytykować" i które serdecznie kocham, a że w ramach dziesiątki się wymieniają - cóż, nikt nie jest doskonały.

PS. Tak, może się kiedyś skuszę na napisanie zarozumiałej i aroganckiej listy pt. "Te 50 filmów, które MOIM ZDANIEM każdy powinien obejrzeć, jeżeli się interesuje kinem". Ale nie będę nikogo tym dręczyć jeszcze dzisiaj.

piątek, 06 listopada 2015

Crimson Peak - Wzgórze krwi, reż. G. del Toro, scen. G. del Toro, M. Robbins, wyst. Mia Wasikowska, Jessica Chastain, Tom Hiddleston, Charlie Hunnam, 2015

 

Uwaga. Spojlery.

 

Powiem tak: w swoim gatunku jest Crimson Peak dla mnie filmem poniekąd idealnym.

Gatunek, o którym mówię, to tradycyjny gotycki horror, w którym motywy romansowo-awanturnicze odgrywają zasadniczo rolę ważniejszą od straszenia. Mój idealny film z tego gatunku powinien posługiwać się klasyczną rekwizytornią dawnego horroru - poproszę malownicze zjawy, wampiry w powiewających pelerynach, nawiedzone domy, dziwaczne miasteczka i tym podobne - i, najchętniej, żonglować znanymi i z gatunkiem kojarzonymi motywami i toposami. Proponuję, żeby robił to na serio i bez postmodernistycznego mrugania do mnie oczkiem - a jeżeli okaże się, że wizualna uroda filmu jest bardziej efektowna i nowatorska od fabuły to cóż, jak dla mnie to w pewnym sensie część specyfiki gatunku. Mam za swoje: jeżeli chcę w czymś takim mieć historyczne tło, przeklęte rody, miłosne tragedie, straszliwe femmes fatales, omdlewające prześladowane heroiny, książąt i hrabiów z mroczną przeszłością oraz duchy, upiory, wampiry i nawiedzone domy, potraktowane serio, to naprawdę nie powinnam oczekiwać scenariuszy na poziomie oryginalności, bo ja wiem, The Truman Show, żeby już do Hollywoodu się ograniczyć.    

Takich filmów idealnych w swoim gatunku zdarzyło mi się widzieć raptem kilka. Inni Alejandro Amenábara i Sleepy Hollow Tima Burtona zajmują wśród nich czołowe miejsca na mojej prywatnej liście, ale Crimson Peak też pewnie wyląduje wysoko.

 

 

Punktem wyjścia fabuły Crimson Peak jest pożenienie kilku klasycznych motywów gotyckiego horroru. Pierwszy z nich i kluczowy dla fabuły to, oczywiście, historia żony Sinobrodego. Tu w roli morderczego małżonka występuje archetypowy hollywoodzki villain, znaczy tajemniczy brytyjski arystokrata (świetnie wystylizowany najpierw na miłego chłopca, a potem na tragicznego romantycznego upadłego kochanka Tom Hiddleston). To do jego dziwacznej posiadłości z dala od ludzkich siedzib trafia główna bohaterka, Edith, która po tajemniczej śmierci ojca wyszła za mąż z wielkiej miłości za mężczyznę, którego tato nie akceptował. Dość szybko my-widzowie zaczynamy się domyślać, że Edith nie jest pierwszą kobietą, która dała się zauroczyć sir Thomasowi. W zasadzie podpowiada nam to już pierwsza interwencja stylowo granego przez Burna Gormana (serio, ten facet powinien etatowo grywać w gotyckich filmach kostiumowych!) detektywa, nawet mimo faktu, że nie wiemy, czego dowiedział się ojciec Edith...

Do tego klasycznie potraktowanego motywu żony Sinobrodego (wszystko jest, nawet kufer ze skarbami i ukradziony klucz!) dochodzi zestaw innych tradycyjnych wątków z rekwizytorni gatunku. Jest femme fatale - bogowie, zakochałam się w sukienkach i włosach Jessiki Chaistain! - która od pierwszej chwili wydaje się mieć jakąś złowrogą kontrolę nad bohaterem i jego uczuciami, a która okazuje się, w miarę rozwoju akcji, wielce przydatną w tego typu fabule obłąkaną morderczynią. Jest bohater, blady, tajemniczy i ubrany w ekscentryczne stroje z prawie-poprzedniej epoki, z tytułem i mroczną przeszłością. Jest jeden z najpiękniejszych, najbardziej absurdalnie, nierealistycznie efektownych nawiedzonych domów, jakie widziałam w kinie - neogotycka posiadłość jak wprost z Poego, z suchymi liśćmi i płatkami śniegu wpadającymi przez sypiący się ze starości dach, z sączącą się zewsząd czerwoną jak krew gliną. Ten dom, powoli osuwający się w głąb kopalni na krwawym wzgórzu, ma wszystko, czego możemy się spodziewać: imponujące klatki schodowe, lodowate wnętrza, podejrzanie skrzypiące windy... i duchy. Duchy, które nie chcą, wbrew pozorom, zabić bohaterki. A jak już mowa o bohaterce - Edith Mii Wasikowskiej jest też jak wprost z tradycji gatunku: jasnowłosa, samotna, zakochana, a jednocześnie - na tyle zaradna, by poradzić sobie z sytuacją. Kiedy blada, z rozwianymi włosami, w muślinowej koszuli z kryzą, snuje się po upiornej posiadłości, czasem tylko kaszląc krwią w chusteczkę, wygląda jak skrzyżowanie bohaterek Charlotte Brontë z Sadie Frost w Draculi Francisa Coppoli. Niemniej, podobnie jak lata, lata wcześniej bohaterka jednego z moich ukochanych filmów wszechczasów, Rebeki Alfreda Hitchcocka, Edith ma dość sił, żeby dać sobie radę - choć, nie oszukujmy się, jej małżonka czeka nieco inny los niż ten, który ostatecznie spotkał Maxa de Wintera.  Del Toro przyprawia tę mieszankę gotycką niewielką ilością quasi-steampunkowej estetyki: i maszyna, która pożera majątek sir Thomasa, i ostateczne źródło informacji Edith o tym, co się stało - cylindry z nagraniami wykonanymi przez poprzednie żony Thomasa - wydają się pochodzić właśnie z tej konwencji.

 


Crimson Peak jest filmem opartym na gatunkowych konwencjach i te konwencje bardzo serio traktującym; on się nimi nie bawi, nie przekształca ich; jeżeli jest pastiszowy, to dlatego, że tak blisko trzyma się swoich wzorców. Del Toro odchodzi od nich rzadko i subtelnie; najbardziej chyba zwróciło moją uwagę też przecież nienowe w gatunku wypunktowanie roli bohaterek w zestawieniu z paniami. Zarówno Lucille (siostra-kochanka Thomasa i jego zły duch), jak i Edith mają w sumie więcej do zrobienia w fabule niż będący pod butem Lucille, ale szczerze zakochujący się w Edith Thomas czy dobry (i nudny) do szpiku kości doktor McMichael (który z całą pewnością ma w Anglii krewnego imieniem Seward). Ostatecznie, to Edith - która ma własne ambicje, poza zamążpójściem, i najwyraźniej z nich nie rezygnuje nawet kiedy jest już wdową - ratuje McMichaela, a nie odwrotnie...

Obiektywnie najmocniejszą stroną Crimson Peak jest plastyczna wizja reżysera. Te kolory w domu Sharpe'ów, kiedy Edith przyjeżdża tam pierwszy raz. Te zjawy, jednocześnie realistycznie upiorne i wizualnie wyrafinowane. Te powiewające szaty bohaterek w scenie ich konfrontacji w domu i te kolory - krwawa czerwień gliny przesiąkająca jak krew przez śnieg, a to wszystko zgaszone szarością wszechobecnej mgły - w scenie kulminacyjnej. To jest wszystko przerysowane i przestylizowane i nie, wcale nie szaleńczo oryginalne (może poza wizualnym pomysłem na duchy), ale niezwykle efektowne; ten efekt podkreśla też muzyka, raz stylizowana na epokę, kiedy dzieje się akcja, raz zredukowana do pojedynczych niepokojących dźwięków.

 

 

No więc tak, podobało mi się, i to bardzo. A, i żeby było jasne: filmy tego gatunku to mój polepszacz nastroju; moja czekolada z kieliszkiem czerwonego wina, spożyta na wygodnej kanapie, innymi słowy. Absolutnie nie oczekuję po nich popychania kina do przodu, robienia mi zamieszania w głowie i dostarczania głębokich przeżyć emocjonalno-intelektualnych. Bo, oczywiście, tego wszystkiego Crimson Peak nie robi i robić - taki, jaki jest - nie może. Ale nie powiem, jest to jeden z tych filmów, DVD z którym kupię pewnie zaraz, jak tylko wyjdzie i dumnie postawię tuż obok tego jedynego filmu Tima Burtona, który ciągle mogę oglądać.  

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 33
| < Grudzień 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 31  
O autorze
Zakładki:
Autorzy
Blogi
Miejsca: różne
Omnia mea
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...