czwartek, 20 września 2018

Marta Kisiel, Małe Licho i tajemnica Niebożątka, Wydawnictwo Uroboros 2018

 

UWAGA SPOJLERY!

 

Okładka

 

 

W sumie do przeznaczonej docelowo dla przedziału wiekowego 9+ powieści Kisiel mam tylko jedną uwagę: nie wydaje mi się ona, tak naprawdę, historią dla dzieci.

Owszem, napisana jest z perspektywy dziecięcego bohatera, znanego (przynajmniej odrobinkę) dorosłym czytelnikom cyklu Kisiel o Konradzie Romańczuku i jego współlokatorach Bożydara Jekiełka. Bożek ma chwilowo lat dziewięć i – po raz pierwszy idzie do szkoły. Będzie to oznaczać mnóstwo kłopotów dla niego samego i dla wszystkich ludzkich i nieludzkich mieszkańców domu.

Bo jeżeli czytaliście Dożywocie i Siłę niższą, to pewnie pamiętacie rodzinę Bożka? Mama eks-agentka literacka, tato – powiedzmy – poeta umarł jeszcze przed urodzeniem synka (no, jakieś dwieście lat przed jego urodzeniem) i chwilowo, jak się okazuje, przebywa w zaświatach w postaci zielonego gluta. Reszta rodziny – przyszywano-patchworkowa: wujek Konrad zawsze w złym humorze, ciocia driada aktywna w porze wiosenno-letniej, trzech nauczycieli niemieckiego w postaci duchów żołnierzy Wehrmachtu na strychu, jeden duży i jeden mały mackowaty potwór, jakieś utopce i inne tam podziomki i żar ptaki, różowe króliki, jedna kotka, jeden quasi-Wiking z maszyną do szycia i aniołów dwóch.  I teraz całe to towarzystwo musi się przygotować do nadejścia Szkoły.

Wokół szkoły i tego, co szkoła i szkolni koledzy mogą zrobić z dziećmi – dobrego i złego – toczy się pierwsza część akcji niedługiego Małego Licha. Kisiel bardzo zgrabnie podchwyciła tu problem, który bynajmniej nie dotyczy tylko dzieci, które mają ukochanego potwora pod łóżkiem, pierzastego aniołka z alergią na puch pry boku i upiora za ojca: problem wejścia w szkolne życie dziecka nieco innego niż wszystkie inne.

Bożek – jeżeli odfiltrować wszelkie fantastyczne elementy jego życiorysu, o których przecież wychowawczyni, nauczyciele i koledzy nic nie wiedzą – jest dzieckiem z dość nietypowej rodziny, na którą, nie oszukujmy się, w wielu szkołach nauczyciele spojrzą raczej podejrzliwie. Kiedy ma przygotować drzewo genealogiczne, rozrysowuje rodzinę mamy, ale – ponieważ, hmm, jakoś nikt mu dotąd nie opowiedział, co dokładnie stało się z jego ojcem (w przypadku Bożka „tato umarł” NAPRAWDĘ nie wyjaśnia sytuacji), po drugiej stronie są wujek Konrad i wujek Turu, znaczy – Grzegorz. Konsekwencją wychowania w tym konkretnym domu jest w przypadku Bożka na przykład KOMPLETNY brak kontaktu ze współczesną dziecięcą popkulturą. Bożek nie bardzo wie, o co chodzi z tym Spidermanem i sztormtrupami (nie, nie literówka :D), za to zna na pamięć Zbójców Schillera i, co gorsza, Króla olch, a na szkolny bal przebierańców zakłada kostium… Licha. No wiecie. Żółte szydełkowe bamboszki. Przykrótka koszulka. Tęczowe skrzydełka. Pasemka z cynfolii we włosach. Wy się dziwicie, że w klasie Bożek robi za dziwaka?   

Bożek i jego klasa dają zresztą Marcie Kisiel asumpt do wyjątkowo, IMHO, celnych obserwacji tego, jak działa opozycja taki jak wszyscy/ inny w kontekście szkolnym. Ten moment, kiedy Bożek opowiada o ulubionych kanapkach z pasztetem – bo lubią je Tomek i Bartek, więc Michał i Kajtek i Witek też, i Karol, i Franek, więc on, Bożek, też powinien – jest trafiony w dziesiątkę, podobnie jak opowieść o wyborze kostiumu na bal. Autorka zresztą ładnie i efektownie pokazuje nam też dorastanie Bożka, który nagle zaczyna dostrzegać pewne rzeczy, jakich dotąd nie widział – na przykład, że ma problem z sarkastycznym i skłonnym do depresji wujkiem Konradem. Bardzo jestem autorce wdzięczna za to, że nie zrobiła z Romańczuka ideału zastępczego ojca i opiekuna. W Sile niższej ja osobiście odczytywałam Konrada jako cierpiącego na poważną depresję – nie smuteczki, nie zły nastrój, po prostu depresję-chorobę. Ani cykliczny powrót narzeczonej z hibernacji, ani zastępcze ojcostwo tego nie leczy, tak naprawdę – i fakt, że Konrad dalej bywa odległy, trudny, że zastępuje swoją uwagę rzeczami i prezentami, że Bożek chyba ma wobec niego chyba najbardziej ambiwalentne  uczucia spośród wszystkich domowników – jest IMHO cenny i fajny.

Ale wracając do samego Bożka – jemu wcale nie jest łatwo z tym, że nie rozumie kolegów z klasy, a koledzy – jego. Właśnie wokół tego właśnie motywu – jesteś dziwny, bo nie dokładnie taki, jak wszyscy inni w klasie – rozpięta jest z kolei druga część fabuły, związana z dziedzictwem Bożka i z Królem olch. Bo, widzicie, nawet podstawowa genetyka mówi, że  dziedziczymy po obojgu rodzicach. A ojciec Bożka, że przypomnę, powstał i był upiorem. Mały ma po nim zdolność znikania – Gdzie Indziej.

No i po jednej paskudnej (głównie we własnych oczach) sytuacji w szkole Bożek sobie był zniknął. W niedobrym, niedobrym miejscu.

I to jest właśnie druga część powieści: poszukiwanie Bożka w zaświatach. Przez dno jeziora w ciemną krainę deszczu pójdzie Konrad, bo tylko on może, i to on stanie twarzą w twarz z władcą zaświatów, tu przyodzianym w dobrze znaną z czytanych Bożkowi książek postać. Te sceny zresztą – tonące w nocnym deszczu zaświaty, król i jego płaszcz, góra zbędnych rzeczy, którą Konrad usiłował zasypać Bożka, byle tylko nie poświęcać mu czasu – są niezwykle udane i chyba najbardziej nastrojowe w powieści. Tu zresztą Kisiel jest najbliższa, wbrew pozorom, swojej najbardziej „dorosłej” powieści, jaką jest Toń – sceny wejścia w zaświaty i zanurzania się w zimną, ciemną wodę, by wyjść po drugiej stronie, z tym właśnie tekstem mi się skojarzyły.

To także te sceny – i pogrywanie niemieckim romantyzmem, i to, że morał z tej powieści też jest raczej dla dorosłych niż dla dzieciaków – sprawiają, że niekoniecznie zobaczyłam w Małym Lichu rzecz dla dzieci. Może bardziej dla mam. I tatusiów. I tatusiowujków.

Mnie osobiście czytało się bardzo przyjemnie (tylko krótko! Mało!), zobaczymy, jak trafi do naszej domowej dziewięciolatki.



środa, 19 września 2018

Dzisiejszy wpis będzie nieco, że tak powiem, kompozytowy. Powstał z pytania (czy w Grecji klasycznej bywali ludzie o różnych kolorach skóry?), zadanego bardzo obok kłótni (casting „Wiedźminowej” Ciri via Achilles w Troy: Fall of the City), po czym poszedł w różne i mało – poza ogólnym mitologicznym tematem – mające ze sobą wspólnego strony i kierunki. A o czym będzie? A o pochodzących z Afryki postaciach mitologii greckiej – i w ogóle o tym, czy w tej mitologii w ogóle bywały osoby o czarnym kolorze skóry. I, na marginesie, dlaczego te osoby często nie miały zbyt wiele wspólnego z Afryką.

 

Pigmeje nad Nilem - fresk rzymski, I w. n.e.

Pigmeje nad Nilem. Fresk, Pompeje, I w. n.e., dziś w Muzeum Archeologicznym w Neapolu

 

I.  Afrykańskie ludy w mitologii greckiej

Hezjod w „Katalogu kobiet” wymienia, jako potomków Gai, plemię Melanochrotów, czyli dosłownie Czarnoskórych (melas, czarny i chros, skóra) , których król miał wyglądać jak cyklop, z jednym ogromnym okiem na środku czoła. Innym takim plemieniem mieli być Makrokolefaloi, Wielko- albo Długogłowi. Najbardziej znanym, oczywiście, byli Pygmaioi, Pigmeje. Ci ciemnoskórzy mieszkańcy czasem Indii, a czasem północnej Afryki (zależy od źródła) byli, wg Greków, miniaturowi, mierzący raptem pygme wzrostu (pygme, od których pochodzi nazwa Pigmejów, to długość przedramienia mężczyzny). Ukazywani w sztuce z afrykańskimi rysami, Pigmeje byli uważani za plemię, którego żywot obracał się wokół stałej wojny z żurawiami: sceny tych walk są częste w sztuce antycznej.

Związek Pigmejów z żurawiami jest skomplikowany. To w żurawia została przemieniona Gerana, piękna i dumna żona króla Pigmejów, kiedy obraziła Artemidę i Herę swoim brakiem czci dla nich.  Jako żuraw Gerana (której imię tyle pochodzi od słowa geranos, żuraw) tęskniła za swoim ludzkim synem. Po latach, wraz ze swymi nowymi dziećmi, które wykluły się z jaj złożonych przez Geranę-żurawia, wróciła do dawnej ojczyzny. Ale stado ptaków, lądujących na ich polach, wystraszyło Pigmejów, którzy rzucili się na ptaki z bronią. Gerana zginęła, a jej ptasie dzieci od tamtej pory toczą wojnę z ludzkimi. Synem, za którym Gerana tęskniła, było jej dziecko ze związku z królem Pigmejów, Mopsos – nie mylić ze słynnym Mopsosem-wieszczem, synem Manto i Apollina!  

 

Pigmej dźwigający żurawia, V w. p.n.e.

Pigmej dźwigający żurawia. Figurka z warsztatu Sotadesa, V w. p.n.e., obecnie w British Museum


Drugą ze znanych legend o Pigmejach znamy chyba wszyscy, choć nie z antycznych źródeł. Pamiętacie tę scenę z Podróży Guliwera, kiedy Liliputowie związują Guliwera, a on, wstając, strząsa z siebie ich więzy? Ta scena została zapożyczona z legendy o spotkaniu Pigmejów z Heraklesem.

Część późniejszych przekazów o Pigmejach opisuje ich jako lud realnie zamieszkały w Afryce lub Indiach, nie mitologiczny: patrz na przykład Pliniusz Młodszy.

 

II. Postacie rodem z Afryki

Postaci o afrykańskim pochodzeniu jest w mitologii całkiem sporo, choć, powiedzmy sobie szczerze, zwykle są to Etiopowie, Libijczycy bądź, najczęściej, postacie związane z Egiptem. Może najlepiej zacząć od kobiety, która jest, pod wieloma względami, taką królową Wiktorią mitologii – matką, babką i prababką jakiegoś nieopisanego tłuku herosów. Mowa o Io, uwiedzionej przez Zeusa, która – po paskudnych prześladowaniach przez, jakżeby inaczej, zazdrosną Herę – osiadła w końcu w Egipcie i tam urodziła syna Zeusa, Epafosa. Sam Epafos jakichś wielkich przygód nie przeżywał – znany jest głównie jako ten, który swoimi kpinami sprowokował Faetona do nieszczęsnej wyprawy w poszukiwaniu ojca. Miał natomiast Epafos szczęście w małżeństwie. Za żonę dostał nimfę Memfis, córkę Neilosa, boga rzeki Nil. Jedyna córka tego ewidentnie udanego boskiego małżeństwa, Libia, została boską władczynią i personifikacją północnej – a później już całej, bo wiedza Greków i Rzymian o geografii Afryki była zdecydowanie szczątkowa – Afryki. Libia, uwiedziona przez Posejdona, urodziła bogu oceanów dwóch synów – Belosa i Agenora – i rozwiązała worek z mitologicznymi genealogiami. Europa, Kadmos, Dionizos, Fryskos od złotego runa, Akteon, Perseusz, Herakles, Minos i jego córki – Fedra i Ariadna, Kastor, Polluks, Helena, Klitajmnestra, Orestes, Elektra, Ifigenia – wszystkie te postacie wywodzą się – a konkretniej, ludzkie gałęzi ich rodów się wywodzą – od któregoś z dwóch wnuków Epafosa. Grecy, którzy uwielbiali utożsamiać swoje postacie mitologiczne z bohaterami wywodzącymi się z innych kultur, uznali Epafosa za tożsamego z egipskim Apisem.

 

Io i Izyda

Io, przyszła matka Epafosa, przyjęta w Egipcie przez Izydę i Neilosa (boga Nilu). Neilos to ten mężczyzna podtrzymujący Io (z rogami księżycowymi). Fresk, Pompeje, I w. n.e., obecnie w Muzeum Archeologicznym w Neapolu


Według innej wersji mitycznej opowieści Libia miała z Posejdonem jeszcze jednego syna, Buzyrysa. Został on władcą Egiptu i wtedy – czy to z okrucieństwa, czy ze źle pojętej pobożności – rozpoczął proceder składania bogom w ofierze wszystkich cudzoziemców, którzy przekroczyli granice jego państwa. Zabawa skończyła się, kiedy do Egiptu przybył Herakles, który z Buzyrysem rozprawił się raz a dobrze. Na inną okazję zostawię sobie rozważania, skąd się Grekom ta historia ulęgła (bo zdaniem części badaczy – z przetworzonego i nie najlepiej zrozumianego mitu egipskiego).

 

Herakles i Buzyrys

Herakles w lwiej skórze i bardzo egipsko wyglądający Buzyrys. Hydria, Attyka, V w. p.n.e., dziś w Staatliche Antikensammlungen w Monachium


Zostawmy jednak bezpośrednich potomków Epafosa i rzućmy okiem jeszcze na kilka osób, kojarzonych w mitologii greckiej z Afryką. Mamy wśród nich dwie panie – Kasjopeję i jej córkę Andromedę. Mit o nich obu jest dobrze znany – Kasjopeja ogłosiła się piękniejszą od Nereid, te pobiegły na skargę do Posejdona, Posejdon zesłał morskiego potwora, potwór zażądał ofiary z Andromedy, przykutą do skały królewnę  uratował Perseusz – i dość częsty w sztuce, choć, po prawdzie, łatwiej go znaleźć w tej późniejszej niż tej antycznej.

 

Perseusz i Andromeda

Perseusz uwalnia Andromedę.
Fresk, Pompeje, I w. n.e., obecnie w Muzeum Archeologicznym w Neapolu



A kiedy widzimy Andromedę (bo ona występuje częściej niż jej mama), to wyjątkowo rzadko przypomina ona Afrykankę. Częściej już, szczerze mówiąc, zdarza się jej wyglądać jak… mieszkance Persji – co jest niezłym przyczynkiem do greckich kategorii podziału, gdzie liczy się nie tyle kolor skóry, co przynależność/jej brak do świata językowo i kulturowo greckiego.

 

Natomiast postacią, której zdarza się w sztuce greckiej mieć rysy i wygląd Afrykańczyka z mniej więcej Afryki centralnej, jest Memnon, król Etiopii i sprzymierzeniec Trojan podczas wojny z Grekami o Helenę. Postać Memnona zresztą mówi nam bardzo wiele o postrzeganiu genealogii przez Greków. Choć był władcą Etiopów, Memnon uchodził za syna Jutrzenki (Eos), bogini poranka, i jej kochanka Titonusa, o którego ponurej historii innym razem. Titonus z kolei był Frygijczykiem, synem króla Troi Laomedonta i jego kochanki, rzecznej nimfy Strymo, zapewne związanej z rzeką Strymon w Tracji. Pochodzenia afrykańskiego zero – i co z tego? Z punktu widzenia greckiej mitologii znacznie większe w tym przypadku znaczenie ma raczej usadowienie Memnona jako króla w Etiopii – choć i tu wychodzi specyficznie greckie podejście do geografii, bo zrozpaczona po śmierci syna Eos kolosy ku jego czci ustawiła, oczywiście, w Egipcie….

 

Memnon wyjeżdża pod Troję

Wyjazd Memnona (w środku) pod Troję. Greckie naczynie czarnofigurowe, VI w p.n.e., obecnie w Brukseli


III. Czerń i czarne twarze

Grecy nie mieli, oczywiście – świadczy o tym zachowana sztuka – problemów z dostrzeżeniem charakterystycznych cech wyglądu mieszkańców Afryki. Miewali też jednak zupełnie niezależnie od tego poczucie, że znaczenie barw, w tym – koloru skóry – niekoniecznie wiąże się z konkretną genealogiczną czy geograficzną identyfikacją; istotne były także konotacje konkretnych kolorów Nieprzypadkowo te postacie, które opisane są explicite jako czarne/o czarnych twarzach, to zwykle postacie wiążące się albo z podziemiem (gdzie jest ciemno), albo ze smutkiem, żałobą, troskami.

Przykłady? Erynie o czarnych twarzach – to bezwzględne boginie zemsty, na co dzień żyjące w głębinach Tartaru. Pół-jasne, pół-ciemne oblicze ma też Melinoe, córka Persefony oszukanej i uwiedzionej przez Zeusa, który przyjął postać jej męża Hadesa; Melinoe to (głównie orficka) bogini koszmarów i szaleństwa. Podobny koloryt przypisuje się mistrzyni i opiekunce Melinoe, bogini magii i rozstajów, Hekate – a także Ojzys, bogini-personifikacji depresji, melancholii i czarnych myśli. No i nie należy zapominać o ge melaine, Czarnej Ziemi, czyli Gai, pramatce bogów – w końcu, zdaniem Greków, my wszyscy z niej.  

sobota, 07 lipca 2018

Przemysław Zańko, "Chwała", NF 10/2018 (do znalezienia także tutaj)

 

Wychodzi na to, że nie ma to jak zadać mi pytanie wprost. Dzisiaj takie pytanie padło w dyskusjach związanych z nominacjami do Nagrody im. Janusza A. Zajdla za rok 2017 i dotyczyło opowiadania Przemysława Zańki "Chwała".  Padło, konkretnie, po moim oświadczeniu, że tekstem Zańki jestem zachwycona.

No i było jak poprzednio: zaczęłam pisać komentarz, zrobił się z niego dłuuuugi komentarz, a potem okazało się, że może lepiej zrobić z tego wpis. Innymi słowy - przedstawiam mini-wpis z odpowiedzią na pytanie "Co właściwie takiego mi się w tym tekście aż tak podoba".

 

Alice and Martin Provensen, Achilles

Alice i Martin Provensen, "Achilles" (ilustracja do Iliady)


"Chwała" Przemysława Zańki jest - najkrócej mówiąc - przetworzeniem fragmentu Iliady, a raczej - swoistym do niej sequelem. Osadzona w dziwacznych steampunkowych realiach, mówi o spotkaniu między rzekomą wieszczką a rzekomym wojownikiem. Wieszczka jest inżynierem. Wojownik jest dzieckiem. Wieczna wojna szaleje dookoła nich.

Co mnie w tym tekście ujęło? Pozwólcie, że ujmę to w trzy cztery główne punkty.

1. Punkt pierwszy: antyk.

Jasne, to jest ten prosty punkt: jestem klasyczką, która ma fioła na punkcie popkultury, co mi się ma tu nie podobać. Ale tu jest trochę bardziej skomplikowane. Bo, owszem, tekst Zańki się wprost i pomysłowo odnosi do klasycznej tradycji, a konkretniej - do "Iliady, używając zarówno sytuacji wyjściowej (quasi-wojna trojańska), jak i imion i motywów. No tyle że robi to, przekształcając przy tym tekst wyjściowy - i to, że dodam jako specjalistka od antyku, w tradycji najlepszych antycznych przetworzęń Homera, jakimi są, w moich oczach, okołotrojańskie tragedie Eurypidesa, przede  wszystkim Trojanki i Hekabe. Zostaje historia, ale zmienia się gatunek, punkt ciężkości i nastawienie. A to z kolei prowadzi mnie wprost do punktu nr 2.

2. Punkt drugi: postacie.

U Eurypidesa w Trojankach akcja skupiona jest wokół grupy kobiet-branek wojennych, które lada chwila opuszczą zdobyte przez Achajów miasto.  Wyjadą jako niewolnice tych, którzy pozabijali im synów, braci, mężów, córki; niegdyś panie we własnych domach, królowe, księżniczki i kapłanki, teraz zostaną, w najlepszym razie, konkubinami i służącymi w domach zwycięskich żołnierzy Agamemnona.

Zańko przesuwa akcenty w nieco podobny sposób. U niego też głównymi bohaterami są kobieta i dziecko: stojący nominalnie po przeciwnych stronach dwoje ludzie. Ona to konstruktorka i inżynier, która wojny - ba, świata! - za bardzo wcześniej nie widziała na oczy, póki jej świat się nie zawalił, on - chłopiec, który założył zbroję wojownika i poszedł się bić. I pewnie, idea, że w tekście (anty)wojennym autor koncentruje się na najbardziej oczywistych ofiarach - kobietach i dzieciach właśnie - nowa nie jest, ale Zańko ją bardzo pięknie zrealizował. Jego bohaterowie są nie tylko ofiarami wojny, są też jej czynnymi uczestnikami, a w rękach jednego z nich -  jak w rękach mitologicznej wersji tej postaci - leży los Troi i możliwość, że będzie pochodnią, która podpali miasto. Ten tekst nie gloryfikuje wojny, choć pokazuje ją efektownie i atrakcyjnie - to jest, wyraźnie, tekst o ofiarach i konieczności zmiany, a jako taki, zdecydowanie trafia do mojej wrażliwości czytelniczej. 

3. Punkt trzeci: gatunek.

Cała ta quasi-homerycka historia wpisana jest przez Zańkę w ciekawie i oryginalnie potraktowane *punkowe realia. Ta gwiazdka jest nieprzypadkowa: "Chwała" ma wyraźne wyznaczniki steampunku (para, maszyna Hierona, mechy), a jednocześnie - przenosi ten steampunk w inny czasowo i terytorialnie horyzont. Gadżetownia steampunkowa jest efektowna, ale też łatwo z nią przesadzić  - ostatnio częściej mam wrażenie, że gdzieś już to widziałam/czytałam, niż zachwycam się nowatorskością pomysłów. Zańko sobie tę rekwizytornię odnowił antycznymi odniesieniami, a że przy tym jest bardzo sprawny pisarsko i efektowny, wykreował świat, który wydał mi się, przy całej ponurości fabuły, barwny, znajomy i intrygująco obcy jednocześnie. Przy tym ten świat ma jeszcze jedną cechę: jest, jak TARDIS, większy w środku, w sensie - czytelnik, a przynajmniej ta konkretna czytelniczka, ma wrażenie, że ten świat jest bardziej kompletny i więcej o nim wiadomo, niż tak naprawdę można wynieść w takiego krótkiego opowiadania. 

4. Punkt czwarty: styl

Ten efekt barwności i żywości świata Zańko osiąga po części dzięki faktowi, że jest bardzo sprawny literacko. To jest po prostu dobry i skuteczny stylista, który potrafi naszkicować przekonujący świat i bohaterów niewieloma, za to odpowiednio zastosowanymi, środkami. Może przez o akurat mnie zawsze chce się wracać do jego tekstów.

 

Podsumowując: Oceniam tekst Zańki bardzo wysoko, uważam, że za "Chwałę" należy mu się co najmniej sława zdobywcy Nagrody Zajdla i nie mam żadnych wątpliwości, co będzie na topie mojej listy do głosowania (mimo że "Szaławiła" też mi się zdecydowanie podobała).

środa, 04 lipca 2018

Witam serdecznie wszystkich coraz tu rzadszych odwiedzających (nie narzekam, sama się prosiłam - dawno nie było nic nowego; to nie jest dobry rok dla bloga).  Dzisiaj jednak wróciłam, ponieważ zadano mi pytanie wprost. Pytanie (zadane przez Ysabell) brzmiało:

Jak często w Grecji i Rzymie to boginie siłą lub podstępem wykorzystują śmiertelników (albo i śmiertelniczki)?

Zaczęłam pisać długi komentarz na fejsbuku, po czym doszłam do wniosku, że a) byłby to naprawdę dłuuuuugi komentarz, b) może by tak reanimować na moment bloga?

 

 	 Anne-Louis Girodet de Roussy-Trioson  (1767?1824)

Anne-Louis Girodet, Sen Endymiona (1791)

 

I teraz tak: zanim zaczniemy, zróbmy sobie parę uwag teoretycznych, OK? Po pierwsze:  Grecy, przy całej tej pośredniej, stojącej między bogami a ludźmi grupie, jaką byli półboscy herosi, mieli bardzo dużą świadomość odrębności człowieka i boga. To nie znaczy, że bogowie nie podlegają np. etycznej ocenie (przez ludzi i przez innych bogów) - bo podlegają, jak najbardziej. Nikt jednak nie ma wątpliwości, że jak bogowie chcą wobec ludzi użyć przemocy, to jej użyją.Ten fakt nie podlega dyskusji ani protestom: jest częścią ładu świata.

Po drugie: w związku z tym opowieści o tym, jak bogowie - a konkretnie boginie, bo o nie było pytanie - robią paskudne rzeczy śmiertelnikom, jest mnóstwo. Hera, zmuszająca Heraklesa do zabicia żony i dzieci. Atena, oszukująca Rezosa, by wydać go na śmierć. Afrodyta, każąca Mirrze pożądać własnego ojca.

Tyle że pytanie do mnie padło w kontekście - konkretnie - gwałtów i seksualnego wykorzystywania. A jako że zamierzam tu napisać wpis na blogu - a nie kilkusetstronicową książkę, na co by mi niewątpliwie wystarczyło materiału bez tego ograniczenia - to do tych przypadków zamierzam się ograniczyć.

Zacznijmy my może od pierwszej historii, jaka mi przyszła do głowy w związku z tematem: od Selene i Endymiona.

Antonio Canova, Endymion

Antonio Canova, Endymion, 1819-22

Endymion jest ciekawy z kilku powodów. Po pierwsze, nie do końca mieści się w kategorii najbardziej oczywistej, jak chodzi o umieszczanie w niej mężczyzn wykorzystanych przez greckie boginie, a więc w kategorii młodzieńców. Większość związanych z nim mitów wskazuje, że Endymion, kojarzony w różny sposób z Elidą (uchodził za tamtejszego pasterza, astronoma albo królewicza/króla) zdążył, zanim zasnął na wieki w jaskini na górze Latmos w Azji Mniejszej, zdążył doczekać się z żoną* kilkorga dzieci - i to co najmniej nastolatków, nie maleństw: jedna z wersji mitu mówi o tym, że posłał synów do Olimpii, by miejsca, jakie zajmą w igrzyskach, zadecydowały o tym, który z nich będzie następcą tronu. Wedle reguł olimpijskich, oznacza to, że najmłodszy z nich musiał mieć co najmniej 12-13 lat.  To z kolei wedle Greków oznaczało, że Endymion - biorąc pod uwagę typowy wiek zawarcia małżeństwa w greckiej tradycji - powinien być postrzegany jako co najmniej trzydziestolatek, a po prawdzie - raczej jako ktoś bliższy trzydziestego piątego roku życia.  Przy czym żeby było jasne: nie próbuję powiedzieć, że małżeństwa starożytnych herosów kierowały się takimi samymi zasadami, jak w klasycznych Atenach - tylko raczej, że kiedy autorzy klasyczni myślą o Endymionie, to w tych kategoriach wiekowych będą go, z racji własnego doświadczenia, postrzegać. 

No ale przechodząc do Endymiona i Selene: klasyczna wersja mitu mówi, że Endymion był tak urodziwy, że bogini księżyca, Selene, zobaczyła go kiedyś, śpiącego w grocie w górach. Zakochała się w nim od pierwszego wejrzenia i jakoś tak się stało, że król bogów i kochanek Selene, Zeus, zesłał na mężczyznę wieczny sen. Poprzednie zdanie nie jest ironiczne - źródła, wbrew temu, co możemy wyczytać u Parandowskiego, niekoniecznie chcą widzieć w śnie Endymiona fakt wymuszony przez Selene (więcej o tym później).
Bogini przychodzi przyglądać się obiektowi swojej fascynacji - i nie tylko przyglądać, bo uśpiony Endymion został ojcem jej pięćdziesięciu córek (i, w niektórych wersjach, jedynego syna, Narcyza).

W naszych współczesnych kategoriach czyny Selene trudno byłoby uznać za cokolwiek poza wykorzystywaniem; w mitologii mają one dodatkowo jednak pewien aspekt, powiedzmy, symboliczny. Te pięćdziesiąt córek Selene i Endymiona to personifikacje pięćdziesięciu miesięcy księżycowych (Selene), które wyznaczają okres olimpiady, czyli przerwy między igrzyskami w Olimpii w Elidzie (ojczyźnie Endymiona). Tego typu kalendarzowych spekulacji opartych na uosobieniach jest w mitologiach, nie tylko w greckiej, całkiem sporo.

A jak już mowa o motywacjach i ocenach: istnieją trzy inne wyjaśnienia snu Endymiona. W jednej z nich (Hezjod, "Katalog kobiet", VII w. p.n.e.) Endymion jest synem Zeusa; ojciec w dowód miłości pozwala mu wybrać moment i sposób śmierci, Endymion prosi, by mógł, będąc w kwiecie wieku, zasnąć na zawsze spokojnie w ukrytej przed światem jaskini. W tej wersji  Selene i jej erotyczne zapędy się nie pojawiają. W innej wersji (późnoantyczny leksykon "Sofiści na uczcie") sen na Endymiona zsyła zakochany w nim bóg snu, Hypnos. W najciekawszej chyba opowieści, znanej tylko z późniejszych streszczeń, ale pochodzącej z VII w. p.n.e. (od półmitycznego poety Epimenidesa) to Endymion poprosił o uśpienie go na wieki; zakochał się bowiem szaleńczo w królowej bogów, Herze, nie umiał zwalczyć miłości i pożądania, a jako pobożny człowiek nie chciał w żaden sposób dopuścić się wobec bogini żadnej zniewagi (a mitów pt. "śmiertelnik próbuje zgwałcić boginię" jest całkiem sporo, wbrew pozorom). 

 

Zostawiając teraz Selene i Endymiona, przyjrzyjmy się jeszcze kilku historiom, w których to bogini/nimfa dopuszcza się jakiegoś rodzaju erotycznego przymusu/przemocy wobec mężczyzny. W tym przypadku nasi mężczyźni będą należeć do bardzo specyficznej grupy wiekowej, a mianowicie - młodzieńców.  

Młodzieńców dotyczą w tradycji greckiej nieco inne prawa i ograniczenia, niż dojrzałych mężczyzn; jest to bardziej znaczące, gdy mówimy o relacjach męsko-męskich, ale  przypadku bogiń też ma znaczenie. Podkreśla mianowicie fakt, że w takiej relacji istnieje zazwyczaj nierówność - a tu, nietypowo, układ wskazuje wyraźnie na przewagę kobiety.

Weźmy trzy przykłady. Attisa i Kybele, Dafnisa i Afrodytę (w wersji znanej z Teokryta) i, w końcu, Hermafrodyta i nimfę Salmacis. Ponieważ zdecydowanie NIE piszę tu książki o mitologii, pozwolę sobie opisać te historie pokrótce. Akurat tak się składa, że mity o Attisie i o Dafnisie są mocno skomplikowane i mają po kilka mocno ze sobą sprzecznych wersji. Te warianty, które nas tu interesują, są następujące:

Dafnis w Idylli I Teokryta ukazany jest jako umierający. Nie znamy powodu, ale wiemy, że ma to coś wspólnego z Afrodytą; bogini przychodzi do umierającego pasterza, by pokazać swoją nad nim władzę. Dafnis ostro wypomina jej skrzywdzonych kochanków - Adonisa, Anchizesa - i odmawia uznania jej władzy; woli umrzeć, niż się jej poddać. Cała ta scena, w zaskakujący sposób przypominająca scenę z Gilgamesza, wyraźnie wskazuje, że Afrodyta jest tu traktowana jako bogini okrutna i kapryśna, która śmiertelników bierze i odrzuca, jak się jej zachce. Podobna wizja bogini jest zresztą obecna w Hipolicie Eurypidesa, tyle że tam nie chodzi o seks; przynajmniej nie osobiście Afrodycie. 

Attis z kolei - Attis to jest jedna z najbardziej ponurych mitologicznych historii, przynajmniej w jej grecko-rzymskiej wersji. Najszersza wersja mitu (i nie mówimy tu o Katullusie, Katullus wymyśla ten mit od początku; opowiadam Wam kompilację kilku wersji, w tym - Owidiusza) widzi w nim młodziutkiego syna/kochanka/kapłana - czasem dwie lub trzy z tych rzeczy naraz - bogini Kybele/Rei, matki bogów. Attis przysięga jej wieczną miłość i wierność, obiecując, że pozostanie jej wiecznym chłopcem. Ale niestety - zakochuje się/zostaje zmuszony do małżeństwa z młodą kobieta imieniem Ia, Fiołek. Na ślub w charakterze złej wróżki wpada bogini i sprowadza uniwersalne szaleństwo: niedoszły teść Attisa popełnia samobójstwo, zabija/kastruje się większość gości, a Attis umiera z upływu krwi po akcie autokastracji. Bogini w momencie żalu robi - no, jedną z licznych rzeczy, które jej tu różne wersje przypisują: albo unieśmiertelnia Attisa, albo obiecuje jego wskrzeszenie, albo tworzy fiołki z łez umierającej z rozpaczy Ii... Dla nas ważne jest to, że schemat Attis-Kybele to chyba najbardziej jaskrawy przykład znanej także z kilku innych modeli relacji między boginią a młodzieńcem, gdzie to ona rozdaje wszystkie karty i rządzi niepodzielnie - ciałem, życiem i śmiercią kochanka.    

Na koniec rzućmy jeszcze okiem na jeden schemat mityczny, w którym to kobiety dokonują porwania i implicite gwałtu na młodzieńcu: a mianowicie na motyw porwania przez nimfy. Tu też jest kilka wariantów. Jeden, bardzo typowy, to motyw Hylasa i nimf. Młody i znany z urody kochanek Heraklesa został porwany przez nimfy do ich źródła i to z powodu poszukiwania go Herakles opuścił Argonautów, z którymi oryginalnie wybrał się na wyprawę. Innym wariantem tej historii jest opowieść o Hermafrodycie i Salmacis.

Hermafrodytos, syn Afrodyty i Hermesa, był - streszczam tu wersję Owidiusza - młodym chłopcem o niezwykłej urodzie. Salmacis natomiast, nimfa źródła w pobliżu Halikarnasu, była jedyną z sióstr, której nie interesowała służba Artemidzie; wręcz przeciwnie, Salmacis uwielbiała kąpiele, pielęgnację włosów, troskę o własne ciało. Lubiła też być podziwiana, a za obiekt własnego podziwu wzięła sobie niespecjalnie zainteresowanego a) nią, b) seksem Hermafrodyta. Kiedy chłopak w upalny dzień niebacznie postanowił ochłodzić się w jej źródle, objęła go znienacka ramionami i nogami, po czym zaczęła błagać bogów, by pozwolili im pozostać w tej postaci już na zawsze. Czego się chyba nie spodziewała, to tego, że bogowie uczynią ich jedną dwupłciową istotą. Sam Hermafrodytos, zrozpaczony po przemianie, przeklął źródło Salmacis, które odtąd, według znanej starożytnej legendy, sprowadzało na pijących jego wodę/kapiących się w nim mężczyzn impotencję. 

Śpiący Hermafrodyta, LuwrŚpiący Hermafrodytos, odrestaurowana marmurowa rzymska kopia powstała na podstawie dwóch hellenistycznych oryginałów; Luwr.

 

Czy tych przykładów jest dużo? Całkiem sporo, jakby je zsumować. Całkiem niewiele, gdy porównać z czynami ich braci, ojców i kuzynów. Warto też pamiętać, że nasza etyczna ocena takich zachowań - wszelkich zresztą - bywa nieco inna od tej greckiej.

Aha, no i gdybyście chcieli opowieść o greckich odpowiednikach żony Putyfara, jak najbardziej śmiertelnych - to ja się polecam na przyszłość.

 

 

* jest N+1 wersji imienia i pochodzenia żony Endymiona. Niektórzy uważają ją za najadę (nimfę wodną), której imienia nie znamy, inni - za śmiertelniczkę. W grę wchodzą Chromia, prawnuczka Deukaliona i Pyrry (pierwszej ludzkiej pary po potopie), nieznana skądinąd Asterodia albo córka herosa Arkasa, wnuczka Zeusa, Hyperippe.  Imię żony Endymiona, a i po prawdzie jej postać, nie mają wielkiego znaczenia w kontekście wątku Endymiona i Selene, ale ja a) lubię mityczne genealogie i wspominanie o nawet trzeciorzędnej wartości postaciach, b) nie lubię potem szukać w panice, jak się jakaś postać, czyjaś mityczna żona i córka, nazywała.

 

wtorek, 13 lutego 2018

 

Przerywamy nadawanie kolejnych odcinków Holmesa z Rathbonem, żeby wrócić do ulubionego ponoć przez niektórych czytelników cyklu antycznego. Dziś będzie o herosach.

Na mitycznych herosów jako na wzorzec fantastyka, zwłaszcza fantasy, powołuje się chętnie i często – i nie bez powodu. Choć inne tradycje mitologiczne dały temu gatunkowi w sumie więcej niż Grecja i Rzym, tej jeden aspekt – figura herosa – odegrał swoją rolę w kreowaniu archetypów pewnego typu postaci w fantasy, zwłaszcza heroicznej.

 

 

Giovanni Battista Tiepolo, Gniew Achillesa
(Atena przytrzymuje Achillesa za włosy,
żeby go powstrzymać przez zabiciem Agamemnona)


Tyle że heros niejedno ma imię. Postacie herosów-wojowników, takich jak Herakles/Herkules – pokonujących potwory, walczących z rozbójnikami, oczyszczających świat z istot i osób związanych z chaosem i złem –  rzeczywiście są dla greckiego mitu (i jego rzymskich wariantów) ogromnie ważne. Mit o dwunastu pracach Heraklesa, jak również mity o innych jego czynach (pokonanie centaura Nessosa, uduszenie potwornych węży) były powszechnie przedstawiane w sztuce i literaturze Greków. Niezwykła siła i wytrwałość Heraklesa, jego nadludzkie umiejętności walki i związany z tym nieograniczony apetyt na życie: na przygody, wino, seks z kobietami i młodzieńcami, jedzenie – były stale dyskutowane, w tonie mniej lub bardziej poważnym, w dziełach starożytnych. Nie był też Herakles jedynym herosem-wojownikiem greckiej mitologii. Dzielnie dotrzymywali mu kroku bohaterowie tacy jak Dioskurowie. Ci bliźniaczy synowie królowej Ledy, śmiertelny Kastor (syn króla Tyndareosa) i nieśmiertelny Polluks, słynęli jako bokserzy, jeźdźcy i znakomici łucznicy. Wśród największych herosów wymieniano także pogromcę Chimery, Bellerofonta, oraz zabójcę Meduzy, syna Zeusa, Perseusza. Do tego samego grona można także zaliczyć wojownicze królowe Amazonek, takie jak Antiope czy Hippolita, jak również wojowniczki w rodzaju Atalanty czy heroiny/nimfy Kyrene, w której zakochał się Apollo, kiedy ujrzał, jak z gołymi rękami rzuca się do walki z lwem, atakującym jej stado owiec.

 

Frederick Leighton, Dedal i Ikar


Warto jednak pamiętać, że to nie jest jedyny typ herosa, jakiego znamy z greckiego mitu. Równie istotny jest typ herosa-prawodawcy lub, szerzej, bohatera kulturowego – tego, który pomaga ludzkości inaczej niż usuwając z jej drogi zagrożenia takie jak ludożercze klacze Diomedesa czy okrutni rozbójnicy lubujący się w torturach. Jego zadaniem jest nadawanie i wymuszanie przestrzegania praw, wzbogacanie ludzkiej cywilizacji i ułatwianie życia nowymi wynalazkami, przynoszenie ludziom ulgi w cierpieniach. Taki bohater, owszem, może być wojownikiem – ateński prawodawca, Tezeusz, był nim jak najbardziej; zasłynął z pokonania potwornego Minotaura – ale wcale nie musi. W tej grupie heroicznych postaci znajdziemy co najmniej trzech boskich poetów – Muzajosa, Amfiona i najbardziej z nich znanego Orfeusza. Muzajos, ateński prorok-poeta, miał być wielkim nauczycielem życiowej mądrości. Syn Zeusa, Amfion, grał na lirze jak bóg – nauczył się tej sztuki od samego wynalazcy liry, swego kochanka, boga Hermesa. Nie były to zwykłe umiejętności: kiedy Amfion zagrał, kamienie same zbiegły się dookoła i stworzyły mury jego miasta, Teb (co musiało nieźle zirytować jego brata-bliźniaka Zetosa, który nie miał muzycznego talentu i musiał swoją porcję kamieni osobiście przydźwigać). Orfeusz, najsłynniejszy z nich, nie tylko grał i śpiewał tak, że dzikie zwierzęta zbiegały się i siedziały spokojnie słuchając jego muzyki. Orfeusz również dał ludzkości jeden z największych, zdaniem Greków, darów: kiedy wrócił z zaświatów z nieudanej wyprawy po zmarłą żonę, opowiedział ludziom, jak wygląda życie pozagrobowe i jak postępować na ziemi, by w zaświatach zapewnić sobie nie tylko spokój, ale i miejsce wśród błogosławionych. Grecy przypisali mu wynalezienie misteriów, wtajemniczających we właściwe praktyki na tym świecie i gwarantujących szczęście na tamtym. Wśród takich herosów są przecież także i Dedal, wynalazca koła garncarskiego i budowniczy labiryntu, Kadmos, który miał nauczyć Greków posługiwania się swym rodzimym fenickim alfabetem i dostosować go do greki (w Rzymie to samo – tyle że dla łaciny – przypisywano heroinie/nimfie Karmencie) czy Talos, wynalazca koła.

 

Henry Singleton, Manto i Tejrezjasz


Temu typowi herosa blisko jest do herosa-wieszcza, którego wielkie czyny zwykle wiążą się z daną od bogów umiejętnością przewidywania przyszłości i/lub, częściej, odpowiedniego interpretowania woli bogów. Było ich wielu: znany z doradzania Grekom w wojnie trojańskiej Kalchas, dzieci trojańskiego króla Priama – Kasandra i Helenos, córka Tejrezjasza Manto czy podopieczny Ateny, Amfiaraos, król Argos, to tylko kilka przykładów.

 

Henrick Goltzius, Walka Kadmosa ze smokiem (stoczona, by
mógł założyć Teby)

Kolejnym typem herosów, spotykanych w mitologii greckiej, są ktistesi – założyciele miast, jednocześnie często będący przodkami rodów panujących lub arystokratycznych tych miast. O tych herosach często nie wiemy zbyt wiele. Owszem, często zakładanie miast przypisuje się herosom znanym z czegoś innego – założenie Abdery przez Heraklesa to jeden z takich przykładów. Postacie takie jak Kadmos też są raczej wyjątkowe: wiemy, że zasłynął jako założyciel Teb, ale znamy też liczne inne epizody z jego życia. Często jednak jest tak, jak w przypadku postaci takich jak Beroe, założycielka dzisiejszej Verii (starożytnej Beroe), jak Thebe, Sparte i Mykene (założycielki miast – odpowiednio Teb, Sparty i Myken) czy Battos, półlegendarny założyciel Cyreny. Nie mają one jakichś szczególnych opowieści czy mitów, przypisanych do nich; o jednych wiemy więcej, o innych mniej, ale w centrum ich mitu stoi fakt założenia miasta. Właśnie jako założyciele byli czczeni w swoich miastach.

Warto wspomnieć o jeszcze jednym typie postaci de facto heroicznej, a mianowicie – o królu. Całkiem sporo herosów z mitu greckiego znanych jest przecież nie tyle z pokonywania potworów, co z panowania. Agamemnon, Menelaos, Edyp – to przykłady herosów-władców, których mityczna rola konstytuuje się właśnie wokół kwestii władzy i panowania.    

 

Gustave Moreau, Edyp i Sfinks


Grecka tradycja heroiczna jest bogata i zróżnicowana, obejmuje szerokie spektrum postaci różniących się od siebie charakterem, rolą w społeczności, pochodzeniem i dominującymi cechami. Warto pamiętać, jak różnorodna i nieprzewidywalna potrafi być, i  warto sięgać do jej repozytorium – tak dla przyjemności, jak dla inspiracji.  



poniedziałek, 29 stycznia 2018

The Woman in Green, scen. Bertram Millhauser, reż. Roy William Neill, 1945

 

Inspektor Gregson! Nowy Kuba Rozpruwacz jako red herring! Dialogi Holmesa z Gregsonem! Skomplikowana, wielopoziomowa zagadka! Przebiegła i skuteczna czarna charakter! I PROFESOR MORIARTY! The Woman in Green jest filmem zdecydowanie wartym obejrzenia – a powiedziałabym, że wartym także odświeżenia, bo niektóre w nim pomysły aż się proszą o uwspółcześnienie.

'Everything I have to say has already crossed your mind'.
'Then possibly my answer has crossed yours.'


 

Ten film zasadniczo opiera się na oryginalnym pomyśle scenarzysty, choć i niektóre sceny, i dialogi zahaczone są w oryginałach Conan Doyle’a, konkretnie w The Final Problem i The Empty House. Film zaczyna się od sceny, od razu sugerującej, że dzieje się coś bardzo niedobrego: podczas zbiórki, a potem spotkania londyńskiej policji dowiadujemy się, że po Londynie grasuje – cóż, dziś powiedzielibyśmy „seryjny zabójca kobiet”, w 1945 tego terminu jeszcze nie było; w świecie przedstawionym bohaterowie odwołują się do Kuby Rozpruwacza i mówią o homicidal maniac. Giną młode kobiety, których nic nie łączy – z różnych środowisk, różnie żyjące, o różnych zawodach. Morderca je atakuje, zabija, a potem zabiera trofeum: mały palec.  Policja jest w panice, bo nie ma żadnych śladów, a Watson lekceważy komentarze swojego przyjaciela, że za wszystkim stoi profesor Moriarty – w końcu Moriarty’ego powieszono dwa lata wcześniej w Montevideo!

Zaczyna się Kobieta w zieleni jak wczesny film o seryjnym zabójcy – i jest tylko jedna osoba, która w to nie wierzy i wietrzy w całej sprawie coś bardziej diabolicznego niż działania maniaka, że zacytuję. Tą osobą jest, przewidywalnie, Sherlock Holmes. W pewnym momencie ni z tego ni z owego Holmes zabiera inspektora Gregsona na drinka (whisky and soda – to gdybyście pytali, jakie drinki pije Sherlock Holmes). Nie jest to jego typowe zachowanie – tak jak nietypowe jest to, że wpatruje się w siedzącą przy jednym z sąsiednich stolików posągową piękną blondynkę. Kobiecie towarzyszy elegancki mężczyzna, starszy od niej wdowiec, sir George Fenwick. Rozpoznawszy go, Gregson pyta Holmesa, czy Fenwick jest z córką. „Niech pan nie będzie naiwny”, odpowiada na to Holmes. Pod koniec spotkania, kiedy sir George i dziewczyna wychodzą, Holmes zastanawia się, dokąd idą. „Niech pan nie będzie naiwny”, ripostuje Gregson, a my jeszcze nie wiemy, jak wielkie znaczenie m ta scena dla dalszego rozwoju akcji.

Powoli zaczyna wychodzić na jaw cała skala diabolicznej intrygi: ginące młode kobiety są dla paskudnej szajki tylko narzędziami. Ich śmierć to krok do celu: tak naprawdę chodzi o to, żeby znarkotyzować i zahipnotyzować bogatych mężczyzn, podrzucić im odcięte palce i szantażować, a potem najlepiej zmusić do samobójstwa. Mózgiem operacji jest, zgodnie z przewidywaniami Holmesa, profesor Moriarty, ale jedną z głównych postaci w szajce zabójców kobiet jest młoda kobieta – ta właśnie oglądana wcześniej przez Holmesa elegancka dziewczyna, Lydia Marlowe. Lydia jest prawdziwą filmową modliszką, zimną i bezwzględną, idealną podwładną Moriarty’ego. A skoro mowa o Moriartym…

 

Znana nam już z innych filmów z tej serii
Hillary Brooke jako demoniczna Lydia Marlowe


W odróżnieniu od poprzednich filmów, gdzie w jego roli pojawiał się George Zucco, Moriaty’ego tutaj gra, bardzo zresztą skutecznie i przekonująco, inny ważny aktor charakterystyczny ówczesnego kina, Henry Daniell. Tu w ogóle z obsadą jest zabawnie, bo powtarza się, w innych rolach, mnóstwo osób z poprzednich filmów z serii: widzieliśmy już wcześniej i Hillary Brooke, i Paula Cavanagh, a w poprzednim filmie gosposię grała będąca tu pomocnicą Lydii Sally Shepherd.

Ale o czym ja to… Aha, Moriarty. Znowu jest w tym filmie scena, którą wielbiciele Sherlocka BBC rozpoznają. Holmes jest sam w domu, Watson chwilę wcześniej został wywabiony fałszywym zleceniem. Detektyw, samotny, gra na skrzypcach. Przerywa na moment, gdy słyszy kroki na schodach. Nie widzieliśmy twarzy idącego, ale i my, i Holmes wiemy, że to może być tylko jedna osoba. Detektyw wraca do grania. Nieproszony gość wchodzi, Holmes go zaprasza. On i Moriarty rozpoczynają rozmowę (sławnym dialogiem z The Final Problem), trochę sobie bardzo uprzejmie grożą, a i rozstają się słowami, które byłyby całkiem na miejscu w grającej ich wzajemną fascynacją adaptacji BBC:

Holmes: "And we shall walk together through the gates of eternity, hand in hand".
Moriarty: "What a charming picture that would make".

The Woman in Green jest na youtubie w całości, oglądajcie!     



niedziela, 28 stycznia 2018

The House of Fear, scen. Roy Chanslor, reż. Roy William Neill, 1945

 

Pomyliłam kolejność, przyznaję: następnym filmem obejrzanym i zrecenzowanym w serii „Sherlock Holmes 1939-46” powinna być Zabójcza perła, mniej więcej adaptacja Sześciu popiersi Napoleona. Niemniej, mnie się kolejność poprzestawiała – a i, nie oszukujmy się, w przypadku tej serii filmów nie jest ona jakoś szczególnie istotna – i obejrzałam najpierw Dom grozy, który niniejszym tutaj zrecenzuję.

 

Znany angielski aktor charakterystyczny
Aubrey Mather (1885 - 1958)
zagrał postać ostatniego (?) z ocalałych Towarzyszy


Punktem wyjścia dla scenariusza Roya Chanslora, doświadczonego scenarzysty głównie filmów klasy B – który miał jeszcze przed sobą swój największy triumf, a mianowicie autorstwo powieści Kasia Ballou, na podstawie której nakręcono rok po jego śmierci, w roku 1965, western z Oscarową rolą Lee Marvina – było opowiadanie Pięć pestek pomarańczy. Ale nie oszukujmy się, fabuła filmu została oparta na nim bardzo luźno – i tak po prawdzie na dobre jej to wyszło.

O co chodzi? Otóż o najnowszego klienta Holmesa. Do detektywa zgłasza się mianowicie agent ubezpieczeniowy, który ma do opowiedzenia dość niezwykłą historię. W pewnym mianowicie zamku w Szkocji – o jakże odpowiedniej nazwie Dreadcliff House - mieszka sobie razem siedmiu zamożnych, starszych kawalerów.  Nazwali się Dobrymi Towarzyszami i, tak po prawdzie, niewiele mają ze sobą wspólnego, jak chodzi o drogi życiowe i zawodowe – jest wśród nich dziedzic majątku, lekarz, emerytowany wojskowy, eks-kapitan okrętu – ludzie, generalnie, różnych zawodów i zainteresowań. Co ich łączy, to, jakże przewidywalnie, fakt, że stać ich na to życie oraz, trochę mniej przewidywalnie – że wszyscy mają wysokie polisy ubezpieczeniowe, których beneficjentami są, zgadliście, pozostali Towarzysze. Kiedy pierwszemu z nich ponura gosposia przynosi kopertę, a w niej siedem pestek pomarańczy, traktują to jako żart. Wkrótce jednak zaczną się  morderstwa i Towarzyszom przestanie być do śmiechu…

Pierwszym bardzo dobrym efektem w tym scenariuszu jest to, jak wprowadzona zostaje cała sprawa. Na początku filmu widzimy Dreadcliff House i słyszymy coś, co bierzemy za głos zza kadru, opowiadający historię dziwacznych zabójstw w niemal-nawiedzonym, gotyckim domu: do kompletu jest nazwa, wygląd, wrzosowisko, samotność i gospodyni jak z horroru. Chwilę potem jednak okazuje się, że narracja nie jest zza kadru, że widzieliśmy zwizualizowany fragment historii opowiadanej przez klienta, i że oprócz gotycyzmów i tajemnic w tej sprawie jest jeszcze ubezpieczalnia i duże pieniądze. Ten kontrakt bardzo dobrze wprowadza nas w historię, w której te dwa gatunki – opowieść niesamowita (pełen tajnych przejść dom, nastrój z nieodzowną burzą za oknami, miejsce, zagadkowość groźby z pestkami) i realistyczny kryminał / heist movie (zasadnicza fabuła) – będą się konsekwentnie przeplatać. Nastrój lęku narasta i nie pomaga nawet przyjazd inspektora Lestrade’a z Londynu (zwłaszcza że jak zwykle jest on średnio zorientowany w sprawie) : kolejne ofiary giną w coraz dziwniejszy i bardziej spektakularny sposób, a ich okaleczone ponad możliwość rozpoznania ciała budzą lęk tych, którzy jeszcze pozostają  przy życiu…

 

Sally Shepherd (1896 - 1982) w niewielkiej, ale bardzo skutecznie budującej klimat grozy i nawiedzonego domu roli ponurej gosposi


Ten scenariusz, tak po prawdzie, aż się prosi o uwspółcześnioną adaptację, dającą więcej czasu zarówno na rozwój charakterów, jak i na budowanie nastroju narastającej paranoi w domu, w którym codziennie ginie jeden z mieszkańców. Fabularnie to jest schemat jak z wcześniejszego o kilka lat I nie było już nikogo (a.k.a. Dziesięciu małych Murzynków), kryminalnego arcydzieła Agathy Christie – i ten aspekt jest nieźle wygrany w filmie Neilla, choć pogłębienie nastroju paranoi pewnie wyszłoby mu na dobre, podobnie jak rozbudowanie historii, motywacji i wzajemnych relacji Towarzyszy. Byłoby to tym fajniejsze w kontekście finałowego twistu, w którym okazuje się, że schemat a la Christie stoi tu, jak by to powiedzieć,  na głowie...
Przy tych uwagach trzeba koniecznie podkreślić, że The House of Fear to film zdecydowanie udany: nadal, po 70+ latach, bardzo dobrze mi się go oglądało. Po części pewnie odpowiada za to fakt, że w co najmniej paru momentach akcja wychodzi poza kilka pomieszczeń: mamy efektownie pokazaną scenę wypadku samochodowego jednej z ofiar, mamy także sensownie wykorzystane sceny w plenerze (Holmes, Watson i ślady na plaży). No i pomaga to, że finałowy twist jest naprawdę zaskakujący i szalenie efektowny: ostatecznie pokazuje on, jak gotycka i niesamowita konwencja jest tu świadomą, zaplanowaną maskaradą, mającą przykryć całkiem przyziemny, bardzo konkretny i bardzo, bardzo z tego świata przekręt.   

 

Basil Rathbone i Nigel Bruce


Holmes Rathbone’a mało ma tu nowego do zrobienia, może poza tym, że musi ratować Watsona – Rathbone na ekranie głównie dedukuje, ratuje i jest jak zwykle szalenie przekonujący i błyskotliwy w swojej roli; serio, nic a nic się ten pomysł na kreację postaci Holmesa nie zestarzał. Nigel Bruce jako Watson jest jak zwykle komiczny w swych słabostkach i przyziemności (jak wtedy, kiedy się skarży, że nie będzie mógł spać w domu grozy, a moment potem widzimy, jak mu się głowa zaczyna kiwać, oczy zamykać i ani się obejrzymy, a dobry doktor już przysypia w swoim wygodnym fotelu…  Oraz, za samą scenę, w której Holmes Prowadzi Śledztwo, a biedny Watson rozkopuje grób  jednej z ofiar ((„kop dalej, Watsonie, świetnie sobie radzisz”) i rozmawia z sową temu filmowi należy się honorowa wzmianka na liście Holmesów wszech czasów.

 



wtorek, 23 stycznia 2018

The Scarlet Claw, reż. Roy William Neill, scen. Paul Gangelin, 1944

 

Zaczyna się ten film jak klasyczna ghost story: niewielka parafia, obok elegancki stary dom, w nim lord i lady, a do tego duchowny i tajemnicza śmierć pani domu. I rzekome duchy i upiory. Akcja tym razem ewidentnie dzieje się w Kanadzie, ale wielkiej różnicy to nie robi – wszystko i tak wygląda jak brytyjska prowincja z powieści gotyckiej. Ach, i wioseczka nazywa się La Morte Rouge i ma legendę o potworze, jakby kto jeszcze wątpił w niesamowitość całej tej historii.

 

Watson pije z Francuzami Kanadyjczykami


Gdzie ja byłam? Aha, posiadłość. Pan domu, lord Penrose, jest nieobecny – przebywa w Montrealu na konferencji o zjawiskach nadnaturalnych, gdzie debatuje z niejakim Holmesem, Sherlockiem, o istnieniu/nieistnieniu tychże zjawisk.  On sam w nie wierzy, Holmes, przewidywalnie, nie. Dyskusja robi się nieprzyjemna, a potem jeszcze przychodzi telegram, z którego wynika, że pani domu nie żyje, ewidentnie zabita przez upiora…

Wokół tego konfliktu i wokół kwestii niesamowitości zbudowane jest zawiązanie akcji – Holmes, otrzymawszy już po śmierci lady Penrose telegram od niej z prośbą o pomoc, mówi do Watsona Po raz pierwszy zostaliśmy zatrudnieni przez zmarłą. Dodajmy jeszcze, że po scysji z mężem zmarłej ten nie ma najmniejszej ochoty na udział tego ohydnego sceptyka Holmesa i jego popychadła Watsona w śledztwie. Panowie trafiają do miejscowej oberży, gdzie jest miła dziewczynka i jej ponuro niemiły ojciec (którego Watson ostro ruga za uderzenie córki, punkt dla Watsona). Pan Journet, oberżysta, może być niemiłym typem, ale podobnie jak zmarła wcześniej lady Penrose, takie i on ma ponure przeczucia dotyczące własnego losu.  

 

Paul Cavanagh (1888 - 1964): prawnik, policjant i żołnierz, który został aktorem (a w The Scarlet Claw zagrał spirytystę, lorda Penrose'a


W okolicy wszyscy wierzą w potwora, ale z badań Holmesa powoli zaczynają wyłaniać się strzępy innej historii. Czy jest istotne, że późniejsza lady Penrose była w młodości znaną aktorką, która nagle zniknęła  bez wieści? Czy rany zadane przez wilkołaka nie wyglądają podejrzanie podobnie do tych będących skutkiem uderzenia ogrodniczymi grabkami o ostrych zębach? I czym jest potwór, czający się rzekomo na bagnach w okolicy La Morte Rouge?

Kanadyjczycy w zasadzie utożsamieni są tu z Francuzami, co daje asumpt do licznych scenek z akordeonem, pojedynczymi zwrotami po francusku i Watsonem usiłującym znaleźć się wśród dziwnych obcych. Watson, oczywiście, robi w tych scenkach za comic relief, zwłaszcza kiedy razem ze wszystkim iw tawernie troszeńkę nadużywa wina. W tym czasie bez wiedzy przyjaciela Holmes zajmuje się szukaniem nie-potwora na mglistych bagnach, w takt upiornego bicia dzwonów kościoła…  Oczywiście Watson, dowiedziawszy się o tej eskapadzie, rzuca się na pomoc i oczywiście obaj, doktor i detektyw będą mieć okazję zobaczyć ognistą, upiorną postać (Marku Gatissie, re: The Hounds of Baskerville, na Ciebie patrzę). Holmes oczywiście szybko odkrywa, że zamiast nadnaturalnego ognia mamy fosfor, ale potem nieomal wyznaje lordowi Penrose’owi, że wierzy w upiory – wszystko to oczywiście dlatego, że od początku to jego podejrzewa o zaaranżowanie morderstwa żony…. Bardzo fajnie jest ten mini-wątek poprowadzony - Holmes na tyle nie lubi zarozumiałego spirytysty, że pozwala, by przez moment ta antypatia przysłoniła mu fakty. No dobrze, nie trwa to długo - wkrótce nasz detektyw jest już na właściwym tropie, szukając tym razem podpowiedzi w przeszłości lady Penrose...

Kluczowe dla rozwiązania akcji okazują się nie duchy i upiory, a zapomniane tragedie i dawna aktorska kariera zarówno pani domu, jak i jej zabójcy. Giną dwie ofiary, trzecia cudem umyka śmierci – a wszystko to z rąk człowieka o wielu twarzach, który zmienia tożsamości jak rękawiczki i którego widzimy na ekranie od początku, choć od tym nie wiemy.

To jest – po słabszej Spider Woman – znowu bardzo przyzwoita historyjka kryminalna, z pretekstową (i podsumowaną patetycznym cytatem z Winstona Churchilla) Kanadą, z błyskotliwych Holmesem i mocno w tym akurat odcinku komicznym Watsonem. Zdecydowanie do obejrzenia.     



 

The Spider Woman, scen. Bertram Millhauser, reż. Roy William Neill, 1943

 

Andreę Spedding, czyli kobietę-Moriartego
zagrała w tym filmie Gale Sondergaard -
pierwsza w historii aktorka nagrodzona Oscarem za rolę drugoplanową
w roku 1936

 

Przyznajcie się, czekaliście, aż w końcu w tej serii pojawi się recenzja filmu, o którym napiszę, że jest dzieckiem swoich czasów i średnio się dziś nadaje, jako całość, do oglądania? No to się doczekaliście.

The Spider Woman jest konglomeratem – teoretycznie oryginalnym scenariuszem, posklejanym jednak z fragmentów i motywów różnych Holmesowych historyjek. Jest tu Moriarty, choć w spódnicy. Jest Holmes opowiadający o swej śmiertelnej chorobie (The Dying Detective) i ginący w otchłaniach (no, otchłaniątkach) górskiej rzeczki w Szkocji (The Final Problem), by następnie zjawić się, w dziwacznym przebraniu, przed Watsonem i Lestradem (The Empty House). Jest Pigmej-pomocnik, choć diabli wiedzą, po co (The Sign of Four) i morderstwo przy pomocy jadowitej bestii (hint: nie ma takiego pająka), wpełzającej przez kratkę wentylacyjną do pokoju (The Speckled Band). Jest i nieme dziecko z obsesją na punkcie owadów (The Copper Beeches), i trucizna zwana Radix pedis diabolicis (The Devil’s Foot), i Holmes każący wyszeptać sobie do uch odpowiednie hasło, jeżeli będzie zbyt pewny siebie (The Yellow Face). No i jest Andrea Spedding, super-przestępczyni, mająca co nieco charakterologicznie wspólnego może nie tyle z Doyle’ową Irene Adler, co z tym, co potem z tej postaci kultura popularna robiła.

Fabularnie wychodzi z tego trochę groch z kapustą: Holmes udaje chorobę i śmiertelny wypadek, by rozgryźć zagadkę rzekomych masowych samobójstw, popełnianych w środku nocy przez rozmaite osoby mniej lub bardziej publiczne; podejrzewa, że stoi za tym superprzestępczyni, więc żeby wywabić ją na światło dzienne, udaje przybysza z Indii i podsuwa swoją kandydaturę na ofiarę; rozwiązawszy kwestie kto i po co, przechodzi do jak, wyjaśnia (mniej więcej) problem pająka i pigmeja, zastawia pułapkę, sam w nią wpada i omal nie ginie tragicznie - w ostatniej chwili ocaliwszy życie, demaskuje zbrodniarkę i jej gang w wesołym miasteczku, kurtyna.

 

Sherlock Holmes udaje Sikha, Andrea Spedding udaje filantropkę

 

To jest ten odcinek, w którym Watson chce być sprytny i nie dać się Holmesowi nabrać po raz drugi, więc wykpiwa i nieco maltretuje, myśląc, że to Holmes, zupełne niewinnego gościa (co ogrywają później scenarzyści w The Empty Hearse Moffata-Gatissa). To jest, niestety, również ten odcinek, w którym nie bardzo wiadomo po co Holmes pomalowany na brązowo udaje Sikha. Teoretycznie ma to jakiś sens w zamyśle – ideą jest, żeby jego persona była kimś na brytyjskiej ziemi samotnym i łatwym do wykorzystania – ale działa nader średnio, i to nie tylko dlatego, że główny cel tej maskarady, pani Spedding, orientuje się natychmiast, że bynajmniej nie ma do czynienia z przybyszem z Indii…  To jest również ten odcinek, w którym Holmes omal nie zostaje zastrzelony jako Adolf Hitler – ale musicie sami obejrzeć, jeżeli chcecie wiedzieć, o co chodzi.

 


Co się broni w Spider Woman? Gale Sondergaard jest bardzo dobrą Andreą Spedding, mistrzynią kamuflażu, pozornie kapryśną i nonszalancką, w rzeczywistości chłodną i bezlitosną. Przy całym moim braku entuzjazmu dla wątku Holmesa jako Sikha ta scena, gdzie on wie, że ona wie, że on wie, że ona udaje, a jednocześnie oboje celebrują swoje przebrania: ona hiperangielska i damulkowata, on prowincjonalny egzotyczny gość  - jest dobrze napisana i pomyślana i daje obojgu aktorom sporo materiału do popisu. Fajnie byłoby, gdyby któraś z nowoczesnych adaptacji Sherlocka Holmesa dobrze zrobiła motyw „kobiety-Moriarty’ego”, potężnej a samodzielnej szefowej gangu, bo ani kapitan Shan w The Blind Banker BBC, ani Irene Adler w filmie Guya Ritchiego ani, jejku, Adler-Moriarty w Elementary IMHO nie są do końca udane jako criminal masterminds. Bardzo uroczy i serio wzruszający jest moment, kiedy po rzekomej śmierci Holmesa na Baker Street spotykają się najpierw Watson i pani Hudson, a potem – Watson i serio przejęty śmiercią detektywa Lestrade. I Rathbone, i Bruce są jak zwykle w swoich rolach kompetentni i wiarygodni – ale scenariuszowo to nie jest film tak udany, jak poprzednie z tej serii.

poniedziałek, 22 stycznia 2018

Sherlock Holmes Faces Death, reż. Roy William Neill, scen. Bertram Millhauser, 1943

 

Hillary Brooke (1914 - 1999)
amerykańska aktorka tak dobra w rolach Brytyjek,
że zaczęto jej je dawać nawet w angielskich filmach. Tu zagrała pannę Sally Musgrave.

 

Między recenzowanym przeze mnie dzisiaj Sherlockiem Holmesem w obliczu śmierci a poprzednimi Przygodami… są jeszcze trzy filmy: trzy filmy bardzo specyficzne, bo będące pierwszymi tak znaczącymi przeniesieniami historii Holmesa i Watsona w czasy współczesne. Akcja ich dzieje się bowiem podczas II wojny światowej, a premiery były odpowiednio w 1942 (Sherlock Holmes and the Voice of Terror) i 1943 (Sherlock Holmes and the Secret Weapon oraz Sherlock Holmes in Washington). Także w 1943 na ekranach pojawił się kolejny film z tego cyklu, recenzowany tu Sherlock Holmes Faces Death. Do tych wojennych wrócę osobno. Natomiast Sherlock Holmes w obliczu śmierci jest de facto na pograniczu, jak chodzi o uwspółcześnienie: teoretycznie dzieje się współcześnie, podobnie jak mini-cykl drugowojenny, a sprawa dotyczy między innymi żołnierzy, leczonych pod nadzorem doktora Watsona w szpitalu w wyjątkowo ponurej posiadłości rodu Musgrave’ów w hrabstwie Northumberland. Akurat tutaj jednak to uwspółcześnienie jest po prostu sztafażem: nastrojem i scenografią tej akurat historii bliżej jest, po prawdzie, do klasycznych dziewiętnasto- i wczesnodwudziestowiecznych opowieści o nawiedzonych domach i przeklętych rodach niż do szpiegowskich thrillerów wojennych, jakimi były trzy poprzednie filmy.

 

Dennis Hoey (1893 - 1960)
jako inspektor Lestrade.
Grał rolę inspektora w kilku filmach z tej serii.


O domu Musgrave’ów słyszymy pierwszy raz z prologu, w karczmie, gdzie jest ponury kruk (nie mówi Nevermore, ale prawie) i gdzie dostajemy opis pełnego zestawu motywów, jakie powinny nam się ze starą nawiedzoną posiadłością kojarzyć: stoi tam od zawsze, właściciele to ponure typy, dookoła domu widać tajemnicze światełka i słychać jęki i szczęk kajdanów… W domu Musgrave’ów wszystko jest tak, jak by amerykańska widownia lat 40. się spodziewała: schody skrzypią, okna trzeszczą, wiatr wyje na wzgórzach, państwo kultywują przekazywany od pokoleń dziwaczny rytuał, gosposia ma zaciśnięte wargi i gładko uczesany kok, a ponury i wścibski służący opowiada o tym, w której części domu ukazuje się duch którego przodka. A kiedy zegar na starej wieży – ukazanej oczywiście nocą, w upiornym świetle księżyca, wśród mgieł i chmur – uderzy trzynaście miast dwunastu razy, od razu wiadomo, że ożyje stara rodowa klątwa, nawet jeżeli na początku nikt w to nie wierzy….

W tak zwanym międzyczasie nieoczekiwanie zaatakowany zostaje jeden ze współpracowników Watsona, a dobry doktor, czując, że to wszystko znaczy troszkę coś więcej, niż się pozostałym wydaje, wybiera się po pomoc do Londynu.  Tę pomoc oczywiście uzyska: co prawda Sherlock Holmes jest w środku sprawy – w związku z czym widzimy, jak strzela do ściany, tym razem nie po to, by z nudów wypisać VR dziurami od kul, ale by sprawdzić ważną hipotezę – ale to nie znaczy, że usłyszawszy o ataku, nie uzna go za interesujący i godny zbadania. Ustaliwszy, że nie mógł to być duch, a przynajmniej nie dobrze wychowany duch (Watson: Ghosts don't stab people in the neck. Or do they? Holmes: Not the well-bred ghosts, no), panowie ruszają do hrabstwa Northumeberland, by tam, oczywiście, znaleźć pierwszego trupa I rozpocząć śledztwo. Własne śledztwo prowadzi również policja, w postaci (przystojnego I tradycyjnie niezbyt kompetentnego) inspektora Lestrade’a. Ofiarą jest jeden z braci Musgrave’ów, a upatrzonym przez Lestrade’a zabójcą – oczywiście cudzoziemiec, amerykanski officer-rekonwalescent, zakochany ze wzjemnością w pannie Sally Musgrave. Lestrade’owi trudno się dziwić: jako że braciszkowie niespecjalnie ucieszyli się z takiego absztyfikanta siostry, a ten z kolei sobie nie dał w kaszę dmuchać, doszło do awantury między dziedzicem rodu, Geoffreyem, a Amerykaninem; posypały się groźby, a kiedy następnie znaleziono Geoffreya martwego, podejrzany wydawał się oczywisty…

 

Basil Rathbone (Holmes) 


Śledztwo nabiera tempa po tym, jak zgodnie z rodzinną tradycją panna Sally, jako dziedziczka kolejnego dziedzica, wyrecytowała nad ciałem brata formułę rytuału Musgrave’ów  (że była burza, piorun wpadł do środka i zniszczył starą zbroję, nie muszę dodawać, prawda?).  Wkrótce ginie drugi z braci (i przydaje się do czegoś fabularnie karczma i jej kruk), inspektor Lestrade znajduje nowego podejrzanego, a my, wraz z Holmesem, zastanawiamy się – dlaczego ponury służący Brunton zna na pamięć słowa rytuału? Rytuału który, zresztą, całkowicie różni się od tego z opowiadania – ten filmowy oparty jest, jak się dość łatwo domyślić nawet słysząc go po raz pierwszy, na partii szachów, prowadzi też do innego rozwiązania i innego skarbu. Potem Holmes rozgrywa niezbędną partię szachów żywymi figurami, Lestrade przewidywalnie gubi się w tajnych przejściach, a dom, na czas poszukiwania zabójcy zostaje zamknięty, co nie robo zbyt dobrze dotkniętym PTSD pacjentom-żołnierzom…. Ostatnia część – Holmes rzekomo wyjeżdża po niezbędne mu chemikalia, Lestrade, Watson i reszta lekarzy mają strzec domu, zagadki i panny Musgrave  - zaczyna się ostrym suspensem, ale zaraz potem przechodzi w komedię (Watson jako strażnik) i kończy się konfrontacją między Holmesem a – przyznaję, nieoczekiwanym – mordercą.

 

Nevermore (no, mniej więcej)


Cóż jeszcze? Holmes jest, jak zwykle, geniuszem. Część roli komicznej przejmuje tu Lestrade, co pozostawia Watsonowi trochę więcej miejsca na bycie przede wszystkim fachowcem-lekarzem – i na dobre mu to wychodzi; choć, i owszem, komiczną scenkę pt. „idę – nie idę – idę – nie idę – idę” oczywiście ma. Fabuła jest spójna i konsekwentna, odejścia od opowiadania uzasadnione (scena szachów jest filmowo na pewno bardziej efektowna, niż byłoby odczytywanie rytuału takiego jak w opowiadaniu), nawet mimo nieco rozwleczonej sceny konfrontacji Holmesa z głównym złym i mimo faktu, że rozwiązanie z opowiadania (czyli to, co konkretnie skrywa rytuał Musgrave'ów) ma nieco więcej sensu. Lubiącym klasycznego Sherlocka Holmesa zdecydowanie polecam.



Czyli ten odcinek, w którym profesor Moriarty po raz pierwszy kradnie klejnoty koronne z Tower.

 

The Adventures of Sherlock Holmes, reż. Albert R. Werker, scen. Edwin Bloom, William Drake na podstawie sztuki Williama Gilette'a, 1939

 

George Zucco (1886-1960) przez większość swojej kariery grywał głównie czarne charaktery i szalonych naukowców. Nic dziwnego, że ma w dorobku także i rolę profesora Moriarty'ego.

 

Mam wrażenie - jako fanka Sherlocka Holmesa od jakichś 30+ lat - że wśród rzeczy, których fani Holmesa chcieliby od sir Arthura Conan Doyle'a najbardziej, na wysokim miejscu byłoby "więcej Moriarty'ego". Casus kanonicznego profesora jest taki, że poznajemy go w opowiadaniu, w którym ginie, a następnie zostaje wstecznie wprowadzony do dziejącej się wcześniej, ale napisanej później Doliny strachu. Mamy jeszcze uwagi na jego temat w Pustym domu i - tyle. Mało. MAŁO, zdecydowanie, jak na arcyvillaina i przodka całego typu czarnych charakterów typu "osobista nemesis bohatera".

Oczywiście na pomoc czytelnikom rzucili się natychmiast twórcy Holmesowych apokryfów, w tym także tych oficjalnie zaaprobowanych przez sir Arthura Conan Doyle'a. Jednym z nich była pięcioaktowa sztuka Sherlock Holmes, napisana oryginalnie przez samego Doyle'a, ale całkowicie przerobiona, za jego zgodą, przez aktora i dramaturga Williama Gilette'a. Gilette zagrał także rolę Holmesa w londyńskiej premierze z roku 1899.

Z tej sztuki - w której między innymi Sherlock Holmes się zakochuje - niewiele pozostało w nominalnie opartym na niej scenariuszu drugiego filmu duetu Rathbone - Bruce. W zasadzie jedyne, co tu mamy z treści sztuki, to rywalizacja Holmesa i Moriarty'ego; intryga z albatrosem i historia rodziny Brandonów to już pomysły scenarzystów.

A scenarzystom (był wśród nich późniejszy autor Stalagu 17, Edwin Bloom) film się zdecydowanie udał. Nie dość, że dość skomplikowaną intrygę do dziś ogląda się dobrze i z zainteresowaniem, to jeszcze pewne sceny skojarzy każdy, kto widział ostatnie adaptacje Conan Doyle'a. Pamiętacie, jak Holmes-Robert Downey Jr. tresował, ku rozpaczy Jude'a Lawa - Watsona, muchy? No więc Holmes Rathbone'a robił to pierwszy. Że już nie wspomnę o fakcie, że ten film zaczyna się od procesu, w którym Moriarty wbrew wszystkiemu zostaje uniewinniony, by następnie zająć się morderstwami będącymi zasłoną dymną, szmaragdem będącym zmyłką i klejnotami koronnymi w Tower. 

Yup, spory kawałek fabuły The Reichenbach Fall jest m.in. grą z tym klasycznym Holmesowym filmem.

 

Widz spragniony bliższej znajomości z profesorem Moriartym może go sobie tutaj pooglądać do woli - pojedynek między nim a Holmesem jest w tym filmie jednym z głównych motywów. Jest on przy tym zgrabnie spleciony z historią, którą Moriarty podsuwa Holmesowi, by go oderwać od śledztwa w sprawie, która naprawdę naszego demonicznego profesora interesuje. Ten motyw to historia Ann Brandon i jej brata: niedługo wcześniej w tajemniczych okolicznościach zmarł ich ojciec, a teraz Lloyd Brandon, jak ojciec przed nim, otrzymał tajemniczy list z rysunkiem przedstawiającym mężczyznę z zawieszonym na szyi martwym albatrosem...Lloyd wkrótce ginie, a Holmes i Watson będą musieli polegać na pomocy Ann, by rozwiązać zagadkę jej rodziny....

 

Ida Lupino (1918-1995), która tu jako młoda aktorka kompetentnie zagrała Ann Brandon, została potem jedną z pierwszych reżyserek, scenarzystek i producentek, pracujących z sukcesami dla kina i TV

 

Holmesowi nie umyka literacka aluzja w scenie z albatrosem - i, dokładnie tak jak Moriarty podejrzewał, wielki detektyw zajmuje się tym, co zagadkowe i nieprzewidywalne, zamiast wywiązać się z obietnicy i przyjrzeć nieudolnym groźbom w sprawie kradzieży pewnego szmaragdu... Jako że musi jednak coś z tym zrobić, do tej sprawy deleguje doktora Watsona - a cała sekwencja scen w Tower, która w związku z tym następuje, daje Nigelowi Bruce'owi kolejną okazję do ogrania śmiesznostek Watsona i pokazania go jako nieco zadufanego w sobie, komicznego i średnio, po prawdzie, kompetentnego pańcia. Ten trend będzie zresztą powtarzał się w kolejnych filmach tej dwójki. Elementów komicznych jest tu zresztą więcej - jest też Watson podczas włamania do Moriarty'ego i Holmes jako śpiewak wodewilowy na party u pewnej eleganckiej damy...

Ha, to się ciągle bardzo dobrze ogląda. Dla wielbicieli Sherlocka Holmesa zdecydowanie do obejrzenia.

sobota, 20 stycznia 2018

The Hound of the Baskervilles, reż. Sidney Lanfield, scen. Ernest Pascal, 1939

 

 

 

Basil Rathbone, podobnie jak później Jeremy Brett, urodził się, by grać Sherlocka Holmesa. Jego wersja wielkiego detektywa dla wielu pozostała kanoniczną -i, paradoksalnie, często mówimy tu o ludziach, którzy jego Holmesa nigdy świadomie nie widzieli.

Tym ciekawiej jest zauważyć, co się dzieje na początku tej legendy: w pierwszej adaptacji z parą Rathbone – Bruce, w roku 1939, kiedy obaj panowie spotkali się, jako Holmes i Watson, na planie Psa Baskerville’ów.  Scenarzyści, wówczas jeszcze ewidentnie nie cierpiący na powszechną dziś w Hollywood obsesję na punkcie origin story, postanowili nie dawać nam na początek spotkania Holmesa z Watsonem i Studium w szkarłacie, zamiast tego skupiając się na gatunkowo chyba najbardziej eklektycznej z historii Doyle’a, Psie Baskerville’ów.

 

Richard Greene (sir Henry)
i Wendy Barrie (Beryl Stapleton, jego ukochana)



Adaptacja Sidneya Lanfielda jest bardzo wierna fabule powieści Doyle’a: mamy wrzosowisko, dom Baskerville’ów, sąsiadów i ich sprawki, służącego (który się tu nazywa Barryman, żeby się nie mylił z supergwiazdą), jest zbiegły przestępca i wielki pies na bagnach i romans i Holmes udający komiwojażera… Jednocześnie warto jednak podkreślić, że to, jak dobrane są pewne elementy, co jest naświetlone, a co zepchnięte na dalszy plan, też wiele mówi.

Charakterystycznie, w tym filmie na liście obsady na pierwszym miejscu są popularny w latach 30. amant John Greene, grający sir Henry’ego Baskerville’a i partnerująca mu jako obiekt jego uczuć Wanda Barrie – konkretniej, są oni numerami jeden i trzy listy obsadowej. Między nimi jest Basil Rathbone, a Nigel Bruce został relegowany do numeru co prawda jeden, ale na liście pt. „W pozostałych rolach”. Jest to o tyle bez sensu, że akurat w tym filmie rola Watsona jest szczególnie ważna i znacząca – ale też wyraźnie podkreśla, co wytwórnia 20th Century Fox chciała w tym filmie wyciągnąć na pierwszy plan.

Pies Baskerville’ów – to znaczy powieść będąca wyjściowym materiałem tego filmu – jest z definicji powieścią kryminalną, z zagadką stojącą w jej centrum; tak mają w końcu wszystkie opowieści Conan Doyle’a o Holmesie. Jednocześnie w Psie autor dość skutecznie nas co do gatunku oszukuje: sugeruje, że będziemy mieć do czynienia z powieścią gotycką z elementami być może nawet horroru (Dom na wrzosowiskach! Klątwa rodowa! Potworny pies! Tajemnicze światła, ponury służący, zagadkowa śmierć dziedzica!). W rzeczywistości jednak Psu bliżej do, paradoksalnie, powieści obyczajowej – w tle jest przecież nie tyle klątwa i ogar piekielny, co dziedziczenie, testamenty i małżeństwo… Te elementy obyczajowo-romansowe są w tej konkretnej adaptacji wyraźnie wydobyte na światło i podkreślone – nieprzypadkowo wizyty, spotkania i flirty zajmują tu co najmniej tyle samo czasu ekranowego, co pościgi i malownicze (studyjne) ujęcia wrzosowiska we mgle. Scenki w domu sąsiadów, nieudany seans spirytystyczny, komiczny pieniacz z sąsiedztwa, rozwój romansu sir Henry’ego z panną Stapleton zajmują widza przez sporą część akcji, podkreślając, że Pies…, nie tylko w tej wersji, ma co najmniej tyle samo wspólnego z Dickensem, by nie rzec – z Jane Austen, co z M. G. Lewisem….

Szalenie ładnie poprowadzona jest tutaj postać Watsona. Nigel Bruce nie wygląda jeszcze aż tak bardzo jak emerytowany wujaszek, a i postać, którą kreuje, ma mniej elementów komicznych, a więcej – awanturniczych. Watson jest tu, dla fabuły i ze względu na poświęcony mu czas ekranowy, zdecydowanie ważniejszy od Holmesa. Dostaje też szanse, że pokazać się jako odważny, zdecydowany i rozsądny facet, eks-wojskowy, w którego kompetencje trudno wątpić. Bardzo, bardzo mi się też podoba to, jak reaguje, odkrywszy podstęp Holmesa – jest urażony i wściekły, że został oszukany przez przyjaciela, oświadcza, że mu tego nie zapomni i Holmes musi się trochę postarać, zanim zyska jego wybaczenie.

To jest, generalnie, bardzo wierna i udana adaptacja – i często potem przywoływana; wystarczy zobaczyć, jak wiele z tej klasycznej adaptacji widać w pozornie zupełnie innych Psach z Baskerville duetu Gattiss – Moffat, żeby się przekonać o jej znaczeniu dla rozwoju zjawiska pt. filmowy wizerunek Sherlocka Holmesa.

piątek, 19 stycznia 2018

 

Dressed to Kill, reż. Roy William Neill, scen. Frank Gruber i Leonard Lee, 1946

 

Miałam ja ostatnio urodziny, a w ramach prezentu urodzinowego kupiłam sobie między innymi coś, co chciałam mieć od dawna: kolekcję filmów o Sherlocku Holmesie i doktorze Watsonie. Kolejną, znaczy. Tym razem padło na uzupełnienie moich Holmesowych zbiorów o czternaście klasycznych filmów z Basilem Rathbonem i Nigelem Brucem. Kręcone w latach 1939-1946, filmy duetu Rathbone - Bruce obejmowały zarówno dość wierne przeniesienia na ekran poszczególnych opowiadań lub powieści Conan Doyle'a ?(Pies Baskerville'ów, 1939) i sztuk o Holmesie (The Adventures of Sherlock Holmes, 1939), luźniejsze adaptacje, często łączące wątki kilku tekstów (The Spider Woman, 1944), aż po scenariusze oryginalne (Sherlock Holmes in Washington, 1943).

Decyzja o daniu Basilowi Rathbone'owi roli Holmesa była natchniona: miał do tej roli talent, warunki, typ fizyczny i pomysł, jak ją zagrać. Jego Holmes - chłodny, perfekcyjny, elegancki w zachowaniu, ale potrafiący się znaleźć w każdych warunkach, bardziej intelektualny niż melancholijny, mistrz dedukcji, ale łagodzący swój zimny geniusz odrobiną życzliwości (patrz - fakt, że ewidentnie umie rozmawiać z małymi dziewczynkami!) - dla wielu i na długo był Holmesem idealnym (po nim, w takim stopniu,  był nim chyba tylko Jeremy Brett). Zaskakujące, jak niewiele się ta kreacja zestarzała.
Towarzyszący mu w roli Watsona Nigel Bruce także stworzył archetypową kreację - a mianowicie na długie lata wykreował wizerunek doktora jako jowialnego, ciamajdowatego, niezbyt bystrego, ale bezwzględnie lojalnego miłego wujaszka. Może najmniej widać to w pierwszym z cyklu Psie Baskerville'ów - ale kiedy dochodzimy do naszego dzisiejszego tematu, Dressed to Kill, taka kreacja Watsona jest już mocno ustalona. Aktorzy grający tę rolę po Nigelu B. mieli równie trudne zadanie wyjścia z jego cienia, co odtwórcy roli Holmesa po Rathbonie... 

Oficjalnie cykl rozpoczął się w 1939, od Psa Baskerville'ów, ale my - ze względu na moją chęć powrotu do akurat tego filmu - zaczniemy od Dressed to Kill, a więc - od końca.

 

 

Patricia Morison, która, z jej urodą, klasą i faktem, że była szkoloną mezzosopranistką, byłaby Ireną Adler idealną.

 

Ostatnie z cyklu, Dressed to Kill, ma bardzo dobrze napisaną i wymyśloną fabułę, opartą dość luźno na Sześciu popiersiach Napoleona. Na niewielkiej, raczej taniej aukcji zostają sprzedane trzy pozytywki, wyprodukowane, o czym wiemy z przedakcji, przez więźniów z zakładu karnego w Dartmoor. Jedna trafia w ręce młodej właścicielki sklepiku z różnościami, druga ? do ojca szukającego prezentu dla małej córeczki, a trzecia staje się własnością nieco ekscentrycznego kolekcjonera, który przypadkiem jest także starym kumplem doktora Watsona. Julian Emery może lekceważyć dziwne włamanie, którego padł ofiarą ? w końcu ukradziono najmniej cenną z jego pozytywek, prawie identyczną jak ta, którą właśnie nabył! ? a Watson może, jak to ten Watson, nie zwrócić uwagi, ale Holmesowi, jak zwykle, niewiele umknie?

Dressed to Kill zaczyna się od wspomnienia o Irene Adler i jej roli w życiu Holmesa ? a po prawdzie tutejsza główna przeciwniczka Holmesa, grana przez Patricię Morison Hilda Courtney, jest, pod wieloma względami, wariantem Adler. Inteligentna i bystra, a przy tym bezwzględna, mistrzyni przebrań i udawanego akcentu, zdeterminowana szefowa grupy chcącej odzyskać skradzione płyty służące do drukowania  fałszywych pięciofuntówek, pod wieloma względami wystylizowana na hollywoodzką femme fatale, panna Courtney bardzo przypomina jedną z popularnych wersji rozwoju postaci Adler. Autorzy powieści, filmów i innych adaptacji Sherlocka Holmesa bardzo przecież chętnie robią z Adler superprzestępczynię ? którą tutaj Hilda niewątpliwie jest. Dyskusja o Adler na początku podpowiada zresztą, że już w 1946 scenarzystom takie skojarzenie także przyszło do głowy ? podobnie jak autotematyczna refleksja Holmesa, przypominającego Watsonowi, że panna C. ograła go dokładnie tak, jak ? w opisie samego Watsona ? Holmes usiłował ograć pannę Adler...

Moim ulubionym chyba trickiem w Dressed to Kill jest to, jak używana jest w nim muzyka i tejże muzyki rola w życiu Sherlocka Holmesa. Rozwiązanie zagadki kryje się tu mianowicie w fakcie, ze na pierwszy rzut ucha wszystkie trzy pozytywki, o których mowa, grają tę samą melodię ? a tak przynajmniej zdaje się przypadkowym słuchaczom, jak doktor Watson i znacząca część, jak podejrzewam, widowni. Sherlock Holmes natomiast, muzyk-amator z ewidentnie dużą wiedzą, nie tylko jest w stanie zanucić po jednokrotnym usłyszeniu jej wersję z pierwszej pozytywki, ale i zauważyć, że kolejne minimalnie różnią się od siebie? Daje to filmowcom pretekst do zaprowadzenia nas, razem z bohaterami, do pewnej nader malowniczej knajpy, posłuchania piosenki i spotkania się z jednym z typowych Holmesowych informatorów z półświatka (ech, informatorzy z półświatka w filmach z tamtych czasów?).  

Tradycyjnie, jak zwykle w przypadku Holmesów z Rathbonem i Brucem, grany przez tego ostatniego doktor Watson jest ? bardziej niż czymkolwiek ? komicznym przerywnikiem, którego rolą jest, poza zachwycaniem się mądrością swego najlepszego przyjaciela, rozbawianie widza. Bodaj najlepiej wychodzi to w sekwencji od stwierdzenia Holmesa, że cenną pozytywkę zostawił pod opieką doktora, przez wizytę rzekomej panny Williams, udawany pożar (I see what you did there, writer!) i samozadowoloną uwagę Watsona, że kobiety zawsze tracą głowę w trudnych chwilach (nie to, co on ? w domyśle) sekundę przed tym, zanim się zorientuje, że został gładko ograny i oszukany przez na pozór delikatną i słabą kobietkę?

Powiem tak: te 70+ lat później, to jest ciągle efektowny, wciągający, dobrze się oglądający kryminał. Ze znakomicie pomyślanym Holmesem-dżentelmenem. Ciekawam, o ilu współczesnych wersjach opowieści o mieszkańcach Baker Street 221B będzie to można z perspektywy czasu powiedzieć.

czwartek, 18 stycznia 2018

Niespodziewanie książkę wydawałam.

 

Szłam ja sobie dzisiaj ulicą miasta mojego Krakowa - ulicą, dodajmy, Królewską, koło księgarni - i nagle wzrok mój padł na moje nazwisko na okładce. Na okładce książki, której się nie spodziewałam. Przez moment zastanawiałam się, czy jeszcze śpię, czy też trochę, jakby, mi odbiło.

Weszłam do księgarni, nie obudziłam się. Przemiła pani podała mi książkę, nie obudziłam się. Zapłaciłam, nie obudziłam się. Trzeba było zmierzyć się z rzeczywistością - ta książka była prawdziwa.

Bo, widzicie, było tak. Jakoś w 2010 ja i Agnieszka Fulińska, współautorka tej książki, napisałyśmy ją na zamówienie wydawcy. Książka się napisała, zredagowała, zrobiło się korektę i tak dalej i w ten deseń, wydawnictwo solidnie i terminowo zapłaciło umówione honorarium - po czym okazało się, że z powodów marketingowych książki nie wyda. Nad naszą mitologią na osiem lat zapadła cisza.

No to wyobraźcie sobie moją minę dzisiaj, jak to zobaczyłam w księgarni.

 

Jestem... zaskoczona. I zadowolona. I serdecznie się polecam ewentualnym czytelnikom.

niedziela, 07 stycznia 2018

... i, czasami, ich siostry jako ich zastępnik.

 

Andrea Appiani

Andrea Appiani (1754-1817), Śmierć Hiacynta


Cykl antyczno-mitologiczny na tym blogu jest nieregularny, ale miewa się całkiem nieźle - a dziś właśnie postanowiłam, pod wpływem lektury, dołożyć do niego kolejny tekst.

 

Merry-Joseph Blondel

Merry-Joseph Blondel (1781-1853), Śmierć Hiacynta

Obrazki trochę to zdradzają, prawda? Mowa będzie mianowicie o micie o Hiacyncie oraz o jego przeszłości (czyli pospekulujemy o tym, jak mogła wyglądać ta opowieść, zanim trafiła w ręce poetów i pisarzy greckich, dzięki którym ją znamy) i przyszłości (czyli o tym, co się z nią działo w czasach, kiedy opowieści o namiętnej erotycznej miłości boga do młodzieńca niekoniecznie spełniała wymagania typowej szkolnej lektury).

 

szkoła włoska

Warsztat Caravaggia (?), Śmierć Hiacynta

W swojej wersji, powiedzmy, bazowo-romantycznej (znanej na przykład z Metamorfoz Owidiusza i, paradoksalnie, z normalnie raczej kpiącego sobie ze wszystkiego Lukiana (Rozmowy bogów) mit o Hiacyncie wygląda tak. Hiacynt, młodzieniec niezwykłej urody, był synem króla Sparty Oebalusa (lub Lakedaimona) i ukochanym Apollina. O tę miłość między bogiem a młodzieńcem zazdrosny był jednak śmiertelnie Zefir, bóg wiatru zachodniego, od dawna w Hiacyncie bez wzajemności zadurzony. Zefir uznał w końcu, że skoro on nie może mieć Hiacynta, nikt nie może -  i kiedy Apollo z kochankiem zabawiali się rzucaniem dyskiem, Zefir, który był przecież bogiem porywów wiatru, szarpnął dyskiem Apollina tak, że ten trafił Hiacynta prosto w głowę. Chłopak zginął na miejscu, a zrozpaczony bóg z jego krwi stworzył kwiat hiacyntu.

No dobra, nie całkiem hiacyntu: ten hiacynt od Hiacynta to nie jest tak całkiem nasz hiacynt.

 

Nichola Rene Jollain

Nicholas-Renè Jollain (1732-1804), Śmierć Hiacynta

Jak się w źródła antyczne wczytamy, jednakowoż, to pojawi się nam kilka dodatków do tej wersji mitu. Pierwszym z nich jest fakt, że Hiacynt nie był takim sobie pięknym młodzieńcem: według greckiego mitografa (pseudo-) Apollodora, zanim w życiu Hiacynta pojawili się bogowie, jego kochankiem był Tamyris, tracki śpiewak, który, zobaczywszy Hiacynta, jako pierwszy mężczyzna zakochał się w innym przedstawicielu własnej płci. Byłby więc, w tej wersji przynajmniej, Hiacynt pierwszym idealnym ukochanym młodzieńcem, eromenosem, w ludzkim świecie.

Jakby tego było mało, hellenistyczny mitograf Partenios z kolei uważał, że rodzoną siostrą Hiacynta była inna słynna nieszczęśliwa ukochana przez Apollina osoba - Dafne. Tak, ta co wolała przemienić się w drzewo laurowe niż ścierpieć awanse boga.

Kolejna wersja mitu wiąże się z popularnymi w ateńskim malarstwie wazowym obrazkami, przedstawiającymi Zefira i Hiacynta. O, takimi. Albo takimi

Te obrazki, dość bezdyskusyjnie, przedstawiają sceny seksu (ja mogę opisać detale co do pozycji itd., ale pytanie, kto chce? To jest jednak trochę obok tematu wpisu). Wskazywałyby one raczej na wersję, w której Hiacynt porzucił poprzedniego kochanka/kochanków dla Apollina i za to został przez Zefira, rękami Apollina, zamordowany. 

 

Kiselyov

Aleksander Kiseliow (1838 - 1901), Śmierć Hiacynta

 

Co ciekawe, mity nie tylko przedstawiają Hiacynta jako unieśmiertelnionego przy pomocy metamorfozy; utożsamienie z Hymenajosem i samym Apollinem wskazuje na jakąś wersję opowieści o jego życiu po śmierci i deifikacji.

Z tym ostatnim aspektem wiążą się Hyakinthia - wielkie święto ku czci Hiacynta, obchodzone w Amyklai w Lakonii, niedaleko Sparty. Trzydniowe uroczystości upamiętniały śmierć i zmartwychwstanie młodego kochanka Apollina: pierwszy dzień był poważny, żałobny, kiedy Hiacynta opłakiwano. Drugiego dnia świętowano jego powrót do świata żywych: bawiono się wspólnie (nawet heloci, normalnie pozbawieni praw, mogli uczestniczyć w tych świętach), ucztowano razem w namiotach, śpiewano pieśni ku czci Apollina. Niewiele wiemy o trzecim dniu Hyakinthiów - być może celebrowano wtedy misteria albo odbywały się zawody sportowe? Kiedy patrzymy na późniejsze obrazy przedstawiające Hiacynta, widzimy omdlewającego, delikatnego młodzieńca; warto jednak pamiętać, że grecki ideał młodego kochanka podkreślał raczej atletyczność, fizyczną sprawność i wysportowanie niż eteryczną urodę i delikatność...


 

Jean Broc

Jean Broc (1771 - 1850), Śmierć Hiacynta

 

Ciekawie byłoby przyjrzeć się, skąd się wziął ten mit, jakie ma paralele i jak go interpretować - James George Frazer w swojej szalenie wpływowej Złotej gałęzi widział w Hiacyncie umierające i zmartwychwstające bóstwo przyrody, ale Złota gałąź ma już sto lat z hakiem i pojawiły się także i nowe teorie, związane z badaniami nad postaciami herosów i nad koncepcjami deifikacji w micie greckim. Warto też jednak przyjrzeć się nie tylko przeszłości, ale i dalszym losom Hiacynta.

Sam przegląd obrazów w tym wpisie podpowiada, że mamy do czynienia z postacią, która przetrwała starożytność i była często przywoływana w sztuce późniejszej. Nietrudno też, patrząc na te obrazy, wydedukować, że opowieść o Hiacyncie (podobnie jak podobnym do niego narracyjnie Kyparissosie) była dla artystów wygodnym pretekstem dla ukazania pięknej męskiej nagości / homoerotycznej fascynacji i/lub wystylizowanej, podkreślającej bezsilne piękno młodzieńca, sceny śmierci. Znaczy, mogli to wszysko pokazać w mitologicznym kostiumie, jeżeli tylko chcieli.

A jeżteli nie chcieli? Dzisiejszy wpis narodził się trochę z takiej właśnie sytuacji - z lektury łacińskiego libretta do pierwszej, dziecięcej opery Mozarta, zatytułowanej Apollo et Hyacinthus, sive Hyacinthi metamorphosis (Apollo i Hiacynt, albo metamorfoza Hiacynta). Kiedy ją napisał, Mozart miał jedenaście lat; wykonywali ją nastoletni salzburscy studenci i ich nauczyciel, a libretto napisał duchowny-profesor uniwersytetu. W roku 1767, dodajmy. No nie bardzo, biorąc pod uwagę specyfikę czasów, była tu szansa na opowieść o homoseksualnym pożądaniu. 

Jak poradził sobie z wyzwaniem wielebny Rufinus Widl, autor libretta? Ano, nakomplikował. Apollo, Zefir i Hiacynt pozostali w centrum uwagi, ale trójkąt opiera się na zazdrości o przyjaźń, nie o miłość. A przynajmniej nie o miłość Hiacynta - spartański królewicz jest obiektem rywalizacji jako najlepszy przyjaciel, ale i Zefir, i Apollo rywalizują też o rękę jego siostry, Melii. A ponieważ i Hiacynt, i Melia, wybierają Apollina, to zazdrosny Zefir zabija... Hiacynta, Apollo zaś zamienia go w kwiat.

Fabularnie wprowadzenie postaci Melii tylko miesza - wydarzenia są znacznie słabiej umotywowane niż w oryginalnej opowieści Owidiusza, która była podstawą libretta (czemu zabić brata, nie siostrę, o którą bardziej tu w sumie chodzi?). Niemniej, warto o nim wiedzieć, jeśli się lubi mitologię i jej recepcję - bo na przykładzie Apollina i Hiacynta bardzo ładnie widać, jak pokrętne i dziwaczne bywały jej losy w społecznościach, których  system wartości i norm kulturowych różnił się od greckiego i które, żeby móc zachować te historie, musiały je przetworzyć na własny obraz i podobieństwo. 

 



 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 36
| < Wrzesień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
O autorze
Zakładki:
Autorzy
Blogi
Miejsca: różne
Omnia mea
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...