poniedziałek, 21 maja 2012

Wpis miał być osiemnastego maja, ale złodziej, który ukradł mi portfel i pamiątki z torebki, jakoś odebrał mi chęć zabawy. No, ale już mi trochę przeszło, ergo - nadrabiam braki.

Od jakiegoś czasu w swoje urodziny/imieniny wrzucam tutaj swoje rozmaite produkty literaturopodobne. Tym razem poważnie rozważałam fanfik crossoverujący Sherlocka Holmesa (no, raczej doktora Watsona) między The Final Problem a The Adventure of the Empty House z Harrym Potterem (to powiedziałam ja, która nie przepadam za crossoverami), ale ostatecznie padło na to, co poniżej, z powodów, powiedziałabym, umoralniająco-anegdotycznych
To jest, otóż, napisane w tym roku i ma 3 strony, 2000 słów. No ale - tak naprawdę, to jest zrobiona w tym roku przeróbka pierwszej większej rzeczy, jaką skończyłam. Rok był 1995; rzecz miała 50 stron, napisanych na maszynie, bez marginesów. 

Jezuuuu, jakie to było denne. A materiału w tym było - może! - na trzy strony, 2000 słów. Przerabianie tamtego na to poniżej było niezłą lekcją pokory, niezależnie do wartości tego, co powstało. 

 

 

Rododendron-wieczór, by ninedin

 

 

 

Duch Amandy. Historia miłosna.

 

 

Dwanaście lat i sześćdziesiąt dziewięć dni po tym, jak Amanda Martell umarła, David Conway zdołał w końcu przespać się z jej duchem.

Oczywiście, nie chodziło tak naprawdę o spanie: David w końcu zasypiał w towarzystwie ducha Amandy dosyć często. Szczerze mówiąc, za każdym razem, kiedy kładł się i nie mógł spać, bo coś było nie tak, bo czuł się przybity, nie mógł pisać, pokłócił się z Tricią – przywoływał ze swojej pamięci Amandę i wyobrażał ją sobie w fotelu obok, na swoim własnym ulubionym miejscu. Widział ją siedzącą ze splecionymi rękami, z potarganymi czarnymi włosami – zbyt długimi, tak naprawdę, na krótkie – rozsypanymi wokół twarzy, zupełnie taką samą, jak lata temu, w biurze, i za każdym razem, kiedy tylko zdołał się upewnić, że ona rzeczywiście tam jest, sen w końcu przychodził i pozwałał zapomnieć kłopoty choćby do rana. Króko mówiąc, Amanda i spanie nie oznaczało problemu; problemem był seks.

I żeby naprawdę wszystko było jasne: David nigdy nie przespał się – w sensie, nie uprawiał seksu – z Amandą za jej życia. Szczerze mówiąc, sama idea zapewne wydałaby mu się mocno niewłaściwa.

 

Dawno, dawno temu, zanim stał się pisarzem znanym ze swojej umiejętności opisywania ludzi na życiowym zakręcie, David Connoly miał zupełnie inną pracę. W tamtej pracy siedziało się w pokoju o białych ścianach, wśród szumów i hałasu. W tamtej pracy David robił użytek z pozornie mało praktycznej znajomości ponoć dość trudnego języka: czytał, pisał, analizował, raportował, wyciągał wnioski i nigdy sie nie nudził. W pokoju poza nim byli inni ludzie od innych języków; była wśród nich kobieta, jego szefowa, drobna i ciemnooka. miała potargane czarne włosy i długie, mocne palce. Spotkali się w jego pierwszym dniu pracy i jej pierwszym szefowania; uśmiechnęła się, kiedy powiedział “Wookie”; była w jego wieku i też lubiła indyjską kuchnię. Nikt, kto ją zobaczył w czarno-różowej sukience z dżetami i frędzlami nie uwierzyłby, że nadawała się do tej pracy; nikt, kto z nią przez miesiąc popracował, nie mógł w to wątpić.

Pracowali razem, rozmwiali, chodzili razem na obiady (jeść curry i gadać), dzwonili do siebie w weekendy, a raz spędzili sześć godzin w aucie i trzy nastepne w kolejce po autograf pisarza. A potem, trzy lata i czterdzieści pięć dni po tym pierwszym spotkaniu, ich komórka dostała w końcu ten telefon, na który czekali. To było dzień po ślubie jego siostry: David, skacowany i niewyspany, wziął sobie wolne. Zadzwoniła do niego i kazała się nie martwić, powiedziała, że sama pojedzie na to spotkanie i że weźmie Chrisa. I tak, ona i Chris Charleston wsiedli w samochód, jej własny, i pojechali na spotkanie, z którego już żywi nie wrócili: dom na przedmieściu okazał się pułapką, czekała na nich tylko paczka, której wybuch słychać było aż w cetrum miasta. Oczywiście, nikt nie przeżył.

Oczywiście, jak się okazało, przy przygotowaniu operacji popełniono kardynalne błędy, z czego większość, oczywiście, była winą osób, które już nie żyły. Tym, którzy żyli, szefostwo zrobiło dziką awanturę, po czym delikatnie zasugerowało zmianę pracy. David rzucił pracę, przez sześć miesięcy koczował u siostry, a potem napisał książkę i poznał Tricię pogodynkę. Rok później kupił jej pierścionek i poprosił, żeby wybrała odpowiednią datę.

.

A potem, po dwunastu latach i sześćdziesięciu trzech dniach, Amanda wróciła.

Żeby już wszystko było jasne: David chyba nigdy do końca nie wiedział, że Amanda jest duchem. Jak duch wkroczyła z powrotem w jego życie: pewnego wieczora, w burzy i ulewie, stanęła pod świerkiem w ich ogrodzie. Deszcz spływał jej po włosach, bose stopy miała całe w błocie, a jej mokra czarna sukienka przykleiła się do ciała. Żona Davida zaczęła krzyczeć, kiedy zobaczyła jej twarz za oknem, ale on sam otworzył jej drzwi i wpuścił ją do środka, przemokniętą, przerażoną, niezmienioną. Weszła z ciemności do jasnej kuchni i z powrotem do jego świata, powiedziała, że nic nie pamięta, tylko jego imię i spytała go, czy wie, co ona tu robi.

 

Sześć dni później siedzieli we dwójkę w jego gabinecie i próbowali się dowiedzieć, co się właściwie te dni i lata temu stało.

Jeszcze jedno niezbędne wyjaśnienie: możliwe, że sama Amanda nie miała pojęcia, że jest duchem. Chociaż, może i miała: w końcu zasugerowała, że rozwiązaniem zagadki ostatnich dwunastu lat może być coś tak idiotycznie serialowego jak amnezja.

Tak więc oboje byli zajęci dość bezskutecznym rozwiązywaniem zagadki; pokój był pełen ciepłych cieni, wrześniowe słońce powoli zachodziło i własnie wtedy David po raz pierwszy naprawdę zwrócił uwagę na fakt, że dwa górne guziki jej bluzki są rozpięte.

Dotarło do niego nagle, że ta kobieta była wszystkim, co stracił: o dwanaście lat za młoda, ciągle świetna w tym, co robili (przyglądał się, jak czyta raporty z wypadków, zaznacza fragmenty, porównuje), ciągle w pół słowa łapiąca jego żarty i odbierająca go, jego myśli i to, jaki był, jak nikt przed nią i po niej. Chiał jej to powiedzieć, wszystko naraz, w jednym zdaniu, którego przez chwilę nie mógł ułożyć, po czym, nagle, wiedział, jak powinno brzmieć.

- Kocham cię, wiesz? - powiedział nagle, niepytany.

 

Oczywiście, to było ciągle stanowczo za mało, żeby się przespać z duchem Amandy.

Zaśmiała się, sztucznie i niepewnie; on sam poczuł, że się rumieni (i pomyślał, jak to głupio musi wyglądać rumieniec przy jego siwiejących włosach); powiedziała coś o prawdziwej przyjaźni i że tak niewielu rozumie, on odpowiedział wiązanką podobnych banałów, ona zacytowała kapitana Kirka i sprawy zaczęły powoli wracać do normalności.

Ale przecież nie końca, oczywiście. Nagle istotny był fakt, że te guziki są rozpięte, albo pamięć o tym, jak mokra sukienka klei się do ciała. I David tak się zagubił w wizjach i wspomnieniach, że przegapił coś naprawdę ważnego; tak się zapatrzył i skupił na swoim “w co ty się właściwie wpatrujesz” i na swoim nagłym zainteresowaniu, że nawet nie zauważył, jak coś się zmieniło w jej oczach, w jej twarzy, podczas czytania kolejnego raportu. Nie zauważył też, jak kolejne fakty – analizowane, łączone, natrętnie i z niedowierzaniem kojarzone z mitami i świętymi księgami, niestety pasujące – układają się w ciąg wydarzeń w jej umyśle; jak, po wyeliminowaniu tego, co niemożliwe, wyłania się powoli, powoli to, co musi być kompletnie nieprawdopodobną prawdą.

Jeszcze jedno objaśnienie: może rzeczywiście Amanda nie od początku wiedziała, że jest duchem. Ale David, myśląc o jej bladej skórze i jej piersiach, kompletnie przegapił chwilę, w której zrozumiała i zaakceptowała, bez chwili wątpliwości, że tak właśnie było.

Co oznaczało, że wiedziała też, po co wróciła.

 

I żeby już na pewno wszystko było jasne: nie powiedziała mu. Nie mogła, bo jak? Wróciła do podsłonecznej krainy z tamtego miejsca w wichurze i śniegu; wróciła do tego człowieka, który ją ściągnął z powrotem, z który miała pewne sprawy do załatwienia i który ją teraz, nieprawdopobodne ale prawdziwe, próbował poderwać. Nie podobała mu się za życia; wiedziała o tym świetnie, nikomu się nie podobała. Ale może bycie nieżywą zmieniało postać rzeczy, a poza tym, nic nie było pewne: w końcu w tamtym miejscu bez pamięci ona i tak pamiętała jedną jedyną rzecz, twarz kogoś bliskiego w niebieskim świetle ekranu.

Włosy miał teraz bardziej szare niż blond, krótsze i rzadsze; wokół jego oczu pojawiła się siatka zmarszczek, ale nie było wątpliwości, że to był ciągle ten sam David i że jej pragnął i że ona jeszcze przecież miała te swoje sprawy do załatwienia.

Była jeszcze kwestia żony i zdrady małżeńskiej; nie wiedziała za bardzo, co o tym sądzić, ale uznała, że jej sprawy są obiektywnie ważniejsze; no i drobna kwestia bycia nieżywą, o której mu nie powiedziała, no bo przecież mogłoby się okazać, że w kwesti seksu bycia nieżywą nie jest jednak jakąś szczególną zaletą.

- Słuchaj – powiedziała, zamiast powiedzieć prawdę; popatrzyła mu w oczy i nie spuściła wzroku pod jego spojrzeniem – Słuchaj, David, chciałam cię zapytać: co ty w zasadzie miałeś na myśli, jak powiedziałeś, że mnie kochasz?

 

Oczywiście, samo to pytanie w żaden sposób nie sprawiłoby, że David Conway chciałby przespać się z duchem Amandy.

Ale to pytanie, w połączeniu ze wspomnieniem mokrej sukienki, z faktem, że ona sama była niezmieniona, z faktem, że wróciła – a skoro ona wróciła, to mogły wrócić też i inne rzeczy, wszystko to, co zabrał czas – to wszystko razem już starczyło. Wziął ją za rękę. Pozwoliła mu pocałować swoją dłoń i wyszeptać, z głową wtuloną w jej włosy, że nigdy nie sądził, nie miał pojęcia i w ogóle mu do głowy nie przyszło i jacy oni wtedy byli jednak głupi, a potem pozwoliła sobie na krótki moment zapomnienia o tym, że była martwa i że w ogóle miała jeszcze jakieś sprawy.

W gabinecie nie było łóżka, tylko malutka, jednoosobowa sofa. Amandzie najpierw zaciął się zamek w spódnicy, a potem zaplątała się we własne rajstopy; on miał na sobie skarpetki nie do pary, obie czarne, tyle że jedną dłuższą. Ale było – dobrze, on był dobry w tym, co robił, i ona sama czuła się zupełnie jakby ciągle żyła. Powiedział jej urywanym szeptem, że jest piękna i że nigdy nie zauważył, jaką ma jasną cerę (bo nie miałam, nie byłam taka blada, kiedy nie byłam martwa, pomyślała, ale zaraz potem kazała sobie przestać myśleć o śmierci i byciu nieżywą). Jej własne ciało wydawało się jej nieważkie, ale przy tym konkretne, namacalne i bardzo pomocne: kiedy pocałował najpierw jej usta, a potem piersi, zareagowało właściwym westchnieniem; szeptało mu odpowiednie słowa, na zmianę komplementy i świństewka, i dotykało go dokładnie tak i dokładnie tam, gdzie było trzeba. Kiedy był gotowy, otwarło się przed nim i poruszało się z dziwacznie zaskakującą skutecznością, póki nie skończyli; a potem, w tej radości, rozkoszy i spokoju nie było już ciała, była ona, przez moment znowu żywa. Prawie żywa; dość żywa, by móc pamiętać, a w sumie o to od początku w całej tej sprawie chodziło.

Żeby wszysto było jasne: duchy, w tym miejscu w wichurze, nie pamiętają. A ona musiała, po prostu musiała sobie przypomnieć. Jak inaczej mogłaby mu pomóc?

 

Nawet się nie zorientował, że umarła w jego ramionach.

To znaczy, nie do końca umarła. Po prostu, kiedy skończyli się kochać i David zasnął, ona wyslizgnęła się po cichu z powrotem w tamto miejsce, z powrotem do umarłych czekających w wyciu wichru i mrozie. W tamtym miesjcu było wczoraj i dzisiaj i jutro, wymieszane, nie do oddzielenia, poznania i zapamiętania, bo przecież duchy w wichurze niczego nie pamiętają. Kiedy się umiera, kiedy się trafia między wicher i śnieg, najpierw zapomina się, jak pamiętać.

No tylko że ona przecież nie umarła, kiedy trafiała tam po raz drugi. Po prostu wymknęła się ze świata ludzi z powrotem do duchów, po tej długiej, cudownej chwili, kiedy znowu prawie żyła. Dzięki temu mogła teraz, w końcu, zobaczyć, zrozumieć i zapamiętać: zapamiętać, zrozumieć i zobaczyć Davida-z-wczoraj, Davida-z-dziś, wszystkich-Davidów-ze-wszystkich-przyszłości. Pełna tej pamięci, wymknęła się znowu ze świata duchów i obudziła się, niemal-żywa, w jego ramionach.

David – David, którego obraz, rozbity i niezrozumiały, był ostatnią rzeczą, jaka została z nią w kraju bez pamięci, David, który przeprowadził ją, nie wiedząc, z powrotem do żywych siłą swojej woli i wyobraźni – ciągle jeszcze spał. Otwarła oczy, budząc się powoli i usiłując odczuć to, co czuło jej ciało, promieniujące ciepłem, skulone w niezbyt wygodnej pozycji na sofie za małej dla dwojga.

Jeszcze nie zdecydowała, czy zostanie, czy zniknie; czy spróbuje być dla niego partnerką czy wróci do bycia przyjaciółką, której zdarzyła się z nim jednorazowa przygoda. Nie wiedziała, co powie jego żonie i poczuła się jak ostatni tchórz, decydując, że to jego, nie jej, sprawa.

Wiedziała, że nie będzie w stanie powiedzieć prawdy żadnemu z nich, wiedziała, że zrobiła coś okrpnego i coś cudownego jednocześnie – i nie miała żadnych wątpliwości, że po raz kolejny drogi jej i Davida skrzyżowały się w tym jedynym, idealnym momencie.

Wyprowadził ją z tamtego miejsca i sprawił, że przypomniała sobie, czym jest. A ona – ona zeszła tam z powrotem i zobaczyła-zapamiętała jego przeszłość i teraźniejszość i wszystkie przyszłości. Wszystkie te wstrętne, bolesne, powolne śmierci, które go mogły czekać – i tę jedną, na którą zasłużył, w cichym domu w zimowe przedpołudnie, za wiele lat. Po tu była – przyjaciółka, partnerka, stróż jakiegokolwiek rodzaju; właśnie po to, żeby zadbać, by w swoim czasie dostał tę właściwą.

 

 

 

Kraków, 2012-02-23



niedziela, 20 maja 2012

Dzisiejszy wpis jest ze specjalną dedykacją dla Rusty Angel. Ona to bowiem napisała mi parę dni temu następujące słowa skrzydlate:


Jeśli jesteś w stanie myśleć coś innego niż "oh wow!" po wyjściu z seansu Avengersów, to znaczy, że Whedon zrobił coś źle. Serio, recenzja, w której tylko wymieniasz rzeczy, które ci się podobały w filmie, robiąc mało dystyngowane "Squee!" to najlepszy typ recenzji.

 

Mówisz-masz. Wczoraj byłam drugi raz w kinie, ergo: proszę bardzo.  Jeszcze nie recenzja, na razie tylko wow factor. W dwudziestu jeden odsłonach.

 


http://www.themarysue.com/wp-content/uploads/2011/08/avengers_loki.jpg

 

 

21 rzeczy i powodów, dla których po pierwszym (i po drugim też) wyjściu z kina pomyślałam oh, wow. W kolejności, w jakiej mi przyszły do głowy.

 

 

21.  Kamuflaż helicarriera i to, że maszyna nie znika całkiem, tylko właśnie wydaje się zamaskowana w powietrzu, ledwie widoczna, ale dopiero, jak się wpatrzysz...

20.  To, jak Loki łapie strzałę w locie, bez wysiłku. I to, co jest sekundę potem.

19. To, jak Loki rozmawia z Czarną Wdową, a raczej - ona z nim, ogrywając mistrza kłamstwa i manipulacji w jego własnej grze. Jedna z IMHO dwóch najlepiej koncepcyjnie pomyślanych scen filmu.

18. Hawkeye. To, jak Jeremy Renner (który mi się z urody podoba nie bardzo) wygląda w kostiumie i - może nawet bardziej - to, jak gra tę postać: spokojnego, opanowanego, wiarygodnego faceta, któremu jednakowoż nie chciałoby się wejść w drogę, tower of strength całego teamu. 

17. Konfrontacja Lokiego z Tonym Starkiem na szczycie Stark Tower. Druga najlepiej pomyślana scena w tym filmie, moim zdaniem. Fantastyczne zderzenie dwóch postaci z dwóch różnych bajek i porządków świata, w scenie, w której żelazna wola i podniosły ton Lokiego-boga napotyka na równie żelazną, ale wypowiedzianą lekkim tonem, ironiczną odpowiedź faceta, który nie rozumie, co znaczy patos (i ciekawe, czemu nie wymienia siebie wśród Avengersów?). Albo, Tony i Loki jako dwa na słońcach swych przeciwnych bogi, z czego jeden trochę bardziej na luzie.

16. A jak już jesteśmy przy Tonym Starku: dialogi Tony'ego Starka z resztą teamu - i te naładowane momentami dwuznacznikami z Kapitanem, i te o nauce z Bannerem, i ciągłe prowokacje do tego ostatniego. Oraz, to że przy Starku to sobie człowiek w pracy nie pogra.

15. Pepper Potts, bo jest zabawna, inteligentna, ciepła i konkretna i trzyma Starka krótko za pewną część ciała. I Gwyneth Paltrow, za to, że to ona, a nie jakaś dwudziestolatka, gra tę rolę, i to bardzo fajnie.  

14.  Ciuchy Marii Hill. I ciuchy Nicka Fury'ego.

13. I ciuchy Lokiego, zwłaszcza to, jak je zmienia.

12. I ciuch Iron Mana, a przede wszystkim to, jak go zdejmuje (plus: maszyna do zdejmowania). Oraz to, jak go zakłada, kiedy go Loki zrzucił z wieży.

11. To, jak latają alienie drakkaro-statki.

10. Bruce Banner i to, jak Mark Ruffalo gra tę postać: na pozór uprzejmego, miłego faceta z gatunku "Lekarze bez granic", którego tylko drobne gesty zdradzają jako potwornie znerwicowanego (i dzięki Rusty Angel, że mi na to zwróciła uwagę).

9.  W ogóle fakt, że BB jest przez większość filmu zasadniczo ekspertem od fal gamma, a nie Hulkiem. 

8. Loki na imprezie w Niemczech, zanim jeszcze odstawi swój show, i to, jak zgrane są tam jego gesty (i ciosy) z muzyką. 

7. Tom Hiddleston (bo chodzi mi o aktorstwo, nie o kwestię), mówiący I don't have one.

6. I Tony Stark (bo tu chodzi mi o kwestię, nie o zagranie), mówiący I think I would just cut the wire w odpowiedzi na heroiczne dulce et decorum Kapitana.

5. Oraz, relacja między Czarną Wdową a Hawkeyem, fajnie napisana, niejednoznaczna, niesentymentalna.

4. Oraz, Tony Stark. Brainy is the new sexy, definitely.

3. Fakt, że nagle lubię Scarlett Johansson. I że bohaterka ma coś do zrobienia w tym filmie i nie jest to zakochanie się w bohaterze. Więcej i mądrzej o tym u Fabulitas.

2. Tekst o suit up.

1. Loki, mówiący if it's all the same to you, I'll have that drink now.

 

Dwadzieścia jeden powodów to chyba dość, żeby chcieć pójść na film jeszcze raz, prawda?

 

 

EDIT: Po dyskusji na facebooku wychodzi na to, że - a, że przytoczę te sceny, które ludzie podrzucali, a ja zapomniałam tu umieścić; nie wiem, jakim cudem, bo ich Oh Wow Factor jest, jak dla mnie wyjątkowo wysoki:

 

  • To, jak Tony Stark zabiera się za psychoanalizę Lokiego, i rozpędza się, i opowiada, jak to Loki, he’s a full-tilt diva… he wants flowers, he wants parades, he wants a… monument built to the sky with his name plastered… po czym orientuje się, tak jak my się zorientowaliśmy sekundkę wcześniej, kogo mu to przypomina i podsumowuje, kompletnie innym tonem, son of a bitch, przy okazji rozwiązując problem, który przed chwilą sam postawił i przez który w ogóle ta analiza się zaczęła. Jakim cudem ja o tej scenie zapomniałam, to nie wiem.

  • Loki, Thor i Tony i cała scena z I'm listening.

  • Fakt, że Nick Fury po śmierci Coulsona nie zamienia się w uniesionego słusznym gniewiem Lidera, tylko manipuluje nimi wszystkimi, jak leci (a oni, na czele ze Starkiem, dają się manipulować!)

  • Thor unoszący się w obronie brata, po czym jednak stwierdzający he's adopted.

  • Loki nacinający się na problemy Tony'ego z sercem.



czwartek, 17 maja 2012

The Avengers, reż. Joss Whedon, scen. Zack Penn, Joss Whedon, wyst. Robert Downey Jr., Chris Evans, Chris Hemsworth, Mark Ruffalo, Scarlett Johansson, Jeremy Renner, Samuel L. Jackson, Tom Hiddleston

 

 źródło: http://shelbyjellybean.tumblr.com/

 

 Zacznę od tego: w sumie, to chciałam dać się uwieść.

Chciałam, choć rozum mówił, że może niekoniecznie będzie z tego coś dobrego. Nie jestem jakąś specjalną fanką Jossa Whedona, przeciwnie - zamierzam niedługo dać Firefly jeszcze jedną szansę, żeby się przekonać, czy/czemu niespecjalnie mi się  podoba to, co bardzo podoba się mnóstwu ludzi ze świetnym gustem. Poza tym niezbyt - jak już chyba wszyscy wiedzą - znam się na komiksach, a na dodatek, chociaż od-obraziłam się na Roberta Downeya Jr., to dalej zostawała jeszcze Scarlett Johansson, którą znielubiłam od razu w Dziewzynie z perłą i nigdy nie przestałam nie lubić. Plus, Hulk. Mogę łyknąć Jekylla i Hyde'a, zwłaszcza w inteligentnej przeróbce, ale Hulk irytuje mnie jak mało co.  

Były też pozytywy, oczywiście: na przykład wspomniany fakt od-obrażenia się, z hukiem, na Roberta Downeya Jr., po tym, jak w obu Iron Manach oglądałam głównie jego. I nagła miłość, wskutek tego, do Roberta Downeya Jr. Albo fakt, że zasadniczo dosyć mi się podobały Avengersowe prequele. Albo, na przykład, Loki. Don't get me started on Loki. Serio, Toma Hiddlestona w Henryku V nie będę mogła doczekać się prawie tak samo, jak następnego sezonu Doktora

No i poszłam sobie w miłym towarzystwie do krakowskiego IMAX-a  - i w sumie nie jestem pewna, czy ja chwilowo jestem wykwalifikowana, żeby o tym filmie pisać. Bo chyba nie całkiem widziałam, co się działo, zza walącego się na mnie miasta, oszołomiona tym, jak wiją się w powietrzu smokostatki najeźdźców, jak tańczą i miotają się w nim bohaterowie. Fabułę przykryli mi też bohaterowie i aktorzy: fakt, że nagle lubię Scarlett Johansson, na przykład, i że odkrywam, jakim cudem ja dotąd nie wiedziałam, kim jest Jeremy Renner, i że naprawdę, da się zrobić postać z Kapitana Ameryki.I jak tu nie kochać Tony'ego Starka, no jak?

No więc sorry, uczciwa recenzja będzie jutro, po kolejnym oglądaniu, na razie jest wielkie WOW.  Dałam się uwieśc, innym i słowy, i wcale się nie wstydzę.  

sobota, 12 maja 2012

Iron Man, reż. J. Favreau, wyst. Robert Downey Jr., Jeff Bridges, Gwyneth Paltrow, 2008


No więc, że się nie znam na komiksach, to już milion razy przyznawałam (i na powieściach graficznych, i które jest które, poza faktem, że czytałam całego w zasadzie komiksowego Neila Gaimana i całego Alana Moore'a). Ale - jako że z paroma fantastycznymi osobami idę jutro do kina - postanowiłam, że nie mogę iść na The Avengers, znając wyłącznie Hulka i Thora, bez przesady. Ergo, obejrzałam Iron Mana w obu wcieleniach - i powiem od razu, następnego dnia kupiłam pierwszą, a dwa dni potem - drugą część na DVD.  



Że po mojej dotychczasowej krótkiej przygodzie z Marvelem i równie krótkiej z serialową i książkową Grą o tron zdecydowanie preferuję Tony'ego Starka nad Catelyn i jej rodzinkę (a połowę z tego robi niestrawna dla mnie jak na razie Arya, tomboy supergirl), to akurat mało dziwne, jak mnie kto zna - troszkę dziwniejszy jest fakt, że to wszystko przez aktora, na którego byłam obrażona, i resztę obsady, której nie lubię. 

No bo tak: z całej Gwyneth Paltrow lubię głównie piosenki jej męża i fakt, że zagrała w jednym z moich ukochanych filmów wszechczasów, Utalentowanym panu Ripleyu - niech mi nikt lepiej nie przypomina Zakochanego Szekspira. Jeff Bridges jest na topie listy dobrych teoretycznie aktorów, którzy mnie irytują (sama w sumie nie wiem, za co, może ze względu na fakt, że grał w mnóstwie filmów, których nie znoszę). A na Roberta Downeya Jra (którego dość podejrzewałam o to, że jest w stanie zagrać wszystko) jestem/byłam śmiertelnie obrażona od czasów Gry cieni. W którym to filmie, powiem to od razu, nie znosiłam jego postaci jak samej zarazy - a zważywszy, że grał jednego z moich odwiecznych herosów i idoli, w kontynuacji filmu, którego pierwsza część mi się podobała, to było to naprawdę spore osiągnięcie. Jako Holmes był zmanierowany, przegięty i w sumie dość żałosny - ergo, jak sobie poczytałam, jaki charakter ma postać, którą gra w Iron Manie, pomyślałam, "No nie, nie, nie wierzę".

No ale. Nagle, to jest Robert Downey  Jr., którego kocha kilka moich przyjaciółek, a ja wreszcie widzę tak naprawdę, za co (stare sympatie z czasów Ally McBeal się nie liczą). Nagle w roli Tony'ego Starka zobaczyłam w nim faceta z tym łajdackim wdziękiem, charyzmą i aktorską inteligencją, o której wszyscy mówili - i to wszystko mimo (z powodu?) faktu, że teoretycznie gra mocno stereotypową postać w filmie o wielkich, mechanicznych kombinezonach.  

Nie wiem, jak innym - mnie go po prostu trudno było nie lubić, i to zarówno za jego playboyowatą stronę, za osobowość wiecznego, złotego, rozkapryszonego chłopca - miał człowiek wrażenie, że Tony Stark naprawdę jest tym, czym Bruce Wayne (głównie w wersji Burtona i Keatona) udaje, że jest - jak i za obsesję na punkcie pracy, histeryczną niezależność i kompletny brak szacunku dla jakichkolwiek społecznych konwencji. Jak to teraz piszę, brzmi to nawet dla mnie samej nieprzekonująco i boleśnie stereotypowo, ale na to, niestety, radę mam tylko jedną: robić to, co ja, przełamać się/znaleźć czas i obejrzeć.  

Co poza tym? Playboystwo Tony'ego byłoby chwilami nieznośne, gdyby nieco nie tonowała go Pepper Potts, na zmianę ironiczna i pobłażliwa i więcej niż trochę zakochana - a Gwyneth Paltrow, za którą naprawdę nie przepadam, robi w tej roli dobrą robotę (i nie ona jedna, w Iron Manie 2 zdecydowanie podobała mi się Scarlett Johansson, aktorka, której do tej chwili nie cierpiałam jak mało której!). Bardzo dobre dialogi, cięte i ironiczne. Fajne zdjęcia. I naprawdę, naprawdę wciągająca fabuła.

Z Iron Manem jest trochę, jak z Thorem, choć jest to fabularnie lepszy film (ale Thor ma lepsze czarne charaktery): tak naprawdę całość jest lepsza od sumy składników.  Historia ekscentrycznego multimilionera z problemami - w takiej wersji, w jakiej pojawia się w filmie - to w kinie nic nowego, ale tutaj zrobiona jest pomysłowo i ciekawie. Nie będę nawet próbować się wymądrzać nad Iron Manem jako adaptacją, bo gdzie mi tam do jakiejkolwiek wiedzy na ten temat, nie do końca wiem ergo, czyja to zasługa, ale to, jak poprowadzona jest zarówno fabuła, jak i postać głównego bohatera, świadczy o dobrej robocie scenarzystów. Nie ma tu tego, co było najmniej ciekawe w Kapitanie Ameryce: wypełniacza w postaci długich scen Tłuczenia Złego; a to dlatego, że choć, oczywiście, Iron Man tłucze złych z zapałem i skutecznie, to te sceny czysto bitewne są w zasadzie tłem dla intrygi  -też klasycznie popkulturowej - związanej z przejęciem firmy i fałszywą przyjaźnią. Poza tym, latający Iron Man jest bardziej efektowny od rzucającego tarczą Kapitana, w sumie.

I generalnie bardzo mi się podobało, i z przyjemnością obejrzałam dwójkę, i w sumie wybaczyłam RDJ nawet te kozy i pozy na Baker Street...

czwartek, 10 maja 2012

..był (przed)wczoraj, ale ja i tak napiszę, o dzień/dwa spóźniony, wpis z tej okazji (plus minus).

 

Captain America: The First Avenger, reż. Joe Johnston, wyst. Chris Evans, Hayley Atwell, Hugo Weaving, Tommy Lee Jones, Toby Jones plus ta mniej znana połowa obsady The Duchess.

 

Jeżeli któregoś filmu o superbohaterach nie chciałam oglądać, to tego. Powtórzyłam to sobie parę razy. Dlaczego? Bo trudno mi sobie było wyobrazić, że z patriotycznej ramotki o amerykańskim herosie z tarczą w star and stripes da się dziś jeszcze zrobić coś strawnego. Na serio to nie bardzo wyjdzie, no bo jak? Sparodiowane - no ale Kapitan Ameryka sam w sobie brzmi dziś jak parodia, więc jak to jeszcze sparodiować, to wyjdzie nieznośny, głupawy rechot. Poza tym: ja i amerykańsko patriotyczny mięśniak tłukący nazistów? W rajtuzach? O nie, powiedziałam sobie, nie to.

 

No ale, oczywiście, The Avengers, nie wytrzymałam. I z absolutnym zdumieniem oglądałam zupełnie udany, bardzo przyjemny i całkiem pomysłowy film.  

Punkt wyjścia, od którego nie bardzo da się odejść - chłopak, mały, chudziutki i słabego zdrowia, który za wszelką cenę chce zostać żołnierzem i Walczyć Za Ojczyznę - został tu potraktowany jako pretekst do pokazania, czym się Kapitan Ameryka różni od swoich nazistowskich (a raczej - Hydrowych) przeciwników: pamiętając własną słabość, będzie w stanie nie wbić się w pychę z powodu świeżo nabytej mocy i odczuwać, nadal, współczucie i litość dla innych. Cyniczna jędza we mnie widzi w tym momencie oczyma duszy swojej Petera Pettigrew i/lub wyobraża sobie, co z historią dręczonego słabeusza zyskującego supermoce i szukającego kompensacji za lata bycia ofiarą zrobiłby Alan Moore, ale niech im będzie: przynajmniej takie ujęcie tego motywu pozwala nie eksploatować za bardzo triumfalizmu pt. "Bili Steve'a razy kilka, a teraz Kapitan Steve obije im mordy". Fabuła, teoretycznie prosta, ma kilka naprawdę fajnie pomyślanych zwrotów, z którym moich ulubionym pozostaje zdecydowanie ten wyjawiający kulisy popularności Kapitana Ameryki - jego sceniczno-propagandowa kariera jako symbolu oporu. Już pomijam niewymuszony komizm sceny pt. "machające nogami rewiowe girlaski, pieśń patriotyczna i nieszczęsny Steve dukający teksty przyklejone po wewnętrznej stronie tarczy", ale fajne tu jest, tak naprawdę, to, że widzimy tu de facto prawdziwą historię Kapitana - karierę postaci rodem z popkultury! Bo Kapitan Ameryka jest tu gwiazdą popkultury, wykreowanym superherosem, zanim tym herosem naprawdę się stanie, i to mnie ubawiło, podobało mi się i w zasadzie - kupiło mnie. Od tej pory oglądałam z przekonaniem, że kupię sobie ten film na własność przy najbliższej okazji. 

Miło się ten film ogląda. Aktorzy to, co mają do zagrania, grają tak, jak trzeba: i kompetentnie, i zabawnie, i odpowiednio, kiedy trzeba, czy to z patosem, czy to z histerią (czarne charaktery!). Ma ten film gwiazdy, na czele z Tommym Lee Jonesem i Hugo Weavingiem, ma kultowych aktorów - grają w nim w końcu Toby Jones, JJ Fieild a także (wstyd mi, bom go nie poznała, a lubię!) Richard Armitage, ma sympatyczną parę głównych bohaterów i cameo Samuela L. Jacksona w oczywistej roli. Nic nie poradzę, ale mnie najciekawiej pomyślaną postacią (i tą, która budzi moją największą sympatię) wydaje się Howard Stark, ale o tym, pewnie, przy najbliższej okazji. Są tu sceny, które być muszą, Kapitan rzuca tarczą, hydrowcy dostają po mordach, czarny charakter wygłasza speeche, najlepszy przyjaciel ginie, budowle wybuchają, a amerykańcy żołnierze zostają uratowani - słowem, everything's in its right place. W dość przewidywalnej ścieżce dźwiękowej też jest jedna perełka - autorzy rozsądnie zrezygnowali z karmienia nas tysiąc osiemsetną  filmową powtórką cwału Walkirii, ale nie z nazistowsko-Hydrowych skojarzeń z Wagnerem, tu dodatkowo oczywistych w kontekście większej, Thorowo-Avengersowej całości. Kiedy, ergo, Red Skull pozuje do portretu, w tle mamy, owszem, Wagnera, i owszem, Ring, ale w postaci wcale nie taki oczywistego, dla nie-fana, kawałka... Fajny pomysł, brawo za odejście od banału.  

I OK, to jest czysta rozrywka, i OK, fabularnie kudy jej tam do poziomu - choćby z tej serii - Iron Mana. Brakło tu też kreacji postaci na miarę roli Toma Hiddlestona w  Thorze i charyzmy a la Robert Downey Jr. w obu wspomnianych wyżej Iron Manach. Niemniej, kiedy Kapitan Ameryka się kończył, miałam poczucie, że chętnie bym sobie pooglądała dalej. A to się nie tak często zdarza.    

wtorek, 08 maja 2012

Guy Gavriel Kay, A Song for Arbonne, New York 2002 (pierwsze wydanie 1992)

 cover

 

 

 

spojler na spojlerze spojlerem pogania

 

 

No więc tak - po przeczytaniu Arbonne mogłabym, w sumie, oskarżyć Kaya o pisanie ciągle tej samej książki: kunsztownie skonstruowanej i pięknie opowiedzianej historii świata, który musi umrzeć. To jest zwykle malutki zakątek świata, troszkę lepszy niż otaczająca go reszta, może dlatego, że mający szacunek dla muzyki, dla sztuki i - o tyle, o ile w quasi-średniowiecznym, świecie pod dwoma księżycami mieć go można - szacunek dla słabszych i innych: dla cudzoziemców, innowierców, dzieci, kobiet. Za ten szacunek, oczywiście, przychodzi płacić: dumnej Tiganie i jej mieszkańcom zaklęciem zapomnienia, Al-Rassanowi - krucjatą fanatyków z obu stron religijnego konfliktu, cesarzowi Waleriuszowi z Mozaiki sarantyjskiej - życiem, a Arbonne i jej królowej - najazdem sąsiadów pod dowództwem brutalnego i tępego królika i jego przewrotnego, gnanego na pół fanatyzmem, a na pół żądzą władzy doradcy-arcykapłana. Nie da się zwyciężyć w tej wojnie - a raczej nie dałoby się, gdyby nie kilkoro zwykłych i niezwykłych ludzi, którzy, oczywiście, będą musieli ponieść ofiary, by zachować choć odrobinę z tego świata, który kochają (nie, nie zapomniałam autorowi finału Lwów Al-Rassanu, który nie mógł być inny, a i tak złamał mi serce).  Wśród tych ludzi zwykle będzie kobieta, samodzielna i inteligentna, zwykle - wykonująca zawód raczej dla mężczyzn przeznaczony (Jehanne - lekarka, Lisseut i Catriana - śpiewaczki), będzie dumna władczyni (Alixana w Sarancjum, cały poczet królowych w Lwach, Pasithea w Tiganie, Signe, Ariane i Beatritz w Arbonne), mroczna uwodzicielka z równie mrocznym sekretem (Alienor w Tiganie, Lucianna w Arbonne) oraz specyficzny Kayowy wariant ślicznej, dumnej i niegłupiej damsel in distress, której distress ma zazwyczaj polityczne powody (Gisel w Sarancjum, Rosala w Arbonne, Zabira w Lwach). Będą też panowie: zwyczajny młody chłopak, który musi nauczyć się rozumieć innych od siebie, by znaleźć w życiu sens, cel i tyle szczęścia, ile los zechce mu dać (Devin w Tiganie, Alvar di Pellino w Lwach), wierny i rozsądny, doświadczony  towarzysz broni głównego bohatera (Valery w Arbonne,  Lain Nunez w Lwach, Marius w Tiganie) i - zazwyczaj - protagonista, który będzie, pokrótce mówiąc, mniej lub bardziej dzieckiem Francisa Crawforda Lymonda: błyskotliwym, udręczonym i samotnym, a zarazem kochanym i podziwianym za nieprzeciętny intelekt, lojalność i talent (wśród jego talentów, skądinąd, zwykle będzie ten do muzyki), ambiwalentnym we wszystkim, co robi, niezwykłym człowiekiem z ciemną przeszłością i strasznym przeznaczeniem (Alessan w Tiganie, Waleriusz w Sarancjum, Ammar w Lwach, Bertran w Arbonne). Jego dwuznaczność i nieoczywistość może być podkreślona przez zestawienie z drugim protagonistą: nie poetą-wojownikiem, a wojownikiem par excellence, kimś, kto musi walczyć sam ze sobą, by przełamać uprzedzenia, jakie wymusza tradycja, w której się wychował - ale kto ma też dość wielkości, mądrości i klasy, by wyjść poza swoje uprzedzenia i znaleźć w sobie szacunek, miłość i przyjaźń wobec kogoś tak bardzo różnego od siebie i tak bardzo równego sobie (Rodrigo w Lwach, Blaise w Arbonne).  

No ale: Kay, wbrew pozorom, nie pisze ciągle tej samej książki, a raczej - jeśli nawet pisze, to ciągle ją przetwarzając, wymyślając na nowo rozłożenie nacisku, przetworzenia motywów, gatunek... Tigana i Lwy są tragediami, choć ze szczęśliwym zakończeniem; na ich tle Arbonne wydaje się raczej rycerskim romansem. Ba, są w tej powieści sceny - takie jak spotkanie Bertrana, Rudela, króla Daufridiego i Blaise'a, pretendenta do korony Gorhautu, które świetnie sprawdziłyby się w awanturniczej, przygodowej powieści a la David Eddings! Pewnie, to oznacza, że ton jest niższy (czytaj: nie płakałam, jak przy Tiganie i Lwach), że lektura lżejsza i bardziej melo- niż dramatyczna, ale też dowodzi to, że autor potrafi bawić się gatunkami, jak mu się tylko podoba. 

Teraz będzie wyznanie. OK, przyznaję. Ciężko mi było się wciągnąć w tę książkę: w pierwszej części, w scenach na dworze w Gorhaucie miałam wrażenie, że tym razem autor przesadził, że coś tu brzmi fałszywie i zbyt mocno. Nie dość, że mieszkańcy Gorhautu to religijni fanatycy najgorszego sortu (Guy Gavriel Kay nie ma jakoś, o dziwo, sympatii do wszelkiej maści krzyżowców i inkwizytorów...), to jeszcze na dodatek połączenie, w tej scenie, zamiłowania do krwawego sportu, upokarzania kobiet i publicznych demonstracji oralnego seksu z najoględniej mówiąc niezbyt chętnymi partnerkami sprawia, że dostajemy obraz (nudnego) potwora na dworze (stereotypowych) potworów, kogoś, kto nie zasługuje nie tylko na współczucie, ale nawet na zainteresowanie czytelnika.
Na szczęście pierwsze wrażenie okazuje się jednak mylące: Kayowi po raz kolejny udaje się zebrać grupę postaci, które będą budziły w czytelniku (a przynajmniej: we mnie) mocne emocje. I nie chodzi tu tylko o postacie jednoznacznie (i mniej jednoznacznie) pozytywne: inteligentną i zakochaną Lisseut, lojalnego i odważnego Blaise'a czy przypominającego najlepsze postacie w dorobku Davida Eddingsa Rudela Corezze, arystokratę, który został mistrzem-skrytobójcą. Podobnie jest przecież z bohaterami dwuznacznymi, niekoniecznie pozytywnymi: i z fascynującą, zimną i demoniczną Lucianną Delonghi, i z bezlitosnym, wyniosłym Urté de Miraval, który w imię prywatnej wendetty gotowy jest poświęcić wszystko, i ze słabym i niezdolnym do przeciwstawienia się ojcu-tyranowi bratem Blaise'a, Ranaldem. A jakkolwiek król Gorhautu, Ademar, jest, w swym zaślepieniu i głupocie, chyba najmniej ciekawym z antagonistów, jakich Kay postawił kiedykolwiek na drodze swoich bohaterów (z ewentualnym wyjątkiem Alberica), to z nawiązką nadrabia ten brak jego doradca, ojciec Blaise'a i Ranalda, Galbert: genialny, cyniczny fanatyk (wiem, paradoks), przewrotny i manipulatorski, okrutny, nienawidzący wszystkich i powszechnie znienawidzony, którego jednak trochę nie sposób, z lekkim przerażeniem, nie podziwiać - choćby za to, jak łatwo manipuluje wydarzeniami i jak do końca kontroluje wszystko to, co się dzieje. Owszem, to jest postać namalowana w karykaturalnie momentami czarnych barwach, ale zarazem - postać udana, wiarygodna, choć larger than life i intrygująca.  To Galbert - fanatycznie oddany swojej wizji religii inkwizytor, który chciałby świata z kobietami zamkniętymi w domu, dziećmi bezwzględnie posłusznymi ojcom i ludami wokół Gorhautu podbitymi, by dać ziemię i majątki wybranemu narodowi rodaków boga, za jakich Gorhautczycy się uważają - jest głównym czarnym charakterem tej powieści i to z jego wizją musi zetrzeć się wizja, reprezentowana przez Signe de Barbentain, królową Arbonne; Signe, która wierzy w boga i boginię, w miłość i muzykę - i która, dwadzieścia trzy lata wcześniej, wbrew tej wierze oddała córkę dumnemu, starzejącemu się księciu za żonę. 

Intryga polityczna - machinacje Galberta, które mają doprowadzić do wojny i ostatecznie do podboju Arbonne przez Gorhaut, oraz podjęte przez Signe, Ariane i Bertrana de Talair desperackie próby ratunku, w których nieoczekiwanie istotny okazuje się najemny wojownik Blaise - łączy się w tej powieści z motywami o charakterze osobistym, splatając się w skomplikowaną całość, gdzie miłość i muzyka przewijają się jako stałe wątki. Z jednej strony, mamy pieśni trubadurów, muzyczne kariery Lisseut, jej przyjaciół i samego księcia Bertrana, rolę muzyki i poezji w Arbonne. Z drugiej - są tu ciągle wracające historie miłosne: obsesja Blaise'a na punkcie Lucianny Delonghi i jego rodzące się powoli uczucie do Ariane, fascynacja Lisseut wojownikiem z Gorhautu, a nade wszystko - ciążąca nad losami całego tego świata opowieść o tym, jak dwadzieścia trzy lata wcześniej Bertran de Talair zakochał się na śmierć i życie w córce królowej Arbonne - córce, oddanej innemu za żonę. Parę miesięcy później, umierająca Aelis de Miraval powiedziała mężowi, że dziecko, które ją zabiło, nie jest jego - i tak, z zakazanej miłości, urażonej dumy i złamanego serca narodziła się nienawiść, której ceną mogło być zniszczenie całego kraju.   

Kay te wszystkie wątki umiejętnie łączy i splata, używając powtarzającego się tu ciągle motywu rodzicielstwa i tego, jak rodzic kształtuje dziecko, a dziecko - rodzica. W sercu problemów Arbonne leży brak następczyni tronu (z czworga królewskich dzieci troje nie żyje, jedyna żyjąca Beatritz jest kapłanką, a królewska kuzynka, Ariane, ma za męża człowieka mądrego, roztropnego, dzielnego i zdecydowanie preferującego w łóżku towarzystwo mężczyzn) i fakt, że dwadzieścia trzy lata wcześniej Urté de Miraval zabił, albo nie zabił, maleńkiego synka, którego jego małżonka Aelis urodziła Bertranowi de Talair.  Rosala, bratowa Blaise'a, ucieka z domu swego upiornego teścia, bo boi się o nienarodzone jeszcze dziecko - które okaże się synem nie jej męża, a jego brata, i to właśnie dziecko stanie się ostatecznym pretekstem do wojny. Bertran nie zabije swego wroga, bo jeżeli ktoś wie, co się stało z synem jego i Aelis, to tylko Urté (mówiłam, że Bertran jest klonem Francisa Crawforda...). Konflikt ojca z synem (synami?) zadecyduje w końcu o losie Gorhautu. A na końcu, zaginione dzieci się znajdują: umarli, owszem, okazują się umarli, ale niespodziewani żywi pojawiają się w ich miejsce. Krąg się zamyka: Bertran nie ma następcy-syna, ale będzie miał - syna Blaise'a, którego razem z jego matką, Rosalą weźmie do swego domu; a Blaise, który odda księciu, nie mówiąc mu o tym, własne dziecko, weźmie sobie w zamian, choć jej jeszcze nie kocha, nieznaną wcześniej ojcu córkę Bertrana za żonę.

Nie jest ta powieść doskonała, choćby dlatego, że czasami, w swoich wezwaniach do obrony słabych przed silnymi brzmi nieco za współcześnie.  Niemniej jednak, miałam w Pieśni dla Arbonne kilkoro ulubionych bohaterów. Kochałam się w Bertranie de Talair (jak wcześniej w Waleriuszu, Alessanie i Ammarze), ale akurat to, że się w nim zakocham, musiałam z westchnieniem przyznać od samego początku powieści: czuję fatalną słabość do genialnych niebieskookich mężczyzn, którzy mają talent do muzyki i literatury, błyskotliwie zimny umysł i serce zdolne do najgłębszej lojalności, erudycję przewyższającą wszystkich dookoła i mocno nieuporządkowane życie seksualne (i co za szczęście, że tacy mężczyźni występują tylko w fikcji, w realu łamaliby mi serce seryjnie, bo żaden nawet nie popatrzyłby w moją stronę). Przepadałam za inteligentnymi i mądrymi kobietami z Arbonne: starzejącą się z godnością i smutkiem Signe, dotkniętą przez bogów Beatritz, Arianą, wiedzącą, czego chce i co jej wolno. Życzyłam wszystkiego najlepszego na pozór stłamszonej, ale zdeterminowanej i rozsądniejszej od połowy facetów dookoła Rosali i jej dziecku; no i miałam nadzieję, miałam naprawdę szczerą nadzieję, że Rudel i Blaise osiągną to, czego chcieli, cokolwiek by to było, i to nie za cenę przyjaźni ani nie za cenę życia któregoś z nich.

Skończyłam czytać wczoraj o czwartej nad ranem. Do teraz nie wierzę, że pan Kay pozwolił im wszystkim przeżyć. 

wtorek, 01 maja 2012

John Carter, reż. Andrew Stanton, scen. A. Stanton, M. Andrews, M. Chabon na podstawie Księżniczki Marsa E. R. Borroughsa, wyst. Taylor Kitsch, Lynn Collins, Samantha Morton, Mark Strong, Willem Dafoe, a poza tym jeszcze połowa obsady Rzymu.

 

http://kultura.gazeta.pl/kultura/51,114438,11186268.html?i=26

 

Jakiś czas temu poszłyśmy z Drakainą do kina na Johna Cartera - uparłam się, że ze względu na Michaela Chabona, który jest współscenarzystą, chcę ze wszelką cenę ten film zobaczyć. No i warto było. No więc - to jest bardzo przyjemny film, moim zdaniem. naprawdę fajny. Brakuje mu tego czegoś, co by mnie złapało za serce i ścisnęło, ale generalnie - zdecydowanie mi się podobał.

Prościutką - i przerabianą potem przez kino setki razy - fabułę Księżniczki Marsa Edgara Rice'a Borroughsa utytułowani (bo mają w swoich credentials i wyjątkowo udane filmy Pixara - to Stanton i Andrews - i znakomite powieści) scenarzyści opowiadają wiernie, w sensie zachowania staroświeckiej historyjki o Ziemianinie na Marsie. Mamy tu i Marsjan obu ras, ludzkiej i nieludzkiej, i ginącą planetę, i dziwaczne stwory i całą odyseję Cartera, od wojny secesyjnej po powrót na ukochaną planetę. Mamy równie staroświecko wplecioną - dla uwiarygodnienia narracji - postać autora, udającego, że jest tylko narratorem/redaktorem cudzej, prawdziwej opowieści. Film ma nie tylko klimat pulpowej literatury klasy B, ale i staroświeckiego epickiego kina bardziej nawet a la Ben Hur niż a la Dzień, w którym zatrzymala się Ziemia - osiągnięty, paradoksalnie, ultranowoczesnymi technicznymi środkami. Mnie się ten klimat podoba, ale nie każdemu musi.   

Mamy, oczywiście, pewne zmiany, z których główną jest zrobienie z Dejah Torris nie tyle następczyni tronu, czekającej na męża, co uczonej i intelektualistki, której wymuszone, polityczne małżeństwo popsuje plany życiowe (czytaj: ratowanie świata). To jest oczywista decyzja w tym momencie, i, jak sądzę, słusznie podjęta: wprowadzenie zmiany w charakterze i biografii tej akurat postaci dodaje jej wiarygodności, bo jako żywo czekająca wyłącznie na ratunek damsel in distress byłaby dość niestrawna. Teoretycznie, film odsuwa od niej uwagę - w końcu nazywa się John Carter, a nie The Princess of Mars - ale zarazem skutecznie stara się sztampową bohaterkę Borroughsa ożywić i uwspółcześnić (a Lynn Collins ładnie wygląda i przekonująco swoją bohaterkę odgrywa). Zresztą do obsady specjalnych uwag mieć nie można: w takim stopniu, w jakim to było potrzebne przy tego typu produkcji (specjalnie nie grzeszącej pogłębianiem psychologicznego wizerunku postaci i stawianiem skomplikowanych zadań aktorom), wszyscy się ze swoich ról wywiązali bardzo porządnie, a James Purefoy i Ciaran Hinds - zwłaszcza gdy byli na ekranie razem - wręcz lepiej niż porządnie.

Najciekawsze dla mnie osobiście było jednak w tym filmie to, jak skomplikowanie tę prostą historię z prostymi postaciami scenarzyści nam opowiadają: mieszając plany czasowe i chronologię, konstruując twisty i finty w fintach. Pewnie, nie jest to poziom komplikacji, bo ja wiem, Memento, ale też nie o to chodzi: chodzi o to, żeby tę prostą historyjkę, którą SF żywiła się od roku 1917, opowiedzieć w trochę inny, trochę nowy sposób. 

To jest bardzo ładny i bardzo miły film - mówię bez ironii. Wszystko się dobrze kończy. Dobrzy wygrywają, plus minus. Jeżeli bohaterowi dodaje się do towarzystwa uroczego marsjańskiego pieskogada, to nie po to, żeby go następnie zabić i zafundować nam, widzom, mały szantażyk emocjonalny. Mars pięknie wygląda, podobnie jak marsjańskie potwory i marsjańscy alieni. Ameryka po wojnie secesyjnej ma odpowiednio deszczowe kolory w miastach i odpowiednio pustynne pustynie. Gdzie ma być humor, jest humor, gdzie ma być patos, jest patos (dużo patosu). Michael Giacchino napisał bardzo efektowną ścieżkę dźwiękową. Są (przez chwilę) wielkie małpy i (przez dłuższą chwilę) arena, są toczące się miasta i dziwaczne istoty, są kobiety w dziwacznie pięknych sukniach i faceci z dziwacznie staroświecko-nowoczesną bronią. I wszystko to się świetnie ogląda.

I nie, nie chodzi w tym o nic poza dobrą zabawą. Postacie niczego nie reprezentują ani nie symbolizują (och, Awatarze, jak ja cię - dalej - nie cierpię!), fabuła nie jest metaforą ani zawoalowanym przedstawieniem palących problemów naszego świata (Dystrykcie 9, jakże mnie znudziłeś!), a przesłanie (jakie przesłanie?) nie odnosi się do poprawy bytu ludzkości. Ten film jest jak ptasie mleczko: może bez jakiejś specjalnej wartości odżywczej, ale słodki, uroczy, doskonały na niedzielny wieczór albo sobotnie popołudnie. Tak, to prawda, niewiele po nim pozostało mi w pamięci, poza pięknymi obrazami i przekonaniem, że nawet z absolutnej ramoty da się zrobić bardzo przyjemne widowisko. Ale co się ubawiłam, to moje, a DVD kupię z przyjemnością, jak tylko wyjdzie.  

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Dawno mnie tu nie było - praca, blog snobski oraz czytanie książek (alas, jeszcze nie pisanie notek) do wyzwania strasznie mi czas zeżerały. No ale, jak mawiał Tewje Mleczarz, tradition!, wpis podsumowujący miesiąc napisać trzeba.  W tym miesiącu jest to karnawał egoistyczny.

 

http://livingthesustainablelife.blogspot.com/2011/04/violet-jelly.html

 

 

W tym miesiącu napisali:

 

1. Zwierz popkulturalny o tym, że dobrze, ale to naprawdę dobrze się stało, żeśmy z Drakainą, autentyczną fanką Wagnera, nie pojechały na Holendra do Warszawy.

2. Sherlokista o kryminałach w ogóle, dzięki czemu uświadomiłam sobie, którą powieść kryminalną uważam za najdoskonalszy whodunnit ever.

3. Coś do pooglądania i do podjadania - czyli, jak zwykle na początku wiosny, mam jazdę na robienie dziwacznych przetworów i jedzenie kwiatków (i szukam inspiracji na blogach). Stamtąd też zdjęcie.

4. Jeszcze w marcu Nachasz oszczędził mi sporo roboty, pisząc notkę o perskim kalendarzu, dzięki czemu leniwie mogłam darować sobie dalszy zaczęty research w tej sprawie i po prostu przeczytać jego wpis. Nie napisałby autor o kalendarzu spartańskim, może? :P

5. Wpis ursz_u_li o Lewej ręce ciemności w ramach wyzwania, który mi uświadomił, ile jeszcze można wyczytać w tej powieści.

6. I na koniec  - galeria Cydienne na deviantarcie - po prostu fantastyczna. Nie mam słów. Zeżarła mi ta galeria ładnych parę godzin w pewne niedzielne popołudnie... 

7. I naprawdę na koniec nieśmiała egoistyczna prośba do Drakainy i Fabulitas, że może, jak czas pozwoli i chęci starczy, by coś napisały...

sobota, 07 kwietnia 2012

Dzisiaj - już prawie świątecznie, w sensie, że wpis klecony w przerwach od porządków - pozwolę sobie na moment wrócić do kategorii "To lubię" i powiedzieć parę słów o tym, że lubię operę.

OK, oszukuję. Już to powiedziałam - na blogu, który na takie rzeczy jest przeznaczony, i który leżał sobie w kącie i zarastał kurzem przez grubo ponad rok, aż go w końcu reaktywowałam. Tutaj wolę pisać analizy - tam wrzucam sobie listy, zestawienia i spam obrazkowo-filmikowy. Ergo, jakby kto chciał wiedzieć (świątecznie czy nie), co lubię w kategorii "opera", to serdecznie zapraszam. 

 

http://fr.wikipedia.org/wiki/Henri_Fantin-Latour

 

 

EDIT: Dołożyłam jeszcze część II tego samego wpisu, tym razem - z samym Mozartem. I jest dłuższa od poprzedniej. No cóż.

 

Antoine Watteau; źródło: wikipaintings

piątek, 06 kwietnia 2012

The Adventures of Merlin (Przygody Merlina), created by Julian Jones, Jake Michie, Johnny Capps, Julian Murphy, BBC 1, sezon IV, 2011

 

 

Z obowiązku zaraportuję, że skończyłam (wraz z ciągle zachwyconą Arturem Drakainą) oglądać Merlina, a dzięki niniejszemu wpisowi po raz pierwszy udało mi się, po obejrzeniu jakiegoś dłuższego niż jeden sezon serialu, zrecenzować jego całość w serii wpisów.  

A raportuję trochę z obowiązku, bo - tak naprawdę niewiele się zmieniło, i o czym tu pisać. OK, ja osobiście uważam  - scenariuszowo i wizualnie - sezon IV za chyba najciekawszy, ale w samej formule opowiadanych przez scenarzystów historii niewiele się zmieniło. Fakt, że zmiany - w sensie: to, że jest mniej typowo komicznych zapychaczy, że scenariusze są jakby troszkę bardziej skomplikowane - mogą być związane z tym, że serial "dorasta" razem ze swoimi widzami, stając się bardziej psychologicznie i fabularnie skomplikowany. Świadczy o tym zarówno sposób, w jaki pozbyto się z serialu króla Uthera (nie w dramatycznym akcie poświęcenia ani w scenie pełnej patosu, tylko odcinek później, w sytuacji, w której wszytko wydawało się zmierzać ku lepszemu), jak i - na przykład - sposób rozegrania wątku romansowego. Żeby nie było - dalej nie przepadam za sposobem napisania postaci Gwen i dalej uważam, że przydałoby się jej popełnić jakiś solidny, ważący na losach Camelotu błąd (jak Merlin, który zaufał Mordredowi i paru innym, albo jak Artur, kiedy podejmuje decyzję o egzekucji Caerleona), bo może wtedy wydałaby się nieco bardziej wiarygodna. I mam na myśli błąd, popełniony świadomie, a nie fakt, że w sprawie z Lancelotem została zaczarowana! Niemniej jednak - fakt, że scenarzyści nie poszli w ślady sezonu I i nie pokazali ewentualnej rywalki Gwen jako żałosnej/fałszywej/głupiej/zaślepionej/antypatycznej jędzy, tylko zdecydowali się pokazać uczucia Artura triumfujące nawet mimo faktu, że odpowiednio królewska narzeczona i rywalka Gwen okazuje się osobą miłą, bystrą i rozsądną, jest godny pochwały; tu scenarzyści mieli u mnie dużego plusa, bo lady Vivian z I sezonu była świetnym comic relief, ale tego typu postaci nikt by, jako rywalki, nie mógł poważnie potraktować. Podobnie zresztą - duże brawa za (wymyśloną ad hoc przez Merlina) wariację legendy o mieczu w kamieniu. 

Pojawił się nowy smok i nowe szaty Morgany, widok zdradzieckiego wuja Agravaine'a po raz kolejny mi przypomniał, dlaczego (aktorsko skądinąd bardzo dobry) Nathaniel Parker tak mi strasznie nie pasował w roli Thomasa Lynleya, że zrezygnowałam z oglądania, Artur i Merlin nadal momentami zachowywali się jak zakochana para, Colin Morgan popisywał się swoimi aktorskimi umiejętnościami, grając starca Emrysa (co wychodziło różnie, bo Morgan zawsze rusza się jak młody człowiek, a nie jak starzec - choć reszcie tej kreacji nic bym nie zarzucała), rycerze byli summa summarum fajni, Lancelotowi zgotowano smutny los (nie lubię postaci sir Lancelota, ale tego tutaj było mi żal...). Idziemy chyba trochę bliżej legendy: Artur w końcu został królem, zebrali się już na poważnie (z Tristanem!) rycerze okrągłego stołu, Morgana w końcu ujawniła się jako ta zła, Merlin dalej nie przyznał się do magii, a Gwen wyszła za mąż .... no i nie bardzo umiem sobie wyobrazić, o czym będzie sezon 5. Może o świętym Graalu (chyba, że był nim cup of life). Ale sezon 5 raczej na pewno obejrzę, choć nie czekam z drżeniem serca.       

niedziela, 01 kwietnia 2012

Karnawał marcowy, czyli kilka krótkich polecanek:

 

http://26.media.tumblr.com/tumblr_m13l95yDWt1qkqapho1_500.png

 

1. W sumie jakoś nigdy nie lubiłam ciuchów, dyskusji o ciuchach, mody, stylu, whatever. A ostatnio, ku własnemu lekkiemu zdziwieniu, zaczęłam. I dlatego będą dwa wpisy "modowe", niekoniecznie z marca '12, choć wtedy odkryte. Po pierwsze, tumblrowy blog Character Inspired Style, który (o ile rozumiem, o co chodzi w cosplayu...) nie tyle jest stricte cosplayowy, co raczej prezentuje pomysły na ciuchy inspirowane poszczególnymi postaciami. Czytelni(cz)kom polecam nie tyle konkretny wpis, co kategorię - związaną, no cóż, może ja nie będę pokazywać palcem... 

2. Jest przed Wielkanocą, a ja polecam wpis plus minus bożonarodzeniowy - ale jak zobaczycie, jakich Daguchna zrobiła Doktorów na choinkę, to pozazdrościcie, jak ja...    

3. Czy ja mogę raz na zawsze ustalić, że z automatu zawsze będzie polecany jakiś wpis na blogu Sherlockisty? Autorka tego bloga jest obiektem mojego nieustającego podziwu i zazdrości za to, jak umie pisać o tym, co kocha. Tym razem polecam dwie lektury z tego bloga: wpis o sensie bycia Johnem Watsonem i pełen pasji wykład o tym, że na Sherlocka trzeba wyglądać

4. Tak normalnie, to w pewnym momencie raczej przestało mnie bawić krytykowanie marnych fanfików, no bo w końcu - ile można kopać leżącego. No ale, no ale. Do czasu. Wpis z bloga-analizatorni Przyczajona Logika, Ukryty Słownik stary (z 2011), ale absolutnie godny przeczytania, tylko ostrzegam: nie należy jednocześnie niczego pić. 

5. I trochę poważniej: najżywsza chyba marcowa dyskusja w częściej odwiedzanych przeze mnie zakątkach blogosfery toczyła się wokół Wstydu. Sama coś tam powiedziałam, ale chciałabym polecić wpisy Rusty Angel na Fangirls i Zwierza Katarzyny Czajki na portalu Kultura Liberalna. I ciągle się łudzę, że może Fabulitas coś jeszcze o tym filmie napisze...

czwartek, 29 marca 2012

Hot Fuzz!, reż. E. Wright, scen. E. Wright, S. Pegg, wyst. Simon Pegg, Nick Frost, Jim Broadbent, Timothy Dalton i milion innych, 2007

 

EDIT: Ten wpis jest z dedykacją dla Rusty Angel, już ona wie, za co.

Wiem, miało być we środę, ale we środę były inne atrakcje, mianowicie zebranie ws. reformy i pożar na Ruczaju. Ergo, będzie dzisiaj - relacja z filmu obejrzanego jakiś czas temu, bo miałam zły humor i chciałam go poprawić.
Nie lubię, tak naprawdę, tzw. jajcarstwa, a film, którego cały sens sprowadza Źródlo: wikipediasię do "parodia wszystkiego, ale jaja, he he he" (patrz: większość amerykańskich parodii w rodzaju "The Silence of the Hams" czy kolejnych "Strasznych filmów") ma sporą szansę mnie uśpić raczej niż rozśmieszyć. Hot Fuzz, oglądany o trzeciej nad ranem, bynajmniej mnie nie uśpił - wręcz przeciwnie, oglądałam go z narastającym poczuciem "No nie, to jest niemożliwe".

Dotąd człowiek myślał sobie, że rolę faceta, u którego w każdym możliwym epizodzie (np. recytując kawałek o Hekubie) pojawiają się wyłącznie gwiazdy, ma w brytyjskim kinie zagwarantowaną tylko Kenneth Branagh. No więc nie do końca, nie do końca: w Hot Fuzz człowiek co rusz to przeciera oczy/uszy i zastanawia się "nie, to mi się przyśniło, to niemożliwe, że właśnie widziałam Petera Jakcsona/słyszałam Cate Blanchett, nie...". No właśnie jednak tak. Zwłaszcza dla osób z fiołem na punkcie brytyjskiego kina/TV ten film to jest must absolutny - wystarczy popatrzeć na pierwsze sceny, kiedy to super (kujon) detektyw Nicholas Angel zostaje karnie (za to, że statystyki reszty teamu wyglądają w porówaniu z nim dość żałośnie) zesłany na na wieś spokojną, wieś wesołą. Gdzie - jak wiemy z niezliczonych filmów - pod pozorami sielskiego anielskiego spokoju czai się zło, a nawet - Zło. No i już tam furda, że Angel zostanie zesłany: ważniejsze, kto go zsyła.

Poza tym - Hot Fuzz jest w swojej parodystyczności wyjątkowo zabawny, i wydaje mi się, że są ku temu dwa (dobra, trzy) powody. Po pierwsze - zasadniczo jest parodią gatunku policyjnych buddy movies z elementami innych pokrewnych, a nie konkretnych dzieł tegoż, ergo nie traci połowy śmieszności, jeżeli widz nie zna oryginałów. Po drugie - ma (tak jak miał Shaun of the Dead) sceny o charakterze bardziej dramatycznym, nie rezygnując przy tym bynajmniej ze swojego zasadniczego charakteru radosnego wygłupu - ale te sceny dają widzowi  na moment zmianę nastroju (patrz: posługiwanie się w Hot Fuzz suspensem) i dzięki temu nie ma on wrażenia, że twórcy za wszelką cenę, w każdej scenie, chcą być ŚMIESZNI.
Dla mnie osobiście chyba najzabawniejsze są w tym filmie dwie rzeczy. Po pierwsze, zabawa konwencjami i doprowadzanie ich do pewnej prawie-ostateczności, jak w przypadku historii o Angelu i Dannym. Jak każdy czytelnik fanfiction wie, buddy movies są jednym z ulubionych obiektów do przerabiania historii kumpelskich w miłosne. I jak się obejrzy, jak pp. Frost i Pegg, pokazują, jak niedojdowaty tatusiowy syneczek i wielbiciel filmów o gliniarzach, Danny, zmienia się pod wpływem Angela w Prawdziwego Gliniarza Jak z Tych Filmów, a perfekcjonista Angel uczy się od niego, jak Żyć Szczęśliwiej - i co rusz to, pozostając w stylistyce, przerysowują emocjonalny ton tych scen - to człowiek widzi jak na dłoni, skąd się ta tendencja do widzenia w kumpelstwie romansów może brać. Przecież to tutaj to nie jest nic innego, jak przejaskrawienie motywów (mój partner jest dla mnie najważniejszy, będę rozczulał się nad jego zyciem i opłakiwał jego, choćby rzekomą, zgubę, nauczymy się życia od siebie nawzajem), które znamy choćby, żeby nie szukać daleko, z Zabójczej broni...
Drugą z rzeczy, które mnie śmieszyły nieprzeciętnie, jest przemieszanie w Hot Fuzz motywów z różnego rodzaju filmów policyjnych/thrillerów, które jednak, paradoksalnie, tworzy spójną całość. Mamy i policjanta ukaranego za to, że był lepszy od innych, i pozornie sielską prowincję pełną potworów, i tajne bractwa, i skomplikowaną serię na pozór nie łączących się ze sobą i na pozór przypadkowych śmierci a la powieść Agathy Christie, i konspirację, i buddy movie - i to wszystko, przy całej parodystyczności, łączy się w trzymającą się kupy fabułę, a zarazem sprawia, że widz się zastanawia przez cały czas "OK, co jeszcze?". Do tego dochodzi z pełną dezynwolturą potraktowane użycie wielkich ilości keczupu oraz fakt, że ta parodystyczność ma też - dokładnie jak w Shaun of the Dead - typowo brytyjski charakter, bo pokazuje w krzywym zwierciadle właśnie angielską prowincję, a raczej - jej popkulturowy obraz, z kościelnymi fetami, uliczkami, na których wszyscy się znają i pubem jako centrum towarzysko-kulturalnym wioski...
A, i jeszcze punkty za trzy smaki rożków...

A ten trzeci powód z listy powyżej to świetni aktorzy, tak na marginesie. Chwilowo  moim wymarzonym nieistniejącym komicznym skeczem jest spotkanie Nicholasa Angela i Gene'a Hunta (z zakładami, czy najpierw Hunt da Angelowi w mordę, czy Angel aresztuje Hunta za nieregulaminowość). Ja nawet nie będę nikogo specjalnie wyróżniać (choć znana mi głównie ze świetnych dramatycznych ról Olivia Colman w roli twardej wsiowej dziołchy-policjantki to było spore zaskoczenie, no i evil Dalton zawsze jest dobry). O aktorach w głównych rolach powiem tylko, że - no, że właściwie to już chyba wszystko powiedziałam. I trochę mi język od chichotu pokręciło.

sobota, 24 marca 2012

The Adventures of Merlin (Przygody Merlina), created by Julian Jones, Jake Michie, Johnny Capps, Julian Murphy, BBC 1, sezon III, 2010

 merlin.maxupdates.tv

 

Krótko, bo nie mam czasu (robota! sprzątanie! pisanie! wyzwanie!): skończyłyśmy z kol. Drakainą oglądać trzeci sezon Merlina.

Jako że - teoretycznie - jest to dla nastolatków, to pozwólcie, że przypomnę sobie, jak to się robiło w szkole.

Na szóstkę, całkowicie i bez zastanowienia, jest dla mnie w tym sezonie rozwój postaci Arthura. Z zarozumiałego nastolatka, więcej niż trochę bully i w sumie - mimo odwagi - dość antypatycznego typka z I sezonu wyrasta tu powoli prawdziwy przywódca, odważny, ale rozsądny i odpowiedzialny, charyzmatyczny, ale też praktycznie myślący, człowiek, za którym inni pójdą z pełnym przekonaniem. Scenarzyści dobrze mu to napisali (widać to świetnie np. w odcinkach Queen of Hearts czy w obu finałowych), a Bradley James znakomicie sobie poradził z zagraniem dorastania swojego bohatera. Nie spodziewałam się, że im to wyjdzie aż tak dobrze.

Na piątkę jest Colin Morgan jako Merlin, bo rutyna (gra tę rolę trzeci rok!) nie pozbawiła go bynajmniej uroku i poczucia humoru. Poza tym, na piątkę (a nie jestem pewna, czy i nie z plusem) jest nowa powracająca postać, Gwaine - bo zrobili z niego rycerza-awanturnika, odważnego i świetnego w tym, co robi, ale przyziemnego, kompletnie przy tym pozbawionego pompatyczności, podniosłości i Mroczności, po trochu herosa, po trochu Falstaffa, ergo - całkowicie do strawienia dla widza w moim wieku. Na piątkę też popis Anthony'ego Heada jako dręczonego obłędem Uthera w dwóch pierwszych odcinkach: Uther w interpretacji Heada pozostaje postacią dwuznaczną, kimś, kogo trudno lubić, ale też trudno mu chwilami nie współczuć. Widać, że to jest bardzo dobry polityk - ale często też zaślepiony fanatyk, nie zasługujący nak naprawdę na bezwarunkową miłośc syna, lojalność sług z Merlinem na czele i przyjaźń Gajusza...

Na cztery - kilka scenariuszy (otwarcie i finał sezonu, Gwaine, The Eye of the Phoenix) oraz wątki Morgany i Morgause. Szalenie mi się podoba fakt, że Morgana, z której zrobiono czarny charakter, ma tę jedną pozytywną cechę: szaleńczo i z z wzajemnością kocha siostrę; na minus, Katie McGrath i Emilia Fox grają Morganę i Morgause momentami bardziej jak zakochane w sobie nawzajem nastolatki niż jak złowieszcze siostry-czarodziejki... Solidny jak zawsze Gajusz (zwłaszcza w scenach komicznych), no i smok - na czwórkę, bo było go mało i scenarzyści nie zawsze wiedzieli, co z nim zrobić, jak już sobie o nim przypomnieli. Na cztery z plusem wątek podmienionej lady Eleny w odcinku The Changeling. 

Na trójkę była reszta scenariuszy, to po pierwsze (OK, OK, mocne 3+ w większości). Na tęż trójkę Elyan, bo choć postać ma perspektywy rozwoju, to wprowadzenie go było tak od czapy i tak kompletnie bez zapowiedzi, że aż się zdenerwowałam (litości, pojawienie się Mels w VI sezonie Doktora miało więcej sensu!).

Na dwóję, zwaną też dopuszczającym - niewiele w sumie. Scenariusz odcinka The Castle of Fyrien, z jego kompletnym brakiem logiki, o, to na pewno. I część kostiumów.

Na jedynkę na mojej osobistej liście zasługuje poprowadzenie postaci Gwen. Nie lubiłam tej postaci w I i II sezonie, bo jej marysuizm i to, że robi wszystko doskonale i nigdy nie popełnia błędów, wyjątkowo mnie irytowały. Tutaj dodatkowo dochodzi zadeklarowany raczej niż napisany (wina jest po stronie scenarzystów raczej niż aktorki) romans z Arthurem. Dość trudno weń uwierzyć, i to nie dlatego, że Gwen jest służącą, a dlatego, że to, jak napisana jest postać Arthura, robi wrażenie, jakby dla niego na pierwszym miejscu był Camelot, na drugim - przyjaciele (Merlin) i rycerze, na trzecim - ojciec, na czwartym - honor, na piątym - sława... a potem scenarzyści przypominają sobie, że jeszcze jest Gwen. Fakt, że to Angel Coulby dostaje się większość tych kostiumów na dwóję, też nie pomaga. 

Na świadectwie: mniej komedii, a więcej epiki niż w poprzednich seriach, rozwój postaci idzie zasadniczo ku lepszemu, nikt nie zabił Gwaine'a, zaraz - jak podejrzewam - ktoś zabije Uthera, Merlin dalej nie zdradził się przed Arthurem jako mag i ciągle jeszcze jest nadzieja, że Gwen się prześpi z Lancelotem i przestanie być ideałem ideałów. Słowem - promocja z klasy do klasy udzielona, czwarty sezon w drodze.

wtorek, 20 marca 2012

Ysabeau Wilce, Flora Segunda of Crackpot Hall, Harcourt, New York, 2007
Ysabeau Wilce, Flora's Dare: How A Girl of Spirit Gambles All To Expand Her Vocabulary, Confronts a Bouncing Boy Terror, And Tries To Save Califa From Shaky Doom (Despite Being Confined To Her Room), Harcourt Books 2008 


 

W ramach powtórki przed wyzwaniem - dzisiaj o tym, jak można (inteligentnie, pomysłowo i nienachalnie) wpisać tematykę , powiedzmy, społeczno-genderową w powieść fantastyczną dla młodszych nastolatków.

 

Wyobraźmy sobie dwie książki o małych dziewczynkach.

Pierwsza - to pełna humoru i fantazyjnych pomysłów historyjka gdzieś na skrzyżowaniu Astrid Lindgren z JK Rowling; opowieść o magicznych kłopotach upartej dziewuszki i jej dandysowatego kumpla, o dwóch odźwiernych, z których jeden jest niebieski, o domu z 11 000 pokoi i czerwonym psie. Bohaterka, kumpel i pies eksperymentują z czarami, uciekają przed pożarciem przez dżinopodobnego strażnika nawiedzonego domu i tuż pod nosem straży usiłują wykraść z więzienia Zwinnego Pirata, Zgubę Pacyfiki. Na dodatek moment jest co najmniej symboliczny - bohaterka za parę dni ukończy 14 lat i stanie się według prawa dorosła.

Druga z tych książek to realistyczna powieść o trudnym dorastaniu. Jej główna bohaterka ma na głowie szkołę i nieuniknione w świetle rodzinnej tradycji studia w akademii wojskowej. Matka, wysoki urzędnik w administracji państwowej, jest zbyt zajęta próbami utrzymania kruchej niezależności swojego kraju od potężnego sąsiada, żeby mieć czas dla córki; starsza siostra wyjechała na studia. W efekcie na głowie bohaterki pozostaje nie tylko sypiący się ze starości dom, ale przede wszystkim - opieka nad chorym psychicznie i nadużywającym alkoholu ojcem. Tato miał kiedyś romans z kobietą, która zginęła tragicznie - jej śmierć złamała mu życie w stopniu jeszcze większym niż to, co zrobiono mu, kiedy przez trzy lata był jeńcem wojennym. Wspólnie, przez własną głupotę i brak wyobraźni, rodzice Flory Segundy doprowadzili do śmierci swojej pierwszej córki, też imieniem Flora; bohaterka czuje, że jest tylko zastępstwem za tamtą, idealną dziewczynkę. W domu jest bałagan, tynk odpada ze ścian, a toaleta przecieka. Na dodatek moment jest co najmniej symboliczny - bohaterka za parę dni ukończy 14 lat i stanie się według prawa dorosła.

I tak, to jest jedna i ta sama książka.

Źródło: strangehorizons.comTo był olśniewający debiut, zwłaszcza jak chodzi o pomysłowość i wyobraźnię autorki. Wilce potrafi mistrzowsko połączyć znane od dawna motywy literatury dziecięcej i fantastycznej - nawiedzone domy o wariackich nazwach (Crackpot Hall, w którym pokoje, korytarze, a nawet nieustająco zapchana toaleta noszą wyszukane imiona), magicznych służących, awanturnicze historie o piratach i strażnikach pogranicza - i łączy je w nową i niepowtarzalną całość. Miasto Califa wydaje się czytelnikowi z jednej strony znajome, z drugiej - nowe: bohaterowie nie są tym, kim się wydają, znane ścieżki i tropy prowadzą w nieznane miejsca i nigdy nie wiemy, jakie dziwactwo - olśniewająco piękny trup na katafalku, winda zjeżdżająca głęboko w dół, bo dzięki temu wywiezie nas w górę czy zabagniony i z lekka cuchnący stawek, w którym zamiast wody kipi czysta magia - czeka za rogiem.

Ale Wilce nie zatrzymuje się w tym miejscu. Flora Segunda to bowiem nie tylko błyskotliwa i oryginalna sztuka dla sztuki, czy raczej - zabawa dla zabawy. Wilce nie boi się ani nieszablonowych postaci, ani trudnych problemów. Flora nie jest ani śliczna, ani wdzięczna: jest pulchniutka i skłonna do popadania w ponuractwo; owszem, marzy, by zostać Strażniczką, ale na co dzień musi pamiętać o wyrzucaniu gnoju ze stajni, myciu naczyń, szorowaniu kafelek w kuchni i karmieniu psów, by nie wspomnieć o pilnowaniu taty. Jest bystra, ale nie ma dość siły woli, by się przeciwstawić matce, kocha rodzinę, ale kompletnie nie ma do niej cierpliwości. Niewiele wie o ślicznych strojach i nie potrafi się fachowo malować - od tego specjalistą jest Udo, jej najlepszy kumpel, zwolennik ekstrawaganckich kapeluszy i równie ekstrawaganckiego makijażu. To zresztą nie czyni go ani niezdarnym, ani zniewieściałym: kiedy Flora, wpół drogi między Światem Jawy i Gdzie Indziej, widzi ludzi, jakimi są, postrzega swojego ojca jako bezradne, bezwolne dziecko, ale czternastoletni Udo jawi się jej jako zdecydowany, uparty, pełen woli mężczyzna. Valefor o demonicznym (dzieli je z jednym z diabłów) imieniu, marudny Odźwierny w Crackpot Hall, który podstępem próbuje wyssać z Flory wszelkie siły życiowe, nie jest tylko złym potworem z szafy - naprawdę cierpi i jest w żałosnym stanie, od kiedy matka Flory odcięła go od domu, którego część stanowi! Pan i pani Fyrdraaca z kolei stanowią klasyczne przykłady dobrych toksycznych rodziców. Juliet "Buck" Fyrdraaca jest apodyktyczna, by nie powiedzieć tyrańska; jej metoda wychowania córki polega na zwalaniu na nią góry obowiązków i ogromnej, za dużej dla czternastolatki odpowiedzialności. Flora kocha matkę, tęskni, kiedy jej nie ma i rozumie, na czym polega jej problem - Buck de facto samodzielnie rządzi całym państwem w imieniu zezgredziałego Warlorda, któremu starcza energii jeszcze tylko na karty ze starymi kompanami i podszczypywanie po pupach młodych kobiet. Flora nie ma też wątpliwości, że matka kocha i szanuje ją - to, że traktuje ją jak skrzyżowanie służącej z rekrutem, jest, paradoksalnie, jeszcze jednym tej miłości dowodem: córka jest jedyną osobą, której Buck ufa na tyle, by podzielić się z nią obowiązkami. Nie zmienia to faktu, że pani generał nie ma bladego pojęcia o tym, jaka naprawdę jest i czego naprawdę chce jej córka.
Ojciec Flory był kiedyś najbardziej narwanym, bohaterskim i rycerskim z oficerów; teraz jest pijakiem i wariatem, wiecznym powodem do zakłopotania dla żony i strachu córki - Flora truchleje na samą myśl, że pod nieobecność mamy Tatko mógłby wypełznąć ze swej samotni u szczytu schodów i zacząć zawracać jej głowę bełkotliwymi monologami pijaka. Flora może i go kocha, ale na pewno niezbyt lubi; dopiero w trakcie swoich przygód, kiedy nieszczęsna chęć ratowania Valefora ściąga na nią wszelkie wyobrażalne kłopoty, dziewczyna przekonuje się, że ojciec, choć tak naprawdę słaby i bez charakteru, naprawdę ją kocha i na swój obłąkany sposób stara się jej pomóc.
I jest jeszcze mroczny i tajemniczy Lord Axacaya, syn bogini i władca półorlich strażników, wróg matki Flory, wróg Flory i Uda, potężny czarodziej; czarny charakter tej opowieści - jak się wydaje przez sporą część akcji. To właśnie od niego Flora odbiera najważniejszą lekcję swojego dotychczasowego życia: że sama jest sobie winna. Flora widzi to, co zrobiła - oszustwa, wyłudzenie podpisu Warlorda, próbę porwania skazanego na śmierć Pirata - w kategoriach romansowej przygody; postrzega je jak dziecko albo jak bohaterka jednej z powieści opisanych w Tough Guide to Fantasyland Diany Wynne Jones. Axacaya zmusza ją, by ujrzała je w kategoriach dorosłych - jako kradzież, porwanie, przestępstwo; przede wszystkim jednak uświadamia jej, że Valefor nie mógł jej ukraść Woli - sama mu na to pozwoliła, nie mając dość siły, dość charakteru, by się przeciwstawić dominacji innych. To dzięki niemu Flora dorośnie, symbolicznie, kiedy oprze się woli matki i powie, że nie zamierza zostawać wojskową. Nie wiemy - ona sama nie wie - czy się jej uda przekonać Buck, ale pierwszy, najważniejszy krok został zrobiony.

Flora's Dare kontynuuje przygody bohaterki. OK. zaszły pewne zmiany:  Hotspur, ojciec Flory, nie jest już obłąkany - między innymi dzięki odwadze i poświęceniu swojej córki. Co nie znaczy bynajmniej, że teraz łatwiej z nim wytrzymać. 
Flora Segunda kończyła się ceremonią Catorceny tytułowej bohaterki: od tej pory, od dnia swoich czternastych urodzin, Flora jest już dorosła. Przynajmniej oficjalnie. Ona sama nie zauważa zmian w swoim życiu, ale zauważa je czytelnik - o ile Flora Segunda była powieścią o dziewczynce, Flora's Dare jest bardzo zdecydowanie o nastolatce. Zamiast - a raczej obok - dziecięcego świata pojawiają się motywy znane zupełnie skądinąd: obok podobnych do dżinnów odźwiernych mamy kluby, gwiazdy rocka (a raczej ich tutejszy odpowiednik) i znudzone gotki z dobrych (aż za dobrych) domów. Zamiast fantasy mamy klasyczny chwyt science fiction, podróż w czasie. Do tego, dodajmy, całkiem sporo miłości i seksu. A przy tym, to nadal jest książka zarówno dla rówieśników bohaterki, jak i dla rówieśników autorki. 
Flora dorasta i zaczyna dostrzegać rzeczy, których wcześniej nie widziała - a raczej, dopuszcza je do świadomości na tyle, żebyśmy my, czytelnicy, je dostrzegli. Ona sama nie wie, dlaczego tak strasznie wkurza ją zmanierowana i śliczna Zu-Zu (o której konsekwentnie mówi w pierwszoosobowej narracji the Zu-Zu) i czemu nie może znieść zainteresowania, jakie wobec Zu-Zu okazuje jej najlepszy przyjaciel Udo. Nie potrafi też nazwać uczuć, jakie budzi w niej uwaga, jaką jej z kolei okazuje tajemniczy i egzotyczny lord Axacaya, czarnoksiężnik i śmiertelny wróg jej rodziny. Wilce przy tym nie boi się trudnych tematów, zarówno trudnych społecznie (cała kwestia dziejów rodziny Flory, jej pochodzenia i uczuć, jakie żywią wobec siebie jej rodzice), jak i obyczajowo (kwestia pociągu, jaki niewątpliwie Axacaya czuje wobec swojej nastoletniej "uczennicy", i jej reakcji na jego uczucia; o Udo, Zu-Zu i nethergloves może nie wspomnę ;)), a także - politycznie (historia przystąpienia Idden, idealnej starszej siostry Flory, do terrorystycznej antyrządowej organizacji, dzieje Krwawej Brakespeare). Aha, żeby było jasne - to powyżej, ten pociąg, terroryzm i inne takie, to tłumaczenie moje z "Florowego" na nasze. Sama Flora, choć bystra i niegłupia,  nigdy nie dostrzega wszystkich implikacji tego, co się dzieje - tak jak, zapewne, nie postrzegałaby ich i nie potrafiła nazwać większość jej rówieśników w naszym świecie. Niezwykłą i fascynująco inną od tradycji rzeczywistość fantasy uzupełnia u Wilce wyjątkowo realistyczna psychologia nastolatków.
Bohaterowie Wilce są dwuznaczni, prawdziwi i przekonujący, a że na dodatek oglądamy ich oczyma nie do końca wiarygodnej i nie do końca rozumiejącej wszystkie implikacje wydarzeń narratorki, tym bardziej nie wszystko, co o nich wiemy, jest pewne. Jedno jest pewne - nie są idealni. Udo jest odważny i zdecydowany, ale też marudny, obrażalski i porywczy. Rodzice Flory tworzą, mówiąc najoględniej, mocno dysfunkcyjną rodzinę, ale niewątpliwie kochają swoje dzieci i szanują się nawzajem. Krwawa Brakespeare - czy była tyranem, potworem, zagubioną dziewczynką, tyranizowaną żoną, lojalną kochanką, patriotką chwytającą się desperackich, nieludzkich sposobów? Idden - jak ocenić jej słuszną moralnie, odważną politycznie, szczeniacką, nieprzemyślaną i kompletnie egoistyczną decyzję o dezercji? A Axacaya, z jego wiecznymi zmianami strony, z jego lojalnością nie wiadomo wobec kogo, z jego ciągłą pomocą dla Flory i Calify i chęcią złożenia tej pierwszej w ofierze dla ocalenia tej drugiej i niezdrowym pożądaniem, jakie wobec Flory czuje, kim jest - potworem, romantycznym antybohaterem, odrażającą kreaturą, ofiarą? Nie, bohaterowie Wilce nie są ani jednowymiarowi, ani idealni. Jestem Ysabeau Wilce tak samo wdzięczna za postać Flory, jak byłam swego czasu wdzięczna JK Rowling za Hermionę Granger. Hermiona była kujonem i grzeczną dziewczynką z za dużymi zębami - ale jej zamiłowanie do nauki, jej moralny kompas i jej poczucie, że trzeba przestrzegać zasad było - nietypowo! - niezbędne dla osiągnięcia celów. Flora nie jest śliczna, nie jest nawet bardzo ładna: jest nieco zbyt okrągła, nie obchodzi jej moda, nie umie się ubrać, a jedynym posiadanym kostiumie kąpielowym wygląda raczej żałośnie; bywa przy tym po nastolatkowemu marudna i zarozumiała - a mimo to, dzięki determinacji, uporowi i sile charakteru, osiąga to, czego chciała. Na dodatek Wilce unika tu typowego w powieści dla nastolatków schematu, mówiącego, że młodzi zawsze mają rację, a rodzice/dorośli  nigdy nie widzą albo nie rozumieją niebezpieczeństwa (co się JK Rowling również, niestety, zdarzało). Tutaj rację mają po trochu obie strony i, podobnie jak w pierwszej powieści z tego cyklu, Flora przekonuje się, że może się od nich czegoś nauczyć (w I części to Axacaya uświadamiał jej konsekwencje jej postępowania, tutaj robi to ojciec).

Szalenie mi się w tym cyklu podoba fakt, że Wilce z kompletną dezynwolturą traktuje konwencje młodzieżowej powieści przygodowej, a zarazem - robi to lekko, nienachalnie, bez mrugania do czytelnika. Wilce nawet nie próbuje głosić, że kontestuje konwencję - ona ją po prostu stawia na głowie; po swojemu, bez dydaktyzmu, bez pouczania. Nie wyjaśnia, że w Califie kobieta może być głównodowodzącym armii, nie pokazuje, że jest to niepowtarzalne, dziwne, nietypowe, inne - bo nie jest. Nie jest też niczym nietypowym, że  Flora i Idden pójdą do wojska, że Udo, stuprocentowo przy tym heteroseksualny i konwencjonalnie męski (patrz wspomniana przeze mnie scena wizji, w której Flora widzi swojego ojca jako przerażone dziecko, a kumpla - jako dorosłego, energicznego i świadomego własnej siły i wartości mężczyznę), ma fioła na punkcie mody, makijażu i ciuchów, że oficjalnym formalnym strojem dla obu płci jest coś pośredniego między togą a kiltem. I najfajniejsze jest w tym wszystkim to, że Wilce po prostu rzuca czytelnikowi te wszystkie detale, nie wyjaśniając, nie tłumacząc, nie podkreślając "patrzcie, jaka postępowa jestem"! Nic z tych rzeczy: w Califie po prostu tak jest.  



środa, 14 marca 2012

Kroi się nam powoli nowe wyzwanie blogowe - i niejako w przygotowaniu do niego chciałabym wrócić do paru swoich starych notek.

Zródło: sfsite.comTo nie będą moje typowe remanenty, czyli linki do starszych wpisów, które nagle zrobiły się aktualne: zamierzam raczej wziąć kilka z opublikowanych parę lat temu recenzji i je przerobić/poskracać tak, żeby wydobyć z nich rzeczy dla nowego wyzwania i dominującej w nim genderowej tematyki istotne. Zdecydowałam mianowicie, że odgrzebię notki o tych książkach, które znalazły się na naszej wstępnej (szerokiej) liście lektur, ale wypadły z niej z racji faktu, że są ciężko osiągalne: nigdy nie doczekały się polskiego przekładu. Zacznę od nowej, skróconej i poprawionej wersji notki o Carnival  Elizabeth Bear.


 ssssssssssssssssssssssssssssspoilers!

 

Elizabeth Bear, Carnival, Bantam Spectra Books 2006

 

Zaczyna się tak: Dwóch ludzi, dwóch już zdecydowanie niezbyt młodych mężczyzn na statku kosmicznym, zbliżającym się powoli do celu - obcego państwa na obcej planecie, eks-ziemskiej kolonii. Zawodowo, choć formalnie są plus minus ambasadorami pokoju, mają za zadanie dokonać de facto zamachu stanu w miejscu, w które przybywają, i w ten sposób wesprzeć imperialne ambicje ziemskiego rządu. Życiowo, jeden z nich jest w swoim społeczeństwie persona non grata i tylko fakt plus minus arystokratycznego pochodzenia sprawia, że jeszcze żyje; na drugiego, choć złożył samokrytykę i wycierpiał swoje, też patrzy się podejrzliwie; obaj jednak są jedynymi profesjonalistami, którzy mogą jednocześnie poradzić sobie z trudnym szpiegowskim zadaniem, jakie dostali i spełnić wyśrubowane wymagania psychologiczno-osobowościowe, jakie stawiają nieufni gospodarze (gospodynie, w sumie). Jeszcze bardziej życiowo, obydwaj znają się od lat, bardzo, bardzo blisko: są eks-kochankami w świecie, który w sprawie związków homoseksualnych wrócił do brytyjskich praw sprzed roku 1861, a ich romans, a raczej jego poprzedni etap, najoględniej mówiąc, nie skończył się dobrze.

Co się stało: Jakiś czas wcześniej, katastrofa ekologiczna na Ziemi doprowadziła do wyginięcia 90% ludzkości, w tym wszystkich na półkuli północnej. Na Ziemi powstał fundamentalistyczny rząd, którego naturalnym elektoratem byli katolicy z Ameryki Pd. i azjatyccy muzułmanie; co więcej, tak naprawdę kontrolę nad Ziemią sprawują tajemniczy the Governers (i ja bym ich chyba przetłumaczyła Wychowawcy, wbrew pozorom), maszyny zaprogramowane do strzeżenia, per fas et nefas, by ludzie przestrzegali narzuconego stylu życia (a nadmiarowych ludzi się np. zabija). Śmiercią karane są, jak w kodeksie Drakona, liczne mniej lub bardziej poważne wykroczenia, od nadużywania dramatycznie wręcz brakującej energii po romanse z osobami tej samej płci. Co więcej, imperialistyczny rząd Ziemi zamierza podbić swoje byłe kolonie, najlepiej metodą divide & impera; ergo, na zarządzaną przez wyłącznie kobiecą społeczność Nową Amazonię nasi dwaj kochankowie zostają wysłani jako ambasadorzy/ szpiedzy/ prowokatorzy; tyle że każdy z nich ma własne plany... ergo do fantastyki naukowej dochodzi spora dawka thrillera politycznego i political fiction.

Carnival jest - co zauważyło kilku recenzentów - w swoich ogólnych zarysach bardzo klasyczną powieścią SF, z jej tradycyjnymi motywami: Ziemia, rządzona przez tyranów i tyrańsko uciskająca swoje kolonie, quasi-utopijne (na pozór) społeczeństwo kolonii z ich dziedzictwem Obcej cywilizacji i ziemska misja, mająca być początkiem inwazji - i, jak się łatwo domyślić, bohaterowie oczywiście okażą się w końcu zbyt szlachetni, by zrealizować plany swojego podłego rządu. Że zacytuję innego recenzenta: what happens when a trio of borderline personalities decide to save the universe.
Tyle że, jak zwykle u niej, Bear stawia te tradycyjne i konwencjonalne tropy na głowie, miesza je i przekształca, i w efekcie daje czytelnikowi tekst, który z jednej strony jest świetną realizacją pewnej literackiej konwencji, z drugiej, ze względu na swoją subwersywność, oryginalnym i głębokim na temat tej konwencji komentarzem. Z polskiego na nasze: Bear pisze klasyczną SF, jednocześnie z pełnąświadomością reguł gatunkowych podważąjąc, przekształcając i reinterpretując większość typowych dla klasycznej SF schematów.

Po pierwsze, Carnival to nie tylko historia o wojnie i Kontakcie, także opowieść o miłości i zdradzie. Jako dyplomatów w misję na Nową Amazonię posłano dwójkę dysydentów, których normalnie czekałoby więzienie albo i kara śmierci, ale są zbyt dobrzy w tym, co robią, by rząd mógł pozwolić sobie na ich stratę. Bohaterowie byli kiedyś parą, dopóki ich związku nie zniszczyła zdrada i polityka... co nie znaczy, że razem ze związkiem minęła miłość. Po siedemnastu latach od chwili, kiedy widzieli się po raz ostatni, czterdzieści lat po tym, jak się w sobie zakochali, w tej misji spotykają się ponownie.
Obydwaj bohaterowie tej historii miłosnej są mężczyznami. Nie żeby w fantastyce ostatnich kilkudziesięciu lat było to czymś szczególnie rewolucyjnym (Kushner, Sherman, Monette, Lackey, Rice, Barker, Delany, Brite, Gabaldon, Laurell Hamilton, J. Carey, Flewelling, M. Scott, Gaiman, Kay, długo by wymieniać; motyw jest - zwłaszcza w fantasy - na tyle popularny, że doczekał się hasła w rejestrującym wszelkie klisze i banały gatunku Tough Guide to Fantasyland Diany Wynn Jones), ale zawsze jest to przykład odejścia od konwencji kosmicznego westernu, i to na dwóch płaszczyznach (przez wprowadzenie motywu romansowego jako jednego z głównych, i wybór homoseksualnych protagonistów). Oba te zabiegi są dokładnie przeciwne konwencji fantastyki Złotego Wieku - podczas gdy, o czym była już mowa, poza tym pod wieloma względami powieść Bear świetnie by się w takiej konwencji mogła zmieścić.

Ponoć (zdaniem R. Ziemkiewicza np.) SF i psychologia wykluczają się nawzajem. No właśnie niekoniecznie. Elizabeth Bear ma duży talent do psychologicznych subtelności i jej portret kochanków, rozdzielonych przez politykę i czas, a zarazem ciągle czujących do siebie tę dziwaczną mieszankę miłości, pożądania, rozczarowania, tęsknoty i odpowiedzialności za siebie nawzajem, jest rzeczywiście intrygujący, zwłaszcza, że autorka dość konsekwentnie przeskakuje z jednego punktu widzenia na drugi, od opinii Michelangela do Vincenta, dając czytelnikowi wgląd w uczucia jednego i drugiego; co więcej, ich emocje i wzajemne uczucia, a także psychika ich przewodniczki, Lesy Pretorii, stanowią klucz do fabuły powieści. Bear mistrzowsko buduje między dwoma głównymi bohaterami napięcie - tak psychologiczne, płynące z dzielonej przez nich historii miłości i zdrady, jak i czysto erotyczne. Przygląda się swoim postaciom z bliska, rejestrując ich drobne gesty, wymiany uwag, przypadkowe dotknięcia... rysując portret dwójki ludzi, którzy kochają się i pożądają, choć już wiele lat wcześniej weszła między nich polityka, prawo, zasady i dobro większości; no i z pełnym wyczuciem (i lekceważeniem) konwencji ten wątek romansowy rozwiązuje. Psychologicznie prawdziwe są też postacie z Nowej Amazonii, przede wszystkim matka-polityk Lesa, uparta, zdecydowana i zbuntowana, enfant terrible własnego świata, ale też jej niewolnik-kochanek Robert czy dzieci tej pary, Katya i Julian.

Wszystkich czytelników, którzy w tym momencie postanowili, że nie mają ochoty czytać kolejnej agitki, w której społeczność złych białych chrześcijańskich konserwatystów, którzy zatruwają środowisko i nie pozwalają na homoseksualne małżeństwa, przeciwstawiona jest wielokulturowej, proekologicznej, newage'owej i kochającej sztukę oraz szanującej dziedzictwo wymarłej Obcej cywilizacji kulturze tolerancyjnych lesbijek, pragnę niniejszym uspokoić: ta książka nie jest agitką. Bardzo zdecydowanie nie jest. Tyrański rząd ludzkości jest rządem ekologów, zarządzana przez same kobiety i spychająca mężczyzn do roli podludzi Nowa Amazonia bynajmniej nie jest rajem, panie polityczki są jedna w drugą potworami pierwszej klasy (taka np. Maiju, regularna nazistka, która chętnie zamknęłaby męską populację NA w gułagach albo wymordowała i zastąpiła ich udział w rozmnażaniu sztucznym zapłodnieniem!). Ziemian podzielono na tych, co przeżyją, i tych, którzy zginą, wedle kryterium rasowego: wymordowane 90% ludzkości zawierało niemal 100%  rasy kaukaskiej (Europa i Ameryka Pn. były odpowiedzialne za ekologiczną katastrofę, która poprzedziła powstanie Wychowawców), więc rasistowska i bezlitosna Ziemia to Ziemia Azjatów, Afrykańczyków, mieszkańców Ameryki Pd., Aborygenów. Co więcej, na Ziemi, podczas Oceny, tylko ci utalentowani, ci kreatywni, zostali oszczędzeni: art was survival, wedle słów Kusanagiego-Jonesa. Jeszcze jeden trop postawiony na głowie: Ziemia mniejszości, Ziemia geniuszy i artystów, Ziemia ekologów bynajmniej nie stała się rajem... Nowa Amazonia nie jest ratunkiem dla Ziemi ani wzorem do naśladowania. Ekologia nie jest rozwiązaniem. Obcy nie są etyczni i przemądrzy. To przeciwny ziemskiego systemowi Vincent jako jedyny z bohaterów jest chrześcijaninem (gnostykiem, ale chrześcijaninem). Michelangelo Kusanagi-Jones i Vincent Katherinessen nie są aniołami, ani wzorcami osobowymi, ani nawet nieszczęśliwymi ofiarami a la Jack w Vellum Hala Duncana.

Elizabeth Bear nie idzie też w drugą stronę - to nie jest bynajmniej wizja z gatunku "Wstrętni lewacy, ekolodzy i feministki niszczą świat i zabijają chrześcijan", o nie. Oba społeczeństwa są poddane krytyce, ale też nie krytyce absolutnej: widzimy powody, dla których społeczności Nowej Amazonii i Ziemi rozwinęły się tak, a nie inaczej, i zaczynamy rozumieć, jak to się stało, że szczytne idee ekologicznego trybu życia z jednej, a  równouprawnienia kobiet z drugiej strony wyrodziły w się w dwie przeciwstawne, identyczne dyktatury. Kobietom naprawdę było na Ziemi źle; a ludzkości naprawdę groziło wyginięcie, i naprawdę trzeba było coś z robić. No tyle żed włączyła się natura ludzka z jej skłonnością do ekstremizmów: jesteśmy ludźmi, ludzie tak mają - a może inaczej, zważywszy na obecność Obcych: jesteśmy istotami społecznymi, zawsze nam to grozi.  

Nowa Amazonia nie jest feministyczną utopią: w ogóle przecież nie jest feministyczna, w tym sensie, że feminizm oznacza równość obu płci. Rząd Nowej Amazonii jest pod wieloma względami równie restrykcyjny i bigoteryjny jak rząd ziemski - i tę antyutopijność Nowej Amazonii widać najwyraźniej w historii Juliana, piekielnie utalentowanego syna Lesy, jednej z głównych nowoamazońskich bohaterek powieści. Jego los jest dokładnie identyczny jak los, który oczekiwałby naukowo utalentowaną dziewczynę w Średniowieczu: co z tego, że ma zdolności, skoro jest nie tej płci, co trzeba. Widać ją także w podziale mężczyzn na gentle males (homoseksualistów), którzy mogą pełnić ograniczone role w społeczeństwie (ogrodnicy, szoferzy itd.) i studs, którym z założenia się nie ufa i którzy traktowani są przez prawo jak niebezpieczne zwierzęta domowe. Z drugiej strony, Ziemianie (w sensie politycznym, nie geograficznym; Vincent nie urodził się na Ziemi) nie są lepsi: obaj główni bohaterowie mają problem z zaakceptowaniem sytuacji, w której dopuszcza się do poważnych decyzji kobiety i obaj są przekonani, że jest to jakiś rodzaj aberracji, że coś jest tu nie w porządku. Obaj przy tym brzydzą się Nowej Amazonii, brzydzą jedzenia mięsa i posiadania zwierząt domowych, brzydzą zapachów, smaków i wszystkiego, co ich otacza; dla nich, wychowanych w skrajnie ekologicznym reżimie, to wszystko są dowody dzikiego barbarzyństwa. Tyle że zarówno Michelangelo, jak Vincent, jak Lesa Pretoria mają dość determinacji, wewnętrznej uczciwości i rozsądku - i mają też dość otwarte umysły - by móc, powoli, otworzyć się na argumenty, system wartości i podejście tej drugiej strony. Być może to, że i oni, i ona wiedzą, że z ich własnymi społecznościami jest coś bardzo nie w porządku i że wszyscy troje zaznali tego na własnej skórze, pomaga w tym otwarciu? Być może pomaga też fakt, że seksualność każdego z nich odbiega od przyjętej w ich poszczególnych kulturach normy? (Lesa jest bardzo zdecydowanie heteroseksualna i nie boi się mężczyzn, nie czuje też wobec nich wyższości ani nie traktuje ich z pobłażaniem; Roberta, ojca Juliana, kocha od lat i ufa mu bardziej niż jakiejkolwiek kobiecie).

Powieść Bear jest przede wszystkim studium błędnego koła: represji i nietolerancji, które rodzą, w odpowiedzi, kolejne represje i nietolerancję; w pewnym sensie można powiedzieć, że z bohaterami tej powieści jest jak z niewolnikami, którzy wyzwalają się, tworzą własne państwo i natychmiast kupują sobie niewolników. Między władzami Ziemi a opiniami, powiedzmy, Maiju Montevideo, nie ma żadnej różnicy, poza tym, kto właściwie ma być prześladowany, zamknięty w gułagach, odcięty od decydowania o własnym świecie, pozbawiony praw. Równie niemoralna jest społeczność Obcych i ich genetyczne manipulacje własnym gatunkiem. Mechanizm jest ten sam: wszystkie te społeczeństwa są antyutopijne i okrutne, a wyjść poza ten schemat mogą, w obu przypadkach, tylko jednostki, ci, którzy są na pograniczu, którzy sami są o krok od znalezienia się wśród tych zamykanych, prześladowanych, odciętych. Obie pary - zarówno Lesa i Robert, jak Vincent i Angelo - żyją we własnych, prywatnych światach, ukrywanych przed rodakami: nikt nie wie, że Lesa pozwoliła Robertowi się kształcić, nikt nie zna prywatnego języka Kusanagi-Jonesa i Katherinessena. Kii, przedstawiciel/twór lokalnej Obcej rasy, został zbudowany, by być badaczem i kontrapunktem dla Jedności ich umysłów. Ta izolacja, paradoksalnie,  pomaga każdemu z nich wyjść poza swoją kulturę i spróbować zrozumieć tę inną. Każdy system polityczny, dążący do kontrolowania swojej populacji, musi się zdegenerować; siła tkwi w indywidualnościach, nie w systemie; jednostki zawsze mogą się porozumieć, wbrew wszelkim różnicom, jeżeli przeciwstawią ideologii własny rozum, własne szczere emocje i własną wewnętrzną uczciwość - to chyba najbliższa "przesłania" myśl, jaką w powieści Bear da się wyczytać.

Zastanawiam się, w jakim stopniu Nowa Amazonia jest aluzją do Whileway, zamieszkanej przez same kobiety planety z pamiętnego, kontrowersyjnego i nagradzanego opowiadania Joanny Russ When It Changed, gdzie sytuacja wyjściowa jest niemal identyczna: do kolonii-świata kobiet przybywa delegacja mężczyzn ze starej Ziemi, a ich przybycie musi zmienić porządek rzeczywistości. Mam z tekstem Russ problem, bo za każdym razem, jak go czytam, odbieram go inaczej, i dzisiaj widzę w nim znacznie więcej dwuznaczności, niż w 2008, kiedy porównałam go, w swojej oryginalnej recenzji, z tekstem Bear - ale może ten problem warto zostawić na dyskusję w szerszym gronie...

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 22
| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
O autorze
Zakładki:
Autorzy
Blogi
Miejsca: różne
Omnia mea
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...