wtorek, 24 stycznia 2012
Sherclok Holmes: Gra cieni, reż. Guy Ritchie, scen. Kieran Mulroney, Michele Mulroney, wyst. Robert Downey Jr., Jude Law, Kelly Reilly, Jared Harris, Stephen Fry, 2011.
Zastanawiałyśmy się wczoraj z Drakainą, czy w końcu zobaczyć w kinie aktualny Twilight (nie pamiętam w sumie, który z kolei), czy pójść na film, który ja naprawdę, naprawdę chciałam widzieć, znaczy na Grę cieni. Gra, nomen omen, wygrała, a ja teraz chyba nawet troszkę żałuję, że nie poszłam oglądać, jak Bella wychodzi za Edwarda. No bo tak: powiem od razu, że dawno już nie wyszłam z kina tak rozczarowana.
Pierwsza część mnie swego czasu autentycznie zachwyciła; za kolejnym oglądaniem na DVD podobała mi się nieco mniej (zaczęła jednak przeszkadzać idea, że Blackwood chce po prostu Władzy nad Światem, no i masoni, którzy irytują mnie, w sumie, w każdym filmie, w jakim się pojawią), ale generalnie - po obejrzeniu go po raz trzeci (czwarty?) parę dni temu twierdzę, że to jest ciągle bardzo udany i bardzo fajny film: pomysłowy, dobrze zagrany, efektowny. A przy The Game of Shadows Ritchie i i jego scenarzyści mieli - no, prawie wszystko. Mieli sprawdzony team aktorów, między którymi na ekranie, w poprzedniej części, aż iskrzyło od napięcia, i naszkicowane już postacie Holmesa - autodestrukcyjnego ekscentryka mentalnie uzależnionego od jedynego przyjaciela, jakiego ma, oraz kompetentnego, sarkastycznego Watsona, trochę mniej mieszczańsko porządnego (hazard!), niż na to wygląda. Mieli, zamiast Blackwooda, w rękawie czarny charakter wszechczasów, na dodatek na tyle mało sprecyzowany w literackim oryginale, że mogli z nim zrobić, co chcieli. Mieli może niespecjalnie literacko dobry, ale bardzo, bardzo wdzięczny do adaptacji pierwozwór i dość kasy, żeby pokazać prawie wszystko, co by im się zamarzyło. No i, w mojej skromnej opinii, skopali to wszystko (albo prawie wszystko). Dobra, ten film ma zalety. Po pierwsze, dalej się komuś chciało myśleć, jak pewne rzeczy pokazać - mnie się naprawdę podobała przesadzona, przestylizowana scena wybuchu w lesie, z zastygającymi na moment w stop-klatkach scenami i postaciami. Podobały mi się (w większości, o czym dalej) kostiumy i zdecydowanie pozytywnie odebrałam ścieżkę dźwiękową (a zwłaszcza tę przeróbkę początku uwertuty Don Giovanniego, co się Drakainie wydała jak Don G. napisany przez Wagnera). Uśmiechnęłam się, kiedy okazało się, że pułkownik Moran dalej jest znakomitym strzelcem. Podobał mi się, zdecydowanie, Jude Law jako Watson - facet ma naprawdę nieprzeciętnego pecha, że los dał mu konkurencję nie do pobicia w tej samej roli w tym samym czasie (podstawowa różnica jest taka, że Freeman ma co grać...). No i jest w tym filmie, tak naprawdę, jedna scena, przy której poczułam dreszcz emocji. Myślę, że dla większości osób, które film widziały, jest chyba dość oczywiste, o której scenie mowa. Podobnie jak Sherlockista (zresztą, zamiast pisać własną recenzję, powinnam chyba odesłać do recenzji na Sherlockianach, bo mówi to samo, co ja chcę powiedzieć, tylko lepiej) jestem pod dużym wrażeniem finałowej konftrontacji Holmes-Moriarty: od początku pojedynku szachowego między nimi aż po skok za balustradę w obecności Watsona jako świadka. Tu nie było szarżowania, histerii - tu w ogóle nie było, tak naprawdę, emocji, tylko kalkulacja i zrozumienie, że inaczej się nie da. Świetna ta idea, że po raz pierwszy ktoś - ktoś mu równy - wcina się Holmesowi w jego dedukcje i jego ocenę rzeczywistości, a scena, w której panowie grają w szachy nie patrząc na figury przed sobą, widząc tylko, in their minds' eye, konsekwencje swoich posunięć, mówiła nam i o Holmesie, i o Moriartym więcej niż poprzednie półtora godziny akcji. No i teraz już się nie da tego odwlekać, będzie rant. Wielki, gigantyczny rant bardzo złej osoby. Szanowni Państwo Autorzy tego filmu, pytam ja się Was retorycznie (a pytania i wątpliwości są, że od razu dodam, moje własne, w sensie - że komuś się mogło podobać, jak najbardziej, ale mnie nie): Po pierwsze, po cholerę było majstrować przy postaciach z I części i je jeszcze przefajniać? Robert Downey Jr. wcale nie musiał być na ekranie bohaterem z opowiadań Conan Doyle'a, wystarczyłoby, żeby był sobą z I części tego filmu: genialnym, niepoukładanym i nieżyciowym alkoholikiem (?) z szalonymi pomysłami i sercem po właściwej stronie. Tutaj - szarżujący, przegięty, momentami głupawo śmieszny, pakowany bez przerwy przez scenarzystów w sytuacje stereotypowe, nieprawdopodobne i pozbawione sensu nawet w konwencji, jaką ten film przyjmuje - jest momentami własną parodią. Dawno, dawno temu Kevin Kline był lepszy i zabawniejszy w przebierankach za kobiety, a Salma Hayek lepiej wyglądała w skrzyżowaniu kaftanu bezpieczeństwa z piżamą dla dorosłego dwulatka; RDJ zarówno w swoich idiotycznych kostiumach i przebraniach, jak i kiedy po prostu był wiecznie umorusany, na kacu i z misją rozśmieszenia widza za wszelką cenę, głównie mnie irytuje. Nie widzę w nim w żaden sposób emocji, które jakoś do tej postaci, po I części filmu, przypisałam - punktowanego absurdalną momentami komedią, ale jednak (boję się takiego słowa w tym kontekście, ale inne mi do głowy nie przychodzi) dramatu człowieka, który nie ma pojęcia, co ze sobą zrobić, żeby się nie zanudzić na śmierć (pierwszy film i My mind rebels at stagnation, give me problems, give me work?) i któremu świat się wali na głowę, bo mu się jedyna podpora życia wyprowadza z domu. Tu Holmes Downeya jak dla mnie jest, jak celnie ujmuje Sherlockista, skrzyżowaniem Chucka Norrisa z klaunem i aż do konfrontacji z Moriartym tyle mniej więcej mnie obchodzi. Po drugie. Ja, czytelnicy i cały świat (tzn. ta jego część, która wie, kim jest Sherlock Holmes) wiemy, że Holmes i Watson są "parą" - w sensie: że są dla siebie nazwajem ważniejsi od żon i braci, że będą dostawać (metaforycznej) histerii na myśl o tym, że drugiemu mogło się coś stać i że niezależnie od ilości małżonek pan doktor będzie i tak spędzał każdą wolną (i nie tylko) chwilę na Baker Street. I OK, jak pewnie niektórzy wiedzą, kompletnie, ale to kompletnie nie przeszkadza mi (a wręcz przeciwnie), że bohaterowie płci tej samej, parą w sensie erotycznym nie będący, flirtują ze sobą na ekranie, podczas gdy scenarzysta z reżyserem chichoczą i mrugają do widza, ale na litość boską - trochę mądrzej i trochę mniej nachalnie. Albo, przy tak dalekim odejściu od kanonu, zróbcie z nich po prostu (eks?) kochanków, proszę bardzo, i wtedy ogrywajcie dwuznaczniki z tańcem i kładzeniem się obok siebie, albo trochę stonujcie z dowcipasami i przestańcie, błagam, błagam, pakować w ten film najbardziej ograne i głupawe chwyty rodem z komedii pt. "Wszyscy myślą, że on jest gejem, a nie", bo jak dla mnie wygląda to na słaby humor skrzyżowany z wyjątkowo nachalnym fanserwisem. Przegięliście najbardziej ze sceną tańca, która jest taką kliszą a la marny fanfik, że zęby (mnie przynajmniej) bolą. Po trzecie, zatrudnijcie jakiegoś, bo ja wiem, scenarzystę? Może by, po pierwsze, ten film miał jaką, no nie wiem, fabułę? Po co ta usunięta w dziesiątej plus minus minucie Adler - i potem Sim, która jest jej klonem (Noomi Rapace mogę oglądać, bo jest cudna pod każdym względem, ale postać troszkę jakby nie ma celu i sensu)? Anarchiści i ich spisek (i brat i siostra jak z Van Helsinga?)? Przeszczep twarzy? Sceny w pociągu? Długie, długie, długie bijatyki o nic i o niczym? Pociąg, że się powtórzę? Las? ARMATY? Wyrzucenie Mary z pociągu? Mary w ogóle, w sensie - cały czas czekałam, aż się dowiemy, że jest eks-szpiegiem, bo inaczej, skąd ona pewne rzeczy wie? Kozy i dżungla na Baker Street? Wymuszone i nieśmieszne, jak dla mnie, sceny z jazdą na kucyku? Ktokolwiek wymyślił, że Watson parę dni po śmierci Holmesa wybiera się w podróż poślubną, zasługuje na męki piekielne w postaci czytania przez całą wieczność Sherlocka Holmesa i mądrości umarłych. Dobra, dla równowagi - duży plus za fakt, że ten akurat Sherlock Holmes ma odrobinę serca i ostrzega Watsona, że z tym wodospadem to nie do końca tak było... Zła jestem. Naprawdę, serio zła. A ponieważ Sherlockista wie lepiej, z jakiego powodu jestem najbardziej zła, pozwolę sobie zakończyć tę pełną rozczarowania, smutku i złości recenzję cytatem, który także i moje uczucia oddaje idealnie: pod tymi wszystkimi burdami, żarcikami i gonitwami siedzi o wiele lepszy film, który trzeba by było najpierw ociosać z amerykańskich pomysłów na to, co bawi widownię.
piątek, 20 stycznia 2012
poniedziałek, 16 stycznia 2012
No więc wrzucając tu jakiś czas temu Cascade de Riqenbac Turnera, miałam jakieś przeczucie. Od razu w pierwszej scenie mamy aluzję do drugiego najsłynniejszego pojawienia się wodospadu Reichenbach w angielskiej kulturze i jednocześnie - na moje wyczucie - do filmu z Brettem, gdzie chodziło, że przypomnę, o kradzież sławnego obrazu! Nie mówiąc już o tym, że od razu w pierwszych minutach mamy z głowy wodospad Reichenbach. Niby go nie ma, a jest. No ale jest upadek, z oryginalnego miejsca pracy doktora Watsona, chwilowo w remoncie (dużo o tym było w gazetach w jednym z poprzednich epizodów). Molly jest Mycroftem. Cudnie jej panowie wynagrodzili to, jak była traktowana: tu jest dzielna i mądra, choć niby się wiele nie zmieniła, i ma tę drobną nagrodę, że Sherlock w końcu to dostrzega i to do niej ma prośbę. A pani Hudson jest, tym razem, umierającą na suchoty angielską panienką. Mycroft nie może się oprzeć graniu w gierki z Moriartym, bo chyba żadne z tej czwórki (Irene, Mycroft, Sherlock, Jim) nie potrafi oprzeć się chęci pogrywania sobie z pozostałymi. Bajki. Jak z Jedenastym Doktorem, choć to przecież nie Moffat pisał dzisiejszy odcinek. Jaś i Małgosia ze śladami z okruchów i but jak w Kopciuszku zdradzający sekrety. I jabłko na dodatek do zmyślone ad hoc opowieści o rzekomym rycerzu Okrągłego Stołu. BTW mój brat zaświadczy, że krzyknęłam "Jaś i Małgosia!" na ładnych parę minut przed Sherlockiem. Sherlock Holmes umiera tu dwa razy: raz jako detektyw i geniusz, w oczach świata, raz jako człowiek. Ani razu naprawdę, choć to pierwsze też mi się jakoś tam kojarzy z losem Jedenastego Doktora. Martin Freeman zasłużył na BAFTĘ, Oscara i co tam jeszcze. Sherlock zasłużył na to, żeby porządnie dostać w pysk w pustym domu (ale Benedict Cumberbatch zasłużył na swoją porcję nagród). W końcu wiedzieliśmy, że on nie umarł, prawda? Panowie po prostu postanowili trochę mniej oszukać. Ale ciągle nie chciałabym być Sherlockiem po powrocie. Biedny John. Piękna konstrukcja: aluzje do pierwszej serii, łącznie z cytatami (to o zostaniu zabójcą), powrót postaci z tamtych filmów, układ (z serią spraw) trochę wydaje się, początkowo, naśladować The Great Game. Poza tym, serce mam złamane i jestem zachwycona. I w sumie nie bardzo wiem, co jeszcze powiedzieć, a poza tym zanim powiem, muszę pozbierać szczękę z podłogi. A prawdziwa recenzja będzie po 23, jak dostanę moje zamówione DVD. EDIT TWO: Czyżbyśmy mieli uzasadnienie dla pięknych heroicznych ujęć Sherlocka na skale w Dartmoor :) EDIT THREE: Sherlock rzekomo wynajduje Moriarty'ego, jak go wynalazł (naprawdę!) w Seven Per Cent Solution Nicholasa Meyera. EDIT FOUR: Mesjańskie aluzje, śmierć za przyjaciół i walka dobra ze złem, anyone? Rusty Angel na to wpadła i od kiedy to u niej przeczytałam jakieś pół godziny temu, nie może mi to wyjść z głowy.
niedziela, 15 stycznia 2012
... chyba w tym roku, niestety, zapowiadam, bez czego ja osobiście nie wyobrażam sobie ekranizacji jednego z opowiadań Arthura Conan Doyle'a. Tym razem, oczywiście, opowiadaniem, o którym mowa, jest The Final Problem -a ja problemów z nimi wymagań wobec niego mam, jak się ku własnemu zdziwieniu przekonałam, mniej, niżby mi się wydawało.
Dlaczego? Może dlatego, że żeby zrobić z tej historii dobry film, trzeba w ogóle sporo do niej dołożyć. Problemem w The Final Problem jest, tak naprawdę, profesor Moriarty: żeby współczesny widz uwierzył w Napoleona zbrodni, musi wiedzieć o nim coś więcej, oprócz arbitralnych oświadczeń, że mamy do czynienia z demonicznym geniuszem zła: więcej faktów i dowodów jego geniuszu, mniej deklaracji; ideałem byłoby jakieś poważne przestępstwo, choć może niekoniecznie kradzież Mony Lisy z Luwru. Tutaj, w sumie, nawet nie muszę się tego domagać, bo pp. producenci już to zrobili: wypełnili mój punkt pierwszy, pokazując nam Jima Moriarty'ego i jego knowania od samego początku, wskazując, że pan consulting criminal macza palce w bardzo wielu tych samych sprawach, którymi zajmuje się pan consulting detective i czyniąc z niego zarówno równego przeciwnika dla obu braci Holmesów, jak i rywala/wspólnika dla pani Adler. Nie muszę się też domagać ulubionych kawałków dialogu, tych, które definiują Holmesa i Moriarty'ego jako równych sobie, niemal czytających sobie nawzajem w myślach przeciwników. A nie muszę upominać się o mój punkt drugi, bo - bo ten dialog już był. Na basenie. Pod koniec The Great Game: "'All that I have to say has already crossed your mind,' said he. "'Then possibly my answer has crossed yours,' I replied. Co mi więc pozostaje? Kilka bardzo ogólnych życzeń: Po trzecie: Sherlock Holmes musi się bać Moriarty'ego (to, co znakomicie zagrał Jeremy Brett): musi poważnie wierzyć, że jego życie jest w niebezpieczeństwie i serio obawiać się tego, co się może stać. Po czwarte, i tu jest pewien niewielki problem: John Watson nie powinien wątpić, że jego przyjaciel nie żyje i powinno go to porządnie trzepnąć emocjonalnie. Problem ma polegać na tym, że my-odbiorca musimy najpierw uwierzyć JW, a potem (za te trzy lata) nie mieć najmniejszych wątpliwości, że JW się mylił. To ładnie wyszło w recenzowanej przeze mnie niedawno wersji Granada TV: oglądamy wydarzenia tak, jak wydedukował je Watson, a dopiero poniewczasie nam się przypomina, jak to jest z Watsonem i dedukcjami... Mało, w sumie, mam tym razem wymagań. Jeszcze może tylko jedno: po piąte, że po prostu sobie nie wyobrażam, że się przy tym nie rozpłaczę...
sobota, 14 stycznia 2012
Dwa razy w roku, w swoje urodziny i imieniny, dręczę śmiałków swoimi próbami literackimi, których, ofkorz, nikt nie chce nigdzie publikować. Dzisiejsza domaga się kilku słów komentarza: 1. Jest podlinkowana z innego mojego bloga, a nie po prostu wrzucona tutaj, bo tekst był dla Bloxa mocno za długi. 2. Ostrzeżenie: tl;dr 3. Ostrzeżenie: o Rzymianach 4. Ostrzeżenie: horror 5. Ostrzeżenie/prośba: jakby ktoś wiedział, co zrobić z infodumpem o rodzinie bohaterki, to proszę o rady. 6. I jeszcze raz: tl;dr 7. Uwaga: niebezpieczeństwo natknięcia się na cytaty i kryptocytaty. 8. Mówiła już? tl;dr I to tyle ostrzeżeń. Próba follows.
ROZPOZNALI KROKI ERYNII
Kluentia pozdrowienia siostrze Awicie. Jeżeli ty masz się dobrze…
Podniosłam wzrok znad gryzmołów mojej siostry i spojrzałam za okno: ściemniało się i mrok wkradał się powoli do Domu Westalek. Nie chciało mi się czytać listu, który leżał na moich kolanach. Zastanawiałam się przez moment, czy nie przywołać Syry i nie kazać zapalić lamp, ale zdecydowałam, że chyba wolę zabrać te nieszczęsne tabliczki i pójść do atrium; przynajmniej dowiem się, czego tym razem chce ode mnie ukochana siostrzyczka, w nieco przyjemniejszym miejscu niż pełen smrodu oliwnej lampki pokój.
W Larinum jest teraz jak zwykle, nic się nie zmieniło od twojej ostatniej wizyty przy okazji pogrzebu Marka. Ja za to przyjadę do Rzymu, wykorzystać ostatnie miesiące mojego wdowieństwa na stosowne rozrywki. Westchnęłam ciężko. Po pierwsze, przedzieranie się przez meandry stylu mojej siostry było czystą męką. Po drugie, nie podobało mi się to, co list sugerował. Virgo Maxima, moja przełożona, nie zniżyłaby się do napisania osobiście do prowincjonalnej damulki, nawet jeżeli ta była wdową po senatorze; to znaczy, że Kluentia pociągnęła za jakieś znane tylko sobie sznurki i poprosiła o interwencję kogoś z wysoko postawionych przyjaciół męża – prawdopodobnie Gneusza Marcjusza, męża Tullii; a to z kolei znaczy, że cokolwiek chciała osiągnąć, naprawdę jej na tym zależało.
piątek, 13 stycznia 2012
Wstałam sobie dzisiaj, szczęśliwie, po dziewiątej (do pracy na szesnastą...); przespacerowałam się po mieszkaniu, wzięłam prysznic, zjadłam śniadanie, po czym, mając w perspektywie wybór między pisaniem a prasowaniem, włączyłam na moment TV. Po czym okazało się, że AXN Crime postanowiło uraczyć nas o 10 rano "Niezwykłą kobietą", a.k.a. A Scandal in Bohemia w wersji Granada TV. Widziałam ten film tylko raz, sto lat temu, i nie aż tak wiele pamiętałam - ergo, okazja była zbyt dobra, by ją opuścić.
To jest - powiem od razu - bardzo, bardzo różna od Moffatowej, wierna, acz odrobinkę inaczej od pierwowzoru rozkładająca akcenty i przede wszystkim - bardzo dobra adaptacja. Adaptacja, dodajmy, która ma wszystko to, czego ja bym się od tej historii domagała - a do tego dorzuca kilka bonusów. Przede wszystkim,zaletą tej adaptacji jest Irene Adler. Z jednej strony bardzo Conan Doyle'owa: śpiewaczka o anielskim głosie, szalenie inteligentna i zdeterminowana, by zostawić za sobą przeszłość i nieszczęsny romans z czeskim królem. Z drugiej strony - z postaci w zasadzie przez Conan Doyle'a naszkicowanej scenarzysta John Hawkesworth i wcale przecież nie tak bardzo znana i aktorsko utytułowana Gayle Hunnicutt stworzyli pełnokrwistą, intrygującą bohaterkę. Ta Irene jest przede wszystkim kobietą - nie dziewczyną , ale dojrzałą i mądrą kobietą, która podjęła ważne życiowe decyzje i zamierza przy nich wytrwać. Może w pewnym momencie zagroziła królowi, niesiona urażoną dumą i ambicjami, ale teraz najwyraźniej nie ma ochoty ani wracać do tego tematu, ani szukać zemsty - zdecydowała się na małżeństwo z panem Nortonem, ewidentnie powiedziała mu o swej przeszłości (fotografię wyrzucają razem) i nie ma zamiaru rujnować życia koronowanemu durniowi, z którym kiedyś łączyło ją uczucie. Uczucie, nie tylko romans: obie strony nie pozostawiają co do tego wątpliwości. Jest jednak jeszcze jedna istotna sprawa: kluczowym motywem tutaj wydają się słowa Holmesa, wzięte zresztą dosłownie z tekstu Conan Doyle'a: From what I have seen of the lady, she seems, indeed, to be on a very different level to your Majesty. Irene Adler wygrywa tu, oczywiście, pojedynek z Holmesem. Wygrywa go jednak nie tylko dlatego, by pokazać, że poza rodziną i arcywrogiem nasz detektyw ma czasami szansę napotkać godnego siebie przeciwnika i nie tylko po to, by na przyszłość zetrzeć mu z twarzy lekceważący uśmieszek, z jakim mówi o kobietach; wygrywa też, moim zdaniem, dlatego, że Sherlocka Holmesa zawiódł, w tym przypadku, jego zmysł etyczny. Generalnie, znakomita klasyczna adaptacja. Mogłabym jeszcze, oczywiście, dodać, że świetny David Burke jako bystry, dzielny i lojalny Watson, i że znakomity Jeremy Brett - od sceny ze strzykawką, przez przebieranki, po ekscentryczne zachowanie w towarzystwie króla - no ale to byłoby stwierdzanie oczywistości, prawda?
wtorek, 10 stycznia 2012
EDIT: To były 23 punkty w 23 minuty. Wińcie Zwierza i fakt, że za 23 minuty Góra się na pewno zorientuje.
Czyli Psy z Baskerville w dwudziestu trzech minutowych punktach. 1. Dzięki, panie Gatiss. Wszystko, co nie było wybaczone dotąd, zostaje wybaczone teraz. 2. Chciałam gotycką opowieść przechodzącą w coś z realistycznym zakończeniem. Zamiast gotyckiej historii przechodzącej w kryminał dostałam historię o szatańskich upiorach przechodzącą w SF/thriller medyczny. Brawo. naprawdę, brawo. 3. Cały czas, od samego początku się strasznie bałam, żeby rozwiązanie nie poszło w coś tak oczywistego, jak eksperymenty genetyczne i zmodyfikowany pies. Możecie sobie wyobrazić, w jaką panikę wprawił mnie fluorescencyjny królik. 4. Ergo, bardzo, ale to bardzo się ucieszyłam, że - jak słusznie pisze Sherlockista - bardzo w duchu oryginału Pies był dokładnie tam, gdzie jego miejsce - w głowach bohaterów. 5. Chciałam, żeby klątwa miała coś wspólnego z Henrym - no i proszę, nie dość, że naprawdę chodziło o to, że jego ojciec widział za dużo, to jeszcze przez moment oszalały od narkotyku Henry, atakujący swoją lekarkę, sam stał się Psem. 6. Chciałam mieć red herringi: oświadczam, że to, jak zostały tu rozdystrybuowane oryginalne nazwiska, to jest red herring miesiąca (bo każdy fan będzie podejrzewał Wiadomo Kogo, a Wiadomo Kto okaże się, owszem, mordercą, ale z pierwszej sprawy tego odcinka...). 7. Sherlock, cierpiący, odstawiony od wszystkiego, co mu dostarcza rozrywki i sprawia, że myśli przestają mu gonić po głowie w opętańczej gonitwie, błagający o jakąkolwiek sprawę, cokolwiek, co go zajmie - złamał mi serce (EDIT: nawet mimo komicznego kontekstu). 100 punktów dla aktora. 8. John, obrażony (a raczej odgrywający obrazę), i Sherlock, błagający na swój mocno nieporadny sposób o wybaczenie - bezcenne. 9. Sherlock, mówiący pełnym troski głosem John, gdzie jesteś, skontrastowany następnie z pełnym widokiem tej sceny, kiedy już wiemy, jak to się stało, że John zobaczył Psa - o, to mi nie złamało serca, to mi przypomniało, że ten facet naprawdę jest socjopatą, highly functioning czy nie. 10. Brak Londynu nie przeszkadzał; zdjęcia kompletnie, zupełnie inne stylistycznie niż w Skandalu, ale znakomite. Temat "mroczne, gotyckie, niesamowite wrzosowisko z jarami" wydaje się wizualnie ograny do bólu, a tu prosze, jak efektownie, tradycyjnie, a zarazem pomysłowo się to dało zrobić. 11. Henry, nie sir, za to Knight, bardzo sympatyczny, bardzo wzruszający i bardzo dobrze zagrany. 12. Ciąg dalszy gry między Sherlockiem a Mycroftem: bardzo dobrze, bo dla mnie to, że oni stale grają, stale rywalizują, jest esencją tej konkretnej wersji ich relacji. No i Jim w roli Sherlock's worst nightmare i Psa Baskerville'ów w jednym. 13. John Watson odegrał bardzo szczególną rolę, nawet jeżeli alfabet Morse'a okazał się, powiedzmy, mało przydatny. 14. Poza tym, prawdziwa recenzja będzie po całości. 15. A poza tym: 16. [EDIT: Pies zjadł serduszka] 17. [EDIT: Pies zjadł serduszka] 18. [EDIT: Pies zjadł serduszka] 19. [EDIT: Pies zjadł serduszka] 20. [EDIT: Pies zjadł serduszka] 21. [EDIT: Pies zjadł serduszka] 22. [EDIT: Pies zjadł serduszka] 23. [EDIT: Pies zjadł serduszka]
poniedziałek, 09 stycznia 2012
2. Musi być element opowieści o rodowej klątwie/nieszczęściu (patrz: powieść gotycka), ergo - rozwiązanie zagadki musi jakoś łączyć się z osobą lub rodziną sir Henry'ego Baskerville'a lub jego filmowego odpowiednika. Ciężko mi sobie wyobrazić, że Henry byłby tylko, na przykład, przypadkowym obserwatorem. 3. Konieczne są red herringi, zwalniające akcję i plączące tropy (odpowiednik historii z państwem Barrymore i Seldenem). 4. I wreszcie, po czwarte i ostatnie; to jest ta powieść, w której John Watson ma szczególną rolę do odegrania: sporo działa sam, wykazuje się jeśli nie detektywistycznym geniuszem, to odwagą i pomysłowością. Bardzo bym chciała, żeby akurat ten element pozostał bez zmian.
niedziela, 08 stycznia 2012
Fangirl mode szybko mi nie przejdzie - co najmniej przez najbliższe dwa trzy (DVD!) tygodnie; ale prawda jest taka, że z napisaniem wpisu o Irene Adler nosiłam się już od jakiegoś czasu, co najmniej od momentu przeczytania In Bed with Sherlock Holmes. No a że okazja nadarza się znakomita, bo nowe wcielenie tej postaci wzbudziło spore dyskusje - no to będzie wpis o pani Adler. ZE SPOJLERAMI, choć dalibóg nie wiem komu, poza Drakainą, mogłabym jeszcze Scandal in Belgravia zespojlować. Kluczowe cechy pani Adler, jakie ja osobiście widzę w jej postaci w kanonicznej wersji literackiej i które dla mnie definiują tę postać, są następujące:
2. Egzystuje na granicy akceptowanego społecznie świata. Z jednej strony, obraca się, jak wyżej wspomniano, w towarzystwie królów i milionerów, z drugiej - jest metresą, jak chodzi o pozycję, a śpiewaczką operową, a więc osobą niekoniecznie szacowną (zabawne, jak się zmieniły standardy!) z zawodu. Już sama jej profesja sugeruje, że jest jej pisana raczej rola królewskiej kochanki lub najwyższej klasy damy do towarzystwa niż małżonki (i oczekuje się od niej, że się tymi rolami zadowoli i nie będzie aspirować do niczego ponad to). 3. Jest także na granicy świata męskiego i kobiecego, zarówno gdy chodzi o ambicje, jak i o charakter i sposób ukazania. She has the face of the most beautiful of women, and the mind of the most resolute of men, że przypomnę; skutecznie przebiera się w męskie stroje, nie boi się rywalizacji z mężczyznami i uważa się za równą płci męskiej. Zarazem jest stuprocentowo kobieca (w rozumieniu epoki Conan Doyle'a, znaczy się); jej podstawowym narzędziem budowania pozycji w męskim świecie jest seksapil. W tej kobiecości też nie jest oczywista, bo choć na pierwsze wrażenie wydaje się femme fatale, gotową zrujnować przyszłość dawnego kochanka, w rzeczywistości okazuje się posiadać sporo cech kobiety społecznie respektowanej: She lives quietly, sings at concerts, drives out at five every day, and returns at seven sharp for dinner. Seldom goes out at other times, except when she sings. Has only one male visitor (który w sumie okaże się narzeczonym). 4. Niezależnie od jej niejednoznacznej pozycji, IA jest kobietą dumną i szlachetną, która nie chce, w rzeczywistości, niczyjej krzywdy: pragnie jedynie być traktowana w sposób, na jaki czuje, że zasługuje, a jeżeli świat (w tym SH) tego nie rozumie, tym gorzej dla świata.
Adaptacja (czy to filmowa, czy jakakolwiek inna), która dosłownie przejęłaby cechy Irene Adler, łącznie z zawodem, talentem muzycznym i faktem, że fotografia, o którą chodziło, miała raczej pamiątkowy niż jakikolwiek inny charakter, miałaby jeden zasadniczy problem: dla współczesnego odbiorcy zawód śpiewaczki, chęć walki o małżeństwo z mężczyzną, z którym było się związanym czy rywalizacja z mężczyznami jakz równymi w żaden sposób nie sugerują tego, co mnie osobiście wydaje się kluczowe: pozycji Irene Adler jako osoby otwarcie przekraczającej granice, czy to roli społecznej, czy płciowej. Stąd zresztą dość naiwne przerabianie jej na love interest - kiedy jej cechy, nawet w jakimś tam stopniu zachowane, stają się tylko dodatkiem do faktu, że ma ona być Ukochaną Bohatera. Pół biedy, póki taka adaptacja umieszcza ją w realiach XIX wieku, choć i wtedy istnieje ryzyko, że Irene zamieni się nam w Nowoczesną Kobietę o Złotym Sercu; owszem, inteligentną, utalentowaną, ale przy tym przede wszystkim zupełnie nie skandaliczną i w sumie milutką - patrz Irene-protektorka Christine Daaé u Nicholasa Meyera i Irene cierpiąca po poronieniu w opowiadanku Naomi Novik; i mnie się podobał ten tekst, summa summarum, ale jak teraz o nim myślę, to mam wrażenie, że Novik odczytała sobie zachowania IA ze Skandalu we współczesnym świetle i uznała "Phi, co to za skandalistka, po prostu zwykła kobieta!". Innym problemem jest, kiedy aspekt "uważa się za równą mężczyznom" okazuje się głównym kluczem do tej postaci - Rachel McAdams w filmie Ritchiego cierpi nieco z powodu takiej interpretacji, bo jej bohaterka jest po prostu, mimo seksapilu, Robertem Downeyem Jr. w spódnicy. Szalenie mi się ten film za pierwszym razem podobał, a potem, za kolejnym, już jakoś mniej (może magia wielkiego ekranu w kinie działała?). Natomiast, natomiast. Natomiast - zwłaszcza w związku z burzą, jaka przetoczyła się przez brytyjskie media przy okazji Skandalu w dzielnicy Belgravia (przy okazji, dziękuję Sherlokiście za link) - chciałabym spróbować jakoś sprecyzować, dlaczego wizerunek Irene Adler w tymże Skandalu Moffata tak mi się podobał. Krytyka tej nowej wersji IA skupiała się przede wszystkim na dwóch aspektach: na jej szeroko pojętej seksualności (nadmierna wulgarność, bycie token lesbian) i na fakcie, że w sumie przegrywa z Sherlockiem dlatego, że okazuje się typową kobietką i pozwala, by jej serce rządziło jej głową. Jako że nie zgadzam się, dość zdecydowanie, z żadnym z tych zarzutów, chciałabym przyjrzeć się temu, co wychodzi SM z przepisania Conan Doyle'owskiej śpiewaczki na dominę współpracującą z terrorystami i dlaczego do mojego obrazu tej postaci tak znakomicie to pasuje. 1. Moffatowa Irene Adler jest idealnym dopełnieniem, a zarazem przeciwieństwem Sherlocka. Z tego zresztą jej postać w tej wersji wyrasta: oni są, że zacytuję pana scenarzystę, (źródło). Ponieważ on albo jest aseksualny, albo w sposób skrajny wypiera swoje erotyczne potrzeby (co jest jasno i dobitnie w tym odcinku co najmniej dwa razy powiedziane) - ona, jako jego przeciwieństwo, jest sex worker i z seksu czyni swoje główne narzędzie. Mnie się zresztą nawet nie wydaje, żeby Irene tutaj była wulgarna: ona po prostu wie doskonale, że uwagi takie jak I'll have you on this table begging for mercy - twice są wyjściem na terytorium, na którym ona ma przewagę, a on, niezależnie od tego, co mówi, czuje się niepewnie. Adler jest równie amoralna jak Sherlock: on może kiedyś, jeśli będziemy mieć szczęście, zostanie dobrym człowiekiem (a może nie), ona nie widzi problemu we współpracy z Moriartym i z terrorystami. Ba, dziwiłabym się szczerze, gdyby Moffat nie poszedł w jej współpracę z Moriartym: nie dlatego, że uważam, że IA musi być Złą Kobietą, tylko dlatego, że w tej historii jest, jak dotąd, czworo ludzi, którzy intelektualnie wyrastają ponad nużące ich społeczeństwo i żyją nie dla tegoż społeczeństwa, ale dla gry i dla rywalizacji między sobą nawzajem: Sherlock, Mycroft, Jim i Irene. Na jakimś etapie każde z nich toczy z każdym własną grę (Mycroft porywający Watsona, by go informował o bracie, Sherlock oszukujący Mycrofta w sprawie śledztwa co do zaginionych planów, Jim pogrywający z Sherlockiem jako gej z IT, Sherlock nie mogący doczekać się, by dowiedzieć się coś więcej o Moriartym, Moriarty ogrywający Mycrofta w sprawie samolotu - długo by wymieniać), na innym etapie - wolą współpracować (Irene i Sherlock, Irene i Jim, Sherlock i Mycroft). Nie dziwię się, że Adler chciała spróbować ograć wszystkich, zarówno braci Holmesów , jak i Jima M.; nie dziwię się, że - będąc równie amoralna, jak Sherlock - zdecydowała się na gierki z Moriartym. Podobieństwo między Irene a Sherlockiem jest też świetnie wygrane na ekranie, w paralelizmie scen, w których się pojawiają: Adler pierwszy raz widzi go ubranego tylko w prześcieradło, on ją pierwszy raz - nago; no i ta cudna scena, kiedy oboje szykują się do walki, czyli przebierają na pierwsze spotkanie... Jedyny problem, jaki mam, to ta ostatnia scena, która jest trochę jakby z innej bajki (chyba z tej samej, w której Sherlock walczy z ninją); ale czy Irene tak naprawdę jest tam tylko damsel in distress, czy jest to scena typu: jeden superagent wyciągający z kłopotów drugiego (w końcu i jemu, i jej udało się jakoś tę komórkę terrorystyczną zinfiltrować/wytropić?). 2. Ta wersja IA zdecydowanie egzystuje na granicy akceptowanego społecznie świata. No proszę, nikt by dziś nie uznał takiej Reneé Fleming czy takiej Sary Brightman, że przy lżejszej muzie pozostanę, za panią z półświatka! Kiedyś ja i Drakaina półżartem stawiałyśmy na faceta w tej roli i Irene-drag queen, ale trudno mi wyobrazić sobie lepszy wybór, niż profesjonalna domina. Adler nie jest prostytutką, jest o wiele klas wyżej - ale pracuje w seks-biznesie; i tak jak z jednej strony, obraca się w najwyższym towarzystwie, noisi brylanty i drogie ciuchy, tak z drugiej - pozostaje osobą na granicy akceptowalności dla tzw. towarzystwa, panią, o której profesji jednak mówi się półgębkiem. 3. Czy Moffatowa pani A. jest na granicy świata męskiego i kobiecego? Po pierwsze, warto od razu powiedzieć, że IA jest niewątpliwie graczem dokładnie równym zarówno pp. Holmesom, jak i Jimowi; jej bycie kobietą, a także fakt, że ostatnią bitwę przegrywa z Sherlockiem, w żaden sposób tego nie zmienia - pokonała go i upokorzyła po drodze tyle razy, że dobitnie dowiodła, że jest z niej gracz pierwszej klasy. A przegrała też chyba nie dlatego, że się zakochała w SH, co raczej dlatego, że przeceniła jego niewiedzę i brak orientacji w sprawach miłosnych: zagrała va banque z kodem i założyła, że on nigdy nie będzie w stanie odczytać jej emocji na tyle precyzyjnie, by ten kod odgadnąć; zadała mu prościutką zagadkę i już się cieszyła, że on jej nie rozwiąże, bo nie zna sam siebie: tym większy byłby jej triumf, gdyby się udało. Jeżeli to zresztą jest zakochanie, to jest obopólne - patrz zachowanie SH kiedy wierzy, że IA nie żyje. Przy tej okazji może warto powiedzieć parę słów o Irenie-lesbijce. Absolutnie wierzę, że Adler w tej wersji woli kobiety: co więcej, wydaje mi się to a) bardzo trafione, b) bardzo ważne. Dlaczego? Ano dlatego, że ten film jest o Sherlocku Holmesie. 4. Irene, dumna i szlachetna, a przynajmniej na tyle szlachetna, na ile - jako odbicie Sherlocka - może być. Jest przecież, jak on, amoralna i socjopatyczna; niemniej, że jest kimś nieprzeciętnym, wybitnym, że ją strasznie bawi, jak bardzo bracia H. jej początkowo nie doceniają i że posiadanych kompromitujących zdjęć używać nie zamierza - to wiemy na pewno.
piątek, 06 stycznia 2012
Na początek - małe wyjaśnienie, skąd i po co ten nietypowy dosyć wpis. Nie jestem teologiem ani historykiem chrześcijaństwa; co więcej, historia chrześcijaństwa i jej tajemnice ani mnie g
OBJAWIENIE PIZONÓW, W DWUNASTU PUNKTACH Z PODPUNKTAMI I EPILOGIEM
Informacje wstępne, jakby kogoś dla odmiany interesowały plus minus (wikipedia!) fakty:
a) czternastoletni Józef lubił się uczyć, a dwunastoletni Jezus rozprawiał z mędrcami w świątyni. b) Józef wysłał delegację do Ekbatany, a Jezus powiedział "Idźcie i nauczajcie". c) Józef koło trzydziestki się poddał Rzymianom, Jezus zaczął nauczać, mając lat 30 d) Józef był kiedyś w Kanie Galilejskiej i Jezus był kiedyś w Kanie Galilejskiej. e) Józef kazał swoim żołnierzom wrócić do domu po trzech dniach czekania, a Jezus po trzech dniach zmartwychwstał. f) Józef był oskarżony o defraudację 20 srebrników, a Judasz sprzedał Jezusa za 30 srebrników. g) Józef uratował przed ukrzyżowaniem trzech swoich ludzi, dwóch zmarło, jeden przeżył; Jezusa ukrzyżowano z dwoma łotrami, oni umarli, on zmartwychwstał.
CZĘŚĆ X
CZĘŚĆ XI
Nie wiem, jak Wy, ja się czuję całkowicie, no po prostu całkowicie przekonana. Takiej konspiracji to jeszcze świat nie widział. Co więcej - ich jest więcej. A już myślałam, że John Allegro i chrześcijaństwo jako kult świętego grzyba tożsamego z fallusem to szczyt pomysłowości...
Abelard Reuchlin, The True Authorship Of The New Testament, The Abelard Reuchlin Foundation 1979; dla dociekliwych.
poniedziałek, 02 stycznia 2012
Miss Adler jako potrójna bogini
Rewelacyjna jest w tym epizodzie gra światłem, ale i kolory - z przewagą zimnych szarości, (brudnawej) bieli i granatu... ...no chyba że mowa o apartamentach Irene A.
Look at us both
No to były te zdjęcia, które mnie zachwyciły (estetyką, nie [tylko] SH w prześcieradle) Wiadomości I na koniec Sherlock (który tu dla mnie wygląda zupełnie, jakby miał powiedzieć "Where's my TARDIS?")
niedziela, 01 stycznia 2012
Sherlock series 2: A Scandal in Belgravia, scen. Steven Moffat, BBC 1, 2012
spoilersspoilersspoilersspoilersspoilersspoilersspoilersspoilersspoilersspoilers
Oh dear. Czekałam na to cholerstwo dwa lata.
I niech nikt się nie spodziewa, że pół godziny po zakończeniu oglądania to będzie uczciwa, porządna recenzja. I LOVE YOU, STEVEN MOFFAT. Holmesowo jest fantastycznie: wyliczanka spraw na początku (The Geek Interpreter!), dedukcje... a czy wspomniałam o wyliczance spraw na początku? I o dedukcji z kodem do sejfu pani Adler? I o pytajnikach?? I o I AM LOCKED? I o ilości wejść na blog Johna? I o panach w nowych (chwilowych) nakryciach głowy? Jak chodzi o Tę Kobietę, pomysł był rewelacyjnie dobry. Mnie z Drakainą jakiś czas temu (zanim było wiadomo cokolwiek poza faktem, że Scandal będzie) wymyśliła się przeróbka roli Irene Adler na drag queen, ale to było milion razy lepsze: ponieważ dzisiaj śpiewaczki operowe rzadko kiedy robią za czołowe skandalistki, ta strona pani Adler została zarzucona na rzecz zrobienia z niej profesjonalnej dominy. Strasznie mi się to podobało, bo Adler nie jest tu bynajmniej stereotypową nieszczęsną / niegodziwą upadłą kobietą /kurwą (niepotrzebne skreślić), tylko pierwszej klasy profesjonalistką, specjalizującą się w usługach dla pań - ewidentnie także tych z tak zwanej najważniejszej rodziny w Wielkiej Brytanii... Profesja Adler jest tu odmitologizowana: najważniejsze bodaj jest, jak dla mnie, to, że fakt bycia sex worker bohaterki nie definiuje, nie stanowi (jak to zazwyczaj bywa w przypadku tej profesji) jej najważniejszej, najbardziej charakterystycznej cechy. A jak chodzi o bohaterów: strasznie mi się podoba po pierwsze to, co się stało z Sherlockiem (ewidentnie, w scenie z Molly podczas świąt, nauczył się dwóch nowych słów i podejrzewam, że to robota Johna). Po drugie, John - no ale, co tu w ogóle gadać, Martin Freeman. John jest tu zmęczony, opiekuńczy i momentami wściekle zazdrosny, ale jeżeli komuś się wydaje, że to robi z niego zatroskaną kurę domową, to się myli. Fantastyczna jest chemia między bohaterami - ta znana z trailera scena, kiedy panowie siedzą w pałacu Buckingham, czekając na ważne spotkanie, John ubrany, Sherlock w prześcieradle, i John pyta "are you wearing any pants", po czym, po dłuższej chwili, obaj zaczynają chichotać jak dwójka uczniaków, mówi o ich relacji więcej, niż powiedziałoby dziesięć minut deklaracji. Poza tym, Mark Gatiss ma u mnie oficjalnie wybaczony odcinek o laleczkach, za Mycrofta, który czuje, że przegrywa, i za Mycrofta, który nie może oprzeć się chęci zachowania się w towarzystwie brata jak pięciolatek przy trzylatku. Tak jak są tu dwie historie miłosne, tak i dwie gry w kotka i myszkę - ta druga między braćmi, równie wyrafinowana i równie naszpikowana twistami. Mycroft miał być, u Conan Doyle'a, tym zdolniejszym, choć bardziej leniwym - ale jak to jest tutaj, jak by było, gdyby miał Sherlocka Holmesa za przeciwnika? Poza tym: analizą szczegółów fabuły zajmę się kiedyś, bo dzisiaj zbyt byłam zajęta byciem fangirl. A poza tym - zamorduję kogoś (scenarzystę??) za rozwiązanie sceny na basenie!!
Porządna recenzja będzie, jak sądzę, po całości. Na razie jest fangirl mode on. No więc, moi drodzy: jest 01.47 w dniu 01.01.2012, właśnie skończył się najgorszy jak dotąd rok w moim życiu i dobiegł końca jeden z najdziwaczniej dołujących wieczorów sylwestrowych. I jedyne, co mnie jeszcze po tym dziwacznym, spędzonym na pisaniu bloga Sylwestrze trzyma na nogach, to fakt, że za jakieś niespełna 24 godziny.... Którą to radosną nowiną się podzieliwszy po raz n+1, spadam spać, życząc jednocześnie wszystkim wszystkiego naj, a sobie, żeby ten rok był chociaż trochę lepszy. Chociaż troszkę, proszę, po tamtym okropnym.
sobota, 31 grudnia 2011
The Adventures of Merlin (Przygody Merlina), created by Julian Jones, Jake Michie, Johnny Capps, Julian Murphy, BBC 1, sezon I-II, 2008-9
W domu u mamy jestem ostatnio specjalistką ds. oglądania bajek z Edytą. Dlaczego? Bo zasadniczo nie przeszkadza mi oglądanie Hakuna Matata szesnaście razy pod rząd z przerwą na Świat małej księżniczki. Bo ja, widzicie, generalnie lubię filmy dla dzieci i młodzieży. Ba, nie doszłam jeszcze nawet do momentu, w którym - jak wielu moich znajomych - zaczną mnie irytować filmy dla dzieci z fanserwisem dla dorosłych. Ergo, Edyta Edytą, ale zdarza mi się samej, z własnej i nieprzymuszonej woli, obejrzeć coś niekoniecznie dla mnie jako widza docelowego przeznaczonego - jak, na przykład, Merlina BBC. Którego, skądinąd, ogląda(ła)m z mieszaniną sympatii (ba, kupiłam sobie I sezon na DVD, co prawda po dłuższych deliberacjach...) i lekkiej irytacji.
Sympatia stąd, że, po pierwsze, Merlin jest kompetentnie zagrany. Przyznaję się bez bicia, zasadniczy powód, dla którego w końcu ten film kupiłam, nazywa się Anthony Head: aktor, którego w ogóle zdecydowanie lubię, a który tutaj, w roli Uthera, szalenie wręcz mi się podoba. Jest bardzo dobry zarówno wtedy, kiedy (jak w odcinkach 2x5-6, Beauty and the Beast) jego rola ma charakter komiczny, jak i w epizodach bardziej dramatycznych. Kiedy w Beauty and the Beast z kamienną twarzą odgrywa ofiarę miłosnego czaru, pałającą namiętnym afektem do trollicy (o trollicy więcej za moment), jest tym zabawniejszy, że tak naprawdę ogrywa przede wszystkim jednocześnie kontrast i podobieństwo między nagłym, komicznym ubezwłasnowolnieniem, o jakie go zaklęcie przyprawiło, a swoją codzienną personą. Drugą nieco podobnie skomplikowaną postacią jest Morgana (Katie McGrath), choć w jej przypadku po części winni są, jak sądzę, scenarzyści i ich brak konsekwencji - w końcu w sezonie I Morgana i Artur są tutejszą wersją Beatrice i Benedicka, by w późniejszych okazać się (przyrodnimi, choć inaczej, niż zwykle - nie wspólna matka, a wspólny ojciec) bratem i siostrą (i nie podejrzewam, żeby było to świadome nawiązanie do jednej z wersji legendy o Arturze, tej samej, z której skorzystała Marion Zimmer Bradley). Morgana, wychowanka Uthera, jest do czasu wobec niego lojalna, darzy miłością jego i Artura - póki nie dowie się prawdy (no, powiedzmy) o swojej przyrodniej siostrze, swojej matce i okolicznościach śmierci tejże. Morgana, obdarzona magicznymi zdolnościami, jest celowo utrzymywana przez Gajusza w nieświadomości: nie wie o własnych talentach i nie ma szans nauczyć się nad nimi panować. Gajusz robi to dla jej dobra - ale popełnia przy tym hybris dokładnie taką samą, jak jego król: Wie Lepiej i rezerwuje decyzję dla siebie samego. To się oczywiście nie może dobrze skończyć, i skończy się - o ile mi wiedza z obejrzanych dotychczas odcinków sezonów późniejszych pozwala powiedzieć - wręcz fatalnie dla Camelotu i jego władcy. W postaci Morgany oglądamy, ergo, dość nietypowo dla serii skierowanej do młodego odbiorcy, ewolucję bohaterki, początkowo sympatycznej i dającej się lubić, w bezlitosną i mściwą wiedźmę - a winni temu są, przede wszystkim, główni pozytywni bohaterowie serialu... A jak jeszcze jestem przy moim "po pierwsze" - guests stars, znakomite. Wspomniałam o trollicy - Sarah Parish jako lady Catrina (2x5-6, The Beauty and the No to teraz może dwa słowa o tym, co mnie irytowało. Po pierwsze, nie wszystkie historyjki są dla mnie - niektóre motywy bywają na tyle przewidywalne i skierowane do zdecydowanie młodszego odbiorcy, że mnie doprowadzają do białej gorączki (czytaj: większość komicznych pomyłek Merlina, wynikających z nieplanowanego użycia magii, z którego musi się szybko wytłumaczyć). To jednak nie jest aż taki problem, bo w końcu rozumiem, że mam o jakieś dwadzieścia pięć lat za dużo na Merlina. Moim zasadniczym problemem z serialem jest fakt - i trochę mi wstyd się do tego przyznać - że mam niejaki problem z przeskoczeniem tego, jak przeinterpretowuje on legendy arturiańskie. Wstyd mi dlatego, że generalnie nie mam nic przeciwko nawet radykalnym reinterpretacjom; kompletnie mi nie przeszkadza, że się uświęcone tradycją charaktery przerabia, przetwarza i zmienia. Tutaj nie wadzi mi ahistoryczność: ciemnoskóra służąca Gwen/Ginewra jako love interest, kostiumy z cyklu "każdy z innej bajki", umowność realiów, Merlin jako rówieśnik Artura. Przeszkadza natomiast - mi, mnie osobiście - fakt, że Merlin i Artur w tej wersji to, tak naprawdę, mój idealny Artur (Merlin) i mój idealny sir Kay (Artur). Niestety, moje postrzeganie tych postaci pozostaje mocno pod wpływem a) stareńkiego filmu Disneya, oglądanego we wczesnym dzieciństwie, b) cyklu T. H. White'a The Once and Future King, c) Mallory'ego. Ergo - no, ergo, Merlinowy Artur, zarozumiały, pewny siebie, bezczelny, z empatią na poziomie ameby i momentami wręcz znęcający się nad Merlinem, ale jednocześnie gotowy zrobić dla niego wszystko i świadomy, że jego lojalność jest w pełni odwzajemniona (tak, wiem, sto milionów slashfików) jest dla mnie dokładnie, łącznie z wyglądem, idealnym Kayem. A Merlin - niby przyjaciel, ale troszkę służący, odrobinkę gorszy od panicza, choć bardzo kochany, ukrywający swoją smutną tajemnicę - szalenie przypomina mi to, jak sobie zawsze Artura wyobrażałam. No i to mi robi dysonans, i nic nie poradzę. Poza tym, pokrótce: Gwen nie (strasznie denerwuje mnie idealność bohaterki), Gajusz tak (bo świetnie łączą się w tej postaci elementy komiczne i dramatyczne); smok może być, choć fanką (tegoż ani smoków ogólnie) nie jestem. Najlepsze odcinki? Chyba najbardziej finał I sezonu, Le Morte d'Arthur, i 1x8, The Beginning of the End, z Mordredem i z inteligentnie poprowadzonym motywem tragicznego wyboru Merlina i Morgany. Fanserwis (półnagi Artur) zdecydowanie za często; materiał na slashfiki w dużych ilościach. Generalnie jest bez rewelacji, ale OK, będę oglądać dalej.
piątek, 30 grudnia 2011
Twin Peaks, Pilot (1x00) − Na północnym zachodzie, scenariusz: Mark Frost i David Lynch, reżyseria: David Lynch
Nie jestem pewna, czy chcę oglądać ten serial jeszcze raz w całości, za bardzo się boję rozczarowania; raczej na pewno nie chcę go w całości recenzować, bo za dużo już mam rzeczy do recenzowania; niemniej jednak, jako że z inicjatywy mojej siostry - swego czasu największej fanki tego serialu - obejrzałyśmy sobie dzisiaj, w ramach przedsylwestrowej nostalgii, pilotowy odcinek, oto garść refleksji po nim. Twin Peaks - jak popatrzeć na niego z perspektywy 20 lat - okazał się zjawiskiem kluczowym dla powstania, wiele lat później, takich fantastycznych zjawisk telewizyjnych jak Lost czy wcześniej Archiwum X. Tak, wiem, oczywiście były przed nim seriale fantastyczne, skupiające się nie na podróżach w czasie i przestrzeni, ale na niesamowitości (Strefa mroku i Kolchak przychodzą mi do głowy jako pierwsze z brzegu przykłady). Lynch, jednakowoż, w Twin Peaks zrobił trochę co innego: połączył niesamowitość (w takim z lekka Barkerowskim stylu, ale jak ten serial pierwszy raz oglądałam, nie miałam o Barkerze zielonego pojęcia) z bardzo silnie zaakcentowanymi wątkami obyczajowymi i społecznymi. Życie w małym miasteczku - idylliczne na pozór, pełne brudów i sekretów w rzeczywistości - odsłania się przed widzem powoli, krok po kroku, choć już w pierwszym odcinku zaczynamy podejrzewać, że w tym Twin Peaks nie wszystko tym, czym się wydaje... I teraz tak: mam wrażenie, że David Lynch (będąc Davidem Lynchem), chciał zrobić tu coś podobnego, jak w, powiedzmy sobie, Blue Velvet, a mianowicie pokazać z lekka surrealistyczną, pełną absurdalnego momentami okrucieństwa wizję miasteczka, parodiując przy okazji (mniej lub bardziej subtelnie) konwencje gatunków, jakimi się posługuje: horroru, thrillera, soap opery (te wszystkie historie typu "kto z kim sypia, kto kogo zdradza i kto okazuje się zły"!). Czy mu to wyszło? Trudno powiedzieć; ja osobiście - ale lat miałam jakieś 17, chyba, i z kinem gatunków jednak niewielkie, po peerelowskiej telewizji, doświadczenie - traktowałam te wszystkie wątki typu "Bobby i kelnerka" śmiertelnie serio i nijak ich pastiszowości/parodystyczności nie dostrzegałam. Mam jednakowoż wrażenie, że podobnie jak ja zareagowali filmowcy, którzy od Lyncha uczyli się, jak zrewolucjonizować telewizyjny serial, powiedzmy, fantastyczny; bo że i Chris Carter, i J. J. Abrams z Damonem Lindelofem są u Lyncha zadłużeni, w to trudno wątpić. Oni w swoich flagowych produkcjach ten aspekt obyczajowo-psychologiczny potraktowali już bez nawiasu, bez pastiszowości, co więcej - mocno go z wątkami fantastycznymi powiązali. Trochę się ten serial momentami zestarzał, zwłaszcza aktorsko: Sherylin Fenn (Audrey) wydaje mi się dzisiaj raczej irytująco niekompetentna niż fascynująca jako aktorka (a od poziomu lolitkowatości jej bohaterki, szkolnej femme fatale i zmysłowej córuni tatusia-bandziora, robi mi się z lekka błe), a sceny z rozpaczającą matką Laury w pilotowym odcinku przypominają, jak się w ciągu 20 lat zmieniły standardy aktorstwa telewizyjnego. Nie wiem też, jak zniosła próbę czasu specyficzna Lynchowska groza i jej wizualne ukazanie; w pilocie tych scen jest jednak niewiele. No ale: fabuła jest intrygująca i spójna, wprowadzenie in medias res zrobione, mimo tłumów bohaterów, tak, że widz się nie gubi, zagadka zabójstwa Laury Palmer rzeczywiście intrygująca, a agent Cooper jako czynnik zewnętrzny i punkt widzenia (tak jak my-widzowie, on jest obcy w Twin Peaks) - znakomity, bo nieoczywisty i dziwaczny. Groza, sugerowana tu raczej niż podana wprost, nie jest (jeszcze?) przesadzona ani niezrozumiała; jeszcze ciągle wydaje się, że będzie to kryminał z odrobinką horroru i psychologicznymi portretami małomiasteczkowych dziwaków. Generalnie, pilotowy odcinek broni się dziś znacznie lepiej, niż się obawiałam. A obawiałam się, i to poważnie, bo był to swego czasu serial, w którym siostra i ja byłyśmy maniakalnie zakochane. Niemały udział miał w tym, oczywiście, Kyle Maclachlan w głównej roli agenta Coopera. Nie podzielam dziś swojego nastoletniego przekonania o jego oszałamiającej urodzie, ale widać było już wtedy, że jest to aktor z dużym talentem i możliwościami, a postać dziwacznego, ekscentrycznego agenta FBI udało mu się wykreować niezwykle przekonująco i intrygująco; ta akurat rola się moim zdaniem nie zestarzała. To w Twin Peaks po raz pierwszy zetknęłam się - nie znając jeszcze nazwy na te pojęcia - z nagłymi twistami (Josie Packard, która okazuje się Zła) i z wyjątkowo perfidnymi cliffhangerami (z których ten najgorszy pozostał, niestety, nierozwiązany). To był pierwszy serial, z którego miałam soundtrack (na kasecie) i pierwszy z długiej serii tych, których nie mogłam zapomnieć. Ciągle boję się tej powtórki jak cholera, zwłaszcza że w tzw. międzyczasie zdążyłam się sporo zmienić, jak chodzi o gusta. Doszłam, na ten przykład, do wniosku, że filmów Lyncha to ja w sumie nie cierpię; albo że mój ówczesny idol i arcyfan Twin Peaks, Tomasz Beksiński, był jednak może i strasznie nieszczęśliwym człowiekiem, ale przy tym raczej bucowatym i antypatycznym typem. Nie chciałabym sobie popsuć tamtych wspomnień, pamięci o panicznym czekaniu na kolejny odcinek i strachu: co będzie, jak wyłączą prąd albo coś wypadnie? Wołałabym pamiętać tamten zachwyt niż narażać się na dzisiejsze rozczarowanie. Ale może, może jednak, po takim obiecującym początku wspomnień, obejrzę całość? |
O autorze
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Autorzy
Blogi
Miejsca: różne
Omnia mea
Tagi
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||