sobota, 15 lipca 2017

Agnieszka Hałas, Teatr węży I: Dwie karty, Wydawnictwo Ifryt, Lublin 2011

 

UWAGA SPOJLERY

 

 

Agnieszkę Hałas jako autorkę skojarzyłam, wstyd przyznać, dopiero wtedy, kiedy spora część moich znajomych z fascynacją czytała Olgę i osty. Lektura tej powieści jeszcze przede mną - a na razie, co mi tam, pochwalę się i ostrzegę jednocześnie: dostałam od autorki serię jej powieści fantasy o Krzyczącym w Ciemności i postanowiłam, rzutem na taśmę przed wyjazdem na wakacje, dać szansę I tomowi.

Nie znam opowiadań o Krzyczącym, od których zaczęła się pisarska kariera autorki, Dwie karty były więc dla mnie pierwszym zetknięciem się z tą postacią. Obszerna I część trylogii (blisko 400 stron) pokazuje nam bohatera powoli odkrywającego swoje możliwości i uczącego się na nowo, kim jest i co umie, po życiowej/magicznej katastrofie, która odebrała mu pamięć, imię i świadomość. Wyrzucony na morski brzeg, bohater zostaje znaleziony przez grupę zdeformowanych żebraków, którzy bezinteresownie udzielają mu pomocy. Wkrótce i oni, i on sam orientują się, że Brune Keare - bo takim, zdecydowanie nie własnym, imieniem bohater się przedstawił  - jest Żmijem, zakazanym w tym świecie czarnym magiem. Choć bogowie zostawili ludziom magię i czarną, i srebrną, to jednak tylko ta ostatnia uchodzi za podtrzymującą ład i właściwą - czarna jest zakazana. Czarny dar to przekleństwo - ma się go, czy się chce, czy nie, a jeżeli go dostaniesz i przeżyjesz, masz moc, ale masz też i kłopoty. A jeżeli do tego dołożysz sobie jeszcze kłopoty ze światem demonów, jak główny bohater, twoje życie ma spore szanse zamienić się w sekwencję ciągłych ucieczek, pogoni i stałego oglądania się za siebie. 

Agnieszka Hałas buduje świat swojej powieści z elementów klasycznych dla dark fantasy. Zaczynamy od fragmentów mitu o pojawieniu się w świecie magii (po interwencji Tyfona, plus minus), cytowanych za tamtoświatową świętą księgą, a potem mamy i tajemniczego mężczyznę z bliznami i magicznym darem, strzegących ładu (a w rzeczywistości na kilometr zalatujących totalitaryzmem) srebrnych magów, czarną magię żywiącą się bólem i cierpieniem, gildię żebraków (i małą kooperatywę tych, którzy jej podpadli), a wszystko to w realiach wielkiego, dotkniętego magią miasta, gdzie świat arystokracji i świat mieszkańców nędznych slumsów rzadko się przenikają. To ten drugi zresztą interesuje autorkę znacznie bardziej - zdecydowanie najwięcej uwagi Agnieszka Hałas poświęca a to zniekształconym przez magię nieszczęsnym żebrakom, a to pracującej w szpitalu dla nędzarzy młodej uzdrowicielce, troszczącej się dobro biedoty, a to sprzedawcom i kupującym na wielkim targowisku, gdzie za grosze można kupić niemal wszystko. Uliczki tego świata toną w błocie, kanały i zimne piwniczne izby przenika smród, szerzą się choroby i zwykłe plagi codziennego dnia: chłód, głód, brud i brak perspektyw. Dużo w tej powieści błota i brudu i chorób - to niekoniecznie jest ładny świat, w którym czytelnik chciałby zamieszkać. Co jakiś tylko czas wynurzamy się z podziemnych schronień biedoty, głównie by podglądnąć knowania władców demonów w ich królestwach (jest ich sporo, mocno skłóconych), albo by zobaczyć, jak wygląda świat z perspektywy tych, którzy są w nim uprzywilejowani.

Bohaterowie, których spotykamy, też są wariacjami na znane dobrze tematy  - przemyślanymi i dobrze skomponowanymi wariacjami, dodajmy. Autorka ewidentnie nawet w debiutanckiej powieści umie archetypom dodać psychologicznej wiarygodności. Brune-Krzyczący, dotknięty klątwą atrakcyjny mężczyzna z amnezją i wielkim magicznym talentem (a i umiejętnościami). Dobrego serca sierotka, wychowywany przez żebraków. Tancerka-kotka, dotknięta klątwą dobra i życzliwa dziewczyna o kociej głowie. Brudni i zdeformowani żebracy, którzy jednak mają w sobie więcej człowieczeństwa, niż dumna i piękna magiczna femme fatale. Diabelscy wysłannicy pięknej i kapryśnej królowej demonów. Jest nawet sidekick głównego bohatera, wyposażony we właśnie takie cechy, których się u tego typu postaci spodziewamy (no dobra, może niekoniecznie spodziewamy się głowy na pajęczych nogach).  

Fabuła, obracająca się w części I wokół quasi-terrorystycznego zagrożenia (dwa demony chcą na targu wypuścić zamknięte w kuli wściekłe płomienne ifryty), a potem coraz mocniej skupiona wokół kwestii tożsamości maga, nazwanego Krzyczącym w Ciemności, jest spójna i sprawnie poprowadzona.  Widać, że autorka nie ma problemu z jej konstrukcją i z opowiadaniem wydarzeń tak, żeby czytelnik nie miał problemu za podążaniem za nimi; sprawnie przy tym posługuje się Hałas narracją z punktu widzenia postaci, przenosząc czytelnika dzięki temu w różne strony swego świata i pokazując mu różne jego zakątki.

Generalnie, sądząc po I tomie, cykl Teatr węży ma szanse być bardzo sensowną, sprawnie napisaną mainstreamową dark fantasy, w której czytelnik lubiący ten gatunek zdecydowanie znajdzie coś dla siebie. Mnie w tej powieści zabrakło - fantazji. Tego czegoś innego, nieprzewidywalnego i zaskakującego, co by odróżniło powieść Agnieszki Hałas - czy to w warstwie narracyjnej, w konstrukcji postaci, w sposobie opowiadania, w języku, w wizji świata - od innych powieści fantasy w podobnym typie. Oczywiście, to jest debiut, początek powieściopisarskiej drogi. Już tu autorka przepis na powieść realizuje konsekwentnie i udanie - ciekawa jestem tylko, czy w kolejnych tomach zdecydowała się od niego odejść i dodać do tej mieszanki na fantasy o mrocznym mieście i ciemnej magii jakiś nowy, nieprzewidywalny składnik...

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

wtorek, 11 lipca 2017

Jak wiadomo z kilku ostatnich postów, czytam ja sobie powieści nominowane w tym roku do Nagrody im. Janusza A. Zajdla. Ba, już prawie skończyłam, jedna mi została. Jednocześnie jednak czytam sobie też – dobra, na razie dwie przeczytałam – powieści nominowane do Hugo; i, och, jakie mi się dwa tytuły trafiły, oba z szansami na moją prywatną listę wszech czasów.

 

MORDERCZE SPOJLERY



O Too Like a Lightining Ady Palmer już pisałam w tonie zachwytu, a Ninefox Gambit Yoon Ha Lee zrobiło na mnie, summa summarum, podobne wrażenie. Pokrętna jest ta powieść, wymagająca i stawiająca czytelnikowi wcale niełatwe zadania, a jednocześnie – zdecydowanie odwdzięczająca się czytelnikowi za włożony w lekturę wysiłek.

Podobnie jak recenzent na stronie tor.com, miałam problem z przebrnięciem przez pierwszy rozdział. Dlaczego? Ano dlatego, że tak jak główna bohaterka, Kel Cheris, toczy tu bitwę, którą chwilami nie bardzo rozumie, tak i my nie rozumiemy. Wrzuceni w centrum potyczki w jakimś dziwacznym wszechświecie, marzymy o choćby odrobinie ekspozycji i rozbijamy się o koncepty, pomysły i rozwiązania, które nie są łatwe do ogarnięcia rozumem, zwłaszcza że opisane są zmetaforyzowanym, skomplikowanym (i IMHO wyjątkowo efektownym) językiem. Hmmm… pamiętacie Z pyresider i keraunetów nie dało się już strzelać, pierwsze zdanie fragmentu Innych pieśni Jacka Dukaja, opublikowanego jako samodzielny tekst w NF? Tu jest podobnie dziwnie.  Pistolet amputacyjny, wiejadła progowe, zalewające cię morderczym trupim światłem, działa katastroficzne, small shining boxes that held the deaths of worlds – wyobrażacie sobie, jak to działa? Ja też nie całkiem.

Potem… potem bynajmniej nie robi się bardziej oczywiście, ale coś się powoli zaczyna klarować (albo tak się nam wydaje). Powolusieńku zaczynamy widzieć mechanizmy tego świata. Imperium-heksarchia, sześć… klanów? (ale nie klanów w sensie pochodzenia, bo możesz wybrać przynależność; cechów, może?), każdy o innej specjalności. Kel, których symbolem jest jastrząb-feniks, to wojskowi, odważni do szaleństwa, z wpojonym automatycznym instynktem bycia posłusznymi. Nirai to technicy i wizjonerzy, Vidona – inkwizytorzy i strażnicy wiary. Frakcja Rahal grupuje tych, którzy zarządzają kalendarzem (o kalendarzu później), a Andan – artystów, twórców, dyplomatów. Shuos z kolei to klan znany z przebiegłości i perfidii, grupujący szpiegów, polityków… zabójców. Przy czym to nie jest tak, że twoja przynależność cię całkowicie ogranicza: można na przykład nazywać się Shuos i ciągle zostać najwybitniejszym w historii tego świata strategiem, który nigdy nie przegrał bitwy i którego powszechnie podziwiano jako geniusza.

Znaczy, póki nie został potworem i masowym mordercą, za co go aresztowano, skazano i wykonano na nim egzekucję. Choć minęło 379 lat, nikt nie wie, co wtedy sprawiło, że wojskowy geniusz wymordował i swoich, i wrogów; a on sam ciągle twierdzi, że nie pamięta, co się wtedy stało. Tylko czy można wierzyć komuś, kto z podstępów i fint uczynił sens swojego życia (i nie-życia) i miał mnóstwo, mnóstwo czasu w ciemności i samotności, żeby je doskonalić? Nie pomyliłam się i nie pokręciłam chronologii, tak skądinąd.  

W każdym razie: imperium, w chwiejnej równowadze. W centrum ładu świata – kalendarz. Odejście od kalendarza jest herezją, a herezja jest zabójcza dla porządku świata; herezja kalendarzowa, ta najgorsza ze wszystkich, może zaburzyć funkcjonowanie rzeczywistości, a już na pewno - funkcjonowanie części obłąkanych, wymyślonych z szaloną i chorą fantazją broni heksarchii:  Technika tego świata niewiele różni się od magii, ale jeżeli ta techno-magia ma zasadę, jest nią matematyka, w całej swojej stosowalności-i-mistyczności jednocześnie.

No i tak: nagle mamy heretyków w absolutnie kluczowej dla utrzymania kalendarzowego ładu Fortecy Rozrzuconych Igieł i ryzyko, i mamy też pomysł, jak ten problem rozwiązać, ale ktoś to musi zaproponować; więc, proszę, oto młoda, ambitna, matematycznie nadprzeciętnie zdolna wojskowa, której się zasugeruje, żeby zasugerowała, że przecież w upiornej czarnej kołysce, która jest trochę piekłem, a trochę maszyną nieśmiertelności, mamy ducha potwora, który nie przegrywa. Ta dziewczyna, Kel Cheris nie ma bladego pojęcia, na czym współpraca jej, jako tymczasowego generała i dowódczyni tej misji, i jej nie-martwego, nie-żywego doradcy-potwora ma polegać, ani nawet nie pyta, wyjściowo, jak się zabiera na kosmiczną wyprawę wojenną upiora. Kiedy się dowie – nie, nawet już kiedy się zacznie dowiadywać – nic już nigdy nie będzie tak samo.  

Perfidna jest ta powieść, bo kiedy tylko, wrzuceni in medias res zaczynamy jakoś układać sobie świat, opisany przez autora, dajemy się wciągnąć w jego grę. Wiecie, co to za gra? Stara jak świat gra w identyfikację czytelnika z postacią. Kel Cheris trochę trudno nie lubić: jest uparta, ambitna, z zasadami; musiała ciężko walczyć o swoje i nie bardzo miał ją kto na drodze kariery wesprzeć, a mimo to własnym wysiłkiem zaszła daleko; jest lojalna wobec swoich ludzi i po koleżeńsku otwarta na znajomości ze zdecydowanie niższym, jak chodzi o status, nie-ludzkim personelem – mechanicznymi serwitorami. Cheris jest żołnierzem heksarchii i w jej imię walczy. Nie będzie nam więc bardzo łatwo dojść do wniosku, że pod władzą heksarchii żyje się, no cóż, dość koszmarnie. I jak byśmy Kel Cheris nie lubili, to ona, i jej towarzysze i, generalnie, wszyscy, których spotykamy po stronie (a to jest strona, o której wiemy najwięcej i z którą początkowo, jako czytelnicy, czujemy się związani) walczą w służbie przepaskudnego wręcz reżimu, łączącego bardzo wysoko zaawansowaną technologię z hmmm, mniej więcej ontologicznym mistycyzmem wywodzącym się wprost z najgorszych pomysłów ludzkości (no bo serio, nikt nie przepada za figurującymi w kalendarzu dniami, kiedy się kogoś zabija na torturach, ale przecież bez tych tortur, bez tej śmierci, świat by runął...). Aha: nie, żeby przeciwnicy byli lepsi. Armia heksarchii nie walczy tu bynajmniej z grupą miłujących pokój demokratów. Ludzkość, generalnie (bo to są wszystko ludzkie cywilizacje) dumnie pokazuje tu, jakie ma fantastyczne możliwości rozwoju w rzeczywiście potworne w swej naturze społeczeństwo: dość od początku wiemy, na przykład, że jeszcze za pierwszego życia generała Jedao heksarchia była heptarchią i że całego siódmego cechu, Liozh, już nie ma, ponieważ herezja.
Aha: nie, żeby autor nam to mówił wprost, o nie – nie spodziewajmy się w tej powieści kogoś, kto nam wygłosi obronę wartości i podpowie nam, że z organizacją i światem głównej bohaterki jest coś nie tak. Podobnie jak świat przedstawiony, podobnie jak terminologię, nazewnictwo, system społeczny – także i politykę tego świata musimy powoli i mozolnie rekonstruować, sięgając drugiego i trzeciego dna tego, co nam autor oczyma postaci pokazuje.

A jak o tych oczach, i tych postaciach, mowa: to jest kolejna mocna strona Ninefox Gambit. Kulturowo ludzkie imperium w tym świecie ma, jako wyjściowy model, cywilizacje Dalekiego Wschodu: to jest wyraźnie widoczne i w typach fizycznych, jakie reprezentują bohaterowie, i w całym tym codziennym modelu kulturowym: jeśli się je, na przykład, to ryż i marynowane w stylu wietnamskim warzywa, sięgając po nie pałeczkami. Tego życia codziennego jest zresztą sporo: Kel Cheris ma swoje pasje – jak telewizyjne dramy, ceremonialne pojedynki lub zaprzyjaźnianie się z serwitorami, świadomymi maszynami stworzonymi z/na podobieństwo zwierząt i wykorzystywanymi do wszelkich prac fizycznych, utrzymywania porządku etc. – i autor często nam ją przy tych czynnościach pokazuje, choć robi to subtelnie, podobnie jak subtelnie traktuje jej (zorientowaną raczej na kobiety) seksualność; ot, rzuca nam tę wiedzę mimochodem, bo w końcu co w tym dziwnego. To wszystko, ta codzienna zwyczajność, historia i teraźniejszość jej życia, czyni Cheris postacią Intrygującą, a jednocześnie – pozwala ją poznać. Zwłaszcza, że w pakiecie, razem z nią, poznajemy jej współdowodzącego.

Autorowi udało się napisać w postaci Shuosa Jedao rzeczywiście ciekawą i nieoczywistą wariację na temat archetypu, którego w fikcji popularnej jest chwilami aż za dużo, a mianowicie udręczonego genialnego potwora rozdartego między dobrem a złem. Od wersji łagodniejszych (House, Severus Snape) po bardziej radykalne (Dexter Morgan) widzieliśmy ich na ekranie i w powieściach wiele, wiele, wiele razy i w zasadzie człowiek trochę już zaczął kaprysić, że ile można. A jak się zaczyna kaprysić, to to jest, IMHO, najlepszy moment na zachwycenie się przetworzeniem tropu.

Jest tak: Kel Cheris, którą już wtedy znamy i lubimy, zostaje delikatnie popchnięta, żeby wpaść na pomysł z bronią ostateczną, znaczy – nieumarłym generałem. Biedula nie wie, że to znaczy, że wsadzą jej go do głowy, choć ich osobowości pozostaną rozdzielone. Cheris patrzy w lustro i widzi prawie-atrakcyjnego mężczyznę koło czterdziestki, i wie, że patrzą na nią oczy masowego mordercy. Pada mniej więcej wtedy jedno z tych zdań, które naprowadzają czytelnika na to, co to za milusi świat jest: In an emergency, if the general withholds necessary information, the carrion glass remnants can be ingested by a volunteer. Although this procedure is experimental, this will give the general a body, so that he could be tortured. Trupie szkło to coś, co z ciebie zostaje, jak cię trafią pistoletem poczwarkowym; a idea ochotnika, który połyka takie resztki po kimś, żeby wchłonąć jego osobę i dać się za niego torturować w imię dobra ojczyzny… no cóż, pomyślmy na moment, co to mówi o tej ojczyźnie. Ach, i oczywiście to zdanie samo w sobie jest strzelbą, Czechowowską.  

Ale wracając od strzelb do postaci: Jedao jest dziwnym masowym mordercą, tak jak dziwnym i nieoczekiwanym masowym mordercą jest, w swoim świecie, Mycroft Canner z Too Like a Lighting Ady Palmer. Obaj mają dziwaczne, pokrętne i nieprzewidywalne powody dla swoich zbrodni, obaj płacą za nie, w pełni świadomie, straszną cenę… i obaj twierdzą, że nie wiedzą, czemu to zrobili. I, oczywiście, obaj łżą, bo przecież wiedzą doskonale. Widzicie, generał Jedao to jest po trochu, oczywiście, szalony niszczycielski geniusz, co jednak wiecznie dobro czyni, mocno a rebours i postawiony na głowie – ale po trochu to jest, wybaczcie, kapitan Nemo, jeżeli pamiętacie, jaką oryginalnie miał Nemo motywację. No dobra, Jedao ma na myśli mniej vendettę, a bardziej rewolucję i naprawę rzeczpospolitej.  

Tu się odwraca wreszcie ta wielka maszyna intrygi, tu wreszcie widzimy, za co walczy bohaterka, za co – bohater, czemu to musiała być ona, czego jemu brakowało i co ma szansę z tego wyjść, czym jest ta wielowiekowa długa gra, którą Jedao zaplanował i w którą mógł zagrać tylko z bardzo-bardzo odpowiednim partnerem. I wiecie co, mnie się podoba to, że autor kazał bohaterowi (a i bohaterce, jak najbardziej!) zapłacić cenę zostania mordercą i potworem za plan, który ma, plan zmiany świata. Pamiętam, jak się kiedyś kłóciłam z przyjaciółką o scenę z Tigany Kaya, gdzie główny bohater podstępem i przemocą przymusza do służby czarodzieja; moja przyjaciółka była tą sceną zniesmaczona i obrzydzona, ja argumentowałam, że to tak, jak sam bohater – on wie, że robi coś paskudnego i wie, że inaczej nie może. Tu jest podobnie, na masową skalę, i szalenie mi się to podoba – tak jak podoba mi się budowanie więzi między Cheris a Jedao, powolnego porozumienia dwóch osób w jednej głowie, rozdzielonych pochodzeniem, pozycją, czterystoma latami i statusem ontologicznym, związanych misją i przychodzącym zrozumieniem, że ten świat nie jest najlepszym z możliwych, ale może, za koszmarną cenę, po długiej drodze i po milionie przeszkód, będzie choć trochę lepszy.   

 

I wiecie co? To wszystko w space operze. Gatunku science fiction, tradycyjnie uchodzącym za prosty, niewymagający intelektualnie, formularny i rozrywkowy. Zaiste, żyjemy w ciekawych czasach.

PS. Dzięki, Kari, gdyby nie Twoja recenzja na goodreads, to bym nie poznała :)



niedziela, 02 lipca 2017

Trochę mam problem ze Łzami Mai Martyny Raduchowskiej. I nie bardzo wiem, jak tę powieść ocenić.

 


Z jednej strony tekst Raduchowskiej mnie trochę znudził i zmęczył stylistycznie. Nie chcę przy tym powiedzieć, że proza autorki jest językowo niepoprawna – nie, to nie w tym leży problem. Problemem, konkretnie moim problemem jako czytelniczki – bo kwestia jest, przyznajmy, szalenie subiektywna – jest brak jakiejkolwiek specyficzności tego języka, jakiejkolwiek oryginalności. Nie, nie mam na myśli tworzenia neologizmów opisujących świat, bo z tym autorka radzi sobie zupełnie nieźle. Mam na myśli sposób narracji i wypowiedzi postaci. Zarówno tam, gdzie autorka opowiada, prostym, przezroczystym, pozbawionym choćby elementów stylizacji językiem, jak i zwykle wtedy, kiedy się stara pisać bardziej impresjonistycznie i odchodzić od prostego opowiadania, jej proza jest raczej zwyczajna i mnie przynajmniej nie porywa.  I oczywiście, ja wiem, ja zawsze na to narzekam, ale tu akurat, przy nowoczesności i pomysłowości świata autorki, można było trochę stylistycznie poszaleć (i wyrzucić przypisy odautorskie, bo nie jestem pewna, czy akurat jakiemukolwiek czytelnikowi Raduchowskiej jest potrzebne wyjaśnienie, co oznacza virtual reality…; one są zbędne i na dodatek robią pretensjonalne wrażenie). No i OK, jak już jestem przy poprawianiu, to bym trochę więcej czasu poświęciła charakterom, bo postacie Raduchowskiej wydają mi się dość mocno zredukowane do podstawowych cech. Te cechy są przekonująco i sensownie przez autorkę opisane, ale jednocześnie mocno jej postacie ograniczają – wolałabym wiedzieć o nich więcej, zobaczyć je w świetle punktującym więcej niż jeden-dwa elementy charakterystyki (dobra siostra, eks-ćpunka, odważna).

Co powiedziawszy, przestanę narzekać i przejdę do tego, co mi się u Raduchowskiej podobało – a podobało mi się całkiem sporo.

Przede wszystkim to jest znakomicie pomyślana powieść, zarówno gdy chodzi o świat przedstawiony, jak i o konstrukcję fabuły. Koncepcyjnie Łzy Mai to jest, moim zdaniem, tekst rzeczywiście bardzo dobry, z efektownie i twórczo pomyślanym opisem rzeczywistości. Pierwsza część fabuły ma charakter de facto thrillera, w drugiej przeważa model powieści detektywistycznej i prowadzonego przez bohaterów śledztwa, i obiema tymi konwencjami Raduchowska posługuje się sprawnie i umiejętnie; potrafi wiarygodnie przedstawić nam zarówno – w pierwszej części powieści – początek Buntu, rebelii replikantów i androidów oraz podburzonego przez nich tłumu przeciw korporacyjnemu światu, jak i, w drugiej, efekty tego, co się stało i prowadzone przez bohaterów śledztwo w sprawie tajemniczych zabójstw, które w pewnym momencie, wedle praw tego świata, okazują się być czymś nieco mniej niż zabójstwami…

Ten cyberpunkowy świat, ze stopniowalną kondycją androidów – od tych natychmiast od ludzi odróżnialnych po tych, którym do człowieczeństwa niewiele [SPOJLER: prawie nic] nie brakuje – Raduchowska buduje ze znanych klocków (i robi to świadomie, patrz liczne mniej lub bardziej zręczne nawiązania do okołocyberpunkowej klasyki w jej powieści), ale robi to bardzo twórczo, pomysłowo i konsekwentnie. Niezwykle – i mówię to z przekonaniem, bo tu mnie autorka bardzo pozytywnie zaskoczyła – podoba mi się w Łzach Mai to, że autorka wyraźnie rysuje ekonomiczno-społeczne tło Buntu i związanych z nim wydarzeń. Jej świat to rzeczywistość, gdzie cielesne modyfikacje i częściowa cyborgizacja są ogromnie kosztowne, a jednocześnie – coraz bardziej potrzebne dla zdobycia lepszej pracy, wyższej pozycji, awansu… Bez wszczepów poprawiających koordynację, pamięć, zdolności, nie masz szans na lepsze zarobki i poprawę swojej pozycji; jesteś na nie za biedny, to pozostaniesz biedny. To oczywiście generuje narastający gniew i złość tych, których ta pełzająca (r)ewolucja spycha coraz głębiej na margines życia. Niewiele trzeba, żeby wywołać wybuch – i kiedy rząd postanawia zakazać rzekomo potaniającego ten proces środka zwanego reinforsyną, ta beczka prochu w końcu wybucha – nieważne, że reinforsyna ewidentnie rzeczywiście ma te fatalne skutki uboczne, o których mowa…

Bunt zmienił życie głównego bohatera powieści, Jareda: z zawodu policjant, Jared jako jedyny człowiek przeżył masakrę swego oddziału w trakcie Buntu i, ciężko ranny, został poddany niekonwencjonalnej terapii; był przez trzy lata w śpiączce, po czym wrócił, by zemścić się na zdrajczyni, która ich zbuntowanym androidom wydała.

No właśnie: Jared był jedynym człowiekiem, który przeżył. Była jeszcze Maya. Maya-replikantka, policjantka i towarzyszka broni, w której Jared podświadomie widział przyjaciółkę (choć nie wierzył w człowieczeństwo androidów), a którą potem uznał za osobę winną masakry, jaka spotkała jego oddział. Ergo, kiedy po trzech odzyskał pamięć (i dowiedział się, że stracił żonę), Jared był gotów na wszystko, byle zdrajczynię eksterminować. Tyle że sprawy się nieco skomplikowały: i sam Jared, napakowany maszynerią poprawiającą jego osiągnięcia i ratującą mu życie, nie bardzo może bronić idei czystego człowieczeństwa bez poprawek, a i to, kto jest winny i kto zabija androidki, przekradając się zza Muru, gdzie zamknięto rebeliantów, wcale nie jest takie oczywiste – bo co, jeżeli to sam Jared, którego możliwości fizyczne i mentalne mocno się od czasu wypadku zmieniły?

Zarówno wizja scyborgizowanych ludzi, gubiących się w rozróżnianiu, gdzie jest fizyczna granica człowieczeństwa (bo prawna jest w tym świecie aż za łatwa do zdefiniowania: ludzie mają prawa, replikanci nie), jak i idea szukających swojej natury i skazanych na wieczną wobec ludzi zazdrość replikantów to koncepcje, które także Raduchowskiej wyszły świetnie. Pytanie o prawa androidów – w literaturze przecież ograne - brzmi u niej świeżo i jest ujęte w twórczy sposób (patrz dyskusja o tym, że półświadomie wierzymy, że duszę mają nasze ukochane zwierzątka domowe, a odmawiamy jej sztucznie stworzonym ludziom). Tu Raduchowska zaskakuje i rzeczywiście daje czytelnikowi do myślenia.

Ta powieść jest też nieźle literacko skonstruowana – to, że autorka wysyła bohatera na przymusową trzyletnią śpiączkę sprawia, że kiedy Jared wraca do gry, możemy wraz z nim oglądać świat, który po Buncie zmienił się nie do poznania. Także intryga rodem z thrillera (kim jest doktor Meredith Bennett, a raczej – kim są jej mocodawcy?), jak i ta stricte kryminalna (kto zabija androidki?) są efektownie skonstruowane. Uwagi mam tylko do faktu, że autorka [SPOJLER:  nie rozwiązuje jednej z kluczowych zagadek i koniec powieści wygląda raczej jak nagły koniec rozdziału], ale poza tym, fabularnie powieść Raduchowskiej zdecydowanie się broni.

3,5 gwiazdki w pięciostopniowej skali bym dała; znaczy, jak na mnie, podobało się zdecydowanie, mimo uwag i czepialstwa. Gdyby językowo ta powieść była ciekawsza, pewnie by trafiła na listę moich ulubionych, ale i tak oceniam ją wysoko.



wtorek, 27 czerwca 2017

Mija dziś (dobra, długo się pisało, minęło wczoraj) 20 lat od brytyjskiej premiery I tomu cyklu JK Rowling o Harrym Potterze (a jakbyście zapomnieli, media społecznościowe wam przypomną). Ponieważ cykl Rowling jest ważnym zjawiskiem w sporym kawałku mojego życia, pozwolę sobie dzisiaj, z rocznicowej okazji, na dwadzieścia punktów, każdy inny, o Harrym Potterze.
Tyle razy w życiu pisałam o Potterze naukowo, klarownie, wedle porządku i z przypisami, że tym razem będzie luźno, osobiście, anegdotycznie i bez ładu i składu. I bez wniosków.

 


1. POCZĄTEK. BRAT.

Kupiłam I tom Pottera po angielsku jakoś koło 1998. Zaczęłam czytać - i jednocześnie tłumaczyć a vista dziewięcioletniemu wówczas Tomkowi, mojemu najmłodszemu bratu (ja byłam po studiach). Czytaliśmy sobie nocami (często-gęsto czekając, aż rodzice pójdą spać i siedząc do północy) i przeczytaliśmy tak, w sumie przez lata, 4 tomy, póki nie wyjechałam na studia do Anglii. Mam takie ciche wrażenie, że część tego, że się z Tomaszem, dziś dorosłym, do dziś świetnie dogadujemy, urodziła się wtedy z tego wspólnego czytania.

2. KONIEC

2007, wakacje. Przyjeżdżam do mojego krakowskiego mieszkania. Sprzątam. Kupuję arbuza, dobrą herbatę i składniki na szybkie spaghetti. Jadę do Empiku odebrać zamówioną książkę. Zamykam się w domu z zapasami i czytam, czytam, czytam.... płaczę.... czytam. Aż nie skończę, bez przerwy, bez snu.

3. KARIERA

Napisany w czasie moich studiów w Oksfordzie artykuł o zaklęciach łacińskich w tomach I-IV był jednym z moich pierwszych tekstów o antyku i popkulturze. Jego pierwsza wersja ukazała się w oksfordzkim czasopiśmie studenckim i na krótką chwilę dała mi może nie sławę, ale, hmmm, rozpoznawalność w pewnych kręgach (plus, woow, jaką miałam dyskusję z jedną panią arameistką o możliwych znaczeniach Avada Kedavra!).

4. ŁACINA

Łaciny i antyku jest w Potterze dużo - i dużo więcej, niż się wydaje z samych imion i zaklęć. Napisałam o tym parę artykułów, książkę, o której więcej później, i parę odczytów, z którymi objechałam, na życzenie, biblioteki i szkoły w połowie Polski. A, i o łacińskim przekładzie pierwszych dwóch tomów też napisałam.

5. I GREKA

Jest też przekład starogrecki I tomu, na którego genialność nie mam słów, serio. Rewelacyjnie wystylizowany na prozę II w. n.e., z efektownie przełożonymi nazwami i imionami i z ambitnym zamiarem, żeby rzecz była zrozumiała dla Greka z tamtych czasów, gdyby go jaka TARDIS w nasze czasy zawlokła. I z obłędnym pomysłem na przetłumaczenie nieprzetłumaczalnego na grekę klasyczną imienia Voldemorta.

6. TRAGEDIA

Pamiętam jak dziś, jak pomyślałam, czytając Goblet of Fire, że historia rodu Crouchów jest jak z tragedii. Jak z jakiejś Orestei, jako żywo. Ech, ale miałam satysfakcję, kiedy otwarłam Deathly Hallows!

Oh, the torment bred in the race
The grinding scream of death
And the stroke that hits the vein
The haemorrhage none can staunch, the grief,
The curse no man can bear.
But there is a cure in the house
And not outside it, no,
Not from the others, but from them,
Their bloody strife. We sing to you,
Dark gods beneath the earth.
Now hear, you blissful powers underground ?
Answer the call, send help,
Bless the children give them triumph now.


(przeł. Robert Fagle, i jaki to jest dobry przekład!)

7. OSZUSTWO

No, może nie całkiem oszustwo, ale wykorzystanie pozycji na pewno. Mniej więcej na etapie początków naszej wiedzy o Remusie Lupinie założyłam się ze wspomnianym wcześniej małoletnim bratem, że Lupin jest wilkołakiem.
Tomek, lat 10, nie miał prawa wiedzieć, co wiedziała magister filologii klasycznej: kim w zasadzie MUSI być facet, który znika co jakiś czas, ma nazwisko wywodzące się od łacińskiego lupus, 'wilk' i na dodatek odziedziczył imię po człowieku wychowanym przez wilczycę....
(podobnie zresztą jest z Syriuszem Blackiem - tu się przy pewnej dozie klasycznej wiedzy też da zgadnąć, że to on jest czarnym psem; jak ktoś chce wyjaśnień, pytać w komentarzach).

8. PANI I TE JEJ POTERY

... czyli mój profesor, który za wszelkie moje opóźnienia w pracy naukowej winił moje namiętne pisanie notek i noteczek o popkulturze (jeszcze gruuubo przed blogiem, ze sześć zeszytów tego mam).

9. ILE POTTERÓW MAM W DOMU

Całość cyklu po angielsku plus pierwsze wydania Quiddich Through the Ages, i Fantastic Beasts... plus The Tales of Beedle the Bard. Plus tomy I-II po łacinie, tom I po starogrecku, tom III po nowogrecku, tom I po francusku i niemiecku. Rodzina (brat) ma komplet wydań polskich. Plus, yeah, mam na DVD wszystkie filmy potterowe (i w planach dokupienie Fantastic Beasts). Nie, nie mam Przeklętego dziecka - jeszcze.

10. PRZEKLĘTE DZIECKO

Całkiem mi się, przy wielu wadach, podobało.

11. JAK INDOKTRYNOWAŁAM NAJLEPSZĄ PRZYJACIÓŁKĘ

Hi hi, to było kilkanaście lat temu i nikt tego nie pamięta, ale moja najlepsza przyjaciółka była przez spory kawałek czasu w awangardzie antypotterowej krucjaty (bo to Zła Literatura, nie - bo Zło). Jakoś tak potem jej przeszło (ale to nie tylko moja zasługa, głównie chyba smoków w filmowej IV części). Choć, nie powiem, pochlebiam sobie, że może jedna czy druga rozmowa, w której rozprawiałam się z jej, hmmm, wątpliwościami, może pomogła (disclaimer: nie chodzi o to, że każdy musi lubić i nie można mieć wątpliwości - dajcie spokój, ja nie lubię paru rzeczy powszechnie kochanych, na czele z Firefly - tylko o to, że jak się z czymś walczy, to dobrze walczyć z tekstem, a nie z własnymi chochołami).

12. FILOLOGIA

Napisałam o HP kilka artykułów naukowych, wygłosiłam parę odczytów (w tym jeden raptem parę miesić i mam w domu całkiem sporo mniej więcej naukowych książek tak czy inaczej z powieścią Rowling powiązanych. Aha, i jeszcze - niewydaną książkę.

13. TA NIESZCZĘSNA KSIĄŻKA

Co ja będę się powtarzać.

14. MIŁO SIĘ OGLĄDAŁO

Całkiem lubię Potterowe filmy; nie żebym była ich jakąś namiętną fanką, ale doceniam wizualną urodę i nader przyzwoite aktorstwo. Jakże nieprzewidywalnie, zdecydowanie najbardziej lubię film nr 3, w reżyserii Alfonsa Cuaróna (i to nawet nie będąc w 100% przekonana wyborem Davida Thewlisa do roli Remusa).?

15. I MIAŁO ŁADNĄ MUZYKĘ

Temat Harry'ego Pottera jest jednym z tych fragmentów muzycznych napisanych przez Johna Williamsa, które od lat nie dają mi spokoju i ciągle się na moich różnych playlistach przewijają.

16. POSTACIE: DUMBLEDORE

Trzy postacie, za które JK Rowling ma u mnie gigantycznego plusa: człowiek, którego poznajemy jako dobrego mędrca, potem śledzimy, jak się zmienia opinia głównego bohatera o nim, a potem dowiadujemy się, jak to było z jego hybris, upadkiem i pokutą....

17. POSTACIE:  SNAPE

...i człowiek, który nie przestaje być, hmm, paskudną ludzką jednostką (wiecie co, wystarczą mi zęby Hermiony i dręczenie Neville'a), a mimo to mu współczujemy (bo nie miał fajnie w życiu) i nie mamy chyba wątpliwości, że stoi po dobrej stronie. W ogóle, napisanie w powieści młodzieżowej zdecydowanie niejednoznacznego (i nie mhrocznie ślicznego i rzekomo niejednoznacznego, to się nie liczy) bohatera to jest spora odwaga, a akurat Rowling IMHO świetnie wyszło. 

18 POSTACIE: DOLORES

No i wyszło jej napisanie autentycznego, przerażającego i serio groźnego potwora - i nie, nie mówimy o Voldemorcie.

19. I WYBRAŃCY, NIE ZAPOMINAJMY O WYBRAŃCACH

To, za co zdecydowanie lubię cykl Rowling, to jest też to, jak potraktowała kwestię przepowiedni i wybrańca z jednej, a autentycznego wyboru danego bohaterom - z drugiej. No i Neville Longbottom (wstaw serduszka).

20. NIE LUBIĘ

Tak, jest całkiem sporo rzeczy, które mnie w powieściach Rowling nie zachwycają, ale jakoś nie zmniejszają mi one ani sentymentu, ani przyjemności z lektury.

sobota, 24 czerwca 2017

Anna Kańtoch, Wiara, Wydawnictwo Czarne 2017

 

Słuchajcie, to będzie w sumie analiza, nie recenzja.

Będą w związku z tym SPORE SPOJLERY

 

 

 

 

No więc było tak: pewien ksiądz jechał rowerem po dróżkach przy nasypie kolejowym w małopolskim turystycznym miasteczku, w którym był proboszczem, i na nasypie znalazł ciało brutalnie zabitej młodej dziewczyny. Zbrodnia od początku wydaje się nie mieć za dużo sensu:

Mamy więc dziewicę, która jednocześnie boi się mordercy i pozwala mu się kompletnie zaskoczyć.  Która umawia się w zupełnie idiotycznym miejscu i idzie na spotkanie odstawiona jak stróż w Boże Ciało (...). A facet co prawda zabójstwa nie planuje, ale przychodzi z nożem, a po wszystkim jest na tyle przytomny, żeby zabrać ofierze torebkę, bo wie, że to spowolni śledztwo.

Powyższe podsumowanie (sam początek śledztwa, zagadka, jak się okaże, rozwiązana w tych słowach) wygłasza przysłany do przeprowadzenia śledztwa w tej sprawie kapitan Milicji Obywatelskiej Andrzej Witczak, który sam przeżył w życiu swoje. Wraz z grupą lokalnych stróżów prawa - przysłaną już wcześniej z okolicznego większego miasta starszą szeregową Hanką Gierasówną, starszym sierżantem Waśkowiakiem i kapralem Janem Synowcem, który mocno przeżywa swoją pierwszą sprawę o zabójstwo (ha ha) - Witczak musi rozwiązać sprawę zabójstwa nieznanej dziewczyny na torach, potem zmierzyć się z kolejnymi nieprzewidywanymi śmierciami, a w końcu odpowiedzieć sobie na pytanie, czy trwająca tu budowa elektrowni atomowej i związane z nią protesty mają cokolwiek wspólnego z tymi zabójstwami. A może klucz tkwi w przeszłości i wiąże się z koszmarną zbrodnią sprzed lat, kiedy to w nieistniejącej już, zalanej przez zbiornik wody sąsiedniej wsi młody chłopak zarąbał siekierą owdowiałą matkę i młodszego brata i ciężko pokaleczył siostrę? No chyba, że coś z tym wszystkim wspólnego ma tajemnicza i elfio nieprzewidywalna niepełnosprawna Ewa i jej milkliwy mąż?

Pisząc jakiś czas temu o Łasce Anny Kańtoch, miałam poczucie, że autorka, znana wcześniej głównie jako fantastka,  lepiej radzi sobie z konwencjami powieści kryminalnej niż wielu tuzów polskiego kryminału. Wiara tylko mnie w tym przekonaniu utwierdziła, potwierdzając jednocześnie czysto pisarskie kompetencje Kańtoch: jej umiejętność tworzenia zróżnicowanych i zniuansowanych, a wiarygodnych postaci, tworzenia nastroju, przekonującego posługiwania się realiami minionej epoki i rekonstrukcji tego, jak mógł wyglądać duszny lipiec 1986 roku na małopolskiej wsi pod Żywcem. Serio, ja to wiem, byłam tam (od 1980 do 1992 mieszkałam stosunkowo niedaleko, paręnaście kilometrów od fikcyjnej Rokitnicy; nad Zalew Żywiecki, który stworzono zatapiając wioski podobne do kluczowej dla narracji Kańtoch Brzozówki. Obie miejscowości, na moje wyczucie lokalsa, są fikcyjną i fikcyjnie, acz prawdopodobnie, nazwaną wersją czegoś w okolicy Zalewu Żywieckiego (tam, gdzie Międzybrodzie, Porąbka, Kozubnik etc.) , gdzie rzeczywiście są wioski, zalane pod koniec lat 50. przy budowie Zalewu, z ludnością przesiedloną do sąsiednich, w ten sposób powiększonych. O jednej z tych zalanych wiosek, Zadzielu, był skądinąd swego czasu (2012?) świetny reportaż w Wyborczej. Kańtoch pożeniła je, oczywiście, z pomorskim Żarnowcem - jak historycznie w Żarnowcu, tak w jej świecie w Rokitnicy trwa właśnie budowa pierwszej polskiej elektrowni atomowej.

Kańtoch ma do tych małopolsko-peerelowskich realiów dobrą rękę - te zarośnięte zielskiem ścieżki koło nasypów kolejowych, te majtki w dni tygodnia, idea gościnnego telefonu, wszechobecne w pracy papierosy, cień Czernobyla i dobrze podchwycona specyficzna gwara małopolskiej wsi (aż mnie to "paczaj się", znane tak dobrze z rozmów krewnych babci, wzruszyło :D), to wszystko przyczynia się do zbudowania wiarygodności jej narracji, tworzonej ponownie, jak w Łasce, bez budowania poczucia nostalgii i tęsknoty za dawnymi czasami, ale i bez ich wykpiwania czy demonizowania.

Z jednej strony, powieść Kańtoch obficie częstuje nas red herringami, mającymi zmylić czytelnika. Dość, przyznajmy, mocno wyrwana z kontekstu reklama-tagline na powyższej okładce to jeden z nich; innym, w sumie chyba nawet ważniejszym, jest sugestia polityczności tego, co się dzieje - od początku dowiadujemy się, że w Rokitnicy (jak w Żarnowcu w realnych czasach PRL) powoli buduje się pierwsza polska elektrownia atomowa i że protestują przeciwko niej studenci i aktywiści ruchu Wolność i Pokój. To się, oczywiście, okaże kompletną zmyłką - może poza tym, że cień niegotowej elektrowni rzeczywiście wisi nad Rokitnicą i rzeczywiście czyni ją złym miejscem. Tyle że i z polityką, i z realnymi atomowymi zagrożeniami nie ma to zło wiele wspólnego, a jeśli nawet - to tylko bardzo odlegle: pełen zabobonnej wiary strach przed elektrownią to tylko jeden element ponurej układanki, w wyniku której w Rokitnicy gorącym latem 1986 zginęły trzy młode kobiety. 

Właśnie, wiara. Wiara jest, paradoksalnie, kolejnym z red herringów sugerowanych przez autorkę - bo tu chodzi o wiarę, jak najbardziej, tylko nie taką, jak by się na pierwszy rzut oka wydawało. Skupienie jednego z dwóch wątków powieści wokół postaci księdza i prowadzonego przez niego śledztwa oraz fakt, że tragiczne wydarzenia w Rokitnicy wiążą się jakoś z tym, co się działo (kolejno śmierć po pijanemu, samobójstwo i nagłe przeniesienie jednego za drugim proboszcza) i dzieje (popularność młodego wikarego wśród dzieci, nocne wizyty odwiedzającej go tajemniczej dziewczyny) na tutejszej plebanii wydaje się sugerować, że chodzi o sprawy związane z instytucjonalnym kościołem i katolicyzmem - i poniekąd chodzi, tylko dość, hmmm, inaczej. 

Kańtoch starannie unika tych najbardziej przewidywalnych schematów, obojętnie w którą stronę, które powieść (i kino) kryminalne ostatnich lat kojarzyły z księżmi i kościołem katolickim. Nie, to nie jest demaskatorska powieść o pedofilii w kościele. Nie, to nie jest też odważna obyczajowo powieść o księdzu, który ukrywa osobiste tajemnice w rodzaju kochanki i dzieci albo homoseksualnych związków. Nie jest to też z drugiej strony powieść o dzielnym księdzu-detektywie, a ksiądz Marczewski, główny bohater, nie przypomina ani dobrotliwego Chestertonowskiego ojca Browna, ani ojca Mateusza i jego pierwowzorów. Jakże nieprzypadkowo, nieco zmęczony życiem i własnym oportunizmem Marczewski rzadko mówi akurat o wierze.

Ale są w Rokitnicy - a raczej najpierw byli w Brzozówce - ci, którzy mają wiarę, głęboką i prawdziwą. I paskudną. Pod tym właśnie względem powieść Kańtoch podejmuje, poniekąd, dyskusję o kościele katolickim, czy raczej szerzej, o każdej tego rodzaju instytucji (bo to, że to jest akurat ksiądz katolicki, to kwestia małopolskich realiów, wyznanie ma tu drugorzędne znaczenie) - kiedy pokazuje, do jakich aberracji doprowadził fakt, że rolę obdarzonego pełnym autorytetem przywódcy duchowego niewielkiej wsi pełnił, w momencie tragedii i kryzysu, człowiek najwyraźniej dotknięty psychicznymi zaburzeniami. Tu z kolei, w wątku popełnionej przed laty zbrodni w domu Kozłów i jej związku z aktualnymi morderstwami, Kańtoch umiejętnie gra tropami nie tylko z powieści kryminalnej, ale i z horroru - mamy dziwaczną rodzinę na odludziu, kazirodcze sekrety, mordercę z siekierą, mroczny cień wyobrażonej atomowej katastrofy, klątwy i ofiary z dzieci... Tyle że wszystko to, dawkowane powoli i oszczędnie, wpisane w drobiazgowo oddane peerelowskie realia i staranne, subtelne psychologiczne portrety postaci, nie sprawia wrażenia taniego horroru gore ani efekciarstwa dla efekciarstwa - Kańtoch starannie przygotowała sobie grunt pod tę historię. Ludzie uwierzyli i wierzą do dziś, mają nadzieję, że ich ta wiara ocali i że osłoni ich współdzielona tajemnica - a ceną za to jest krzywda i przelana krew niewinnych.

Pierwotny tytuł tego wpisu był tak straszliwie spojlerowy, że z niego zrezygnowałam, ale tu jest mi potrzebny. Oryginalnie, mianowicie, ten wpis się nazywał Dziewczynki, które wróciły do Omelas - dla mnie powieść Kańtoch obraca się bowiem wokół krzywdy, zrobionej przez społeczność dwóm małym kozłom ofiarnym, które uciekły przed swoim koszmarem tylko po to, by zrozumieć, że nie ma ucieczki od tego, w co się wierzy, i wrócić do krainy koszmaru po śmierć. Kańtoch napisała powieść o brutalnych morderstwach czterech kobiet (jednej w odległej przeszłości, trzech teraz) i młodego chłopaka (w przeszłości), ale ofiary nie są dla niej tylko rekwizytami. Nieprzypadkowo jej kolejne rozdziały noszą tytuły, zaczynające się od Dziewczyna/Dziewczyny, a odnoszące się zarówno do ofiar, jak i do tych kobiet, które żyją i działają. Postacie zresztą Kańtoch pisze, jak już wspomniałam, bardzo przekonujące, czy będzie to policjant dotknięty wyrzutami sumienia za wypadek, który spowodował, walczący z własnymi problemami osobistymi ksiądz czy młoda i całkiem niezła w swojej robocie, bardzo zwyczajna policjantka z małego miasteczka. Autorka nie musi walczyć z charakterologicznymi schematami z powieści kryminalnych - jej postacie mają bardzo mało z tymi schematami wspólnego, choć pewne cechy (policjant, który zapija traumę, na przykład) z nimi dzielą. 

W swojej recenzji Megu przekonująco podkreśla związki między Wiarą  a poprzednim kryminałem Kańtoch, Łaską, zarówno w konstrukcji fabuły, jak i w charakterystyce postaci. Zgadzam się z konkluzją tej recenzji - nie miałabym nic przeciwko temu, żeby polski kryminał miał od tej pory w Annie Kańtoch nową, ewidentnie lepiej znającą się na królowaniu temu gatunkowi królową.   

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

niedziela, 18 czerwca 2017

Marta Krajewska, Idź i czekaj mrozów, Genius Creations, Bydgoszcz 2016

 

 

UWAGA: SPOJLERY

 

W ramach wyzwania Zew Zajdla postanowiłam przeczytać wszystkie powieści i opowiadania nominowane do tej nagrody. A skoro już je czytam, pomyślałam, czemu nie miałabym również ich zrecenzować/przedyskutować na blogu? Recenzje z powieści Marty Kisiel i Radka Raka już na blogu są, a dzisiaj pora na Idź i czekaj mrozów Marty Krajewskiej.  

Fabuła powieści Krajewskiej - powieści, która, skądinąd podobnie jak współnominowana z nią do Nagrody Zajdla, bardziej przypomina zbiór opowiadań połączony wspólnymi wątkami niż powieść sensu strictissimo - skupia się wokół losów kilkorga postaci mieszkających w odległej od świata Wilczej Dolinie.  Główną wśród nich jest adoptowana córka zielarza, Venda, która po śmierci ojczyma musi zdecydować, czy chce zająć jego miejsce i zostać Opiekunem wioski - a fakt, że w jej życiu nadnaturalne istoty (a zwłaszcza jedna, a raczej - jeden, z nich) zaczynają odgrywać coraz ważniejszą i coraz bardziej, hmmm, osobistą rolę, nie pomaga jej w odpowiedzi na to pytanie.  Obok Vendy i dwóch mężczyzn, którym pisane jest odegrać w jej życiu sporą rolę - są nimi jej przyjaciel z dzieciństwa Imir i tajemniczy nieludzki wilkar DaWern, ostatni ze swej rasy - w centrum uwagi czytelnika znajduje się jeszcze kilka postaci. Śledzimy miłosne, a potem małżeńskie perypetie Atry, która pakuje się w kłopoty przez nader nieodpowiedni romans i następnie, chcąc nie chcąc, wychodzi za mąż. Oglądamy dzieje młodej młynarki Jady, która straciła ukochanego w najbardziej banalny i najstarszy sposób na świecie - i historię Stalli, kobiety w średnim wieku, która kiedyś porzuciła tę wioskę, a wraz z nią - męża i synka, a teraz wróciła, jako ktoś inny i z innym mężczyzną u boku. W tle jest jeszcze żyjąca poza wioską wiedźma i mieszkająca jak najbardziej wśród ludzi pani Wiljo z dziwną małą córeczką imieniem Płomyk. Nad wszystkimi tymi postaciami stale wisi cień zguby - koegzystencja Doliny z siłami wokół niej, z bogami i istotami nadnaturalnymi, nie jest ani łatwa, ani przewidywalna, a zguba i zabójczy w skutkach gniew bóstw nigdy nie jest daleko od tego małego, zamkniętego światka.
To jest, pod względem formy, gatunku i języka, powieść znacznie bardziej tradycyjna i bliższa mainstreamu fantasy niż teksty Radka Raka czy nawet Marty Kisiel - i nie jestem do końca pewna, czy odrobina odwagi w decyzjach dotyczących narracji czy stylu nie wyszłaby jej na dobre. Gatunkowo Idź i czekaj mrozów na pierwszy rzut oka mieści się w dość wąsko rozumianej fantasy. Inspiracją do kreacji świata przedstawionego była w tym przypadku przede wszystkim mitologia słowiańska (a raczej to, jak się ją rekonstruuje), choć tekst, wbrew pozorom, niekoniecznie tylko do tych słowiańskich tradycji się odwołuje – wystarczy spojrzeć na imiona, gdzie element nordycko-fiński wydaje się podobnie znaczący, co słowiański. Krajewska „rekonstruuje” w Idź i czekaj mrozów społeczność żyjącą w dziwacznej, kruchej harmonii nie tyle i nie tylko z naturą, co przede wszystkim z tym, co nadnaturalne – jej bohaterowie nie tyle stykają się z magią i z istnieniem bogów jako z zewnętrznym fenomenem, z czymś, w co trzeba uwierzyć i przekonać się, że jest – oni żyją stale z pełną świadomością, że jeśli zrobią coś nie tak, bogowie ich ukarzą, a magiczne istoty skrzywdzą. Ta kreacja świata przedstawionego, z działającymi bogami, z mitem o dawnych prawie-wymarłych nieludzkich przeciwnikach w zamku nad doliną, z zagadkową ni to boginią, ni to czarodziejką-heroiną Elleniale w tle, jest bodaj czy nie najmocniejszą stroną powieści Krajewskiej (przyznam się bez bicia, chęć poprowadzenia sesji RPG w świecie opartym na tej powieści nie opuszczała mnie przez kilka dni po lekturze).

Na drugi jednak rzut oka widać wyraźnie, że w powieści Krajewskiej zdecydowanie widoczne są wpływy innego gatunku, a mianowicie – paranormal romance. Wiem – od kiedy zdarzyło mi się słyszeć autorkę wypowiadającą się na ten temat – że sama Marta Krajewska nie jest może najszczęśliwsza z tych skojarzeń; problem polega na tym, że trochę trudno się od nich uwolnić. Im bardziej bowiem zagłębiamy się w tę historię, tym ważniejsze okazują się wątki obyczajowe – a przez obyczajowe zdecydowanie trzeba tu rozumieć romansowe.

Venda jest przez pewien czas rozdarta między rodzącym się uczuciem do Imira, który wcześniej był dla niej niczym innym, jak przyjacielem z dzieciństwa, a wilkarem DaWernem. Muszę przyznać, że zdecydowanie podobało mi się to, jak autorka rozegrała i zakończyła wątek Imira – zaskakująco i nieoczywiście. Natomiast… ech, pan Darcy w postaci nie-wilkołaka męczył mnie wręcz niemożebnie. Tak jak w Clovisie LeFay wątek Johna i Alicii, tak tutaj motyw niechęci prowadzącej do Prawdziwej a Tragicznej Miłości między DaWernem a Vendą wydawał mi się zbyt oczywisty, zbyt przewidywalny w swojej konstrukcji i sposobie poprowadzenia. Ech, wolałabym osobiście, żeby autorka, chcąc pokazać bohaterkę przeznaczoną demonom, bardziej pograła sugestią, że Venda zaczęła pożądać Imira i odczuwać do niego coś zdecydowanie więcej, kiedy przestał już być człowiekiem… Zresztą, jak na wioskę, w której jest wyraźny rozdział ludzi od potworów, w Wilczej Dolinie jest tych mieszanych związków, hmmm, DUŻO? Venda zakochuje się w wilkarze, Atra uprawia seks i zachodzi w ciążę z demonicznymi upiorami z zakazanego cmentarza, Jada w końcu poślubi płanetnika, a Wijlo – Wiljo nie zwiąże się z nikim nadnaturalnym, bo sama jest istotą nadnaturalną. Jeżeli porównać to, jak temat związków ludzi z nieludźmi potraktowała Krajewska, z tym, jak robi to, w opowiadaniu „Wody głębokie jak niebo” Anna Brzezińska, widać wyraźnie, że tam, gdzie Brzezińską interesuje przede wszystkim paradoksalność natury bohaterów i ich walki z tym, co nieludzkie (walki, że dodam, jakże ironicznej i absurdalnej), tam Krajewska skupia się na opisie uczuć, pożądań i romansów. I żeby nikt mi tu nie uznał, że to jest krytyka – absolutnie nie to mam na myśli. Chcę jedynie wskazać, że elementy romansowe w Idź i czekaj mrozów wydają się, paradoksalnie, dominować nad tymi stricte fantastycznymi.    

Świat i jego kreacja, jak powiedziałam, wydaje mi się najmocniejszą stroną powieści Krajewskiej (1). Trochę więcej problemu mam z jej bohaterami – może dlatego, że autorka skupia się na tych, które akurat mnie interesują nieco mniej. Venda jako bohaterka zdaje mi się dość przewidywalna i mało ciekawa. Nie zawsze przekonują mnie jej motywacje – serio, aż tak mało reakcji po śmierci Opiekuna, jaki by trudny nie był? Nie zawsze mam ochotę wiedzieć więcej akurat o niej, a tam, gdzie mam – jak w sprawie z Imirem – autorka wybiera (i takie jej prawo) inne aspekty historii postaci. Wolałabym, szczerze mówiąc, powieść o Stalli, jej żałobie, jej decyzji o opuszczeniu wioski i porzuceniu rodziny, jej karierze i jej śmierci. Wolałabym powieść o Wiljo – w ogóle poproszę o powieść o selkie/kobiecie-łabędziu/królewnie żabce i o tym, jak się żyje z mężem, którego serio i szczerze pokochałaś, a który potem ukradł ci szansę na twoje własne życie i odebrał prawo wyboru. No i zdecydowanie wolałabym powieść o Atrze, o jej seksualnym przebudzeniu, zakazanych przygodach, o jej klasycznym be careful what you wish for i o upartych, zdecydowanych próbach, mimo wszystko, uratowania się z tej sytuacji, choćby po trupach, a przynajmniej kosztem szczęścia innych. Atra to jest Becky Sharp tego świata – i ja bym naprawdę chciała więcej o niej, mniej o Vendzie.

No i jeszcze jedno – ja bym wolała, żeby ta powieść napisana była odważniej, zarówno językowo, jak i gdy chodzi o narrację. Jej styl – hmmm, pasuje do postaci Vendy, bo jest podobnie poprawny i bezbarwny. Odrobina szaleństwa, trochę więcej stylistycznego zróżnicowania, odważniejsza polszczyzna – i mielibyśmy zamiast poprawnej powieści coś znacznie ciekawszego.

Generalnie, oceniam Idź i czekaj mrozów (skądinąd, tytuł jest znakomity i intrygujący) pozytywnie – i mam z ta powieścią podobnie, jak z Clovisem LeFay Anny Lange: sporo uwag, sporo krytyki, ale i generalne przekonanie, że jeżeli polska fantastyka pójdzie w tę stronę, to ja płakać nie będę.

(1)  Yup, mam pewne problemy z imionami w tym świecie, ale to jest marudzenie filologa i daruję wam moje wątpliwości.

Zapisz

niedziela, 04 czerwca 2017

Radek Rak, Puste niebo, Powergraph 2016

 

 

 

UWAGA SPOJLERY

 

 Jako że nastąpiła rzecz głęboko niemożliwa i ja, autorka tego bloga pełnego niemiłych chwilami uwag o polskiej literaturze, postanowiłam przeczytać zestaw tekstów nominowanych do nagrody Zajdla, to postanowiłam również - a co mi tam! - je zrecenzować. Na pierwszy ogień poszła - zanim jeszcze podjęłam decyzję o lekturze wszystkich - Siła niższa Marty Kisiel (która pozostaje, jak na razie, moją osobistą Zajdlową faworytką); jako drugą postanowiłam zrecenzować powieść Radka Raka Puste niebo.

To ja może powiem od razu, żeby sztucznego suspensu nie robić: serca mi ta książka nie złamała, zachwycić nie zachwyciła, ale podobać się, to, i owszem, zdecydowanie się podobała.

Ale po kolei: łowiąc ryby na Bugu, niemądry i nic nie rozumiejący Tołpi łowi, a potem rozbija, księżyc; miał co prawda w planach zanieść go dziewczynie, która mu się (mocno bez wzajemności) podoba, ale po drodze jakoś tak się stało, że Tołpi i marne licho (głoszące się wszem i wobec diabłem-szlachcicem) Zapaliczka księżyc stłukli. Mądra wiejska starucha Sławuszka Tołpiego ostro zganiła, powiedziała mu, że bez księżyca, co babskie sprawy reguluje, kobiety przestaną rodzić, a ludzkość wymrze, i kazała mu iść do Lublina do mądrego rabina księżycotwórcy po nowy. No to Tołpi poszedł, a po drodze spotkało go mnóstwo mniej lub bardziej groteskowych, mniej lub bardziej upiornych przygód.  

Przewijają się w tych przygodach typy, postacie i motywy zakorzenione zarówno w polskiej kulturze, jak i w świadomości odbiorców (pop)kultury niekoniecznie polskiej. Tołpi spotyka Jana Azryjela Hespera, przechrztę i eks-rabina, obłożonego cheremem, który to rabin eksperymentuje z  kabałą i tworzeniem księżyca; natyka się na jego towarzysza, hedonistę i sybarytę Tyfona. Panowie mają problem, poważny problem, związany ze znikającym księżycem: zawarli byli mianowicie szatański pakt z władcą wron, kawek i kruków, Sędziwronem, i winni mu są swoje dusze, gdy tylko księżyc zniknie permanentnie z nieba…

Ci dwaj i gospodyni Hespera, pani Maria, a także śliczna i niebezpiecznie seksowna pokojówka Adela to nie są jedyne osoby, z którymi Tołpi się zetknie w swojej próbie naprawienia głupot, których narobił. Wcześniej wpakuje się w spotkania z kolejnymi postaciami rodem z archetypów i kulturowej tradycji – zostanie nakarmiony słodyczami przez madame Chauchat, w rzeczywistości kuszącą i groźną bohaterkę C. S. Lewisa i H. Ridera Haggarda i ani się obejrzy, obieca jej księżyc, bo przecież pani jest taka piękna, zmysłowa i władcza… Przez chwilę będzie lokatorem-więźniem w upiornym klasztorze-szkole dla niegrzecznych chłopców, gdzie chcąc nie chcąc stanie się częścią buntu – buntu, który poprowadzi go wprost w objęcia bolszewików i rewolucjonistów, choć i o komunizmie, i o rewolucji nasz bohater wie tyle, co o wszystkim innym, czyli, hmmm, nic. I jeszcze się zaplącze Tołpi w znajomość z duchem mnicha, co zestrzeliwuje z nieba spadające anioły, i poniesie go w pełne upiorów i zjaw wszelakich podziemia Lublina, a potem, cóż, potem będzie dużo umierania, a Tołpi nie pójdzie do nieba. Bo, po prawdzie, nie zasłużył.

Radek Rak umieszcza opowiadaną przez siebie historię wioskowego głupka Tołpiego i jego przygód zainicjowanych stłuczeniem księżyca w zmityzowanym uniwersum polskiej kultury przełomu różnych epok, bo mamy tu i przedwojenny częściowo żydowski Lublin, i pokraczną wersję manifestu lipcowego i kompletnie wyjętą z czasu wieś; a i uniwersalne, wyjęte z tradycji (pop)kultury postacie co jakiś czas nam się przewijają (Aisza Jadis, serio?).  Wydarzenia dzieją się w jakimś mitycznym zawsze-nigdy, a w tonie opowieści baśniowość przeplata się z groteskowością, onirycznością i autentycznym tragizmem. Słychać w prozie Radka Raka inspiracje modernizmem, słychać Schulza i – w mniejszym stopniu – także Leśmiana. Rodem z Leśmianowskich fantasmagorii i z szalonej wyobraźni Brunona Schulza są też miejsca i ludzie, z którymi Tołpi się styka. To jest świat pełen dziwacznych karłów (imieniem Bruno, nie mniej), pokurczonych wierzbowych diabłów, rabinów mamroczących niezrozumiałe kabalistyczne frazy, niepojętych stworów z koszmarnych snów. Jednocześnie świat ten nie jest baśniowy – jest na to zbyt okrutny i zbyt przesycony seksualnością. Zmysłowość kobiet, wyuzdanie Tyfona i nieporadne próby cielesnego obcowania, jakie podejmuje Tołpi (pożądanie wobec namiętnej siostry Rozyny, pokusy, na jakie wystawia go pani Aisza Jadis, seksualne ekscesy z Adelą – to jest też szalenie schulzowsko-leśmianowskie, a szerzej – wyraźnie zakorzenione w post-secesyjnych, witkacowsko-modernistycznych wizjach femmes fatales. Kobiety u Radka Raka – pragnąca wyrwać się z narzuconego dziewictwa siostra Rozyna, upiorna matka przełożona i wilkołaczo-świńska, odczłowieczona (ona nieprzypadkowo pozbawiona jest, przez nieznajomość języka, możliwości komunikowania) siostra Remedios, magiczna, zmysłowa i lodowato groźna Aisza, zastygła w panieństwie i służbie innym pani Maria, eksplodująca wulgarnym seksem i budząca żądze Adela, mądra starucha Sławuszka – są, tak naprawdę, nie postaciami, nie ludźmi, a żywymi wcieleniami Jungowskiego archetypu. Rak podkreśla, jak podobna jest Adela do Jadis, jak wiele łączy ją także z Rozynką. Mam o to do niego, tak po prawdzie, nieco pretensji, bo to te postacie osłabia, a ich losy pozbawia znaczenia. Radek Rak napisał Adeli makabryczny wątek, w którym zgadza się ona poświęcić de facto własne życie dla wyprodukowania sennego marzenia (bo bez snu nie będzie nowego księżyca), pokazał nam ją po lobotomii, torturowaną, pozbawioną świadomości i opuszczoną – to, że summa summarum jej postać okazuje się, w oczach Tołpiego, w zasadzie utożsamiona z Aiszą, odbiera sporą część znaczenia temu, co z nią zrobiono i na co się zgodziła; czym jest cierpienie jednego awatara Bogini wobec jej wiecznego istnienia? Te kobiety, władcze modliszki i pełne poświęcenia anioły seksu i miłości, na pozór efektowne, ale uwięzione w swojej archetypowości – to im chyba najbardziej z postaci Radka Raka brakuje, tak naprawdę, charakterów.     

Paradoksalnie, podoba mi się postać głupiego, czasem szlachetnego, częściej bezmyślnie okrutnego Tołpiego (otrząsnęło mnie ze złości w tym momencie, w którym zabił biedne, durnowate licho wodą święconą!), bo ona z kolei idzie trochę wbrew archetypowi – Tołpi nie jest bohaterem ze schematu Proppa, uczy się niewiele i na końcu rozumie i wie niewiele więcej, niż na początku. Nawet życia od śmierci za bardzo nie odróżnia, a i to, że chyba nie trafi do raju, nie bardzo do niego dociera. W końcu pokutę za swoje zbrodnie odbędzie u boku swojej świętej upadłej umęczonej kochanki, która wybłagała mu boże miłosierdzie, na które nie zasłużył…

Tak jak koncepty i motywy, tak i styl powieści Radka Raka jest zanurzony w literackiej tradycji, wystylizowany, z baśniową w charakterze narracją opowiedzianą językiem nawiązującym (ale lekko, to się ciągle łatwo czyta) do stylu a la Schulz. Parę lat temu pisałam, że mi brakuje w polskiej fantastyce takich głosów, takich tekstów – i jak mnie powieść Radka Raka nie zachwyciła, tak cieszę się, że jest. No i podobała mi się dostatecznie, żeby trafić na razie na nr 2 listy Zajdlowej (a przeczytałam już 4/5 nominacji, żeby nie było). Raczej na pewno sięgnę po kolejne książki autora.

piątek, 02 czerwca 2017

James S. A. Corey (Daniel Abraham, Ty Francks), The Expanse I-IV (Leviathan Wakes, Caliban's War, Abbadon's Gate, Cibola Burns), 2011-2014.

 

 

SPOJLERY!

 

I. Wstęp

Sukces literackiej serii Jamesa S. A. Coreya (pod którym to pseudonimem ukrywają się dwaj autorzy: Daniel Abraham i Ty Franck) potwierdzają nie tylko więcej niż przyzwoite wyniki sprzedaży i trafiające im się od czasu do czasu nominacje do poważnych nagród SF, ale i powstanie opartego na tym cyklu powieści serialu TV (obecnie dwa sezony, z których pierwszy dostępny jest na polskim Netflixie). Seria Coreya to gatunkowo na pierwszy rzut oka dość klasyczna space opera/SF z elementami różnych innych gatunków (horror, thriller, powieść kryminalna), nawiązująca bardzo świadomie do klasyki fantastyki naukowej. Klasyka SF jednak nie jest jedynym obszarem literackiej tradycji, z którym autorzy The Expanse pogrywają. Podobnie jak wielu z najciekawszych współczesnych autorów SF (by wspomnieć choćby Anne Leckie czy Dana Simmonsa), twórcy The Expanse sięgają w swojej historii do szerokiego spektrum literackiej klasyki, prowadząc swoich czytelników po mniej lub bardziej ukrytych śladach wielkich dzieł (głównie) zachodniej tradycji literackiej. Jak jeden z bohaterów, detektyw Joe Miller, chciałabym teraz pójść tymi śladami z lupą w jednej, a latarką w drugiej ręce – wskazać na obecność w The Expanse motywów klasycznych, biblijnych, szekspirowskich oraz, oczywiście, zaczerpniętych z najbardziej oczywistego tu źródła inspiracji, Don Kichota Miguela de Cervantesa, jak również z tradycji poezji i prozy XIX i XX wieku, a także zastanowić się nad pytaniem: po co autorom opisującym nam odyseję ludzkości dość niespodziewanie odkrywającej kosmos (i płacącej za to sporą cenę…) odniesienia do szacownej literackiej klasyki? Do czego je wykorzystują i w jaki sposób się nimi posługują?

Zacznijmy może od tła, bo bez niego kiepsko widać wszelkie hafty, naszywki, aplikacje i ozdoby, którymi pp. Corey ozdobili swoje dzieło.

 

II. Autor! Autor! A nawet dwóch!

 

Moje "pp. Corey" powyżej to oczywiście nawiązanie do faktu, że James S. A. Corey nie istnieje: jest to po prostu pseudonim autorskiego duetu Daniel Abraham i Ty Franck. Obaj panowie nie byli całkowitymi nowicjuszami, kiedy się za The Expanse zabierali. Daniel Abraham miał już doświadczenie w pisaniu różnych gatunków fantastyki (pisywał także teksty fantasy, powieści pisane we współautorstwie z Georgem R. R. Martinem i Gardnerem Dozois oraz powieść ze świata Star Wars), Franck z kolei ma m.in. doświadczenie pisania RPG i sekretarzowania George’owi R.  R. Martinowi. Franck również, co ważne, stworzył własny autorski system RPG - system, w którym w pewnym momencie zaczął prowadzić dla znajomych cykl przygód załogi statku kosmicznego, która na jakimś etapie swoich wypraw spotyka pewnego detektywa... Z tej gry, z przyjaźni obu autorów i z wspólnych literackich ambicji i zamiłowań narodził się pomysł wspólnego napisania cyklu powieści: pozostało tylko wybrać sobie pseudonim.
Pseudonim zaś został wybrany staranie: tak, by – składając się z elementów imion i nazwisk autorów/ich bliskich – jednocześnie przywoływał skojarzenia z nazwiskami/pseudonimami klasyków space opery (jak Robert E. Heinlein czy Arthur C. Clarke). Panowie wiedzieli, co chcieli osiągnąć - ich planem było, najwyraźniej, dać czytelnikowi starą dobrą przygodową space operę.
No, może nową starą dobrą przygodową space operę - bo w The Expanse innowacje i otwarcie się na nowość (zwłaszcza przy socjologii społeczeństwa w cyklu opisanego) jest co najmniej równie ważne, jak literacka i kulturowa tradycja.

III. This is the world we live in

Świat w The Expanse jest, wyjściowo, światem ludzkim: ludzkość nie zetknęła się w nim jeszcze z dowodami na istnienie obcych cywilizacji. Acz, co fakt, to fakt - poza Układ Słoneczny taż ludzkość jeszcze nosa nie wychyliła. Ale jako że ludzkość to ludzkość, z całą jej potencjalną wielkością i nader częstą małostkowością, zaślepieniem i generalną koszmarnością, ludzie zdążyli już, oczywiście, pokłócić się w kwestii tego, kto mianowicie zasługuje na miano człowieka.
Podziały polityczne w tym świecie są niejednoznaczne, a alianse - niestabilne: to jest, mówiąc najkrócej, świat na permanentnej krawędzi wojny. To będzie, jak zauważają bohaterowie, przepowiedziana przez Einsteina wojna na kamienie - ale rozumiana zupełnie inaczej, niż się wielkiemu uczonemu wydawało, bo nie trzeba wracać do epoki walk na kamienie, żeby przy pomocy skutecznego bombardowania odłamkami skał z orbity zrobić potężną krzywdę przeciwnikowi; w świecie The Expanse to jest stałe zagrożenie. Kolebka ludzkości, Ziemia,- przeludniona, zarządzana przez ONZ i wbrew pozorom stosunkowo zamożna - jest jednocześnie częściowo zdewastowana ekologicznie, co w efekcie zmusiło władze do wprowadzenia konkretnych ograniczeń w prawach jednostki, z prawami wyraźnie ograniczającymi reprodukcję na czele.  Jej stałym rywalem, a jednocześnie, z racji pewnego podobieństwa sytuacji, domyślnym sojusznikiem, jest Mars. Planeta jest w trakcie terraformingu (pewnie wiecie, że to jest to samo uniwersum, co Marsjanin Andy'ego Weira?) co dla Marsjan oznacza oczywiście życie pod kopułami i skupienie większości sił na walce o przemianę planety. Mars jest silny militarnie (jego flota nie ma sobie równych w zamieszkałym przez ludzkość kosmosie), a społeczeństwo skupione jest na kwestii dostosowania planety do zamieszkania. To wszystko kształtuje dominujące na Marsie stanowisko etyczne, akcentujące poświęcenie dla przyszłości, pracowitość i zdolność do wszelkich wyrzeczeń.
Wspomniałam o Marsjanach - tu warto podkreślić, że na kolonizację Marsa i Pasa (planetoid i stacji kosmicznych) decydowali się... cóż, ci, którzy chcieli i mogli. Tu nie ma żadnych licencji katolickich czy protestanckich a la Orson Scott Card, tu w kosmos wyruszył, kto chciał i mógł. Stąd zarówno społeczeństwo Marsa, jak i mieszkańcy Pasa są mocno wymieszani etnicznie, kulturowo i religijnie - nikogo na przykład nie dziwi, że mający hinduskich antenatów, a pochodzący z konkretnego obszaru Marsa (gdzie jego przodkowie mieszkali wśród imigrantów z Teksasu) Alex Kamal mówi z teksańskim akcentem.
Mars i Ziemia mogą rywalizować, ale dla mieszkańców Pasa niewiele je, tak naprawdę, różni. Ludzkość w Pasie zależna jest od dostaw z planet wewnętrznych; stacje i planetoidy zamieszkane są przez mieszaną etnicznie i kulturowo ludność; do tego ludzkość ta uległa pewnym fizycznym zmianom w wyniku życia w środowisku bez naturalnej grawitacji (mieszkańców Pasa można rozpoznać na pierwszy rzut oka, są wyżsi, szczuplejsi i o nieco innych proporcjach), a jednocześnie warunki życia wytworzyły, jak zwykle przecież w takich przypadkach, nieco odrębną kulturę i społeczeństwo. No i polityka, oczywiście w tym wszystkim jest jeszcze kwestia polityki i napięć zarówno politycznych, jak i gospodarczych; w Pasie od dawna działa OPA, radykalna i (momentami zdecydowanie) terrorystyczna organizacja, chcąca pełnej niezależności dla Pasa i oderwania się od planet wewnętrznych.
Dodajmy do tego jeszcze jedno: korporacje i ich absolutnie uprzywilejowaną pozycję.  Firmy takie, jak Protogen czy Mao-Kwikowski są w zasadzie państwami w państwach i jeżeli myślicie, że ich rola jest stabilizująca i stymulująca rozwój oraz wymianę gospodarczą w tym świecie to, cóż, mylicie się.
Ludzkość w świecie The Expanse - głównie na Marsie i w Pasie, ale także na Ziemi) - jest wymieszana kulturowo i etnicznie. Jednocześnie jednak ta ludzkość zachowuje sporo odrębności i swoich lokalnych specyfik (rosyjskie reklamy na Ceres, wzmianki o arabskiej i hinduskiej muzyce, potrawy); zachowuje też odrębności, na przykład, religijne - Annushka Volovodov, która jest pastorem w kongregacji metodystów i jedną z głównych postaci w Abbadon's Gate, i jej towarzysze wyprawy, przedstawiciele rozmaitych religii świata, to tylko jeden z przykładów. Duży nacisk położony jest w The Expanse na to, czego tradycyjnie raczej brakowało w klasycznej space operze lat 40.-50.: życie codzienne, kultura, zróżnicowanie kulturowe, język, kuchnia, religie i religijność, związki i prawo rodzinne, wszystko to odgrywa dużą rolę w konstrukcji świata.
Jednocześnie ten świat bardzo, bardzo zdecydowanie nie jest rajem. Kluczowe dla początku cyklu pytanie – wypowiedziane wprost przez Millera i Naomi – brzmi przecież: „Czy dla mieszkańców planet mieszkańcy Pasa są ludźmi?". I kiedy mowa jest o katastrofie na Erosie, mieszkańcy Pasa raczej nie mają wątpliwości, że ich rodacy zostali poświęceni i że korporacja, która to zrobiła, nie miała wielkich etycznych problemów z tą decyzją także dlatego, że nie byli Ziemianami...
Ufff. Niniejszym mamy tło do trzech kolejnych wpisów o The Expanse. Dzisiejsza część kulturowa obejmuje analizy tytułów pierwszych czterech powieści w cyklu: Leviathan Wakes, Caliban's War, Abbadon's Gate i Cibola Burns.

IV. Jak czytać te tytuły?
W dzisiejszym wpisie chciałabym przyjrzeć się aluzjom kulturowym w tytułach pierwszych czterech tomów The Expanse. One na pierwszy rzut oka wyglądają jak wiele klasycznych tytułów space operowych, w których obce słowo ma przyciągać uwagę i budować egzotyczność zapowiadanego świata. Jednocześnie jednak w cyklu Coreya wszystkie te tytuły niosą dość proste, ale sugestywne kulturowe skojarzenia, znaczące dla lektury i ewentualnej interpretacji powieści.

Lewiatan

Nazwa "lewiatan" (hebrajskie לִוְיָתָן, 'leviyatan, od לוה, lava', wić się, być zwiniętym) kojarzy się biblijnie, ale w rzeczywistości niesie za sobą konotacje znacznie starsze od zachowanego tekstu biblijnego. Lewiatan, morski potwór i wcielenie chaosu, przywodzi na myśl znane z tradycji bliskowschodnich istoty takie jak Tiamat, pradawna morska bogini i wcielenie chaosu, znana z kosmogonii babilońskiej, czy Lotan pokonany przez Hadada-Baala w cyklu ugaryckim). Lewiatana znamy przede wszystkim z Biblii hebrajskiej (dla ciekawych:  Hiob 3:8 i 40:15–41:26, Amos 9:3, Psalm 74:13–23, Psalm 104:26, Izajasz 27:1). Zwykle widzimy go jako potwora, którego pokonanie zasługą Boga, ale w niektórych kontekstach lewiatan jest rozumiany jako sługa Boga.
Dalszy rozwój tej postaci następuje w piśmiennictwie postbiblijnym. Talmud, midrasze (narracyjne rozwinięcia motywów biblijnych, że uproszczę) i komentarze rabiniczne podkreślają przede wszystkim apokaliptyczną rolę Lewiatana: pojawia się on jako bestia, której pojawienie się na morzach będzie jednym ze znaków końca świata.
Oba te znaczenia wydają się ważne dla The Expanse. W cyklu Coreya lewiatan wydaje się dość czytelnym symbolem budzącego się potwora/potworów (jeśli można to tak nazwać), zaskakująco groźnego pierwszego kontaktu i przebudzenia pradawnego obcego artefaktu; jako że przez absolutną większość powieści mamy do czynienia z poczuciem zagrożenia, jakie to przebudzenie niesie, skojarzenie z biblijnym potworem grożącym końcem świata jest jak najbardziej uzasadnione.

Kaliban

Imię Kalibana w tytule II tomu cyklu jest pierwszą sugestią obecności Burzy Szekspira w cyklu Coreya - obecności, która swoje apogeum osiągnie w Cibola Burns, opowieści o zakazanej planecie i zagrożeniach, jakie ze sobą niesie.
Kaliban, syn wiedźmy Sykorax, niewolnik Prospera, jest na pierwszy rzut oka przede wszystkim brzydki, dziki, krnąbrny, niebezpieczny, nieprzewidywalny; tradycyjnie przy tym odczytywany jako niecywilizowany i groźny. Nie trzeba jednak wiele dointerpretowywać, by dojrzeć w Kalibanie istotę cierpiącą, skrzywdzoną i niezbyt zadowoloną z losu, jaki jej przypadł.

W The Expanse imię Kalibana odnosi się przede wszystkim do wyprodukowanych przez korporację Mao-Kwikowski ludzko-obcych hybryd-wojowników (i mówi coś o ich kondycji?). Odgrywają oni kluczową rolę w fabule: od ich pojawienia zaczyna się akcja powieści i to wydarzenie łączy się z dwójką głównych postaci tego tomu: Bobbie Draper jako jedyna przeżywa ich pierwszy atak, a poszukiwana córka Praxidike Menga okazuje się częścią programu ich tworzenia;

Abbadon

W przypadku Abbadona/-u mamy ciekawą ewolucję: słowo to, wywodzące się, podobnie jak lewiatan, z tradycji żydowskiej i z Biblii hebrajskiej, dość znacząco zmieniło swój zakres znaczeniowy w Nowym Testamencie. Tradycja hebrajska uznawała abbadon za miejsce: początkowo było to miejsce opuszczenia, pustka, później znaczenie ewoluowało w kierunku zaświaty, piekło. Tradycja nowotestamentalna i chrześcijańska z kolei postrzegała Abbadona jako postać (Ap. 9:11 ἔχουσιν ἐπ' αὐτῶν βασιλέα τὸν ἄγγελον τῆς ἀβύσσου: ὄνομα αὐτῷ Ἑβραϊστὶ Ἀβαδδὼν καὶ ἐν τῇ Ἑλληνικῇ ὄνομα ἔχει Ἀπολλύων (1).  Abbadon jako imię demona zrobił później sporą karierę w późniejszej literaturze (kto pamięta Mistrza i Małgorzatę, będzie wiedział, o czym mówię).
Znaczenie w The Expanse jest zdecydowanie bliższe starotestamentalnemu, wrota Abaddona to bramy (gwiezdne wrota) pozwalające poruszać się między światami po śladach pradawnej cywilizacji; tytuł sugeruje, że niosą one zagrożenie (inaczej po co Holden, nasza drama queen, by tam lazł?). Jednocześnie widać tu także drugie, dość, hmmm, koszmarne możliwe znaczenie. Abbadon w Biblii hebrajskiej jest miejscem m. in. wegetacji dusz - a czymże innym, jak nie przypominającymi biblijny Szeol i Abbadon albo zaświaty Homera, z duszami samotnie błądzącymi w ciemności i pustce, z ułamkami zachowanej świadomości, jest nie-życie Millera, Julie i całej reszty ofiar Erosa? 

Cibola

Najbardziej na pierwszy rzut oka zagadkowa z aluzji w tytule, Cibola jest hiszpańską nazwą ogromnego puebla plemienia Zuni w Nowym Meksyku, zwanego w lokalnym języku Hawikuh i założonego ok. r. 1400. Było to miejsce pierwszego kontaktu hiszpańskich najeźdźców z miejscową kulturą: w 1450 wkroczył tam Francisco Vásquez de Coronado ze swoimi ludźmi; rok przed Coronadą była misja zwiadowcza. W wyniku nieporozumienia w tym kontakcie Estevanico, czarnoskóry niewolnik-przewodnik ekspedycji, został przypadkowo zabity podczas wstępnej eksploracji na parę miesięcy przed przybyciem głównej wyprawy.
Co ważniejsze, nazwą Cibola Hiszpanie określili mityczne Siedem Złotych Miast, które miały się znajdować w Nowym Świecie - miejsca mitycznych bogactw, obiektu pożądania, jednej z głośno wymienianych przyczyn ekspansji konkwistadorów w Ameryce Środkowej. 

W The Expanse  Cibola jest oczywistą analogią dla planety (Nowa Terra/Ilus), gdzie najpierw zamieszkali uchodźcy z Ganimedesa, a gdzie potem przybyli oficjalni wysłannicy ONZ; planeta okazała się dawnym centrum technicznym obcej cywilizacji, której relikty ciągle trwały i bardzo zagroziły ludzkiej kolonii. Spotkanie w domu obcych, które źle się kończy, a jednocześnie - wskazanie, jak wyraźnie kolonialny charakter ma ekspansja ludzkości w kosmos, wydają się kluczami do interpretacji tego konkretnego tytułu.


W następnym odcinku: Szekspir, Tennyson, Cervantes i Chandler lecą w kosmos, czyli o klasycznych motywach literackich i ich roli w The Expanse.

 

 

(1) Darujcie zawodowej hellenistce chęć posłużenia się greką. Wersja polska:  A miały nad sobą króla, anioła przepaści, któremu imię po żydowsku Abaddon, a po grecku ma imię Apolijon ['Niszczyciel' - przyp. AK].



Powyższy wpis powstał jako przeróbka prelekcji wygłoszonej przez mnie na Smokonie 4 w Krakowie, 27 maja 2017.

Zapisz

środa, 05 kwietnia 2017

Ada Palmer, Too Like a Lightning, Tor Books, 2016

 

Mam głębokie przekonanie,  Drogi Czytelniku, że to nie jest jedyny raz, kiedy piszę o tej powieści. 

Może tym razem spróbowałabym napisać po prostu uprzejmą recenzję? Bo, Drogi Czytelniku, muszę przyznać, że bardzo mnie kusi zrobienie czegoś innego. Kusi mnie rozdrapanie tej książki na kawałki, żeby zobaczyć, jak te puzzle, które są tutejszym światem, są zrobione, i czy przypadkiem nie jest tak, że po ich złożeniu wychodzi nam nieco inny obrazek niż ten, który mieliśmy na okładce pudełka z puzzlami. Kusi mnie dobranie się ze skalpelem i lupą do teologii Too Like A Lightning, do jej historiozofii i wizji społeczeństwa, i do jej dziwacznych bohaterów, niby ludzi, a bardziej chwilami obcych niż niejeden literacko-filmowy alien. Kusi sprucie tego wielokolorowego, wielofakturowego gobelinu i rozdzielenie materiałów, z których został stworzony: jedwabiu osiemnastowiecznych strojów, połyskujących pasm szalonej wizji nowego społeczeństwa i nowego świata, fragmentów zadrukowanych urywkami filozofów, łatek wstawionych tu wprost z klasyki SF i, przecież, szkarłatnych nici morderstwa  w tym aż zbyt barwnym kłębku życia. 

Oprę się jednak tym pokusom, Czytelniku, i spróbuję dokonać niemożliwego: wpisać ten cały błyskotliwy chaos, którym jest debiutancka powieść Ady Palmer, w jakże przewidywalne, jakże starannie zdefiniowane ramy blogowej recenzji.

Czy zresztą recenzji nawet? Ot, recenzyjki, nie jest przecież zadaniem blogerki (a zdaniem niektórych jest wręcz dla blogera/-ki niemożliwe!) napisanie recenzji pogłębionej, badawczej i krytycznej. Gdybym więc chciała, drogi czytelniku, napisać Ci z powieści Palmer recenzję blogowi właściwą, zaczęłabym zapewne tak:

Jest XXV wiek i wydaje się, że ludzkości udało się rozwiązać sporo z dręczących ją problemów. Świat nie ma już narodów, powiązanych granicami i pokrewieństwem - zamiast nich istnieją Ule (Hives), gdzie ludzie gromadzą się dobrowolnie, przyciągnięci podobieństwem natury, charakteru, zainteresowań i wizji świata. Ach, mówicie, że część Uli pokrywa się z dawnymi narodami/kontynentami? To tylko... przypadek. Błyskawiczny transport uczynił Ziemię nie tyle globalną wioską, co globalnym przedmieściem, a każdy z ludzi nosi przy sobie nadajnik/rejestrator, zapisujący, gdzie jesteśmy, oczywiście dla naszego dobra. Zniesiono zorganizowane religie (poza rezerwatami w Watykanie i Tybecie) i wszystkim jest z tym lepiej, no chyba że nie, ale ciii. Ba, uczyniono rozmowy o religii w gronie więcej niż dwuosobowym nielegalnymi, ale nie martw się, Czytelniku, o duchowe potrzeby każdego z ludzi dla obowiązkowy dla każdego sensayer, trochę nie-kapłan wszelkich religii naraz, trochę psychoanalityk, licencjonowany i sprawdzany przez Konklawe, na czele którego stoi potężna Pontifex Maxima Julia Doria Pamphilii, jedna z niewielkiej elity ludzi, dbających o to, by świat toczył się tak, jak powinien. Tak, oczywiście, że oni wiedzą, jak się powinien toczyć, co to w ogóle za pytanie?

Wśród tej grupy najpotężniejszych na świecie jest siódemka przywódców głównych Uli: stojący na czele Humanistów urodziwy książę Ganimedes de la Trémoïlle, przewodzący jednoczącemu dawne narody Azji Środkowo-Wschodniej (plus Indii) ulowi dyktator Andō Mitsubishi (którego żoną jest siostra księcia de la Trémoïlle, Danae), serdecznie nielubiany przywódca Europejczyków Casimir Perry, stojąca na czele jednoczącego liczne kobiety, mniejszości i pozbawione niegdyś (ale już nie w XXV wieku, o nie!) wpływu grupy przewodnicząca Bryar Kosala (na co dzień skądinąd związana z potężnym Cenzorem imperium masońskiego), Feliks Faust przewodzący Brillistom,  Anonim dowodzący grupującą wynalazców i poszukiwaczy przyszłości Utopią i wszechmocny w swym imperium cesarz Kornel MASON.

A teraz, Czytelniku, przeczytaj tę powyższą listę jeszcze raz i wyrzuć z niej wszystkie "on" i "ona", wszystkie "-a" w końcówkach przymiotników i imiesłowów. W świecie, który starał się poprawić dobrostan wszystkich, nie wypada obnosić się z "on/ona". Imiona, stroje, zaimki, wszystko to ma pozwolić na swobodną ekspresję bez ograniczeń związanych z tym, że kobiety to, a faceci to tamto.Wszystkim w sumie jest z tym lepiej, n'est-ce pas?

Innymi słowy, ludzkości jako takiej ponoć żyje się nieźle (a jakby przypadkowo niewiele tej tzw. ludzkości w powieści oglądamy - jesteśmy wśród elit i elit elit) i trochę trudno się dziwić. Nowy światowy system opiera się na pryncypiach Oświecenia, mając za swych otwarcie głoszonych przodków Woltera. Diderota i Rousseau (i jeszcze jest ten jeden, ale ciii). Żyje się nie najgorzej, bo absolutnie błyskawiczny transport wyrównał sporą część nierówności gospodarczych i zniósł w zasadzie potrzebę permanentnej migracji. Wybieramy sobie przynależność polityczno-kulturową do Ula (albo nie, możemy być bez) i nie wiążą nas już granice kontynentów. Rodziny/domy (zwane 'bash) zakładamy z grupą bliskich nam osób, a że mogą być wśród nich nasi partnerzy i kochankowie, tym lepiej - większością zwykle będą świadomie dobrani przyjaciele. Serio, całkiem chętnie bym się na taki system społeczny pisała. Owszem, zdarzają się katastrofy hiper-szybkich samochodów, samobójstwa, a nawet, w jednym nader spektakularnym i kluczowym dla powieści przypadku, seryjne morderstwa, ale świat już dawno zapomniał o wyścigu zbrojeń i zbrojnych konfliktach: zapomniał o wojnie.
SPOILER [PODŚWIETL] Aż do teraz, ale ciii.

Jest więc ten świat, tak po trochu, najlepszym z możliwych, po epikurejsku możemy sobie w nim pouprawiać własny ogródek, bo sensayerzy czuwają nad naszym duchowym rozwojem, grupa wybitnych a specjalnie kształconych (niektórzy mówią "urodzonych w zbiornikach, hodowanych w absolutnej izolacji od świata i innych, niewiele już dzielących z resztą ludzkości", ale ciii) specjalistów-Humanistów własnymi supermózgami kontroluje kluczowy dla światowej ekonomii system transportu, gwiazdy rozrywki takie, jak związany z tym samym 'bashem Snajper, gwarantują dobrą zabawę, a wybór tego, jacy chcemy być i co robić w życiu jest, dla ogółu ludzkości, większy niż kiedykolwiek w historii. 

Póki trwa status quo. Quod 'status quo ante' nominatur conservare bonum et iustum est (wybacz, Czytelniku, że mówię po łacinie, zaraziłam się od narratora, który na jakimś etapie mówi nawet dwiema wersjami łaciny na raz, tłumacząc z jednej na drugą w przypisie), zachowanie tego, co się nazywa status quo, dobre jest i sprawiedliwe.

Tylko czy status quo tego świata może przeżyć pojawienie się na świecie istoty o de facto boskich mocach? Albo raczej - czy taka istota już tu jest? To się wydaje głównym problemem bohaterów, a przynajmniej części z nich. Na tle istnienia Bridgera, dziecka, które potrafi ożywiać wszystko to, co nieożywione (żaden spojler, dowiemy się tego na pierwszych stronach powieści) oficjalny kłopot, czyli wyciek mocno kontrowersyjnej tym razem corocznej listy najpotężniejszych ludzi świata z redakcji pisma Black Sakura w oczywisty sposób wyda się pretekstowy i mniej ważny.
SPOILER [PODŚWIETL]: Póki się okaże, że nie jest mniej ważny, ale ciii. I pytanie, czy status quo przeżyje również ujawnienie faktu, że politycy nie tylko kłamią, ale i mordują.

Jeżeli myślisz sobie, Drogi Czytelniku, że te wszystkie informacje powyżej Autorka podaje nam w pierwszych rozdziałach, to się mylisz. Autorka nie ma litości i wrzuca nas in medias res podlej niż autor Odysei, niż William Faulkner czy, by aluzje wymieszać tak, jak czyni to autorka, Roger Zelazny w pierwszych scenach Dziewięciu książąt Amberu. Długo i powoli musisz czytać, żeby wydedukować (a to jest nader odpowiednie słowo, w świetle tego, kto jest naszym głównym bohaterem), jak ten świat działa - co więcej, musisz robić to, mając po tym świecie wyjątkowo nieprzewidywalnego i nierzetelnego przewodnika.

I teraz, Czytelniku, pozwól, że cię ostrzegę. To nie jest książka dla każdego. Nie sądź, proszę, że zamierzam tu machać Ci przed oczyma faktem, że żeby Palmer i jej pomysły docenić, dobrze jest znać swojego Woltera, swojego Diderota i de Sade'a, swojego Conan Doyle'a i Alfreda Bestera (1), że zamierzam coś wspominać o elitarności. Nie, nie i jeszcze raz nie. Chcę tylko nieśmiało zaznaczyć, że to nie jest a) odpowiednia lektura na pierwszy kontakt z SF, b) satysfakcjonująca lektura dla czytelników preferujących prostą narrację i nienacechowany styl. Bo tu, Czytelniku, masz prostej narracji i nienacechowanego stylu dokładną odwrotność.

Nasz narrator nazywa się Mycroft Canner i to jest, w tym świecie, imię i nazwisko przeklęte. Nasz bohater jest - niewolnikiem, nie bójmy się tego słowa. Zbrodnia, którą popełnił (a o której dowiemy się czegoś dość późno w toku akcji) skazała go na bycie Serwisantem/Sługą, nieodpłatnym pracownikiem, żyjącym z łaski tych, którzy go zatrudniają. Nie współczuj za bardzo, Czytelniku, Mycroft ma za co pokutować.

System postanowił nie zabijać Mycrofta za jego zbrodnie, ale Ty, Czytelniku, jak i ja będziesz zapewne czasami miał ochotę to zrobić - i nie, nie za zbrodnie, za opowieść. Mycroft od razu na początku zapowiada nam, że będzie mówił do nas jak narrator osiemnastowiecznej powieści do swoich odbiorców i robi to, drań, konsekwentnie. Kubusia Fatalistę sobie przypomnijcie - to jest taki styl, taki sposób pisania. Jak dawni autorzy, ładuje nam w tekst dygresje literackie i filozoficzne, pakuje cytaty w obcych językach i długie passusy, które wymienia ze swym mistrzem po łacinie (nie, nie mylicie się, nic wcześniej nie wspomniałam o mistrzu Mycrofta. A może jednak wspomniałam?). Do tego jednak Mycroft jest pokornym buntownikiem i wyrodnym dzieckiem swoich czasów - łamie zasadę genderowej neutralności, ale płeć przydziela bohaterom arbitralnie, raz tak, raz inaczej, opierając się nie na biologii, a na swoim własnym subiektywnym (i mocno wypaczonym, o czym nie pozwala nam zapomnieć) poczuciu, co jest odpowiednie i co lepiej pasuje (2). Ta narracja, pokrętna, niewiarygodna - a niewiarygodność tę dodatkowo wzmacniają komentarze czytelników-cenzorów i noty cenzorskie, obecne w tekście, wskazujące, że nawet ta wersja Mycrofta jest wersją przetworzoną i kontrolowaną - jest w moich oczach jedną z największych zalet powieści Palmer, nawet jeżeli co jakiś czas sprawia, że czujemy się jak w krainie chaosu, niepewni żadnego następnego kroku, nie wiedząc nawet, czy w ogóle mamy grunt pod nogami.

Gatunkowo nieoczywista (bo to trochę tak, jakby próbować gatunkowo jasno dookreślić Diunę), ambitna literacko i chwilami na granicy eksperymentu, jak chodzi o narrację w powieści fantastycznej, pierwsza powieść Palmer trzymała mnie przy lekturze przez tydzień choroby (a ja czytam szybko i siedem dni na 400 stron powieści, która mnie zachwyca, to - dziwne, u mnie) i jestem dozgonnie wdzięczna Fabulitas, która mi ją poleciła. Bardzo, bardzo zasłużyła Palmer na tę nominację do Hugo, co to ją wczoraj dostała. 

 

(1) W zasadzie od samego początku lektury miałam wyjątkowo mocne skojarzenia wizji świata i konceptu tej powieści z The Stars My Destination, a odkrywanie kolejnym Besterowskich imion i aluzji w powieści i w posłowiu Autorki dało mi sporo satysfakcji, bo najwyraźniej trafiłam; przy czym to nie jest tak, że Palmer kontynuuje IDEE czy pomysły Bestera - nie, ona raczej zadaje sobie podobne pytania. Ten problem jednak, Drogi Czytelniku - że wrócę do pożyczonej do narratora Too Like a Lightining maniery - zostawiam sobie już na kolejną notkę. 

(2) Palmer jest tu jednocześnie podobna i niepodobna w swojej metodzie do Ann Leckie, której narrator szczerze nie rozumie - Mycroft rozumie, ale po swojemu, i swoją wersję nam bezczelnie podaje, mówiąc na dodatek, żeby mu za bardzo nie wierzyć...

 

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

niedziela, 02 kwietnia 2017

Pocahontas, scen. Carl Binder, Susannah Grant, Philip LaZebnik, reż. Mike Gabriel, Eric Goldberg, w rolach głównych (głosy): Irene Bedard/Judy Kuhn, Mel Gibson, David Ogden Stiers, Linda Hunt i inni, muzyka Alan Menken (piosenki z tekstami Stephena Schwartza), Walt Disney Pictures 1995

 

 

Ten dzisiejszy wpis jest z dwóch okazji. Po pierwsze, jest małą manipulacją - dzisiaj, drugiego kwietnia, jest mianowicie Międzynarodowy Dzień Książki dla Dzieci. Ergo, piszemy tu dzisiaj o.... a nie, wróć, nie piszemy o książce dla dzieci, piszemy o filmie dla dzieci; no - może raczej dla młodszych nastolatek/-tków.

I to nie jest tak, że nie mam żadnych książek dla dzieci, o których bym mogła napisać - wręcz przeciwnie, lubię literaturę dla dzieci i - także z racji bycia ciotką czwórki dzieciaków w przedziale wiekowym 8 lat - niepełny rok - mam z nią kontakt. Zamiana książki na film w tm przypadku związana jest z dyskusją facebookową, w której nie tyle uczestniczyłam, co ją obserwowałam parę dni temu. Dyskusja zaczęła się od refleksji autorki Zwierza Popkulturalnego na temat tego, jak zmienił się język i sposób oceniania, co jest odpowiednie w filmie dla dzieci, od roku 1995, ale szybko zdryfowała w debatę o tym, czy filmy takie jak Pocahontas w ogóle powinny powstawać.  

Ale na początek - hmmm, może przed każdą moją notką o filmie Disneya powinnam powtarzać jedną informację. Urodziłam się w roku 1973. Yup, w roku, w którym najnowszą pełnometrażową animacją Disneya byli jeszcze Aryskotkraci, bo Robin Hood wyszedł dopiero pod koniec roku (skądinąd, moi rodzice przyszli na świat odpowiednio w roku premiery Kopciuszka - mama i Alicji w krainie czarów - tato; babcia skończyła osiemnastkę, kiedy na ekrany świata weszła Królewna Śnieżka). Oznacza to, że w 1989, roku premiery Małej syrenki i początku Disneyowskiego renesansu, byłam już w liceum ogólnokształcącym. Innymi słowy, cała nowoczesna klasyka filmów Disneya - od Małej syrenki, przez Piękną i bestię, Aladyna, Króla lwa i inne, aż po rzeczy z ostatnich lat, to nie jest coś, z czym mam związane sentymentalne wspomnienia z dzieciństwa. Ba, ja w ogóle tych filmów nie widziałam oczyma ich docelowego, dziecięcego widza: oglądałam je jako mniej więcej dorosła osoba, często - jako towarzyszka do oglądania młodszych kuzynów i rodzeństwa (a jak myślicie, skąd znam na pamięć polską ścieżkę dźwiękową do Króla lwa?), zanim jeszcze zaczęłam je oglądać okiem kogoś, kto lubi rozmontowywać dzieła popkultury i patrzeć, jak są zbudowane.  

Zrobiwszy to zastrzeżenie, które uważam za istotne - większość znajomych, z którymi zdarza mi się dyskutować o filmach Disneya, jest ode mnie o te 10-15 lat młodsza, czyli mają prawo mieć związane z tymi filmami wspomnienia, których ja nie mam - przejdę może do Pocahontas.

Chciałabym przy jej okazji zastanowić się nad paroma kwestiami, po części, sprowokowanymi przez około-Pocahontasową dyskusję, o której wcześniej wspominałam.

Po pierwsze, ergo, coś, o czym nie będę się wypowiadać, a mianowicie ciągle aktualna kwestia tego, czy sposób pokazania Powatanów, nacji, z której pochodzi główna bohaterka, jest właściwa, czy nie. Amerykański internet dyskutuje o tym ciągle, ale ja, Polka z nader bladym pojęciem o historii Ameryki sprzed kolonizacji przez Europejczyków - ja nie umiałabym uczciwie i rzetelnie ocenić, co w tym kontekście znaczy właściwie i nieobraźliwie. Nie znam się, ergo się nie wypowiem - choć w czytanych przeze mnie przy okazji researchu do tej notki raportach pojawiał się fakt, że dla dziewczynek pochodzących z rdzennych amerykańskich rodzin Pocahontas była ważną bohaterką, pozwalającą im zobaczyć na ekranie kogoś podobnego, swoje wyidealizowane odbicie. 

Wypowiedzieć się mogę, i owszem, na temat, który wyszedł w inspirującej mnie dyskusji - a mianowicie czy historia osadników, którzy przybywają do Virginii w 1607 i zapoczątkowują w ten sposób na szerszą skalę kolonizację Ameryki, kolonizację, która przyniosła rdzennym mieszkańcom kontynentu niezliczone cierpienia - to ogóle jest temat  na musical o księżniczce i zwierzątkach i wielkiej miłości.  Mogę powiedzieć, jak ja to, jako widz, odczuwam; ale pozwolicie, że zrobię to na końcu i że najpierw, jak na poważną recenzentkę przystało, spojrzę na film od strony jego roboty.

Fabularnie Pocahontas odchodzi, oczywiście, dość daleko od historycznego pierwowzoru (i zresztą może dlatego bohaterka tak zdecydowanie wygląda na całkowicie dorosłą dwudziesto-, a nie na dorastającą szesnastolatkę - autentyczna Matoaka/Pocahontas miała w chwili przybycia kolonistów jakieś 10-11 lat i film robi wszystko, żeby się od tego faktu zdystansować). Historia skupia się tutaj na dwóch motywach: z jednej strony, na konflikcie ohydnego (to jest klasyczny Disneyowski czarny charakter, bez jednej pozytywnej cechy) gubernatora i poddanych mu kolonistów z Powatanami (gdzie frakcja Kocouma też prze do wojny, choć oni przynajmniej mają powody), z drugiej, oczywiście, na love story Johna Smitha i Pocahontas.

 Co zwraca w Pocahontas uwagę, to tytułowa bohaterka - zdecydowanie bardziej młoda kobieta, niż dziewczyna; jej sylwetka, ruchy i gesty wskazują na bohaterkę zdecydowanie dorosłą, silną fizycznie, wysportowaną - charakterystycznie, w pierwszej scenie, w której ją widzimy, Pocahontas stoi wysoko nad wodą, u szczytu wodospadu, w klasycznym heroicznym ujęciu; moment potem widzimy ją wykonującą szaleńczy, ryzykancki skok do wody. Ona jest nawet trochę inaczej animowana niż pozostałe postacie - jej ruchy są płynniejsze, bardziej zwinne, ona się wydaje unosić na krajobrazem i, kiedy biegnie, ledwie dotykać stopami ziemi. Te wszystkie elementy dodają kreacji postaci pewnej oryginalności.

Nie zmienia to jednak faktu, że przynajmniej początkowo kluczowym problemem Pocahontas jest dokładnie ten sam problem, który ma Jasmina, Bella czy, początkowo, Mulan (będzie miała, ten akurat film jest późniejszy) - a mianowicie problem z niechcianym zalotnikiem/małżeństwem. Tutaj o bohaterkę oświadczył się heroiczny i wojowniczy Kocoum - uczucia do dziewczyny oczywiście zadeklarował nie jej, a jej ojcu, co może być historycznie wiarygodne, ale nie ujdzie w świecie Disneyowskich bohaterek. Na dodatek, cóż, taki mąż ma jej zapewnić stabilizację i solidny dom, niekoniecznie szczyt marzeń ambitnej i samodzielnej dziewczyny... Pocahontas musi wybrać, czy chce być posłuszną córką, czy też zamierza pozostać wierna sobie i swoim dziwnym przeczuciom - i w symbolicznej scenie kieruje swoją łódkę w wąską, meandrującą odnogę rzeki zamiast na szerokie i spokojne wody. No bo przecież wiemy, że ona nie może tak po prostu wyjść za Kocouma i żyć długo i szczęśliwie, prawda? Podczas całej akcji Pocahontas pozostaje jedną z jej głównych sprężyn i zawsze jest postacią działającą - można o tym filmie powiedzieć sporo, ale nie to, że tytułowa bohaterka jest ozdobnikiem i damsel in distress. I jest, nie oszukujmy się, zdecydowanie barwniejsza od swojego ekranowego partnera...

Najciekawszą chyba historię można to było zbudować wokół dwóch postaci - Kocouma, szlachetnego i dzielnego, ale też bezwzględnego, zaborczego i skłonnego do przemocy (to by był koszmar, a nie mąż...) i młodego, niepozbieranego i nieżyciowego Thomasa, który nie umie strzelać, marnie sobie radzi w walce, ale z lojalności wobec Johna Smitha próbuje go ratować przed Kocoumem i ten jeden raz trafia aż za dobrze, nie tylko zabijając wojownika, ale też omal nie wywołując poważnej wojny.... Oczywiście, to są wątki, które by trafiały do dorosłego - tu są ograne na tyle, na ile mogą być w filmie dla małolatów...

Pocahontas ma wyraźne (i dość uroczo naiwne, ale to akurat nie dziwne, przy zamierzonym małoletnim odbiorcy) ekologiczne przesłanie, kontrastując opętanego żądzą złota, pozbawionego skrupułów gubernatora Radcliffe'a i dowodzonych przez niego brutalnie pragmatycznych kolonizatorów z żyjącymi w harmonii z naturą i przodkami krewnymi Pocahontas.  W związku z Pocahontas pełna jest uroczych (do urzygu uroczych, dla dorosłego widza) zwierzątek w stopniu porównywalnym, z wcześniejszych filmów o księżniczkach, chyba tylko z Królewną Śnieżką, a sceny z szopem, psem, kolibrem i innymi słodziakami, stworzonymi z myślą o pluszowych  maskotkach.

Co w Pocahontas działa? Brak oczywistego happy endu dla historii miłosnej, bo jest... nieprzewidywalny.  Animacja, ale to akurat nic dziwnego; zwłaszcza tła i sceny z przyrodą robione są chwilami bardzo efektownie - jak ta scena spotkania Johna Smitha i Pocahontas; cała sekwencja z Colours of the Wind jest też bardzo ładnie i efektownie animowana. Choć, owszem, momentami i forma plastyczna, i animacja scen z uroczymi zwierzątkami męczy swoją przewidywalnością - ale też nie dla mnie, widza po 40., te zwierzątka tu wprowadzono...

http://bslcrane.blogspot.com/2012/11/movie-review-of-disneys-pocahontas.html

Co jeszcze jest IMHO zdecydowanie udane w Pocahontas? Piosenki (ech, ten moment, kiedy Zły Gubernator śpiewa, z całą kabaretową przesadą, lekko stylizowane na muzykę z epoki Mine, Mine, Mine! - nie, nie każcie mi się wypowiadać o śpiewie Mela Gibsona w tej samej piosence). Jakkolwiek teksty - dobra, tekst Savages - mogą być dyskusyjne, to wydaje mi się, że ponieważ wokół tego słowa toczy się w całym w zasadzie filmie szeroka dyskusja, trochę to problem rozładowuje.

Generalnie, filmowo jest to rzecz - dla dorosłego widza, takiego jak ja - średnia, całkowicie i nawet z jakąś przyjemnością oglądalna, z ciekawą bohaterką (i kompletnie, IMO, nieciekawym głównym bohaterem), mocno przewidywalnym acz dostarczającym rozrywki czarnym charakterem i całkowicie przewidywalnym zestawem postaci w tle (Typowy Disneyowski Tatuś, Który Nie Rozumie, Wcielenie Pradawnej Mądrości, nie całkiem rozumiejący przyjaciele, zwierzątka).  To jest całkiem przyjemny film dla młodszych nastolatków, gdyby jeszcze człowiek mógł potraktować go jako czystą fikcję i zapomnieć, że za tym wszystkim jest autentyczna historia, która naprawdę bardzo źle się skończyła. I może dlatego, oglądając dzisiaj Pocahontas, mam poczucie dyskomfortu  - i głębokie przekonanie, że dziś pewnie nawet Disney, chcąc sięgnąć po opowieść wywodzącą się z folkloru rdzennych mieszkańców Ameryki, oparłby się raczej na, przykładowo, czymś takim niż na uładzonej i przetworzonej historii Matoaki... I może lepiej by było.

Zapisz

środa, 29 marca 2017

N. K. Jemisin, The Hundred Thousand Kingdoms, Orbit 2010

 

uwaga: spojlery


 

W ramach bycia Kobietą z Czytnikiem i wykorzystywania na czytanie przerw w życiorysie (poczekalnia u lekarza, autobus, tramwaj, pociąg do Warszawy, kolejka... hmmm, obecne zapalenie oskrzeli?) postanowiłam nadrobić kilka znaczących braków w lekturach fantasy. na pierwszy ogień poszły The Curse of Chalion Lois McMaster Bujold (o której, hmm, kiedyś napiszę, jak już będę wiedziała, co chcę napisać) i The Hundred Thousand Kingdoms N. K. Jemisin. 

Jemisin zgarnęła za swoją pierwszą powieść Locusa dla najlepszego pierwszego dzieła i nominacje do wszystkich chyba poważnych branżowych nagród. Co, szczerze mówiąc, zupełnie nie dziwi w obliczu oryginalności i pomysłowości jej powieści.

Ergo, może najpierw o tej oryginalności i pomysłowości, a potem o tym, czemu tekst Jemisin wylądował u mnie na liście "hmmm, intrygujące", a nie na liście "wow, do ulubionych".

Jemisin opowiada nam w Stu tysiącach królestw historię, tak naprawdę, nienową: dzieje wybranej księżniczki (no, mniej więcej), którą jej upiorna nad-boska rodzina wzywa do magicznego pałacu po śmierci matki. Matkę, która zbuntowała się przeciwko woli rodziny, otruto; ojciec, dla którego rzuciła podniebny pałac rodu Arameri, zmarł już wcześniej. Kiedy mniej więcej dwudziestoletnia Yeine Darr przybywa do miasta Sky, by stać się Yeine Arameri, ma jak najgorsze przeczucia - które, oczywiście, się sprawdzają: jej rodzina jest, w większości, ohydna i zdeprawowana, a ją samą wezwano tam pozornie dla chwały, a w praktyce - by posłużyła za ofiarę w rytuale sukcesji. Bohaterka, ciemnoskóra po ojcu (w kontraście do jasnowłosych, jasnoskórych Arameri) i wychowana przez babkę z narodu wojowniczek, jest skazana na klęskę - której, przewidywalnie, nie ponosi, ani w wymiarze, powiedzmy, politycznym, ani osobistym (Yeine postawiła sobie za cel dowiedzieć się, kto kazał zabić jej matkę). W to wszystko wpisana jest jeszcze historia wojny aktywnych w tym świecie bogów i kary, na jaką zwycięski bóg-słońce skazał tych, którzy śmieli zbuntować się przeciw jego woli. 

Elementy fabularne, z których Jemisin skonstruowała swoją debiutancką powieść, nie są więc, jako takie, szaleńczo oryginalne (i nie, to nie jest zarzut, tylko obserwacja). Co jest oryginalne, i co jest jedną z najmocniejszych stron tej powieści, to kreacja świata.

W zasadzie od samego początku lektury czytelnik (dobra, konkretnie to czytelniczka pisząca te słowa) zanurza się w wykreowany przez Jemisin świat. Kluczowy koncept powieści - historia o tym, że podczas wojny bogów kluczowa dla zwycięskiego boga nieba i ładu, Itempasa, była pomoc jednej z jego śmiertelnych kapłanek i że w nagrodę ród potomków tej kapłanki dostał pod swą władzę, jako niewolników i broń, pokonanego boga nocy i chaosu i grupę jego potomków; że Arameri są śmiertelnymi władcami nieśmiertelnych bogów i że wbrew pozorom nie przyniosło im to zbyt wiele dobrego - jest błyskotliwy i oryginalny, a przy tym zrealizowany z dużą konsekwencją. Jemisin ma przy tym naprawdę dużo zrozumienia dla tego, jak działa mit - spora część z jej bogów wydaje mi się (po siedmiu latach wykładania mitologii klasycznej) wiarygodna jako bóstwa, w swej nieludzkości i nieprzewidywalności. Jemisin ma przy tym mnóstwo drobnych utrafionych mitycznych obserwacji, jak ta, że ukarany wcieleniem w człowieka czas dnia bóg nocy będzie, w tej ludzkiej postaci, przyjmował taką naturę, jakiej domagają się od niego otaczający go ludzie (czytaj: jak najgorszą, postać dręczyciela, gwałciciela i potwora, godnego aż za potwornej kuzynki-rywalki Yeine, Sciminy...).

Świat bogów i ludzi - jego geografia, jego polityka, jego teologia i religia, architektura miasta-pałacu - to są bardzo mocne strony tej powieści. Kolejną - i nie oszukujmy się, ona jest dla mnie szczególnie ważna, bo jest moją małą obsesją - jest fakt, że Jemisin szalenie efektownie prowadzi swoją pierwszoosobową (Yeine jest narratorką), opowiadaną ewidentnie ze sporego czasowego dystansu historię, starannie przy tym wystylizowaną na opowieść ustną - Yeine przerywa, zmienia temat, urywa pewne wątki, informując nas, że odkłada je na później... Ten pomysł bardzo pomaga w prowadzeniu wiarygodnej, oryginalnej narracji.  

To jest, generalnie, IMHO powieść jak najbardziej warta lektury i jak najbardziej należąca do przytaczanej przeze mnie w jednym z poprzednich wpisów listy najciekawszej kobiecej fantastyki. Moje poniższe marudzenie bynajmniej nie oznacza, że nie zachęcam z całego serca do lektury.

Powieść Jemisin cenię wysoko, ale nie trafiła mi na listę ulubionych, choć miała ku temu wiele zadatków. Zadecydowała chyba kreacja czarnego charakteru oraz,  przede wszystkim, postać Nahadotha, boga chaosu i nocy, późniejszego kochanka (m. in.) Yeine.

Ze Sciminą, główną złą tej bajki, rozprawię się krótko - jest Zbyt Zła. Perfidna, mordercza, wyniosła i pełna pogardy dla słabszych, Scimina lubuje się w okrucieństwie i wyuzdanym seksie, prowadza boga nocy na smyczy i radośnie torturuje swoje ofiary, ubrana w podkreślająca idealną figurę suknię i wysokie szpilki, a niewygodną dla jej planów Yeine postanawia zabić przy pierwszej okazji. Scimina jest, innymi słowy, jak czarny kobiecy charakter z Bonda z lat 80. i im więcej cech takiej bohaterki autorka w nią ładuje, tym mniej mnie Scimina straszy czy oburza; z potwora, którym miała być, zamienia się chwilami w wyliczankę banałów i przewidywalnych cech. Gwoli sprawiedliwości należałoby jednak dodać od razu, że inne postacie - politycznie wszechmocnego, ale złamanego starością Dekartę, enigmatycznego pisarza-czarodzieja Viraine'a, najbardziej bodaj ze wszystkich sympatycznego przełożonego służby T'vrila, wreszcie samą pogubioną, a jednocześnie upartą i zdeterminowaną Yeine - Jemisin konstruuje w znacznie bardziej zniuansowany sposób.

Mój drugi problem, z Nahadothem, jest mniej uniwersalny, a bardziej, hmmm, osobisty; dotyczy nie czegoś, co postrzegam jako (pomniejszą) słabość powieści, a czegoś, co zgrzyta konkretnie mnie jako jednej konkretnej czytelniczce. Ja, otóż, mam serdeczne uczulenie (1) na postacie mrocznych seksownych bogów okrytych kurtyną czarnych jak noc włosów, udręczonych przez los i ciągle pamiętających siostrę-kochankę zabitą przez brata-kochanka, przerażających, a jednocześnie budzących w bohaterce najpierw zakazane pożądanie, a później - odwzajemnioną miłość. Jemisin ma wyjaśnienie, skąd to pożądanie i ta miłość (nie, nie powiem - spojleruję, ale głównego twistu powieści nie chcę psuć), ale mnie ono nie wystarcza. No i o scenie seksu między Yeina a Nahadothem, w której bohaterka dosłownie sięga gwiazd, też bym wolała zapomnieć - nie, to nie jest kwestia niekompetencji autorki, to nie jest scena z gatunku tych nieintencjonalnie śmiesznych - ona po prostu mnie nie pasuje.

Niemniej, żeby być uczciwą - problem ze Sciminą jest z tych pomniejszych, a kwestia Nahadotha dotyczy mojego własnego odczytania - generalnie powieść Jemisin serdecznie polecam, jako jedną z IMHO ciekawszych fantasy ostatnich lat.

(1) To jest, paradoksalnie, typ postaci bardzo, bardzo bliskich literackiemu typowi, który mnie fascynuje -  i jak się przekroczy tę granicę, za którą mnie się kończy cierpliwość dla tego typu nadludzkiego emo, to nie ma zmiłuj, będę się wyzłośliwiać bez końca.  



Zapisz

Zapisz

sobota, 25 marca 2017

Herkules (Hercules), reż. (i współprodukcja, i współautorstwo scenariusza) John Musker i Ron Clements, muzyka Alan Menken, obsada: Tate Donovan, Susan Egan, Danny de Vito, James Woods, Charlton Heston, Lillias White, Cheryl Freeman, LaChanze, Roz Ryan, Vanéese Y. Thomas i inni; Walt Disney Pictures, 1997

 

 

W kontekście przyzwoitego, acz nie powalającego wyniku finansowego i równie przyzwoitych,  acz dalekich od oszałamiających, opinii krytycznych i nagród (jedna Oscarowa nominacja, oczywiście za piosenkę, w roku,  w którym Oscar za piosenkę był nie do wygrania) intrygujący jest fakt, dla jak wielu z moich młodszych znajomych Herkules jest filmem kultowym. 

Jest zresztą, z punktu widzenia tego konkretnego dorosłego widza lubiącego filmy animowane i mitologię, filmem całkiem udanym - i to mimo faktu, że w swoim podejściu do greckiego mitu przetwarza go w sposób, który dla samych Greków byłby pod wieloma względami niezrozumiały.

Spójrzmy więc najpierw na scenariusz i na opowiedzianą w Herkulesie historię. Pozornie korzystając głównie z mitologicznej historii największego z greckich herosów, tak naprawdę czerpie z bardzo szerokiego spektrum mitów, z których tylko część zazębia się z dziejami Heraklesa. Scenarzyści rozpoczynają od wojny młodego władcy świata, Zeusa, z wyraźnie tu personifikującymi siły natury Tytanami (bardzo mi się podoba, że jeden z nich przedstawiony jest w postaci tajfunu - jak Tyfon w Dionizjakach Nonnosa - ale ja jestem #classicsnerd najgorszego stopnia). Dalej mamy mocno niekanoniczną opowieść o narodzinach Herkulesa (o czym później), wzmiankę o znanej z mitów próbie buntu bogów (w tym przypadku - Hadesa) przeciwko Zeusowi i odebrania mu władzy), historię mniej więcej centaura Chejrona przemianowanego na satyra Filokteta, bohaterkę noszącą imię pierwszej żony Heraklesa poznanej przez niego w przygodzie mniej więcej wziętej z dziejów drugiej żony Heraklesa i dwie niedojdowate personifikacje w roli sidekicków Hadesa, choć bardziej pasowaliby (patrz: Prometeusz skowany Ajschylosa) do Aresa. Do tego dochodzą aluzje do kilku prac Heraklesa (hydra), obecność rozmaitych mitologicznych postaci (Muzy, Pegaz, Mojry wyglądające jak Graje) i, do tego, ogólne greckie klimaty, ze świątyniami, posągami i aluzją do moussaki włącznie. 

Fabuła koncentruje się wokół dziejów odesłanego przez rodziców z Kryptona Olimpu Clarka Kenta Herkulesa, wychowywanego w spokojnym domu przez ziemskich rodziców. Obdarzony niezwykłą siłą, naiwny i szczerze dobry chłopiec, którego nadludzkie zdolności ciągle pakują w kłopoty, dowiaduje się w końcu o  swoim boskim pochodzeniu i utraconej przez perfidne intrygi Hadesa nieśmiertelności. Postanawia więc zostać największym herosem Grecji, by móc wrócić na Olimp i zostać, zgodnie ze swym przeznaczeniem, bogiem. Znaczy, postanawia zostać bogiem, póki nie zmieni zdania w tej kwestii.

Przy całej mitologiczności świata i postaci w Herkulesie, dla widza trochę starszego niż docelowy, zwłaszcza zaś widza zainteresowanego kinem, oczywiste są także i inne skojarzenia. Scenarzyści w okołofilmowych wywiadach mówili o inspiracjach kinem Franka Capry przy tworzeniu postaci, cytując postacie grane przez Jamesa Stewarta w Mr Smith Goes to Washintgon i Barbarę Stanwyck w Meet John Doe jako wzorce dla odpowiednio Herka i Meg. I rzeczywiście, dwójka bohaterów reprezentujących klasyczne komediowe typy dobrze pasuje do generalnie komediowego (co nie znaczy, że pozbawionego dramatycznych motywów!) charakteru filmu. Przy całej bowiem dramatyczno-romantycznej końcówce Herkulesowi najbliżej jest chyba do takiej właśnie screwball comedy a la lata 30./40.  Zobaczmy, jak ładnie i świadomie jest to zrobione w  prologu - podniosła, dramatyczno-epicka narracja (mówi Charlton Heston, bardziej epicko się nie da!) zostaje urwana przez Muzy, wprowadzające zupełnie inny, lżejszy, musicalowo-komiczny ton. Ten pomysł, żeby piosenki w Herkulesie nawiązywały do rozmaitych gatunków czarnej muzyki, mógł w pierwszej chwili nie zachwycić Alana Menkena, ale ostatecznie sprawdził się znakomicie - ta na pozór z innej bajki ścieżka dźwiękowa z jednej strony doskonale tu pasuje, z drugiej  - dodaje życia i biglu filmowej narracji (acz ja bym nominowała do Oscara A Star is Born albo moje ulubione I Won't Say I'm in Love zamiast Disneyowsko przewidywalnego Go the Distance)...

Wrażenie komediowości potęguje jeszcze jedna kluczowa dla filmu postać - a mianowicie Phil, sidekick i nauczyciel Herkulesa w jednym. Na przykładzie Phila bardzo ładnie widać sposób, w jaki scenarzyści posługują się mitologią. Bohater nosi imię pewnej mitologicznej postaci, powiązanej luźno z mitem Heraklesa  - w nagrodę za pomoc w popełnieniu samobójstwa cierpiący Herakles dał młodemu tesalskiemu księciu Filoktetowi swój łuk i strzały, które okazały się potem niezbędne, by Grecy mogli zdobyć Troję. Tak naprawdę jednak, gdyby szukać mitycznych wzorców jego postaci, byłby tym modelem nie Filoktet oczywiście, tylko Chejron - mądry centaur i wychowawca pokoleń herosów, w tym Achillesa. Oczywiście, imię Chejrona zdrabniałoby się po angielsku znacznie mniej wdzięcznie, niż Filokteta, zwanego tu Philem...
Wspomniany Chejron jest centaurem - tymczasem Phil i z postury, i z natury zdecydowanie jest satyrem, co pozwala dodać mu sporą dawkę komiczności, która także i Grekom naturalnie z satyrami się kojarzyła (acz większość okołosatyrowych greckich żartów jest z gatunku 18+...). Przy całym tym klasycznym bagażu jednak najważniejsze dla Phila wydają się inne inspiracje. Pozornie zmęczony życiem i rozczarowany niewdzięcznością świata i uczniów, ale w rzeczywistości gotowy podjąć się kolejnego wyzwania Phil najbardziej przecież przypomina typową postać starego trenera z amerykańskiego filmu, który wbrew wszelkim nadziejom zaczyna trenować młodego outsidera i osiąga sukces, o którym wcześniej mógł tylko pomarzyć...  

Mitologię traktują nasi scenarzyści - no, mniej więcej tak, jak by to zrobili Grecy, nie przejmując się kanonem, mieszając imiona, postaci, genealogie i chronologię. Pewnie, klasykowi na wspomnienie ukochanej Herkulesa imieniem Megara trochę się zaciskają szczęki (mityczny Herkules mityczną Megarę i ich wspólne dzieci zabił w ataku zesłanego przez Herę obłędu). Nie, Herakles bardzo zdecydowanie nie był ukochanym syneczkiem Hery. Tak, niezależnie od utyskiwań filmowego Phila, w czasach młodości Heraklesa Achilles nie był nawet w planach, może poza planami odwiecznych Mojr. I oczywiście Nessus był centaurem, nie bogiem rzeki (choć Herakles walczył w sprawie swojej drugiej żony, Dejaniry, i z bogiem rzeki, i z centaurem). I co z tego? Nic. To nie tego nie zrozumiałby przetransportowany w nasze czasy w TARDIS starożytny Tebańczyk czy inny tam Spartanin.

A czego by nie zrozumiał? Ano, Hadesa.

Campowy i przegięty Hades, który musi, jak połowa Disneyowskich czarnych charakterów, polegać na pomocy niekompetentnych sidekicków przy realizacji swych planów dominacji nad światem, był ulubionym bohaterem krytyków, którzy bardzo wysoko ocenili głosową kreację Jamesa Woodsa w tej roli. Hades ma dość podziemi i zamierza obalić władzę braciszka, a w tym celu musi nie dopuścić do udziału Herkulesa w wojnie z tytanami. So far, so good, wszystko całkiem nieźle mitologiczne. Co by było jednak trudne do zrozumienia dla starożytnego Greka, to fakt, że Hades w zasadzie robi to wszystko z czystej złośliwości i chęci czynienia źle - jest, znaczy się, konkretnie czarnym charakterem, a jego niejakie wizualne podobieństwo do ikonografii diabła w zachodniej tradycji tylko tę jego paskudnie złą naturę podkreśla. To właśnie - istnienie złego boga, dualistyczny podział boskiego świata na dobrych i złych, zasugerowany w Herkulesie, byłoby dla Greka trudne do pojęcia - grecka mitologia i grecka religia w zasadzie tego rodzaju dualizmu nie znają...

Dwadzieścia lat później Herkulesa nadal ogląda się dobrze - próbę czasu zniósł zaskakująco lepiej niż niektóre inne animowane klasyki z tych czasów.Animacja, nawiązująca w stylu do greckiego malarstwa wazowego, ale nosząca przy tym wyraźne piętno stylu pracującego nad filmem Geralda Scarfe'a, niekoniecznie podobała się krytykom w momencie powstania filmu, ale w swoich słodko-psychodelicznych, pastelowych scenach na Olimpie i nawiązaniach do greckiej stylistyki w kreacji postaci mnie się akurat podoba (a i żarciki z Disneyowskich dzieciaczków i zwierzątek wychodzą efektownie). Z dającymi się lubić bohaterami (i bohaterkami, nieprzypadkowo Megara zwykle ląduje na mnóstwie list najfajniejszych Disneyowskich bohaterek), efektownymi piosenkami i stosunkowo skomplikowaną fabułą Herkules jest filmem, moim zdaniem, zdecydowanie godnym polecenia widzom i docelowym, i trochę starszym. 

sobota, 18 marca 2017

... kiedy fantastyka jest kobietą. Kiedy piszą ją kobiety, a ja sięgam i polecam i podpowiadam, że wedle mojego własnego gustu, z miliona powodów, warto.

 


Przywoływana przeze mnie w poprzednim wpisie lista była subiektywna i, jak dla mnie, niepełna - zabrakło mi na niej paru tekstów i autorek, które IMHO zdecydowanie powinny się tam były znaleźć; w oczywisty też sposób nie uwzględniała prozy polskiej. Postanowiłam się ergo wypowiedzieć sama i dołożyć kolejne 33 teksty autorek, które WARTO poznać, z miliona różnych powodów.

W zasadzie jest przewidziany jeden tekst na autorkę i liczą się tylko te dzieła, których nie ma na poprzedniej liście - wyjątkiem są sytuacje, kiedy ktoś (jak np. Le Guin) ma w dorobku nie uwzględnione w poprzednim wpisie ważne teksty w mocno odmiennych gatunkach lub cykl plus ważną rzecz spoza tegoż.

Dobór całkowicie indywidualny. Podkreślę może jeden fakt: to nie jest Lista Samych Arcydzieł, absolutnie nie - to jest lista rzeczy, często obarczonych takimi czy innymi wadami, często niedoskonałych, po które IMHO warto sięgnąć, z bardzo wielu powodów. Część znalazła się w jakimś takim czy innym kanonie, część to rzeczy znaczące dla gatunku/-ów w obrębie fantastyki, część jest charakterystyczna dla jakiegoś zjawiska/momentu/mody literackiej... 

A, i jeszcze jedno: OCZYWIŚCIE, że tu brakuje znaczących postaci i nazwisk z ostatnich lat (i nie tylko). To nie dlatego, że ich nie cenię - to dlatego, że dopiero nadrabiam literackie braki z ostatnich lat (i nie tylko).

Układ nazwisk, jak pewnie widać od razu, alfabetyczny.

 

1. Joan Aiken, The Wolves of Willoughby Chase

Generalnie, na tej liście jest sporo prozy, powiedzmy, YA i dziecięcej, a Aiken to jedna z jej mistrzyń i prekursorek. Tej historii o dwóch kuzynkach i złej rodzinie bliżej chwilami do powieści obyczajowej i przede wszystkim przygodowej, ale elementy historii alternatywnej pozwalają wrzucić ją do pojemnej szufladki z podpisem "fantastyka".

2. Elizabeth Bear, Carnival

Bardzo, bardzo tę powieść cenię, zdecydowanie najbardziej z całej twórczości autorki. Bear udało się stworzyć tu z jednej strony kontynuację, dyskusję i polemikę z klasycznymi tekstami Joanny Russ, z drugiej - napisać konsekwentną i pomysłową space operę z elementami antyutopii i z przekonującymi, wiarygodnymi postaciami.

3. Pat Cadigan, Mindplayers albo Synners

Któraś z dwóch, bo pierwsza IMHO ciekawsza, druga (jako Wgrzesznicy) dostępna dla polskiego czytelnika. Żeby było widać, że kobiety umieją (i umiały od początku, Cadigan to jedna z matek założycielek tego podgatunku) w cyberpunk.?

4. J. C. Cherryh, Downbelow Station

Bo, hmm, mało autorek ma nagrodę Grand Master, prawda? Plus, bo to jest jedna z tych klasycznych autorek SF, które warto znać choćby ze względu na ich rolę w historii gatunku.

5. Susan Cooper, The Dark is Rising

Znowu jesteśmy w rejonach literatury dziecięcej/YA (bo akurat przy tej powieści trudno rozdzielić). Nastrojowy, bardzo brytyjski i odwołujący się twórczo do mniej znanych aspektów legend arturiańskich cykl Cooper o współczesnych angielskich dzieciakach, przed których oczyma coś się zmienia w świecie, moim zdaniem zdecydowanie warto przeczytać.?

6. Celia S. Friedman, The Coldfire Trilogy

Oj no to jest jedna z ulubionych autorek na tym blogu. Bo pisze połączenie SF i fantasy, które do mnie przemówiło. Bo ma ciekawe postacie i twórcze pomysły na świat. Bo oczywiście, że do jej powieści można mieć uwagi, ale chyba bym się czuła jak ostatni  zdrajca (zdrajca, po trzykroć zdrajca), gdybym jej nie uwzględniła.?

7. Kate Griffin, The Madness of Angels

Prawie-najnowsza na tej liście (jak chodzi o moment przeczytania przeze mnie, nie publikacji); za fakt, że mamy do czynienia z niesztampową i pomysłową urban fantasy, napisaną efektownym, odważnym językowo stylem.?

8. Barbara Hambly, Those Who Hunt the Night

Zanim zaczęła się moda na paranormal romance i na kryminalne urban fantasy o zbrodniach w miastach pełnych elfów i wampirów, Barbara Hambly napisała najciekawszą, IMHO, taką powieść: z ciekawymi, nieszablonowymi postaciami, z ujęciem postaci wampira tradycyjnym, ale nie przesłodzonym i nie naiwnie uromantycznionym (acz uromantycznionym, nie oszukujmy się), z ciekawą sprawą, umieszczoną w międzywojennej Brytanii. Bardzo polecam.

9. Laurell K. Hamilton, Guilty Pleasures

Tytuł... hmm, pasuje. Zanim powieści Hamilton stały się eposami o seksie jej superbohaterki ze wszystkim dookoła, były, przynajmniej w pierwszych odsłonach, sympatycznymi i bezpretensjonalnymi kryminałkami o urodziwej pogromczyni wampirów-nekromantce-królowej -łaków wszelkiego rodzaju. Hamilton możemy współwinić za wszechobecne trójkąty miłosne ona-wampir-wilkołak, ale także za popularność pewnego typu bohaterki tego rodzaju urban fantasy - nie byłoby bez niej choćby Dory Wilk, znanej z powieści Anety Jadowskiej.

10. Ginn Hale, Wicked Gentlemen

O, to jest ta najnowsza (w sensie - ledwie co przeczytana) rzecz na mojej liście. I OK, mnie osobiście drugie z dwóch opowiadań, tworzących tę 'powieść', czytało się jak modelowe fanfikowe opko - angst, cierpienie, piękny, udręczony i leczący się z (indukowanego w czasie tortur przez Inkwizycję, jakżeby inaczej) uzależnienia skrzydlaty demon, który zakazaną i namiętną miłością kocha (ze wzajemnością) przystojnego a mrocznego inkwizytora,  ale żaden z nich nie chce przyznać, że łączy ich cokolwiek poza ognistym seksem, wszystko to przy tym opisane prostą trzecioosobową narracją z punktu widzenia inkwizytora. Ale pierwsze, gdzie narratorem jest rzeczony demon (narrator mocno niewiarygodny), więcej jest elementów tworzenia świata, więcej nastroju, a do tego dodana jest całkiem sprawna intryga kryminalna - o, pierwsze mnie wciągnęło. Tekst Hale, summa summarum, podobał mi się chyba najbardziej z całej tej fali takich post-fanfikowych, emocjonalnych, skupionych na erotyce powieści (urban?) fantasy, w rodzaju Sary Monette i jej podobnych.  

11. Nancy Kress, Beggars in Spain

Nancy Kress to jedna z chyba ważniejszych autorek powiedzmy-SF, a Żebracy.. to jedna z jej głośniejszych powieści - punktem wyjścia jest tu jednak zdecydowanie bardziej socjologia niż nauki ścisłe. Co by było, gdybyśmy nagle musieli rywalizować z naszymi dziećmi, które... nie muszą spać? Jak by się to odbiło na społeczeństwie, ekonomii, życiu codziennym? I czy/jak bardzo nasza chęć realizowania się jako jednostki powinna być nadrzędna wobec wymagań życia społecznego?

12. Ellen Kushner, Thomas the Rhymer

Jedna powieść Kushner jest na oryginalnej liście, która zainspirowała ten wpis - dorzucam drugą, jej retelling klasycznej ballady. Razem z Through a Brazen Mirror Delii Sherman pokazują one, jak współczesna fantasy potrafi adaptować ludową tradycję i poezję do swoich celów.     

13. Ursula K. Le Guin, Lewa ręka ciemności

14. Ursula K. Le Guin, Czarnoksiężnik z Archipelagu

Serio, przy tych dwóch tytułach chyba każdy komentarz jest zbędny. Są, bo tak, bo trudno, żeby ich nie było.

15. Lois MacMaster Bujold, The Curse of Chalion

Mnie się podobało, bez jakiegoś szczególnego zachwytu, i nie skusiłam się, jak dotąd, na lekturę sequela, ale wysokie miejsce, jakie ta powieść ma na większości list najlepszych tekstów fantasy ostatnich lat sugeruje, że może warto samemu wyrobić sobie opinię.

16. Andre Norton, Witchworld

Klasyka powieści fantastyczno-przygodowej, planowanej raczej dla młodego czytelnika. Zestarzało się, ale poznać IMHO chyba warto.

17. Anne Rice, The Interview with a Vampire

Ech. No klasyka, odpowiedzialna pośrednio za szał na wizerunek pięknych, udręczonych i seksownych wampirów (ci u Rice są oczywiście bardziej niegrzeczni, niż ci w paranormal romance). NIE ZNOSZĘ tej powieści, ale nie żałuję, że poświęciłam czas na jej przeczytanie.

18. Melissa Scott, A Choice of Destinies

To może być najmniej znany tekst na tej liście - ale jest to też udany, szalenie konsekwentny i przemyślany przykład powieści z gatunku alternative history: Melissa Scott, doktor historii, napisała nam książkę o alternatywnej wersji wyprawy Aleksandra Wielkiego i o jego wojnie w Rzymem, i ja się  nie uczepiłam niewiarygodnych detali!  

19. Johanna Sinisalo, Troll: A Love Story

Prawie dziesięć lat później napisałabym pewnie tę recenzję z linku nieco inaczej, ale poczucie, że Sinisalo udało się zrobić coś inaczej, niż zwykle w fantasy, pewnie by mi zostało. Plus, zawsze warto zajrzeć, co się dzieje w europejskiej fantastyce poza anglojęzycznym kręgiem.  

20. Delia Sherman, Through a Brazen Mirror

Smutna, pomysłowa, oryginalna w swojej kreacji postaci powieść-retelling klasycznej ballady.

21. Jo Walton, Farthing albo Tooth and Claw (UWAGA: nie czytałam Among Others)

Ja mam zawsze jakieś ale do powieści Walton, ale nie na tyle, by nie sięgnąć po kolejną. Tu, ponieważ nie znam tej chyba w ostatnich latach najgłośniejszej, sugerowałabym jedną z dwóch: albo jej kryminał a la Agatha Christie, ale w Europie, w której Hitler zwyciężył (element rozczarowujący - postacie pozytywne, wyjęte z kontekstu i myślące jak dwudziestopierwszowieczni lewicujący intelektualiści) albo Tooth and Claw, jej dziwaczną fantasy of manners ze smokami jako główną rasą inteligentną w świecie a la wiktoriańska Anglia (element rozczarowujący - nieco, hmmm, wydumane). 

22. Isabeau Wilce, Flora Segunda

Wyjątkowo przeze mnie lubiana, pomysłowa i oryginalna powieść YA, z oryginalną bohaterką i ciekawie pomyślanym światem fantasy.  

23. Patricia Wrede, Caroline Stevermer, Sorcery and Cecelia

To jest, że się powtórzę, powieść jak czekolada z pianką - słodka, urocza, lekka i idealna na zimny dzień. Panie, panowie, dwór, sezon, panny, mała przyszła królowa Wiktoria i magia. I czajniczek. 

 

 

A teraz... autorki polskie, dopełniające tę listę do pełnych trzydziestu trzech. Czy są, w skali całego gatunku, tak samo wpływowe i znaczące, jak te powyżej? No nie, oczywiście, że nie. Ale też nikt nie zakładał, że to ma być Lista Największych Arcydzieł i Najlepiej Się Sprzedających Książek Fantastycznych Napisanych Przez Kobiety; co najwyżej - kawałek subiektywnej listy tego, do czego warto zajrzeć i zobaczyć, jak działa. Ergo, dodałam dziesięć polskich tekstów, z której to listy jedna pozycja będzie pewnie, hmm, dyskusyjna - pozwoliłam sobie ją tu umieścić z czysto sentymentalnych, prywatnych powodów.


24. Ewa Białołęcka, Tkacz Iluzji, Naznaczeni błękitem

To nie całkiem jest mój typ fantasy, ale to jest autorka dla polskiej fantastyka tak znacząca i ważna, że dobrze by ją było znać.

25. Anna Borkowska, Gar'Ingawi Wyspa Szczęśliwa

Pierwszy chyba polski tekst fantasy, w sensie gatunkowym, do dziś nie tracący literackich wartości. Chyba starczy za rekomendację.

26. Anna Brzezińska, Wody głębokie jak niebo

27. Anna Brzezińska, Zbójecki gościniec/Plewy na wietrze

Ta pierwsza mnie zachwyciła, ta druga jest częścią jednego z najważniejszych polskich cykli fantasy, wyróżnia się przy tym i stylistycznie, i gatunkowo na tle pozostałych.

28. Aleksandra Janusz-Kamińska, Asystent czarodziejki/Utracona Bretania

Za bycie nową jakością w polskiej fantasy, wprowadzenie do niej nieco innych postaci, innej tematyki i - także - innych dla fantasy inspiracji.

29. Anna Kańtoch, Czarne

Za oryginalność stylistycznego i fabularnego konceptu, i za konsekwencję w jego stosowaniu. Efektem jest powieść niejednoznaczna, niekoniecznie łatwa w odbiorze, wymagająca, ale też satysfakcjonująca, otwarta na wiele możliwych interpretacji.

30. Marta Kisiel, Dożywocie

Bo Marta Kisiel jest humorystycznym odpowiednikiem Sapkowskiego (tego z opowiadań): potrafi łączyć lekkie, parodystyczne chwilami historyjki z nienachalnie sugerowanymi poważnymi tematami, błyskotliwie posługuje się polszczyzną i doskonale się ją czyta. 

31. Małgorzata Kondas, Spór o czarownice i Julia Nidecka, Goniący za słońcem

No to jest ten raczej nieprzewidywalny i nietypowy element: teksty dwóch trochę zapomnianych polskich pisarek SF z lat 80., IMHO warte przypomnienia. 

32. Magdalena Kozak, Nocarz

No więc ja tej książki nie lubię. Znudziła mnie i koncepcyjnie (stroną wampiryczną, jak z Wampira:Maskarady) i językowo. Niemniej - to był swego czasu cykl szalenie popularny i chętnie czytany, w polskiej fantastyce pisanej przez panie pewien kamień milowy i rzecz, która chyba choćby z tego względu zasługuje na poznanie.  

33. Olga Tokarczuk, Księgi Jakubowe

Bo skoro w oryginalnej liście są Atwood, Allende i Lessing, to w zasadzie czemu nie dać tu traktującej motywy fantastyczne w podobny sposób - jako pewne narzędzie literackie - Olgi Tokarczuk. To jest oczywiście ten moment, kiedy powinnam przyznać się szczerze, że nie lubię prozy Tokarczuk: nie trafia do mnie, jest ewidentnie pisana dla innego, niż ja czytelnika; to jednak nie pozwala odmówić jej a) znaczenia (bo jest nagradzana, często czytana, obecna w życiu literackim, b) miejsca na tej liście, choćby dla zobaczenia, jak zaliczana do artystycznego mainstreamu autorka posługuje się konwencjami fantastycznymi. Wybieram Księgi Jakubowe, choć pewnie spasowałyby tu i inne jej powieści - ta jest dlatego, że jej zestawienie z Domem dusz Allende pozwala zobaczyć, jak inaczej obie autorki bardzo podobną rzecz - umieszczają elementy fantastyczne w powieści mającej charakter sagi rodzinnej, a odwołującej się, w metodzie pisarskiej, do realizmu magicznego.

OK. Mamy 33 z oryginalnej listy i 33 tu zamieszczone - może by następne 33 ułożyć wspólnie, w komentarzach?

wtorek, 14 marca 2017

Dzisiejszy wpis sponsoruje cudza notka i pytanie o nią w mojej ulubionej polecankowej grupie na fejsbuku.

 

 

Ponieważ komuś przyszło do głowy lista stu ważnych i godnych przeczytania tekstów fantastycznych, napisanych przez kobiety, to mnie, jak zwykle w takie sytuacji, przyszło do głowy, by z taką listą się skonfrontować: zobaczyć, ile czytałam, sprawdzić, co bym zmieniła lub dorzuciła, oburzyć się o decyzje układającego... A więc proszę bardzo, oto część I mojej opinii: lista 31 (plus dwie w trakcie lektury) powieści z listy w powyższego linku, tych, które czytałam, z moimi bardzo krótkimi komentarzami. Lista jest niedoskonała (jakim cudem nie ma na niej Anne Rice?), ale stanowi, moim zdaniem, ciekawy temat do dyskusji.


Że te komentarze są osobiste i odzwierciedlają wyłącznie moje własne czytelnicze preferencje, to chyba nie muszę dodawać?

Linki w tytułach są do moich wcześniejszych recenzji z danej powieści, jeżeli akurat taką napisałam.
 

1. Ancillary Justice, Ann Leckie

Hmmm, mam wrażenie, że każdy, kto rozmawiał ze mną o SF w ciągu ostatnich dwóch lat, będzie wiedział, że uważam trylogię Leckie za arcydzieło - przede wszystkim ze względu na to, jak odnawia ona klasyczne tropy space opery i jak przełamuje konwencje językowe (i jak używa Rzymu jako modelu do budowy imperium, ale ciiii).


2. Assassin's Apprentice, Robin Hobb

To nie jest moja ulubiona powieść, ale czy warto? Oczywiście, że warto, choćby ze względu na klasyczność już obecnie tej powieści.

3. The Bloody Chamber, Angela Carter

Bardzo tak, choćby ze względu na mistrzostwo prozy Carter.

4. Daughter of the Blood, Anne Bishop

Hmmm, nie. Proza Bishop ma, IMHO, pewne zalety, a autorce nie można też odmówić pomysłowości, ale wady (melodramatyczność, zamiłowanie do bezsensownego okrucieństwa, przesadzona w idealizacji kreacja bohaterki) moim zdaniem przewyższają zalety.

5. Dead Until Dark, Charlaine Harris

Jak dla mnie - nie. Nie, nie, nie. Nie mój gatunek, nie mój styl, nie mogę postaci. Nie.

6. Deathless, Catherynne M. Valente

Lubię, choć pewnie wybrałam do tego zestawu The Orphan's Tales - ze względu na szalony, bogaty, pokrętny język i na budowanie przez Valente świata.

7. The Dispossessed, Ursula K. Le Guin

No pewnie, że tak. I w ogóle, na litość, tu powinny być jeszcze co najmniej dwa jej teksty, Czarnoksiężnik z Archipelagu i Lewa ręka ciemności. Która, dla mnie, jest jednym z najważniejszych tekstów literackich XX wieku.

8. Doomsday Book, Connie Willis

Lubię, acz do zestawu bym pewnie dała Nie licząc psa. Za poczucie humoru, za umiejętność pisania o sprawach mocno codziennych i za ich twórcze wplatanie w opowieści SF. 

9. Dragonflight, Anne McCaffrey

Ech. No klasyka. Nudna, IMHO, i mocno już nieaktualna klasyka, a moja natura filologa mówi, że jak klasyka, to warto. Nie wiem, czy bym nie wolała w zestawie Pieśni kryształu.

10. The Forgotten Beasts of Eld, Patricia A. McKillip

No co ja mogę powiedzieć? Andrzej Sapkowski polecał, to przeczytałam, nic nie pamiętam.

11. Frankenstein, Mary Shelley

Must read, serio, chyba nie wymaga komentarza.

12. The Handmaid's Tale, Margaret Atwood

No i to jest ten moment, kiedy mówię, że nie trafia do mnie osobiście, jako do czytelniczki, proza Margaret Atwood. Niemniej, warto, bo osobisty gust to jedno, a fakt, że mamy do czynienia z powieścią o sporym znaczeniu hmm, kulturowym, to zupełnie osobna sprawa. Może człowiek nie polubi, ale znać warto. 

13. Harry Potter and the Sorcerer's Stone, J.K. Rowling

Znacie kogoś, kto lubi fantastykę i nie zna? (w sensie: nie kojarzy fenomenu)? Warto choćby w celach poznawczych.

14. His Majesty's Dragon, Naomi Novik

Bardzo lubię. Novik, w odróżnieniu od piszącej o tej samej epoce Susanny Clarke,  nie próbuje zrobić nic nowego ani zrewolucjonizować fantasy: w zamian pisze nam inteligentną, sympatyczna, regencyjną wojenno-obyczajową fantasy o ludziach i smokach.

15. The House of the Spirits, Isabel Allende

Dawno, dawno temu bardzo mi się podobało, ale nie jestem pewna, czy tak samo bym zareagowała dzisiaj; trzeba lubić stylistykę wywodzącą się z realizmu magicznego i rodzinne sagi, żeby docenić tę powieść.

16. Howl's Moving Castle, Diana Wynne Jones

Hmm. Może bym wybrała którąś inną z jej powieści, ale jakiś tekst Diany Wynn Jones zdecydowanie powinien na tej liście być, choćby ze względu na to, jaka wpływowa i znacząca to jest autorka.

17. The Hunger Games, Suzanne Collins

Pewnie, że tak - od szalonego sukcesu powieści Collins zaczęła się moda na młodzieżowe antyutopie (nader często o dziewczynach jako głównych bohaterkach) i choćby dlatego warto, IMHO, znać ten tekst.

18. Inkheart, Cornelia Funke

To jest IMHO sympatyczna powieść i tak jak bym się nie upierała, że koniecznie ją trzeba przeczytać, tak generalnie wspominam ją miło.

19. Jonathan Strange and Mr. Norrell, Susanna Clarke

Dzisiaj bym tę recenzję, którą linkuję, napisała nieco inaczej, ale jedno by się nie zmieniło: moja niezwykle wysoka ocena powieści Clarke. Uważam ją za arcydzieło fantasy - tam, gdzie wybierająca podobną epokę i częściowo podobne koncepty Naomi Novik pisze uroczą i pomysłową powieść fantasy, Clarke wchodzi odważnie na nowe terytoria i robi coś własnego, oryginalnego i pomysłowego - i za książkę wartą włożenia wysiłku i uwagi, jakiej jej lektura, zwłaszcza w oryginale, wymaga.

20. Kushiel's Dart, Jacqueline Carey

Warto? Hmmm, to zależy, czy lubicie czytać o dosłownie i naaaaader detalicznie opisanym acz mocno uromantycznionym seksie. Bohaterka seks uprawia z każdym, kto zechce - mężczyznami, kobietami, chętnymi, libertynami, rycerzami-zakonnikami, którzy ślubowali czystość, dowolnymi zestawami osób płci i orientacji dowolnej jednocześnie - a zechce oczywiście każdy, bo bohaterka to hiper-bogini seksu, stworzona przez bogów, by czerpać absolutną rozkosz z cierpienia i bólu. Serio, po lekturze Carey Pięćdziesiąt twarzy Greya nie będzie ani odważne, ani romantyczne - Carey ma i seksu, i sado-maso, i słodkiego romantyzmu o jakieś 1100% więcej.
Ma też momentami fajne postacie i koncepty, nie żeby tylko seks. Ja mam z jej powieścią pewien problem, ale to chyba nie miejsce na jego dyskutowanie....

21. Luck in the Shadows, Lynn Flewelling

Ja osobiście nie za bardzo (za schematycznie-fantasy jest dla mnie ta powieść w warstwie fabularnej), ale mogę bez problemu zrozumieć, za co mnóstwo ludzi naprawdę lubi tę historię o magii, szpiegach, polityce i romansie niekoniecznie hetero.

22. Magic for Beginners, Kelly Link

Ja bardzo, bardzo lubię, po części za talent autorki do konstruowania krótkich, błyskotliwie pomyślanych i skonstruowanych opowiadań, po części za jej lekkie pióro i językową pomysłowość.

23. The Mists of Avalon, Marion Zimmer Bradley

Ech, no mam problem z tą powieścią, bo jej nie lubię. Doceniam ważność, i pomysł, i inną perspektywę na mit arturiański i w ogóle i wszystko, a nie lubię, serdecznie i z całego serca, od pierwszego przeczytania.

24. My Soul to Keep, Tananarive Due

A tę z kolei lubię bardzo i uważam, obok Fangland Johna Marksa, za najciekawsze i najorynalniejsze przetworzenie (na serio, nie pastiszowo, nie w parodii) motywu Draculi w literaturze fantastycznej ostatnich lat. 

25. Parable of the Sower, Octavia Butler

Hmmm, ta powieść - trochę antyutopia, trochę utopia, trochę traktat o końcu świata i początku nowej religii - podoba mi się bardziej z każdą kolejną lekturą.

26. Shards of Honor, Lois McMaster Bujold

OK, pora się przyznać: pierwszy chronologicznie tom sagi o Vorkosiganach to jest mój odpowiednik comfort food. Nie analizuję, nie oceniam, tylko wracam średnio raz na 2-3 lata (i, nie śmiejcie się, wcale nie czytałam jeszcze wszystkich powieści z tego cyklu; to do tej wracam i wracam).

27. The Snow Queen, Joan D. Vinge

Jak czytałam jakoś w 1993 (rok pierwszego polskiego wydania), to mi się zdecydowanie podobało, choć już wtedy na wielka, epicka, SF przeróbka Królowej śniegu wydawała mi się lekko, hmmm, pretensjonalna. Przy kolejnej lekturze wrażenie pretensjonalności narastało.

28. The Sparrow, Mary Doria Russell

To jest... cholernie intrygujące. Dziwaczne, ponure, intrygujące. Chyba będę chciała przeczytać jeszcze raz.

29. Swordspoint, Ellen Kushner

Szybkie wyszukiwanie podpowiada, że nie mam recenzji ze Swordpoint, choć mam ze wszystkich pozostałych tekstów z cyklu (poza najnowszymi); no więc na szybko, tak, warto, polecam, to jest fantasy inaczej, z minimum magii i mnóstwem awanturniczej fabuły (szermierze, spiski, intrygi, rodowe zemsty!) w nieoczywistym, fantastycznie zaplanowanym i przemyślanym świecie i z fascynującymi (no, czasami paskudnymi) bohaterami.

30. War for the Oaks, Emma Bull

Jak nie przepadam jakoś szaleńczo za urban fantasy, tak tę powieść wspominam miło (ale jakby miała dać moją ulubioną powieść Emmy Bull, to bym dała Bone Dance).

31. We Have Always Lived in the Castle, Shirley Jackson

Znaczy, ja bym wybrała The Haunting of the Hill House, ale i tak warto, bo Jackson to mistrzyni subtelnej grozy.

 

Byłoby 33 licząc dwie książki z listy, które właśnie zaczynam czytać (Killing moon N. K. Jemisin i A Stranger in Olondriai Sofii Samatar), ale nie mam jeszcze, niestety, możliwości się o nich wypowiedzieć. 


W następnym odcinku: kolejne 33 propozycje, tym razem - moje, brakujące na proponowanej liście; w tym - polskie!

Zapisz

Zapisz

czwartek, 09 marca 2017

Ciąg dalszy poprzedniego wpisu, za długiego dla bloxa


Anna Milder, pierwsza Leonora/Fidelio

 

7. Leonora (2)

KIM JEST? Leonora to mocno popularne imię dla operowych bohaterek. Ta, dla odmiany, jest zupełnie inna od tej poprzedniej. 
Leonora, występująca przez większą część akcji jako Fidelio, jest główną bohaterką jedynej ukończonej opery Beethovena (z mocno skomplikowaną historią libretta; 1814).
Florestan, ukochany mąż Leonory, został wtrącony do więzienia przez tyrana; Leonora, udając chłopaka imieniem Fidelio, zatrudniła się w domu strażnika więziennego i czeka na okazję, by uratować ukochanego i obnażyć korupcję złego arystokraty Pizarra; musi tylko jakoś radzić sobie z faktem, że w Fideliu zakochała się córka pracodawcy i uwzględnić fakt, że Pizarro kazał po cichu zagłodzić jej męża na śmierć. Jej główną szansą jest fakt, że więzienie ma poddać inspekcji wysokiej rangi polityk, którego uczciwość jest powszechnie znana i gdyby tylko znalazł się jakiś odważny whistleblower, który ujawniłby korupcję Pizarra...

KIM MOGŁABY BYĆ? Come on, czego w tej historii nie kochać? Sekrety, przebieranki, dramaty, korupcja, polityka, smutna historia dziewczyny, która myślała, że zakochuje się w chłopaku, a nieświadomie wybrała przebraną za chłopaka kobietę, aktywizm, korupcja.... czy mówiłam o polityce?

 

Eugenia Tadolini jako Adina

 


8. Norina/ Adina

KIM SĄ? A tu, dla odmiany, dwie panie, bo się nie mogłam zdecydować. Obie z komicznych oper belcantowych Gaetana Donizettiego - Adina z Napoju miłosnego (1832, libretto Felice Romaniego), Norina z opery Don Pasquale (1843, libretto napisane przez Giovanniego Rufiniego i przerobione nieco przez kompozytora).
Adina jest właścicielką i zarządczynią majątku ziemskiego w Italii, obrotną i energiczną, za którą snuje się jak cień miły, niepozbierany i zadurzony po uszy wieśniak Nemorino. Adina zmusza go, by zrobił coś ze swoim życiem, dzieje się mnóstwo zabawnych rzeczy, po czym do naszej  bohaterki dociera, że jednak kocha tego niedojdę, happy end. Norina ma nieco podobnie - jest zakochaną w mocno niezorganizowanym młodzieńcu energiczną wdówką, której energia i zmysł praktyczny zostają zaprzęgnięte w służbę zadania na pozór niemożliwego: trzeba mianowicie przekonać tytułowego pana Pasquale - upartego starszego pana, wuja jej ukochanego - by a) pozwolił im na ślub, b) odstąpił od własnych niewczesnych matrymonialnych planów... Przy pomocy obrotnego przyjaciela, doktora Malatesty, Norina przystępuje więc do realizacji planu pt. "Obrzydzanie małżeństwa" i jako rzekoma Sofronia, dziewica ledwie wypuszczona z klasztoru, "wydaje się" za don Pasquala i - grając najbardziej na świecie stereotypową, kłótliwą, histeryczną, interesowną i wydającą za dużo pieniędzy żoneczkę - zaczyn starannie zamieniać jego życie w piekło... 
KIM MOGŁYBY BYĆ? I Adina, i Norona to komiczne archetypy silnych i sprytnych kobiet, które zrobią wszystko dla miłości i bez których ich niepozbierani, nieżyciowi, romantyczni i niedojdowaci ukochani w życiu by sobie nie poradzili. Można z tym archetypem zrobić mnóstwo naprawdę ciekawych rzeczy, od potraktowania go wprost (całkowicie mogę sobie wyobrazić działający partnerski związek takiej pary, z którym każde odnajduje realizację jakichś swoich potrzeb!) po całkowite postawienie na głowie (jakie one w końcu mają motywację - może np. Adina woli męża z niższych sfer, albo np. woli człowieka, który pozostawi w jej rękach zarządzanie majątkiem...)?

 

Giulia Grisi, oryginalna Norina (i, skądinąd, także oryginalna Adalgisa, której za moment),
już w czasach, kiedy zakończyła karierę (ona też miała niesamowite życie!)

 


Aloysia Weber, jedna ze szwagierek Mozarta,
śpiewaczka, oryginalna Donna Anna

9. Donna Anna

KIM JEST? Jedną z trzech kobiet uwiedzionych (wrócimy do tego) przez don Giovanniego w libretcie Lorenza da Ponte, napisanym do operowego arcydzieła Mozarta (1787).
Donna Anna jest córką Komandora, ewidentnie od dłuższego czasu zaręczoną z bezpiecznie nudnym don Ottawiem. Don Giovanni zakrada się do jej sypialni, rzekomo udając narzeczonego; Anna usiłuje go wypędzić. Na to wszystko wpada jej ojciec i w pojedynku, który się wywiązuje, don Giovanni go zabija. Od tej pory Anna przysięga zabójcy zemstę, do której zmusza także narzeczonego... 

KIM MOGŁABY BYĆ? Anna jest bezlitosna i uparta i jako postać, bardzo wszechstronna. Można z jej interpretacją pójść w bardzo różnym kierunku: od dziewczyny, która mści się na gwałcicielu (don Giovanni, który zakradł się do jej sypialni), przez taką, która ma z różnych powodów obsesję na punkcie ojca i honoru rodziny (lubiłabym ideę Anny jako dziewczyny z mafii, żeńskiej wersji Michaela Corleone, ale Anna z kompleksem Elektry też by mogła wyjść), przez kobietę, która popełnia fatalny błąd flirtowania z don Giovannim, bo usiłuje uciec od nudnej i stabilnej przyszłości z Ottawiem... a to tylko pomysły na pierwszy rzut oka!

Giuditta Pasta, legendarna śpiewaczka,
pierwsza wykonawczyni roli Normy

10. Norma

KIM JEST? Główną i tytułową bohaterką opery Vincenza Belliniego z librettem wspomnianego już wcześniej Felice Romaniego; 1831).
Norma jest kobietą w wieku, jak na owe czasy, średnim. Jako kapłanka-dziewica od dawna służyła swemu celtyckiemu ludowi, stanowiąc filar władzy swojego ojca-druida, Orovesa. Nikt nie wie, że Norma dawno złamała śluby czystości i że z kochankiem Pollionem, wodzem znienawidzonych rzymskich najeźdźców, ma dwoje dzieci... Norma żyje już od dawna z ciężarem tego zabójczego sekretu - a tymczasem Pollione, kolejny operowy superbuc, ma jej dość: zadurzył się w młodszej z kapłanek, uczennicy i przyjaciółce Normy, Adalgisie, i chce z nią uciekać do Rzymu...  W tej sytuacji Normie pozostaje tylko rozważać ekstremalne rozwiązania. Zabić dzieci? Zabić Polliona? Wywołać wojnę? Zabić samą siebie?

KIM MOGŁABY BYĆ? Yup, historia opowiedziana w Normie nie jest, literacko, najlepiej napisana, ale postać tej dojrzałej kobiety, obciążonej wielką odpowiedzialnością i sekretem, który musi dźwigać sama, uwikłanej w politykę i religię, związanej przy tym szczerą przyjaźnią (graniczącą niemal z zakochaniem momentami :) ) z Adalgisą ma spory potencjał. Tym bardziej jest ciekawa, że można tu pójść w mnóstwo stron, eksplorując polityczną rolę Normy, jej uwikłania religijno-rodzinne, kwestie zdrady i lojalności wobec własnego ludu, macierzyństwa, odpowiedzialności za Adalgisę i uczuć wobec niej, wreszcie - upartej, zawiedzionej, a jednak trwającej miłości do Polliona...

 

Jeszcze jedna legendarna dziewiętnastowieczna śpiewaczka,
Maria Malibran, w roli Normy

 

Mam nadzieję, że przynajmniej jedna osoba doczytała do tego miejsca i że przynajmniej któraś z postaci i ich historii okazała się inspirująca.... 

Zapisz

Zapisz

Zapisz

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 35
| < Lipiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
O autorze
Zakładki:
Autorzy
Blogi
Miejsca: różne
Omnia mea
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...