środa, 05 kwietnia 2017

Ada Palmer, Too Like a Lightning, Tor Books, 2016

 

Mam głębokie przekonanie,  Drogi Czytelniku, że to nie jest jedyny raz, kiedy piszę o tej powieści. 

Może tym razem spróbowałabym napisać po prostu uprzejmą recenzję? Bo, Drogi Czytelniku, muszę przyznać, że bardzo mnie kusi zrobienie czegoś innego. Kusi mnie rozdrapanie tej książki na kawałki, żeby zobaczyć, jak te puzzle, które są tutejszym światem, są zrobione, i czy przypadkiem nie jest tak, że po ich złożeniu wychodzi nam nieco inny obrazek niż ten, który mieliśmy na okładce pudełka z puzzlami. Kusi mnie dobranie się ze skalpelem i lupą do teologii Too Like A Lightning, do jej historiozofii i wizji społeczeństwa, i do jej dziwacznych bohaterów, niby ludzi, a bardziej chwilami obcych niż niejeden literacko-filmowy alien. Kusi sprucie tego wielokolorowego, wielofakturowego gobelinu i rozdzielenie materiałów, z których został stworzony: jedwabiu osiemnastowiecznych strojów, połyskujących pasm szalonej wizji nowego społeczeństwa i nowego świata, fragmentów zadrukowanych urywkami filozofów, łatek wstawionych tu wprost z klasyki SF i, przecież, szkarłatnych nici morderstwa  w tym aż zbyt barwnym kłębku życia. 

Oprę się jednak tym pokusom, Czytelniku, i spróbuję dokonać niemożliwego: wpisać ten cały błyskotliwy chaos, którym jest debiutancka powieść Ady Palmer, w jakże przewidywalne, jakże starannie zdefiniowane ramy blogowej recenzji.

Czy zresztą recenzji nawet? Ot, recenzyjki, nie jest przecież zadaniem blogerki (a zdaniem niektórych jest wręcz dla blogera/-ki niemożliwe!) napisanie recenzji pogłębionej, badawczej i krytycznej. Gdybym więc chciała, drogi czytelniku, napisać Ci z powieści Palmer recenzję blogowi właściwą, zaczęłabym zapewne tak:

Jest XXV wiek i wydaje się, że ludzkości udało się rozwiązać sporo z dręczących ją problemów. Świat nie ma już narodów, powiązanych granicami i pokrewieństwem - zamiast nich istnieją Ule (Hives), gdzie ludzie gromadzą się dobrowolnie, przyciągnięci podobieństwem natury, charakteru, zainteresowań i wizji świata. Ach, mówicie, że część Uli pokrywa się z dawnymi narodami/kontynentami? To tylko... przypadek. Błyskawiczny transport uczynił Ziemię nie tyle globalną wioską, co globalnym przedmieściem, a każdy z ludzi nosi przy sobie nadajnik/rejestrator, zapisujący, gdzie jesteśmy, oczywiście dla naszego dobra. Zniesiono zorganizowane religie (poza rezerwatami w Watykanie i Tybecie) i wszystkim jest z tym lepiej, no chyba że nie, ale ciii. Ba, uczyniono rozmowy o religii w gronie więcej niż dwuosobowym nielegalnymi, ale nie martw się, Czytelniku, o duchowe potrzeby każdego z ludzi dla obowiązkowy dla każdego sensayer, trochę nie-kapłan wszelkich religii naraz, trochę psychoanalityk, licencjonowany i sprawdzany przez Konklawe, na czele którego stoi potężna Pontifex Maxima Julia Doria Pamphilii, jedna z niewielkiej elity ludzi, dbających o to, by świat toczył się tak, jak powinien. Tak, oczywiście, że oni wiedzą, jak się powinien toczyć, co to w ogóle za pytanie?

Wśród tej grupy najpotężniejszych na świecie jest siódemka przywódców głównych Uli: stojący na czele Humanistów urodziwy książę Ganimedes de la Trémoïlle, przewodzący jednoczącemu dawne narody Azji Środkowo-Wschodniej (plus Indii) ulowi dyktator Andō Mitsubishi (którego żoną jest siostra księcia de la Trémoïlle, Danae), serdecznie nielubiany przywódca Europejczyków Casimir Perry, stojąca na czele jednoczącego liczne kobiety, mniejszości i pozbawione niegdyś (ale już nie w XXV wieku, o nie!) wpływu grupy przewodnicząca Bryar Kosala (na co dzień skądinąd związana z potężnym Cenzorem imperium masońskiego), Feliks Faust przewodzący Brillistom,  Anonim dowodzący grupującą wynalazców i poszukiwaczy przyszłości Utopią i wszechmocny w swym imperium cesarz Kornel MASON.

A teraz, Czytelniku, przeczytaj tę powyższą listę jeszcze raz i wyrzuć z niej wszystkie "on" i "ona", wszystkie "-a" w końcówkach przymiotników i imiesłowów. W świecie, który starał się poprawić dobrostan wszystkich, nie wypada obnosić się z "on/ona". Imiona, stroje, zaimki, wszystko to ma pozwolić na swobodną ekspresję bez ograniczeń związanych z tym, że kobiety to, a faceci to tamto.Wszystkim w sumie jest z tym lepiej, n'est-ce pas?

Innymi słowy, ludzkości jako takiej ponoć żyje się nieźle (a jakby przypadkowo niewiele tej tzw. ludzkości w powieści oglądamy - jesteśmy wśród elit i elit elit) i trochę trudno się dziwić. Nowy światowy system opiera się na pryncypiach Oświecenia, mając za swych otwarcie głoszonych przodków Woltera. Diderota i Rousseau (i jeszcze jest ten jeden, ale ciii). Żyje się nie najgorzej, bo absolutnie błyskawiczny transport wyrównał sporą część nierówności gospodarczych i zniósł w zasadzie potrzebę permanentnej migracji. Wybieramy sobie przynależność polityczno-kulturową do Ula (albo nie, możemy być bez) i nie wiążą nas już granice kontynentów. Rodziny/domy (zwane 'bash) zakładamy z grupą bliskich nam osób, a że mogą być wśród nich nasi partnerzy i kochankowie, tym lepiej - większością zwykle będą świadomie dobrani przyjaciele. Serio, całkiem chętnie bym się na taki system społeczny pisała. Owszem, zdarzają się katastrofy hiper-szybkich samochodów, samobójstwa, a nawet, w jednym nader spektakularnym i kluczowym dla powieści przypadku, seryjne morderstwa, ale świat już dawno zapomniał o wyścigu zbrojeń i zbrojnych konfliktach: zapomniał o wojnie.
SPOILER [PODŚWIETL] Aż do teraz, ale ciii.

Jest więc ten świat, tak po trochu, najlepszym z możliwych, po epikurejsku możemy sobie w nim pouprawiać własny ogródek, bo sensayerzy czuwają nad naszym duchowym rozwojem, grupa wybitnych a specjalnie kształconych (niektórzy mówią "urodzonych w zbiornikach, hodowanych w absolutnej izolacji od świata i innych, niewiele już dzielących z resztą ludzkości", ale ciii) specjalistów-Humanistów własnymi supermózgami kontroluje kluczowy dla światowej ekonomii system transportu, gwiazdy rozrywki takie, jak związany z tym samym 'bashem Snajper, gwarantują dobrą zabawę, a wybór tego, jacy chcemy być i co robić w życiu jest, dla ogółu ludzkości, większy niż kiedykolwiek w historii. 

Póki trwa status quo. Quod 'status quo ante' nominatur conservare bonum et iustum est (wybacz, Czytelniku, że mówię po łacinie, zaraziłam się od narratora, który na jakimś etapie mówi nawet dwiema wersjami łaciny na raz, tłumacząc z jednej na drugą w przypisie), zachowanie tego, co się nazywa status quo, dobre jest i sprawiedliwe.

Tylko czy status quo tego świata może przeżyć pojawienie się na świecie istoty o de facto boskich mocach? Albo raczej - czy taka istota już tu jest? To się wydaje głównym problemem bohaterów, a przynajmniej części z nich. Na tle istnienia Bridgera, dziecka, które potrafi ożywiać wszystko to, co nieożywione (żaden spojler, dowiemy się tego na pierwszych stronach powieści) oficjalny kłopot, czyli wyciek mocno kontrowersyjnej tym razem corocznej listy najpotężniejszych ludzi świata z redakcji pisma Black Sakura w oczywisty sposób wyda się pretekstowy i mniej ważny.
SPOILER [PODŚWIETL]: Póki się okaże, że nie jest mniej ważny, ale ciii. I pytanie, czy status quo przeżyje również ujawnienie faktu, że politycy nie tylko kłamią, ale i mordują.

Jeżeli myślisz sobie, Drogi Czytelniku, że te wszystkie informacje powyżej Autorka podaje nam w pierwszych rozdziałach, to się mylisz. Autorka nie ma litości i wrzuca nas in medias res podlej niż autor Odysei, niż William Faulkner czy, by aluzje wymieszać tak, jak czyni to autorka, Roger Zelazny w pierwszych scenach Dziewięciu książąt Amberu. Długo i powoli musisz czytać, żeby wydedukować (a to jest nader odpowiednie słowo, w świetle tego, kto jest naszym głównym bohaterem), jak ten świat działa - co więcej, musisz robić to, mając po tym świecie wyjątkowo nieprzewidywalnego i nierzetelnego przewodnika.

I teraz, Czytelniku, pozwól, że cię ostrzegę. To nie jest książka dla każdego. Nie sądź, proszę, że zamierzam tu machać Ci przed oczyma faktem, że żeby Palmer i jej pomysły docenić, dobrze jest znać swojego Woltera, swojego Diderota i de Sade'a, swojego Conan Doyle'a i Alfreda Bestera (1), że zamierzam coś wspominać o elitarności. Nie, nie i jeszcze raz nie. Chcę tylko nieśmiało zaznaczyć, że to nie jest a) odpowiednia lektura na pierwszy kontakt z SF, b) satysfakcjonująca lektura dla czytelników preferujących prostą narrację i nienacechowany styl. Bo tu, Czytelniku, masz prostej narracji i nienacechowanego stylu dokładną odwrotność.

Nasz narrator nazywa się Mycroft Canner i to jest, w tym świecie, imię i nazwisko przeklęte. Nasz bohater jest - niewolnikiem, nie bójmy się tego słowa. Zbrodnia, którą popełnił (a o której dowiemy się czegoś dość późno w toku akcji) skazała go na bycie Serwisantem/Sługą, nieodpłatnym pracownikiem, żyjącym z łaski tych, którzy go zatrudniają. Nie współczuj za bardzo, Czytelniku, Mycroft ma za co pokutować.

System postanowił nie zabijać Mycrofta za jego zbrodnie, ale Ty, Czytelniku, jak i ja będziesz zapewne czasami miał ochotę to zrobić - i nie, nie za zbrodnie, za opowieść. Mycroft od razu na początku zapowiada nam, że będzie mówił do nas jak narrator osiemnastowiecznej powieści do swoich odbiorców i robi to, drań, konsekwentnie. Kubusia Fatalistę sobie przypomnijcie - to jest taki styl, taki sposób pisania. Jak dawni autorzy, ładuje nam w tekst dygresje literackie i filozoficzne, pakuje cytaty w obcych językach i długie passusy, które wymienia ze swym mistrzem po łacinie (nie, nie mylicie się, nic wcześniej nie wspomniałam o mistrzu Mycrofta. A może jednak wspomniałam?). Do tego jednak Mycroft jest pokornym buntownikiem i wyrodnym dzieckiem swoich czasów - łamie zasadę genderowej neutralności, ale płeć przydziela bohaterom arbitralnie, raz tak, raz inaczej, opierając się nie na biologii, a na swoim własnym subiektywnym (i mocno wypaczonym, o czym nie pozwala nam zapomnieć) poczuciu, co jest odpowiednie i co lepiej pasuje (2). Ta narracja, pokrętna, niewiarygodna - a niewiarygodność tę dodatkowo wzmacniają komentarze czytelników-cenzorów i noty cenzorskie, obecne w tekście, wskazujące, że nawet ta wersja Mycrofta jest wersją przetworzoną i kontrolowaną - jest w moich oczach jedną z największych zalet powieści Palmer, nawet jeżeli co jakiś czas sprawia, że czujemy się jak w krainie chaosu, niepewni żadnego następnego kroku, nie wiedząc nawet, czy w ogóle mamy grunt pod nogami.

Gatunkowo nieoczywista (bo to trochę tak, jakby próbować gatunkowo jasno dookreślić Diunę), ambitna literacko i chwilami na granicy eksperymentu, jak chodzi o narrację w powieści fantastycznej, pierwsza powieść Palmer trzymała mnie przy lekturze przez tydzień choroby (a ja czytam szybko i siedem dni na 400 stron powieści, która mnie zachwyca, to - dziwne, u mnie) i jestem dozgonnie wdzięczna Fabulitas, która mi ją poleciła. Bardzo, bardzo zasłużyła Palmer na tę nominację do Hugo, co to ją wczoraj dostała. 

 

(1) W zasadzie od samego początku lektury miałam wyjątkowo mocne skojarzenia wizji świata i konceptu tej powieści z The Stars My Destination, a odkrywanie kolejnym Besterowskich imion i aluzji w powieści i w posłowiu Autorki dało mi sporo satysfakcji, bo najwyraźniej trafiłam; przy czym to nie jest tak, że Palmer kontynuuje IDEE czy pomysły Bestera - nie, ona raczej zadaje sobie podobne pytania. Ten problem jednak, Drogi Czytelniku - że wrócę do pożyczonej do narratora Too Like a Lightining maniery - zostawiam sobie już na kolejną notkę. 

(2) Palmer jest tu jednocześnie podobna i niepodobna w swojej metodzie do Ann Leckie, której narrator szczerze nie rozumie - Mycroft rozumie, ale po swojemu, i swoją wersję nam bezczelnie podaje, mówiąc na dodatek, żeby mu za bardzo nie wierzyć...

 

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

niedziela, 02 kwietnia 2017

Pocahontas, scen. Carl Binder, Susannah Grant, Philip LaZebnik, reż. Mike Gabriel, Eric Goldberg, w rolach głównych (głosy): Irene Bedard/Judy Kuhn, Mel Gibson, David Ogden Stiers, Linda Hunt i inni, muzyka Alan Menken (piosenki z tekstami Stephena Schwartza), Walt Disney Pictures 1995

 

 

Ten dzisiejszy wpis jest z dwóch okazji. Po pierwsze, jest małą manipulacją - dzisiaj, drugiego kwietnia, jest mianowicie Międzynarodowy Dzień Książki dla Dzieci. Ergo, piszemy tu dzisiaj o.... a nie, wróć, nie piszemy o książce dla dzieci, piszemy o filmie dla dzieci; no - może raczej dla młodszych nastolatek/-tków.

I to nie jest tak, że nie mam żadnych książek dla dzieci, o których bym mogła napisać - wręcz przeciwnie, lubię literaturę dla dzieci i - także z racji bycia ciotką czwórki dzieciaków w przedziale wiekowym 8 lat - niepełny rok - mam z nią kontakt. Zamiana książki na film w tm przypadku związana jest z dyskusją facebookową, w której nie tyle uczestniczyłam, co ją obserwowałam parę dni temu. Dyskusja zaczęła się od refleksji autorki Zwierza Popkulturalnego na temat tego, jak zmienił się język i sposób oceniania, co jest odpowiednie w filmie dla dzieci, od roku 1995, ale szybko zdryfowała w debatę o tym, czy filmy takie jak Pocahontas w ogóle powinny powstawać.  

Ale na początek - hmmm, może przed każdą moją notką o filmie Disneya powinnam powtarzać jedną informację. Urodziłam się w roku 1973. Yup, w roku, w którym najnowszą pełnometrażową animacją Disneya byli jeszcze Aryskotkraci, bo Robin Hood wyszedł dopiero pod koniec roku (skądinąd, moi rodzice przyszli na świat odpowiednio w roku premiery Kopciuszka - mama i Alicji w krainie czarów - tato; babcia skończyła osiemnastkę, kiedy na ekrany świata weszła Królewna Śnieżka). Oznacza to, że w 1989, roku premiery Małej syrenki i początku Disneyowskiego renesansu, byłam już w liceum ogólnokształcącym. Innymi słowy, cała nowoczesna klasyka filmów Disneya - od Małej syrenki, przez Piękną i bestię, Aladyna, Króla lwa i inne, aż po rzeczy z ostatnich lat, to nie jest coś, z czym mam związane sentymentalne wspomnienia z dzieciństwa. Ba, ja w ogóle tych filmów nie widziałam oczyma ich docelowego, dziecięcego widza: oglądałam je jako mniej więcej dorosła osoba, często - jako towarzyszka do oglądania młodszych kuzynów i rodzeństwa (a jak myślicie, skąd znam na pamięć polską ścieżkę dźwiękową do Króla lwa?), zanim jeszcze zaczęłam je oglądać okiem kogoś, kto lubi rozmontowywać dzieła popkultury i patrzeć, jak są zbudowane.  

Zrobiwszy to zastrzeżenie, które uważam za istotne - większość znajomych, z którymi zdarza mi się dyskutować o filmach Disneya, jest ode mnie o te 10-15 lat młodsza, czyli mają prawo mieć związane z tymi filmami wspomnienia, których ja nie mam - przejdę może do Pocahontas.

Chciałabym przy jej okazji zastanowić się nad paroma kwestiami, po części, sprowokowanymi przez około-Pocahontasową dyskusję, o której wcześniej wspominałam.

Po pierwsze, ergo, coś, o czym nie będę się wypowiadać, a mianowicie ciągle aktualna kwestia tego, czy sposób pokazania Powatanów, nacji, z której pochodzi główna bohaterka, jest właściwa, czy nie. Amerykański internet dyskutuje o tym ciągle, ale ja, Polka z nader bladym pojęciem o historii Ameryki sprzed kolonizacji przez Europejczyków - ja nie umiałabym uczciwie i rzetelnie ocenić, co w tym kontekście znaczy właściwie i nieobraźliwie. Nie znam się, ergo się nie wypowiem - choć w czytanych przeze mnie przy okazji researchu do tej notki raportach pojawiał się fakt, że dla dziewczynek pochodzących z rdzennych amerykańskich rodzin Pocahontas była ważną bohaterką, pozwalającą im zobaczyć na ekranie kogoś podobnego, swoje wyidealizowane odbicie. 

Wypowiedzieć się mogę, i owszem, na temat, który wyszedł w inspirującej mnie dyskusji - a mianowicie czy historia osadników, którzy przybywają do Virginii w 1607 i zapoczątkowują w ten sposób na szerszą skalę kolonizację Ameryki, kolonizację, która przyniosła rdzennym mieszkańcom kontynentu niezliczone cierpienia - to ogóle jest temat  na musical o księżniczce i zwierzątkach i wielkiej miłości.  Mogę powiedzieć, jak ja to, jako widz, odczuwam; ale pozwolicie, że zrobię to na końcu i że najpierw, jak na poważną recenzentkę przystało, spojrzę na film od strony jego roboty.

Fabularnie Pocahontas odchodzi, oczywiście, dość daleko od historycznego pierwowzoru (i zresztą może dlatego bohaterka tak zdecydowanie wygląda na całkowicie dorosłą dwudziesto-, a nie na dorastającą szesnastolatkę - autentyczna Matoaka/Pocahontas miała w chwili przybycia kolonistów jakieś 10-11 lat i film robi wszystko, żeby się od tego faktu zdystansować). Historia skupia się tutaj na dwóch motywach: z jednej strony, na konflikcie ohydnego (to jest klasyczny Disneyowski czarny charakter, bez jednej pozytywnej cechy) gubernatora i poddanych mu kolonistów z Powatanami (gdzie frakcja Kocouma też prze do wojny, choć oni przynajmniej mają powody), z drugiej, oczywiście, na love story Johna Smitha i Pocahontas.

 Co zwraca w Pocahontas uwagę, to tytułowa bohaterka - zdecydowanie bardziej młoda kobieta, niż dziewczyna; jej sylwetka, ruchy i gesty wskazują na bohaterkę zdecydowanie dorosłą, silną fizycznie, wysportowaną - charakterystycznie, w pierwszej scenie, w której ją widzimy, Pocahontas stoi wysoko nad wodą, u szczytu wodospadu, w klasycznym heroicznym ujęciu; moment potem widzimy ją wykonującą szaleńczy, ryzykancki skok do wody. Ona jest nawet trochę inaczej animowana niż pozostałe postacie - jej ruchy są płynniejsze, bardziej zwinne, ona się wydaje unosić na krajobrazem i, kiedy biegnie, ledwie dotykać stopami ziemi. Te wszystkie elementy dodają kreacji postaci pewnej oryginalności.

Nie zmienia to jednak faktu, że przynajmniej początkowo kluczowym problemem Pocahontas jest dokładnie ten sam problem, który ma Jasmina, Bella czy, początkowo, Mulan (będzie miała, ten akurat film jest późniejszy) - a mianowicie problem z niechcianym zalotnikiem/małżeństwem. Tutaj o bohaterkę oświadczył się heroiczny i wojowniczy Kocoum - uczucia do dziewczyny oczywiście zadeklarował nie jej, a jej ojcu, co może być historycznie wiarygodne, ale nie ujdzie w świecie Disneyowskich bohaterek. Na dodatek, cóż, taki mąż ma jej zapewnić stabilizację i solidny dom, niekoniecznie szczyt marzeń ambitnej i samodzielnej dziewczyny... Pocahontas musi wybrać, czy chce być posłuszną córką, czy też zamierza pozostać wierna sobie i swoim dziwnym przeczuciom - i w symbolicznej scenie kieruje swoją łódkę w wąską, meandrującą odnogę rzeki zamiast na szerokie i spokojne wody. No bo przecież wiemy, że ona nie może tak po prostu wyjść za Kocouma i żyć długo i szczęśliwie, prawda? Podczas całej akcji Pocahontas pozostaje jedną z jej głównych sprężyn i zawsze jest postacią działającą - można o tym filmie powiedzieć sporo, ale nie to, że tytułowa bohaterka jest ozdobnikiem i damsel in distress. I jest, nie oszukujmy się, zdecydowanie barwniejsza od swojego ekranowego partnera...

Najciekawszą chyba historię można to było zbudować wokół dwóch postaci - Kocouma, szlachetnego i dzielnego, ale też bezwzględnego, zaborczego i skłonnego do przemocy (to by był koszmar, a nie mąż...) i młodego, niepozbieranego i nieżyciowego Thomasa, który nie umie strzelać, marnie sobie radzi w walce, ale z lojalności wobec Johna Smitha próbuje go ratować przed Kocoumem i ten jeden raz trafia aż za dobrze, nie tylko zabijając wojownika, ale też omal nie wywołując poważnej wojny.... Oczywiście, to są wątki, które by trafiały do dorosłego - tu są ograne na tyle, na ile mogą być w filmie dla małolatów...

Pocahontas ma wyraźne (i dość uroczo naiwne, ale to akurat nie dziwne, przy zamierzonym małoletnim odbiorcy) ekologiczne przesłanie, kontrastując opętanego żądzą złota, pozbawionego skrupułów gubernatora Radcliffe'a i dowodzonych przez niego brutalnie pragmatycznych kolonizatorów z żyjącymi w harmonii z naturą i przodkami krewnymi Pocahontas.  W związku z Pocahontas pełna jest uroczych (do urzygu uroczych, dla dorosłego widza) zwierzątek w stopniu porównywalnym, z wcześniejszych filmów o księżniczkach, chyba tylko z Królewną Śnieżką, a sceny z szopem, psem, kolibrem i innymi słodziakami, stworzonymi z myślą o pluszowych  maskotkach.

Co w Pocahontas działa? Brak oczywistego happy endu dla historii miłosnej, bo jest... nieprzewidywalny.  Animacja, ale to akurat nic dziwnego; zwłaszcza tła i sceny z przyrodą robione są chwilami bardzo efektownie - jak ta scena spotkania Johna Smitha i Pocahontas; cała sekwencja z Colours of the Wind jest też bardzo ładnie i efektownie animowana. Choć, owszem, momentami i forma plastyczna, i animacja scen z uroczymi zwierzątkami męczy swoją przewidywalnością - ale też nie dla mnie, widza po 40., te zwierzątka tu wprowadzono...

http://bslcrane.blogspot.com/2012/11/movie-review-of-disneys-pocahontas.html

Co jeszcze jest IMHO zdecydowanie udane w Pocahontas? Piosenki (ech, ten moment, kiedy Zły Gubernator śpiewa, z całą kabaretową przesadą, lekko stylizowane na muzykę z epoki Mine, Mine, Mine! - nie, nie każcie mi się wypowiadać o śpiewie Mela Gibsona w tej samej piosence). Jakkolwiek teksty - dobra, tekst Savages - mogą być dyskusyjne, to wydaje mi się, że ponieważ wokół tego słowa toczy się w całym w zasadzie filmie szeroka dyskusja, trochę to problem rozładowuje.

Generalnie, filmowo jest to rzecz - dla dorosłego widza, takiego jak ja - średnia, całkowicie i nawet z jakąś przyjemnością oglądalna, z ciekawą bohaterką (i kompletnie, IMO, nieciekawym głównym bohaterem), mocno przewidywalnym acz dostarczającym rozrywki czarnym charakterem i całkowicie przewidywalnym zestawem postaci w tle (Typowy Disneyowski Tatuś, Który Nie Rozumie, Wcielenie Pradawnej Mądrości, nie całkiem rozumiejący przyjaciele, zwierzątka).  To jest całkiem przyjemny film dla młodszych nastolatków, gdyby jeszcze człowiek mógł potraktować go jako czystą fikcję i zapomnieć, że za tym wszystkim jest autentyczna historia, która naprawdę bardzo źle się skończyła. I może dlatego, oglądając dzisiaj Pocahontas, mam poczucie dyskomfortu  - i głębokie przekonanie, że dziś pewnie nawet Disney, chcąc sięgnąć po opowieść wywodzącą się z folkloru rdzennych mieszkańców Ameryki, oparłby się raczej na, przykładowo, czymś takim niż na uładzonej i przetworzonej historii Matoaki... I może lepiej by było.

Zapisz

środa, 29 marca 2017

N. K. Jemisin, The Hundred Thousand Kingdoms, Orbit 2010

 

uwaga: spojlery


 

W ramach bycia Kobietą z Czytnikiem i wykorzystywania na czytanie przerw w życiorysie (poczekalnia u lekarza, autobus, tramwaj, pociąg do Warszawy, kolejka... hmmm, obecne zapalenie oskrzeli?) postanowiłam nadrobić kilka znaczących braków w lekturach fantasy. na pierwszy ogień poszły The Curse of Chalion Lois McMaster Bujold (o której, hmm, kiedyś napiszę, jak już będę wiedziała, co chcę napisać) i The Hundred Thousand Kingdoms N. K. Jemisin. 

Jemisin zgarnęła za swoją pierwszą powieść Locusa dla najlepszego pierwszego dzieła i nominacje do wszystkich chyba poważnych branżowych nagród. Co, szczerze mówiąc, zupełnie nie dziwi w obliczu oryginalności i pomysłowości jej powieści.

Ergo, może najpierw o tej oryginalności i pomysłowości, a potem o tym, czemu tekst Jemisin wylądował u mnie na liście "hmmm, intrygujące", a nie na liście "wow, do ulubionych".

Jemisin opowiada nam w Stu tysiącach królestw historię, tak naprawdę, nienową: dzieje wybranej księżniczki (no, mniej więcej), którą jej upiorna nad-boska rodzina wzywa do magicznego pałacu po śmierci matki. Matkę, która zbuntowała się przeciwko woli rodziny, otruto; ojciec, dla którego rzuciła podniebny pałac rodu Arameri, zmarł już wcześniej. Kiedy mniej więcej dwudziestoletnia Yeine Darr przybywa do miasta Sky, by stać się Yeine Arameri, ma jak najgorsze przeczucia - które, oczywiście, się sprawdzają: jej rodzina jest, w większości, ohydna i zdeprawowana, a ją samą wezwano tam pozornie dla chwały, a w praktyce - by posłużyła za ofiarę w rytuale sukcesji. Bohaterka, ciemnoskóra po ojcu (w kontraście do jasnowłosych, jasnoskórych Arameri) i wychowana przez babkę z narodu wojowniczek, jest skazana na klęskę - której, przewidywalnie, nie ponosi, ani w wymiarze, powiedzmy, politycznym, ani osobistym (Yeine postawiła sobie za cel dowiedzieć się, kto kazał zabić jej matkę). W to wszystko wpisana jest jeszcze historia wojny aktywnych w tym świecie bogów i kary, na jaką zwycięski bóg-słońce skazał tych, którzy śmieli zbuntować się przeciw jego woli. 

Elementy fabularne, z których Jemisin skonstruowała swoją debiutancką powieść, nie są więc, jako takie, szaleńczo oryginalne (i nie, to nie jest zarzut, tylko obserwacja). Co jest oryginalne, i co jest jedną z najmocniejszych stron tej powieści, to kreacja świata.

W zasadzie od samego początku lektury czytelnik (dobra, konkretnie to czytelniczka pisząca te słowa) zanurza się w wykreowany przez Jemisin świat. Kluczowy koncept powieści - historia o tym, że podczas wojny bogów kluczowa dla zwycięskiego boga nieba i ładu, Itempasa, była pomoc jednej z jego śmiertelnych kapłanek i że w nagrodę ród potomków tej kapłanki dostał pod swą władzę, jako niewolników i broń, pokonanego boga nocy i chaosu i grupę jego potomków; że Arameri są śmiertelnymi władcami nieśmiertelnych bogów i że wbrew pozorom nie przyniosło im to zbyt wiele dobrego - jest błyskotliwy i oryginalny, a przy tym zrealizowany z dużą konsekwencją. Jemisin ma przy tym naprawdę dużo zrozumienia dla tego, jak działa mit - spora część z jej bogów wydaje mi się (po siedmiu latach wykładania mitologii klasycznej) wiarygodna jako bóstwa, w swej nieludzkości i nieprzewidywalności. Jemisin ma przy tym mnóstwo drobnych utrafionych mitycznych obserwacji, jak ta, że ukarany wcieleniem w człowieka czas dnia bóg nocy będzie, w tej ludzkiej postaci, przyjmował taką naturę, jakiej domagają się od niego otaczający go ludzie (czytaj: jak najgorszą, postać dręczyciela, gwałciciela i potwora, godnego aż za potwornej kuzynki-rywalki Yeine, Sciminy...).

Świat bogów i ludzi - jego geografia, jego polityka, jego teologia i religia, architektura miasta-pałacu - to są bardzo mocne strony tej powieści. Kolejną - i nie oszukujmy się, ona jest dla mnie szczególnie ważna, bo jest moją małą obsesją - jest fakt, że Jemisin szalenie efektownie prowadzi swoją pierwszoosobową (Yeine jest narratorką), opowiadaną ewidentnie ze sporego czasowego dystansu historię, starannie przy tym wystylizowaną na opowieść ustną - Yeine przerywa, zmienia temat, urywa pewne wątki, informując nas, że odkłada je na później... Ten pomysł bardzo pomaga w prowadzeniu wiarygodnej, oryginalnej narracji.  

To jest, generalnie, IMHO powieść jak najbardziej warta lektury i jak najbardziej należąca do przytaczanej przeze mnie w jednym z poprzednich wpisów listy najciekawszej kobiecej fantastyki. Moje poniższe marudzenie bynajmniej nie oznacza, że nie zachęcam z całego serca do lektury.

Powieść Jemisin cenię wysoko, ale nie trafiła mi na listę ulubionych, choć miała ku temu wiele zadatków. Zadecydowała chyba kreacja czarnego charakteru oraz,  przede wszystkim, postać Nahadotha, boga chaosu i nocy, późniejszego kochanka (m. in.) Yeine.

Ze Sciminą, główną złą tej bajki, rozprawię się krótko - jest Zbyt Zła. Perfidna, mordercza, wyniosła i pełna pogardy dla słabszych, Scimina lubuje się w okrucieństwie i wyuzdanym seksie, prowadza boga nocy na smyczy i radośnie torturuje swoje ofiary, ubrana w podkreślająca idealną figurę suknię i wysokie szpilki, a niewygodną dla jej planów Yeine postanawia zabić przy pierwszej okazji. Scimina jest, innymi słowy, jak czarny kobiecy charakter z Bonda z lat 80. i im więcej cech takiej bohaterki autorka w nią ładuje, tym mniej mnie Scimina straszy czy oburza; z potwora, którym miała być, zamienia się chwilami w wyliczankę banałów i przewidywalnych cech. Gwoli sprawiedliwości należałoby jednak dodać od razu, że inne postacie - politycznie wszechmocnego, ale złamanego starością Dekartę, enigmatycznego pisarza-czarodzieja Viraine'a, najbardziej bodaj ze wszystkich sympatycznego przełożonego służby T'vrila, wreszcie samą pogubioną, a jednocześnie upartą i zdeterminowaną Yeine - Jemisin konstruuje w znacznie bardziej zniuansowany sposób.

Mój drugi problem, z Nahadothem, jest mniej uniwersalny, a bardziej, hmmm, osobisty; dotyczy nie czegoś, co postrzegam jako (pomniejszą) słabość powieści, a czegoś, co zgrzyta konkretnie mnie jako jednej konkretnej czytelniczce. Ja, otóż, mam serdeczne uczulenie (1) na postacie mrocznych seksownych bogów okrytych kurtyną czarnych jak noc włosów, udręczonych przez los i ciągle pamiętających siostrę-kochankę zabitą przez brata-kochanka, przerażających, a jednocześnie budzących w bohaterce najpierw zakazane pożądanie, a później - odwzajemnioną miłość. Jemisin ma wyjaśnienie, skąd to pożądanie i ta miłość (nie, nie powiem - spojleruję, ale głównego twistu powieści nie chcę psuć), ale mnie ono nie wystarcza. No i o scenie seksu między Yeina a Nahadothem, w której bohaterka dosłownie sięga gwiazd, też bym wolała zapomnieć - nie, to nie jest kwestia niekompetencji autorki, to nie jest scena z gatunku tych nieintencjonalnie śmiesznych - ona po prostu mnie nie pasuje.

Niemniej, żeby być uczciwą - problem ze Sciminą jest z tych pomniejszych, a kwestia Nahadotha dotyczy mojego własnego odczytania - generalnie powieść Jemisin serdecznie polecam, jako jedną z IMHO ciekawszych fantasy ostatnich lat.

(1) To jest, paradoksalnie, typ postaci bardzo, bardzo bliskich literackiemu typowi, który mnie fascynuje -  i jak się przekroczy tę granicę, za którą mnie się kończy cierpliwość dla tego typu nadludzkiego emo, to nie ma zmiłuj, będę się wyzłośliwiać bez końca.  



Zapisz

Zapisz

sobota, 25 marca 2017

Herkules (Hercules), reż. (i współprodukcja, i współautorstwo scenariusza) John Musker i Ron Clements, muzyka Alan Menken, obsada: Tate Donovan, Susan Egan, Danny de Vito, James Woods, Charlton Heston, Lillias White, Cheryl Freeman, LaChanze, Roz Ryan, Vanéese Y. Thomas i inni; Walt Disney Pictures, 1997

 

 

W kontekście przyzwoitego, acz nie powalającego wyniku finansowego i równie przyzwoitych,  acz dalekich od oszałamiających, opinii krytycznych i nagród (jedna Oscarowa nominacja, oczywiście za piosenkę, w roku,  w którym Oscar za piosenkę był nie do wygrania) intrygujący jest fakt, dla jak wielu z moich młodszych znajomych Herkules jest filmem kultowym. 

Jest zresztą, z punktu widzenia tego konkretnego dorosłego widza lubiącego filmy animowane i mitologię, filmem całkiem udanym - i to mimo faktu, że w swoim podejściu do greckiego mitu przetwarza go w sposób, który dla samych Greków byłby pod wieloma względami niezrozumiały.

Spójrzmy więc najpierw na scenariusz i na opowiedzianą w Herkulesie historię. Pozornie korzystając głównie z mitologicznej historii największego z greckich herosów, tak naprawdę czerpie z bardzo szerokiego spektrum mitów, z których tylko część zazębia się z dziejami Heraklesa. Scenarzyści rozpoczynają od wojny młodego władcy świata, Zeusa, z wyraźnie tu personifikującymi siły natury Tytanami (bardzo mi się podoba, że jeden z nich przedstawiony jest w postaci tajfunu - jak Tyfon w Dionizjakach Nonnosa - ale ja jestem #classicsnerd najgorszego stopnia). Dalej mamy mocno niekanoniczną opowieść o narodzinach Herkulesa (o czym później), wzmiankę o znanej z mitów próbie buntu bogów (w tym przypadku - Hadesa) przeciwko Zeusowi i odebrania mu władzy), historię mniej więcej centaura Chejrona przemianowanego na satyra Filokteta, bohaterkę noszącą imię pierwszej żony Heraklesa poznanej przez niego w przygodzie mniej więcej wziętej z dziejów drugiej żony Heraklesa i dwie niedojdowate personifikacje w roli sidekicków Hadesa, choć bardziej pasowaliby (patrz: Prometeusz skowany Ajschylosa) do Aresa. Do tego dochodzą aluzje do kilku prac Heraklesa (hydra), obecność rozmaitych mitologicznych postaci (Muzy, Pegaz, Mojry wyglądające jak Graje) i, do tego, ogólne greckie klimaty, ze świątyniami, posągami i aluzją do moussaki włącznie. 

Fabuła koncentruje się wokół dziejów odesłanego przez rodziców z Kryptona Olimpu Clarka Kenta Herkulesa, wychowywanego w spokojnym domu przez ziemskich rodziców. Obdarzony niezwykłą siłą, naiwny i szczerze dobry chłopiec, którego nadludzkie zdolności ciągle pakują w kłopoty, dowiaduje się w końcu o  swoim boskim pochodzeniu i utraconej przez perfidne intrygi Hadesa nieśmiertelności. Postanawia więc zostać największym herosem Grecji, by móc wrócić na Olimp i zostać, zgodnie ze swym przeznaczeniem, bogiem. Znaczy, postanawia zostać bogiem, póki nie zmieni zdania w tej kwestii.

Przy całej mitologiczności świata i postaci w Herkulesie, dla widza trochę starszego niż docelowy, zwłaszcza zaś widza zainteresowanego kinem, oczywiste są także i inne skojarzenia. Scenarzyści w okołofilmowych wywiadach mówili o inspiracjach kinem Franka Capry przy tworzeniu postaci, cytując postacie grane przez Jamesa Stewarta w Mr Smith Goes to Washintgon i Barbarę Stanwyck w Meet John Doe jako wzorce dla odpowiednio Herka i Meg. I rzeczywiście, dwójka bohaterów reprezentujących klasyczne komediowe typy dobrze pasuje do generalnie komediowego (co nie znaczy, że pozbawionego dramatycznych motywów!) charakteru filmu. Przy całej bowiem dramatyczno-romantycznej końcówce Herkulesowi najbliżej jest chyba do takiej właśnie screwball comedy a la lata 30./40.  Zobaczmy, jak ładnie i świadomie jest to zrobione w  prologu - podniosła, dramatyczno-epicka narracja (mówi Charlton Heston, bardziej epicko się nie da!) zostaje urwana przez Muzy, wprowadzające zupełnie inny, lżejszy, musicalowo-komiczny ton. Ten pomysł, żeby piosenki w Herkulesie nawiązywały do rozmaitych gatunków czarnej muzyki, mógł w pierwszej chwili nie zachwycić Alana Menkena, ale ostatecznie sprawdził się znakomicie - ta na pozór z innej bajki ścieżka dźwiękowa z jednej strony doskonale tu pasuje, z drugiej  - dodaje życia i biglu filmowej narracji (acz ja bym nominowała do Oscara A Star is Born albo moje ulubione I Won't Say I'm in Love zamiast Disneyowsko przewidywalnego Go the Distance)...

Wrażenie komediowości potęguje jeszcze jedna kluczowa dla filmu postać - a mianowicie Phil, sidekick i nauczyciel Herkulesa w jednym. Na przykładzie Phila bardzo ładnie widać sposób, w jaki scenarzyści posługują się mitologią. Bohater nosi imię pewnej mitologicznej postaci, powiązanej luźno z mitem Heraklesa  - w nagrodę za pomoc w popełnieniu samobójstwa cierpiący Herakles dał młodemu tesalskiemu księciu Filoktetowi swój łuk i strzały, które okazały się potem niezbędne, by Grecy mogli zdobyć Troję. Tak naprawdę jednak, gdyby szukać mitycznych wzorców jego postaci, byłby tym modelem nie Filoktet oczywiście, tylko Chejron - mądry centaur i wychowawca pokoleń herosów, w tym Achillesa. Oczywiście, imię Chejrona zdrabniałoby się po angielsku znacznie mniej wdzięcznie, niż Filokteta, zwanego tu Philem...
Wspomniany Chejron jest centaurem - tymczasem Phil i z postury, i z natury zdecydowanie jest satyrem, co pozwala dodać mu sporą dawkę komiczności, która także i Grekom naturalnie z satyrami się kojarzyła (acz większość okołosatyrowych greckich żartów jest z gatunku 18+...). Przy całym tym klasycznym bagażu jednak najważniejsze dla Phila wydają się inne inspiracje. Pozornie zmęczony życiem i rozczarowany niewdzięcznością świata i uczniów, ale w rzeczywistości gotowy podjąć się kolejnego wyzwania Phil najbardziej przecież przypomina typową postać starego trenera z amerykańskiego filmu, który wbrew wszelkim nadziejom zaczyna trenować młodego outsidera i osiąga sukces, o którym wcześniej mógł tylko pomarzyć...  

Mitologię traktują nasi scenarzyści - no, mniej więcej tak, jak by to zrobili Grecy, nie przejmując się kanonem, mieszając imiona, postaci, genealogie i chronologię. Pewnie, klasykowi na wspomnienie ukochanej Herkulesa imieniem Megara trochę się zaciskają szczęki (mityczny Herkules mityczną Megarę i ich wspólne dzieci zabił w ataku zesłanego przez Herę obłędu). Nie, Herakles bardzo zdecydowanie nie był ukochanym syneczkiem Hery. Tak, niezależnie od utyskiwań filmowego Phila, w czasach młodości Heraklesa Achilles nie był nawet w planach, może poza planami odwiecznych Mojr. I oczywiście Nessus był centaurem, nie bogiem rzeki (choć Herakles walczył w sprawie swojej drugiej żony, Dejaniry, i z bogiem rzeki, i z centaurem). I co z tego? Nic. To nie tego nie zrozumiałby przetransportowany w nasze czasy w TARDIS starożytny Tebańczyk czy inny tam Spartanin.

A czego by nie zrozumiał? Ano, Hadesa.

Campowy i przegięty Hades, który musi, jak połowa Disneyowskich czarnych charakterów, polegać na pomocy niekompetentnych sidekicków przy realizacji swych planów dominacji nad światem, był ulubionym bohaterem krytyków, którzy bardzo wysoko ocenili głosową kreację Jamesa Woodsa w tej roli. Hades ma dość podziemi i zamierza obalić władzę braciszka, a w tym celu musi nie dopuścić do udziału Herkulesa w wojnie z tytanami. So far, so good, wszystko całkiem nieźle mitologiczne. Co by było jednak trudne do zrozumienia dla starożytnego Greka, to fakt, że Hades w zasadzie robi to wszystko z czystej złośliwości i chęci czynienia źle - jest, znaczy się, konkretnie czarnym charakterem, a jego niejakie wizualne podobieństwo do ikonografii diabła w zachodniej tradycji tylko tę jego paskudnie złą naturę podkreśla. To właśnie - istnienie złego boga, dualistyczny podział boskiego świata na dobrych i złych, zasugerowany w Herkulesie, byłoby dla Greka trudne do pojęcia - grecka mitologia i grecka religia w zasadzie tego rodzaju dualizmu nie znają...

Dwadzieścia lat później Herkulesa nadal ogląda się dobrze - próbę czasu zniósł zaskakująco lepiej niż niektóre inne animowane klasyki z tych czasów.Animacja, nawiązująca w stylu do greckiego malarstwa wazowego, ale nosząca przy tym wyraźne piętno stylu pracującego nad filmem Geralda Scarfe'a, niekoniecznie podobała się krytykom w momencie powstania filmu, ale w swoich słodko-psychodelicznych, pastelowych scenach na Olimpie i nawiązaniach do greckiej stylistyki w kreacji postaci mnie się akurat podoba (a i żarciki z Disneyowskich dzieciaczków i zwierzątek wychodzą efektownie). Z dającymi się lubić bohaterami (i bohaterkami, nieprzypadkowo Megara zwykle ląduje na mnóstwie list najfajniejszych Disneyowskich bohaterek), efektownymi piosenkami i stosunkowo skomplikowaną fabułą Herkules jest filmem, moim zdaniem, zdecydowanie godnym polecenia widzom i docelowym, i trochę starszym. 

sobota, 18 marca 2017

... kiedy fantastyka jest kobietą. Kiedy piszą ją kobiety, a ja sięgam i polecam i podpowiadam, że wedle mojego własnego gustu, z miliona powodów, warto.

 


Przywoływana przeze mnie w poprzednim wpisie lista była subiektywna i, jak dla mnie, niepełna - zabrakło mi na niej paru tekstów i autorek, które IMHO zdecydowanie powinny się tam były znaleźć; w oczywisty też sposób nie uwzględniała prozy polskiej. Postanowiłam się ergo wypowiedzieć sama i dołożyć kolejne 33 teksty autorek, które WARTO poznać, z miliona różnych powodów.

W zasadzie jest przewidziany jeden tekst na autorkę i liczą się tylko te dzieła, których nie ma na poprzedniej liście - wyjątkiem są sytuacje, kiedy ktoś (jak np. Le Guin) ma w dorobku nie uwzględnione w poprzednim wpisie ważne teksty w mocno odmiennych gatunkach lub cykl plus ważną rzecz spoza tegoż.

Dobór całkowicie indywidualny. Podkreślę może jeden fakt: to nie jest Lista Samych Arcydzieł, absolutnie nie - to jest lista rzeczy, często obarczonych takimi czy innymi wadami, często niedoskonałych, po które IMHO warto sięgnąć, z bardzo wielu powodów. Część znalazła się w jakimś takim czy innym kanonie, część to rzeczy znaczące dla gatunku/-ów w obrębie fantastyki, część jest charakterystyczna dla jakiegoś zjawiska/momentu/mody literackiej... 

A, i jeszcze jedno: OCZYWIŚCIE, że tu brakuje znaczących postaci i nazwisk z ostatnich lat (i nie tylko). To nie dlatego, że ich nie cenię - to dlatego, że dopiero nadrabiam literackie braki z ostatnich lat (i nie tylko).

Układ nazwisk, jak pewnie widać od razu, alfabetyczny.

 

1. Joan Aiken, The Wolves of Willoughby Chase

Generalnie, na tej liście jest sporo prozy, powiedzmy, YA i dziecięcej, a Aiken to jedna z jej mistrzyń i prekursorek. Tej historii o dwóch kuzynkach i złej rodzinie bliżej chwilami do powieści obyczajowej i przede wszystkim przygodowej, ale elementy historii alternatywnej pozwalają wrzucić ją do pojemnej szufladki z podpisem "fantastyka".

2. Elizabeth Bear, Carnival

Bardzo, bardzo tę powieść cenię, zdecydowanie najbardziej z całej twórczości autorki. Bear udało się stworzyć tu z jednej strony kontynuację, dyskusję i polemikę z klasycznymi tekstami Joanny Russ, z drugiej - napisać konsekwentną i pomysłową space operę z elementami antyutopii i z przekonującymi, wiarygodnymi postaciami.

3. Pat Cadigan, Mindplayers albo Synners

Któraś z dwóch, bo pierwsza IMHO ciekawsza, druga (jako Wgrzesznicy) dostępna dla polskiego czytelnika. Żeby było widać, że kobiety umieją (i umiały od początku, Cadigan to jedna z matek założycielek tego podgatunku) w cyberpunk.?

4. J. C. Cherryh, Downbelow Station

Bo, hmm, mało autorek ma nagrodę Grand Master, prawda? Plus, bo to jest jedna z tych klasycznych autorek SF, które warto znać choćby ze względu na ich rolę w historii gatunku.

5. Susan Cooper, The Dark is Rising

Znowu jesteśmy w rejonach literatury dziecięcej/YA (bo akurat przy tej powieści trudno rozdzielić). Nastrojowy, bardzo brytyjski i odwołujący się twórczo do mniej znanych aspektów legend arturiańskich cykl Cooper o współczesnych angielskich dzieciakach, przed których oczyma coś się zmienia w świecie, moim zdaniem zdecydowanie warto przeczytać.?

6. Celia S. Friedman, The Coldfire Trilogy

Oj no to jest jedna z ulubionych autorek na tym blogu. Bo pisze połączenie SF i fantasy, które do mnie przemówiło. Bo ma ciekawe postacie i twórcze pomysły na świat. Bo oczywiście, że do jej powieści można mieć uwagi, ale chyba bym się czuła jak ostatni  zdrajca (zdrajca, po trzykroć zdrajca), gdybym jej nie uwzględniła.?

7. Kate Griffin, The Madness of Angels

Prawie-najnowsza na tej liście (jak chodzi o moment przeczytania przeze mnie, nie publikacji); za fakt, że mamy do czynienia z niesztampową i pomysłową urban fantasy, napisaną efektownym, odważnym językowo stylem.?

8. Barbara Hambly, Those Who Hunt the Night

Zanim zaczęła się moda na paranormal romance i na kryminalne urban fantasy o zbrodniach w miastach pełnych elfów i wampirów, Barbara Hambly napisała najciekawszą, IMHO, taką powieść: z ciekawymi, nieszablonowymi postaciami, z ujęciem postaci wampira tradycyjnym, ale nie przesłodzonym i nie naiwnie uromantycznionym (acz uromantycznionym, nie oszukujmy się), z ciekawą sprawą, umieszczoną w międzywojennej Brytanii. Bardzo polecam.

9. Laurell K. Hamilton, Guilty Pleasures

Tytuł... hmm, pasuje. Zanim powieści Hamilton stały się eposami o seksie jej superbohaterki ze wszystkim dookoła, były, przynajmniej w pierwszych odsłonach, sympatycznymi i bezpretensjonalnymi kryminałkami o urodziwej pogromczyni wampirów-nekromantce-królowej -łaków wszelkiego rodzaju. Hamilton możemy współwinić za wszechobecne trójkąty miłosne ona-wampir-wilkołak, ale także za popularność pewnego typu bohaterki tego rodzaju urban fantasy - nie byłoby bez niej choćby Dory Wilk, znanej z powieści Anety Jadowskiej.

10. Ginn Hale, Wicked Gentlemen

O, to jest ta najnowsza (w sensie - ledwie co przeczytana) rzecz na mojej liście. I OK, mnie osobiście drugie z dwóch opowiadań, tworzących tę 'powieść', czytało się jak modelowe fanfikowe opko - angst, cierpienie, piękny, udręczony i leczący się z (indukowanego w czasie tortur przez Inkwizycję, jakżeby inaczej) uzależnienia skrzydlaty demon, który zakazaną i namiętną miłością kocha (ze wzajemnością) przystojnego a mrocznego inkwizytora,  ale żaden z nich nie chce przyznać, że łączy ich cokolwiek poza ognistym seksem, wszystko to przy tym opisane prostą trzecioosobową narracją z punktu widzenia inkwizytora. Ale pierwsze, gdzie narratorem jest rzeczony demon (narrator mocno niewiarygodny), więcej jest elementów tworzenia świata, więcej nastroju, a do tego dodana jest całkiem sprawna intryga kryminalna - o, pierwsze mnie wciągnęło. Tekst Hale, summa summarum, podobał mi się chyba najbardziej z całej tej fali takich post-fanfikowych, emocjonalnych, skupionych na erotyce powieści (urban?) fantasy, w rodzaju Sary Monette i jej podobnych.  

11. Nancy Kress, Beggars in Spain

Nancy Kress to jedna z chyba ważniejszych autorek powiedzmy-SF, a Żebracy.. to jedna z jej głośniejszych powieści - punktem wyjścia jest tu jednak zdecydowanie bardziej socjologia niż nauki ścisłe. Co by było, gdybyśmy nagle musieli rywalizować z naszymi dziećmi, które... nie muszą spać? Jak by się to odbiło na społeczeństwie, ekonomii, życiu codziennym? I czy/jak bardzo nasza chęć realizowania się jako jednostki powinna być nadrzędna wobec wymagań życia społecznego?

12. Ellen Kushner, Thomas the Rhymer

Jedna powieść Kushner jest na oryginalnej liście, która zainspirowała ten wpis - dorzucam drugą, jej retelling klasycznej ballady. Razem z Through a Brazen Mirror Delii Sherman pokazują one, jak współczesna fantasy potrafi adaptować ludową tradycję i poezję do swoich celów.     

13. Ursula K. Le Guin, Lewa ręka ciemności

14. Ursula K. Le Guin, Czarnoksiężnik z Archipelagu

Serio, przy tych dwóch tytułach chyba każdy komentarz jest zbędny. Są, bo tak, bo trudno, żeby ich nie było.

15. Lois MacMaster Bujold, The Curse of Chalion

Mnie się podobało, bez jakiegoś szczególnego zachwytu, i nie skusiłam się, jak dotąd, na lekturę sequela, ale wysokie miejsce, jakie ta powieść ma na większości list najlepszych tekstów fantasy ostatnich lat sugeruje, że może warto samemu wyrobić sobie opinię.

16. Andre Norton, Witchworld

Klasyka powieści fantastyczno-przygodowej, planowanej raczej dla młodego czytelnika. Zestarzało się, ale poznać IMHO chyba warto.

17. Anne Rice, The Interview with a Vampire

Ech. No klasyka, odpowiedzialna pośrednio za szał na wizerunek pięknych, udręczonych i seksownych wampirów (ci u Rice są oczywiście bardziej niegrzeczni, niż ci w paranormal romance). NIE ZNOSZĘ tej powieści, ale nie żałuję, że poświęciłam czas na jej przeczytanie.

18. Melissa Scott, A Choice of Destinies

To może być najmniej znany tekst na tej liście - ale jest to też udany, szalenie konsekwentny i przemyślany przykład powieści z gatunku alternative history: Melissa Scott, doktor historii, napisała nam książkę o alternatywnej wersji wyprawy Aleksandra Wielkiego i o jego wojnie w Rzymem, i ja się  nie uczepiłam niewiarygodnych detali!  

19. Johanna Sinisalo, Troll: A Love Story

Prawie dziesięć lat później napisałabym pewnie tę recenzję z linku nieco inaczej, ale poczucie, że Sinisalo udało się zrobić coś inaczej, niż zwykle w fantasy, pewnie by mi zostało. Plus, zawsze warto zajrzeć, co się dzieje w europejskiej fantastyce poza anglojęzycznym kręgiem.  

20. Delia Sherman, Through a Brazen Mirror

Smutna, pomysłowa, oryginalna w swojej kreacji postaci powieść-retelling klasycznej ballady.

21. Jo Walton, Farthing albo Tooth and Claw (UWAGA: nie czytałam Among Others)

Ja mam zawsze jakieś ale do powieści Walton, ale nie na tyle, by nie sięgnąć po kolejną. Tu, ponieważ nie znam tej chyba w ostatnich latach najgłośniejszej, sugerowałabym jedną z dwóch: albo jej kryminał a la Agatha Christie, ale w Europie, w której Hitler zwyciężył (element rozczarowujący - postacie pozytywne, wyjęte z kontekstu i myślące jak dwudziestopierwszowieczni lewicujący intelektualiści) albo Tooth and Claw, jej dziwaczną fantasy of manners ze smokami jako główną rasą inteligentną w świecie a la wiktoriańska Anglia (element rozczarowujący - nieco, hmmm, wydumane). 

22. Isabeau Wilce, Flora Segunda

Wyjątkowo przeze mnie lubiana, pomysłowa i oryginalna powieść YA, z oryginalną bohaterką i ciekawie pomyślanym światem fantasy.  

23. Patricia Wrede, Caroline Stevermer, Sorcery and Cecelia

To jest, że się powtórzę, powieść jak czekolada z pianką - słodka, urocza, lekka i idealna na zimny dzień. Panie, panowie, dwór, sezon, panny, mała przyszła królowa Wiktoria i magia. I czajniczek. 

 

 

A teraz... autorki polskie, dopełniające tę listę do pełnych trzydziestu trzech. Czy są, w skali całego gatunku, tak samo wpływowe i znaczące, jak te powyżej? No nie, oczywiście, że nie. Ale też nikt nie zakładał, że to ma być Lista Największych Arcydzieł i Najlepiej Się Sprzedających Książek Fantastycznych Napisanych Przez Kobiety; co najwyżej - kawałek subiektywnej listy tego, do czego warto zajrzeć i zobaczyć, jak działa. Ergo, dodałam dziesięć polskich tekstów, z której to listy jedna pozycja będzie pewnie, hmm, dyskusyjna - pozwoliłam sobie ją tu umieścić z czysto sentymentalnych, prywatnych powodów.


24. Ewa Białołęcka, Tkacz Iluzji, Naznaczeni błękitem

To nie całkiem jest mój typ fantasy, ale to jest autorka dla polskiej fantastyka tak znacząca i ważna, że dobrze by ją było znać.

25. Anna Borkowska, Gar'Ingawi Wyspa Szczęśliwa

Pierwszy chyba polski tekst fantasy, w sensie gatunkowym, do dziś nie tracący literackich wartości. Chyba starczy za rekomendację.

26. Anna Brzezińska, Wody głębokie jak niebo

27. Anna Brzezińska, Zbójecki gościniec/Plewy na wietrze

Ta pierwsza mnie zachwyciła, ta druga jest częścią jednego z najważniejszych polskich cykli fantasy, wyróżnia się przy tym i stylistycznie, i gatunkowo na tle pozostałych.

28. Aleksandra Janusz-Kamińska, Asystent czarodziejki/Utracona Bretania

Za bycie nową jakością w polskiej fantasy, wprowadzenie do niej nieco innych postaci, innej tematyki i - także - innych dla fantasy inspiracji.

29. Anna Kańtoch, Czarne

Za oryginalność stylistycznego i fabularnego konceptu, i za konsekwencję w jego stosowaniu. Efektem jest powieść niejednoznaczna, niekoniecznie łatwa w odbiorze, wymagająca, ale też satysfakcjonująca, otwarta na wiele możliwych interpretacji.

30. Marta Kisiel, Dożywocie

Bo Marta Kisiel jest humorystycznym odpowiednikiem Sapkowskiego (tego z opowiadań): potrafi łączyć lekkie, parodystyczne chwilami historyjki z nienachalnie sugerowanymi poważnymi tematami, błyskotliwie posługuje się polszczyzną i doskonale się ją czyta. 

31. Małgorzata Kondas, Spór o czarownice i Julia Nidecka, Goniący za słońcem

No to jest ten raczej nieprzewidywalny i nietypowy element: teksty dwóch trochę zapomnianych polskich pisarek SF z lat 80., IMHO warte przypomnienia. 

32. Magdalena Kozak, Nocarz

No więc ja tej książki nie lubię. Znudziła mnie i koncepcyjnie (stroną wampiryczną, jak z Wampira:Maskarady) i językowo. Niemniej - to był swego czasu cykl szalenie popularny i chętnie czytany, w polskiej fantastyce pisanej przez panie pewien kamień milowy i rzecz, która chyba choćby z tego względu zasługuje na poznanie.  

33. Olga Tokarczuk, Księgi Jakubowe

Bo skoro w oryginalnej liście są Atwood, Allende i Lessing, to w zasadzie czemu nie dać tu traktującej motywy fantastyczne w podobny sposób - jako pewne narzędzie literackie - Olgi Tokarczuk. To jest oczywiście ten moment, kiedy powinnam przyznać się szczerze, że nie lubię prozy Tokarczuk: nie trafia do mnie, jest ewidentnie pisana dla innego, niż ja czytelnika; to jednak nie pozwala odmówić jej a) znaczenia (bo jest nagradzana, często czytana, obecna w życiu literackim, b) miejsca na tej liście, choćby dla zobaczenia, jak zaliczana do artystycznego mainstreamu autorka posługuje się konwencjami fantastycznymi. Wybieram Księgi Jakubowe, choć pewnie spasowałyby tu i inne jej powieści - ta jest dlatego, że jej zestawienie z Domem dusz Allende pozwala zobaczyć, jak inaczej obie autorki bardzo podobną rzecz - umieszczają elementy fantastyczne w powieści mającej charakter sagi rodzinnej, a odwołującej się, w metodzie pisarskiej, do realizmu magicznego.

OK. Mamy 33 z oryginalnej listy i 33 tu zamieszczone - może by następne 33 ułożyć wspólnie, w komentarzach?

wtorek, 14 marca 2017

Dzisiejszy wpis sponsoruje cudza notka i pytanie o nią w mojej ulubionej polecankowej grupie na fejsbuku.

 

 

Ponieważ komuś przyszło do głowy lista stu ważnych i godnych przeczytania tekstów fantastycznych, napisanych przez kobiety, to mnie, jak zwykle w takie sytuacji, przyszło do głowy, by z taką listą się skonfrontować: zobaczyć, ile czytałam, sprawdzić, co bym zmieniła lub dorzuciła, oburzyć się o decyzje układającego... A więc proszę bardzo, oto część I mojej opinii: lista 31 (plus dwie w trakcie lektury) powieści z listy w powyższego linku, tych, które czytałam, z moimi bardzo krótkimi komentarzami. Lista jest niedoskonała (jakim cudem nie ma na niej Anne Rice?), ale stanowi, moim zdaniem, ciekawy temat do dyskusji.


Że te komentarze są osobiste i odzwierciedlają wyłącznie moje własne czytelnicze preferencje, to chyba nie muszę dodawać?

Linki w tytułach są do moich wcześniejszych recenzji z danej powieści, jeżeli akurat taką napisałam.
 

1. Ancillary Justice, Ann Leckie

Hmmm, mam wrażenie, że każdy, kto rozmawiał ze mną o SF w ciągu ostatnich dwóch lat, będzie wiedział, że uważam trylogię Leckie za arcydzieło - przede wszystkim ze względu na to, jak odnawia ona klasyczne tropy space opery i jak przełamuje konwencje językowe (i jak używa Rzymu jako modelu do budowy imperium, ale ciiii).


2. Assassin's Apprentice, Robin Hobb

To nie jest moja ulubiona powieść, ale czy warto? Oczywiście, że warto, choćby ze względu na klasyczność już obecnie tej powieści.

3. The Bloody Chamber, Angela Carter

Bardzo tak, choćby ze względu na mistrzostwo prozy Carter.

4. Daughter of the Blood, Anne Bishop

Hmmm, nie. Proza Bishop ma, IMHO, pewne zalety, a autorce nie można też odmówić pomysłowości, ale wady (melodramatyczność, zamiłowanie do bezsensownego okrucieństwa, przesadzona w idealizacji kreacja bohaterki) moim zdaniem przewyższają zalety.

5. Dead Until Dark, Charlaine Harris

Jak dla mnie - nie. Nie, nie, nie. Nie mój gatunek, nie mój styl, nie mogę postaci. Nie.

6. Deathless, Catherynne M. Valente

Lubię, choć pewnie wybrałam do tego zestawu The Orphan's Tales - ze względu na szalony, bogaty, pokrętny język i na budowanie przez Valente świata.

7. The Dispossessed, Ursula K. Le Guin

No pewnie, że tak. I w ogóle, na litość, tu powinny być jeszcze co najmniej dwa jej teksty, Czarnoksiężnik z Archipelagu i Lewa ręka ciemności. Która, dla mnie, jest jednym z najważniejszych tekstów literackich XX wieku.

8. Doomsday Book, Connie Willis

Lubię, acz do zestawu bym pewnie dała Nie licząc psa. Za poczucie humoru, za umiejętność pisania o sprawach mocno codziennych i za ich twórcze wplatanie w opowieści SF. 

9. Dragonflight, Anne McCaffrey

Ech. No klasyka. Nudna, IMHO, i mocno już nieaktualna klasyka, a moja natura filologa mówi, że jak klasyka, to warto. Nie wiem, czy bym nie wolała w zestawie Pieśni kryształu.

10. The Forgotten Beasts of Eld, Patricia A. McKillip

No co ja mogę powiedzieć? Andrzej Sapkowski polecał, to przeczytałam, nic nie pamiętam.

11. Frankenstein, Mary Shelley

Must read, serio, chyba nie wymaga komentarza.

12. The Handmaid's Tale, Margaret Atwood

No i to jest ten moment, kiedy mówię, że nie trafia do mnie osobiście, jako do czytelniczki, proza Margaret Atwood. Niemniej, warto, bo osobisty gust to jedno, a fakt, że mamy do czynienia z powieścią o sporym znaczeniu hmm, kulturowym, to zupełnie osobna sprawa. Może człowiek nie polubi, ale znać warto. 

13. Harry Potter and the Sorcerer's Stone, J.K. Rowling

Znacie kogoś, kto lubi fantastykę i nie zna? (w sensie: nie kojarzy fenomenu)? Warto choćby w celach poznawczych.

14. His Majesty's Dragon, Naomi Novik

Bardzo lubię. Novik, w odróżnieniu od piszącej o tej samej epoce Susanny Clarke,  nie próbuje zrobić nic nowego ani zrewolucjonizować fantasy: w zamian pisze nam inteligentną, sympatyczna, regencyjną wojenno-obyczajową fantasy o ludziach i smokach.

15. The House of the Spirits, Isabel Allende

Dawno, dawno temu bardzo mi się podobało, ale nie jestem pewna, czy tak samo bym zareagowała dzisiaj; trzeba lubić stylistykę wywodzącą się z realizmu magicznego i rodzinne sagi, żeby docenić tę powieść.

16. Howl's Moving Castle, Diana Wynne Jones

Hmm. Może bym wybrała którąś inną z jej powieści, ale jakiś tekst Diany Wynn Jones zdecydowanie powinien na tej liście być, choćby ze względu na to, jaka wpływowa i znacząca to jest autorka.

17. The Hunger Games, Suzanne Collins

Pewnie, że tak - od szalonego sukcesu powieści Collins zaczęła się moda na młodzieżowe antyutopie (nader często o dziewczynach jako głównych bohaterkach) i choćby dlatego warto, IMHO, znać ten tekst.

18. Inkheart, Cornelia Funke

To jest IMHO sympatyczna powieść i tak jak bym się nie upierała, że koniecznie ją trzeba przeczytać, tak generalnie wspominam ją miło.

19. Jonathan Strange and Mr. Norrell, Susanna Clarke

Dzisiaj bym tę recenzję, którą linkuję, napisała nieco inaczej, ale jedno by się nie zmieniło: moja niezwykle wysoka ocena powieści Clarke. Uważam ją za arcydzieło fantasy - tam, gdzie wybierająca podobną epokę i częściowo podobne koncepty Naomi Novik pisze uroczą i pomysłową powieść fantasy, Clarke wchodzi odważnie na nowe terytoria i robi coś własnego, oryginalnego i pomysłowego - i za książkę wartą włożenia wysiłku i uwagi, jakiej jej lektura, zwłaszcza w oryginale, wymaga.

20. Kushiel's Dart, Jacqueline Carey

Warto? Hmmm, to zależy, czy lubicie czytać o dosłownie i naaaaader detalicznie opisanym acz mocno uromantycznionym seksie. Bohaterka seks uprawia z każdym, kto zechce - mężczyznami, kobietami, chętnymi, libertynami, rycerzami-zakonnikami, którzy ślubowali czystość, dowolnymi zestawami osób płci i orientacji dowolnej jednocześnie - a zechce oczywiście każdy, bo bohaterka to hiper-bogini seksu, stworzona przez bogów, by czerpać absolutną rozkosz z cierpienia i bólu. Serio, po lekturze Carey Pięćdziesiąt twarzy Greya nie będzie ani odważne, ani romantyczne - Carey ma i seksu, i sado-maso, i słodkiego romantyzmu o jakieś 1100% więcej.
Ma też momentami fajne postacie i koncepty, nie żeby tylko seks. Ja mam z jej powieścią pewien problem, ale to chyba nie miejsce na jego dyskutowanie....

21. Luck in the Shadows, Lynn Flewelling

Ja osobiście nie za bardzo (za schematycznie-fantasy jest dla mnie ta powieść w warstwie fabularnej), ale mogę bez problemu zrozumieć, za co mnóstwo ludzi naprawdę lubi tę historię o magii, szpiegach, polityce i romansie niekoniecznie hetero.

22. Magic for Beginners, Kelly Link

Ja bardzo, bardzo lubię, po części za talent autorki do konstruowania krótkich, błyskotliwie pomyślanych i skonstruowanych opowiadań, po części za jej lekkie pióro i językową pomysłowość.

23. The Mists of Avalon, Marion Zimmer Bradley

Ech, no mam problem z tą powieścią, bo jej nie lubię. Doceniam ważność, i pomysł, i inną perspektywę na mit arturiański i w ogóle i wszystko, a nie lubię, serdecznie i z całego serca, od pierwszego przeczytania.

24. My Soul to Keep, Tananarive Due

A tę z kolei lubię bardzo i uważam, obok Fangland Johna Marksa, za najciekawsze i najorynalniejsze przetworzenie (na serio, nie pastiszowo, nie w parodii) motywu Draculi w literaturze fantastycznej ostatnich lat. 

25. Parable of the Sower, Octavia Butler

Hmmm, ta powieść - trochę antyutopia, trochę utopia, trochę traktat o końcu świata i początku nowej religii - podoba mi się bardziej z każdą kolejną lekturą.

26. Shards of Honor, Lois McMaster Bujold

OK, pora się przyznać: pierwszy chronologicznie tom sagi o Vorkosiganach to jest mój odpowiednik comfort food. Nie analizuję, nie oceniam, tylko wracam średnio raz na 2-3 lata (i, nie śmiejcie się, wcale nie czytałam jeszcze wszystkich powieści z tego cyklu; to do tej wracam i wracam).

27. The Snow Queen, Joan D. Vinge

Jak czytałam jakoś w 1993 (rok pierwszego polskiego wydania), to mi się zdecydowanie podobało, choć już wtedy na wielka, epicka, SF przeróbka Królowej śniegu wydawała mi się lekko, hmmm, pretensjonalna. Przy kolejnej lekturze wrażenie pretensjonalności narastało.

28. The Sparrow, Mary Doria Russell

To jest... cholernie intrygujące. Dziwaczne, ponure, intrygujące. Chyba będę chciała przeczytać jeszcze raz.

29. Swordspoint, Ellen Kushner

Szybkie wyszukiwanie podpowiada, że nie mam recenzji ze Swordpoint, choć mam ze wszystkich pozostałych tekstów z cyklu (poza najnowszymi); no więc na szybko, tak, warto, polecam, to jest fantasy inaczej, z minimum magii i mnóstwem awanturniczej fabuły (szermierze, spiski, intrygi, rodowe zemsty!) w nieoczywistym, fantastycznie zaplanowanym i przemyślanym świecie i z fascynującymi (no, czasami paskudnymi) bohaterami.

30. War for the Oaks, Emma Bull

Jak nie przepadam jakoś szaleńczo za urban fantasy, tak tę powieść wspominam miło (ale jakby miała dać moją ulubioną powieść Emmy Bull, to bym dała Bone Dance).

31. We Have Always Lived in the Castle, Shirley Jackson

Znaczy, ja bym wybrała The Haunting of the Hill House, ale i tak warto, bo Jackson to mistrzyni subtelnej grozy.

 

Byłoby 33 licząc dwie książki z listy, które właśnie zaczynam czytać (Killing moon N. K. Jemisin i A Stranger in Olondriai Sofii Samatar), ale nie mam jeszcze, niestety, możliwości się o nich wypowiedzieć. 


W następnym odcinku: kolejne 33 propozycje, tym razem - moje, brakujące na proponowanej liście; w tym - polskie!

Zapisz

Zapisz

czwartek, 09 marca 2017

Ciąg dalszy poprzedniego wpisu, za długiego dla bloxa


Anna Milder, pierwsza Leonora/Fidelio

 

7. Leonora (2)

KIM JEST? Leonora to mocno popularne imię dla operowych bohaterek. Ta, dla odmiany, jest zupełnie inna od tej poprzedniej. 
Leonora, występująca przez większą część akcji jako Fidelio, jest główną bohaterką jedynej ukończonej opery Beethovena (z mocno skomplikowaną historią libretta; 1814).
Florestan, ukochany mąż Leonory, został wtrącony do więzienia przez tyrana; Leonora, udając chłopaka imieniem Fidelio, zatrudniła się w domu strażnika więziennego i czeka na okazję, by uratować ukochanego i obnażyć korupcję złego arystokraty Pizarra; musi tylko jakoś radzić sobie z faktem, że w Fideliu zakochała się córka pracodawcy i uwzględnić fakt, że Pizarro kazał po cichu zagłodzić jej męża na śmierć. Jej główną szansą jest fakt, że więzienie ma poddać inspekcji wysokiej rangi polityk, którego uczciwość jest powszechnie znana i gdyby tylko znalazł się jakiś odważny whistleblower, który ujawniłby korupcję Pizarra...

KIM MOGŁABY BYĆ? Come on, czego w tej historii nie kochać? Sekrety, przebieranki, dramaty, korupcja, polityka, smutna historia dziewczyny, która myślała, że zakochuje się w chłopaku, a nieświadomie wybrała przebraną za chłopaka kobietę, aktywizm, korupcja.... czy mówiłam o polityce?

 

Eugenia Tadolini jako Adina

 


8. Norina/ Adina

KIM SĄ? A tu, dla odmiany, dwie panie, bo się nie mogłam zdecydować. Obie z komicznych oper belcantowych Gaetana Donizettiego - Adina z Napoju miłosnego (1832, libretto Felice Romaniego), Norina z opery Don Pasquale (1843, libretto napisane przez Giovanniego Rufiniego i przerobione nieco przez kompozytora).
Adina jest właścicielką i zarządczynią majątku ziemskiego w Italii, obrotną i energiczną, za którą snuje się jak cień miły, niepozbierany i zadurzony po uszy wieśniak Nemorino. Adina zmusza go, by zrobił coś ze swoim życiem, dzieje się mnóstwo zabawnych rzeczy, po czym do naszej  bohaterki dociera, że jednak kocha tego niedojdę, happy end. Norina ma nieco podobnie - jest zakochaną w mocno niezorganizowanym młodzieńcu energiczną wdówką, której energia i zmysł praktyczny zostają zaprzęgnięte w służbę zadania na pozór niemożliwego: trzeba mianowicie przekonać tytułowego pana Pasquale - upartego starszego pana, wuja jej ukochanego - by a) pozwolił im na ślub, b) odstąpił od własnych niewczesnych matrymonialnych planów... Przy pomocy obrotnego przyjaciela, doktora Malatesty, Norina przystępuje więc do realizacji planu pt. "Obrzydzanie małżeństwa" i jako rzekoma Sofronia, dziewica ledwie wypuszczona z klasztoru, "wydaje się" za don Pasquala i - grając najbardziej na świecie stereotypową, kłótliwą, histeryczną, interesowną i wydającą za dużo pieniędzy żoneczkę - zaczyn starannie zamieniać jego życie w piekło... 
KIM MOGŁYBY BYĆ? I Adina, i Norona to komiczne archetypy silnych i sprytnych kobiet, które zrobią wszystko dla miłości i bez których ich niepozbierani, nieżyciowi, romantyczni i niedojdowaci ukochani w życiu by sobie nie poradzili. Można z tym archetypem zrobić mnóstwo naprawdę ciekawych rzeczy, od potraktowania go wprost (całkowicie mogę sobie wyobrazić działający partnerski związek takiej pary, z którym każde odnajduje realizację jakichś swoich potrzeb!) po całkowite postawienie na głowie (jakie one w końcu mają motywację - może np. Adina woli męża z niższych sfer, albo np. woli człowieka, który pozostawi w jej rękach zarządzanie majątkiem...)?

 

Giulia Grisi, oryginalna Norina (i, skądinąd, także oryginalna Adalgisa, której za moment),
już w czasach, kiedy zakończyła karierę (ona też miała niesamowite życie!)

 


Aloysia Weber, jedna ze szwagierek Mozarta,
śpiewaczka, oryginalna Donna Anna

9. Donna Anna

KIM JEST? Jedną z trzech kobiet uwiedzionych (wrócimy do tego) przez don Giovanniego w libretcie Lorenza da Ponte, napisanym do operowego arcydzieła Mozarta (1787).
Donna Anna jest córką Komandora, ewidentnie od dłuższego czasu zaręczoną z bezpiecznie nudnym don Ottawiem. Don Giovanni zakrada się do jej sypialni, rzekomo udając narzeczonego; Anna usiłuje go wypędzić. Na to wszystko wpada jej ojciec i w pojedynku, który się wywiązuje, don Giovanni go zabija. Od tej pory Anna przysięga zabójcy zemstę, do której zmusza także narzeczonego... 

KIM MOGŁABY BYĆ? Anna jest bezlitosna i uparta i jako postać, bardzo wszechstronna. Można z jej interpretacją pójść w bardzo różnym kierunku: od dziewczyny, która mści się na gwałcicielu (don Giovanni, który zakradł się do jej sypialni), przez taką, która ma z różnych powodów obsesję na punkcie ojca i honoru rodziny (lubiłabym ideę Anny jako dziewczyny z mafii, żeńskiej wersji Michaela Corleone, ale Anna z kompleksem Elektry też by mogła wyjść), przez kobietę, która popełnia fatalny błąd flirtowania z don Giovannim, bo usiłuje uciec od nudnej i stabilnej przyszłości z Ottawiem... a to tylko pomysły na pierwszy rzut oka!

Giuditta Pasta, legendarna śpiewaczka,
pierwsza wykonawczyni roli Normy

10. Norma

KIM JEST? Główną i tytułową bohaterką opery Vincenza Belliniego z librettem wspomnianego już wcześniej Felice Romaniego; 1831).
Norma jest kobietą w wieku, jak na owe czasy, średnim. Jako kapłanka-dziewica od dawna służyła swemu celtyckiemu ludowi, stanowiąc filar władzy swojego ojca-druida, Orovesa. Nikt nie wie, że Norma dawno złamała śluby czystości i że z kochankiem Pollionem, wodzem znienawidzonych rzymskich najeźdźców, ma dwoje dzieci... Norma żyje już od dawna z ciężarem tego zabójczego sekretu - a tymczasem Pollione, kolejny operowy superbuc, ma jej dość: zadurzył się w młodszej z kapłanek, uczennicy i przyjaciółce Normy, Adalgisie, i chce z nią uciekać do Rzymu...  W tej sytuacji Normie pozostaje tylko rozważać ekstremalne rozwiązania. Zabić dzieci? Zabić Polliona? Wywołać wojnę? Zabić samą siebie?

KIM MOGŁABY BYĆ? Yup, historia opowiedziana w Normie nie jest, literacko, najlepiej napisana, ale postać tej dojrzałej kobiety, obciążonej wielką odpowiedzialnością i sekretem, który musi dźwigać sama, uwikłanej w politykę i religię, związanej przy tym szczerą przyjaźnią (graniczącą niemal z zakochaniem momentami :) ) z Adalgisą ma spory potencjał. Tym bardziej jest ciekawa, że można tu pójść w mnóstwo stron, eksplorując polityczną rolę Normy, jej uwikłania religijno-rodzinne, kwestie zdrady i lojalności wobec własnego ludu, macierzyństwa, odpowiedzialności za Adalgisę i uczuć wobec niej, wreszcie - upartej, zawiedzionej, a jednak trwającej miłości do Polliona...

 

Jeszcze jedna legendarna dziewiętnastowieczna śpiewaczka,
Maria Malibran, w roli Normy

 

Mam nadzieję, że przynajmniej jedna osoba doczytała do tego miejsca i że przynajmniej któraś z postaci i ich historii okazała się inspirująca.... 

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Pamiętacie, jak dawno, dawno temu napisałam wpis o księżniczkach? W którym podrzucałam poszukującym autorom pomysły, jakie to postacie historyczne mogliby sobie pożyczyć do swoich literackich pomysłów? Otóż powiem szczerze - bardzo mi się miło tamten wpis pisało. Na tyle miło, że postanowiłam dzisiaj napisać do niego kolejny nieoficjalny sequel i zaproponować  kilka innych postaci, które mogłyby być... inspirujące. Tyle że tym razem nie będziemy mieć historycznych księżniczek - tym razem będziemy mieć panie operowe. 

Oryginalny poster do Turandot

Opera jako gatunek (tak muzycznie, jak tekstowo, jak i teatralnie) rządzi się własnymi prawami, na tyle charakterystycznymi, że łatwymi do wykpienia i sparodiowania - jak macie ochotę na wersję napisaną ze sporą miłością do tematu, zawsze warto zajrzeć do Maskerade Pratchetta. I oczywiście - jako że nie jestem muzykologiem i jako że  to jest radosny wpis blogowy, a nie naukowy tekst o konwencjach gatunkowych libretta - nie spodziewajcie się tutaj głębokich analiz, dyskusji z historycznymi interpretacjami czy pogłębionych propozycji odczytań poszczególnych przywołanych tu operowych historii. Nie, ta bajka nie jest o tym. Ta bajka jest o operowych bohaterkach (a jak chcecie companion piece o bohaterach, to proszę o uwagi w komentarzach). Moim celem jest tu przy tym nie tyle i nie tylko przedstawienie ich historii tak, jak jest ona ujęta w operowym pierwowzorze (skądinąd uwaga: nawet jeżeli dana opera _ma_ pierwowzór literacki, dramatyczny etc., to dla potrzeb tego tekstu to wersję operową traktuję jako podstawową).  

Rozprawmy się tu może z jednym mitem: mitem mianowicie dotyczącym rzekomej idiotyczności operowych librett. Idea, że pięknej i wysublimowanej muzyce często odpowiadają banalne i histerycznie melodramatyczne libretta jest bardzo głęboko zakorzeniony - i, cóż, czasami prawdziwy (będziemy mieć taki casus, oj będziemy...). Niemniej, to, że rzeczywiście zdarzają w operze literacko słabiutkie libretta z nieprawdopodobnymi i boleśnie schematycznymi postaciami nie oznacza, że wszystkie takie są - zresztą, na to zjawisko też będziemy mieć przykłady w poniższym wpisie.

Pozostaje jeszcze pytanie - po co jest ten wpis? Ano, jest to wpis napisany przez osobę lubiącą retellingi i fanfiki, a jednocześnie - czytającą sporo rozmaitego sortu fikcji, w tym - fantastyki; lubiącą operę (więc jak kogoś skusi posłuchanie któregoś z tu zaproponowanych dzieł, to yay!). A może dla kogoś, dla autora w poszukiwaniu postaci na przykład, będzie to jakaś inspiracja.

Od razu dodam jeszcze jedno: to jest wpis blogowy, nie artykuł naukowy. Kto zechce tu w części opisowej szukać głębokich interpretacji, polemik z tradycją i dyskusji naukowej - ciężko się rozczaruje. Podobnie zresztą z częścią "interpretacyjną", czy raczej "sugerującą" - tu z kolei absolutnie nie chcę mówić, że to, co wymyślam, mogłoby na przykład przyjść do głowy oryginalnym autorom albo co muzykolodzy/badacze librett uznaliby za uprawomocnioną sugestiami z tekstu oryginalnego interpretacje... Nie podpowiadam tu przecież tematów uczonym - raczej sugeruję wielbicielom retellingów wspólną zabawę.

 

Rosa Raisa, oryginalna wykonawczyni roli Turandot

 

1. Turandot

KIM JEST? Zapożyczoną z baśni (a summa summarum z perskiego poematu Nizamiego) bohaterką niedokończonej opery Giacomo Pucciniego z librettem, którego autorami są Giuseppe Adami i Renato Simoni (premiera 1926).?
Turandot jest księżniczką, córką cesarza Chin. W jej pamięci ciągle żyje historia sprzed wielu pokoleń: dzieje jej przodkini, porwanej, zgwałconej i zabitej (?) przez mężczyznę-najeźdźcę. Dlatego Turandot mężczyzny nie chce - a że trochę nie ma wyjścia, ogłasza konkurs o swoją rękę. Książę, który rozwiąże jej zagadki, dostanie ją za żonę; kto nie rozwiąże - umrze. Do czasu, ku rozpaczy dworu, lodowa-księżycowa księżniczka wygrywa, ale nie oszukujmy się, w końcu znajdzie się książę, który ją pokona i który sprawi, że Turandot zrozumie, czym jest miłość.

KIM MOGŁABY BYĆ? Kimkolwiek. Turandot jest, IMHO, jedną z najbardziej  wieloznacznych, fascynujących operowych bohaterek, z którą, w retellingu, można pójść w cokolwiek zechcemy. Inteligentna, bezwzględna i zdecydowana, nasza księżniczka daje, jako postać, ogromne możliwości. Bo przecież Turandot może być, że zaczniemy banalnie, córeczką, która owinęła sobie ojca wokół małego palca i która nie chce się pogodzić z myślą, że będzie musiała się z kimś dzielić władzą. Może być, już ciekawiej, zakochana w pamięci swej prababki lub, bo w końcu czemu nie, po prostu nią być. Może tak naprawdę chcieć w końcu się z kimś związać i dlatego zadać mu to ostatnie, dziwaczne pytanie, na które odpowiedzią jest ona sama (hello, Irene Adler w Sherlocku!); może być naprawdę wściekła i załamana, że przegrała. Może być kobietą przekonaną, że świat nie jest dla kobiet i że bezwzględny opór jest jedyną strategią obrony. Może... a cokolwiek, może przecież nawet wystraszyć się tego, że - choć to mężczyzn nienawidzi - skazała na okrutną śmierć niewinną dziewczynę, usiłując wydobyć z niej tajemnicę swego bezimiennego zalotnika i w ten sposób go pokonać...

 

 

Wilhelmine Schoeder-Dervient, oryginalna wykonawczyni roli Senty


2. Senta

KIM JEST? Bohaterką Holendra tułacza Richarda Wagnera (1839).
Senta jest główną kobiecą postacią tej opery, poświęconej historii przeklętego statku i jego kapitana - zresztą, co ja tu będę wam Latającego Holendra opowiadać.  Wagnerowska Senta jest plus minus dwudziestoletnią (?) córką żeglarza, który sprzedał ją za kufer złota spotkanemu na morzu tajemniczemu kapitanowi dziwacznego statku. O dziwo, nasza bohaterka nie ma z tym wielkiego problemu - od dawna pół-mistycznie zakochana jest w legendzie o Latającym Holendrze i marzy się jej, że ocali jego duszę (YUP, WAGNER, CZEGO SIĘ SPODZIEWACIE?). Zaręcza się z kapitanem, który jej przypomina o postaci z jej marzeń, i rzuca dla niego poprzedniego narzeczonego, Eryka, który robi jej koszmarną awanturę o to, że jest niewierna. Holender (bo my oczywiście wiemy, że kapitan jest upiorem...) to podsłuchuje, arbitralnie uznaje Sentę za niewierną (rzuciła jednego, to rzuci i jego) i wypomina Sencie, że mogła go ocalić,  bo wierna miłość etc., ale nie ocaliła, bo jako kobieta jest niestała i niewierna, etc. Na co Senta, żeby udowodnić, że go kocha nad życie, rzuca się do oceanu. Hip hip hura, utopiona Senta i zbawiony kapitan idą razem do nieba. 

KIM MOGŁABY BYĆ? Tak jak Turandot jest jedną z postaci, które mnie intrygują, tak Senta jest tą, którą bym najchętniej poprzerabiała i poprzetwarzała. No bo wyobraźcie sobie, jakim fajnym wyzwaniem byłoby wymyślić motywacje (takie bardziej, hmmm, wiarygodne) dla takiego, a nie innego jej zachowania? Zobaczyć, dlaczego ona robi te wszystkie mocno autodestrukcyjne rzeczy? A może przeciwnie - może Senta w ogóle nie jest dziewczyną, która woli umrzeć, byle tylko zbawić nieznajomego, tułającego się po morzach? Może to tylko pretekst, by uciec do morza, do którego należy? (ech, nie, nie napiszę crossoveru Holendra z Małą syrenką...).



Teresa Brambilla, pierwsza wykonawczyni roli Gildy

 

3. Gilda

KIM JEST? Główną bohaterką Rigoletta Verdiego (z librettem Francesca Marii Piave według dramatu Victora Hugo, 1851).
Gilda jest - dziewczątkiem. Młodziutką, wychowaną w pobożnej izolacji córką bezlitosnego nadwornego błazna. Ojciec ukrył ją przed światem, ale na nic się to nie zdało: rozkochał ją w sobie, uwiódł, porwał i ewidentnie zgwałcił pracodawca ojca, książę Mantui. Rigoletto chciał ratować córkę, ale w sumie wolał się mścić niż wywieźć ją z miasta. A ponieważ Gilda ma jakieś, hmm, piętnaście/szesnaście lat i ciągle jest jakoś zadurzona w księciu - pozwala się zabić, ratując mu życie i budząc w ojcu (który zapłacił płatnemu mordercy za zabójstwo nie wiedząc, że ofiarą będzie nie książę, lecz Gilda) wieczne wyrzuty sumienia. Podręcznikowy przykład zalodówkowanej bohaterki, innymi słowy...

KIM MOGŁABY BYĆ? Wyzwaniem! Napisanie jej happy endu byłoby trudne, ale, hmmm, może ktoś by spróbował? Ja bym chyba wolała skupić się na jej relacjach z ojcem i księciem - na tym, co by można było wyciągnąć z historii ukochanej córeczki zamkniętej w wieży pod kloszem i nie znającej świata i zakochanej nastolatki, która nie wie, co ją czeka, kiedy dworzanie ją porywają i oddają człowiekowi, który mówił, że ją kocha... I potem, oczywiście, córki, w imieniu której ojciec chce się mścić, nie pytając jej samej o zdanie...

 


Nancy Storace, sama w sobie fascynująca jako postać,
oryginalna Mozartowska Zuzanna


4. Zuzanna

KIM JEST? Jedną z głównych postaci Wesela Figara Mozarta z librettem Lorenza da Ponte (według nieśmiertelnej sztuki Beaumarchais, 1786).
Zuzanna jest pokojówką Hrabiny i narzeczoną Figara. Ich ślub już-już ma się odbyć, kiedy okazuje się, że pan Hrabia postanowił sobie za wszelką cenę z Zuzanną się przespać, czy ona tego chce, czy nie. Jego kampania - osaczenie Zuzanny z jednej strony, próba sabotowania jej ślubu z drugiej strony - pozornie zaczyna przynosić efekty.
No tyle że Wesele Figara to jest historia o bystrych i zdeterminowanych babkach i jednym, też bystrym i zdeterminowanym, chłopaku z klasy mocno niższej. Bo ani Zuzanna, ani Figaro nie dadzą sobie w kaszę dmuchać. Ergo, zanim sprawa skończy się ślubami, zaręczynami i pogodzeniami, Zuzanna i jej narzeczony pokażą niedoszłemu uwodzicielowi - przy sporej pomocy pani Hrabiny - jak bardzo niebezpiecznie jest z nimi zadzierać i jakiego kompletnego osła można przy tej okazji z siebie zrobić. I dobrze, Hrabia jest modelowym wręcz przykładem operowego Arcybuca.

KIM MOGŁABY BYĆ? Och, kimkolwiek. Zuzanna jest postacią, którą serdecznie uwielbiam: bystrą, błyskotliwą, wszechstronną, lojalną, a przy tym obrotną i zorganizowaną. Nie oszukujmy się - jak chcemy libretto, które zahacza o bycie przy okazji arcydziełem literatury, to Wesele Figara jest, IMHO, bardzo, bardzo bliskie - i mocno współczesne, ze swoimi motywami kobiecej solidarności, walki z o swoje prawa (Hrabia jest duchowym przodkiem wszystkich tych paskudnych, dręczących swoich pracowników, a mających pełne gęby frazesów szefów...) i radzenia sobie w trudnej sytuacji. Jej relacja z Figarem (który jej ufa i bardzo ją ceni, ale w pewnym momencie ulega iluzji zazdrości), z Hrabiną (dla której jest - na pozór? naprawdę? - bardziej przyjaciółką niż służącą), jej walka o własne szczęście i miejsce w domu - to wszystko aż się prosi o ogranie.

 

Josephine Schefsky, która jako pierwsza zaśpiewała Brunhildę w całości Ringu


5. Brunhilda

KIM JEST? Wzdech. Mniej więcej wszyscy wiemy: Brunhilda (główna kobieca postać Pierścienia Nibelungów Wagnera) jest walkirią, córką Wotana i Erdy. Łamie zakaz ojca (próbuje pomóc w walce herosowi, któremu przeznaczone jest umrzeć) i zostaje ukarana: uczyniona śmiertelną kobietą, ma we śnie czekać na herosa, który ją obudzi i, powiedzmy, poślubi.
Pokrótce: zjawia się Zygfryd, on i Brunhilda zakochują się w sobie, ale potem ona wysyła go na quest, a tam Zygfryd, ta naiwność i głupota wcielona w postać herosa, pada ofiarą intrygi perfidnego pół-krasnoluda Hagena: magicznie pozbawiony pamięci, zaręcza się z królewną, a Brunhildę upokarza, zdobywając ją w pojedynku jako żonę dla swego przyszłego szwagra.  Brunhilda się wścieka, bo nie widzi, że tu działa magia, mamy intrygę, Zygfryd ginie, Brunhilda niepocieszona rzuca się na jego stos pogrzebowy, od stosu Zygfryda zapala się stary świat i kończy epoka dawnych bogów.

KIM MOGŁABY BYĆ? Najciekawsza chyba wydaje mi się, w tej postaci, okazja do ogrania bogini-wojowniczki, która zostaje zmuszona do stania się śmiertelniczką. Nie jestem pewna, czy da się zrobić cokolwiek sensownego z historią romansu Brunhildy z jej bratanko-siostrzeńcem Zygfrydem, który ją budzi z zaklętego snu, ale relacja Brunhildy z ojcem, z macochą Fricką i jej zmagania z losem mogą dać ciekawe efekty. 

 

Rosina Penco, pierwsza Leonora w Trubadurze


6. Leonora (1)

KIM JEST? Główną bohaterką Trubadura Verdiego, z librettem, które Salvatore Cammarono napisał na postawie dramatu romantycznego Antonia Garcii Gutiérreza (1853). Tak na marginesie, jeżeli chcecie histerycznie melodramatyczne libretto, które nie ma za dużo sensu, to IMHO właśnie je dostaliście.
Leonora jest młodą damą, o którą rywalizuje dwóch mężczyzn. Hrabiego Luny, bezwzględnego i autorytarnego, Leonora nie chce. Jej serce skradł tajemniczy trubadur Manrico - tyle że Leonora nie wie, że Manrico jest najgorszym rodzajem uzależnionego od toksycznej i mającej spore problemy z własnym zdrowiem psychicznym mamusi maminsynka...
Błagam, nie każcie mi tego całego streszczać. Summa summarum, prawie wszyscy umierają. Leonora mianowicie oświadcza hrabiemu, że za niego wyjdzie, jeśli hrabia uwolni Manrica. Manrico, jako że jest modelowym bucem, wyzywa ją od niewiernych i fałszywych i słabości, tobie na imię kobieta i inne takie; nie wie, że Leonora zażyła już truciznę - bo chce ocalić ukochanego, ale wychodzić za hrabiego nie zamierza. Nie wiem, skąd ta jej lojalność...

KIM MOGŁABY BYĆ? Jako inspiracja Leonora wydaje się fantastyczna - tyle można zrobić z tą wiecznie przez wszystkich rozczarowywaną, ciągle pozbawianą własnej woli i decyzji dziewczyną! Jej nie wychodzi nic, co planuje - chce Manrica, albo klasztor, albo przynajmniej szansę, by trubadurowi uratować życie - ale dostaje, tak naprawdę, tylko śmierć... Można napisać o niej tragiczną historię, można dać jej szansę, można... można wszystko.

 

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

poniedziałek, 06 marca 2017

Kate Griffin (Katherine Webb), The Madness of Angels, London 2009


BĘDĄ SPOJLERY

 

 

Okładka powieści

 

 

Znakomicie sprawdza mi się w życiu czytelniczo-filmowym zasada, że jeżeli jakiegoś gatunku/podgatunku/motywu nie lubię, to są spore szanse, że wyjątek, który akurat do mnie trafi, spodoba mi się bardzo, bardzo , bardzo. Filmowo- serialowym sztandarowym przykładem jest moje uwielbienie dla Doktora Who przy jednoczesnej serdecznej niechęci do konceptu podróży w czasie. Literackich przykładów mam nawet więcej - a przeczytane ostatnio The Madness of Angels Kate Griffin tylko mnie w tym poczuciu utwierdziło.

Bo, widzicie, ja średnio przepadam za urban fantasy, tak w ogóle. No OK, Neverwhere to jedna z moich ulubionych, jeśli nie w ogóle ulubiona powieść Neila Gaimana, ale wiadomo, co się mówi o jednych jaskółkach i wiośnie. Nawet Changeling generalnie lubianej przeze mnie Delii Sherman podobał mi się najmniej z całej znanej mi jej twórczości, a na kryminalno-obyczajowe historie ze współczesnym miastem w tle i tłumem elfów, aniołów, krasnoludów, demonów, fairies, banshee i chimer żyjących obok/zamiast ludzi mam, od czasu lektury za dużej ilości Lauren K. Hamilton, Kim Harrison i Patricii Briggs naraz, ciężkie uczulenie.

Choć, w sumie, mogłam się domyślić, że mi się spodoba Kate Griffin, skoro tak bardzo podobały mi się powieści Bena Aaronovitcha. Aaronovitch był pierwszym autorem, w którego twórczości zdecydowanie dominuje urban fantasy i który mimo to trafił na moją prywatną listę ulubionych (nie oszukujmy się, u takiego Gaimana czy Sherman to są pojedyncze teksty).

Po pierwszy tom cyklu Griffin o Matthew Swifcie sięgnęłam bardziej świadomie, niż po pierwszy tom Aaronovitcha: wiedziałam dokładnie, w jaki gatunek się pakuję i wpakowałam się w lekturę z pełną świadomością, przekonana recenzjami osób, których gust cenię. No i się nie zawiodłam - jestem, dwa dni po zakończeniu lektury, nadal pod mocnym wrażeniem tego, co młodziutka przecież w chwili publikacji tej powieści autorka potrafiła zrobić z gatunkiem i literackim materiałem, jaki miała do dyspozycji.

The Madness of Angels zaczyna się od odważnej i skomplikowanej literacko sceny, w której czytelnik... hmmm, w pierwszej chwili nie wie, co się dzieje. Autorka szalenie konsekwentnie pisze nam tutaj scenę wskrzeszenia swojego narratora-bohatera z jego (a raczej, oczywiście, jego/ich) punktu widzenia, czyli oczyma kogoś, kto nie do końca rozumie, co się z nim dzieje. To niezrozumienie i/lub celowa dezinformacja czytelnika co do natury drugiego głosu mówiącego w powieści ("ja" Matthew versus "my", których natura ujawnia się dopiero w pewnym momencie) trwa przez sporą część akcji powieści.

Akcja ta toczy się wokół powrotu Matthew Swifta, czarodzieja, do świata żywych. Troszeczkę tu upraszczam, pisząc "czarodzieja" - nie znam polskiego przekładu powieści i użytej w nim terminologii, ale w oryginale rozróżnienie między różnymi rodzajami magii i fakt, że Matthew Swift to sorcerer, a nie, powiedzmy, magician czy druid, jest bardzo, ale to bardzo znaczące: inna filozofia magii, inne z niej korzystanie, inne, w efekcie, silne i słabsze strony…. W każdym razie Swift przekonuje się, że minęły dwa lata, że w magicznym Londynie sporo się pozmieniało  (na przykład, hmmm, większość jego przyjaciół nie żyje..) i że nowy układ sił ma w swoim sercu człowieka bardzo mu kiedyś bliskiego.

 

W powieści Griffin bardzo spodobało mi się to, jak ona bierze szalenie typowy schemat – magiczny konflikt potężnego mistrza z aspirującym uczniem, który, choć pozornie słabszy, broni tej jasnej (a przynajmniej jaśniejszej) strony mocy i w zetknięciu z czarną magią  po prostu musi wygrać – osadza go w magicznym Londynie, który też widzieliśmy na kartach powieści więcej niż raz, sięga po koncepty miejskiej, nowoczesnej magii – i robi z tego wszystkiego, z tych wszystkich znanych składników, coś nowego. To jest, mam wrażenie, to, co mnie w jej powieści tak ujęło.

 

Griffin przede wszystkim wymyśla sobie nieco na nowo koncept magii. Teoretycznie jest u niej podział na „szkoły” magii, czy raczej jej typy, ale w ich obrębie wiele rzeczy jest płynne, nieoczywiste – nieprzypadkowo w Dover czy na wsi Matthew ma moment poczucia, że po jakimś czasie on, mag związany z wielkim miastem, nauczyłby się korzystać z mocy także i tam, nad morzem czy wśród pól. Griffin cudownie też czuje miejską magię i to, z czego ona może się rodzić, mając przy tym na nią fantastyczne pomysły – te nieistniejące w realnym świecie skróty z takiej samej nijakiej uliczki na południu miasta na identyczną na północy, te potwory ze śmieci, pradawny strażnik miasta przywołany w postaci złożonej z materialnych reprezentacji wszystkich lekceważonych zakazów… Światła samochodów pełznących nocą po obwodnicy, miejskie lisy, szczury i gołębie, słynne symbole Londynu i zwyczajne śmietniki, zapach benzyny i głosy w telefonach, cegła i beton i drut kolczasty – wszystkie one tworzą magię, tę magię, którą może posługiwać się Matthew, a która rodzi się z codziennego miejskiego życia. Magia jest życiem, życie - magią - to byłoby chyba najbardziej zwięzłe konceptu Griffin podsumowanie.

 

Po drugie, konstruując swoją fabułę wokół konfrontacji głównego bohatera z jego dawnym mentorem-przeciwnikiem, Griffin nie zamienia nam pana Bakkera, eks-mentora Swifta, w jakiś kolejny wariant Złego Czarnoksiężnika, siódmą wodę po Sarumanie. Dostajemy paradoksalną opowieść, w której z jednej strony Swifta tropi legion pomagierów Bakkera i nasłany przez niego potwór, z drugiej – sam Bakker wydaje się głównie stęskniony i gotowy na jak najżyczliwsze przyjęcie dawnego ucznia. Czy to obłuda z jego strony – a może raczej jest tak, że nawet potężny niegdyś czarodziej, kiedy w jego świadomość wkradnie się paniczny strach i bunt przeciwko własnej śmiertelności, może stracić pełnię kontroli nad tym, co robi i co kreuje…

 

Życie i głód życia – Matthew, który umiera i powraca do świata żywych, elektryczne anioły, które dostały w jego osobie szansę, by ludzkiego życia zakosztować, potężny czarodziej, który może prawie wszystko, nie może tylko powstrzymać własnego umierania – to jeden z tematów, które wracają w powieści Griffin bez przerwy. Drugim ze stale przywoływanych tematów jest z kolei Londyn: piękny i paskudny, ten z miejscami znanymi ze zdjęć każdemu w świecie i ten nudno zwyczajny, gdzie turyści się raczej nie zapuszczają, bogaty i biedny, dawny i dzisiejszy, Londyn, który płynie we krwi bohatera i czyni jego magię możliwa. Mało kiedy widziałam miasto tak skutecznie wykorzystane w powieści fantastycznej, jego naturę i charakter tak mocno splecione z samym literackim konceptem dzieła.

 

Dodajmy do tego jeszcze jeden wyróżnik powieści Griffin: ona się nie boi także i odważnych decyzji stylistycznych. The Madness of Angels napisana jest barwnym językiem, przeplatając w pierwszoosobowej narracji „ja” samego Matthew i „my” współdzielących jego ciało i świadomość aniołów. Zastanawiam się też, jak w polskim przekładzie zagrała druga z cech, które rzucają się w oczy czytelnikowi oryginału: długie, nieraz zajmujące spory akapit sekwencje wyliczeń, wyrzucane jak na jednym oddechu, łączone zawsze tym samym „and…. and…. and”, jak  - skojarzenie jest dalekie, wiem, i niekoniecznie jest skojarzeniem autorki, raczej moim – jak listy osób, rzeczy i zjawisk, które ma dotknąć magia w antycznych greckich i rzymskich tekstach magicznych…

Bardzo mi się, co pewnie widać z powyższej recenzji, podobała powieść Griffin. Może lektura Aaronovitcha i kolejnych powieści o Matthew Swifcie (bo zdecydowanie zamierzam kontynuować!) zmieni ostatecznie moją opinię o urban fantasy? 



Zapisz

Zapisz

Zapisz

poniedziałek, 09 stycznia 2017

Tu ma być wpis o odcinku 4x02 'Sherlocka', The Lying Detective, ale chyba chwilowo nie będzie, bo sobie zbieram trochę myśli, a trochę szczękę. Będzie na razie kilka myśli w punktach, w kolejności chaotycznej.

 

ZE SPOJLERAMI

 

 


1. Plus: dobrze było widzieć Mary; to, co z nią tu zrobili, potwierdza moje przeczucie, że John Watson jest znacznie bardziej skomplikowany, niż mogłoby się zdawać (dla mnie zawsze jedną z ogromnych zalet tego ujęcia postaci JW był fakt, że on jest równy Sherlockowi, nawet jeżeli jemu samemu się wydaje, że nie). Czy to było całkowicie konsekwentne? Mam wrażenie, po jednym oglądaniu, że nie. Czy było efektowne? IMHO tak.

2. Plus: Toby Jones i to, jak Toby Jones gra. Postać ma napisaną wedle znanych od dawna modeli dla tego typu bohaterów, a potrafi z niej zrobić coś nowego i groźnego.

3. Plus: Cumberbatch i Freeman; bo że to są bardzo dobrzy, kompetentni  aktorzy, to ja wiem z kina i z teatru, a tutaj IMHO byli na najwyższym poziomie swoich umiejętności, obaj w desperacji, każdy inaczej. I robota charakteryzatorów przy Freemanie, żeby pokazać człowieka w cichej żałobie.

4. Podejrzenie: miałam takie nieweryfikowalne wrażenie, że przez sporą część odcinka wszyscy mają wrażenie, że Sherlock podejrzewa Smitha, szacownego człowieka, na punkcie którego ma obsesję, niesłusznie - mniej więcej tak, jak Sherlock Holmes Moriarty'ego w moim ulubionym Prywatnym życiu Sherlocka Holmesa.

5. Plus: Fakt, że dostajemy (czasem krótkie_ scenki z większością postaci ważnych w poprzednich seriach: ma swoje miejsce Molly, Lestrade, ba, nawet Irene A. się pojawia w aluzji (o Irene za moment);

6. Wnioskowanie: wiedziałam, że to będzie siostra! (no dobra, nie wiedziałam, przyśniło mi się, tyle że w moim śnie grała ją Indira Varma); i podejrzewałam, że to może mieć coś wspólnego z tajemniczym telefonicznym romansem Johna (co skądinąd wyjaśnia, czemu jej z nim tak łatwo poszło, on nigdy nie umiał się za bardzo opierać Holmesom);

7. Plus: bardzo ładna gra z imieniem Euros w kontekście uwagi Mycrofta z "Panny młodej" o tym, że wieje wschodni wiatr, który przyjdzie po Sherlocka (Euros to grecki wiatr od wschodu, kapryśny i kłopotliwy). Plus, oczywiście, anegdotycznie przypomina się (inaczej wymawiany) Euros Lyn i jego robota przy I sezonie Sherlocka.
(wiatr od wschodu przyniósł plagi egipskie, ale to już jest mój #classicnerd talking)

8. Plus: bardzo też ładna IMHO gra w splecenie dwóch kanonicznych motywów. W The Dying Detective, opowiadaniu, które dało podstawę temu odcinkowi, Sherlock Holmes symuluje przed m. in. Watsonem śmiertelną chorobę. W paru innych tekstach z kanonu używa na tyle dużo kokainy, żeby zaniepokoić Watsona. Tu na szczęście nie mamy melodramatycznej gry z umieraniem na nieznane wcześniej schorzenie, tylko raczej logiczną kontynuację tego, co było w serialu od początku, a w ostatnich dwóch odcinkach odgrywało znaczącą rolę: do swojej gry Sherlock wybiera, jako zagrożenie życia, igranie z narkotykami.

9. Wielki plus: PANI HUDSON! I Una Stubbs! I to, jak jej Steven Moffat napisał tę rolę, i to, co ona z nią robi.
Oraz, samochód pani Hudson. ASTON MARTIN PANI HUDSON. Oraz, zawartość bagażnika samochodu pani Hudson. Oraz, to, jak ta zawartość tam się znalazła. 

10. Refleksja: emocje. I to, że ten odcinek ma dla trzech głównych postaci męskich migawki o niemożliwych prawie-romansach: Johna z Mary (przecież Mary nie żyje), Sherlocka i Irene (choć to nie romans, nie tak, jak by John chciał rozumieć) i Mycrofta z lady Smallwood (mimo że to Mycroft). Oraz, jak rozczulająco bezczelnie Mycroft wykorzystuje swoje stanowisko, żeby mieć brata na oku.
Oraz: jak rzeczy, które wydają się nie pasować do charakteru (I want you to kill me Sherlocka) okazują się zazwyczaj być zmyłką. Choć ciągle nie wiem, co sądzić o całej wymianie zdań o Irene Adler (ja osobiście najbardziej lubię, jak ona jest takim nie-całkiem-love-interestem, choć tu rozumiem akurat Johna i jego wybuch).

11. Odbicia i powroty. To, jak bardzo John ratujący Sherlocka w szpitalu przez de facto samobójstwem jest odbiciem tego, jak go ratował przed nader podobnym losem w pierwszym odcinku pierwszego sezonu. Nowy początek, wszystko jeszcze raz; no i oczywiście, jak miało być inaczej, skoro Sherlock (no dobra, trochę też Mary) reżyserował (jak w opowiadaniu The Dying Detective) całą sytuację?

12. Podejrzenie, Re: Episode III:

It was worth a wound -- it was worth many wounds -- to know the depth of loyalty and love which lay behind that cold mask. The clear, hard eyes were dimmed for a moment, and the firm lips were shaking. For the one and only time I caught a glimpse of a great heart as well as of a great brain. All my years of humble but single-minded service culminated in that moment of revelation. (The Adventure of the Three Garridebs)

13. Osobista refleksja: właściwe proporcje dramy bohaterów do innych elementów odcinka. Ale jak się w końcu pogodzili, to mi się oczy troszkę spociły.

środa, 14 grudnia 2016

Anna Brzezińska, Wody głębokie jak niebo, Runa 2005


Jakieś prawie dwanaście lat temu Anna Brzezińska wydała tom opowiadań Wody głębokie jak niebo. Siedzę właśnie i łamię sobie głowę nad pytaniem, czemu go wtedy nie przeczytałam.

 

 

Tym bardziej mnie to dziwi, że pamiętam, że czytane jakiś czas wcześniej (2003? 2004?) w Nowej Fantastyce opowiadanie "Róże dla Sirocco" ogromnie mnie zaintrygowało - obraz podksiężycowych demonów zaklętych w budowle pozostał mi w pamięci do dzisiaj i sięgając po tom, natychmiast przypomniałam sobie wrażenie, jakie kiedyś wywarł na mnie ten tekst.

Moja lektura tekstów Anny Brzezińskiej, rozpoczęta Wodami głębokimi, jest jednocześnie nadrobieniem chyba najbardziej rażącego czytelniczego braku, jaki mam w kwestii polskiej fantastyki. Bo, owszem, znaczących braków lekturowych w naszej fantastyce mam sporo, ale z rzeczy uznawanych dość powszechnie za kanon akurat teksty Brzezińskiej siedziały mi od dawna wyrzutem na sumieniu: jak tu się kompetentnie wypowiadać o polskiej fantastyce bez znajomości jej powieści?

Wody głębokie jak niebo są zbiorem siedmiu opowiadań, dziejących się w fikcyjnej, fantastycznej krainie mocno podobnej, także językowo, do (raczej renesansowej niż jakiejkolwiek innej) Italii. Śródziemnomorska natura, morze, zapachy i rośliny są u Brzezińskiej znaczącym elementem świata ukazanego w jej powieściach: okruchami realnego w jej wizyjnym, baśniowym świecie, konkretyzującymi wizje autorki. Ogromnie mi się to podoba, bo dzięki temu świat opisany w opowiadaniach należących do cyklu wydaje mi się żywy, namacalny - lepiej go widzę, lepiej sobie unaoczniam.

Ale te elementy znanego nam śródziemnomorskiego krajobrazu i natury umieszczone są w świecie stricte fantastycznym, napisanym przy tym z ogromną wyobraźnią. Brzezińska wykorzystuje bardzo twórczo w konstrukcji świata i w jego opisie swoje podstawowe założenie - ideę, że demony, krążące w ponadksiężycowej przestrzeni, można związać magią i poddać woli maga, wpisując je w nadludzko piękne budynki, niemożliwe wynalazki, fantazyjne istoty. Ta koncepcja magii - i wynikającego z obecności demonów przeciw tejże magii oporu - zostaje przez autorkę ograna nie tylko pomysłowo, ale i wszechstronnie, wykorzystana zarówno przy konstruowaniu i opisywaniu tego, jak ten świat wygląda, ale i w fabułach poszczególnych tekstów.

W nadziemskich sferach świata krążą wolne, nieludzkie demony. Można je - jeżeli ma się odpowiednią wiedzę, odpowiednie atlasy i księgi, odpowiednią moc - ściągnąć z nieba, związać z materią i zmusić do służby. Jak dżinn w Baśniach z tysiąca i jednej nocy, każdy z nich może spełnić trzy niezwiązane ze swą naturą życzenia swego pana-maga, zanim się uwolni i ucieknie; ich wiązanie z ziemską materią owocuje ucieleśnieniem istot znanych z klasycznych mitów. Z bardzo dużą erudycją i pomysłowością Brzezińska zresztą te swoje istoty tworzy i ogrywa ich mitologiczne skojarzenia. Żadna ze mnie specjalistka od renesansowych traktatów magiczno-astrologicznych i od alchemii, ale korzenie pomysłu Brzezińskiej wydają mi się tkwić właśnie w takich tekstach. Jakie by jednak nie były ich korzenie, ważne jest, co autorka z tych koncepcji wyciąga.

Jestem pod ogromnym wrażeniem tego, z jak wielu stron pokazuje Brzezińska magię swojego świata. Tu nie ma jasnej i ciemnej strony, nie ma łatwych rozwiązań: wzrok autorki ogarnia ten świat z - nie, nie ze współczuciem, nie z akceptacją nawet: ze zrozumieniem. Magiczne miasta są piękne. Uwięzione demony cierpią. Magowie bywają okrutni, przemyślni, pamiętliwi, bez serca - choć może najprawdziwiej byłoby powiedzieć, że bywają nieludzcy, bo zbyt wiele ich od ludzi dzieli. Bywają też wielcy i odważni i rozumiejący własne ograniczenia - tak bardzo, że wybierają śmierć,  by uciec przed samymi sobą. Walczący z magią mnisi są często bezwzględni i zaślepieni, ale bywają też i miłosierni, rozumiejący, co niszczą i dlaczego. W zasadzie tylko przybysze z południa, bezlitośni i w imię wyznawanej religii fanatycznie anymagiczni Arimaspi, są poniekąd wykluczeni z tego wszechogarniającego nie-oceniającego rozumienia - ale to przecież też tyczy się nie ich wszystkich, tylko ich przywódców i tych, którzy ich na dżihad (bo skojarzenia są tu dość jednoznaczne) poprowadzili. Magia wiąże się z krzywdzeniem - krzywdzeniem przywoływanych i pętanych przemocą demonów, krzywdzeniem kobiet-matek magicznych dzieci, krzywdzeniem dzieci, krzywdzeniem ludzi prostych, cierpiących w wyniku wojen wielkich i możnych tego świata; krzywdzeniem, przecież, także samych magów, wiedzących, że moc zmieni ich na zawsze. Ale jednocześnie przecież magia tworzy piękno, nieludzkie i fascynujące; a kiedy to piękno zniknie ze świata, pozostanie smutek - bo odeszło coś, co bywa straszne, ale olśniewa. 

Nostalgiczny jest ten świat, bo widzimy go w przemianie i przemijaniu; znakomicie też ogrywa autorka fakt, że opowieści w Wodach głębokich są niemal-baśniami, niemal-mitami - a raczej się nimi stają: widzimy Sirocco i Arachne jako żywe, działające bohaterki, a potem, w kolejnych tekstach, po kolejnych wiekach, widzimy ich legendy, ich odbicia w opowieściach: złote,, czarne, w aureoli, w potępieniu, tylko przecież nigdy, naprawdę, prawdziwe.   

Świat buduje więc Brzezińska fantastycznie (te detale, jak ogranie niebieskiego jako koloru przypisanego czarodziejom!), ale w tym nie-do-zapomnienia świecie umieszcza również pamiętne postacie. Opowiadania w Wodach głębokich skupione są wokół postaci tych, których magia dotyka w sposób szczególnie bolesny: kobiet, dzieci, starców. W „Życzeniu” dotknięty smoczą magią, urodzony z klątwy Graziano traci rodzinę – choć chce tylko jednego życzenia - i nigdy już nie będzie mógł zatrzymać tego, co kocha, nawet kiedy zostanie wielkim condotiere. Wzmiankowana potem w większości opowiadań Sirocco, która uciekła i nie uciekła przed magiem, wplątana w demoniczną sieć magii, miłości i zemsty Arachne, stareńka święta mniszka Luana z rodu magów, chroniąca ludzi przed demonami i tęskniąca za magią; Nino, oślepiony, by nie mógł stać się magiem, który jako mnich półświadomie własną magię odnajduje; starzec Gioele, który, choć jest mnichem i magię odrzuca, wybiera niemal pewną śmierć z szacunku dla zmarłego przyjaciela-maga i potem, drugi raz, już pewną ze współczucia dla demonów, których powinien nienawidzić; i bohaterowie tytułowego opowiadania, dzieciaki Sancha i Bianco i stary pieśniarz, żyjący w świecie, gdzie mieszkańcy strzegą czujnie czystości ludzkiej rasy, choć nie wiedzą, nieszczęśni, że częste wśród nich narodziny nie całkiem ludzkich istot nie są bynajmniej znakiem degeneracji ich natury, a jej najczystszą emanacją… Ci wielcy – potężni magowie, kapłani, kondotierzy i przywódcy – zjawiają się na kartach opowiadań, jak najbardziej, ale to nie są ich historie. Anna Brzezińska woli opowiadać nam o tych słabszych, bezsilnych, skrzywdzonych i znajdujących własną drogę ocalenia – przez zdobycie mocy, albo i przez jej całkowite odrzucenie.

Językowo barwna, z efektowną stylizacją na włoskie nazwy i imiona, szalenie efektownie grająca odniesieniami literackimi i mitologicznymi, proza Brzezińskiej jest, przyznam, jak skrojona pod mój osobisty gust i oczywiście musiała mi się spodobać. Właściwie jedyne, czego mi brakuje, to – więcej. Szkoda mi fantastycznie pomyślanych, wieloznacznych bohaterów, który spotykamy na moment w opowiadaniach; wymarzyłaby mi się, jako czytelniczce, powieść w takich realiach.

Czytajcie, czytajcie, nie czekajcie, jak ja głupia, dwanaście lat!       

 

 



niedziela, 11 grudnia 2016

Wiarę w polską fantastykę, znaczy się.  ?

 

Aleksandra Janusz, Kroniki rozdartego świata: 1. Asystent czarodziejki, 2. Utracona Bretania, Nasza Księgarnia 2016

 

SPOJLERY, DO OBU TOMÓW!

 

 

Rok 2016 przyniósł mi, czytelniczo, jedno przyjemne zaskoczenie. Z dużym mianowicie zdumieniem odkryłam (poniewczasie, oczywiście), że w Polsce są osoby piszące taką fantastykę, jaką mam ochotę czytać.

Pisałam niedawno o cyklu Marty Kisiel - dzisiaj pora na drugą z (na razie) dylogii, które mi tę wiarę przywróciły. W przypadku Marty Kisiel o jej sukcesie (u tej konkretnej czytelniczki) zadecydowały przede wszystkim dwa czynniki: umiejętność konstruowania przekonujących i wiarygodnych postaci (i to mimo komicznego par excellence charakteru tekstu) oraz warstwa językowa, bardzo stylizowana, nasycona budującymi komizm środkami retorycznymi i aluzjami do klasyki literackiej, zwłaszcza polskiej.

Aleksandra Janusz językowo - że zacznę od jednego małego kawałka narzekania - jest mniej od Kisiel pomysłowa; jej styl, dość prosty, mnie akurat nie porywa, choć absolutnie nie przeszkadza w lekturze. No i muszę przy tej okazji podkreślić, że generalnie, styl to jedno i tu mogę osobiście woleć autorów bardziej ryzykujących, odważniejszych - ale z kolei za konstrukcję wewnętrznego naukowego języka arboriańskiej magii należy się autorce co najmniej pochwała, bo była tu pomysłowa i konsekwentna.

Janusz wygrywa u mnie, przede wszystkim, dzięki dwóm aspektom swojego pisarstwa. Pierwszym z nich jest gra z gatunkowymi konwencjami. Janusz - czego czytelnik, wciągnąwszy się w akcję, może nie zauważyć   - pisze przecież, tak naprawdę, w schemacie szalenie klasycznej heroicznej fantasy. Popatrzmy: w I tomie mamy herosa, dotąd skromnego i zwyczajnego, odkrywającego swój niezwykły potencjał i wielkie przeznaczenie. Mamy jego ukochaną, mamy rozmaitego sortu i autoramentu czarodziejów, ba, nawet walkę ze smokiem mamy. W drugim tomie schemat ten staje się jeszcze przejrzystszy - do uzyskującego moc herosa dołączają inne postacie z toposów fantasy: odnaleziona dziedziczka tronu, szalony mag, źli zakonnicy, feudalni panowie, szlachetny, acz trochę nieżyciowy rycerz. No wypisz wymaluj Belgariada Eddingsa albo inne takie.

No tyle że powiedzieć, że Aleksandra Janusz pisze klasyczną heroiczną fantasy, to tak, jakby powiedzieć, że Ann Leckie pisze typowe space opery.

Janusz bierze mianowicie schematy i toposy gatunku i wywraca je na nice. Jej odkrywający swoje przeznaczenie heros, Vincent Thorpe, jest czterdziestoletnim, dość łagodnym z natury, pedantycznym i poukładanym wieloletnim asystentem potężnej a mocno ekscentrycznej czarodziejki. Znośnie przystojny, raczej miły niż charyzmatyczny, nie ma w sobie nic z pewnego siebie herosa, nic z cynicznego złamanego życiem antybohatera - ale też bardzo niewiele z naiwnego młodego chłopca zaczynającego dopiero swoją życiową drogę; żaden z niego Conan, żaden Geralt, a i Garionów tego świata też nie przypomina. Janusz napisała Vincenta jako, po prostu, porządnego a sympatycznego, psychologicznie wiarygodnego faceta.
W podobnie nienachalnie subwersywny sposób autorka przetworzyła inne klasyczne archetypy fantasy. Kathryn Verd (i coś tam, i coś tam i coś tam, w post-rewolucyjnym społeczeństwie Arborii jej arystokratyczne pochodzenie z rodu dawnych królów niespecjalnie ma znaczenie - co się radykalnie zmieni, kiedy Kathryn et consortes trafią do feudalnej Bretanii), czyli nasza królewna wracająca (wbrew swoim planom) na stolicę jest bardzo zwyczajną, zdolną acz zakompleksioną i niepewną siebie, a przy tym mającą typowo młodzieńcze problemy (od kłopotów z cerą przez poczucie, że jest brzydka i pozbawiona wdzięku) dziewczyną. Obie wielkie czarodziejki, Margueritte i Belinda, mają z kolei najwięcej wspólnego z ekscentrycznymi pracownicami uniwersytetów.
Drużynę/drużyny bohaterów tworzą u Janusz postacie niekoniecznie oczywiste: autorka przede wszystkim szuka swoich bohaterów w dość nieprzewidywalnych grupach. Jej wielki mag jest cichym facetem z klasy średniej, przywódczyni rewolucji to pani z kawałem wojskowego doświadczenia i niskim pochodzeniem, bohaterom pomaga w pewnym momencie grupa eks-magów, o których można chyba spokojnie myśleć jako o pensjonariuszach magicznego domu spokojnej starości... I OK, do herosów z niższych klas społecznych światowa fantasy zdążyła już nas przyzwyczaić, ale Aleksandra Janusz każe - w inteligentny i pomysłowo ograny w fabule sposób - odegrać kluczowe role także na przykład grupie ludzi mocno już starszych i często dręczonych przez dolegliwości typowe dla ich wieku. Fakt, że mamy barwne i różnorodne postacie pomaga zaintrygować czytelnika, a że do tego Janusz wymyśla (zwłaszcza w II tomie) sensowną i dość skomplikowaną fabułę, czytelnikowi łatwiej jest (mnie, znaczy, było) wciągnąć się w świat powieści.

Napisałam powyżej, w zasadzie bez komentarza, że Meg i Belle wyglądają, jakby się urwały z posiedzenia jakiejś rady wydziału raczej niż z wieży Sarumana. To naukowe skojarzenie jest nieprzypadkowe - wśród przekształceń, jakie przeprowadza Janusz w konwencji, tym nadrzędnym jest wpisanie schematu fabularnego high fantasy w realia zdecydowanie nowożytnego, funkcjonującego w naukowym paradygmacie świata. Oddzielone przez Rozdarcie świata Arboria i Bretania rozwijały się odrębnie: w tej pierwszej mamy świat pod wieloma względami podobny do naszego, acz magiczny, w tej drugiej - magiczne średniowiecze, pokazane przez autorkę bez specjalnych sentymentów i bez różowych okularów.

Z konstrukcją świata związana jest u Janusz też jej idea magii. Ona także sięga do nauki jako modelu, i to na różnych poziomach. Z jednej strony, sposób uprawiania magii w Arborii - matematyczne wyliczenia, przeliczenia jednostek magicznej energii - a także organizacja samych zasad jej uprawiania i jej wpisanie w rodzaj akademickich struktur a la uniwersytet, wydaje się zainspirowane  akademicką pracą autorki. Z drugiej, te naukowe skojarzenia działają też na poziomie samej wizji świata - idea skażonej mocy i wywołanej przez nią choroby pewnie nie tylko mnie skojarzyły się z efektami promieniowania i chorobą popromienną. Janusz ogrywa ten motyw pomysłowo, a sam koncept dwóch rodzajów mocy magicznej i specjalnych umiejętności potrzebnych do ich obsługi pomaga jej uniknąć kilku problemów, na czele z kwestią wszechmocy czarodziejów. 

To nie jest tak, że nikt przez Janusz nie wpadł na podobne rozwiązania - ale w połączeniu z dobrze napisanymi, oryginalnie pomyślanymi postaciami i z efektownym pomysłem na magię, jej cykl nabiera zdecydowanej oryginalności. Gdybym miała komuś podpowiadać, co z polskiej fantastyki poczytać (albo co warto przetłumaczyć i udostępnić szerszemu czytelnikowi), to powieści Aleksandry Janusz poleciłabym z pełnym przekonaniem.      

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

niedziela, 04 grudnia 2016

Anna Kańtoch, Łaska, Wydawnictwo Czarne, 2016

 

UWAGA - DOŚĆ MORDERCZE SPOJLERY

 

 

Jest tak: od paru miesięcy intensywnie nadrabiam braki w znajomości polskiego kryminału, który do tej pory kojarzył mi się głównie z Joanną Chmielewską, Joe Alexem i Markiem Krajewskim. W efekcie naczytałam się mnóstwa proklamowanych przez różne strony królów i królowych polskiego kryminału (i o tychże królach i królowych - w postaci wywiadów z nimi, artykułów o nich i recenzji ich tekstów także). Doszłam również do pewnego, niespecjalnie dla tych królów i królowych miłego, acz - muszę podkreślić - całkowicie prywatnego zdania.
A mianowicie, że dwie powieści dla mnie najbardziej przekonujące, tak na płaszczyźnie konstrukcji literackiej, jak i budowy samej zagadki kryminalnej, wyszły spod pióra autorów na co dzień pisujących zupełnie inne gatunki prozy. Mówię tu o Jacku Dehnelu (czyli o 1/2 szacownej acz fantazmatycznej krakowskiej matrony Maryli Szymiczkowej) i znanej przecież przede wszystkim z fantastyki Anny Kańtoch. I to o tej ostatniej i jej wydanej w 2016 Łasce chciałabym tu parę słów napisać.

Szczerze mówiąc, sam fakt, że Łaska jest po prostu powieścią kryminalną, stanowi swego rodzaju spojler. Powieść, której dwa wątki dzieją się odpowiednio w połowie lat 80. i lat 50. XX wieku, zaczyna się bowiem jak horror grający z konwencją nieco podobnie, jak serialowe Stranger Things: w malutkim peerelowskim miasteczku wegetuje wchodząca powoli w średni wiek, przeraźliwie smutna i pokopana przez życie samotna nauczycielka. W jej przeszłości czai się ponura tajemnica, taka z gatunku "zaginione dzieci, potwory w lesie, luki w pamięci, miasteczka Twin Peaks". Powieść napisała autorka kojarzącą się powszechnie z fantastyką, której jedna z najnowszych, a dość szeroko komentowanych powieści, Czarne, zaczyna się jak realistyczna(wa) powieść o kobiecie i szaleństwie, a okazuje czym innym. Tak po prawdzie, nie wiedząc, czym gatunkowo jest Łaska, tak gdzieś do 2/3 powieści jednak wypatrywałam leśnych demonów.I dobrze - fakt, że autorka miała dla nas realistyczne rozwiązanie, był pozytywnym zaskoczeniem.

No właśnie: nie było demonów, nie takich z piekła rodem - bo paskudne jednostki ludzkie to i owszem. Leśna historia bohaterki i potwory z jej dzieciństwa miały konkretne, namacalne wytłumaczenie - i to, muszę przyznać, wytłumaczenie bardziej przekonujące niż te proponowane przez Martę Guzowską w Czarnym świetle czy, nie dajcie bogowie, Katarzynę Bondę w kompletnie IMHO chybionej, jak chodzi o motywację postaci, Florystce... Kolejne historie morderstw łączy osoba ich inspiratora/sprawcy, potwory okazują się namacalne, a sposoby zabijania - przygnębiająco ludzkie i paskudne (bo "zmusić kogoś, kto prawie na pewno nie będzie tego pamiętał, by zabił za mnie" to jeden z teoretycznych przepisów na zbrodnię doskonałą...). Generalnie konstrukcja samej intrygi kryminalnej u Kańtoch wydaje się przekonująca i konkretna - a zrobienie główną "śledczą" pozbawionej pamięci o detalach uczestniczki oryginalnych wydarzeń jest o tyle dobrym pomysłem, że pozwala na wgląd w głowę i w emocje głównej bohaterki.

Chwaliłam tu niedawno Katarzynę Puzyńską za sprawne żonglowanie stereotypowymi dla gatunku postaciami. Kańtoch za to chwalić nie będę, bo jej stereotypy niepotrzebne; w Łasce tworzy bowiem bohaterów psychologicznie znacznie bardziej zróżnicowanych, mniej oczywistych, niż byśmy się w klasycznej powieści kryminalnej spodziewali, a i mniej zadłużonych w tradycji gatunku. Wystarczy spojrzeć na główną bohaterkę, Marię, i na to, jak Kańtoch, posługując się narracją z jej punktu widzenia, nienachalnie ale bardzo przekonująco pokazuje nam nieuświadomioną (bo to lata 80. i nikt w miasteczku nie ma cierpliwości do psychologii ani świadomości, czym są problemy takie jak anhedonia czy depresja) wieloletnią depresję bohaterki, która dzień po dniu coraz bardziej blednie i roztapia się w szarzejącym wokół niej coraz bardziej świecie. I, tak po prawdzie, wystarczy porównać Marię z głównym bohaterem powieści Marty Guzowskiej, Mariem Yblem, żeby zobaczyć dość, hmmm, poglądowo, o ile skuteczniej Kańtoch potrafi napisać przekonującą postać osoby z psychologicznymi problemami, starającej się jakoś funkcjonować i czującej, że kontrola powoli wymyka się jej z rąk (BTW rozważam recenzję z pojedynczych tomów Guzowskiej, ale nie wiem jeszcze, czy będę mieć wenę - tam jest strasznie dużo, IMHO, oddzielania ziarna od plew, decydowania znaczy, co warte pochwały, a co nie....).
Ale wystarczy też popatrzeć na pozostałe postacie, w tym - na czarne charaktery powieści (jeżeli w ogóle są takie...) i zobaczyć, jak są nieoczywiste, jak wycieniowane - nawet kiedy, jak w postaci części policjantów, skłaniają się ku pewnym gatunkowym konwencjom.

Do tego Kańtoch ma pomysł na ogranie peerelowskich realiów, której w jej wykonaniu nie są światem ani z Orwella, ani z Barei. Nie ma tu tragedii krzywdzonych opozycjonistów i tłamszonej wolności, ale nie ma też chichów-śmichów ze sztućców na łańcuszkach i kolejek po mięso. Co jest natomiast, to paralela między pustką i biedą zimy roku 1985 w małym miasteczku, a cichą desperacją w pozbawionym choćby odrobiny radości życiu bohaterki. W przywołanym przeze mnie jako skojarzeniu Stranger Things lata 80. są przywołane, by wzbudzić nostalgiczną tęsknotę; Kańtoch nie interesuje nostalgia ani gierki w "jak fajnie było w vintage'owych ejtisach", ona, osadzając akcję w takim czasie i miejscu, wykorzystuje swój świat przedstawiony dla pogłębienia obrazu bohaterki i jej stanu psychicznego. 

Łaska jest napisana m niej osobnym, mniej nieprzewidywalnym językiem niż poprzednia czytana przeze mnie powieść Kańtoch, Czarne; dalej jest to jednak język efektowny i pomysłowy, 'trzymający' czytelnika i ewokujący bardzo wyraziście przywoływane przez autorkę obrazy ponurej zimy w sercu małego smutnego miasteczka i w życiu kobiety, która szuka - żeby móc jakoś żyć dalej - łaski pamięci.

No jeżeli polscy fantaści mają mi pisać takie kryminały, to ja poproszę, żeby zastąpili tych od kryminałów. Byle dobrej fantastyki przy tym nie przestali pisać.

 



niedziela, 27 listopada 2016

Anna Lange, Clovis LaFay. Magiczne akta Scotland Yardu, Wydawnictwo SQN, 2016

 

UWAGA SPOJLERY!!


Strasznie mi przykro, ale one muszą tu być. Postanowiłam sobie napisać raczej analizę niż recenzję, a do tego muszę ujawnić pewne fakty, które w nieunikniony sposób zdradzają szczegóły wydarzeń w powieści...

 

Okładka; ze strony wydawnictwa.

 

No więc przeczytałam książkę, całkiem fajną, choć nie do końca wiem, co o niej myśleć.

Clovis LaFay Anny Lange jest, na tle polskiej fantastyki o podobnym charakterze (takie to trochę fantasy of manners, trochę gotycko-supernatural kryminał) powieścią zdecydowanie udaną - nieźle napisaną, z sympatycznymi postaciami i z akcją, którą czytelnikowi chce się śledzić. Autorka-debiutantka prowadzi trójkę swoich głównych bohaterów przez wiktoriański (1873) Londyn z magią (wprowadzając, co jakiś czas, rzut oka na inne miejsca w Europie, w szczególności we Francji) śladami kilku spraw kryminalnych, jednocześnie szkicując nam obraz życia publicznego i politycznego w mieście. Wszystkie te sprawy, jak się łatwo domyślić, okażą się łączyć z życiem prywatnym głównego bohatera... 

Troje głównych bohaterów Lange wydaje się odbiegać nieco od schematu, jakiego można byłoby oczekiwać po głównych postaciach (polskiej) powieści fantastycznej. John Dobson, obiecujący mag specjalizujący się w kinemacji, jest synem pastora i robiącym dość szybką karierę policjantem, świadomym, że jego pochodzenie z raczej niższej klasy średniej i brak majątku mu w tej karierze nie pomogą. Mieszkanie z nim dzieli siostra Alicja, podobnie jak brat silna, wysoka i postawna, kojarząca się Clovisowi z walkirią (1); Alicja zdecydowała się na ryzykowny krok i podjęła szkolenie pielęgniarskie, choć tak naprawdę chciałaby uczyć się magii - której, przewidywalnie, dziewcząt się nie uczy. Na razie Alicja nawiązuje wśród koleżanek z kursu znajomości, a jednocześnie musi zmierzyć się z myślą o tym, czy chce wyjść za policjanta, z którym swata ją brat. Tria dopełnia tytułowy bohater, Clovis, nieco młodszy kolega Johna ze szkoły, tyle że, w odróżnieniu od rodzeństwa Dobsonów, pochodzący ze zdecydowanie wyższych sfer.

Pochodzenie Clovisa to jednocześnie jego błogosławieństwo i przekleństwo. Z jednej strony, zapewnia mu majątek i pozycję - ojciec Clovisa był zamożnym człowiekiem, a jego przyrodni brat jest konserwatywnym politykiem u szczytu kariery. Z drugiej - hmmm, ojciec umarł otoczony powszechną niechęcią, bo uważano go za nekromantę parającego się czarną magią, i to mimo zasług, jakie miał w wojnach z Napoleonem. Nie, nie pomyliłam dat, autorka też nie: Clovis ma te swoje dwadzieścia parę lat w 1873, a jego ojciec odegrał ogromnie ważną rolę już w 1815, kiedy też już nie był młodzikiem. To jest część problemów Clovisa - został poczęty w wyniku magicznego rytuału, kiedy ojciec był już w bardzo zaawansowanym wieku; w efekcie jego brat jest od niego o kilkadziesiąt lat starszy, koszmarny bratanek był parę klas wyżej w tej samej szkole, a rodzina i generalnie brytyjska arystokracja odnosi się do Clovisa dość... nieufnie. Do tego dochodzi kwestia zmarłej matki - Clovis jej nie pamięta, ale z jej śmiercią ewidentnie związana jest jakaś ponura tajemnica i może się okazać, że Clovis jest synem nie tylko czarnego maga, ale i mordercy... Ale zmarły ojciec i jego dziedzictwo to tylko część problemów bohatera. Poważniejszą jest reszta rodziny, dla odmiany - ta żywa. Brat Clovisa, Frederick, czuje do niego głęboką odrazę, a przepadająca za nim kiedyś bratanica Letittia zerwała kontakty - ale to i tak nic w porównaniu ze stosunkami Clovisa z nieco starszym od siebie bratankiem. Horatio LaFay to, nie oszukujmy się, główny zły tej powieści - sadysta i psychopata, który od dzieciństwa dręczył zwierzęta i ludzi, już jako nastolatek miał na sumieniu brutalny gwałt na małej dziewczynce i (mocno sugerowane w fabule) zgwałcenie lub wykorzystywanie seksualne własnej małej siostrzyczki, a gdy był w wieku lat dwudziestu kilku, samo gwałcenie magicznie unieruchomionych dziesięcio- i jedenastolatek przestało mu wystarczać - zaczął je mordować. Jego skrywanym paskudnym sekretem jest jednak co innego, a mianowicie fakt, że obok pociągu do nieletnich dziewczynek ma również (teoretycznie grożące mu bardzo poważnymi sądowymi konsekwencjami) homoseksualne tendencje, których obiektem w pewnym  momencie był, jakżeby inaczej, znienawidzony krewny i kolega ze szkoły w jednym, alias nasz główny bohater.

Hmmm, chyba już widzicie, gdzie leży mój główny problem z tą powieścią.

Wracając do Clovisa: straciwszy matkę i ojca, odrzucony przez krewnych, snuł się po Europie, pogłębiając swoje magiczne wykształcenie (miał m. in. okazję być w Paryżu w czasie komuny - chętnie bym przeczytała coś więcej o tym epizodzie w jego życiu, będę po cichutku marzyć o jakimś opowiadaniu...), by w końcu wrócić do Londynu, w wyniku ryzykanckiego magicznego zabiegu zetknąć się ponownie z Johnem i przyjąć posadę konsultanta londyńskiej policji. Wszystkie te doświadczenia zrobiły z Clovisa postać, jakiej ze świecą szukać wśród głównych bohaterów polskiej fantastyki. Nie ma on w sobie nic z rzucającego błyskotliwymi one-linerami, cynicznego supermęskiego herosa - wręcz przeciwnie, jest raczej spokojny, grzeczny, uprzejmy, trochę nerdowaty i dość łagodny wobec innych, a jak dodać do tego, że smarkato wygląda i jest raczej z tych drobnych i fizycznie niepozornych... Cóż, na zahartowanego życiem wojownika to on nie wygląda. Bardzo mi się ten pomysł na postać podoba, bo dostajemy bohatera nieco innego od tego, czego możemy się spodziewać - choć, przecież, na tle podobnych postaci w fantasy of manners poza polskim kręgiem raczej typową (patrz: bohaterowie Marthy Wells czy Ellen Kushner).

Autorka generalnie, mam wrażenie, stara się z jednej strony grać, aż do granic pastiszu, typowymi dla gatunku motywami - stąd jej dość przewidywalny alternatywny Londyn i imperium brytyjskie. Stąd też, niestety, dla mnie bodaj czy nie najbardziej rozczarowujący wątek, a mianowicie wzajemne zauroczenie Clovisa i Alicji. Ci dwoje jako para są rzeczą tak oczywistą, tak boleśnie przewidywalną (serio, dwoje z tria, przy czym ten trzeci to brat panny?), że było mi szkoda, że autorka akurat w coś takiego poszła. Może im trzeba było bardziej nakomplikować, bo tu jedyną komplikacją jest - też głęboko zakorzenione w gatunku, a odziedziczone po Agacie Christie i Conan Doyle'u - poczucie Clovisa, że jest z rodziny dotkniętej klątwą i nie powinien przedłużać jej istnienia. Podoba mi się, że autorka pokazuje złość Alicji na tę reakcję i jej poczucie, że zamiast się szlachetnie wycofywać, trzeba było jej zapytać, ale generalnie cały wątek wydaje mi się za prosty, a zmyłki - policjant-kolega brata dla Alicji i signora Fricapane, która okaże się być czymś zupełnie innym niż kochanka, dla Clovisa - są na tyle oczywiste, że raczej nie zmylają. Serio, przynajmniej w I tomie (a to jest ewidentnie zamierzone na sequel) mogliby się po prostu lubić i cenić, na przykład... 

Jednocześnie Lange skutecznie ogrywa niektóre gatunkowe formuły w sposób dla polskiej fantastyki nieco mniej typowy. Ma wyraźną świadomość, że jej bohaterowie pochodzący z różnych środowisk i warstw społecznych będą mieć problem z porozumieniem się, nie ogranicza listy swoich postaci do arystokracji i policjantów. Pozwala swoim bohaterkom być czymś więcej, niż damsels in distress. Ma też pomysłowy i przemyślany koncept magii, dzięki któremu uwalnia się od bodaj największego problemu pisarza fantasy, a mianowicie - jak ograniczyć omnipotencję magicznych postaci, jak narobić im w fabule kłopotów? Tutaj autorka nie tylko ma to zaplanowane, ale też traktuje kwestię ograniczeń w posługiwaniu się magią jako kluczową dla fabuły - i bardzo dobrze na tym wychodzi.      

Generalnie, Clovis LeFay to powieść udana i na polskim gruncie pod wieloma względami ożywczo nowa. Co powiedziawszy, jednakowoż, uczepię się jeszcze jednej rzeczy, która nie pozwoliła mi napisać z czystym sumieniem, że książka jest bardzo dobra.

Ta książka otóż ma bardzo złego złola.

Złego w więcej niż jednym znaczeniu. Z jednej strony Horatio LeFay jest wcieleniem zła, i to tego zła najmocniej w kulturze ostatnich dekad potępianego - jest mordercą-pedofilem bez choćby jednej jedynej cechy, która budziłaby w czytelniku współczucie zamiast czystej nienawiści. Na dodatek okazuje się, że jego chore pożądanie jest skutkiem wyparcia własnych homoseksualnych tendencji. Bardzo żałuję, że autorka nie wolała napisać go nieco bardziej zniuansowanego - nie, nie chodzi mi o usprawiedliwianie zbrodni, ale raczej o napisanie mniej oczywistego, mniej odrażającego (a przy tym może trochę groźniejszego - przy całej swojej obrzydliwości Horatio jest summa summarum równie groźny, co Crabbe i Goyle w Harrym Potterze...) zbrodniarza. Wolałabym mniej, w tym przypadku - a już na pewno wolałabym, żeby zły sadysta-pedofil-morderca-kazirodca nie miał do tego, w charakterze ponurego sekretu, homoseksualnych fantazji o bohaterze, bo tu mi trochę zęby ścierpły od nadmiaru paskudnych tropów na raz; ergo, jako złol, Horatio, przynajmniej dla mnie, nie jest najlepiej napisany ani zaplanowany. Znacznie ciekawszą postacią, jak chodzi o czarne charaktery, jest jego ojciec - którego obecność, skądinąd, dowodzi, że jak Lange chce napisać zniuansowanego antagonistę, to potrafi, i to naprawdę dobrze.

Generalnie, Clovis LeFay to - mimo pewnych niedociągnięć i niektórych mniej przekonujących wątków (historia tego, co się stało z matką Clovisa, też mnie średnio przekonała) - powieść udana. Chętnie przeczytam sugerowany w końcówce celowym niedomknięciem części wątków sequel, choć jeszcze chętniej przeczytałabym dalszą historię Letitti lub Nory albo opowieść o tym, co spotkało Clovisa w Paryżu w 1870. W każdym razie, jeżeli ktoś lubi takie klimaty, polecam.  

 


(1) Historia, zdaniem autorki, zmieniła się niewiele, ale alternatywność świata musiała objąć teatr muzyczny - skojarzenie Alicji z Wagnerowską Walkirią w Londynie w 1873 musiałoby oznaczać, że w tamtym świecie londyńska premiera Ringu miała miejsce 10 lat wcześniej; ba, że światowa premiera była wcześniejsza: Ring w Bayreuth wystawiono po raz pierwszy w całości dopiero w 1876 roku. Walkirię pokazano co prawda w Monachium w 1870, ale tylko na specjalnych ograniczonych pokazach.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

 

Zapisz

Zapisz

Marta Kisiel, Dożywocie, Uroboros, 2014; Marta Kisiel, Siła niższa, Uroboros 2016

 

 

UWAGA, SPOJLERY!!

 

Dawno, dawno temu napisałam byłam sobie notkę. Była ona o tym, czego chcę od polskiej fantastyki i czego mnie osobiście w niej brakuje - a brakowało mi przede wszystkim a) nieco innych postaci i ich nieco mniej oczywistych relacji, b) choćby odrobiny ryzyka w posługiwaniu się polszczyzną i konstruowaniu narracji, wyjścia poza bezpieczny, przezroczysty, boleśnie nudny styl, jakim pisze sporo polskich pisarzy, bynajmniej nie tylko fantastów.

Od tamtych czasów pisałam kilkakrotnie o książkach, którym się udało na moją listę polskich powieści/zbiorów opowiadań fantastycznych, do których chcę wracać, wskoczyć - a to było to Czarne Anny Kańtoch, a to wychodząca często poza gatunkowe ramy fantastyki twórczość Wita Szostaka, a to mająca IMHO liczne wady, ale i przewyższającą je w sumie liczbę zalet Zadra Krzysztofa Piskorskiego... Do tej listy dorzucam dziś, z szerokim uśmiechem na twarzy, obie części dylogii Marty Kisiel o nieszczęsnym Konradzie Romańczuku i jego gotyckim domu z horroru, z tym że horror jest raczej z tych zabawniejszych.

Powiem, może na początek, tak: czy te powieści są bez wad? Pewnie, że nie są. Czy są dla każdego? Też przecież  niekoniecznie - to, że ja lubię przeładowany momentami język i ten rodzaj gry aluzjami literackimi, nie znaczy, że każdy musi. Do mnie trafiły jak mało która polska powieść fantastyczna w mojej karierze czytania polskich powieści fantastycznych.

Dobra, może z tymi powieściami w przypadku to trochę nadużycie w przypadku Dożywocia: mamy tu generalnie do czynienia ze zbiorem opowiadań, połączonych postaciami i miejscem akcji, ale fabularnie dość samodzielnych. Siła niższa jest już nieco bardziej spójna, ale też wyraźna jest w niej struktura epizodyczna, z dominującymi głównymi wątkami w każdej kolejnej 'części'.

Kluczem do sukcesu Marty Kisiel są, w moich oczach, po pierwsze, jej postacie. Autorka zresztą, mam wrażenie, to na nich się skupia - ich charakterystyki, natura i wzajemne relacje wydają się ważniejsze od fabuły. Ponieważ obie powieści Kisiel mają pastiszowy, humorystyczny charakter, jej postacie też są chwilami przerysowane i wyposażone w pewne cechy w natężeniu przekraczającym realizm - ale te zabiegi są całkowicie świadome i związane z wybranym przez autorkę gatunkiem (zaznaczam, bo, hmmm, przypominają mi się czytane ostatnio polskie powieści, gdzie bohaterowie też są mocno przerysowani i wyposażeni w dość kosmiczne zestawy cech, a bynajmniej nie mają być pastiszem ani parodią...). Postacie te zresztą mają różny, że się wyrażę, rodowód. Konrad, główny bohater, jest wyjściowo znerwicowanym, artystycznym typem, troszkę (?) hipsterem, życiowo nie całkiem pozbieranym i z tendencjami do użalania się nad sobą i demonizowania świata wokół siebie (patrz: obraz Majki, eks-dziewczyny, i Carmilli, agentki literackiej, jaki poznajemy jego oczyma); jest przy tym, świadomie czy nie, komicznie potraktowaną wariacją na temat typowej postaci z polskiej komedii romantycznej - znaczy się, jakiejś Małgorzaty czy innej tam Judyty, która wyprowadza się z miasta na wieś i nawet nie wie, że w końcu znajdzie tam Prawdziwe Szczęście. W przypadku Konrada szczęście to przybiera postać pół-zrujnowanego gotyckiego domiszcza i z lekka niedobranej grupy jego lokatorów: upiornego w więcej niż jednym znaczeniu lokalnego Gustawa-Wertera z bożej łaski, niejakiego panicza Szczęsnego, a do tego paru utopców, bluźnierczego przedwiecznego mackowatego zła czającego się w piwnicy i piekącego ciasteczka oraz kotki zasługującej ze wszech miar na imię Zmora, do której, w ramach domowych pieszczoszków, dołącza w pewnym momencie mroczny i perfidny królik imieniem Rudolf (Valentino). No i jest jeszcze anioł.  Anioł, aniołeczek, anielątko raczej, liche i niezdefiniowane płciowo i z włoskami z błyszczącego celofanu; z obsesją na punkcie środków czystości i alergią na własne pierze w skrzydłach, biedactwo.  Team uzupełnia w pierwszej części pan Kusy, złota rączka i pomocnik, jak najbardziej namacalnie ludzki; w drugiej tę rolę odgrywa będący jednocześnie jednym ze współlokatorów (na nowych włościach) Turu Brząszczek, wiking z zamiłowaniem do snycerki i przebierania się na konwenty w kostium nieco wyrośniętej Roszpunki. W Sile niższej znika nam z oczu panicz, za to powiększona zostaje rola Carmilli, a na głowę bohaterom spada drugi anioł, niejaki Tsadkiel (który, by zacytować Tura, często-gęsto bywa Dupkielem pierwszej wody) i parę duchów żołnierzy Wehrmachtu, na co dzień zamieszkujących na strychu willi, do której się cała ta radosna ferajna przeprowadziła.
I oczywiście, te postacie są przerysowane - powinny być, taka konwencja. Każdą z nich wyjściowo przynajmniej określa jakaś dominująca cecha (Licho jest naiwne i uwielbia sprzątać, Carmilla to drapieżna kobieta i hipsterka-pozerka, pedant Tsadkiel aniołem akurat skromności to jest chyba tylko we własnych fantazjach i tak dalej i tak dalej). Tyle, że te postacie nie pozostają określone jedynie przez te swoje cechy - autorka daje im, zwłaszcza w drugiej powieści, szanse rozwoju i zmiany: pozwala zobaczyć, że wszystkie mają jakieś ludzkie cechy. Okaże się wtedy, że Tsadkielowi zdarza się, przy całym jego ego rozmiarów Pałacu Kultury, poczuć odrzuconym i niepotrzebnym; że Carmilla wcale nie jest taka poukładana i tak dokładnie wiedząca, czego chce od życia - że w ogóle ten jej obraz jako Straszliwej Harpii jest w dużym stopniu, jakżeby inaczej, tym, jak ją postrzega wiecznie spóźniony z tekstami podopieczny, Konrad; że nawet anielskie dziecko może mieć depresję.

Autorka tej książki - a, hmm, nie wiem, czy Siła niższa to nie jest moja ulubiona z książek przeczytanych w 2016 - kupiła mnie dwiema odrębnymi rzeczami. Jedna z nich jest osobista: po prostu Marcie Kisiel udało się trafić w kilka z moich osobistych ulubionych pomysłów i motywów. W śpiewaną przez Tura i Licho (aniołeczka, znaczy) moją ulubioną piosenkę z jednego z ulubionych filmów. W akurat-właśnie-te-cytaty z poetów romantycznych, do których predylekcję chyba dzielimy. W taki rodzaj pastiszowej stylistyki który akurat mnie nie nuży, a trafia w mój własny językowy słuch i robi mi dobrze. Plus, nie pamiętam, kiedy ostatni raz zaśmiałam się głośno w autobusie, czytając książkę - to musiało być ze dwa lata temu, na etapie nadrabiania Pratchetta.

To są moje małe super-subiektywne powody. A te bardziej obiektywne? Ano są dwa. Po pierwsze, język. Po niedawnej lekturze kilku najnowszych polskich powieści, napisanych zdaniami nierozwiniętymi pomieszanymi z metaforami i porównaniami o klasie "niebo płaskie jak naleśnik", polszczyzna Kisiel - idiomatyczna, przestylizowana momentami, swobodna w użyciu metaforyki i naładowana słownymi echami polskiej klasyki literackiej - była jak łyk świeżej wody po kilku butelkach letniej Polo-Cockty bez gazu (takie samo uczucie, jak chodzi o język, miałam czytając drugą powieść Maryli Szymiczkowej, o której to powieści i jej autorach innych razem, jednakowoż). Ja, akurat ja, bardzo takie pisanie lubię.

A po drugie? Wspomniałam wcześniej o Terrym Pratchetcie, nie po to, by Martę Kisiel z nim porównywać, a by zasugerować, że i u jednego, i u drugiego z autorów pojawia się w pewnym momencie opowieści podobna koncepcja - nie przestaje być śmiesznie, ale jednocześnie robi się całkiem serio. Historia Konrada uciekającego przed odpowiedzialnością (i, jak się okaże, żałobą) w nocne wyprawy do Tesco, historia Carmilli uplątanej w pieluchy i nie bardzo wiedzącej, jak godzić macierzyństwo z pracą, opowieść o tym, jak Licho, przygnębiane na każdym kroku przez Tsadkiela, straciło nawet chęć do sprzątania - to są spokojnie i sensownie opowiedziane historie o mniej lub bardziej poważnej depresji, o odpowiedzialności, o tym, że czasami czegoś jest _naprawdę_ za dużo na jednego człowieka (albo anioła) i że nie obejdzie się bez pomocy. Przy czym Kisiel nie zmienia tonu, nie próbuje nagle zacząć moralizować ani pouczać - dopiero przyglądając się reakcjom bohaterów widzimy, że z postaciami jest coś nie tak, i to nie w bajkowy ani komiczny sposób nie tak... Autorka swoje postacie ewidentnie lubi, w ich chwilach wzlotów i w niedoskonałościach - ale też potrafi im współczuć i tak pokazać ich upadki i zakręty życiowe, żeby nam (dobra, mnie) było ich autentycznie żal. 

Jasne, wolałabym mieć w Dożywociu jakąś sensowną a znaczącą dla akcji bohaterkę (ta, która okaże się główną kobiecą postacią w ekipie, nie ma za dużo do powiedzenia....), a jednocześnie niekoniecznie mieć taką np. pannę Bercikównę w wersji aż tak przerysowanej (no nic  nie poradzę, mnie jej głównie żal, bo dokładnie potrafię postawić samą siebie w jej sytuacji śmiesznej, brzydkiej, tęgiej i zdecydowanie niemłodej wiecznej dziewicy w kretyńskiej dzianinowej garsonce, która to nieszczęsna ropucha kompletnie nieudolnie zabiega o przystojnego młodszego chłopaka...), wolałabym, żeby taki np. wątek Szczęsnego i jego interesownej Dulcynei z Dożywocia był nieco dalej pociągnięty... I co? I nic. Sporo z tego, co bym wolała, dostaję w Sile niższej - a nawet jakbym nie dostała, to i tak nie zmieniłoby to faktu, że sięgnąwszy po Siłę..., chyba znalazłam swoją powieść fantastyczną roku 2016.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 34
| < Maj 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        
O autorze
Zakładki:
Autorzy
Blogi
Miejsca: różne
Omnia mea
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...