wtorek, 24 stycznia 2012

Sherclok Holmes: Gra cieni, reż. Guy Ritchie, scen. Kieran Mulroney, Michele Mulroney, wyst. Robert Downey Jr., Jude Law, Kelly Reilly, Jared Harris, Stephen Fry, 2011.

 

Zastanawiałyśmy się wczoraj z Drakainą, czy w końcu zobaczyć w kinie aktualny Twilight (nie pamiętam w sumie, który z kolei), czy pójść na film, który ja naprawdę, naprawdę chciałam widzieć, znaczy na Grę cieni. Gra, nomen omen, wygrała, a ja teraz chyba nawet troszkę żałuję, że nie poszłam oglądać, jak Bella wychodzi za Edwarda.

No bo tak: powiem od razu, że dawno już nie wyszłam z kina tak rozczarowana.

http://film.dziennik.pl/galeria/373991,1,sherlock-holmes-gra-cieni-superdetektyw-nie-umiera-nigdy-galeria-zdjec.html

Pierwsza część mnie swego czasu autentycznie zachwyciła;  za kolejnym oglądaniem na DVD podobała mi się nieco mniej (zaczęła jednak przeszkadzać idea, że Blackwood chce po prostu Władzy nad Światem, no i masoni, którzy irytują mnie, w sumie, w każdym filmie, w jakim się pojawią), ale generalnie - po obejrzeniu go po raz trzeci (czwarty?) parę dni temu twierdzę, że to jest ciągle bardzo udany i bardzo fajny film: pomysłowy, dobrze zagrany, efektowny.

A przy The Game of Shadows Ritchie i i jego scenarzyści mieli - no, prawie wszystko. Mieli sprawdzony team aktorów, między którymi na ekranie, w poprzedniej części, aż iskrzyło od napięcia, i naszkicowane już postacie Holmesa - autodestrukcyjnego ekscentryka mentalnie uzależnionego od jedynego przyjaciela, jakiego ma, oraz kompetentnego, sarkastycznego Watsona, trochę mniej mieszczańsko porządnego (hazard!), niż na to wygląda. Mieli, zamiast Blackwooda, w rękawie czarny charakter wszechczasów, na dodatek na tyle mało sprecyzowany w literackim oryginale, że mogli z nim zrobić, co chcieli. Mieli może niespecjalnie literacko dobry, ale bardzo, bardzo wdzięczny do adaptacji pierwozwór i dość kasy, żeby pokazać prawie wszystko, co by im się zamarzyło. 

No i, w mojej skromnej opinii,  skopali to wszystko (albo prawie wszystko). 

Dobra, ten film ma zalety. Po pierwsze, dalej się komuś chciało myśleć, jak pewne rzeczy pokazać  - mnie się naprawdę podobała przesadzona, przestylizowana scena wybuchu w lesie, z zastygającymi na moment w stop-klatkach scenami i postaciami. Podobały mi się (w większości, o czym dalej) kostiumy i zdecydowanie pozytywnie odebrałam ścieżkę dźwiękową (a zwłaszcza tę przeróbkę początku uwertuty Don Giovanniego, co się Drakainie wydała jak Don G. napisany przez Wagnera).  Uśmiechnęłam się, kiedy okazało się, że pułkownik Moran dalej jest znakomitym strzelcem. Podobał mi się, zdecydowanie, Jude Law jako Watson - facet ma naprawdę nieprzeciętnego pecha, że los dał mu konkurencję nie do pobicia w tej samej roli w tym samym czasie (podstawowa różnica jest taka, że Freeman ma co grać...). No i jest w tym filmie, tak naprawdę, jedna scena, przy której poczułam dreszcz emocji.

Myślę, że dla większości osób, które film widziały,  jest chyba dość oczywiste, o której scenie mowa. Podobnie jak Sherlockista (zresztą, zamiast pisać własną recenzję, powinnam chyba odesłać do recenzji na Sherlockianach, bo mówi to samo, co ja chcę powiedzieć, tylko lepiej) jestem pod dużym wrażeniem finałowej konftrontacji Holmes-Moriarty: od początku pojedynku szachowego między nimi aż po skok za balustradę w obecności Watsona jako świadka. Tu nie było szarżowania, histerii - tu w ogóle nie było, tak naprawdę, emocji, tylko kalkulacja i zrozumienie, że inaczej się nie da. Świetna ta idea, że po raz pierwszy ktoś - ktoś mu równy - wcina się Holmesowi w jego dedukcje i jego ocenę rzeczywistości, a scena, w której panowie grają w szachy nie patrząc na figury przed sobą, widząc tylko, in their minds' eye, konsekwencje swoich posunięć, mówiła nam i o Holmesie, i o Moriartym więcej niż poprzednie półtora godziny akcji.  

No i teraz już się nie da tego odwlekać, będzie rant. Wielki, gigantyczny rant bardzo złej osoby.


Szanowni Państwo Autorzy tego filmu, pytam ja się Was retorycznie (a pytania i wątpliwości są, że od razu dodam, moje własne, w  sensie - że komuś się mogło podobać, jak najbardziej, ale mnie nie):

Po pierwsze, po cholerę było majstrować przy postaciach z I części i je jeszcze przefajniać? Robert Downey Jr. wcale nie musiał być na ekranie bohaterem z opowiadań Conan Doyle'a, wystarczyłoby, żeby był sobą z I części tego filmu: genialnym, niepoukładanym i nieżyciowym alkoholikiem (?) z szalonymi pomysłami i sercem po właściwej stronie. Tutaj - szarżujący, przegięty, momentami głupawo śmieszny, pakowany bez przerwy przez scenarzystów w sytuacje stereotypowe, nieprawdopodobne i pozbawione sensu nawet w konwencji, jaką ten film przyjmuje - jest momentami własną parodią. Dawno, dawno temu Kevin Kline był lepszy i zabawniejszy w przebierankach za kobiety, a Salma Hayek lepiej wyglądała w skrzyżowaniu kaftanu bezpieczeństwa z piżamą dla dorosłego dwulatka; RDJ zarówno w swoich idiotycznych kostiumach i przebraniach, jak i kiedy po prostu był wiecznie umorusany, na kacu i z misją rozśmieszenia widza za wszelką cenę, głównie mnie irytuje. Nie widzę w nim w żaden sposób emocji, które jakoś do tej postaci, po I części filmu, przypisałam - punktowanego absurdalną momentami komedią, ale jednak (boję się takiego słowa w tym kontekście, ale inne mi do głowy nie przychodzi) dramatu człowieka, który nie ma pojęcia, co  ze sobą zrobić, żeby się nie zanudzić na śmierć (pierwszy film i My mind rebels at stagnation, give me problems, give me work?) i któremu świat się wali na głowę, bo mu się jedyna podpora życia wyprowadza z domu. Tu Holmes Downeya jak dla mnie jest, jak celnie ujmuje Sherlockista, skrzyżowaniem Chucka Norrisa z klaunem i aż do konfrontacji z Moriartym tyle mniej więcej mnie obchodzi.

Po drugie. Ja, czytelnicy i cały świat (tzn. ta jego część, która wie, kim jest Sherlock Holmes) wiemy, że Holmes i Watson są "parą" - w sensie: że są dla siebie nazwajem ważniejsi od żon i braci, że będą dostawać (metaforycznej) histerii na myśl o tym, że drugiemu mogło się coś stać i że niezależnie od ilości małżonek pan doktor będzie i tak spędzał każdą wolną (i nie tylko) chwilę na Baker Street. I OK, jak pewnie niektórzy wiedzą, kompletnie, ale to kompletnie nie przeszkadza mi (a wręcz przeciwnie), że bohaterowie płci tej samej, parą w sensie erotycznym nie będący, flirtują ze sobą na ekranie, podczas gdy scenarzysta z reżyserem chichoczą i mrugają do widza, ale na litość boską - trochę mądrzej i trochę mniej nachalnie. Albo, przy tak dalekim odejściu od kanonu, zróbcie z nich po prostu (eks?) kochanków, proszę bardzo, i wtedy ogrywajcie dwuznaczniki z tańcem i kładzeniem się obok siebie, albo trochę stonujcie z dowcipasami i przestańcie, błagam, błagam, pakować w ten film najbardziej ograne i głupawe chwyty rodem z komedii pt. "Wszyscy myślą, że on jest gejem, a nie", bo jak dla mnie wygląda to na słaby humor skrzyżowany z wyjątkowo nachalnym fanserwisem. Przegięliście najbardziej ze sceną tańca, która jest taką kliszą a la marny fanfik, że zęby (mnie przynajmniej) bolą.      

Po trzecie, zatrudnijcie jakiegoś, bo ja wiem, scenarzystę? Może by, po pierwsze, ten film miał jaką, no nie wiem, fabułę? Po co ta usunięta w dziesiątej plus minus minucie Adler - i potem Sim, która jest jej klonem (Noomi Rapace mogę oglądać, bo jest cudna pod każdym względem, ale postać troszkę jakby nie ma celu i sensu)? Anarchiści i ich spisek (i brat i siostra jak z Van Helsinga?)? Przeszczep twarzy? Sceny w pociągu? Długie, długie, długie bijatyki o nic i o niczym? Pociąg, że się powtórzę? Las? ARMATY? Wyrzucenie Mary z pociągu? Mary w ogóle, w sensie - cały czas czekałam, aż się dowiemy, że jest eks-szpiegiem, bo inaczej, skąd ona pewne rzeczy wie? Kozy i dżungla na Baker Street? Wymuszone i nieśmieszne, jak dla mnie, sceny z jazdą na kucyku? Ktokolwiek wymyślił, że Watson parę dni po śmierci Holmesa wybiera się w podróż poślubną, zasługuje na męki piekielne w postaci czytania przez całą wieczność Sherlocka Holmesa i mądrości umarłych. Dobra, dla równowagi - duży plus za fakt, że ten akurat Sherlock Holmes ma odrobinę serca i ostrzega Watsona, że z tym wodospadem to nie do końca tak było...  
Każda z tych postaci i prawie każdy z wątków ma spory potencjał, ale to, jak jest tutaj zrealizowany - cóż, z każdego kąta żałość itede. A, i jeszcze - po diabła było zatrudniać Stephena Fry'a (jak ma być Mycrotf z kanonu, to niewielu widzę lepszych kandydatów) i następnie kazać mu paradować nago po ekranie w zasadniczo niczym, poza Potrzebą Jajcarstwa, nieumotywowanej scenie? No po co?

Zła jestem. Naprawdę, serio zła. A ponieważ Sherlockista wie lepiej, z jakiego powodu jestem najbardziej zła, pozwolę sobie zakończyć tę pełną rozczarowania, smutku i złości recenzję cytatem, który także i moje uczucia oddaje idealnie: pod tymi wszystkimi burdami, żarcikami i gonitwami siedzi o wiele lepszy film, który trzeba by było najpierw ociosać z amerykańskich pomysłów na to, co bawi widownię.

piątek, 20 stycznia 2012

http://29.media.tumblr.com/tumblr_ly1rw6wYDR1qlcpyoo1_500.jpg

Moriarty is real.
Rich Brook: the man that never was.
Trust John Watson.


Also, IOU.

poniedziałek, 16 stycznia 2012

 

 http://27.media.tumblr.com/tumblr_laygaszgpT1qdas6ko1_500.jpg

 

 

No więc wrzucając tu jakiś czas temu Cascade de Riqenbac Turnera, miałam jakieś przeczucie. Od razu w pierwszej scenie mamy aluzję do drugiego najsłynniejszego pojawienia się wodospadu Reichenbach w angielskiej kulturze i jednocześnie - na moje wyczucie - do filmu z Brettem, gdzie chodziło, że przypomnę, o kradzież sławnego obrazu!

Nie mówiąc już o tym, że od razu w pierwszych minutach mamy z głowy wodospad Reichenbach. Niby go nie ma, a jest. No ale jest upadek, z oryginalnego miejsca pracy doktora Watsona, chwilowo w remoncie (dużo o tym było w gazetach w jednym z poprzednich epizodów).

Molly jest Mycroftem. Cudnie jej panowie wynagrodzili to, jak była traktowana: tu jest dzielna i mądra, choć niby się wiele nie zmieniła, i ma tę drobną nagrodę, że Sherlock w końcu to dostrzega i to do niej ma prośbę. A pani Hudson jest, tym razem, umierającą na suchoty angielską panienką.  

Mycroft nie może się oprzeć graniu w gierki z Moriartym, bo chyba żadne z tej czwórki (Irene, Mycroft, Sherlock, Jim) nie potrafi oprzeć się chęci pogrywania sobie z pozostałymi.

Bajki. Jak z Jedenastym Doktorem, choć to przecież nie Moffat pisał dzisiejszy odcinek. Jaś i Małgosia ze śladami z okruchów i but jak w Kopciuszku zdradzający sekrety. I jabłko na dodatek do zmyślone ad hoc opowieści o rzekomym rycerzu Okrągłego Stołu. BTW mój brat zaświadczy, że krzyknęłam "Jaś i Małgosia!" na ładnych parę minut przed Sherlockiem. 

Sherlock Holmes umiera tu dwa razy: raz jako detektyw i geniusz, w oczach świata, raz jako człowiek. Ani razu naprawdę, choć to pierwsze też mi się jakoś tam kojarzy z losem Jedenastego Doktora.

Martin Freeman zasłużył na BAFTĘ, Oscara i co tam jeszcze. Sherlock zasłużył na to, żeby porządnie dostać w pysk w pustym domu (ale Benedict Cumberbatch zasłużył na swoją porcję nagród).

W końcu wiedzieliśmy, że on nie umarł, prawda? Panowie po prostu postanowili trochę mniej oszukać. Ale ciągle nie chciałabym być Sherlockiem po powrocie. Biedny John.  

Piękna konstrukcja: aluzje do pierwszej serii, łącznie z cytatami (to o zostaniu zabójcą), powrót postaci z tamtych filmów, układ (z serią spraw) trochę wydaje się, początkowo, naśladować The Great Game.

Poza tym, serce mam złamane i jestem zachwycona. I w sumie nie bardzo wiem, co jeszcze powiedzieć, a poza tym zanim powiem, muszę pozbierać szczękę z podłogi. 

A prawdziwa recenzja będzie po 23, jak dostanę moje zamówione DVD.

EDIT ONE: Zapomniałam jeszcze, że mi się podobało zachowanie ramowej konstrukcji tekstu (it is with a heavy heart i John u pani psychoanalityk, z deszczem płaczącym za oknem).

EDIT TWO: Czyżbyśmy mieli uzasadnienie dla pięknych heroicznych ujęć Sherlocka na skale w Dartmoor :)

EDIT THREE: Sherlock rzekomo wynajduje Moriarty'ego, jak go wynalazł (naprawdę!) w Seven Per Cent Solution Nicholasa Meyera.

EDIT FOUR: Mesjańskie aluzje, śmierć za przyjaciół i walka dobra ze złem, anyone? Rusty Angel na to wpadła i od kiedy to u niej przeczytałam jakieś pół godziny temu, nie może mi to wyjść z głowy.

niedziela, 15 stycznia 2012

... chyba w tym roku, niestety, zapowiadam, bez czego ja osobiście nie wyobrażam sobie ekranizacji jednego z opowiadań Arthura Conan Doyle'a. Tym razem, oczywiście, opowiadaniem, o którym mowa, jest The Final Problem  -a ja problemów z nimi wymagań wobec niego mam, jak się ku własnemu zdziwieniu przekonałam, mniej, niżby mi się wydawało.      

Final problem

Dlaczego? Może dlatego, że żeby zrobić z tej historii dobry film, trzeba w ogóle sporo do niej dołożyć. Problemem w The Final Problem jest, tak naprawdę, profesor Moriarty: żeby współczesny widz uwierzył w Napoleona zbrodni, musi wiedzieć o nim coś więcej, oprócz arbitralnych oświadczeń, że mamy do czynienia z demonicznym geniuszem zła: więcej faktów i dowodów jego geniuszu, mniej deklaracji; ideałem byłoby jakieś poważne przestępstwo, choć może niekoniecznie kradzież Mony Lisy z Luwru. Tutaj, w sumie, nawet nie muszę się tego domagać, bo pp. producenci już to zrobili: wypełnili mój punkt pierwszy, pokazując nam Jima Moriarty'ego i jego knowania od samego początku, wskazując, że pan consulting criminal macza palce w bardzo wielu tych samych sprawach, którymi zajmuje się pan consulting detective i czyniąc z niego zarówno równego przeciwnika dla obu braci Holmesów, jak i rywala/wspólnika dla pani Adler.    

Nie muszę się też domagać ulubionych kawałków dialogu, tych, które definiują Holmesa i Moriarty'ego jako równych sobie, niemal czytających sobie nawzajem w myślach przeciwników. A nie muszę upominać się o mój punkt drugi, bo - bo ten dialog już był. Na basenie. Pod koniec The Great Game:

"'All that I have to say has already crossed your mind,' said he.

"'Then possibly my answer has crossed yours,' I replied.

Co mi więc pozostaje? Kilka bardzo ogólnych życzeń:

Po trzecie: Sherlock Holmes musi się bać Moriarty'ego (to, co znakomicie zagrał Jeremy Brett): musi poważnie wierzyć, że jego życie jest w niebezpieczeństwie i serio obawiać się tego, co się może stać.

Po czwarte, i tu jest pewien niewielki problem: John Watson nie powinien wątpić, że jego przyjaciel nie żyje i powinno go to porządnie trzepnąć emocjonalnie. Problem ma polegać na tym, że my-odbiorca musimy najpierw uwierzyć JW, a potem (za te trzy lata) nie mieć najmniejszych wątpliwości, że JW się mylił. To ładnie wyszło w recenzowanej przeze mnie niedawno wersji Granada TV: oglądamy wydarzenia tak, jak wydedukował je Watson, a dopiero poniewczasie nam się przypomina, jak to jest z Watsonem i dedukcjami...  

Mało, w sumie, mam tym razem wymagań. Jeszcze może tylko jedno: po piąte, że po prostu sobie nie wyobrażam, że się przy tym nie rozpłaczę...

sobota, 14 stycznia 2012

Dwa razy w roku, w swoje urodziny i imieniny, dręczę śmiałków swoimi próbami literackimi, których, ofkorz, nikt nie chce nigdzie publikować. Dzisiejsza domaga się kilku słów komentarza:

1. Jest podlinkowana z innego mojego bloga, a nie po prostu wrzucona tutaj, bo tekst  był dla Bloxa mocno za długi.

2. Ostrzeżenie: tl;dr

3. Ostrzeżenie: o Rzymianach

4. Ostrzeżenie: horror

5. Ostrzeżenie/prośba: jakby ktoś wiedział, co zrobić z infodumpem o rodzinie bohaterki, to proszę o rady. 

6. I jeszcze raz: tl;dr

7. Uwaga: niebezpieczeństwo natknięcia się na cytaty i kryptocytaty.

8. Mówiła już? tl;dr 

I to tyle ostrzeżeń. Próba follows.

Fori imperiali, by ninedin



ROZPOZNALI KROKI ERYNII

 

 

Kluentia pozdrowienia siostrze Awicie. Jeżeli ty masz się dobrze…

 

Podniosłam wzrok znad gryzmołów mojej siostry i spojrzałam za okno: ściemniało się i mrok wkradał się powoli do Domu Westalek. Nie chciało mi się czytać listu, który leżał na moich kolanach. Zastanawiałam się przez moment, czy nie przywołać Syry i nie kazać zapalić lamp, ale zdecydowałam, że chyba wolę zabrać te nieszczęsne tabliczki i pójść do atrium; przynajmniej dowiem się, czego tym razem chce ode mnie ukochana siostrzyczka, w nieco przyjemniejszym miejscu niż pełen smrodu oliwnej lampki pokój.
Siedząc w atrium i słuchając, jak ptaszki w klatkach rozstawionych wśród zieleni kokoszą się przed snem, wróciłam do listu Kluentii.

 

W Larinum jest teraz jak zwykle, nic się nie zmieniło od twojej ostatniej wizyty przy okazji pogrzebu Marka. Ja za to przyjadę do Rzymu, wykorzystać ostatnie miesiące mojego wdowieństwa na stosowne rozrywki.
Jako że przebudowuję obecnie moją rzymską willę, zatrzymam się zapewne u przyjaciół rodziny, Tullia Starsza obiecała mi gościnę, pamiętasz, ostatnio u nas będąc, niewątpliwie ze względu na pamięć swego Stryja. Bym pragnęła oczywiście ciebie, o umiłowana siostro moja, odwiedzić. Tak też uczynię.
Oczekując spotkania z tobą zaniedługo,
pozdrawiam cię z miłością siostrzaną,
Twoja Kluentia.
PS. A jak liczysz na to, że znowu uda ci się wymówić obowiązkami religijnymi, to się nie łudź. Virgo Maxima uprzejmie poinformowała mie o przypadających ci zadaniach i wiem doskonale, kiedy masz wolny czas.  

Westchnęłam ciężko. Po pierwsze, przedzieranie się przez meandry stylu mojej siostry było czystą męką. Po drugie, nie podobało mi się to, co list sugerował. Virgo Maxima, moja przełożona, nie zniżyłaby się do napisania osobiście do prowincjonalnej damulki, nawet jeżeli ta była wdową po senatorze; to znaczy, że Kluentia pociągnęła za jakieś znane tylko sobie sznurki i poprosiła o interwencję kogoś z wysoko postawionych przyjaciół męża – prawdopodobnie Gneusza Marcjusza, męża Tullii; a to z kolei znaczy, że cokolwiek chciała osiągnąć, naprawdę jej na tym zależało.
Normalnie, znając moją siostrę, uznałabym, że Kluentii nudzi się w Larinum i że zatęskniła za stołecznymi rozrywkami – nie mówiąc o tym, że jej zdaniem była już najwyższa pora poszukać nowego męża, rok po tym, jak pochowała senatora. Jej głupie podstępy raczej by mnie rozśmieszyły niż zirytowały, a gdybym naprawdę nie chciała się z nią spotykać, zacięłabym zęby i zniżyła się do poproszenia V. M. o dodatkowy przydział obowiązków. A co do jej źródeł informacji – nie zazdrościłam; powiedzmy, że też miałam własne znajomości.
Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że Kluentia wspomniała o stryju naszej przyjaciółki. W naszym prywatnym języku to zawsze oznaczało poważne kłopoty.

 

CZYTAJ CAŁOŚĆ

01:47, ninedin
Link Komentarze (8) »
piątek, 13 stycznia 2012

Wstałam sobie dzisiaj, szczęśliwie, po dziewiątej (do pracy na szesnastą...); przespacerowałam się po mieszkaniu, wzięłam prysznic, zjadłam śniadanie, po czym, mając w perspektywie wybór między pisaniem a prasowaniem, włączyłam na moment TV. Po czym okazało się, że AXN Crime postanowiło uraczyć nas o 10 rano "Niezwykłą kobietą", a.k.a. A Scandal in Bohemia w wersji Granada TV. Widziałam ten film tylko raz, sto lat temu, i nie aż tak wiele pamiętałam - ergo, okazja była zbyt dobra, by ją opuścić.   

Irene Adler i Sherlock Holmes

To jest - powiem od razu - bardzo, bardzo różna od Moffatowej, wierna, acz odrobinkę inaczej od pierwowzoru rozkładająca akcenty i przede wszystkim - bardzo dobra adaptacja. Adaptacja, dodajmy, która ma wszystko to, czego ja bym się od tej historii domagała - a do tego dorzuca kilka bonusów. 

Przede wszystkim,zaletą tej adaptacji jest Irene Adler. Z jednej strony bardzo Conan Doyle'owa: śpiewaczka o anielskim głosie, szalenie inteligentna i zdeterminowana, by zostawić za sobą przeszłość i nieszczęsny romans z czeskim królem. Z drugiej strony - z postaci w zasadzie przez Conan Doyle'a naszkicowanej scenarzysta  John Hawkesworth i wcale przecież nie tak bardzo znana i aktorsko utytułowana Gayle Hunnicutt stworzyli pełnokrwistą, intrygującą bohaterkę. Ta Irene jest przede wszystkim kobietą - nie dziewczyną , ale dojrzałą i mądrą kobietą, która podjęła ważne życiowe decyzje i zamierza przy nich wytrwać. Może w pewnym momencie zagroziła królowi, niesiona urażoną dumą i ambicjami, ale teraz najwyraźniej nie ma ochoty ani wracać do tego tematu, ani szukać zemsty - zdecydowała się na małżeństwo z panem Nortonem, ewidentnie powiedziała mu o swej przeszłości (fotografię wyrzucają razem) i nie ma zamiaru rujnować życia koronowanemu durniowi, z którym kiedyś łączyło ją uczucie. Uczucie, nie tylko romans: obie strony nie pozostawiają co do tego wątpliwości.


Jest jednak jeszcze jedna istotna sprawa: kluczowym motywem tutaj wydają się słowa Holmesa, wzięte zresztą dosłownie z tekstu Conan Doyle'a: From what I have seen of the lady, she seems, indeed, to be on a very different level to your Majesty. Irene  Adler wygrywa tu, oczywiście, pojedynek z Holmesem. Wygrywa go jednak nie tylko dlatego, by pokazać, że poza rodziną i arcywrogiem nasz detektyw ma czasami szansę napotkać godnego siebie przeciwnika i nie tylko po to, by na przyszłość zetrzeć mu z twarzy lekceważący uśmieszek, z jakim mówi o kobietach; wygrywa też, moim zdaniem, dlatego, że Sherlocka Holmesa zawiódł, w tym przypadku, jego zmysł etyczny.
Od początku, od pierwszego swojego pojawienia się na ekranie, król Wilhelm Gottsreich Sigismond von Ormstein wydaje się raczej antypatyczną figurą; pompatyczny w swoich teatralnych strojach, zarozumiały, skłonny do gniewu i w prostacki sposób wierzący, że pieniądze załatwią wszystko: jak barabarzyński władca z innych czasów i realiów, płaci złotem i gotowy jest (symbolicznie?) rozdawać prowincje swego królestwa w zamian za załatwienie problemu, w który sam się wpakował.
I OK, człowiek miałby wszelkie powody wierzyć, że ten nieszczęsny dureń wpadł w sidła przebiegłej kokoty, która zamierza teraz egoistycznie, dla własnej przyjemności i smaku zemsty, namieszać w historii Europy. Tyle że od kiedy tylko panowie Holmes i Watson zaczynają rzekomą awanturnicę śledzić, zachowanie Irene Adler kompletnie takiej o niej opinii nie potwierdza. Od razu, na pierwszy rzut oka, robi ona wrażenie kobiety, owszem, dumnej, ale wbrew pozorom skromnej, uczciwej, żyjącej raczej spokojnym życiem i generalnie bardzo życzliwej innym (zarówno jej rozmowa ze "świadkiem" jej ślubu, jak i zachowanie wobec rannego "pastora" wyraźnie o tym świadczą). W tym przypadku Sherlock Holmes, który zawsze staje po stronie skrzywdzonych, nieco się pomylił (i czy jego niejakie uprzedzenia wobec kobiet miały z tym coś wspólnego?) - to jego klient jest osobą, która w całej tej sprawie zachowała się niegodnie. Homles, z jego inteligencją, zdaje sobie z tego sprawę: kiedy udaje rannego pastora, czuje się chwilami chyba dość niekomfortowo, oszukując osobę, która potraktowała go z bezinteresowną sympatią i życzliwością, a i w finale wyraźnie podkreśla - cytowanymi przeze mnie wcześniej słowami - kto tu jest nie w porządku. Trochę wstyd, panie Homles - dać się pokonać kobiecie to jedno, ale nie rozpoznać na pierwszy rzut oka niesprawiedliwie potraktowanej ofiary w rzekomej szantażystce, a szui w koronowanym błaźnie z kieszeniami pełnymi złota? 


Generalnie, znakomita klasyczna adaptacja. Mogłabym jeszcze, oczywiście, dodać, że świetny David Burke jako bystry, dzielny i lojalny Watson, i że znakomity Jeremy Brett - od sceny ze strzykawką, przez przebieranki, po ekscentryczne zachowanie w towarzystwie króla - no ale to byłoby stwierdzanie oczywistości, prawda?  

wtorek, 10 stycznia 2012

EDIT: To były 23 punkty w 23 minuty. Wińcie Zwierza i fakt, że za 23 minuty Góra się na pewno zorientuje.  

 

 

 


 

Czyli Psy z Baskerville w dwudziestu trzech minutowych punktach.

1. Dzięki, panie Gatiss. Wszystko, co nie było wybaczone dotąd, zostaje wybaczone teraz.

2.  Chciałam gotycką opowieść przechodzącą w coś z realistycznym zakończeniem. Zamiast gotyckiej historii przechodzącej w kryminał dostałam historię o szatańskich upiorach przechodzącą w SF/thriller medyczny. Brawo. naprawdę, brawo.

3. Cały czas, od samego początku się strasznie bałam, żeby rozwiązanie nie poszło w coś tak oczywistego, jak eksperymenty genetyczne i zmodyfikowany pies. Możecie sobie wyobrazić, w jaką panikę wprawił mnie fluorescencyjny królik.

4. Ergo, bardzo, ale to bardzo się ucieszyłam, że - jak słusznie pisze Sherlockista - bardzo w duchu oryginału Pies był dokładnie tam, gdzie jego miejsce - w głowach bohaterów.

5. Chciałam, żeby klątwa miała coś wspólnego z Henrym - no i proszę, nie dość, że naprawdę chodziło o to, że jego ojciec widział za dużo, to jeszcze przez moment oszalały od narkotyku Henry, atakujący swoją lekarkę, sam stał się Psem.

6. Chciałam mieć red herringi: oświadczam, że to, jak zostały tu rozdystrybuowane oryginalne nazwiska, to jest red herring miesiąca (bo każdy fan będzie podejrzewał Wiadomo Kogo, a Wiadomo Kto okaże się, owszem, mordercą, ale z pierwszej sprawy tego odcinka...).

7. Sherlock, cierpiący, odstawiony od wszystkiego, co mu dostarcza rozrywki i sprawia, że myśli przestają mu gonić po głowie w opętańczej gonitwie, błagający o jakąkolwiek sprawę, cokolwiek, co go zajmie - złamał mi serce (EDIT: nawet mimo komicznego kontekstu). 100 punktów dla aktora.

8. John, obrażony (a raczej odgrywający obrazę), i Sherlock, błagający na swój mocno nieporadny sposób o wybaczenie - bezcenne.

9. Sherlock, mówiący pełnym troski głosem John, gdzie jesteś, skontrastowany następnie z pełnym widokiem tej sceny, kiedy już wiemy, jak to się stało, że John zobaczył Psa - o, to mi nie złamało serca, to mi przypomniało, że ten facet naprawdę jest socjopatą, highly functioning czy nie. 

10. Brak Londynu nie przeszkadzał; zdjęcia kompletnie, zupełnie inne stylistycznie niż w Skandalu, ale znakomite. Temat "mroczne, gotyckie, niesamowite wrzosowisko z jarami" wydaje się wizualnie ograny do bólu, a tu prosze, jak efektownie, tradycyjnie, a zarazem pomysłowo się to dało zrobić.

11. Henry, nie sir, za to Knight, bardzo sympatyczny, bardzo wzruszający i bardzo dobrze zagrany.

12. Ciąg dalszy gry między Sherlockiem a Mycroftem: bardzo dobrze, bo dla mnie to, że oni stale grają, stale rywalizują, jest esencją tej konkretnej wersji ich relacji. No i Jim w roli Sherlock's worst nightmare i Psa Baskerville'ów w jednym. 

13. John Watson odegrał bardzo szczególną rolę, nawet jeżeli alfabet Morse'a okazał się, powiedzmy, mało przydatny.

14. Poza tym, prawdziwa recenzja będzie po całości.

15. A poza tym:

16.  [EDIT: Pies zjadł serduszka]

17.  [EDIT: Pies zjadł serduszka]

18.  [EDIT: Pies zjadł serduszka] 

19.  [EDIT: Pies zjadł serduszka] 

20.  [EDIT: Pies zjadł serduszka] 

21.  [EDIT: Pies zjadł serduszka] 

22.  [EDIT: Pies zjadł serduszka] 

23.  [EDIT: Pies zjadł serduszka]  

poniedziałek, 09 stycznia 2012

http://ignisart.com/camdenhouse/images/houn-53.jpgNo więc zanim obejrzę Psy Baskerville'a (Psy z Baskerville?), chciałabym krótko i w dwóch słowach powiedzieć, co, jak dla mnie, jest kluczem do tej z kolei historii. Nie muszę w niej mieć dosłownych wrzosowisk (choć lubię), psów ani dziedziców przeklętego rodu. Muszę/lubię za to mieć parę fabularnych rozwiązań, mniej więcej takich, jak te poniżej (bo bez to nie jest ten sam Pies).

1. Wszystkim się powinno zdawać, że to gotycka opowieść o potworze - oczywiście, to nie może być do końca ani gotyckie, ani o potworach, bo musi być realistyczne; niemniej fajnie byłoby, żeby jednak jakoś ten element opowieści o monstrum się pojawił i był znaczący dla wyjaśnienia intrygi (w oryginalnym tekście, w końcu, był pies, a że niekoniecznie z piekła rodem, to inna sprawa). Tylko błagam, niech się żaden interpretator (choć akurat Moffata i Gatissa o to nie podejrzewam) nie robi z tego prawdziwego horroru o upiorze z wrzosowisk!

2. Musi być element opowieści o rodowej klątwie/nieszczęściu (patrz: powieść gotycka), ergo - rozwiązanie zagadki musi jakoś łączyć się z osobą lub rodziną sir Henry'ego Baskerville'a lub jego filmowego odpowiednika. Ciężko mi sobie wyobrazić, że Henry byłby tylko, na przykład, przypadkowym obserwatorem. 

3. Konieczne są red herringi, zwalniające akcję i plączące tropy (odpowiednik historii z państwem Barrymore i Seldenem). 

4. I wreszcie, po czwarte i ostatnie; to jest ta powieść, w której John Watson ma szczególną rolę do odegrania: sporo działa sam, wykazuje się jeśli nie detektywistycznym geniuszem, to odwagą i pomysłowością. Bardzo bym chciała, żeby akurat ten element pozostał bez zmian.

A teraz - idę spać, jutro, jak mi się uda, będę oglądać, a pojutrze - jak mi się uda - napiszę, ile z niezbędnych dla mnie elementów tej opowieści udało się Markowi Gatissowi zachować. Proszę, proszę, nie chcę być, po rewelacyjnym początku, rozczarowana!

niedziela, 08 stycznia 2012

Fangirl mode szybko mi nie przejdzie - co najmniej przez najbliższe dwa trzy (DVD!) tygodnie; ale prawda jest taka, że z napisaniem wpisu o Irene Adler nosiłam się już od jakiegoś czasu, co najmniej od momentu przeczytania In Bed with Sherlock Holmes. No a że okazja nadarza się znakomita, bo nowe wcielenie tej  postaci wzbudziło spore dyskusje - no to będzie wpis o pani Adler. ZE SPOJLERAMI, choć dalibóg nie wiem komu, poza Drakainą, mogłabym jeszcze Scandal in Belgravia zespojlować.

Irene Adler (Lara Pulver)

Kluczowe cechy pani Adler, jakie ja osobiście widzę w jej postaci w kanonicznej wersji literackiej i które dla mnie definiują tę postać, są następujące:


1. Jest dopełnieniem, a zarazem przeciwieństwem Holmesa. W odróżnieniu od niego, chętnie obraca się w arystokratycznym towarzystwie i korzysta z tego, że talent i umiejętności zapewniają jej (pewną) pozycję. Jednocześnie jest do niego pod wieloma względami podobna: ma podobne cechy umysłowości i zbliżone umiejętności i talenty (intelekt, zdolność przewidywania zachowań innych, talent do przebieranek, nawet zamiłowanie do muzyki). Z tego koktailu podobieństw/przeciwieństw rodzi się ich wzajemny szacunek i podziw (i dokładnie tymi słowami bym ich relację określiła).

2. Egzystuje na granicy akceptowanego społecznie świata. Z jednej strony, obraca się, jak wyżej wspomniano, w towarzystwie królów i milionerów, z drugiej - jest metresą, jak chodzi o pozycję, a śpiewaczką operową, a więc osobą niekoniecznie szacowną (zabawne, jak się zmieniły standardy!) z zawodu. Już sama jej profesja sugeruje, że jest jej pisana raczej rola królewskiej kochanki lub najwyższej klasy damy do towarzystwa  niż małżonki (i oczekuje się od niej, że się tymi rolami zadowoli i nie będzie aspirować do niczego ponad to).

3.  Jest także na granicy świata męskiego i kobiecego, zarówno gdy chodzi o ambicje, jak i o charakter i sposób ukazania. She has the face of the most beautiful of women, and the mind of the most resolute of men, że przypomnę; skutecznie przebiera się w męskie stroje, nie boi się rywalizacji z mężczyznami i uważa się za równą płci męskiej. Zarazem jest stuprocentowo kobieca (w rozumieniu epoki Conan Doyle'a, znaczy się); jej podstawowym narzędziem budowania pozycji w męskim świecie jest seksapil. W tej kobiecości też nie jest oczywista, bo choć na pierwsze wrażenie wydaje się femme fatale, gotową zrujnować przyszłość dawnego kochanka, w rzeczywistości okazuje się posiadać sporo cech kobiety społecznie respektowanej: She lives quietly, sings at concerts, drives out at five every day, and returns at seven sharp for dinner. Seldom goes out at other times, except when she sings. Has only one male visitor (który w sumie okaże się narzeczonym).

4. Niezależnie od jej niejednoznacznej pozycji, IA jest kobietą dumną i szlachetną, która nie chce, w rzeczywistości, niczyjej krzywdy: pragnie jedynie być traktowana w sposób, na jaki czuje, że zasługuje, a jeżeli świat (w tym SH) tego nie rozumie, tym gorzej dla świata.  

 

Adaptacja (czy to filmowa, czy jakakolwiek inna), która dosłownie przejęłaby cechy Irene Adler, łącznie z zawodem, talentem muzycznym i faktem, że fotografia, o którą chodziło, miała raczej pamiątkowy niż jakikolwiek inny charakter, miałaby jeden zasadniczy problem: dla współczesnego odbiorcy zawód śpiewaczki, chęć walki o małżeństwo z mężczyzną, z którym było się związanym czy rywalizacja z mężczyznami jakz równymi w żaden sposób nie sugerują tego, co mnie osobiście wydaje się kluczowe: pozycji Irene Adler jako osoby otwarcie przekraczającej granice, czy to roli społecznej, czy płciowej. Stąd zresztą dość naiwne przerabianie jej na love interest - kiedy jej cechy, nawet w jakimś tam stopniu zachowane, stają się tylko dodatkiem do faktu, że ma ona być Ukochaną Bohatera. Pół biedy, póki taka adaptacja umieszcza ją w realiach XIX wieku, choć i wtedy istnieje ryzyko, że Irene zamieni się nam w Nowoczesną Kobietę o Złotym Sercu; owszem, inteligentną, utalentowaną, ale przy tym przede wszystkim zupełnie nie skandaliczną i w sumie milutką - patrz Irene-protektorka Christine Daaé u Nicholasa Meyera i Irene cierpiąca po poronieniu w opowiadanku Naomi Novik; i mnie się podobał ten tekst, summa summarum, ale jak teraz o nim myślę, to mam wrażenie, że Novik odczytała sobie zachowania IA ze Skandalu we współczesnym świetle i uznała "Phi, co to za skandalistka, po prostu zwykła kobieta!".  Innym problemem jest, kiedy aspekt "uważa się za równą mężczyznom" okazuje  się głównym kluczem do tej postaci - Rachel McAdams w filmie Ritchiego cierpi nieco z powodu takiej interpretacji, bo jej bohaterka jest po prostu, mimo seksapilu, Robertem Downeyem Jr. w spódnicy. Szalenie mi się ten film za pierwszym razem podobał, a potem, za kolejnym, już jakoś mniej (może magia wielkiego ekranu w kinie działała?).     

Natomiast, natomiast. Natomiast - zwłaszcza w związku z burzą, jaka przetoczyła się przez brytyjskie media przy okazji Skandalu w dzielnicy Belgravia (przy okazji, dziękuję Sherlokiście za link) - chciałabym spróbować jakoś sprecyzować, dlaczego wizerunek Irene Adler w tymże Skandalu Moffata tak mi się podobał.

Krytyka tej nowej wersji IA skupiała się przede wszystkim na dwóch aspektach:  na jej szeroko pojętej seksualności (nadmierna wulgarność, bycie token lesbian) i na fakcie, że w sumie przegrywa z Sherlockiem dlatego, że okazuje się typową kobietką i pozwala, by jej serce rządziło jej głową.  Jako że nie zgadzam się, dość zdecydowanie, z żadnym z tych zarzutów, chciałabym przyjrzeć się temu, co wychodzi SM z przepisania Conan Doyle'owskiej śpiewaczki na dominę współpracującą z terrorystami i dlaczego do mojego obrazu tej postaci tak znakomicie to pasuje.

1. Moffatowa Irene Adler jest idealnym dopełnieniem, a zarazem przeciwieństwem Sherlocka. Z tego zresztą jej postać w tej wersji wyrasta: oni są, że zacytuję pana scenarzystę, two appallingly damaged creatures seeing each other across a room and thinking, ‘wow, there’s another of me’ (źródło).  Ponieważ on albo jest aseksualny, albo w sposób skrajny wypiera swoje erotyczne potrzeby (co jest jasno i dobitnie w tym odcinku co najmniej dwa razy powiedziane) - ona, jako jego przeciwieństwo, jest sex worker i z seksu czyni swoje główne narzędzie. Mnie się zresztą nawet nie wydaje, żeby Irene tutaj była wulgarna: ona po prostu wie doskonale, że uwagi takie jak I'll have you on this table begging for mercy - twice są wyjściem na terytorium, na którym ona ma przewagę, a on, niezależnie od tego, co mówi, czuje się niepewnie.  Adler jest równie amoralna jak Sherlock: on może kiedyś, jeśli będziemy mieć szczęście, zostanie dobrym człowiekiem (a może nie), ona nie widzi problemu we współpracy z Moriartym i z terrorystami. Ba, dziwiłabym się szczerze, gdyby Moffat nie poszedł w jej współpracę z Moriartym: nie dlatego, że uważam, że IA musi być Złą Kobietą, tylko dlatego, że w tej historii jest, jak dotąd, czworo ludzi, którzy intelektualnie wyrastają ponad nużące ich społeczeństwo i żyją nie dla tegoż społeczeństwa, ale dla gry i dla rywalizacji między sobą nawzajem: Sherlock, Mycroft, Jim i Irene. Na jakimś etapie każde z nich toczy z każdym własną grę (Mycroft porywający Watsona, by go informował o bracie, Sherlock oszukujący Mycrofta w sprawie śledztwa co do zaginionych planów, Jim pogrywający z Sherlockiem jako gej z IT, Sherlock nie mogący doczekać się, by dowiedzieć się coś więcej o Moriartym, Moriarty ogrywający Mycrofta w sprawie samolotu - długo by wymieniać), na innym etapie - wolą współpracować (Irene i Sherlock, Irene i Jim, Sherlock i Mycroft). Nie dziwię się, że Adler chciała spróbować ograć wszystkich, zarówno braci Holmesów , jak i Jima M.; nie dziwię się, że - będąc równie amoralna, jak Sherlock - zdecydowała się na gierki z Moriartym. Podobieństwo między Irene a Sherlockiem jest też świetnie wygrane na ekranie, w paralelizmie scen, w których się pojawiają: Adler pierwszy raz widzi go ubranego tylko w prześcieradło, on ją pierwszy raz - nago; no i ta cudna scena, kiedy oboje szykują się do walki, czyli przebierają na pierwsze spotkanie... Jedyny problem, jaki mam, to ta ostatnia scena, która jest trochę jakby z innej bajki (chyba z tej samej, w której Sherlock walczy z ninją); ale czy Irene tak naprawdę jest tam tylko damsel in distress, czy jest to scena typu: jeden superagent wyciągający z kłopotów drugiego (w końcu i jemu, i jej udało się jakoś tę komórkę terrorystyczną zinfiltrować/wytropić?).

2. Ta wersja IA zdecydowanie egzystuje na granicy akceptowanego społecznie świata. No proszę, nikt by dziś nie uznał takiej Reneé Fleming czy takiej Sary Brightman, że przy lżejszej muzie pozostanę, za panią z półświatka! Kiedyś ja i Drakaina półżartem stawiałyśmy na faceta w tej roli i Irene-drag queen, ale trudno mi wyobrazić sobie lepszy wybór, niż profesjonalna domina. Adler nie jest prostytutką, jest o wiele klas wyżej - ale pracuje w seks-biznesie; i tak jak z jednej strony, obraca się w najwyższym towarzystwie, noisi brylanty i drogie ciuchy, tak z drugiej - pozostaje osobą na granicy akceptowalności dla tzw. towarzystwa, panią, o której profesji jednak mówi się półgębkiem. 

3. Czy Moffatowa pani A. jest na granicy świata męskiego i kobiecego? Po pierwsze, warto od razu powiedzieć, że IA jest niewątpliwie graczem dokładnie równym zarówno pp. Holmesom, jak i Jimowi; jej bycie kobietą, a także fakt, że ostatnią bitwę przegrywa z Sherlockiem, w żaden sposób tego nie zmienia - pokonała go i upokorzyła po drodze tyle razy, że dobitnie dowiodła, że jest z niej gracz pierwszej klasy. A przegrała też chyba nie dlatego, że się zakochała w SH, co raczej dlatego, że przeceniła jego niewiedzę i brak orientacji w sprawach miłosnych: zagrała va banque z kodem i założyła, że on nigdy nie będzie w stanie odczytać jej emocji na tyle precyzyjnie, by ten kod odgadnąć; zadała mu prościutką zagadkę i już się cieszyła, że on jej nie rozwiąże, bo nie zna sam siebie: tym większy byłby jej triumf, gdyby się udało. Jeżeli to zresztą jest zakochanie, to jest obopólne - patrz zachowanie SH kiedy wierzy, że IA nie żyje.

Przy tej okazji może warto powiedzieć parę słów o Irenie-lesbijce. Absolutnie wierzę, że Adler w tej wersji woli kobiety: co więcej, wydaje mi się to a) bardzo trafione, b) bardzo ważne. Dlaczego? Ano dlatego, że ten film jest o Sherlocku Holmesie.
Ten film jest o Sherlocku Holmesie, który jest nie z tej ziemi: socjopatyczny, zimny, genialny. Mimo to, gdzieś w nim tkwią resztki tego, czego nie ma już w jego bracie: zdolności do emocji. I właśnie dlatego ci, którzy są w stanie przez ten chłód, tę socjopatię, tę genialność przejrzeć - John, pani Hudson, Lestrade - nie potrafią mu odpuścić i nie chcą mu pozwolić zostać, najkrócej mówiąc, Jimem M. albo Mycroftem. Tak jak napisałam w poprzednim wpisie - dla mnie A Scandal in Belgravia jest przede wszystkim konglomeratem dwóch niemożliwych historii miłosnych (i uwaga: nie powiedziałam "romansów", nie powiedziałam "historii z seksem w tle"); niemożliwych, bo obie przecież są kompletnie wbrew naturze bohaterów. I właśnie dlatego te obie osoby, które Sherlocka w jakiś sposób kochają, kochają go inaczej, niż gdyby było to prostu zakochanie, zadurzenie, romans. I to dlatego John powtarza, że nie jest gejem (i nie jest), a Irene jest - i musi być - lesbijką: bo to jest miłość, przywiązanie, fascynacja, która jest ponad i poza i wbrew normalnym ludzkim odruchom. Symetrie i lustrzane odbicia (zarówno metaforyczne, jak realne) wydają się jednym z leitmotivów tego epizodu: i tak, jak wzajemnie odbijają się w sobie Sherlock i Irene, tak - w tej jednej scenie - takim samym odbiciem są dla siebie Irene i John: oboje, wbrew rozsądkowi i własnej naturze, na swój sposób kochają tego samego człowieka . And look at us both.    

4. Irene, dumna i szlachetna, a przynajmniej na tyle szlachetna, na ile - jako odbicie Sherlocka - może być. Jest przecież, jak on,  amoralna i socjopatyczna; niemniej, że jest kimś nieprzeciętnym, wybitnym, że ją strasznie bawi, jak bardzo bracia H. jej początkowo nie doceniają i że posiadanych kompromitujących zdjęć używać nie zamierza - to wiemy na pewno.

Innymi słowy - tak, mnie też przeszkadzają schematyczne i wpychane w banalne schematy kobiece postacie. Tyle że tu ich nie widzę: nie widzę ani nawróconej na hetero przez supermena lesbijki, ani słabego kobieciątka, ani kobiety zdezawuowanej i pomniejszonej przez związany z seksem zawód, ani damsel in distress. Widzę za to taką wersję jednej z klasycznych kobiecych postaci literackich, jaką bym sobie we współczesnej przeróbce wymarzyła. Nie - jeszcze lepszą.     

piątek, 06 stycznia 2012

Na początek - małe wyjaśnienie, skąd i po co ten nietypowy dosyć wpis. Nie jestem teologiem ani historykiem chrześcijaństwa; co więcej, historia chrześcijaństwa i jej tajemnice ani mnie gAbelard Reuchlin rzeją, ani ziębią i to bynajmniej nie  w celach apologetycznych dzisiejszy wpis popełniam. Cel jest zupełnie inny.
Otóż przepadam za teoriami spiskowymi (a ich popkulturowy walor jakoś tam usprawiedliwia istnienie tego wpisu na tym konkretnym blogu). Im głupsza, tym lepsza i tym większy jej walor rozrywkowy. Poczciwe sztuczne mgły i jaszczury w rządzie światowym dawno mi się znudziły - i stąd właśnie dzisiejszy wpis, sponsorowany przez krakowski Massolit, gdzie dziełko za 2 ZLP zakupiłam,  a posklejany notabene ze statusów, wklejanych dziś przeze mnie na bieżąco na fejsbuku. Ergo, oto przed Wami...

 

OBJAWIENIE PIZONÓW, W DWUNASTU PUNKTACH Z PODPUNKTAMI I EPILOGIEM

 

Informacje wstępne, jakby kogoś dla odmiany interesowały plus minus (wikipedia!) fakty:

 
No więc tak: główna teza książki (broszurki raczej) pana ponoć Abelarda ponoć Reuchlina, który wydaje się w swoje tezy szczerze wierzyć, jest następująca: chrześcijaństwo jako takie zostało wymyślone przez tajną grupę, złożoną z przedstawicieli politycznej i intelektualnej elity Rzymu czasów od Nerona do Marka Aureliusza. Autorzy, straszni egocentrycy, ukryli w swoich książkach (NT, dzieła ojców kościoła) mnóstwo dość łatwo odczytywalnych aluzji do siebie i swojej rodziny, ergo następnie zarówno ich zwolennicy, jak i wrogowie te same zakodowane informacje powtarzali/rozkodowywali; innymi słowy, cała kultura Zachodu pełna jest aluzji do Pizonów. Oto zaś główne (=co zabawniejsze i bardziej bzdurne) tezy tego dziełka, w zapowiadanych 12 częściach.  Zasadniczo bez komentarza, chyba że mnie szlag trafi i pióro (klawiatura) poniesie:

CZĘŚĆ I

1. Wyznawcy judaizmu stanowili 10% mieszkańców Imperium i Rzymianie bali sie, że stanie się on religią dominującą i obali instytucję niewolnictwa.

2. Szczególnie zaś bał się Lucjusz Kalpurniusz Pizon (znany też jako Lucyliusz, adresat listów Seneki, często określany inicjałami KP)

3. KP bał się nie tylko o swoje prawo po posiadania niewolników, ale i o to, że Żydzi go nienawidzą, jako że był przez żonę spokrewniony z Herodem; obawiał się, że nienawidzący pamięci Heroda Żydzi zrobią na niego zamach. KP miał paru synów, wśród nich Ariusza Kalpurniusza Pizona (co prawda historia o nim milczy, no ale).

 

CZĘŚĆ II

1. Pizonowie postanowili zadziałać metodą "klin klinem" i skopiować od Żydów ideę świętej księgi, tyle że napisać ją tak, żeby gwarantowała niewolnictwo i wieczną władzę Rzymian, w tym w szczególności rodu Pizonów.

2. Wynajęli do pomocy starego kumpla Senekę i jego bratanka Persjusza (sic!), po czym przy ich pomocy napisali Ewangelię wg Marka, a ściślej mówiąc - jej pierwszą wersję.

3. Niestety, o pięknym planie zwiedziała się sympatyzująca z judaizmem Sabina Poppea i kazała mężowi coś z tym zrobić. Ergo, Neron wymyślił spisek Pizonów i pozbył się części konspiratorów.



CZĘŚĆ III

1. Jednakowoż, część Pizonów przeżyła. Syn Lucjusza Ariusz celowo sprowokował wybuch wojny w Judei w roku 66 n.e., żeby zniszczyć Świątynię w zemście za brak wiary Żydów w sfabrykowaną przez jego tatusia historyjkę.

2. W tzw. międzyczasie Pizonowie podrzucili Neronowi kreta, w postaci niewonika Epafrodyta, który cesarza w końcu zamordował.

3. Do konspiracji włączono wtedy rzymskiego generała Wespazjana; w tym czasie Ariusz Kalpurniusz Pizo zdążył już napisać Ewangelię wg Mateusza, nową wersję Ewangelii wg Marka i Ewangelię wg Łukasza. Każda postać, której imię zawierają litery P, I, S i O (a szczególnie wszystkie postacie imieniem Ioseph-Józef) to alter ego autora. Najważniejsze alter ego autora to Jezus, choć w jego imieniu nie ma ani P, ani O.

 

 CZĘŚĆ IV

1. Następnie kolesie wymyślili Pawła z Tarsu.

2. Następnie, co jeszcze zabawniejsze, ci sami kolesie wymyślili Józefa Flawiusza.

3. Podsumowując tę część rozważań: po śmierci starszego Pizona z rąk Nerona, jego syn ucieka, ukrywa się przed ludźmi i przez 73 lata pisze kanon Nowego Testamentu i corpus dzieł Józefa Flawiusza. Przy Ewangelii wg Łukasza pomaga mu Pliniusz Młodszy.

 

CZĘŚĆ V

Panowie w dziele tworzenia nowej świętej księgi nie byli sami. Pomagali im także i inni autorzy. I tak kolejne dzieła (współ)tworzyli:

1. List do Hebrajczyków - Flawiusz Arrian (!), zwany też Appianem (!), wnuk Pizona (!)

2. Pisma św. Ignacego - Pliniusz Młodszy

3. Septuagintę - Ariusz Pizon

4. Liczne pisma ojców kościoła, w tym Pasterza Hermasa, Didache, Męczeństwo św. Polikarpa oraz na dodatek traktat o wyprawie Aleksandra Wlk. do Indii, 24 tomy historii Rzymu i pisma nieistniejącego Epikteta - Flawiusz Arrian Appian.

 

CZĘŚĆ VI

1. NT jest pełen tajnych numerycznych kodów, które kodują Pizonów (6 stron objaśnień); najważniejsze z magicznych liczb to 60 (=KP), 14 (=KP) i 16 (=, dla odmiany, KP). 

2. Ekskurs - The Number of the Beast:

Jeden z synów Ariusza Pizona zdradził rodzinę, pokonał pod pseudonimem ich protegowanego Bar Kochbę i na złość rodowi napisał Apokalipsę. 666 = "Christus Flavius Iosephus", czyli wszystkie ważne alter ego jego taty w jednym. Tatuś = Szatan, znaczy się.

3. Cd. kodów i symboli:

Wielbłąd a.k.a Camel (ten od ucha igielnego; sorry, najwyraź niej starożytni Żydzi i Rzymianie, podobnie jak kosmici, chetnie mówią po angielsku) = Camillus (ten od zniszczenia Wejów jakieś 450 lat wcześniej, ni mniej ni więcej). When we reverse the order of the first two letters of "Iosepos" and add the name of that city, the result is "Oy, Veii" [nie, nie wiem, o co chodzi]

Pantera = Jezus, i stąd kot w butach [nie, nie wiem, o co chodzi]

 

CZĘŚĆ VII

LUDZIE ŚWIADOMI TAJEMNICY AUTORSTWA NT ROBILI DO NIEJ ALUZJE W CAŁEJ PÓŹNIEJSZEJ HISTORII LUDZKOŚCI:

1. Pizon uważał się za nowego Mojżesza i dlatego przedstawiał się jako Minos
... i dlatego Henry Fielding w "A Journey from This World to the Next" umieszcza postać imieniem Minus

2. Piso znaczy (nie, nie znaczy - AK) po łacinie "piekarz"... i dlatego Sherlock Holmes mieszka na Baker Street

3... oraz stąd też (choć diabli wiedzą, jak) opowieść o chodzeniu po śladach z okruszków, domku z piernika i Jasiu i Małgosi

4. Kalpurniusz kojarzy się z greckim słowem "kolpos" (=łono), stąd: być na łonie Abrahama
 i ukochany uczeń spoczywający na łonie Jezusa.

 

CZĘŚĆ VIII

1. Żydzi jakoś nie łapali się na projekt Pizonów, ergo trzeba im było ten projekt jakoś zareklamować; stąd idea wymyślenia Pawła, który z prześladowcy staje się wyznawcą.

2. W tzw. międzyczasie córka Pizona Phoebe, pod zmienionym imieniem (jako Pompeja Plotyna) zostaje żoną Trajana; ród Pizonów przejmuje władzę nad światem. NARESZCIE.

3. Projekt nabiera rozmachu: Pliniusz Młodszy zostaje wysłany do Bitynii, by zakładać pierwsze kościoły chrześcijańskie; stamtąd jest niedaleko do Pontu, stąd ksywa Poncjusz, potem przypisana Piłatowi. Pizonowie w tym czasie w przebraniach biskupów objeżdżąją znany świat, propagując swoje teorie.

4. Nie wszystkim Rzymianom podoba się plan Pizonów. Krytykują go Juwenalis i Marcjalis, ale Pizonowie ich przekupują. Idee Pizonów propagują: protegowany Pizonów, Plutarch, ich nadworny prawnik, Tacyt oraz syn Phoebe z pierwszego małżeństwa, Swetoniusz. To on, pod przybranym imieniem, został cesarzem (ale którym??)

 

CZĘŚĆ IX

Zarówno Jezus Chrystus, jak i Józef Flawiusz, to aliasy pana KP. Skąd o tym wiemy:

a) czternastoletni Józef lubił się uczyć, a dwunastoletni Jezus rozprawiał z mędrcami w świątyni.

b) Józef wysłał delegację do Ekbatany, a Jezus powiedział "Idźcie i nauczajcie".

c) Józef koło trzydziestki się poddał Rzymianom, Jezus zaczął nauczać, mając lat 30

d) Józef był kiedyś w Kanie Galilejskiej i Jezus był kiedyś w Kanie Galilejskiej.

e) Józef kazał swoim żołnierzom wrócić do domu po trzech dniach czekania, a Jezus po trzech dniach zmartwychwstał.

f) Józef był oskarżony o defraudację 20 srebrników, a Judasz sprzedał Jezusa za 30 srebrników.

g) Józef uratował przed ukrzyżowaniem trzech swoich ludzi, dwóch zmarło, jeden przeżył; Jezusa ukrzyżowano z dwoma łotrami, oni umarli, on zmartwychwstał.

 

CZĘŚĆ X

Już wiemy, że Jezus = Józef Flawiusz. Teraz udowodnimy, że Józef Flawiusz = Pizon:

a) Żywot Flawiusza jest pełen zagadek i nie do końca wiarygodny (to akurat prawda :P)

b) Józef Flawiusz = Cestiusz Gallus (ten, który prowokuje powstanie 66 r.) = Cezeniusz Gallus (ten sam, bo też Gallus, historia o nim raczej milczy) = Cezeniusz Petus (guberator Syrii; ten sam, bo też Cezeniusz) = Trazea Petus (filozof skazany na śmierć przez Nerona; ten sam, bo też Petus) = Kalpurniusz Pizo (bo też skazany na śmierć przez Nerona).

Wniosek : Jezus = Józef Flawiusz = Kalpurniusz Pizon!

 

CZĘŚĆ XI

W historii świata wielu ludzi zdawało sobie sprawę z istnienia konspiracji Pizonów. Oto kilka przykładów (część I):

Pizonowie celowo użyli chrzecijaństwa do sprowokowania zagłady Żydów za rządów Trajana i kolejnych cesarzy; rabini i ważni Żydzi zdawali sobie z tego sprawę, dlatego często w różnych miejscach umieszczali aluzje do liczb i liter/słów kluczowych dla Kodu Pizonów; i tak na przykład:

A) "far beyond our poor power to add or detract", czyli rola litery P jak Piso w "Przemowie gettysburskiej" Lincolna;

B) 14 stacji Drogi Krzyzowej ORAZ piosenkowy koncept "sweet sixteen". Podane razem.

C) Hasło "The Power of Positive Thinking" (znowu "p")

D) Imiona "Shylock" i "Sherlock"

E) GI Joe (???????)

F) Hugo Gernsback napisał opowiadanie pt. "Ralph 124C41+"

G) Książek o Czarodzieju z Oz jest: oryginalnych 14, w sumie 40

H) Opowiadań o Sherlocku Holmesie jest 56 + 4 powieści, w sumie 60; a ostatnie słowa w ostatnim tekście brzmią "Some day the true story may be told".

 

CZĘŚĆ XII 

Ponieważ Pizon napełnił NT aluzjami do siebie, dającymi się odczytać przy odrobinie wysiłku, czasami odnosili się do nich także i chrześcijanie i muzułmanie (jedni i drudzy wiedzący doskonale, że wierzą w przydatny humbug i przekonani, że nie ma Boga), szczególnie, jeżeli mogli przy okazji kogoś poprześladować. I tak:

A) Żydzi musieli nosić w średniowieczu kapelusze, bo ich inicjały (CP, cornutum pileum) były identyczne jak inicjały Pizona (CP, Calpurniusz Piso)

B) Litera "P" występuje w nazwie "Concentration CamP" (!!!!)

C) W Koranie jest 114 "rozdziałów" [tosię chyba "sura" nazywa,. panie autorze]. Czemu tyle? Bo 100 = KP, 14=60=Kalpurnious Piso!

D) Prorok do raju udaje się na cudownym koniu, a koń to aluzja do Pizona.

E) CP = Communist Party (aluzja do Pizona!)

F) Micwot jest w żydowskiej tradycji 613; a 13 dlatego, że jest to świadome odrzucenie czternastki.

 

EPILOG

Nie wiem, jak Wy, ja się czuję całkowicie, no po prostu całkowicie przekonana. Takiej konspiracji to jeszcze świat nie widział. Co więcej - ich jest więcej. A już myślałam, że John Allegro i chrześcijaństwo jako kult świętego grzyba tożsamego z fallusem to szczyt pomysłowości...


Abelard Reuchlin, The True Authorship Of The New Testament, The Abelard Reuchlin Foundation 1979; dla dociekliwych

poniedziałek, 02 stycznia 2012

Fangirling w najbardziej zaawansowanym wydaniu, jak na mnie. Inspiracja do tego wpisu wzięła się, po pierwsze, z faktu, że Rusty Angel sprawiła sobie niedawno tumblra, przez co ja przesiaduję na tymże t. sporo czasu i zazdroszczę, a po drugie, z powodu braku posiadania przeze mnie zdolności artystycznych. Moja siostra maluje, rzeźbi i lepi rozkoszne figurki z modeliny, moja najbliższa przyjaciółka robi znakomite zdjęcia nie tylko zabytków, a ja talentów tego typu mam raczej mało (krzyżykami mi się zdarza haftować, to prawda), ergo rekompensuję sobie zamiłowaniem do oglądania zdjęć. No ale. Po pierwsze, fangirling, w końcu naciskanie przycisków w kompie to nie taka filozofia. Po drugie, poważnie, zdjęcia i kadry w Scandal in Belgravia są tak absolutnie olśniewające, że nie mogłam się oprzeć pokusie porobienia screenshotów. Ergo, ladies and gentlemen, oto pierwszy w historii tego bloga wpis obrazkowy. 

I naprawdę: serio serio, SPOILERS.

 


Miss Adler jako potrójna bogini

Screenshot by n

Screenshot by n

Screenshot by n

Rewelacyjna jest w tym epizodzie gra światłem, ale i kolory - z przewagą zimnych szarości, (brudnawej) bieli i granatu...

Screenshot by n

...no chyba że mowa o apartamentach Irene A.

Screenshot by n

Screenshot by n

Look at us both

Screenshot by n

Screenshot by n

Screenshot by n

Screenshot by n

Screenshot by n

Screenshot by n

 No to były te zdjęcia, które mnie zachwyciły (estetyką, nie [tylko] SH w prześcieradle)

Screenshot by n

Wiadomości

Screenshot by n


I na koniec Sherlock (który tu dla mnie wygląda zupełnie, jakby miał powiedzieć "Where's my TARDIS?")

Screenshot by n

niedziela, 01 stycznia 2012

Sherlock series 2: A Scandal in Belgravia, scen. Steven Moffat, BBC 1, 2012

 

spoilersspoilersspoilersspoilersspoilersspoilersspoilersspoilersspoilersspoilers

 

Oh dear.

Czekałam na to cholerstwo dwa lata.

http://le-lait.tumblr.com/post/13907712232/lara-pulver-as-irene-adler-a-scandal-in

I niech nikt się nie spodziewa, że pół godziny po zakończeniu oglądania to będzie uczciwa, porządna recenzja.

 I LOVE YOU, STEVEN MOFFAT.

Holmesowo jest fantastycznie: wyliczanka spraw na początku (The Geek Interpreter!), dedukcje... a czy wspomniałam o wyliczance spraw na początku? I o dedukcji z kodem do sejfu pani Adler? I o pytajnikach?? I o I AM LOCKED? I o ilości wejść na blog Johna? I o panach w nowych (chwilowych) nakryciach głowy?

Jak chodzi o Tę Kobietę, pomysł był rewelacyjnie dobry. Mnie z Drakainą jakiś czas temu (zanim było wiadomo cokolwiek poza faktem, że Scandal będzie) wymyśliła się przeróbka roli Irene Adler na drag queen, ale to było milion razy lepsze: ponieważ dzisiaj śpiewaczki operowe rzadko kiedy robią za czołowe skandalistki, ta strona pani Adler została zarzucona na rzecz zrobienia z niej profesjonalnej dominy. Strasznie mi się to podobało, bo Adler nie jest tu bynajmniej stereotypową nieszczęsną / niegodziwą upadłą kobietą /kurwą (niepotrzebne skreślić), tylko pierwszej klasy profesjonalistką, specjalizującą się w usługach dla pań - ewidentnie także tych z tak zwanej najważniejszej rodziny w Wielkiej Brytanii... Profesja Adler jest tu odmitologizowana: najważniejsze bodaj jest, jak dla mnie, to, że fakt bycia sex worker bohaterki nie definiuje, nie stanowi (jak to zazwyczaj bywa w przypadku tej profesji) jej najważniejszej, najbardziej charakterystycznej cechy.
Adler nie jest ani olśniewająco piękna, ani bardzo młoda, choć jest magnetyczna, szykowna i diabelnie sexy. Jest silna i zdecydowana - nikt jej nie będzie dyktował, co ma robić (River Song by ją polubiła, jak sądzę). Jest też amoralna, bezlitosna i dokładnie tak jak Sherlock (i Jim) gra dla samej gry, dla dreszczyku zwycięstwa (no i wszystkich trzech: Jima, Mycrofta i Sherlocka w pewnym momencie ogrywa). Relacja między Irene a Sherlockiem jest pomyślana też bardzo inteligentnie - tak naprawdę, ten odcinek był chyba najbardziej o mocno nieortodoksyjnych historiach miłosnych. Na moje oko mamy tu dwie, obie z Sherlockiem w centrum: jedna to wzajemne zauroczenie lesbijki (or so she says EDIT: chyba jednak jej wierzę) i raczej aseksualnego mężczyzny, druga - długotrwały już związek tegoż aseksualnego faceta z innym facetem, który głośno powtarza, że nie jest gejem, i który (chwilowo) ma dziewczynę. Obie dość jawnie zadeklarowane na ekranie i obie dość jawnie bez komponentu erotycznego, co w żaden sposób nie zmienia intensywności emocji między postaciami. Ja sama nigdy nie byłam ani jakimś zagorzałym wrogiem, ani wielką zwolenniczką teorii, widzącej w Adler love interest (a Rachel McAdams mi się jako IA podobała, choć nie wiem, jak będzie teraz...), ale to, co było tutaj - ta fascynacja nie tyle cielesna, co intelektualna (brain is the new sexy), wbrew (jeśli Irene nie kłamie) własnej orientacji, pełna przy tym, paradoksalnie, zmysłowości (Irene w płaszczu Sherlocka, anyone?), ta gra w kotka i myszkę między równymi sobie przeciwnikami z twistem na twiście na twiście, to wygrywanie przeciwko sobie nawzajem odkrytych w okamgnieniu słabości, to spotkanie ludzi, którzy poznają się nago, a za pewnym decydującym (ostatnim?) razem spotykają, okryci od stóp do głów, łącznie z twarzami - nie, naprawdę, nawet mimo lekkiego, bo ja wiem, przegięcia w ostatnim twiście trudno mi sobie wyobrazić, jak tę relację rozegrać lepiej. 

A jak chodzi o bohaterów: strasznie mi się podoba po pierwsze to, co się stało z Sherlockiem (ewidentnie, w scenie z Molly podczas świąt, nauczył się dwóch nowych słów i podejrzewam, że to robota Johna). Po drugie, John - no ale, co tu w ogóle gadać, Martin Freeman. John jest tu zmęczony, opiekuńczy i momentami wściekle zazdrosny, ale jeżeli komuś się wydaje, że to robi z niego zatroskaną kurę domową, to się myli. Fantastyczna jest chemia między bohaterami - ta znana z trailera scena, kiedy panowie siedzą w pałacu Buckingham, czekając na ważne spotkanie, John ubrany, Sherlock w prześcieradle, i John pyta "are you wearing any pants", po czym, po dłuższej chwili, obaj zaczynają chichotać jak dwójka uczniaków, mówi o ich relacji więcej, niż powiedziałoby dziesięć minut deklaracji. Poza tym, Mark Gatiss ma u mnie oficjalnie wybaczony odcinek o laleczkach, za Mycrofta, który czuje, że przegrywa, i za Mycrofta, który nie może oprzeć się chęci zachowania się w towarzystwie brata jak pięciolatek przy trzylatku. Tak jak są tu dwie historie miłosne, tak i dwie gry w kotka i myszkę - ta druga między braćmi, równie wyrafinowana i równie naszpikowana twistami. Mycroft miał być, u Conan Doyle'a, tym zdolniejszym, choć bardziej leniwym - ale jak to jest tutaj, jak by było, gdyby miał Sherlocka Holmesa za przeciwnika? 

Poza tym: analizą szczegółów fabuły zajmę się kiedyś, bo dzisiaj zbyt byłam zajęta byciem fangirl.

A poza tym - zamorduję kogoś (scenarzystę??) za rozwiązanie sceny na basenie!!

 

Porządna recenzja będzie, jak sądzę, po całości. Na razie jest fangirl mode on.        


No więc, moi drodzy: jest 01.47 w dniu 01.01.2012, właśnie skończył się najgorszy jak dotąd rok w moim życiu i dobiegł końca jeden z najdziwaczniej dołujących wieczorów sylwestrowych. I jedyne, co mnie jeszcze po tym dziwacznym, spędzonym na pisaniu bloga Sylwestrze trzyma na nogach, to fakt, że za jakieś niespełna 24 godziny.... 




 Którą to radosną nowiną się podzieliwszy po raz n+1, spadam spać, życząc jednocześnie wszystkim wszystkiego naj, a sobie, żeby ten rok był chociaż trochę lepszy. Chociaż troszkę, proszę, po tamtym okropnym. 

sobota, 31 grudnia 2011

The Adventures of Merlin (Przygody Merlina), created by Julian Jones, Jake Michie, Johnny Capps, Julian Murphy, BBC 1, sezon I-II, 2008-9

 

W domu u mamy jestem ostatnio specjalistką ds. oglądania bajek z Edytą. Dlaczego? Bo zasadniczo nie przeszkadza mi oglądanie Hakuna Matata szesnaście razy pod rząd z przerwą na Świat małej księżniczki. Bo ja, widzicie, generalnie lubię filmy dla dzieci i młodzieży. Ba, nie doszłam jeszcze nawet do momentu, w którym - jak wielu moich znajomych - zaczną mnie irytować filmy dla dzieci z fanserwisem dla dorosłych. Ergo, Edyta Edytą, ale zdarza mi się samej, z własnej i nieprzymuszonej woli, obejrzeć coś niekoniecznie dla mnie jako widza docelowego przeznaczonego - jak, na przykład, Merlina BBC. Którego, skądinąd, ogląda(ła)m z mieszaniną sympatii (ba, kupiłam sobie I sezon na DVD, co prawda po dłuższych deliberacjach...) i lekkiej irytacji.

http://images4.fanpop.com/image/photos/15500000/Morgana-Merlin-Uther-Arthur-merlin-on-bbc-15596454-1600-1200.jpg

Sympatia stąd, że, po pierwsze, Merlin jest kompetentnie zagrany. Przyznaję się bez bicia, zasadniczy powód, dla którego w końcu ten film kupiłam, nazywa się Anthony Head: aktor, którego w ogóle zdecydowanie lubię, a który tutaj, w roli Uthera, szalenie wręcz mi się podoba. Jest bardzo dobry zarówno wtedy, kiedy (jak w odcinkach 2x5-6, Beauty and the Beast) jego rola ma charakter komiczny, jak i w epizodach bardziej dramatycznych. Kiedy w Beauty and the Beast z kamienną twarzą odgrywa ofiarę miłosnego czaru, pałającą namiętnym afektem do trollicy (o trollicy więcej za moment), jest tym zabawniejszy, że tak naprawdę ogrywa przede wszystkim jednocześnie kontrast i podobieństwo między nagłym, komicznym ubezwłasnowolnieniem, o jakie go zaklęcie przyprawiło, a swoją codzienną personą.
Ten Uther Pendragon jest w tak opowiedzianej historii trochę jakby nie do końca z tej bajki: dramatyczny, psychologicznie skomplikowany zdecydowanie bardziej, niż reszta postaci, tragiczny de facto w klasycznym tego słowa znaczeniu: dobry i szlachetny człowiek, który pada ofiarą własnej hybris i przekonania, że on wie lepiej. W efekcie swoją misją życiową uczynił wytępienie w swoim królestwie magii - nie wiedząc, że magiem jest jego najstarszy doradca i najbardziej lojalny przyjaciel, Gajusz, i nie zdając sobie sprawy, że magia wychowującego się na dworze Merlina wielokrotnie ratowała życie ukochanego syna władcy, Artura. 
Uther jest w swojej antymagicznej krucjacie zaślepiony i pozbawiony wszelkich hamulców i skrupułów: gotów, jeżeli trzeba, skazywać na śmierć małe dzieci (The Beginning of the End) i najwierniejszych poddanych (To Kill the King). Nikt, od większości bohaterów po widza, nie ma też wątpliwości, że ta krucjata kiedyś źle się dla niego skończy, bo za dużo w niej fanatyzmu i ślepej wiary w własną rację (i tak, podejrzewam, że dość irracjonalna nienawiść króla do czarodziejów to dość czytelna metafora dowolnej opresji). Niemniej, Uther jest przy tym człowiekiem uczciwym i szlachetnym - kochającym ojcem, rozsądnym i dbającym o kraj władcą, lojalnym przyjacielem; widz raczej mu współczuje niż chce jego zguby, nawet kiedy jego kolejne krucjaty zagrażają życiu głównych bohaterów.

Drugą nieco podobnie skomplikowaną postacią jest Morgana (Katie McGrath), choć w jej przypadku po części winni są, jak sądzę, scenarzyści i ich brak konsekwencji - w końcu w sezonie I Morgana i Artur są tutejszą wersją Beatrice i Benedicka, by w późniejszych okazać się (przyrodnimi, choć inaczej, niż zwykle - nie wspólna matka, a wspólny ojciec) bratem i siostrą (i nie podejrzewam, żeby było to świadome nawiązanie do jednej z wersji legendy o Arturze, tej samej, z której skorzystała Marion Zimmer Bradley). Morgana, wychowanka Uthera, jest do czasu wobec niego lojalna, darzy miłością jego i Artura - póki nie dowie się prawdy (no, powiedzmy) o swojej przyrodniej siostrze, swojej matce i okolicznościach śmierci tejże. Morgana, obdarzona magicznymi zdolnościami, jest celowo utrzymywana przez Gajusza w nieświadomości: nie wie o własnych talentach i nie ma szans nauczyć się nad nimi panować. Gajusz robi to dla jej dobra - ale popełnia przy tym hybris dokładnie taką samą, jak jego król: Wie Lepiej i rezerwuje decyzję dla siebie samego. To się oczywiście nie może dobrze skończyć, i skończy się - o ile mi wiedza z obejrzanych dotychczas odcinków sezonów późniejszych pozwala powiedzieć - wręcz fatalnie dla Camelotu i jego władcy. W postaci Morgany oglądamy, ergo, dość nietypowo dla serii skierowanej do młodego odbiorcy, ewolucję bohaterki, początkowo sympatycznej i dającej się lubić, w bezlitosną i mściwą wiedźmę - a winni temu są, przede wszystkim, główni pozytywni bohaterowie serialu...

A jak jeszcze jestem przy moim "po pierwsze" - guests stars, znakomite. Wspomniałam o trollicy - Sarah Parish jako lady Catrina (2x5-6, The Beauty and theMordred Beast), a raczej przybierająca jej postać obleśna wielbicielka gnojówki i zgniłych jabłek, była absolutnie rozkoszna. Efektownie wypadły Eve Myles jako przebiegła czarownica, mszcząca się na królu za śmierć syna (1x01, The Dragon's Call) i Georgia Moffett w roli jakby przeniesionej z Beverly Hills 90210 Lady Vivian (2x10, Sweet Dreams); no i fantastyczny, mimo bardzo młodego wieku, jest przyszły Ender Wiggin, Asa Butterfield, jako mały chłopczyk o dorosłych oczach, którego imię poznajemy dopiero w ostatnich chwilach jego obecności na ekranie.No i - jak już nie o guest stars mowa - Colin Morgan zrobił na mnie wrażenie od pierwszej chwili, kiedy zobaczyłam go na ekranie (w rewelacyjnym epizodzie Doktora Who, Midnight), a w tytułowej roli w Merlinie tylko to dobre wrażenie potwierdza: umiejętnie przechodzi od scen komicznych do bardziej realistycznych i dramatycznych, kompetentnie pokazując młodego chłopaka, który z jednej strony jest po prostu nastolatkiem, z typowymi dla tego wieku problemami, z drugiej zaś - musi dojrzeć zdecydowanie zbyt szybko, bo ma do ukrycia tajemnice, które nie tylko jego mogą kosztować życie.  

No to teraz może dwa słowa o tym, co mnie irytowało. Po pierwsze, nie wszystkie historyjki są dla mnie - niektóre motywy bywają na tyle przewidywalne i skierowane do zdecydowanie młodszego odbiorcy, że mnie doprowadzają do białej gorączki (czytaj: większość komicznych pomyłek Merlina, wynikających z nieplanowanego użycia magii, z którego musi się szybko wytłumaczyć). To jednak nie jest aż taki problem, bo w końcu rozumiem, że mam o jakieś dwadzieścia pięć lat za dużo na Merlina. Moim zasadniczym  problemem z serialem jest fakt - i trochę mi wstyd się do tego przyznać - że mam niejaki problem z przeskoczeniem tego, jak przeinterpretowuje on legendy arturiańskie. 

Wstyd mi dlatego, że generalnie nie mam nic przeciwko nawet radykalnym reinterpretacjom; kompletnie mi nie przeszkadza, że się uświęcone tradycją charaktery przerabia, przetwarza i zmienia. Tutaj nie wadzi mi ahistoryczność: ciemnoskóra służąca Gwen/Ginewra jako love interest, kostiumy z cyklu "każdy z innej bajki", umowność realiów, Merlin jako rówieśnik Artura. Przeszkadza natomiast - mi, mnie osobiście - fakt, że Merlin i Artur w tej wersji to, tak naprawdę, mój idealny Artur (Merlin) i mój idealny sir Kay (Artur).

Niestety, moje postrzeganie tych postaci pozostaje mocno pod wpływem a) stareńkiego filmu Disneya, oglądanego we wczesnym dzieciństwie, b) cyklu T. H. White'a The Once and Future King, c) Mallory'ego. Ergo - no, ergo, Merlinowy Artur, zarozumiały, pewny siebie, bezczelny, z empatią na poziomie ameby i momentami wręcz znęcający się nad Merlinem, ale jednocześnie gotowy zrobić dla niego wszystko i świadomy, że jego lojalność jest w pełni odwzajemniona (tak, wiem, sto milionów slashfików) jest dla mnie dokładnie, łącznie z wyglądem, idealnym Kayem. A Merlin - niby przyjaciel, ale troszkę służący, odrobinkę gorszy od panicza, choć bardzo kochany, ukrywający swoją smutną tajemnicę - szalenie przypomina mi to, jak sobie zawsze Artura wyobrażałam. No i to mi robi dysonans, i nic nie poradzę.

Poza tym, pokrótce: Gwen nie (strasznie denerwuje mnie idealność bohaterki), Gajusz tak (bo świetnie łączą się w tej postaci elementy komiczne i dramatyczne); smok może być, choć fanką (tegoż ani smoków ogólnie) nie jestem. Najlepsze odcinki? Chyba najbardziej finał I sezonu, Le Morte d'Arthur, i 1x8, The Beginning of the End, z Mordredem i z inteligentnie poprowadzonym motywem tragicznego wyboru Merlina i Morgany. Fanserwis (półnagi Artur) zdecydowanie za często; materiał na slashfiki w dużych ilościach. Generalnie jest bez rewelacji, ale OK, będę oglądać dalej.  

piątek, 30 grudnia 2011

Twin Peaks, Pilot (1x00) − Na północnym zachodzie, scenariusz: Mark Frost i David Lynch, reżyseria: David Lynch

 

Nie jestem pewna, czy chcę oglądać ten serial jeszcze raz w całości, za bardzo się boję rozczarowania; raczej na pewno nie chcę go w całości recenzować, bo za dużo już mam rzeczy do recenzowania; niemniej jednak, jako że z inicjatywy mojej siostry - swego czasu największej fanki tego serialu - obejrzałyśmy sobie dzisiaj, w ramach przedsylwestrowej nostalgii, pilotowy odcinek, oto garść refleksji po nim. Źródło: wikipedia

Twin Peaks - jak popatrzeć na niego z perspektywy 20 lat - okazał się zjawiskiem kluczowym dla powstania, wiele lat później, takich fantastycznych zjawisk telewizyjnych jak Lost czy wcześniej Archiwum X. Tak, wiem, oczywiście były przed nim seriale fantastyczne, skupiające się nie na podróżach w czasie i przestrzeni, ale na niesamowitości (Strefa mroku i Kolchak przychodzą mi do głowy jako pierwsze z brzegu przykłady). Lynch, jednakowoż, w Twin Peaks zrobił trochę co innego: połączył niesamowitość (w takim z lekka Barkerowskim stylu, ale jak ten serial pierwszy raz oglądałam, nie miałam o Barkerze zielonego pojęcia) z bardzo silnie zaakcentowanymi wątkami obyczajowymi i społecznymi. Życie w małym miasteczku - idylliczne na pozór, pełne brudów i sekretów w rzeczywistości - odsłania się przed widzem powoli, krok po kroku, choć już w pierwszym odcinku zaczynamy podejrzewać, że w tym Twin Peaks nie wszystko tym, czym się wydaje...

I teraz tak: mam wrażenie, że David Lynch (będąc Davidem Lynchem), chciał zrobić tu coś podobnego, jak w, powiedzmy sobie, Blue Velvet, a mianowicie pokazać z lekka surrealistyczną, pełną absurdalnego momentami okrucieństwa wizję miasteczka, parodiując przy okazji (mniej lub bardziej subtelnie) konwencje gatunków, jakimi się posługuje: horroru, thrillera, soap opery (te wszystkie historie typu "kto z kim sypia, kto kogo zdradza i kto okazuje się zły"!). Czy mu to wyszło? Trudno powiedzieć; ja osobiście - ale lat miałam jakieś 17, chyba, i z kinem gatunków jednak niewielkie, po peerelowskiej telewizji, doświadczenie - traktowałam te wszystkie wątki typu "Bobby i kelnerka" śmiertelnie serio i nijak ich pastiszowości/parodystyczności nie dostrzegałam. Mam jednakowoż wrażenie, że podobnie jak ja zareagowali filmowcy, którzy od Lyncha uczyli się, jak zrewolucjonizować telewizyjny serial, powiedzmy,  fantastyczny; bo że i Chris Carter, i J. J. Abrams z Damonem Lindelofem są u Lyncha zadłużeni, w to trudno wątpić. Oni w swoich flagowych produkcjach ten aspekt obyczajowo-psychologiczny potraktowali już bez nawiasu, bez pastiszowości, co więcej - mocno go z wątkami fantastycznymi powiązali.

Trochę się ten serial momentami zestarzał, zwłaszcza aktorsko: Sherylin Fenn (Audrey) wydaje mi się dzisiaj raczej irytująco niekompetentna niż fascynująca jako aktorka (a od poziomu lolitkowatości jej bohaterki, szkolnej femme fatale i zmysłowej córuni tatusia-bandziora, robi mi się z lekka błe), a sceny z rozpaczającą matką Laury w pilotowym odcinku przypominają, jak się w ciągu 20 lat zmieniły standardy aktorstwa telewizyjnego. Nie wiem też, jak zniosła próbę czasu specyficzna Lynchowska groza i jej wizualne ukazanie; w pilocie tych scen jest jednak niewiele.

No ale: fabuła jest intrygująca i spójna, wprowadzenie in medias res zrobione, mimo tłumów bohaterów, tak, że widz się nie gubi, zagadka zabójstwa Laury Palmer rzeczywiście intrygująca, a agent Cooper jako czynnik zewnętrzny i punkt widzenia (tak jak my-widzowie, on jest obcy w Twin Peaks) - znakomity, bo nieoczywisty i dziwaczny. Groza, sugerowana tu raczej niż podana wprost, nie jest (jeszcze?) przesadzona ani niezrozumiała; jeszcze ciągle wydaje się, że będzie to kryminał z odrobinką horroru i psychologicznymi portretami małomiasteczkowych dziwaków. Generalnie, pilotowy odcinek broni się dziś znacznie lepiej, niż się obawiałam.

A obawiałam się, i to poważnie, bo był to swego czasu serial, w którym siostra i ja byłyśmy maniakalnie zakochane. Niemały udział miał w tym, oczywiście, Kyle Maclachlan w głównej roli agenta Coopera. Nie podzielam dziś swojego nastoletniego przekonania o jego oszałamiającej urodzie, ale widać było już wtedy, że jest to aktor z dużym talentem i możliwościami, a postać dziwacznego, ekscentrycznego agenta FBI udało mu się wykreować niezwykle przekonująco i intrygująco; ta akurat rola się moim zdaniem nie zestarzała. To w Twin Peaks po raz pierwszy zetknęłam się - nie znając jeszcze nazwy na te pojęcia - z nagłymi twistami (Josie Packard, która okazuje się Zła) i z wyjątkowo perfidnymi cliffhangerami (z których ten najgorszy pozostał, niestety, nierozwiązany). To był pierwszy serial, z którego miałam soundtrack (na kasecie) i pierwszy z długiej serii tych, których nie mogłam zapomnieć.

Ciągle boję się tej powtórki jak cholera, zwłaszcza że w tzw. międzyczasie zdążyłam się sporo zmienić, jak chodzi o gusta. Doszłam, na ten przykład, do wniosku, że filmów Lyncha to ja w sumie nie cierpię; albo że mój ówczesny idol i arcyfan Twin Peaks, Tomasz Beksiński, był jednak może i strasznie nieszczęśliwym człowiekiem, ale przy tym raczej bucowatym i antypatycznym typem. Nie chciałabym sobie popsuć tamtych wspomnień, pamięci o panicznym czekaniu na kolejny odcinek i strachu: co będzie, jak wyłączą prąd albo coś wypadnie? Wołałabym pamiętać tamten zachwyt niż narażać się na dzisiejsze rozczarowanie.

Ale może, może jednak, po takim obiecującym początku wspomnień, obejrzę całość?                     

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 20
| < Styczeń 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
O autorze
Zakładki:
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...