wtorek, 13 lutego 2018

 

Przerywamy nadawanie kolejnych odcinków Holmesa z Rathbonem, żeby wrócić do ulubionego ponoć przez niektórych czytelników cyklu antycznego. Dziś będzie o herosach.

Na mitycznych herosów jako na wzorzec fantastyka, zwłaszcza fantasy, powołuje się chętnie i często – i nie bez powodu. Choć inne tradycje mitologiczne dały temu gatunkowi w sumie więcej niż Grecja i Rzym, tej jeden aspekt – figura herosa – odegrał swoją rolę w kreowaniu archetypów pewnego typu postaci w fantasy, zwłaszcza heroicznej.

 

 

Giovanni Battista Tiepolo, Gniew Achillesa
(Atena przytrzymuje Achillesa za włosy,
żeby go powstrzymać przez zabiciem Agamemnona)


Tyle że heros niejedno ma imię. Postacie herosów-wojowników, takich jak Herakles/Herkules – pokonujących potwory, walczących z rozbójnikami, oczyszczających świat z istot i osób związanych z chaosem i złem –  rzeczywiście są dla greckiego mitu (i jego rzymskich wariantów) ogromnie ważne. Mit o dwunastu pracach Heraklesa, jak również mity o innych jego czynach (pokonanie centaura Nessosa, uduszenie potwornych węży) były powszechnie przedstawiane w sztuce i literaturze Greków. Niezwykła siła i wytrwałość Heraklesa, jego nadludzkie umiejętności walki i związany z tym nieograniczony apetyt na życie: na przygody, wino, seks z kobietami i młodzieńcami, jedzenie – były stale dyskutowane, w tonie mniej lub bardziej poważnym, w dziełach starożytnych. Nie był też Herakles jedynym herosem-wojownikiem greckiej mitologii. Dzielnie dotrzymywali mu kroku bohaterowie tacy jak Dioskurowie. Ci bliźniaczy synowie królowej Ledy, śmiertelny Kastor (syn króla Tyndareosa) i nieśmiertelny Polluks, słynęli jako bokserzy, jeźdźcy i znakomici łucznicy. Wśród największych herosów wymieniano także pogromcę Chimery, Bellerofonta, oraz zabójcę Meduzy, syna Zeusa, Perseusza. Do tego samego grona można także zaliczyć wojownicze królowe Amazonek, takie jak Antiope czy Hippolita, jak również wojowniczki w rodzaju Atalanty czy heroiny/nimfy Kyrene, w której zakochał się Apollo, kiedy ujrzał, jak z gołymi rękami rzuca się do walki z lwem, atakującym jej stado owiec.

 

Frederick Leighton, Dedal i Ikar


Warto jednak pamiętać, że to nie jest jedyny typ herosa, jakiego znamy z greckiego mitu. Równie istotny jest typ herosa-prawodawcy lub, szerzej, bohatera kulturowego – tego, który pomaga ludzkości inaczej niż usuwając z jej drogi zagrożenia takie jak ludożercze klacze Diomedesa czy okrutni rozbójnicy lubujący się w torturach. Jego zadaniem jest nadawanie i wymuszanie przestrzegania praw, wzbogacanie ludzkiej cywilizacji i ułatwianie życia nowymi wynalazkami, przynoszenie ludziom ulgi w cierpieniach. Taki bohater, owszem, może być wojownikiem – ateński prawodawca, Tezeusz, był nim jak najbardziej; zasłynął z pokonania potwornego Minotaura – ale wcale nie musi. W tej grupie heroicznych postaci znajdziemy co najmniej trzech boskich poetów – Muzajosa, Amfiona i najbardziej z nich znanego Orfeusza. Muzajos, ateński prorok-poeta, miał być wielkim nauczycielem życiowej mądrości. Syn Zeusa, Amfion, grał na lirze jak bóg – nauczył się tej sztuki od samego wynalazcy liry, swego kochanka, boga Hermesa. Nie były to zwykłe umiejętności: kiedy Amfion zagrał, kamienie same zbiegły się dookoła i stworzyły mury jego miasta, Teb (co musiało nieźle zirytować jego brata-bliźniaka Zetosa, który nie miał muzycznego talentu i musiał swoją porcję kamieni osobiście przydźwigać). Orfeusz, najsłynniejszy z nich, nie tylko grał i śpiewał tak, że dzikie zwierzęta zbiegały się i siedziały spokojnie słuchając jego muzyki. Orfeusz również dał ludzkości jeden z największych, zdaniem Greków, darów: kiedy wrócił z zaświatów z nieudanej wyprawy po zmarłą żonę, opowiedział ludziom, jak wygląda życie pozagrobowe i jak postępować na ziemi, by w zaświatach zapewnić sobie nie tylko spokój, ale i miejsce wśród błogosławionych. Grecy przypisali mu wynalezienie misteriów, wtajemniczających we właściwe praktyki na tym świecie i gwarantujących szczęście na tamtym. Wśród takich herosów są przecież także i Dedal, wynalazca koła garncarskiego i budowniczy labiryntu, Kadmos, który miał nauczyć Greków posługiwania się swym rodzimym fenickim alfabetem i dostosować go do greki (w Rzymie to samo – tyle że dla łaciny – przypisywano heroinie/nimfie Karmencie) czy Talos, wynalazca koła.

 

Henry Singleton, Manto i Tejrezjasz


Temu typowi herosa blisko jest do herosa-wieszcza, którego wielkie czyny zwykle wiążą się z daną od bogów umiejętnością przewidywania przyszłości i/lub, częściej, odpowiedniego interpretowania woli bogów. Było ich wielu: znany z doradzania Grekom w wojnie trojańskiej Kalchas, dzieci trojańskiego króla Priama – Kasandra i Helenos, córka Tejrezjasza Manto czy podopieczny Ateny, Amfiaraos, król Argos, to tylko kilka przykładów.

 

Henrick Goltzius, Walka Kadmosa ze smokiem (stoczona, by
mógł założyć Teby)

Kolejnym typem herosów, spotykanych w mitologii greckiej, są ktistesi – założyciele miast, jednocześnie często będący przodkami rodów panujących lub arystokratycznych tych miast. O tych herosach często nie wiemy zbyt wiele. Owszem, często zakładanie miast przypisuje się herosom znanym z czegoś innego – założenie Abdery przez Heraklesa to jeden z takich przykładów. Postacie takie jak Kadmos też są raczej wyjątkowe: wiemy, że zasłynął jako założyciel Teb, ale znamy też liczne inne epizody z jego życia. Często jednak jest tak, jak w przypadku postaci takich jak Beroe, założycielka dzisiejszej Verii (starożytnej Beroe), jak Thebe, Sparte i Mykene (założycielki miast – odpowiednio Teb, Sparty i Myken) czy Battos, półlegendarny założyciel Cyreny. Nie mają one jakichś szczególnych opowieści czy mitów, przypisanych do nich; o jednych wiemy więcej, o innych mniej, ale w centrum ich mitu stoi fakt założenia miasta. Właśnie jako założyciele byli czczeni w swoich miastach.

Warto wspomnieć o jeszcze jednym typie postaci de facto heroicznej, a mianowicie – o królu. Całkiem sporo herosów z mitu greckiego znanych jest przecież nie tyle z pokonywania potworów, co z panowania. Agamemnon, Menelaos, Edyp – to przykłady herosów-władców, których mityczna rola konstytuuje się właśnie wokół kwestii władzy i panowania.    

 

Gustave Moreau, Edyp i Sfinks


Grecka tradycja heroiczna jest bogata i zróżnicowana, obejmuje szerokie spektrum postaci różniących się od siebie charakterem, rolą w społeczności, pochodzeniem i dominującymi cechami. Warto pamiętać, jak różnorodna i nieprzewidywalna potrafi być, i  warto sięgać do jej repozytorium – tak dla przyjemności, jak dla inspiracji.  



poniedziałek, 29 stycznia 2018

The Woman in Green, scen. Bertram Millhauser, reż. Roy William Neill, 1945

 

Inspektor Gregson! Nowy Kuba Rozpruwacz jako red herring! Dialogi Holmesa z Gregsonem! Skomplikowana, wielopoziomowa zagadka! Przebiegła i skuteczna czarna charakter! I PROFESOR MORIARTY! The Woman in Green jest filmem zdecydowanie wartym obejrzenia – a powiedziałabym, że wartym także odświeżenia, bo niektóre w nim pomysły aż się proszą o uwspółcześnienie.

'Everything I have to say has already crossed your mind'.
'Then possibly my answer has crossed yours.'


 

Ten film zasadniczo opiera się na oryginalnym pomyśle scenarzysty, choć i niektóre sceny, i dialogi zahaczone są w oryginałach Conan Doyle’a, konkretnie w The Final Problem i The Empty House. Film zaczyna się od sceny, od razu sugerującej, że dzieje się coś bardzo niedobrego: podczas zbiórki, a potem spotkania londyńskiej policji dowiadujemy się, że po Londynie grasuje – cóż, dziś powiedzielibyśmy „seryjny zabójca kobiet”, w 1945 tego terminu jeszcze nie było; w świecie przedstawionym bohaterowie odwołują się do Kuby Rozpruwacza i mówią o homicidal maniac. Giną młode kobiety, których nic nie łączy – z różnych środowisk, różnie żyjące, o różnych zawodach. Morderca je atakuje, zabija, a potem zabiera trofeum: mały palec.  Policja jest w panice, bo nie ma żadnych śladów, a Watson lekceważy komentarze swojego przyjaciela, że za wszystkim stoi profesor Moriarty – w końcu Moriarty’ego powieszono dwa lata wcześniej w Montevideo!

Zaczyna się Kobieta w zieleni jak wczesny film o seryjnym zabójcy – i jest tylko jedna osoba, która w to nie wierzy i wietrzy w całej sprawie coś bardziej diabolicznego niż działania maniaka, że zacytuję. Tą osobą jest, przewidywalnie, Sherlock Holmes. W pewnym momencie ni z tego ni z owego Holmes zabiera inspektora Gregsona na drinka (whisky and soda – to gdybyście pytali, jakie drinki pije Sherlock Holmes). Nie jest to jego typowe zachowanie – tak jak nietypowe jest to, że wpatruje się w siedzącą przy jednym z sąsiednich stolików posągową piękną blondynkę. Kobiecie towarzyszy elegancki mężczyzna, starszy od niej wdowiec, sir George Fenwick. Rozpoznawszy go, Gregson pyta Holmesa, czy Fenwick jest z córką. „Niech pan nie będzie naiwny”, odpowiada na to Holmes. Pod koniec spotkania, kiedy sir George i dziewczyna wychodzą, Holmes zastanawia się, dokąd idą. „Niech pan nie będzie naiwny”, ripostuje Gregson, a my jeszcze nie wiemy, jak wielkie znaczenie m ta scena dla dalszego rozwoju akcji.

Powoli zaczyna wychodzić na jaw cała skala diabolicznej intrygi: ginące młode kobiety są dla paskudnej szajki tylko narzędziami. Ich śmierć to krok do celu: tak naprawdę chodzi o to, żeby znarkotyzować i zahipnotyzować bogatych mężczyzn, podrzucić im odcięte palce i szantażować, a potem najlepiej zmusić do samobójstwa. Mózgiem operacji jest, zgodnie z przewidywaniami Holmesa, profesor Moriarty, ale jedną z głównych postaci w szajce zabójców kobiet jest młoda kobieta – ta właśnie oglądana wcześniej przez Holmesa elegancka dziewczyna, Lydia Marlowe. Lydia jest prawdziwą filmową modliszką, zimną i bezwzględną, idealną podwładną Moriarty’ego. A skoro mowa o Moriartym…

 

Znana nam już z innych filmów z tej serii
Hillary Brooke jako demoniczna Lydia Marlowe


W odróżnieniu od poprzednich filmów, gdzie w jego roli pojawiał się George Zucco, Moriaty’ego tutaj gra, bardzo zresztą skutecznie i przekonująco, inny ważny aktor charakterystyczny ówczesnego kina, Henry Daniell. Tu w ogóle z obsadą jest zabawnie, bo powtarza się, w innych rolach, mnóstwo osób z poprzednich filmów z serii: widzieliśmy już wcześniej i Hillary Brooke, i Paula Cavanagh, a w poprzednim filmie gosposię grała będąca tu pomocnicą Lydii Sally Shepherd.

Ale o czym ja to… Aha, Moriarty. Znowu jest w tym filmie scena, którą wielbiciele Sherlocka BBC rozpoznają. Holmes jest sam w domu, Watson chwilę wcześniej został wywabiony fałszywym zleceniem. Detektyw, samotny, gra na skrzypcach. Przerywa na moment, gdy słyszy kroki na schodach. Nie widzieliśmy twarzy idącego, ale i my, i Holmes wiemy, że to może być tylko jedna osoba. Detektyw wraca do grania. Nieproszony gość wchodzi, Holmes go zaprasza. On i Moriarty rozpoczynają rozmowę (sławnym dialogiem z The Final Problem), trochę sobie bardzo uprzejmie grożą, a i rozstają się słowami, które byłyby całkiem na miejscu w grającej ich wzajemną fascynacją adaptacji BBC:

Holmes: "And we shall walk together through the gates of eternity, hand in hand".
Moriarty: "What a charming picture that would make".

The Woman in Green jest na youtubie w całości, oglądajcie!     



niedziela, 28 stycznia 2018

The House of Fear, scen. Roy Chanslor, reż. Roy William Neill, 1945

 

Pomyliłam kolejność, przyznaję: następnym filmem obejrzanym i zrecenzowanym w serii „Sherlock Holmes 1939-46” powinna być Zabójcza perła, mniej więcej adaptacja Sześciu popiersi Napoleona. Niemniej, mnie się kolejność poprzestawiała – a i, nie oszukujmy się, w przypadku tej serii filmów nie jest ona jakoś szczególnie istotna – i obejrzałam najpierw Dom grozy, który niniejszym tutaj zrecenzuję.

 

Znany angielski aktor charakterystyczny
Aubrey Mather (1885 - 1958)
zagrał postać ostatniego (?) z ocalałych Towarzyszy


Punktem wyjścia dla scenariusza Roya Chanslora, doświadczonego scenarzysty głównie filmów klasy B – który miał jeszcze przed sobą swój największy triumf, a mianowicie autorstwo powieści Kasia Ballou, na podstawie której nakręcono rok po jego śmierci, w roku 1965, western z Oscarową rolą Lee Marvina – było opowiadanie Pięć pestek pomarańczy. Ale nie oszukujmy się, fabuła filmu została oparta na nim bardzo luźno – i tak po prawdzie na dobre jej to wyszło.

O co chodzi? Otóż o najnowszego klienta Holmesa. Do detektywa zgłasza się mianowicie agent ubezpieczeniowy, który ma do opowiedzenia dość niezwykłą historię. W pewnym mianowicie zamku w Szkocji – o jakże odpowiedniej nazwie Dreadcliff House - mieszka sobie razem siedmiu zamożnych, starszych kawalerów.  Nazwali się Dobrymi Towarzyszami i, tak po prawdzie, niewiele mają ze sobą wspólnego, jak chodzi o drogi życiowe i zawodowe – jest wśród nich dziedzic majątku, lekarz, emerytowany wojskowy, eks-kapitan okrętu – ludzie, generalnie, różnych zawodów i zainteresowań. Co ich łączy, to, jakże przewidywalnie, fakt, że stać ich na to życie oraz, trochę mniej przewidywalnie – że wszyscy mają wysokie polisy ubezpieczeniowe, których beneficjentami są, zgadliście, pozostali Towarzysze. Kiedy pierwszemu z nich ponura gosposia przynosi kopertę, a w niej siedem pestek pomarańczy, traktują to jako żart. Wkrótce jednak zaczną się  morderstwa i Towarzyszom przestanie być do śmiechu…

Pierwszym bardzo dobrym efektem w tym scenariuszu jest to, jak wprowadzona zostaje cała sprawa. Na początku filmu widzimy Dreadcliff House i słyszymy coś, co bierzemy za głos zza kadru, opowiadający historię dziwacznych zabójstw w niemal-nawiedzonym, gotyckim domu: do kompletu jest nazwa, wygląd, wrzosowisko, samotność i gospodyni jak z horroru. Chwilę potem jednak okazuje się, że narracja nie jest zza kadru, że widzieliśmy zwizualizowany fragment historii opowiadanej przez klienta, i że oprócz gotycyzmów i tajemnic w tej sprawie jest jeszcze ubezpieczalnia i duże pieniądze. Ten kontrakt bardzo dobrze wprowadza nas w historię, w której te dwa gatunki – opowieść niesamowita (pełen tajnych przejść dom, nastrój z nieodzowną burzą za oknami, miejsce, zagadkowość groźby z pestkami) i realistyczny kryminał / heist movie (zasadnicza fabuła) – będą się konsekwentnie przeplatać. Nastrój lęku narasta i nie pomaga nawet przyjazd inspektora Lestrade’a z Londynu (zwłaszcza że jak zwykle jest on średnio zorientowany w sprawie) : kolejne ofiary giną w coraz dziwniejszy i bardziej spektakularny sposób, a ich okaleczone ponad możliwość rozpoznania ciała budzą lęk tych, którzy jeszcze pozostają  przy życiu…

 

Sally Shepherd (1896 - 1982) w niewielkiej, ale bardzo skutecznie budującej klimat grozy i nawiedzonego domu roli ponurej gosposi


Ten scenariusz, tak po prawdzie, aż się prosi o uwspółcześnioną adaptację, dającą więcej czasu zarówno na rozwój charakterów, jak i na budowanie nastroju narastającej paranoi w domu, w którym codziennie ginie jeden z mieszkańców. Fabularnie to jest schemat jak z wcześniejszego o kilka lat I nie było już nikogo (a.k.a. Dziesięciu małych Murzynków), kryminalnego arcydzieła Agathy Christie – i ten aspekt jest nieźle wygrany w filmie Neilla, choć pogłębienie nastroju paranoi pewnie wyszłoby mu na dobre, podobnie jak rozbudowanie historii, motywacji i wzajemnych relacji Towarzyszy. Byłoby to tym fajniejsze w kontekście finałowego twistu, w którym okazuje się, że schemat a la Christie stoi tu, jak by to powiedzieć,  na głowie...
Przy tych uwagach trzeba koniecznie podkreślić, że The House of Fear to film zdecydowanie udany: nadal, po 70+ latach, bardzo dobrze mi się go oglądało. Po części pewnie odpowiada za to fakt, że w co najmniej paru momentach akcja wychodzi poza kilka pomieszczeń: mamy efektownie pokazaną scenę wypadku samochodowego jednej z ofiar, mamy także sensownie wykorzystane sceny w plenerze (Holmes, Watson i ślady na plaży). No i pomaga to, że finałowy twist jest naprawdę zaskakujący i szalenie efektowny: ostatecznie pokazuje on, jak gotycka i niesamowita konwencja jest tu świadomą, zaplanowaną maskaradą, mającą przykryć całkiem przyziemny, bardzo konkretny i bardzo, bardzo z tego świata przekręt.   

 

Basil Rathbone i Nigel Bruce


Holmes Rathbone’a mało ma tu nowego do zrobienia, może poza tym, że musi ratować Watsona – Rathbone na ekranie głównie dedukuje, ratuje i jest jak zwykle szalenie przekonujący i błyskotliwy w swojej roli; serio, nic a nic się ten pomysł na kreację postaci Holmesa nie zestarzał. Nigel Bruce jako Watson jest jak zwykle komiczny w swych słabostkach i przyziemności (jak wtedy, kiedy się skarży, że nie będzie mógł spać w domu grozy, a moment potem widzimy, jak mu się głowa zaczyna kiwać, oczy zamykać i ani się obejrzymy, a dobry doktor już przysypia w swoim wygodnym fotelu…  Oraz, za samą scenę, w której Holmes Prowadzi Śledztwo, a biedny Watson rozkopuje grób  jednej z ofiar ((„kop dalej, Watsonie, świetnie sobie radzisz”) i rozmawia z sową temu filmowi należy się honorowa wzmianka na liście Holmesów wszech czasów.

 



wtorek, 23 stycznia 2018

The Scarlet Claw, reż. Roy William Neill, scen. Paul Gangelin, 1944

 

Zaczyna się ten film jak klasyczna ghost story: niewielka parafia, obok elegancki stary dom, w nim lord i lady, a do tego duchowny i tajemnicza śmierć pani domu. I rzekome duchy i upiory. Akcja tym razem ewidentnie dzieje się w Kanadzie, ale wielkiej różnicy to nie robi – wszystko i tak wygląda jak brytyjska prowincja z powieści gotyckiej. Ach, i wioseczka nazywa się La Morte Rouge i ma legendę o potworze, jakby kto jeszcze wątpił w niesamowitość całej tej historii.

 

Watson pije z Francuzami Kanadyjczykami


Gdzie ja byłam? Aha, posiadłość. Pan domu, lord Penrose, jest nieobecny – przebywa w Montrealu na konferencji o zjawiskach nadnaturalnych, gdzie debatuje z niejakim Holmesem, Sherlockiem, o istnieniu/nieistnieniu tychże zjawisk.  On sam w nie wierzy, Holmes, przewidywalnie, nie. Dyskusja robi się nieprzyjemna, a potem jeszcze przychodzi telegram, z którego wynika, że pani domu nie żyje, ewidentnie zabita przez upiora…

Wokół tego konfliktu i wokół kwestii niesamowitości zbudowane jest zawiązanie akcji – Holmes, otrzymawszy już po śmierci lady Penrose telegram od niej z prośbą o pomoc, mówi do Watsona Po raz pierwszy zostaliśmy zatrudnieni przez zmarłą. Dodajmy jeszcze, że po scysji z mężem zmarłej ten nie ma najmniejszej ochoty na udział tego ohydnego sceptyka Holmesa i jego popychadła Watsona w śledztwie. Panowie trafiają do miejscowej oberży, gdzie jest miła dziewczynka i jej ponuro niemiły ojciec (którego Watson ostro ruga za uderzenie córki, punkt dla Watsona). Pan Journet, oberżysta, może być niemiłym typem, ale podobnie jak zmarła wcześniej lady Penrose, takie i on ma ponure przeczucia dotyczące własnego losu.  

 

Paul Cavanagh (1888 - 1964): prawnik, policjant i żołnierz, który został aktorem (a w The Scarlet Claw zagrał spirytystę, lorda Penrose'a


W okolicy wszyscy wierzą w potwora, ale z badań Holmesa powoli zaczynają wyłaniać się strzępy innej historii. Czy jest istotne, że późniejsza lady Penrose była w młodości znaną aktorką, która nagle zniknęła  bez wieści? Czy rany zadane przez wilkołaka nie wyglądają podejrzanie podobnie do tych będących skutkiem uderzenia ogrodniczymi grabkami o ostrych zębach? I czym jest potwór, czający się rzekomo na bagnach w okolicy La Morte Rouge?

Kanadyjczycy w zasadzie utożsamieni są tu z Francuzami, co daje asumpt do licznych scenek z akordeonem, pojedynczymi zwrotami po francusku i Watsonem usiłującym znaleźć się wśród dziwnych obcych. Watson, oczywiście, robi w tych scenkach za comic relief, zwłaszcza kiedy razem ze wszystkim iw tawernie troszeńkę nadużywa wina. W tym czasie bez wiedzy przyjaciela Holmes zajmuje się szukaniem nie-potwora na mglistych bagnach, w takt upiornego bicia dzwonów kościoła…  Oczywiście Watson, dowiedziawszy się o tej eskapadzie, rzuca się na pomoc i oczywiście obaj, doktor i detektyw będą mieć okazję zobaczyć ognistą, upiorną postać (Marku Gatissie, re: The Hounds of Baskerville, na Ciebie patrzę). Holmes oczywiście szybko odkrywa, że zamiast nadnaturalnego ognia mamy fosfor, ale potem nieomal wyznaje lordowi Penrose’owi, że wierzy w upiory – wszystko to oczywiście dlatego, że od początku to jego podejrzewa o zaaranżowanie morderstwa żony…. Bardzo fajnie jest ten mini-wątek poprowadzony - Holmes na tyle nie lubi zarozumiałego spirytysty, że pozwala, by przez moment ta antypatia przysłoniła mu fakty. No dobrze, nie trwa to długo - wkrótce nasz detektyw jest już na właściwym tropie, szukając tym razem podpowiedzi w przeszłości lady Penrose...

Kluczowe dla rozwiązania akcji okazują się nie duchy i upiory, a zapomniane tragedie i dawna aktorska kariera zarówno pani domu, jak i jej zabójcy. Giną dwie ofiary, trzecia cudem umyka śmierci – a wszystko to z rąk człowieka o wielu twarzach, który zmienia tożsamości jak rękawiczki i którego widzimy na ekranie od początku, choć od tym nie wiemy.

To jest – po słabszej Spider Woman – znowu bardzo przyzwoita historyjka kryminalna, z pretekstową (i podsumowaną patetycznym cytatem z Winstona Churchilla) Kanadą, z błyskotliwych Holmesem i mocno w tym akurat odcinku komicznym Watsonem. Zdecydowanie do obejrzenia.     



 

The Spider Woman, scen. Bertram Millhauser, reż. Roy William Neill, 1943

 

Andreę Spedding, czyli kobietę-Moriartego
zagrała w tym filmie Gale Sondergaard -
pierwsza w historii aktorka nagrodzona Oscarem za rolę drugoplanową
w roku 1936

 

Przyznajcie się, czekaliście, aż w końcu w tej serii pojawi się recenzja filmu, o którym napiszę, że jest dzieckiem swoich czasów i średnio się dziś nadaje, jako całość, do oglądania? No to się doczekaliście.

The Spider Woman jest konglomeratem – teoretycznie oryginalnym scenariuszem, posklejanym jednak z fragmentów i motywów różnych Holmesowych historyjek. Jest tu Moriarty, choć w spódnicy. Jest Holmes opowiadający o swej śmiertelnej chorobie (The Dying Detective) i ginący w otchłaniach (no, otchłaniątkach) górskiej rzeczki w Szkocji (The Final Problem), by następnie zjawić się, w dziwacznym przebraniu, przed Watsonem i Lestradem (The Empty House). Jest Pigmej-pomocnik, choć diabli wiedzą, po co (The Sign of Four) i morderstwo przy pomocy jadowitej bestii (hint: nie ma takiego pająka), wpełzającej przez kratkę wentylacyjną do pokoju (The Speckled Band). Jest i nieme dziecko z obsesją na punkcie owadów (The Copper Beeches), i trucizna zwana Radix pedis diabolicis (The Devil’s Foot), i Holmes każący wyszeptać sobie do uch odpowiednie hasło, jeżeli będzie zbyt pewny siebie (The Yellow Face). No i jest Andrea Spedding, super-przestępczyni, mająca co nieco charakterologicznie wspólnego może nie tyle z Doyle’ową Irene Adler, co z tym, co potem z tej postaci kultura popularna robiła.

Fabularnie wychodzi z tego trochę groch z kapustą: Holmes udaje chorobę i śmiertelny wypadek, by rozgryźć zagadkę rzekomych masowych samobójstw, popełnianych w środku nocy przez rozmaite osoby mniej lub bardziej publiczne; podejrzewa, że stoi za tym superprzestępczyni, więc żeby wywabić ją na światło dzienne, udaje przybysza z Indii i podsuwa swoją kandydaturę na ofiarę; rozwiązawszy kwestie kto i po co, przechodzi do jak, wyjaśnia (mniej więcej) problem pająka i pigmeja, zastawia pułapkę, sam w nią wpada i omal nie ginie tragicznie - w ostatniej chwili ocaliwszy życie, demaskuje zbrodniarkę i jej gang w wesołym miasteczku, kurtyna.

 

Sherlock Holmes udaje Sikha, Andrea Spedding udaje filantropkę

 

To jest ten odcinek, w którym Watson chce być sprytny i nie dać się Holmesowi nabrać po raz drugi, więc wykpiwa i nieco maltretuje, myśląc, że to Holmes, zupełne niewinnego gościa (co ogrywają później scenarzyści w The Empty Hearse Moffata-Gatissa). To jest, niestety, również ten odcinek, w którym nie bardzo wiadomo po co Holmes pomalowany na brązowo udaje Sikha. Teoretycznie ma to jakiś sens w zamyśle – ideą jest, żeby jego persona była kimś na brytyjskiej ziemi samotnym i łatwym do wykorzystania – ale działa nader średnio, i to nie tylko dlatego, że główny cel tej maskarady, pani Spedding, orientuje się natychmiast, że bynajmniej nie ma do czynienia z przybyszem z Indii…  To jest również ten odcinek, w którym Holmes omal nie zostaje zastrzelony jako Adolf Hitler – ale musicie sami obejrzeć, jeżeli chcecie wiedzieć, o co chodzi.

 


Co się broni w Spider Woman? Gale Sondergaard jest bardzo dobrą Andreą Spedding, mistrzynią kamuflażu, pozornie kapryśną i nonszalancką, w rzeczywistości chłodną i bezlitosną. Przy całym moim braku entuzjazmu dla wątku Holmesa jako Sikha ta scena, gdzie on wie, że ona wie, że on wie, że ona udaje, a jednocześnie oboje celebrują swoje przebrania: ona hiperangielska i damulkowata, on prowincjonalny egzotyczny gość  - jest dobrze napisana i pomyślana i daje obojgu aktorom sporo materiału do popisu. Fajnie byłoby, gdyby któraś z nowoczesnych adaptacji Sherlocka Holmesa dobrze zrobiła motyw „kobiety-Moriarty’ego”, potężnej a samodzielnej szefowej gangu, bo ani kapitan Shan w The Blind Banker BBC, ani Irene Adler w filmie Guya Ritchiego ani, jejku, Adler-Moriarty w Elementary IMHO nie są do końca udane jako criminal masterminds. Bardzo uroczy i serio wzruszający jest moment, kiedy po rzekomej śmierci Holmesa na Baker Street spotykają się najpierw Watson i pani Hudson, a potem – Watson i serio przejęty śmiercią detektywa Lestrade. I Rathbone, i Bruce są jak zwykle w swoich rolach kompetentni i wiarygodni – ale scenariuszowo to nie jest film tak udany, jak poprzednie z tej serii.

poniedziałek, 22 stycznia 2018

Sherlock Holmes Faces Death, reż. Roy William Neill, scen. Bertram Millhauser, 1943

 

Hillary Brooke (1914 - 1999)
amerykańska aktorka tak dobra w rolach Brytyjek,
że zaczęto jej je dawać nawet w angielskich filmach. Tu zagrała pannę Sally Musgrave.

 

Między recenzowanym przeze mnie dzisiaj Sherlockiem Holmesem w obliczu śmierci a poprzednimi Przygodami… są jeszcze trzy filmy: trzy filmy bardzo specyficzne, bo będące pierwszymi tak znaczącymi przeniesieniami historii Holmesa i Watsona w czasy współczesne. Akcja ich dzieje się bowiem podczas II wojny światowej, a premiery były odpowiednio w 1942 (Sherlock Holmes and the Voice of Terror) i 1943 (Sherlock Holmes and the Secret Weapon oraz Sherlock Holmes in Washington). Także w 1943 na ekranach pojawił się kolejny film z tego cyklu, recenzowany tu Sherlock Holmes Faces Death. Do tych wojennych wrócę osobno. Natomiast Sherlock Holmes w obliczu śmierci jest de facto na pograniczu, jak chodzi o uwspółcześnienie: teoretycznie dzieje się współcześnie, podobnie jak mini-cykl drugowojenny, a sprawa dotyczy między innymi żołnierzy, leczonych pod nadzorem doktora Watsona w szpitalu w wyjątkowo ponurej posiadłości rodu Musgrave’ów w hrabstwie Northumberland. Akurat tutaj jednak to uwspółcześnienie jest po prostu sztafażem: nastrojem i scenografią tej akurat historii bliżej jest, po prawdzie, do klasycznych dziewiętnasto- i wczesnodwudziestowiecznych opowieści o nawiedzonych domach i przeklętych rodach niż do szpiegowskich thrillerów wojennych, jakimi były trzy poprzednie filmy.

 

Dennis Hoey (1893 - 1960)
jako inspektor Lestrade.
Grał rolę inspektora w kilku filmach z tej serii.


O domu Musgrave’ów słyszymy pierwszy raz z prologu, w karczmie, gdzie jest ponury kruk (nie mówi Nevermore, ale prawie) i gdzie dostajemy opis pełnego zestawu motywów, jakie powinny nam się ze starą nawiedzoną posiadłością kojarzyć: stoi tam od zawsze, właściciele to ponure typy, dookoła domu widać tajemnicze światełka i słychać jęki i szczęk kajdanów… W domu Musgrave’ów wszystko jest tak, jak by amerykańska widownia lat 40. się spodziewała: schody skrzypią, okna trzeszczą, wiatr wyje na wzgórzach, państwo kultywują przekazywany od pokoleń dziwaczny rytuał, gosposia ma zaciśnięte wargi i gładko uczesany kok, a ponury i wścibski służący opowiada o tym, w której części domu ukazuje się duch którego przodka. A kiedy zegar na starej wieży – ukazanej oczywiście nocą, w upiornym świetle księżyca, wśród mgieł i chmur – uderzy trzynaście miast dwunastu razy, od razu wiadomo, że ożyje stara rodowa klątwa, nawet jeżeli na początku nikt w to nie wierzy….

W tak zwanym międzyczasie nieoczekiwanie zaatakowany zostaje jeden ze współpracowników Watsona, a dobry doktor, czując, że to wszystko znaczy troszkę coś więcej, niż się pozostałym wydaje, wybiera się po pomoc do Londynu.  Tę pomoc oczywiście uzyska: co prawda Sherlock Holmes jest w środku sprawy – w związku z czym widzimy, jak strzela do ściany, tym razem nie po to, by z nudów wypisać VR dziurami od kul, ale by sprawdzić ważną hipotezę – ale to nie znaczy, że usłyszawszy o ataku, nie uzna go za interesujący i godny zbadania. Ustaliwszy, że nie mógł to być duch, a przynajmniej nie dobrze wychowany duch (Watson: Ghosts don't stab people in the neck. Or do they? Holmes: Not the well-bred ghosts, no), panowie ruszają do hrabstwa Northumeberland, by tam, oczywiście, znaleźć pierwszego trupa I rozpocząć śledztwo. Własne śledztwo prowadzi również policja, w postaci (przystojnego I tradycyjnie niezbyt kompetentnego) inspektora Lestrade’a. Ofiarą jest jeden z braci Musgrave’ów, a upatrzonym przez Lestrade’a zabójcą – oczywiście cudzoziemiec, amerykanski officer-rekonwalescent, zakochany ze wzjemnością w pannie Sally Musgrave. Lestrade’owi trudno się dziwić: jako że braciszkowie niespecjalnie ucieszyli się z takiego absztyfikanta siostry, a ten z kolei sobie nie dał w kaszę dmuchać, doszło do awantury między dziedzicem rodu, Geoffreyem, a Amerykaninem; posypały się groźby, a kiedy następnie znaleziono Geoffreya martwego, podejrzany wydawał się oczywisty…

 

Basil Rathbone (Holmes) 


Śledztwo nabiera tempa po tym, jak zgodnie z rodzinną tradycją panna Sally, jako dziedziczka kolejnego dziedzica, wyrecytowała nad ciałem brata formułę rytuału Musgrave’ów  (że była burza, piorun wpadł do środka i zniszczył starą zbroję, nie muszę dodawać, prawda?).  Wkrótce ginie drugi z braci (i przydaje się do czegoś fabularnie karczma i jej kruk), inspektor Lestrade znajduje nowego podejrzanego, a my, wraz z Holmesem, zastanawiamy się – dlaczego ponury służący Brunton zna na pamięć słowa rytuału? Rytuału który, zresztą, całkowicie różni się od tego z opowiadania – ten filmowy oparty jest, jak się dość łatwo domyślić nawet słysząc go po raz pierwszy, na partii szachów, prowadzi też do innego rozwiązania i innego skarbu. Potem Holmes rozgrywa niezbędną partię szachów żywymi figurami, Lestrade przewidywalnie gubi się w tajnych przejściach, a dom, na czas poszukiwania zabójcy zostaje zamknięty, co nie robo zbyt dobrze dotkniętym PTSD pacjentom-żołnierzom…. Ostatnia część – Holmes rzekomo wyjeżdża po niezbędne mu chemikalia, Lestrade, Watson i reszta lekarzy mają strzec domu, zagadki i panny Musgrave  - zaczyna się ostrym suspensem, ale zaraz potem przechodzi w komedię (Watson jako strażnik) i kończy się konfrontacją między Holmesem a – przyznaję, nieoczekiwanym – mordercą.

 

Nevermore (no, mniej więcej)


Cóż jeszcze? Holmes jest, jak zwykle, geniuszem. Część roli komicznej przejmuje tu Lestrade, co pozostawia Watsonowi trochę więcej miejsca na bycie przede wszystkim fachowcem-lekarzem – i na dobre mu to wychodzi; choć, i owszem, komiczną scenkę pt. „idę – nie idę – idę – nie idę – idę” oczywiście ma. Fabuła jest spójna i konsekwentna, odejścia od opowiadania uzasadnione (scena szachów jest filmowo na pewno bardziej efektowna, niż byłoby odczytywanie rytuału takiego jak w opowiadaniu), nawet mimo nieco rozwleczonej sceny konfrontacji Holmesa z głównym złym i mimo faktu, że rozwiązanie z opowiadania (czyli to, co konkretnie skrywa rytuał Musgrave'ów) ma nieco więcej sensu. Lubiącym klasycznego Sherlocka Holmesa zdecydowanie polecam.



Czyli ten odcinek, w którym profesor Moriarty po raz pierwszy kradnie klejnoty koronne z Tower.

 

The Adventures of Sherlock Holmes, reż. Albert R. Werker, scen. Edwin Bloom, William Drake na podstawie sztuki Williama Gilette'a, 1939

 

George Zucco (1886-1960) przez większość swojej kariery grywał głównie czarne charaktery i szalonych naukowców. Nic dziwnego, że ma w dorobku także i rolę profesora Moriarty'ego.

 

Mam wrażenie - jako fanka Sherlocka Holmesa od jakichś 30+ lat - że wśród rzeczy, których fani Holmesa chcieliby od sir Arthura Conan Doyle'a najbardziej, na wysokim miejscu byłoby "więcej Moriarty'ego". Casus kanonicznego profesora jest taki, że poznajemy go w opowiadaniu, w którym ginie, a następnie zostaje wstecznie wprowadzony do dziejącej się wcześniej, ale napisanej później Doliny strachu. Mamy jeszcze uwagi na jego temat w Pustym domu i - tyle. Mało. MAŁO, zdecydowanie, jak na arcyvillaina i przodka całego typu czarnych charakterów typu "osobista nemesis bohatera".

Oczywiście na pomoc czytelnikom rzucili się natychmiast twórcy Holmesowych apokryfów, w tym także tych oficjalnie zaaprobowanych przez sir Arthura Conan Doyle'a. Jednym z nich była pięcioaktowa sztuka Sherlock Holmes, napisana oryginalnie przez samego Doyle'a, ale całkowicie przerobiona, za jego zgodą, przez aktora i dramaturga Williama Gilette'a. Gilette zagrał także rolę Holmesa w londyńskiej premierze z roku 1899.

Z tej sztuki - w której między innymi Sherlock Holmes się zakochuje - niewiele pozostało w nominalnie opartym na niej scenariuszu drugiego filmu duetu Rathbone - Bruce. W zasadzie jedyne, co tu mamy z treści sztuki, to rywalizacja Holmesa i Moriarty'ego; intryga z albatrosem i historia rodziny Brandonów to już pomysły scenarzystów.

A scenarzystom (był wśród nich późniejszy autor Stalagu 17, Edwin Bloom) film się zdecydowanie udał. Nie dość, że dość skomplikowaną intrygę do dziś ogląda się dobrze i z zainteresowaniem, to jeszcze pewne sceny skojarzy każdy, kto widział ostatnie adaptacje Conan Doyle'a. Pamiętacie, jak Holmes-Robert Downey Jr. tresował, ku rozpaczy Jude'a Lawa - Watsona, muchy? No więc Holmes Rathbone'a robił to pierwszy. Że już nie wspomnę o fakcie, że ten film zaczyna się od procesu, w którym Moriarty wbrew wszystkiemu zostaje uniewinniony, by następnie zająć się morderstwami będącymi zasłoną dymną, szmaragdem będącym zmyłką i klejnotami koronnymi w Tower. 

Yup, spory kawałek fabuły The Reichenbach Fall jest m.in. grą z tym klasycznym Holmesowym filmem.

 

Widz spragniony bliższej znajomości z profesorem Moriartym może go sobie tutaj pooglądać do woli - pojedynek między nim a Holmesem jest w tym filmie jednym z głównych motywów. Jest on przy tym zgrabnie spleciony z historią, którą Moriarty podsuwa Holmesowi, by go oderwać od śledztwa w sprawie, która naprawdę naszego demonicznego profesora interesuje. Ten motyw to historia Ann Brandon i jej brata: niedługo wcześniej w tajemniczych okolicznościach zmarł ich ojciec, a teraz Lloyd Brandon, jak ojciec przed nim, otrzymał tajemniczy list z rysunkiem przedstawiającym mężczyznę z zawieszonym na szyi martwym albatrosem...Lloyd wkrótce ginie, a Holmes i Watson będą musieli polegać na pomocy Ann, by rozwiązać zagadkę jej rodziny....

 

Ida Lupino (1918-1995), która tu jako młoda aktorka kompetentnie zagrała Ann Brandon, została potem jedną z pierwszych reżyserek, scenarzystek i producentek, pracujących z sukcesami dla kina i TV

 

Holmesowi nie umyka literacka aluzja w scenie z albatrosem - i, dokładnie tak jak Moriarty podejrzewał, wielki detektyw zajmuje się tym, co zagadkowe i nieprzewidywalne, zamiast wywiązać się z obietnicy i przyjrzeć nieudolnym groźbom w sprawie kradzieży pewnego szmaragdu... Jako że musi jednak coś z tym zrobić, do tej sprawy deleguje doktora Watsona - a cała sekwencja scen w Tower, która w związku z tym następuje, daje Nigelowi Bruce'owi kolejną okazję do ogrania śmiesznostek Watsona i pokazania go jako nieco zadufanego w sobie, komicznego i średnio, po prawdzie, kompetentnego pańcia. Ten trend będzie zresztą powtarzał się w kolejnych filmach tej dwójki. Elementów komicznych jest tu zresztą więcej - jest też Watson podczas włamania do Moriarty'ego i Holmes jako śpiewak wodewilowy na party u pewnej eleganckiej damy...

Ha, to się ciągle bardzo dobrze ogląda. Dla wielbicieli Sherlocka Holmesa zdecydowanie do obejrzenia.

sobota, 20 stycznia 2018

The Hound of the Baskervilles, reż. Sidney Lanfield, scen. Ernest Pascal, 1939

 

 

 

Basil Rathbone, podobnie jak później Jeremy Brett, urodził się, by grać Sherlocka Holmesa. Jego wersja wielkiego detektywa dla wielu pozostała kanoniczną -i, paradoksalnie, często mówimy tu o ludziach, którzy jego Holmesa nigdy świadomie nie widzieli.

Tym ciekawiej jest zauważyć, co się dzieje na początku tej legendy: w pierwszej adaptacji z parą Rathbone – Bruce, w roku 1939, kiedy obaj panowie spotkali się, jako Holmes i Watson, na planie Psa Baskerville’ów.  Scenarzyści, wówczas jeszcze ewidentnie nie cierpiący na powszechną dziś w Hollywood obsesję na punkcie origin story, postanowili nie dawać nam na początek spotkania Holmesa z Watsonem i Studium w szkarłacie, zamiast tego skupiając się na gatunkowo chyba najbardziej eklektycznej z historii Doyle’a, Psie Baskerville’ów.

 

Richard Greene (sir Henry)
i Wendy Barrie (Beryl Stapleton, jego ukochana)



Adaptacja Sidneya Lanfielda jest bardzo wierna fabule powieści Doyle’a: mamy wrzosowisko, dom Baskerville’ów, sąsiadów i ich sprawki, służącego (który się tu nazywa Barryman, żeby się nie mylił z supergwiazdą), jest zbiegły przestępca i wielki pies na bagnach i romans i Holmes udający komiwojażera… Jednocześnie warto jednak podkreślić, że to, jak dobrane są pewne elementy, co jest naświetlone, a co zepchnięte na dalszy plan, też wiele mówi.

Charakterystycznie, w tym filmie na liście obsady na pierwszym miejscu są popularny w latach 30. amant John Greene, grający sir Henry’ego Baskerville’a i partnerująca mu jako obiekt jego uczuć Wanda Barrie – konkretniej, są oni numerami jeden i trzy listy obsadowej. Między nimi jest Basil Rathbone, a Nigel Bruce został relegowany do numeru co prawda jeden, ale na liście pt. „W pozostałych rolach”. Jest to o tyle bez sensu, że akurat w tym filmie rola Watsona jest szczególnie ważna i znacząca – ale też wyraźnie podkreśla, co wytwórnia 20th Century Fox chciała w tym filmie wyciągnąć na pierwszy plan.

Pies Baskerville’ów – to znaczy powieść będąca wyjściowym materiałem tego filmu – jest z definicji powieścią kryminalną, z zagadką stojącą w jej centrum; tak mają w końcu wszystkie opowieści Conan Doyle’a o Holmesie. Jednocześnie w Psie autor dość skutecznie nas co do gatunku oszukuje: sugeruje, że będziemy mieć do czynienia z powieścią gotycką z elementami być może nawet horroru (Dom na wrzosowiskach! Klątwa rodowa! Potworny pies! Tajemnicze światła, ponury służący, zagadkowa śmierć dziedzica!). W rzeczywistości jednak Psu bliżej do, paradoksalnie, powieści obyczajowej – w tle jest przecież nie tyle klątwa i ogar piekielny, co dziedziczenie, testamenty i małżeństwo… Te elementy obyczajowo-romansowe są w tej konkretnej adaptacji wyraźnie wydobyte na światło i podkreślone – nieprzypadkowo wizyty, spotkania i flirty zajmują tu co najmniej tyle samo czasu ekranowego, co pościgi i malownicze (studyjne) ujęcia wrzosowiska we mgle. Scenki w domu sąsiadów, nieudany seans spirytystyczny, komiczny pieniacz z sąsiedztwa, rozwój romansu sir Henry’ego z panną Stapleton zajmują widza przez sporą część akcji, podkreślając, że Pies…, nie tylko w tej wersji, ma co najmniej tyle samo wspólnego z Dickensem, by nie rzec – z Jane Austen, co z M. G. Lewisem….

Szalenie ładnie poprowadzona jest tutaj postać Watsona. Nigel Bruce nie wygląda jeszcze aż tak bardzo jak emerytowany wujaszek, a i postać, którą kreuje, ma mniej elementów komicznych, a więcej – awanturniczych. Watson jest tu, dla fabuły i ze względu na poświęcony mu czas ekranowy, zdecydowanie ważniejszy od Holmesa. Dostaje też szanse, że pokazać się jako odważny, zdecydowany i rozsądny facet, eks-wojskowy, w którego kompetencje trudno wątpić. Bardzo, bardzo mi się też podoba to, jak reaguje, odkrywszy podstęp Holmesa – jest urażony i wściekły, że został oszukany przez przyjaciela, oświadcza, że mu tego nie zapomni i Holmes musi się trochę postarać, zanim zyska jego wybaczenie.

To jest, generalnie, bardzo wierna i udana adaptacja – i często potem przywoływana; wystarczy zobaczyć, jak wiele z tej klasycznej adaptacji widać w pozornie zupełnie innych Psach z Baskerville duetu Gattiss – Moffat, żeby się przekonać o jej znaczeniu dla rozwoju zjawiska pt. filmowy wizerunek Sherlocka Holmesa.

piątek, 19 stycznia 2018

 

Dressed to Kill, reż. Roy William Neill, scen. Frank Gruber i Leonard Lee, 1946

 

Miałam ja ostatnio urodziny, a w ramach prezentu urodzinowego kupiłam sobie między innymi coś, co chciałam mieć od dawna: kolekcję filmów o Sherlocku Holmesie i doktorze Watsonie. Kolejną, znaczy. Tym razem padło na uzupełnienie moich Holmesowych zbiorów o czternaście klasycznych filmów z Basilem Rathbonem i Nigelem Brucem. Kręcone w latach 1939-1946, filmy duetu Rathbone - Bruce obejmowały zarówno dość wierne przeniesienia na ekran poszczególnych opowiadań lub powieści Conan Doyle'a ?(Pies Baskerville'ów, 1939) i sztuk o Holmesie (The Adventures of Sherlock Holmes, 1939), luźniejsze adaptacje, często łączące wątki kilku tekstów (The Spider Woman, 1944), aż po scenariusze oryginalne (Sherlock Holmes in Washington, 1943).

Decyzja o daniu Basilowi Rathbone'owi roli Holmesa była natchniona: miał do tej roli talent, warunki, typ fizyczny i pomysł, jak ją zagrać. Jego Holmes - chłodny, perfekcyjny, elegancki w zachowaniu, ale potrafiący się znaleźć w każdych warunkach, bardziej intelektualny niż melancholijny, mistrz dedukcji, ale łagodzący swój zimny geniusz odrobiną życzliwości (patrz - fakt, że ewidentnie umie rozmawiać z małymi dziewczynkami!) - dla wielu i na długo był Holmesem idealnym (po nim, w takim stopniu,  był nim chyba tylko Jeremy Brett). Zaskakujące, jak niewiele się ta kreacja zestarzała.
Towarzyszący mu w roli Watsona Nigel Bruce także stworzył archetypową kreację - a mianowicie na długie lata wykreował wizerunek doktora jako jowialnego, ciamajdowatego, niezbyt bystrego, ale bezwzględnie lojalnego miłego wujaszka. Może najmniej widać to w pierwszym z cyklu Psie Baskerville'ów - ale kiedy dochodzimy do naszego dzisiejszego tematu, Dressed to Kill, taka kreacja Watsona jest już mocno ustalona. Aktorzy grający tę rolę po Nigelu B. mieli równie trudne zadanie wyjścia z jego cienia, co odtwórcy roli Holmesa po Rathbonie... 

Oficjalnie cykl rozpoczął się w 1939, od Psa Baskerville'ów, ale my - ze względu na moją chęć powrotu do akurat tego filmu - zaczniemy od Dressed to Kill, a więc - od końca.

 

 

Patricia Morison, która, z jej urodą, klasą i faktem, że była szkoloną mezzosopranistką, byłaby Ireną Adler idealną.

 

Ostatnie z cyklu, Dressed to Kill, ma bardzo dobrze napisaną i wymyśloną fabułę, opartą dość luźno na Sześciu popiersiach Napoleona. Na niewielkiej, raczej taniej aukcji zostają sprzedane trzy pozytywki, wyprodukowane, o czym wiemy z przedakcji, przez więźniów z zakładu karnego w Dartmoor. Jedna trafia w ręce młodej właścicielki sklepiku z różnościami, druga ? do ojca szukającego prezentu dla małej córeczki, a trzecia staje się własnością nieco ekscentrycznego kolekcjonera, który przypadkiem jest także starym kumplem doktora Watsona. Julian Emery może lekceważyć dziwne włamanie, którego padł ofiarą ? w końcu ukradziono najmniej cenną z jego pozytywek, prawie identyczną jak ta, którą właśnie nabył! ? a Watson może, jak to ten Watson, nie zwrócić uwagi, ale Holmesowi, jak zwykle, niewiele umknie?

Dressed to Kill zaczyna się od wspomnienia o Irene Adler i jej roli w życiu Holmesa ? a po prawdzie tutejsza główna przeciwniczka Holmesa, grana przez Patricię Morison Hilda Courtney, jest, pod wieloma względami, wariantem Adler. Inteligentna i bystra, a przy tym bezwzględna, mistrzyni przebrań i udawanego akcentu, zdeterminowana szefowa grupy chcącej odzyskać skradzione płyty służące do drukowania  fałszywych pięciofuntówek, pod wieloma względami wystylizowana na hollywoodzką femme fatale, panna Courtney bardzo przypomina jedną z popularnych wersji rozwoju postaci Adler. Autorzy powieści, filmów i innych adaptacji Sherlocka Holmesa bardzo przecież chętnie robią z Adler superprzestępczynię ? którą tutaj Hilda niewątpliwie jest. Dyskusja o Adler na początku podpowiada zresztą, że już w 1946 scenarzystom takie skojarzenie także przyszło do głowy ? podobnie jak autotematyczna refleksja Holmesa, przypominającego Watsonowi, że panna C. ograła go dokładnie tak, jak ? w opisie samego Watsona ? Holmes usiłował ograć pannę Adler...

Moim ulubionym chyba trickiem w Dressed to Kill jest to, jak używana jest w nim muzyka i tejże muzyki rola w życiu Sherlocka Holmesa. Rozwiązanie zagadki kryje się tu mianowicie w fakcie, ze na pierwszy rzut ucha wszystkie trzy pozytywki, o których mowa, grają tę samą melodię ? a tak przynajmniej zdaje się przypadkowym słuchaczom, jak doktor Watson i znacząca część, jak podejrzewam, widowni. Sherlock Holmes natomiast, muzyk-amator z ewidentnie dużą wiedzą, nie tylko jest w stanie zanucić po jednokrotnym usłyszeniu jej wersję z pierwszej pozytywki, ale i zauważyć, że kolejne minimalnie różnią się od siebie? Daje to filmowcom pretekst do zaprowadzenia nas, razem z bohaterami, do pewnej nader malowniczej knajpy, posłuchania piosenki i spotkania się z jednym z typowych Holmesowych informatorów z półświatka (ech, informatorzy z półświatka w filmach z tamtych czasów?).  

Tradycyjnie, jak zwykle w przypadku Holmesów z Rathbonem i Brucem, grany przez tego ostatniego doktor Watson jest ? bardziej niż czymkolwiek ? komicznym przerywnikiem, którego rolą jest, poza zachwycaniem się mądrością swego najlepszego przyjaciela, rozbawianie widza. Bodaj najlepiej wychodzi to w sekwencji od stwierdzenia Holmesa, że cenną pozytywkę zostawił pod opieką doktora, przez wizytę rzekomej panny Williams, udawany pożar (I see what you did there, writer!) i samozadowoloną uwagę Watsona, że kobiety zawsze tracą głowę w trudnych chwilach (nie to, co on ? w domyśle) sekundę przed tym, zanim się zorientuje, że został gładko ograny i oszukany przez na pozór delikatną i słabą kobietkę?

Powiem tak: te 70+ lat później, to jest ciągle efektowny, wciągający, dobrze się oglądający kryminał. Ze znakomicie pomyślanym Holmesem-dżentelmenem. Ciekawam, o ilu współczesnych wersjach opowieści o mieszkańcach Baker Street 221B będzie to można z perspektywy czasu powiedzieć.

czwartek, 18 stycznia 2018

Niespodziewanie książkę wydawałam.

 

Szłam ja sobie dzisiaj ulicą miasta mojego Krakowa - ulicą, dodajmy, Królewską, koło księgarni - i nagle wzrok mój padł na moje nazwisko na okładce. Na okładce książki, której się nie spodziewałam. Przez moment zastanawiałam się, czy jeszcze śpię, czy też trochę, jakby, mi odbiło.

Weszłam do księgarni, nie obudziłam się. Przemiła pani podała mi książkę, nie obudziłam się. Zapłaciłam, nie obudziłam się. Trzeba było zmierzyć się z rzeczywistością - ta książka była prawdziwa.

Bo, widzicie, było tak. Jakoś w 2010 ja i Agnieszka Fulińska, współautorka tej książki, napisałyśmy ją na zamówienie wydawcy. Książka się napisała, zredagowała, zrobiło się korektę i tak dalej i w ten deseń, wydawnictwo solidnie i terminowo zapłaciło umówione honorarium - po czym okazało się, że z powodów marketingowych książki nie wyda. Nad naszą mitologią na osiem lat zapadła cisza.

No to wyobraźcie sobie moją minę dzisiaj, jak to zobaczyłam w księgarni.

 

Jestem... zaskoczona. I zadowolona. I serdecznie się polecam ewentualnym czytelnikom.

niedziela, 07 stycznia 2018

... i, czasami, ich siostry jako ich zastępnik.

 

Andrea Appiani

Andrea Appiani (1754-1817), Śmierć Hiacynta


Cykl antyczno-mitologiczny na tym blogu jest nieregularny, ale miewa się całkiem nieźle - a dziś właśnie postanowiłam, pod wpływem lektury, dołożyć do niego kolejny tekst.

 

Merry-Joseph Blondel

Merry-Joseph Blondel (1781-1853), Śmierć Hiacynta

Obrazki trochę to zdradzają, prawda? Mowa będzie mianowicie o micie o Hiacyncie oraz o jego przeszłości (czyli pospekulujemy o tym, jak mogła wyglądać ta opowieść, zanim trafiła w ręce poetów i pisarzy greckich, dzięki którym ją znamy) i przyszłości (czyli o tym, co się z nią działo w czasach, kiedy opowieści o namiętnej erotycznej miłości boga do młodzieńca niekoniecznie spełniała wymagania typowej szkolnej lektury).

 

szkoła włoska

Warsztat Caravaggia (?), Śmierć Hiacynta

W swojej wersji, powiedzmy, bazowo-romantycznej (znanej na przykład z Metamorfoz Owidiusza i, paradoksalnie, z normalnie raczej kpiącego sobie ze wszystkiego Lukiana (Rozmowy bogów) mit o Hiacyncie wygląda tak. Hiacynt, młodzieniec niezwykłej urody, był synem króla Sparty Oebalusa (lub Lakedaimona) i ukochanym Apollina. O tę miłość między bogiem a młodzieńcem zazdrosny był jednak śmiertelnie Zefir, bóg wiatru zachodniego, od dawna w Hiacyncie bez wzajemności zadurzony. Zefir uznał w końcu, że skoro on nie może mieć Hiacynta, nikt nie może -  i kiedy Apollo z kochankiem zabawiali się rzucaniem dyskiem, Zefir, który był przecież bogiem porywów wiatru, szarpnął dyskiem Apollina tak, że ten trafił Hiacynta prosto w głowę. Chłopak zginął na miejscu, a zrozpaczony bóg z jego krwi stworzył kwiat hiacyntu.

No dobra, nie całkiem hiacyntu: ten hiacynt od Hiacynta to nie jest tak całkiem nasz hiacynt.

 

Nichola Rene Jollain

Nicholas-Renè Jollain (1732-1804), Śmierć Hiacynta

Jak się w źródła antyczne wczytamy, jednakowoż, to pojawi się nam kilka dodatków do tej wersji mitu. Pierwszym z nich jest fakt, że Hiacynt nie był takim sobie pięknym młodzieńcem: według greckiego mitografa (pseudo-) Apollodora, zanim w życiu Hiacynta pojawili się bogowie, jego kochankiem był Tamyris, tracki śpiewak, który, zobaczywszy Hiacynta, jako pierwszy mężczyzna zakochał się w innym przedstawicielu własnej płci. Byłby więc, w tej wersji przynajmniej, Hiacynt pierwszym idealnym ukochanym młodzieńcem, eromenosem, w ludzkim świecie.

Jakby tego było mało, hellenistyczny mitograf Partenios z kolei uważał, że rodzoną siostrą Hiacynta była inna słynna nieszczęśliwa ukochana przez Apollina osoba - Dafne. Tak, ta co wolała przemienić się w drzewo laurowe niż ścierpieć awanse boga.

Kolejna wersja mitu wiąże się z popularnymi w ateńskim malarstwie wazowym obrazkami, przedstawiającymi Zefira i Hiacynta. O, takimi. Albo takimi

Te obrazki, dość bezdyskusyjnie, przedstawiają sceny seksu (ja mogę opisać detale co do pozycji itd., ale pytanie, kto chce? To jest jednak trochę obok tematu wpisu). Wskazywałyby one raczej na wersję, w której Hiacynt porzucił poprzedniego kochanka/kochanków dla Apollina i za to został przez Zefira, rękami Apollina, zamordowany. 

 

Kiselyov

Aleksander Kiseliow (1838 - 1901), Śmierć Hiacynta

 

Co ciekawe, mity nie tylko przedstawiają Hiacynta jako unieśmiertelnionego przy pomocy metamorfozy; utożsamienie z Hymenajosem i samym Apollinem wskazuje na jakąś wersję opowieści o jego życiu po śmierci i deifikacji.

Z tym ostatnim aspektem wiążą się Hyakinthia - wielkie święto ku czci Hiacynta, obchodzone w Amyklai w Lakonii, niedaleko Sparty. Trzydniowe uroczystości upamiętniały śmierć i zmartwychwstanie młodego kochanka Apollina: pierwszy dzień był poważny, żałobny, kiedy Hiacynta opłakiwano. Drugiego dnia świętowano jego powrót do świata żywych: bawiono się wspólnie (nawet heloci, normalnie pozbawieni praw, mogli uczestniczyć w tych świętach), ucztowano razem w namiotach, śpiewano pieśni ku czci Apollina. Niewiele wiemy o trzecim dniu Hyakinthiów - być może celebrowano wtedy misteria albo odbywały się zawody sportowe? Kiedy patrzymy na późniejsze obrazy przedstawiające Hiacynta, widzimy omdlewającego, delikatnego młodzieńca; warto jednak pamiętać, że grecki ideał młodego kochanka podkreślał raczej atletyczność, fizyczną sprawność i wysportowanie niż eteryczną urodę i delikatność...


 

Jean Broc

Jean Broc (1771 - 1850), Śmierć Hiacynta

 

Ciekawie byłoby przyjrzeć się, skąd się wziął ten mit, jakie ma paralele i jak go interpretować - James George Frazer w swojej szalenie wpływowej Złotej gałęzi widział w Hiacyncie umierające i zmartwychwstające bóstwo przyrody, ale Złota gałąź ma już sto lat z hakiem i pojawiły się także i nowe teorie, związane z badaniami nad postaciami herosów i nad koncepcjami deifikacji w micie greckim. Warto też jednak przyjrzeć się nie tylko przeszłości, ale i dalszym losom Hiacynta.

Sam przegląd obrazów w tym wpisie podpowiada, że mamy do czynienia z postacią, która przetrwała starożytność i była często przywoływana w sztuce późniejszej. Nietrudno też, patrząc na te obrazy, wydedukować, że opowieść o Hiacyncie (podobnie jak podobnym do niego narracyjnie Kyparissosie) była dla artystów wygodnym pretekstem dla ukazania pięknej męskiej nagości / homoerotycznej fascynacji i/lub wystylizowanej, podkreślającej bezsilne piękno młodzieńca, sceny śmierci. Znaczy, mogli to wszysko pokazać w mitologicznym kostiumie, jeżeli tylko chcieli.

A jeżteli nie chcieli? Dzisiejszy wpis narodził się trochę z takiej właśnie sytuacji - z lektury łacińskiego libretta do pierwszej, dziecięcej opery Mozarta, zatytułowanej Apollo et Hyacinthus, sive Hyacinthi metamorphosis (Apollo i Hiacynt, albo metamorfoza Hiacynta). Kiedy ją napisał, Mozart miał jedenaście lat; wykonywali ją nastoletni salzburscy studenci i ich nauczyciel, a libretto napisał duchowny-profesor uniwersytetu. W roku 1767, dodajmy. No nie bardzo, biorąc pod uwagę specyfikę czasów, była tu szansa na opowieść o homoseksualnym pożądaniu. 

Jak poradził sobie z wyzwaniem wielebny Rufinus Widl, autor libretta? Ano, nakomplikował. Apollo, Zefir i Hiacynt pozostali w centrum uwagi, ale trójkąt opiera się na zazdrości o przyjaźń, nie o miłość. A przynajmniej nie o miłość Hiacynta - spartański królewicz jest obiektem rywalizacji jako najlepszy przyjaciel, ale i Zefir, i Apollo rywalizują też o rękę jego siostry, Melii. A ponieważ i Hiacynt, i Melia, wybierają Apollina, to zazdrosny Zefir zabija... Hiacynta, Apollo zaś zamienia go w kwiat.

Fabularnie wprowadzenie postaci Melii tylko miesza - wydarzenia są znacznie słabiej umotywowane niż w oryginalnej opowieści Owidiusza, która była podstawą libretta (czemu zabić brata, nie siostrę, o którą bardziej tu w sumie chodzi?). Niemniej, warto o nim wiedzieć, jeśli się lubi mitologię i jej recepcję - bo na przykładzie Apollina i Hiacynta bardzo ładnie widać, jak pokrętne i dziwaczne bywały jej losy w społecznościach, których  system wartości i norm kulturowych różnił się od greckiego i które, żeby móc zachować te historie, musiały je przetworzyć na własny obraz i podobieństwo. 

 



 

sobota, 06 stycznia 2018

Jeden z moich ulubionych bohaterów ma dzisiaj urodziny, ergo sobie na niego popatrzymy z tej okazji. Inaczej mówiąc: moi ulubieni Holmesowie, w kolejności, w jakiej się z nimi zapoznałam.


Sidney Paget

 

Holmes na klasycznej ilustracji Sidneya Pageta. Nawet nie pamiętam, skąd je znam - czy zobaczyłam gdzieś w daleko przeinternetowych czasach pierwszej lektury Conan Doyle'a, kiedy miałam dwanaście lat i, wow, mama mi pozwoliła przeczytać pierwszy w życiu kryminał? Czy poznałam nieco później? Nie pamiętam. W pamięci mam je jako "znane od zawsze".

 

Nicholas Rowe

 

Nicholas Rowe jako młody Sherlock Holmes w Piramidzie strachu (Young Sherlock Holmes, 1985). Poszłyśmy na ten film z siostrą jako małolaty - ja już chyba miałam za sobą lekturę pierwszych opowiadań o Holmesie, młodsza siostra chyba nawet nie. Z filmu wyszłyśmy zapłakane i zakochane.

 


W latach 80. był sobie polsko-angielski serial o Holmesie, kręcony częściowo u nas: leciał o 17.00 raz w tygodniu i ja go namiętnie oglądałam. Próby czasu nie zniósł, IMHO, najlepiej, ale wtedy naprawdę go lubiłam. Oto Geoffrey Whitehead jako Holmes.

 

Basil Rathbone

 

Holmes klasyczny, czyli Basil Rathbone: pierwsze filmy z nim widziałam jakoś we wczesnym liceum, kiedy przypomniała je Telewizja Polska. Dłuuugo musiałam się potem przekonywać do Holmesów nie wyglądających dokładnie jak on, oj długo...

 

Jeremy Brett


Jeremy Brett, klasyczny Holmes idealny.  Oglądałam jego filmy nieregularnie, nie po kolei i na przestrzeni wielu lat. I tak naprawdę dopiero jak je obejrzałam wszystkie pod rząd parę lat temu zrozumiałam, na czym polega jego wielkość jako Holmesa, którego zagrał jako dobrego, ale trudnego, umęczonego życiem wśród ludzi człowieka.

 

 

Robert Stephens jako Holmes w "Prywatnym życiu Sherlocka Holmesa", czyli tym filmie o Holmesie, po który sięgnęłam po pierwsze dla reżysera, który ma u mnie dość nieograniczony kredyt zaufania. Sięgnęłam i się zakochałam, ten film to jest moja sekretna wielka miłość i źródło miliona używanych na co dzień cytatów, które rozpoznaje, z moich znajomych, tak strasznie mało osób... No uwielbiam, także za to przemieszanie parodii, pastiszu, lekkiej groteski (Christopher Lee jako knujący Mycrotf!) i całkiem serio melancholii i powagi.

 

Nie nazywa się Sherlock, ani Holmes, ani w sumie nie jest detektywem, a serial o nim miał, zwłaszcza pod koniec, co najmniej tyle samo wad, co zalet - ale Hugh Laurie w House MD był dla mnie Holmesem w stu procentach - i, tak po prawdzie, z rozkoszą bym go zobaczyła w takiej prawdziwej, kostiumowej roli lokatora 221 Baker Street...


Robert Downey Jr

No dobra, nie oszukujmy się, ten Iron Man Sherlock Holmes jest tu troszeńkę na wyrost. Sherlock Holmes Guya Ritchiego to był film, z którego wyszłam zachwycona - tempem, zabawą, steampunkującymi aluzjami, nastrojem i kreacjami Holmesa (Downey Jr.) i Watsona (Jude Law) - jejku, ktoś wreszcie wymyślił, jak filmowo pokazać dedukcje i zauważył, że Watson ma regularne powodzenie u kobiet! Niestety, kolejne seanse i sequel, Gra cieni, trochę mi to wrażenie popsuły. Fakt, że uważam, że RDJ to jest szalenie efektowny aktor i on, nawet jak przegina, a tu przegina regularnie, budzi sympatię dla swojego bohatera. 

 

Benedict Cumberbatch

Słuchajcie, tu ze mną nie będzie dyskusji. Każda chyba osoba żyjąca fanowskim życiem ma swoje rzeczy subiektywnie ukochane, prawda? Ja mam tę - Sherlock BBC trafił mi prosto w serce i jestem mu w stanie wybaczyć absolutnie wszystko - no, może poza ostatnim odcinkiem czwartej serii.

 

 

Ten pan jest... trochę nie wiem, czy w dobrym miejscu. Nie jestem w sumie pewna, kiedy pierwszy raz widziałam radzieckiego Sherlocka Holmesa z Wasilijem Liwanowem (mam blade wrażenie, że w dzieciństwie), wiem za to na pewno, że świadomie go sobie przypomniałam parę lat temu i że mnie zauroczyły zarówno filmy, jak i Liwanow w roli nieco bardziej emocjonalnego, melancholijnego Holmesa.

 

Dobra dobra, wiem, że to nie Holmes, tylko Basil, wielki mysi detektyw i godny odpowiednik Sherlocka H. w świecie gryzoni. Obejrzałam ten film... w zasadzie czemu ja obejrzałam ten film, świadomie, tak późno? Jest uroczy i bardzo inteligentnie sobie pogrywa Holmesowymi motywami. No i ma Vincenta Price'a jako Moriarty'ego/Rattigana, to się nie mogło nie udać.

No, a po tych urodzinach spodziewajcie się kolejnych, może trochę mniej obrazkowych, bardziej tekstowych notek.

środa, 27 grudnia 2017

Michał Ochnik, Zima, Genius Creations 2017

 

 

Nie będę nikogo kokietować - znam autora Zimy blogowo (bośmy się osobiście nigdy nie spotkali) od wielu lat. Śledzę jego bloga, zgadzam się lub nie zgadzam z jego pisaniem i kiedy tylko ukazała się jego debiutancka powieść, czułam się nie tylko zaciekawiona (zwłaszcza znając zdanie Autora o polskiej fantastyce i jej autorach), ale po trochu nawet zobowiązana, by po Zimę sięgnąć. I cieszę się, że to zrobiłam.
Wyjściowy pomysł na nastrojem powieści - spowita lodem kraina pod władzą królowej wiecznej zimy, która przybyła z jakiegoś obcego, dalekiego świata -  jest mocno osadzony w kulturze, ale nośny i dobry. Kilka rzuconych w trakcie akcji konceptów - jak zemsta królowej na krnąbrnych miastach i miasteczkach, na które spada i spada i spada śnieg, aż znikną pod nim na wieki - też ma duży potencjał. Za znakomity uważam pomysł umieszczenia akcji w małym, sennym miasteczku tuż przed nie tyle oczekiwaną, co nieuchronną wielką zmianą, jaka je czeka. Efekt niepewności, jaką to daje losom bohaterów (kto straci? kto skorzysta? kto nie będzie umiał się znaleźć w tym nowym świecie?) rozbudowuje tło i kontekst powieści, czyniąc jej świat wiarygodniejszym i ciekawszym.

Postacie obiecywały troszkę więcej, niż w końcu dostałam: były, owszem, mocno osadzone w tradycji powieści awanturniczej (tajemniczy człowiek znikąd; królowa rozbójników; sarkastyczna i groźna starsza pani; mroczny arystokrata ze złamanym sercem; zakochana młoda para; zapoznany geniusz), ale też wzięte z tej części repozytorium, do której polscy fantaści sięgają dość rzadko. Brakowało mi trochę w tej powieści autentycznych emocji między postaciami. Autor mówi nam o tęsknocie lorda za zmarłą żoną i o starszej pani, która ciągle pamięta dramaturga, którego muzą była przed wielu laty, i to są dobre pomysły, ale postaci jest dużo, co oznacza, że mają mało scen. Amanda opowiada nam swoją historię w jednym rzucie - akurat ja wolałabym poznawać ją etapami, kawałek po kawałku; wtedy zdążyłabym się do niej bardziej przywiązać, lepiej ją poznać, więcej by dla mnie znaczyła. Podobnie jest z arystokratą, lordem Rautenstrauchem - okazuje się on odgrywać szalenie ważną rolę w całości fabuły, postacią jest niejednoznaczną i nieoczywistą, a na dodatek daje nam jedyną w zasadzie szansę wglądu w zlekceważoną przez autora postać Białej Królowej, ale poznajemy go bardzo powierzchownie, i to w sposób, który jest, jak dla mnie, nieco za bardzo z gatunku Bo Autor Chciał: ot, postanawia się nagle zwierzyć średnio mu znanemu i nie obdarzanemu zbytnim zaufaniem głównemu bohaterowi. Te relacje nie bardzo mają czas rozkwitnąć, rozwinąć się - a przez to postacie zrobiły na mnie mniejsze znaczenie, niżby mogły.

Świat Zimy jest, konstrukcyjnie, zawieszony gdzieś między umowną późnodziewiętnastowieczną Europą (północną?) a baśniowo-fantasy feudalnym światem, rządzonym przez przybyłą nie wiadomo skąd, obdarzoną magiczną mocą neutralizującą inną magię, nieśmiertelną i wszechpotężną Białą Królową. O to chyba mam do autora największe pretensje - ja wiem, że pokazanie, co robi ze światem (łagodnie magicznym, rozwijającym się kulturowo i społecznie w swoim rytmie), ze społeczeństwem, z technologią i rozwojem inwazja Obcego i Magicznego jest bardzo trudne, że przy postaci takiej jak Biała Królowa, bardzo łatwo ześlizgnąć się w archetyp a la Królowa Śniegu spotyka Białą Czarownicę, ale w Zimie problem polega na tym, że autor nawet nie próbuje. Zdaję sobie sprawę, że powieść zaplanowana jest na sequel i że zapewne w kolejnej części zobaczymy więcej polityki i więcej Królowej, ale to, co dostajemy w Zimie, i tak wydaje mi się niewystarczające. Niewystarczające tym bardziej, że im dalej w powieść, tym bardziej znaczącym wątkiem okazuje się ten związany z postacią drugiej królowej, Czerwonej - przywódczyni rebelii, która z osobistych powodów, straciwszy wszystko, rzuciła wyzwanie lodowej władczyni i niezależnie od tego, ile ją i naród to będzie kosztować, toczy partyzancką wojnę z potęgą, która na każdy atak odpowiada kontratakiem i bezlitosnym odbieraniem życia setkom. I jak nie jestem namiętną fanką historii o powstaniach i wojnach, tak mam tu jakiś mały moralny problem z faktem, że w powieści, w której nominalnym przeciwnikiem jest pozbawiona serca lodowa czarodziejka, która bez wahania zabija i morzy głodem tysiące, na najbardziej, przynajmniej w moim odczytaniu, moralnie krytykowaną postać wyrasta dowodząca niewielką w sumie rebelią jej ludzka przeciwniczka, której emocje odebrały umiejętność jasnego oglądu sprawy? (1).

Pomysł ze zrobieniem głównego bohatera reżysero-producentem (terminologicznie trochę mi zgrzyta ten, na ucho anachroniczny, "teatrolog", zwłaszcza że Vincent jest praktykiem, nie teoretykiem :)) jest bardzo fajny, rozwiązanie sprawy magii Samuela Zimmermana za to wydało mi się trochę... oczywiste, jak ze staroświeckiej powieści YA: SPOJLER symbolicznie, nie faktycznie rozumiana magia jest w nas, w naszej chęci bycia razem i determinacji.  Żeby nie spojlować za bardzo: cała polityczno-rebeliancka intryga ma dobry pomysł, ale niekoniecznie przekonujące mnie do końca wykonanie, a fakt, że bohaterowie i miasto mimo wszystko wychodzą mniej więcej cało z konfrontacji z magią królowej, niech lepiej będzie wyjaśniony w kolejnym tomie, bo, przynajmniej moim zdaniem, poszło im zdecydowanie za łatwo: wedle narratora nie za takie rzeczy Królowa dusiła całe miasta pod wiecznym lodem. Bardzo, BARDZO bym chciała, żeby tkwił w tym jakiś podstęp, jakaś finta wewnątrz finty w fincie...

Co jeszcze mogę powiedzieć o Zimie? Autor pisze staranną polszczyzną, potrafi, kiedy chce, budować nastrój, sporo rzeczy, do których mam jakieś tam zarzuty, to problemy typowe dla pierwszej powieści, które mogą zostać doszlifowane w miarę pisania kolejnych. Nie, nie przerzucałam stron Zimy w szaleńczym pędzie, chcąc wiedzieć, co dalej - nie po to ją chyba zresztą napisano. Brakowało mi  w niej trochę - szaleństwa, jakiejś językowej, narracyjnej i konstrukcyjnej brawury czy bardziej ryzykownego skonstruowania psychologii postaci, których się po trochu po autorze spodziewałam. Brakowało trochę, owszem - ale to nie znaczy, że cykl Ochnika skreślam. Po kolejny tom na pewno sięgnę.  

(1)    Nie będę tu dyskutować o The Last Jedi, nie będę, nie będę, nie.

 

wtorek, 26 grudnia 2017

 

A może jednak wiek się liczy. Przynajmniej wiek bloga. Dzisiaj ten - ostatnio lekceważony i rzadko aktualizowany - blog kończy 10 lat. Dziesięć lat temu w domu moich rodziców - żył jeszcze mój ojciec, mieliśmy jeszcze wtedy psa Arusię, kotka Ultrakot zbliżała się do osiemnastego roku swego życia (dożyła dwudziestu) - usiadłam przy biurku w pokoju ojca i napisałam, że dostałam na Gwiazdkę "Lód" Dukaja i że będzie co czytać.

Pozmieniało się od tamtego czasu: na tym blogu, bo oryginalnie miał być o życiu (brrr...) i książkach, u mnie w domu, w moich gustach, zainteresowaniach i oglądzie świata. Jedno się nie zmieniło - fakt, że czytanie, oglądanie i słuchanie, a także pisanie o nich nadal sprawia mi przyjemność. I to nawet mimo faktu, że pisanie (naukowe) to też podstawa mojej pracy i że pisaniem od pisania odpoczywam. Ostatni rok był ciężki, pracowity, i to zaowocowało kryzysem na blogu (i ponad 30 000 przeczytanych stron, żeby nie było) - ale, ledwie bo ledwie, ale mój blog ciągle żyje.

Dziesięć pełnych obrotów planety, a to oznacza, że zmiana jest konieczna. Zmienia się wszystko wokół nas - czemu nie miałby się zmienić ten blog? Oczekujcie nowych informacji jeszcze w2017...

20:09, ninedin , Inne
Link Komentarze (1) »
wtorek, 19 września 2017

Anna Brzezińska,  Córki Wawelu, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017

 

 

 

Katarzyna Jagiellonka. Warsztat Lucasa Cranacha Mł.
(obrazek stąd)


Była więc sobie raz królewna. A nawet trzy królewny. I ich przyrodnia siostra, też królewna, choć urodzona z pierwszego węgierskiego małżeństwa swego ojca i średnio kochana przez macochę-Włoszkę. I królowa sobie była, i jej damy, i panie mieszczki, i panie lżejszych lub surowszych obyczajów, i biedne dziewczyny, co przyszły ze wsi na służbę, i trzymane na dworze dla uciechy karlice. Zza ich pleców wychyla się cały świat, na pozór znany - bo kto nie widział, na żywo lub na zdjęciach, Wawelu czy Kaplicy Zygmuntowskiej? - na pozór oswojony, bo podstaw wiedzy i/lub komunałów o renesansie nauczono nas w szkole, na pozór oczywisty - bo mało to razy widzieliśmy, na ilustracjach czy na ekranie, królową Bonę, Barbarę Radziwiłłównę, obu Zygmuntów - a jednak, pod piórem Brzezińskiej,  co raz to odsłaniając swoje fascynujące, nieoczekiwane i obce, obce, obce oblicze.   

Zaczynają się Córki Wawelu jak powieść: historią wiejskiej dziewczyny imieniem Regina, która przybywa do Krakowa do ciężkiej pracy jako służąca i szybko przekonuje się, że renesansowe miasto to paskudne miejsce, żeby być kobietą, zwłaszcza zaś kobietą ubogą i zależną od innych.  Kiedy Regina trafia na służbę do słodownika, jej pracodawca, wdowiec, oczekuje od niej, obok pracy, także usług seksualnych i nie jest w stanie pojąć, że ona nie rozumie, czego on chce. Nieświadoma, co się z nią dzieje i niewiele wiedząca Regina, zgwałcona przez pana, zachodzi w ciążę, którą ukrywa, i rodzi dziwaczne dziecko: niby foremne, niby ludzkie, a maleńkie jak kociak. To wokół losów tej dziewczynki-dziewczyny-kobiety, która w źródłach dotyczących epoki nazywana jest Dosieczką, a u Brzezińskiej - Dosią, obraca się spora część opowieści.

Dorothea-Dosia-Dosieczka, jak ją nazywają źródła, ulubiona karlica i zaufana dwórka jednej z córek królowej Bony (źródła mówią nam o jej roli u boku królewny, ale milczą o jej dzieciństwie i pochodzeniu), to pierwsza z wawelskich dziewcząt i pierwsza z królewien w tej opowieści - choć urodzona w nędzy i wychowana przez właściciela szynku i prostytutkę, kim innym, jak nie księżniczką, może być córka Reginy, królowej? Opowieść o dziejach Reginy i jej córki, rozsnuta przez Brzezińską między fikcją, rekonstrukcją tego, co prawdopodobne i co mogło się zdarzyć, a poświadczoną w dokumentach historią, to były te momenty w jej tekście, kiedy najbardziej, przewrotnie żałowałam, że autorka nie zdecydowała się napisać o tym świecie powieści - że wizje miasta jako smoka z grzbietem najeżonym łuskami dachówek i obrazy takie, jak stara wiedźma Witosława i jej ptaszyska pozostaną tylko rzuconymi ot tak przed czytelnika perełkami, skojarzeniami i lękami bohaterek, że nie ułożą się we własną, rozbuchaną i szaloną opowieść, do której napisania Anna Brzezińska byłaby z pewnością więcej niż właściwą osobą.

Powiedziałam, że żałuję przewrotnie - bo forma Córek Wawelu bardzo mi się podoba. Takie książki czytało się, kiedy byłam dzieciakiem - fabularyzowane biografie, barwne opowieści o historii i jej aktorach, przemycające w atrakcyjnej czytelniczo formie mnóstwo wiedzy. No tylko wtedy pisano je trochę inaczej. Brzezińska w Córkach... opowiada nam, po pierwsze i przede wszystkim, historię renesansowych kobiet i przez ich oczy, powiązanych z nimi mężczyzn; kobiet z dworów i z mieszczańskich kamienic czy rzemieślniczych warsztatów, ale i tych ze wsi, z biedy i poniżenia. Autorka robi to przy tym w szalenie przekonujący i efektowny sposób: upomina się o swoje bohaterki, o ich zaginione w historii opowieści i uciszone głosy, ale jednocześnie nie uwspółcześnia ich, nie czyni mentalnymi siostrami-bliźniaczkami swoich czytelniczek. Nie, jej księżniczki nie oburzą się na ideę aranżowanego małżeństwa - choć mogą modlić się, żeby narzeczony nie był starszy od ich ojca ani nie miał reputacji brutala i damskiego boksera; a jej ubogie dziewczęta nie będą mieć za grosz współczucia i zrozumienia na przykład dla cierpienia żyjących obok nich i dręczonych często ponad miarę koni, kóz, psów, kotów... A autorka pokazuje nam, dlaczego tak jest, z czego takie, a nie inne postawy wobec życia, wobec świata, wobec innych wynikają. Brzezińska-historyk ma dla przeszłości szacunek i zrozumienie i stara się przekazać je swoim czytelnikom - odgrzebać renesans i zygmuntowski dwór pod sterty szkolnych banałów i komunałów, którymi nas zarzuca szkoła, a jednocześnie pokazać, że przeszłość to obca kraina i że to, co dziś wydaje się nam naturalne i właściwe (potrzeba młodej kobiety, by stanowić o sobie samej i swoim losie, poczucie godności, rozumienie wolności osobistej) mogło być wówczas pojmowane  zupełnie inaczej. Autorka nie szczędzi trudu, żeby nas przez kręte ścieżki i nieoczekiwane pejzaże tej obcej krainy przeprowadzić tak, żebyśmy ją pojęli i docenili.
Renesansową Polskę wpisuje Brzezińska w szeroką europejską perspektywę. Nie jest to trudne - obok Dosi-karlicy głównymi bohaterkami opowieści Brzezińskiej są trzy królewny, młodsze córki Bony i Zygmunta Starego, trzy przyszłe władczynie: Katarzyna Jagiellonka, królowa Szwecji i matka Zygmunta III Wazy, księżna brunszwicka Zofia Jagiellonka i ich siostra Anna, wybrana w 1575 królową Polski. Ród Jagiellonów funkcjonował w szerokim europejskim kontekście - spowinowaceni z węgierskimi Zapolyami, mediolańskimi Sforzami i panującymi nad sporym kawałkiem Europy Habsburgami, a przez nich z połową rodów Europy, portretowani przez Cranachów, korespondujący z uczonymi i zatrudniający artystów z całego ówczesnego zachodniego świata, Jagiellonowie należeli bez wątpienia do ówczesnej kulturowej i politycznej wspólnoty. Anna Brzezińska często się zresztą do tego faktu odwołuje i chętnie korzysta z okazji, by w swych dygresjach porzucić Kraków i poprowadzić nas a to na dwór Izabeli Aragońskiej, a to do świata średniowiecznych i renesansowych romansów, a to do drukarni i na uniwersytety... Robi to przy tym szalenie efektownie i skutecznie: dydaktycznego smrodku w jej dziele nie uświadczysz. Nie ma też u niej jeszcze jednej zmory  takiego pisania - usładzania i lukrowania historii. Choroby, bieda, gwałty i brutalność, strach przed zarazą i bożym gniewem, polityczne zawieruchy i ich skutki, ciężkie życie słabszych i koszmarny niejednokrotnie los zwierząt - to wszystko u Brzezińskiej widoczne jest wyraźnie, choć opowiadane bez epatowania i makabrycznych detali. 

To jest złożony tekst, skomplikowany jak renesansowa tkanina, upleciony z wielu skontrastowanych ze sobą nici i splatający/splątujący różne perspektywy chronologiczne.  Brakowało mi takiej książki; dawno nie czułam się taka zaintrygowana, taka wciągnięta w wydarzenia, przy lekturze o polskiej historii.

PS. Zupełnie ciekawostkowo: Anna Brzezińska nie jest pierwszą polską autorką, która oddała głos Dosieczce; przed nią zrobiła to, w roku 1986, Hanna Muszyńska-Hoffmanowa w dość zapomnianej dziś powieści Zamorska Jagiellonka, poświęconej postaci królowej Katarzyny.

Zapisz

Zapisz

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 36
| < Czerwiec 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  
O autorze
Zakładki:
Autorzy
Blogi
Miejsca: różne
Omnia mea
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...