niedziela, 07 stycznia 2018

... i, czasami, ich siostry jako ich zastępnik.

 

Andrea Appiani

Andrea Appiani (1754-1817), Śmierć Hiacynta


Cykl antyczno-mitologiczny na tym blogu jest nieregularny, ale miewa się całkiem nieźle - a dziś właśnie postanowiłam, pod wpływem lektury, dołożyć do niego kolejny tekst.

 

Merry-Joseph Blondel

Merry-Joseph Blondel (1781-1853), Śmierć Hiacynta

Obrazki trochę to zdradzają, prawda? Mowa będzie mianowicie o micie o Hiacyncie oraz o jego przeszłości (czyli pospekulujemy o tym, jak mogła wyglądać ta opowieść, zanim trafiła w ręce poetów i pisarzy greckich, dzięki którym ją znamy) i przyszłości (czyli o tym, co się z nią działo w czasach, kiedy opowieści o namiętnej erotycznej miłości boga do młodzieńca niekoniecznie spełniała wymagania typowej szkolnej lektury).

 

szkoła włoska

Warsztat Caravaggia (?), Śmierć Hiacynta

W swojej wersji, powiedzmy, bazowo-romantycznej (znanej na przykład z Metamorfoz Owidiusza i, paradoksalnie, z normalnie raczej kpiącego sobie ze wszystkiego Lukiana (Rozmowy bogów) mit o Hiacyncie wygląda tak. Hiacynt, młodzieniec niezwykłej urody, był synem króla Sparty Oebalusa (lub Lakedaimona) i ukochanym Apollina. O tę miłość między bogiem a młodzieńcem zazdrosny był jednak śmiertelnie Zefir, bóg wiatru zachodniego, od dawna w Hiacyncie bez wzajemności zadurzony. Zefir uznał w końcu, że skoro on nie może mieć Hiacynta, nikt nie może -  i kiedy Apollo z kochankiem zabawiali się rzucaniem dyskiem, Zefir, który był przecież bogiem porywów wiatru, szarpnął dyskiem Apollina tak, że ten trafił Hiacynta prosto w głowę. Chłopak zginął na miejscu, a zrozpaczony bóg z jego krwi stworzył kwiat hiacyntu.

No dobra, nie całkiem hiacyntu: ten hiacynt od Hiacynta to nie jest tak całkiem nasz hiacynt.

 

Nichola Rene Jollain

Nicholas-Renè Jollain (1732-1804), Śmierć Hiacynta

Jak się w źródła antyczne wczytamy, jednakowoż, to pojawi się nam kilka dodatków do tej wersji mitu. Pierwszym z nich jest fakt, że Hiacynt nie był takim sobie pięknym młodzieńcem: według greckiego mitografa (pseudo-) Apollodora, zanim w życiu Hiacynta pojawili się bogowie, jego kochankiem był Tamyris, tracki śpiewak, który, zobaczywszy Hiacynta, jako pierwszy mężczyzna zakochał się w innym przedstawicielu własnej płci. Byłby więc, w tej wersji przynajmniej, Hiacynt pierwszym idealnym ukochanym młodzieńcem, eromenosem, w ludzkim świecie.

Jakby tego było mało, hellenistyczny mitograf Partenios z kolei uważał, że rodzoną siostrą Hiacynta była inna słynna nieszczęśliwa ukochana przez Apollina osoba - Dafne. Tak, ta co wolała przemienić się w drzewo laurowe niż ścierpieć awanse boga.

Kolejna wersja mitu wiąże się z popularnymi w ateńskim malarstwie wazowym obrazkami, przedstawiającymi Zefira i Hiacynta. O, takimi. Albo takimi

Te obrazki, dość bezdyskusyjnie, przedstawiają sceny seksu (ja mogę opisać detale co do pozycji itd., ale pytanie, kto chce? To jest jednak trochę obok tematu wpisu). Wskazywałyby one raczej na wersję, w której Hiacynt porzucił poprzedniego kochanka/kochanków dla Apollina i za to został przez Zefira, rękami Apollina, zamordowany. 

 

Kiselyov

Aleksander Kiseliow (1838 - 1901), Śmierć Hiacynta

 

Co ciekawe, mity nie tylko przedstawiają Hiacynta jako unieśmiertelnionego przy pomocy metamorfozy; utożsamienie z Hymenajosem i samym Apollinem wskazuje na jakąś wersję opowieści o jego życiu po śmierci i deifikacji.

Z tym ostatnim aspektem wiążą się Hyakinthia - wielkie święto ku czci Hiacynta, obchodzone w Amyklai w Lakonii, niedaleko Sparty. Trzydniowe uroczystości upamiętniały śmierć i zmartwychwstanie młodego kochanka Apollina: pierwszy dzień był poważny, żałobny, kiedy Hiacynta opłakiwano. Drugiego dnia świętowano jego powrót do świata żywych: bawiono się wspólnie (nawet heloci, normalnie pozbawieni praw, mogli uczestniczyć w tych świętach), ucztowano razem w namiotach, śpiewano pieśni ku czci Apollina. Niewiele wiemy o trzecim dniu Hyakinthiów - być może celebrowano wtedy misteria albo odbywały się zawody sportowe? Kiedy patrzymy na późniejsze obrazy przedstawiające Hiacynta, widzimy omdlewającego, delikatnego młodzieńca; warto jednak pamiętać, że grecki ideał młodego kochanka podkreślał raczej atletyczność, fizyczną sprawność i wysportowanie niż eteryczną urodę i delikatność...


 

Jean Broc

Jean Broc (1771 - 1850), Śmierć Hiacynta

 

Ciekawie byłoby przyjrzeć się, skąd się wziął ten mit, jakie ma paralele i jak go interpretować - James George Frazer w swojej szalenie wpływowej Złotej gałęzi widział w Hiacyncie umierające i zmartwychwstające bóstwo przyrody, ale Złota gałąź ma już sto lat z hakiem i pojawiły się także i nowe teorie, związane z badaniami nad postaciami herosów i nad koncepcjami deifikacji w micie greckim. Warto też jednak przyjrzeć się nie tylko przeszłości, ale i dalszym losom Hiacynta.

Sam przegląd obrazów w tym wpisie podpowiada, że mamy do czynienia z postacią, która przetrwała starożytność i była często przywoływana w sztuce późniejszej. Nietrudno też, patrząc na te obrazy, wydedukować, że opowieść o Hiacyncie (podobnie jak podobnym do niego narracyjnie Kyparissosie) była dla artystów wygodnym pretekstem dla ukazania pięknej męskiej nagości / homoerotycznej fascynacji i/lub wystylizowanej, podkreślającej bezsilne piękno młodzieńca, sceny śmierci. Znaczy, mogli to wszysko pokazać w mitologicznym kostiumie, jeżeli tylko chcieli.

A jeżteli nie chcieli? Dzisiejszy wpis narodził się trochę z takiej właśnie sytuacji - z lektury łacińskiego libretta do pierwszej, dziecięcej opery Mozarta, zatytułowanej Apollo et Hyacinthus, sive Hyacinthi metamorphosis (Apollo i Hiacynt, albo metamorfoza Hiacynta). Kiedy ją napisał, Mozart miał jedenaście lat; wykonywali ją nastoletni salzburscy studenci i ich nauczyciel, a libretto napisał duchowny-profesor uniwersytetu. W roku 1767, dodajmy. No nie bardzo, biorąc pod uwagę specyfikę czasów, była tu szansa na opowieść o homoseksualnym pożądaniu. 

Jak poradził sobie z wyzwaniem wielebny Rufinus Widl, autor libretta? Ano, nakomplikował. Apollo, Zefir i Hiacynt pozostali w centrum uwagi, ale trójkąt opiera się na zazdrości o przyjaźń, nie o miłość. A przynajmniej nie o miłość Hiacynta - spartański królewicz jest obiektem rywalizacji jako najlepszy przyjaciel, ale i Zefir, i Apollo rywalizują też o rękę jego siostry, Melii. A ponieważ i Hiacynt, i Melia, wybierają Apollina, to zazdrosny Zefir zabija... Hiacynta, Apollo zaś zamienia go w kwiat.

Fabularnie wprowadzenie postaci Melii tylko miesza - wydarzenia są znacznie słabiej umotywowane niż w oryginalnej opowieści Owidiusza, która była podstawą libretta (czemu zabić brata, nie siostrę, o którą bardziej tu w sumie chodzi?). Niemniej, warto o nim wiedzieć, jeśli się lubi mitologię i jej recepcję - bo na przykładzie Apollina i Hiacynta bardzo ładnie widać, jak pokrętne i dziwaczne bywały jej losy w społecznościach, których  system wartości i norm kulturowych różnił się od greckiego i które, żeby móc zachować te historie, musiały je przetworzyć na własny obraz i podobieństwo. 

 



 

sobota, 06 stycznia 2018

Jeden z moich ulubionych bohaterów ma dzisiaj urodziny, ergo sobie na niego popatrzymy z tej okazji. Inaczej mówiąc: moi ulubieni Holmesowie, w kolejności, w jakiej się z nimi zapoznałam.


Sidney Paget

 

Holmes na klasycznej ilustracji Sidneya Pageta. Nawet nie pamiętam, skąd je znam - czy zobaczyłam gdzieś w daleko przeinternetowych czasach pierwszej lektury Conan Doyle'a, kiedy miałam dwanaście lat i, wow, mama mi pozwoliła przeczytać pierwszy w życiu kryminał? Czy poznałam nieco później? Nie pamiętam. W pamięci mam je jako "znane od zawsze".

 

Nicholas Rowe

 

Nicholas Rowe jako młody Sherlock Holmes w Piramidzie strachu (Young Sherlock Holmes, 1985). Poszłyśmy na ten film z siostrą jako małolaty - ja już chyba miałam za sobą lekturę pierwszych opowiadań o Holmesie, młodsza siostra chyba nawet nie. Z filmu wyszłyśmy zapłakane i zakochane.

 


W latach 80. był sobie polsko-angielski serial o Holmesie, kręcony częściowo u nas: leciał o 17.00 raz w tygodniu i ja go namiętnie oglądałam. Próby czasu nie zniósł, IMHO, najlepiej, ale wtedy naprawdę go lubiłam. Oto Geoffrey Whitehead jako Holmes.

 

Basil Rathbone

 

Holmes klasyczny, czyli Basil Rathbone: pierwsze filmy z nim widziałam jakoś we wczesnym liceum, kiedy przypomniała je Telewizja Polska. Dłuuugo musiałam się potem przekonywać do Holmesów nie wyglądających dokładnie jak on, oj długo...

 

Jeremy Brett


Jeremy Brett, klasyczny Holmes idealny.  Oglądałam jego filmy nieregularnie, nie po kolei i na przestrzeni wielu lat. I tak naprawdę dopiero jak je obejrzałam wszystkie pod rząd parę lat temu zrozumiałam, na czym polega jego wielkość jako Holmesa, którego zagrał jako dobrego, ale trudnego, umęczonego życiem wśród ludzi człowieka.

 

 

Robert Stephens jako Holmes w "Prywatnym życiu Sherlocka Holmesa", czyli tym filmie o Holmesie, po który sięgnęłam po pierwsze dla reżysera, który ma u mnie dość nieograniczony kredyt zaufania. Sięgnęłam i się zakochałam, ten film to jest moja sekretna wielka miłość i źródło miliona używanych na co dzień cytatów, które rozpoznaje, z moich znajomych, tak strasznie mało osób... No uwielbiam, także za to przemieszanie parodii, pastiszu, lekkiej groteski (Christopher Lee jako knujący Mycrotf!) i całkiem serio melancholii i powagi.

 

Nie nazywa się Sherlock, ani Holmes, ani w sumie nie jest detektywem, a serial o nim miał, zwłaszcza pod koniec, co najmniej tyle samo wad, co zalet - ale Hugh Laurie w House MD był dla mnie Holmesem w stu procentach - i, tak po prawdzie, z rozkoszą bym go zobaczyła w takiej prawdziwej, kostiumowej roli lokatora 221 Baker Street...


Robert Downey Jr

No dobra, nie oszukujmy się, ten Iron Man Sherlock Holmes jest tu troszeńkę na wyrost. Sherlock Holmes Guya Ritchiego to był film, z którego wyszłam zachwycona - tempem, zabawą, steampunkującymi aluzjami, nastrojem i kreacjami Holmesa (Downey Jr.) i Watsona (Jude Law) - jejku, ktoś wreszcie wymyślił, jak filmowo pokazać dedukcje i zauważył, że Watson ma regularne powodzenie u kobiet! Niestety, kolejne seanse i sequel, Gra cieni, trochę mi to wrażenie popsuły. Fakt, że uważam, że RDJ to jest szalenie efektowny aktor i on, nawet jak przegina, a tu przegina regularnie, budzi sympatię dla swojego bohatera. 

 

Benedict Cumberbatch

Słuchajcie, tu ze mną nie będzie dyskusji. Każda chyba osoba żyjąca fanowskim życiem ma swoje rzeczy subiektywnie ukochane, prawda? Ja mam tę - Sherlock BBC trafił mi prosto w serce i jestem mu w stanie wybaczyć absolutnie wszystko - no, może poza ostatnim odcinkiem czwartej serii.

 

 

Ten pan jest... trochę nie wiem, czy w dobrym miejscu. Nie jestem w sumie pewna, kiedy pierwszy raz widziałam radzieckiego Sherlocka Holmesa z Wasilijem Liwanowem (mam blade wrażenie, że w dzieciństwie), wiem za to na pewno, że świadomie go sobie przypomniałam parę lat temu i że mnie zauroczyły zarówno filmy, jak i Liwanow w roli nieco bardziej emocjonalnego, melancholijnego Holmesa.

 

Dobra dobra, wiem, że to nie Holmes, tylko Basil, wielki mysi detektyw i godny odpowiednik Sherlocka H. w świecie gryzoni. Obejrzałam ten film... w zasadzie czemu ja obejrzałam ten film, świadomie, tak późno? Jest uroczy i bardzo inteligentnie sobie pogrywa Holmesowymi motywami. No i ma Vincenta Price'a jako Moriarty'ego/Rattigana, to się nie mogło nie udać.

No, a po tych urodzinach spodziewajcie się kolejnych, może trochę mniej obrazkowych, bardziej tekstowych notek.

środa, 27 grudnia 2017

Michał Ochnik, Zima, Genius Creations 2017

 

 

Nie będę nikogo kokietować - znam autora Zimy blogowo (bośmy się osobiście nigdy nie spotkali) od wielu lat. Śledzę jego bloga, zgadzam się lub nie zgadzam z jego pisaniem i kiedy tylko ukazała się jego debiutancka powieść, czułam się nie tylko zaciekawiona (zwłaszcza znając zdanie Autora o polskiej fantastyce i jej autorach), ale po trochu nawet zobowiązana, by po Zimę sięgnąć. I cieszę się, że to zrobiłam.
Wyjściowy pomysł na nastrojem powieści - spowita lodem kraina pod władzą królowej wiecznej zimy, która przybyła z jakiegoś obcego, dalekiego świata -  jest mocno osadzony w kulturze, ale nośny i dobry. Kilka rzuconych w trakcie akcji konceptów - jak zemsta królowej na krnąbrnych miastach i miasteczkach, na które spada i spada i spada śnieg, aż znikną pod nim na wieki - też ma duży potencjał. Za znakomity uważam pomysł umieszczenia akcji w małym, sennym miasteczku tuż przed nie tyle oczekiwaną, co nieuchronną wielką zmianą, jaka je czeka. Efekt niepewności, jaką to daje losom bohaterów (kto straci? kto skorzysta? kto nie będzie umiał się znaleźć w tym nowym świecie?) rozbudowuje tło i kontekst powieści, czyniąc jej świat wiarygodniejszym i ciekawszym.

Postacie obiecywały troszkę więcej, niż w końcu dostałam: były, owszem, mocno osadzone w tradycji powieści awanturniczej (tajemniczy człowiek znikąd; królowa rozbójników; sarkastyczna i groźna starsza pani; mroczny arystokrata ze złamanym sercem; zakochana młoda para; zapoznany geniusz), ale też wzięte z tej części repozytorium, do której polscy fantaści sięgają dość rzadko. Brakowało mi trochę w tej powieści autentycznych emocji między postaciami. Autor mówi nam o tęsknocie lorda za zmarłą żoną i o starszej pani, która ciągle pamięta dramaturga, którego muzą była przed wielu laty, i to są dobre pomysły, ale postaci jest dużo, co oznacza, że mają mało scen. Amanda opowiada nam swoją historię w jednym rzucie - akurat ja wolałabym poznawać ją etapami, kawałek po kawałku; wtedy zdążyłabym się do niej bardziej przywiązać, lepiej ją poznać, więcej by dla mnie znaczyła. Podobnie jest z arystokratą, lordem Rautenstrauchem - okazuje się on odgrywać szalenie ważną rolę w całości fabuły, postacią jest niejednoznaczną i nieoczywistą, a na dodatek daje nam jedyną w zasadzie szansę wglądu w zlekceważoną przez autora postać Białej Królowej, ale poznajemy go bardzo powierzchownie, i to w sposób, który jest, jak dla mnie, nieco za bardzo z gatunku Bo Autor Chciał: ot, postanawia się nagle zwierzyć średnio mu znanemu i nie obdarzanemu zbytnim zaufaniem głównemu bohaterowi. Te relacje nie bardzo mają czas rozkwitnąć, rozwinąć się - a przez to postacie zrobiły na mnie mniejsze znaczenie, niżby mogły.

Świat Zimy jest, konstrukcyjnie, zawieszony gdzieś między umowną późnodziewiętnastowieczną Europą (północną?) a baśniowo-fantasy feudalnym światem, rządzonym przez przybyłą nie wiadomo skąd, obdarzoną magiczną mocą neutralizującą inną magię, nieśmiertelną i wszechpotężną Białą Królową. O to chyba mam do autora największe pretensje - ja wiem, że pokazanie, co robi ze światem (łagodnie magicznym, rozwijającym się kulturowo i społecznie w swoim rytmie), ze społeczeństwem, z technologią i rozwojem inwazja Obcego i Magicznego jest bardzo trudne, że przy postaci takiej jak Biała Królowa, bardzo łatwo ześlizgnąć się w archetyp a la Królowa Śniegu spotyka Białą Czarownicę, ale w Zimie problem polega na tym, że autor nawet nie próbuje. Zdaję sobie sprawę, że powieść zaplanowana jest na sequel i że zapewne w kolejnej części zobaczymy więcej polityki i więcej Królowej, ale to, co dostajemy w Zimie, i tak wydaje mi się niewystarczające. Niewystarczające tym bardziej, że im dalej w powieść, tym bardziej znaczącym wątkiem okazuje się ten związany z postacią drugiej królowej, Czerwonej - przywódczyni rebelii, która z osobistych powodów, straciwszy wszystko, rzuciła wyzwanie lodowej władczyni i niezależnie od tego, ile ją i naród to będzie kosztować, toczy partyzancką wojnę z potęgą, która na każdy atak odpowiada kontratakiem i bezlitosnym odbieraniem życia setkom. I jak nie jestem namiętną fanką historii o powstaniach i wojnach, tak mam tu jakiś mały moralny problem z faktem, że w powieści, w której nominalnym przeciwnikiem jest pozbawiona serca lodowa czarodziejka, która bez wahania zabija i morzy głodem tysiące, na najbardziej, przynajmniej w moim odczytaniu, moralnie krytykowaną postać wyrasta dowodząca niewielką w sumie rebelią jej ludzka przeciwniczka, której emocje odebrały umiejętność jasnego oglądu sprawy? (1).

Pomysł ze zrobieniem głównego bohatera reżysero-producentem (terminologicznie trochę mi zgrzyta ten, na ucho anachroniczny, "teatrolog", zwłaszcza że Vincent jest praktykiem, nie teoretykiem :)) jest bardzo fajny, rozwiązanie sprawy magii Samuela Zimmermana za to wydało mi się trochę... oczywiste, jak ze staroświeckiej powieści YA: SPOJLER symbolicznie, nie faktycznie rozumiana magia jest w nas, w naszej chęci bycia razem i determinacji.  Żeby nie spojlować za bardzo: cała polityczno-rebeliancka intryga ma dobry pomysł, ale niekoniecznie przekonujące mnie do końca wykonanie, a fakt, że bohaterowie i miasto mimo wszystko wychodzą mniej więcej cało z konfrontacji z magią królowej, niech lepiej będzie wyjaśniony w kolejnym tomie, bo, przynajmniej moim zdaniem, poszło im zdecydowanie za łatwo: wedle narratora nie za takie rzeczy Królowa dusiła całe miasta pod wiecznym lodem. Bardzo, BARDZO bym chciała, żeby tkwił w tym jakiś podstęp, jakaś finta wewnątrz finty w fincie...

Co jeszcze mogę powiedzieć o Zimie? Autor pisze staranną polszczyzną, potrafi, kiedy chce, budować nastrój, sporo rzeczy, do których mam jakieś tam zarzuty, to problemy typowe dla pierwszej powieści, które mogą zostać doszlifowane w miarę pisania kolejnych. Nie, nie przerzucałam stron Zimy w szaleńczym pędzie, chcąc wiedzieć, co dalej - nie po to ją chyba zresztą napisano. Brakowało mi  w niej trochę - szaleństwa, jakiejś językowej, narracyjnej i konstrukcyjnej brawury czy bardziej ryzykownego skonstruowania psychologii postaci, których się po trochu po autorze spodziewałam. Brakowało trochę, owszem - ale to nie znaczy, że cykl Ochnika skreślam. Po kolejny tom na pewno sięgnę.  

(1)    Nie będę tu dyskutować o The Last Jedi, nie będę, nie będę, nie.

 

wtorek, 26 grudnia 2017

 

A może jednak wiek się liczy. Przynajmniej wiek bloga. Dzisiaj ten - ostatnio lekceważony i rzadko aktualizowany - blog kończy 10 lat. Dziesięć lat temu w domu moich rodziców - żył jeszcze mój ojciec, mieliśmy jeszcze wtedy psa Arusię, kotka Ultrakot zbliżała się do osiemnastego roku swego życia (dożyła dwudziestu) - usiadłam przy biurku w pokoju ojca i napisałam, że dostałam na Gwiazdkę "Lód" Dukaja i że będzie co czytać.

Pozmieniało się od tamtego czasu: na tym blogu, bo oryginalnie miał być o życiu (brrr...) i książkach, u mnie w domu, w moich gustach, zainteresowaniach i oglądzie świata. Jedno się nie zmieniło - fakt, że czytanie, oglądanie i słuchanie, a także pisanie o nich nadal sprawia mi przyjemność. I to nawet mimo faktu, że pisanie (naukowe) to też podstawa mojej pracy i że pisaniem od pisania odpoczywam. Ostatni rok był ciężki, pracowity, i to zaowocowało kryzysem na blogu (i ponad 30 000 przeczytanych stron, żeby nie było) - ale, ledwie bo ledwie, ale mój blog ciągle żyje.

Dziesięć pełnych obrotów planety, a to oznacza, że zmiana jest konieczna. Zmienia się wszystko wokół nas - czemu nie miałby się zmienić ten blog? Oczekujcie nowych informacji jeszcze w2017...

20:09, ninedin , Inne
Link Komentarze (1) »
wtorek, 19 września 2017

Anna Brzezińska,  Córki Wawelu, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017

 

 

 

Katarzyna Jagiellonka. Warsztat Lucasa Cranacha Mł.
(obrazek stąd)


Była więc sobie raz królewna. A nawet trzy królewny. I ich przyrodnia siostra, też królewna, choć urodzona z pierwszego węgierskiego małżeństwa swego ojca i średnio kochana przez macochę-Włoszkę. I królowa sobie była, i jej damy, i panie mieszczki, i panie lżejszych lub surowszych obyczajów, i biedne dziewczyny, co przyszły ze wsi na służbę, i trzymane na dworze dla uciechy karlice. Zza ich pleców wychyla się cały świat, na pozór znany - bo kto nie widział, na żywo lub na zdjęciach, Wawelu czy Kaplicy Zygmuntowskiej? - na pozór oswojony, bo podstaw wiedzy i/lub komunałów o renesansie nauczono nas w szkole, na pozór oczywisty - bo mało to razy widzieliśmy, na ilustracjach czy na ekranie, królową Bonę, Barbarę Radziwiłłównę, obu Zygmuntów - a jednak, pod piórem Brzezińskiej,  co raz to odsłaniając swoje fascynujące, nieoczekiwane i obce, obce, obce oblicze.   

Zaczynają się Córki Wawelu jak powieść: historią wiejskiej dziewczyny imieniem Regina, która przybywa do Krakowa do ciężkiej pracy jako służąca i szybko przekonuje się, że renesansowe miasto to paskudne miejsce, żeby być kobietą, zwłaszcza zaś kobietą ubogą i zależną od innych.  Kiedy Regina trafia na służbę do słodownika, jej pracodawca, wdowiec, oczekuje od niej, obok pracy, także usług seksualnych i nie jest w stanie pojąć, że ona nie rozumie, czego on chce. Nieświadoma, co się z nią dzieje i niewiele wiedząca Regina, zgwałcona przez pana, zachodzi w ciążę, którą ukrywa, i rodzi dziwaczne dziecko: niby foremne, niby ludzkie, a maleńkie jak kociak. To wokół losów tej dziewczynki-dziewczyny-kobiety, która w źródłach dotyczących epoki nazywana jest Dosieczką, a u Brzezińskiej - Dosią, obraca się spora część opowieści.

Dorothea-Dosia-Dosieczka, jak ją nazywają źródła, ulubiona karlica i zaufana dwórka jednej z córek królowej Bony (źródła mówią nam o jej roli u boku królewny, ale milczą o jej dzieciństwie i pochodzeniu), to pierwsza z wawelskich dziewcząt i pierwsza z królewien w tej opowieści - choć urodzona w nędzy i wychowana przez właściciela szynku i prostytutkę, kim innym, jak nie księżniczką, może być córka Reginy, królowej? Opowieść o dziejach Reginy i jej córki, rozsnuta przez Brzezińską między fikcją, rekonstrukcją tego, co prawdopodobne i co mogło się zdarzyć, a poświadczoną w dokumentach historią, to były te momenty w jej tekście, kiedy najbardziej, przewrotnie żałowałam, że autorka nie zdecydowała się napisać o tym świecie powieści - że wizje miasta jako smoka z grzbietem najeżonym łuskami dachówek i obrazy takie, jak stara wiedźma Witosława i jej ptaszyska pozostaną tylko rzuconymi ot tak przed czytelnika perełkami, skojarzeniami i lękami bohaterek, że nie ułożą się we własną, rozbuchaną i szaloną opowieść, do której napisania Anna Brzezińska byłaby z pewnością więcej niż właściwą osobą.

Powiedziałam, że żałuję przewrotnie - bo forma Córek Wawelu bardzo mi się podoba. Takie książki czytało się, kiedy byłam dzieciakiem - fabularyzowane biografie, barwne opowieści o historii i jej aktorach, przemycające w atrakcyjnej czytelniczo formie mnóstwo wiedzy. No tylko wtedy pisano je trochę inaczej. Brzezińska w Córkach... opowiada nam, po pierwsze i przede wszystkim, historię renesansowych kobiet i przez ich oczy, powiązanych z nimi mężczyzn; kobiet z dworów i z mieszczańskich kamienic czy rzemieślniczych warsztatów, ale i tych ze wsi, z biedy i poniżenia. Autorka robi to przy tym w szalenie przekonujący i efektowny sposób: upomina się o swoje bohaterki, o ich zaginione w historii opowieści i uciszone głosy, ale jednocześnie nie uwspółcześnia ich, nie czyni mentalnymi siostrami-bliźniaczkami swoich czytelniczek. Nie, jej księżniczki nie oburzą się na ideę aranżowanego małżeństwa - choć mogą modlić się, żeby narzeczony nie był starszy od ich ojca ani nie miał reputacji brutala i damskiego boksera; a jej ubogie dziewczęta nie będą mieć za grosz współczucia i zrozumienia na przykład dla cierpienia żyjących obok nich i dręczonych często ponad miarę koni, kóz, psów, kotów... A autorka pokazuje nam, dlaczego tak jest, z czego takie, a nie inne postawy wobec życia, wobec świata, wobec innych wynikają. Brzezińska-historyk ma dla przeszłości szacunek i zrozumienie i stara się przekazać je swoim czytelnikom - odgrzebać renesans i zygmuntowski dwór pod sterty szkolnych banałów i komunałów, którymi nas zarzuca szkoła, a jednocześnie pokazać, że przeszłość to obca kraina i że to, co dziś wydaje się nam naturalne i właściwe (potrzeba młodej kobiety, by stanowić o sobie samej i swoim losie, poczucie godności, rozumienie wolności osobistej) mogło być wówczas pojmowane  zupełnie inaczej. Autorka nie szczędzi trudu, żeby nas przez kręte ścieżki i nieoczekiwane pejzaże tej obcej krainy przeprowadzić tak, żebyśmy ją pojęli i docenili.
Renesansową Polskę wpisuje Brzezińska w szeroką europejską perspektywę. Nie jest to trudne - obok Dosi-karlicy głównymi bohaterkami opowieści Brzezińskiej są trzy królewny, młodsze córki Bony i Zygmunta Starego, trzy przyszłe władczynie: Katarzyna Jagiellonka, królowa Szwecji i matka Zygmunta III Wazy, księżna brunszwicka Zofia Jagiellonka i ich siostra Anna, wybrana w 1575 królową Polski. Ród Jagiellonów funkcjonował w szerokim europejskim kontekście - spowinowaceni z węgierskimi Zapolyami, mediolańskimi Sforzami i panującymi nad sporym kawałkiem Europy Habsburgami, a przez nich z połową rodów Europy, portretowani przez Cranachów, korespondujący z uczonymi i zatrudniający artystów z całego ówczesnego zachodniego świata, Jagiellonowie należeli bez wątpienia do ówczesnej kulturowej i politycznej wspólnoty. Anna Brzezińska często się zresztą do tego faktu odwołuje i chętnie korzysta z okazji, by w swych dygresjach porzucić Kraków i poprowadzić nas a to na dwór Izabeli Aragońskiej, a to do świata średniowiecznych i renesansowych romansów, a to do drukarni i na uniwersytety... Robi to przy tym szalenie efektownie i skutecznie: dydaktycznego smrodku w jej dziele nie uświadczysz. Nie ma też u niej jeszcze jednej zmory  takiego pisania - usładzania i lukrowania historii. Choroby, bieda, gwałty i brutalność, strach przed zarazą i bożym gniewem, polityczne zawieruchy i ich skutki, ciężkie życie słabszych i koszmarny niejednokrotnie los zwierząt - to wszystko u Brzezińskiej widoczne jest wyraźnie, choć opowiadane bez epatowania i makabrycznych detali. 

To jest złożony tekst, skomplikowany jak renesansowa tkanina, upleciony z wielu skontrastowanych ze sobą nici i splatający/splątujący różne perspektywy chronologiczne.  Brakowało mi takiej książki; dawno nie czułam się taka zaintrygowana, taka wciągnięta w wydarzenia, przy lekturze o polskiej historii.

PS. Zupełnie ciekawostkowo: Anna Brzezińska nie jest pierwszą polską autorką, która oddała głos Dosieczce; przed nią zrobiła to, w roku 1986, Hanna Muszyńska-Hoffmanowa w dość zapomnianej dziś powieści Zamorska Jagiellonka, poświęconej postaci królowej Katarzyny.

Zapisz

Zapisz

środa, 13 września 2017

Sleepy Hollow, season I, executive producers: Alex Kurtzman, Roberto Orci, Len Wiseman, Heather Kadin, wyst. Tom Mison, Nicole Beharie, Orlando Jones, Katia Winter, Fox 2013

 

UWAGA: Notka napisana w 2013, zapomniana, a odgrzebana i opublikowana na prośbę jednej z czytelniczek :)

 

spoilers spoilers spoilers spoilers

 

 

http://www.best-horror-movies.com/image-files/new-tv-shows-2013-sleepy-hollow.jpg

 

 

Ja chyba już wyrosłam z pewnego rodzaju historii. Mam prawo, w sumie: skończyłam czterdziestkę w tym roku, stara baba ze mnie, czego się tu spodziewać.

No właśnie: ja bym się czegoś innego sama po sobie spodziewała. I trochę mi smutno, że nie mam w sobie dość - bo ja wiem czego, radości życia, miłości do popkultury? - żeby znaleźć.

Innymi słowy: poniżej narzekanie na Sleepy Hollow. Be warned.

No bo jest tak: pomysł jest fajny. Sama - że dam ujście narcyzmowi - się lata temu męczyłam z pomysłem [spoilers] zrobienia czegoś z historią Faceta z Początku XIX Wieku, Nieco Przypadkiem w XXI i Kompetentnej Eks-Policjantki Nie Love Interest (wiem, w linkowanym ani nie widać, że on jest duchem samobójcy z 1811, który kogoś opętał, ani nie do końca z niego wynika, że ona jest już eks-policjantką) i bardzo, bardzo doceniam, że ktoś to umie zrobić lepiej i fajniej. I aktorów doceniam, bo i ona naprawdę niezła, i on atrakcyjny, efektownie ogrywający niedzisiejszość bohatera; a i poboczne postacie bardzo mi się podobają, w sensie tego, jak są zagrane. Ładnie to wygląda, bardzo estetycznych ma bohaterów na wygląd, a do tego nastrojowe zdjęcia i piękną (od 2 odcinka) czołówkę. I, że już tak całkiem na poziomie estetycznym, ciuchy Toma Misona, och och!

No.

Tylko że to jeszcze jest o czymś.

A przez cały pierwszy odcinek/pilota ani razu, ani przez piętnaście sekund nie zaskoczyło mnie to, o czym. To znaczy, poprawka, zaskoczyło. In minus.

I teraz będzie marudzenie właściwe, ergo: disclaimer. To jest z perspektywy osobistej, mojej-jako-odbiorcy. Jak się komuś podobało: fajnie, tym lepiej dla niej/niego; ja bardzo, bardzo chciałam, żeby mi się podobało.

Szczerze? Pilot Sleepy Hollow stanowił - jak dla mnie - katalog motywów, których - jeśli są na serio - ja już po prostu nie mogę; z powodu których już, na przykład, nie wytrzymuję Supernatural, których zobaczenie w streszczeniu książki skutkuje rezygnacją z lektury, a w filmie - no cóż, musi być zrównoważone osobą ukochanego aktora płci dowolnej lub naprawdę, naprawdę błyskotliwym scenariuszem.

A tutaj: no cóż. Apokalipsa? Check. Konkretniej, Jeźdźcy Apokalipsy? Check. Cytaty z Jana Ewangelisty? Check. Chosen Ones? Check. Wojna Synów (dobra, córek) Światła z Synami (dobra, córkami) Ciemności? Check. Demony? Check. Procesy czarownic? Check. Ukryte i niezmienione od czasów Waszyngtona korytarze? Check. Nadnaturalne doświadczenie w przeszłości bohaterki? Check. Odwieczny Ksiądz Depozytariusz Tajemnic? Check. Stary Mistrz Obi Wan, który ginie, po czym naprowadza bohaterów na trop? Check. Indiańskie demony i szaman Mohikanów? Check. Są nawet mistyczne ptaki oraz tajemnicza stara Biblia. I Abraham Lincoln Jerzy Waszyngton, łowca czarownic. I romantyczny (w sensie: z epoki, nie z romansu) Ichabod Crane jako Fox Mulder (After all you've seen,how can you still have doubts, Scully Abbie?) z Abbie Mills jako praktyczną i racjonalną (i prawie idącą do pracy w FBI) Daną S. I nawet Mistyczna Wyzwolona Ukochana z Przeszłości była, choć może jej obecność oznacza, że Abbie na amen nie będzie love interest, yay (bo by jej szkoda było, jednak).

I tylko jednego nie było: jak dla mnie, przez cały odcinek nic, ani jednego zaskoczenia. Wszystko do przewidzenia; wszystko do zgadnięcia. Wiedziałam, co będzie dalej - i to bynajmniej nie dlatego, że czytałam Washingtona Irvinga. 

A w drugim odcinku najpierw nasz genialny przecież bohater zastanawiał się, co miała na myśli jego zmarła żona, mówiąc, "one of us", podczas kiedy każdy - jak podejrzewam - widz powyżej dziesiątego roku życia wiedział od momentu, kiedy Katrina wypowiedziała te słowa, że znaczy to "jest czarownicą", a potem dowalili mi złą wiedźmą i się poczułam, nie wiem czemu, jak w True Blood. Wróć, nie jak w True Blood: jak, co gorsza, w Vampire Diaries. Na dodatek zła amerykańska czarownica z miasteczka Sleepy Hollow nazywa się Serilda of Abbadon (jak ci wszyscy aktorzy nie padli ze śmiechu, wymawiając z poważnymi minami to kretyńsko pretensjonalne imię z bardzo złej parodii fantasy?!) i mówi po mniej więcej nowogrecku (nie dajcie się nabrać na Romani Greek, na moją wiedzę językową coś takiego jest, ale chyba wygląda trochę inaczej, a to, czym ona mówi, dla mnie brzmi jak plus minus zwykły normalny język dzisiejszych Greków - owszem, znany mi bardzo średnio, jakby co proszę o poprawki). Wiem, wiem, zboczenie zawodowe, ale tu, na kombinacji imienia i języka, urwał mi się kołek do wieszania niewiary.  

I ja wiem: popkultura. Żywiąca się samą sobą. Przetwarzająca schematy. Tylko że dla mnie Sleepy Hollow nie przetwarza, a powtarza - nie wiem, może ja już o jedno takie powtórzenie za dużo widziałam, czy co, bo nastrój, uroda wizualna i fajni aktorzy i to, że Sandman w III odcinku wygląda cholernie efektownie, tu akurat już mi nie wystarczają. Dam tej serii szansę - bohaterowie budzą moją sympatię - ale do zachwytu mi daleko.

Ostatni raz było mi tak przykro, kiedy mnie się Firefly średniawo spodobało, a wszyscy lubili. Teraz czuję, że się starzeję, i też mi przykro, bardzo bardzo. I rozczarowana jestem, i serią, i sobą.

sobota, 15 lipca 2017

Agnieszka Hałas, Teatr węży I: Dwie karty, Wydawnictwo Ifryt, Lublin 2011

 

UWAGA SPOJLERY

 

 

Agnieszkę Hałas jako autorkę skojarzyłam, wstyd przyznać, dopiero wtedy, kiedy spora część moich znajomych z fascynacją czytała Olgę i osty. Lektura tej powieści jeszcze przede mną - a na razie, co mi tam, pochwalę się i ostrzegę jednocześnie: dostałam od autorki serię jej powieści fantasy o Krzyczącym w Ciemności i postanowiłam, rzutem na taśmę przed wyjazdem na wakacje, dać szansę I tomowi.

Nie znam opowiadań o Krzyczącym, od których zaczęła się pisarska kariera autorki, Dwie karty były więc dla mnie pierwszym zetknięciem się z tą postacią. Obszerna I część trylogii (blisko 400 stron) pokazuje nam bohatera powoli odkrywającego swoje możliwości i uczącego się na nowo, kim jest i co umie, po życiowej/magicznej katastrofie, która odebrała mu pamięć, imię i świadomość. Wyrzucony na morski brzeg, bohater zostaje znaleziony przez grupę zdeformowanych żebraków, którzy bezinteresownie udzielają mu pomocy. Wkrótce i oni, i on sam orientują się, że Brune Keare - bo takim, zdecydowanie nie własnym, imieniem bohater się przedstawił  - jest Żmijem, zakazanym w tym świecie czarnym magiem. Choć bogowie zostawili ludziom magię i czarną, i srebrną, to jednak tylko ta ostatnia uchodzi za podtrzymującą ład i właściwą - czarna jest zakazana. Czarny dar to przekleństwo - ma się go, czy się chce, czy nie, a jeżeli go dostaniesz i przeżyjesz, masz moc, ale masz też i kłopoty. A jeżeli do tego dołożysz sobie jeszcze kłopoty ze światem demonów, jak główny bohater, twoje życie ma spore szanse zamienić się w sekwencję ciągłych ucieczek, pogoni i stałego oglądania się za siebie. 

Agnieszka Hałas buduje świat swojej powieści z elementów klasycznych dla dark fantasy. Zaczynamy od fragmentów mitu o pojawieniu się w świecie magii (po interwencji Tyfona, plus minus), cytowanych za tamtoświatową świętą księgą, a potem mamy i tajemniczego mężczyznę z bliznami i magicznym darem, strzegących ładu (a w rzeczywistości na kilometr zalatujących totalitaryzmem) srebrnych magów, czarną magię żywiącą się bólem i cierpieniem, gildię żebraków (i małą kooperatywę tych, którzy jej podpadli), a wszystko to w realiach wielkiego, dotkniętego magią miasta, gdzie świat arystokracji i świat mieszkańców nędznych slumsów rzadko się przenikają. To ten drugi zresztą interesuje autorkę znacznie bardziej - zdecydowanie najwięcej uwagi Agnieszka Hałas poświęca a to zniekształconym przez magię nieszczęsnym żebrakom, a to pracującej w szpitalu dla nędzarzy młodej uzdrowicielce, troszczącej się dobro biedoty, a to sprzedawcom i kupującym na wielkim targowisku, gdzie za grosze można kupić niemal wszystko. Uliczki tego świata toną w błocie, kanały i zimne piwniczne izby przenika smród, szerzą się choroby i zwykłe plagi codziennego dnia: chłód, głód, brud i brak perspektyw. Dużo w tej powieści błota i brudu i chorób - to niekoniecznie jest ładny świat, w którym czytelnik chciałby zamieszkać. Co jakiś tylko czas wynurzamy się z podziemnych schronień biedoty, głównie by podglądnąć knowania władców demonów w ich królestwach (jest ich sporo, mocno skłóconych), albo by zobaczyć, jak wygląda świat z perspektywy tych, którzy są w nim uprzywilejowani.

Bohaterowie, których spotykamy, też są wariacjami na znane dobrze tematy  - przemyślanymi i dobrze skomponowanymi wariacjami, dodajmy. Autorka ewidentnie nawet w debiutanckiej powieści umie archetypom dodać psychologicznej wiarygodności. Brune-Krzyczący, dotknięty klątwą atrakcyjny mężczyzna z amnezją i wielkim magicznym talentem (a i umiejętnościami). Dobrego serca sierotka, wychowywany przez żebraków. Tancerka-kotka, dotknięta klątwą dobra i życzliwa dziewczyna o kociej głowie. Brudni i zdeformowani żebracy, którzy jednak mają w sobie więcej człowieczeństwa, niż dumna i piękna magiczna femme fatale. Diabelscy wysłannicy pięknej i kapryśnej królowej demonów. Jest nawet sidekick głównego bohatera, wyposażony we właśnie takie cechy, których się u tego typu postaci spodziewamy (no dobra, może niekoniecznie spodziewamy się głowy na pajęczych nogach).  

Fabuła, obracająca się w części I wokół quasi-terrorystycznego zagrożenia (dwa demony chcą na targu wypuścić zamknięte w kuli wściekłe płomienne ifryty), a potem coraz mocniej skupiona wokół kwestii tożsamości maga, nazwanego Krzyczącym w Ciemności, jest spójna i sprawnie poprowadzona.  Widać, że autorka nie ma problemu z jej konstrukcją i z opowiadaniem wydarzeń tak, żeby czytelnik nie miał problemu za podążaniem za nimi; sprawnie przy tym posługuje się Hałas narracją z punktu widzenia postaci, przenosząc czytelnika dzięki temu w różne strony swego świata i pokazując mu różne jego zakątki.

Generalnie, sądząc po I tomie, cykl Teatr węży ma szanse być bardzo sensowną, sprawnie napisaną mainstreamową dark fantasy, w której czytelnik lubiący ten gatunek zdecydowanie znajdzie coś dla siebie. Mnie w tej powieści zabrakło - fantazji. Tego czegoś innego, nieprzewidywalnego i zaskakującego, co by odróżniło powieść Agnieszki Hałas - czy to w warstwie narracyjnej, w konstrukcji postaci, w sposobie opowiadania, w języku, w wizji świata - od innych powieści fantasy w podobnym typie. Oczywiście, to jest debiut, początek powieściopisarskiej drogi. Już tu autorka przepis na powieść realizuje konsekwentnie i udanie - ciekawa jestem tylko, czy w kolejnych tomach zdecydowała się od niego odejść i dodać do tej mieszanki na fantasy o mrocznym mieście i ciemnej magii jakiś nowy, nieprzewidywalny składnik...

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

wtorek, 11 lipca 2017

Jak wiadomo z kilku ostatnich postów, czytam ja sobie powieści nominowane w tym roku do Nagrody im. Janusza A. Zajdla. Ba, już prawie skończyłam, jedna mi została. Jednocześnie jednak czytam sobie też – dobra, na razie dwie przeczytałam – powieści nominowane do Hugo; i, och, jakie mi się dwa tytuły trafiły, oba z szansami na moją prywatną listę wszech czasów.

 

MORDERCZE SPOJLERY



O Too Like a Lightining Ady Palmer już pisałam w tonie zachwytu, a Ninefox Gambit Yoon Ha Lee zrobiło na mnie, summa summarum, podobne wrażenie. Pokrętna jest ta powieść, wymagająca i stawiająca czytelnikowi wcale niełatwe zadania, a jednocześnie – zdecydowanie odwdzięczająca się czytelnikowi za włożony w lekturę wysiłek.

Podobnie jak recenzent na stronie tor.com, miałam problem z przebrnięciem przez pierwszy rozdział. Dlaczego? Ano dlatego, że tak jak główna bohaterka, Kel Cheris, toczy tu bitwę, którą chwilami nie bardzo rozumie, tak i my nie rozumiemy. Wrzuceni w centrum potyczki w jakimś dziwacznym wszechświecie, marzymy o choćby odrobinie ekspozycji i rozbijamy się o koncepty, pomysły i rozwiązania, które nie są łatwe do ogarnięcia rozumem, zwłaszcza że opisane są zmetaforyzowanym, skomplikowanym (i IMHO wyjątkowo efektownym) językiem. Hmmm… pamiętacie Z pyresider i keraunetów nie dało się już strzelać, pierwsze zdanie fragmentu Innych pieśni Jacka Dukaja, opublikowanego jako samodzielny tekst w NF? Tu jest podobnie dziwnie.  Pistolet amputacyjny, wiejadła progowe, zalewające cię morderczym trupim światłem, działa katastroficzne, small shining boxes that held the deaths of worlds – wyobrażacie sobie, jak to działa? Ja też nie całkiem.

Potem… potem bynajmniej nie robi się bardziej oczywiście, ale coś się powoli zaczyna klarować (albo tak się nam wydaje). Powolusieńku zaczynamy widzieć mechanizmy tego świata. Imperium-heksarchia, sześć… klanów? (ale nie klanów w sensie pochodzenia, bo możesz wybrać przynależność; cechów, może?), każdy o innej specjalności. Kel, których symbolem jest jastrząb-feniks, to wojskowi, odważni do szaleństwa, z wpojonym automatycznym instynktem bycia posłusznymi. Nirai to technicy i wizjonerzy, Vidona – inkwizytorzy i strażnicy wiary. Frakcja Rahal grupuje tych, którzy zarządzają kalendarzem (o kalendarzu później), a Andan – artystów, twórców, dyplomatów. Shuos z kolei to klan znany z przebiegłości i perfidii, grupujący szpiegów, polityków… zabójców. Przy czym to nie jest tak, że twoja przynależność cię całkowicie ogranicza: można na przykład nazywać się Shuos i ciągle zostać najwybitniejszym w historii tego świata strategiem, który nigdy nie przegrał bitwy i którego powszechnie podziwiano jako geniusza.

Znaczy, póki nie został potworem i masowym mordercą, za co go aresztowano, skazano i wykonano na nim egzekucję. Choć minęło 379 lat, nikt nie wie, co wtedy sprawiło, że wojskowy geniusz wymordował i swoich, i wrogów; a on sam ciągle twierdzi, że nie pamięta, co się wtedy stało. Tylko czy można wierzyć komuś, kto z podstępów i fint uczynił sens swojego życia (i nie-życia) i miał mnóstwo, mnóstwo czasu w ciemności i samotności, żeby je doskonalić? Nie pomyliłam się i nie pokręciłam chronologii, tak skądinąd.  

W każdym razie: imperium, w chwiejnej równowadze. W centrum ładu świata – kalendarz. Odejście od kalendarza jest herezją, a herezja jest zabójcza dla porządku świata; herezja kalendarzowa, ta najgorsza ze wszystkich, może zaburzyć funkcjonowanie rzeczywistości, a już na pewno - funkcjonowanie części obłąkanych, wymyślonych z szaloną i chorą fantazją broni heksarchii:  Technika tego świata niewiele różni się od magii, ale jeżeli ta techno-magia ma zasadę, jest nią matematyka, w całej swojej stosowalności-i-mistyczności jednocześnie.

No i tak: nagle mamy heretyków w absolutnie kluczowej dla utrzymania kalendarzowego ładu Fortecy Rozrzuconych Igieł i ryzyko, i mamy też pomysł, jak ten problem rozwiązać, ale ktoś to musi zaproponować; więc, proszę, oto młoda, ambitna, matematycznie nadprzeciętnie zdolna wojskowa, której się zasugeruje, żeby zasugerowała, że przecież w upiornej czarnej kołysce, która jest trochę piekłem, a trochę maszyną nieśmiertelności, mamy ducha potwora, który nie przegrywa. Ta dziewczyna, Kel Cheris nie ma bladego pojęcia, na czym współpraca jej, jako tymczasowego generała i dowódczyni tej misji, i jej nie-martwego, nie-żywego doradcy-potwora ma polegać, ani nawet nie pyta, wyjściowo, jak się zabiera na kosmiczną wyprawę wojenną upiora. Kiedy się dowie – nie, nawet już kiedy się zacznie dowiadywać – nic już nigdy nie będzie tak samo.  

Perfidna jest ta powieść, bo kiedy tylko, wrzuceni in medias res zaczynamy jakoś układać sobie świat, opisany przez autora, dajemy się wciągnąć w jego grę. Wiecie, co to za gra? Stara jak świat gra w identyfikację czytelnika z postacią. Kel Cheris trochę trudno nie lubić: jest uparta, ambitna, z zasadami; musiała ciężko walczyć o swoje i nie bardzo miał ją kto na drodze kariery wesprzeć, a mimo to własnym wysiłkiem zaszła daleko; jest lojalna wobec swoich ludzi i po koleżeńsku otwarta na znajomości ze zdecydowanie niższym, jak chodzi o status, nie-ludzkim personelem – mechanicznymi serwitorami. Cheris jest żołnierzem heksarchii i w jej imię walczy. Nie będzie nam więc bardzo łatwo dojść do wniosku, że pod władzą heksarchii żyje się, no cóż, dość koszmarnie. I jak byśmy Kel Cheris nie lubili, to ona, i jej towarzysze i, generalnie, wszyscy, których spotykamy po stronie (a to jest strona, o której wiemy najwięcej i z którą początkowo, jako czytelnicy, czujemy się związani) walczą w służbie przepaskudnego wręcz reżimu, łączącego bardzo wysoko zaawansowaną technologię z hmmm, mniej więcej ontologicznym mistycyzmem wywodzącym się wprost z najgorszych pomysłów ludzkości (no bo serio, nikt nie przepada za figurującymi w kalendarzu dniami, kiedy się kogoś zabija na torturach, ale przecież bez tych tortur, bez tej śmierci, świat by runął...). Aha: nie, żeby przeciwnicy byli lepsi. Armia heksarchii nie walczy tu bynajmniej z grupą miłujących pokój demokratów. Ludzkość, generalnie (bo to są wszystko ludzkie cywilizacje) dumnie pokazuje tu, jakie ma fantastyczne możliwości rozwoju w rzeczywiście potworne w swej naturze społeczeństwo: dość od początku wiemy, na przykład, że jeszcze za pierwszego życia generała Jedao heksarchia była heptarchią i że całego siódmego cechu, Liozh, już nie ma, ponieważ herezja.
Aha: nie, żeby autor nam to mówił wprost, o nie – nie spodziewajmy się w tej powieści kogoś, kto nam wygłosi obronę wartości i podpowie nam, że z organizacją i światem głównej bohaterki jest coś nie tak. Podobnie jak świat przedstawiony, podobnie jak terminologię, nazewnictwo, system społeczny – także i politykę tego świata musimy powoli i mozolnie rekonstruować, sięgając drugiego i trzeciego dna tego, co nam autor oczyma postaci pokazuje.

A jak o tych oczach, i tych postaciach, mowa: to jest kolejna mocna strona Ninefox Gambit. Kulturowo ludzkie imperium w tym świecie ma, jako wyjściowy model, cywilizacje Dalekiego Wschodu: to jest wyraźnie widoczne i w typach fizycznych, jakie reprezentują bohaterowie, i w całym tym codziennym modelu kulturowym: jeśli się je, na przykład, to ryż i marynowane w stylu wietnamskim warzywa, sięgając po nie pałeczkami. Tego życia codziennego jest zresztą sporo: Kel Cheris ma swoje pasje – jak telewizyjne dramy, ceremonialne pojedynki lub zaprzyjaźnianie się z serwitorami, świadomymi maszynami stworzonymi z/na podobieństwo zwierząt i wykorzystywanymi do wszelkich prac fizycznych, utrzymywania porządku etc. – i autor często nam ją przy tych czynnościach pokazuje, choć robi to subtelnie, podobnie jak subtelnie traktuje jej (zorientowaną raczej na kobiety) seksualność; ot, rzuca nam tę wiedzę mimochodem, bo w końcu co w tym dziwnego. To wszystko, ta codzienna zwyczajność, historia i teraźniejszość jej życia, czyni Cheris postacią Intrygującą, a jednocześnie – pozwala ją poznać. Zwłaszcza, że w pakiecie, razem z nią, poznajemy jej współdowodzącego.

Autorowi udało się napisać w postaci Shuosa Jedao rzeczywiście ciekawą i nieoczywistą wariację na temat archetypu, którego w fikcji popularnej jest chwilami aż za dużo, a mianowicie udręczonego genialnego potwora rozdartego między dobrem a złem. Od wersji łagodniejszych (House, Severus Snape) po bardziej radykalne (Dexter Morgan) widzieliśmy ich na ekranie i w powieściach wiele, wiele, wiele razy i w zasadzie człowiek trochę już zaczął kaprysić, że ile można. A jak się zaczyna kaprysić, to to jest, IMHO, najlepszy moment na zachwycenie się przetworzeniem tropu.

Jest tak: Kel Cheris, którą już wtedy znamy i lubimy, zostaje delikatnie popchnięta, żeby wpaść na pomysł z bronią ostateczną, znaczy – nieumarłym generałem. Biedula nie wie, że to znaczy, że wsadzą jej go do głowy, choć ich osobowości pozostaną rozdzielone. Cheris patrzy w lustro i widzi prawie-atrakcyjnego mężczyznę koło czterdziestki, i wie, że patrzą na nią oczy masowego mordercy. Pada mniej więcej wtedy jedno z tych zdań, które naprowadzają czytelnika na to, co to za milusi świat jest: In an emergency, if the general withholds necessary information, the carrion glass remnants can be ingested by a volunteer. Although this procedure is experimental, this will give the general a body, so that he could be tortured. Trupie szkło to coś, co z ciebie zostaje, jak cię trafią pistoletem poczwarkowym; a idea ochotnika, który połyka takie resztki po kimś, żeby wchłonąć jego osobę i dać się za niego torturować w imię dobra ojczyzny… no cóż, pomyślmy na moment, co to mówi o tej ojczyźnie. Ach, i oczywiście to zdanie samo w sobie jest strzelbą, Czechowowską.  

Ale wracając od strzelb do postaci: Jedao jest dziwnym masowym mordercą, tak jak dziwnym i nieoczekiwanym masowym mordercą jest, w swoim świecie, Mycroft Canner z Too Like a Lighting Ady Palmer. Obaj mają dziwaczne, pokrętne i nieprzewidywalne powody dla swoich zbrodni, obaj płacą za nie, w pełni świadomie, straszną cenę… i obaj twierdzą, że nie wiedzą, czemu to zrobili. I, oczywiście, obaj łżą, bo przecież wiedzą doskonale. Widzicie, generał Jedao to jest po trochu, oczywiście, szalony niszczycielski geniusz, co jednak wiecznie dobro czyni, mocno a rebours i postawiony na głowie – ale po trochu to jest, wybaczcie, kapitan Nemo, jeżeli pamiętacie, jaką oryginalnie miał Nemo motywację. No dobra, Jedao ma na myśli mniej vendettę, a bardziej rewolucję i naprawę rzeczpospolitej.  

Tu się odwraca wreszcie ta wielka maszyna intrygi, tu wreszcie widzimy, za co walczy bohaterka, za co – bohater, czemu to musiała być ona, czego jemu brakowało i co ma szansę z tego wyjść, czym jest ta wielowiekowa długa gra, którą Jedao zaplanował i w którą mógł zagrać tylko z bardzo-bardzo odpowiednim partnerem. I wiecie co, mnie się podoba to, że autor kazał bohaterowi (a i bohaterce, jak najbardziej!) zapłacić cenę zostania mordercą i potworem za plan, który ma, plan zmiany świata. Pamiętam, jak się kiedyś kłóciłam z przyjaciółką o scenę z Tigany Kaya, gdzie główny bohater podstępem i przemocą przymusza do służby czarodzieja; moja przyjaciółka była tą sceną zniesmaczona i obrzydzona, ja argumentowałam, że to tak, jak sam bohater – on wie, że robi coś paskudnego i wie, że inaczej nie może. Tu jest podobnie, na masową skalę, i szalenie mi się to podoba – tak jak podoba mi się budowanie więzi między Cheris a Jedao, powolnego porozumienia dwóch osób w jednej głowie, rozdzielonych pochodzeniem, pozycją, czterystoma latami i statusem ontologicznym, związanych misją i przychodzącym zrozumieniem, że ten świat nie jest najlepszym z możliwych, ale może, za koszmarną cenę, po długiej drodze i po milionie przeszkód, będzie choć trochę lepszy.   

 

I wiecie co? To wszystko w space operze. Gatunku science fiction, tradycyjnie uchodzącym za prosty, niewymagający intelektualnie, formularny i rozrywkowy. Zaiste, żyjemy w ciekawych czasach.

PS. Dzięki, Kari, gdyby nie Twoja recenzja na goodreads, to bym nie poznała :)



niedziela, 02 lipca 2017

Trochę mam problem ze Łzami Mai Martyny Raduchowskiej. I nie bardzo wiem, jak tę powieść ocenić.

 


Z jednej strony tekst Raduchowskiej mnie trochę znudził i zmęczył stylistycznie. Nie chcę przy tym powiedzieć, że proza autorki jest językowo niepoprawna – nie, to nie w tym leży problem. Problemem, konkretnie moim problemem jako czytelniczki – bo kwestia jest, przyznajmy, szalenie subiektywna – jest brak jakiejkolwiek specyficzności tego języka, jakiejkolwiek oryginalności. Nie, nie mam na myśli tworzenia neologizmów opisujących świat, bo z tym autorka radzi sobie zupełnie nieźle. Mam na myśli sposób narracji i wypowiedzi postaci. Zarówno tam, gdzie autorka opowiada, prostym, przezroczystym, pozbawionym choćby elementów stylizacji językiem, jak i zwykle wtedy, kiedy się stara pisać bardziej impresjonistycznie i odchodzić od prostego opowiadania, jej proza jest raczej zwyczajna i mnie przynajmniej nie porywa.  I oczywiście, ja wiem, ja zawsze na to narzekam, ale tu akurat, przy nowoczesności i pomysłowości świata autorki, można było trochę stylistycznie poszaleć (i wyrzucić przypisy odautorskie, bo nie jestem pewna, czy akurat jakiemukolwiek czytelnikowi Raduchowskiej jest potrzebne wyjaśnienie, co oznacza virtual reality…; one są zbędne i na dodatek robią pretensjonalne wrażenie). No i OK, jak już jestem przy poprawianiu, to bym trochę więcej czasu poświęciła charakterom, bo postacie Raduchowskiej wydają mi się dość mocno zredukowane do podstawowych cech. Te cechy są przekonująco i sensownie przez autorkę opisane, ale jednocześnie mocno jej postacie ograniczają – wolałabym wiedzieć o nich więcej, zobaczyć je w świetle punktującym więcej niż jeden-dwa elementy charakterystyki (dobra siostra, eks-ćpunka, odważna).

Co powiedziawszy, przestanę narzekać i przejdę do tego, co mi się u Raduchowskiej podobało – a podobało mi się całkiem sporo.

Przede wszystkim to jest znakomicie pomyślana powieść, zarówno gdy chodzi o świat przedstawiony, jak i o konstrukcję fabuły. Koncepcyjnie Łzy Mai to jest, moim zdaniem, tekst rzeczywiście bardzo dobry, z efektownie i twórczo pomyślanym opisem rzeczywistości. Pierwsza część fabuły ma charakter de facto thrillera, w drugiej przeważa model powieści detektywistycznej i prowadzonego przez bohaterów śledztwa, i obiema tymi konwencjami Raduchowska posługuje się sprawnie i umiejętnie; potrafi wiarygodnie przedstawić nam zarówno – w pierwszej części powieści – początek Buntu, rebelii replikantów i androidów oraz podburzonego przez nich tłumu przeciw korporacyjnemu światu, jak i, w drugiej, efekty tego, co się stało i prowadzone przez bohaterów śledztwo w sprawie tajemniczych zabójstw, które w pewnym momencie, wedle praw tego świata, okazują się być czymś nieco mniej niż zabójstwami…

Ten cyberpunkowy świat, ze stopniowalną kondycją androidów – od tych natychmiast od ludzi odróżnialnych po tych, którym do człowieczeństwa niewiele [SPOJLER: prawie nic] nie brakuje – Raduchowska buduje ze znanych klocków (i robi to świadomie, patrz liczne mniej lub bardziej zręczne nawiązania do okołocyberpunkowej klasyki w jej powieści), ale robi to bardzo twórczo, pomysłowo i konsekwentnie. Niezwykle – i mówię to z przekonaniem, bo tu mnie autorka bardzo pozytywnie zaskoczyła – podoba mi się w Łzach Mai to, że autorka wyraźnie rysuje ekonomiczno-społeczne tło Buntu i związanych z nim wydarzeń. Jej świat to rzeczywistość, gdzie cielesne modyfikacje i częściowa cyborgizacja są ogromnie kosztowne, a jednocześnie – coraz bardziej potrzebne dla zdobycia lepszej pracy, wyższej pozycji, awansu… Bez wszczepów poprawiających koordynację, pamięć, zdolności, nie masz szans na lepsze zarobki i poprawę swojej pozycji; jesteś na nie za biedny, to pozostaniesz biedny. To oczywiście generuje narastający gniew i złość tych, których ta pełzająca (r)ewolucja spycha coraz głębiej na margines życia. Niewiele trzeba, żeby wywołać wybuch – i kiedy rząd postanawia zakazać rzekomo potaniającego ten proces środka zwanego reinforsyną, ta beczka prochu w końcu wybucha – nieważne, że reinforsyna ewidentnie rzeczywiście ma te fatalne skutki uboczne, o których mowa…

Bunt zmienił życie głównego bohatera powieści, Jareda: z zawodu policjant, Jared jako jedyny człowiek przeżył masakrę swego oddziału w trakcie Buntu i, ciężko ranny, został poddany niekonwencjonalnej terapii; był przez trzy lata w śpiączce, po czym wrócił, by zemścić się na zdrajczyni, która ich zbuntowanym androidom wydała.

No właśnie: Jared był jedynym człowiekiem, który przeżył. Była jeszcze Maya. Maya-replikantka, policjantka i towarzyszka broni, w której Jared podświadomie widział przyjaciółkę (choć nie wierzył w człowieczeństwo androidów), a którą potem uznał za osobę winną masakry, jaka spotkała jego oddział. Ergo, kiedy po trzech odzyskał pamięć (i dowiedział się, że stracił żonę), Jared był gotów na wszystko, byle zdrajczynię eksterminować. Tyle że sprawy się nieco skomplikowały: i sam Jared, napakowany maszynerią poprawiającą jego osiągnięcia i ratującą mu życie, nie bardzo może bronić idei czystego człowieczeństwa bez poprawek, a i to, kto jest winny i kto zabija androidki, przekradając się zza Muru, gdzie zamknięto rebeliantów, wcale nie jest takie oczywiste – bo co, jeżeli to sam Jared, którego możliwości fizyczne i mentalne mocno się od czasu wypadku zmieniły?

Zarówno wizja scyborgizowanych ludzi, gubiących się w rozróżnianiu, gdzie jest fizyczna granica człowieczeństwa (bo prawna jest w tym świecie aż za łatwa do zdefiniowania: ludzie mają prawa, replikanci nie), jak i idea szukających swojej natury i skazanych na wieczną wobec ludzi zazdrość replikantów to koncepcje, które także Raduchowskiej wyszły świetnie. Pytanie o prawa androidów – w literaturze przecież ograne - brzmi u niej świeżo i jest ujęte w twórczy sposób (patrz dyskusja o tym, że półświadomie wierzymy, że duszę mają nasze ukochane zwierzątka domowe, a odmawiamy jej sztucznie stworzonym ludziom). Tu Raduchowska zaskakuje i rzeczywiście daje czytelnikowi do myślenia.

Ta powieść jest też nieźle literacko skonstruowana – to, że autorka wysyła bohatera na przymusową trzyletnią śpiączkę sprawia, że kiedy Jared wraca do gry, możemy wraz z nim oglądać świat, który po Buncie zmienił się nie do poznania. Także intryga rodem z thrillera (kim jest doktor Meredith Bennett, a raczej – kim są jej mocodawcy?), jak i ta stricte kryminalna (kto zabija androidki?) są efektownie skonstruowane. Uwagi mam tylko do faktu, że autorka [SPOJLER:  nie rozwiązuje jednej z kluczowych zagadek i koniec powieści wygląda raczej jak nagły koniec rozdziału], ale poza tym, fabularnie powieść Raduchowskiej zdecydowanie się broni.

3,5 gwiazdki w pięciostopniowej skali bym dała; znaczy, jak na mnie, podobało się zdecydowanie, mimo uwag i czepialstwa. Gdyby językowo ta powieść była ciekawsza, pewnie by trafiła na listę moich ulubionych, ale i tak oceniam ją wysoko.



wtorek, 27 czerwca 2017

Mija dziś (dobra, długo się pisało, minęło wczoraj) 20 lat od brytyjskiej premiery I tomu cyklu JK Rowling o Harrym Potterze (a jakbyście zapomnieli, media społecznościowe wam przypomną). Ponieważ cykl Rowling jest ważnym zjawiskiem w sporym kawałku mojego życia, pozwolę sobie dzisiaj, z rocznicowej okazji, na dwadzieścia punktów, każdy inny, o Harrym Potterze.
Tyle razy w życiu pisałam o Potterze naukowo, klarownie, wedle porządku i z przypisami, że tym razem będzie luźno, osobiście, anegdotycznie i bez ładu i składu. I bez wniosków.

 


1. POCZĄTEK. BRAT.

Kupiłam I tom Pottera po angielsku jakoś koło 1998. Zaczęłam czytać - i jednocześnie tłumaczyć a vista dziewięcioletniemu wówczas Tomkowi, mojemu najmłodszemu bratu (ja byłam po studiach). Czytaliśmy sobie nocami (często-gęsto czekając, aż rodzice pójdą spać i siedząc do północy) i przeczytaliśmy tak, w sumie przez lata, 4 tomy, póki nie wyjechałam na studia do Anglii. Mam takie ciche wrażenie, że część tego, że się z Tomaszem, dziś dorosłym, do dziś świetnie dogadujemy, urodziła się wtedy z tego wspólnego czytania.

2. KONIEC

2007, wakacje. Przyjeżdżam do mojego krakowskiego mieszkania. Sprzątam. Kupuję arbuza, dobrą herbatę i składniki na szybkie spaghetti. Jadę do Empiku odebrać zamówioną książkę. Zamykam się w domu z zapasami i czytam, czytam, czytam.... płaczę.... czytam. Aż nie skończę, bez przerwy, bez snu.

3. KARIERA

Napisany w czasie moich studiów w Oksfordzie artykuł o zaklęciach łacińskich w tomach I-IV był jednym z moich pierwszych tekstów o antyku i popkulturze. Jego pierwsza wersja ukazała się w oksfordzkim czasopiśmie studenckim i na krótką chwilę dała mi może nie sławę, ale, hmmm, rozpoznawalność w pewnych kręgach (plus, woow, jaką miałam dyskusję z jedną panią arameistką o możliwych znaczeniach Avada Kedavra!).

4. ŁACINA

Łaciny i antyku jest w Potterze dużo - i dużo więcej, niż się wydaje z samych imion i zaklęć. Napisałam o tym parę artykułów, książkę, o której więcej później, i parę odczytów, z którymi objechałam, na życzenie, biblioteki i szkoły w połowie Polski. A, i o łacińskim przekładzie pierwszych dwóch tomów też napisałam.

5. I GREKA

Jest też przekład starogrecki I tomu, na którego genialność nie mam słów, serio. Rewelacyjnie wystylizowany na prozę II w. n.e., z efektownie przełożonymi nazwami i imionami i z ambitnym zamiarem, żeby rzecz była zrozumiała dla Greka z tamtych czasów, gdyby go jaka TARDIS w nasze czasy zawlokła. I z obłędnym pomysłem na przetłumaczenie nieprzetłumaczalnego na grekę klasyczną imienia Voldemorta.

6. TRAGEDIA

Pamiętam jak dziś, jak pomyślałam, czytając Goblet of Fire, że historia rodu Crouchów jest jak z tragedii. Jak z jakiejś Orestei, jako żywo. Ech, ale miałam satysfakcję, kiedy otwarłam Deathly Hallows!

Oh, the torment bred in the race
The grinding scream of death
And the stroke that hits the vein
The haemorrhage none can staunch, the grief,
The curse no man can bear.
But there is a cure in the house
And not outside it, no,
Not from the others, but from them,
Their bloody strife. We sing to you,
Dark gods beneath the earth.
Now hear, you blissful powers underground ?
Answer the call, send help,
Bless the children give them triumph now.


(przeł. Robert Fagle, i jaki to jest dobry przekład!)

7. OSZUSTWO

No, może nie całkiem oszustwo, ale wykorzystanie pozycji na pewno. Mniej więcej na etapie początków naszej wiedzy o Remusie Lupinie założyłam się ze wspomnianym wcześniej małoletnim bratem, że Lupin jest wilkołakiem.
Tomek, lat 10, nie miał prawa wiedzieć, co wiedziała magister filologii klasycznej: kim w zasadzie MUSI być facet, który znika co jakiś czas, ma nazwisko wywodzące się od łacińskiego lupus, 'wilk' i na dodatek odziedziczył imię po człowieku wychowanym przez wilczycę....
(podobnie zresztą jest z Syriuszem Blackiem - tu się przy pewnej dozie klasycznej wiedzy też da zgadnąć, że to on jest czarnym psem; jak ktoś chce wyjaśnień, pytać w komentarzach).

8. PANI I TE JEJ POTERY

... czyli mój profesor, który za wszelkie moje opóźnienia w pracy naukowej winił moje namiętne pisanie notek i noteczek o popkulturze (jeszcze gruuubo przed blogiem, ze sześć zeszytów tego mam).

9. ILE POTTERÓW MAM W DOMU

Całość cyklu po angielsku plus pierwsze wydania Quiddich Through the Ages, i Fantastic Beasts... plus The Tales of Beedle the Bard. Plus tomy I-II po łacinie, tom I po starogrecku, tom III po nowogrecku, tom I po francusku i niemiecku. Rodzina (brat) ma komplet wydań polskich. Plus, yeah, mam na DVD wszystkie filmy potterowe (i w planach dokupienie Fantastic Beasts). Nie, nie mam Przeklętego dziecka - jeszcze.

10. PRZEKLĘTE DZIECKO

Całkiem mi się, przy wielu wadach, podobało.

11. JAK INDOKTRYNOWAŁAM NAJLEPSZĄ PRZYJACIÓŁKĘ

Hi hi, to było kilkanaście lat temu i nikt tego nie pamięta, ale moja najlepsza przyjaciółka była przez spory kawałek czasu w awangardzie antypotterowej krucjaty (bo to Zła Literatura, nie - bo Zło). Jakoś tak potem jej przeszło (ale to nie tylko moja zasługa, głównie chyba smoków w filmowej IV części). Choć, nie powiem, pochlebiam sobie, że może jedna czy druga rozmowa, w której rozprawiałam się z jej, hmmm, wątpliwościami, może pomogła (disclaimer: nie chodzi o to, że każdy musi lubić i nie można mieć wątpliwości - dajcie spokój, ja nie lubię paru rzeczy powszechnie kochanych, na czele z Firefly - tylko o to, że jak się z czymś walczy, to dobrze walczyć z tekstem, a nie z własnymi chochołami).

12. FILOLOGIA

Napisałam o HP kilka artykułów naukowych, wygłosiłam parę odczytów (w tym jeden raptem parę miesić i mam w domu całkiem sporo mniej więcej naukowych książek tak czy inaczej z powieścią Rowling powiązanych. Aha, i jeszcze - niewydaną książkę.

13. TA NIESZCZĘSNA KSIĄŻKA

Co ja będę się powtarzać.

14. MIŁO SIĘ OGLĄDAŁO

Całkiem lubię Potterowe filmy; nie żebym była ich jakąś namiętną fanką, ale doceniam wizualną urodę i nader przyzwoite aktorstwo. Jakże nieprzewidywalnie, zdecydowanie najbardziej lubię film nr 3, w reżyserii Alfonsa Cuaróna (i to nawet nie będąc w 100% przekonana wyborem Davida Thewlisa do roli Remusa).?

15. I MIAŁO ŁADNĄ MUZYKĘ

Temat Harry'ego Pottera jest jednym z tych fragmentów muzycznych napisanych przez Johna Williamsa, które od lat nie dają mi spokoju i ciągle się na moich różnych playlistach przewijają.

16. POSTACIE: DUMBLEDORE

Trzy postacie, za które JK Rowling ma u mnie gigantycznego plusa: człowiek, którego poznajemy jako dobrego mędrca, potem śledzimy, jak się zmienia opinia głównego bohatera o nim, a potem dowiadujemy się, jak to było z jego hybris, upadkiem i pokutą....

17. POSTACIE:  SNAPE

...i człowiek, który nie przestaje być, hmm, paskudną ludzką jednostką (wiecie co, wystarczą mi zęby Hermiony i dręczenie Neville'a), a mimo to mu współczujemy (bo nie miał fajnie w życiu) i nie mamy chyba wątpliwości, że stoi po dobrej stronie. W ogóle, napisanie w powieści młodzieżowej zdecydowanie niejednoznacznego (i nie mhrocznie ślicznego i rzekomo niejednoznacznego, to się nie liczy) bohatera to jest spora odwaga, a akurat Rowling IMHO świetnie wyszło. 

18 POSTACIE: DOLORES

No i wyszło jej napisanie autentycznego, przerażającego i serio groźnego potwora - i nie, nie mówimy o Voldemorcie.

19. I WYBRAŃCY, NIE ZAPOMINAJMY O WYBRAŃCACH

To, za co zdecydowanie lubię cykl Rowling, to jest też to, jak potraktowała kwestię przepowiedni i wybrańca z jednej, a autentycznego wyboru danego bohaterom - z drugiej. No i Neville Longbottom (wstaw serduszka).

20. NIE LUBIĘ

Tak, jest całkiem sporo rzeczy, które mnie w powieściach Rowling nie zachwycają, ale jakoś nie zmniejszają mi one ani sentymentu, ani przyjemności z lektury.

sobota, 24 czerwca 2017

Anna Kańtoch, Wiara, Wydawnictwo Czarne 2017

 

Słuchajcie, to będzie w sumie analiza, nie recenzja.

Będą w związku z tym SPORE SPOJLERY

 

 

 

 

No więc było tak: pewien ksiądz jechał rowerem po dróżkach przy nasypie kolejowym w małopolskim turystycznym miasteczku, w którym był proboszczem, i na nasypie znalazł ciało brutalnie zabitej młodej dziewczyny. Zbrodnia od początku wydaje się nie mieć za dużo sensu:

Mamy więc dziewicę, która jednocześnie boi się mordercy i pozwala mu się kompletnie zaskoczyć.  Która umawia się w zupełnie idiotycznym miejscu i idzie na spotkanie odstawiona jak stróż w Boże Ciało (...). A facet co prawda zabójstwa nie planuje, ale przychodzi z nożem, a po wszystkim jest na tyle przytomny, żeby zabrać ofierze torebkę, bo wie, że to spowolni śledztwo.

Powyższe podsumowanie (sam początek śledztwa, zagadka, jak się okaże, rozwiązana w tych słowach) wygłasza przysłany do przeprowadzenia śledztwa w tej sprawie kapitan Milicji Obywatelskiej Andrzej Witczak, który sam przeżył w życiu swoje. Wraz z grupą lokalnych stróżów prawa - przysłaną już wcześniej z okolicznego większego miasta starszą szeregową Hanką Gierasówną, starszym sierżantem Waśkowiakiem i kapralem Janem Synowcem, który mocno przeżywa swoją pierwszą sprawę o zabójstwo (ha ha) - Witczak musi rozwiązać sprawę zabójstwa nieznanej dziewczyny na torach, potem zmierzyć się z kolejnymi nieprzewidywanymi śmierciami, a w końcu odpowiedzieć sobie na pytanie, czy trwająca tu budowa elektrowni atomowej i związane z nią protesty mają cokolwiek wspólnego z tymi zabójstwami. A może klucz tkwi w przeszłości i wiąże się z koszmarną zbrodnią sprzed lat, kiedy to w nieistniejącej już, zalanej przez zbiornik wody sąsiedniej wsi młody chłopak zarąbał siekierą owdowiałą matkę i młodszego brata i ciężko pokaleczył siostrę? No chyba, że coś z tym wszystkim wspólnego ma tajemnicza i elfio nieprzewidywalna niepełnosprawna Ewa i jej milkliwy mąż?

Pisząc jakiś czas temu o Łasce Anny Kańtoch, miałam poczucie, że autorka, znana wcześniej głównie jako fantastka,  lepiej radzi sobie z konwencjami powieści kryminalnej niż wielu tuzów polskiego kryminału. Wiara tylko mnie w tym przekonaniu utwierdziła, potwierdzając jednocześnie czysto pisarskie kompetencje Kańtoch: jej umiejętność tworzenia zróżnicowanych i zniuansowanych, a wiarygodnych postaci, tworzenia nastroju, przekonującego posługiwania się realiami minionej epoki i rekonstrukcji tego, jak mógł wyglądać duszny lipiec 1986 roku na małopolskiej wsi pod Żywcem. Serio, ja to wiem, byłam tam (od 1980 do 1992 mieszkałam stosunkowo niedaleko, paręnaście kilometrów od fikcyjnej Rokitnicy; nad Zalew Żywiecki, który stworzono zatapiając wioski podobne do kluczowej dla narracji Kańtoch Brzozówki. Obie miejscowości, na moje wyczucie lokalsa, są fikcyjną i fikcyjnie, acz prawdopodobnie, nazwaną wersją czegoś w okolicy Zalewu Żywieckiego (tam, gdzie Międzybrodzie, Porąbka, Kozubnik etc.) , gdzie rzeczywiście są wioski, zalane pod koniec lat 50. przy budowie Zalewu, z ludnością przesiedloną do sąsiednich, w ten sposób powiększonych. O jednej z tych zalanych wiosek, Zadzielu, był skądinąd swego czasu (2012?) świetny reportaż w Wyborczej. Kańtoch pożeniła je, oczywiście, z pomorskim Żarnowcem - jak historycznie w Żarnowcu, tak w jej świecie w Rokitnicy trwa właśnie budowa pierwszej polskiej elektrowni atomowej.

Kańtoch ma do tych małopolsko-peerelowskich realiów dobrą rękę - te zarośnięte zielskiem ścieżki koło nasypów kolejowych, te majtki w dni tygodnia, idea gościnnego telefonu, wszechobecne w pracy papierosy, cień Czernobyla i dobrze podchwycona specyficzna gwara małopolskiej wsi (aż mnie to "paczaj się", znane tak dobrze z rozmów krewnych babci, wzruszyło :D), to wszystko przyczynia się do zbudowania wiarygodności jej narracji, tworzonej ponownie, jak w Łasce, bez budowania poczucia nostalgii i tęsknoty za dawnymi czasami, ale i bez ich wykpiwania czy demonizowania.

Z jednej strony, powieść Kańtoch obficie częstuje nas red herringami, mającymi zmylić czytelnika. Dość, przyznajmy, mocno wyrwana z kontekstu reklama-tagline na powyższej okładce to jeden z nich; innym, w sumie chyba nawet ważniejszym, jest sugestia polityczności tego, co się dzieje - od początku dowiadujemy się, że w Rokitnicy (jak w Żarnowcu w realnych czasach PRL) powoli buduje się pierwsza polska elektrownia atomowa i że protestują przeciwko niej studenci i aktywiści ruchu Wolność i Pokój. To się, oczywiście, okaże kompletną zmyłką - może poza tym, że cień niegotowej elektrowni rzeczywiście wisi nad Rokitnicą i rzeczywiście czyni ją złym miejscem. Tyle że i z polityką, i z realnymi atomowymi zagrożeniami nie ma to zło wiele wspólnego, a jeśli nawet - to tylko bardzo odlegle: pełen zabobonnej wiary strach przed elektrownią to tylko jeden element ponurej układanki, w wyniku której w Rokitnicy gorącym latem 1986 zginęły trzy młode kobiety. 

Właśnie, wiara. Wiara jest, paradoksalnie, kolejnym z red herringów sugerowanych przez autorkę - bo tu chodzi o wiarę, jak najbardziej, tylko nie taką, jak by się na pierwszy rzut oka wydawało. Skupienie jednego z dwóch wątków powieści wokół postaci księdza i prowadzonego przez niego śledztwa oraz fakt, że tragiczne wydarzenia w Rokitnicy wiążą się jakoś z tym, co się działo (kolejno śmierć po pijanemu, samobójstwo i nagłe przeniesienie jednego za drugim proboszcza) i dzieje (popularność młodego wikarego wśród dzieci, nocne wizyty odwiedzającej go tajemniczej dziewczyny) na tutejszej plebanii wydaje się sugerować, że chodzi o sprawy związane z instytucjonalnym kościołem i katolicyzmem - i poniekąd chodzi, tylko dość, hmmm, inaczej. 

Kańtoch starannie unika tych najbardziej przewidywalnych schematów, obojętnie w którą stronę, które powieść (i kino) kryminalne ostatnich lat kojarzyły z księżmi i kościołem katolickim. Nie, to nie jest demaskatorska powieść o pedofilii w kościele. Nie, to nie jest też odważna obyczajowo powieść o księdzu, który ukrywa osobiste tajemnice w rodzaju kochanki i dzieci albo homoseksualnych związków. Nie jest to też z drugiej strony powieść o dzielnym księdzu-detektywie, a ksiądz Marczewski, główny bohater, nie przypomina ani dobrotliwego Chestertonowskiego ojca Browna, ani ojca Mateusza i jego pierwowzorów. Jakże nieprzypadkowo, nieco zmęczony życiem i własnym oportunizmem Marczewski rzadko mówi akurat o wierze.

Ale są w Rokitnicy - a raczej najpierw byli w Brzozówce - ci, którzy mają wiarę, głęboką i prawdziwą. I paskudną. Pod tym właśnie względem powieść Kańtoch podejmuje, poniekąd, dyskusję o kościele katolickim, czy raczej szerzej, o każdej tego rodzaju instytucji (bo to, że to jest akurat ksiądz katolicki, to kwestia małopolskich realiów, wyznanie ma tu drugorzędne znaczenie) - kiedy pokazuje, do jakich aberracji doprowadził fakt, że rolę obdarzonego pełnym autorytetem przywódcy duchowego niewielkiej wsi pełnił, w momencie tragedii i kryzysu, człowiek najwyraźniej dotknięty psychicznymi zaburzeniami. Tu z kolei, w wątku popełnionej przed laty zbrodni w domu Kozłów i jej związku z aktualnymi morderstwami, Kańtoch umiejętnie gra tropami nie tylko z powieści kryminalnej, ale i z horroru - mamy dziwaczną rodzinę na odludziu, kazirodcze sekrety, mordercę z siekierą, mroczny cień wyobrażonej atomowej katastrofy, klątwy i ofiary z dzieci... Tyle że wszystko to, dawkowane powoli i oszczędnie, wpisane w drobiazgowo oddane peerelowskie realia i staranne, subtelne psychologiczne portrety postaci, nie sprawia wrażenia taniego horroru gore ani efekciarstwa dla efekciarstwa - Kańtoch starannie przygotowała sobie grunt pod tę historię. Ludzie uwierzyli i wierzą do dziś, mają nadzieję, że ich ta wiara ocali i że osłoni ich współdzielona tajemnica - a ceną za to jest krzywda i przelana krew niewinnych.

Pierwotny tytuł tego wpisu był tak straszliwie spojlerowy, że z niego zrezygnowałam, ale tu jest mi potrzebny. Oryginalnie, mianowicie, ten wpis się nazywał Dziewczynki, które wróciły do Omelas - dla mnie powieść Kańtoch obraca się bowiem wokół krzywdy, zrobionej przez społeczność dwóm małym kozłom ofiarnym, które uciekły przed swoim koszmarem tylko po to, by zrozumieć, że nie ma ucieczki od tego, w co się wierzy, i wrócić do krainy koszmaru po śmierć. Kańtoch napisała powieść o brutalnych morderstwach czterech kobiet (jednej w odległej przeszłości, trzech teraz) i młodego chłopaka (w przeszłości), ale ofiary nie są dla niej tylko rekwizytami. Nieprzypadkowo jej kolejne rozdziały noszą tytuły, zaczynające się od Dziewczyna/Dziewczyny, a odnoszące się zarówno do ofiar, jak i do tych kobiet, które żyją i działają. Postacie zresztą Kańtoch pisze, jak już wspomniałam, bardzo przekonujące, czy będzie to policjant dotknięty wyrzutami sumienia za wypadek, który spowodował, walczący z własnymi problemami osobistymi ksiądz czy młoda i całkiem niezła w swojej robocie, bardzo zwyczajna policjantka z małego miasteczka. Autorka nie musi walczyć z charakterologicznymi schematami z powieści kryminalnych - jej postacie mają bardzo mało z tymi schematami wspólnego, choć pewne cechy (policjant, który zapija traumę, na przykład) z nimi dzielą. 

W swojej recenzji Megu przekonująco podkreśla związki między Wiarą  a poprzednim kryminałem Kańtoch, Łaską, zarówno w konstrukcji fabuły, jak i w charakterystyce postaci. Zgadzam się z konkluzją tej recenzji - nie miałabym nic przeciwko temu, żeby polski kryminał miał od tej pory w Annie Kańtoch nową, ewidentnie lepiej znającą się na królowaniu temu gatunkowi królową.   

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

niedziela, 18 czerwca 2017

Marta Krajewska, Idź i czekaj mrozów, Genius Creations, Bydgoszcz 2016

 

 

UWAGA: SPOJLERY

 

W ramach wyzwania Zew Zajdla postanowiłam przeczytać wszystkie powieści i opowiadania nominowane do tej nagrody. A skoro już je czytam, pomyślałam, czemu nie miałabym również ich zrecenzować/przedyskutować na blogu? Recenzje z powieści Marty Kisiel i Radka Raka już na blogu są, a dzisiaj pora na Idź i czekaj mrozów Marty Krajewskiej.  

Fabuła powieści Krajewskiej - powieści, która, skądinąd podobnie jak współnominowana z nią do Nagrody Zajdla, bardziej przypomina zbiór opowiadań połączony wspólnymi wątkami niż powieść sensu strictissimo - skupia się wokół losów kilkorga postaci mieszkających w odległej od świata Wilczej Dolinie.  Główną wśród nich jest adoptowana córka zielarza, Venda, która po śmierci ojczyma musi zdecydować, czy chce zająć jego miejsce i zostać Opiekunem wioski - a fakt, że w jej życiu nadnaturalne istoty (a zwłaszcza jedna, a raczej - jeden, z nich) zaczynają odgrywać coraz ważniejszą i coraz bardziej, hmmm, osobistą rolę, nie pomaga jej w odpowiedzi na to pytanie.  Obok Vendy i dwóch mężczyzn, którym pisane jest odegrać w jej życiu sporą rolę - są nimi jej przyjaciel z dzieciństwa Imir i tajemniczy nieludzki wilkar DaWern, ostatni ze swej rasy - w centrum uwagi czytelnika znajduje się jeszcze kilka postaci. Śledzimy miłosne, a potem małżeńskie perypetie Atry, która pakuje się w kłopoty przez nader nieodpowiedni romans i następnie, chcąc nie chcąc, wychodzi za mąż. Oglądamy dzieje młodej młynarki Jady, która straciła ukochanego w najbardziej banalny i najstarszy sposób na świecie - i historię Stalli, kobiety w średnim wieku, która kiedyś porzuciła tę wioskę, a wraz z nią - męża i synka, a teraz wróciła, jako ktoś inny i z innym mężczyzną u boku. W tle jest jeszcze żyjąca poza wioską wiedźma i mieszkająca jak najbardziej wśród ludzi pani Wiljo z dziwną małą córeczką imieniem Płomyk. Nad wszystkimi tymi postaciami stale wisi cień zguby - koegzystencja Doliny z siłami wokół niej, z bogami i istotami nadnaturalnymi, nie jest ani łatwa, ani przewidywalna, a zguba i zabójczy w skutkach gniew bóstw nigdy nie jest daleko od tego małego, zamkniętego światka.
To jest, pod względem formy, gatunku i języka, powieść znacznie bardziej tradycyjna i bliższa mainstreamu fantasy niż teksty Radka Raka czy nawet Marty Kisiel - i nie jestem do końca pewna, czy odrobina odwagi w decyzjach dotyczących narracji czy stylu nie wyszłaby jej na dobre. Gatunkowo Idź i czekaj mrozów na pierwszy rzut oka mieści się w dość wąsko rozumianej fantasy. Inspiracją do kreacji świata przedstawionego była w tym przypadku przede wszystkim mitologia słowiańska (a raczej to, jak się ją rekonstruuje), choć tekst, wbrew pozorom, niekoniecznie tylko do tych słowiańskich tradycji się odwołuje – wystarczy spojrzeć na imiona, gdzie element nordycko-fiński wydaje się podobnie znaczący, co słowiański. Krajewska „rekonstruuje” w Idź i czekaj mrozów społeczność żyjącą w dziwacznej, kruchej harmonii nie tyle i nie tylko z naturą, co przede wszystkim z tym, co nadnaturalne – jej bohaterowie nie tyle stykają się z magią i z istnieniem bogów jako z zewnętrznym fenomenem, z czymś, w co trzeba uwierzyć i przekonać się, że jest – oni żyją stale z pełną świadomością, że jeśli zrobią coś nie tak, bogowie ich ukarzą, a magiczne istoty skrzywdzą. Ta kreacja świata przedstawionego, z działającymi bogami, z mitem o dawnych prawie-wymarłych nieludzkich przeciwnikach w zamku nad doliną, z zagadkową ni to boginią, ni to czarodziejką-heroiną Elleniale w tle, jest bodaj czy nie najmocniejszą stroną powieści Krajewskiej (przyznam się bez bicia, chęć poprowadzenia sesji RPG w świecie opartym na tej powieści nie opuszczała mnie przez kilka dni po lekturze).

Na drugi jednak rzut oka widać wyraźnie, że w powieści Krajewskiej zdecydowanie widoczne są wpływy innego gatunku, a mianowicie – paranormal romance. Wiem – od kiedy zdarzyło mi się słyszeć autorkę wypowiadającą się na ten temat – że sama Marta Krajewska nie jest może najszczęśliwsza z tych skojarzeń; problem polega na tym, że trochę trudno się od nich uwolnić. Im bardziej bowiem zagłębiamy się w tę historię, tym ważniejsze okazują się wątki obyczajowe – a przez obyczajowe zdecydowanie trzeba tu rozumieć romansowe.

Venda jest przez pewien czas rozdarta między rodzącym się uczuciem do Imira, który wcześniej był dla niej niczym innym, jak przyjacielem z dzieciństwa, a wilkarem DaWernem. Muszę przyznać, że zdecydowanie podobało mi się to, jak autorka rozegrała i zakończyła wątek Imira – zaskakująco i nieoczywiście. Natomiast… ech, pan Darcy w postaci nie-wilkołaka męczył mnie wręcz niemożebnie. Tak jak w Clovisie LeFay wątek Johna i Alicii, tak tutaj motyw niechęci prowadzącej do Prawdziwej a Tragicznej Miłości między DaWernem a Vendą wydawał mi się zbyt oczywisty, zbyt przewidywalny w swojej konstrukcji i sposobie poprowadzenia. Ech, wolałabym osobiście, żeby autorka, chcąc pokazać bohaterkę przeznaczoną demonom, bardziej pograła sugestią, że Venda zaczęła pożądać Imira i odczuwać do niego coś zdecydowanie więcej, kiedy przestał już być człowiekiem… Zresztą, jak na wioskę, w której jest wyraźny rozdział ludzi od potworów, w Wilczej Dolinie jest tych mieszanych związków, hmmm, DUŻO? Venda zakochuje się w wilkarze, Atra uprawia seks i zachodzi w ciążę z demonicznymi upiorami z zakazanego cmentarza, Jada w końcu poślubi płanetnika, a Wijlo – Wiljo nie zwiąże się z nikim nadnaturalnym, bo sama jest istotą nadnaturalną. Jeżeli porównać to, jak temat związków ludzi z nieludźmi potraktowała Krajewska, z tym, jak robi to, w opowiadaniu „Wody głębokie jak niebo” Anna Brzezińska, widać wyraźnie, że tam, gdzie Brzezińską interesuje przede wszystkim paradoksalność natury bohaterów i ich walki z tym, co nieludzkie (walki, że dodam, jakże ironicznej i absurdalnej), tam Krajewska skupia się na opisie uczuć, pożądań i romansów. I żeby nikt mi tu nie uznał, że to jest krytyka – absolutnie nie to mam na myśli. Chcę jedynie wskazać, że elementy romansowe w Idź i czekaj mrozów wydają się, paradoksalnie, dominować nad tymi stricte fantastycznymi.    

Świat i jego kreacja, jak powiedziałam, wydaje mi się najmocniejszą stroną powieści Krajewskiej (1). Trochę więcej problemu mam z jej bohaterami – może dlatego, że autorka skupia się na tych, które akurat mnie interesują nieco mniej. Venda jako bohaterka zdaje mi się dość przewidywalna i mało ciekawa. Nie zawsze przekonują mnie jej motywacje – serio, aż tak mało reakcji po śmierci Opiekuna, jaki by trudny nie był? Nie zawsze mam ochotę wiedzieć więcej akurat o niej, a tam, gdzie mam – jak w sprawie z Imirem – autorka wybiera (i takie jej prawo) inne aspekty historii postaci. Wolałabym, szczerze mówiąc, powieść o Stalli, jej żałobie, jej decyzji o opuszczeniu wioski i porzuceniu rodziny, jej karierze i jej śmierci. Wolałabym powieść o Wiljo – w ogóle poproszę o powieść o selkie/kobiecie-łabędziu/królewnie żabce i o tym, jak się żyje z mężem, którego serio i szczerze pokochałaś, a który potem ukradł ci szansę na twoje własne życie i odebrał prawo wyboru. No i zdecydowanie wolałabym powieść o Atrze, o jej seksualnym przebudzeniu, zakazanych przygodach, o jej klasycznym be careful what you wish for i o upartych, zdecydowanych próbach, mimo wszystko, uratowania się z tej sytuacji, choćby po trupach, a przynajmniej kosztem szczęścia innych. Atra to jest Becky Sharp tego świata – i ja bym naprawdę chciała więcej o niej, mniej o Vendzie.

No i jeszcze jedno – ja bym wolała, żeby ta powieść napisana była odważniej, zarówno językowo, jak i gdy chodzi o narrację. Jej styl – hmmm, pasuje do postaci Vendy, bo jest podobnie poprawny i bezbarwny. Odrobina szaleństwa, trochę więcej stylistycznego zróżnicowania, odważniejsza polszczyzna – i mielibyśmy zamiast poprawnej powieści coś znacznie ciekawszego.

Generalnie, oceniam Idź i czekaj mrozów (skądinąd, tytuł jest znakomity i intrygujący) pozytywnie – i mam z ta powieścią podobnie, jak z Clovisem LeFay Anny Lange: sporo uwag, sporo krytyki, ale i generalne przekonanie, że jeżeli polska fantastyka pójdzie w tę stronę, to ja płakać nie będę.

(1)  Yup, mam pewne problemy z imionami w tym świecie, ale to jest marudzenie filologa i daruję wam moje wątpliwości.

Zapisz

niedziela, 04 czerwca 2017

Radek Rak, Puste niebo, Powergraph 2016

 

 

 

UWAGA SPOJLERY

 

 Jako że nastąpiła rzecz głęboko niemożliwa i ja, autorka tego bloga pełnego niemiłych chwilami uwag o polskiej literaturze, postanowiłam przeczytać zestaw tekstów nominowanych do nagrody Zajdla, to postanowiłam również - a co mi tam! - je zrecenzować. Na pierwszy ogień poszła - zanim jeszcze podjęłam decyzję o lekturze wszystkich - Siła niższa Marty Kisiel (która pozostaje, jak na razie, moją osobistą Zajdlową faworytką); jako drugą postanowiłam zrecenzować powieść Radka Raka Puste niebo.

To ja może powiem od razu, żeby sztucznego suspensu nie robić: serca mi ta książka nie złamała, zachwycić nie zachwyciła, ale podobać się, to, i owszem, zdecydowanie się podobała.

Ale po kolei: łowiąc ryby na Bugu, niemądry i nic nie rozumiejący Tołpi łowi, a potem rozbija, księżyc; miał co prawda w planach zanieść go dziewczynie, która mu się (mocno bez wzajemności) podoba, ale po drodze jakoś tak się stało, że Tołpi i marne licho (głoszące się wszem i wobec diabłem-szlachcicem) Zapaliczka księżyc stłukli. Mądra wiejska starucha Sławuszka Tołpiego ostro zganiła, powiedziała mu, że bez księżyca, co babskie sprawy reguluje, kobiety przestaną rodzić, a ludzkość wymrze, i kazała mu iść do Lublina do mądrego rabina księżycotwórcy po nowy. No to Tołpi poszedł, a po drodze spotkało go mnóstwo mniej lub bardziej groteskowych, mniej lub bardziej upiornych przygód.  

Przewijają się w tych przygodach typy, postacie i motywy zakorzenione zarówno w polskiej kulturze, jak i w świadomości odbiorców (pop)kultury niekoniecznie polskiej. Tołpi spotyka Jana Azryjela Hespera, przechrztę i eks-rabina, obłożonego cheremem, który to rabin eksperymentuje z  kabałą i tworzeniem księżyca; natyka się na jego towarzysza, hedonistę i sybarytę Tyfona. Panowie mają problem, poważny problem, związany ze znikającym księżycem: zawarli byli mianowicie szatański pakt z władcą wron, kawek i kruków, Sędziwronem, i winni mu są swoje dusze, gdy tylko księżyc zniknie permanentnie z nieba…

Ci dwaj i gospodyni Hespera, pani Maria, a także śliczna i niebezpiecznie seksowna pokojówka Adela to nie są jedyne osoby, z którymi Tołpi się zetknie w swojej próbie naprawienia głupot, których narobił. Wcześniej wpakuje się w spotkania z kolejnymi postaciami rodem z archetypów i kulturowej tradycji – zostanie nakarmiony słodyczami przez madame Chauchat, w rzeczywistości kuszącą i groźną bohaterkę C. S. Lewisa i H. Ridera Haggarda i ani się obejrzy, obieca jej księżyc, bo przecież pani jest taka piękna, zmysłowa i władcza… Przez chwilę będzie lokatorem-więźniem w upiornym klasztorze-szkole dla niegrzecznych chłopców, gdzie chcąc nie chcąc stanie się częścią buntu – buntu, który poprowadzi go wprost w objęcia bolszewików i rewolucjonistów, choć i o komunizmie, i o rewolucji nasz bohater wie tyle, co o wszystkim innym, czyli, hmmm, nic. I jeszcze się zaplącze Tołpi w znajomość z duchem mnicha, co zestrzeliwuje z nieba spadające anioły, i poniesie go w pełne upiorów i zjaw wszelakich podziemia Lublina, a potem, cóż, potem będzie dużo umierania, a Tołpi nie pójdzie do nieba. Bo, po prawdzie, nie zasłużył.

Radek Rak umieszcza opowiadaną przez siebie historię wioskowego głupka Tołpiego i jego przygód zainicjowanych stłuczeniem księżyca w zmityzowanym uniwersum polskiej kultury przełomu różnych epok, bo mamy tu i przedwojenny częściowo żydowski Lublin, i pokraczną wersję manifestu lipcowego i kompletnie wyjętą z czasu wieś; a i uniwersalne, wyjęte z tradycji (pop)kultury postacie co jakiś czas nam się przewijają (Aisza Jadis, serio?).  Wydarzenia dzieją się w jakimś mitycznym zawsze-nigdy, a w tonie opowieści baśniowość przeplata się z groteskowością, onirycznością i autentycznym tragizmem. Słychać w prozie Radka Raka inspiracje modernizmem, słychać Schulza i – w mniejszym stopniu – także Leśmiana. Rodem z Leśmianowskich fantasmagorii i z szalonej wyobraźni Brunona Schulza są też miejsca i ludzie, z którymi Tołpi się styka. To jest świat pełen dziwacznych karłów (imieniem Bruno, nie mniej), pokurczonych wierzbowych diabłów, rabinów mamroczących niezrozumiałe kabalistyczne frazy, niepojętych stworów z koszmarnych snów. Jednocześnie świat ten nie jest baśniowy – jest na to zbyt okrutny i zbyt przesycony seksualnością. Zmysłowość kobiet, wyuzdanie Tyfona i nieporadne próby cielesnego obcowania, jakie podejmuje Tołpi (pożądanie wobec namiętnej siostry Rozyny, pokusy, na jakie wystawia go pani Aisza Jadis, seksualne ekscesy z Adelą – to jest też szalenie schulzowsko-leśmianowskie, a szerzej – wyraźnie zakorzenione w post-secesyjnych, witkacowsko-modernistycznych wizjach femmes fatales. Kobiety u Radka Raka – pragnąca wyrwać się z narzuconego dziewictwa siostra Rozyna, upiorna matka przełożona i wilkołaczo-świńska, odczłowieczona (ona nieprzypadkowo pozbawiona jest, przez nieznajomość języka, możliwości komunikowania) siostra Remedios, magiczna, zmysłowa i lodowato groźna Aisza, zastygła w panieństwie i służbie innym pani Maria, eksplodująca wulgarnym seksem i budząca żądze Adela, mądra starucha Sławuszka – są, tak naprawdę, nie postaciami, nie ludźmi, a żywymi wcieleniami Jungowskiego archetypu. Rak podkreśla, jak podobna jest Adela do Jadis, jak wiele łączy ją także z Rozynką. Mam o to do niego, tak po prawdzie, nieco pretensji, bo to te postacie osłabia, a ich losy pozbawia znaczenia. Radek Rak napisał Adeli makabryczny wątek, w którym zgadza się ona poświęcić de facto własne życie dla wyprodukowania sennego marzenia (bo bez snu nie będzie nowego księżyca), pokazał nam ją po lobotomii, torturowaną, pozbawioną świadomości i opuszczoną – to, że summa summarum jej postać okazuje się, w oczach Tołpiego, w zasadzie utożsamiona z Aiszą, odbiera sporą część znaczenia temu, co z nią zrobiono i na co się zgodziła; czym jest cierpienie jednego awatara Bogini wobec jej wiecznego istnienia? Te kobiety, władcze modliszki i pełne poświęcenia anioły seksu i miłości, na pozór efektowne, ale uwięzione w swojej archetypowości – to im chyba najbardziej z postaci Radka Raka brakuje, tak naprawdę, charakterów.     

Paradoksalnie, podoba mi się postać głupiego, czasem szlachetnego, częściej bezmyślnie okrutnego Tołpiego (otrząsnęło mnie ze złości w tym momencie, w którym zabił biedne, durnowate licho wodą święconą!), bo ona z kolei idzie trochę wbrew archetypowi – Tołpi nie jest bohaterem ze schematu Proppa, uczy się niewiele i na końcu rozumie i wie niewiele więcej, niż na początku. Nawet życia od śmierci za bardzo nie odróżnia, a i to, że chyba nie trafi do raju, nie bardzo do niego dociera. W końcu pokutę za swoje zbrodnie odbędzie u boku swojej świętej upadłej umęczonej kochanki, która wybłagała mu boże miłosierdzie, na które nie zasłużył…

Tak jak koncepty i motywy, tak i styl powieści Radka Raka jest zanurzony w literackiej tradycji, wystylizowany, z baśniową w charakterze narracją opowiedzianą językiem nawiązującym (ale lekko, to się ciągle łatwo czyta) do stylu a la Schulz. Parę lat temu pisałam, że mi brakuje w polskiej fantastyce takich głosów, takich tekstów – i jak mnie powieść Radka Raka nie zachwyciła, tak cieszę się, że jest. No i podobała mi się dostatecznie, żeby trafić na razie na nr 2 listy Zajdlowej (a przeczytałam już 4/5 nominacji, żeby nie było). Raczej na pewno sięgnę po kolejne książki autora.

piątek, 02 czerwca 2017

James S. A. Corey (Daniel Abraham, Ty Francks), The Expanse I-IV (Leviathan Wakes, Caliban's War, Abbadon's Gate, Cibola Burns), 2011-2014.

 

 

SPOJLERY!

 

I. Wstęp

Sukces literackiej serii Jamesa S. A. Coreya (pod którym to pseudonimem ukrywają się dwaj autorzy: Daniel Abraham i Ty Franck) potwierdzają nie tylko więcej niż przyzwoite wyniki sprzedaży i trafiające im się od czasu do czasu nominacje do poważnych nagród SF, ale i powstanie opartego na tym cyklu powieści serialu TV (obecnie dwa sezony, z których pierwszy dostępny jest na polskim Netflixie). Seria Coreya to gatunkowo na pierwszy rzut oka dość klasyczna space opera/SF z elementami różnych innych gatunków (horror, thriller, powieść kryminalna), nawiązująca bardzo świadomie do klasyki fantastyki naukowej. Klasyka SF jednak nie jest jedynym obszarem literackiej tradycji, z którym autorzy The Expanse pogrywają. Podobnie jak wielu z najciekawszych współczesnych autorów SF (by wspomnieć choćby Anne Leckie czy Dana Simmonsa), twórcy The Expanse sięgają w swojej historii do szerokiego spektrum literackiej klasyki, prowadząc swoich czytelników po mniej lub bardziej ukrytych śladach wielkich dzieł (głównie) zachodniej tradycji literackiej. Jak jeden z bohaterów, detektyw Joe Miller, chciałabym teraz pójść tymi śladami z lupą w jednej, a latarką w drugiej ręce – wskazać na obecność w The Expanse motywów klasycznych, biblijnych, szekspirowskich oraz, oczywiście, zaczerpniętych z najbardziej oczywistego tu źródła inspiracji, Don Kichota Miguela de Cervantesa, jak również z tradycji poezji i prozy XIX i XX wieku, a także zastanowić się nad pytaniem: po co autorom opisującym nam odyseję ludzkości dość niespodziewanie odkrywającej kosmos (i płacącej za to sporą cenę…) odniesienia do szacownej literackiej klasyki? Do czego je wykorzystują i w jaki sposób się nimi posługują?

Zacznijmy może od tła, bo bez niego kiepsko widać wszelkie hafty, naszywki, aplikacje i ozdoby, którymi pp. Corey ozdobili swoje dzieło.

 

II. Autor! Autor! A nawet dwóch!

 

Moje "pp. Corey" powyżej to oczywiście nawiązanie do faktu, że James S. A. Corey nie istnieje: jest to po prostu pseudonim autorskiego duetu Daniel Abraham i Ty Franck. Obaj panowie nie byli całkowitymi nowicjuszami, kiedy się za The Expanse zabierali. Daniel Abraham miał już doświadczenie w pisaniu różnych gatunków fantastyki (pisywał także teksty fantasy, powieści pisane we współautorstwie z Georgem R. R. Martinem i Gardnerem Dozois oraz powieść ze świata Star Wars), Franck z kolei ma m.in. doświadczenie pisania RPG i sekretarzowania George’owi R.  R. Martinowi. Franck również, co ważne, stworzył własny autorski system RPG - system, w którym w pewnym momencie zaczął prowadzić dla znajomych cykl przygód załogi statku kosmicznego, która na jakimś etapie swoich wypraw spotyka pewnego detektywa... Z tej gry, z przyjaźni obu autorów i z wspólnych literackich ambicji i zamiłowań narodził się pomysł wspólnego napisania cyklu powieści: pozostało tylko wybrać sobie pseudonim.
Pseudonim zaś został wybrany staranie: tak, by – składając się z elementów imion i nazwisk autorów/ich bliskich – jednocześnie przywoływał skojarzenia z nazwiskami/pseudonimami klasyków space opery (jak Robert E. Heinlein czy Arthur C. Clarke). Panowie wiedzieli, co chcieli osiągnąć - ich planem było, najwyraźniej, dać czytelnikowi starą dobrą przygodową space operę.
No, może nową starą dobrą przygodową space operę - bo w The Expanse innowacje i otwarcie się na nowość (zwłaszcza przy socjologii społeczeństwa w cyklu opisanego) jest co najmniej równie ważne, jak literacka i kulturowa tradycja.

III. This is the world we live in

Świat w The Expanse jest, wyjściowo, światem ludzkim: ludzkość nie zetknęła się w nim jeszcze z dowodami na istnienie obcych cywilizacji. Acz, co fakt, to fakt - poza Układ Słoneczny taż ludzkość jeszcze nosa nie wychyliła. Ale jako że ludzkość to ludzkość, z całą jej potencjalną wielkością i nader częstą małostkowością, zaślepieniem i generalną koszmarnością, ludzie zdążyli już, oczywiście, pokłócić się w kwestii tego, kto mianowicie zasługuje na miano człowieka.
Podziały polityczne w tym świecie są niejednoznaczne, a alianse - niestabilne: to jest, mówiąc najkrócej, świat na permanentnej krawędzi wojny. To będzie, jak zauważają bohaterowie, przepowiedziana przez Einsteina wojna na kamienie - ale rozumiana zupełnie inaczej, niż się wielkiemu uczonemu wydawało, bo nie trzeba wracać do epoki walk na kamienie, żeby przy pomocy skutecznego bombardowania odłamkami skał z orbity zrobić potężną krzywdę przeciwnikowi; w świecie The Expanse to jest stałe zagrożenie. Kolebka ludzkości, Ziemia,- przeludniona, zarządzana przez ONZ i wbrew pozorom stosunkowo zamożna - jest jednocześnie częściowo zdewastowana ekologicznie, co w efekcie zmusiło władze do wprowadzenia konkretnych ograniczeń w prawach jednostki, z prawami wyraźnie ograniczającymi reprodukcję na czele.  Jej stałym rywalem, a jednocześnie, z racji pewnego podobieństwa sytuacji, domyślnym sojusznikiem, jest Mars. Planeta jest w trakcie terraformingu (pewnie wiecie, że to jest to samo uniwersum, co Marsjanin Andy'ego Weira?) co dla Marsjan oznacza oczywiście życie pod kopułami i skupienie większości sił na walce o przemianę planety. Mars jest silny militarnie (jego flota nie ma sobie równych w zamieszkałym przez ludzkość kosmosie), a społeczeństwo skupione jest na kwestii dostosowania planety do zamieszkania. To wszystko kształtuje dominujące na Marsie stanowisko etyczne, akcentujące poświęcenie dla przyszłości, pracowitość i zdolność do wszelkich wyrzeczeń.
Wspomniałam o Marsjanach - tu warto podkreślić, że na kolonizację Marsa i Pasa (planetoid i stacji kosmicznych) decydowali się... cóż, ci, którzy chcieli i mogli. Tu nie ma żadnych licencji katolickich czy protestanckich a la Orson Scott Card, tu w kosmos wyruszył, kto chciał i mógł. Stąd zarówno społeczeństwo Marsa, jak i mieszkańcy Pasa są mocno wymieszani etnicznie, kulturowo i religijnie - nikogo na przykład nie dziwi, że mający hinduskich antenatów, a pochodzący z konkretnego obszaru Marsa (gdzie jego przodkowie mieszkali wśród imigrantów z Teksasu) Alex Kamal mówi z teksańskim akcentem.
Mars i Ziemia mogą rywalizować, ale dla mieszkańców Pasa niewiele je, tak naprawdę, różni. Ludzkość w Pasie zależna jest od dostaw z planet wewnętrznych; stacje i planetoidy zamieszkane są przez mieszaną etnicznie i kulturowo ludność; do tego ludzkość ta uległa pewnym fizycznym zmianom w wyniku życia w środowisku bez naturalnej grawitacji (mieszkańców Pasa można rozpoznać na pierwszy rzut oka, są wyżsi, szczuplejsi i o nieco innych proporcjach), a jednocześnie warunki życia wytworzyły, jak zwykle przecież w takich przypadkach, nieco odrębną kulturę i społeczeństwo. No i polityka, oczywiście w tym wszystkim jest jeszcze kwestia polityki i napięć zarówno politycznych, jak i gospodarczych; w Pasie od dawna działa OPA, radykalna i (momentami zdecydowanie) terrorystyczna organizacja, chcąca pełnej niezależności dla Pasa i oderwania się od planet wewnętrznych.
Dodajmy do tego jeszcze jedno: korporacje i ich absolutnie uprzywilejowaną pozycję.  Firmy takie, jak Protogen czy Mao-Kwikowski są w zasadzie państwami w państwach i jeżeli myślicie, że ich rola jest stabilizująca i stymulująca rozwój oraz wymianę gospodarczą w tym świecie to, cóż, mylicie się.
Ludzkość w świecie The Expanse - głównie na Marsie i w Pasie, ale także na Ziemi) - jest wymieszana kulturowo i etnicznie. Jednocześnie jednak ta ludzkość zachowuje sporo odrębności i swoich lokalnych specyfik (rosyjskie reklamy na Ceres, wzmianki o arabskiej i hinduskiej muzyce, potrawy); zachowuje też odrębności, na przykład, religijne - Annushka Volovodov, która jest pastorem w kongregacji metodystów i jedną z głównych postaci w Abbadon's Gate, i jej towarzysze wyprawy, przedstawiciele rozmaitych religii świata, to tylko jeden z przykładów. Duży nacisk położony jest w The Expanse na to, czego tradycyjnie raczej brakowało w klasycznej space operze lat 40.-50.: życie codzienne, kultura, zróżnicowanie kulturowe, język, kuchnia, religie i religijność, związki i prawo rodzinne, wszystko to odgrywa dużą rolę w konstrukcji świata.
Jednocześnie ten świat bardzo, bardzo zdecydowanie nie jest rajem. Kluczowe dla początku cyklu pytanie – wypowiedziane wprost przez Millera i Naomi – brzmi przecież: „Czy dla mieszkańców planet mieszkańcy Pasa są ludźmi?". I kiedy mowa jest o katastrofie na Erosie, mieszkańcy Pasa raczej nie mają wątpliwości, że ich rodacy zostali poświęceni i że korporacja, która to zrobiła, nie miała wielkich etycznych problemów z tą decyzją także dlatego, że nie byli Ziemianami...
Ufff. Niniejszym mamy tło do trzech kolejnych wpisów o The Expanse. Dzisiejsza część kulturowa obejmuje analizy tytułów pierwszych czterech powieści w cyklu: Leviathan Wakes, Caliban's War, Abbadon's Gate i Cibola Burns.

IV. Jak czytać te tytuły?
W dzisiejszym wpisie chciałabym przyjrzeć się aluzjom kulturowym w tytułach pierwszych czterech tomów The Expanse. One na pierwszy rzut oka wyglądają jak wiele klasycznych tytułów space operowych, w których obce słowo ma przyciągać uwagę i budować egzotyczność zapowiadanego świata. Jednocześnie jednak w cyklu Coreya wszystkie te tytuły niosą dość proste, ale sugestywne kulturowe skojarzenia, znaczące dla lektury i ewentualnej interpretacji powieści.

Lewiatan

Nazwa "lewiatan" (hebrajskie לִוְיָתָן, 'leviyatan, od לוה, lava', wić się, być zwiniętym) kojarzy się biblijnie, ale w rzeczywistości niesie za sobą konotacje znacznie starsze od zachowanego tekstu biblijnego. Lewiatan, morski potwór i wcielenie chaosu, przywodzi na myśl znane z tradycji bliskowschodnich istoty takie jak Tiamat, pradawna morska bogini i wcielenie chaosu, znana z kosmogonii babilońskiej, czy Lotan pokonany przez Hadada-Baala w cyklu ugaryckim). Lewiatana znamy przede wszystkim z Biblii hebrajskiej (dla ciekawych:  Hiob 3:8 i 40:15–41:26, Amos 9:3, Psalm 74:13–23, Psalm 104:26, Izajasz 27:1). Zwykle widzimy go jako potwora, którego pokonanie zasługą Boga, ale w niektórych kontekstach lewiatan jest rozumiany jako sługa Boga.
Dalszy rozwój tej postaci następuje w piśmiennictwie postbiblijnym. Talmud, midrasze (narracyjne rozwinięcia motywów biblijnych, że uproszczę) i komentarze rabiniczne podkreślają przede wszystkim apokaliptyczną rolę Lewiatana: pojawia się on jako bestia, której pojawienie się na morzach będzie jednym ze znaków końca świata.
Oba te znaczenia wydają się ważne dla The Expanse. W cyklu Coreya lewiatan wydaje się dość czytelnym symbolem budzącego się potwora/potworów (jeśli można to tak nazwać), zaskakująco groźnego pierwszego kontaktu i przebudzenia pradawnego obcego artefaktu; jako że przez absolutną większość powieści mamy do czynienia z poczuciem zagrożenia, jakie to przebudzenie niesie, skojarzenie z biblijnym potworem grożącym końcem świata jest jak najbardziej uzasadnione.

Kaliban

Imię Kalibana w tytule II tomu cyklu jest pierwszą sugestią obecności Burzy Szekspira w cyklu Coreya - obecności, która swoje apogeum osiągnie w Cibola Burns, opowieści o zakazanej planecie i zagrożeniach, jakie ze sobą niesie.
Kaliban, syn wiedźmy Sykorax, niewolnik Prospera, jest na pierwszy rzut oka przede wszystkim brzydki, dziki, krnąbrny, niebezpieczny, nieprzewidywalny; tradycyjnie przy tym odczytywany jako niecywilizowany i groźny. Nie trzeba jednak wiele dointerpretowywać, by dojrzeć w Kalibanie istotę cierpiącą, skrzywdzoną i niezbyt zadowoloną z losu, jaki jej przypadł.

W The Expanse imię Kalibana odnosi się przede wszystkim do wyprodukowanych przez korporację Mao-Kwikowski ludzko-obcych hybryd-wojowników (i mówi coś o ich kondycji?). Odgrywają oni kluczową rolę w fabule: od ich pojawienia zaczyna się akcja powieści i to wydarzenie łączy się z dwójką głównych postaci tego tomu: Bobbie Draper jako jedyna przeżywa ich pierwszy atak, a poszukiwana córka Praxidike Menga okazuje się częścią programu ich tworzenia;

Abbadon

W przypadku Abbadona/-u mamy ciekawą ewolucję: słowo to, wywodzące się, podobnie jak lewiatan, z tradycji żydowskiej i z Biblii hebrajskiej, dość znacząco zmieniło swój zakres znaczeniowy w Nowym Testamencie. Tradycja hebrajska uznawała abbadon za miejsce: początkowo było to miejsce opuszczenia, pustka, później znaczenie ewoluowało w kierunku zaświaty, piekło. Tradycja nowotestamentalna i chrześcijańska z kolei postrzegała Abbadona jako postać (Ap. 9:11 ἔχουσιν ἐπ' αὐτῶν βασιλέα τὸν ἄγγελον τῆς ἀβύσσου: ὄνομα αὐτῷ Ἑβραϊστὶ Ἀβαδδὼν καὶ ἐν τῇ Ἑλληνικῇ ὄνομα ἔχει Ἀπολλύων (1).  Abbadon jako imię demona zrobił później sporą karierę w późniejszej literaturze (kto pamięta Mistrza i Małgorzatę, będzie wiedział, o czym mówię).
Znaczenie w The Expanse jest zdecydowanie bliższe starotestamentalnemu, wrota Abaddona to bramy (gwiezdne wrota) pozwalające poruszać się między światami po śladach pradawnej cywilizacji; tytuł sugeruje, że niosą one zagrożenie (inaczej po co Holden, nasza drama queen, by tam lazł?). Jednocześnie widać tu także drugie, dość, hmmm, koszmarne możliwe znaczenie. Abbadon w Biblii hebrajskiej jest miejscem m. in. wegetacji dusz - a czymże innym, jak nie przypominającymi biblijny Szeol i Abbadon albo zaświaty Homera, z duszami samotnie błądzącymi w ciemności i pustce, z ułamkami zachowanej świadomości, jest nie-życie Millera, Julie i całej reszty ofiar Erosa? 

Cibola

Najbardziej na pierwszy rzut oka zagadkowa z aluzji w tytule, Cibola jest hiszpańską nazwą ogromnego puebla plemienia Zuni w Nowym Meksyku, zwanego w lokalnym języku Hawikuh i założonego ok. r. 1400. Było to miejsce pierwszego kontaktu hiszpańskich najeźdźców z miejscową kulturą: w 1450 wkroczył tam Francisco Vásquez de Coronado ze swoimi ludźmi; rok przed Coronadą była misja zwiadowcza. W wyniku nieporozumienia w tym kontakcie Estevanico, czarnoskóry niewolnik-przewodnik ekspedycji, został przypadkowo zabity podczas wstępnej eksploracji na parę miesięcy przed przybyciem głównej wyprawy.
Co ważniejsze, nazwą Cibola Hiszpanie określili mityczne Siedem Złotych Miast, które miały się znajdować w Nowym Świecie - miejsca mitycznych bogactw, obiektu pożądania, jednej z głośno wymienianych przyczyn ekspansji konkwistadorów w Ameryce Środkowej. 

W The Expanse  Cibola jest oczywistą analogią dla planety (Nowa Terra/Ilus), gdzie najpierw zamieszkali uchodźcy z Ganimedesa, a gdzie potem przybyli oficjalni wysłannicy ONZ; planeta okazała się dawnym centrum technicznym obcej cywilizacji, której relikty ciągle trwały i bardzo zagroziły ludzkiej kolonii. Spotkanie w domu obcych, które źle się kończy, a jednocześnie - wskazanie, jak wyraźnie kolonialny charakter ma ekspansja ludzkości w kosmos, wydają się kluczami do interpretacji tego konkretnego tytułu.


W następnym odcinku: Szekspir, Tennyson, Cervantes i Chandler lecą w kosmos, czyli o klasycznych motywach literackich i ich roli w The Expanse.

 

 

(1) Darujcie zawodowej hellenistce chęć posłużenia się greką. Wersja polska:  A miały nad sobą króla, anioła przepaści, któremu imię po żydowsku Abaddon, a po grecku ma imię Apolijon ['Niszczyciel' - przyp. AK].



Powyższy wpis powstał jako przeróbka prelekcji wygłoszonej przez mnie na Smokonie 4 w Krakowie, 27 maja 2017.

Zapisz

środa, 05 kwietnia 2017

Ada Palmer, Too Like a Lightning, Tor Books, 2016

 

Mam głębokie przekonanie,  Drogi Czytelniku, że to nie jest jedyny raz, kiedy piszę o tej powieści. 

Może tym razem spróbowałabym napisać po prostu uprzejmą recenzję? Bo, Drogi Czytelniku, muszę przyznać, że bardzo mnie kusi zrobienie czegoś innego. Kusi mnie rozdrapanie tej książki na kawałki, żeby zobaczyć, jak te puzzle, które są tutejszym światem, są zrobione, i czy przypadkiem nie jest tak, że po ich złożeniu wychodzi nam nieco inny obrazek niż ten, który mieliśmy na okładce pudełka z puzzlami. Kusi mnie dobranie się ze skalpelem i lupą do teologii Too Like A Lightning, do jej historiozofii i wizji społeczeństwa, i do jej dziwacznych bohaterów, niby ludzi, a bardziej chwilami obcych niż niejeden literacko-filmowy alien. Kusi sprucie tego wielokolorowego, wielofakturowego gobelinu i rozdzielenie materiałów, z których został stworzony: jedwabiu osiemnastowiecznych strojów, połyskujących pasm szalonej wizji nowego społeczeństwa i nowego świata, fragmentów zadrukowanych urywkami filozofów, łatek wstawionych tu wprost z klasyki SF i, przecież, szkarłatnych nici morderstwa  w tym aż zbyt barwnym kłębku życia. 

Oprę się jednak tym pokusom, Czytelniku, i spróbuję dokonać niemożliwego: wpisać ten cały błyskotliwy chaos, którym jest debiutancka powieść Ady Palmer, w jakże przewidywalne, jakże starannie zdefiniowane ramy blogowej recenzji.

Czy zresztą recenzji nawet? Ot, recenzyjki, nie jest przecież zadaniem blogerki (a zdaniem niektórych jest wręcz dla blogera/-ki niemożliwe!) napisanie recenzji pogłębionej, badawczej i krytycznej. Gdybym więc chciała, drogi czytelniku, napisać Ci z powieści Palmer recenzję blogowi właściwą, zaczęłabym zapewne tak:

Jest XXV wiek i wydaje się, że ludzkości udało się rozwiązać sporo z dręczących ją problemów. Świat nie ma już narodów, powiązanych granicami i pokrewieństwem - zamiast nich istnieją Ule (Hives), gdzie ludzie gromadzą się dobrowolnie, przyciągnięci podobieństwem natury, charakteru, zainteresowań i wizji świata. Ach, mówicie, że część Uli pokrywa się z dawnymi narodami/kontynentami? To tylko... przypadek. Błyskawiczny transport uczynił Ziemię nie tyle globalną wioską, co globalnym przedmieściem, a każdy z ludzi nosi przy sobie nadajnik/rejestrator, zapisujący, gdzie jesteśmy, oczywiście dla naszego dobra. Zniesiono zorganizowane religie (poza rezerwatami w Watykanie i Tybecie) i wszystkim jest z tym lepiej, no chyba że nie, ale ciii. Ba, uczyniono rozmowy o religii w gronie więcej niż dwuosobowym nielegalnymi, ale nie martw się, Czytelniku, o duchowe potrzeby każdego z ludzi dla obowiązkowy dla każdego sensayer, trochę nie-kapłan wszelkich religii naraz, trochę psychoanalityk, licencjonowany i sprawdzany przez Konklawe, na czele którego stoi potężna Pontifex Maxima Julia Doria Pamphilii, jedna z niewielkiej elity ludzi, dbających o to, by świat toczył się tak, jak powinien. Tak, oczywiście, że oni wiedzą, jak się powinien toczyć, co to w ogóle za pytanie?

Wśród tej grupy najpotężniejszych na świecie jest siódemka przywódców głównych Uli: stojący na czele Humanistów urodziwy książę Ganimedes de la Trémoïlle, przewodzący jednoczącemu dawne narody Azji Środkowo-Wschodniej (plus Indii) ulowi dyktator Andō Mitsubishi (którego żoną jest siostra księcia de la Trémoïlle, Danae), serdecznie nielubiany przywódca Europejczyków Casimir Perry, stojąca na czele jednoczącego liczne kobiety, mniejszości i pozbawione niegdyś (ale już nie w XXV wieku, o nie!) wpływu grupy przewodnicząca Bryar Kosala (na co dzień skądinąd związana z potężnym Cenzorem imperium masońskiego), Feliks Faust przewodzący Brillistom,  Anonim dowodzący grupującą wynalazców i poszukiwaczy przyszłości Utopią i wszechmocny w swym imperium cesarz Kornel MASON.

A teraz, Czytelniku, przeczytaj tę powyższą listę jeszcze raz i wyrzuć z niej wszystkie "on" i "ona", wszystkie "-a" w końcówkach przymiotników i imiesłowów. W świecie, który starał się poprawić dobrostan wszystkich, nie wypada obnosić się z "on/ona". Imiona, stroje, zaimki, wszystko to ma pozwolić na swobodną ekspresję bez ograniczeń związanych z tym, że kobiety to, a faceci to tamto.Wszystkim w sumie jest z tym lepiej, n'est-ce pas?

Innymi słowy, ludzkości jako takiej ponoć żyje się nieźle (a jakby przypadkowo niewiele tej tzw. ludzkości w powieści oglądamy - jesteśmy wśród elit i elit elit) i trochę trudno się dziwić. Nowy światowy system opiera się na pryncypiach Oświecenia, mając za swych otwarcie głoszonych przodków Woltera. Diderota i Rousseau (i jeszcze jest ten jeden, ale ciii). Żyje się nie najgorzej, bo absolutnie błyskawiczny transport wyrównał sporą część nierówności gospodarczych i zniósł w zasadzie potrzebę permanentnej migracji. Wybieramy sobie przynależność polityczno-kulturową do Ula (albo nie, możemy być bez) i nie wiążą nas już granice kontynentów. Rodziny/domy (zwane 'bash) zakładamy z grupą bliskich nam osób, a że mogą być wśród nich nasi partnerzy i kochankowie, tym lepiej - większością zwykle będą świadomie dobrani przyjaciele. Serio, całkiem chętnie bym się na taki system społeczny pisała. Owszem, zdarzają się katastrofy hiper-szybkich samochodów, samobójstwa, a nawet, w jednym nader spektakularnym i kluczowym dla powieści przypadku, seryjne morderstwa, ale świat już dawno zapomniał o wyścigu zbrojeń i zbrojnych konfliktach: zapomniał o wojnie.
SPOILER [PODŚWIETL] Aż do teraz, ale ciii.

Jest więc ten świat, tak po trochu, najlepszym z możliwych, po epikurejsku możemy sobie w nim pouprawiać własny ogródek, bo sensayerzy czuwają nad naszym duchowym rozwojem, grupa wybitnych a specjalnie kształconych (niektórzy mówią "urodzonych w zbiornikach, hodowanych w absolutnej izolacji od świata i innych, niewiele już dzielących z resztą ludzkości", ale ciii) specjalistów-Humanistów własnymi supermózgami kontroluje kluczowy dla światowej ekonomii system transportu, gwiazdy rozrywki takie, jak związany z tym samym 'bashem Snajper, gwarantują dobrą zabawę, a wybór tego, jacy chcemy być i co robić w życiu jest, dla ogółu ludzkości, większy niż kiedykolwiek w historii. 

Póki trwa status quo. Quod 'status quo ante' nominatur conservare bonum et iustum est (wybacz, Czytelniku, że mówię po łacinie, zaraziłam się od narratora, który na jakimś etapie mówi nawet dwiema wersjami łaciny na raz, tłumacząc z jednej na drugą w przypisie), zachowanie tego, co się nazywa status quo, dobre jest i sprawiedliwe.

Tylko czy status quo tego świata może przeżyć pojawienie się na świecie istoty o de facto boskich mocach? Albo raczej - czy taka istota już tu jest? To się wydaje głównym problemem bohaterów, a przynajmniej części z nich. Na tle istnienia Bridgera, dziecka, które potrafi ożywiać wszystko to, co nieożywione (żaden spojler, dowiemy się tego na pierwszych stronach powieści) oficjalny kłopot, czyli wyciek mocno kontrowersyjnej tym razem corocznej listy najpotężniejszych ludzi świata z redakcji pisma Black Sakura w oczywisty sposób wyda się pretekstowy i mniej ważny.
SPOILER [PODŚWIETL]: Póki się okaże, że nie jest mniej ważny, ale ciii. I pytanie, czy status quo przeżyje również ujawnienie faktu, że politycy nie tylko kłamią, ale i mordują.

Jeżeli myślisz sobie, Drogi Czytelniku, że te wszystkie informacje powyżej Autorka podaje nam w pierwszych rozdziałach, to się mylisz. Autorka nie ma litości i wrzuca nas in medias res podlej niż autor Odysei, niż William Faulkner czy, by aluzje wymieszać tak, jak czyni to autorka, Roger Zelazny w pierwszych scenach Dziewięciu książąt Amberu. Długo i powoli musisz czytać, żeby wydedukować (a to jest nader odpowiednie słowo, w świetle tego, kto jest naszym głównym bohaterem), jak ten świat działa - co więcej, musisz robić to, mając po tym świecie wyjątkowo nieprzewidywalnego i nierzetelnego przewodnika.

I teraz, Czytelniku, pozwól, że cię ostrzegę. To nie jest książka dla każdego. Nie sądź, proszę, że zamierzam tu machać Ci przed oczyma faktem, że żeby Palmer i jej pomysły docenić, dobrze jest znać swojego Woltera, swojego Diderota i de Sade'a, swojego Conan Doyle'a i Alfreda Bestera (1), że zamierzam coś wspominać o elitarności. Nie, nie i jeszcze raz nie. Chcę tylko nieśmiało zaznaczyć, że to nie jest a) odpowiednia lektura na pierwszy kontakt z SF, b) satysfakcjonująca lektura dla czytelników preferujących prostą narrację i nienacechowany styl. Bo tu, Czytelniku, masz prostej narracji i nienacechowanego stylu dokładną odwrotność.

Nasz narrator nazywa się Mycroft Canner i to jest, w tym świecie, imię i nazwisko przeklęte. Nasz bohater jest - niewolnikiem, nie bójmy się tego słowa. Zbrodnia, którą popełnił (a o której dowiemy się czegoś dość późno w toku akcji) skazała go na bycie Serwisantem/Sługą, nieodpłatnym pracownikiem, żyjącym z łaski tych, którzy go zatrudniają. Nie współczuj za bardzo, Czytelniku, Mycroft ma za co pokutować.

System postanowił nie zabijać Mycrofta za jego zbrodnie, ale Ty, Czytelniku, jak i ja będziesz zapewne czasami miał ochotę to zrobić - i nie, nie za zbrodnie, za opowieść. Mycroft od razu na początku zapowiada nam, że będzie mówił do nas jak narrator osiemnastowiecznej powieści do swoich odbiorców i robi to, drań, konsekwentnie. Kubusia Fatalistę sobie przypomnijcie - to jest taki styl, taki sposób pisania. Jak dawni autorzy, ładuje nam w tekst dygresje literackie i filozoficzne, pakuje cytaty w obcych językach i długie passusy, które wymienia ze swym mistrzem po łacinie (nie, nie mylicie się, nic wcześniej nie wspomniałam o mistrzu Mycrofta. A może jednak wspomniałam?). Do tego jednak Mycroft jest pokornym buntownikiem i wyrodnym dzieckiem swoich czasów - łamie zasadę genderowej neutralności, ale płeć przydziela bohaterom arbitralnie, raz tak, raz inaczej, opierając się nie na biologii, a na swoim własnym subiektywnym (i mocno wypaczonym, o czym nie pozwala nam zapomnieć) poczuciu, co jest odpowiednie i co lepiej pasuje (2). Ta narracja, pokrętna, niewiarygodna - a niewiarygodność tę dodatkowo wzmacniają komentarze czytelników-cenzorów i noty cenzorskie, obecne w tekście, wskazujące, że nawet ta wersja Mycrofta jest wersją przetworzoną i kontrolowaną - jest w moich oczach jedną z największych zalet powieści Palmer, nawet jeżeli co jakiś czas sprawia, że czujemy się jak w krainie chaosu, niepewni żadnego następnego kroku, nie wiedząc nawet, czy w ogóle mamy grunt pod nogami.

Gatunkowo nieoczywista (bo to trochę tak, jakby próbować gatunkowo jasno dookreślić Diunę), ambitna literacko i chwilami na granicy eksperymentu, jak chodzi o narrację w powieści fantastycznej, pierwsza powieść Palmer trzymała mnie przy lekturze przez tydzień choroby (a ja czytam szybko i siedem dni na 400 stron powieści, która mnie zachwyca, to - dziwne, u mnie) i jestem dozgonnie wdzięczna Fabulitas, która mi ją poleciła. Bardzo, bardzo zasłużyła Palmer na tę nominację do Hugo, co to ją wczoraj dostała. 

 

(1) W zasadzie od samego początku lektury miałam wyjątkowo mocne skojarzenia wizji świata i konceptu tej powieści z The Stars My Destination, a odkrywanie kolejnym Besterowskich imion i aluzji w powieści i w posłowiu Autorki dało mi sporo satysfakcji, bo najwyraźniej trafiłam; przy czym to nie jest tak, że Palmer kontynuuje IDEE czy pomysły Bestera - nie, ona raczej zadaje sobie podobne pytania. Ten problem jednak, Drogi Czytelniku - że wrócę do pożyczonej do narratora Too Like a Lightining maniery - zostawiam sobie już na kolejną notkę. 

(2) Palmer jest tu jednocześnie podobna i niepodobna w swojej metodzie do Ann Leckie, której narrator szczerze nie rozumie - Mycroft rozumie, ale po swojemu, i swoją wersję nam bezczelnie podaje, mówiąc na dodatek, żeby mu za bardzo nie wierzyć...

 

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 36
| < Listopad 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
O autorze
Zakładki:
Autorzy
Blogi
Miejsca: różne
Omnia mea
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...