sobota, 19 stycznia 2008

Mary Renault, Fire from Heaven, The Persian Boy, Funeral Games, Penguin 1982

Dzisiaj, po dłuższej przerwie, będzie jeszcze raz o Mary Renault. Tym razem z mniejszym zachwytem.

Trylogię o Aleksandrze przeczytałam po raz pierwszy, tak po prawdzie, raczej z powodu Aleksandra niż samej autorki, choć uchodzi ona dość powszechnie za najwybitniejszą bodaj przedstawicielkę powieści historycznej osadzonej w antycznych realiach. Jak zwykle zresztą w moim przypadku czytałam w nienormalnej kolejności, bo zaczynając od tomu II, The Persian Boy, następnie przechodząc do I, Fire from Heaven i kończąc jak Pan Bóg przykazał, na tomie III, Funeral Games. No i... no i nie bardzo wiem, co z tą kobietą, a raczej z jej pisarstwem, zrobić.

Mary Renault niewątpliwie umiała pisać: miała przy tym spory dar ujmowania zjawisk i uczuć w syntetyczny, a zarazem przekonujący sposób (szkoda, że ta umiejętność celnego ujęcia emocji, widoczna choćby w opisie uczuć Hefajstiona: At Pella, Hephaistion lived in a cloud of vague, inchoate longings. They have become desires, and no longer vague, zawiodła ją kompletnie w The Persian Boy). Jej opisy mają specyficzny klimat, widać, że rozumie historię i jej mechanizmy, a zarazem - że w centrum jej zainteresowań zwykle jest nie tyle sam proces historyczny, co jednostka. Świetnie widać to w jej opisie bitwy pod Cheroneą w Fire from Heaven, gdzie więcej tak naprawdę wiemy o tym, co czują przed bitwą protagoniści (Filip, Demostenes, Hefajstion) niż jak pokierują swoimi armiami. To jest zresztą bodaj najlepszy fragment tej powieści, bo przemieszanie epickich elementów w narracji ze strumieniem świadomości jest po pierwsze ciekawe artystycznie, a po drugie - daje psychologicznie prawdziwe portrety bohaterów w przełomowej chwili ich życia. W ogóle autorkę znacznie bardziej niż cokolwiek innego obchodzą jej bohaterowie - a przede wszystkim ich uczucia. No i tu się problem zaczyna.
Mam z trylogią Renault tutaj podobny problem, jak swego czasu z Mgłami Avalonu Marion Zimmer Bradley (choć z dwu pisarek Renault jest literacko lepsza o klasę) - po prostu nie jestem w stanie uwierzyć w te piękne, starannie napisane i psychologicznie dopracowane postacie. O ile bohaterowie drugoplanowi - Ptolemeusz, Thais, Dariusz, pozostali towarzysze króla, Klejtos, Arystoteles - nie stanowią problemu, o tyle protagoniści są zazwyczaj bardzo dobrze wymyślonymi postaciami, tylko trochę jakby z innej bajki. Bodaj najbardziej wiarygodny jest jeszcze w tym wszystkim Filip II - stary, przebiegły lubieżnik, który Grecją chciałby obracać tak, jak swoimi kolejnymi kochankami płci obojga. Demostenes - tchórzliwy, zawistny, interesowny i zżerany nadmiernymi ambicjami człowieczek ze skłonnościami do nieletnich chłopców - wydaje się prawdopodobny jako typ ludzki, ale trochę trudno uwierzyć w naiwność ślepo mu posłusznych i szanujących go Ateńczyków. Nie lubię drania jako postaci historycznej wyjątkowo, ale jestem w stanie oddać mu sprawiedliwość jako mówcy i politykowi. Najwyraźniej jednak M. R. nie lubiła go jeszcze bardziej; w swojej karykaturalności przypomina on momentami Nerona z Quo vadis - i, niestety, równie trudno w niego uwierzyć.
Równie trudno - jeśli nie trudniej - uwierzyć w kobiety w wersji M. R. Nie tylko nie ma wśród nich ani jednej pozytywnej bohaterki - nie ma też ani jednej myślącej, ani jednej utalentowanej, ani jednej przekonującej. Olimpias jest rozhisteryzowaną barbarzyńską wariatką, odciętą od świata i życia i nic nie rozumiejącą - bardziej niż cokolwiek przypomina archetypową najstarszą żonę sułtana, która nie wyszła z haremu od czterdziestu lat i nie widzi nic poza czubkiem własnego nosa. Roksana to mała intrygantka, knująca w swoim prymitywnym móżdżku mordercze plany, ale w końcu za głupia, by je zrealizować. Statejra jest lodowatą dziewicą, która kompletnie nie rozumie świata, księżniczką świeżo uwolnioną z wieży, a Eurydyka, młoda żona Filipa - zarozumiałą i głupią siksą. Ale najlepiej widać to dziwaczne uprzedzenie autorki do własnej płci na przykładzie Kleopatry, siostry Aleksandra - ona jest wszystkim, czym on nie jest. Mała, brzydka, myszowata, bez wdzięku i charyzmy, a przy tym głupia i żałosna w swojej żebraninie o uczucia brata i rodziców, Kleopatra nikogo nie obchodzi i nikt się nią nie przejmuje. Dla kobiet nie ma w świecie Renault miejsca: prawdziwa miłość, prawdziwe braterstwo, prawdziwa wielkość możliwe są tylko między mężczyznami. Wielce to Platońskie... i wielce mało prawdopodobne, nawet w tamtych czasach. U licha, mieć do dyspozycji w powieści taki samograj, taką ambitną i zdolną jędzę jak Olimpias i zrobić z niej wyłącznie głupią kastrującą mamuśkę?!
Pierwszy tom i duża część II mają za głównych bohaterów Aleksandra i Hefajstiona i o ile na tego pierwszego Renault miała jeszcze jakiś pomysł, z tym drugim gorzej. Przez cały czas, przyglądając się rozwojowi romansu między bohaterami, zastanawiałam się nad jednym - co takiego, u licha, pociągało kogoś takiego jak Aleksander (a la M. R.) w tym milutkim, nie najmądrzejszym, ślepo lojalnym i nie mającym specjalnie nic do powiedzenia chłoptasiu? Odpowiedź oczywista nie wchodzi w rachubę - Renault przedstawia Aleksandra jako raczej nie zainteresowanego fizyczną stroną miłości (dopóki nie spotka odpowiedniej osoby, oczywiście, a Hefajstion bynajmniej nią nie jest), raczej szukającego ciepła, intelektualnego partnerstwa i możliwości dawania. Renault oczyma Hefajstiona widzi syna Filipa jako tego, dla którego prawdziwym aktem miłosnym było leżenie obok siebie i rozmowa. Do tego jednakowoż, przykro powiedzieć, Hefajstion a la M. R. kiepsko się nadaje. A szkoda, bo w rzeczywistości to bodaj najciekawsza i najbardziej enigmatyczna z postaci otaczających Aleksandra... no ale cóż, pani Autorka ma innego kandydata na miłość życia swojego bohatera.

Dygresja osobista: pechowo zaczęłam czytać Renault od The Persian Boy, gdzie od razu trafiłam na postać, która wylądowała natychmiast - po paru stronach znajomości z nią - na I miejscu najbardziej irytujących, histerycznych, manierycznych i znienawidzonych przeze mnie głównych (pozytywnych) postaci w literaturze. Nie sądziłam, że ktokolwiek kiedykolwiek zastąpi na czele tej listy Louisa z Wywiadu z wampirem Anne Rice - a tu proszę. Jest. Niestety jest, można by dodać.
Bagoas, bo o nim mowa, jest jedną z tych postaci, którym chce się życzyć wszystkiego najgorszego. Śliczny chłopiec i och, jaki biedny, och, zgwałcony przez mordercę rodziców, och, wykastrowany, och, zmuszony oddawać się tym, których nie kocha, och, nieszczęśliwie zakochany w swoim władcy, a przy tym taki mądry, taki czysty, taki lojalny i kochający i taki śliczny z tymi wielkimi, skromnie spuszczonymi oczyma i dziewczęco subtelnymi rysami... Poziom ulepkowatej słodyczy, otaczającej tę postać, jest dla mnie nie do zniesienia: Bagoas jest jedną z tych cierpiętniczo anielskich i niewinnych istot, które dzięki swej idealności ściągają na się wszelkie nieszczęścia świata - no po prostu Sienkiewiczowska Danuśka Jurandówna w wersji męskiej. Może dlatego, że narracja jest pierwszoosobowa, autorka wspina się na szczyty ckliwego, egzaltowanego kiczu - rekordy biją sceny miłosne, a przede wszystkim - scena po śmierci Aleksandra, kiedy Bagoas przygotowuje jego ciało do wystawienia. Rzadko mi się zdarza rzucać książkami - tu byłam blisko. I pomyśleć, że ta sama kobieta napisała rzeczywiście olśniewająco scenę miłosną między Aleksandrem i Hefajstionem w Fire from Heaven! (fakt, że jej błyskotliwość polega przede wszystkim na tym, że czytelnik musi się domyślać, co tak naprawdę zaszło...). Przy tym wszystkim najbardziej irytujące wydaje się to, że to Bagoas okazuje się w końcu Tym Właściwym, prawdziwą miłością życia Aleksandra i tym, który jako jedyny go rozumie i kocha dla niego samego (Hefajstion może i kocha, ale nie rozumie). W ten sposób autorka zafundowała nam wymyślną (aż za bardzo..) wersję zaślubin Europy i Azji, a Bagoas okazuje się zastępować nie tylko Hefajstiona (uczuciowo), ale i Statejrę (symbolicznie).

Aleksander (Pella)


Pozostaje jeszcze przyjrzeć się samemu Aleksandrowi w wersji M. R. Ja osobiście miałam dość zdecydowane przekonanie, że autorka jest w nim platonicznie zakochana, a przynajmniej idealizuje go w dziwaczny sposób. Better pray for your sins, for the gay messiah's coming, chciałoby się złośliwie zacytować Rufusa Wainwrighta. Aleksander jest - idealny. Doskonały. Genialny. Piękny. Jako dwunastolatek wygrywa potyczki. Jako dziecko rozumie skomplikowane intrygi polityczne. Żyje tylko dla miłości - swojej matki i ojca, żołnierzy, kochanka, wreszcie - Bagoasa. Renault miała świetny pomysł z metaforycznym przedstawieniem Aleksandra jako dziecka ognia, płonącego jaśniej niż ktokolwiek dookoła - ale z drugiej strony, jej Aleksander jest za ładny, za miły i za dobry jak na faceta, za którym ludzie poszli na koniec świata! Poza tym, zdobywca w wersji a la M. R. pozostaje wiecznym chłopcem - i to z bardzo mocnym zaakcentowaniem homoerotycznego kontekstu tego słowa... a ta chłopięcość i delikatność wcale nie czyni jego podbojów i militarnych sukcesów bardziej prawdopodobnymi. Do tego dochodzi historia Aleksandra jako kochanka, zaplanowana na oba pierwsze tomy: od naiwnego dziecka, pociągającego dorosłych swoją nietypową urodą, przez uległego eromenosa Hefajstiona, który przede wszystkim chce sprawić przyjemność ukochanej osobie i pogrąża się w smutku po każdym akcie miłosnym, aż po dojrzałego wreszcie do miłości erastesa Bagoasa. Zasadniczo wolę powieści psychologiczne od traktatów o sztuce wojny, ale w przypadku Renault - dokładnie tak jak w przypadku Zimmer Bradley - czasami chciałabym dowiedzieć się trochę więcej o wojnie i o historii, a trochę mniej o tym, jak autorka wyobraża sobie życie seksualne ideału.

Niby się podoba, ale się nie podoba. Niby się nie podoba, a spokoju nie daje.

poniedziałek, 31 grudnia 2007

Co nie schodziło z mojej osobistej playlisty w 2007 (odkryte w 2007, niekoniecznie wydane w 2007):

1. Stara miłość nie rdzewieje:

Radiohead, Videotape
Radiohead, Weird Fishes/Arpeggi
Radiohead, House of Cards
Radiohead, Jigsaw Falling Into Place

2. Mistrzowie:

Rufus Wainwight, Going To A Town
Rufus Wainwright, Rules And Regulations
Rufus Wainwright, Oh What A World!
Bruce Springsteen, Girls In Their Summer Clothes
...And You Will Know Us By The Trail of Dead, Wasted State of Mind
Alanis Morrissette, Everything
Snow Patrol, Chasing Cars

3. Nowe i nieoczekiwane:

The Wombats, Kill the Director
Fall Out Boy, The Take Over, The Breaks Over
Joanna Newsom, Clam, Crab, Cockle, Cowrie
Joanna Newsom, Sawdust and Diamonds
Sol Seppy, 1 2
Nina Nastasia, In the Graveyard
Nina Nastasia, Our Day Trip
Biffy Clyro, Machines

4. Nigdy bym się nie spodziewała:

My Chemical Romance, The Black Parade
My Chemical Romance, Teenagers
My Chemical Romance, Famous Last Words

5. Lepiej późno niż później, czyli klasyczne, a naprawdę docenione w 2007

Bob Dylan, Desolation Row
The Rolling Stones,
Jumpin' Jack Flash

 

 

I na koniec, na wspomnienie minionych właśnie świąt i tego, co się w ich czasie działo na świecie:

Simon & Garfunkel, Silent Night (7 O'Clock News)

Tagi: Radiohead
01:22, ninedin , Muzyka
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 30 grudnia 2007

Dziś, dla odmiany, o postaciach, których w literaturze, zwłaszcza fantasy, nie cierpię. Na pierwszy ogień idzie mój nr 2, jak chodzi o znienawidzony TYP postaci: tomboys.

 

Tomboys, czyli na pozór brzydkie i zwyczajne chłopczyce, które jednakowoż, kiedy tylko zdejmą okulary i wskoczą w mini (albo rozpuszczą włosy i założą suknię) okazują się niewiarygodnie piękne i seksowne. Są przy tym skromne i pełne kompleksów, a jednocześnie czują się w naturalny sposób lepsze od tych po prostu pięknych i seksownych. Przykład: Mercedes Lackey, The Fire Rose. Najpierw opis bohaterki oczyma trzeciej osoby, mężczyzny, jej ewentualnego pracodawcy:

(…) the girl was clad in the plainest of gowns, of the sort that a respectable housekeeper might wear. (…) She wore wire-rimmed glasses and she used no artifice to enhance her features. (…) But the soft cheek needed no rouge or rice-powder; the lambent blue eyes were in no way disguised by thick lenses. That slender figure required no over-corseting to tame it to a fashionable shape, and the warm golden brown of her hair was due to no touch chemicals to achieve that mellow hue of sun-ripened wheat. (s. 5)

Porównajmy, co sama bohaterka (dodajmy: dwadzieścia parę lat, prawie-doktorat z języków klasycznych, zna grekę, starofrancuski, łacinę klasyczną, staroniemiecki, łacinę średniowieczną, wszystkie języki staroceltyckie i hieroglify - oblałaby test na Mary Sue!) myśli sama o sobie:

As if any young man had ever, or would ever, look twice at me. Plain, too clever by half, and with the curse of always saying what I think. (s. 14).

Biedna skromnisia! Jest jakiś wewnętrzny fałsz w takich postaciach: z jednej strony, one mi na kilometr zajeżdżają Mary Sue. Ma się ponure wrażenie, że oglądamy wyidealizowane alter ego autorki albo idealną kochankę autora. To jest jednak mniejszy problem – znacznie bardziej irytujące wydaje mi się to, że te bohaterki egzystują w pewnym sensie poza czasem i poza realiami. Taka postać to jest po prostu współczesna młoda kobieta, żyjąca wg wspołczesnych zasad i wyznająca współczesne standardy cywilizacyjne. Zazwyczaj są to bohaterki rozumiejące, że kobiety są równe mężczyznom, mające sporo wyrozumiałości dla dzieci i zwierząt; często się kąpią, wiedzą, że nie szata zdobi człowieka, nie mają klasowych uprzedzeń i wyznają humanistyczny światopogląd; są przy tym pacyfistkami i generalnie bez problemu odnalazłyby się na dowolnym kampusie dowolnego współczesnego uniwersytetu, najlepiej w USA. I wszystko pięknie, tyle że zwykle nasza bohaterka jest jedyną tak zaawansowaną cywilizacyjnie osobą w świecie dookoła. Nie obowiązują jej mentalne ani kulturowe ograniczenia, które wiążą wszystkich innych bohaterów z jej świata. To ją wynosi ponad świat i ponad wszystkich dookoła, daje jej poczucie moralnej wyższości.... i w bolesny sposób przypomina, mnie przynajmniej, o poczuciu wyższości Stasia Tarkowskiego wobec biednych Murzynków. Nie do zniesienia.
Na dodatek mam też paskudne podejrzenie, że istnienie tego rodzaju postaci podważa sens pozostałych postaci kobiecych (dobra, trochę to niejasne). Wyjaśnijmy: chłopczyca jest zawsze lepsza i mądrzejsza od pozostałych kobiet, a poza tym - nie musi przejmować się tymi okropnymi babskimi sprawami. Ona jest ponad nie: ponad dom, dzieci, gotowanie, sukienki, zakupy... (albo ich ekwiwalenty fantasy) - i tak jest piękna i fascynująca, nawet bez dbania o stroje i urodę. Dla niej są te lepsze zajęcia: polowania, walka, jazda konna - te wszystkie fajne i cool rzeczy, którymi na co dzień zajmują się fajni i cool faceci, czyli wyższa forma bytu, do której tomboys są bardziej podobne niż inne istoty płci żeńskiej (Tylko proszę sobie nie wyobrażać, że Chłopczyca czuje się źle ze swoją kobiecością! Chłopczyca jest z definicji heteroseksualna i tylko czeka na Prawdziwą Wielką Miłość). Porównajcie, kochani, zawsze ślicznego i młodzieńczego Hajduczka z oszpeconą przez ciążę Krzysią Ketlingową, a zobaczycie różnicę:

Krzysia była zmieniona, przynajmniej w owym czasie, niepomiernie. Nie była tak wiotka i wysmukła jak dawniej i na twarzy była bledsza, przez co meszek nad jej ustami wydawał się ciemniejszy.
Zostały jej tylko dawne prześliczne oczy z niezmiernie długimi rzęsami i dawna w obliczu pogoda. Ale rysy jej, niegdyś tak cudne, straciły dawną subtelność: Mogło to być wprawdzie chwilowe tylko, jednakże Wołodyjowski, spoglądając na nią i porównując ją ze swą Baśką, mimo woli mówił sobie:
- Dla Boga! jak ja mogłem w tej się kochać tam, gdzie obie były razem? Gdzie ja miałem oczy?
Przeciwnie zaś Baśka wydawała się Ketlingowi prześliczną. Bo też była śliczna ze swoją płową, wichrowatą czupryną nasuniętą na brwi, ze swoją cerą, która straciwszy nieco rumieńców, stała się po chorobie do listka białej róży podobna.
(
Henryk Sienkiewicz, Pan Wołodyjowski, rozdz. 43)

To nie znaczy, że każda bohaterka, która nienawidzi szydełkować, jest od razu tym typem - Katherine Talbert u Kushner, która z jednej strony jest szczęśliwa, że się wyrywa z farmy i od babskich robót, z drugiej - marzy o pięknych strojach i dostaje histerii na rozkaz wuja, który każe się jej nosić po męsku, nie jest Chłopczycą, chociaż ma pewne cechy tej postaci. Tyle że Katherine jest wiarygodna i psychologicznie prawdziwa (i chyba na tym sprawa polega): nie jest chłopcem przebranym w damski strój, nie jest też idealną nowoczesną kobietą w quasi-średniowiecznym (albo quasi-wiktoriańskim) świecie. Ciri nie jest Chłopczycą - jest za mało idealna; Honor Harrington, z drugiej strony, jest. I nie ona jedna, niestety. Parafrazując Sarę Monette, chłopczyca jest jedną z tych rzeczy, bez których fantasy od dziś znakomicie mogłaby się obejść.

Mary Renault, The King Must Die (Król musi umrzeć, wyd. Esprit, Kraków 2006)
Mary Renault, The Last of the Wine
Specjalnie dla Drakainy , która napisała wczoraj o filmach i książkach dotyczących starożytności: Fakt, że również spora część literatury usiłującej tym kostiumem operować, popada w nieznośny kicz.

Dwie naprawdę znakomite powieści autorki przez wielu uwielbianej, przede mnie lubianej warunkowo: dopóki Renault nie pisze o postaciach, w których wydaje się platonicznie zakochana (Aleksander nasuwa się jako najbardziej oczywisty przykład), jest rzeczywiście jedną z najwybitniejszych, jeśli nie najwybitniejszą współczesną autorką powieści historycznych. W The King Must Die absolutnie imponujące jest jej przetworzenie mitu labiryntu, rekonstrukcja kultury kreteńskiej i pomysł na historię Ariadny. Pewnie, można się mieć uwagi do historycznej akuratności jej wizji kultury Krety i kultu Bogini w Grecji, widzieć w nich nadmierną inspirację kontrowersyjnymi naukowo pomysłami Roberta Gravesa, ale na szczęście The King Must Die nie jest traktatem historycznym, tylko powieścią, i jako powieść trzeba go oceniać - a literacko i stylistycznie jest to literatura naprawdę wysokich lotów.
Pora jednak na łyżkę dziegciu w tej beczce miodu, którą jak dotąd wylałam na Mary Renault; a ta łyżka dziegciu dotyczy tego, jak Renault przedstawia kobiety. Postacie męskie w jej powieściach napisane są zwykle bardzo dobrze (Filip w Ogniu z niebios, Aleksias w The Last of the Wine), i to samo tyczy się Król musi umrzeć. Zwłaszcza Tezeusz udał się autorce jako postać: sposób, w jaki z mitycznego herosa Renault zrobiła bohatera z krwi i kości, wiarygodnego i intrygującego zarówno w swych zaletach, jak i wadach, zasługuje na najwyższą pochwałę. Niestety, kobiety u Renault niemal zawsze są albo potworami, albo kompletnie bezwolnymi żałosnymi ofiarami i rzadko, niestety, są przy tym interesujące - a bohaterki opowieści o Tezeuszu nie są pod tym względem wyjątkowe; mało widziałam, nawet u niej, postaci równie irytująco jednowymiarowych jak królowa-kapłanka z The King Must Die; Ariadna z kolei jest u Renault ofiarą zdegenerowanej kultury, która ją wydała, chętną do pomocy, głupiutką, a przy tym - mającą, czego dowodzi scena misteriów na Naksos, paskudnie sadystyczny mean streak. U Renault wszystko, co w życiu wartościowe - przyjaźń, miłość, dzielność, braterstwo - wydaje się zarezerwowane dla świata mężczyzn. Kobiety wkraczają w ich świat jako uzurpatorki (Roksana w Perskim chłopcu), przychodzą, by niszczyć (Medea w Król musi umrzeć), narzucają swoją wolę siłą, by nie rzec gwałtem (Olimpias w Ogniu z niebios), w żałosny i skazany na klęskę sposób usiłują się upodobnić do mężczyzn (Eurydyka w Igrzyskach żałobnych). Prawdziwa miłość, prawdziwa przyjaźń, możliwe są tylko między mężczyznami: procul, o procul este, profanae.

W The Last of the Wine mężczyźni-bohaterowie są równie interesujący, jak w opowieści o Tezeuszu, a bohaterka - nieco bardziej realistyczna; i to nawet mimo faktu, że historia cała jest o szaleńczej homoerotycznej miłości, ergo można by się było spodziewać typowej dla M.R. (patrz Perski chłopiec) egzaltacji. Tymczasem The Last of the Wine jest bardzo pięknie napisaną historią erastesa i eromenosa, w starannie oddanych realiach wojny peloponeskiej, z galerią autentycznych postaci (w tym Sokratesem, Platonem i Ksenofontem) i z niezwykle realistycznymi portretami psychologicznymi. Rzadko mi się zdarza mieć ściśnięte gardło przy lekturze tak jak w momencie, kiedy Aleksias wynosi swojego świeżo urodzonego braciszka, żeby go pozostawić na śmierć. Piękna, piękna książka.

Stela nagrobna

sobota, 29 grudnia 2007

C. S. Friedman, Black Sun Rising
C. S. Friedman, When True Night Falls
C. S. Friedman, Crown of Shadows

bezczelna autoreklama {eng}

Jeżeli ktoś powinien był (z wieku i z urzędu) znaleźć się na pierwszym miejscu listy bohaterów, to niewątpliwie nie kto inny. Było nie było, jest to jedyny facet, dla którego uległam zakazanej pokusie.

Do Tarranta jak do mało kogo pasuje powiedzenie Josepha Campbella z The Power of Myth: The great sinner is the great awakener of God to compassion. Bohater Friedman ma w swojej biografii wszystko to, co szanujący się bohater romantyczny mieć powinien: tragiczne dzieciństwo, wielką miłość, geniusz wynoszący go ponad resztę ludzkości, położone dla tej ludzkości zasługi, krzywdę z cyklu nikt nie jest prorokiem we własnym kraju, śmiertelną chorobę, faustowski pakt z diabłem i krwawą ofiarę z tego, co najbardziej ukochane, tysiąc lat wampirycznej egzystencji w roli potwora z legend, mesjańskie poświęcenie dla dobra innych, odkupienie przez przyjaźń i dzięki miłości. Friedman, której już w debiutanckim In Conquest Born udało się stworzyć kilka intrygujących i niebanalnych postaci, tu naprawdę pokazała, jak znakomicie idzie jej kreowanie charakterów, odwołujących się do kulturowych archetypów.
Tarrant jest, po pierwsze, postacią nieco podobną w swej dumie, buncie i uporze do Miltonowskiego Lucyfera. Jak on, był niegdyś pierwszym ze sług Boga - reformatorem, a de facto twórcą Kościoła na swej rodzinnej planecie Ernie, autorem dużej części świętych ksiąg ernańskiego kanonu. W swej dumie, w poczuciu bycia niezastąpionym, zbuntował się przeciw własnemu losowi i śmiertelnej chorobie, która go dopadła w wieku niespełna trzydziestu lat. Jak Lucyfer, upadł: z Proroka stał się nieumarłym Łowcą, potworem, którym straszono dzieci i którego mroczny cień padał na cały kontynent. Jak Lucyfer, był w swej piekielnej egzystencji najgłębiej nieszczęśliwy - do czego nader niechętnie, nawet przed sobą, się przyznawał.
W oczywisty sposób Tarrant, który zawiera pakt z szatańskimi siłami, jest postacią faustowską. Jak Faust, układa się z ciemnymi mocami w imię zdobycia wiedzy, nie mogąc pogodzić się z faktem, że zabraknie mu czasu. Faust miał swoją Małgorzatę, która wybaczyła mu, to co zrobił, tak jak Tarrantowi wybaczyła torturowana przez niego żona, Almea - a jej wybaczenie stało się początkiem jego ocalenia.
Tarrant jest, przy tym wszystkim, postacią, która nosi bardzo wyraźne rysy mesjańskie i prometejskie. Jak Prometeusz, przynosi światło ludzkości - światło nie tyle wiary, wbrew pozorom, co nadziei, bo zdaniem Tarranta, zawsze pragmatyka, jeżeli boga nie ma, należy go stworzyć siłą wiary i modlitwy. Już w dwu pierwszych tomach powieści widać wyraźnie, że Tarrant, choć sam podkreśla, że jest potworem i że dba przede wszystkim o siebie, w jakiś sposób wciąż służy kościołowi, a przede wszystkim - ludzkości (por. dyskusję Geralda z Damienem:
D.: “You’re no servant of the Church!”G.: “Oh, I am that. More than you can possibly understand”, Black Sun Rising, s. 249). Widoczne jest to najpierw w jego spontanicznej decyzji, by interweniować w bieg wydarzeń na drugim kontynencie, nie dopuścić do triumfu sadystycznego demona Calesty - i w ten sposób złamać zasady własnego paktu z szatanem. Jeszcze wyraźniej widać to w jego ostatecznym poświęceniu się dla zniszczenia Calesty. A nie jest to tylko poświęcenie życia: Tarrant wie - nie spodziewa się, nie podejrzewa, wie - że po śmierci czeka go piekło, że nic, co zrobi, nie zrównoważy tysiąca lat życia kosztem cierpienia i śmierci innych. Jest więc Tarrant nieśmiertelnym, których dla śmiertelnych i ich dobra wyzbywa się nie tylko życia, ale i wszelkiej nadziei, wszelkiej przyszłości, skazując się nie tylko na śmierć, ale na wieczne męki.
Na szczęście dla czytelników, Friedman nie ograniczyła się do nadania swojemu bohaterowi wyłącznie tragicznych cech bohatera romantycznego. Tarrant jest przy tym sarkastyczny, cyniczny i piekielnie inteligentny, a jego wymiany "uprzejmości" z towarzyszem podróży, kapłanem z rycerskiego zakonu, Damienem Vrycem, są pełne wyszukanych złośliwości... choć w pewnym momencie obok ledwie zawoalowanych obelg i zjadliwej ironii pojawia się autentyczne zrozumienie i przyjaźń (a opis emocji, dodajmy na marginesie, wyszedł Friedman tak dobrze, że 90% fanfików odwołujących się do jej trylogii widzi, najoględniej mówiąc, miłość w miejscu przyjaźni... raczej wbrew intencjom autorki).
Tarrant jest wcieleniem sprzeczności. Nieśmiertelny, ale zależny od zawartego z ciemnymi mocami paktu. Obdarzony niewiarygodnym magicznym talentem, ale żyjący w ciągłym lęku przed słońcem i światłem. Prorok i potwór, dręczyciel i ofiara, zostaje przyjacielem swojego wroga, wybawcą człowieka, któremu wymordował rodzinę, zbawcą ludzkości, którą przez tysiąc lat dręczył. Prześladowany w dzieciństwie mały odmieniec staje się najpierw szanowanym doradcą, potem uwielbianym prorokiem, potem przeklętym magiem, potem otoczonym zabobonną grozą potworem, a potem - znów człowiekiem; żyje, umiera, staje się nieumarłym, umiera, ożywa. Tarrant jest mężczyzną, który jak kobieta rozumie, co to znaczy być słabym, być poddanym, żyć w strachu przed fizyczną przemocą. Jest ucieleśnieniem zakazanej pokusy i seksualnej przemocy, niezdolnym do erotycznej miłości; jest mordercą, który najbardziej boi się spotkania z jedyną kobietą, którą kochał i którą zabił. Jest sługą kościoła, twórcą kościoła, wrogiem kościoła i tego kościoła ostatnią nadzieją; jest największym z magów Erny, który pomaga odciąć swój świat od magii. Nic w nim nie jest określone do końca, oczywiste, przewidywalne. I chyba nie znam czytelnika, który oparłby się jego urokowi.

Contradictions

 

tak trochę a propos:

do obejrzenia

do posłuchania

I sucked the moon
I spoke too soon
And how much did it cost?
I was dropped from
Moonbeams
And sailed on shooting stars

Maybe you'll
Be president
But know right from wrong
Or in the flood
You'll build an Ark
And sail us to the moon

radiohead, sail to the moon

look and see

Impresja - słońce po drodze

piątek, 28 grudnia 2007

Dreampeople, czyli postacie literackie. Ulubione. Albo znienawidzone. Albo po prostu prześladujące i nie dające spokoju.

Na początek: Alec Campion

Ellen Kushner, Swordpoint
Ellen Kushner, The Priviledge of the Sword
Ellen Kushner & Delia Sherman, The Fall of the Kings, poniekąd
Ellen Kushner & Delia Sherman, "The Swordsman Whose Name Was Not Death"
Ellen Kushner, "Red-Cloak"
Ellen Kushner, "The Death of the Duke"

Alec Campion of Tremontaine trafia na początek tej listy dość z przypadku, bo ani na niej najnowszy, ani najdłużej obecny; po prostu chwilowo siedzi w moje głowie i pcha się pod pióro (czytaj: klawiaturę).

Alec (Alexander David Tielman Campion of Tremontaine), określony swego czasu - nader trafnie - przez Michaela Swanwicka mianem "the boyfriend from Hell". Przystojny, ale nie zanadto. Histeryczny. Zmienny. Neurotyczny. Nieznośny. I, cholera, jednak intrygujący.
Kiedy pojawia się pierwszy raz, nikt nie ma najmniejszych wątpliwości, że jest arystokratą, tyle, że się do tego nie przyznaje i dostaje szału na samą myśl o tym, że ktoś pozna jego sekret. Jest taka scena w Swordpoint, kiedy Alec jest na granicy uduszenia, w scenie miłosnej, osoby, którą kocha - tylko dlatego, że wie, iż takiej chwili wygadałby każdą tajemnicę, w tym tę, której strzeże najpilniej: wystarczyłoby zapytać.
Omal nie uduszony w opisanej wyżej scenie Richard St. Vier ma do Aleca świętą cierpliwość. Dba o niego, toleruje jego histerie, spełnia jego kaprysy - łącznie z tymi najpaskudniejszymi. Alec jest zepsuty bardziej niż Bosie Douglas w filmowym Wildzie, jego ulubioną rozrywką jest podpuszczanie pijanych idiotów w Riverside, aby go obrazili, bo wtedy Richard ich zabije. Poza tym Alec pije (za dużo) i sypia (z kim popadnie) - im starszy, tym więcej alkoholu, narkotyków, panienek i chłopców potrzebuje. Jako czterdziestolatek, po rozstaniu z Richardem, jako zabawkę weźmie sobie córkę swojej ukochanej siostry, nastoletnią Katherine, bynajmniej nie zachwyconą faktem, że ma jechać do stolicy na dwór wuja zwanego Szalonym Księciem. Alec jako Szalony Książę słynie z ektrawagancji, zepsucia i boskiej dekadencji, jak powiedziałaby Sally Bowles w Kabarecie. Sceny, w których tarza się po podłodze w towarzystwie szesnaściorga nagich osób płci obojga nie są w jego domu niczym dziwnym. Podobnie jak fakt, że mieszka u niego paskudnie gruba i pyskata baba, z którą on się prowadza, albo że ma nastoletniego służącego, z którym zapewne sypia. Pamiętliwy jest przy tym jak diabli, a i miłosierdziem nie grzeszy. Ten oto uroczy obrazek nieźle sumuje tę stronę jego natury.
I tak się nam wyłania, z tego co napisałam, obraz typowego książkowego "buntownika bez powodu", siódmej wody po wszelkich Arthurach Rimbaudach tego świata; ale Ellen Kushner jest - nie przesadzając! - jedną z najlepiej rozumiejących ludzką naturę autorek fantasy, która na dodatek do opisanej powyżej boskiej dekadencji potrafiła obdarować swojego bohatera wiarygodną i rzeczywiście interesującą charakterystyką. Alec nigdy nie przestaje być narcystyczny i autodestrukcyjny, nigdy też Kushner nie pozwala nam zapomnieć o jego paskudnych cechach charkteru. Przy tym jednak czytelnik nie ma wątpliwości co do jego inteligencji i wrażliwości. Od pewnego momentu jest też jasne, że Alec naprawdę kocha Richarda (dla którego wyrzeka się ukochanej anonimowości), że zmuszenie siostry szantażem do oddania mu Katherine naprawdę ma na celu dobro dziewczyny i że za rzekomą indolencją i hedonizmem kryje się całkiem poważna chęć manipulowania (tak, i to paskudnego manupulowania!) radą rządzącą państwem dla tegoż państwa dobra. I że jego relacje z Grubą Babą (tak sobie pozwalam przetłumaczyć Fat Girl u Kushner), z Katherine i z młodym Marcusem są znacznie mniej oczywiste, niżby się wydawało.
Kushner jest znaną wielbicielką Dorothy Dunnett, co w oczywisty sposób zachęca do porówniania jej głównego bohatera z Francisem Crawfordem Dunnett. Podobieństwa wydają się spore, ale najbardziej intrygujące są dwa: po pierwsze, zarówno jeden, jak i drugi są wcieleniem sprzeczności (a living paradox, że użyję pięknego sfromułowania Celii Friedman), a dzięki temu, za każdym razem, kiedy odsłania się nowa strona ich osobowości, zmienia się perspektywa czytelnika i jego/jej interpretacja uprzednich zdarzeń. Po drugie - obaj mają irytujący zwyczaj niedzielenia się z nikim, nawet z najbardziej zaufanymi i ukochanymi osobami, swoimi planami. Francis przez to bez przerwy pakuje się w tragiczne w skutkach kłopoty (Philippa w haremie?); Alec jedynie zarabia na opinię najbardziej zdegenerowanego z arystokratów. Dzielnie dotrzymują im w tym kroku narratorzy; w efekcie, sporą część historii (w tym tę dotyczącą emocji i uczuć) czytelnik musi dopowiedzieć sobie sam, składając ją z okruchów, fragmentów i subtelnych sugestii.
Zarozumiały, sarkastyczny, przekonany o własnej wielkości i nedurotycznie autodestrukcyjny, Alec C. nie byłby zapewne najmilszym kompanem na, powiedzmy sobie, rodzinnym obiedzie, chyba że właśnie zamierzalibyśmy rodzinę zszokować. Ma jednak w sobie coś fascynującego - zarówno wtedy, kiedy jego przewrotna inteligencja pomaga mu poniżać przeciwników i robić durni z rywali, jak i wtedy, kiedy - w jednej z najpiękniejszych scen miłosnych, jakie widziałam w literaturze fantasy - bezlitośnie analizuje motywacje Richarda, który wcześniej równie bezlitośnie podsumował jego własne obsesje i pokazal, jak bardzo jego eks-kochanek jest samotny i nieszczęśliwy. Kushner, odsłaniając kolejne obrazy charakteru Aleca, nie zmienia go w anioła, w Zorra o dwóch twarzach: Alec, nawet kiedy jest trochę szczęśliwszy, nie traci swoich niebezpiecznych cech, nie wyzbywa się obsesji; ale jest w tych obsesjach z jednej strony niemal-mityczny, z drugiej - bardzo ludzki.

czwartek, 27 grudnia 2007

Będzie pewnie więcej i o tych książkach, i o tych autorach, ale na razie:

Książki, które najbardziej mi zalazły za skórę w 2007*

(uwaga nr 1: nie wszystkie ukazały się w 2007!)

(uwaga nr 2: niektóre czytałam już wcześniej, przeczytałam jeszcze raz i dopiero dotarło)

(uwaga nr 3: kolejność alfabetyczna wg nazwisk autorów)

1. Susanna Clarke, The Ladies of Grace Adieu and Other Stories (i tak, wiem, że to się po polsku nazywa Damy z Grace Adieu, ale przyjmuję zasadę, że jak czytałam in English, to tytuł też będzie oryginalny);

2. Hal Duncan, Vellum (Welin);

3. Dorothy Dunnett, The Lymond Chronicles (t. 1: The Game of Kings, t. 2: Queen's Play, t. 3: The Disorderly Knights, t. 4: Pawn in Frankincence, t. 5: The Ringed Castle, t. 6: Checkmate);

4. Eurypides, Andromache;

5. Ellen Kushner, Swordpoint oraz The Priviledge of the Sword;

6. Sarah Monette, The Doctrine of the Labyrinths (t. 1: Melusine, t. 2: The Virtu, t. 3: The Mirador);

7. Sarah Monette, The Bone Key: The Necromantic Mysteries of Kyle Murchinson Booth;

8. J. K. Rowling, Harry Potter and the Deathly Hallows;

9. Marguerite Yourcenar, The Memoirs of Hadrian (czytałam in English, stąd tytuł angielskiego przekładu zamiast polskich Pamiętników Hadriana);

Leda z łabędziem, muzeum w Tessalonice

A zamiast nru 10 będzie jeden niezapomniany wiersz:


Lucille Clifton

leda 3

a personal note (re: visitations)

always pyrotechnics;
stars spinning into phalluses
of light, serpents promising
sweetness, their forked tongues
thick and erect, patriarchs of bird
exposing themselves in the air.
this skin is sick with loneliness.
You want what a man wants,
next time come as a man
or don't come.

*Zalazły za skórę = spać nie dawały, wrzeszczały "skończ mnie, choć jest 3.00 w nocy", kazały zanudzać znajomych opowiadaniem i pisać tasiemcowate recenzje, et cetera, et cetera, et cetera.

Filozoologia (n), dziedzina nauki zajmująca się opisem bytów wywiedzionych ze słownika terminów literackich.

 

Zeugma, z gr. zeugnymi, „łączę”, niebezpieczny pasożyt filozoologiczny spotykany przede wszystkim w starych budynkach, w tym często w siedzibach uniwersytetów. Zeugma ma kształt ludzkiego mózgu o ponadnaturalnych rozmiarach. Osiada na głowie i wypuszcza myślomacki, którymi wsysa się w mózg żywiciela, powodując nieodwracalne zmiany w ośrodkach odpowiedzialnych za mowę i myślenie. Nazwa zeugmy związana jest z jej charakterystyczną cechą, jaką jest zmuszanie zainfekowanego pasożytem uczonego lub studenta do generowania dziwacznych i nie mających sensu struktur semantyczno-syntaktycznych, łączących (zeugnynai) dość dowolnie nie mające ze sobą żadnego powiązania dziedziny umysłowej aktywności i tworzących skomplikowany labirynt mieszanych metafor o potencjalnie fatalnym charakterze. Jak ujął to znakomity znawca problematyki, A. Biotos, zeugma buduje w umyśle niekończące się mosty ad absurdum. Specyfiką zeugmy jest fakt, że owe nie mające w rzeczywistości znaczenia konstrukty zachowują pewne pozory spójności i naukowości, co często pozwala osobom zainfekowanym uniknąć wykrycia, nieraz przez bardzo długi czas.

Wydaje się, że ze względu na swój niezwykle charakterystyczny wygląd zeugma powinna być łatwo wykrywalna i rozpoznawalna. Niestety, dwie jej cechy czynią wykrycie pasożyta niemal niemożliwym. Po pierwsze, barwa zeugmy to tzw. oktaryna, ósmy kolor tęczy znajdujący się poza spektrum ludzkiego widzenia. Po drugie, zainfekowany zwykle nie jest w stanie wyczuć jej ciężaru; zeugma ma bowiem we krwi, zamiast hemoglobiny, geisteninę, związek chemiczny oparty na metalu lżejszym od powietrza. Na dodatek, w miejscach, gdzie istnieją większe kolonie zeugm (kampusy akademickie, siedziby instytutów filologicznych) w powietrzu unoszą się spore ilości gazowych odchodów pasożyta. Niewyczuwalne węchem, maja one lekko halucynogenny charakter, generując ataki łatwowierności, pozwalające brać bełkot zarażonych zeugmą nieszczęśników za dobrą monetę.

Efekty działalności zeugmy wielokrotnie opisywano w literaturze, zarówno naukowej, jak i pięknej. Tutaj pozwolimy sobie przywołać tylko jeden przykład. Ilekroć mówimy „król jest nagi”, powinniśmy pamiętać, że w rzeczywistości okrzyki widzów dowodziły kompletnej filozoologicznej interpretacji: nowe szaty cesarza istniały naprawdę i były wykonane z błon mózgowych zeugmy.

Często jednak rola zeugmy w rozwoju ludzkości bywa znacząco przeceniana. Heretyckie odłamy zoofilologów posuwają się wręcz do stwierdzenia, że sporą część dzisiejszej nauki, przede wszystkim zaś gros dorobku szkół filologicznych i filozoficznych, zawdzięczamy wpływowi tego właśnie pasożyta. Takie niczym nie poparte stwierdzenia zawistników i ignorantów należy zdecydowanie odrzucić jako nienaukowe i spowodowane wyjątkowo niskimi pobudkami.

(dla a.f.; i dla sobie samej, bom smutna i sama pełna winy)

Anne Bishop, The Black Jewels Trilogy:

Daughter of the Blood (1998)
Heir to the Shadows (1999)
Queen of the Darkness (2000)

i spoza serii, ale w tym samym świecie:

The Invisible Ring (2000)

Z cyklu: nadrabianie zaległości w lekturze lepszej i gorszej fantasy.

Anne Bishop zyskała pewien tym cyklem pewien rozgłos... i momentami się nie dziwię. Pomysł na świat i realia miała błyskotliwy: nie tyle świat, co światów hierarchiczna trójca (Światło, Ciemność, Zmrok), z magią organicznie powiązaną z ludzką seksualnością, ze specyficzną, także bardzo hierarchiczną organizacją społeczną, opartą z jednej strony na klasie społecznej, z drugiej - na poziomie zdolności magicznych; te zaś są natychmiast widoczne po kolorze klejnotów noszonych przez konkretną osobę. W tym świecie role światła i ciemności są odwrócone: to do ciemności, Nocy-matki, pamiętanej z czasów przed narodzeniem i przynoszącej spokojny sen, wznosi się modlitwy; to ciemna, a nie jasna barwa klejnotów jest powodem do dumy. Świetny pomysł miała też Bishop na koncepcję Strażników (Guardians) - nieśmiertelnych, nie-umarłych, wampirycznych istot, nie całkiem martwych, prawie żywych. Do tego udało się jej stworzyć kilka wciągających wątków, dzięki czemu The Black Jewels Trilogy czyta się przyjemnie i, że tak powiem, bezboleśnie.

No ale. Są też, niestety, rzeczy, pomysły i idee, które się autorce nie udały. Ba, niektóre z nich się jej wręcz NIE UDAŁY, dużymi literami.

Zacznijmy od imion, zmory Anne Bishop. Niby drobiazg, a przeszkadza: co rusz napotykamy jak nie bohaterkę imieniem Kalush, to straszliwą szwarccharakterkę nazwiskiem Sa Diablo, jak nie dziewczę imieniem Surreal (w high fantasy, mind you!), to kolejne n+1 osób z imionami zawierającymi tajemnicze ae (Saetan, Daemon, Jaenelle - a to tylko trójka głównych bohaterów cyklu!). Do tego wszystkiego zaplątali się, chyba z innej bajki, a to jakiś Aaron, a to Wilhelmina... Słowem, groch z kapustą, przyprawiony odrobiną Mrocznej Tajemniczości Lingwistycznej.

Po drugie - nieznośne przemieszanie mdlącej cukierkowej słodyczy i śliczności z fragmentami porażającymi (że zacytuję) bezsensownym i do niczego nie prowadzącym okrucieństwem, a miłej domowej atmosferki z mega-epicką perspektywą. W efekcie mamy np. od dziesiątek tysięcy lat chodzącego po tym świecie mrocznego i wszechpotężnego władcę Kraju Zmarłych, który żyje w ciągłym strachu przed kucharką na własnym dworze i boi się spóźnić na obiad. Byłby to zabawny pomysł w komicznej fantasy a la Pratchett czy Tom Holt; w epice niekoniecznie działa. Jeszcze gorzej działa, niestety, mieszanie słodyczy ze świeżo przelaną krwią: z jednej strony, mamy sceny domowe, w których poziom cukierkowości niebezpiecznie zbliża się do normy właściwej dla Plebanii. Z drugiej, parę stron dalej mamy spore szanse być na przykład świadkami sceny, w której nasz (pozytywny) bohater, zmuszony szantażem do miłości francuskiej z Bardzo Złą Kobietą, pozbawia ją przy tej okazji większości zewnętrznych narządów płciowych. Pani B., dodajmy, w takich sytuacjach serwuje nam bezlitośnie wszelkie anatomiczne detale.

W konstrukcji fabuły głównym problemem Bishop wydają się motywacje bohaterów: dość często coś dzieje się nie dlatego, że tak wynika z kontrukcji psychologicznej charakterów, tylko dlatego, że autorce tak się podoba i tak pasuje. Przykład? Wyobraźmy sobie, że mamy ukochanego brata, który towarzyszy nam lojalnie od tysięcy lat, jest gotów za nas umrzeć i nigdy, ale to nigdy nie łamie danego słowa, a krzywdą niewinnych się brzydzi. Z drugiej zaś strony czyha Zła Kobieta, fałszywa i przewrotna, kłamiąca dla czystej przyjemności zrobienia innym na złość, nienawidząca wszystkiego, co cenimy. Zła Kobieta przychodzi i raczy nas opowieścią o podłości naszego brata. Bez dowodów - tylko mówi. Wierzymy jej? My może nie, ale bohaterowie Anne Bishop wierzą bez zastrzeżeń i bez choćby zapytania tej drugiej strony o jej wersję wydarzeń... Fakt, autorka musi tego oskarżonego brata unieszczęśliwić i popchnąć na skraj autodestrukcji, ergo musi go pozbawić wsparcia jedynej rodziny, jaka mu została... Postacie Bishop generalnie są nieźle zaplanowane, ale raczej źle napisane: z całego grona jej bohaterów żywiłam pewną sympatię do wyżej wzmiankowanego władcy piekieł; poświęcająca się dla świata słodka mesjańska Jaenelle głównie mnie irytowała, a Złe Kobiety (nie, one się nie nazywają Złe Kobiety; każda ma długie, pretensjonalne i kompletnie bezsensowne imię) jakoś mało przerażały.

No i wreszcie problem największy: decorum, słowo, które w słowniku autorki wydaje się nie występować. W efekcie z jednej strony mamy high fantasy z perspektywą czasową sięgającą dziesiątek tysięcy lat, z postaciami, które te dziesiątki tysięcy lat żyją, z losem całego świata wiszącym na włosku, z narodzinami zbawicielki tego świata, wyśnionej przez setki pokoleń istot... a z drugiej, w mrocznej i pradawnej twierdzy Władcy Piekieł potomkini tegoż robi kuzynowi awanturę o niespuszczanie deski w klozecie. Dodajmy, że Złe Kobiety tego świata kontrolują potężnych magów przy pomocy nałożenia im na części intymne zabawki rodem z seks-shopu i że głównym dowodem na czyjąś Mroczność i Tajemniczość jest fakt noszenia obcisłych skórzanych spodni. Erotyzm w powieści Bishop jest w ogóle próby seks-shopowo-fetyszystyczno-sadomaso-kiczowatej, jak z marzeń nastoletniej gotki.

Efekt: zmarnowana szansa na znakomitą i oryginalną w swoim gatunku powieść; zamiast tego - znośne czytadło.

trochę mrocznie i cmentarnie

środa, 26 grudnia 2007

Zima. Ulubiona pora roku.

nad Sołą

Pod choinką był tym razem Lód Jacka Dukaja, a że przed świętami kupiłam sama sobie w prezencie Pamiętniki Hadriana Marguerite Yourcenar i ostatni tom The Lymond Chronicles Dorothy Dunnett (700 stron!), to w tej chwili mam problem z cyklu "osiołkowi w żłoby dano"...

23:13, ninedin , Inne
Link Dodaj komentarz »
1 ... 36
 
| < Listopad 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
O autorze
Zakładki:
Autorzy
Blogi
Miejsca: różne
Omnia mea
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...