wtorek, 06 października 2015

Dzisiaj będzie dość krótko, bom wkurzona.

 


WARNING: MAKABRA (serio, makabra), PORNOGRAFIA (gejowska), TYLKO DLA DOROSŁYCH.

 

O bogowie, CO JA SOBIE ZROBIŁAM.

Biorę udział w fejsbukowej akcji "Październik miesiącem doczytywania książek". OK, mam do dokończenia jedną dobrą książkę, którą świadomie odłożyłam na lepsze czasy. Ale nie, po dwóch dniach pracy nad artykułami, prezentacjami etc. inni jacyś szatani mnie skusili, żeby najpierw sięgnąć po niedokończony kiedyś horror.

Exquisite Corpse Poppy Z. Brite'a (*) mam z jakichś pradawnych czasów, kupione chyba w pakiecie z Lost Souls, czyli pewnie w czasach, kiedy prowadziłam RPG (WoD) i czytywałam książki o wampirach (LS) jako inspirację (daaaaawno). Zaczęłam kiedyś, nie zmogłam, a przypomniałam sobie o tej powieści w tym roku, przy okazji oglądania III sezonu Hannibala, bo jakoś skojarzył mi się on właśnie z tą powieściową makabryczno-słodką, romansowo-upiorną stylistyką. Choć, po prawdzie, gdzie tam 'Hannibalowi', nawet w III sezonie, do poziomu generowanego w Exquisite Corpse kiczu i makabry.

Zasadnicza fabuła rozgrywa się między czterema postaciami. Andrew Compton, pierwszoosobowy narrator powieści, zdążył zabić i zgwałcić (w tej kolejności) 23 chłopców, zanim a) trafił do więziennego szpitala psychiatrycznego, b) przy pomocy supermocy pt. wyłączenie sobie oddechu i pulsu stamtąd uciekł. Uciekłszy, trafił z Londynu do Nowego Orleanu, gdzie na jego drodze pojawił się Jay Byrne, milioner-morderca-kanibal, który żyje w dekadenckiej posiadłości, a w byłych kwaterach niewolników trzyma rozkładające się ciała swoich ofiar - znaczy, to, czego nie zjadł. Zanim napotka Andrew i zrozumie, ze wzajemnością, że spotkał miłość swego życia, ma obsesyjną ochotę zabić swojego dilera LSD, ślicznego jak marzenie, smukłego, niewinnego, a jednocześnie wiecznie napalonego i zepsutego do szpiku kości osiemnastoletniego (ale wygląda na 15) geja wietnamskiego pochodzenia, Trana. Tran się kocha w Jayu, ale ma traumę; traumie winny jest czwarty z głównych bohaterów, zarażony HIV eks-facet Trana, Luke Ransom. Ghastly handsome Luke jest autodestrukcyjnym, psychopatycznym i marzącym o tym, by Trana zarazić AIDS (**) pisarzem, który we frustracji, wściekłości i lęku przed nieuchronną wtedy śmiercią zajmuje się chwilowo prowadzeniem pełnych wulgaryzmów audycji w pirackim radiu... póki się nie dowie, że Tran jednak chce się spiknąć z Jayem, a jemu, Luke'owi, wydaje się to niebezpieczne. Plus seks, krew, mordy, seks, seks z rozkładającymi się ciałami, seks ze świeżymi ciałami, zjadanie ciał, AIDS, seks, mordy, krew, seks. 

Estetyzacja - przy pomocy poetyckiej prozy nie tak całkiem odległej, momentami, od osiągnięć autorów Harlequina - aktów takich jak zjadanie przez bohaterów-kochanków psujących się od tygodni zwłok własnych ofiar, jak akty nekrofilii ukazywane jako akty namiętności czy wreszcie jak tortury i brutalne morderstwa z detalami udręczonych ciał ofiar - zajeżdża, przynajmniej mnie, efekciarstwem i poczuciem "Wow, jak ja fajnie umiem epatować". Dodajmy do tego trochę takich wrzuconych w trzeci plan mini-motywików jak dwaj bracia-geje, z których starszy uwodzi nieletniego młodszego i zaraża go AIDS, będąc przy tym jego jedyną prawdziwą miłością (młodszy po latach popełnia samobójstwo po ty, jak starszy umarł na AIDS). Plus, poziom pornograficzności - i nawet nie chodzi o seks (a tu niemal nie ma strony bez detalicznego opisu gejowskiego seksu, często z dodatkiem nekrofilii, tortur i gwałtów), co raczej o przemoc, o opisy mordów i o tarzanie się, zarówno dosłowne, jak i metaforyczne, w płynach ustrojowych, w tym tych produkowanych przez ciała w różnych stopniach zaawansowanego rozkładu... Chyba nawet mnie, dość odporną na makabrę w literaturze, to przerasta.

Acz najbardziej chyba mnie wkurza i irytuje pretensjonalność i kiczorność faktu, że w centrum tego wszystkiego leży romans dwóch takich seryjnych morderców, pięknych, inteligentnych i fascynująco (przynajmniej tak mi się wydaje być w autorskiej intencji) w swej ostatecznej deprawacji pociągających. Panowie się spotykają, wiedzeni nieomal-przeznaczeniem i widzimy, oczyma jednego z nich (który jest także jednym z narratorów), jak znajdują w sobie prawdziwą, nadludzką, przekraczającą miarę zwykłych ludzi, namiętną miłość. Dookoła pełno słodkich, nastoletnich, do cna zdeprawowanych, ślicznych i uzależnionych od heroiny chłopców o gibkich ciałach, jedwabistych pośladkach i opadających na ramiona falach czarnych włosów. A wszystko to w Nowym Orleanie, pełnym dekadencji i krokodyli. Brrrr.

Oczywiście moje zdegustowanie  jest, jak podejrzewam, dokładnie tym, na co liczył autor - powieść wydaje się wyliczona na efekt szoku. Jednocześnie - co trochę widać w netowych recenzjach - ten sposób działa dość skutecznie, bo część fanów powieści (a nie miejcie wątpliwości, ta powieść ma fanów!) ma poczucie przynależności do elitarnego klubu tych rozumiejących i z otwartymi umysłami (może cytacik? (...) Exquisite Corpse was fantastic! I have never read anything quite like it before. It challenged my narrow world view, consumed my mind as I read it, and afterwards it left me in a stunned stupor, stąd). No więc mojego narrow world view powieść nie poszerzyła - zwłaszcza że przy tym skupieniu groteskowej makabry aż by się prosiła o choćby minimum dystansu i najczarniejszego humoru (który, po części, gwarantował przecież wrażenie, jakie robiły, przynajmniej na mnie, odcinki zwłaszcza dwóch pierwszych sezonów Hannibala). Tu jest tylko powaga, makabra i drama.

I jeszcze jedno. Nie wymagam od literatury,  by była moralitetem, dawała mi życiowe wzorce i potępiała zło. Jakoś mi jednak zgrzyta fakt, że w Exquisite Corpse w sumie nie bardzo jest różnica między życiowym wyborem Jaya i Andrew (mordowanie i reszta), a życiowym wyborem Trana (muszę odejść z tradycyjnego domu moich rodziców, bo jestem aktywnym seksualnie gejem). Nie, to wcale się nie musi skończyć aresztowaniem pp. morderców przez zacnego policjanta ani nauczką dla złych ani innym takim, ale... bo ja wiem, brakuje mi w tej powieści, paradoksalnie, emocji. Współczucia dla ofiar, na przykład, albo przynajmniej czytelnego sygnału, że go nie widzę, bo widzę głównie oczyma wysoce niewiarygodnego narratora. Tymczasem ani w narracji Andrew, ani w passusach z punktu widzenia Jaya, Trana i Luke'a, tak naprawdę nie ma emocji, poza wszechogarniającym i wszechobecnym ja, ja, ja, ja każdego z bohaterów. No i poza momentem, kiedy Tran, podczas finałowych tortur, rozumie, że nie ma ucieczki od bólu i męki:

 

Tran looked back at them with something beginning to resemble awe. They were, after all, his destiny. Luke had tried to claim that role falsely, and failed. These two men had taken it by force, simply because they wanted to. Through his terror, through his sorrow, something in him loved that.


Nawet, cholera, nie skomentuję tego cytatu - zwłaszcza że on dokładnie wpisuje się w to, o czym panowie mordercy rozmawiają wcześniej między sobą: że ich ofiary tak naprawdę są im wdzięczne i czują się dobrze, kiedy Jay i Andrew dźgają ich, tną, parzą kwasem, rozszarpują zębami... I tu, moi drodzy, uznajcie mnie oficjalnie za moralnie oburzoną. To mnie, po prawdzie, obrzydziło bardziej niż opisy makabry. 


Wiem, wiem. SAMA TO SOBIE ZROBIŁAM. 

 

(*) Nie, nie mylę się w odmianie nazwiska. W recenzjach i na okładkach pojedynczych polskich wydań znajdziecie informację, że Brite jest kobietą i autorką. Brite jednak deklaruje się jako transseksualny facet i zdecydowanie preferuje męskie zaimki - a mnie, zasadniczo, nie robi żadnej różnicy, czy mu nawrzucam od bycia autorką czy autorem najgorszego kiczu, jaki od dawna czytałam.

 

(**) Skądinąd: bodaj jedyną zaletą, jaką ma jak dla mnie ta powieść, jest odmalowanie panicznego lęku przed, wściekłości na i żałoby z powodu HIV, wówczas nie dość, że nieuleczalnego i zabójczego, to dodatkowo stygmatyzującego. U Brite'a chorzy, zarażeni albo zagrożeni zarażeniem są, zasadniczo, wszyscy. Tu akurat histeria, patos i kicz, maskujące te uczucia, wydają się na miejscu i to jest jedyny powód, dla którego nie rzucam teraz po pokoju przedmiotami ze złości na zmarnowane dwie godziny na lekturę... 

 

PS do tytułu: Bo poprzedni wpis zatytułowany Głos w sprawie zdecydowanie nie był o pornografii, co najwyżej o romansidle.

środa, 23 września 2015

Dziś będzie o piosenkach z filmów dla dzieci.

 

Stąd: http://moviepilot.com/posts/2015/06/03/these-12-minimalist-posters-are-perfect-for-the-disney-fan-in-your-life-3274648?lt_source=external,manualFanowskie postery: Mała syrenka. Stąd.

 

 

Piosenki Disneya jako bohaterki wpisu znajdują się tu z dwóch powodów. Jednym są dwie znajome, z którymi ostatnimi czasy sporo rozmawiałam na fejsbuku o muzyce: Mysza i Nibi; w tych rozmowach temat filmowych/bajkowych piosenek, ich różnych wersji i wykonań często się przewijał, zachęcając do grzebania, szukania, porównywania wersji, przypominania sobie czegoś, co się pamiętało z zamierzchłych czasów dzieciństwa albo mniej zamierzchłych, nastolatkowych i studenckich, kiedy małymi widzami filmów Disneya były moi bracia, a ja robiłam za współoglądaczkę i pocieszycielkę („Nie bój się, to się wszystko dobrze skończy”). A jak już o tym mowa – ja tylko cichutko przypomnę, że jestem z tego rocznika, który już Małą syrenkę (1989) i oczywiście wszystkie następujące po niej filmy Disneya oglądał, będąc grubo starszy niż zamierzony widz. W 1989, moi drodzy, to ja liceum zaczynałam; Król lew był filmem dzieciństwa mojego brata. W roku mojego urodzenia aktualnym filmem Disneya był, wyobraźcie sobie, Robin Hood.

Dobra, skoro mamy to z głowy: drugi powód. Niejaka Edyta. Moja bratanica, z którą, o czym już pisałam jakiś czas temu, oglądam filmy, bo ona sama jest w tym wieku (5 lat z hakiem), że strasznie przeżywa i woli zrezygnować niż ryzykować, że tym razem się źle skończy. Znaczy, miałam POTĘŻNĄ powtórkę z Disneya po polsku.

Ponieważ do skomplikowanych list to ja mam osobny blog (dobra, bardziej zombie bloga, reanimowane co jakiś czas), to tu będzie nie playlista z komentarzem, tylko kilka wybranych przykładów. One są dokładnie tym: przykładami. Nie układają się w spójny komentarz na temat piosenek Disneya w przebiegu dziejów kina, polskich wersji analizowanych pod kątem wokalnym i językowym czy różnych wariantów i wykonań. Nic z tych rzeczy: tu będzie tylko kilka przypadków, zebranych pod wspólnym parasolem – bycia, w moim subiektywnym odczuciu, że przypomnę, bo pretensji do uniwersalności ta lista też nie ma - naj.

Aha, a) znawców piosenek Disneya lepszych ode mnie, b) koleżanki i kolegów anglistów przepraszam, że chwilami piszę o oczywistościach.

 

Stąd: http://moviepilot.com/posts/2015/06/03/these-12-minimalist-posters-are-perfect-for-the-disney-fan-in-your-life-3274648?lt_source=external,manual

Fanowskie postery: Zaplątani. Stąd.


OK, więc przykłady naj. Na przykład bycia najgorszą polską wersją, gdy chodzi o tekst (nic nie mam do wykonania). Najgorszą nie tylko ze względu na paskudne dla mnie i bezsensownie użyte kolokwializmy (król i cieć, serio?), ale przede wszystkim na to, że jest dokładnie o czymś innym, niż zamykająca Zaplątanych piosenka z tekstem Glena Slatera. Ta ostatnia jest… cóż, jest drugą stroną I’ve Got a Dream (znaczy, mojej ulubionej z tychże Zaplątanych piosenki, jakby kto chciał wiedzieć; Edyta nie rozumie i nie pochwala tego wyboru). Jest, najkrócej rzecz ujmując, o tym, że czasem wbijemy sobie do głowy, że czegoś chcemy, i dążymy do tego z oślim uporem, podczas gdy to, czego pragniemy naprawdę, jest tuż pod ręką; tylko co z tego, skoro, zaślepieni, tego nie widzimy. Polska piosenka jest za to o czymś, czego chcą wszyscy; nie o pomyłce, nie o tym, że czasem dostajemy szansę, żeby to jednak zobaczyć. I nie, ten tekst to nie jest poezja na noblowskim poziomie, to się chyba naprawdę dało po polsku i zrozumieć, i napisać lepiej.   
(Żeby nie było, że tylko jojczę że mi z definicji źle, bo po polsku: rozkoszny polski tekst ma np. Under the Sea/Na morza dnie, sto punktów dla tłumaczącego; jest odpowiednio dowcipny i odpowiednio łamie język). Wrócimy do tej piosenki, wrócimy.

Najbardziej nieprzetłumaczalna: no tu na pewno ja osobiście nie mam innej kandydatury, niż to. Całe When I See An Elephant Fly jest oparte na czymś, czego moja przyjaciółka-tłumaczka (Drakaina, znaczy) nienawidzi jak samej zarazy, znaczy – na nieprzetłumaczalnych grach słów. Samo wprowadzenie dialogowe (I’ve seen a horse fly/I’ve seen a dragon fly / I’ve seen a house fly jest oparte na gramatycznej i słownikowej dwuznaczności. Zakładające niesamowitość/cudowność widziałem, jak koń/smok/dom lata jest przecież tylko jednym możliwym przekładem ‘ze słuchu’; drugi zakłada jak najbardziej realne doświadczenia: widziałem gza (horsefly), ważkę (dragonfly), muchę domową (housefly); z tej dwuznaczności, oczywiście, rodzi się komizm całej piosenki. I to jest całe takie: I’ve seen a rubber band i w drugiej strofie I’ve heard a diamond ring oparte są na podobnych homofonicznych dwuznacznikach (rubber band jako absurdalny zespół i jako najzwyklejsza w świecie gumka-recepturka; można w cudownym świecie usłyszeć diamentowy pierścionek albo w codziennym po prostu brzęk diamentu); podobnie moje ulubione I’ve seen a baseball bat. I tak dalej, i tak dalej. Efekt całości to łajdacka piosenka grupki kpiarzy, który nie wiesz, czy opowiadają ci bajki nie z tego świata, czy cię nabierają i kpią z ciebie na potęgę. W polskiej wersji zostaje to drugie – i wcale mnie to nie dziwi.
* I nie będę się wdawać w niekończącą się od lat tumblrową i nie tylko dyskusję o rasizmie, stereotypie i takich tam, nie będę, nie będę.

 

Stąd: http://moviepilot.com/posts/2015/06/03/these-12-minimalist-posters-are-perfect-for-the-disney-fan-in-your-life-3274648?lt_source=external,manual

Fanowskie postery: Kraina lodu. Stąd.

 

A jak już jesteśmy przy tekstach; jakieś specjalne naj się należy Frozen Heart, które otwiera Krainę lodu. Czemu? Bo jak posłuchamy angielskiego (i uwaga, to się nie całkiem stosuje do polskiego!) tekstu, to mamy w zasadzie zapowiedziane wszystkie główne, przewijające się przez cały film tematy: lód jako siła niszcząca i budująca, piękna i straszna; kontrast miłości i strachu; potęgę lodu, której człowiek nie pokona, ale może ją okiełznać; ostrzeżenie przed zamarzniętym sercem; ba, nawet frazę let it go mamy. A to wszystko na dodatek ładnie wpisane w konwencję pieśni przy pracy i w muzyczne tradycje Północy.

Najbardziej udana, jak dla mnie, wersja nie-angielska (w sensie – że bardziej udana od oryginału): to. To może mieć co nieco wspólnego, że nie znoszę dość organicznie maniery i głosu Vanessy Williams. Od zawsze w piosence z Pocahontas zgrzytał mi fakt, że szalenie mi się podobała melodia, a irytował wokal – i choć Judy Kuhn w wersji filmowej bardziej mi się podobała, to jednakowoż jak jej słucham, to słyszę Cosette, a nie Pocahontas (oraz: Edyta Górniak nie jest najgorsza, ale polskiego tekstu nie mogę). Dręczona tęsknotą za melodią Colours of the Wind, zaczęłam w końcu szukać jakiegoś wykonania w dowolnym języku i wtedy wikipedia podpowiedziała mi, kretynce, że wersję niderlandzką śpiewa Pia Douwes, której musicalowe dokonania sobie bardzo cenię. Po jednym przesłuchaniu wiedziałam, że znalazłam swoją wersję.

Dobra, wspomniałam o Edycie G. w poprzednim naj, to niech teraz będzie polskie naj. Hmmm, Emilian Kamiński. W Na morza dnie. A nie ma łatwo, zważywszy na oryginał, który uwielbiam. Ale, z drugiej strony, miał o tyle łatwiej, że ja, jak by to powiedzieć, lubię Emiliana Kamińskiego, więc, tego. Uwielbiam.

Najefektowniejsza, jak dla mnie, piosenka czarnego charakteru. Tu, podejrzewam, wybiorę wbrew większości przynajmniej internetowych głosowań: nie Hellfire, nie Poor Misguided Fools, nie koty w Zakochanym kundlu nie i Gaston (acz ten buc jest na czele moich ulubionych – w sensie, takich, których nienawidzę, jak powinno się nienawidzić czarnych charakterów – Disneyowskich złoli). Friends on the Other Side, śpiewane w Księżniczce i żabie przez kolejnego z moich ulubionych Disneyowskich szwarccharakterów było blisko. Niemniej, wygrywa Rattigan – i na tę wygraną składa się sporo różnych okoliczności, wobec których fakt, że Vincent Price średnio umie śpiewać, naprawdę jest najmniej istotny. Ta piosenka jest z filmu, który uwielbiam, z czarnym charakterem, który mnie nieodmiennie bawi i za którym przepadam, opartym na dodatek na moim ulubionym kawałku popkultury. I na dodatek zawiera frazę the world’s greatest criminal mind. Sorry, Urszulo, sorry, Frollo, sorry, Gastonie z kolesiami: pozamiatane.   

Najrówniejsze piosenki, w sensie – taki film, z którego zdecydowanie najwięcej piosenek lubię. Księżniczka i żaba chyba wygrywa – ale też to są muzyczne klimaty, które ja zdecydowanie, zdecydowanie lubię.

Najciekawiej, jak dla mnie, przetworzona piosenka jest w filmie, który mi się zdecydowanie, jako całość, nie podobał. Mowa mianowicie o Once Upon a Dream w Czarownicy/Maleficent. I nawet nie chodzi o to, że Lana del Rey efektownie to zaśpiewała (a zaśpiewała, IMHO), a raczej o to, jaka to się robi inna piosenka. W Śpiącej królewnie to jest ta oczywista piosenka miłosna: w Maleficent nagle staje się piosenką o relacji nie między kochankami, a między matką i przybraną córką; ten sam tekst, użyty w  nowym kontekście, nabiera nowych znaczeń, tak jak nabiera ich relacja między bohaterkami.    

I na koniec: moja najbardziej ulubiona; założę się, że ktoś z czytających czekał na tę kategorię. W tej kategorii od tzw. zawsze wygrywa ten konkretny kawałek – i to koniecznie w wersji z filmu, a nie w pozafilmowym wykonaniu Eltona Johna. Eltona ja sobie, i owszem, bardzo cenię, ale Circle of Life lubię właśnie za tło, za dźwięki, za afrykańskie słowa brzmiące w drugim planie. Wersja Eltona Johna jest dla mnie bardzo piękną piosenką, owszem – ale za serce mnie chwyciła w filmie i tak już zostało.
Ostatnimi jednak czasy, że się przyznam uczciwie, pozycję nr 1 zdecydowanie atakuje ta konkretna wersja Let It Go. I znowu, żeby nie było: nie mam nic do Idiny Menzel. Dobra, źle się wyraziłam: mam. Mam dla niej podziw na granicy uwielbienia, przepadam za jej barwą głosu i tym, jak interpretuje swoje role. Niemiecka wersja wygrywa u mnie nie wokalem (choć ten jest, och, olśniewający, Willemijn Verkaik to, jak dla mnie, też jeden z najpiękniejszych musicalowych głosów w ogóle), ale tekstem, który wydaje mi się fantastycznie wręcz pasować do tego, jak ja sobie bohaterkę Frozen interpretuję. On nie odchodzi aż tak daleko od angielskiego (pierwsza strofa jest w zasadzie identyczna), ale tam, gdzie odchodzi, kwestia magii, ale też kwestia bycia wolną są w nim mocniej bodaj podkreślone niż w (szalenie momentami efektownym, żeby nie było, ze krytykuję) tekście oryginalnym. Polski tekst z kolei skupia się głównie na mocy bohaterki i jej magicznych zdolnościach – mniej w nim tego, co jak dla mnie wydaje się ważniejsze: poczucia, że mimo ceny, jaką trzeba zapłacić, wolność od życia w obłudzie i koniec zapierania się siebie dają, choć przez moment, szczęście.

 

Hmmm, a to nawet nie jest połowa mojej playlisty. Na szczęście nie wszystko musi być "naj". 



czwartek, 17 września 2015

Było o księżniczkach, to będzie i o książętach. Zaczęliśmy sobie w ostatnim wpisie tworzyć powieść YA z księżniczką w roli głównej - a jak wiadomo, YA o księżniczce bez księcia się nie obędzie. Jak długo, jednakowoż, można tylko kopiować książąt Disneya/bohaterów z innych YA? Poszukajmy może w historii - a nuż znajdzie się jakiś odpowiedni model na Miłość Życia (czasem toksyczną) albo Zmorę Życia naszych bohaterek?

 

Na obrazku: książę nr 10


 

Zastrzeżenia te same, co poprzednio: jest o postaciach z kultur, na których się znam i z epok, o których mam pojęcie, stąd nadreprezentacja jednych i niedoreprezentowanie drugich - ale przecież można oparte na nich postacie umieścić w dowolnych realiach i dowolnych światach. Nie jestem historykiem, więc nie zawsze piszę o czystej historii - czasami przedstawiony tu obraz księcia to konglomerat faktów, mitów, legend i propagandy (patrz zwłaszcza nr 3), czasami odmładzam bohaterów... No i nie opowiadam historii - rzucam postacie, proponuję początki, bierzcie i rozwijajcie, kto co chce.
Postaram się nie pisać o tych naj, najbardziej oczywistych :)

 

A oto i oni.

 

1. Narzeczony, mówili, jak z bajki. Książę? Ba, nie książę, król! (Co prawda jakiejś wyspy, o której mało kto słyszał, ale co tam).  Przystojny. Dzielny. W wojnach doświadczony.

Ci, co tak mówili, paru rzeczy, jednakowoż, nie wiedzieli.

Że żaden z niego z niego król, a nawet ? żaden książę (urodził się w Kolonii jako syn westfalskiego oficera). Że parał się (średnio udolnie) rzemiosłem szpiegowskim w Niemczech, Szwecji i Hiszpanii. Że ma już dwie żony (i tak, stara się o kolejną). Że w karierze zaliczył nie tylko bycie operetkowym królikiem Korsyki (został nim po tym, jak wynajął do pomocy piratów w służbie beja Tunisu i pogonił Genueńczyków z kawałka wyspy), ale i, na ten przykład, więzienie za długi w Londynie, bycie poszukiwanym listem gończym w paru krajach. W planach ma sprzedaż tytułu królewskiego, żeby spłacić długi.
Dzielny, zdecydowany, szarmancki i przebojowy jest za to zdecydowanie. I gadane ma jak mało kto. Ciekawe, jakiej księżniczce by pasował i czy mieliby szanse na jakikolwiek happy end?  

 

2. Wiem, że pisałam o nim ostatnio, ale: ale mój książę z przed-poprzedniego wpisu. Bogaty, dobrze urodzony, z pozycją, bystry, inteligentny, z bocznej linii, ale dziedziczący dość, by zrealizować własne ambicje. Dobrze wykształcony. Zdecydowany. Obyty. Przystojny i dobrze ubrany. Trochę skłócony z własną rodziną.
Głuchoniemy od urodzenia.
Być może, droga księżniczko, nawet tego nie wiedziałaś, kiedy ci go wybrali za męża - a być może wręcz przeciwnie, to właśnie ty, wiedząc o tym, wybrałaś go sama.

 

3. Ojciec kolejnego księcia był, powiedzmy, premierem, u boku dwóch kolejnych władców dość absolutnych: starego lisa (zamordowanego w podejrzanych okolicznościach) i młodego lwa z aspiracjami do boskości (chwilowo u władzy, ale za to też na wyprawie wojennej bardzo, bardzo daleko). Książę z młodym królem  i całą bandą jego kumpli wspólnie się wychowywali i kształcili w nader elitarnej szkole, ale powiedzmy to sobie szczerze - nasz książę był w tej gromadce chyba raczej jak Peter Pettigrew, by nie rzec wprost - jak młody Severus Snape.  
Jak się jest młodym, ekspansywnym chłopakiem z karierą podaną w zasadzie na talerzu, trudno jest pamiętać, że z takich nielubianych Peterów może nam wyrosnąć Wormtail, agent wroga - albo i sam wróg. Panowie w tej bajce zdecydowanie o tym zapomnieli.
Wściekła ambicja przy sporych zdolnościach i ogromnej determinacji - plus, nie zapominajmy o kompletnym braku skrupułów - musiała dać efekty. 
Minęły lata i wybiła godzina. Nasz książę jedzie daleko, spotkać się z podbijającym świat królem (tatko ponoć popadł w niełaskę, trzeba coś z tym zrobić). Fajnie by było, gdyby król umarł, w sumie. Gdyby umarła też ta jędza, jego matka. I żona, nie zapominajmy o żonie, zwłaszcza że lada moment może wydać na świat syna (on też nie jest potrzebny). I ta najbardziej pyskata z sióstr (choć ona jest najmniej w tym wszystkim przecież ważna). I reszta tej cholernej rodziny, może poza tą jedną panną, młodszą siostrą króla, którą się weźmie za żonę przemocą albo w sobie rozkocha podstępem albo co i która naszego księcia ma włączyć do swej dynastii jako jej męża. 
Książę już ma plany. Już wie, jak zostać królem i wie, że nic, a już na pewno nie takie drobiazgi jak lojalność czy sumienie, go nie powstrzyma. Jeszcze nie wie za to, że do końca życia będzie śnił koszmary o duchu starej królowej, do skazania której doprowadził, o zjawie króla, którego ponoć otruł, o chłopcu i jego matce, których uwięził i zabił. Ciekawe, jak to by było być jego żoną.

 

4. No więc, księżniczko, wybrali ci księcia za męża. Nikt cię nie pytał o zdanie. No chyba, że to by się zakochałaś i nic cię nie obchodzi, przed czym cię będą ostrzegać.
Będzie ci ciężko. Twój przyszły mąż ma lat, powiedzmy, dwadzieścia. Jako trzynastolatek został przez ojca - króla w jednym z dziesiątek królestw na półwyspie (dwie kultury, mnóstwo państewek, ciągle zmieniające się sojusze w wojnach wszystkich przeciw wszystkim) oddany na nauki. Mistrz był poetą, młodym, urodziwym, z szaleńczą fantazją i fantastycznym talentem (i tak, z cholernymi ambicjami politycznymi), takim do zakochania się na śmierć i życie. Będziesz miała potężnego rywala w kochanku męża, księżniczko.
Będziesz miała potężną rywalkę w ukochanej męża: niegdyś niewolnicy, dzisiaj konkubinie, a najchętniej - jak głosi plotka - przyszłej żonie; w końcu nie każda śliczna i wdzięczna panna umie śpiewać, tańczyć, dyskutować o literaturze i składać wyszukane i zgodne z tysiącem reguł obowiązujących w waszej kulturze wiersze... 
Jest źle. Jest coraz gorzej. Wojna u bram: jak zawsze, ale teraz groźniejsza niż kiedyś, bo za niemądre sojusze i nadmiar ambicji zwykle płacą frycowe ci najsłabsi, a stawką może być cały wasz świat, jaki znacie. Konflikt w królestwie: ambicje pana poety - dziś pierwszego doradcy i gubernatora ważnej prowincji - są zbyt wielkie, by nie budzić niepokoju nawet u najbardziej zakochanego. Poecie-kochankowi śniło się, że zginie z ręki twego męża: są takie chwile, że masz cichą nadzieję, że tak się stanie.

 

5. Nasz książę jest najlepszą partią w świecie całym.
No dobra: ma raptem piętnaście lat. Ale spoko, dorośnie.
No dobra: mamusia. I babcia. I ciocia. Jedna w drugą ambitne, bezwzględne,  nie znające granic i nie bojące się niczego, a każda skrycie marzy, że to ona, nie siedząc na tronie, będzie rządziła zza pleców władcy.
No dobra: wyznanie. Przyznajmy to szczerze, książę jest arcykapłanem pewnego mało popularnego kultu, a jego religia nie jest jakoś szczególnie... przyzwoita, z punktu widzenia większości (hmmm, nocne tańce nago przed wielkim kamiennym fallusem?). Pomysł mianowania się bogiem i stworzenia wszystkim bogom i kultom jednej wspólnej świątyni też nie jest zbyt popularny, niestety.
No dobra. Hmm, jak już mowa o fallusach. To nieprawda, że książę po całym świecie rozsyła agentów, którzy mu skupują do prywatnego haremu niewolników wyróżniających się rozmiarem tej części ciała. Powtarzam, to absolutna nieprawda. Książę wcale nie.... albo może zmieńmy temat.
No... dobra. Trudne tematy. Prostytutki. Książę ma, zrozum, pewną... obsesję na punkcie prostytutek. Znaczy, lubi. Znaczy, chętnie wciela się w rolę takiej pani, no wiesz, kostium, stylizacja... eeeee... biznes.... te sprawy. To tylko zabawa, oczywiście, tylko zabawa. Nawet cesarzowym się zdarzało, więc o co chodzi?
No dobra. Czy ja powiedziałam "takiej pani"? No więc, chyba można zrozumieć, że będąc on the top of the world ma się zachcianki, prawda? Książę ma jedną, dość, w gruncie rzeczy, niewinną. Nic zaskakującego, nic kłopotliwego. On tylko szuka po całym świecie maga (ofiaruje ilość złota równą własnej wadze jako zapłatę), który zdołałby, hmmm, przemienić go raz na zawsze w kobietę. Może wtedy małżeństwo, jakie zawarł jako panna młoda z ukochanym mistrzem sportu, byłoby ważne? Taki drobiazg, no.
No, dobra. To małżeństwo MOŻE napotkać na kilka problemów, zgadzam się. Niemniej, książę ciągle jest najlepszą partią w świecie całym: było nie było, włada większością znanego świata na trzech kontynentach.

 

6. OK. Nie-bycie księciem z panującej od wieków rodziny ma swoje zalety: jak już się zasiądzie na tronie, to przynajmniej wiadomo, że zasługami, siłą, prośbą, groźbą lub podstępem człowiek ten tron sobie zorganizował. Wykazał się, coś udowodnił - a choćby i to, że jest sukinsynem bez sumienia, twardym, ale skutecznym.
No chyba, że jest się młodszym bratem. Poprawka: najmłodszym, dużo młodszym od reszty, a już zwłaszcza od tych, którzy rodzinie te trony pozałatwiali.
Wtedy może i bracia i siostry mogą mówić, jak to zawdzięczają wszystko sobie, ale ten najmłodszy zazwyczaj jednak zawdzięcza wszystko im. O niewiele sam się musiał starać - ale też niewiele mu samemu będzie wolno zrobić. Dostanie, jak dobrze pójdzie, posadę królika w satelickim państwie, ale tak naprawdę nie dostanie władzy - zawsze przecież będzie odpowiedzialny przed starszym rodzeństwem... Jeżeli jest przystojny (a jest) i lubi romanse (a lubi, oj, lubi!), może zostać Casanovą swoich czasów. Jeżeli jest cyniczny, świetnie się w tym ustawi; jeśli jest ambitny, jest idealistą, jest zdecydowany być sobą - będzie miał cholerne problemy z samym sobą.
Przystojny, czarujący, niepewny siebie, cynizmem maskujący kompleksy, fantastyczny tancerz i koszmarny hulaka, nie stojący (jeszcze, w tej powieści?) na własnych nogach polityk, nałogowy kobieciarz (by nie rzec: seksoholik), zawsze i na wieki posłuszny brat swojego brata - jak to by było być żoną kogoś takiego (w powieści, nie w życiu, na szczęście)? 

 

7. Kimkolwiek będziesz, księżniczko przeznaczona temu księciu, nie będzie ci łatwo.
Dostajesz za męża melancholika i romantyka w czasach, w których romantyzm jest najżywszy i najbardziej niebezpieczny. On, książę z bocznej linii rodu, w rodzinie nieco lekceważony i średnio lubiany, musi jednak zostać, przez nieubłagane prawa sukcesji, następcą wuja i kuzyna, królem sporego państwa. Będzie nim - ale będzie nim  nieprędko. No chyba, że nie: się poprzednik-kuzyn jeszcze doczeka dzieci, albo że spełni swoje marzenie i unieważni w drodze prawnej pretensje twojego przyszłego... W każdym razie jest jeszcze mnóstwo czasu, żeby utrudnić mu życie na wszelkie możliwe sposoby.
Za co to, ta niechęć i ten lęk? Przez świat, raz dwa pokolenia temu, raz za waszej pamięci, przetoczyły się potężne rewolucje i raptowne zmiany: nic już nie jest, jak było. Książęta, królowie, magnaci najchętniej zapomnieliby, że takie rzeczy miały miejsce.
Ale nie on, nie twój książę. On ma, owszem, poczucie, że jako książę krwi ma Obowiązki przez duże O. Takie jak, powiedzmy sobie, przewodzenie innym i prowadzenie ich ku szczęściu. Ale poza tym: twój książę chciałby równości w świecie, w którym rekonstruuje się arystokratyczne porządki sprzed lat, wolności dla ludzi i dla ludów, nad którymi kontrolę sprawują potężne imperia, braterstwa dla wszystkich. A, i jeszcze chciałby popędzić w diabły imperium i zrealizować ambitną mrzonkę: zjednoczyć mnóstwo małych państw w jedno, dać ludziom poczucie sensu, dumę, świadomość, czym są.
Książę jest przystojny, melancholijny i udręczony - ma spore szanse podobać się kobietom; niemniej, moja droga, twoimi głównymi rywalami będą ideały, rewolucja i polityka. Deal with it.

 

8. W życiu całego mnóstwa autorów powieści YA przychodzi taki moment, kiedy potrzebny im jest przyszły król tułacz, który wróci na stolicę. Znaczy, jakiś wariant wygnanego księcia, zaginionego dziedzica, niesprawiedliwie pozbawionego tronu prawowitego pretendenta.
Będę nudna i powtórzę historię księcia, o którym już pisałam: syna obalonego władcy, po jego upadku wychowywanego na dworze krewnych matki, a wrogów ojca. Oczywiście, można wybrać wariant z królewiczem uwięzionym w lochu albo wrastającym incognito na farmie w Kraju Gdzie Wrony Zawracają (sprawdzić, czy nie Belgariada), ale może ciekawiej byłoby go mieć w złotej klatce? Pozbawionego kontaktu z rodziną, pół-wychowanka, pół-zakładnika? Konsekwentnie przekabacanego na stronę przeciwników swego ojca-władcy, marginalizowanego politycznie, ale otoczonego dobrobytem (niech żyje jak najwygodniej, jak najciszej, byle z dala od polityki....) - i od pewnego momentu świadomego, że musi wybrać, określić sam siebie i albo się zbuntować i walczyć (tylko o co, z kim, przeciw komu, czy jest sens?) albo zaakceptować fakt, że przestał być, politycznie, synem swego ojca i żyć spokojnie i wygodnie i anonimowo. I gdzieś tu, pewnie, jest miejsce na księżniczkę.  

 

9. Kolejny typ, bez którego trudno się obejść, czyli dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane.
Od niemalże urodzenia wiesz, że będziesz monarchą. Wiesz, że masz obowiązki. Wiesz, że jednym z nich jest małżeństwo. Człowiek z ciebie porządny, pobożny, uczciwy; marzysz, że ci się z żoną, zaplanowaną i wybraną starannie, odpowiednio do twojej pozycji, ułoży. OK, mama się trochę wtrąca i wszystkim rządzi, ale ty wiesz, że mamusia wie najlepiej. Ty i mamusia macie już dokładny plan, jaka ma być i co ma robić, a czego nie robić twoja żona. Etykieta. Ład. Porządek. POSŁUSZEŃSTWO.
Będziesz dla niej miły i dobry. Będziesz dbał - roisz sobie - pamiętał o urodzinach, obsypywał prezentami, ona będzie kochać i robić wszystko tak, jak powinna. Będziecie, wiesz to na pewno, idealną rodziną. Idealną. Już mama i ministrowie tego dopilnują.

 

10. I mam nadzieję, że z tego wyjdzie coś innego, niż kiedyś napisała Daphne du Maurier.

Twój książę, księżniczko, jest wdowcem. Jest ciągle relatywnie młody - jego żona zmarła w połogu, a wraz z nią pogrzebano plany twojego przyszłego męża i jego szanse na koronę, bo to jako małżonek królowej miał ją założyć. Wiesz, że bardzo, bardzo tego pragnął.
Ostrzegają cię: jeżeli za niego wyjdziesz, być może nigdy nie wyjdziesz z cienia pierwszej żony. Jeżeli on cię poślubi, to dla twojego dziedzictwa, twojej korony i tronu. Czy jesteś na to gotowa? Jako księżniczka, powinnaś przecież być....

 

 

Czekam na pomysły, o podpowiedzi, jak kto chce, proszę pytać w komentarzach!

niedziela, 13 września 2015

Przyznam, że do dzisiejszego wpisu zainspirował mnie inny wpis blogowy: notka na blogu Ćma książkowa, gdzie autorka zastanawia się, czemu ją tak irytują nastoletnie bohaterki-księżniczki w powieściach fantasy/young adult. W dyskusji pod wpisem pojawiła się kwestia historyczności/ahistoryczności fantasy księżniczek i ewentualnych inspiracji konkretnymi postaciami i motywami z historii. O tym pisałam w komentarzach - tu przyszło mi do głowy co innego, czym zaśmiecać komentarzy na cudzym blogu nie chcę, ale przedyskutować tutaj, to i owszem.

 


Otóż pisze autorka notki, i pewnie słusznie:


W literaturze młodzieżowej zaczyna się roić od księżniczek. A będzie ich jeszcze więcej, eksperci twierdzą, że high fantasy  detronizuje w sercach czytelniczek dystopie?.

 

A ja, jak pewnie stali czytelnicy tego bloga wiedzą - ja w głębi serca jestem grafomanką. I taż właśnie grafomanka we mnie wymyśliła właśnie dziesięć punktów wyjścia - dziesięć historii księżniczek, od których można byłoby zacząć powieść. Powieść dla nastoletniego czytelnika płci dowolnej (statystycznie pewnie częściej dla dziewcząt), powieść, w której można pójść w dowolną magię, mrok, magiczną dystopię, political fiction, romans czy co komu tylko przyjdzie do głowy.
Zdaję sobie oczywiście sprawę, że historyczność części przytaczanych przeze mnie idei jest dyskutowana - tylko że nie jest to, z punktu widzenia pomysłu, istotne, bo przecież nie dokumentalne opowieści historyczne będziemy tu pisać. Ograniczam się też, ze względu na przyjęty punkt wyjścia, do historii księżniczek jako takich, zostawiając na boku równie, albo i bardziej fascynujące praczki, które zostały księżnymi czy historie innych tam królowych awansowanych z córek handlarzy jedwabiem, o potężnych władczyniach dziedziczących tron po mężu i prawie dających kopa imperium rzymskiemu nie wspominając. My tu piszemy wyimaginowane powieści dla nastolatków, o księżniczkach. 
To co, ktoś rozwija temat?

UWAGA: nie jestem historykiem, co, oczywiście, oznacza, że znam się na epokach i postaciach, które mnie interesują, i to o nich mogę coś sensownego powiedzieć. Stąd nadmiar księżniczek z wieku XVIII i XIX i niedomiar ze średniowiecza, na przykład - nie dlatego, że tamte są nudne, a dlatego, że po prostu nie znam dość dobrze odpowiedniej ilości ciekawych przykładów. Z tych samych powodów są to głównie historie z europejskiej historii, choć, jako autorzy, te biografie możemy osadzić przecież w dowolnie wybranych realiach...


1. Jesteś dumną córką cesarza z rodu panującego od setek, setek lat, choć wiesz, że jako dziewczyna nigdy nie odziedziczysz tronu. Wychowano cię w skromności i posłuszeństwie, bez wiedzy o świecie i mężczyznach - po części może dlatego, że po krewnych, w tym własnym ojcu, miałaś szansę odziedziczyć spory temperament, także w sprawach erotycznych i  ten temperament trzeba przecież było okiełznać i stłamsić w zarodku. Matka zmarła wcześnie; największym i najważniejszym autorytetem i wzorcem w twoim życiu jest ukochany ojciec: zrobisz dla niego wszystko i będziesz absolutnie posłuszna jego woli. Twoje dzieciństwo i pierwsza młodość przypadły na czas permanentnego, krwawego konfliktu z potężnym a groźnym sąsiednim państwem. Bałaś się i nienawidziłaś władcy waszych przeciwników - rówieśnika Twojego ojca, a jednak jakże innego: dyktatora, które wyniósł do władzy krwawy przewrót i który od tej pory bezlitośnie a skutecznie podbija coraz większe kawałki znanego ci świata.  Jako dziecko bawiłaś się z bratem, że go pokonujecie, a ty wbijasz mu szpilkę prosto w serce. Jako nastolatka zaczęłaś słyszeć plotki o zawarciu pokoju, ale jakoś nie bardzo w nie wierzyłaś.  
Pewnego pięknego dnia ojciec wezwał cię do siebie.
- Zawieramy pokój - powiedział - Za tydzień wychodzisz za mąż za naszego nowego sojusznika, który jeszcze niedawno był naszym arcywrogiem.

2. Masz dziewiętnaście lat i przez spory kawałek życia przygotowywano cię do roli Królowej: masz wyjść za kuzyna i zostać Królową Królów. Nabożna, spokojna i świetnie wykształcona - czego nie można powiedzieć o twojej młodszej siostrze, nieposłusznej i nie poddającej się autorytetom, zawsze mającej własne zdanie - godzisz się bez protestów ze swoim losem i po cichutku marzysz o tym, że twój książę cię pokocha. Będzie dobrze: znasz etykietę, wiesz, czego się spodziewać, przygotowano cię na wszystkie pułapki takiego życia. W odróżnieniu od siostry, ty sobie z nim świetnie poradzisz.
Po czym spotykasz po raz pierwszy narzeczonego i on wybiera, bez wahania, twoją siostrę. Co masz teraz zrobić ze swoim życiem? I jak, na wszystkich bogów, poradzi sobie z tym wyzwaniem twoja siostra?

 

3. Dziadkowie zaaranżowali małżeństwo Twoich rodziców, kuzynostwa pierwszego stopnia: mama i tato serdecznie się znienawidzili od pierwszego wejrzenia, bo tato lubił kobiety doświadczone i czarujące, a o edukację Twojej przyszłej matki, wówczas dwudziestosześcioletnej i w zasadzie, na owe czasy, starej panny, nikt nie zadbał. Tato poza tym był już jakby żonaty (ale z nie-księżniczką, to się nie liczy), ale jakoś zapomniał o tym wspomnieć. Zeszli się, mama zaszła w ciążę, rozstali się, przyszłaś na świat.
I tak to już jest: jak piłeczka między ojcem a matką, wykorzystywana w ich rozgrywkach między sobą, upokarzana przez despotycznego ojca, wpychana w objęcia wielbicieli przez nie do końca emocjonalnie zrównoważoną matkę, której się uroiło, że ułoży ci życie po swojemu, z ciągłym cieniem szaleństwa dziadka wiszącym nad rodziną; pocieszasz się ciasteczkami i zakazanym w twoim wieku hazardem, a jednocześnie wiesz, wiesz na pewno, że kiedyś przypadnie ci - tobie, żyjącej nieco na uboczu, odsuwanej od dworskich rozrywek, trzymanej z daleka, żeby nie zaćmić swoją popularnością pozycji ojca - rola królowej, władczyni imperium; wydajesz się na tyle rozsądna, że wiesz, że to oznacza nie tylko koniec szlabanu na hazard, ale i całkiem poważne obowiązki... Tylko czy będziesz w stanie dotrwać we w miarę stabilnym stanie psychicznym do tego dnia? I czy podołasz obowiązkom, świadoma ich, ale do nich niespecjalnie przygotowana?

 

4. Życie zaczęło ci się jak w bajce: pierwsza rzecz, jaką pamiętasz, to matka nazywająca cię "moim skarbem, dzieckiem tylko moim, tylko dla mnie". Dopiero jako nastolatka zrozumiałaś, że to oznacza, że nie jesteś dla państwa: nie będziesz królową, bo jako kobieta nie możesz. Niemniej, i tak było bajkowo: ojciec miał więcej czasu dla was niż dla spraw państwa i zawsze był gotowy przerwać naradę, by się z tobą i twoim rodzeństwem pobawić, mama była urocza i popularna - kręciło się wokół niej zawsze tyle ludzi! Uwielbiała cię niezamężna ciotka - byłaś dla niej jak córka - a jako księżniczka miałaś znakomite perspektywy małżeństwa i kariery.
Potem sem zamienił się w koszmar, a bajka w horror: lud się zbuntował, zabrał wam pałac, tytuł i władzę, zamknął w wieży. W tej wieży na suchoty umarł, w samotności, twój brat, i z tej samej wyprowadzono na śmierć twojego ojca, matkę, ciotkę; wiedziałaś o śmierci ojca, o pozostałych ci nie powiedziano. Zostałaś sama. Miałaś piętnaście lat i przez rok nikt z tobą nie rozmawiał; nosili ci jedzenie, dawali materiał, żebyś uszyła sobie bieliznę, ale żadnych gości, żadnych rozmów. Potem cię nagle wypuścili - jakaś zagadka dyplomacji, której cię nie uczono - i pojechałaś daleko, na wygnanie.
Jak się czułaś wśród ludzi, dla których byłaś męczennicą, świętą, żywym symbolem, ale nie człowiekiem? Jak ci, samotnej tak długo, było wśród ludzi, w tłumie? I co zrobiłaś, gdy usłyszałaś, że chce cię ściągnąć do ciebie twój stryj, książę na wygnaniu - i że zaplanował wydać cię za swego syna, pretendenta-następcę tronu? Kto wie, może jeszcze jednak to ty zostaniesz królową? Tylko - czy tego chcesz?

 

5. Urodzona pod nietypowym, królewskim horoskopem, miałaś być chłopcem. Ba, kiedy się urodziłaś, ogłoszono, że jesteś chłopcem - urodziłaś się cała owłosiona i w pierwszej chwili położne były przekonane, że na świat przyszedł wyczekiwany właściwy następca, królewski syn. Oszukałaś wszystkich - byłaś, przynajmniej zewnętrznie kobietą; ojciec, wyruszając na wojnę, zrobił cię (miałaś jakieś pięć lat) następcą tronu. Może przeczuwał, że nie wróci - nie wrócił rzeczywiście, zginął na polu bitwy, a cierpiąca na zaburzenia psychiczne matka zabroniła go pochować, póki sama doń nie dołączy...
Zostałaś więc królem, jako mała córeczka nieżyjącego ojca i wygnanej z zamku chorej psychicznie matki. Zostałaś też jednym z najlepiej wykształconych Europejczyków swoich czasów: wszechstronnie przygotowana do panowania, miałaś własne koncepcje i własne zdanie, wolałaś pokój od wojny, a nie-szlachcica od arystokraty w roli doradcy. W pamiętnikach mówiłaś o sobie raz jako o kobiecie, raz jako o mężczyźnie.  Nie sypiałaś (bo pracowałaś), nie dbałaś o urodę, kobiece sprawy cię nie interesowały, a małżeństwem gardziłaś i koszmarnie się go bałaś; zakochałaś się w ślicznej najlepszej przyjaciółce. Dbałaś o ludzi - o lud, szlachtę, mieszczan, wszystkich. Próbowałaś, naprawdę za wszelką cenę próbowałaś być dobrym królem.
Masz dwadzieścia pięć lat. Jesteś królem od dwudziestu. Przestałaś sypiać, jeść, kontrolować swoje wydatki i rozumieć ludzi. Już naprawdę, naprawdę nie możesz.

 

6. Urodziłaś się księżniczką; niemniej, twoi dziadkowie ze strony mamy byli adwokatem i adwokatową, ojciec oficerem, a mama została nagle wielką księżną z okazji faktu, że jej rodzina zdobyła w wojnach władzę nad sporym kawałkiem kontynentu, na którym dzieje się akcja. Potem twoją rodzinę pokonano i przepędzono - fakt że twoja matka, którą uwielbiałaś, rządziła twardą ręką i stawiała nieracjonalne wymagania w rodzaju nakazania przymusowego kształcenia dzieci, w tym córek, fakt też jednak, że od początku była księżną przyniesioną na bagnetach obcej armii.
Potem mama złapała nagłe przeziębienie i umarła (miałaś czternaście lat), a ty zostałaś z ojcem i bratem - troje rodzeństwa umarło ci jako maluchy. Ojciec wydał cię parę lat później za mąż, bo chciał mieć święty spokój i zamarzyło mu się, że ktoś (czytaj: bogata rodzina zięcia) spłaci jego długi. Noc poślubna, jak pisałaś w listach do rodziny, była czystym koszmarem, bo kompletnie nie wiedziałaś, co się ma dziać i o co chodzi. Zwiałaś od męża przy pierwszej okazji i ruszyłaś w świat. Możesz w końcu robić tyle rzeczy: pojechać do naj, naj, najdroższej ci na świecie rodziny matki (i może mieć romans z którymś z kuzynów lub wujów, czemu nie...), dogadać się z rebeliantami, zasłynąć jako mistrzyni ujeżdżania koni, w czym jesteś naprawdę świetna. A może zagrasz o najwyższą stawkę i spróbujesz wykombinować zamach stanu i posadzić na tronie cesarskim swojego kuzyna, oczywiście po tym, jak uda ci się go przekonać, żeby uciekł ze swojej złotej klatki....

 

7. Mama była królową, ojciec - republikańskim urzędnikiem z sąsiedniego mocarstwa. Mama miała wcześniej mężów i dzieci  - twój starszy brat urodził się z jej związku z innym cudzoziemcem, skądinąd mentorem i idolem twego ojca. Ale ciiii, o mamie się nie rozmawia - po jej śmierci (zabiła się, pokonana w wojnie przez krajan ojca)  i po tym, jak ojciec popełnił honorowe samobójstwo, wychowujecie się z bratem-bliźniakiem w domu poprzedniej żony ojca, którą rzucił dla waszej matki. Niczego wam nie brakuje - macocha jest w końcu siostrą konsula, jedynego przywódcy republiki i wodza imperium...
Nie wiesz, czego chce twój brat, ale wiesz, że dla ciebie zrobiono już plany. Miałaś zapomnieć o matce. Zapomnieć o ojcu. Będziesz grzeczna, a jak będziesz naprawdę grzeczna, to ci dadzą księcia za męża.
Twój książę już czeka, na końcu świata, który znasz (choć nie tak daleko, nie tak znowu baaaardzo daleko od ojczyzny twojej matki): ciemnoskóry nieznajomy, któremu za lojalność wobec najeźdźców obiecano królewnę za żonę. Już jutro wyjedziesz ze świata, który znasz: córka, wnuczka i prawnuczka królów, potomkini wodzów i prawników, pojedziesz objąć rządy w dalekim kraju. Co zrobisz ze swoim życiem? Co cię czeka tam, w dalekim świecie?

 

8. Tato był oficerem, z oficera królem; pół życia upłynęło mu na zbrojnej walce o granice państwa, które wyszarpał upadającemu imperium. Ty bardzo szybko stałaś się częścią tej walki, wykorzystana, jak to bywa z księżniczkami. Najpierw był pierwszy mąż, kumpel i rówieśnik ojca: miałaś piętnaście lat, on był o czterdzieści kilka starszy. Podobno doprowadziłaś do skazania na śmierć jego syna, by w przyszłości posadzić na tronie własnego - nie na wiele się to zdało. Mąż w końcu zmarł, wyszłaś ponownie za mąż. Wziął cię za żonę, przemocą, przyrodni brat: nie znosiliście się nawzajem, ale mieliście pretensje do tego samego tronu po twoim mężu... Może faktycznie chciałaś go zabić. On zabił ci dzieci, poza najstarszym. W końcu, po jego śmierci, i ty uciekłaś: do domu, do ojczystego miasta, gdzie po wielu, wielu latach rządów twego ojca władzę objął twój rodzony brat.
Twój brat. Król. W kraju, w którym bracia-królowie poślubiają siostry. Hmmm..... chyba masz plan.

 

9. Jest was sześć. Mama jest tyranką. Ojciec zwariował.  Mama zabroniła wam wychodzić za mąż, wychodzić z pałacu - oczywiście wychodzicie z siebie z nudów. Malowanie, flirtowanie, awantury robione matce, niebezpieczne romansiki na boku (byli tacy, co szeptali o romansie między jedną z was a jednym z braci...), prawdziwe i urojone choroby, szastanie pieniędzmi na prawo i lewo - to wszystko mało pomaga. Bracia traktują was z góry - w końcu to jeden z nich, nie jedna z was, będzie królem, kiedy stary wreszcie kopnie w kalendarz. W kraju i w domu jest źle, cień wojen, klęski i choroby wisi nad całym znanym wam światem. Co, do cholery, w takim przypadku robić ze swoim życiem?

 

10. Urodziłaś się księżniczką z panującego rodu, najstarszym dzieckiem - inteligentna, ambitna, bystra, na zawsze zniekształcona garbem i, po zapaleniu płuc, mająca permanentne problemy z oddychaniem i wysiłkiem fizycznym. Za mąż to ty nie wyjdziesz - ale poczekaj, mama coś wymyśli, jest tyle ważnych klasztorów, których matka przełożona będzie mogła odegrać znaczącą polityczną rolę...
No chyba, że lepiej opowiedzieć o twojej młodszej siostrze. O tym, jak to jest, kiedy jesteś rodzinną pięknością, której urok i uroda podbijają serca, o której rękę starają się najwięksi władcy w okolicy i która wie, dokładnie wie, że uroda to jej największy skarb - i kiedy nagle zachorujesz na ospę. I przeżyjesz. I już nikt nigdy nie powie, że jesteś piękna, i nikt cię nie zechce za żonę. Co ty teraz zrobisz, no co?

 

P.S. Jak ktoś chce ewentualnej podpowiedzi, o jakich to historycznych księżniczkach mowa, pisać w komentarzach :)

 

 

Ktoś ma jakieś pomysły, co bohaterki zrobią? Im bardziej YA pomysły, im dalsze od tego, co nasze bohaterki rzeczywiście zrobiły/co im zrobiono, tym lepiej, oczywiście. Czekam na komentarze, może ktoś wymyśli jakiś młodzieżowy bestseller :)

piątek, 04 września 2015

Tak się jakoś dziwnie składa, od kilku lat, że kiedy wracam z wakacji - a wyjeżdżam zwykle na sierpień, na włóczęgę i zwiedzanie raczej niż na odpoczynek jako taki - przywożę ze sobą czyjąś historię do opowiedzenia na tym blogu. Ja tak mam: historia-jako-taka interesuje mnie nie głęboko i naukowo, a właśnie w takim - narracyjnym, psychologizującym, fabularnym niemal kontekście; płytkie to, wiem, ale będę się ciężko męczyć z analizą ekonomiczną albo historią wojen, ale dam się pokroić za dobrze opowiedzianą i intrygującą life story.

 


Zazwyczaj te historie, które tu opowiadałam, były smutne i raczej przygnębiające: tu historia o przedwczesnej śmierci, tu o księżniczce w wieży, tu o głupocie i bezmyślności rodziców... No to dzisiaj inaczej. Dzisiaj będzie historia sukcesu.

Historyków wśród ewentualnych czytelników z góry przepraszam: nie będzie precyzyjnie, nie będzie naukowo (ale będzie mini-kawałek bibliografii, to i owszem). Tych od historii i kultury Italii z góry proszę również o wybaczenie powtarzania ewentualnych oczywistości: to, co jest oczywistością dla nich, niekoniecznie jest nią dla mnie i części ewentualnych moich czytelników.    

Było tak: wakacyjne podróżowanie zaniosło mnie (a konkretniej mnie i Drakainę) do Turynu; w Turynie zaniosło nas z kolei do muzeów i pałaców, w tym - do Palazzo Carignano. Polazłyśmy tam, żeby zwiedzić Muzeum Zjednoczenia Włoch, co Drakainie było potrzebne do pracy, a mnie do ogólnej edukacji i towarzystwa. Muzeum okazało się serio fascynujące, a poza tym Drakaina odkryła, że można też zobaczyć sam pałac. A przy okazji wizyty w pałacu dowiedziałam się czegoś o bohaterze dzisiejszego wpisu. 


 

W sumie pewnie całkiem miło było urodzić się księciem, skoro już człowiek musiał urodzić się w 1628: pozycja gwarantowała stabilne dochody, zapewniała, że człowiek miał co jeść i gdzie mieszkać (a to więcej, niż spora część społeczeństwa mogła o sobie powiedzieć) i sprawiała, że generalnie się z nim liczono. Takim właśnie księciem - z bocznej linii rodu sabaudzkiego - urodził się we wspomnianym 1628 roku Emmanuel Filibert, o którym dzisiaj chciałam parę słów napisać.

Pokrótce: tata E. F. był młodszym synem (jednym z 21 w sumie dzieci, z różnych związków) ważnego, znanego i ekspansywnego wodza-księcia, po którym E. F. odziedziczył imiona. Mamusia z kolei - o mamusi będzie jeszcze za moment - mamusia więc, Maria Burbon-Soissons, była krewną Ludwika XIII. Urodziła mężowi pięcioro dzieci, z którym Emmanuel Filibert był trzecim z kolei, a najstarszym synem. Droga do dziedziczenia pozycji i roli jest w takich sytuacjach dla takiego chłopca otwarta.

No chyba, że - jak w tym przypadku - chłopiec urodzi się głuchoniemy.

Rodzina, trzeba przyznać, nie szczędziła wysiłków, by go "wyleczyć" (mój wybór terminu odbija koncepcje epoki, obawiam się): posłali go na nauki do najbardziej wówczas cenionego nauczyciela głuchoniemych dzieci, Hiszpana, don Manuela Ramireza de Carríon.

Don Manuel miał już spore doświadczenia w nauczaniu osób głuchoniemych czytania z ust i mówienia, a także - pisania i czytania. Wykorzystał te umiejętności w pracy ze swoim książęcym (też nie pierwszym w życiu) wychowankiem. Najpierw przez jakiś czas szkolił go w Madrycie, potem pojechał z nim do Turynu, kontynuując naukę. Młody książę musiał przecież podjąć obowiązki, jakie nakładała nań pozycja i urodzenie: jako dwudziestolatek towarzyszył ojcu w kampanii w Lombardii, potem dostał do wykonania kolejne zadania administracyjne; a w tym samym czasie kształcił się także w zdobywających właśnie coraz większe znaczenie w edukacji naukach przyrodniczych, w czym osiągał, zdaje się, spore sukcesy. Współcześni chwalili pracę wykonaną przez nauczyciela i ucznia, wspominając, że mimo trudności z mówieniem Emmanuel Filibert swobodnie komunikował się zarówno z otoczeniem, jak i z podwładnymi.  Metody nauczania pewnie by nam dzisiaj zjeżyły włosy na głowie - ale takie były czasy i taka szkoła, niestety.

W każdym razie: wróćmy do mamusi. Mamusia zrobiła wszystko, ale to wszystko, i użyła wszelkich wpływów, jakie miała na dworze kuzyna Ludwika XIV, by doprowadzić do uznania syna za obłąkanego - z powodu jego niepełnosprawności, oczywiście. Muzeum w Palazzo Carignano, w którym się o tym dowiedziałam, nie bardzo wiedziało, dlaczego - może ze względu na fakt, że jego głuchota była postrzegana jako jej, matki wina? W każdym razie oprócz wyzwań, jakie stawiała przed nim jego własna natura, E. F. musiał też zmagać się z brakiem pomocy, najoględniej mówiąc, ze strony matki. 

Książę nie miał więc łatwego życia - ale najwyraźniej potrafił z niego korzystać. Służył w armii, pełnił funkcje administracyjne, odgrywał pewną rolę na dworze Ludwika XIV, a przede wszystkim rozwijał swoją pasję dla architektury i sztuki. To na jego właśnie polecenie wzniesiono Palazzo Carignano (architektem był turyński mistrz Guarino Guarini) - zdecydowanie warto, będąc w Turynie, sprawdzić godziny otwarcia i zwiedzić ten budynek. Zarządził odbudowę innych posiadłości, przede wszystkim - pod kierunkiem tego samego architekta - rodowej siedziby w Racconigi, gdzie park zaprojektował mu Andre Le Nôtre, najwybitniejszy bodaj twórca ogrodów tamtych czasów.

Książę nie miał problemu z upieraniem się przy własnym zdaniu, co mu się w życiu przydało kilkakrotnie, w tym kiedy w końcu postanowił się ożenić. Był już sporo po pięćdziesiątce, a narzeczona, córka generała d'Este, Maria Angela Catherina, miała lat prawie o połowę mniej. Niemniej, oboje ewidentnie tego małżeństwa chcieli - do tego stopnia, że pan młody przeciwstawił się naciskom Ludwika XIV, swego patrona i krewnego, który zdecydowanie wolałby, by E. F. ożenił się z Francuzką, a nie z dziewczyną z modeńskiej rodziny książęcej. Za tą wolą króla Francji stał bardzo konkretny zamysł polityczny: w tym momencie bowiem E. F. był następcą tronu Sabaudii, póki jego kuzyn, książę, nie doczekał się własnego syna. Niemniej, E. F. postawił na swoim: pięćdziesięciosześcioletni pan młody i licząca niespełna trzydzieści lat panna młoda wzięli ślub w 1684 i zdążyli jeszcze doczekać się piątki dzieci. Ich najstarszy syn (najstarszy, który przeżył), skądinąd awanturnik i karciarz, stał się przodkiem całego tłumu ciekawych postaci, mniej lub bardziej budzących sympatię i współczucie, ale nie będę was, czytelnicy, zamęczać moimi hobbickimi zamiłowaniami do genealogii, obiecuję. 

Emmanuel Filibert nie został królem Sabaudii - ale niecałe dwieście lat później pra-pra-pra-prawnuk, Wiktor Emmanuel II, zasiadł na tronie zjednoczonych Włoch. Jego przodek, historycznie rzecz biorąc, nie zrobił nic równie znaczącego. On tylko poradził sobie w życiu - zarówno z własną niepełnosprawnością, jak i z trudnościami rodzinnymi. Nie wiem, jak inni - ja byłam pod pod wrażeniem.

 

Bibliografia:

Plansze i prezentacje w Museo di Palazzo Carignano, Turyn

Leila Picco, Il Savoia sordomuto: Emanuele Filiberto di Savoia Carignano, 1628-1709, G. Giappichelli, 2010

Susan Plann, A Silent Minority: Deaf Education in Spain, 1550-1835, Berkeley 1997

czwartek, 30 lipca 2015

Ponieważ lada moment znikam stąd na miesiąc... proszę, oto lekki wpis wakacyjny. Z czymś w rodzaju zagadek, acz nieprzyzwoicie łatwych, obawiam się.

 

Niektórzy mianowicie wiedzą, że pięć lat temu zostałam matką chrzestną, a do swoich obowiązków - choć, przyznajmy uczciwie, raczej w kontekście tego, czego od rodziców chrzestnych oczekuje popkultura, a nie kościół (acz jak się dziecko zechce nauczyć takiej kościelnej łaciny, biblijnej greki albo hebrajskiego, to służę) - podchodzę bardzo serio. Nawet posturę mam nieco jak ta na obrazku.

No więc, bycie matką chrzestną.  Pocieszam. Dostarczam balowych sukienek (acz za różdżkę robi zazwyczaj karta kredytowa). Edukuję. I w ramach tej edukacji, konkretnie - tej filmowej - obserwuję.

Moja ukochana chrześnica-bratanica, Edyta, ma pięć i pół roku. I, szczerze mówiąc, ogląda chwilami całkiem skomplikowane filmy.

 

Dobra, na razie nieco się pogubiła w klasycznym kryminale o wielkim detektywie i jego superwrogu; intryga kryminalna okazała się trochę zbyt skomplikowana, choć, przyznajmy, E. uwielbia bawić się w kryminalne intrygi, zwykle z gatunku: przestępcy uciekają z więzienia, a Siły Prawa i Porządku (znaczy, E.) triumfalnie z powrotem ich tam sprowadzają. Już nie się mogę doczekać oglądania z nią za parę lat Nietykalnych.

W tym kryminale się pogubiła, ale z innym - tematem jest kidnaping i próba odzyskania przez rodzinę porwanych, w ramach plus minus handlu organami, dzieci - nie miała problemu. No dobra, trochę się bała czarnego charakteru, szefowej szajki, która zleca porwanie i planuje morderstwo. W sequelu z kolei poradziła sobie bez problemu z różnicą między prawdziwym superbohaterem a aktorem, który musi go grać (yeah, yeah, Birdman za ładnych parę lat, już czekam!).

Z romansami koleżanka E. też radzi sobie bez problemów. Historia samotnej matki z arystokratycznej francuskiej rodziny, której grozi utrata majątku na rzecz oszustów i którą ratuje w końcu odwzajemniona miłość do uroczego łajdaka, leczącego ją przy okazji z części jej klasowych przesądów? Dawajcie, sześć razy w trzy dni! Inny hit to z kolei opowieść o ryzykownym mezaliansie adoptowanej córki porządnej mieszczańskiej rodziny. Dziewczyna czuje się odsunięta, kiedy rodzicom rodzi się własne dziecko, a do tego nic nie rozumiejący dalsi krewni kompletnie jej nie ufają - nic dziwnego, że się buntuje, ucieka z domu, noc spędza w areszcie, a w końcu nawiązuje romans z nieodpowiedzialnym acz czarującym lowelasem. Tenże jednak w końcu, pod jej wpływem, postanawia się ustatkować, wiedząc, że znalazł Tę Jedyną.

Jakiś czas temu przebojem nr 1 była obyczajowa historia o młodej proto-sufrażystce, która nie ma zamiaru spędzać życia w małym miasteczku wedle małomiasteczkowych wzorców, zwłaszcza że jest regularnie stalkowana przez straszącego tam donżuana z Koziej Wólki (tak, to ten aspekt, a nie dalsza romansowa historia z zamkiem i jego mieszkańcem, zainteresował Edytę najbardziej). W ostatnich dniach namiętnie oglądałyśmy inny obyczajowy film, o córce trzymanej pod kloszem, oszukiwanej i wykorzystywanej przez wyjątkowo toksyczną mamusię. "Ale ta mama tak naprawdę wcale jej nie kocha", oświadczyła mi młoda podczas dyskusji o filmie. Była podnosząca na duchu historyjka o chłopcu, którego wyśmiewano za wygląd, ale który mimo to zdołał zrobić - przy pomocy lojalnych przyjaciół - wielką karierę w branży rozrywkowej, była inna, obyczajowo-romansowa, w której dwaj panowie wspólnie odpowiedzialni za wychowanie niespecjalnie rozsądnego syna usiłują znaleźć mu żonę i mimo wyjątkowo kretyńskich założeń wyjściowych odnoszą sukces (pewnie pomaga fakt, że dziewczyna nie jest z gatunku rozpieszczonych cieplarnianych lelijek i swoje w życiu przeszła).

Paranormal romance z voodoo i jazzem w tle, a obyczajową historią o tym, że pracoholiczka i dandys mogą się dogadać, jak bardzo muszą, i przekonać, że od tego drugiego można się czegoś nauczyć, na pierwszym planie? Proszę bardzo, acz w wielu miejscach jednak trzeba było trzymać kogoś dorosłego za rękę, na tzw. wszelki wypadek. Horror o dziecku posłanym na śmierć do lasu, cudem ocalonym przez dobrych, powiedzmy, ludzi i w końcu otrutym (nie całkiem skutecznie, na szczęście) przez drugą żonę ojca? Dało się obejrzeć, z dużym przejęciem, choć głównie dzięki komicznym wstawkom, reszta, paradoksalnie, straszyła bardziej niż te poprzednie filmy.No i teraz Edyta nie może oglądać swojego kiedyś ulubionego filmu - po tym, jak chyba po części dotarła do niej obrzydliwość manipulacji, jakiej czarny charakter poddaje dziecko-bohatera, wmawiając mu, że odpowiada za śmierć ukochanego ojca... Za dużo łez, zdecydowanie.

Film wojenny + Bildungsroman o Eowinie nastolatce, która poszła do armii i odniosła sukces, choć wcześniej była jedną wielką kulą kompleksów, oglądałyśmy z przerwą, na dwa razy i mamy w planach powtórkę (a miesiąc mojej nieobecności może sporo zmienić, wiem z doświadczenia). Dość w nieskończoność powtarzałyśmy za to ten o dramatycznych skutkach wychowywania jednej córki w przekonaniu, że najważniejsza jest lodowata samokontrola maskująca paniczny strach przed światem, a drugiej w poczuciu, że świat należy do niej i że nic złego przecież nie może się stać, nigdy, więc pełny spontan w decyzjach życiowych to jest to.

 

Czy Edyta streściłaby te filmy tak, jak ja? No pewnie, że nie. Niemniej, to ona oglądała je z zapartym tchem (a ja, wiecie, tego, tylko dla towarzystwa). Nie mogę się już doczekać, kiedy obejrzę z nią mój własny ukochany romans wszechczasów,  nie tylko w kategorii filmów animowanych: wiecie, ten o dziewczynie, która wolała być brzydka i szczęśliwa niż śliczna i poddana konwenansom, a która i tak usłyszała od ukochanego "Przecież jesteś piękna". Zawsze, zawsze mi się łezka w oku kręci w tym momencie. 

Tagi: Disney
11:37, ninedin
Link Komentarze (1) »
niedziela, 26 lipca 2015

Jestem zła, zapracowana, marudna i wszystko mi się nie podoba. Oraz, jak zwykle, spojluję, choć dość umiarkowanie, jak na mnie.

 


Niespecjalnie podobało mi się Ready Player One Ernesta Cline'a, a miałam wielką nadzieję, że mnie zachwyci. Ja generalnie zdecydowanie lubię literaturę YA, więc problemem nie jest chyba fakt, że książka jest z tego powodu nie całkiem dla mnie - ale chyba jednak nie jest dla mnie.

Nie jest dla mnie, bo, jak by to powiedzieć, nie czuję najmniejszej nostalgii wobec lat 80. Urodzona w 1973, jestem, jeśli dobrze pamiętam, niemal rówieśniczką uber-nerda z powieści, Jamesa Hallidaya (ur. 1971?), którego testament - kto rozwiąże jego wirtualną zagadkę, wygra świat, plus minus - uruchamia akcję w powieści i wysyła miliony gunters w poszukiwaniu ukrytego w wirtualnym świecie skarbu. Niemniej, w odróżnieniu od Hallidaya, ja osobiście bardzo się cieszę, że wyszły z mody, przynajmniej tymczasowo, ejtisowe fryzury, buciki na kaczuszkach, dekatyzowane dżinsy, muzyka Rush i im podobnych dinozaurów rocka tudzież Duran Duran i im podobnych, a nie zmartwiłabym się wcale, gdyby podobny los spotkał, na przykład,  filmy Johna Hughesa. Takie emocja jak nostalgia albo się czuje, albo nie, ja jej nie mam kompletnie - ani dla czasów przed moimi (lata 60. i hippisi, lata 70.), ani dla czasów własnego wieku późnonastoletniego-studenckiego (lata 90.), ani, zdecydowanie, dla ejtisów. I jako że niespecjalnie by mnie akurat bawiło wylądowanie np. na planecie skonstruowanej na wzór podniosłego concept albumu Rush, to nic dziwnego, że świat RPO mnie nie zachwycił. Plus, Ernest Cline dokonał tego, co wcześniej udało się tylko twórcom Supernatural i autorowi tej powieści o Richardzie Burtonie jako steampunkowym detektywie, którego to autora nazwisko wyparłam z pamięci - zdołał mnie, namiętną wielbicielką popkulturowych i nie tylko nawiązań, znudzić i zdenerwować nadmiarem tychże. 

Ale świat to jedno. Nie zachwyciła mnie również sama konstrukcja fabuły. Przy czym nie zrozumcie mnie źle - jak ktoś z tego zrobi film, popędzę na niego jak na skrzydłach, bo fabuła wciąga jak diabli i to, co przeszkadzało mnie konkretnie w powieści, zapewne zagubi się w filmie; niemniej, w powieści przeszkadzało. Co mnie irytowało szczególnie, to łatwość, z jaką bohaterowie - dobra, Wade/Parzival - rozwiązywali swoje problemy. Jest taka jedna sekwencja, w której Wade robi coś bardzo ryzykownego, by dostać szansę rozwiązania ostatecznej zagadki - i powiem ja wam, jejku jejku, nawet ja, której ukochaną książką z wczesnego wieku nastolatkowego był Hrabia Monte Christo, jęknęłam z rozczarowania nad tym, Jak Szybko Mu To Poszło. No i finał - KTO, KTO w tym dystopijnym, rozpadającym się, pozbawionym funkcjonujących sensownie struktur państwowych i przeprowadzonym prawie w całości do rzeczywistości wirtualnej świecie miał naprawdę aresztować i oddać pod osąd sprawiedliwości (jakiej sprawiedliwości???) cyfrowego magnata, multimilionera, szefa korporacji etc. etc. etc. etc? Serio?

Żeby nie było: RPO ma za to sympatyczne postacie, nieco wyłamujące się ze schematów idealnych bohaterów powieści młodzieżowej, zarówno jak chodzi o wygląd, stan ich zdrowia czy preferencje różnego rodzaju: to jest niewątpliwa zaleta. No i nawiązania: jak ktoś tęskni za ejtisami, to się poleca, będzie niewątpliwie wzruszony. 

A jak już o filmach mowa....

Jak pewnie niektórzy wiedzą, jestem fairy godmother ciotką pewnej młodej damy, liczącej obecnie lat pięć z hakiem. Obowiązki ciotkowania traktuję bardzo poważnie, a młodą, tak po prawdzie, uwielbiam, plus mnie rozrywki w jej stylu nie przeszkadzają. Ergo, w ostatnich tygodniach jeżeli nie pisałam swoich naukowych rzeczy, to oglądałam z Edytą animacje Disneya. Zobaczyłyśmy w sumie, w całości i w kawałkach, około dziesięciu (w tym, yeah, osiem razy znanych jej już Aryskotkratów i dwanaście razy Krainę lodu). Nosi mnie, żeby napisać o nich osobno, bo tutaj są tylko pretekstem, jako że to przez nie postanowiłam w końcu nadrobić braki i obejrzeć przegapioną w kinie Maleficent.

I, ojej, jak mi się nie podobało.

Wszystko poza Angeliną Jolie mi się nie podobało. OK, odtworzenia kawałków animowanej Śpiącej królewny były ładne, i co z tego. Jolie oszałamiająco wyglądała; pomysł ogrania, po trochu, jej własnej życiowej historii (dla mnie ta historia jest, od pewnego momentu, mniej więcej o adoptowanej córce i adopcyjnej matce) był fajny. O motywie z obcięciem skrzydeł będzie pod koniec notki. A poza tym?

Głos zza kadru porównywalny, jak chodzi o poziom nachalności wyjaśnień, tylko z Anthonym Hopkinsem w Aleksandrze Stone'a. Czarny charakter - tym razem tatuś, nie czarownica - tak ZŁY, że aż zęby bolą, ZŁY ZŁY ZŁY. A nie zanosiło się na to: może fajniej  byłoby ograć w dalszej części fabuły ten moment wahania, kiedy Stefan uśpił Maleficent i jednak nie mógł jej zabić, może warto było podkreślić, że jego ambicje i determinacja w dążeniu do potęgi i pieniędzy mają w tle fakt, że jest ubogim sierotą i jak Scarlett O'Hara będzie kłamał i oszukiwał, byle nie być głodny nigdy więcej? Fabuła cała w dziurach, przy czym część z tych dziur wynika z niewolniczego w niektórych momentach trzymania się fabuły Śpiącej królewny - na moje oko, w świetle tego, jak układają się stosunki dyplomatyczne między królestwami ludzi i fairies, trzy dobre wróżki powinny były zostać ekspresowo wtrącone do lochu, a nie zaproszone na imprezę. Brak ogrania chociaż śladowo postaci księcia, ale też królowej, matki Aurory. Generalnie, nie mogłam uwierzyć, że to napisała scenarzystka współodpowiedzialna za Króla Lwa i Piękną i bestię.

Ten film ma, jak dla mnie, tylko jedną mocną i przejmującą scenę: moment, kiedy Stefan decyduje, że dla władzy zdradzi Maleficent. Nikt nie wie, że się znają; ba, nikt nawet nie podejrzewa, że Stefan zakrada się na zakazane Wrzosowiska. Zabicie Maleficent, czego nie są w stanie zrobić królewscy rycerze, jest dla niego tylko kwestią zdrady, zawiedzenia jej zaufania: znają się przecież i przyjaźnią, ba, kochają, od lat. Ergo, usypia ją narkotykiem i obcina jej skrzydła - choć chce, nie jest w stanie jej zabić. Ta scena - z jej chyba dość oczywistymi dla dorosłego widza paralelami do gwałtu, do brutalnej zdrady zaufania - rzeczywiście robi wrażenie, bo jest przejmująca i bolesna, a nie  - efekciarsko mroczna. No i zakończenie  - znaczy, to, kto obudził Aurorę - by zrobiło wrażenie, gdybym wcześniej nie obejrzała Frozen dwanaście razy i nie przewidziała go za szybko.

Generalnie, ta historia porzuconej kobiety, która "adoptuje" odsuniętą przez ojca i wychowywaną przez kompletnie niewydolne wychowawczo ciotki-wróżki dziewczynkę jest dobrym pomysłem - choć wolałabym, żeby albo było w tym wszystkim jakieś miejsce dla księcia, albo żeby kompletnie się go scenarzyści pozbyli, bo w tej wersji pałęta się po ekranie nieco bez sensu. A jak już o pocałunkach i książętach mowa - och, tumblrze. Och. Naprawdę, lesbijski podtekst? Absolutnie mi nie przeszkadzają lesbijskie podteksty, teksty otwarte też zresztą poproszę, jak najbardziej, ale - tutaj? W historii kobiety, która obserwuje od urodzenia małą córeczkę faceta, którego kiedyś kochała, a który ją zdradził w najpodlejszy sposób? Patrzy, jak ona wyrasta z niemowlęcia w maluszka, potem w przytulającą się do niej małą dziewuszkę, potem w nastolatkę, patrzy i wie, że kiedyś, w momencie zemsty, ona, Maleficent, zrujnowała temu dziecku życie? Która zastępuje jej rodzinę i przyjaciół, jakich mała nie ma? Nie wiem, może ja czegoś nie widzę, ale dla mnie jest to zdecydowanie historia o przybranej matce i jej córce, a nie o kobieco-kobiecym romansie. W to zresztą też przecież idzie zakończenie: Aurora, córka ludzkiego króla i królowej, wychowanka wróżek i przybrana "córka" Maleficent, będzie idealną władczynią dla połączonych królestw...

No nie podobało mi się, a szkoda, bo chciałam ten film lubić *. A teraz wyjeżdżam i długo, długo mnie nie będzie, więc następna notka to pewnie gdzieś w sierpniu.

 

 

* I tylko jeszcze sobie tak cichutko dodam: ja lubiłam Złą Maleficent ze Śpiącej Królewny i bardzo, bardzo mi jej brakuje...

niedziela, 07 czerwca 2015

Misiael zamówił u mnie notkę, a że Misiael to jeden z autorów, których sama bardzo lubię czytać, to oczywiście postanowiłam tę notkę szybko napisać. Szybko, póki coś mi nie zje resztek czasu.

 

Kyrene and Libya (British Museum)

Notka miała być o silnych kobietach w mitologii, konkretnie greckiej. Rzymianki zostają chyba na raz następny, bo jak znam życie, to jak zacznę o tych greckich, to nie skończę, póki Blox nie powie „wpis jest za długi”.

Zacznijmy może od jednego konkretnego faktu. Paradoksalnego.

Starożytna Grecja – a konkretniej Ateny od VI w. p.n.e. do hellenizmu (IV w. p.n.e), o których wiemy najwięcej; w takiej Sparcie niektóre sprawy wyglądały nieco inaczej – była zdecydowanie krainą mężczyzn. Mężczyzn, czyli osób dorosłych, wolnych, z prawem obywatelstwa. Reszta społeczeństwa miała – różnie, generalnie praw za bardzo nie miała; a przez prawa rozumiem tu zarówno prawa dotyczące uczestnictwa w życiu publicznym, jak i prawa, powiedzmy, obywatelskie. O życiu kobiety decydował ojciec, potem mąż; to on zarządzał majątkiem, on decydował, jej krzywda (np. zgwałcenie dziewicy) była krzywdą jego (konkretniej, jego honoru i mienia). W klasycznych Atenach (znowu, np. w hellenistycznej Aleksandrii bywało inaczej) zadaniem kobiet z elity społecznej (a o takich mówimy) było siedzieć w domu, mężczyzn poza mężem, synami, ojcem i braćmi nie widywać w ogóle i generalnie się nie wychylać.

Tak. A w mitologii greckiej wygląda to nieco inaczej. Tam mamy i kobiety-królowe, i kobiety-przywódczynie, i żony, które mieszają się do spraw państwa, i kobiety-wojowniczki… Nie pytajcie mnie, dlaczego – nie wiem. Nie wiem nie ja jedna: kwestia pochodzenia mitologii greckiej, kwestia obrazu kobiet w niej, kwestia jej charakteru są, owszem, powszechnie i często dyskutowane, ale do konkluzji daleko.

Może więc zamiast teoretyzować, popatrzmy na kilka przykładów tego, jak grecka tradycja literacka (bo pamiętajcie, mówimy o mitologii w jej literackich opracowaniach, nie o pierwotnych mitach; to, co mamy, jest mocno przetworzone przez literackie konwencje, gatunki i pomysły konkretnych autorów.   


ARTEMIDA

Greckie przysłowie mówi zacznijmy od Zeusa, w sensie – od tego, co najważniejsze, a ponieważ mówimy o pewnym specyficznym typie bohaterek, to zaczniemy od Artemidy. Większość z nas kojarzy ją ze szkoły – wredna, antypatyczna, mordercza bogini łowów z łukiem i wiecznym wkurzeniem na świat. Podstawowa, jednak, rzecz do wyniesienia z dzisiejszej notki jest taka: szkoła zmyśla. Nie, wróć, nie zmyśla. Szkoła uczy memów. A mem o Artemidzie wygląda tak:

 

Diana z Wersalu wg Leocharesa


A tymczasem… a tymczasem musimy przez moment pomyśleć jak Oni. Jak Grecy, których mitologia i religia (a to bardzo, bardzo, bardzo nie to samo!) była zasadniczo różna od tych religii, z którymi dziś najczęściej się spotykamy dookoła nas; monoteistycznych, dualistycznych, ze skanonizowanym zestawem dogmatów.

Zapomnijmy o memie. Popatrzmy na boginię.

Artemida, córka Latony i Zeusa; jej matka, Latona, w podręcznikach mitologii jest zdegradowana do roli jednej z kochanek władcy Olimpu. W rzeczywistości była zapewne jedną z bogiń natury, potężnych władczyń żywej przyrody i ucieleśnień idei macierzyństwa/płodności; jak Gaja, Rea, Demeter i Kybele, Latona personifikuje boginię-matkę, potężną, groźną, opiekuńczą i macierzyńską jednocześnie.

Latona urodziła Zeusowi bliźnięta, starszą o sekundy córkę i młodszego syna. Grecy wywodzili imię tej córki, Artemis (nasza Artemida jest od dopełniacza, Artemidos), od słowa ἄρταμος artamos, ‘rzeźnik’, choć językoznawcy woleliby etymologię od frygijskiego *arta, święta, co czyniłoby z niej, dość prawdopodobnie, także inkarnację Matki Natury, ewentualnie od niedźwiedzia, arktos, zwierzęcia kluczowego w jej kulcie.  Kult bogini był panhelleński – czczono ją w całym greckim świecie – i bardzo, bardzo stary, obecny prawdopodobnie już w okresie minojskim na Krecie, u zarania greckiej cywilizacji.   

Ponieważ na moje szczęście to jest wpis, a nie wykład, mogę spokojnie pominąć całe mnóstwo detali i przejść do tego, co ważne, czyli do paradoksalnego, dla nas, charakteru Artemidy. To jest, oczywiście, wedle naszego pierwszego memetycznego skojarzenia, bogini-dziewica, serdecznie nie znosząca a) mężczyzn, b) kobiet, które mężczyznom ulegają. Stąd mity o kobietach ukaranych przez nią za zdradę ślubów panieńskich, stąd opowieści o okrutnym traktowaniu własnych towarzyszek, uwiedzionych przez kogoś z jej boskiej rodziny.

Ta nienawiść jest w pewnym sensie przewidywalna: Artemida jest boginią dzieci. Konkretnie, boginią dziewczynek. I boginią młodych zwierząt. Opiekuje się nimi – co spotyka tych, którzy np. zabiją na polowaniu ciężarną samicę zwierzęcia, mógłby opowiedzieć Agamemnon – a dziewczęta winne są jej cześć, aż do dnia, kiedy wychodzą za mąż (w Grecji klasycznej jako nastolatki), przestają być dziewicami i przechodzą pod opiekę innych bogiń: Afrodyty i Hery.

Ale Artemida nie tylko otacza opieką, Artemida też zabija. Jest potnia theron, panią dzikich zwierząt i opiekunką dzikiej natury, ale i boginią polowań; jest opiekunką dzieci i kobiet w ciąży – i tak, będąc boginią-dziewicą, jest też patronką porodów – ale i tą, która jest winna nagłej śmierci kobiet: to jej strzałom tę śmierć się przypisuje. Artemida jest też przecież wojowniczką – zresztą, przecież, wszystkie greckiej boginie są wojowniczkami, popatrzcie tylko na sceny gigantomachii albo na uzbrojoną Afrodytę! Jest boginią nieulękłą, okrutną, opiekuńczą i potężną; jest boginią, której wolno odrzucić mężczyzn i męski świat; w każdym aspekcie, jako wojowniczka i przywódczyni, równa swemu bratu Apollinowi.    


ATALANTA, KYRENE, PENTHESILEA

Na niedobór kobiet-wojowniczek grecka mitologia generalnie nie cierpi. Mamy Amazonki, plemię wojowniczych córek Aresa, będących przy tym postrachem wojowników: owszem, zdarza im się łagodnieć, jak uwiedzionej przez Tezeusza Hipolicie, ale częściej zdarza im się to, co Penthesilei: skopać w walce całe mnóstwo greckich herosów pod Troją, a jak zginąć, to z rąk Achillesa, którego, generalnie, pokonać tak za bardzo się nie da. Paradoksalnie, dla późniejszej kultury Penthesilea stała się bohaterką dziwacznej historii miłosnej, o zakochującym się w umierającej dziewczynie Achillesie (tak, ta historia ma też paskudne warianty z seksem w tle, nie pytajcie). Greckie heroiny-wojowniczki często zresztą mają taki schemat historii: walka-sukcesy-zwrócenie uwagi mężczyzny-zakochanie-… a potem, często, jeszcze coś. Tak jest z Atalantą: ukazana w mitologii często jako Arkadyjka (hint: Arkadia to najdziksza z krain Grecji i najgroźniejsza z nich, nie dajcie się nabrać rzymskim sielankom!), Atalanta była ofiarą selekcji noworodków; ojciec chciał syna, więc zbędną córkę kazał porzucić w górach; tam wychowały ją dzikie zwierzęta, a opieką otoczyła Artemida. Atalanta wyrosła na wojowniczkę pierwszej klasy – summa summarum, to raczej na pewno ona zabiła dzika kalidońskiego i fakt, że dowodzący łowami Meleager zdążył się w niej zakochać, nie zmienia faktu, że na swoją nagrodę zasłużyła. W końcu zabiła dzika.

A to jest ważne. Ważniejsze niżby się mogło wydawać. Ważniejsze dlatego, że zabicie dzika to nie takie sobie polowanie. Wszystko wskazuje na to, że zabicie dzika na polowaniu, pieszo, było w Grecji próbą inicjacyjną – najprościej i najbardziej trywialnie mówiąc, dowodziło, że mężczyzna jest już mężczyzną, a nie chłopcem. Tu mężczyźni raczej na pewno nie wygrali – a jeżeli nawet wygrali, to musieli tę wygraną współdzielić z Atalantą, kobietą dość dobrą, by wygrać w zawodach tylko dla facetów.

Pominę ten kawałek o tym, co było potem, o sporze, walce, rodzinnej tragedii, matczynej klątwie. Atalanta po tym wyczynie została zaakceptowana przez ojca – i, jak to bywa z ojcami, natychmiast zmuszona do małżeństwa. Nie chciała męża – kazała kandydatom ścigać się ze sobą w zawodach biegowych i zawsze wygrywała. Przegrała w końcu – jak mówią starożytni – tylko dlatego, że była ciekawska (rywal rzucał złote jabłka, a ona myślała, że zdąży je pozbierać i i tak wygrać), albo, jak sugeruje Katullus, bo chciała (jabłka były pretekstem, dała chłopu wygrać, żeby nie było, że się poddała).

Ale amazonki i Atalanta to nie jest wszystko, co nam mitologia grecka oferuje w kwestii silnych kobiet. Mamy jeszcze moją ulubioną bohaterkę, Kyrene, córkę nimfy i króla dzikich Lapitów, ulubioną córeczkę tatusia – ulubioną też dlatego, że najdzielniejszą ze wszystkich pasterzy, którzy paśli jego stada. Ale co ja będę gadać, Pindara wam lepiej zacytuję.

Lecz nie lubiła ona
tam i z powrotem chodzić koło krosien,
ani w domu urządzać przyjęć
wśród zabaw z towarzyszkami.
Walczyć lubiła oszczepem spiżowym
I nożem dzikie zabijać zwierzęta
Dużo cichego spokoju ojcowym zapewniając wołom
a na towarzysza łoża – słodki wybrała sen,
mało poświęcając mu chwil, kiedy już się chylił do jutrzenki.
Spotkał ją strzelający z daleka Apollo (…)
gdy sama i bez włóczni z potężnym raz zmagała się lwem.

(Oda pytyjska IX, przeł. M. Brożek)

Apollo poszedł do swego mistrza i zapytał, czy mu wypada ją podrywać, mistrz (centaur Chejron) lekko go opieprzył, że jest niepoważny, zaślepiony żądzą i że dziewczynę najpierw trzeba poznać, żeby się z nią móc żenić. No więc Apollo się zapoznał, oświadczył, ożenił (Kyrene jest jedyną bohaterką z miliona Apollinowych kochanek, którą się określa jako jego żonę) i zabrał żonę do Libii (boginię Libię mamy na obrazku na początku wpisu, jak koronuje Kyrene wieńcem). Tam założył dla niej miasto Cyrenę (gr. Kyrene) i tam Kyrene panowała, wychowując dzieci swoje i Apollina, wśród nich – Aristaiosa, boga pszczół, który odegrał paskudną rolę w historii Eurydyki i Orfeusza…

 

ARETA, KLITAJMESTRA, PENELOPA

 

No dobra, to teraz się przyznam. NIENAWIDZĘ memu pt. „mocna kobieta = wojowniczka, która umie skopać przeciwnika i generalnie robi Same Fajne Rzeczy, Które Normalnie Robią Faceci, słabe kobieciątko = matka i żona, co siedzi w domu i przędzie wełnę, robiąc Kobiece Drobiazgi”. A figę z makiem, przynajmniej w greckiej mitologii.

 

Penelopa z synem Telemachem


Było długo o wojowniczkach, to teraz będzie krótko o tych innych. Ani mi się ważcie zapomnieć, że Penelopa sobie przędła te swoje całuny (i przez spory kawałek czasu nabierała na to wszystkich), jednocześnie – o tyle, o ile mogła, najechana przez bandę zalotników – rządząc Itaką. I że my patrzymy na wierność małżeńską inaczej niż Grecy - a Odyseusz wybrał Penelopę nad nieśmiertelność i wieczną młodość z nimfą.
I może nie zapominajmy o Klitajmestrze – albo może lepiej zapomnijmy, póki nie napiszę o niej notki, bo to jest fascynująca postać. No i nie zapominajmy o królowej Arete z wyspy Feaków, ukazanej w Odysei: jej córka, Nauzykaa mówi Odysowi wyraźnie, że to matka, a nie ojciec, zdecyduje, jaki będzie jego dalszy los…

 

To co, jaka notka następna? O rzymskich twardych dziewczynach czy o tych najbardziej skrzywdzonych bohaterkach mitologii greckiej? Czy o kwestiach płci (bogów i herosów, znaczy)  i tego, co z nią mitologia grecka potrafi zrobić?

 

Misiael, stworzyłeś potwora i zainaugurowałeś ten antyczny cykl, który od dawna obiecywałam.



niedziela, 24 maja 2015

Hannibal

 

Zasadniczo wszyscy* już a) widzieli, b) skomentowali I sezon Hannibala. Ja też, Bogiem a prawdą, pierwszy raz widziałam dawno temu – acz nie skomentowałam, nie wtedy. Potem jakoś obejrzałam drugi, potem znowu nic nie napisałam, jakiś czas temu przyszło mi do głowy, że może bym sobie w końcu DVD kupiła, ergo kupiłam, obejrzałam jeszcze raz i chyba w końcu zachciało mi się coś napisać.

* którzy chcieli; koleżanka niby chciała, ale się za bardzo bała. 

To nie tak, że wtedy mi się nie podobało, a teraz tak. Absolutnie. Pod wrażeniem przeestetyzowanej, do bólu przemyślanej stylistyki serialu, błyskotliwego castingu i generalnie odwagi Bryana Fullera jako producenta byłam już wcześniej. Teraz po prostu wreszcie do mnie dotarło, czemu mi się tak trudno ten I sezon za pierwszym razem oglądało. I nie, nie miało to nic wspólnego z oceną serialu.

A ponieważ piszę teraz, kiedy wszyscy inni już napisali – bardzo proszę nie oczekiwać po tym wpisie jakichś odkrywczych refleksji. Proszę. Naprawdę, chwilowo jestem intelektualnie niezdolna do refleksji głębszych niż stwierdzanie oczywistych oczywistości.

Ale może po kolei.

 

W CIENIU PIĘCIU OSCARÓW

Miałam jakieś 18 lat w momencie premiery – i gigantycznego sukcesu, tak komercyjnego, jak i artystycznego - Milczenia owiec. Film Jonathana Demme’a w zasadzie samodzielnie zbudował – przynajmniej tak to wtedy wyglądało – popularność  i reputację Anthony’ego Hopkinsa wśród szerokiej widowni (nie, nie próbuję powiedzieć, że KINOMANI go nie znali – jedynie, że „największym aktorem swego pokolenia” został w oczach masowej widowni właśnie z okazji zagrania Hannibala Lectera) i okazał się filmem zaliczanym dość powszechnie do współczesnej klasyki kina. Narobił przy okazji trochę zamieszania i sprowokował kontrowersje – ja osobiście musiałam, mimo prawie 18 lat, stoczyć ciężki bój z rodziną o zgodę na pójście do kina na „film o kanibalach”; dopiero Oscary pomogły.

No i po czymś takim (i, takoż, po serii mniej lub bardziej udanych kontynuacji – ja osobiście na Czerwonego smoka¸ tego drugiego, nie dam powiedzieć złego słowa – jak tu robić serial. To znaczy – jak opowiedzieć historię, która została już wcześniej opowiedziana, zgrana i wykorzystana do oporu, a na dodatek jej główny bohater ma Oscarową twarz jednego, konkretnego aktora. Zadanie wydaje się z gatunku tych raczej beznadziejnych.

Wyjściowe narracyjne założenie Milczenia owiec i Hannibala jest nieco podobne, gdy chodzi o stosunek do postaci doktora Lectera. Za każdym razem my-widownia wiemy, że mamy do czynienia ze specyficznego rodzaju potworem. W Milczeniu owiec wie to również cały świat. W Hannibalu, a konkretniej w jego pierwszym sezonie, początkowo wiemy tylko my – no i, oczywiście, w pewnym momencie także ofiary Lectera, ale te na bardzo krótko.; z całej reszty świata taka możliwość świta może, co najwyżej, Bedelii du Maurier, psychiatrze pana psychiatry.

 

KUSZENIE OPOWIEŚCIĄ

Generalnie oglądanie Hannibala uświadomiło mi po raz kolejny, bardzo wyraźnie, co musi mieć film/serial, żeby mnie naprawdę skutecznie uwieść. Musi, po pierwsze, mieć odpowiednią, albo odpowiednio opowiadaną historię. Ona nie musi być kompletnie zaskakująca, porażająco oryginalna – ona głównie musi być opowiedziana w sposób, który na mnie zrobi wrażenie.

W Hannibalu ta historia opowiadana jest w sposób, który bardzo lubię i który mnie zdecydowanie przekonuje. Do motywu przewodniego – relacji między Willem  a Lecterem i polowania na Rozpruwacza – dołożone są historie zarówno obejmujące większość sezonu (Abigail i problem ojców i dzieci), jak i te kilkuodcinkowe (historia żony Jacka Crawforda i jej choroby, historia doktora Gideona) i te zamknięte w jednym (upiorna hodowla grzybów) lub nawet części (morderca od totemu, o którym parę słów później) odcinka.

Narracja oparta jest na efektownym tricku, w którym widownia jest wszechwiedząca. My i tylko my wiemy od początku – dzięki wiedzy ze świata przedstawionego i spoza niego, z szeroko pojętej popkultury – że Hannibal Lecter jest seryjnym mordercą i kanibalem. Zagadką jest więc dla nas – jak chodzi o główny motyw – nie kto i nie jak, nawet nie dlaczego (bo do tej jednej sfery – psychiki Lectera – wglądu w zasadzie nie mamy) – tylko kiedy i jak reszta się dowie.

W Hannibalu efektowne, by nie rzec wydumane sposoby na morderstwa – przysięgam, czytam mnóstwo kryminałów, a i tak idea z grzybami trzepnęła mnie swoim perwersyjnym rozbuchaniem i zaskoczyła upiorną pomysłowością scenarzysty – sprawiają, że widz nie wpada w poczucie „OK, kolejny procedural o jednostce ds. seryjnych zabójców”. Do tego jest nie jedna, a kilka historii obejmujących cały sezon – Abigail i jej historia, kolejne poziomy relacji Willa i Hannibala – i sporo osobistych i psychologicznych motywów w tle, tak, że dość w sumie typowa fabuła sprawia wrażenie bardziej oryginalnej i dzięki temu bardziej wciąga.

W pierwszym  sezonie oglądamy, jak Hannibal wciąga Willa w pułapkę, jak go – niewinnego i nieświadomego – wodzi na manowce, jednocześnie z fascynacją obserwując; przy czym kiedy mówi, że chce w nim mieć przyjaciela, ja mu wierzę, choć poprosiłabym może o zdefiniowanie, jak rozumie słowo „przyjaźń”. 

Tylko na marginesie uwaga o moich wspomnianych wcześniej kłopotach z oglądaniem. Otóż każdy z nas, a przynajmniej większość, ma pewne tematy, pewne historie, których oglądanie boli. Mnie jest szalenie trudno, i jako narratorce (moi gracze zaświadczą), i jako odbiorcy, radzić sobie z jednym konkretnym tematem: ze zdradą zaufania, zwłaszcza w przyjaźni, z narracją typu: „ja ci ufam, a Ty wykorzystujesz to przeciwko mnie”. Nie wiem, skąd taka reakcja, ale jest. I właśnie to – nie krew, nie dania z ludzi, nie bebechy; to – sprawiło, że oglądanie tego I sezonu było dla mnie, momentami emocjonalnie ciężkie. Co, skądinąd, nie zmienia faktu, ze to jest bardzo dobra historia.

Ale sama niezła historia, nawet pomysłowo opowiedziana, nie wystarczy, choć jest komponentem kluczowym – gdyby wystarczała,  to wśród moich ulubionych seriali byłoby Sanctuary, a zdecydowanie nie jest: męczyłam się z nim potwornie. Sama historia to nie wszystko.

 

KUSZENIE ROLAMI

Podejrzewam, że tym, co mnie w Hannibalu zaskoczyło najbardziej, był fakt, że mi w mojej głowie Mads Mikkelsen kompletnie zastąpił Anthony’ego Hopkinsa. To nie znaczy, że przestałam cenić jego rolę z Milczenia owiec, to tylko oznacza, że jak myślę o tej postaci, to już od jakiegoś czasu zdecydowanie widzę – nie jego.

Pomysł na tę rolę miał Mikkelsen chyba jeden jedyny możliwy: odejść od tego, co w kinie błyskotliwie zrobił jego poprzednik. Idea, o której mówił w wywiadach producent – że Lecter Mikkelsena jest prawie-szatanem, nie do końca ludzką istotą ogarniętą niezdrową ciekawością poznania człowieka (a przede wszystkim jednego konkretnego człowieka, Willa Grahama), sprawdziła się znakomicie; ja osobiście uwielbiałam to, jak chwilami było to podkreślane stroną wizualną i doborem muzyki – patrz użycie arii Mefistofelesa z Fausta Gounoda (Le veau d’or, z sugestywną, powtarzającą się i jakże adekwatną, w kontekście tego, co HL w tej scenie robi, frazą et Satan conduit le bal) w odcinku Sorbet z I sezonu. W i sezonie Hannibal, którego widzimy, jest nieskazitelny, doskonały i w zasadzie nie popełnia błędów. Z zimną ciekawością kontroluje to, co się dzieje i obserwuje, jak rozwija się jego mała... przygoda z Willem Grahamem.

Graham jest bardzo kompetentnie i efektownie zagrany przez Hugh Dancy’ego, choć, przyznajmy miał on nieco prostsze – i ze względu na fakt, że ról Edwarda Nortona i wcześniej Williama Petersena  nie uznano jednak za aż taką klasykę kina, jak Lecter Hopkinsa, i biorąc pod uwagę zmiany w jego charakterystyce i historii, jakie wprowadził Fuller - zadanie. Fantastycznie też funkcjonuje chemia między oboma głównymi bohaterami. Ja się kompletnie nie dziwię faktowi, że sieć zalana jest fanfikami o romansowej reinterpretacji relacji między głównymi bohaterami – dziwiłabym się, gdyby było inaczej.

Zresztą generalnie – dopiero drugie oglądanie uświadomiło mi w pełni, że Hannibal ma gwiazdorską obsadę, której nie powstydziłby się hollywoodzki film z, powiedzmy, dolnej połówki I ligi; i że, co oczywiście dużo ważniejsze, te gwiazdy błyszczą nie tylko nazwiskami, ale i aktorstwem. Nie, nie będę płakać z zachwytu nad Gillian Anderson, zajęłoby mi to pół wpisu. Doskonałym pomysłem były też zmiany w obsadzie – fakt, że zamiast Alana Blooma mamy Alanę, a zamiast Freddy’ego Loundsa – Freddie oraz rozbudowanie postaci Beverly Katz pozwoliły zamieszać w relacjach między postaciami, a jednocześnie sprawił, że kobiety nie pokazują się tylko w rolach córek, żon i ofiar.

No ale. Gdyby mi dobre aktorstwo samo jedno wystarczało, to na liście ulubionych seriali miałabym Penny Dreadful – a jako żywo, nie mam i z ciężkim bólem przemęczywszy I sezon na drugi się raczej nie skuszę.

 

KUSZENIE OBRAZEM

Wizualnie i koncepcyjnie Hannibal jest majstersztykiem. Połączenie krwawego okrucieństwa ciągle dość odważnego jak na standardy TV z szalenie przemyślaną estetyką dało znakomity efekt. Do tego przyczynia się nie tylko konsekwencja, z jaką zaprojektowane i skontrastowane są ze sobą światy Willa i Hannibala – ich stroje, mieszkania, fryzury, cała stylistyka otaczająca ich obu – ale też i równie konsekwentne stosowanie wiodących wizualnych motywów, podkreślających spójność całej serii. Od wyszukanych zdjęć i ujęć ofiar, przez kontrast zgaszonych chłodnych barw sporej części wnętrz i plenerów z czerwienią krwi po wizualno-symboliczne znaki, jak pojawiająca się i ewoluująca wizja jelenia/człowieka z rogami – wizja mordercy, w której Will w końcu rozpoznaje symbol Hannibala – wszystko to, momentami przegięte, przeestetyzowane, świadomie gore i tę hiperelegancką estetykę kombinujące, jest szalenie spójne.

Pasuje do tego też inny powracający stale, w każdym niemal odcinku motyw – sceny w kuchni. Tu efekt (czarnego humoru podszytego chwilami makabrą) wynika z całej serii kontrastów. Te sceny wyglądają jak z luksusowego programu kulinarnego – ta kuchnia, te sprzęty, ta kamera podążająca za detalem – i są szalenie wysmakowane estetycznie, tyle że my dokładnie wiemy, co takiego nasz bohater z taką miłością i starannością przygotowuje. Do faktu, że to są zapewne te sceny, na których większość widzów dość bezwstydnie chichocze, dokładają się dwuznaczne komentarze samego kucharza, który chwilami prawie wprost sugeruje, co ma do zaoferowania (yeah, napisałabym osobny wpis o jedzeniu jako znaku inności i szatańskiej pokusie w Hannibalu, ale NIE MAM CZASU).

Może momentami irytować (nie mnie, ale może), ale też sprawia, że kadry z Hannibala łatwo będzie natychmiast odróżnić od innych. Do tego znakomicie pasująca niepokojąca, atonalna muzyka, skontrastowana z wplecionymi fragmentami muzycznej klasyki – dawno nie widziałam tak dobrze dobranej ścieżki dźwiękowej.

No ale gdyby mi wystarczała odpowiednio estetyczna stylizacja, to bym uwielbiała Underworld z jego wyszukanymi, quasi-gotyckimi kostiumami z jednej, a Tytusa Julie Taymore (welcome back, Anthony Hopkins) z drugiej strony. A lubię mniej (U.) lub bardziej (T.), ale nie uwielbiam.

 

KUSZENIE SUGESTIAMI

To wszystko powyżej by mi wystarczyło, żeby ocenić serial bardzo wysoko. Dostałam na dodatek wisienkę na torcie – takie ogrywanie aluzji i kulturowych odniesień, które bardzo lubię.

Z ogrywaniem aluzyjności łatwo przegiąć, o czym pół zdania później; w Hannibalu ta sfera aluzji jest ograniczona w zasadzie do kanonu adaptacji Harrisa i po części, bardzo dyskretnie, do nieco podobnych telewizyjnych zjawisk; po części jest zresztą motywowana bardzo praktycznie – o pewnych postaciach z powodu praw autorskich wspomnieć nie można, ale można zbudować wokół nich historię zrozumiałą na nieco innym poziomie dla widza, który tego pierwowzoru nie zna i dla tego, który jest go świadomy.

Gdybym nie była kupiona już wcześniej, do I sezonu Hannibala przekonałby mnie odcinek 6, "Entrée", w którym scenarzyści (w tym producent Bryan Fuller) ogrywają swoją własną quasi-wersję Milczenia owiec: historię o tym, jak Jack Crawford posłał w pogoń za Rozpruwaczem młodziutką stażystkę FBI. Miriam Lass jest tu nie tylko zastępstwem za Clarice Starling – jest też, ze względu na to, jak i kiedy rozwiązuje zagadkę tożsamości Rozpruwacza, zastępstwem za Willa Grahama w Czerwonym smoku, tyle że jej historia skończy się jednak nieco inaczej. Charakterystyka Miriam – upartej, ambitnej dziewczyny, walczącej o swoje, ale jednocześnie trochę niepewnej, bardzo chcącej się sprawdzić – i jej relacja z Jackiem to nie jedyne skojarzenie z Milczeniem owiec w tym odcinku; wypowiedziany z wisielczym humorem przez doktora Lectera komentarz do obiadu (rzekomego jagnięcego ozora), it was a particularly chatty lamb, też przecież odnosi nas wprost do Milczenia owiec.  

Innym, bardziej chyba jeszcze subtelnym sposobem nawiązania, są pewne decyzje obsadowe. Nie wierzę, że dla większości widzów rola Gillian Anderson nie przywodzi na myśl – przy wszystkich oczywistych różnicach między Scully a du Maurier - jej roli w Archiwum X (plus, samo nazwisko postaci jest aluzją, tym razem literacką). Zastanawiam się też, jak bardzo celowe było zatrudnienie do maleńkiej rólki mordercy od totemu Lance’a Hendriksena – grany przez niego w Millenium Frank Black, empatyk wczuwający się w morderców i potwory na miejscach zbrodni, to postać niezwykle w swojej koncepcji podobna do Willa Grahama w serialowej wersji…
(i już nie powiem, że gdyby same zgrywy i aluzje wystarczały, to bym znosiła Supernatural, a bogowie, jak serdecznie nie znoszę....).

 

PODSUMOWANIE

Podsumowując, znaczy… a nie, co ja będę więcej gadać. Mam II sezon do obejrzenia i zrecenzowania.

 

wtorek, 07 kwietnia 2015

CIĄG DALSZY POPRZEDNIEGO, ZA DŁUGIEGO WPISU

 

 

 

Podejrzewam też jednak, że summa summarum Will był dla  niego ważniejszy, niż sam Lymond może chciałby przyznać przed sobą. Nie, nie czytam tej relacji, z tej strony, jako romantycznej – ale zdecydowanie jako jakiś rodzaj miłości. Niewątpliwie obu ta znajomość wiele dała – Will pod wpływem doświadczeń wyniesionych ze swojego epizodu z Lymondem z całą pewnością stracił sporo z naiwności i hero worship, a jednocześnie poznał i docenił swoje własne mocne strony: lojalność, szaleńczą momentami odwagę, siłę charakteru. Lymond bez wątpienia po tym wszystkim postrzegał go jako wiernego i serdecznego przyjaciela, na którego zawsze mógł liczyć, nawet kiedy przez chwilę wydawało się, że Will i jego ojciec, w swoim sporze z rodem Kerr, narażą się Lymondowi i jego polityczno-militarnym planom. W The Disorderly Knights, trzecim tomie cyklu Dunnett, między Willem a Lymondem mamy już głębokie, oparte na wzajemnym zrozumieniu (a mało osób mogłoby coś takiego o Lymondzie powiedzieć) uczucie przyjaźni i wzajemnego szacunku.

To, jak znaczącą osobą był Will w życiu Lymonda najlepiej przecież widać właśnie w The Disorderly Knights, gdzie Will Scott, mąż i świeżo upieczony ojciec, z poukładanym życiem, niedługo po ślubie z siostrą swojej własnej macochy, spotyka się z dawnym wodzem po raz kolejny i niedługo potem – ginie. A jedną z niewątpliwych przyczyn jego śmierci jest fakt, że Lymond uważał go za kogoś dla siebie ważnego (bo, ech, Lymond w pewnym momencie dorabia się Straszliwego Arcywroga w najlepszej Holmesowo-Bondowskiej tradycji; wrócimy do tego kiedy indziej).   

Will Scott zostaje ciężko ranny w – na pozór – nieszczęsnym, przypadkowym starciu. Dostajemy następnie pełen zestaw scen, jakich możemy się, po tego typu historii o romantycznej przyjaźni, spodziewać (mówiłam, cóż to byłby za materiał dla shipperów!): Lymonda znoszącego na własnych rękach umierającego przyjaciela z pola walki, siedzącego przy nim, kiedy jeszcze przez moment jest nadzieja, że może Will przynajmniej na chwilę odzyska przytomność, wreszcie – wrobionego perfidnie (przy pomocy ciosu w głowę i wylanej na niego butelki alkoholu), tak, że nie tylko zrobił na wszystkich wrażenie obojętnego na to, co się stało, ale i nie mógł przyjść na wezwanie umierającego; to mu w łamiących serce (Lymonda i czytelnika) słowach wypomina ojciec zmarłego:

 

His brain was soft a wee, mind. He asked for the Master of Culter, as if ye were his commander; and when they told him ye couldna come, he said you’d be plagued with things to attend to, and we were to tell you never to trouble. But he hoped all the time, they said, that you’d see past it and come.   

 

Na koniec dostajemy jeszcze, oczywiście, pogrzeb Willa – bez Lymonda, za to w obecności nierozpoznanego przez rodzinę właściwego zabójcy – i Lymonda noszącego pierścień zmarłego; a kiedy Lymond w końcu demaskuje winnego, robi to po części właśnie w imię zamordowanego podstępnie Willa - i jego ojca, który też padł ofiarą morderczej intrygi tej samej osoby.

 

Tak to wygląda z punktu widzenia postaci – a z naszego, czytelników? Zakładam, że autorka napisała tę relację – najpierw ślepą fascynację, potem rozczarowanie, potem rosnące zrozumienie i szacunek – dość celowo dwuznacznie, na pograniczu szczeniackiego, acz niekoniecznie erotycznego zakochania. Mam wrażenie, że Will ma być, akurat w The Game of Kings, po trochu naszym alter ego (jednym z dwóch w tej powieści; drugim, komplikującym i naświetlającym obraz Lymonda zupełnie z innej strony, jest Christian Stewart, i po części Kate Sommerville), że nasze reakcje mają w pewnym sensie odpowiadać jego reakcjom. Jesteśmy przecież równie niedoinformowani, co do głównej intrygi, jak on, a Lymonda znamy o tyle, o ile on go zna: spokojnie możemy początkowo postrzegać go jako zepsutego, amoralnego, bezwzględnego i cholernie pociągającego. Dorothy Dunnett unika mówienia nam wprost o swoim bohaterze; zamiast tego, podsuwa nam lekko skrzywione zwierciadło emocji Willa Scotta, żebyśmy mogli w nim zobaczyć i Lymonda, i Willa, i po trochu – nas samych. 



Ten wpis jest z dedykacją dla Harpijki, tworzącej połowę znanego mi osobiście polskiego fandomu DD.

 


Po poprzedniej notce, która była wprowadzeniem do notki, teraz, dla odmiany, będzie właściwa notka. O romansach, przyjaźniach, romantycznych przyjaźniach i o tym, po co one autorce.


Zaryzykuję tezę, że w cyklu Dunnett mamy trzy głównie historie z cyklu „Francis Crawford of Lymond i jego prawie zakochani w nim przyjaciele (i wrogowie)”. Ich bohaterami są, kolejno, Will Scott („The Game of Kings”), Robin Stewart („Queen’s Play”) i Jerrot Blyth, którego historia zaczyna się w „The Disorderly Knights”, ale ciągnie już do końca cyklu.


Śmiem twierdzić, że historia relacji między Jerrotem a Lymondem jest jedną z kilku absolutnie najważniejszych w całym cyklu – obok relacji Lymonda z matką, bratem i przyszłą żoną (yup, w tej notce będą spojlery, ale spróbuję być miłosierna z tymi najgorszymi) tudzież ze Szkocją, ojczyzną jego.  Dlatego też – i dlatego, że historia momentami toksycznej fascynacji i przyjaźni tych dwóch zaczyna się w III tomie, ale ciągnie się już do samego końca cyklu Dunnett, pozwolę sobie na razie temat Jerrota ledwie-ledwie zasugerować, koncentrując się za to na dwóch pozostałych historiach: na relacji Lymonda i jego młodego akolity Willa Scotta oraz na najbardziej chyba z nich wszystkich złożonej – historii Lymonda i Robina Stewarta, oficera Szkockiej Gwardii króla Francji Henryka II. Przy czym, jako że ta notka rozrasta się jak Blob zabójca z kosmosu, dzisiaj będzie tylko o tym pierwszym.


Ale zacznijmy od początku, czyli od słońca, wokół którego w cyklu Dunnett obracają się wszystkie gwiazdy i planety. Zacznijmy od Lymonda.


OD TEGO MIEJSCA BĘDĄ BEZLITOSNE SPOJLERY. NO, MOŻE NIE BEZLITOSNE. KTO CZYTAŁ, TEN DOCENI, CZEGO POSTANOWIŁAM NIE ZESPOJLOWAĆ.


Moja osobista teza jest taka: przy całej staranności i dbałości o oddanie realiów szesnastowiecznego świata, przy całej paradzie postaci historycznych, pojawiających się na kartach jej powieści, Dorothy Dunnett zasadniczo napisała nam dzieje ahistorycznego superbohatera. Chyba jeden jedyny raz – kiedy z trudem usiłuje sobie radzić z podejrzeniami, że jest owocem związku w rozumieniu szesnastowiecznym (ale już nie naszym!!) kazirodczego – widzimy Lymonda jako dziecko swojej epoki. Fakt, to jest epoka niezwykła: fabuła powieści Dunnett dzieje się w latach 1547-58, a więc w Europie wysublimowanych, renesansowych dworów i wybitnych władców, przy których kariery – polityczne, militarne, intelektualne – robili ludzie nietuzinkowi. Bodaj czy nie wtedy stosunkowo najbardziej prawdopodobny jest bohater taki, jak Francis Crawford of Lymond, z jego niezwykle szerokimi horyzontami, imponującym wykształceniem, specyficzną moralnością (szacunek dla słabych, dla osób niższego stanu, brak klasowych uprzedzeń) fascynacją innością (innymi kulturami, religiami, tradycjami) i opartą na własnym kodeksie moralnym obyczajowością seksualną. Niemniej jednak: Lymond nie jest, tak naprawdę, człowiekiem renesansu i bohaterem historycznym. Jego pierwowzorów należałoby raczej szukać wśród bohaterów powieści Alexandre’a Dumasa ojca. To z nimi – jak z tajemniczym, niemal-wszechmocnym, ale dotkniętym tragediami z młodości Edmundem Dantesem – ma bohater Dunnett więcej chyba wspólnego, niż z historycznymi awanturnikami, szpiegami i poszukiwaczami przygód. Lymond jest bliski perfekcji (a chwilami, przyznajmy to, bliski bycia Mary Sue), ale autorka pokazuje nam wprost, w odautorskich opisach, tylko jedną tej perfekcji stronę – jego subtelną i bliską doskonałości urodę. Wszystko poza tym – intelekt, szerokość horyzontów, wewnętrzną uczciwość i specyficznie rozumiany kodeks etyczny, lojalność wobec najbliższych i wobec kraju - musimy wydedukować sami, bo zazwyczaj widzimy, na pierwszy rzut oka, dowody, że jest wręcz przeciwnie. I dedukujemy, lepiej lub gorzej – często gorzej, bo intrygi w cyklu DD bywają wielopiętrowe i skomplikowane, a Lymond ma uroczy zwyczaj nieobjaśniania, nigdy i pod żadnym pozorem, nikomu, jakie ma plany i co chce zrobić. Widzimy go więc tak, jak widzą go inne postacie – i przez te postacie na niego patrzymy.  


Kiedy w pierwszej części cyklu, The Game of Kings, spotykamy Lymonda po raz pierwszy, oceniamy go początkowo po serii reakcji na jego zachowanie, przy czym skala tego zachowania rozpięta jest od sztubackich dowcipów po bezczelny rabunek w domu pełnym kobiet (z których jedna obrywa brutalnie w twarz), wśród których są jego matka i bratowa. Wiemy, że Lymond jest wyjęty spod prawa, że jest zdrajcą szkockiej sprawy i własnej rodziny i że dowodzi bandą rozbójników – i tyle.  Po raz pierwszy zaczynamy go poznawać, kiedy na scenie pojawia się, gotowy dołączyć do bandy z lekko nieoczekiwanych filozoficznych powodów,  dziedzic jednego z największych szkockich rodów, Will Scott of Buccleuch.

Because I admire you, brzmi jedno z pierwszych zdań, jakie Will wypowiada do nieznanego mu jeszcze wtedy Lymonda i jakkolwiek tu mówi to z naiwną i niemądrą wiarą, to właśnie zdanie okaże się, tak naprawdę, prawdziwe; acz w tak zwanym międzyczasie Will będzie miał okazję przejechać się na emocjonalnej karuzeli: od podziwu dla wodza przez – jak dla mnie – stan ewidentnego zauroczenia, by nie rzec zakochania, przykre zaskoczenie, niechęć, pogardę, wstyd z powodu własnego niezrozumienia, wreszcie – lojalność, podziw, przyjaźń i szacunek.

Ale po kolei. Skłócony z ojcem (co wiemy z ironicznych komentarzy jego macochy, Janet Beaton), Will jest urodziwy, świetnie wyedukowany w paryskich szkołach, pełen ideałów i gotowy zarówno ich bronić, jak i długo i wyczerpująco o nich dyskutować. Ma pewnie mniej niż 20 lat (tu autorka była związana datami życia historycznego sir Williama Scotta) i jest porywczy i zbuntowany; no i postanawia się sprawdzić jako wyjęty spod prawa bandyta pod dowództwem Lymonda, którego postrzega, znając go tylko z pogłosek, jako niemalże wcielenie (ahistorycznego przecież) ideału Nietzscheańskiego amoralnego nadczłowieka.  Pokazanie ojcu, jak bardzo on, Will, jest Złym i Niegrzecznym Chłopcem, zapewne odgrywa w tych planach rolę bardziej znaczącą, niż Will kiedykolwiek chciałby przyznać.

Mając w planach dołączenie do bandy dowodzonej przez Lymonda, Will musiał kiepsko znieść fakt, że został a) związany, b) w tej postaci zawieziony do miejsca, gdzie ludzie Lymonda stacjonowali, c) potraktowany jak mała dziewczynka (z kpinami, że ledwie urwał się niańce i z konsekwentnym nazywaniem go Marigold, „aksamitką”, od kwiatka i rzadko bo rzadko, ale używanego żeńskiego imienia; dalej w ich znajomości Lymond będzie prześcigał sam siebie w wymyślaniu kolejnych przezwisk dla Willa), d) upokorzony i pouczony w nader ryzykowany sposób. Lymond ustawia tu relacje między nimi teoretycznie wbrew temu,  czego mógłby się czytelnik – a i sam Will -  spodziewać. Will oczekuje przyjęcia do strasznej bandy wyjętych spod prawa: prób, zadań, wtajemniczeń; jednocześnie zapewne oczekuje z niecierpliwością momentu, kiedy po przejściu tychże ujawni wreszcie, triumfalnie, kim jest i z jak ważnej rodziny pochodzi. I wtedy Lymond każe mu zastrzelić człowieka. A Will się nie waha.

Will strzela, dostaje awanturę od Lymonda i zostaje upokorzony: okazuje się, że jego tożsamość była od początku znana, a cała próba – ukartowana. Niemniej, ku swemu zaskoczeniu, zostaje zaakceptowany, przyjęty i zabrany na wyprawę z samym wodzem – wyprawę, z której celu zrozumie dokładnie tyle samo, ile my-czytelnicy, czyli, na tym etapie, prawie nic. Autorka rozpoczyna swoją grę z nami – grę w zagadki, grę w intrygę, grę w rozwiązanie problemu niemal jak z powieści kryminalnej, której stawką, czego nie domyślamy się od razu, jest życie i honor samego Lymonda.   

Z osób, których oczyma na tym etapie oglądamy Lymonda, Will jest najbliżej, w sensie spędzania czasu ze swoim hersztem; nie znaczy to, że wiele rozumie. Niedługo potem dostaniemy kolejne „wersje” bohatera, widziane przez kolejne osoby, głównie Christian Stewart (o której będzie trochę przy okazji wpisu o kobietach Lymonda) i Richarda Crawforda (o którym będzie, och, dużo dużo – relacja między Lymondem a jego starszym bratem jest jedną z kluczowych dla całego cyklu). Na razie jednak skupmy się na Willu i na tym, co on czuje.

Will jest, pod wieloma względami, naszym punktem widzenia jako czytelników: tak jak on, mamy problem z uchwyceniem, o co tak naprawdę chodzi i z ogarnięciem rozumem wszystkich wątków skomplikowanej gry Lymonda; po części, tak jak on, sporo z nas pewnie czuje dziwaczną mieszankę fascynacji i niechęci w stosunku do błyskotliwego, bezlitosnego, amoralnego, chwilami nieprzyjemnego i diabelsko atrakcyjnego (Hell’s hell again: the de’il’s back, mówi o Lymondzie jeden z podkomendnych) przywódcy. Lymond ma opinię człowieka, któremu niestraszny żaden występek – to przecież po części pociąga w nim Willa, to właśnie Will przytacza jako powód dołączenia do jego bandy.

A skoro Will jest tym punktem widzenia, który dzielimy, wiele z jego reakcji na Lymonda zostaje nam pozostawionych do odczytania i zinterpretowania, bo autorka bardzo, ale to bardzo lubi być nieoczywista i nie dookreślać tego, co pokazuje. Szczerze podejrzewam, że gdyby fandom DD nie był, jak się sam określa na tumblrze, the smallest fandom on the Internet, mielibyśmy w nim nieustające konkursy na fanfiction z dowolnymi pairingami, shipping wars (Lymond i … kto?), a przede wszystkim – dyskusje o tym, co jest, a co nie jest kanonem.

No bo co, czytelniku, zrobił(a)byś na przykład z taką sceną? Panowie Lymond i Scott są na prywatnej a sekretnej wyciecze do gospody „Pod Strusiem”, która jest mniej gospodą, a bardziej – domem schadzek i burdelem, prowadzonym przez zaprzyjaźnioną z Lymondem burdelmamę Molly. Will nie ma pojęcia, po co tu przyjechali; on i Lymond (który w tym tomie jest często nazywany „The Master of Culter”, tytułem, który by mu się należał z racji pochodzenia, gdyby nie był wyjęty spod prawa) rozmawiają przez chwilę o paniach pracujących u Molly, a potem następuje taka oto scena:

Lymond refilled [Will’s tankard] and his own; and when Scott had finished his, filled it, again. “Multa bibens ...” Then he looked around, signalled, and returned the gentle, appraising stare to Will’s face. “And now,” said the Master, “suppose we fulfill our glad destiny?”.
A cloud of musk approached and Molly in it, a cherub in its nest. “You’re ready, dear?”
“We are. And the room?” asked Lymond.
“Waiting for you. Number four, dear.” A key changed hands. “You remember the stairs?”
She laughed, and Lymond said, “They haven’t left any great impression, but I recall they exist. We’ll find them. Come, Marigold.”
Where there is no custom of reticence in childhood, there is no vice of which a well-brought-up young man need be ignorant—even a young man who three months before has cherished the purest ideals. When Will Scott got to his feet, his heartbeats were behaving oddly, but he was not slow in following the Master across the jammed, leg-strewn room, up a dark stairway leading from arcade to gallery, and along a long, stifling passage railed off on one side from the room they had just left. Wooden doors on the other side of the corridor were numbered. Lymond unlocked the fourth and went in, with Scott at his heels. The Master turned, and kicked the door shut.
The room held an uncurtained bed, a mirror, an armory, a table, two candlesticks and a youngish man, sitting on a low, cushioned bench. (…)
“I am Lymond.” The Master moved into the candlelight, and recognition and relief showed in the other’s eyes. “And this is my lieutenant, Mr. Scott. Will—the Master of Maxwell.”
Three months of Lymond’s company had taught Will Scott presence of mind. He bowed, and out of the wreckage of his emotions salvaged the necessary recollection: (…) of his [Lymond’s]  voice saying (…) “The Master of Maxwell is an important personage almost entirely surrounded by English” (..) Scott, directing a private grimace at Lymond’s unresponsive back, seated himself fatalistically on the edge of the bed.

 

Jak czytać zachowanie Willa w tej scenie? Na tym etapie jego fascynacja osobą dowódcy – połączona chyba z odrobiną lęku przed nim i z poczuciem, że nie ma rzeczy, przed którą Lymond by się cofnął – dosyć nie ulega wątpliwości. Nie ulega też, oczywiście, wątpliwości, że Lymond sobie z nim pogrywa – ale pogrywa z czym? Z jakimi emocjami? Dla mnie jako czytelniczki i interpretatorki ta scena sugeruje dość – jak na Dorothy Dunnett – jednoznacznie, że Will spodziewa się, plus minus wylądowania w łóżku ze swoim enigmatycznym i nieprzewidywalnym wodzem i jest na wpół przerażony, na wpół zafascynowany tą perspektywą. Co mi podpowiada taką interpretację? Poza miejscem (idealnym na tego typu spotkanie: powszechnie wówczas uznawane za nielegalne, niemoralne, a jednak w renesansowej kulturze akceptowalne łatwiej, niż kiedykolwiek wcześniej od czasów rzymskich) i poza wcześniejszymi uwagami Molly do Willa o Lymondzie (He was born to wreck us, body and soul, that one) – przede wszystkim ta uwaga o tym, że nie ma takiego występku, którego dobrze wykształcony młody człowiek byłby nieświadomy. Tu jest co najmniej kilka sugestii: wzmianka o vice, sugestia, że Will (bo to ewidentnie o nim mowa) ma wszelkie powody wiedzieć, że takie rzeczy są możliwe – i z racji odebranego (w tej epoce bezdyskusyjnie klasycznego) wykształcenia, i z racji bycia człowiekiem światowym. Oczywiście Will na tym etapie ma wszelkie powody, żeby spodziewać się po Lymondzie bycia wtajemniczonym – i wtajemniczającym! – we wszelkie niemoralne, zakazane, intrygujące i perwersyjne doświadczenia tego świata. Plus, do tego, Lymond dość konsekwentnie określał wcześniej Willa dwuznacznymi przezwiskami, głównie Marigold i Pyrrha (które jest moim ulubionym, bo Lymond robi tu jednocześnie aluzję do rudego koloru włosów Willa, ale i do postaci noszącej to imię – a śmiem zakładać, że w tym konkretnym przypadku chodzi o przebranego za dziewczynę Achillesa na Skyros; przezwisko, na pozór złośliwe, jest też jednak jednocześnie komplementem, ale i sugestią, że jak Achilles w domu Likomedesa, tak i Will Scott ciągle jeszcze jest niedorosłym dzieciakiem – który ma jednak szansę wyrosnąć na wielkiego wojownika i przywódcę). Plus, oczywiście, bezcenna reakcja Willa, kiedy się przekonał, że zamiast niebezpiecznych rozkoszy czeka ich „zwykłe” szpiegowskie zadanie. Wcześniej, choć jego serce zachowywało się dziwnie, Will bez wahania poszedł za Lymondem do wskazanego im pokoju; kiedy już spotkali człowieka, który tam na nich czekał, Will musiał szybko otrząsnąć się i wydobyć tożsamość ich gościa z ruin swoich własnych emocji. Biedny Will – the wreckage of his own emotions ja bym tutaj rozumiała w kontekście faktu, że – jeżeli dobrze czytam emocje Willa wcześniej i jego rozumienie tego, co ma się zdarzyć – musiał się biedaczek poczuć jak oblany wiadrem zimnej wody: skonfundowany, zawstydzony, pewnie zły na siebie. Przy czym to chyba nawet nie jest tak, że Will desperacko chciałby tej miłosnej przygody z Lymondem: on jest chyba raczej gotowy na zrobienie czegoś zakazanego, na złamanie reguł, a jednocześnie jest pod takim wrażeniem swojego przywódcy, tak jest nim zauroczony, że – chyba nie byłby od tego, by spróbować (acz tu, przyznaję, spekuluję i ekstrapoluję, trochę bez dowodów).  

 

Po co mi ta cała szczegółowa analiza jednego passusu? Poza tym, że chciałam ją napisać, od kiedy w 2006 pierwszy raz przeczytałam The Game of Kings, to przede wszystkim po to, żeby pokazać, jak cholernie niejednoznaczna bywa Dorothy Dunnett. Tu przecież nie ma żadnych pewnych, oczywistych stwoerdzeń, tylko poszlaki i sugestie. W dyskusjach netowych nad tą sceną moja interpretacja jest z tych mniejszościowych – większość czytelników zakłada raczej, że Will oczekuje bycia zabranym przez Lymonda do pokoju z jedną z dziewcząt Molly i z nią pozostawionym, inni zakładają, że Will oczekuje tu, iż Lymond uczyni go swoim powiernikiem i wyleje przed nim wszystkie tajemnice swej duszy i to brakiem takiej rozmowy jest rozczarowany… a to jest jeszcze stosunkowo nieskomplikowana scena, jak na naszą autorkę.  

 

Zanim dotrzemy do ostatniej strony The Game of Kings, uczucia Willa do Lymonda zdążą się zmienić, i to kilka razy. Przy całej swojej gotowości do zostania cynicznym bandytą, Will, pełen rycerskiego poczucia, że nie należy narażać na niebezpieczeństwo płci pięknej (i, och, jakże to śmieszy Lymonda), nie chce zaakceptować postępowania Lymonda z Christian Stewart - a raczej tego, jak sam postrzega zachowanie Lymonda wobec niej; bo oczywiście jak zwykle Will widzi to, co Lymond pozwala mu widzieć, a to jest, jak zwykle, jedynie odbita w krzywym zwierciadle niewielka cząstka prawdy. Will będzie więc na Lymonda oburzony, coraz bardziej zniesmaczony jego zachowaniem. Zerwanie Willa z Lymondem zacznie się od tego, że Will usłyszy od ojca paskudne plotki na jego temat – plotki o zbiorowym morderstwie dziewcząt w klasztorze i o tym, że może z tym aktem przemocy miał coś wspólnego fakt, że jedną z ofiar była młodsza siostra Lymonda, z którą miał łączyć go, jak utrzymują niektórzy, dwuznaczny, może kazirodczy związek? W każdym razie do tego dołoży się, zaraz po sekretnym spotkaniu Willa z ojcem i pułapce, w którą młody Scott prawie wpadł, wściekła awantura z Lymondem, który potraktował Willa jak nieodpowiedzialnego smarkacza. Kluczowa scena jednak rozegra się po spotkaniu Lymonda z Margaret Lennox.

Margaret z całą pewnością doczeka się z mojej strony osobnej analizy – w końcu jest jednym z wiodących czarnych charakterów tej historii. Tu jednak czytelnik nie do końca to jeszcze wie. My, czytelnicy, podsłuchujemy wraz z Willem Scottem tę rozmowę i widzimy w niej Lymonda cynicznego do bólu i kompletnie bezwzględnego, a naprzeciwko niego – młodą i piękną kobietę, której Lymond grozi, że porwie i zabije jej dziecko. Po tej rozmowie Lymond zamyka się w swojej sypialni, a Will, który nie zna strachu, postanawia dzielnie i naiwnie przywrócić go do pionu i nakazać powrót na ścieżkę moralności (Will może być gotowy zostać złym bandytą, ale braku szacunku dla dziewic i niewiast nie zamierza, w swej szczeniackiej rycerskości, tolerować!). To się, oczywiście, kończy ciężkim upokorzeniem dla Willa, którego rycerskie intencje zostają obśmiane, a on sam, chcąc wstrząsnąć swoim dowódcą i uświadomić mu powagę sytuacji, kończy ośmieszony – Lymond traktuje groźby z jego strony na tyle „poważnie”, że proponuje mu pojedynek o przywództwo, owszem, ale pojedynek w piciu; Will nie może się nie zgodzić i, przewidywalnie, nie ma też szans wygrać. Mniej więcej na tym etapie Will jest już przekonany, że Lymond zamierza go sprzedać, wydać Anglikom w zamian za coś, czego chce; i postanawia, oczywiście, uprzedzić uderzenie (a Lymond, OCZYWIŚCIE, uprzedza jego decyzje i zza kulis na nie wpływa, jakżeby inaczej!). I seem to have made a fool of myself again jest najbardziej prawdziwym podsumowaniem, na jakie Will się zdobył w swojej relacji z Lymondem…  

A potem, oczywiście, mamy scenę konfrontacji i walki i zdrady; i, przecież, niemal powtórkę z ich pierwszego spotkania. Wtedy, na rozkaz Lymonda, Will, chcąc dowieść za wszelką cenę swojej gotowości, strzelił bez zastanowienia do człowieka – i pewnie dopiero później, kiedy ochłonął, odetchnął z ulgą, że wszystko to było podstępem, że ten czyn nie miał konsekwencji. Tutaj, w tej scenie, pod koniec gwałtownej fizycznej konfrontacji między nim a Lymondem (konfrontacji mocno podkręconej sarkastycznymi uwagami tego ostatniego) Will sięga po nóż i w chwili wściekłości wbija go w ciało wroga aż po rękojeść; i przez ten krótki moment, nie ma wątpliwości. Trafia dość niegroźnie w ramię – ale tego dowiaduje się dopiero po dłuższej chwili. W tej beznamiętnej, opisującej tylko zachowania postaci, a nie ich emocje (poza jednym zdaniem: energy, initiative and even normal sensation left Scott), scenie, Dunnett bardzo starannie sugeruje nam, co się dzieje w głowie Willa po tym ataku. Opis miejsca, w którym toczyła się walka, ewokuje pustkę, ciemność i słabość; samotność; szok po świadomym, dokonanym, owszem, wśród emocji walki, ale jednak świadomym zabójstwie człowieka, dla którego jeszcze niedawno gotów był zaryzykować wszystko i złamać własne rycerskie zasady.       

Długa sekwencja po tej scenie – aresztowanie rannego Lymonda, jego odwiezienie na sąd, wszystko, co dzieje się po drodze – stanowi moment zwrotny emocji Willa. Dunnett nie ostatni raz rozgrywa tu przed naszymi oczyma klasyczną scenę, w której udręczenie i cierpienie głównego bohatera, chwilowo, mimo wszelkich wobec niego oskarżeń, osadzonego w roli niewinnej ofiary jest punktem zwrotnym nie akcji, co emocji, jakie rządzą postaciami. W przypadku Willa dokłada się do tego, oczywiście, interwencja Christian Stewart: Will w końcu postanowił wydać Lymonda jego wrogom właśnie dlatego, że nie aprobował jego postępowania wobec kobiet, a tu zostaje skonfrontowany z ewidentnie stojącą po jego stronie jedną ze swych wyobrażonych damsels in distress. Wściekły, po awanturze z ojcem zostaje, na polecenia starego Scotta, zamknięty na noc w jednej celi z Lymondem.

Dunnett ładnie i subtelnie wygrywa tu opozycję tego, co się wydaje – Willowi i nam – i tego, co rzeczywiście się dzieje. Przez delikatne sugestie – stojąca za Lymondem świeca, tworząca aureolę światła wokół jego jasnej głowy, porównanie jego rysów, nieoczekiwanie spokojnych, do anioła z rzeźby (któregoś) della Robbii – autorka sugeruje nam, jak tak naprawdę patrzeć na jej bohatera; zwłaszcza, że szybciutko się okaże, że Lymond trafił do celi, bo tak chciał, a jak nie chciał w niej dłużej być – to nie był. I tak, nasz drogi Will jest na najlepszej drodze do zmiany zdania (po części tę zmianę zdania załatwi mu rozmowa z matką Lymonda, Sybillą). Od tej pory Will jest już gotowy zrobić dość wszystko, żeby wyciągnąć Lymonda z dość beznadziejnej sytuacji, w jakiej jego eks-dowódca się znalazł.

 

A jak wygląda ta relacja widziana od drugiej strony? Na przestrzeni prawie 3000 stron The Lymond Chronicles Dorothy Dunnett rzadko pozwala nam patrzeć na Lymonda jego własnymi oczyma, rzadko oddaje mu głos i pozwala nam zobaczyć wprost, co jej główny bohater myśli i czuje. W The Game of Kings w zasadzie nie miewamy takiej okazji; ergo, jak wygląda rzeczywisty stosunek Lymonda do Willa musimy wywnioskować z jego zachowania. Dlaczego w ogóle go przyjął? Podane przez niego samego wyjaśnienie (Potrzebuję kogoś, kto umie czytać i pisać) jest pewnie tylko bardzo, bardzo częściowo prawdziwe. Nie sądzę, by Lymond był zafascynowany Willem tak bardzo, jak Will nim. Podejrzewam, owszem, że widział to zafascynowanie i że parę rzeczy, jak ta radośnie dwuznaczna propozycja, jaką złożył Willowi w gospodzie „Pod Strusiem”, były celnymi trafieniami w tę właśnie fascynację. Poza tym – cała sprawa ewidentnie była dla niego niezłą zasłoną dymną, kryjąca przed światem jego własne, właściwe intencje. przecież nawet trzeźwa i rozsądna Kate Sommerville zapytała Lymonda o Willa jako o jedną z pierwszych rzeczy (Excuse me, but are you the bad company young Mr. Scott has got into?), choć akurat ona ma w tym momencie nieco inny powód, niż zapewne krążące po Szkocji plotki. Te plotki, o takim czy innym fatalnym wpływie Lymonda na Willa, muszą być znane w całej Szkocji – wspomina o nich Richard, brat Lymonda (And the love of young boys, of course: you must miss that. Someone to relax with, in gracious way, to twist and indoctrinate and shatter with the wild, delightful mutability of your moods), wracają także w oskarżeniu Lymonda przed sądem w Edynburgu (“Perjure himself!” roared Sir Wat [w obronie swego syna Willa]. “Unhealthy emotions ! Self-disgust! Are you calling my son a debauchee?” oraz, nieco później, w słowach oskarżyciela, We may be forgiven for believing that associations natural and unnatural come easily to Mr. Crawford). W rzeczywistości, niezależnie od tego, co Will mógł sobie na jakimś etapie wyobrażać, Lymond okazał się dla niego przede wszystkim nauczycielem (co potwierdza jego ojciec podczas procesu) i wodzem (do końca życia Willa Lymond pozostał dla niego the only man in Scotland Will Scott had ever obeyed without arguing), ale także – przyjacielem.

CIĄG DALSZY W KOLEJNYM WPISIE, BO BLOX UZNAŁ TEN ZA ZBYT DŁUGI.

 



niedziela, 05 kwietnia 2015

W zasadzie ta wielkanocna seria wpisów, zaplanowana przeze mnie tak naprawdę pod wpływem kaprysu, to raczej samobójczy pomysł: zważywszy, że polski fandom Dorothy Dunnett można pewnie zmieścić w jednej niewielkiej sali lekcyjnej, projekt napisania kilku sążnistych wpisów o relacjach między jej bohaterami i o tym, jak autorka się tymi relacjami posługuje przy kreowaniu wizerunku bohatera zakrawa na szaleństwo. Niemniej, ten temat chodzi za mną od jakiegoś czasu i mam szaloną ochotę się z nim zmierzyć, a czytelnicy tego bloga już nie raz mi udowodnili, że zazwyczaj uznają za najlepsze te wpisy, po których ja się spodziewam, że zgromadzą dwa lajki i jeden komentarz z litości, ergo – zabrałam się do roboty. 

 


I teraz tak. Tytułem wstępu: moja ogólna ściąga o cyklu Dunnett jest tutaj, a tutaj z kolei – notka, zachęcająca do jej czytania. Plan, mówiąc najkrócej, jest taki: parę słów o tym, kto jest kto, potem – krótka analiza tego, co i po co, a potem oczekiwanie na następny odcinek wpisu. Tyle, że - jak to zwykle - okazało się, że trochę tego dużo. Innymi słowy, ta notka - wyjaśniająco-eksplikująca, proponująca, o czym będzie, a o czym nie - to trailer właściwej notki. No dobra, nie trailer. Wstęp. Wprowadzenie. Przedmowa.

Zacznijmy od uczciwego przyznania: Dorothy Dunnett bywa melodramatyczna. Do bólu. Jej bohaterowie z kolei bywają – jak by to powiedzieć – nadludźmi (choć, momentami, jako żywo, kiedy czytam co poniektóre opisy wyczynów co poniektórych postaci, to inne słowo ciśnie mi się pod klawiaturę). Tyle, że widzę to przy drugiej-trzeciej lekturze: wcześniej autorce udało się ukryć przede mną dość starannie to, jak fantastycznie doskonały bywa jej główny bohater. Nad tym właśnie, jak to zrobić  – na przykładzie właśnie Dunnett – chciałam się wyjściowo w tej notce zastanawiać. Ponieważ jednak mówimy o cyklu liczącym jakieś 3000 stron, trzeba się skupić na czymś konkretnym; a mnie akurat, po części przez rozmowę z Harpijką na ten temat, wzięło na skupienie się na jednym motywie – a mianowicie na relacjach między jej enigmatycznym głównym bohaterem a pozostałymi postaciami cyklu.

Przypomnę krótko: jesteśmy w Europie (i nie tylko) połowy XVI wieku, przed sobą widzimy szeroką panoramę wydarzeń, od rodzinnej Szkocji głównego bohatera przez Francję, imperium osmańskie, Maltę, Anglię, Francję, Irlandię, Grecję, Rosję Iwana Groźnego, kawałki północnej Afryki. W oczywisty sposób mamy też tabun – jako żywo, tabun – postaci, tak zaczerpniętych z historii, jak i w pełni fikcyjnych; a każda z nich, w zasadzie, wchodzi w jakieś interakcje z naszym głównym bohaterem.

Jak wiedzą czytelnicy moich poprzednich wpisów o autorce, bohater nazywa się Francis Crawford of Lymond i głównie jako Lymond występuje w Dunnett, ergo również i w tym wpisie będę tego określenia używać najczęściej Z grubsza, dla celów tego wpisu, pozwalam sobie podzielić interakcje tegoż z innymi bohaterami na kilka grup, z których nie wszystkie będą mnie tu i teraz w jednakowym stopniu interesować.

Po pierwsze, w oczywisty sposób, są postacie, z którymi Lymond styka się, powiedzmy, formalnie czy profesjonalnie. Są wśród nich szkocka królowa-matka Maria de Guise, król Francji Henryk II, brytyjska księżniczka i przyszła królowa Elżbieta, by wymienić tylko kilka – i te relacje mnie, chwilowo, nie interesują; dałyby ciekawy wpis o portretowaniu postaci historycznych u Dunnett, ale to na szczęście nie dzisiaj.  Po drugie – i to jest znowu temat na osobny wpis – są postacie, które nasz bohater traktuje po prostu z przyjaźnią; serdeczną, wierną, jednoznaczną, choć nie zawsze wprost deklarowaną. Nie jest takich osób wiele i często są to ludzie, którzy wydają się, przy wysoko urodzonym, ekstrawaganckim, przerafinowanym, świetnie wykształconym i olśniewająco urodziwym Lymondzie – zwykli, nieefektowni, codzienni; są wśród nich szef królewskiej menażerii we Francji, z zawodu poganiacz słoni; albo mieszkająca na pograniczu miła i ciepła angielska wdowa (dobra, przez większość akcji wdowa); albo mauretański eks-niewolnik. To, jak fair Lymond ich traktuje i jak życzliwy bywa wobec nich, jest często zaskoczeniem dla ludzi, którzy wierzą albo łudzą się, że znają Lymonda doskonale – wiedzą przecież, że sarkazm, złośliwość, uszczypliwe a bezlitosne demaskowanie ludzkich słabości to jego normalny sposób zachowania i skoro traktuje tak książąt krwi i wielkie damy, to skąd ta wyrozumiałość dla podstarzałego kornaka albo dla niezbyt ładnej, niezbyt bogatej wdowy? Znowu, to jest temat na całkiem ciekawy wpis (głównie o tym, jak mimo niezwykle drobiazgowego researchu autorki, mimo niezwykle starannie oddanych realiów, „The Lymond Chronicles” są jednak awanturniczo-przygodowo-romansową serią o w zasadzie współczesnym i współcześnie myślącym bohaterze, a nie powieściami historycznymi, mającymi za cel jakąś rekonstrukcję przeszłości), ale nie na ten dzisiejszy.

W mojej samozwańczej typologii pozostają nam trzy kategorie postaci, z którymi Lymond wchodzi w znaczące interakcje: (1) jego rodzina, (2 jego prywatni (arcy)wrogowie i (3)– i diabli wiedzą, jak to zwać. Obiekty uczuć, powiedzmy sobie. Albo nie, jeszcze inaczej: osoby, _dla których_ Lymond jest obiektem uczuć, a one dla niego - różnie, często też, przy czym nie zawsze są to te same uczucia. We wszystkich tych przypadkach wzajemne relacje tych postaci z Lymondem są co najmniej dwuznaczne, nieoczywiste i niejasne, często też - także w przypadku (1) - podszyte są, albo wydają się podszyte, erotycznymi, freudowskimi niemal napięciami.

Chwilowo jednak możecie spać spokojnie, w następnym wpisie skupię się na ostatniej z tych grup. Przy czym, jako że obiecałam Harpijce wpis o romantic frienships  u Dunnett, pozostawię sobie na następną okazję temat-rzekę pt. „Wszystkie kobiety Lymonda” i zacznę, zdecydowanie, od jego wszystkich mężczyzn.  

środa, 25 marca 2015

...wchodzą do tawerny, a philologus ma kaca. 


J. R. R. Tolkien, Hobbitus ille, przeł. na język łaciński Mark Walker, HarperCollins 2013

 

 

 

Jest rocznica bitwy pod Czarną Bramą i Światowy Dzień Czytania Tolkiena, a mnie od rana boli głowa. To znaczy - nie całkiem od rana: od tej chwili, kiedy wzięłam do ręki, po raz kolejny, ślicznie  wydanego łacińskiego Hobbita.

No popatrzcie tylko na tę okładkę, z rysunkiem samego Tolkiena przetworzonym tak, by przypominał najbardziej chyba rzymską ze sztuk plastycznych,  mozaikę.  W środku ładny papier, ładna czcionka - i co najmniej kontrowersyjny pomysł tłumacza na przekład.

No i oczywiście można byłoby zacząć od pytania "Ale po co?". Po co w ogóle tłumaczyć na łacinę coś takiego, jak Hobbit - tekst, który, będąc awanturniczo-przygodową, naładowaną przy tym humorem powieścią fantastyczną dla młodzieży, nie ma swojego gatunkowego odpowiednika (a więc także np. modelu stylistycznego, na którym można  by się było oprzeć) w łacinie (1). Po co tłumaczyć dzisiaj na martwy język (tak, wiem, zaraz przyjdą moi koledzy po fachu i mi pojadą Tuwimem) powieść, którą w zasadzie każdy, kto zechce, może przeczytać w oryginale albo we własnym czy prawie dowolnie wybranym języku?

Zawsze - a przekładami młodzieżowej klasyki na łacinę interesuję się od dawna, można zajrzeć na mój profil na academia.edu, jak kto ciekawy rezultatów - wydawało mi się, że powodem jest szkoła - a konkretnie to, że są kraje, gdzie łaciny naucza się od poziomu gimnazjalnego.  No i jak już skończymy z czytankami o rodzinie tych ludzików z Fires of Pompeii, to nagle dostajemy do wyboru: albo Cezar i wojny, wojny, wojny, machiny oblężnicze, ludobójstwo i łosie zagięte pod względem rogów; albo dissertissimus Cyceron i moooowy, albo ewentualnie Korneliusz Nepos i jego Żywoty nudnych sławnych mężów.

Nie zrozumcie mnie źle: nawet Neposa lubię. Cezar mnie fascynuje, przy całym okrucieństwie swoich czynów, a Cyceron to, no cóż, poster boy łaciny idealnej. Tyle że wyobrażam sobie ich teksty... a potem wyobrażam sobie, powiedzmy, trzynastolatków. To nie jest tak, że nie można znaleźć tam dla nich nic do poczytania, nie. Ale czasem, och, jak by się przydało trochę odmiany!

No i właśnie o tę odmianę, wydawało mi się, a Mark Walker w przedmowie potwierdza, właśnie o nią chodzi. Dlatego powstał łaciński Harry Potter (a konkretniej tomy I-II), łaciński Kubuś Puchatek, i Alicia in terra mirabili i Mały książę i wiele innych. I dlatego też powstał - niewątpliwie w związku z filmem Petera Jacksona - Hobbitus ille.

Tyle że ja mam... wątpliwości.

Tu będzie mała dygresja, mam nadzieję, że zostanie mi wybaczona. Dygresja, mianowicie,  o Harrym Potterze i łacińskich zaklęciach. Otóż, w znaczącej większości przypadków J. K. Rowling, konstruując swoje pochodzące z łaciny formuły lub nazwy zaklęć, używa takich słów, które mają kontynuacje albo derywaty w języku angielskim (jak lumos i luminous, crucio i excruciating, imperius i imperial, by rzucić tylko kilka przykładów). Kiedy więc młody anglojęzyczny (zamierzony) czytelnik takie słowo widzi, wygląda ono dla niego jednocześnie obco i znajomo: jest tajemnicze i egzotyczne, ale są pewne szanse, że może skojarzy mu się z jakimś słowem z własnego języka, co do pewnego stopnia podpowie jego znaczenie.

Mnie osobiście bardzo się ten zabieg J. K. Rowling podoba. Trochę mniej podoba mi się podobny zabieg w wykonaniu Marka Walkera, może dlatego, że - w odróżnieniu od Rowling - Walker jednak w założeniu pisze po łacinie.

Ech. Tu dochodzimy do kaca łacinnika. Kto ma uczulenie na gramatykę albo na martwe języki: sugeruję uciekać.

Jest tak: nie oszukujmy się, Hobbitus ille napisany jest marną łaciną z błędami. Można, jak jedna recenzentka, sama skądinąd bardzo dobra łacinniczka, bronić podjętej przez tłumacza decyzji posłużenia się, jak to ujmuje, Anglicized style jako celowej próby zbliżenia tekstu do młodego czytelnika.  Ja mam, jednakowoż, ponure wrażenie, że o ile dałoby się w ten sposób wytłumaczyć kompletny brak łacińskiej idiomatyki - bo ten tekst jest po angielsku łacińskimi słowami, o czym więcej za moment - o tyle trochę trudno w ten sposób bronić ewidentnych błędów składniowych i fleksyjnych. No przykro mi, na pierwszym roku studiów klasycznych uczą człowieka, że czasowniki III koniugacji mają nietypowy bezokolicznik czasu teraźniejszego strony biernej i że forma reficeri od reficio nie ma prawa zaistnieć w poprawnym łacińskim tekście (refici ma, jakby kto chciał wiedzieć). Zasad odmiany rzeczownika też uczą. Że drzewo jest w rodzaju żeńskim i takiej wymaga przydawki, można sprawdzić w słowniku. Hobbitus ille w tytule, gdzie ille  ma być odpowiednikiem nieistniejącego w łacinie określnika the, też mnie nie przekonuje, bo znaczy raczej "Ten właśnie hobbit"...

Dobra, błędy to jedno. To, co przytaczam powyżej, może zdenerwować łacinnika, ale nie jest tak, że pełna jest tych błędów każda strona. Natomiast, co dla mnie akurat jest irytujące, ten tekst nie brzmi po łacinie. "... This version [does not aspire] to imitate the idiom of Roman writers ..., but rather to present Tolkien's words as faithfully and as comprehensibly as possible for the enjoyment of contemporary Latinists", pisze we wstępie Mark Walker i ja całkowicie rozumiem takie założenie: napisać swojego łacińskiego Hobbita niekoniecznie stylem imitującym wielkich rzymskich prozaików, tym bardziej, że, jak mówiłam, gatunkowo jest to powieść rzymskiej tradycji w zasadzie obca. No tyle że...

No tyle że u Walkera często to nieimitowanie stylu rzymskich pisarzy zamienia się w pisanie po angielsku łacińskimi słowami. Weźmy sam początek i opis rodziców Bilba. Pada tam zdanie: Not that Belladonna Took ever had any adventures, ever since she became Mrs Bungo Baggins, co nasz tłumacz przekłada: scilicet, postquam Domina Bungo Baggins facta, Belladonna Took numquam facinora fecit audacia. Pomijając już wybór rzeczownika facinus, -oris  z przydawką audax na określenie przygody (ja bym się nie zdecydowała na akurat ten, bo facinus ma mocne negatywne konotacje i częściej niż czyn znaczy czyn zbrodniczy, przestępstwo; mnie by się facinus audax automatycznie przełożyło zuchwałe przestępstwo), mamy tu jeszcze jeden problem. Pani Bagginsowa zostaje nazwana domina Bungo Baggins, co ja bym natychmiast przełożyła "Pani Bungo Baggins", jak "pani Aleksandra Klęczar", znaczy ja, w odróżnieniu od tego, co ma być: a ma być, metaforycznie, pani Aleksandrowa Klęczarowa, żona pana Aleksandra Klęczara; a to, przyznacie, trochę dwie różne sprawy. W Rzymie w tym przypadku robiono inaczej: Klodia żona Metellusa była Clodia Metelli, z nazwiskiem męża w dopełniaczu ("Klodia Metellusa", funkcjonalnie trochę jak nasze "pani Klęczarowa"): dlaczego więc nie "Belladonna Bagginsi/Bagginsis", w zależności od tego, jak (Bagginsus, -i czy Baggins, -insis) sobie zechcemy odmieniać to nazwisko? Nie sądzę, żeby znacząco utrudniło to zrozumienie i weszło w paradę planom tłumacza, a byłoby poprawniej i językowo, i kulturowo. Imiona, skądinąd, w ogóle są tutaj (i w większości tego typu przekładów, genialny Andrew Wilson i jego starogrecki Harry Potter to wyjątek), ale tu chętnie przymknę oko, bo w końcu Hieronim, tłumacząc Biblię, też z imionami morderczo konsekwentny nie był.

Natomiast - i tu naprawdę zaczyna mnie boleć głowa - są jeszcze nazwy istot bądź to wymyślonych przez Tolkiena, bądź wziętych z zasobów mitologicznych innych niż mitologia Grecji i Rzymu. I tu tłumacz zaszalał, a mnie diabli wzięli.

OK, kompletnie mnie nie razi hobbitus, bo na to słowo neologizm stworzono w większości języków, na które przekładano Tolkiena, o ile nie we wszystkich (no bo skoro nawet po czesku, w języku, który bardzo lubi lokalizować, co się da, jest hobit). Hobbitus Bilbo niech sobie będzie. Ale - i teraz będzie rant - NIE dla tutejszych elfów, krasnoludów i goblinów. I po trochu nie dla Golluma.

Zaczynając od tego ostatniego: nie ma innej możliwości, niż odmieniać go Gollum, Golli, Gollo etc., co brzmi naprawdę durnowato i na dodatek pozbawia go płci (rzeczowniki na -um są nijakie). Naprawdę, serio aż tak by mylił Gollumus? Trollum w rodzaju nijakim, jak w łacińskim pierwszym Potterze, mi nie przeszkadza, ale imię Gollum już tak. Gobelinum, neologizm ukuty na goblina, też mi nie pasuje: jest sztuczne, czytelnikom poza Anglią skojarzy się raczej z gobelinem niż z czymkolwiek innym; wolałabym, jak u Needhama w Potterze, daemonium, wydaje się naturalniejsze i językowo, i kulturowo, [EDIT], choć, jak mi podpowiadają komentujący, etymologicznie gobelinum jest poprawne. [/EDIT].

No teraz moje dwa non sinam, non feram, non patiar: driady i osoby dotknięte karłowatością. Nieczęste łacińskie nanus znacz tylko i wyłącznie "osoba karłowata, dotknięta karłowatością", [EDIT], choć, jak mnie uczulają czujni komentatorzy, z włoskim nano jest już nieco inaczej [/EDIT]. Niemniej, jest to moim zdaniem dość fatalny wybór akurat dla Tolkienowskich krasnoludów. Skoro nie ma dobrego słowa w klasycznej łacinie (bo inne używane, pumillo, ma konotacje podobne jak nanus), to może warto poszukać w łacińskich średniowiecznych tekstach europejskich, w jakichś wariantach Nibelungów albo co? Albo odejść od dwarf i zdecydować się na jakieś, bo ja wiem, montanus, "pochodzący z gór", używane w Rzymie także jako przydomek? (2)

Ale, wiecie, nanusów bym jeszcze przebolała. Gorszy jest pomysł tłumacza na elfów. Elfki. Same elfki. Bo, widzicie, tłumacz na elfów użył greckiego, zakorzenionego w łacinie słowa dryades, driady. I tu mi się wszystko buntuje. Bo, po pierwsze, driady to tylko i wyłącznie one, konsekwentnie i zawsze w klasycznej tradycji; driadowie nie istnieją (3). Po drugie, życie driady (a już tak megaściśle, hamadriady; driad jest kilka rodzajów, różniących się pochodzeniem) związane jest konsekwentnie z drzewem: póki żyje ono, trwa i ona, kiedy ono umiera, ginie i ona razem z nim. Driady nie tworzą społeczności ani plemion, nie walczą - wszystko, ale to wszystko, poza nieziemską urodą, różni je od Tolkienowskich elfów. Nie wierzę, że nie dało się - w dowolnym średniowiecznym tekście! - znaleźć odpowiednika fairy; to już Lar u Susanny Clarke na elfa był lepszy!

I teraz tak. Na razie wyglądałoby na to, że ta książka to jakiś koszmar. Ale nie, nie całkiem. Są kawałki przełożone ładnie, są momenty, kiedy tłumacz nie szarżuje (jak z tytułowym magus na czarodzieja) są niegłupie skojarzenia (jak ewentualny związek orków z Orcus, Hades), są przyzwoicie przetłumaczone wiersze i piosenki. Ale w całości, jak dla mnie, za dużo powodów do bólu głowy.

 

(1) Jakby wywalić z opisu "dla młodzieży", to ma za to w klasycznej grece, ale o tym to ja już kiedyś pisałam

(2) A jak bym była naprawdę złośliwa, to bym zapronowała "oreades", nimfy skalne. Bo skoro mogą być nimfy na elfów to co, krasnoludy niby gorsze?

(3) Acz, filmowy Thranduil jako królowa driad...

niedziela, 25 stycznia 2015

Krzysztof Piskorski, Zadra, tom I-II, Runa 2009

 

here be spoilers, beware!

 

www.literatura.gildia.plobrazek stąd

 

Ponieważ bywam czepialska i bezczelna, to zacznę od może niezbyt uprzejmego (bo się autorowi wtrącam w zamysły) pytania:

A MOŻE KRZYSZTOF PISKORSKI BYŁBY SKŁONNY ROZWAŻYĆ ZMIENIONE WYDANIE ZADRY?

Takie, wiecie, z właściwym zakończeniem.

A jak już sobie wstępnie ponarzekałam (ale do narzekania jeszcze wrócę!), to może się przyznam i powiem, że mimo narzekania trochę mi się fangirl mode włączył. Bo dawno, dawno mi się nie zdarzyło zacząć polskiej powieści fantastycznej - długiej, wielusetstronicowej, skomplikowanej i na dodatek naładowanej scenami batalistycznymi polskiej powieści - tak, żeby zacząć, zrobić przerwę tylko na sen i absolutnie obowiązkowe obowiązki, i czytać, czytać, czytać póki nie skończę. 

Zadrze,  moim zdaniem, niewiele brakuje do bycia powieścią znakomitą. Autor ma, po pierwsze, efektowne pomysły na świat i na to, co czyni go alternatywnym w stosunku do naszego.

I tak, to jest ten moment, kiedy robię dygresję o steampunku. Kto chce tylko recenzję Piskorskiego, może przeskoczyć do po kolejnym obrazku.

 

 

 

Steampunk, z punktu widzenia odbiorcy takiego jak ja (czyli dość kiepsko znającego np. świat gier, zarówno gier wideo, jak i planszówek), jest prawie jak heffalumpy - wszyscy o nim mówią, ale nikt go nie widział, a i z opisaniem nie byłoby łatwo. Dlaczego? Ano dlatego, że występuje, tak naprawdę, głównie w charakterze dekoracji. OK, widziałam na konwentach dziewczyny i chłopaków w steampunkowych ciuchach, efektownych, ładnych, niezwykle starannie wykonanych, ale i przewidywalnych do bólu. Widziałam okładki ze steampunkowymi machinami. Widziałam filmy ozdobione tu i ówdzie steampunkowym gadżecikiem. 

Tylko co to znaczy, steampunkowym? Teoretycznie powinno się to określenie odnosić do akcji osadzonej w wieku pary, a więc w naszym świecie do czasów po 1781 i opatentowaniu przez Jamesa Watta maszyny parowej (tak, wiem, że były wcześniejsze próby, upraszczam celowo). W praktyce często jednak ten okres się rozciąga w obie strony, zwłaszcza jeśli nasze zastosowanie steampunku ograniczymy do gadżetów - patrz marniutcy IMHO mimo znakomitej momentami obsady Trzej muszkieterowie z roku 2011; naturalnie często też zahacza się steampunk w światach alternatywnych, w przyszłości, w realiach niewiele z naszymi mających wspólnego (no jeżeli Perdido Street Station jest steampunkiem, a ta powieść bywa jako taki określana, to chyba chronologicznie i gdy chodzi o konstrukcję świata wszystko wolno). OK, czasami próbuje się rozdzielania i nowych nazw (clockpunk na przykład, dla rzeczy takich, jak Doktorowa The Girl in the Fireplace), ale mnożenie bytów nie sprawia, że zjawisko staje się bardziej jednorodne.

Przy czym mój prywatny, osobisty problem ze steampunkiem nie polega bynajmniej na tym, że chciałabym go ograniczyć czasowo i terytorialnie, zamknąć albo dookreślić. Polega raczej na tym, że szalenie efektowny wizualnie (stroje, gadżety, mechanizmy) steampunk nieczęsto przekłada się na nowe pomysły fabularne. Zwykle dostajemy po prostu opowieść awanturniczą, w której warstwa steampunkowa jest - dekoracją. Fajną. Efektowną, jak powiedziałam. Ale o ile w - powiedzmy - fantasy heroicznej czy nawet urban fantasy gatunek niesie ze sobą pewne wymagania, powiedzmy, no właśnie gatunkowe (pojawienie się specyficznych typów postaci, istot, pewne motywy i rozwiązania fabularne typowe dla gatunku), ciężko mi wskazać takie dla steampunku. Innymi słowy, mamy zwykle powieść fantastyczno-awanturniczą z gadżetami. Plus, na dodatek, te jak dla mnie najciekawsze steampunkowe teksty - jak Maszyna różnicowa Gibsona i Sterlinga czy powieści Mieville'a - są nietypowe, specyficzne i stoją na pograniczu rozmaitych gatunków.
Steampunk, skądinąd, mógłby też dawać szansę zrobienia czegoś literacko fajnego z XIX-wiecznym społeczeństwem - na przykład pobawienia się rolą w nim kobiet, osób spoza wyższych klas społecznych etc. - ale też nie aż tak często to robi, niestety; co, znowu skądinąd, jest tematem na kolejną notkę.

Absolutnie nie twierdzę, że nie ma fenomenalnych stemapunkowych, bo ja wiem, gier. Komiksów (jeżeli Liga niezwykłych dżentelmenów jest steampunkiem, to nawet wiem, że są). Ba, jak ktoś mi je podrzuci w komentarzach, będę wdzięczna. Twierdzę tylko, że z mojego punktu widzenia na naprawdę wybitny tekst literacki lub dzieło filmowe, które będzie w taki sposób określało, definiowało pewne trendy w tym gatunku, skłaniało do naśladownictw i przetworzeń, ale i do protestów przeciw dominacji jednego modelu, jak, powiedzmy, Władca pierścieni dla high fantasy, jeszcze ciągle czekamy.

 

 

A cała ta wielka dygresja to stąd, że jeżeli Zadra jest steampunkiem, to ma sporo wad tego gatunku, ale też w wielu miejscach broni się lepiej, niż wiele innych należących doń tekstów.

No to zacznijmy od problemów, ogólnych i szczegółowych.

Mam problem z zakończeniem, i to na obu jego poziomach. Po pierwsze, powieść urywa się w konkretnym miejscu losów bohatera - po jego cudownym uwolnieniu z więzienia - ale w zasadzie i historia jego i bliskich, i losy wojny pozostają w zawieszeniu. Powiem szczerze, chętnie bym wiedziała więcej o tym, jak się ten konflikt rozwiązał - zwłaszcza, że plan wydarzeń militarno-politycznych był w całej powieści zdecydowanie znaczący.
Po drugie, mam problem z modelowo wręcz deus ex machinowym wyjaśnieniem konstrukcji świata i tego, czym jest ether. Serio? Przesłać boga z maszyny istotę z innego wymiaru, żeby wyjaśniła? Och, co za zmarnowana okazja na coś fajnego.

W sferze gadżetów steampunkowych, szkicowania scenerii i projektowania technologii Piskorskiemu wychodzą bardzo dobre pomysły: i wizja maszyny eterowej, i pomysły na jej zastosowania ma fajne, a na dodatek nie ogranicza się do rzucania w przestrzeń imion znanych z epoki postaci uczonych i polityków, tylko jak już sobie jaką postać wymyśli, to już jej do czegoś używa i jakoś tam charakteryzuje, mniej lub bardziej dokładnie (a upierdliwy nerd we mnie chciałby wiedzieć, czy jego świecie Napoleon ma trzecią żonę, czy też imię Maria Teresa zamiast Maria Ludwika jest pomyłką). Owszem, w scenach w tej innej Europie za brama brakuje mi trochę szaleństwa, trochę puszczenia wyobraźni na żywioł, ale może za bardzo skażona jestem Afryką w wersji Dukaja z Innych pieśni. Uczciwie muszę przyznać jednak, że generalnie opisy i kreacja świata u Piskorskiego przewyższają przeciętną: opisy są nastrojowe, nie na tyle szczegółowe, by zanudzić, ale dość, by naszkicować świat; te batalistyczne są sprawne, efektowne, a zarazem pozwalają średnio przepadającemu za batalistyką czytelnikowi dość bez problemu zorientować się, co się na polu walki dzieje. Sceny z  nieumarłą armią straszą, w tych z innej Europy czuć - trochę za mało, jak na mój osobisty gust, ale czuć - inność i obcość tego świata.

Przyznam, że mam trochę problem z bohaterami Piskorskiego. Główna trójka - uczony, jego przyjaciel oficer i panna, siostra jednego, a narzeczona drugiego - wspierana jest przez grupę postaci pobocznych, z perfidną hrabiną-szpiegiem carskim w roli głównej antagonistki. To są sympatycznie napisane i skonstruowane, ale jednak szalenie typowe postacie: Maurice Dalmont, młody ambitny uczony, głodny sukcesu; Stanisław Tyc. jego przyjaciel, zgorzkniały po napoleońskich kampaniach polski oficer, jeszcze raz zaciągający się do wojska; i Natalie Dalmont: trzpiotowata, ale dzielna, lojalna i szczerze kochająca brata i narzeczonego dziewczyna. Te postacie są... w porządku. Są konsekwentne, spójnie napisane, utrzymane każda w swoim etosie. Czego im brak, to odrobina indywidualizacji, charakteru, czegoś, co by im się pozwoliło zapisać w mojej pamięci jako osobnym bohaterom, a niekoniecznie tylko - sprawnym wariacjom na temat archetypu.

Piskorski próbuje nieśmiało w Zadrze stylizacji: bo i opowiedzenie części narracji w listach, i epizody (jak niedoszły romans Natalie z młodym francuskim oficerem) w zasadzie nie związane z główną fabułą (OK, ten ma konsekwencje pod sam koniec powieści), i nadanie rozdziałom stylizowanych na tradycję opisowych tytułów trochę to sugerują. Sugeruje to też pewna symbolika, której w powieści trochę jest - w tym przede wszystkim trzykrotne pojawienie się tytułowej zadry: raz jest nią, dla Tyca, trauma z poprzednich wojen i ciągły brak rozwiązania sprawy polskiej, drugi raz, dla Maurice'a - jego własna klęska i błąd, który może cały świat, a przynajmniej Francję, drogo kosztować. A trzeci raz - trzeci raz słowo zadra pojawia się w wyjaśnieniu, czym jest ether i na czym polegał eksperyment, od którego zaczęły się między innymi kłopoty Maurice'a. Wyjaśnienia nie lubię, ale subtelne i niejednoznaczne sugestie, o co chodzi z nieoczywistym tytułem, bardzo doceniam. Och, jak ja żałuję, że autor nie poszedł w tę stylizację trochę dalej - i wcale nie musiał iść równie daleko, jak Dukaj w Lodzie, tylko troszkę, troszeczkę  mocniej się odwołać do tradycji dziewiętnastowiecznej powieści! A jest do czego, przecież! 

Fabularnie powieść jest zdecydowanie, moim zdaniem, udana: bo jak czytałam, to nie mogłam przestać. No i w ogóle tak sobie narzekam i pouczam, a przecież, tak naprawdę, jest dobrze. Nawet prawie bardzo dobrze. Takie pięć z minusem.

Tyle że widzicie: narzekam, bo jest pięć z minusem. Jakby było na trzy plus, to bym nie narzekała - bym przeczytała, odłożyła, zapomniała. A tu, cholera, mam wrażenie, że niewiele brakło, a byłoby, jak dla mnie, znakomicie. ZNAKOMICIE.

Ech, szkoda.

poniedziałek, 05 stycznia 2015

... i za co go kocham.

 

Aleksander bada dno morza; ilustracja z manuskryptu,
XV w.; British Library

 

Pozwólcie, że się powtórzę i powiem to, co już powiedziałam w paru miejscach: w ramach wyzwania czytelniczego na rok 2015 postanowiłam przeczytać 52 różne teksty Romansu o Aleksandrze (lub wersje legendy Aleksandra Wielkiego, będące częścią innego dzieła, typu średniowieczna kronika, albo inne teksty o Aleksandrze, typu poematy?).

W zabawę zaczęłam się bawić na fejsbuku (ale będą też tutaj), po czym wypłynęła kwestia, czym jest tak w zasadzie Romans o Aleksandrze.

Jak zapewne wiedzą stali czytelnicy tego bloga, nader często, zanim zacznę o czymś pisać, zarzekam się tutaj, że nie jestem specjalistką i i się nie znam. No tutaj akurat nie mogę: właśnie wlazłam na swój ukochany temat naukowy. W związku z czym, oczywiście, mam problem: jak, do cholery, napisać tę notkę bez przypisów i bez co najmniej 40 000 znaków do dyspozycji. Znaczy, mam nadzieję, że mi wszyscy wybaczą, że upraszczam.

No to spróbujmy, byle krótko.

Wczesnym latem roku 323 p.n.e. w Babilonie, z bliżej nieznanych przyczyn, nad którymi debatują do dzisiaj historycy, umarł Aleksander III, syn Filipa, król Macedonii, faraon Egiptu i król królów. Którego, notabene, nikt jeszcze wtedy nie nazywał "Wielkim" (dzięki Wam, Rzymianie, za ten przydomek).

O historycznym Aleksandrze wiemy jednocześnie sporo i paradoksalnie - bardzo niewiele. Historycy nie mając w zasadzie z byt wiele materiału z czasów samego króla, badają jego sukcesy militarne, strategię, metodę na wygrywanie kolejnych bitew, spierają się o detale jego dojścia do władzy czy o specyfikę monarchii w Macedonii i przede wszystkim kłócą się o całościową ocenę działalności Aleksandra jako władcy (od absolutnego entuzjazmu W. Tarna po miażdżącą krytykę Briana Boswortha).

O niczym z tych rzeczy nie będziemy tutaj mówić. Bo też niespecjalnie akurat tu i teraz nas historyczny Aleksander interesuje.

Nasz - mój i Wasz, drodzy czytelnicy, którym się chce to czytać - Aleksander to Aleksander z mitu. Z legendy. Z opowieści, w której znajdziemy dziwaczne przemieszanie faktów i historii z najbarwniejszymi, najbardziej niezwykłymi fantazjami.

 

Olimpias i Nektanebo w postaci smoka;
Vincent de Beauvais, Miroir Histoire (Speculum Historiale),
Francja, ok. 1370-1380)

 

Powiedzmy sobie tak: w roku 323 p.n.e. umiera Aleksander. Na około III w. n.e. możemy datować najwcześniejszy grecki wariant Romansu.  Gdzieś między tymi datami - wielu badaczy twierdzi, a ja się z nimi zgadzam, że raczej wcześniej niż później - ukształtowała się grupa legend, mitów i opowieści o niezwykłych czynach króla; luźno zahaczona o fakty historyczne, ale nader śmiało sobie z nimi poczynająca. Aleksander bywał w nich (przynajmniej nominalnie) synem Filipa i królem Macedonii, zdobywcą Persji, mężem Roksany, ale poza tym zdarzało mu się rozmawiać z Sokratesem, podpadać Szatanowi, sypiać z tabunami lokalnych księżniczek (w zależności od tego, kto akurat potrzebował potwierdzić swoje pochodzenie od Aleksandra), wędrować na koniec świata, gdzie rosną drzewa Słońca i Księżyca. Zdarzało mu się takoż zamykać orków Ludy Nieczyste za Czarną Bramą Wrotami Aleksandra na końcu świata (jak się zacznie Apokalipsa, to wylezą). Karmić złośliwe smoki baranem napchanym siarką (I kid you not, zajrzyjcie do linku na stronę 277). Lądować na wielorybie w przekonaniu, że to wyspa. Żenić się z czarodziejkami, być chrześcijaninem (katolikiem bądź prawosławnym) albo muzułmaninem, albo władcą Rzymu, latać w kosmos - no, przynajmniej dość wysoko w atmosferę, żeby mógł zobaczyć całą ziemię z góry, walczyć z potworami - albo, na przykład, obozować nad brzegami rzeki, która nie płynie w szabas, bo w szabas Bóg kazał odpoczywać. Wiecie, mogłabym tak wyliczać dalej.


Aleksander i jego maszyna latająca.
La Vraye Histoire du Bon Roy Alixandre
, XV w.
?

 Cały ten olbrzymi materiał na pewnym etapie z jednej strony zaczął być gromadzony, z drugiej - wybierano z niego kawałki, że się wyrażę, do bieżącego użytku, Tak rodziły się dwie ogromne grupy tekstów.

Z jednej strony mamy bowiem legendy o Aleksandrze, które pojawiają się wplecione w dzieła zasadniczo samego Aleksandra niekoniecznie dotyczące. O, na przykład pod koniec I w. n.e. Józef Flawiusz, opisując mityczne i historyczne (no, powiedzmy) dzieje Izraela wplótł w swoją narrację historię o tym, jak to Aleksander okazał się wybranym przez Boga dobrym królem dla narodu żydowskiego. Anegdoty, opowieści, umoralniające (albo i nie) historyjki o Aleksandrze - a każda z nich niekoniecznie prawdziwa - pojawiały się w mnóstwie dzieł o bardzo różnym charakterze (legendy o Aleksandrze, tak dla przykładu, mamy w Talmudzie; i w Koranie; i w Kronice Kadłubka, żeby wybrać trzy przykłady z tysięcy); zaczęło się w starożytności, ale bynajmniej na niej się nie skończyło.

Jednocześnie (a może trochę później) kształtowała się tradycja Romansu o Aleksandrze - prozatorskich (głównie) opowieści o dziejach młodego, dzielnego i szlachetnego króla, który jest wybrańcem bogów, podbija świat, szuka mądrości i w końcu zostaje otruty przez wrogów i opłakany przez wszystkich; przypisywano ten tekst historykowi z dworu Aleksandra, Kallistenesowi (niesłusznie z miliona powodów), stąd też jako pseudo-Kallistenesa określa się często jego autora. Zachowane trzeciowieczne wersje greckie stały się podstawą licznych przekładów. Z nich dla zachodniej kultury szczególne znaczenie miało dokonane w X wieku przez biskupa Leona z Neapolu tłumaczenie łacińskie: stało się ono bowiem podstawą licznych wersji lokalnych, powstałych w językach wernakularnych. Staroangielskie. Staro- (i nie tylko) francuskie. Rozliczne niemieckie, w rozmaitych wariantach języka. Czeskie. Polskie. Islandzką Sagę o Aleksandrze. Włoskie, rosyjskie, węgierskie, gdzie nie zajrzycie w Europie, znajdziecie warianty Romansu.

A to przecież tylko Zachód. Jednocześnie kształtuje się ogromna, może i większa tradycja orientalna Romansu. Przez przekłady syryjskie, a po nich arabskie, Romans rozprzestrzenia się po świecie orientalnym: i tam, gdzie Aleksander dotarł, i tam, gdzie go nigdy nie widziano. Mamy teksty arabskie. Armeńskie (bardzo ważny, bardzo szczegółowy!). Mamy wersję malajską, wersję mongolską, o indyjskich nie wspominając; mamy materiały z całego świata.

Mamy tekst, który żyje; nawet jeżeli dzisiaj już mało kto go czyta, to wzięte zeń motywy i wątki wędrują do dzisiaj - via tradycja ustna, via opowieści średniowieczne, via literatura awanturnicza i jarmarczna, która z nich czerpała - po literaturze i kulturze świata. Sam tekst też żyje: są takie tereny, na przykład w Afganistanie, gdzie Romans nadal krąży w lokalnej ustnej tradycji.

 

Aleksander i Blemmyae, ludzie z twarzami na piersi.
British Library (Royal Mss)


Tak, sporo z tych wersji to nie jest jakaś olśniewająco genialna literatura; wiele z nich to krótkie, nierozwinięte "streszczenia" tekstu. Głębi takiej na przykład opowieści o Tristanie i Izoldzie (niekoniecznie mam tu przy tym na myśli opracowanie Bédiera, raczej średniowieczne teksty w tej postaci, w jakiej przetrwały do dzisiaj) raczej nie osiąga. Nie zmienia to jednak faktu, że to są naprawdę, naprawdę fantastyczne historie, bardzo warte przypomnienia i przeczytania.

Ba, co tam fantastyczne! One nawet groźne mogą być! Sami popatrzcie:

Wszedłzy raz do apteczki, gdziem według starodawnego zwyczaju co dzień przed obiadem, a czasem i dwa razy chodził, gdym po wódce pierniczków cukrowych szukał, znalazłem w kącie historią o Aleksandrze Wielkim. Zadziwiony, że się mogła w języku polskim znaleźć insza jaka księga oprócz nabożnych, wziąłem ją i zaniósł do stancji z mocnym przedsięwzięciem, że ją będę czytał; jakoż tegoż samego dnia przeczytałem pół karty.
Dziwiły mnie niesłychane awantury, gdy się w morze spuszczał i na wózku gryfami zaprzężonym bujał po powietrzu; przecież przyznać się muszę, iż srogi gwałt czynić obie musiałem, żeby zaczętego dzieła dokończyć. Jużem był doszedł rozdziału dwudziestego, a przeto znajdowałem się na połowie heroicznej pracy mojej, gdy wszedłszy do mnie pewien często goszczący w domu naszym zakonnik a wziąwszy mi z rąk książkę, skoro kilka periodów przeczytał, zgromił mnie straszliwie, iżem śmiał czytać książkę pogańską i framasońską. Przestraszony takimi słowy, odniosłem księgę do apteczki, a matka, informowana o jej złości, kazała ją spalić.

(Mikołaja Doświadczyńskiego przypadki, jakby kto pytał).

PS. Notki o kolejnych wersjach czytanych przeze mnie w ramach wyzwania będzie można znaleźć na blogu z grafomanią.

P. PS. Ja już kiedyś o Aleksandrze pisałam.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 36
| < Listopad 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
O autorze
Zakładki:
Autorzy
Blogi
Miejsca: różne
Omnia mea
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...