sobota, 03 stycznia 2015

Dzisiejsze wyzwanie wymyślił Zwierz popkulturalny.

Dzisiaj ergo: 10 filmów, które bym wpisała na listę lektur kursu "Jak nauczyć się rozumieć kino".
I zauważcie, że kurs nie nazywa się bynajmniej "Największe arcydzieła w historii kina".
Ani nikt nie mówi, że to są wszystkie lektury do takiego kursu.
A już na pewno nie nazywa się ten kurs "Ulubione filmy ninedin"

Koncentruję się na kinie amerykańskim i po części zachodnioeuropejskim, nie dlatego, że uważam je za jedyne warte oglądania, ale dlatego, że najlepiej je znam. A, i to jest notka od nie-filmoznawcy, pamiętajcie.


1. Film, który pokaże, czym się kino różni od innych sztuk i na czym polega jego odrębność, specyfika i charakter. Film, innymi słowy, pozwalający zobaczyć kino w całej jego wielkości, odrębności i specyfice. Jeszcze innymi słowy, jeden z tych filmów, które zdefiniowały kino jako takie. Wybieram 'Lawrence'a z Arabii", bo aktorsko, wizualnie i muzycznie jeden z moich ukochanych filmów w historii kina.



2. Film, który udowodni, że kino potrafi grać z innymi dziedzinami sztuki i się do nich twórczo, pomysłowo odnosić. Proszę bardzo, "Watchmen" Zacka Snydera według komiksu/powieści graficznej, jak tam sobie chcecie, Alana Moore'a. Fabularnie momentami znacząco się różni, ale wizualnie - zerknijcie na kadry filmu i na te komiksowe, zobaczcie, jak Snyder powtarza i przekształca wizje ze swojego tekstu źródłowego.
Można zastąpić "Amadeuszem", a konkretnie scenami z muzyką z tegoż, jak ktoś nie chce komiksu. Nie potrafię skojarzyć takiego filmu z malarstwem (nie, "Dziewczyna z perłą" mi nie pasuje).

 

3. Film, który pokaże, jak kino rozumie samo siebie i samo się do własnej tradycji, własnej specyfiki, własnych w końcu wad i bzdur i mitów odnosi. I tu, proszę państwa, jeden z dwóch filmów: albo "Ed Wood" Tima Burtona z jego odą do złego kina i do nieszczęśliwej, w gruncie rzeczy, do kina miłości, albo głupia komedia. Tak, niezbyt mądra komedia, jaką jest "Tropic Thunder", bo to, jak ogrywa ona i obśmiewa filmowe konwencje i pozy - i te związane z kinem czysto rozrywkowym, i te kojarzące się ambitnie, a chwilami do bólu pretensjonalnie - jest po prostu znakomite.
PS. Zawsze można Felliniego, oczywiście.



4. Film, który zaprezentuje, jak kino przetwarza coś, co dostaje zastane: w tym konkretnym przypadku historię. Właśnie nie po to, żeby pokazać, jak kino zamienia się w wizualną wersję pracy naukowej, tylko żeby zaznaczyć, co robi - i ma/może robić, taka jego specyfika! - inaczej. A co mi tam, dam tu film, którego osobiście nie cierpię z całego serca, bo to nie mój typ kina, ale który pasuje znakomicie. W "Marii Antoninie" Sofia Coppola zainspirowała się popularnonaukową biografią królowej pióra Antonii Fraser, ale stworzyła na jej postawie własny film: niekoniecznie o historycznej królowej Francji, bardziej o samotnej, bogatej i nieszczęśliwej dziewczynie, podobnej chyba raczej do współczesnych bohaterek jej filmów niż do pierwowzoru z historii. Jak z postacią, tak i z gadżetami: scenografia też jest teoretycznie inspirowana historią, praktycznie - głównie współczesnymi jej przeróbkami i haute couture. Wolno autorce? Wolno.



5. Film, który pomoże zrozumieć ideę gwiazdy filmowej, w opozycji do idei "Wybitny aktor w filmie": "Pół żartem, pół serio" i oczywiście Marilyn Monroe. Która wcale nie ma w tym filmie ani wybitnej, ani jakoś szczególnie ciekawej roli - ot, gra śliczną, niemądrą i ociekającą seksem piosenkarkę; ale jak ona jest na ekranie, to widać głównie ją.

6. Film, na którym można nauczyć odbiorcę, na czym polega magia efektów specjalnych i kina jako kreacji rzeczy, których nie ma. U mnie "Sky Captain and the World of Tomorrow". Tak, zgadzam się, to jest film o niczym, w zasadzie. I zgadzam się po raz drugi, tu równie dobrze można byłoby wrzucić któryś kolejny blockbuster z danego roku, taki "Interstellar"na przykład. Wybrałam "Kapitana", bo efekty ma szalenie pomysłowe, jednocześnie nowoczesne i staroświeckie; bo odwołując się do historii kina, tworzy obraz sztuczny, celowo filmowy, nie próbujący tak naprawdę naśladować rzeczywistości ani jej imitować.

 

7. Film, który pozwoli zrozumieć ideę "kina kultowego": filmu średniej nieraz jakości, który budzi w widzach taki typ emocji, skojarzeń i fascynacji, że przechodzi do legendy i urasta w zjawisko wymykające się prostym refleksjom i opisom. Wybaczcie klasyczne skojarzenia, ale nescio quid jest tu chyba jedyną odpowiedzią.
Ja wybieram "Velvet Goldmine", bo to mój kultowy film, ale dowolny kultowy film od upiornego "Planu nr 9 z kosmosu" po, powiedzmy, lepsze o n+1 klas "Pulp Fiction" się sprawdzi.

 

8. Film, dzięki któremu widzowie sobie uświadomią, że kino to nie tylko pełnometrażowa fabuła, ewentualnie kreskówki dla dzieci. Proponuję "The Wall" Alana Parkera, bo i inspiracja nietypowa (ekranizacja płyty!), i animacja zdecydowanie nie dla małego widza.

9. Film, który nie chce być tylko rozrywką, który jakoś sięga do spraw współczesnych, mniej lub bardziej ważnych, i je przetwarza, się do nich odnosi. No dobra, wbrew mojemu pierwszemu skojarzeniu (oglądane ponownie niedawno znakomite "Śniadanie na Plutonie") niech będzie klasyka ("Wszyscy ludzie prezydenta").

 

10. Film, który pokaże, jak cudowną rozrywką może być kino, jak może nas zabrać gdzie indziej, gdzieś, gdzie nas nie było. Dla mnie prywatnie z miliona powodów pierwszym tu skojarzeniem jest ten właśnie film.




Ech, z dwadzieścia razy tyle by trzeba, żeby ta lista miała jakikolwiek sens.

czwartek, 01 stycznia 2015

Bo obiecałam. I bo urodziny bloga (zaczęłam pisać w okolicy świąt/Nowego Roku w 2007). I nie ma problemu, może być notka tylko o tym, kto IMHO jest ładny.

Taki wpis.

O aktorach, o których uważam, że są piękni.

Jak część ludzi tu czytających pewnie wie, miewam dziwne kryteria tego, co seksowne. Mam też specyficzne kryteria urody; acz specyficzne to nie znaczy oryginalne ani niepowtarzalne: nie jest ta lista ani jakoś specjalnie wymyślna, ani nie opiera się na buncie przeciw czemukolwiek, zwłaszcza przeciw modom i popularności. Ot, lista jak lista i gust jak gust.

Po prawdzie, jedno chyba warto zaznaczyć. Nie bardzo są na tej liście aktorzy, których nie cenię jako aktorów. Może ktoś mi uwierzy, że to nie snobizm.

PS. Zaraz się okaże, że o kimś zapomniałam - ale też ta lista nie ma jakichś ambicji bycia kompletnym kompendium.


Laurence Olivier. Bo muszę  mieć jednego z wielkich klasycznych aktorów na tej liście, bo jakbym nie miała, to bym oszukiwała. Laurence Olivier w "Rebece" i "Hamlecie" na długie lata ustawił mi poczucie, co to znaczy "przystojny mężczyzna" i chyba by mnie pokarało, gdybym tu o nim zapomniała.
PS. Teoretycznie tu powinno gdzieś być zdjęcie Petera O'Toole'a. Teoretycznie. Bo Peter O'Toole podobał mi szalenie, ale w jednym filmie, i to dawno temu, więc jednak, po namyśle, nie.

 



David Tennant. Jeden z moich ulubionych aktorów i jednocześnie jeden z tych, którzy mi uświadomili, że, halo, może mi się zdarzyć, że patrzę na ekran i myślę sobie, ojej, ale on mi się. Dłuuugo, przez ładnych parę lat aż jakoś do 2009 w zasadzie oglądałam głównie hollywoodzkie filmy i za cholerę, ale serio serio serio, za cholerę nie widziałam, skąd poczucie atrakcyjności większej części hollywoodzkich gwiazdorów moich czasów. Nie, nie twierdzę, że to są źli aktorzy - bo ja wiem, będący wówczas na topie George Clooney, na przykład - ja tylko pamiętam, że patrzyłam na nich, jak chodzi o urodę, z kompletną obojętnością.
A potem nagle miałam AXN SciFi w kablówce i zobaczyłam, przypadkiem, kawałek "Waters of Mars". Mnóstwo rzeczy się w moim życiu kulturalno-fanowsko-osobistym od wtedy zmieniło, a jedną z nich było radosne (exhilarating, pcha mi się angielskie słowo na siłę pod palce) poczucie: Ojej, faceci na ekranie mogą mi się podobać.

 



Tom Hiddleston. Nie całkiem mój typ, jeżeli w ogóle jest coś takiego, jak mój typ. I owszem, bardzo go cenię za to, jak gra, ale ma też coś takiego, że jak jest na ekranie, to na niego patrzę. I na nikogo innego, zazwyczaj, pięciu Chrisów Hemsworthów mogłoby się kręcić dookoła w dowolnym stanie rozebrania.

 

 



John Simm. Który mi się wydawał atrakcyjny (poza tym, że go cenię niezwykle jako aktora) w każdej prawie swojej filmowej roli: w "Doktorze Who" przez to, jak chodził i jak się ruszał, w "Mad Dogs" tym, jak charakteryzacja wydobywa kolor jego oczu, w "State of Play" chyba też głównie... no, za to, że jest i że tak wygląda, sorry za bycie bardzo konkretną i przekonującą.

 


Toby Stephens...

 

 



i Aidan Turner. Bo obaj znakomicie wyglądają w rolach kostiumowych, a ja mam słabość do facetów w XIX-wiecznych kostiumach. Och.

 


 


Benedict Cumberbatch. Drakaina świadkiem, w dokładnie tej samej scenie ona powiedziała "Ale mogli dać jakiegoś choćby trochę atrakcyjniejszego aktora do tej roli", a ja powiedziałam, "Boże, jak on mi się". I tak, to była scena w kostnicy w pierwszym odcinku "Sherlocka". No co ja poradzę, uważam BC za wyjątkowo atrakcyjnego i na dodatek wyjątkowo go lubię jako aktora (i zastanawiam się, czy skalę tego lubienia widać np. we wpisach na tym blogu albo w moich egzaltacjach na fejsbuku. 

 

Michael Fassbender.....

 

 

.....i Richard Armitage. Obaj, jak dla mnie, mają coś, co sobie sama nazywam "hollywoodzką uroda", czyli typ urody, który by mi pasował do klasycznego kina i jego kanonów. To nie do końca jest to, co akurat mnie osobiście fascynuje najbardziej w kategorii "uroda", ale - och, jak już się jednemu z drugim czasem przyjrzę, to nie ma wyjścia, muszą na tę listę trafić.

 

Rupert Graves...

 

 

.... i Martin Freeman. Graves zdecydowanie z ostatnich lat, a nie z czasów, kiedy grywał ślicznych chłopców u Jamesa Ivory'ego. Graves bardziej klasycznie przystojny, Freeman mniej. Dla mnie obaj bardziej seksowni niż urodziwi w bardzo ścisłym tego słowa znaczeniu, ale obu zdarza się wyglądać tak, że... no, że ich na tej liście nie być nie może.

 


Hugh Laurie...

 

 

 

... i Peter Capaldi, bo u mnie z jakichś powodów są w jednej wspólnej kategorii "Niby nie tak klasycznie przystojny, ale, cholera, jednak tak". Wiem, jakże to precyzyjne.

 


 

Colin Morgan. Niech będzie, że jacyś bardzo zdecydowanie młodsi ode mnie też się na tej liście znajdą (a nie za wielu, bo w większości pod względem estetycznym budzą we mnie uczucia "Ojej, jaki młoooody" raczej niż "Ojej, ale mi się"). Robert Sheehan miałby jeszcze szanse się tu załapać, w sumie.


 

A na koniec niech będzie Kristen Holden-Reid, którego widziałam w całych dwóch rolach, ale na którego bardzo lubię patrzeć.

 

 

Honorowe wzmianki: Jude Law (który kiedyś podobał mi się bardziej niż teraz) i Cillian Murphy (oczy!).


 

Powyższa lista nie wyczerpuje, przypominam, zestawu moich ulubionych aktorów; sporo z tych, których bardzo sobie cenię (taki Ciaran Hinds, niech będzie) nie mieści się na mojej liście ułożonej wg stopnia ładności.

No to idźmy na całego, dołożę do listy jeszcze kilka - tu już bez silenia się na "przypomnę sobie wszystkie", raczej przykładowo  - aktorek, na które uwielbiam patrzeć z powodów czysto estetycznych (poza tym, że je wszystkie albo cenię jako aktorki, albo lubię za jakieś role, które zagrały).

 

Claudia Cardinale reprezentuje tu tę samą kategorię, co Laurence Olivier wśród panów. Bo, och, klasyczne kino, tacy piękni ludzie.

 

 


Gillian Anderson, im starsza, tym piękniejsza.

 

 

Sophie Okonedo. Obrazek mówi wszystko. Oczy. Brwi. Och.

 


Lara Pulver. Jedna z moich prywatnie ulubionych dwóch najpiękniejszych kobiet świata.

 

 

Ruth Wilson. O, a to ta druga.

 

 

Claudia Black. Wiem, CB nie ma klasycznej urody, ale, bogowie, mnie od kiedy tylko ją zobaczyłam w "Farscape", wydała się intrygująco piękna i raczej nic tego wrażenia nie zmieni.

 

EDIT. A tu będą osoby, o których zapomniałam we wpisie (jest Nowy Rok, niekoniecznie najlepszy dzień na pamiętanie o rzeczach).



Paul McGann. Bo mi bardzo wstyd, że zapomniałam, a to przecież Paul McGann.

niedziela, 28 grudnia 2014

Nie bardzo nadaję się do napisania dzisiejszej notki. Czemu się kiepsko nadaję? A bo np. nie jestem, tak naprawdę, w fandomie, którego dotyczy; nie znam się za bardzo na polskiej fantastyce i na dodatek sama mam niespełnione ambicje literackie, więc zaraz wyjdzie, żem zazdrośnica. OK - pod jednym względem czuję się komfortowo: kiepsko im idzie polemizowanie z cudzymi poglądami, ale na moje szczęście ta notka nie ma bynajmniej być polemiką. Inspiracją do niej były po pierwsze, artykuł MRW w gazeta.pl, po drugie - dyskusje wokół tegoż artykułu, toczące się i w sieci, i na blogach, i na fejsbuku.

 

http://algesiras.free.fr/highgarden.html

fanart do Swordpoint jako ilustracja, bo tak. Stąd. Warto wejść i obejrzeć więcej.


Artykuł MRW wkurzył mnóstwo ludzi, bo jest, w swojej formie, prowokujący do granicy trollerki. Nie zamierzam tu z nim polemizować - ze sporą częścią diagnoz z artykułu, jak ta o przewadze postaw politycznie i obyczajowo prawicowych w polskiej fantastyce literackiej, mogę się zgodzić; z doborem przykładów mogłabym debatować (Barnim Regalica to jednak jest postać chyba dość radykalnie niszowa i pokazywanie akurat jego poglądów jako reprezentatywnych dla środowiska nie do końca mnie przekonuje), ale to nie mój tekst i rozumiem, że autor miał swój cel w dobraniu takich, a nie innych przykładów.

Bardziej chyba chciałabym dzisiaj - biorąc tekst MRW jako punkt wyjścia - zastanowić się, jak to jest z tym pisaniem i czytaniem, zwłaszcza zaś - czytam między wierszami.

Zacznijmy może od początku: nie ma chyba czegoś takiego, jak literatura kompletnie niezaangażowana. Tu będę się bić i głośno protestować, jeżeli ktoś mi spróbuje udowodnić, że jest inaczej. Literatura (zresztą kultura w ogóle, ale tu i teraz rozmawiamy o literaturze i to, zaznaczmy to od razu, tej popularnej) niekoniecznie przy tym mówi o tym w sposób otwarty, ba - w ogóle może o tym nie mówić. Nawet jeżeli kompletnie nie mówi, pokazuje jednak pewną wizję świata i rzeczywistości, a ta wizja zawsze wskazuje na taką czy inną konstrukcję świata i rzeczywistości, jeżeli nie afirmowaną, to przynajmniej prezentowaną jako oczywista i w związku z tym obowiązująca. Weźmy jakiś tekst, który ma służyć czystej rozrywce, wyłącznie rozrywce i rozrywce jako takiej i w którym żadnej, że się wyrażę, ideologii wprost wygłaszanej i deklarowanej nie ma. Taką, bo ja wiem, Sagę o Ludziach Lodu.
W tomie albo drugim, albo trzecim (niestety, Cedroo już nie zagląda na tego bloga, a szkoda, bo on by wiedział) za mąż wychodzi córka pierwszej pary głównych bohaterów, Tengela i Silje. Dziewczyna źle trafia: nauczona w domu, że seks to nic złego, a kobieta ma prawo do przyjemności w łóżku, zostaje w noc poślubną uznana przez męża za dziwkę i kobietę niemalże przeklętą. I nie, Margit Sandemo nie musi nam nic mówić o feminizmie, poglądach na rolę kobiety ani stosunku do seksu - wychodzi to jasno jak słońce w jej (kompletnie ahistorycznej, na siłę uwspółcześnionej i średnio napisanej) bohaterce i jej biografii. Przepraszam za to stwierdzanie rzeczy absolutnie oczywistych, ale wydaje mi się, że warto na początek czasami o rzeczach obrzydliwie oczywistych jednak przypomnieć, na tzw. wszelki wypadek.

No to skoro oczywistości mamy za sobą (wybaczcie jeszcze raz, za dużo lat chyba byłam belfrem), to może pora byłaby zacząć. Punktem wyjścia jest dla mnie tekst MRW i nie tyle polemika z nim, co dyskusja na zbliżone tematy. Chodzi w tym wszystkim, na moje niedoskonałe rozumienie, o dwie różne rzeczy. O czytanie i pisanie. Na jedną z nich można mieć jakiś wpływ, na drugą chyba niekoniecznie.

Kwestia pisania to ta, o której łatwiej rozmawiać. Zgadzam się, jak już mówiłam, z generalnym wnioskiem MRW: z mnóstwa polskich tekstów fantastycznych wyłania się obraz świata z lęków i obaw (raczej niż z marzeń i wyobrażeń) osoby o poglądach konserwatywno-prawicowych. Ten blog nie jest o moich poglądach ani o sprawach osobistych, ale chyba każdy znający więcej niż 2-3 notki czytelnik raczej widzi, że to nie są moje lęki ani moje obawy. I że owszem, brakuje mi w polskiej fantastyce postaci, motywów i wątków, które odzwierciedlały MOJE lęki, moje obawy, moje wyobrażenia i marzenia. Pisałam o tym jakieś piętnaście tysięcy razy na tym blogu, kiedy jeszcze miałam ambicje i wydawało mi się, że jak coś dostatecznie mocno powtórzę, to ktoś się przejmie - brakuje mi dramatycznie w polskiej fantastyce postaci, które odzwierciedlałyby nieco inne doświadczenia i punkty widzenia niż Prawdziwy Mężczyzna rodem ze stereotypów. Dla Jacka Dukaja, którego twórczość cenię, bo do mnie trafia forma, tego, jak pisze, akurat postacie nie są specjalnie mocnym punktem, jest Anna Kańtoch, do której twórczości się bardzo przekonałam, i... co? Sapkowski z życiowo i erotycznie dwuznaczną Ciri? Ale kiedy to było, plus jedna Ciri wiosny nie czyni. Jest, owszem, coraz więcej silnych bohaterek (urban fantasy Anety Jadowskiej, na ten przykład, choć to nie całkiem moja literatura), i to jest fajne; ale one jakoś tam od czasów Sapkowskiego, czyli de facto od początków polskiej fantastyki, były. Ale jakby ktoś np. chciał główną postać podobną do Aleca Campiona (Ellen Kushner, Riverside), Breq (Ann Leckie, Ancillary Justice), czy nawet, żeby pogrzebać głębiej w historii fantastyki, duetu Genly Ai - Estraven i ich dziwacznej próby zrozumienia, mimo wszelkich przeszkód, wzajemnej obcości - no to, cytując Shreka, se jeszcze poczeka.

Ale właśnie: poczeka, a może się doczeka, to się zmienia. To nie jest tak, że polska fantastyka jest siłą zawłaszczona przez zwolenników jednej opcji, choć tak, fakt, że są to poglądy podzielane przez redakcję absolutnie najważniejszego branżowego pisma, jest na pewno ważny i znaczący. Niemniej, jest z całą pewnością miejsce w polskim świecie literackiej fantastyki dla bohaterów innych i bardziej zróżnicowanych i dla fabuł, do których będą oni/one pasować. Trzeba te powieści napisać (niełatwe), trzeba się z nimi przebić do wydawcy (trudniejsze), trzeba znaleźć ludzi, którzy to zechcą czytać (najtrudniejsze, w sumie). Wiem, jako niespełniona nieopublikowana grafomanka jestem ostatnią osobą, która powinna krytykować pisarzy lubianych i cenionych w Polsce za to, że nie piszą tak, jak ja bym chciała - wystawiam się na łatwy zarzut, że dobrze, że tak nie robią, zważywszy na ilość moich tekstów, które zechciało jakiekolwiek wydawnictwo. Ale właśnie o to chodzi - może to nie ja mam to napisać, ale tu zmiana przyjdzie, prędzej czy później, głośniej lub ciszej, ale przyjdzie.

Jest jeszcze druga kwestia, która pojawia się w tekście MRW, kwestia czytania. To ona jest, moim zdaniem, bardziej problematyczna, bo nawet myśląc o tym, czuję się jak w błędnym kole. Nie nauczono ludzi czytać; czytają płytko i banalnie, wyciągają najprostsze, prymitywne wnioski, przy czym dostosowują to, co czytają, do posiadanych już albo ledwie się krystalizujących poglądów, często takich, które samego autora wprawiłyby w płacz rozpaczy (patrz, żeby uniknąć podanych przez MRW przykładów, Alan Moore i jego reakcje na czytelników widzących w Rorschachu jedynego sprawiedliwego). W efekcie, podsumowuje (mam wrażenie, że podsumowuję, to jest moja interpretacja tekstu MRW) fantastyka wychowuje nam kolejne pokolenia korwinistów.

Jako belfer z dwunastoletnim stażem nie będę się kłócić o umiejętności czytania ze zrozumieniem, bo - no, bo nie. Z miliona powodów, na czele z tym, że akurat lekcje literatury w polskiej szkole mogłyby wyglądać inaczej (acz sama pamiętam z lat wczesnych 90. dyskusję z inteligentnym skądinąd kuzynem, którego w Tolkienie najbardziej zachwycało, że to taki wspaniale ateistyczny i kompletnie pozbawiony mistycyzmu czy, że się wyrażę, duchowości, świat, więc z tym czytaniem ze zrozumieniem dawniej też różnie bywało). Natomiast główny problem mam z ideą, że można nauczyć kogoś czytać lepiej, głębiej, nie łapać się pierwszej myśli. A mam problem, bo generalnie mam problem z ideą, że coś można czytać lepiej lub gorzej. Problem mam co najmniej od czasu zakochania się w powieściach C. S. Friedman. Sama Friedman za jasną cholerę i nijak nie mogła zrozumieć, skąd się biorą sporej części jej czytelniczek idee każące widzieć w dwóch głównych (i zdeklarowanych przez pisarkę jako heteroseksualni - wszelkie ich obiekty erotycznych zainteresowań, zarówno przeszłe, jak i te w czasie akcji, są kobietami) bohaterach parę kochanków, a przynajmniej - zakochanych. A ja miałam tak: z jednej strony na tym etapie (piętnaście lat temu, ludzie!) słowo autorki było dla mnie święte, a ona powiedziała wprost, że nie, nic z tych rzeczy. Z drugiej strony, nawet ówczesna ja, wierząca w powyższe, miałam głębokie odczucie (wyrażone w krążącym do dziś, niestety, po necie eseiku na ten temat), że emocje łączące bohaterów są - mocniejsze niż to, co nam autorka podpowiada; że widząc Tarranta oczyma Damiena, widzimy go zmysłowo, sugestywnie opisanego: to, jak jest nieludzko urodziwy, jak się rusza, jak chodzi z wdziękiem dzikiego zwierzęcia - i jak boli Damiena, od pewnego momentu, fakt, że Tarrant cierpi, trudno się oprzeć wrażeniu, że widzimy coś więcej, niż kumpelstwo i lojalność. Nie, nie twierdzę, że ich relację trzeba czytać jako relację kochanków, ba, sama jej tak nie czytam; twierdzę tylko, że wbrew intencjom autorki jest to możliwe i akceptowalne. Ale jak się powiedziało A, to trzeba i B, jak wolno czytać subwersywnie i widzieć męsko-męski związek miłosny w powieści o facetach hetero, to... no to na odwrót chyba też.
Pewnie, że tu nie ma prostej symetrii, bo w zasadzie po cholerę czytać subwersywnie po to, żeby wyszło nam odczytanie pasujące do koncepcji typowo maistreamowych - nie wiem, czy ktoś ma potrzebę takiej reintepretacji postaci takiego na przykład Aleca Campiona, żeby wyszło, że z Richardem St. Vierem byli tylko kumplami w toksycznym związku koleżeńskim. Nawet teoretycznie trudno mi sobie wyobrazić homofobicznego fana tej konkretnej serii - trzeba byłoby przemodelować znacznie więcej, niż relację Aleca z Richardem. No dobra, mam: fan płci dowolnej, zakochany namiętnie w jednym z bohaterów i chcący go dla swojej fanfikowej Mary Sue płci dowolnej. Nie sądzę, by było takich osób wiele.

Ale wracając, bo wpadam w dygresje. Czytanie.
Czytanie i książki zbójeckie.

Tu mam problem, przyznam.
Jak ktoś sobie chce zadać trud i wygrzebać na blogu moją starą notkę o Zmierzchu i jego szkodliwości, nie polecam, bo sama dzisiaj się ze sporą częścią własnych tam refleksji nie zgadzam. Dzisiaj ta notka ma tylko jeden sens: przypomina mnie samej, że kwestia czytania i szkodliwości literatury od dawna już mnie dręczyła. O Meyer napisałam wtedy, że wydaje mi się, w swojej konserwatywnej wizji świata, kobiet i seksu mniej szkodliwa, niżby się zdawało, bo odpowiada raczej na potrzeby pewnej fazy w życiu młodej dziewczyny - fazy, kiedy nielogicznie i bez względu na cenę tęskni się za szalonym uniesieniem i wielkimi emocjami, takimi czy innymi; Meyer daje szaloną miłość, ja z moich fascynacji z tego okresu pamiętam obsesję na punkcie dramatycznych przygód na granicy życia i śmierci, kapitan Nemo, te sprawy. Dzisiaj bym była mniej kategoryczna, ale pewnie bym się trzymała ogólnego wniosku, jaki wtedy wyciągnęłam: że owszem, idee Meyer o abstynencji seksualnej, o kontroli mężczyzn nad kobietami, o roli jednych i drugich w związkach mogą kształtować, bo są opakowane w atrakcyjną dla pewnej grupy czytelników historię o One True Love, ale podejrzewam, że większość jednak pozostanie na tej naskórkowej warstwie i na One True Love Story. Jeżeli coś z przesłania do nich trafi, to nie aż tak wiele - nie podejrzewam, żeby czytelniczki szalejące za Edwardem w wieku 13 lat zdecydowały się wszystkie na rezygnację z kariery, żeby w wieku 19 lat wyjść za mąż....

I teraz tak: zaraz mi ktoś zarzuci, że MRW pisał o czytaniu z dziećmi, z małolatami, o uczeniu ich czytania ze zrozumieniem, a ja się tu wywnętrzam na temat subwersywnych odczytań i takich tam. Wszystkim, którzy mają na to ochotę, przypomnę, że ta notka nie jest polemiką, bo z diagnozami MRW, nawet jeżeli nie całkiem z jego doborem przykładów, się w sporej części zgadzam (tak, nawet mimo że uważam, że prowokacyjny ton tego tekstu odwrócił uwagę od jego znaczenia w kierunku instynktownej reakcji pt. "Będę bronić Pratchetta, mojej miłości"; reakcji, z której nie zamierzam się śmiać ani jej krytykować, bo ją całkowicie rozumiem, sama mam tego typu odruchy, ba: sama tu miałam podobny pierwszy odruch i wiem, że jakoś to poświadcza tezy MRW). Nawet z tą, że czytanie płytko i głupio jest niebezpieczne, że literatura jest potężnym i niebezpiecznym narzędziem się zgadzam. Jest. Nie wątpię w to, kawałkiem ulubionym z Mickiewicza o tym, że "ty mnie nauczyłeś czytać" mam ochotę zarzucić. Kształtuje nas tak czy inaczej - ale mam wrażenie, że tak bardzo, bardzo i całkowicie to kształtuje jednak Gustawów, Werterów i Wokulskich, znaczy - inne postacie literackie. W przypadku żywych ludzi działają dodatkowe czynniki, tym mocniejsze oczywiście, im człowiek dojrzalszy, i te czynniki tak czy inaczej się równoważą i znoszą nawzajem; w końcu sama znam osoby, z których bycie wielkimi fanami Narnii nie zrobiło chrześcijan.

Wnioski? Jakie wnioski? Za dużo ich i za oczywiste i za mało jakichś prawdziwie przekonujących. Literatura to potężna broń. MRW i ja mówimy o trochę różnych rzeczach i różnych sytuacjach. Myślenie przy czytaniu jest potrzebne, czytanie bez myślenia bywa niebezpieczne. Kształtuje nas mnóstwo różnych czynników, w tym - idee literackie. To jest, zdaje się, kolejna notka, w której okaże się, że nie mam zdania. Jak zwykle, cholera, człowiek bez właściwości.


poniedziałek, 22 grudnia 2014

 

 

Dwie sprawy zainspirowały mnie do napisania tej notki: jedna głośna, druga - wręcz przeciwnie; jedna, która podzieliła dyskutantów i druga, wspomniana mimochodem na tumblrze. Ta pierwsza to pogłoska o Idrisie Elbie w roli Bonda; ta druga - irytacja wielbicieli historii Hiszpanii (z których część to Hiszpanie płci dowolnej) na obsadzenie w serialowej adaptacji Wolf Hall w roli Katarzyny Aragońskiej Joanne Whalley, która jak Katarzyna nie wygląda - ma jasne włosy, ale nie ma niebieskich oczu; kontekstem jest oczywiście regularne obsadzanie w tej roli aktorek o tzw. hiszpańskim typie urody, którego Katarzyna akurat zdecydowanie sobą nie reprezentowała i zafałszowywanie przez to historii Hiszpanii, nawet jeśli w małym szczególe.

Mamy więc dwie sprawy. Po pierwsze, kwestię tego, czy przy serii filmów opowiadających o teoretycznie (wiem, pytanie czy James Bond to jeden facet, czy też kolejni agenci dostają nr 007, znany problem) jednej postaci można sobie pozwolić na znaczące zmiany jej wyglądu. I po drugie, jak z prezentacją postaci historycznych - czy celem twórców adaptacji ich losów powinno być znalezienie aktora jak najbardziej do pierwowzoru podobnego?
Zacznę od drugiego problemu, choć jak zwykle w takiej sytuacji - trudno mi określić własne zdanie. Instynkt, taki najprostszy, każe celować w to, żeby postać wyglądała "jak z portretu", ale jestem już trochę za stara na bezrefleksyjne ufanie takim instynktom.
Ideałem jest, naturalnie, jeżeli można mieć jedno i drugie: jeżeli trafi się ta rzadka kombinacja, że aktor i na daną rolę wygląda, i zagrać ją umie, to jesteśmy w aktorskim niebie (no chyba, że skrewi scenarzysta). Tyle że - nawet zdecydowanie lubiąc kino historyczne - nie bardzo umiem sobie tak z głowy taki przykład przypomnieć.

      
(po prawej T. E. Lawrence, po lewej Peter O'Toole)

Peter O'Toole mógł wyglądać z rysów nawet dość podobnie jak T. E. Lawrence, ale jak ktoś wie o różnicy wzrostu (O'Toole prawie 190 cm, Lawrence jakieś 167) to ona się bardzo rzuca w oczy (a jak się przeczytało chociaż jedną biografię Lawrence'a, to się wie, bo niewysoki wzrost i drobna sylwetka T.E.L. to była jedna z tych rzeczy, która zwracała uwagę poznających go osób, zwłaszcza już po pierwszych militarnych sukcesach, i która zawsze jest wzmiankowana we wspomnieniach). Romy Schneider do żony Franza Josepha też podobna była dość średnio (a film, jejku, jaki był marny!), co jej nie przeszkodziło zostać Sissi w oczach mnóstwa, mnóstwa widzów.  

   

(po lewej: Michael Sittow, portret uznawany za młodą Katarzynę Aragońską; po prawej, Joanne Whalley jako Katarzyna w Wolf Hall)

Oczywiście, drugi instynkt natychmiast podpowiada: lepsza, jako żywo, bardzo dobra i kompetentna aktorsko Joanne Whalley niż bardziej podobna do pierwowzoru odtwórczyni z talentem aktorskim na skalę, powiedzmy, Orlanda Blooma*. Rola Katarzyny w powieściach Hilary Mantel jest dwuznaczna, nieoczywista: z jednej strony w Wolf Hall główny bohater, Thomas Cromwell, działa na jej niekorzyść, bo ma za zadanie wbrew jej woli rozwieść ją z królem i zapewnić mu szczęście (ha ha ha!) z Anną Boleyn, z drugiej - zwłaszcza w sequelu Bring up the Bodies - główny bohater ma dla niej sporo szacunku i życzliwości, jakkolwiek cynicznie by to nie brzmiało. W powieści widzimy Katarzynę szczęśliwą, kiedy w końcu przychodzi na świat jej syn (Henryk książę Korwalii, żył dwa miesiące), widzimy ją przybitą, samotną, w żałobie. Ale i widzimy ją mściwą, wściekłą, fanatyczną, bezwzględną. To jest kawał roli do zagrania i tu, zdecydowanie, aktorska kompetencja zawsze wygra u mnie z urodą i fizycznym podobieństwem.


 

(po lewej: Oscar Wilde, po prawej - Stephen Fry w tytułowej roli w Wildzie)

Powiem tak: poproszę Stephena Fry'a jako Oscara Wilde'a, choć Wilde chyba obiektywnie był ładniejszy na wygląd - bo Fry wydaje mi się podobny do Wilde'a w sferze intelektu, predestynowany do ogrywania tego ciętego, sarkastycznego dowcipu, z którego Wilde słynął - a to jest dla tej postaci ważne naprawdę. Fry, inaczej mówiąc, ewokuje mi Wilde'a z moich własnych lektur. Co pewnie jest o tyle istotne, że w przypadku tego typu adaptacji, choć dyskusja często toczy się pod hasłami obrony prawdy historycznej przed zakusami popkultury, często bronimy albo swojej własnej wizji danej postaci, bo coś jest dla nas bardziej istotne od innych cech (dla takiej np. Drakainy profil ważniejszy od kolorytu i karnacji), albo jej pewnej (pop)kulturowej wizji. Całkiem serio, wcale nie wiemy, jak to było z kolorem włosów Aleksandra Wielkiego; określany był jako xanthos, co oznacza spektrum między blond a rudym, ale niekoniecznie uzasadnia jajecznicowy kolorek na głowie Colina Farrella w filmie Stone'a, zwłaszcza że określenie pochodzi od pisarza tworzącego pół millenium po Aleksandrze.

Colin Farrell w Aleksandrze Olivera Stone'a

A jak już jesteśmy przy wizjach - o krok od nich do stereotypów, oczywiście. Mogę zrozumieć, czemu kogoś irytuje Katarzyna Aragońska jako stereotypowa Hiszpanka o oliwkowej cerze i czarnych włosach, ale kompletnie mnie takie obsady nie dziwią. W końcu nie wszyscy oglądamy portrety historycznych postaci i nie każda postać ma tak wyraziście określony "archetyp" wyglądu jak, powiedzmy, jakiś Napoleon, Ludwik XIV czy Henryk VIII, którego ostatniego portret pędzla Holbeina chyba każdy widział; a nawet to nie przeszkodziło twórcom Tudorów obsadzić w tej roli smukłego i jasnowłosego Jonathana Rhysa Meyera. Z takich to powodów wydaje się naturalne, że szuka się jakiegoś klucza na postać, i często - tym częściej, im bardziej film jest popularno-historyczny, przygodowy, awanturniczy, a postać z tych mniej znanych - tym kluczem jest stereotyp. Czarnowłosa i śniada hiszpańska księżniczka; Rzymianin zawsze o wyrazistym profilu; jasnowłosy Słowianin z okrągłą twarzą; nawet jeżeli źródła mówią o jej niebieskich oczach, jego czarnych lokach, kartoflowatym nochalu wodza legionów.

A jakby zadać sobie pytanie o zmianę wyglądu dość radykalną? O, powiedzmy, południowoazjatycką Kleopatrę? Smukłą i wysoką sześćdziesięcioletnią królową Wiktorię w burzy rudych, siwiejących loków?

A to już, moim zdaniem, zależy tak naprawdę od konkretnego przypadku. Po pierwsze, w teatrze kompletnie nie zwraca to mojej uwagi: mogę mieć Brutusa-Pakistańczyka, czarnoskórego Cezara i skandynawskiego Antoniusza w szekspirowskim Juliuszu Cezarze, bardzo proszę. Ale też Juliusz Cezar najmniej, ze wszystkiego, jest o konkretnym kawałku historii i o jej rekonstrukcji.

  

Po lewej: Sissi na portrecie Winterhaltera, po prawej - starsza niż w moim przykładzie, osiemdziesięcioletnia Wiktoria na portrecie Heinricha von Angeli

 

Jak chodzi o kino historyczne.... W zasadzie jedyny problem, jaki bym w takim kinie miała z szczuplutką rudą Wiktorią i jasnowłosą, pyzatą  i pulchną Sissi - żeby pozostać przy paniach, których wizerunki są bardzo znane - to fakt upowszechniania czegoś, co wiele osób może wziąć za prawdę. Jasne, kino to nie lekcja historii, teoretycznie.TEORETYCZNIE.  Dla mnóstwa, mnóstwa ludzi na świecie kino/TV jest jednak podstawowym źródłem informacji; i jak nie jestem fanatyczką zachowywania za wszelką cenę detalu historycznego w scenografii, kostiumie i narracji, tak tu wolałabym zachować przynajmniej zarys tego, jak, jeśli to wiemy, dana osoba wyglądała. Wiktoria nie musi mieć idealnie takiego samego profilu, ale obsadźcie, jako jej sześćdziesięcioletnią wersję, aktorkę niezbyt wysoką i raczej tęższej postury; ubierzcie swoją filmową Sissi w perukę a la portrety Winterhaltera. Niech widz nie ma rozdźwięku między tym, czego się spodziewa, a tym, co widzi na ekranie, niech może przy okazji coś zapamięta. Przy czym, jako żywo, mnie wystarczy pewne podobieństwo na poziomie, powiedzmy, memowym. No i oczywiście, jeżeli ma to być "Królowa Wiktoria i przedwieczna mumia zagłady w kosmosie" albo "Sissi, nastoletnia pogromczyni wampirów", to już w ogóle róbta co chceta (choć, cholerka, wtedy zazwyczaj jest największa szansa na memowe podobieństwo: Sissi blond, ale z gwiazdkami we włosach a la Winterhalter). Ja osobiście, jakbym koniecznie chciała mieć tę moją wymarzoną chudą rudą sześćdziesięciolatkę z lokami w filmie o Wiktorii, to napisałabym jej główną postać, a Wiktorię dobrała i ubrała jak z jej portretów i zepchnęła w tło.  

Uprzedzając pytania: ciemnoskóry Portos w Trzech muszkieterach proszę bardzo, zwłaszcza w świetle biografii samego Dumasa; tatarska z rysów służąca jakiejś tam Oleńki Billewiczówny czy innej Izabeli Czartoryskiej, proszę bardzo. Byli tacy w Europie? Byli. Ergo, mogą być i w moim filmie.

I teraz tak: już dobrą chwilę temu zorientowałam się, że Idrisa Elby to w tym wpisie nie będzie, bo się nie zmieści (for the record, dla mnie osobiście byłby znakomitym Bondem); mogę napisać następny wpis o Bondach i takich tam, a mogę o swoim stosunku do filmów historycznych i generalnie o mojej ulubionej wizji historii w popkulturze. Co wybrać?

* No wybaczcie, ale IMHO mało kto tak przeraźliwie nie umie grać jak Orlando Bloom, udowadnia mi to w każdym filmie, w jakim się pojawi...

poniedziałek, 24 listopada 2014

Na swoim blogu Drakaina wytacza ciężkie armaty przeciw marnym tłumaczom-amatorom, co mnie z kolei natchnęło, by w końcu reanimować blog i wrócić do nieregularnego cyklu o fanfiction i twórczości fanowskiej, który tu co jakiś czas powraca.

 


Wpis Drakainy dał mi asumpt do pojęcia tematu nie całkiem podobnego do tego, co ona sama dyskutuje, ale jakoś tam z nim związanego - a mianowicie tematu oceny a) amatorskiego pisania w szerokim tego określenia znaczeniu, b) amatorskiej literatury, przetwarzającej inne teksty kultury, znaczy się - fanfików.Na tych ostatnich chciałabym się skupić.

Od razu zapowiem: to będzie nudny wpis. Nudny dlatego, że związany z moimi własnymi zainteresowaniami naukowymi, które nie każdy musi podzielać. Nudny - uwaga - zwłaszcza dla tych, którzy lubią po prostu czytać fanfiction jako miłą rozrywkę/ lekturę dla czystej (albo mniej czystej, niech będzie - zawsze są a) pornofiki, b) analizatornie, c) inne guilty pleasures) przyjemności, wreszcie - coś tworzonego dla przyjaciół i przez przyjaciół.

Bo, moi drodzy, ten wpis będzie o poważnym traktowaniu fanfiction (tej amatorskiej, nie jakiegoś Studium w szmaragdzie). Poważnym, czyli krytycznym i/lub naukowym. Jak ktoś nie lubi filologii, badań kulturowych i takich tam, to ryzykuje, że się trochę ponudzi, choć obiecuję nie używać fachowych określeń i nie epatować terminologią.


Podstawowe pytanie, jakie chciałabym sobie tutaj zadać, brzmi: czy fanowską fikcję amatorską można traktować jak literaturę? I zauważcie, że nie pytam, czy jest ona literaturą, w sensie wartości artystycznych, jakie się tekstom literackim przypisuje. A nie pytam, bo odpowiedź jest prosta: bywa. Nie każda, nie zawsze, ale chyba każdy, kto czyta fanfiction, potrafi wskazać takie opowiadania, które są literacko lepsze od wielu tekstów publikowanych w tzw. oficjalnym obiegu.

Nie, chodzi mi o coś innego. O używanie do krytyki i naukowej oceny fanfiction narzędzi typowych dla oceny dzieł literackich. Od razu doprecyzuję: ten wpis nie jest polemiką, nie jest tak, że trafiłam na przykład czegoś takiego i się z nim kłócę. Ten wpis jest raczej próbą pewnej refleksji, ułożenia sobie samej jakiegoś tam porządku w rzeczach, które próbuję robić.


Dobra, zadałam już pytanie: czy jest sens badać fanfiction tak, jak się bada literaturę? Analizować kwestie formalne, narrację, język, konstrukcję fabuły i co tam jeszcze? Szukać wpływów czy szkół literackich? Krytycznie (w sensie: "badawczo", nie "negatywnie") ją oceniać pod kątem podanych powyżej kryteriów?

Do pewnego stopnia - oczywiście na pewno tak, zwłaszcza gdy mówimy o dwóch grupach tekstów: tych wyrastających sporo ponad przeciętny poziom i tych mieszczących się sporo poniżej niego. Po prawdzie, zwłaszcza w tym ostatnim przypadku - jeżeli mamy do czynienia z tekstem bardzo słabym, językowo nieporadnym, najeżonym błędami - pewnie nawet lepiej jest zwrócić autorowi uwagę, może się czegoś nauczy. Przyznam przy okazji, że uważam, iż najlepszą do tego celu osobą jest beta-reader: jak nie jestem fanką słodzenia sobie na forach i spijania sobie z dzióbków, tak częste w (z mojego doświadczenia - zwłaszcza polskim) internecie totalne krytykanctwo, wyzywanie od dna i przygnębianie autora nie jest moją ulubioną rozrywką. Choć - będę niekonsekwentna - uprzejma krytyka tego rodzaju występków przeciw językowej poprawności wydaje mi się lepsza niż kompletne ich pomijanie (i zauważcie, że mówię tu o tekstach radykalnie pod tym względem odstających od normy, nie o jednym brakującym przecinku na pięć stron).

Ergo, w dyskusjach krytycznych nad fanfiction i analizach naukowych tego typu tekstów jak najbardziej warto się czasem kierować kryteriami oceny językowej i literackiej (czy fabuła jest sensownie skonstruowana, trzyma w napięciu, jak oceniamy język i styl autora itd.). Niemniej, te kryteria są nie tylko niewystarczające: często są też mylące.

 


Fanfiction jako taka ma swoją specyfikę i swój charakter. Częścią tego charakteru wydaje mi się kilka faktów o szczególnej wadze.

Po pierwsze, fanfiction często powstaje w społeczności. Nie zrozumcie mnie źle, nie chodzi mi o zbiorowe pisanie: chodzi raczej o to, że są to teksty pisane przez i dla ludzi dzielących pewne konkretne obsesje, założenia i wiedzę. Większość autorów fanfiction - mam wrażenie - wie o swoich docelowych czytelnikach znacznie więcej, niż autorzy zwykłej [wybaczcie banalność i brak precyzji terminu] literatury. Ich teksty często (bo oczywiście są samotne wilki, które nie identyfikują się z fandomami i piszą dla siebie) są pisane dla konkretnej wspólnoty, dzielącej głęboką wiedzę o jakimś zjawisku, a także - własną, specyficzną tego zjawiska interpretację. Zrozumienie tego faktu, jeżeli jest się spoza środowiska, nie jest łatwe: dla czytelnika z zewnątrz erotyczny fanfik z Sherlockowym Andersonem i dinozaurami w tle, że się odwołam do starego mema, będzie co najwyżej dziwaczny i - powiedzmy to sobie wprost - nieco idiotyczny; w obrębie tego konkretnego fandomu ma swoją historię, czy się to lubi, czy nie, ergo ma również swoje miejsce. Oznacza to również, że często mamy do czynienia z tekstami jakoś tam hermetycznymi (bo kto nie z fandomu, nie pojmie), a jednocześnie - z wychodzącą od jakiejś grupy, niekoniecznie wyłącznie od autora, inspiracją.

Po drugie, fanfiction powstaje jako rodzaj dialogu z dziełem oryginalnym; tak więc istotne przy ewentualnej ocenie/badaniu takich tekstów będzie zwrócenie uwagi na to, jak i w jaki sposób gra ono z dziełem, które jest punktem wyjścia. Kontynuuje/poprzedza? Midraszowo uzupełnia "braki" w tekście i poszerza wiedzę odbiorcy o świecie przedstawionym? Przenosi postacie/motywy w inne realia? Parodiuje? Odczytuje subwersywnie i rewizjonistycznie? Zmienia gatunek? A to tylko pierwsze skojarzenia, z mnóstwa, mnóstwa, jakie mi przychodzą do głowy.
I oczywiście, zdarza się, że w tym, co tu sobie nazwałam zwykłą literaturą, mamy do czynienia z recepcją innego dzieła, pastiszem, przetworzeniem, intertekstualnością - no czym tam jeszcze to sobie chcemy nazwać. Pewnie, że się zdarza; i super, tu akurat możemy pożyczyć metodologię i trochę się nią podeprzeć przy opracowywaniu naszej własnej; trochę, bo jednak przy twórczości fanowskiej wchodzi w rachubę za dużo dodatkowych czynników, żeby się dało po prostu przenieść metody badań nad recepcją literatury do badań nad piśmiennictwem, że się wyrażę, transformatywnym.

Po trzecie, fanfiction ma swoje własne strategie literackie i gatunkowe, swoje specyficzne wyznaczniki. Fakt, że trafimy na siedem pod rząd opowiadanek o tym, jak Hermiona robiła na drutach sweter z reniferkiem, niekoniecznie musi oznaczać, że mamy do czynienia z jakimś rodzajem plagiatu (hi hi) czy nieoryginalności (hi hi hi): chyba każdemu, kto czytał fanfiction, rzuciło się w oczy zamiłowanie tej formy pisania do idei prompts albo plot bunnies i pisania przez kilka osób tekstów z podobnym punktem wyjścia czy też do powtarzania pewnych motywów i modeli wielokrotnie w obrębie fandomu. To jest kolejna rzecz, która jest charakterystyczna i na którą trzeba zwrócić uwagę. I znowu - to nie jest tak, że w zwykłej literaturze to się nie zdarza, ale jest jednak znacznie rzadsze. 

Po czwarte, fakt, że mamy do czynienia z dziełem, którego punktem wyjścia jest gra z tekstem modelu, a jednocześnie - przetwarzanie go, często według reguł dzielonych przez autora ze społecznością fanowską, do której należy (znowu: bywają wyjątki, oczywiście) wiąże się z tym, że przy analizie/ocenie np. fabuły musimy czasem zrezygnować z konwencjonalnych narzędzi oceny. Przykład? Tak, wiem, że biologiczni mężczyźni nie zachodzą w ciążę i że w - powiedzmy - realistycznej powieści obyczajowej idea "Draco Malfoy w zagrożonej ciąży" byłaby bardzo nietypowa i autor musiałby się nieźle nagimnastykować, żeby ją uzasadnić. Ja jako krytyk musiałabym z kolei w swojej ocenie/ analizie danego tekstu uwzględnić to, jak to robi i czy jest w tym przekonujący, sensowny. Zauważcie przy tym, że nie mówię tu o humoresce, grotesce, przypowieści czy innej tego typu formie - mówię o romansie i/lub opowieści obyczajowej serio, a więc o tym, do czego spora część fików o mpregach (male pregnancies, jakby kto nie wiedział) wydaje się należeć. W fanfiction nie ma z tym problemu, bo jest to jedna z konwencji, które są, są popularne i czytelnik przyjmuje ją z dobrodziejstwem inwentarza. Zresztą, żeby zaznaczyć absolutną oczywistość: jak w ogóle traktować kategorię oryginalności i samodzielności dzieła w przypadku tekstów tworzonych z założenia jako przetworzenie tekstów cudzych?

Po piąte wreszcie - funkcje fanfiction. Tych jest mnóstwo, i nie wszystkie mają proste przełożenie na literacką wartość tekstu. Już pewnie parę razy mówiłam, że nienawidzę fiku Alone in the Water; co nie zmienia, jednakowoż, faktu, że moja opinia jako literaturoznawcy (manipulujący emocjami, kiczowaty, nieznośnie pretensjonalny wyciskacz łez) ma się nijak do tego, że to jest tekst niezwykle udany: nie dlatego, że jest literacko dobry, a dlatego, że jakoś tam gromadzi wokół siebie pewną społeczność, odpowiada na niekoniecznie literackie zapotrzebowanie czytelników. Pisanie fanfiction dowartościowuje; poprawia nastrój, buduje jakiś rodzaj międzyludzkich interakcji w społeczności, w której i dla której powstało. Czasami tekst, który oceniany typowymi literackimi kryteriami byłby wybitny lub bardzo dobry ma znacznie mniej czytelników niż taki, który - choć literacko słabszy - trafia w jakiś rodzaj potrzeb, jakiś rodzaj wymagań środowiska czytelników i odnosi wśród nich sukces. Trudno takie fakty przy krytycznej analizie pominąć.

No i szósta, ostatnia sprawa: w społeczności autorów nie ma stałych ról. Tak jak istnieje amatorskie pisanie, tak i istnieje amatorska krytyka fanfików i ich amatorskie badanie. Mówiąc "amatorskie" nie mam na myśli poziomu: te metaanalizy są często ciekawsze i bardziej twórcze niż to, co ma na temat fanfiction do powiedzenia oficjalna krytyka. Często sami autorzy poddają analizom dzieła kolegów i koleżanek, badają je, recenzują, szukają prawidłowości. Robią to nieraz z ogromnym wyczuciem i z szeroką, także historyczną, perspektywą (patrz: historia i analiza przyczyn pojawienia się zjawiska slash fiction - naprawdę porządnie i sensownie zanalizowana w fanowskim środowisku).


I tak, fanfiction to często marna literatura, jak mnóstwo literatury. Ale jest w niej zdecydowanie, zdecydowanie dużo do zbadania i do zanalizowania, jeżeli tylko sensownie zaplanuje się, jak do tego podejść. 

sobota, 20 września 2014

 

Spoilery do:
Terry Pratchett: Lords and Ladies, Night Watch, Maskerade;
Tudzież, spojluję Upiora Opery, Les Miserables i epizody Snu nocy letniej

 

Retellingi retellingów dzisiaj, głównie. Wyzwaniowo, ale też dlatego, że obiecałam sobie i tym ludziom, co tu czasem czytają, serię wpisów związanych z moim niespodziewanym atakiem fanowania powieści Terry'ego Pratchetta. Zrobiła mi to fanowanie, tak po prawdzie, w dużym stopniu ta powieść, o której dzisiaj.


Właściwie w każdej powieści Pratchetta, jaką dotąd czytałam, był kawałek jakiejś innej historii, zaczerpniętej z zasobów światowej kultury i opowiedzianej na nowo. Poza aluzjami, przetworzeniami nazw i imion, przetworzeniami zjawisk, tradycji i instytucji zapisanych lepiej lub gorzej (zazwyczaj gorzej, Pratchett ma dość racjonalne i mało sentymentalne spojrzenie na ludzkość) w historii naszego świata, łatwo znaleźć u niego i większe kawałki opowieści pożyczonych skądinąd.


Z mojego, przyznajmy, dość ograniczonego (raptem jakaś 1/3 Dysku) kontaktu z powieściami Pratchetta wynikałyby przede wszystkim trzy wnioski związane z jego retellingami.

 

Po pierwsze, one rzadko są "same z siebie": zwykle autor swoją przetwarzaną historię żeni z innymi i wplata w całość dziejów postaci i świata.
Weźmy Lords and Ladies i jego szekspirowskie konotacje: wpisane w historię wiedźm ze szczególnym uwzględnieniem mojej osobistej ulubienicy królowej Magrat, mamy tu elementy fabuły pożyczone ze Snu nocy letniej (Jason Ogg w charakterze organizatora pewnego nieszczęsnego spektaklu, Verence po trochu jako, jakby to powiedzieć, metaforyczny osioł, spór króla i królowej elfów), ale są one potargane, wycięte z pierwowzoru i wszyte do nowego tekstu obok innych, pożyczonych skądinąd albo stworzonych przez samego autora. Lords and Ladies to nie jest adaptacja, to nie jest przeniesienie wszystkich kluczowych wątków modelu do nowego gatunku/formy/w inne realia czy jakkolwiek jeszcze możemy to ująć. To nie jest, powiedzmy sobie, znakomity Thomas the Rhymer Ellen Kushner czy równie świetne Through a Brazen Mirror Delii Sherman - wierna oryginalnej balladzie, choć oczywiście zmieniająca (zwłaszcza w tym drugim przypadku) punkty widzenia i ocenę pewnych zjawisk nowa wersja. Tutaj z Szekspira mamy kawałki; rozpoznawalne dla każdego, kto pamięta Sen nocy letniej, ale jednak kawałki. Podobny cel ma retelling w Maskerade: tam pożyczona od Andrew Lloyda Webbera, Charlesa Harta i Richarda Stilgoe, którzy sami pożyczyli od Gastona Leroux, po trochu być może via filmowe pożyczki tegoż historia służy zilustrowaniu epizodu z życia Agnes (no dobra, po części Perdity X) Nitt, ważnego dla jej dalszych planów i pomysłów na życie, a motywy rodem z Upiora opery przeplatają się z innymi, w tym przede wszystkim z historią należnych Niani Ogg tantiem za książkę, ahem, kucharską i związaną z nią wyprawą Niani i Babci do Ankh-Morpork. Przetworzenie Upiora nie jest przy tym jedynym tu retellingiem - po drodze mamy moją najukochańszą w świecie mini-wersję Draculi, best ever, a obiektem parodii i lekkiej kpiny jest, poza Upiorem i musicalem w ogóle (patrz: Walter i jego twórczość) także, a może przede wszystkim, opera, ze związanym z nią w popularnym odbiorze snobizmem i z jej specyficznymi konwencjami, tak w konstrukcji fabuły, jak i w praktyce teatralnej. Podobnie, jak chodzi o różnorodność inspiracji, jest w Night Watch: czytelnik, który weźmie do ręki powieść z klasyczną okładką, pierwsze skojarzenie zapewne będzie miał, przez tytuł i ilustrację na okładce, przede wszystkim z obrazem Rembrandta, zanim się zorientuje, że ważniejszym jednak kluczem jest postać z miotłą na tej samej okładce... Motywy też są wybrane: z całego bogactwa tematów pierwowzoru Pratchett wybiera głównie te związane z rewolucją i skazaną na klęskę walką na barykadach, inne zostawiając na boku.

Częściowo, oczywiście, jest za tę fragmentaryczność odpowiedzialna zmiana gatunkowa: choć twierdzę z przekonaniem, że późniejsze powieści Pratchetta są gatunkowo czymś bardziej skomplikowanym, niż proste parodie/humoreski, to element parodystyczny i pastiszowy jest u niego zawsze bardzo istotny. Jego wersja Wiśniowego sadu skrzyżowanego z Wujaszkiem Wanią (pojawiająca się, o ile dobrze pamiętam, w The Fifth Elephant) nie ma Czechowowskiej melancholii, ma za to ironię i nader trzeźwe, a przy tym dość bliskie moim własnym wrażeniom z lektury, spojrzenie na problemy scenicznych postaci. Aha, i tak na marginesie: po tym motywie w tej powieści doszłam do wniosku, że Pratchett prawdopodobnie jest jedynym człowiekiem na świecie, który byłby w stanie napisać Pride and Prejudice and Undead Creatures of Your Choosing w sposób, który mnie zachęciłby do lektury tego rodzaju mash-upu.

 

Po drugie, retellingi Pratchetta rzadko są wprost: zazwyczaj są nieoczywiste, a tekst kultury (że się wyrażę), który biorą jako podstawę swojego przetworzenia, opowiadają na nowo z nietypowej, zaskakującej perspektywy.
To widać znakomicie na przykładzie wspomnianej wcześniej Maskerade. Tutaj autor wyciąga wniosek z faktu, który musiał nasunąć się każdej fance płci dowolnej podczas słuchania musicalowej wersji Upiora: jakie to smutne, że nieszczęsny, udręczony geniusz muzyki jednocześnie jest okrutnym i bezmyślnym mordercą, zabijającym bez powodu... Ergo, u Pratchetta jest dwóch Upiorów: chłopak, który w piwnicy gra na organach i pisze operę o kotach, i bezlitosny obłąkany zabójca. I Krystyny też są dwie, bo przecież ona w musicalu też jest pęknięta; zawsze mnie irytowało automatyczne założenie, że musi być i najładniejsza, i najzdolniejsza w operze - założenie niekoniecznie do znalezienia w samym tekście, ale jakoś funkcjonujące w odbiorze większości. I tu jest jako żywo, dwóch Upiorów: anioł muzyki i potwór, i dwie Christine: genialna śpiewaczka daleka od kanonów urody i śliczny w-sam-raz-obiekt-uczuć, nie grzeszący nadmiarem ani rozumu, ani empatii, ani talentu. Z trójkąta u Leroux i librecistów musicalu robi się... hmmm, coś, co przypomina dwuwymiarowe odwzorowanie Wielkiego Cthulhu: Upiorów jest dwóch, ale jeden ma sporo cech Raoula, Krystyny dwie, z czego jedna mocno nieromansowa, a gdzieś tam majaczą jeszcze cienie Niani Ogg, Babci Weatherfax i Nieustraszonego Pogromcy Wampirów w charakterze klucza do przyszłości jednej z pań...  
Szalenie efektownie jest to też zrobione w moim ukochanym Pratchettowym retellingu (hmm, czy kogoś dziwi ten wybór?), znaczy się w Night Watch. Tu też, podobnie jak we wspomnianej Maskerade, wydarzenia są wyraźnie wpisane w dzieje bohaterów: Night Watch: zaczyna się jak dzień-jak-co-dzień w karierze sir Samuela, od zamachu na jego życie w jego własnym domu (a jak będą pamiętać ci, co czytali, w życiu Jego Łaskawości sir Samuela to się zdarza całkiem często), a dotyczy wydarzeń z jego przeszłości wcześniej już sygnalizowanych (początki kariery pod opieką sierżanta Keela) i towarzyszy, których jako obecnych w jego życiu znamy od dawna (bo pojawiają się tu Nobby, Colon i Reg Shoe, między innymi). Ba, potem też mamy typowo - bo magiczny problem, tym razem z gatunku timey-wimey, spowodowany przez Niewidzialny Uniwersytet, cóż w tym dziwnego?
No, a potem Pratchett przepisuje nam (głównie musicalowych) Nędzników, w zasadzie na spory kawałek akcji obsadzając Sama Vimesa jako jednocześnie Valjeana i Javerta.
To drugie skojarzenie jest oczywiste na początku: Carcer, przestępca nieuchwytny i zawsze głośno krzyczący, że jest niewinny, ma w Vimesie prześladowcę nieustępliwego i gotowego śledzić go wszędzie. A Carcer jest znakomity w robieniu z siebie niewiniątka: szybciutko udaje mu się przekonać wszystkich, że Vimes ściga go za kradzież bochenka chleba (tak, to I stole a loaf of bread to był moment, kiedy zaczęłam się śmiać na głos w autobusie Kraków-Kęty). Jako dodatek - paralelny cytat do znanego Vimesowego/Javertowego I am the law! buduje to czytelną, a zarazem przewrotną i nieoczywistą relację między postaciami, bo odwraca znaki oryginału: Javerta w musicalu, a i w powieści, można czytać jako postać dwuznaczną i niekoniecznie złą, ale Valjean, sorry, w obu wersjach, zwłaszcza w musicalu, jest w założeniu autora wcielonym aniołem.
Taaa... a w tzw. międzyczasie Vimes ląduje we własnej przeszłości, gdzie natyka się na klasyczny paradoks czasowy, znaczy spotyka his younger self i okazuje się własnym mentorem; ale także musi zmierzyć się z problemami Ankh-Morpork z okresu przed Vetinarim. A w Ankh-Morpork jest niemiło i paskudnie, tak niemiło i tak paskudnie, że miasto jest o krok od rewolucji. Do tej rewolucji Vimes dołączy, bo nie bardzo może nie dołączyć - ktoś musi powstrzymywać entuzjazm tutejszych jakobinów, Enjorlasów i leninistów, wcielonych w jedną osobę ciągle jeszcze żywego Rega Shoe, bo jak nie, to skończy się to dla mnóstwa ludzi jak dla chłopców na barykadzie w pierwowzorze - a po przeciwnej stronie będzie miał przede wszystkim otoczoną złą sławą tajną policję, do której zdążył dołączyć Carcer. Tu już zdecydowanie Vimes jest Valjeanem, a Carcer reprezentuje najpaskudniejszą wariację na temat Javerta-szpicla, jaką w życiu widziałam.

Najciekawsze jest to, że, paradoksalnie, Night Watch ma, oczywiście, momenty komiczne (come on, Nobby jako cross Gavroche'a z Cosettą!), ale w zasadzie w sporej części nie odbiega tonem od oryginału. Mniej tu patosu, ale nastrój politycznej opresji, autentycznej potrzeby buntu biedoty i wiszącej w powietrzu rewolucji Pratchett oddaje bardzo wprost, bez, tak naprawdę, kpiny. Nie wiem, czy to nie najbardziej  serio jego powieść.

 

No i jest jeszcze trzecia cecha retellingów Pratchetta: one niekoniecznie muszą być odczytane jako retellingi, żeby czytelnik się dobrze bawił. Zdarzyło mi się czytać - także przy okazji ostatniej akcji wymieniania ulubionych książek na fejsbuku - co najmniej kilka większych lub mniejszych recenzji Night Watch, z których jasno wynikało, że czytelnik/recenzent nie ma bladego pojęcia o tym, jak bardzo powieść jest inspirowana musicalem i w ogóle Nędznikami. I nie, to nie jest żaden problem ani powód do wstydu ani żadne złe, płytkie, nie-takie-jak-trzeba odczytanie. I Nocna straż, i Maskarada sprawdzą się równie dobrze jako powieści bez tej dodatkowej warstwy - jak wiesz o istnieniu Cats, to zobaczysz w Walterze aluzję do Andrew Lloyda Webbera; jak nie, uznasz to za element biografii postaci, i tyle. Pewnie, wiedza dodaje smaczków, ale danie i bez nich jest smakowite. 

 

Kolejny wpis z serii będzie o Hyperionie, obiecuję.

poniedziałek, 15 września 2014

Słuchajcie, to ja może powiem od razu: fabularnie to ja się tu dość konkretnie rozczarowałam. Mimo bardzo dobrego aktorstwa.

 

 

 

Nie tak, że to był jakoś katastrofalnie zły odcinek: daleko od tego. Był efektowny, miał - chwilami - nastrój, miał Capaldiego w roli, w której on się moim (i nie tylko) zdaniem sprawdza znakomicie; miał Jennę Coleman w prześlicznej IMHO czarnej sukience (no wiem, wiem, płytkie to strasznie, ale nic nie poradzę, mam fetysza na punkcie takich ciuchów). Miał ładnie zagraną i poprowadzoną, choć przecież obecną przez moment tylko postać Orsona, który musiał być odważnym facetem, a wyglądał na kogoś, kto jest na najlepszej drodze, by osiwieć ze strachu.

Miał ten odcinek pomysł: pomysł na potwora, pomysł z gatunku tych typowych dla Stevena Moffata, któremu świetnie wychodzi straszenie rzeczami obecnymi na co dzień dookoła nas, ale nie tymi najbardziej zwyczajnymi (o nie, od morderczych maglownic i zabawek to jest Stephen King): raczej tymi, które budzą w nas-dorosłych nieokreślony niepokój, ale nigdy się nie przyznamy, że one - maska gazowa, pomnik na cmentarzu, ciemność i cienie w pustym pokoju - ciągle odzywają się w nas echami tych samych lęków, które czuliśmy jako dzieci.

Tu Moffat bierze sobie jeden z najbardziej typowych dziecięcych lęków - bo kto z nas w końcu nie bał się kiedyś Tego Czegoś, co siedzi pod łóżkiem? Bierze go i przerabia, na dodatek wplatając w to wątek z Clarą obecną zawsze w życiu Doktora (który to wątek mnie osobiście bardzo się podoba) i delikatną sugestię, że może w TARDIS pojawi się niedługo nowy lokator.

Ja lubię takie odcinki. Lubię aluzje i nawiązania do dawniejszych epizodów, a tu ich mamy sporo: bo i Gallifrey, i dzieciństwo Doktora, i kombinezon, w którym Orson wygląda jak Dziesiąty, i cytaty z oryginalnej serii (ładne!), i wycieczka na koniec świata (a gdzie Malcassairo, ja się pytam?) i nawet Wojenny Doktor przez moment, wow. Lubię zaskakujące pomysły - takie, jak to, kto się okazał być potworem spod łóżka, łapiącym za nogi przyszłego małego Doktora. Lubię się bać, zwłaszcza jak mogę bać się reinterpretacji upiornych rymowanek i potworów wyciągniętych z pamięci mojego dzieciństwa. 

A tu, jakoś, nic. Nie mogę nic zarzucić aktorom, tempo jest OK, pomysł wyjściowy z TARDIS czytającą wspomnienia Clary fajny, tylko scenariusz się momentami rozłazi. Nie pomaga też zmiana koncepcji i gatunku, przejście od horroru do de facto obyczajowej historyjki o cenie strachu. Przede wszystkim jednak - bo już daruję sobie pomstowanie na pomniejsze niekonsekwencje i np. na to, że Clara na randce wychodzi na bezmyślną, pozbawioną empatii głupią gęś, a widać wyraźnie, że nie jako taka jest planowana - mam jedno pytanie, bo zepsuło mi ono całą przyjemność z oglądania.

Słuchajcie, mam pytanie. Skoro wiemy, kto jest na tym obrazku poniżej - to kto lub co, do cholery, jest na tym, od którego zaczęłam ten wpis?

 

 

PS. To się pewnie dałoby sensownie wyjaśnić. Miałam wrażenie, że logiczny rozwój narracji jest taki: jest wspólny sen ludzkości - Doktor podejrzewa ukrytego za nim potwora, istotę, której nie widzimy - prawie ją przyłapuje w pokoju małego Pinka - tropi ją dalej - okazuje się, że... no właśnie, że co? Wolałabym mieć dopowiedziane, że:
1. Istnieje takie coś (patrz: sny ludzkości, patrz: pokój Ruperta), ale
2. Akurat Doktor tego czegoś nie spotkał, jemu przygodę pt. "Coś pod łóżkiem, łapie za nogi" zapewniła podróżująca w czasie Clara.

Jeżeli Steven Moffat to później jakoś sensownie ogra, to oczywiście odszczekam wszystkie swoje pretensje, tak jak odszczekałam (acz nie pamiętam, na fejsbuku czy tutaj) urażone zdumienie z powodu faktu, że Sherlock flirtuje z druhną...

piątek, 12 września 2014

 

Ja dzisiaj znowu wyzwaniowo, a raczej - okołowyzwaniowo.

Wyzwanie u Rusty Angel dotyczy retellingów, a ja dzisiaj chciałam nie tyle o samych retellingach jako takich, tylko raczej - o retellingach nieobecnych. O książkach/filmach, które bym chciała, a których nie ma.

A wszystko przez to, że czasami czytam i mam wrażenie, że skoro jest tak dobrze, to czemu tak źle? Skoro autor ma błyskotliwe pomysły, czemu takie denne postacie? Skoro tacy fajni bohaterowie, czemu akcja kuleje? No i przede wszystkim - skoro to jest (o)powieść sprzed tych 150 lat, i jest świetna, i bardzo ze swoich czasów, jak by ją fajnie było napisać na nowo!

Ergo, lista. Niepełna, oczywiście: ot, parę przykładów. I tylko okołowyzwaniowa. Retellingi, fanfiki i uzupełnienia.


1. Juliusz Verne, Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej żeglugi, jedna z moich ulubionych książek dzieciństwa. A jednak, proszę o retelling. Proszę o taki retelling, w którym nie będzie infodumpu - to akurat łatwe. Proszę jednakowoż też o taki, gdzie inaczej będą rozpisane interakcje między postaciami: gdzie wyjdzie wprost, nie wbrew autorowi, że profesor Aronnax to wybitny uczony, ale i wyjściowo skończony egoista, wygodnicki, zadufany w sobie i patrzący na innych z góry; człowiek który naprawdę sporo się jeszcze musi nauczyć o traktowaniu ludzi innej narodowości (Ned) i pozycji społecznej (Conseil). U Verne'a tak jest - poza faktem, że Aronnax jest postacią dość przy tym bezbarwną, narracyjnym mechanizmem, przez który widzimy kapitana; ale jak mu już jakieś cechy wychodzą, to mocno antypatyczne, niestety. Poproszę, żeby w takim retellingu wyszło, jednakowoż, że Aronnax jest zdolny do uczenia się, do zmiany; niech wyjdzie, że kapitan Nautilusa jest nim zafascynowany (a jest, u Verne'a, jak najbardziej!); proszę, żeby Conseil był czymś więcej niż tylko głupawym prostakiem-służącym, ograniczonym i kochającym pana nad życie. Proszę o Neda jako faceta ze społeczności o nieco innych jednak wartościach i systemie np. edukacji (on jest w końcu Kanadyjczykiem z dalekiej północy!)

2. Sunset Boulevard w wersji musicalowej. Zawsze, od kiedy tego pierwszy raz posłuchałam, marzyła mi się historia o Betty Schaefer: opowieść o wydarzeniach jej oczami, a ona przecież wie tak niewiele, i opowieść o tym, co się stało potem. Rzuciła karierę? Wyszła za Artiego i została żoną w tym wymarzonym domku? Została na zawsze z tymi obłąkanymi wspomnieniami o domu na Sunset Boulevard i o gwieździe sprzed lat, która nagle okazała się mieć znaczenie dla jej życia?

3. Ale może ja nie będę prosić. Widzicie, było tak: latami układałam sobie w głowie fanfik. Byłą to historyjka o tym, co się z tobą dzieje trzydzieści lat po tym, jak dotknęło cię w życiu spotkanie z czymś ponad-naturalnym, z kimś, kto pierwszy budził w tobie to coś, co czyni cię tobą naprawdę, a ty to olałaś i zostałaś wicehrabiną. Była też w tym fanfiku twoja przyjaciółka, która z lekkim samokrytycznym pobłażaniem patrzyła, jak rozpaczający nad tym, że najpopularniejsza laska go nie kocha samotnik kompletnie nie widzi będącej tuż obok nieco mniej popularnej laski, plus minus.
No, takie chciałam, a dostałam, qrva mć, The Phantom of Manhattan. Be careful i takie tam.

4. O tym, że by mi się podobało małe opowiadanko na kanwie Starej baśni, o Żywii siostrze głównej bohaterki i o jej zadurzeniu w facecie zadurzonym w jej siostrze (Dorota B. ma rację, w każdej z nas, a we mnie już na pewno, siedzi jakaś wersja Eponiny), to już chyba mówiłam? O drobiazgach w rodzaju opowiadanko o wydarzeniach z Lalki widzianych oczyma innych postaci (Izabela, pani Stawska) przez grzeczność nie wspomnę (kiedyś mi się marzyło, żeby ktoś napisał na podstawie Lalki coś w rodzaju The Eyre Affair...).

4. Retelling Orestei (dobra, nie tyle Orestei: całości mitu o Atrydach) na high fantasy w stylu prawie-że-Martina to bym sama chciała napisać (ile ja mam na to pomysłów!), tylko talentu brakuje. Może ktoś lepszy, jednak. Mam jeszcze jeden swój wymarzony retelling, tym razem polskiej klasyki, i też na fantasy, ale może jednak będę cicho  (ale byłyby upiory i prawie-paranormal romance).

5. Uwielbiam przepisywanie Hrabiego Monte Christo (a o kolejnych przepisaniach pisze mi się notka od 2 lat), ale gdyby komuś udało się to zrobić wiarygodnie, przenosząc we współczesne realia - czapki z głów. Mnie się to zdaje niemożliwe, no ale...



PS. Z retellingów czerpię też korzyści osobiste. W autorskim RPG zrobiłam ostatnio (znaczy robię od roku) retelling historii Europy (1789 - 1870, plus minus) z Wielkimi Przedwiecznymi w tle ówczesnych konfliktów; dało mi to szansę osobiście (znaczy, przez NPC-ów) zamordować kilka postaci historycznych i literackich, których nie cierpię. 

P. PS. Chce kto kawałki moich retellingów mitologicznych?

środa, 10 września 2014

 

To będzie pierwsza notka z okazji wyzwania u Rusty Angel.

I od razu z grubej rury. Zaczniemy od retellingu ironicznego, jadowitego i mocno subwersywnego, za nic mającego szacowne Tradycje Kultury.

Wśród tych Tradycji, wpajanych nam od dzieciństwa przez dom i szkołę, szczególne miejsce zajmuje Tradycja Antyczna - szacowna jak nie wiem co, poważna, że bez kija nie przystąp (a wiem, co mówię, filologia klasyczna to mój zawód od prawie dwudziestu lat). I dostarczająca wzorcowych i umoralniających opowieści i przykładów na każdą okazję.

No to proszę, jeden z tych przykładów: Orfeusz i Eurydyka. Wzorcowa, obok Tristana i Izoldy, historia o miłości poza i ponad grób. O uczuciu prawdziwym i małżeństwie idealnym. Tragiczna, romantyczna i wzruszająca. Genialny śpiewak pokochał olśniewająco piękną kobietę, a gdy zły los i złe zamiary innego mu ją odebrały, gotów był poruszyć niebo i ziemię i pójść, dosłownie, do samego piekła, byle tylko ją dostać z powrotem. Przeżył, ona nie, a wraz z nią umarła na zawsze radość w jego życiu (1).


No chyba, że tak naprawdę było inaczej.

Bo jeszcze mogło być tak: po paru latach od ślubu Orfeusz i Eurydyka mają już siebie nawzajem do wyrzygania dość. Ona wiecznie sama w domu nawiązuje nieśmiały romans z uroczym pasterzem z sąsiedztwa, Aristajosem (i tak, jak się pamięta mityczne szczegóły, to ten detal jest co najmniej intrygujący i lekko makabryczny: Aristajos w mitologii to bóg pszczół, który Eurydykę chciał zgwałcić; uciekając przed nim, nadepnęła na żmiję, dlatego umarła). On z kolei  - zarabiając marnie jako nauczyciel muzyki - miewa stosuneczki z przynajmniej kilkoma nimfami i pastereczkami raczej lekkawych obyczajów.
Rozwód byłby, tak po prawdzie, błogosławieństwem  - zwłaszcza po tym, jak Eurydyka odkryła, że mąż tak naprawdę kocha pasterkę Chloe, a nie ją. No ale nie - przecież, że nie. Opinia Publiczna nie może na to pozwolić!

Opinia Publiczna, jakby kto chciał wiedzieć, nie jest tu żadnym abstrakcyjnym konceptem: jest jak najbardziej postacią w tej bajce  - i to ważną postacią. Jest... nami, wychowanymi w Tradycji, a jednocześnie - jest wszystkim tym, czego zazwyczaj w tej Tradycji nie znosimy. Opinia nie życzy sobie skandalu - żadnych rozwodów, żadnych nowych związków, w końcu wszyscy wiemy, że Orfeusz kocha Eurydykę.

A potem Eurydyka umrze. Musi umrzeć: bez tego nie byłoby tej historii, prawda? Ta miłość ma być silniejsza niż śmierć, ergo  - śmierć jest potrzebna. No tyle, że - jak trzeźwo zauważa Eurydyka - w sumie umrzeć nie jest wcale tak źle, jeżeli sam pan Śmierci jest w tobie zakochany.
A jest: Aristajosem jest bowiem nie kto inny, jak sam Hades, władca zaświatów. Zakochany w Eurydyce, knuje wraz z Orfeuszem plan. Wszyscy skorzystają: Orfeusz dostanie wolność i szansę ślubu z Chloe, Hades - ukochaną, Eurydyka - wieczną miłość, na którą czekała. A win - win scenario, czyż nie?

No... nie. Bo jeszcze jest w tym wszystkim Opinia Publiczna. A ta sobie takich bezeceństw Nie Życzy. Ergo Opinia zaszantażuje Orfeusza ("Jak się będziesz stawiał i po żonę nie pójdziesz, to już ja zadbam o to, żebyś stracił reputację i zyskał opinię niemoralnego, a kto cię wtedy wynajmie jako nauczyciela dla swoich dzieci, no kto?") i pośle go po Eurydykę.

Znaczy się, zanim Orfeusz powlecze się chcąc nie chcąc do Hadesu, musi najpierw dotrzeć na Olimp i zyskać zgodę bogów. Na Olimpie taka nuda, że każda atrakcja jest dobra - a Orfeusz, i owszem, wzrusza bogów do łez pieśnią, tylko że nie swoją: "natchniony artysta" nie umie nic innego, jak podkraść cudzą melodię i przy jej pomocy starać się uzyskać to, czego chce... No ale dobra, uzyskuje, i może już spokojnie wędrować do Hadesu; ba, bogowie, z Zeusem na czele, chętnie mu potowarzyszą....    

I tak - rozprawiwszy się w części pierwszej z mitem o wiecznej miłości i o twórczym geniuszu Orfeusza  - w drugiej zajmiemy się demolowaniem mitu o cnocie i wierności Eurydyki. Nudzi się jej w Hadesie, nomen omen, śmiertelnie - zazdrosny kochanek nie daje jej swobody i wyznaczył wyjątkowego tępaka i brutala na jej strażnika. Eurydyka nie była nigdy wierną żoną i wierną kochanką też nie będzie. Uwodzicielowi nie zajmie zbyt wiele czasu jej zdobycie, i to nawet mimo faktu, że za bardzo się nie wysili: dla innych przyjmował postacie byka i orła, tu zamieni się w złotą bo złotą, ale jednak muchę...

I kiedy w końcu przyjdzie Orfeusz, ze swoją kabotyńską prośbą o żonę, kiedy będzie od początku wiadomo, że nie wykona zadania i że nikt z tego powodu nie będzie płakał (może poza zdradzonym dla króla bogów Hadesem), kiedy będzie oczywiste, że Eurydyka zostanie na wiecznych orgietkach i potańcówkach w światku bogów, Orfeusz będzie miał spokój, a Opinia - swój materiał na pouczającą i umoralniającą historyjkę  - wtedy to cyniczne zakończenie wyda się nam jedynym możliwym i śmiać nam się przez chwilę będzie chciało z wszystkich romantycznych wersji. Znaczy, będziemy się z tej och jakże postmodernistycznej i nowoczesnej wersji chichrać, aż sobie uświadomimy/ przypomnimy/ dowiemy się, że Ludovic Halévy i Hector-Jonathan Crémieux napisali ją (dla Jacquesa Offenbacha, do jego muzyki), jakoś w roku 1858.

Yup, retellingów ironicznych i postmodernistycznych nie wymyślono w naszych czasach (w czasach Offenbacha też nie, patrz: Diktys z Krety, IV w. n.e.).

Założę się, że nawet ci, którzy w życiu nie posłuchali, z własnej woli, ani kawałka operetki, znają jeden z utwór z tej konkretnej, z Orfeusza w piekle znaczy. O, ten (znaczy się, tamtejszą wersję galopu piekielnego, co skoro mówi o poziomie powagi dzieła). Następnym razem, jak kogoś zbierze na posłuchanie go, może przy okazji sięgnie po błyskotliwy polski przekład libretta, pióra K. I. Gałczyńskiego. Bo wbrew pozorom, Orfeusz w piekle to więcej niż tylko efektowna, rubaszna momentami farsa: dla mnie, zafascynowanej ideą retellingu z jednej, a przetworzeniami i rozumieniem tradycji klasycznej z drugiej strony, jest to jeden z najlepszych, najbardziej pomysłowych i bezlitosnych przykładów buntu przeciw temu, co tę antyczną tradycję najskuteczniej zabija: podchodzenia do niej na kolanach i zawsze ze śmiertelną - szkolną - powagą. 

PS. Rusty chciała mieć w swoim wyzwaniu także media inne niż literatura - mam nadzieję, że operetka pasuje :)
P.PS. Imiona postaci w libretcie są łacińskie: użyłam we wpisie greckich, głównie po to, żeby namieszać i nie zasugerować od razu, że XIX wiek, kiedy to uwielbiano latynizować.

 

(1) Co skądinąd świadczy, że autorzy naszych podręczników do mitologii starannie ignorowali Owidiusza. Ale to, co tam Owidiusz wypisuje o Orfeuszu po śmierci Eurydyki - och, jak by to nie pasowało do Tradycji! 

 

Ludovic Halévy  (autor), Hector-Jonathan Crémieux (autor przeróbek i uzupełnień), Jacques Offenbach (kompozytor), Orfeusz w piekle; przekład polski Konstanty Ildefons Gałczyński, premiera paryska (otoczona co najmniej lekkim skandalem i oburzeniem strażników Tradycji) w 1858 roku. 

Rusty Angel zaproponowała, a ja entuzjastycznie podjęłam wyzwanie retellingowe.

 

Podejmuję je z dziką rozkoszą, bo retellingi uwielbiam. Uwielbiam je zresztą nie tylko w literaturze - pewnie we wszystkich prawie moich notkach widać, jak bardzo intrygują i inspirują mnie przetworzenia dzieł kultury w innych tej kultury dziełach, aluzje, skojarzenia i nawiązania. To jest idealne wyzwanie dla mnie!

Zanim jednak zabiorę się za notki ściśle wyzwaniowe, pozwolę sobie, w ramach remanentu, przypomnieć kilka takich, które mogłyby się do tegoż wyzwania nadać.


Notka z czasów, kiedy nikt mnie nie czytał, o książce, którą przeczytać warto, warto, warto: Delia Sherman, Through a Brazen Mirror.

 

Inna notka, z tych samych czasów, o innym retellingu zdecydowanie wartym uwagi: Ellen Kushner, Thomas the Rhymer

 

Dwie recenzje dwóch retellingów tej samej ballady; Diana Wynne Jones i Pamela Dean (do której chyba muszę wrócić, bo Rusty w swojej mocno krytycznej recenzji wypunktowała parę rzeczy, na które wtedy nie zwróciłam uwagi).

 

I na koniec - Księga cmentarna Neila Gaimana jako retelling. A nawet półtora retellingu (bo Księgi dżungli i Odysei). I mój ukochany retelling Studium w szkarłacie.


wtorek, 09 września 2014

Ann Leckie, Ancillary Justice, Orbit Books 2013

 

 

Spojlery, ALE TYLKO TE PODSTAWOWE, JAK PODEJRZEWAM - staram się nie zdradzać kluczowych rozwiązań i przebiegu akcji

 


 


 

A tak. Książka z 2013 w kategorii "Kanon". Bo wygrała, co było do wygrania: Hugo, Nebulę, Locusa, BSFA Awards i nagrodę Clarke'a.

I wiecie co? Ani trochę się nie dziwię.

 

Rusty i Fabulitas zaintrygowały mnie tą książką na tyle, że po nią sięgnęłam (OK, gdyby nie one, może bym sięgnęła przez ten deszcz nagród, ale pewnie nieprędko, stosik pt. "Do przeczytania" mam imponująco frustrujący); dzięki Rusty dorwałam się w końcu do egzemplarza powieści i przeczytałam w dwa dni (a byłoby szybciej, gdyby nie Nieplanowana Całodniowa Wyprawa Do Pracy...). I powiem szczerze, jestem pod ogromnym, ogromnym wrażeniem.  

 

To jest powieść, za jakimi w fantastyce tęsknię: literatura, nie tylko opowiedziana historyjka. Leckie bardzo efektownie eksperymentuje w Ancillary Justice z narracją. Z jednej strony pozostaje w konkretnej tradycji, nie wpada w stylistyczny czy językowy eksperyment, z drugiej - jej nietypowość, nawet w ramach gatunku, wyznacza fakt, że narratorem jest nie-człowiek, a nawet nie-istota-żywa. Leckie trochę tu kontynuuje, na moje luźne skojarzenie, coś, co LeGuin zrobiła w mojej ukochanej Lewej ręce ciemności, kiedy oddała głos Getheńczykowi i kazała mu/jej patrzeć na Ziemianina i go oceniać. Ta chłodna, dystansująca narracja pozwala uważnemu czytelnikowi zobaczyć Radch i jego podejście do podbojów i wojny lepiej, wyraźniej, niż gdyby autorka dała nam stronę za stroną emocjonalnych opisów mordu i przelewu krwi. Dwa krótkie passusy dość wcześnie w powieści: Breq opisująca, jak wygląda Valskaay i potem, parę rozdziałów później, wspomnienie o tym, że tego wszystkiego już nie ma - krótkie, nieemocjonalne, a jednocześnie impresyjne, malarskie niemal - zmroziły dorosłą-mnie co najmniej tak, jak parę dekad temu wczesnonastoletnią-mnie zmroziła pewna scena w pewnym filmie, obejmująca Gwiazdę Śmierci i Alderaan... To, że Breq jest z jednej strony (przynajmniej póki jest Justice of Toren) wszechwiedząca i wszechobecna, że zna każdy fizjologiczny detal i może w każdej chwili obserwować swoich oficerów, a z drugiej - że będąc tym, czym jest, nie zawsze tak naprawdę pojmuje, czemu i po co i z jakiego powodu ktoś coś czuje, robi, decyduje się na coś - to wszystko sprawia, że jest ona fascynująca jako narratorka. 

Leckie jest przy tym pisarką szalenie sprawną (aż trudno uwierzyć, że to debiutancka powieść!) i potrafi posługiwać się sztuczkami uzależniającymi czytelnika od lektury - jak w przypadku ostatniego zdania rozdziału 9, które zapowiada wyjaśnienie motywacji bohaterki - wyjaśnienie, na które bardzo czekamy; autorka w 10 przeskakuje do drugiego planu akcji, 11 zaczyna od powrotu do ostatniego zdania 9, nic jednak czytelnikowi nie wyjaśniając (nie chcę spojlować, ale to jest coś w rodzaju - rozdział 9, ostatnie zdanie: 'Zaczęłam wyjaśniać, czemu mam taki plan'. Rozdział 11, pierwsze: "No więc powiedziałam i zajęło mi to dużo czasu"). A takich zagadek jest więcej. Dlaczego narrator/ka-statek kłamie tutejszemu Imperatorowi w kwestii tego, kiedy ją ostatnio odwiedził? Zdanie Justice of Toren, when did I last visit you? powtarza się kilkakrotnie; za każdym razem Breq/One Esk odpowiada fałszywie, zazwyczaj nie wie, czemu; a my też nie wiemy i nie możemy, och, jak ja nie mogłam doczekać się tej prawdziwej odpowiedzi.


Ten narracyjny eksperyment pozwala też Leckie, paradoksalnie, na pogłębienie charakterystyki postaci. I nie chodzi tu tylko o niepewność go do ich płci. Owszem, to jest ciekawy i efektowny zabieg, mnie akurat się podobał: serio i szczerze, poza Seivardenem (w przypadku którego jego męską identyfikację potwierdza doktor Strigan) nie jestem do końca pewna płci żadnej z postaci w powieści. I dobrze: takie ewidentnie było założenie Leckie. Na poziomie konstrukcji świata jest to jak najbardziej wytłumaczalne - dla wielu współczesnych kultur zachodnich domyślną płcią przy np. ogólnych stwierdzeniach jest "on" (1), tu autorka chciała inaczej -  nie po to, jak sądzę, żeby się tylko pobawić w politycznie poprawny eksperyment literacki. Leckie robi to, podejrzewam, żeby nas wytrącić z czytelniczej pewności, z automatycznej lektury. Zazwyczaj przecież, jak jest powiedziane - doprecyzowane - "ona", zakładamy, że na pewno chodzi o kobietę. No niekoniecznie, nie tutaj: przez sporą część pierwszych rozdziałów widziałam Seivardena jako plus minus Adelaidę Brook z Waters of Mars po załamaniu nerwowym, bo założyłam, że skoro jest she w języku, to musi być i she w realu... Zarazem ten zabieg służy, efektownie, do budowania obcości - obcości Radchaai w stosunku do nas, czytelników, ale i obcości narrator-a/-ki wobec kultur, tych nie-Radch, wśród których usiłuje się ukryć, nie zdradzając swojego pochodzenia i tego, kim jest.

Przy pomocy tego samego zabiegu - widzimy bohaterów oczyma Breq, a to znaczy, że widzimy ich w specyficznym i mocno krzywym zwierciadle - autorka komplikuje i różnicuje charakterystyki postaci. Specyficzny ogląd Breq sprawia, że pewne cechy postaci, ich stosunek do samej Breq/One Esk musimy doczytać między wierszami i się ich domyślić, nie mamy danych wprost i w oczywisty sposób. Opisani wprost, w trzecioosobowej narracji, Awn i Seivarden wydaliby się oczywiści: jedno z awansu społecznego, wrażliwe, ambitne i dumne, ale sprawiedliwe wobec tych, którymi zarządza, i godne zaufania; drugie pyszne, gwałtowne, odważne, ugruntowane we własnej klasowej i rodowej wyższości i nie mogące znieść jej utraty, cierpiące, ale gotowe na poświęcenia i jakoś tam, dziwacznie, lojalne. Widzimy ich jednak oczyma Breq: w czynnościach i zachowaniach, w krótkich migawkach; znacznie trudniej nam ich poznać, znacznie trudniej uchwycić ich charaktery, zobaczyć rozwój. Nie od razu też widać coś, co w mniej więcej w połowie powieści wydaje się oczywiste: że Breq kocha jedno z nich. I, tak po prawdzie, trudno się dziwić, bo jako czytelnik mam wrażenie, że za swój upór, lojalność i wewnętrzną uczciwość ta postać na całą tę miłość  - Breq i czytelnika - zasługuje. Ta miłość i szacunek sygnalizowane są delikatnymi, subtelnymi podpowiedziami - uwagą, że są tacy oficerowie, których ich statek nie kocha, z implikacją, że są i inni, obserwacjami Breq o reakcjach One Esk, o jej emocjach. No, i nie widać, aż niemal do końca, co łączy Breq z tą drugą osobą - ale tego nawet sama Breq nie widzi i nie pojmuje.

Ale i sama Breq jako postać jest fascynująca. Jest przecież czystym paradoksem - widzimy jednocześnie rozwój i rezultat rozwoju kogoś, kto rozwijać się i zmieniać z definicji nie powinien; widzimy, jak z wielości kształtuje się jednostkowość, indywidualność. One Esk, która kocha muzykę; i która uczy się kłamać; Breq, która poświęca lata, lata, na coś tak bardzo ludzkiego, jak zemsta. Dwoistość i jednostkowość, rozpad i kształtowanie się osobowości wydają się zresztą jednym z kluczowych motywów powieści Leckie. I bardzo bym się chętnie o tym rozpisała, ale nie teraz, nie teraz, bo... nie.

Spoiler, do podświetlenia jakby kto chciał: z

Zastanawiam się, w jakim stopniu historię emancypowania się ancillaries - One Esk i jej zamiłowania i emocje, rozpad osobowości Anaander Miaanai - da się czytać jako pewnego rodzaju metaforę emancypacji w ogóle, uwalniania się z niewoli. Summa summarum, mówimy tu przecież o końcu bardzo radykalnie rozumianego niewolnictwa - to jest więcej niż zyskująca świadomość maszyna, to jest przemocą pozbawiona własnej osobowości ludzka istota tę osobowość odzyskująca....Nie chodzi oczywiście o to, że Lec kie pisze metaforę - raczej o pewnego rodzaju inspirację, model dla tej konkretnej idei w świecie powieści. 

 

W kreacji świata Leckie wydaje się zainspirowana między innymi dziejami i kulturą Rzymu - i to głęboko przemyślanymi i zrozumianymi. Tu jest zdecydowanie więcej niż tylko legiony i imperializm. Rzymski jest sposób i myślenia o podboju - na początku niewyobrażalnie krwawo, choć zawsze pragmatycznie, potem - jak najszybciej trzeba zasymilować lokalne elity i włączyć je w struktury władzy, tak, żeby zaznały, jak dobrze być Radchaai. Rzymska jest religia z jej inkluzywnością (i baaaardzo opornym i powolnym, patrz Rzymianie i Żydzi, przyswajaniem sobie idei, że ktoś może być mniej więcej monoteistą). Rzymskie, wreszcie, jest specyficznie zorganizowane społeczeństwo, z rozbudowanym hierarchicznym systemem kliencko-patronalnym, z kluczową rolą rodu i z poczuciem, że tylko bycie Radchaai oznacza bycie cywilizowanym. Zarazem Radch nie jest tylko automatycznym przeniesieniem Rzymu. Pewne motywy i koncepcje, jak choćby głęboko zakorzeniona klasowa hierarchia oparta na pochodzeniu i na roli, jaka odgrywa dany ród, wydają się - choć teoretycznie dałyby się odnieść do rzymskich realiów - bliższe temu drugiemu imperium par excellence: wiktoriańskiej Anglii z całym sformalizowaniem jej relacji społecznych i bagażem kolonialnych i klasowych uprzedzeń. Tam jest ten jadowity dialog o zdegradowanej, summa summarum, porucznik Awn, w wykonaniu kole-gów/żanek z załogi:

'She doesn’t have breeding' (...) 'Her parents are cooks,' Lieutenant Issaaia continued. 'I’m sure they’re excellent at what they do. I’m sure she would manage a kitchen admirably. (...) I can only imagine how difficult it must be, to be bred to be a servant and instead of taking an assignment that truly suits, to be thrust into a position of such authority. Not everyone is cut out to be an officer'.

Przy całym istnieniu skomplikowanych hierarchii i stratyfikacji społecznych w Rzymie - ten akurat argument, to myślenie zajeżdża mi na kilometr wiktoriańską mentalnością. Do tego co najmniej parę motywów ma swoje źródła w imperium chińskim - część mentalności, wróżby, idea przeznaczenia... Wszystko to jest przy tym wpisane w efektowną i pomysłową wizję rodem z SF. Gatunkowo - paradoksalnie, przy jej psychologicznym skomplikowaniu - powieść Leckie najbliżej bodaj do space opery. Leckie nie szafuje pomysłami, nie zarzuca czytelnika milionem gadżetów i pomysłów na świat przyszłości (co ja, owszem, lubię, ale czego brak mi absolutnie nie przeszkadza, to nie jest zarzut), niemniej wyposaża stworzony przez siebie świat w dostateczną ilość technicznych i - powiedzmy - społecznych wynalazków, żeby świat, który kreuje, wydawał się czytelnikowi fascynująco obcy i par excellence fantastyczny. Przy tym jeszcze, żeby dodatkowo namieszać, fabuła jako taka ma w zasadzie awanturniczo-kryminalny niemalże charakter. Jej główną sprężyną są z jednej strony polityczne intrygi na imperialną skalę, z drugiej - stara, dobra, ciągle IMHO najlepsza jako motywacja postaci w tym konkretnym gatunku opowieści: zemsta, osobista, emocjonalnie motywowana zemsta za coś, co się stało dawno, dawno temu, co zrobił bohater, co mu zrobiono; a wszystko to nieoczywiste, skomplikowane (jak się ma One Esk do Justice of Toren? Jak, tak naprawdę, ocenić bizantyjskie intrygi skupione wokół władcy i ich ewentualne znaczenie dla świata i ludzi - całego świata, całej ludzkości, nie tylko Radch?). Do tego jeszcze dochodzi fakt, że po tysiącu lat nawet tradycyjne imperium nie będzie takie samo (och, jak się tu Leckie sprytnie wywinęła z pułapki niezmienności kultury, w którą pisarze tak często wpadają!) - i mamy świat niejednoznaczny, nieoczywisty, a jednocześnie - barwny i na tyle szczegółowo opisany, żeby czytelnikowi zapaść w pamięć.

 

I wiecie czemu jeszcze w kategorii "Kanon"? Bo podejrzewam, że już w nim zostanie. Och, jaka to jest dobra książka.



(1) Mam na myśli częste zdania w rodzaju "Instrukcja: w przypadku pożaru powinieneś zachować spokój" czy "A doctor must do his duty"). Tak, wiem, że to się zmienia, ale od wcale nie tak dawna.

PS. Tytuł by fabulitas, dzięki :)

niedziela, 07 września 2014

Doktor Who 08x03 The Robot of Sherwood, scen. Mark Gatiss,wyk. ci co zawsze ostatnio plus Tom Riley (którego nie kojarzyłam, bo z Da Vinci Demon wytrzymałam kwadrans).

 

 

spoilers, sweeties

 

Źródło: http://kallianacorus.tumblr.com/post/43440287435/movie-poster-mash-up-doctor-who

Robin Ood. Niestety, nie o nim jest odcinek


"Staroświecki" wydaje mi się, pod wieloma względami, słowem-kluczem dla tego odcinka.

Old fashion heroes in old fashioned stories, od tego zaczynamy. Doktor proponuje Clarze odwiedziny w różnych miejscach, choć najpierw obiecał jej,  że zabierze ją tam, gdzie ona zechce. A Clara nie chce Marsa ani żadnych tam Tumescent Arrows of Half-Light, dziękujemy bardzo. Clara chce Robin Hooda.  Doktor w Robin Hooda za bardzo nie wierzy, ale co tam - jest gotowy wybrać się do lasu Sherwood choćby po to, żeby Clarze udowodnić, że Robina nie ma.

Jak się łatwo domyślić, Robin jest. Podobnie jak banda jego wesołych kompanionów. Do tego, oni wszyscy są bardzo-bardzo jak z tych staroświeckich opowieści: Robin szarmancki i roześmiany, brat Tuck tęgi i dobroduszny, Mały John duży, Alan-A-Dale z lutnią. Wypisz wymaluj jak z opowieści.

Jak się dalej łatwo domyślić, Doktorowi się to nie podoba. Nam też nie powinno - od Potwora z Loch Ness w Terror of the Zygons przez duchy w The Unquiet Dead, Rzymian Rory'ego i milion innych przykładów, Doktor Who (a i popkultura w ogóle) przyzwyczaiły nas, że w takiej sytuacji zazwyczaj ktoś tu kogoś udaje, zwykle w złych zamiarach. Ergo, kiedy Doktor biega jak oszalały i tu uskubnie komuś włos, tu podkradnie sandał, a tu ukłuje, żeby dostać próbkę krwi - za bardzo to widza nie zaskakuje.

Staroświeckość tej fabuły, utrzymanej pod tym względem bardzo w klimatach klasyki serialu i generalnie - klasyki serialu SF (bo w Star Trekach kolejnych też się przecież podobne idee pojawiały) - jest oczywista; bo oczywiście ktoś (w tym przypadku żołdacy szeryfa) okaże się Podłym Robotem z Przyszłości. To było do przewidzenia, podobnie jak do przewidzenia był fakt, że całe pyskowanie Doktora przeciw Robinowi nie powstrzyma ich obu od współpracy w walce z zagrożeniem. I że to zagrożenie okaże się "techniczne", kosmiczne i kompletnie dla ludzi tamtych czasów niezrozumiałe.

A dalej - dalej mamy, oczywiście, równie staroświeckie perypetie, co w odcinkach "historycznych" z Pierwszym: podobnie jak w The Romans czy w moim ulubionym The Reign of Terror, pojawiają się wszelkie możliwe elementy filmu przygodowego osadzonego w danej epoce, jakie tylko dało się wpleść w fabułę: ucieczki, pogonie, skoki z murów, aresztowania, walki, bunt więźniów, pojedynek na wysokości, nawet wspólna ucieczka dwóch panów skutych jednym łańcuchem. I damsels in distress, w liczbie dwóch - choć Clara radzi sobie w tym odcinku samodzielnie i poza jednym niespodziewanym lądowaniem w wodzie pomocy za bardzo nie potrzebuje.

Mamy, ergo, staroświecką i dość konwencjonalną w ramach tego konkretnego serialu historyjkę, wpisaną na dodatek w inną, tradycyjną i mocno formularną opowieść - w legendę Robin Hooda. Mark Gatiss jako scenarzysta bardzo tu, moim zdaniem, umiejętnie ogrywa tę legendę, umieszczając w 45 minutach fabuły mnóstwo bardzo typowych, bardzo dla niej charakterystycznych motywów. Nie tylko mamy przewidywalnych i przewidywalnie scharakteryzowanych towarzyszy, złego Szeryfa, nieobecnego króla, podłego księcia Jana, las Sherwood i Nottingham,  i odebrany majątek Roberta z Loxley - mamy też, co mnie akurat szalenie się podobało, odbicie dwóch ważnych epizodów. Po pierwsze, pojawia się przetworzenie motywu bardziej oczywistego, czyli pojedynku o złotą strzałę (kluczowego, o ile pamiętam, dla wersji Disneya); ale po drugie - po drugie przecież, całe pierwsze spotkanie Robina i Doktora to nic innego jak powtórka ze sceny przyłączenia się do bandy Małego Johna (lub, ewentualnie, przyłączenia się Robina do bandy Małego Johna).

To jest odcinek z gatunku takich, jakie były w tym serialu od zawsze - i jako taki sprawdza się, moim zdaniem, bardzo dobrze. Bawiłam się świetnie, choć Doktor i Robin irytowali mnie momentami po równo (sceny przegadywania się w więzieniu były za długie i ktoś to scenarzyście chyba powinien był powiedzieć). Podobał mi się zarówno Doktor, znowu lekko zgorzkniały, cyniczny, dystansujący się od heroizmu - jak i Riley w roli Robina, zblazowanego, przesadzonego, a jednocześnie trochę się za tym zblazowaniem kryjącego. Podobał mi się twist akcji - długo wydawało mi się, że Doktor ma rację, a Robin i jego ludzie nie są niczym innym, jak robotami.

Po raz kolejny, obok tej staroświeckiej, przygodowej historyjki, mamy tutaj zapowiedzi, co jest (z Doktorem) i co będzie (z Missy?). Znowu pojawia się Ziemia Obiecana; znowu mamy ten sam trick, co w poprzednim odcinku - wypowiedzianą wprost paralelę między bohaterem a Doktorem (tyle że może tym razem kluczowy ma być fakt, że Doktor zbuntował się przeciwko swoim?). 

Nie jestem Clarą: Robin Hood to nie jest mój ulubiony bohater i ja bym pewnie go nie wybrała na cel wizyty TARDIS. Ale mam nadzieję, że nikt, czytając, nie uznał, że używałam słowa "staroświecki" jako krytyki. Sama wolę inne historie, inaczej opowiedziane - ale ta poprawiła mi humor, i to zdecydowanie.  Ciekawam, co będzie dalej.

 

PS. Technicznie milion lat do przodu w stosunku do ostatniego Robin Hooda BBC, że tak się troszkę wyzłośliwię.

niedziela, 31 sierpnia 2014

Doctor Who (New) 8x02, Into the Dalek

 

spojlery spojlery spojlery


http://umbridge1986.deviantart.com/art/DOCTOR-WHO-SERIES-8-EP2-Into-the-Dalek-POSTER-478036960

 

Błyskotliwy poster z devianarta (by Umbridge1986)

 

 

Dzisiaj, dla odmiany, raport z oglądania.

Hmmm, zaczyna się - i dialogi, i widoki, i muzyka - uroczo starwarsowo; plus, Galactic Resistance, doprawdy, jak blisko się da szturchnąć Lucasa i jego Rebelię? A to nie koniec gierek: moment potem Doktor robi filmowe aluzje (no bo komu się nie skojarzyła się na tym etapie Fantastic Voyage?). Oraz, zastanawiam się, czy into darkness jest aluzją; takoż, oczywiście, czy jest nią resistence is futile. To ostatnie skądinąd, jeżeli jest cytatem z Borga, to jest użyte wyjątkowo ironicznie: w Star Treku oznaczało buńczuczną deklarację wyższości cywilizacji (plus minus) maszyn nad ludźmi, mechanizmu nad życiem, podczas gdy tu pada w wypowiedzi Daleka, który pojął, że życie zawsze wygrywa. 
Na innym poziomie aluzji jest natychmiastowa (ta tuż przed czołówką) reakcja Daleka na Doktora, jak w rewelacyjnym epizodzie z pierwszego sezonu  New Who, Dalek - znakomicie odwrócona w dalszym rozwoju akcji (no ale potem Dalek zaczyna mówić o tym, że all Daleks must die i mnie się natychmiast Dalek Caan przypomina). No i to fantastyczne, przed-finałowe you are a good Dalek, jak echo, znowu przewrotne i przetworzone, powiedzianego kiedyś do tej samej osoby you would make a good Dalek.

Klara w szkole. Szkoła jest dobrym, bardzo dobrym pomysłem - szkoda, że Steven Moffat nie dał go Clarze rok temu; zobaczenie towarzyszki Doktora, która ma konkretną pracę, zawód, obowiązki, jest fajne. Acz przyznam szczerze: zachowanie Clary podczas spotkania z nowym kolegą jest z gatunku tych, za które ja osobiście bym strzelała do ludzi z kulek z plasteliny (takich, co się wklejają we włosy); ani to zabawne, ani to flirt, obie strony zostają po tym zakłopotane i niepewne. Acz z kolei sceny, kiedy Mr Pink odgrywa sam przed sobą to, co powinien był zrobić, a czego bardzo nie zrobił, są zabawne, nawet mimo faktu, że po takim początku ja bym z Clarą na randkę nie poszła. Clarowe bycie nauczycielką wygrane jest zresztą w tym odcinku więcej razy - przede wszystkim w scenie jej konfrontacji z Doktorem w trakcie akcji, kiedy wiele razy pyta "Czy to tego się dzisiaj dowiedzieliśmy?" 

'Am I a good man?' jako pytanie i 'I don't know' jako odpowiedź to niezłe podsumowanie większości etycznych dylematów ostatnich sezonów; a i tu Doktor nie robi wiele, żeby je rozwiać - lodowate przywitanie Journey Blue po śmierci brata czy zachowanie podczas ataku Dalekowych przeciwciał trudno uznać za wzór współczucia czy życzliwości. Z drugiej strony, uznanie, że Clara jest carer, ponieważ to ona się przejmuje, żebym ja nie musiał jest efektowną zasłoną dymną: tylko kto w to uwierzy, oprócz samego Doktora?
Tu jest, przy całej prostocie tej fabuły, całkiem skomplikowany etyczny węzeł do rozwikłania. Dalekowie są źli. Są źli, bo nienawidzą i tylko nienawiść rozumieją, z nią się rodzą (co jest w tym konkretnym odcinku powtórzone). Nienawiść - ślepa, niszczycielska - jest zła. Ale zły Dalek stanie się dobrym, kiedy zobaczy w swoim umyśle odbicie nienawiści Doktora - nienawiści, jaką ten darzy jego własną rasę. Nienawiść zrodzi nienawiść i zarażony nienawiścią do Daleków Dalek stanie się.... dobry?

Pomysł fabularny jest jednocześnie oldschoolowy (patrz: wspomniana Fantastyczna podróż) i podany w sposób z jednej strony nawiązujący do tradycji (oczywiste płyny ustrojowe, spotkanie z przeciwciałami i takie tam, że nie wspomnę o Zagrożeniu Promieniowaniem, moim och jakże ulubiony tropie SF), z drugiej - we współczesnym sztafażu. Fabularnie pomysłowe jest to, że zagadkę - uleczenie Daleka - tak naprawdę rozwiązujemy w połowie odcinka; i tu zaczyna się inna historia, ta już z nie z Asimova, ta z Doktora, znaczy się to, co fani, mnóstwo fanów, kochają: Dalekowie, flota, exterminate, te rzeczy. 

Mnie się podobało, bardziej, niż podejrzewałam, że by mogło. Ciekawe, co będzie dalej.

EDIT: I kim, do cholery, jest Missy?

piątek, 29 sierpnia 2014

2x05, Need

 



[Yup, brakuje paru odcinków po drodze, ale odzyskanie danych z dysku idzie... no, idzie. Jakoś. A notki stargate'owej tak dawno nie było...]


Uwaga: spojlery i dużo Daniela Jacksona.



To jest odcinek, który zdecydowanie lubię: efektowny, wieloznaczny, a na dodatek, co uwielbiam, z nie tylko popkulturalnymi odniesieniami.
Na samym początku widzimy, jak Daniel Jackson próbuje swoich sił w roli rycerza w lśniącej zbroi: kierując się współczuciem, rzuca się na pomoc kompletnie obcej dziewczynie, która zamierza popełnić samobójstwo. Jego interwencja kończy się fatalnie: SG-1 trafiają w ręce ojca dziewczyny, miejscowego władcy, Pyrusa Zabójcy Bogów, który stylizuje się na Goa'ulda, i zanim się obejrzą, lądują w kopalni w charakterze niewolników.
To jest odcinek, który sporo mówi nam o osobości i charakterze Daniela. Nie ma wątpliwości, że D.J.  nie potrafi pogodzić się z faktem, że to, co się stało, jest jego winą: kiedy zesłana do kopalni drużyna omawia tutejszą sytuację polityczną, Daniel milczy, po czym nagle, ni z tego ni z owego rzuca, Wiem, że to wszystko moja wina. Ciekawe jest to, że Jack, który zazwyczaj jest jego przeciwieństwem, w tym konkretnym epizodzie zachowuje się jak lustrzane odbicie Daniela: po tym, jak Jackson został ranny, O'Neill wini siebie dokładnie tak samo, jak tamten robił to wcześniej: nie odzywa się do reszty drużyny i pogrąża dość desperacko w pracy, przy czym jego reakcja na powrót Daniela sugeruje, że podejrzewał, że już go żywego nie zobaczy.
Aha - czy ja już wspomniałam, że to jest jeden z tych odcinków, w których Daniel Jackson umiera? Umiera, a przynajmniej odnosi bardzo ciężkie, śmiertelne rany. Ocala go uratowana poprzednio przez niego dziewczyna, miejscowa księżniczka – przy użyciu sarkofagu, stąd moje podejrzenie, że musiało już z nim być bardzo źle. Dzięki temu dowiadujemy się całkiem sporo o stosunku Daniela do kobiet – a to, czego się dowiadujemy, pasuje znakomicie do tego, co już (na podstawie jego znajomości z Sha're) mogliśmy podejrzewać.
W związku Daniela z Shylą to ona jest inicjatorką romasu, stroną aktywną i dominującą. Daniel po raz kolejny przechodzi tu od roli męskiej, jaką  przyjął na początku (rycerz-obrońca) do roli osoby uwodzonej i kokietowanej, która stereotypowo przypisywana jest kobietom. Dzieje się tak mimo, że Shyla przyjmuje przy Danielu – na pozór – rolę “małej kobietki”, podkreślając wielokrotnie w konwersacji z nim, że jest głupia, że niewiele wie i że jest pod wrażeniem jego wiedzy; w rzeczywistości jednak w tym związku to Shyla sprawuje kontrolę i ma władzę, w więcej niż jednym tego słowa znaczeniu – Daniel poddaje się jej, bo jest de facto więźniem jej ojca i jako taki, niewiele ma do powiedzenia; poddaje się, bo od Shyli zależy los reszty SG-1; poddaje się wreszcie – bo taki jest jego konsekwentny sposób postępowania wobec zainteresowanych nim kobiet (Sha're, Sarah, Hathor, Vala). O tym, jaki jest podział ról w tym związku, świadczy najwyraźniej fakt, że to Shyla oświadczyła się Danielowi, a on ją zwodził i odwlekał decyzję, zanim w końcu powiedział “tak” - Shyla przyjęła więc rolę tradycyjnie w europejskiej kulturze przypisywaną mężczyźnie, a Daniel – kobiecie. Role odwracają się ponownie po uleczeniu Daniela – kiedy wraca on spotkać się Shylą, jest mądrym doradcą, który prowadzi słabą i nie wiedzącą, co robić kobietę, na którą niespodziewanie spadła władza; Shyla nie wie, co robić, bo straciła dwie osoby – dwóch mężczyzn – którzy byli jej drogowskazami w życiu: ojca, który zmarł, i narzeczonego, który odszedł. Pytanie, czy Shyla kocha Daniela. Z jednej strony, na pewno robi to, co robi, pod wpływem emocji; z drugiej, narzeczonego sponad słońca wywróżyła jej matka – ergo, jej “uczucie” jest tak naprawdę zrealizowaniem zbyt długo odwlekanego “przeznaczenia”; to, kto jest jego obiektem, jest mniej ważne. Shyla jest przede wszystkim – zwłaszcza w 1 części tego epizodu – dwulicowa; z jednej strony, przekonuje wszystkich, że trzeba traktować SG-1 jako przyjaciół i podkreśla, że Daniel musi sam podjąć decyzję, czy do niej wróci, z drugiej – nie waha się go fizycznie i mentalnie od siebie uzależnić przy pomocy sarkofagu.
Sarkofag jest w oczywisty sposób metaforą – z jednej strony, na najprostszym poziomie, metaforą wszelkiego uzależnienia (Michael Shanks gra scenę pierwszego po ożywieniu spotkania z drużyną tak, jakby był na co najmniej lekkim haju), ale i metaforą uzależnienia od władzy. Sarkofag kradnie duszę – i to jest bodaj pierwszy raz, kiedy się o tym dowiadujemy. Nieprzypadkowo, w scenie spotkania Daniela z Jackiem po tym, jak ostro zarzucił Danielowi de facto zdradę, O'Neill zwraca się do Jacksona z jadowitą ironią, adresując go the man who would be king. Ta fraza oczywiście odsyła widza natychmiast do tytułu opowiadania Rudyarda Kiplinga i jego sławnej ekranizacji, zrobionej przez Johna Hustona (1975). Aluzja, jak sądzę, nie jest przypadkowa: opowiadanie Kiplinga mówi o dwóch żołnierzach fortuny, najbliższych przyjaciołach, którzy szukali bogactwa i sławy i zostali królami Kafiristanu, co żadnemu z nich nie przyniosło nic dobrego. Michael Caine grał tego, który przeżył; Sean Connery – człowieka, który został królem, uznał się za reinkarnację Aleksandra Wielkiego, oszalał, opętany władzą, zdradził przyjaciela i w końcu zapłacił za swoje iluzje życiem; sapienti sat. Do tego bohater Connery'ego, co wydaje się w tym kontekście całkiem znaczące, nosił to samo imię, co Jackson – nazywał się Daniel Dravot.    
Ta scena zbudowana jest w dużym stopniu na fizycznym kontraście między protagonistami. Jack, brudny i skulony na podłodze, na którą rzucili go strażnicy, przeciwstawiony jest Danielowi w królewskich szatach, wyciągniętemu na tronie w pozie, którą zwykliśmy kojarzyć raczej z filmową wersją zachowania szalonych cesarzy w rodzaju Nerona; z podobnym zblazowaniem i nonszalancją zresztą się zachowuje. Z tego, co wiemy, niewiele już w nim z dawnego Daniela zostało – a jednak, przy całym okrucieństwie i arogancji jego zachowania, dobro kolegów z drużyny ciągle w jakiś sposób leży mu na sercu: Daniel obwieszcza, że namówił Shylę, żeby – w ramach gestu dobrej woli – pozwoliła im wszystkim odejść.
Tu się kończy pierwsza część odcinka i zaczyna druga: walka Daniela z uzależnieniem od sarkofagu.
Tutaj znowu to, co istotne, rozgrywa się między Jackiem a Danielem (i wiem, będę to powtarzać jakąś nieskończoną ilość razy w tych analizach, bo też relacja tych dwóch jest niewątpliwie kluczowa i centralna dla całej serii). W tym epizodzie zwraca uwagę fakt – rzadkiej – gwałtownej fizycznej konfrontacji między nimi. W jej pierwszym etapie, w izbie przyjęć, Daniel odpycha Teal'ca i doktor Fraiser, ale zostaje powstrzymany przez Jacka; w drugim – Daniel, znowu po pokonaniu Fraiser, ucieka i zostaje doścignięty przez Jacka w jakimś magazynie. Tam dochodzi między nimi do walki wręcz, gwałtownej szamotaniny, w której, mimo wyrównanych sił, Jack jest górą, póki Daniel nie wyciąga pistoletu – z którego zresztą nie jest w stanie zrobić użytku. Zwycięstwu Jacka w fizycznej konfrontacji z Danielem odpowiada jego późniejsze zwycięstwo w pojedynku na słowa. Na początku, jeszcze ukrywając się przed sobą, obaj nawzajem zarzucają sobie do you want to kill me? Później, Jack usiłuje mówić do Daniela, kiedy ten celuje w niego z pistoletu i tu po raz kolejny widzimy, że w tym konkretnym odcinku Daniel i Jack bywają nie tylko skontrastowani ze sobą, ale i działają jak lustra odbijające siebie nawzajem; w tym wypadku kluczowe są słowa Jacka: I know what this is. I know what it's like. You can get through it…, podkreślające wspólnotę przeżyć. Nie dowiadujemy się, o czym mowa, z jakim uzależnieniem przyszło się zmierzyć Jackowi – ja bym pewnie sugerowała scenę z oryginalnego filmu, w której pułkownik O'Neil siedzi z butelką i pistoletem na łóżku w pokoju syna, zanim zostanie zwerbowany do programu... Jack wygrywa, Daniel opuszcza pistolet, wybucha płaczem – przyznaje się, że ma problem, innymi słowy, w ten sposób wkraczając na drogę uleczenia. W ostatniej scenie tej części Jack trzyma swojego niedoszłego zabójcę w ramionach, jak dziecko (przypomina się analogiczna scena między Mulderem i Scully z X Files 4x21 Demons). Ta scena po raz kolejny podkreśla zależność między nimi: Daniel w swoim psychotycznym stanie lekceważy Teal'ca, zwierza się Samancie (po raz kolejny wpisując ją w rolę siostry), ale pomocy skutecznie może mu udzielić tylko Jack.
Trzecia część tego odcinka to koda, w której Daniel – tym razem, jak już wspomniałam, w roli mądrego doradcy, wraca, by wspomóc Shylę. D.J. jest tu konwencjonalnie pojmowanym mądrym doradcą, a Shyla – zupełnie niekonsekwentnie – nagle zamieniła się ze skutecznej, wychowywanej od lat do władzy manipulatorki w bezbronną panienkę. Ale ta scena wydaje się potrzebna z innego powodu, mianowicie dlatego, że znowu służy podkreśleniu tej cechy, która jest kluczowa dla roli Daniela w SG-1: umiejętności przebaczania. Daniel jest, co zamierzam argumentować w analizach odcinków od Meridian do końca, wariacją na temat (heroicznie potraktowanej) postaci mesjańskiej; ta zaś, co dodam na marginesie, w europejsko-amerykańskim kręgu kulturowym musi budzić – w nieunikniony sposób – skojarzenia z koncepcją chrześcjańską. Ergo, wśród cech, które wykazuje, umiejętność przebaczania jest jedną z kluczowych; Daniel wybacza Reese zbudowanie replikatorów, Jackowi – unicestwienie Reese, Teal'cowi – oddanie Sha're w ręce Apofisa i jej zabójstwo... To nie znaczy, że D. J. wciela w życie zasadę nadstawienia drugiego policzka czy miłości nieprzyjaciół - chwilami wręcz przeciwnie. Niemniej jednak, to on najczęściej stara się zrozumieć ich punkt widzenia, a u Daniela wybaczenie oparte jest zazwyczaj na intelektualnym procesie zrozumienia racji przeciwnika (In the moment when I truly understand my enemy, understand him well enough to defeat him, then in that very moment I also love him, by zacytować Endera Wiggina), a nie na czysto emocjonalnym akcie. Co więcej, Danielowe przebaczenie zwykle zakorzenione jest w jego poczuciu własnej niedoskonałości – tutaj wraca pomóc Shyli, bo ewidentnie ma poczucie, że coś jej się od niego należy, że ją zawiódł.
Warto też na marginesie dorzucić, że to jest kolejny epizod, w którym problem zależności między pamięcią a identyfikacją jednostki jest jednym z kluczowych.

czwartek, 28 sierpnia 2014

Anna Kańtoch, Czarne, Powergraph 2012

 

Ostatnio obrodziło tu dedykowanymi notkami: ta jest znowu dla Rusty, bo to od niej dostałam najpierw, wielokrotnie, rady, żeby po powieść Anny Kańtoch sięgnąć, a potem, wreszcie - samą książkę.

 

spojluję strasznie, jakby co

 

Anna Kańtoch,

 

Jestem zauroczona tą książką. Wiem, nie jest doskonała, zaraz będę pewnie o tym mówić, ale może najpierw powiedzmy to, co najważniejsze.

Polecano mi ją od dawna. Mam z tą książką długą historię, tak jak mam  historię z krytykowaniem jej autorki na tym blogu. Jakiś czas temu bez entuzjazmu napisałam o jej opowiadaniach, zaznaczając jednak (choć o ile mnie pamięć nie myli, w komentarzu), że autorka wydaje mi się bardzo utalentowana. Parę wpisów temu, przy okazji pierwszej powieści Anety Jadowskiej, przyznałam, że perspektywa mi się nieco zmieniła i że uważam, że oceniłam wtedy opowiadania Kańtoch zbyt ostro. Tu już tego problemu nie będzie, bo Czarnego za bardzo nie mam za co tak naprawdę krytykować.

W swojej niedługiej i - przy całym skomplikowaniu narracji - dającej się przeczytać jednym tchem (trust me, I did it) powieści Anna Kańtoch robi parę rzeczy, za którymi w polskiej fantastyce tęskniłam. Po pierwsze, pisze nietypową, dającą się lubić, a jednocześnie nie przesłodzoną, nie idealną bohaterkę. Daje jej cechę, z którą ogromnie łatwo popaść w stereotypy, a mianowicie  - psychiczną chorobę, i od tych stereotypów ucieka. Dopisuje jej nienormatywną, nieoczywistą seksualność i równie nieoczywiste prawie-romanse  - po czym udaje się jej uniknąć oczywistych skojarzeń, jakie mogłoby w literaturze nieść za sobą to, w kim się bohaterka zakochuje, a kto w niej. Wreszcie - i to jest z mojego punktu widzenia bodaj czy nie najważniejsze - pisze swoją powieść z językową i stylistyczną odwagą, nie bojąc się odejść od prostej narracji, od typowego dla tak wielu polskich autorów fantastyki prostego języka, od  - paradoksalnie - obowiązkowego niemal w naszej prozie fantastycznej dosłownego opisu tylko tego, co się dzieje, możliwie najprostszymi (co bardzo często znaczy prostackimi) środkami. Nie dopada przy tym Anny Kańtoch druga zmora fantastyki, nie tylko polskiej (i nie tylko fantastyki) - fioletowe sztaby świtu rozcinające chmury poranka czy inne zapachy motyla; jak dla mnie, jej język i styl nigdy się w otchłanie kiczu spod znaku gorszych naśladowców Anne Rice nie ześlizguje.

W swojej powieści Kańtoch bawi się także gatunkami i konwencjami, sięgając do co najmniej kilku z nich. Mamy w Czarnem i nostalgiczne elementy obyczajowej powieści o świecie dawno minionym, i coś ze staroświeckiego kryminału, i realizm magiczny, i chwilami prawie że Bildungsroman. Ale to, do jakiego gatunku ostatecznie Czarne zaliczyć - o, to już zależy do Ciebie, drogi czytelniku.

Można tekst Kańtoch czytać całkiem realistycznie, jako wysublimowany literacko, opowiadany w pierwszej osobie opis popadania młodej kobiety w obłęd. Można; czemu nie. Ja wolę jednakowoż odczytać Czarne jako - wybaczcie licentia critica - jako opowiedzianą z punktu widzenia zarażonego ziemską formą adynatosa.

Nie, nie próbuję sugerować, że powieść Kańtoch jest jakoś szczególnie podobna do Innych pieśni Dukaja; główne podobieństwo widzę w fakcie, że obie należą w tej chwili do moich ulubionych polskich powieści fantastycznych. Natomiast co mnie, jako czytelniczce, rzuca się w oczy, to fakt, że opowieść bohaterki Czarnego, której świat rozpada się przed oczami, czas się zapętla, a ludzka skóra jej nie pasuje, najlepiej chyba sprawdza się czytana jako tekst stricte fantastyczny: opowieść o kimś, kto nie jest człowiekiem, a kogo uwięziła ludzka Forma. Uwięziła, ale też częściowo uwiodła i włączyła w swojość, wpisała w bycie człowiekiem: bohaterka przecież czuje się nim bardziej, niż ci dookoła, choć przecież - ze swoimi przeczuciami, z fantastycznie językowo oddanym przez Kańtoch poczuciem obcości świata dookoła - jest tak oczywiście różna. Od tej czy innej strony - Obcego zgubionego wśród ludzi, człowieka infekowanego przez Obce - oglądaliśmy to w fantastyce ładnych parę razy, w mniej (choćby C. S. Friedman w finale III tomu Coldfire) lub bardziej (wspomniany wcześniej Dukaj) awangardowej językowo i literacko postaci. U Kańtoch mamy - moim zdaniem, to przecież tylko interpretacja faktów sugerowanych przez autorkę - przekonująco pokazany nasz świat, widziany przez kogoś, kto nie jest człowiekiem.

I pewnie, mogłabym się czepnąć; gdybym miała, to bym się czepnęła o rozdział o roku 1863: wolałabym mieć więcej sugestii o ważności tego momentu wcześniej, wolałabym, żeby autorka dała temu akurat wątkowi z przeszłości trochę więcej czasu. Ale jak by nie było - z mojego punktu widzenia Czarne jest wyjątkowo jasnym punktem na mapie polskiej literackiej fantastyki ostatnich lat.


| < Listopad 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
O autorze
Zakładki:
Autorzy
Blogi
Miejsca: różne
Omnia mea
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...