Mad Man with A Box

poniedziałek, 15 września 2014

Słuchajcie, to ja może powiem od razu: fabularnie to ja się tu dość konkretnie rozczarowałam. Mimo bardzo dobrego aktorstwa.

 

 

 

Nie tak, że to był jakoś katastrofalnie zły odcinek: daleko od tego. Był efektowny, miał - chwilami - nastrój, miał Capaldiego w roli, w której on się moim (i nie tylko) zdaniem sprawdza znakomicie; miał Jennę Coleman w prześlicznej IMHO czarnej sukience (no wiem, wiem, płytkie to strasznie, ale nic nie poradzę, mam fetysza na punkcie takich ciuchów). Miał ładnie zagraną i poprowadzoną, choć przecież obecną przez moment tylko postać Orsona, który musiał być odważnym facetem, a wyglądał na kogoś, kto jest na najlepszej drodze, by osiwieć ze strachu.

Miał ten odcinek pomysł: pomysł na potwora, pomysł z gatunku tych typowych dla Stevena Moffata, któremu świetnie wychodzi straszenie rzeczami obecnymi na co dzień dookoła nas, ale nie tymi najbardziej zwyczajnymi (o nie, od morderczych maglownic i zabawek to jest Stephen King): raczej tymi, które budzą w nas-dorosłych nieokreślony niepokój, ale nigdy się nie przyznamy, że one - maska gazowa, pomnik na cmentarzu, ciemność i cienie w pustym pokoju - ciągle odzywają się w nas echami tych samych lęków, które czuliśmy jako dzieci.

Tu Moffat bierze sobie jeden z najbardziej typowych dziecięcych lęków - bo kto z nas w końcu nie bał się kiedyś Tego Czegoś, co siedzi pod łóżkiem? Bierze go i przerabia, na dodatek wplatając w to wątek z Clarą obecną zawsze w życiu Doktora (który to wątek mnie osobiście bardzo się podoba) i delikatną sugestię, że może w TARDIS pojawi się niedługo nowy lokator.

Ja lubię takie odcinki. Lubię aluzje i nawiązania do dawniejszych epizodów, a tu ich mamy sporo: bo i Gallifrey, i dzieciństwo Doktora, i kombinezon, w którym Orson wygląda jak Dziesiąty, i cytaty z oryginalnej serii (ładne!), i wycieczka na koniec świata (a gdzie Malcassairo, ja się pytam?) i nawet Wojenny Doktor przez moment, wow. Lubię zaskakujące pomysły - takie, jak to, kto się okazał być potworem spod łóżka, łapiącym za nogi przyszłego małego Doktora. Lubię się bać, zwłaszcza jak mogę bać się reinterpretacji upiornych rymowanek i potworów wyciągniętych z pamięci mojego dzieciństwa. 

A tu, jakoś, nic. Nie mogę nic zarzucić aktorom, tempo jest OK, pomysł wyjściowy z TARDIS czytającą wspomnienia Clary fajny, tylko scenariusz się momentami rozłazi. Nie pomaga też zmiana koncepcji i gatunku, przejście od horroru do de facto obyczajowej historyjki o cenie strachu. Przede wszystkim jednak - bo już daruję sobie pomstowanie na pomniejsze niekonsekwencje i np. na to, że Clara na randce wychodzi na bezmyślną, pozbawioną empatii głupią gęś, a widać wyraźnie, że nie jako taka jest planowana - mam jedno pytanie, bo zepsuło mi ono całą przyjemność z oglądania.

Słuchajcie, mam pytanie. Skoro wiemy, kto jest na tym obrazku poniżej - to kto lub co, do cholery, jest na tym, od którego zaczęłam ten wpis?

 

 

PS. To się pewnie dałoby sensownie wyjaśnić. Miałam wrażenie, że logiczny rozwój narracji jest taki: jest wspólny sen ludzkości - Doktor podejrzewa ukrytego za nim potwora, istotę, której nie widzimy - prawie ją przyłapuje w pokoju małego Pinka - tropi ją dalej - okazuje się, że... no właśnie, że co? Wolałabym mieć dopowiedziane, że:
1. Istnieje takie coś (patrz: sny ludzkości, patrz: pokój Ruperta), ale
2. Akurat Doktor tego czegoś nie spotkał, jemu przygodę pt. "Coś pod łóżkiem, łapie za nogi" zapewniła podróżująca w czasie Clara.

Jeżeli Steven Moffat to później jakoś sensownie ogra, to oczywiście odszczekam wszystkie swoje pretensje, tak jak odszczekałam (acz nie pamiętam, na fejsbuku czy tutaj) urażone zdumienie z powodu faktu, że Sherlock flirtuje z druhną...

niedziela, 07 września 2014

Doktor Who 08x03 The Robot of Sherwood, scen. Mark Gatiss,wyk. ci co zawsze ostatnio plus Tom Riley (którego nie kojarzyłam, bo z Da Vinci Demon wytrzymałam kwadrans).

 

 

spoilers, sweeties

 

Źródło: http://kallianacorus.tumblr.com/post/43440287435/movie-poster-mash-up-doctor-who

Robin Ood. Niestety, nie o nim jest odcinek


"Staroświecki" wydaje mi się, pod wieloma względami, słowem-kluczem dla tego odcinka.

Old fashion heroes in old fashioned stories, od tego zaczynamy. Doktor proponuje Clarze odwiedziny w różnych miejscach, choć najpierw obiecał jej,  że zabierze ją tam, gdzie ona zechce. A Clara nie chce Marsa ani żadnych tam Tumescent Arrows of Half-Light, dziękujemy bardzo. Clara chce Robin Hooda.  Doktor w Robin Hooda za bardzo nie wierzy, ale co tam - jest gotowy wybrać się do lasu Sherwood choćby po to, żeby Clarze udowodnić, że Robina nie ma.

Jak się łatwo domyślić, Robin jest. Podobnie jak banda jego wesołych kompanionów. Do tego, oni wszyscy są bardzo-bardzo jak z tych staroświeckich opowieści: Robin szarmancki i roześmiany, brat Tuck tęgi i dobroduszny, Mały John duży, Alan-A-Dale z lutnią. Wypisz wymaluj jak z opowieści.

Jak się dalej łatwo domyślić, Doktorowi się to nie podoba. Nam też nie powinno - od Potwora z Loch Ness w Terror of the Zygons przez duchy w The Unquiet Dead, Rzymian Rory'ego i milion innych przykładów, Doktor Who (a i popkultura w ogóle) przyzwyczaiły nas, że w takiej sytuacji zazwyczaj ktoś tu kogoś udaje, zwykle w złych zamiarach. Ergo, kiedy Doktor biega jak oszalały i tu uskubnie komuś włos, tu podkradnie sandał, a tu ukłuje, żeby dostać próbkę krwi - za bardzo to widza nie zaskakuje.

Staroświeckość tej fabuły, utrzymanej pod tym względem bardzo w klimatach klasyki serialu i generalnie - klasyki serialu SF (bo w Star Trekach kolejnych też się przecież podobne idee pojawiały) - jest oczywista; bo oczywiście ktoś (w tym przypadku żołdacy szeryfa) okaże się Podłym Robotem z Przyszłości. To było do przewidzenia, podobnie jak do przewidzenia był fakt, że całe pyskowanie Doktora przeciw Robinowi nie powstrzyma ich obu od współpracy w walce z zagrożeniem. I że to zagrożenie okaże się "techniczne", kosmiczne i kompletnie dla ludzi tamtych czasów niezrozumiałe.

A dalej - dalej mamy, oczywiście, równie staroświeckie perypetie, co w odcinkach "historycznych" z Pierwszym: podobnie jak w The Romans czy w moim ulubionym The Reign of Terror, pojawiają się wszelkie możliwe elementy filmu przygodowego osadzonego w danej epoce, jakie tylko dało się wpleść w fabułę: ucieczki, pogonie, skoki z murów, aresztowania, walki, bunt więźniów, pojedynek na wysokości, nawet wspólna ucieczka dwóch panów skutych jednym łańcuchem. I damsels in distress, w liczbie dwóch - choć Clara radzi sobie w tym odcinku samodzielnie i poza jednym niespodziewanym lądowaniem w wodzie pomocy za bardzo nie potrzebuje.

Mamy, ergo, staroświecką i dość konwencjonalną w ramach tego konkretnego serialu historyjkę, wpisaną na dodatek w inną, tradycyjną i mocno formularną opowieść - w legendę Robin Hooda. Mark Gatiss jako scenarzysta bardzo tu, moim zdaniem, umiejętnie ogrywa tę legendę, umieszczając w 45 minutach fabuły mnóstwo bardzo typowych, bardzo dla niej charakterystycznych motywów. Nie tylko mamy przewidywalnych i przewidywalnie scharakteryzowanych towarzyszy, złego Szeryfa, nieobecnego króla, podłego księcia Jana, las Sherwood i Nottingham,  i odebrany majątek Roberta z Loxley - mamy też, co mnie akurat szalenie się podobało, odbicie dwóch ważnych epizodów. Po pierwsze, pojawia się przetworzenie motywu bardziej oczywistego, czyli pojedynku o złotą strzałę (kluczowego, o ile pamiętam, dla wersji Disneya); ale po drugie - po drugie przecież, całe pierwsze spotkanie Robina i Doktora to nic innego jak powtórka ze sceny przyłączenia się do bandy Małego Johna (lub, ewentualnie, przyłączenia się Robina do bandy Małego Johna).

To jest odcinek z gatunku takich, jakie były w tym serialu od zawsze - i jako taki sprawdza się, moim zdaniem, bardzo dobrze. Bawiłam się świetnie, choć Doktor i Robin irytowali mnie momentami po równo (sceny przegadywania się w więzieniu były za długie i ktoś to scenarzyście chyba powinien był powiedzieć). Podobał mi się zarówno Doktor, znowu lekko zgorzkniały, cyniczny, dystansujący się od heroizmu - jak i Riley w roli Robina, zblazowanego, przesadzonego, a jednocześnie trochę się za tym zblazowaniem kryjącego. Podobał mi się twist akcji - długo wydawało mi się, że Doktor ma rację, a Robin i jego ludzie nie są niczym innym, jak robotami.

Po raz kolejny, obok tej staroświeckiej, przygodowej historyjki, mamy tutaj zapowiedzi, co jest (z Doktorem) i co będzie (z Missy?). Znowu pojawia się Ziemia Obiecana; znowu mamy ten sam trick, co w poprzednim odcinku - wypowiedzianą wprost paralelę między bohaterem a Doktorem (tyle że może tym razem kluczowy ma być fakt, że Doktor zbuntował się przeciwko swoim?). 

Nie jestem Clarą: Robin Hood to nie jest mój ulubiony bohater i ja bym pewnie go nie wybrała na cel wizyty TARDIS. Ale mam nadzieję, że nikt, czytając, nie uznał, że używałam słowa "staroświecki" jako krytyki. Sama wolę inne historie, inaczej opowiedziane - ale ta poprawiła mi humor, i to zdecydowanie.  Ciekawam, co będzie dalej.

 

PS. Technicznie milion lat do przodu w stosunku do ostatniego Robin Hooda BBC, że tak się troszkę wyzłośliwię.

niedziela, 31 sierpnia 2014

Doctor Who (New) 8x02, Into the Dalek

 

spojlery spojlery spojlery


http://umbridge1986.deviantart.com/art/DOCTOR-WHO-SERIES-8-EP2-Into-the-Dalek-POSTER-478036960

 

Błyskotliwy poster z devianarta (by Umbridge1986)

 

 

Dzisiaj, dla odmiany, raport z oglądania.

Hmmm, zaczyna się - i dialogi, i widoki, i muzyka - uroczo starwarsowo; plus, Galactic Resistance, doprawdy, jak blisko się da szturchnąć Lucasa i jego Rebelię? A to nie koniec gierek: moment potem Doktor robi filmowe aluzje (no bo komu się nie skojarzyła się na tym etapie Fantastic Voyage?). Oraz, zastanawiam się, czy into darkness jest aluzją; takoż, oczywiście, czy jest nią resistence is futile. To ostatnie skądinąd, jeżeli jest cytatem z Borga, to jest użyte wyjątkowo ironicznie: w Star Treku oznaczało buńczuczną deklarację wyższości cywilizacji (plus minus) maszyn nad ludźmi, mechanizmu nad życiem, podczas gdy tu pada w wypowiedzi Daleka, który pojął, że życie zawsze wygrywa. 
Na innym poziomie aluzji jest natychmiastowa (ta tuż przed czołówką) reakcja Daleka na Doktora, jak w rewelacyjnym epizodzie z pierwszego sezonu  New Who, Dalek - znakomicie odwrócona w dalszym rozwoju akcji (no ale potem Dalek zaczyna mówić o tym, że all Daleks must die i mnie się natychmiast Dalek Caan przypomina). No i to fantastyczne, przed-finałowe you are a good Dalek, jak echo, znowu przewrotne i przetworzone, powiedzianego kiedyś do tej samej osoby you would make a good Dalek.

Klara w szkole. Szkoła jest dobrym, bardzo dobrym pomysłem - szkoda, że Steven Moffat nie dał go Clarze rok temu; zobaczenie towarzyszki Doktora, która ma konkretną pracę, zawód, obowiązki, jest fajne. Acz przyznam szczerze: zachowanie Clary podczas spotkania z nowym kolegą jest z gatunku tych, za które ja osobiście bym strzelała do ludzi z kulek z plasteliny (takich, co się wklejają we włosy); ani to zabawne, ani to flirt, obie strony zostają po tym zakłopotane i niepewne. Acz z kolei sceny, kiedy Mr Pink odgrywa sam przed sobą to, co powinien był zrobić, a czego bardzo nie zrobił, są zabawne, nawet mimo faktu, że po takim początku ja bym z Clarą na randkę nie poszła. Clarowe bycie nauczycielką wygrane jest zresztą w tym odcinku więcej razy - przede wszystkim w scenie jej konfrontacji z Doktorem w trakcie akcji, kiedy wiele razy pyta "Czy to tego się dzisiaj dowiedzieliśmy?" 

'Am I a good man?' jako pytanie i 'I don't know' jako odpowiedź to niezłe podsumowanie większości etycznych dylematów ostatnich sezonów; a i tu Doktor nie robi wiele, żeby je rozwiać - lodowate przywitanie Journey Blue po śmierci brata czy zachowanie podczas ataku Dalekowych przeciwciał trudno uznać za wzór współczucia czy życzliwości. Z drugiej strony, uznanie, że Clara jest carer, ponieważ to ona się przejmuje, żebym ja nie musiał jest efektowną zasłoną dymną: tylko kto w to uwierzy, oprócz samego Doktora?
Tu jest, przy całej prostocie tej fabuły, całkiem skomplikowany etyczny węzeł do rozwikłania. Dalekowie są źli. Są źli, bo nienawidzą i tylko nienawiść rozumieją, z nią się rodzą (co jest w tym konkretnym odcinku powtórzone). Nienawiść - ślepa, niszczycielska - jest zła. Ale zły Dalek stanie się dobrym, kiedy zobaczy w swoim umyśle odbicie nienawiści Doktora - nienawiści, jaką ten darzy jego własną rasę. Nienawiść zrodzi nienawiść i zarażony nienawiścią do Daleków Dalek stanie się.... dobry?

Pomysł fabularny jest jednocześnie oldschoolowy (patrz: wspomniana Fantastyczna podróż) i podany w sposób z jednej strony nawiązujący do tradycji (oczywiste płyny ustrojowe, spotkanie z przeciwciałami i takie tam, że nie wspomnę o Zagrożeniu Promieniowaniem, moim och jakże ulubiony tropie SF), z drugiej - we współczesnym sztafażu. Fabularnie pomysłowe jest to, że zagadkę - uleczenie Daleka - tak naprawdę rozwiązujemy w połowie odcinka; i tu zaczyna się inna historia, ta już z nie z Asimova, ta z Doktora, znaczy się to, co fani, mnóstwo fanów, kochają: Dalekowie, flota, exterminate, te rzeczy. 

Mnie się podobało, bardziej, niż podejrzewałam, że by mogło. Ciekawe, co będzie dalej.

EDIT: I kim, do cholery, jest Missy?

niedziela, 24 sierpnia 2014

Uwaga 1: Wpis jest z dedykacją dla Rusty, która napisała: "poczułam nostalgię za starymi, dobrymi czasami, gdy sporo blogerów pisało własne notki o Doktorze, a potem pod nimi dyskutowałyśmy. Fajne to było." Rzeczywiście, fajne. Poczułam się nostalgicznie i postanowiłam wrócić do tradycji.

 

Źródło: The Guardian

 

Uwaga 2: Spoilers, sweetie

 

 

Zacznę może od jednego zasadniczego stwierdzenia: nie będę się kłócić; a nie będę, bo opinie w poniższym tekście są właśnie tym - opiniami, a nie ocenami, roszczącymi sobie prawo do bycia uniwersalnymi, obiektywnymi, jedynymi prawdziwymi. Innymi słowy: to jest jeden z tych wpisów skrajnie subiektywnych.

Subiektywnie, ergo, stwierdzam, że mnie osobiście się Deep Breath, pierwszy odcinek Dwunastego (czy któregotamkolwiek) Doktora bardzo podobał.

Część tego podobania jest, oczywiście, zakorzeniona w - znowu bardzo subiektywnych - sympatiach i antypatiach (i małych antypatyjkach). Jestem z tej części fanów Doktora, która lubi Stevena Moffata i jako scenarzystę, i showrunnera: nie wszyscy tak mają, ale mnie akurat jego sposób wikłania, komplikowania i kreowania aluzyjności bardzo odpowiada. Ergo, odcinek napisany przez Moffata, a jednocześnie będący częścią jego nowego projektu/historii raczej ma statystyczne szanse mi się podobać.

Te szanse dodatkowo powiększał fakt, że odcinek, w jednym ze swoich kluczowych wątków, oparty był na aluzji do innego Moffatowego epizodu, The Girl in the Fireplace. Dziewczynę... lubię, choć bez przesady (najbardziej w całym odcinku podoba mi się finałowe wyjaśnienie, dlaczego roboty uwzięły się akurat na Reinette); mój sentyment był w tym przypadku związany raczej z metodą niż z konkretnym przykładem.
Już wyjaśniam: generalnie, akurat ja osobiście lubię aluzyjność, nawiązania i metateksty, i naprawdę rzadko kiedy mi się one nudzą (acz są tacy, którym się udało właśnie tym mnie znudzić i wkurzyć do tego stopnia, że przestałam oglądać; patrzę na ciebie, Supernatural). Lubię również budowanie ciągłości świata przez wprowadzanie małych aluzji i drobnych nawiązań, tych z gatunku blink and you miss it (ale z drugiej strony, może lepiej don't blink). Tu jest ich sporo, część oczywista, część trochę mniej. Uwielbiam to, że Doktor wspomina o szaliku i (jeszcze bardziej) to, że sprawy z Madame Pompadour nie pamięta. Uwielbiam, że martwi się o panią dinozaur tak samo, jak Jedenasty martwił się o triceratopsa w odcinku o dinozaurach w kosmosie (i, na marginesie, uwielbiam uwagę Rusty o tym, że całe to flirtowanie jest przymierzaniem gęby Jedenastego) i o kosmicznego wieloryba w The Beast Below (gdzie moim z kolei zdaniem Jedenasty zachowuje się dokładnie jak Dziesiąty). To, że przez moment, wspomniany, pojawia się Handles. Nic nie poradzę, na odpowiednio dla mnie skrojony ten rodzaj aluzyjności zawsze się złapię.
Uwielbiam również to, że w znacznie mniej oczywisty sposób akurat ten epizod kojarzy się nie tylko z Dziewczyną w kominku, ale  - jak dla mnie - także z moim ulubionym odcinkiem z pojawieniem się nowego Doktora, a mianowicie The Christmas Invasion. I tu, i tu coś poszło trochę jakby nie tak z regeneracją. W obu przypadkach Doktor jest pół-szalony, niekoniecznie pozbierany, przykuty przez czas jakiś do łóżka; no i i Rose, i Clara mają problemy z zaakceptowaniem tego nowego, tego innego Doktora. 
Miło, że na moment pojawił się Jedenasty, to był wzruszający i zaskakujący moment. Cieszę się z powrotu Jenny, Vastry i Straxa, bo ich irracjonalnie lubię (choć Vastrze bym tu parę razy przyłożyła, nie za to, że była wredna dla Clary, tylko za bycie intencjonalnie wredną dla Jenny). Clarę z kolei estetycznie lubię najbardziej w wiktoriańskich ciuchach, więc miło mi się na nią patrzyło; plus oczywiste Holmesowe skojarzenia, które mnie cieszą i bawią - także dlatego, że nagle mi się przypominają The Talons of Weng Chiang. Dialogi miał ten odcinek napisane moim skromnym zdaniem błyskotliwie, fabułę sympatyczną i wciągającą, ale nie na tyle angażującą i skomplikowaną, by przytłoczyła rzecz tu jednak najważniejszą, czyli wprowadzenie nowego Doktora... słowem, jak dla mnie, miał wszystko na swoim miejscu.

To jest nowe otwarcie i  - jak to bywa - spodziewamy się, że zapowiada coś nowego, i  nawet jeżeli w dalszej perspektywie te zapowiedzi się nie spełnią, miło sobie poteoretyzować. Mnie na pierwszy rzut oka kluczowe się wydają rozmowy na dwa tematy: ten o nieflirtowaniu (który jest prawie że meta, bo odbija dyskusje o Doktorze spoza świata serialu) oraz cały wątek twarzy, tożsamości i pamięci: co nas tworzy, kim jesteśmy, gdzie jest - jeśli jest - prawda o naszej naturze. Ten akurat wątek powraca w Deep Breath kilka razy: w kwestii akceptacji/braku akceptacji Dwunastego przez Clarę, w motywie welony Vastry, wreszcie, oczywiście, w głównym wątku przygodowym, w którym mamy i kradzież części ciała, i postawione wprost przez Doktora pytanie, czy po wymianie wszystkiego jest się ciągle oryginalnym sobą, i kwestię zmian osoby i natury. Nieprzypadkowo chyba, jak w moim ukochanym The God Complex, słowa odnoszące się do antagonisty i opisujące jego przeklęty a nieszczęsny żywot można równie dobrze odczytać jako związane z samym Doktorem... 
Pozostaje jeszcze jedna kwestia, a mianowicie tajemnicza dama, dla której Doktor jest "jej chłopakiem". Mogłam mieć milion teorii na jej temat, ale potem Rusty zaproponowała swoją i kupiła mnie kompletnie (hmmm, pamiętacie z The Doctor's Wife, że można się zregenerować w inną płeć niż poprzednio? I kto, kogo znamy, ma ten rodzaj obsesji na punkcie Doktora?).

Jak dla mnie, było fajnie, i och, jak tęskniłam.

PS. Wpis u Zwierza przeczytajcie. Dzięki jej i Rusty wpisom mogłam zrezygnować z analizowania pewnych rzeczy, jak np, aktorstwo i skupić się na znacznie mniej analitycznej, a znacznie bardziej bo-ja-tam-myślę, skojarzeniowej i nie popartej niczym poza przeczuciami robocie.

piątek, 03 stycznia 2014

Doctor Who (Classic) 01x8, The Reign of Terror (01: The Land of Fear, 02: Guests of Madame Guillotine, 03: The Change of Identity, 04: The Tyrant of France, 05: A Bargain of Necessity, 06: The Prisoners of the Conciergerie), reż. Henric Hirsch, scen. Dennis Spooner, prod. Verity Lambert, wyst. William Hartnell (Doktor), Carole Ann Ford (Susan), Jacqueline Hill (Barbara), William Russell (Ian), Jack Cunningham (strażnik więzienny), Keith Anderson (Robespierre), bardzo przystojny James Cairncross (Lemaitre/Stirling) i inni, BBC 1964; odcinki 04 i 05 są rekonstruowane.    

 

poniżej spojluję odcinek oraz zakończenie Wielkiego Terroru

Źródło: http://beyondmediaonline.com/doctor-who-the-reign-of-terror-dvd-review/

 

Szanowni państwo, opowiem wam dzisiaj o krwawej krainie zwanej Rewolucją Francuską, gdzie można trafić, jeśli się ma TARDIS. 

The Reign of Terror stanowi część I sezonu Doktora, kiedy to Doktor równie często podróżował na obce planety, co w ziemską przeszłość, a tematyka historyczna była absolutnie kluczowa - także, jak się zdaje, dzięki jej walorom edukacyjnym (to był w końcu kiedyś serial naprawdę skierowany do młodego widza!). I, szczerze mówiąc, jak spojrzeć pod tym kątem na The Reign of Terror, to widać, jak sądzę, kilka bardzo ciekawych faktów.

Fabularnie jest tak: Doktor zamierza odwieźć w końcu Barbarę i Iana do domu, ale zamiast w Anglii ląduje we Francji (a ponure rachuby Iana, który obawia się, że mogli równie dobrze trafić sto lat wcześniej, okazują się niedoszacowane....). W domu na odludziu, który okazuje się kryjówką przygotowaną przez ruch oporu dla uciekinierów z ogarniętego znienawidzonym terrorem Paryża, spotykają dwóch takich uciekinierów. Niestety, wkrótce wpada wojsko. Bohaterowie zostają rozdzieleni: nieprzytomny po uderzeniu w głowę Doktor zostaje w (podpalonym przez żołdaków) domu, a jego wnuczka i dwoje towarzyszy trafiają do Conciergerie, czekając na spotkanie z Madame Guillotine.
Po tej wstępnej części mamy typową akcję awanturniczo-przygodową: dziewczyny w swojej celi usiłują prawie-skutecznie wykopać podkop, po czym zostają wyprowadzone na śmierć, po czym ratuje je ruch oporu. Ian w tzw. międzyczasie poznaje umierającego brytyjskiego łącznika, współpracującego z wyż. wym. ruchem oporu i summa summarum trafia do kryjówki tych samych bojowników o wolność, co Susan i Barbara, przy czym po drodze dowiadujemy się, że Gdzieś Jest Kret, który donosi władzom. Z kolei Doktor, uratowany z płonącego domu przez małego chłopca żyjącego w pobliżu, po krótkim epizodzie prac przymusowych trafia do Paryża, gdzie udaje urzędnika, robi awanturę Robespierre'owi i generalnie pakuje się w kłopoty, a wszystko to po to, by odnaleźć towarzyszy. Susan jest chora, lekarz wydaje ją i Barbarę władzom. W więzieniu spotykają Doktora, zdrajca ginie, a zaufany urzędnik Robespierre'a okazuje się Hansem Klossem Konradem Wallenrodem brytyjskim agentem, który informuje bohaterów, że przeciw Robespierre'owi szykuje się Spisek, a oni mają w tym spisku wziąć udział. Jeszcze trochę komplikacji i - back to the TARDIS, everyone. 

Coś nam to mówi o (ówczesnym?) obrazie rewolucji francuskiej w brytyjskiej popkulturze, prawda? Prymitywni i żądni krwi z-chłopa-żołnierze, którzy ciągle jednak, choć przez moment, posłuchają głosu szlachetnego i skazanego na tragiczną śmierć młodego arystokraty i pusta kraina, gdzie ludzie w lęku kryją się po domach przed Dalekami gotowym wymordować wszystkich Francuzów, byle zrealizować swoje chore ideały, obywatelem Robespierrem; do tego lubieżny i przekupny strażnik więzienny, zaślepieni fanatyzmem okrutnicy przy władzy i szlachetni, bezinteresowni bojownicy ruchu oporu, odbijający w biały dzień, w brawurowych akcjach partyzanckich, ofiary wiezione na stracenie; no i nie zapominajmy o angielskich łącznikach, narażających życie, by ruchowi oporu pomóc.    

Skądś znamy ten obraz, prawda? Bardziej chyba przypomina on okupowaną Francję podczas II wojny światowej niż rządy rewolucyjnego terroru. Te podobieństwa...  nie jestem pewna, czy są celowe, mam wrażenie, że wynikają raczej z przyjętej konwencji pokazania rewolucji jako momentu w historii Europy przerażającego, odrażającego i generalnie, Złego - a w latach 60 (a i, śmiem twierdzić, dzisiaj) najlepszym modelem dla takiej wizji historii, modelem pozwalającym wywołać w widzach odpowiednie emocje, była hitlerowska okupacja... Choć, dorzućmy na marginesie, Barbara w pewnym momencie broni osiągnięć rewolucji przed tejże rewolucji błędami i wypaczeniami.

Co powiedziawszy, dodam jeszcze jedno: przy wszystkich uproszczeniach ten obraz mówi też coś na temat stanu wiedzy zamierzonego odbiorcy - całkiem sporej wiedzy, jeżeli weźmiemy pod uwagę, że adresowane to jest do młodszych nastolatków. Oczywiście, główna narracja toczy się wokół historii postaci fikcyjnych, ale zarówno tło, jak i pojawiający się bohaterowie drugo- i trzecioplanowi wymagają jednak pewnej historycznej kompetencji. Ten odcinek jest zresztą ciekawym przykładem charakterystycznego typu narracji historycznej (skądinąd dość od zawsze popularnego w fikcji historycznej), jaki do Doktora Who wprowadził na szerszą skalę właśnie scenarzysta tej serii, Dennis Spooner. Chodzi mianowicie o taki typ historii, w którym właściwe wydarzenia historyczne, znane z podręczników dzieją się, bo nasz fikcyjny bohater/bohaterowie w taki czy inny sposób interweniowali, podjęli taką czy inną decyzję, coś zmienili - najkrócej mówiąc, jak Tytus Pullo obalił republikę. W Doktorze takie rozwiązania pojawiły się wraz ze scenariuszami  Spoonera, i tak trwają aż do dnia dzisiejszego (patrz: Fires of Pompeii, gdzie jest ten sam dylemat, ale inaczej ograny: coś się dzieje, bo Doktor czegoś nie zrobi). W tle, w związku z tym, muszą pojawić się realne postacie historyczne - i takie też tu mamy. W odcinku The Tyrant of France tytułowym tyranem jest, o, jakże trudno to odgadnąć, Maximilien Robespierre ("Robes-pierre", wymawiany z angielska przez wszystkich bohaterów, znaczy się), okrutny, fanatyczny, zaślepiony nienawiścią do wrogów i gotowy mordować, aż nie pozostanie nikt, kto nie podziela jego ślepej wiary w rewolucję. Nieco ciekawiej jest w ostatnim odcinku, kiedy to dochodzimy w końcu do knucia przeciw R., w wykonaniu dwóch panów B., bo nie jestem pewna, czy Paul Barras to aż tak oczywiście rozpoznawalna postać dla zamierzonego odbiorcy tego serialu (a jeżeli tak, to nastoletnich Anglików w latach 60 uczono historii Rewolucji Francuskiej nieco dokładniej niż nastoletnich Polaków w latach 80/90).

Generalnie rzecz biorąc, ogląda się tę serię, moim zdaniem, bardzo dobrze. Jak już człowiek przestanie się przejmować drugowojennością osiemnastego wieku i rewolucjonistami jako zbiorowym Hitlerem, to okazuje się, że i fabuła jest wciągająca (bo jest awanturniczo zawiła i skomplikowana, jak na serię krótkich odcinków), i relacje między postaciami fajne. Zwłaszcza dobrze napisane są interakcje Barbary i Susan - jak ktoś lubi zabawkę pt. test Bechdel, to, wierzcie lub nie, ten odcinek go zdaje dość bez problemu. Choć, nie powiem, Susan jako ciągle chora damsel in distress to nie jest moja ulubiona Susan. Doktor jest za to cudownie marudny i zrzędliwy, zwłaszcza we wstępnych sekwencjach, a przy tym, mimo pozornej fizycznej kruchości, uparty  i zdeterminowany - im więcej oglądam odcinków z Williamem Hartnellem, tym bardziej podoba mi się jego pomysł na tę postać.Do tego w ścieżce dźwiękowej mamy stałe, choć mniej lub bardziej oczywiste nawiązania na Marsylianki, a kostiumy też są, na moje oko, zdecydowanie powyżej telewizyjnej średniej, jak chodzi o wierność historyczną.

Generalnie, zdecydowanie polecam i już nie mogę się doczekać sklepu z DVD w Anglii, gdzie sobie tę serię (z pełną animowaną rekonstrukcją zaginionych odcinków) kupię na własność...

Na koniec - a propos wspomnianych postaci historycznych, pozwolę sobie na dodanie dwóch screenshotów z nimi: jednego dla Harpijki (na zdjęciu John Law)....

 

Doktor Who: The Reign of Terror (John Law)

 

...i  jednego dla Drakainy (na zdjęciu Tony Wall).

 

Doktor Who: The Reign of Terror (Tony Wall)

piątek, 27 grudnia 2013

Doctor Who: The Time of the Doctor, scen. S. Moffat, reż. Jamie Payne, wyst. ci, co byli, ci, co zawsze, i ci, co będą od teraz, i parę innych osób też. I pani z obrazka.

 

Och, bo Wiki mówi, że pani w centrum to Tasha Lem. Plus minus.

 

 

To był, moim zdaniem, całkiem sympatyczny odcinek. Choć chwilami trochę jakby słaby. Ale chwilami też fajny. Och, daleko mu było do tych najlepszych, moim skromnym zdaniem, choćby do uroku tegorocznego odcinka jubileuszowego (o którym ciągle nie napisałam....). No dobra, nierówny był. Niemniej, niemniej.

Niemniej, jak już kiedyś pisałam, lubię scenariusze Stevena Moffata chyba bardziej, niż wynosi przeciętna w fanowskim środowisku, a w tym konkretnym odcinku na każdą rzecz, która mnie irytowała, mogłabym znaleźć jedną, która mnie bawiła. I odwrotnie, gdyby kto wolał szklankę do połowy pustą: na każdy fajny pomysł przypadało coś niedokończonego, lekko irytującego i nie-całkiem-tak-jak-bym-chciała.

No więc było tak: za największą wadę uważam fakt kompletne zignorowanie kwestii Ciszów i nagłe zrobienie z nich good guyów. JAK, NIBY? I czemu? Jak z najgorszego wroga stali się aliantem? To był ten element, który uważam za najbardziej "puszczony", najbardziej niedodbany w całym odcinku i ten, który mnie, jako jedyny, serio zirytował. Niemniej, zrównoważę go sobie zaletą, z mojego punktu widzenia dużą: nowym początkiem. Moffat wiele nowego tu robić nie musiał: owszem, napisał sobie War Doctora (i dobrze, postać Hurta była świetna!) i ograł pomysł RTD z regeneracją Dziesiątego w Dziesiątego... i zamknął cykl, likwidując na dłuższy czas problem ilości regeneracji. Bardzo właściwa idea, takie zamknięcie cyklu regeneracji w roku 50 rocznicy serialu, jakiś, miejmy nadzieję (bo nie powiem, ostatnie sezony chyba też podobały mi się bardziej, niż większości, ale fajnie by było mieć coś nowego) nowy początek.

Clara. Clara i jej obiad w święta. Clara, która świetnie gotuje, souffle girl, a która nie ma pojęcia, jak (kiedy) się zabrać za pieczenie indyka (ani netu nie ma, ani książki kucharskiej, ani maila od taty nie przeczytała); ale to drobiazg, dziwniejsze jest zachowanie Clary na obiedzie. Nie, wróć: nie zachowanie Clary - reakcje (brak reakcji) na to jej rodziny. Nie, wróć: fakt, że tej reakcji nie widzimy, że nie ma na to czasu (poza babcią, która zachowuje się jak babcie w The End of Time).
No ale. Migawki z innych interakcji - przede wszystkim starego Doktora z chłopakiem na Christmas Barnablem - znakomite; to, że Doktor nie bardzo kojarzy imię z osobą to trochę jego idiosynkrazja, a trochę - oczywiście - starość, i Matt Smith tę starość i słabość starości ładnie i dyskretnie ogrywa.

Trenzalore. Duuuużo dramatyczniej to sobie wyobrażałam, choć ten pomysł z, plus minus, "ta karczma Rzym się nazywa" mi się podobał. Niemniej, doceniam fakt, że Doktor w końcu gdzieś został, gdzieś się zatrzymał, nie uciekał. To był ostatni akt jego dorastania - zaczętego w poprzednim, wspaniałym (IMHO) odcinku dorastania do zmiany, do zaakceptowania faktu, że nie nosi się już na swoim sumieniu zbrodni wymordowania dwóch ras, swojej i obcej.

Papal Mainframe. I dowcipy z nagością. Nie przeszkadzały (jedna z moich ulubionych scen z Dziesiątym się przypomniała), ale śmieszyły mniej, niż chyba scenarzysta założył. Takoż przeciwnicy: fajny drewniany Cyberman, ale fajniej by było, jakby miał coś do roboty.

Amy. No to tu będę mało popularna: mnie się podobało. W tym odcinku generalnie sporo było dyskretnych nawiązań do Doktorowych tradycji nowszych i starszych (jak rysa na ścianie, jak you're naked, na przykład), a pojawienie się wizji towarzysza tuż przed regeneracją było już wcześniej. Dużo wcześniej. I nie tylko raz. Ale jakby ktoś nie lubił: mnie by, w ramach postaci w tym odcinku, wystarczyło wejście Petera Capaldiego jako nowego Doktora. Bo to będzie mój Doktor, podejrzewam. Tak, lubię wszystkich odtwórców tej roli, ale mam swoich ulubionych, a Dwunasty (czy który-tam-cholera-go-wie) Doktor ma spore szanse zamieszać na tej liście, i to poważnie.

Generalna komplikacja odcinka. Hmmm. Mogło było być trochę prościej, przyznaję. Powinno było, w sumie. Ale za parę tekstów, do których dało to pretekst (Aniołowie pod śniegiem) jestem skłonna.... no, może nie całkiem wybaczyć, ale trochę zapomnieć. Generalnie, dialogi dobre, a już kiedy Doktor był mną, och, wzruszyłam się, i to serio.

A, i Dalekowie byli. No to przesądza sprawę na plus, jednak. Nie bardzo wielki, bardzo fanowski, ale plus.

niedziela, 21 kwietnia 2013

Doctor Who 07x07, The Rings of Akhaten, scen. Neil Cross, 08x07 Cold War, scen. Mark Gatiss, wyst. ci, co zawsze, plus osoby znane kiedyś z grania w serialu, który uwielbiałam.

 

The Doctor cries

 

Czy ja aby nie zakończyłam poprzedniego wpisu o Doktorze jakimś tekstem w rodzaju "Nie rewelacyjnie, ale fajnie"? Bo chyba znowu by mi się przydał. I to dwa razy.

Fabularnie The Rings of Akhaten są nieco o niczym - to znaczy, jest straszne niebezpieczeństwo i Doktor z niewielką pomocą małej dziewczynki musi ocalić świat (a przynajmniej jeden system słoneczny), a Clara - Doktora. Podobnie jest w Cold War, gdzie z kolei mamy prawie-powtórkę z Aliens na pokładzie "Czerwonego Października", czyli zagrożenie ze strony kosmitów i rakiet nuklearnych jednocześnie. Oba zresztą te odcinki są bardzo filmowe, w tym sensie, że nastrojem przypominają klasykę kina przygodowo-fantastycznego: The Rings of Akhaten - świat rodem z Gwiezdnych wojen (te postacie, pojazdy, dźwięki!), a Cold War - skrzyżowanie ejtisowych/wczesnonajntisowych thrillerów o Związku Radzieckim z serią o Alienie i SF z epoki (ten statek kosmiczny!). Tam są zresztą też rozmaite gierki z kinem poza tym - patrz: Doktor powtarzający sztuczkę Indiany Jonesa z opadającymi drzwiami w pradawnej świątyni... 

Nastrój jest w obu przypadkach mocną stroną: i senna, zdominowana przez muzykę i czerwony blask sceneria Pierścieni, i horrorowy klimat Zimnej wojny grają znakomicie, a skuteczne użycie muzyki (od quasi-operowej momentami, wokalnej stylizacji kołysanki dla starego boga w Pierścieniach po cytat z mojej ulubionej piosenki Ultravox w Cold War) oraz dźwięków z tła dodatkowo ten nastrój buduje. Fabularnie jest nieco gorzej, w obu przypadkach, moim przynajmniej zdaniem, budowane starannie i efektownie napięcie - kim naprawdę jest Akhaten, co grozi Merry, jakie są zamiary Ice Warriora (a to warrior of all warriors, dodajmy) - trochę się rozłazi pod koniec w obu odcinkach, może dlatego, że w obu przypadkach w zasadzie nie ma jakiejś finałowej konfrontacji, a raczej - albo jest ona mało czytelna dla widza, albo odbywa się "na odległość", nie wprost. I żeby nie było, ja nie muszę mieć bijatyki i strzelaniny, ba, pomysły, że a) pasożytnicze słońce lekko się zadławi ogromem tego, co się nigdy nie zdarzyło w życiu młodej kobiety, która umarła, i b) Ice Warrior może okazać litość, bardzo mi się podobają jako koncepty, ale jakoś chyba fabularnie nie do końca mi tu zagrały.    

Za to zagrał Matt Smith po raz kolejny, znakomicie, i jako Doktor poświęcający się i przypominający, sobie i nam, o ciężarze lat i wspomnień, które dźwiga (może i było dużo patosu, ale mnie tam wzruszyło), i jako Doktor pełen szalonej energii na rosyjskim okręcie atomowym. On się rusza inaczej, mam wrażenie, niż reszta ludzkości, pół ślizgając się, pół tańcząc, a jak do tego ubierze się go w niecodzienne, nie-współczesne ciuchy, jest po prostu fantastyczny. FAN_TA_STY_CZNY. No i Clara, moim zdaniem, zdecydowanie sprawdza się jako towarzyszka (jak Doktor mówi Don't wander off, to ona zostaje w miejscu :P). Ciekawam, czy wzmianki o wnuczce Doktora coś znaczą (w sensie, czy Clara i Susan mają coś ze sobą wspólnego) - no i co znaczy to, że Clara mówi, że TARDIS jej nie lubi, ostatnio TARDIS nie lubiła Jacka, żywego paradoksu?

Generalnie, jak często w tym sezonie: nie jestem szaleńczo olśniona (ale jak często można być?), ale zdecydowanie dobrze mi się oglądało.

środa, 03 kwietnia 2013

Doctor Who 07x07, The Bells of St. John, scen. Stephen Moffat, wyst. Matt Smith, Jenna Louise Coleman, Richard E. Grant, Celia Imrie i inni.

 

spoilers spoilers spoilers spoilers



 

To ja może powiem od razu i na początek, że mnie osobiście się The Bells of St. John podobało. Nie zachwyciło, co to, to nie (inaczej niż odcinek świąteczny), ale podobało się zdecydowanie. I powiem też, od razu, że to nie będzie żadna głęboka, analityczna recenzja, raczej kilka luźnych uwag.

Miejmy to z głowy od razu: stosunkowo najsłabszym elementem tutaj jest sama fabuła jako taka: historię technologii, która zjada ludzi, a raczej - karmi ludźmi Złośliwego Aliena, mieliśmy już w nowym Doktorze parę razy (The Idiot's Lantern, chociażby, by nie przytoczyć wizualnie z kolei lekko podobnego Silence in the Library). No tyle że nie w fabule, jak dla mnie, są główne zalety tego odcinka.

Fabularnie jest, jak dla mnie, OK, ale bez rewelacji. Za to gdy chodzi o detale...

... za to gdy chodzi o detale, to i owszem, mnie się podobało.

To był odcinek, który nosił mocne piętno stylu Stevena Moffata. Mamy i jego (mój ulubiony) trademark: powtarzane na pozór niewinne zdanie, które budzi grozę (tutaj I don't know where I am), znakomicie wykorzystane we wstępnej sekwencji odcinka, kiedy ostrzegający nas przed niebezpieczeństwem okazuje się aż za dobrze wiedzieć, o czym mówi. Mamy grozę sprytnie zamaskowaną technologią, ukrytą w czymś bardzo, bardzo codziennym (tutaj: WiFi). Mamy typowe Moffatowe błyskotliwe dialogi, od przegadywania się Doktora i Clary, przez błyskotliwe one linery (jak ta chyba dość osobiście złośliwa uwaga o Twitterze), aż po takie sentencjonalne teksty, które potem lądują na koszulkach i magnesach i u mnie na lodówce (The people are switching on the lights. The Wi-Fi is switching on the people albo TARDIS jako mobile phone). No i mnóstwo małych, uroczych, paradoksalnych czasami drobiazgów (fez! mnisi - nie cool! Doktor na motorze! i to, co tak naprawdę znaczą dzwony świętego Jana).

Oczywiście, historia o WiFi jest drugorzędna w stosunku do historii o Clarze, ale w historii o Clarze znowu dostajemy więcej zagadek niż odpowiedzi (lubię zagadki, zagadki są cool). Co tu robi książka Amelii Williams (i że Chapter Eleven is the best, och :). Czemu (poza racjonalnym, podanym w fabule wyjaśnieniem) Clara znowu jest nianią? Kim jest kobieta w sklepie, która dała jej telefon Doktora jako best helpline in the universe i dlaczego nie ma 23 urodzin Clary w jej książeczce? A może problem jest z trójką, to jej nie może przecież wpisać do hasła...

Co mi się podoba, to główny koncept, powiedzmy, estetyczno-fabularny: miałam konsekwentne skojarzenia z Matrixem, zarówno na płaszczyźnie czysto wizualnej (lecące w tle literki), jak i konceptualnej (wykorzystywanie niewinnych i przypadkowych ludzi jako "agentów", zamknięcie ich w sieci); tyle że w tym odcinku Doktora rozwiązane jest to - paradoksalnie - mądrzej, albo bardziej ludzko, bo widzimy ich także jako ludzi, po tym, jak usunięta została więżąca ich technologia; przy czym nie wiem, czy nie najlepszą sceną jest ta niemal finałowa, kiedy Celia Imrie nagle zamienia się w małą, wystraszoną dziewczynkę, której ukradziono życie.

Jak chodzi o różnego rodzaju nawiązania i skojarzenia, miałam też jakoś przy tym odcinku w pamięci mój ukochany The Christmas Invasion, gdzie Doktor mówi o Ziemi podobnymi słowami, jak tu o Clarze: pod moją opieką, trzymać się z daleka. Fajnie, że Doktor znowu odbiera telefon w TARDIS, jak Dziewiąty w The Empty Child, fajnie, że Doktor znowu maluje (i znowu dość kiepsko), fajnie, że wraca Wielka Inteligencja... fajnie, że wraca Doktor.

Wiem, że mnóstwu osób się nie podobało, ale jak dla mnie, naprawdę fajnie było. Nie rewelacyjnie, ale fajnie.      

wtorek, 01 stycznia 2013

Fabulitas napisała już za mnie moją porcję zachwytów nad świątecznym Doktorem - mogę się podpisać pod każdą jej uwagą. Sama nie wiem, co bym mogła po tym napisać.

Generalnie, w ogóle nie wiem, co poza generalnym wow bym mogła napisać. No więc dawno dawno temu, mniej więcej w zeszły wtorek, było tak:

 

https://www.facebook.com/photo.php?fbid=521276931238548&set=a.111295035570075.8930.110298935669685&type=1&relevant_count=1

źródło: https://www.facebook.com/The.Doctor.Who.Tardis

 

Analitycznie: to był odcinek bardziej w stylu "The Christmas Invasion", w sensie jego roli w zawiązaniu akcji, i to na spory kawałek czasu (tam - nowy Doktor, tu - nowa towarzyszka); i tu, i tam tematyka zimowo-świąteczna była istotna, acz nie kluczowa; a na sam wygląd zabójcze śnieżynki są fajniejsze od bojowych choinek (nic nie mam do orkiestry morderczych Mikołajów). No ale jak ja mam analizować cokolwiek, jak mi się fan mode włącza i każe krzyczeć w uniesieniu: cylinder! kolory! zdjęcia! TARDIS w chmurze! Generalnie, fantastyczna strona wizualna! I choćbym próbowała wrócić do analizy - i nawet spróbować się poważnie zastanowić, kim/czym jest kelnerka-guwernantka-kucharka od sufletów, znakomita w przebierankach Clara, która umarła, ale najwyraźniej nie całkiem, a Doktor najwyraźniej to wie (ale kogo ja będę oszukiwać, długo nie zgadłam River, jak mam zgadnąć Clarę?) - to nie mogę, bo mi się chcę pomarzyć o jej (Clary) sukienkach. Fan mode on. 

No więc jak już się trochę odfanuję i przestanę na moment myśleć o tym, jak Matt Smith i Richard E. Grant znakomicie wyglądają w wiktoriańskiej stylizacji (płynę, płynę, fan mode on), to obrazek ze zdjęcia powyżej zaczyna się domagać uwagi. Bo ja nie wiem, w sumie, czy TO nie było najbardziej, poza stroną wizualną, rzucającym się w oczy elementem fabuły. Nawiązania, nawiązania, nawiązania. I pewnie, większość z nich ma zapewne tylko charakter "ozdobnikowy", ale i tak ucieszyły mnie serdecznie. Złośliwy śnieg jako Moriarty (z głosem Gandalfa) i Doktor jako bardzo, bardzo niepoukładany Sherlock Holmes. No i oczywiście Madam Vastra (jak ja za nią tęskniłam!) jako znacznie sensowniejszy i konkretniejszy Sherlock Holmes - no i wreszcie wiemy, jak to naprawdę było z tym Holmesem i Watsonem, a przynajmniej - jak to było z ich pierwowzorami, na których doktor Doyle z pewnością opiera swoje opowiadania.

http://evedancsok.tumblr.com/post/39238119544/good-part-from-the-christmas-special

źródło: http://evedancsok.tumblr.com 

I Strax. I granaty, i odzywki, i robal (i Strax w duecie z robalem), i generalnie, Strax.

STrax - tumblr

 

Mogłabym mieć całą serię o Madam, Jenny i Straxie. Albo książkę o Straxie. Albo książkę Straxa.


http://judhudson.tumblr.com/image/39350298480

źródło: http://judhudson.tumblr.com/post/39350298480/strax-is-the-greatest-thing-to-come-out-of-the-new

Powinnam się pozachwycać faktem, że nawiązania są też do klasyki serii. I zdecydowanie powinnam się troszkę bardziej analitycznie pozastanawiać nad kwestią wiktoriańskości i wiktoriańskich wartości tutaj (zwłaszcza, że taki Dickensowski z lekka, zimny wiktoriański charakter był już po trochu i w The Christmas Carol dwa lata temu; a i Doktor tutaj się momentami nieco jak Scroodge zachowuje, w sensie ogólnej mizantropii i niechęci do świąt), ale mi się chyba przez święta tryb "intelekt" wyłączył. Więc na koniec jeszcze tylko jeden piękny obrazek i spadam. 

EDIT: Dialogi! Dialogi, dialogi, dialogi!


promo

niedziela, 23 grudnia 2012

Doctor Who 11x06, The God Complex, scen. Toby Whithouse, wyst. jak zawsze oraz David Walliams, Amanda Karan, Dmitri Leonidas.

 

SPOILERS!SPOILERS!SPOILERS!

 

 

Wszystko przez moich studentów z opcji.

Oglądaliśmy we czwartek The God Complex na zajęciach, w ramach dyskutowania elementów tradycji antycznych w horrorze, i ja sobie po raz kolejny zdałam sprawę, jaki to jest znakomity odcinek. I to bynajmniej nie z powodu elementów tradycji antycznych.

To, że potwór jest Minotaurem, jest inteligentnie ograne na kilu poziomach: to, jak wygląda on sam, to, jak wygląda przestrzeń, w której zamknięto bohaterów, małe mrugnięcie okiem w postaci "Pasiphae Spa" w hotelu - ale jest, tak naprawdę, drugorzędne. Kluczowe jest za to, jak się wydaje, użycie chwytów i gadżetów rodem z horroru. Są w polskiej blogosferze osoby o niebo lepiej ode mnie na horrorze się znające, które z góry proszę o wybaczenie mojego małego teoretyzowania.

Elementów horrorowych, i to należących do mnóstwa różnych odmian horroru, jest tu mnóstwo; trudno się zresztą dziwić, scenarzysta jest znany przede wszystkim jako autor serialu mocno, mimo komponenty obyczajowej, w horrorowych klimatach osadzonego. Mamy, po pierwsze, odpowiednik nawiedzonego domu w postaci z lekka przerażającego retro-hotelu z lat 80, zawieszonego gdzieś w czasie i przestrzeni - hotelu zaprojektowanego, by przypomnieć sobie Lśnienie i wszelkie możliwe opowieści o nawiedzonych domach na wzgórzu. Ściany zmieniają miejsce, korytarze biegną w nieskończoność, przedmioty znikają, a w recepcji wiszą obrazki z podpisami, których lepiej nie rozumieć. No i śmiejące się automaty, brrrr...

Mamy, po drugie, elementy typowe dla horrorów bardziej, powiedzmy, metafizycznych. Opętanie, fałszywe (i krwiożercze) bóstwo wraz z otaczającym je kultem (tylko kultyści jakby mniej typowi). Po trzecie, mamy dość klasyczny schemat: we wrogiej i niebezpiecznej przestrzeni zamknięte kilka osób, a razem z nimi - coś jeszcze, coś, co ich po kolei zabija. No i mamy, przede wszystkim, przez z lekka 3/4 odcinka przekonanie, że w tym wszystkim chodzi o strach. 

A, żeby nie było: te horrorowe motywy w oczywisty sposób wpisane są w ramę SF, w której hotel jest matrixem w kosmosie, a prastare bóstwo - alienem, z gatunku, który podbija planety i każe się czcić jako bogów.

Ale jest jeszcze przecież Doktor i jego towarzysze. Wrzuceni w sam środek hotelu z horroru, muszą poradzić sobie nie tylko z potworem, ale i z zagadką: czego tak naprawdę potwór pragnie i jaką drogą zatruwa umysły gości, czyniąc z nich najpierw swych wyznawców, a potem - dobrowolne ofiary? 

Whithouse napisał tu dla Doktora, Amy i Rory'ego bardzo dobre tło w postaci grupy ofiar in spe: nieszczęsnego nerda z Ziemi, wierzącego w spisek rządowy, aliena z cywilizacji największych tchórzy we wszechświecie, nałogowego karciarza i inteligentnej, odważnej, religijnej muzułmanki. Ta ostatnia, dziewczyna imieniem Rita, odważna i konsekwentna i mądra, jest chyba jedną z najlepiej napisanych "jednoodcinkowych" bohaterek w tym sezonie, jeśli nie w ogóle w nowym Doktorze - także dlatego, że jej religijność nie jest problemem ani czymś, co przeszkadza, przesądem światło ćmiącym, tylko czymś ważnym dla niej i dla jej natury, nienachalnie zasugerowanym, ale istotnym (to odebrania wiary Rita się boi, nie tylko śmierci). Daleko mi, jeśli mogę wyznać, do osoby naprawdę religijnej, ale tu doceniam autora, bo nie dość, że zdecydował się na nie do końca popularny w tym serialu (o wiele bardziej, jednakowoż, znaczący w konwencji horroru) motyw, to jeszcze wybrał bohaterce religię z fatalnym PR-em. I kiedy w końcu Rita się poddaje, kiedy zaczyna czcić potwora, gotowa na śmierć, chyba nie tylko mnie zrobiło się strasznie smutno. Nawet mimo że wiemy, że tutaj to właśnie wiara - w bóstwo, w idola, w spisek rządowy - zabija. I dlatego to Amy jest znowu w niebezpieczeństwie i dlatego Doktor musi spróbować zabić w niej tę ślepą wiarę w siebie samego, tę miłość i tę nadzieję, że sam fakt jego obecności wystarczy, żeby wszystko było dobrze, bo nie wystarczy - jak nie wystarczył Marcie, Donnie i Rose.     

Ale, oczywiście, to nie wszystko. Bo to - historia tego, jak przeżyć spotkanie z bestią - to jest fajny odcinek typu "Monster of the Week", ale nie bardzo jest miejsce na tylko "Monster of the Week" w trzecim od końca odcinku sezonu, w którym główny bohater ma umrzeć. I tu jest, oczywiście, sporo zapowiedzi, od chwilowego rozstania z Amy i Rorym aż po finałowe słowa, wypowiedziane przez umierającego Minotaura:

An ancient creature drenched in blood of the innocents. Drifting in space through an endless shifting maze. To such a creature death would be a gift. Accepted. Sleep well....  

I nie trzeba dopowiedzianego "I wasn't talking about myself", żebyśmy wiedzieli, że nie o Minotaurze mowa.  

 


niedziela, 30 września 2012

Rusty Angel rzuciła pomysłem, potem z powodu uwag Zwierza na FB zaczęła się dyskusja - a w efekcie będzie wpis.

 

http://seraphl.deviantart.com

(Doctor vs Master by SeraphL)

 

W którym zastanawiam się, kogo mi brakowało w TARDIS. Oprócz mnie, oczywiście. Mnie tam brakuje zdecydowanie.

 

Rusty podzieliła swój wpis na kategorie, ja się skupię raczej na jednostkach, na pojedynczych postaciach, które mnie zaintrygowały; które pamiętam, o których chciałabym wiedzieć więcej i takich, które chciałabym zobaczyć u boku Doktora. No i, oczywiście, takich, które zasługują na własną historię. Raz mi się udało trafić: po Silence in the Library obsesyjnie marzyłam o River jako towarzyszce...

A ponieważ mój biedny blog z listami leży i kwiczy, tę listę zrobię tutaj, obiecując sobie po cichu, że może jeszcze go reaktywuję. Kolejność, poza nr 1, dość przypadkowa. Nr Jeden zdecydowanie nie z przypadku. Zasadniczo, poza jednym drobnym wyjątkiem, ograniczam się do nowej serii, bo ją po prostu znam znacznie lepiej.

 

10. Madam Vastra i Jenny. Ich nie chcę w TARDIS, w sumie, jak pomyślę: wolałabym je, tak naprawdę, w Torchwood. W wiktoriańskim Torchwood, w steampunkowym Londynie. Wyobraźcie to sobie: para (w więcej niż jednym znaczeniu) dziewczyn, z tego jedna obca, polują (z mieczami!) na Weevili, Kubę Rozpruwacza i (idealnie) rogue Time Agents. Co jakiś czas mogłyby, ku swej czarnej rozpaczy, wpaść na consulting detective profesora George'a Litefoota i jego kumpla, właściciela teatru, pana Jago (i gosposię profesora, panią Hudson). Jakbym umiała rysować, już bym to narysowała.

09. Lady Christina de Souza (Planet of the Dead). Tu się zgadzam z Rusty Angel: przepadam za tą postacią. Uwielbiam mieć w serialach, które lubię, osoby z rozmaitych warstw społeczeństwa i strasznie mnie cieszyła Rose z jej robotniczym pochodzeniem czy niekoniecznie brylująca na rynku pracy Donna, ale arystokratyczna złodziejka, która kradnie, bo się nudzi, i która czuje zero respektu przed Doktorem, wyjątkowo by mi się podobała. Wpakowaliby się w tarapaty gorsze niż z Jackiem w Utopii, ale co tam.

08. Ida Scott (The Impossible Planet). Odważna, inteligentna, rozsądna, gotowa zarazem na szalone decyzje. Byłaby w stanie powstrzymać Doktora przed największymi szaleństwami, a zarazem - nie zanudziłby się (ani on, ani my) w jej towarzystwie. Zamiast Idy mogłaby być, oczywiście, zaproponowana przez Rusty fantastyczna Sally Sparrow

07. Jethro (Midnight); kolejny pomysł Rusty Angel, do którego chciałabym się ustosunkować, bo też mi się wydaje fajny. Mamy tu nastolatka, wrażliwego i inteligentnego, niekoniecznie rozumianego przez rodzinę, cierpiącego na całe mnóstwo typowych przypadłości tego wieku, na czele z chęcią buntu i nieufnością do dorosłych połączoną, paradoksalnie, z niepewnością i podatnością na wpływy. Kogoś takiego w TARDIS nie było, bo wszyscy młodzi bohaterowie (Rose, Mickey, Amy przed ślubem) po pierwsze, jednak byli troszkę starsi, po drugie, mieli zupełnie inne charaktery. No i Jethro był najbardziej ludzki ze wszystkich towarzyszących wtedy Doktorowi podróżników...

06. Jenny (The Doctor's Daughter) i nie, nie dlatego, że właśnie oglądam Castle'a i wyobrażam sobie interakcje Doktora (najlepiej 11) i Jenny nieco podobnie do relacji Ricka z Alexis. A może właśnie dlatego: konieczność ponoszenia rodzicielskiej odpowiedzialności oraz poczucie, że córka jest od niego rozsądniejsza (a podejrzewam, że Jenny by była) mogłyby dostarczyć bezcennych komicznych momentów. No i jeszcze jedno: Doktor i jego córka-żołnierz? Poza tym, Pierwszy podróżował z wnuczką, kolejny mógłby z córką, czemu nie. 

05. Postacią, o której chciałabym wiedzieć więcej, jest Liz 10 - w końcu któraś królowa mogłaby wybrać się z Doktorem na przejażdżkę, bo on ma ewidentnie fioła na ich punkcie, a wojownicza stara-młoda królowa w TARDIS byłaby - ciekawa, co najmniej. Może nie na serię, ale na Christmas special na pewno.  

04. John Ridell (Dinosaurs on a Spaceship). Jest w typie Jacka Harknessa, ale nie ma, przynajmniej na razie, traum i tragedii w życiorysie; jest przy tym nieznośnie patriarchalno-staroświecki, poluje na grubą zwierzynę i w ogóle bywa równie bucowaty, co uroczy (widzicie ten potencjał gaf i tę ilość nauki, jaka jeszcze przed nim?). Generalnie, mówię "tak" idei mniej dżentelmeńskiego Alana Quatermaine'a jako towarzysza - to prawie jakby wziąć na pokład Gene'a Hunta. Poza tym, Rupert Graves.    

03. Brian Williams. Bo jest cudowny i trochę przypomina Wilfa, a Wilf był cudowny. Bo fajnie by było mieć w TARDIS człowieka, u którego ciekawość świata nie jest związana tylko z młodym wiekiem. Bo się kompletnie Doktora nie boi i niewiele ma przed nim respektu.

02. Jackie Tyler, która trochę była, ale nie całkiem. Starzejąca się paniusia z niższej klasy, z niewyparzonym językiem i dobrym sercem, mądra przy całej swojej naiwności, uparta jak osioł i nie mająca chyba najmniejszej ochoty na podróże do gwiazd - poproszę. Wiem, Drakaina zaraz zacznie na mnie krzyczeć.   

01. Ahem, Master. Co było chyba jasne od pierwszej chwili, bo patrz obrazek na górze. Wpadła na tę ideę Rusty Angel w swoim oryginalnym wpisie, ale ja się w niej zakochałam od pierwszego wejrzenia - i to nie tylko dlatego, że pamiętam, jak rozkosznie to wyszło w Scream of the Shalka. I nawet nie tylko dlatego, że ten rodzaj love-hate relacji między postaciami jest moim osobistym fetyszem.  

Master dlatego, że po pierwsze, wróg zamiast przyjaciela w TARDIS (nawet ukochany wróg, nawet wróg, który bywa przyjacielem) daje ogromne możliwości. Podobnie, powiedzmy sobie, jak to, że w TARDIS mielibyśmy osobę typem intelektu, wiedzą i osobowością dorównującą Doktorowi, a zarazem - połączoną z nim skomplikowanymi emocjonalnymi więzami i paskudną przeszłością; wreszcie - i to jest najciekawsze - kogoś, o kogo Doktor nie musi się martwić tak, jak o ludzi, kogoś, kto jest mniej kruchy, mniej podatny na zranienie, mniej... śmiertelny? I zły? Ze złymi, wzmaganymi szaleństwem instynktami, z gdzieś tam ukrytym dobrem? Wow, ale by było fajnie.     

I nie, fakt mojego uwielbienia dla Johna Simma nie ma tu nic do rzeczy. Prawda?

sobota, 29 września 2012

Doctor Who 04x07, The Power of Three, scen. Chris Chibnall, reż. Douglas Mckinnon, wyst. jak zwykle oraz (na szczęście) Mark Williams, (takoż na szczęście) Jemma Redgrave, ten aktor, który zawsze grywa czarne charaktery Steven Berkoff oraz różne osoby ze  świata biznesu i nauki.    

 

SPOILERY, OCZYWIŚCIE


http://doctorwho.tumblr.com(hmmm... bad idea?)

 

Zatrzymanie się w teraźniejszości (rok z życia Pondów z Doktorem), a jednocześnie powrót do przeszłości (miliony nawiązań) przed radykalnym skokiem w przyszłość (koniec ery Amy i Rory'ego) - tak bym najkrócej określiła ten odcinek.  I od razu powiem, że owszem, mnie się podobało. Nie wiem, czy był w seriach 5-7 inny epizod tak mocno zahaczony w mitologii serialu - całości serialu; tak pełen aluzji, odniesień, skojarzeń i nawiązań, i to - na każdym możliwym poziomie.

Na pierwszym, podstawowym, mamy padające z ust wzmianki i uwagi, o różnym stopniu oczywistości: od wspomnianej mimochodem awantury z Zygonami (która popsuła Pondom rocznicę, jakieś to dziwne) po cudowną (serio, chcę więcej o tej postaci!) Kate Stewart, która nie dość, że szefuje UNIT, to jeszcze jest córką Brygadiera; mamy fish fingers and custard i hasło pest control, mamy powrót Briana - to nawiązanie bardzo nowe, ale chyba mało kogo zmartwiło, że tata Pond Williams wrócił - i mamy biura UNIT w Tower. Pojawiają się także wzmianki o dawnych towarzyszach. Przy tej scenie oglądająca ze mną Drakaina głośno komentowała, ergo byłam świadkiem następującego dialogu między nią a telewizorem:
Doktor: Some left me...
Drakaina: MARTHA JONES!
Doktor: Some got left behind...
Drakaina: KAPITAN JACK, DRANIU!!
Doktor: And some…not many, but…some died.
No i tu nastąpiła, z przeproszeniem wszystkich czytelników, cisza (Cisza?) i brak komentarza - mnie nikt z towarzyszy, poza Adrikiem, nie przychodził do głowy (poproszę mądrzejszych czytelników o ewentualne uzupełnienie), ale moment potem, kiedy już oderwałam myśli od przeszłości, zaczęłam zastanawiać się nad przyszłością - nad tym, czy Doktorowe never them przypadkiem nie oznacza, że owszem, właśnie oni. Oczywiście, zawsze jest możliwe, że ta wypowiedź jest po prostu kolejną zmyłką, następną próba postraszenia widzów - ale jeśli tak, to w moim przypadku skuteczną; skuteczną tym bardziej, że mam wrażenie, że lekko nostalgiczny, przy całej swej komiczności, ton tego odcinka w jakiś sposób z tą groźbą, wisząca nad Amy i jej mężem, korespondował, że widzieliśmy, jak Pondowie się zastanawiają, co robić dalej i jak w końcu wybierają, jak Achilles, jednak chwałę i przygodę zamiast spokoju i cichego szczęścia. A Amy ma piętę achillesową, to wiemy, i wiemy, że są nią Płaczące Anioły, a kolejny odcinek jest o Płaczących Aniołach, i... No właśnie, i. 

Dobra, dygresje dygresjami, wróćmy do meritum, czyli - do nawiązań. Poza tymi oczywistymi są te niedopowiedziane: to, że Doktor chyba tylko przez przeoczenie nie wykrzykuje everybody lives!, to, że kostki zachowują się trochę jak duchy w Army of Ghosts, a trochę jak Toclafane - i to, że całkiem jak Toclafane są Shakri, w tym sensie, że też są czymś, czym straszono dzieci na Gallifrey, a mała dziewczynka-android zachowuje się zupełnie jak nieobecna duchem mała dziewczynka w Fear Her.

Mnie osobiście się wydawało, że jest jeszcze jeden poziom "nawiązań", tym razem - raczej luźnych skojarzeń, które, oczywiście, mogą być tylko moimi osobistymi odczytaniami. Mam mianowicie na myśli fakt, że cały ten odcinek z inwazją tajemniczych kostek (wyglądają jak dzieci Obelisku z Odysei kosmicznej, © by Drakaina), za którą stoi inwazja Prastarej Bezdusznej Rasy Palpatine'ów z Kosmosu, jest właśnie jak z tych starych odcinków, bardzo tradycyjny, by nie rzec - archaiczny; przy czym z jednej strony rozumowo zgadzam się z ostrą oceną Rusty Angel (durny monster of the week bez ładu i składu, to o Shakri), z drugiej, sentymentalnie, przypominały mi się jakieś niedawno oglądane Piramidy Marsa i inne takie i jakoś mnie Shakri mniej rozdrażnili, niż innych widzów. 

Może rzeczywiście najbardziej irytujące mogło być to, że to staroświeckie, rodem tak naprawdę z SF Złotego Wieku, rozwiązanie, zamykało odcinek skupiony w dużym stopniu na relacjach między postaciami, na ich psychologii i charakterach, a także na wyborach, których dokonują. No ale, o tym to już znacznie lepiej ode mnie napisała w linkowanym powyżej wpisie Rusty Angel, więc pozwolę sobie skierować wszystkich chętnych do poczytania o Brianie i reszcie do niej. A sama zacznę odliczać czas do momentu, kiedy (mam nadzieję) okaże się, że cała środkowa, spekulacyjna część tego wpisu nie ma sensu.

piątek, 21 września 2012

Doctor Who 03x07, A Town Called Mercy, scen. Toby Whithouse, reż. Saul Metzstein, wyst. ci co zawsze plus John Crichton Cameron Mitchell Ben Browder (wow!)

 

denofgeek.com

Najkrócej? The man in black fled across the desert and the (cyborg) gunslinger followed.

Wygląda na to, że pod koniec poprzedniego wpisu zadałam sobie dobre pytanie: kwestia "Co by zrobił Doktor i jak daleko by się posunął?" była dość w centrum tego odcinka.
Ale po kolei. Napisał Miasteczko zwane Mercy scenarzysta, który wydaje mi się - i we własnym serialu, i w swoich Doktorowych odcinkach - dość bezbłędny (OK, OK, poza Vampires of Venice, które IMHO mają klimat i mało co poza tym) - a ja się nie zorientowałam, że to scenariusz Whithouse'a, póki nie przeczytałam uwagi Rusty Angel w komentarzu już nie pamiętam u kogo. Shame on me.
Napisał je w stylu westernowym - co zdecydowanie lubię (powinnam tu kiedyś napisać o ukochanym Pale Rider z Clintem Eastwoodem!) - a zarazem z ukłonem w kierunku przynajmniej paru innych popkulturowych konwencji, na czele z klasyką SF: opowieść o Genialnym Złym Naukowcu, który Zabija Ludzi dla Dobra Ludzi to przecież jeden ze schematów wracających w tym gatunku ciągle (patrz: Stargate ST, X-Files, żeby się tylko do seriali ograniczyć). Pomijam fakt, że zdanie z Kinga, cytowane powyżej, pasuje jak ulał, a i postać z Niesamowitego jeźdźca też człowiekowi na myśl momentami przychodzi. Ta oczywistość sytuacji trochę przeszkadza - może ze względu na nią nie jestem zachwycona, jedynie zadowolona.

Co mi się podobało? Generalnie mi się podobało; nie porwało, nie trzepnęło, ale się podobało. Punkt wyjścia jest szalenie konwencjonalny (zbrodniarz wojenny ukrywa się na dalekiej prowincji jako dobry człowiek), za to problem, choć nienowy, zawsze ciekawy: czy jest możliwe odkupienie po czymś takim? Nawet jeżeli nasz bohater wysyłał ludzi do piekła po drodze wybrukowanej najlepszymi chęciami, wątpliwości nie ma, że to robił; nawet jeżeli teraz odda życie za miasteczko ludzi, których już raz ocalił, czy ocali to jego samego? Kahler-Jex jest potworem, ale i dobroczyńcą, masowym mordercą, ale i człowiekiem, który skończył wojnę. Broni go szeryf, najlepszy człowiek w mieście. Gunslinger z kolei jest ofiarą, ale i bezlitosnym zabójcą, który w imię swojej zemsty jest gotów zniszczyć całe Mercy. A Doktor - Doktor nie ma do nich wszystkich cierpliwości.

Doktor, tym razem, chciałby prosto. Chciałby niech mowa wasza będzie tak-tak, nie-nie, chciałby czarno i biało i z grubą kreską: nigdy więcej rozważania, zastanawiania się i litowania nad Małgorzatami Blaine i Masterami tego świata, nie będzie mercy w Mercy. Sprawiedliwość ma być przed miłosierdziem, a litować się trzeba nad ofiarami, nie nad zbrodniarzem. Misiael mógł mieć rację w komentarzu pod którąś poprzednią notką: Jedenasty Doktor "dziczeje" i wygląda to trochę tak, jakby szykowała mu się powtórka z Time Lord Victorious - a Amy nie zawsze będzie przy nim, żeby, jak w tym odcinku, uświadomić mu, że jest z nim i jego decyzjami coś cholernie nie tak. Oczywiście, Doktor się reflektuje. Oczywiście, chwilę potem jest gotowy bronić Jexa za wszelką cenę. Ale jednak. 

Kto jest Dobry? Tu chyba raczej nie ma wątpliwości: po pierwsze Isaac, szeryf (dobra, marshall) miasteczka. Człowiek, który w imię lojalności, wierności i złożonej obietnicy odda życie w obronie innego. Skądinąd, Ben Browder (oh, Crichton!) ukradł pół odcinka, mniej więcej jak Rupert Graves w poprzednim. Po drugie, dobrzy byli Amy (no, w tym odcinku) i Rory, moralny pion Doktora. Amy Pond nie jest najbardziej konsekwentnie pisaną bohaterką wszech czasów, ale i tak ją lubię.
Kto jest zły? Kahler? Rewolwerowiec? Dla każdego nieco starszego widza twist pt. to Kahler-Jex jest Zły!!! był przewidywalny chyba od pierwszej chwili, za dużo się już takich historii widziało/czytało, ale nie zmienia to faktu, że problem - problem mniejszego zła, problem odkupienia złego - pozostaje; i jasne, był już dyskutowany w fantastyce sto razy, ale jednak: dobrze, że się scenarzystom Doktora zdarza z nim czasem mierzyć, bo mam wrażenie, że ten serial funkcjonuje najlepiej właśnie wtedy, kiedy - jak w Genesis of the Daleks, jak w Father's Day, jak w Last of the Time Lords (do którego ewidentnie Doktor robi tu aluzję) łączy akcję z właśnie takimi pytaniami (ale czy ja w ogóle jestem zamierzonym widzem?). 

A kto jest Gorszy? Gorszy, groźniejszy, bardziej niebezpieczny - i nierozpoznany, zapomniany (tu mamy znowu ten motyw: alien doctorem okazuje się być, wbrew pozorom, zupełnie kto inny)? A trickster, or a goblin, or a wariorThe most feared being in all the cosmos? Hidden in plain sight?

Och, Doktorze, jak ja bym już chciała wiedzieć, co będzie (w ogólnym planie, nie tylko za tydzień) dalej!

środa, 12 września 2012

Doctor Who 02x07, Dinosaurs on a Space Ship, scen. Chris Chibnall, reż. Saul Metzstein, wyst. ci co zawsze plus Inspektor Lestrade Allan Quatermain Rupert Graves, Mr. Weasley Mark Williams, Pan Filch David Bradley i inni.

 

SPOILERS


 http://www.youtube.com/watch?v=tK2QK8Y6qGw

 

Moster of the week. Nic więcej, ale też na pewno nic mniej. Tym właśnie był ten odcinek. 

No, super-ekstra monster of the week, dla znajomych dzieciaków (4-12 lat) nie ma na świecie nic lepszego od dinozaurów (no, może Zygzak McQueen, ewentualnie).  Do tego tu dinozaury były efektowne, fajnie wyglądały i budziły sympatię (biedny Tricey...) nawet u osoby, która na dinozaury jest już zdecydowanie za stara.

Oprócz tego: father of the week, co najmniej, jeżeli nie w ogóle najlepszy w nowym Doktorze.  Ojciec Rory'ego jest marudny, trochę czepialski, ale ciepły, życzliwy i sympatyczny; trudno go nie lubić, nawet jeżeli narzeka, nie szanuje autorytetu Doktora i ma ciągłe uwagi (i nie wychodzi nigdzie, poza zakupami i golfem). Ślicznie (no sorry, ale nie mam innego słowa) zagrany przez Marka Williamsa, z pięknie pokazaną relacją z synem (Rory'ego ojciec doprowadza do facepalmów i ciężkiej irytacji, ale też ewidentnie ich relacje są naprawdę, naprawdę dobre). Najładniej chyba wygraną relacją "międzyludzką" Dziesiątego Doktora była ta z Wilfredem Mottem, starego człowieka ze starym kosmitą; tutaj w podobnych momentami scenach, w roli pilota (OK, Wilf strzelał, nie pilotował) i w chwili oglądania Ziemi z kosmosu, widzimy Briana. I choć Brian to zupełnie inne od Wilfreda pokolenie, choć jego relacja z Doktorem jest inna i na innych zasadach oparta (Brian traktuje Doktora ze znacznie mniejszą rewerencją niż Wilf - no ale Brian też nie wygląda na faceta, który nocami wyglądałby them aliens) - w podobny sposób do mnie emocjonalnie trafiła. Scena, kiedy Brian, pogryzając wyjętą z pudełka kanapkę, siedzi na progu TARDIS i patrzy na Ziemię, jest chyba najładniejsza, w sensie pomysłu, w tym epizodzie.

Motyw Briana Ponda Williamsa był, jak dla mnie, w tym epizodzie najciekawszy. Cała reszta jest efektownym, utrzymanym w fabularnym stylu klasycznych epizodów (tych z Czwartym  znaczy, na przykład) popisem Potworów Tygodnia. Jest ciekawie, efektownie, fajnie, że ktoś wpadł na pomysł, że pierwszym mocarstwem swoich czasów, odpowiedzialnym za bezpieczeństwo Ziemi, będą dla odmiany Indie, akcja się toczy, ale oglądamy po prostu efektowny przerywnik, który ma nam - nawet mimo ponurości wątku Solomona - poprawić humor i obudzić w nas dzieci, które się cieszą, bo Doktor galopuje na triceratopsie po pokładzie statku kosmicznego.

Dinozaury, jak już powiedziałam, są cool, nawet dla mnie. Jeszcze bardziej cool jest Riddell - Steven Moffat ewidentnie chce sobie napisać swojego własnego Jacka Harknessa (żeby nie musieć się użerać z traumami, jakie RTD Jackowi wyprodukował?), choć, oczywiście, jak chodzi o moralność i mentalność Jack jest w stosunku nas do przodu (you people and your quaint little categoties!), a Riddell do tyłu (co prowokuje Amy do najlepszej riposty w tym odcinku), ale poziom pyskatości, rzucania dwuznacznikami i uroczego łajdactwa mają zbliżony. Poza tym, Rupert Graves. Niech Rupert Graves zagra Allana Quatermaina, pretty please? Riddell, przy całym swoim cool factor, jest jednak postacią z odcinka Monster of the week, czyli pewnie niewiele więcej się o nim dowiemy, niestety - podobnie jak madame Vastra, jak Liz Ten, jak (żeby nie było, że się czepiam tylko epoki Moffata) Alonso, pozostanie taką postacią, za którą fani tęsknią i która w fanworks robi gigantyczną karierę. No dobra, Moffat raz nam dał taką postać na chwilę, a potem do niej wrócił, po tym, jak już umarła w Bibliotece, i ja wiem, że z każdego fajnego bohatera nie da się zrobić River Song, ale jednak żal.

Prawdziwym potworem w tej opowieści o potworach jest, oczywiście, Solomon - i trzeba powiedzieć, że potwora Chibnall napisał paskudnego, owszem, ale sukces tej postaci opiera się przede wszystkim na tym, jak została zagrana: jak David Bradley wykreował postać odrażającego, ogarniętego obsesją zysku za wszelką cenę, pozbawionego sumienia typa. W ogóle zresztą ten odcinek zawdzięcza sukces (bo uważam go za zdecydowanie udany - w swojej kategorii) przede wszystkim bardzo dobremu aktorstwu: gdyby Briana i Solomona grali aktorzy mniej utalentowani, te role łatwo mogłyby ześlizgnąć się w sztampę i oczywistość - co stało się po trochu, niestety, z postacią Nefretete. 

Podobał mi się fakt, że statek należał do Sylurian, i cała historia opowiedziana w tle; o ich arce Noego, o dinozaurach, które chcieli ocalić, o rzezi, jaką im urządził Solomon i jego Marvinów dwóch. Lubię taki sposób budowania ciągłości uniwersum - zamiast wymyślać coś nowego, ograjmy postać/rasę, która już była, a która pasuje do kontekstu.

Zastanawiam się, tak na marginesie, ile z rzuconych tu drobnych hintów okaże się ważnych; Amy, zbierająca wokół siebie własnych towarzyszy i zachowująca się jak Doktor? Smutek Doktora, kiedy Amy półżartem sugeruje, że Doktor będzie z nią aż do (jej) końca? Rozdzielenie Amy i Rory'ego z Doktorem i to, że państwo Pond szukają sobie życia obok? 

I zastanawiam się, naprawdę się zastanawiam - choć Solomon był potworem wyjątkowo odrażającym - czy mój Doktor, ten, który darował życie Margaret Blaine, który chciał dać szansę The Family of Blood i który zerwał stosunki z Harriet Jones po tym, jak zrobiła to, co zrobiła, czy ten Doktor naprawdę wysłałby Solomona na śmierć w taki sposób. I myślę, i myślę, i coraz mniej jestem pewna.

EDIT: Ale lubię to, że Doktor pocałował Rory'ego, bo po raz kolejny widzimy, jaki z niego alien: w sensie takim, że dla niego ludzkie konwencje typu: "kumpla klepiesz po plecach, koleżankę całujesz w policzek" mają jeszcze mniej znaczenia, niż dla współczesnych ludzi. 

czwartek, 06 września 2012

Doctor Who 07x06, A Good Man Goes to War, scen. Steven Moffat, reż. Peter Hoar, wyst. Matt Smith, Karen Gillan, Arthur Darvill, Alex Kingston i in. 


 By Bill Mudron

(kawałek tytułu wpisu pożyczam z absolutnie fantastycznego wątku "akademickiego" w Cryptonomiconie, tak BTW)

 

Zacznijmy od tego, że ja lubię ten odcinek. I tak, zdaję sobie sprawę, że jego konstrukcja jest z gatunku "Wrzuć wszystkie składniki, zamieszaj i zobacz, co wyjdzie", ale i tak go lubię. Przy czym - na część mojego lubienia mam argumenty merytoryczne, a za część odpowiadają po prostu emocje, na które nie ma logicznego wyjaśnienia. Oraz, część lubienia jest za coś, a część - niestety, pomimo.

Amelia Pond is lost, po raz kolejny jest the girl who waited (a na odcinek pod tym tytułem musieliśmy wtedy jeszcze trochę poczekać...). Amy jest więźniem, a Rory... Rory Williams jest w tym odcinku chyba najbardziej Doktorem. Steven Moffat chętnie i często ogrywał dwuznaczności relacji ich obu z Amy, każąc jej używać o mężu określeń zwykle kojarzonych z Doktorem. Tu jest ich, w pierwszych scenach, chyba najwięcej:

 

There's a man who's never going to let us down. And not even an army can get in the way. He's the last of his kind. He looks young, but he's lived for hundreds and hundreds of years. And wherever they take you, Melody, however scared you are, I promise you, you will never be alone. Because this man is your father. He has a name, but the people of our world know him better...as the Last Centurion.

Rory jest jak Doktor: nie tylko the last of his kind, nie tylko tym, kto Amy i córki nigdy nie opuści, nie tylko tym, kogo imię jest ukryte, a kto żyje od wieków, ale także, choć tego już Amy nam nie mówi - pogromcą Cybermenów. Cybermenów generalnie nie cierpię, a tu są dość epizodyczni, ale mają, jak sądzę, jakiś tam sens: raz, po podkreślają, jak bardzo Rory jest podobny do Doktora, dwa - bo przypominają, że Rory jest, po trochu, prawie-Rzymianinem, który właśnie idzie tłuc innych prawie-Rzymian, Cybermenów; Ostatni Centurion idzie się naparzać z Dwunastym Cyberlegionem. Uprzedzę pytanie: nie, jak zwykle Cybermeni nie mają tu fabularnie nic ciekawego do zrobienia. Są tu tak naprawdę, moim zdaniem, po to samo, po co w The Wedding of River Song pojawia się Dalek - są mrugnięciem do widza, przypomnieniem postaci z początków Doktora, które jakoś tam wracały w prawie wszystkich sezonach nowej serii, zrealizowaniem de facto, pewnego "obowiązku" wobec fanów (i tak, wolę epizodzik z Cybermenami od pełnego odcinka z Cybermenami, zdecydowanie). 

No i jeszcze jedno: Cybermeni wydają się milusi i oswojeni w porównaniu w prawdziwym wrogiem, którego nam tutaj Moffat zapowiada. A jest tym wrogiem ni mniej, ni więcej, tylko - zorganizowana religia. Ha, powiedziałam to.

Oczywiście, celowo przesadziłam w tym poprzednim zdaniu, bo w tej akurat fabule jest ono akurat średnio usprawiedliwione. Cisza bardziej przypomina tu coś w rodzaju, toutes proportions gardées, Bene Gesserit: mistyczny zakon o wojowniczo-religijnym charakterze, mający liturgię opartą na świadomie i celowo eklektycznej mieszance ziemskich tradycji i SF gadżetów (The Papal Mainframe Herself, czyli jak zbudować ziemską religię przyszłości w czterech słowach). Mnóstwo z tych elementów (mnisi, idea zakonu rycerskiego, hierarchia, quasi-gregoriańskie śpiewy) zaczerpnięte jest z katolicyzmu, a raczej - z jego wersji popkult; wiemy już z Flesh and Stone, że kościół nieco się od naszych czasów zmienił (the Church has moved on to bodaj czy nie moja ulubiona linijka dialogu w tym odcinku), choć najwyraźniej nie na lepsze (i może by tak wreszcie skończyć ten nowy wpis o wizji katolicyzmu w szeroko pojętej fantastyce, bo poprzednia krótka wersja przestała mnie satysfakcjonować?). Symbolizują tę wizję religii nie tyle legioniści Kościoła, co Bezgłowi Mnisi: oni nie wątpią, nie dają się przekonać i nie można z nimi negocjować, potrafią tylko nawracać i mordować - no wypisz wymaluj (popkulkturowa?) wersja fanatyzmu maści wszelkiej.

Dlaczego Cisza jest wrogiem Doktora? Tu jest kilka możliwych odpowiedzi, a tej pewnej ciągle nie ma (i ja ciągle zakładam, może naiwnie, że będzie). Pierwsze, co się nasuwa, to odpowiedź: bo on jest ich dokładnym przeciwieństwem i nigdy nie pozwoli na spełnienie się ich planów. Wszelki fanatyzm, każda urawniłowka w tym świecie prędzej czy później znajdzie się na celowniku Doktora; bo to jest to, czego on ścierpieć nie jest w stanie, i obojętne, czy chodzi o przerabianie na Jedyną Właściwą Formę (Cybermenową), czy o konwersję na Jedyną Właściwą Religię (a i pewność, że z Dalekami gadać się nie da, bo one hate everything that is not Dalek, z tego samego źródła się wywodzi).

Druga odpowiedź - i to jest ta rozpisana przez Moffata na w tej chwili już trzy sezony - to ta, że Doktor w swojej 11 inkarnacji popełnił hybris zupełnie inną, niż w dziesiątej: tak jak Doktor Tennanta pogrążał się coraz bardziej w swojej obsesji na punkcie wojny i swojej w niej roli, Doktor Smitha od przeszłości - od Wojny Czasu, od poległych wrogów i przyjaciół, od odpowiedzialności za swoją upadłą rasę - odciął się na tyle mocno, że... że znowu zaczął mieszać. Zapomniał, że już raz wziął na siebie odpowiedzialność za losy dwóch cywilizacji i obie unicestwił i że nie chce tego zrobić nigdy więcej; stał się, jak sam mówi, zbyt głośny; chcąc czynić dobro, stał się ideą nie lekarza, nie uczonego, a militarnego przywódcy. Oglądając to pierwszy raz, zastanawiałam się, dlaczego tak mało spektakularny był upadek Doktora, zapowiadany w tym odcinku: jeżeli w najnowszej historii tegoż widziałabym jakąś darkest hour, jakiś moment, kiedy Doktor jest o krok od stania się kolejnym Masterem, to nie wtedy, kiedy przez nieostrożność wpada razem z towarzyszami w pułapkę na Demon's Run, a w chwili, kiedy przed Adelajdą Brook deklaruje się jako Time Lord victorious. Tutaj ten upadek na pierwszy rzut oka żadnym upadkiem nie był, tak naprawdę: Doktor bywał już wcześniej i równie pewny siebie, i równie przekonany o własnej nieomylności, i równie nieostrożny...

Mam wrażenie, że teraz lepiej rozumiem zamiar Stevena Moffata, bo on zaczyna wyłaniać się nieco konkretniej zarówno po obejrzeniu samego finału z poprzedniego roku, jak i po pierwszym odcinku siódmej serii. Tu się chyba pojawia przede wszystkim idea robienia krzywdy innym. W Let's Kill Hitler Doktor widzi cienie swoich trzech towarzyszek: Rose, Donny i Marthy, którym pod wieloma względami zrujnował życie (i wie o tym doskonale); wie też, że to samo zrobił Amy (i dlatego byłam zła ostatnio, patrz wpis powyżej: zrobił to na wiele sposobów, zanim jeszcze Amy została bezpłodna); i wie, a ja będę o tym pisać przy okazji The Wedding of River Song, że to samo zrobił też, na przykład, Brygadierowi. Tutaj bardzo, bardzo mocno ten motyw podkreśla obecność Lorny Bucket, the almost Amy, dziewczyny, która była trochę za mało (za mało ładna, ciekawska, w odpowiednim miejscu i właściwym czasie?), by zostać towarzyszką, a która i tak dla Doktora zmieniła swoje życie, za (i dla) Doktora w końcu umarła. To jest pierwszy upadek Doktora, rozłożony w czasie, wpisany w jego naturę: ludzie kochają go bardziej, niż on ich, a on, wiedząc o tym doskonale, pozwala im cierpieć z tego powodu i płacić za to, czasem szczęściem, czasem życiem. Tutaj też robi to samo: spędza grupę niechętnych pomocników (niektórzy z nich godni są własnej serii...) i każe im walczyć w swojej świętej wojnie.

No, bo to jest święta wojna, zdecydowanie. Niewiele motywów, które dominowały w seriach Daviesa, Steven Moffat zdecydował się pociągnąć, ale niewątpliwie jego Doktor, tak jak Doktor w poprzednim wcieleniu, jest a lonely god. Co, oczywiście, oznacza, że z punktu widzenia Ciszy jest Antychrystem i diabłem wcielonym, choć, oczywiście, lepiej nie sugerować, że mógłby być czymś nadprzyrodzonym: He is not the devil. He is not a god. He is not a goblin, or a phantom or a trickster. The Doctor is a living, breathing man. Na nadprzyrodzone, jak się zdaje, Cisza chce mieć monopol, a Doktor im jakoś przeszkadza w zrealizowaniu (jakichś) Ciszowych planów. 

No właśnie, jak już o tym mowa: drugi upadek Doktora. Drugi upadek Doktora, moim zdaniem, to jest to, co się powtarza od piątek serii, a wyartykułowane jest w The Wedding i symbolicznie w The Asylum of the Daleks: to, że Doktor stał się za głośny. Wszyscy o nim wiedzą; cały świat go wzywa; jego imię (i cóż z tego, że to nie imię?) jest wszędzie znane. Co więcej, znane jest nie jako synonim uczonego czy medyka, ale - żołnierza. Doktor, chcąc nie chcąc stał się czymś dla siebie samego nienawistnym i nieznośnym; a goblin, or a trickster, or a warrior. A nameless, terrible thing, soaked in the blood of a billion galaxies. The most feared being in all the cosmos, że zacytuję. I teraz: Doktor musi upaść, Cisza nie może zapaść - tak twierdzi Cisza; ale jeżeli cisza zapadnie nad Doktorem, jeżeli on sam stanie się kimś innym: cichym, by się ukryć przed Cichymi, wymazanym z pamięci wrogów, których wymazał ze świata - co będzie wtedy? Mnie akurat się te Moffatowe gry ze słowami i ideami zdecydowanie podobają...     

Tak jak, zresztą, podobają mi się w tym odcinku gry z tradycją Doktora i z tradycją fantastyki w ogóle: aluzje do poprzednich odcinków (przyznaję, chętnie bym tu miała Jacka Harknessa albo inną postać, spotkaną przez Doktora wcześniej niż w serii V; poza tym, ćwiczenie wyobraźni: gdyby to Jack, a nie Dorium, stracił głowę, bylibyśmy na prostej drodze od face of Boe do Face of Boe), ale też Danny Boy i scenka jak z pierwszych (znaczy, czwartych) Gwiezdnych wojen; no i innuendo w wykonaniu Jenny i Madam Vastry; moim niespełnionym fanowskim snem są J. i V. contra Torchwood w wiktoriańskim Londynie, z cameo River.

Mogłabym jeszcze napisać o Doktorze W. i kobietach, ale to może innym razem - na przykład przy okazji wesela River, dobrze?


PS. Tekst (rymowany), który od zawsze zapowiadał tę wojnę, nieco mnie rozczarował, bo najlepszą ma pierwszą linijkę, a poza tym ja lubię przepowiednie bardziej zawikłane i niejasne:

Demons run when a good man goes to war
Night will fall and drown the sun
When a good man goes to war
Friendship dies and true love lies
Night will fall and the dark will rise
When a good man goes to war
Demons run, but count the cost
The battle's won, but the child is lost     

 
1 , 2 , 3
| < Lipiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
O autorze
Zakładki:
Autorzy
Blogi
Miejsca: różne
Omnia mea
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...