Przypominajki

środa, 16 października 2013

Barbara Juliana baronowa de Krüdener, Valérie ou lettres de Gustave de Linar à Ernest, Paris 1804

 

Czasami, co jakiś czas, odgrzebuję i recykluję stare wpisy. Ten jest oryginalnie sprzed prawie pięciu lat, a okazją do jego pojawienia się na blogu była, o dziwo, Stephenie Meyer. Nie, nie przywidziało się wam, Stephenie Meyer, ta od błyszczących wampirów. Toczyłam wówczas mianowicie, po części sama ze sobą, dyskusję o ewentualnej szkodliwości książek zbójeckich Meyer z jednej strony, a o pochodzeniu, niekoniecznie przez panią autorkę uświadamianym, jej koncepcji miłości z drugiej strony. No i tak - bo ja uwielbiam dziwną dawną literaturę - tak trafiłam na panią de Krüdener i spędziłam jakieś dwa tygodnie czytając o niej z zachwytem przemieszanym z chichotami.

No, a ostatnio trafiłam sobie na nią znowu, czytając o Kongresie Wiedeńskim i o jej roli związanej z tymże. Dzisiaj, jak wiem troszkę więcej o tych czasach, pani de Krüdener wydaje mi się może trochę mniej niezwykła na tle epoki (bo to chyba były całkiem niezłe czasy dla ambitnych kobiet, wbrew wszelkim pozorom), ale ciągle szalenie interesująca, tak jako wizjonerka, jak i jako pisarka. 


 



 

Szanowni Czytelnicy, poznajcie kobietę nie z tego świata.

La baronne de Krudener nee Barbara Juliane von Wietinghoff et son fils PaulBaronowa Barbara Juliana (Julie) von Krüdener (sportretowana na widocznym obok obrazie przez Angelikę Kaufmann) była kobietą absolutnie nietuzinkową: romantyczną, histeryczną, emocjonalną, wszechstronną i - w pewnym momencie swego życia - podziwianą i popularną. Trudno powiedzieć, kim była - Rosjanką (z obywatelstwa)? Niemką (z pochodzenia)? Francuzką (bo w tym języku tworzyła) - trudno też powiedzieć, czy w ogóle to pytanie miałoby dla niej, europejskiej arystokratki swoich czasów, jakiekolwiek znaczenie. Na pewno była romantyczką, zakochaną, jak stwierdził jeden z biografów, w miłości. Córka niemieckiej arystokratki i carskiego generała (także niemieckiego pochodzenia), urodzona w 1764 roku, miała pecha: kiedy decydowano i jej małżeństwie, trafił się jej mąż dyplomata: starszy o szesnaście lat, praktyczny, chłodny i chyba raczej pozbawiony umiejętności okazywania romantycznych uczuć. Pani Barbarze nie wystarczało, najwyraźniej, bycie baronową: ona jeszcze chciała być uwielbianą heroiną romansów.

Kochanków i wielbicieli miała wielu - niektórym pozwalała wielbić się z daleka, z niektórymi była znacznie, znacznie bliżej: romansowała z arystokratami i wojskowymi, dawała się adorować - i w pewnym momencie, tuż po śmierci męża, z którym pozostawała w faktycznej separacji, postanowiła swoje doświadczenia przelać na papier i w ten sposób zyskać nieśmiertelność. Efektem był opublikowany w roku 1804 romans epistolarny Valérie, w którym pani baronowa opisuje to, jak sobie wyobrażała idealną, bosko nieszczęśliwą i głęboko moralną miłość.

Było tak: jeszcze za życia męża baronowa była obiektem uczuć jego młodego rosyjskiego sekretarza, Aleksandra Stakiewa. Ten, kiedy poczuł, że jego uczucia do żony pryncypała wymykają się spod kontroli, porzucił  posadę, opisawszy uprzednio w liście do szefa okoliczności swojego odejścia. Ambasador, nie bardzo chyba zdając sobie sprawę, jakie to może mieć efekty, pokazał ten list małżonce. Baronowa poczuła się doceniona - co więcej, poczuła się natchniona.

W Valérie Madame Krüdener wykorzystała historię swojego wielbiciela, opisując historię wielkiej miłości młodego Szweda Gustawa de Linar do wzorowanej na sobie pięknej tytułowej bohaterki, żony jego mentora i przybranego ojca. Szesnastoletnia Valérie jest nieświadoma uczuć zakochanego - jakżeby mogła! Jest przecież mężatką i - choć mąż jej nie docenia i nie jest w stanie odwzajemnić głębi jej uczuć - pozostaje absolutnie lojalna wobec tego, którego przed obliczem Boga poślubiła. Zakochany Gustaw prezentuje całą gamę przewidywalnych dla czytelnika romansów zachowań: pytany przez ukochaną, czemu się smuci, opowiada jakże wzruszającą półprawdę o kobiecie, którą kocha a nie może poślubić, niezaproszony, ogląda ukochaną tańczącą taniec z szalem a la Emma Hamilton, szaleje z niepokoju, kiedy ta jest w ciąży, a potem troszczy się o grób jej zmarłego synka. Gdy Valérie wyjeżdża z małżonkiem, zakochany tworzy ku jej czci prawdziwy ołtarz w swoim pokoju; siedząc tam, wyobraża sobie, że rozmawia ze swoją boginią. Nie udaje mu się zastąpić jej inną ani powstrzymać dręczących go uczuć: ratuje ukochanej życie podczas pożaru, ale wie, że nigdy nie będą razem. Ucieka więc do klasztoru, gdzie z Bożą pomocą usiłuje uwolnić się ex hoc ingrato amore, że zacytują Katullusa. To jednak być nie może: Gustaw w końcu umiera z nieszczęśliwej miłości, pocieszony być może jedynie tym, że przybrany ojciec rozumiał, a ukochana wiedziała o jego miłości, choć jej nie odwzajemniała...

Ta sentymentalna, ubrana w typową dla ówczesnych powieści epistolarną formę powieść, z jej (po części zapewne zaczerpniętymi od przyjaciela i korespondenta autorki, Jean Paula) ideami miłości jako wszechpotężnej i wiecznotrwałej siły, zyskała w pewnym momencie sporą popularność: przełożono ją na kilka języków, wymieniał ją wśród swoich inspiracji Aleksander Puszkin, a i tytuł mojego dzisiejszego wpisu też jest absolutnie nieprzypadkowy... Później została w dużej mierze zapomniana - dziś rzadko (i słusznie?) się o niej pamięta, a przecież przyczyniła się, w jakimś stopniu, do ukształtowania pewnej wizji miłości, która - zapożyczana następnie przez kolejne pokolenia autorów kultury coraz bardziej popularnej - ciągle żyje i ma się dobrze... Autor jednej z poświęconych życiu autorki prac napisał, że 'Valérie' jeszcze dziś ma urok przywodzący na myśl spłowiałe wstążki i pożółkłe koronki z minionej epoki...

Ciekawe były także dalsze losy samej autorki. Jej następne dzieła literackie były już nie romansowe, a mistyczne: pani de Krüdener przeżyła bowiem religijne objawienie, nawróciła się i została prorokinią swojej własnej grupy religijnej o lekko millenarytycznym nastawieniu, z proroctwem zbliżających się dni ostatnich i Napoleonem w roli Antychrysta.  Ze swymi wyznawcami tułała się po Niemczech, uciekając przed wyobrażoną wojną, zaskarbiła sobie przyjaźń możnych tego świata, a w końcu została powiernicą cara Aleksandra I i - jak twierdzą jej biografowie - jedną z autorek koncepcji Świętego Przymierza. Pod koniec życia wierzyła ponoć, że jest apokaliptyczną niewiastą obleczoną w słońce. Co za kobieta!

 

Korzystałam z prac Evy Martin Sartori i Dorothy Wynne Zimmerman French Women Writers, University of Nebraska Press, 1991 oraz Ernesta Johna Knaptona, The Lady of the Holy Alliance: The Life of Julie de Kreudener, Columbia University Press, 1939; z tej drugiej pochodzi przytaczany cytat.

czwartek, 14 marca 2013

Króciutko i na marginesie poprzedniego wpisu dodam tylko, że obiecana a niedotrzymana lista już jest. Tutaj, na zaniedbanym blogu z listami. Czytacie na własną odpowiedzialność.



poniedziałek, 25 czerwca 2012

Dawno, dawno temu, mniej więcej w marcu 2011, poszłam do kina Mikro na transmisję Frankensteina Danny'ego Boyle'a. A dzisiaj, po małych przygodach po drodze  (czytaj: sensacje w autobusie, szpital w Myślenicach) poszłam na retransmisję. I pozwalam sobie, z tej okazji, przypomnieć ówczesną recenzję, bo niewiele (może poza faktem, że tym razem było pełne kino, i że Drakaina ze mną nie poszła, bo siedzi w Helladzie) się w moim odbiorze zmieniło.

 

 

http://www.gothic.stir.ac.uk/blog/the-creatures-speech-never-mind-colin-firth-frankensteins-creature-finally-finds-his-voice-at-the-national-2/


Frankenstein, scen. Nick Dear na podstawie powieści Mary Shelley, reż. Danny Boyle, National Theatre, London 2011

 

Kino Mikro, na co dzień rzadko pojawiające się na mojej osobistej panoramie rozrywek w mieście Kraków, tym razem zapunktowało u mnie i to jeszcze jak! Jakiś czas temu, stojąc w kolejce w kinie Kijów po bilety na Jak zostać królem, zauważyłam mianowicie dość niepozorną informację o transmisjach, właśnie w Mikro, z National Theatre w Londynie i - przecierając oczy ze zdumienia - zobaczyłam na liście spektakli Frankensteina Boyle'a, na którego gotowa byłam jechać do Londynu, jak Drakaina kiedyś na Makbeta z Seanem Beanem, gdybym tylko się łudziła, że będą bilety. A tu - transmisja. W Krakowie. Ludzie, moment zakupu tych biletów był jednym z najjaśniejszych punktów lutego.

A dzisiaj obejrzałam spektakl. I mimo kosmicznie wygórowanych oczekiwań oraz faktu, że przedstawienie ma swoje słabe punkty - wcale się nie rozczarowałam.

Dear i Boyle zarówno w materiałach promocyjnych, jak i w krótkim filmie typu the making of sporo mówili o oddawaniu głosu monstrum. Nie do końca chyba mieli rację podkreślając, że w zasadzie jako pierwsi pozwolili na taką skalę przemówić potworowi: osobiście pamiętam, że w Frankensteinie Kennetha Branagha (1994) Robert de Niro jako monstrum mówił, jak na mój gust, momentami aż za dużo...  Istotne jest jednak to, że w spektaklu Boyle'a rzeczywiście role są zrównoważone: w I połowie oglądamy prawie wyłącznie groteskowego, uczącego się mówić i ruszać potwora, w drugiej - koncentrujemy się na jego stwórcy. W wersji, którą widziałam (czemuż, ach czemuż nie będzie w Mikro transmisji 24.03, z drugiej wersji, w której panowie zmieniają się rolami!), mostrum grał Benedict Cumberbatch, a doktora - Jonny Lee Miller. Reszta obsady raczej nie błyszczała, ale też nie miała za bardzo ku temu możliwości, bo - powiedzmy to sobie uczciwie - scenariusz teatralny Nicka Deara jest momenami dość nierówny.

No bo tak: z jednej strony w kilku miejscach, zwłaszcza na początku, przydałyby się - jak dla mnie - jakieś sceny przejściowe. Konkretnie, chciałabym jedną na samym początku, między sceną, w której Victor widzi potwora po raz pierwszy, a sceną z prostytutką. Znakomicie "grają" z lekka komiczne sceny między głównymi bohaterami a spotykanymi przez nich przygodnymi postaciami z innej, dalekiej od nauki i jej bosko-ludzkich dylematów, sfery życia, zwłaszcza dialogi na wpół już szalonego Victora z jego szkockimi pomagierami. Już znacznie gorsze jednak są niektóre z bardziej komicznych (przez swój pruderyjno-quasiwiktoriański charakter) dialogów i Victora, i monstrum z Elizabeth  (we will have none of that, odpowiada tonem królowej Wiktorii przyszła pani Frankenstein, kiedy monstrum kładzie jej rękę na piersi). Z drugiej strony, autorowi znakomicie udała się adaptacja nieteatralnej przecież, epizodycznej struktury powieści Shelley: Frankenstein rozgrywa się w szeregu scen, luźno ze sobą połączonych, które wyłaniają się z ciemności, wydobyte albo blaskiem zawieszonego nad sceną elektrycznego "słońca", zbudowanego z tysięcy chyba żarówek, albo światłem od wewnątrz rozjaśniającym umieszczone na obrotowej scenie, umowne pomieszczenia o materiałowych ścianach (chata rodziny De Lacey, salon i sypialnia w domu Frankensteinów w Genewie, laboratorium Victora na Orkadach). Scenografia jest w ogóle imponująca, bo z jednej strony - steampunkowo-realistyczna w detalach, z drugiej - umowna, akcentująca tylko kluczowe elementy ukazywanych wnętrz i krajobrazów, bardzo zresztą przy tym nastrojowa.

Wybrane przez Deara epizody ograniczają się do kilku kluczowych dla powieści motywów: narodzin monstrum i jego odrzucenia przez stwórcę, kilku scen, kiedy po ucieczce z Ingolstadt potwór zostaje zwyzywany i zaatakowany przez spotykanych przypadkowo ludzi, epizodu z rodziną De Lacey, kiedy zaakceptowany i wychowany przez niewidomego ojca rodu potwór zostaje odrzucony przez jego syna i synową i w zemście zabija ich wszystkich, sceny spotkania z rodziną Frankensteina i zabójstwa jego małego braciszka Williama, konfrontacji stworzenia i stwórcy i układu, jaki zawierają, a następnie - stworzenia i zniszczenia narzeczonej Frankensteina i zemsty potwora na stwórcy w jego noc poślubną oraz ostatecznej konfrontacji - o ile można ją tak w tym przypadku nazwać - w śniegach Arktyki. O ile jednak w większości adaptacji filmowych nacisk położony był na grozę potwora i jego czynów (z dodanym często współczuciem wobec nieszczęsnej, porzuconej i zmuszonej do wybrania zła istoty), o tyle tutaj podkreślone jest przede wszystkim to, jak potwór staje się człowiekiem: jak niewinna istota, ucząca się chodzić i z pół lękiem, pół zachwytem patrząca po raz pierwszy na słońce, deszcz i przyrodę, dorasta do bycia jednym z nas, ucząc się zemsty, okrucieństwa, nienawiści i pogardy do siebie samego. Nieprzypadkowo przecież w dramatycznej scenie z Elizabeth potwór zapowiada jej i nam swoją przemianę z szukającego u żony Victora pomocy nieszczęśnika w jej mordercę słowami "Dokończyłem swoją ludzką edukację, nauczyłem się kłamać". Dear bierze na warsztat te motywy z powieści Shelley, które współczesnemu czytelnikowi (patrz: Stephen King w Dance macabre) wydają się bezsensowne i pozbawione choćby śladów prowdopodobieństwa. Tak, monstrum czyta Miltona i prowadzi ze swym stwórcą filozoficzne debaty, tak, mamy rozbudowaną historię niewidomego profesora De Lacey, wypędzonego ze spalonego uniwersytetu i zmuszonego zostać ubogim rolnikiem - obie te historie mało mają wspólnego z jakkolwiek pojmowanym prawdopodobieństwem czy psychologicznym realizmem. Ale też Dear i Boyle nie chcą tworzyć horroru, tylko to, co chyba jakoś tam Shelley zamierzyła - filozoficzną powiastkę (Drakaina, z którą byłam wczoraj w kinie, zauważyła trafnie, że z Shelley zrobił się Voltaire). Podkreślone jest to zwłaszcza, moim zdaniem, przez sposób kreacji postaci Victora. Dopiero bowiem w pewnym momencie orientujemy się, że Victor nie uciekł przy pierwszym spotkaniu ze swym stworzeniem tylko ze strachu: że Victor, tak naprawdę, nie ma serca i nie potrafi kochać, a jego potworny "syn" lepiej rozumie miłość niż wychowany w kochającej rodzinie i zaręczony "ojciec". Kiedy Victor pyta potwora, jak to jest być zakochanym, mamy w pierwszej chwili wrażenie, że go odpytuje, że się chce upewnić, co tamten czuje do kobiety, ktorą mu stworzył; dopiero po chwili zaczynamy rozumieć, że to nie jest odpytywanie, że Victor po prostu nie wie, jak to jest i nie rozumie, nie rozumie. Ich debaty z góry skazane są na klęskę, bo potwór, wychowany przez De Laceya w oświeceniowym kulcie logiki, rozsądku i debaty, a zarazem emocjonalnie tęskniący za miłością, przyjaźnią i bliskością, NIGDY nie dotrze ze argumentami do swego nieracjonalnego, obsesyjnego, dręczonego wizjami i wyobrażeniami, a zarazem pozbawionego tak naprawdę uczuć stwórcy. Argumenty i debata nie zwrócą uwagi Victora, zabójstwa i przelana krew - tak. Och, jak ja bym chciała zobaczyć Benedicta Cumberbatcha w roli stwórcy - emocjonalnie (i seksualnie?) oziębłego, egoistycznie skupionego na sobie i swoich odkryciach geniusza z kompleksem Boga! Nie żeby Miller był zły, przeciwnie - był fantastyczny, chciałabym po prostu mieć porównanie - choć, z drugiej strony, trzeba się cieszyć, że w ogóle, jako jedyni w Polsce, mieliśmy w Mikro tę transmisję, choćby jedną.

Obaj panowie w głównych rolach - no, błyszczą. Pierwszy kwadrans sztuki - scena narodzin potwora i tego, jak uczy się on kontrolować własne ciało, wstawać, chodzić - została, jak podejrzewam, napisana przede wszystkim jako aktorski popis. Monstrum w tej scenie zachowuje się jak świeżo narodzone zwierzę: tarza się po ziemi, próbuje swoich sił, jęczy, uczy się. Gdyby to było kino, w tym roku Cumberbatch i Miller ani chybi podzieliliby się Oskarem, zważywszy, że w centrum roli potwora tkwi uczenie się ludzkich odruchów i zachowań, które nie do końca opanowuje: potwór dziwacznie chodzi, niekontrolowanie wymachuje rękami, mówi z przerwami, z dziwaczną, nienaturalną emfazą. Aktorzy zwierzali się, że podpatrywali zachowania ludzi odzyskujących kontrolę po wylewie i uczących się chodzić małych dzieci - i rzeczywiście, ten potwór jest inny, niż tradycja horroru (przypomina się zwalisty, ciężki potwór w wersji Karloffa) nam podpowiada; bardziej ruchliwy, szybki i drapieżny, ale też - bardziej kruchy, niepewny, momentami bezbronny. Victor przy nim wydaje się tym bardziej normalny, zwyczajny i ludzki w swoim starannym, filmowym niemal kostiumie (Jonny Lee Miller wyglądał nieco jak Byron, dziwne doprawdy, zważywszy na obsadę/scenarzystę) - ale to przecież tylko pozory.

Fantastyczne było, mimo niedoskonałości. Znowu się będę bała pójść w Polsce do teatru. 

wtorek, 20 marca 2012

Ysabeau Wilce, Flora Segunda of Crackpot Hall, Harcourt, New York, 2007
Ysabeau Wilce, Flora's Dare: How A Girl of Spirit Gambles All To Expand Her Vocabulary, Confronts a Bouncing Boy Terror, And Tries To Save Califa From Shaky Doom (Despite Being Confined To Her Room), Harcourt Books 2008 


 

W ramach powtórki przed wyzwaniem - dzisiaj o tym, jak można (inteligentnie, pomysłowo i nienachalnie) wpisać tematykę , powiedzmy, społeczno-genderową w powieść fantastyczną dla młodszych nastolatków.

 

Wyobraźmy sobie dwie książki o małych dziewczynkach.

Pierwsza - to pełna humoru i fantazyjnych pomysłów historyjka gdzieś na skrzyżowaniu Astrid Lindgren z JK Rowling; opowieść o magicznych kłopotach upartej dziewuszki i jej dandysowatego kumpla, o dwóch odźwiernych, z których jeden jest niebieski, o domu z 11 000 pokoi i czerwonym psie. Bohaterka, kumpel i pies eksperymentują z czarami, uciekają przed pożarciem przez dżinopodobnego strażnika nawiedzonego domu i tuż pod nosem straży usiłują wykraść z więzienia Zwinnego Pirata, Zgubę Pacyfiki. Na dodatek moment jest co najmniej symboliczny - bohaterka za parę dni ukończy 14 lat i stanie się według prawa dorosła.

Druga z tych książek to realistyczna powieść o trudnym dorastaniu. Jej główna bohaterka ma na głowie szkołę i nieuniknione w świetle rodzinnej tradycji studia w akademii wojskowej. Matka, wysoki urzędnik w administracji państwowej, jest zbyt zajęta próbami utrzymania kruchej niezależności swojego kraju od potężnego sąsiada, żeby mieć czas dla córki; starsza siostra wyjechała na studia. W efekcie na głowie bohaterki pozostaje nie tylko sypiący się ze starości dom, ale przede wszystkim - opieka nad chorym psychicznie i nadużywającym alkoholu ojcem. Tato miał kiedyś romans z kobietą, która zginęła tragicznie - jej śmierć złamała mu życie w stopniu jeszcze większym niż to, co zrobiono mu, kiedy przez trzy lata był jeńcem wojennym. Wspólnie, przez własną głupotę i brak wyobraźni, rodzice Flory Segundy doprowadzili do śmierci swojej pierwszej córki, też imieniem Flora; bohaterka czuje, że jest tylko zastępstwem za tamtą, idealną dziewczynkę. W domu jest bałagan, tynk odpada ze ścian, a toaleta przecieka. Na dodatek moment jest co najmniej symboliczny - bohaterka za parę dni ukończy 14 lat i stanie się według prawa dorosła.

I tak, to jest jedna i ta sama książka.

Źródło: strangehorizons.comTo był olśniewający debiut, zwłaszcza jak chodzi o pomysłowość i wyobraźnię autorki. Wilce potrafi mistrzowsko połączyć znane od dawna motywy literatury dziecięcej i fantastycznej - nawiedzone domy o wariackich nazwach (Crackpot Hall, w którym pokoje, korytarze, a nawet nieustająco zapchana toaleta noszą wyszukane imiona), magicznych służących, awanturnicze historie o piratach i strażnikach pogranicza - i łączy je w nową i niepowtarzalną całość. Miasto Califa wydaje się czytelnikowi z jednej strony znajome, z drugiej - nowe: bohaterowie nie są tym, kim się wydają, znane ścieżki i tropy prowadzą w nieznane miejsca i nigdy nie wiemy, jakie dziwactwo - olśniewająco piękny trup na katafalku, winda zjeżdżająca głęboko w dół, bo dzięki temu wywiezie nas w górę czy zabagniony i z lekka cuchnący stawek, w którym zamiast wody kipi czysta magia - czeka za rogiem.

Ale Wilce nie zatrzymuje się w tym miejscu. Flora Segunda to bowiem nie tylko błyskotliwa i oryginalna sztuka dla sztuki, czy raczej - zabawa dla zabawy. Wilce nie boi się ani nieszablonowych postaci, ani trudnych problemów. Flora nie jest ani śliczna, ani wdzięczna: jest pulchniutka i skłonna do popadania w ponuractwo; owszem, marzy, by zostać Strażniczką, ale na co dzień musi pamiętać o wyrzucaniu gnoju ze stajni, myciu naczyń, szorowaniu kafelek w kuchni i karmieniu psów, by nie wspomnieć o pilnowaniu taty. Jest bystra, ale nie ma dość siły woli, by się przeciwstawić matce, kocha rodzinę, ale kompletnie nie ma do niej cierpliwości. Niewiele wie o ślicznych strojach i nie potrafi się fachowo malować - od tego specjalistą jest Udo, jej najlepszy kumpel, zwolennik ekstrawaganckich kapeluszy i równie ekstrawaganckiego makijażu. To zresztą nie czyni go ani niezdarnym, ani zniewieściałym: kiedy Flora, wpół drogi między Światem Jawy i Gdzie Indziej, widzi ludzi, jakimi są, postrzega swojego ojca jako bezradne, bezwolne dziecko, ale czternastoletni Udo jawi się jej jako zdecydowany, uparty, pełen woli mężczyzna. Valefor o demonicznym (dzieli je z jednym z diabłów) imieniu, marudny Odźwierny w Crackpot Hall, który podstępem próbuje wyssać z Flory wszelkie siły życiowe, nie jest tylko złym potworem z szafy - naprawdę cierpi i jest w żałosnym stanie, od kiedy matka Flory odcięła go od domu, którego część stanowi! Pan i pani Fyrdraaca z kolei stanowią klasyczne przykłady dobrych toksycznych rodziców. Juliet "Buck" Fyrdraaca jest apodyktyczna, by nie powiedzieć tyrańska; jej metoda wychowania córki polega na zwalaniu na nią góry obowiązków i ogromnej, za dużej dla czternastolatki odpowiedzialności. Flora kocha matkę, tęskni, kiedy jej nie ma i rozumie, na czym polega jej problem - Buck de facto samodzielnie rządzi całym państwem w imieniu zezgredziałego Warlorda, któremu starcza energii jeszcze tylko na karty ze starymi kompanami i podszczypywanie po pupach młodych kobiet. Flora nie ma też wątpliwości, że matka kocha i szanuje ją - to, że traktuje ją jak skrzyżowanie służącej z rekrutem, jest, paradoksalnie, jeszcze jednym tej miłości dowodem: córka jest jedyną osobą, której Buck ufa na tyle, by podzielić się z nią obowiązkami. Nie zmienia to faktu, że pani generał nie ma bladego pojęcia o tym, jaka naprawdę jest i czego naprawdę chce jej córka.
Ojciec Flory był kiedyś najbardziej narwanym, bohaterskim i rycerskim z oficerów; teraz jest pijakiem i wariatem, wiecznym powodem do zakłopotania dla żony i strachu córki - Flora truchleje na samą myśl, że pod nieobecność mamy Tatko mógłby wypełznąć ze swej samotni u szczytu schodów i zacząć zawracać jej głowę bełkotliwymi monologami pijaka. Flora może i go kocha, ale na pewno niezbyt lubi; dopiero w trakcie swoich przygód, kiedy nieszczęsna chęć ratowania Valefora ściąga na nią wszelkie wyobrażalne kłopoty, dziewczyna przekonuje się, że ojciec, choć tak naprawdę słaby i bez charakteru, naprawdę ją kocha i na swój obłąkany sposób stara się jej pomóc.
I jest jeszcze mroczny i tajemniczy Lord Axacaya, syn bogini i władca półorlich strażników, wróg matki Flory, wróg Flory i Uda, potężny czarodziej; czarny charakter tej opowieści - jak się wydaje przez sporą część akcji. To właśnie od niego Flora odbiera najważniejszą lekcję swojego dotychczasowego życia: że sama jest sobie winna. Flora widzi to, co zrobiła - oszustwa, wyłudzenie podpisu Warlorda, próbę porwania skazanego na śmierć Pirata - w kategoriach romansowej przygody; postrzega je jak dziecko albo jak bohaterka jednej z powieści opisanych w Tough Guide to Fantasyland Diany Wynne Jones. Axacaya zmusza ją, by ujrzała je w kategoriach dorosłych - jako kradzież, porwanie, przestępstwo; przede wszystkim jednak uświadamia jej, że Valefor nie mógł jej ukraść Woli - sama mu na to pozwoliła, nie mając dość siły, dość charakteru, by się przeciwstawić dominacji innych. To dzięki niemu Flora dorośnie, symbolicznie, kiedy oprze się woli matki i powie, że nie zamierza zostawać wojskową. Nie wiemy - ona sama nie wie - czy się jej uda przekonać Buck, ale pierwszy, najważniejszy krok został zrobiony.

Flora's Dare kontynuuje przygody bohaterki. OK. zaszły pewne zmiany:  Hotspur, ojciec Flory, nie jest już obłąkany - między innymi dzięki odwadze i poświęceniu swojej córki. Co nie znaczy bynajmniej, że teraz łatwiej z nim wytrzymać. 
Flora Segunda kończyła się ceremonią Catorceny tytułowej bohaterki: od tej pory, od dnia swoich czternastych urodzin, Flora jest już dorosła. Przynajmniej oficjalnie. Ona sama nie zauważa zmian w swoim życiu, ale zauważa je czytelnik - o ile Flora Segunda była powieścią o dziewczynce, Flora's Dare jest bardzo zdecydowanie o nastolatce. Zamiast - a raczej obok - dziecięcego świata pojawiają się motywy znane zupełnie skądinąd: obok podobnych do dżinnów odźwiernych mamy kluby, gwiazdy rocka (a raczej ich tutejszy odpowiednik) i znudzone gotki z dobrych (aż za dobrych) domów. Zamiast fantasy mamy klasyczny chwyt science fiction, podróż w czasie. Do tego, dodajmy, całkiem sporo miłości i seksu. A przy tym, to nadal jest książka zarówno dla rówieśników bohaterki, jak i dla rówieśników autorki. 
Flora dorasta i zaczyna dostrzegać rzeczy, których wcześniej nie widziała - a raczej, dopuszcza je do świadomości na tyle, żebyśmy my, czytelnicy, je dostrzegli. Ona sama nie wie, dlaczego tak strasznie wkurza ją zmanierowana i śliczna Zu-Zu (o której konsekwentnie mówi w pierwszoosobowej narracji the Zu-Zu) i czemu nie może znieść zainteresowania, jakie wobec Zu-Zu okazuje jej najlepszy przyjaciel Udo. Nie potrafi też nazwać uczuć, jakie budzi w niej uwaga, jaką jej z kolei okazuje tajemniczy i egzotyczny lord Axacaya, czarnoksiężnik i śmiertelny wróg jej rodziny. Wilce przy tym nie boi się trudnych tematów, zarówno trudnych społecznie (cała kwestia dziejów rodziny Flory, jej pochodzenia i uczuć, jakie żywią wobec siebie jej rodzice), jak i obyczajowo (kwestia pociągu, jaki niewątpliwie Axacaya czuje wobec swojej nastoletniej "uczennicy", i jej reakcji na jego uczucia; o Udo, Zu-Zu i nethergloves może nie wspomnę ;)), a także - politycznie (historia przystąpienia Idden, idealnej starszej siostry Flory, do terrorystycznej antyrządowej organizacji, dzieje Krwawej Brakespeare). Aha, żeby było jasne - to powyżej, ten pociąg, terroryzm i inne takie, to tłumaczenie moje z "Florowego" na nasze. Sama Flora, choć bystra i niegłupia,  nigdy nie dostrzega wszystkich implikacji tego, co się dzieje - tak jak, zapewne, nie postrzegałaby ich i nie potrafiła nazwać większość jej rówieśników w naszym świecie. Niezwykłą i fascynująco inną od tradycji rzeczywistość fantasy uzupełnia u Wilce wyjątkowo realistyczna psychologia nastolatków.
Bohaterowie Wilce są dwuznaczni, prawdziwi i przekonujący, a że na dodatek oglądamy ich oczyma nie do końca wiarygodnej i nie do końca rozumiejącej wszystkie implikacje wydarzeń narratorki, tym bardziej nie wszystko, co o nich wiemy, jest pewne. Jedno jest pewne - nie są idealni. Udo jest odważny i zdecydowany, ale też marudny, obrażalski i porywczy. Rodzice Flory tworzą, mówiąc najoględniej, mocno dysfunkcyjną rodzinę, ale niewątpliwie kochają swoje dzieci i szanują się nawzajem. Krwawa Brakespeare - czy była tyranem, potworem, zagubioną dziewczynką, tyranizowaną żoną, lojalną kochanką, patriotką chwytającą się desperackich, nieludzkich sposobów? Idden - jak ocenić jej słuszną moralnie, odważną politycznie, szczeniacką, nieprzemyślaną i kompletnie egoistyczną decyzję o dezercji? A Axacaya, z jego wiecznymi zmianami strony, z jego lojalnością nie wiadomo wobec kogo, z jego ciągłą pomocą dla Flory i Calify i chęcią złożenia tej pierwszej w ofierze dla ocalenia tej drugiej i niezdrowym pożądaniem, jakie wobec Flory czuje, kim jest - potworem, romantycznym antybohaterem, odrażającą kreaturą, ofiarą? Nie, bohaterowie Wilce nie są ani jednowymiarowi, ani idealni. Jestem Ysabeau Wilce tak samo wdzięczna za postać Flory, jak byłam swego czasu wdzięczna JK Rowling za Hermionę Granger. Hermiona była kujonem i grzeczną dziewczynką z za dużymi zębami - ale jej zamiłowanie do nauki, jej moralny kompas i jej poczucie, że trzeba przestrzegać zasad było - nietypowo! - niezbędne dla osiągnięcia celów. Flora nie jest śliczna, nie jest nawet bardzo ładna: jest nieco zbyt okrągła, nie obchodzi jej moda, nie umie się ubrać, a jedynym posiadanym kostiumie kąpielowym wygląda raczej żałośnie; bywa przy tym po nastolatkowemu marudna i zarozumiała - a mimo to, dzięki determinacji, uporowi i sile charakteru, osiąga to, czego chciała. Na dodatek Wilce unika tu typowego w powieści dla nastolatków schematu, mówiącego, że młodzi zawsze mają rację, a rodzice/dorośli  nigdy nie widzą albo nie rozumieją niebezpieczeństwa (co się JK Rowling również, niestety, zdarzało). Tutaj rację mają po trochu obie strony i, podobnie jak w pierwszej powieści z tego cyklu, Flora przekonuje się, że może się od nich czegoś nauczyć (w I części to Axacaya uświadamiał jej konsekwencje jej postępowania, tutaj robi to ojciec).

Szalenie mi się w tym cyklu podoba fakt, że Wilce z kompletną dezynwolturą traktuje konwencje młodzieżowej powieści przygodowej, a zarazem - robi to lekko, nienachalnie, bez mrugania do czytelnika. Wilce nawet nie próbuje głosić, że kontestuje konwencję - ona ją po prostu stawia na głowie; po swojemu, bez dydaktyzmu, bez pouczania. Nie wyjaśnia, że w Califie kobieta może być głównodowodzącym armii, nie pokazuje, że jest to niepowtarzalne, dziwne, nietypowe, inne - bo nie jest. Nie jest też niczym nietypowym, że  Flora i Idden pójdą do wojska, że Udo, stuprocentowo przy tym heteroseksualny i konwencjonalnie męski (patrz wspomniana przeze mnie scena wizji, w której Flora widzi swojego ojca jako przerażone dziecko, a kumpla - jako dorosłego, energicznego i świadomego własnej siły i wartości mężczyznę), ma fioła na punkcie mody, makijażu i ciuchów, że oficjalnym formalnym strojem dla obu płci jest coś pośredniego między togą a kiltem. I najfajniejsze jest w tym wszystkim to, że Wilce po prostu rzuca czytelnikowi te wszystkie detale, nie wyjaśniając, nie tłumacząc, nie podkreślając "patrzcie, jaka postępowa jestem"! Nic z tych rzeczy: w Califie po prostu tak jest.  



środa, 14 marca 2012

Kroi się nam powoli nowe wyzwanie blogowe - i niejako w przygotowaniu do niego chciałabym wrócić do paru swoich starych notek.

Zródło: sfsite.comTo nie będą moje typowe remanenty, czyli linki do starszych wpisów, które nagle zrobiły się aktualne: zamierzam raczej wziąć kilka z opublikowanych parę lat temu recenzji i je przerobić/poskracać tak, żeby wydobyć z nich rzeczy dla nowego wyzwania i dominującej w nim genderowej tematyki istotne. Zdecydowałam mianowicie, że odgrzebię notki o tych książkach, które znalazły się na naszej wstępnej (szerokiej) liście lektur, ale wypadły z niej z racji faktu, że są ciężko osiągalne: nigdy nie doczekały się polskiego przekładu. Zacznę od nowej, skróconej i poprawionej wersji notki o Carnival  Elizabeth Bear.


 ssssssssssssssssssssssssssssspoilers!

 

Elizabeth Bear, Carnival, Bantam Spectra Books 2006

 

Zaczyna się tak: Dwóch ludzi, dwóch już zdecydowanie niezbyt młodych mężczyzn na statku kosmicznym, zbliżającym się powoli do celu - obcego państwa na obcej planecie, eks-ziemskiej kolonii. Zawodowo, choć formalnie są plus minus ambasadorami pokoju, mają za zadanie dokonać de facto zamachu stanu w miejscu, w które przybywają, i w ten sposób wesprzeć imperialne ambicje ziemskiego rządu. Życiowo, jeden z nich jest w swoim społeczeństwie persona non grata i tylko fakt plus minus arystokratycznego pochodzenia sprawia, że jeszcze żyje; na drugiego, choć złożył samokrytykę i wycierpiał swoje, też patrzy się podejrzliwie; obaj jednak są jedynymi profesjonalistami, którzy mogą jednocześnie poradzić sobie z trudnym szpiegowskim zadaniem, jakie dostali i spełnić wyśrubowane wymagania psychologiczno-osobowościowe, jakie stawiają nieufni gospodarze (gospodynie, w sumie). Jeszcze bardziej życiowo, obydwaj znają się od lat, bardzo, bardzo blisko: są eks-kochankami w świecie, który w sprawie związków homoseksualnych wrócił do brytyjskich praw sprzed roku 1861, a ich romans, a raczej jego poprzedni etap, najoględniej mówiąc, nie skończył się dobrze.

Co się stało: Jakiś czas wcześniej, katastrofa ekologiczna na Ziemi doprowadziła do wyginięcia 90% ludzkości, w tym wszystkich na półkuli północnej. Na Ziemi powstał fundamentalistyczny rząd, którego naturalnym elektoratem byli katolicy z Ameryki Pd. i azjatyccy muzułmanie; co więcej, tak naprawdę kontrolę nad Ziemią sprawują tajemniczy the Governers (i ja bym ich chyba przetłumaczyła Wychowawcy, wbrew pozorom), maszyny zaprogramowane do strzeżenia, per fas et nefas, by ludzie przestrzegali narzuconego stylu życia (a nadmiarowych ludzi się np. zabija). Śmiercią karane są, jak w kodeksie Drakona, liczne mniej lub bardziej poważne wykroczenia, od nadużywania dramatycznie wręcz brakującej energii po romanse z osobami tej samej płci. Co więcej, imperialistyczny rząd Ziemi zamierza podbić swoje byłe kolonie, najlepiej metodą divide & impera; ergo, na zarządzaną przez wyłącznie kobiecą społeczność Nową Amazonię nasi dwaj kochankowie zostają wysłani jako ambasadorzy/ szpiedzy/ prowokatorzy; tyle że każdy z nich ma własne plany... ergo do fantastyki naukowej dochodzi spora dawka thrillera politycznego i political fiction.

Carnival jest - co zauważyło kilku recenzentów - w swoich ogólnych zarysach bardzo klasyczną powieścią SF, z jej tradycyjnymi motywami: Ziemia, rządzona przez tyranów i tyrańsko uciskająca swoje kolonie, quasi-utopijne (na pozór) społeczeństwo kolonii z ich dziedzictwem Obcej cywilizacji i ziemska misja, mająca być początkiem inwazji - i, jak się łatwo domyślić, bohaterowie oczywiście okażą się w końcu zbyt szlachetni, by zrealizować plany swojego podłego rządu. Że zacytuję innego recenzenta: what happens when a trio of borderline personalities decide to save the universe.
Tyle że, jak zwykle u niej, Bear stawia te tradycyjne i konwencjonalne tropy na głowie, miesza je i przekształca, i w efekcie daje czytelnikowi tekst, który z jednej strony jest świetną realizacją pewnej literackiej konwencji, z drugiej, ze względu na swoją subwersywność, oryginalnym i głębokim na temat tej konwencji komentarzem. Z polskiego na nasze: Bear pisze klasyczną SF, jednocześnie z pełnąświadomością reguł gatunkowych podważąjąc, przekształcając i reinterpretując większość typowych dla klasycznej SF schematów.

Po pierwsze, Carnival to nie tylko historia o wojnie i Kontakcie, także opowieść o miłości i zdradzie. Jako dyplomatów w misję na Nową Amazonię posłano dwójkę dysydentów, których normalnie czekałoby więzienie albo i kara śmierci, ale są zbyt dobrzy w tym, co robią, by rząd mógł pozwolić sobie na ich stratę. Bohaterowie byli kiedyś parą, dopóki ich związku nie zniszczyła zdrada i polityka... co nie znaczy, że razem ze związkiem minęła miłość. Po siedemnastu latach od chwili, kiedy widzieli się po raz ostatni, czterdzieści lat po tym, jak się w sobie zakochali, w tej misji spotykają się ponownie.
Obydwaj bohaterowie tej historii miłosnej są mężczyznami. Nie żeby w fantastyce ostatnich kilkudziesięciu lat było to czymś szczególnie rewolucyjnym (Kushner, Sherman, Monette, Lackey, Rice, Barker, Delany, Brite, Gabaldon, Laurell Hamilton, J. Carey, Flewelling, M. Scott, Gaiman, Kay, długo by wymieniać; motyw jest - zwłaszcza w fantasy - na tyle popularny, że doczekał się hasła w rejestrującym wszelkie klisze i banały gatunku Tough Guide to Fantasyland Diany Wynn Jones), ale zawsze jest to przykład odejścia od konwencji kosmicznego westernu, i to na dwóch płaszczyznach (przez wprowadzenie motywu romansowego jako jednego z głównych, i wybór homoseksualnych protagonistów). Oba te zabiegi są dokładnie przeciwne konwencji fantastyki Złotego Wieku - podczas gdy, o czym była już mowa, poza tym pod wieloma względami powieść Bear świetnie by się w takiej konwencji mogła zmieścić.

Ponoć (zdaniem R. Ziemkiewicza np.) SF i psychologia wykluczają się nawzajem. No właśnie niekoniecznie. Elizabeth Bear ma duży talent do psychologicznych subtelności i jej portret kochanków, rozdzielonych przez politykę i czas, a zarazem ciągle czujących do siebie tę dziwaczną mieszankę miłości, pożądania, rozczarowania, tęsknoty i odpowiedzialności za siebie nawzajem, jest rzeczywiście intrygujący, zwłaszcza, że autorka dość konsekwentnie przeskakuje z jednego punktu widzenia na drugi, od opinii Michelangela do Vincenta, dając czytelnikowi wgląd w uczucia jednego i drugiego; co więcej, ich emocje i wzajemne uczucia, a także psychika ich przewodniczki, Lesy Pretorii, stanowią klucz do fabuły powieści. Bear mistrzowsko buduje między dwoma głównymi bohaterami napięcie - tak psychologiczne, płynące z dzielonej przez nich historii miłości i zdrady, jak i czysto erotyczne. Przygląda się swoim postaciom z bliska, rejestrując ich drobne gesty, wymiany uwag, przypadkowe dotknięcia... rysując portret dwójki ludzi, którzy kochają się i pożądają, choć już wiele lat wcześniej weszła między nich polityka, prawo, zasady i dobro większości; no i z pełnym wyczuciem (i lekceważeniem) konwencji ten wątek romansowy rozwiązuje. Psychologicznie prawdziwe są też postacie z Nowej Amazonii, przede wszystkim matka-polityk Lesa, uparta, zdecydowana i zbuntowana, enfant terrible własnego świata, ale też jej niewolnik-kochanek Robert czy dzieci tej pary, Katya i Julian.

Wszystkich czytelników, którzy w tym momencie postanowili, że nie mają ochoty czytać kolejnej agitki, w której społeczność złych białych chrześcijańskich konserwatystów, którzy zatruwają środowisko i nie pozwalają na homoseksualne małżeństwa, przeciwstawiona jest wielokulturowej, proekologicznej, newage'owej i kochającej sztukę oraz szanującej dziedzictwo wymarłej Obcej cywilizacji kulturze tolerancyjnych lesbijek, pragnę niniejszym uspokoić: ta książka nie jest agitką. Bardzo zdecydowanie nie jest. Tyrański rząd ludzkości jest rządem ekologów, zarządzana przez same kobiety i spychająca mężczyzn do roli podludzi Nowa Amazonia bynajmniej nie jest rajem, panie polityczki są jedna w drugą potworami pierwszej klasy (taka np. Maiju, regularna nazistka, która chętnie zamknęłaby męską populację NA w gułagach albo wymordowała i zastąpiła ich udział w rozmnażaniu sztucznym zapłodnieniem!). Ziemian podzielono na tych, co przeżyją, i tych, którzy zginą, wedle kryterium rasowego: wymordowane 90% ludzkości zawierało niemal 100%  rasy kaukaskiej (Europa i Ameryka Pn. były odpowiedzialne za ekologiczną katastrofę, która poprzedziła powstanie Wychowawców), więc rasistowska i bezlitosna Ziemia to Ziemia Azjatów, Afrykańczyków, mieszkańców Ameryki Pd., Aborygenów. Co więcej, na Ziemi, podczas Oceny, tylko ci utalentowani, ci kreatywni, zostali oszczędzeni: art was survival, wedle słów Kusanagiego-Jonesa. Jeszcze jeden trop postawiony na głowie: Ziemia mniejszości, Ziemia geniuszy i artystów, Ziemia ekologów bynajmniej nie stała się rajem... Nowa Amazonia nie jest ratunkiem dla Ziemi ani wzorem do naśladowania. Ekologia nie jest rozwiązaniem. Obcy nie są etyczni i przemądrzy. To przeciwny ziemskiego systemowi Vincent jako jedyny z bohaterów jest chrześcijaninem (gnostykiem, ale chrześcijaninem). Michelangelo Kusanagi-Jones i Vincent Katherinessen nie są aniołami, ani wzorcami osobowymi, ani nawet nieszczęśliwymi ofiarami a la Jack w Vellum Hala Duncana.

Elizabeth Bear nie idzie też w drugą stronę - to nie jest bynajmniej wizja z gatunku "Wstrętni lewacy, ekolodzy i feministki niszczą świat i zabijają chrześcijan", o nie. Oba społeczeństwa są poddane krytyce, ale też nie krytyce absolutnej: widzimy powody, dla których społeczności Nowej Amazonii i Ziemi rozwinęły się tak, a nie inaczej, i zaczynamy rozumieć, jak to się stało, że szczytne idee ekologicznego trybu życia z jednej, a  równouprawnienia kobiet z drugiej strony wyrodziły w się w dwie przeciwstawne, identyczne dyktatury. Kobietom naprawdę było na Ziemi źle; a ludzkości naprawdę groziło wyginięcie, i naprawdę trzeba było coś z robić. No tyle żed włączyła się natura ludzka z jej skłonnością do ekstremizmów: jesteśmy ludźmi, ludzie tak mają - a może inaczej, zważywszy na obecność Obcych: jesteśmy istotami społecznymi, zawsze nam to grozi.  

Nowa Amazonia nie jest feministyczną utopią: w ogóle przecież nie jest feministyczna, w tym sensie, że feminizm oznacza równość obu płci. Rząd Nowej Amazonii jest pod wieloma względami równie restrykcyjny i bigoteryjny jak rząd ziemski - i tę antyutopijność Nowej Amazonii widać najwyraźniej w historii Juliana, piekielnie utalentowanego syna Lesy, jednej z głównych nowoamazońskich bohaterek powieści. Jego los jest dokładnie identyczny jak los, który oczekiwałby naukowo utalentowaną dziewczynę w Średniowieczu: co z tego, że ma zdolności, skoro jest nie tej płci, co trzeba. Widać ją także w podziale mężczyzn na gentle males (homoseksualistów), którzy mogą pełnić ograniczone role w społeczeństwie (ogrodnicy, szoferzy itd.) i studs, którym z założenia się nie ufa i którzy traktowani są przez prawo jak niebezpieczne zwierzęta domowe. Z drugiej strony, Ziemianie (w sensie politycznym, nie geograficznym; Vincent nie urodził się na Ziemi) nie są lepsi: obaj główni bohaterowie mają problem z zaakceptowaniem sytuacji, w której dopuszcza się do poważnych decyzji kobiety i obaj są przekonani, że jest to jakiś rodzaj aberracji, że coś jest tu nie w porządku. Obaj przy tym brzydzą się Nowej Amazonii, brzydzą jedzenia mięsa i posiadania zwierząt domowych, brzydzą zapachów, smaków i wszystkiego, co ich otacza; dla nich, wychowanych w skrajnie ekologicznym reżimie, to wszystko są dowody dzikiego barbarzyństwa. Tyle że zarówno Michelangelo, jak Vincent, jak Lesa Pretoria mają dość determinacji, wewnętrznej uczciwości i rozsądku - i mają też dość otwarte umysły - by móc, powoli, otworzyć się na argumenty, system wartości i podejście tej drugiej strony. Być może to, że i oni, i ona wiedzą, że z ich własnymi społecznościami jest coś bardzo nie w porządku i że wszyscy troje zaznali tego na własnej skórze, pomaga w tym otwarciu? Być może pomaga też fakt, że seksualność każdego z nich odbiega od przyjętej w ich poszczególnych kulturach normy? (Lesa jest bardzo zdecydowanie heteroseksualna i nie boi się mężczyzn, nie czuje też wobec nich wyższości ani nie traktuje ich z pobłażaniem; Roberta, ojca Juliana, kocha od lat i ufa mu bardziej niż jakiejkolwiek kobiecie).

Powieść Bear jest przede wszystkim studium błędnego koła: represji i nietolerancji, które rodzą, w odpowiedzi, kolejne represje i nietolerancję; w pewnym sensie można powiedzieć, że z bohaterami tej powieści jest jak z niewolnikami, którzy wyzwalają się, tworzą własne państwo i natychmiast kupują sobie niewolników. Między władzami Ziemi a opiniami, powiedzmy, Maiju Montevideo, nie ma żadnej różnicy, poza tym, kto właściwie ma być prześladowany, zamknięty w gułagach, odcięty od decydowania o własnym świecie, pozbawiony praw. Równie niemoralna jest społeczność Obcych i ich genetyczne manipulacje własnym gatunkiem. Mechanizm jest ten sam: wszystkie te społeczeństwa są antyutopijne i okrutne, a wyjść poza ten schemat mogą, w obu przypadkach, tylko jednostki, ci, którzy są na pograniczu, którzy sami są o krok od znalezienia się wśród tych zamykanych, prześladowanych, odciętych. Obie pary - zarówno Lesa i Robert, jak Vincent i Angelo - żyją we własnych, prywatnych światach, ukrywanych przed rodakami: nikt nie wie, że Lesa pozwoliła Robertowi się kształcić, nikt nie zna prywatnego języka Kusanagi-Jonesa i Katherinessena. Kii, przedstawiciel/twór lokalnej Obcej rasy, został zbudowany, by być badaczem i kontrapunktem dla Jedności ich umysłów. Ta izolacja, paradoksalnie,  pomaga każdemu z nich wyjść poza swoją kulturę i spróbować zrozumieć tę inną. Każdy system polityczny, dążący do kontrolowania swojej populacji, musi się zdegenerować; siła tkwi w indywidualnościach, nie w systemie; jednostki zawsze mogą się porozumieć, wbrew wszelkim różnicom, jeżeli przeciwstawią ideologii własny rozum, własne szczere emocje i własną wewnętrzną uczciwość - to chyba najbliższa "przesłania" myśl, jaką w powieści Bear da się wyczytać.

Zastanawiam się, w jakim stopniu Nowa Amazonia jest aluzją do Whileway, zamieszkanej przez same kobiety planety z pamiętnego, kontrowersyjnego i nagradzanego opowiadania Joanny Russ When It Changed, gdzie sytuacja wyjściowa jest niemal identyczna: do kolonii-świata kobiet przybywa delegacja mężczyzn ze starej Ziemi, a ich przybycie musi zmienić porządek rzeczywistości. Mam z tekstem Russ problem, bo za każdym razem, jak go czytam, odbieram go inaczej, i dzisiaj widzę w nim znacznie więcej dwuznaczności, niż w 2008, kiedy porównałam go, w swojej oryginalnej recenzji, z tekstem Bear - ale może ten problem warto zostawić na dyskusję w szerszym gronie...

 

wtorek, 27 grudnia 2011

Jakoś między wczoraj a dziś mija czwarta rocznica zainaugurowania przeze mnie tego bloga.

b

Tak sobie wspominkowo i autotematycznie tylko powiem, że pierwszą komentatorką była Drakaina (nic dziwnego, znamy się i przyjaźnimy w RL); że pierwsza recenzja była z Trylogii Czarnych Kamieni Anne Bishop, ładnych parę lat przed jej polskim wydaniem; pierwszy wpis muzyczny był, jakże nieprzewidywalnie, o Radiohead, a pierwszy filmowy, wierzcie lub nie, o adaptacji Zmierzchu. Najbardziej energiczna dyskusja wywiązała się pod mało entuzjastycznym wpisem o Firefly (a dwie kolejne pod notkami o niby-campie u Meyer i o polskiej fantastyce). Najwięcej wpisów jest o Doktorze (choć to dopiero niecałe półtora roku znajomości...), o Sherlocku Holmesie, o Stargate i o wampirach. Pierwszym i jedynym wpisem, który trafił na stronę główną gazeta.pl, był ten o Star Treku Abramsa. A tak w ogóle - oto lista moich ulubionych moich wpisów. A co mi tam, się zareklamuję:


5. Recenzja, z której jestem najbardziej zadowolona: ta z Tigany Guya Gavriela Kaya. Bo niewiele bym w niej dziś zmieniła. 

4. Tekst, który najbardziej nie pasuje do tematyki bloga: recenzja z Hamleta z Davidem Tennantem i Patrickiem Stewartem.

3. Esej, których chciałabym w przyszłości pisać trochę więcej, czyli moja rozprawa z koncepcją romantycznej przyjaźni

2. Ten moment, kiedy zobaczyłam na własne oczy, jak działają konwencje gatunku, czyli relacja z oglądania Star Warsów na seminarium magisterskim w naszym instytucie.

1. Zabawa nieistniejącym filmem, czyli jedyny wpis, za który kiedykolwiek dostałam nagrodę :)

Bonusowo: recenzja z najgorszej książki, jaką w życiu czytałam.

 

Zamierzam pisać dalej i dociągnąć, jak dobrze pójdzie, co najmniej do pięciu lat. A następny wpis, obiecuję, będzie nieco mniej z gatunku "samochwała", a bardziej z gatunku "o czymś" :)

czwartek, 24 listopada 2011

Ha! Dawno, dawno temu, mniej więcej w zeszłym roku, napisałam sobie wpis (z którym BTW nie do końca wiem, czy się  w pełni dzisiaj zgadzam - to znaczy, nie jestem pewna, czy udało mi się wtedy powiedzieć dokładnie to, co myślę :P). Wpis był o Belli Swan, o Zmierzchu generalnie i o tym, dlaczego feministyczna krytyka rte.iepowieści Meyer i jej bohaterów nie lubi. A dzisiaj na ten sam temat napisała - moim zdaniem, niespecjalnie skądinąd ciekawie, bo w zasadzie powtarzając tylko argumenty krążące po sieci od lat - Pani Red. Magdalena Żakowska z Gazety Wyborczej. A ponieważ artykuł przytacza prawie te same argumenty, z którymi polemizowałam w lutym 2010, to pozwalam sobie, w ten sposób, zaocznie wtrącić się do dyskusji. Ale pewnie bym tego nie zrobiła, gdyby nie błyskotliwie i jadowicie złośliwy wpis na blogu sendai-a, który mnie rozbawił i generalnie strasznie mi się podobał - bo jest z kolei o (głównie amatorskiej) krytyce pani Meyer z pozycji ultrareligijnych. I tak źle, wychodzi z tego dwugłosu, i tak niedobrze.

 

EDIT: Dla osób o mocnych nerwach - tekst, który zainspirował wpis sendai-a. Nie mówcie, że nie ostrzegałam!

poniedziałek, 17 listopada 2008

No nie wierzę! Ze wszystkich nieopublikowanych jeszcze po polsku książek, jakie recenzowałam w ciągu ostatniego roku, w Polsce ukazała się akurat trylogia o Jaenelle Anne Bishop, chyba najdziwaczniejsza, a na pewno nie najlepsza w całym zestawieniu! Pozwolę sobie wobec tego po pierwsze zauważyć, że idea przełożenia terminu blood przez Krwawi jest KURIOZALNA (bo chodzi plus minus o to, że to są ci "właściwej" albo "czystej" krwi), a po drugie - że ja już to dziełko zrecenzowałam, dawno, dawno temu...

| < Listopad 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      
O autorze
Zakładki:
Autorzy
Blogi
Miejsca: różne
Omnia mea
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...