Detektyw story

sobota, 24 czerwca 2017

Anna Kańtoch, Wiara, Wydawnictwo Czarne 2017

 

Słuchajcie, to będzie w sumie analiza, nie recenzja.

Będą w związku z tym SPORE SPOJLERY

 

 

 

 

No więc było tak: pewien ksiądz jechał rowerem po dróżkach przy nasypie kolejowym w małopolskim turystycznym miasteczku, w którym był proboszczem, i na nasypie znalazł ciało brutalnie zabitej młodej dziewczyny. Zbrodnia od początku wydaje się nie mieć za dużo sensu:

Mamy więc dziewicę, która jednocześnie boi się mordercy i pozwala mu się kompletnie zaskoczyć.  Która umawia się w zupełnie idiotycznym miejscu i idzie na spotkanie odstawiona jak stróż w Boże Ciało (...). A facet co prawda zabójstwa nie planuje, ale przychodzi z nożem, a po wszystkim jest na tyle przytomny, żeby zabrać ofierze torebkę, bo wie, że to spowolni śledztwo.

Powyższe podsumowanie (sam początek śledztwa, zagadka, jak się okaże, rozwiązana w tych słowach) wygłasza przysłany do przeprowadzenia śledztwa w tej sprawie kapitan Milicji Obywatelskiej Andrzej Witczak, który sam przeżył w życiu swoje. Wraz z grupą lokalnych stróżów prawa - przysłaną już wcześniej z okolicznego większego miasta starszą szeregową Hanką Gierasówną, starszym sierżantem Waśkowiakiem i kapralem Janem Synowcem, który mocno przeżywa swoją pierwszą sprawę o zabójstwo (ha ha) - Witczak musi rozwiązać sprawę zabójstwa nieznanej dziewczyny na torach, potem zmierzyć się z kolejnymi nieprzewidywanymi śmierciami, a w końcu odpowiedzieć sobie na pytanie, czy trwająca tu budowa elektrowni atomowej i związane z nią protesty mają cokolwiek wspólnego z tymi zabójstwami. A może klucz tkwi w przeszłości i wiąże się z koszmarną zbrodnią sprzed lat, kiedy to w nieistniejącej już, zalanej przez zbiornik wody sąsiedniej wsi młody chłopak zarąbał siekierą owdowiałą matkę i młodszego brata i ciężko pokaleczył siostrę? No chyba, że coś z tym wszystkim wspólnego ma tajemnicza i elfio nieprzewidywalna niepełnosprawna Ewa i jej milkliwy mąż?

Pisząc jakiś czas temu o Łasce Anny Kańtoch, miałam poczucie, że autorka, znana wcześniej głównie jako fantastka,  lepiej radzi sobie z konwencjami powieści kryminalnej niż wielu tuzów polskiego kryminału. Wiara tylko mnie w tym przekonaniu utwierdziła, potwierdzając jednocześnie czysto pisarskie kompetencje Kańtoch: jej umiejętność tworzenia zróżnicowanych i zniuansowanych, a wiarygodnych postaci, tworzenia nastroju, przekonującego posługiwania się realiami minionej epoki i rekonstrukcji tego, jak mógł wyglądać duszny lipiec 1986 roku na małopolskiej wsi pod Żywcem. Serio, ja to wiem, byłam tam (od 1980 do 1992 mieszkałam stosunkowo niedaleko, paręnaście kilometrów od fikcyjnej Rokitnicy; nad Zalew Żywiecki, który stworzono zatapiając wioski podobne do kluczowej dla narracji Kańtoch Brzozówki. Obie miejscowości, na moje wyczucie lokalsa, są fikcyjną i fikcyjnie, acz prawdopodobnie, nazwaną wersją czegoś w okolicy Zalewu Żywieckiego (tam, gdzie Międzybrodzie, Porąbka, Kozubnik etc.) , gdzie rzeczywiście są wioski, zalane pod koniec lat 50. przy budowie Zalewu, z ludnością przesiedloną do sąsiednich, w ten sposób powiększonych. O jednej z tych zalanych wiosek, Zadzielu, był skądinąd swego czasu (2012?) świetny reportaż w Wyborczej. Kańtoch pożeniła je, oczywiście, z pomorskim Żarnowcem - jak historycznie w Żarnowcu, tak w jej świecie w Rokitnicy trwa właśnie budowa pierwszej polskiej elektrowni atomowej.

Kańtoch ma do tych małopolsko-peerelowskich realiów dobrą rękę - te zarośnięte zielskiem ścieżki koło nasypów kolejowych, te majtki w dni tygodnia, idea gościnnego telefonu, wszechobecne w pracy papierosy, cień Czernobyla i dobrze podchwycona specyficzna gwara małopolskiej wsi (aż mnie to "paczaj się", znane tak dobrze z rozmów krewnych babci, wzruszyło :D), to wszystko przyczynia się do zbudowania wiarygodności jej narracji, tworzonej ponownie, jak w Łasce, bez budowania poczucia nostalgii i tęsknoty za dawnymi czasami, ale i bez ich wykpiwania czy demonizowania.

Z jednej strony, powieść Kańtoch obficie częstuje nas red herringami, mającymi zmylić czytelnika. Dość, przyznajmy, mocno wyrwana z kontekstu reklama-tagline na powyższej okładce to jeden z nich; innym, w sumie chyba nawet ważniejszym, jest sugestia polityczności tego, co się dzieje - od początku dowiadujemy się, że w Rokitnicy (jak w Żarnowcu w realnych czasach PRL) powoli buduje się pierwsza polska elektrownia atomowa i że protestują przeciwko niej studenci i aktywiści ruchu Wolność i Pokój. To się, oczywiście, okaże kompletną zmyłką - może poza tym, że cień niegotowej elektrowni rzeczywiście wisi nad Rokitnicą i rzeczywiście czyni ją złym miejscem. Tyle że i z polityką, i z realnymi atomowymi zagrożeniami nie ma to zło wiele wspólnego, a jeśli nawet - to tylko bardzo odlegle: pełen zabobonnej wiary strach przed elektrownią to tylko jeden element ponurej układanki, w wyniku której w Rokitnicy gorącym latem 1986 zginęły trzy młode kobiety. 

Właśnie, wiara. Wiara jest, paradoksalnie, kolejnym z red herringów sugerowanych przez autorkę - bo tu chodzi o wiarę, jak najbardziej, tylko nie taką, jak by się na pierwszy rzut oka wydawało. Skupienie jednego z dwóch wątków powieści wokół postaci księdza i prowadzonego przez niego śledztwa oraz fakt, że tragiczne wydarzenia w Rokitnicy wiążą się jakoś z tym, co się działo (kolejno śmierć po pijanemu, samobójstwo i nagłe przeniesienie jednego za drugim proboszcza) i dzieje (popularność młodego wikarego wśród dzieci, nocne wizyty odwiedzającej go tajemniczej dziewczyny) na tutejszej plebanii wydaje się sugerować, że chodzi o sprawy związane z instytucjonalnym kościołem i katolicyzmem - i poniekąd chodzi, tylko dość, hmmm, inaczej. 

Kańtoch starannie unika tych najbardziej przewidywalnych schematów, obojętnie w którą stronę, które powieść (i kino) kryminalne ostatnich lat kojarzyły z księżmi i kościołem katolickim. Nie, to nie jest demaskatorska powieść o pedofilii w kościele. Nie, to nie jest też odważna obyczajowo powieść o księdzu, który ukrywa osobiste tajemnice w rodzaju kochanki i dzieci albo homoseksualnych związków. Nie jest to też z drugiej strony powieść o dzielnym księdzu-detektywie, a ksiądz Marczewski, główny bohater, nie przypomina ani dobrotliwego Chestertonowskiego ojca Browna, ani ojca Mateusza i jego pierwowzorów. Jakże nieprzypadkowo, nieco zmęczony życiem i własnym oportunizmem Marczewski rzadko mówi akurat o wierze.

Ale są w Rokitnicy - a raczej najpierw byli w Brzozówce - ci, którzy mają wiarę, głęboką i prawdziwą. I paskudną. Pod tym właśnie względem powieść Kańtoch podejmuje, poniekąd, dyskusję o kościele katolickim, czy raczej szerzej, o każdej tego rodzaju instytucji (bo to, że to jest akurat ksiądz katolicki, to kwestia małopolskich realiów, wyznanie ma tu drugorzędne znaczenie) - kiedy pokazuje, do jakich aberracji doprowadził fakt, że rolę obdarzonego pełnym autorytetem przywódcy duchowego niewielkiej wsi pełnił, w momencie tragedii i kryzysu, człowiek najwyraźniej dotknięty psychicznymi zaburzeniami. Tu z kolei, w wątku popełnionej przed laty zbrodni w domu Kozłów i jej związku z aktualnymi morderstwami, Kańtoch umiejętnie gra tropami nie tylko z powieści kryminalnej, ale i z horroru - mamy dziwaczną rodzinę na odludziu, kazirodcze sekrety, mordercę z siekierą, mroczny cień wyobrażonej atomowej katastrofy, klątwy i ofiary z dzieci... Tyle że wszystko to, dawkowane powoli i oszczędnie, wpisane w drobiazgowo oddane peerelowskie realia i staranne, subtelne psychologiczne portrety postaci, nie sprawia wrażenia taniego horroru gore ani efekciarstwa dla efekciarstwa - Kańtoch starannie przygotowała sobie grunt pod tę historię. Ludzie uwierzyli i wierzą do dziś, mają nadzieję, że ich ta wiara ocali i że osłoni ich współdzielona tajemnica - a ceną za to jest krzywda i przelana krew niewinnych.

Pierwotny tytuł tego wpisu był tak straszliwie spojlerowy, że z niego zrezygnowałam, ale tu jest mi potrzebny. Oryginalnie, mianowicie, ten wpis się nazywał Dziewczynki, które wróciły do Omelas - dla mnie powieść Kańtoch obraca się bowiem wokół krzywdy, zrobionej przez społeczność dwóm małym kozłom ofiarnym, które uciekły przed swoim koszmarem tylko po to, by zrozumieć, że nie ma ucieczki od tego, w co się wierzy, i wrócić do krainy koszmaru po śmierć. Kańtoch napisała powieść o brutalnych morderstwach czterech kobiet (jednej w odległej przeszłości, trzech teraz) i młodego chłopaka (w przeszłości), ale ofiary nie są dla niej tylko rekwizytami. Nieprzypadkowo jej kolejne rozdziały noszą tytuły, zaczynające się od Dziewczyna/Dziewczyny, a odnoszące się zarówno do ofiar, jak i do tych kobiet, które żyją i działają. Postacie zresztą Kańtoch pisze, jak już wspomniałam, bardzo przekonujące, czy będzie to policjant dotknięty wyrzutami sumienia za wypadek, który spowodował, walczący z własnymi problemami osobistymi ksiądz czy młoda i całkiem niezła w swojej robocie, bardzo zwyczajna policjantka z małego miasteczka. Autorka nie musi walczyć z charakterologicznymi schematami z powieści kryminalnych - jej postacie mają bardzo mało z tymi schematami wspólnego, choć pewne cechy (policjant, który zapija traumę, na przykład) z nimi dzielą. 

W swojej recenzji Megu przekonująco podkreśla związki między Wiarą  a poprzednim kryminałem Kańtoch, Łaską, zarówno w konstrukcji fabuły, jak i w charakterystyce postaci. Zgadzam się z konkluzją tej recenzji - nie miałabym nic przeciwko temu, żeby polski kryminał miał od tej pory w Annie Kańtoch nową, ewidentnie lepiej znającą się na królowaniu temu gatunkowi królową.   

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

niedziela, 04 grudnia 2016

Anna Kańtoch, Łaska, Wydawnictwo Czarne, 2016

 

UWAGA - DOŚĆ MORDERCZE SPOJLERY

 

 

Jest tak: od paru miesięcy intensywnie nadrabiam braki w znajomości polskiego kryminału, który do tej pory kojarzył mi się głównie z Joanną Chmielewską, Joe Alexem i Markiem Krajewskim. W efekcie naczytałam się mnóstwa proklamowanych przez różne strony królów i królowych polskiego kryminału (i o tychże królach i królowych - w postaci wywiadów z nimi, artykułów o nich i recenzji ich tekstów także). Doszłam również do pewnego, niespecjalnie dla tych królów i królowych miłego, acz - muszę podkreślić - całkowicie prywatnego zdania.
A mianowicie, że dwie powieści dla mnie najbardziej przekonujące, tak na płaszczyźnie konstrukcji literackiej, jak i budowy samej zagadki kryminalnej, wyszły spod pióra autorów na co dzień pisujących zupełnie inne gatunki prozy. Mówię tu o Jacku Dehnelu (czyli o 1/2 szacownej acz fantazmatycznej krakowskiej matrony Maryli Szymiczkowej) i znanej przecież przede wszystkim z fantastyki Anny Kańtoch. I to o tej ostatniej i jej wydanej w 2016 Łasce chciałabym tu parę słów napisać.

Szczerze mówiąc, sam fakt, że Łaska jest po prostu powieścią kryminalną, stanowi swego rodzaju spojler. Powieść, której dwa wątki dzieją się odpowiednio w połowie lat 80. i lat 50. XX wieku, zaczyna się bowiem jak horror grający z konwencją nieco podobnie, jak serialowe Stranger Things: w malutkim peerelowskim miasteczku wegetuje wchodząca powoli w średni wiek, przeraźliwie smutna i pokopana przez życie samotna nauczycielka. W jej przeszłości czai się ponura tajemnica, taka z gatunku "zaginione dzieci, potwory w lesie, luki w pamięci, miasteczka Twin Peaks". Powieść napisała autorka kojarzącą się powszechnie z fantastyką, której jedna z najnowszych, a dość szeroko komentowanych powieści, Czarne, zaczyna się jak realistyczna(wa) powieść o kobiecie i szaleństwie, a okazuje czym innym. Tak po prawdzie, nie wiedząc, czym gatunkowo jest Łaska, tak gdzieś do 2/3 powieści jednak wypatrywałam leśnych demonów.I dobrze - fakt, że autorka miała dla nas realistyczne rozwiązanie, był pozytywnym zaskoczeniem.

No właśnie: nie było demonów, nie takich z piekła rodem - bo paskudne jednostki ludzkie to i owszem. Leśna historia bohaterki i potwory z jej dzieciństwa miały konkretne, namacalne wytłumaczenie - i to, muszę przyznać, wytłumaczenie bardziej przekonujące niż te proponowane przez Martę Guzowską w Czarnym świetle czy, nie dajcie bogowie, Katarzynę Bondę w kompletnie IMHO chybionej, jak chodzi o motywację postaci, Florystce... Kolejne historie morderstw łączy osoba ich inspiratora/sprawcy, potwory okazują się namacalne, a sposoby zabijania - przygnębiająco ludzkie i paskudne (bo "zmusić kogoś, kto prawie na pewno nie będzie tego pamiętał, by zabił za mnie" to jeden z teoretycznych przepisów na zbrodnię doskonałą...). Generalnie konstrukcja samej intrygi kryminalnej u Kańtoch wydaje się przekonująca i konkretna - a zrobienie główną "śledczą" pozbawionej pamięci o detalach uczestniczki oryginalnych wydarzeń jest o tyle dobrym pomysłem, że pozwala na wgląd w głowę i w emocje głównej bohaterki.

Chwaliłam tu niedawno Katarzynę Puzyńską za sprawne żonglowanie stereotypowymi dla gatunku postaciami. Kańtoch za to chwalić nie będę, bo jej stereotypy niepotrzebne; w Łasce tworzy bowiem bohaterów psychologicznie znacznie bardziej zróżnicowanych, mniej oczywistych, niż byśmy się w klasycznej powieści kryminalnej spodziewali, a i mniej zadłużonych w tradycji gatunku. Wystarczy spojrzeć na główną bohaterkę, Marię, i na to, jak Kańtoch, posługując się narracją z jej punktu widzenia, nienachalnie ale bardzo przekonująco pokazuje nam nieuświadomioną (bo to lata 80. i nikt w miasteczku nie ma cierpliwości do psychologii ani świadomości, czym są problemy takie jak anhedonia czy depresja) wieloletnią depresję bohaterki, która dzień po dniu coraz bardziej blednie i roztapia się w szarzejącym wokół niej coraz bardziej świecie. I, tak po prawdzie, wystarczy porównać Marię z głównym bohaterem powieści Marty Guzowskiej, Mariem Yblem, żeby zobaczyć dość, hmmm, poglądowo, o ile skuteczniej Kańtoch potrafi napisać przekonującą postać osoby z psychologicznymi problemami, starającej się jakoś funkcjonować i czującej, że kontrola powoli wymyka się jej z rąk (BTW rozważam recenzję z pojedynczych tomów Guzowskiej, ale nie wiem jeszcze, czy będę mieć wenę - tam jest strasznie dużo, IMHO, oddzielania ziarna od plew, decydowania znaczy, co warte pochwały, a co nie....).
Ale wystarczy też popatrzeć na pozostałe postacie, w tym - na czarne charaktery powieści (jeżeli w ogóle są takie...) i zobaczyć, jak są nieoczywiste, jak wycieniowane - nawet kiedy, jak w postaci części policjantów, skłaniają się ku pewnym gatunkowym konwencjom.

Do tego Kańtoch ma pomysł na ogranie peerelowskich realiów, której w jej wykonaniu nie są światem ani z Orwella, ani z Barei. Nie ma tu tragedii krzywdzonych opozycjonistów i tłamszonej wolności, ale nie ma też chichów-śmichów ze sztućców na łańcuszkach i kolejek po mięso. Co jest natomiast, to paralela między pustką i biedą zimy roku 1985 w małym miasteczku, a cichą desperacją w pozbawionym choćby odrobiny radości życiu bohaterki. W przywołanym przeze mnie jako skojarzeniu Stranger Things lata 80. są przywołane, by wzbudzić nostalgiczną tęsknotę; Kańtoch nie interesuje nostalgia ani gierki w "jak fajnie było w vintage'owych ejtisach", ona, osadzając akcję w takim czasie i miejscu, wykorzystuje swój świat przedstawiony dla pogłębienia obrazu bohaterki i jej stanu psychicznego. 

Łaska jest napisana m niej osobnym, mniej nieprzewidywalnym językiem niż poprzednia czytana przeze mnie powieść Kańtoch, Czarne; dalej jest to jednak język efektowny i pomysłowy, 'trzymający' czytelnika i ewokujący bardzo wyraziście przywoływane przez autorkę obrazy ponurej zimy w sercu małego smutnego miasteczka i w życiu kobiety, która szuka - żeby móc jakoś żyć dalej - łaski pamięci.

No jeżeli polscy fantaści mają mi pisać takie kryminały, to ja poproszę, żeby zastąpili tych od kryminałów. Byle dobrej fantastyki przy tym nie przestali pisać.

 



czwartek, 03 listopada 2016

 
(źródło: tumblr)

 

Co jakiś czas zbiera mnie na sentymenty - i na robienie list. Miałam kiedyś nawet specjalnego bloga, na którym umieszczałam entuzjastycznie listy moich ulubionych rzeczy (muzykę, książki, odcinki seriali...), ale po jakimś czasie, hmmm, straciłam impet i blog tkwi sobie w limbo od tamtych, dość niepamiętnych czasów. 

Niemniej - blog mógł mi się znudzić, ale zamiłowania do układania list nie straciłam. Dzisiaj w dyskusji wypłynęła kwestia ulubionych odcinków Doktora House'a i nagle, zupełnie bez powodu, zerwałam się i pobiegłam pisać.

Ze mną i z Housem sprawa jest... skomplikowana. Z jednej strony - jest to jeden z tych seriali, których wszystkie sezony mam na DVD, co jest jasnym dowodem faktu, że do niego wracam. Z drugiej - House jest, summa summarum, daleki od bycia moją idealną produkcją telewizyjną. Ja po pierwsze generalnie nie przepadam za serialami medycznymi, w życiu żaden, poza tym jednym, nie przyciągnął mnie na dłużej do ekranu. Po drugie - hmmm, bohaterki House'a to jest, nie oszukujmy się, lekki koszmar - zwykle scenarzyści mają na nie wyjściowy pomysł, który następnie starannie rujnują w toku akcji (Cameron?). Po trzecie, ilość obyczajowej dramy między postaciami momentami doprowadzała mnie do rzucania pilotem (proszę bardzo, można lubić, akurat ja nie przepadam). No i po czwarte - House się bardzo dobrze sprawdzał jako momentami antypatyczny mizantrop, ale bywały momenty, kiedy scenarzyści kazali jego postaci przekraczać granice mizantropii i wpadać pędem daleko poza granice wyjątkowej bucery - i to głupio napisanej bucery, patrz żenująca historia z majtkami doktor Cuddy...

Skąd wobec tego wszystkie DVD z Housem na mojej półce? Powody są dwa, powiązane ze sobą, i dają się podsumować jednym zdaniem: Hugh Laurie (aktorsko IMHO odstający na kilometr od reszty obsady, może z wyjątkiem Lisy Edelstein) gra tutaj jedną z moich ulubionych wersji nowoczesnego Sherlocka Holmesa i, co więcej, rozwiązuje zagadki, których ja - wielbicielka kryminałów, czytająca i oglądająca ich za dużo - za nic w świecie nie jestem w stanie rozwiązać przed nim, ze względu na moją radośnie zerową wiedzę medyczną.

Ponieważ właśnie mam mnóstwo roboty, przeglądam sobie ulubione odcinki House'a. Na tej liście będą odcinki tylko z sezonów 1-3: tych, które zdążyłam już sobie powtórzyć, co nie znaczy, że nie będzie więcej list. A więc, jak na razie, byłoby tak:

S1E15 Mob Rules, ten odcinek o mafiosie, jego bracie i o tym, czego absolutnie nie wolno robić, kiedy jest się w mafii.

S1E16 Heavy, odcinek o tym, że nadwaga nie zawsze jest związana ze zjadaniem codziennie tony czekoladek i hamburgerów.

S01E21 Three Stories, który może być moim ulubionym odcinkiem House'a - za nietypową strukturę narracyjną i za nieoczekiwany sposób powiedzenia nam czegoś o bohaterze.

S2E04 TB or not TB, ten odcinek o tym, że można robić dobrą robotę i ciągle być nieskończonym bucem - i że buc zawsze rozpozna drugiego buca, jak by się ten drugi za maską filantropii nie chował.

S2E05 Daddy's Boy, ten odcinek z jedną z najlepszych, IMHO, zagadek kryminalnych w tym serialu.

S2E17 All In, ten odcinek z pokerem i nie całkiem typową, jak na House'a, strukturą i z odniesieniami do sprawy z przeszłości - i z pokazaniem, jak bardzo niebezpieczne te obsesje głównego bohatera mogą być.

S2E19 House versus God, kolejna z moich ulubionych spraw w tym serialu - i, no cóż, jak ja kibicowałam House'owi w tym starciu z małym uzdrowicielem...

S3E01 Meaning (i to też może być ulubiony odcinek, ever), ten odcinek z najbardziej chyba dla mnie wzruszającą i podnoszącą na duchu historią w całym tym serialu.

S03E04 Lines in the Sand, kolejny odcinek, który uwielbiam za konstrukcję zagadki medyczno-kryminalnej i za sposób, w jaki scenarzyści wbudowują utrudnienia w swoją sprawę (jak zdiagnozować pacjenta, kontakt werbalny z którym jest mocno ograniczony?).

S03E19 Act your age, ten odcinek z mnóstwem twistów i niespodziewanym rozwiązaniem.


Ciąg dalszy z pewnością nastąpi - zostały mi jeszcze przecież na przykład fantastyczne odcinki z Housem podczas terapii psychiatrycznej... 

niedziela, 02 października 2016

Katarzyna Puzyńska, Motylek, Prószyński i S-ka, 2014

 

 

SPOJLERY

 

Dawno, dawno temu, zeźliwszy się, napisałam ostrą i niepotrzebnie aż tak złośliwą recenzję z dwóch pierwszych tomów opowiadań Anny Kańtoch. Co mnie tak zeźliło? Podejrzewam, że poczucie, że autorka ma talent (a ma, oj ma, zdecydowanie), a moim ówczesnym odczuciu pisze niedoskonale i marnuje pomysły. Teraz myślę, że nawet jeżeli marnowała, to nie aż tak. Do dzisiaj żałuję tonu tego tekstu. 

Zastanawiam się, czy będę tak samo żałować dzisiejszego.

 

Jest tak: po kompletnej, przeraźliwej literackiej katastrofie, jaką okazała się w moich oczach Florystka Katarzyny Bondy (na reaktywację kategorii KSIĄŻKI NAJGORSZE na tym blogu byłaby w sam raz, jako żywo) postanowiłam poprawić sobie obraz polskich powieściopisarek kryminalnych i sięgnęłam, za rekomendacją znajomych, po powieści Katarzyny Puzyńskiej. Ba, nietypowo dla mnie grzecznie zaczęłam od jej debiutu, Motylka.

I co ja mam powiedzieć, szanowni, co ja mam powiedzieć.

Jest tak: Motylka chciałam skończyć. Chciałam wiedzieć, co się stanie i kto zabił. To jest od razu wielki plus w porównaniu z Bondą - tam brnęłam do końca, zastanawiając się, jaki kolejny bezsensowny pomysł albo detal jeszcze wymyśli autorka (nie, nie będzie szczegółów, to nie jest recenzja z Florystki). Samą intrygę Puzyńska wymyśliła ciekawie - nagła śmierć siostry zakonnej, od której zaczyna się akcja, to dobry punkt wyjścia, zwłaszcza przy akcji osadzonej w małym miasteczku: starsza, przybyła nie wiadomo skąd i po co siostra zakonna to nie jest, powiedzmy, najbardziej oczywista osoba, którą ktoś mógłby chcieć sprzątnąć z tego świata... Do tego dochodzi sprawne prowadzenie tej intrygi - powieść się nie wlecze, motywy obyczajowe połączone są ze śledztwem na tyle sprawnie, że nie robią wrażenia sztucznego wypełnienia, informacje o zabójcy odsłania autorka krok po kroku, nie dając czytelnikowi ani za dużo, ani za mało. I tak, zabójca i jego motywy okazują się w końcu z gatunku takich, jakich spotkaliśmy już wiele razy na kartach różnych powieści (Thomasie Harrisie, na pana patrzę), ale w tym gatunku naprawdę ciężko robić z tego zarzut - od stereotypowego zabójcy zdecydowanie gorszy, moim zdaniem, jest casus zabójcy wydumanego i skrajnie nieprawdopodobnego w swojej nietypowości (Patricio Cornwell, twórczyni zimnego, cudownie pięknego, obłędnie bogatego i moralnie zdegenerowanego potomka pokoleń francuskich arystokratów-mafiosów z Wyspy św. Ludwika (!) w Paryżu i jego chorego genetycznie, trzymanego dziesiątki lat w zamknięciu, porośniętego futrem brata prawie-wilkołaka, mordujących w USA, do pani mówię).

Drugą mocną stroną Puzyńskiej jest jej pomysł na główną bohaterkę-detektywa. Przy całych podobieństwach do popularnych od co najmniej 20 lat thrillerów o motywowanych psychologicznymi aberracjami seryjnych mordercach, gatunkowo Puzyńskiej najbliżej jest chyba, przynajmniej w tej powieści, do tradycji spod znaku Agathy Christie. Na pewno zaś bliżej jej do Christie i jej podobnych niż do zaangażowanego społecznie kryminału w typie, powiedzmy, skandynawskim, w związku z czym fakt, że jej pani detektyw jest postacią barwną i, powiedzmy sobie, od przeciętnych ludzi mocno odstającą, nie dziwi - niech pierwszy rzuci kamieniem ten, komu Poirot wydaje się dobrze społecznie dostosowany i konwencjonalny, a Jane Marple - pasująca do czasów, w których rozwiązuje swoje zagadki.

Klementyna Kopp jest, powiedzmy sobie, mocno niekonwencjonalna. Jest wredna i niemiła, całkowicie celowo, i całkiem z tego dumna. Jest nieatrakcyjna i niemłoda i doskonale tego świadoma, ba - całkiem dumna. Ma niekonwencjonalne pasje i nietypowo je realizuje (hmmm, kawałek partytury ulubionej opery wytatuowany na szyi?) i nie lubi, kiedy ludzie ja lubią. I straciła kogoś bliskiego, kobietę imieniem Teresa. Jak Philip Marlowe whisky, tak ona bez przerwy popija colę i zagryza batonikami. Nosi się w czarnych skórach, a partytura nie jest jedynym kawałkiem tatuażu na jej ciele, o nie.

Kupuję Klementynę Kopp jako koncept postaci, mimo całej jej dziwaczności. Kupuję ją choćby dlatego, że łamie konwencję pani tzw. detektyw (kimkolwiek by ta postać nie była z zawodu, chodzi o bohaterkę rozwiązującą zagadki kryminalne) w polskiej powieści kryminalnej. Pewnie, autorka mogłaby częściej pokazywać ją w działaniu niż opisywać, jaka jest, ale ta powieść to debiut, jest jeszcze sporo miejsca na poprawę.

Ba. Zdecydowawszy, że mimo pewnych zastrzeżeń akceptuję postać KK, jestem nawet w stanie kupić resztę posterunku w Lipowej. Postacie policjantów - jeden lokalny bully, jeden samotny ojciec dzieci w trudnym wieku, jeden szczęśliwy, w sumie, mąż i jeden miły kawaler, plus mamusia jednego z nich w ramach dostarczycielki ciast (te ciasta to zamiast pączków z amerykańskiego serialu policyjnego, jako żywo) - OK, to jest zestaw dość schematyczny, ale do przyjęcia.

I teraz, głęboki wdech. Chciałabym, w sumie, wiedzieć więcej o Klementynie. Chciałabym przyjrzeć się dokładniej historiom panów i pań ze wsi, sprawdzić, czy autorka wróciła do pewnych motywów tu tylko zasugerowanych. W sumie chciałabym, ale nie wiem, czy to zrobię.

Czemu nie?

OK, wolałabym, żeby historia zabójcy była mniej... hmm, z jednej oczywista i  oparta na pewnych psychologicznych schematach, wszechobecnych w gatunku od dawna, a z drugiej - może trochę mniej dramatyczna. Idea, że zabija ktoś wychowany w skrajnie patologicznych warunkach i przez to nieodwracalnie skrzywiony była realizowana przez autorów thrillerów i kryminałów w nieskończoność (Sz.P. Koontz, Harris, George, Cornwell, Larsson, Brown i kto tam jeszcze, proszę wstać i zrobić miejsce dla reszty kolegów, robiących to samo, ze szczególnym uwzględnieniem kolegów scenarzystów) i trudno oprzeć się pokusie pokazania swojego zabójcy jako jeszcze trochę straszniejszego i w straszniejszych warunkach wychowanego. Tutaj cykl emocjonalnej perwersji i dręczenia sięga co najmniej dwa pokolenia wstecz: dziadek przyszłego zabójcy więzi w domu jego przyszłego ojca (jest przy tym zasugerowane, że co najmniej przyczynił się do śmierci jego matki...), a ten wyrasta na potwora, maltretującego, upadlającego i przemocą karmiącego znienawidzonego syna, by ten stał się tłusty i odrażający i nigdy nie zyskał niczyjej miłości... Ja, jako czytelniczka, wolałabym może mniej efektowny, mniej przeraźliwy, mniej upiorny kontekst historii bohatera - paradoksalnie, łatwiej by mi było w niego uwierzyć.

Niemniej, tu jesteśmy w sferze "wolałabym" - to nie jest tak, że mi ta sprawa przeszkadza aż tak, by nie sięgnąć po kolejne książki autorki. Podobnie jest z postacią Weroniki Nowakowskiej, która wydaje się na początku ważną, by nie rzec główną postacią, a summa summarum okazuje się sprowadzona wyłącznie do roli obiektu uczuć jednego z bohaterów, malutkiej i w sumie niegroźnej obsesyjki innego i która przez jeden krótki moment usiłuje bez żadnych konsekwencji bawić się w detektywa. Nie wiem, serio nie wiem, po co autorce ta postać - ale może to i lepiej, bo urocza rudowłosa młoda rozwódka, która w rozpaczy po rozpadzie małżeństwa kupiła dworek na wsi (wraz ze starymi stylowymi meblami) i sprowadziła się tam z psem i ukochanym koniem to postać sklejona z najgorszych stereotypów polskiej komedii romantycznej, a autorka nie bardzo dała jej szansę rozwinięcia się poza ten schemat. Ale znowu: Weronika mnie irytuje, ale nie przeszkadza na tyle, żebym przez nią rzuciła tą książką w kąt.

No to o co ci chodzi, recenzentko marudna? A o dwie rzeczy, trywialne w sumie: o chodzenie na skróty i deptanie, przy okazji, po polszczyźnie. 

Widzicie, żeby kryminał zadziałał, ja-jako-czytelniczka muszę uwierzyć w jego składowe. Nie na długo - przynajmniej na czas, póki nie skończę czytać/oglądać. Oczywiście, wiele zależy od konwencji: innego poziomu realizmu i staranności przy szczegółach będę wymagała od osadzonego w konkretnych historycznych i społecznych realiach zaangażowanego kryminału, upominającego się przy okazji o aktualne, realne problemy, innego - od pastiszu bawiącego się konwencjami albo od wariantu w, powiedzmy, powieści dla dzieci. Niemniej, zawsze muszę czuć się przekonana, że detektyw wie, co robi, i że albo zrobił/a, co się dało, albo zda sobie sprawę, że czegoś nie zrobiono. I w związku z tym mam zdecydowany problem z uwierzeniem, że jak się ma w Polsce AD 2014 martwą zakonnicę bez znanego świeckiego nazwiska, to się jej szuka na chybił trafił, sprawdza w parafii, do której należała, a potem rozsyła zdjęcia do gazet, a nawet się nie zająknie o tym, że jak pani była siostrą zakonną, to znaczy, że gdzieś jest zgromadzenie, do którego należała. Znaczy, nie jest się przecież zakonnicą, one nie są wszystkie takie same - śluby zakonne składa się w konkretnym zakonie, prawda? Zabita siostra była zakonnicą w konkretnym zakonie. Przynależność do którego zdradza, jak by to powiedzieć, jej habit. W którym to habicie, jak wiemy, zginęła. I OK, może się np. okazać, że pani zakonnicę udawała i dalej nie mamy jej nazwiska, ale. Tu nikt tego nawet nie próbuje sprawdzić. Przy tym pomyśle coś mi zgrzytnęło i część przyjemności z lektury uleciała - bo mnie, konkretnie mnie jako wielbicielce kryminałów, ten rodzaj pójścia na skróty i zapomnienia o realizmie bardzo przeszkadza, robiąc wrażenie, że autorka idzie na skróty, bo tak jej wygodniej.

I jeszcze jedno. Nie śmiejcie się. Styl. Ja nic nie poradzę, że lubię, jak powieść jest napisana dobrze, pomysłowo stylistycznie - pisałam o tym w kontekście polskiej fantastyki, to samo mam z powieścią kryminalną. Puzyńska jest o niebo lepsza od Bondy - znaczy, pisze poprawną frazeologicznie i stylistycznie polszczyzną - ale, jejku, jak mnie męczą te natrętne peryfrazy, strach przed powtórzeniem wpojony nam wszystkim w szkole, a skutkujący czymś takim jak zdania takie jak poniższe, dialog męża i żony:

- Idę na plebanię, do tego młodego księdza. Muszę go trochę przepytać – wyjaśnił młody policjant przez drzwi. – Będę pewnie za jakąś godzinę. Piotr już na mnie czeka.
– W porządku – odkrzyknęła fryzjerka. 

Jak mi przeszkadza ta maniera powtarzania imion i nazwisk, zawsze, często z tytułem! Na 250 stronie ja już naprawdę wiem, że bohater nazywa się Janusz Rosół i sam Janusz albo sam Rosół by starczył. Na trzeciej od końca zdążyłam już wiele razy usłyszeć frazę "komisarz Klementyna Kopp", naprawdę nie muszę widzieć jej za każdym razem połączonej - zwłaszcza że bohaterka każe konsekwentnie mówić do siebie po imieniu. Autorce w tej pierwszej powieści pisanie opisów i partii narracyjnych idzie zupełnie nieźle, ale dialogi, jejku, tym do "nieźle" jeszcze sporo brakuje.

I tu, niestety, hier stehe ich und kann nicht anders, styl jest dla mnie jedną z kluczowych miarek, których używam do oceny dzieła literackiego. W efekcie z jednej strony mam w Motylku przyzwoitą historię i nieźle pomyślanych przynajmniej niektórych bohaterów, z drugiej - niedoróbki w konwencji i męczący mnie styl. Nie mam pojęcia, czy to pierwsze wystarczy, żeby zrekompensować mi to drugie. Autorka jest obiecująca, z całą pewnością, tylko ja nie wiem, czy ja, konkretna ja-czytelniczka, mam siły na sprawdzanie, co z tych obietnic wynikło w najnowszych tekstach.

Acz, u Kańtoch sprawdzanie się bardzo opłaciło. Może tu też warto?

wtorek, 21 czerwca 2016

Boris Akunin, Azazel (Азазель 1998, wyd. polskie 2003, przeł. J. Czech)
Boris Akunin, Gambit turecki (Турецкий гамбит 1998, wyd. polskie 2003, przeł M. Buchalik)
Boris Akunin, Lewiatan (Левиафан 1998, wyd. polskie 2003, przeł. J. Czech)
Boris Akunin, Śmierć Achillesa (Смерть Ахиллеса 1998, wyd. polskie 2003, przeł. J. Czech)

 

spojlery spojlery spojlery spojlery spojlery

Otóż dawno, dawno temu Allegra Walker, jedna z moich ulubionych czytelniczek tego bloga (1), postanowiła podrzucić mi lekturę. Wszystko, oczywiście, wzięło się z debaty o moim fatalnym guście do (fikcyjnych) facetów i mojego zamiłowania do tragicznych, pokopanych przez los, ponadprzeciętnie inteligentnych, zimnych i pechowych w związkach i/lub seksualnie dwuznacznych typów. Sugerowana lektura, a mianowicie cykl Borisa Akunina o Eraście Fandorinie, detektywie w Moskwie w ostatniej ćwierci XIX wieku, miała mi dostarczyć kolejnego toksycznego obiektu do nieszczęśliwego literackiego zakochania.

Czekałam i czekałam i czekałam i nie miałam jakoś okazji zabrać się za lekturę. W końcu zadecydował za mnie los. Wybrałam się w podróż przez całą Polskę, po czym na dworcu okazało się, że a) nie mam ładowarki do czytnika, b) przygotowana do czytania książka o Marii Antoninie (Antonia Fraser, Marie Antoinette: the Journey, jakby kto pytał) została na biurku. Miałam kwadrans: wpadłam do najbliższego sklepu, w którym sprzedają książki (Saturn, of all places) i porwałam z półki z tanią książką Śmierć Achillesa, because tytuł i ponieważ pamiętałam, że Allegra coś kiedyś dobrego o Akuninie mówiła.

No i wpadłam jak śliwka w kompot, w drodze powrotnej w tym samym Saturnie dokupiłam wszystkie dostępne tam 3 tomy cyklu (w sumie były 4 pierwsze) i przeczytałam przez 2 dni. Oczywiście, jak to ja, zaczęłam od końca, od Śmierci Achillesa, bo ja jakoś zawsze cykle zaczynam czytać jakoś dziwacznie, nawet  Władcę pierścieni w latach 80. poznawałam od Dwóch wież.

Kolejnym powieściom Akunina towarzyszy motto: Pamięci wieku XIX, kiedy to literatura była wielka, wiara w postęp - bezgraniczna, a zbrodnie popełniano i wykrywano ze smakiem tudzież elegancją. Gdybym miała się do tego lekko sentymentalnego, lekko nostalgicznego i lekko pretensjonalnego motta odnieść, to pewnie musiałabym powiedzieć, po kolei, tak:

Po pierwsze, zbrodnie. Zbrodnie w kolejnych powieściach Akunina są wielkie na skalę dziewiętnastowiecznej detektywistycznej/awanturniczej literatury: mowa w nich o światowych spiskach, o politycznych intrygach na skalę Azji, Europy, a nawet całego świata, o the world's greatest criminal minds na skalę i w typie Fantomasa, Moriarty'ego, czy, toutes proportions gardées, Vautrina. Zbrodnie popełniane z klasą, o których opowiada Akunin, mają wyraźnie literacki i staroświecki charakter: nawet kiedy odwołują się do konkretnych historycznych faktów albo nawiązują lekko do przestępstw współczesnych autorowi, a nie powieści, mają one zwykle pastiszowy, literacki charakter.  

Po drugie - literatura. Nie, oczywiście, że nie jest to literatura na skalę Dostojewskich, Tołstojów czy Gogolów tego świata. Krótkie powieści Akunina są dokładnie tym, czym mają być: lekkimi, rozrywkowymi, nostalgicznymi powieściami, pastiszującymi z jednej strony dziewiętnasto- i wczesnodwudziestowieczną literaturę popularną, tę spod znaku Eugeniusza Sue, Aleksandra Dumasa czy sir Arthura Conan Doyle'a, z drugiej - zakorzenioną w podobnym patrzeniu na literaturę klasykę powieści obyczajowo-detektywistycznej z I połowy XX wieku, najlepiej symbolizowaną przez twórczość Agathy Christie.  Słowa pastisz użyłam nieprzypadkowo - Akunin jest autorem w pełni świadomym swoich zamierzeń i bardzo celowo i pomysłowo do swoich pierwowzorów się odwołującym. Aluzjami sieje w swoich tekstach chętnie i często, ale robi to nieoczywiście i na kilku poziomach: od wrzucanych mimochodem odniesień przez skojarzenia na poziomie narracji po fabularne i strukturalne przeniesienia klasycznych dla literatury przygodowej modeli.

No bo popatrzmy, przykładowo, na Lewiatana, ewidentny, od pierwszej chwili, pastisz - jak chodzi o strukturę - Śmierci na Nilu: tajemnicza zbrodnia, luksusowy statek, policjant, ukryty wśród pasażerów morderca - i genialny, trochę z przypadku tam będący detektyw, któremu przyjdzie rozwiązać sprawę, z którą nikt sobie nie może poradzić. Przyjrzyjmy się dwutorowej konstrukcji Śmierci Achillesa, śledzącej w jednym wątku detektywa i ofiarę, w drugim - mordercę, bardzo podobnie jak w, powiedzmy, Dolinie trwogi Conan Doyle'a, by nie wspomnieć jeszcze bardziej oczywistego Studium w szkarłacie. Popatrzmy na rzucane często przez bohaterów sugestie i aluzje (moja ulubiona to ta rzucona ironicznie do Fandorina uwaga "A co, dostrzegłeś lilię na jej ramieniu?"), popatrzmy na wzmianki o rosyjskich autorach XIX wieku. Popatrzmy także na to, jak w Śmierci Achillesa Akunin gra postacią greckiego herosa Iliady, bo - jakem klasyk i badaczka recepcji antyku z zawodu - robi to znakomicie.

Achillesem w powieści Akunina jest, wyjściowo, ofiara: generał Sobolew, bohater wojenny (znany czytelnikom już z Gambitu tureckiego). Nazywany wprost przez prasę i wielbicieli "nowym Achillesem", generał słynie z odwagi i wojennych sukcesów  - i okazuje się mieć ambicje polityczne na skalę iście napoleońską...
Ale jest, przecież, jeszcze jeden Achilles - tym razem zabójca (bo oczywiście, wbrew wszelkim pozorom w świecie przedstawionym i dokładnie zgodnie z tym, czego się spodziewa czytelnik, generała zamordowano). A tenże zabójca, Achimas, pół-Czeczeniec (jakże nieprzewidywalnie!) dzieli z greckim herosem znacznie, znacznie więcej cech, niż dzielny rosyjski generał...
Biografia Achimasa jest przetworzeniem mitycznej biografii Achillesa. Wystarczy wskazać przecież tylko na trzy aspekty: pobyt Achimasa w sierocińcu, jego stamtąd ucieczkę i, w końcu, na tę tytułową śmierć, śmierć drugiego z Akuninowych Achillesów. Jak mityczny Achilles, ten u Akunina zostaje ukryty/ukrywa się przed wojną w kobiecym przebraniu - jeden na wyspie Skyros u króla Likomedesa, drugi - w prowadzonym przez prawosławne siostry przytułku; obaj, jeszcze dorzucę, spotykają w tym ukryciu kobiety, które odegrają znaczącą rolę w ich życiu. Obaj, i heros i Akuninowski zabójca na zlecenie, zostają podobnie rozpoznani - sięgają, jeden i drugi, po broń zamiast po coś, co powinno stereotypowo zainteresować kobiety... No i strzała, nieszczęsna strzała w piętę, która zabija i jednego, i drugiego bohatera. Taka konstrukcja i użycie mitycznej paraleli podkreśla paradoksalne podobieństwo między dwiema osobami, które niespodziewanie zetknął los: ofiarą, zabitą u szczytu powodzenia i zabójcą, wynajętym, by zlikwidować polityczne zagrożenie, jakim niespodziewanie okazuje się popularny generał...

Aluzje i odniesienia do klasyki dziewiętnastowiecznej literatury, a także klasyki powieści kryminalnej, nie wyczerpują jednak kreatywności Akunina, jak chodzi o aluzje i odniesienia. Spójrzmy choćby na sposób narracji, z trzecioosobowym, lekko ironicznym, patrzącym z dystansem i na resztę bohaterów, i na Fandorina narratorem, który jest jak jak żywcem przeniesiony z prozy, powiedzmy, Gogola; spójrzmy na dziewiętnastowieczne w swym charakterze tytuły rozdziałów. Przyjrzymy się wreszcie grom, na jakie sobie Akunin pozwala, kiedy nawiązuje do wydarzeń i zjawisk bardziej współczesnych: raz mu się pojawi w tle koszmarny belgijski pedofil-zabójca, innym razem mignie niedoszły zabójca króla Włoch, niejaki Szakal...

Ta pastiszowość i stylizacja na prozę dziewiętnastego wieku sprawia, że akurat mnie czyta się tę prozę znakomicie - zwłaszcza że jak chodzi o kryminały, to ja w ogóle wolę raczej te a la Agatha Christie niż te mocno społecznie zaangażowane  a la Skandynawia, bo, Bogiem a prawdą, w lekturze powieści kryminalnej chodzi mi zwykle bardziej o rozrywkę, a mniej o krytykę społeczną (przy czym to jest raczej 70:30 na rzecz powieści a la Christie, nie 100:0), a inteligentne, nienachalnie zrobione stylizacje i nawiązania do klasyki literackiej uwielbiam.  

No ale, nie oszukujmy się, Allegra zna moje czytelnicze ja i dobrze wiedziała, co i czemu mi poleca. A, nie oszukujmy się, zaczęła od polecenia mi Erasta Fandorina jako bohatera...

No więc, moi drodzy, ja mam niestety pewien typ postaci, które mnie uwodzą samym faktem, że są takie, jakie są, i niestety po raz kolejny, Erast Fandorin do takich postaci należy. A moi wybrani bohaterowie, niestety, bywają toksyczni. 

Czy Fandorin jest toksyczny? Jest, przede wszystkim, skomplikowany i pokopany przez życie - i chwała Akuninowi, że pokazuje nam, w odróżnieniu od większości swoich kolegów-pisarzy, jak to się stało, że Fandorin stał się, a raczej ciągle, na naszych oczach, staje się tym chłodnym, zamkniętym w sobie, pełnym rezerwy genialnym samotnikiem-dziwakiem. Bo przecież, kiedy widzimy go pierwszy raz, Fandorin jest jeszcze miłym, nerwowym i niepewnym siebie chłopcem, początkującym urzędnikiem, dalekim od zimnego, rosyjskiego Holmesa, jakim się wkrótce zacznie stawać... Naszego detektywa widzimy najpierw trochę zabawnego, trochę nieporadnego, jak pół-komiczni gogolowscy czy czechowowscy bohaterowie, tkwiący głęboko w rosyjskiej rzeczywistości. Tragiczności i demoniczności w nim wtedy tyle, co trucizny w zapałce; ot, trochę dziwny, bardzo zdolny, zamknięty w sobie i za wszelką cenę chcący zrobić karierę dwudziestoletni chłopak, któremu życie rodzinne niespecjalnie się dotąd układało i który próbuje wykorzystać szansę, jaką mu daje los - rozwiązania sprawy, podskoczenia w służbowej hierarchii, szczęśliwego, ale przy tym pozwalającego na awans społeczny ożenku. Fandorin te szansę dostanie - i wykorzysta ją, niestety, na nieszczęście swoje i innych.

Gdybym miała krótko podsumować, powiedziałabym tak: pewnie, kryminały o Fandorinie nie są arcydziełami literatury, to nie jest Tołstoj ani Dostojewski. Ale powiem Wam szczerze, czytelnicy drodzy: czytało mi się go cudownie i na pewno poczytam go więcej. I tyle, więcej nic nie powiem, bo o marzeniach związanych z moją prywatną (wspólną z Drakainą) grafomanią to może nie całkiem pora mówić.

 

(1) Ten blog czyta na stałe tak niewiele osób, że każdy czytelnik i czytelniczka są moimi ulubionymi; Allegra W., jednak, jest z tym blogiem prawie od samego początku i ma, dzięki temu, swój własny ciepły kącik w moim blogerskim sercu.

piątek, 08 stycznia 2016

SPOJLERY I TEORIE, WCHODZISZ NA WŁASNE RYZYKO.


 

Zastanawiam się, czy jestem właściwą osobą do napisania tej recenzji/analizy. A konkretnie, zastanawiam się, czy moja opinia w tym przypadku jest w jakikolwiek sposób znacząca dla kogokolwiek poza mną.

Nie, nie mam manii wielkości pt. "Wpływam na ludzi swoim pisaniem", no bo na kogo i jak niby. Nic z tych rzeczy. To jest raczej pytanie o to, czy warto pisać coś, co jest tak bardzo subiektywne i tak bardzo wynika z mojego własnego odczytania. Przy pełnej świadomości, że tym razem to nie jest tak, że się zdziwię, że komuś się nie podobało. Zupełnie nie.

Innymi słowy, czy warto pisać coś tak bardzo subiektywnego jak ta poniższa analiza The Abominable Bride.

Emocjonalna recenzja jest taka: siedziałam wbita w fotel, w głowie mi się kręciło i dostałam ciężkiego szoku w przewidywalnym miejscu fabuły.
Ale sorry, grit on the lens, the fly in the ointment, nie o moich uczuciach będziemy dzisiaj mówić. No, nie całkiem. Może trochę.

Dzisiaj głównie będziemy analizować.

 

No więc pierwsza rzecz, jaka mi analitycznie przychodzi do głowy, to ale to już wszystko było. I to, nieco metaforycznie rzecz ujmując, dwa razy. 

Kiedy ogląda się Pannę młodą uważnie - i, nie oszukujmy się, najlepiej po powtórce z całości - widać bardzo wyraźnie, że sprawa Ricoletti jest patchworkiem, złożonych z poprzednich spraw tego konkretnego Holmesa i Watsona. Mamy, oczywiście, alternatywną/właściwą wiktoriańską wersję ich pierwszego spotkania, wziętą z Conan Doyle'a i wymodelowaną na Study in Pink, co jest dość, hmmm, elementarne, podobnie jak fakt, że postacie, zarówno te z kanonu (pani Hudson, Lestrade, Mycroft, by nie wspomnieć o dwójce naszych głównych bohaterów), jak i te stworzone przez scenarzystów (Anderson, Molly)? powtarzają swoje role u boku Holmesa i Watsona. Ale te powtórki idą dalej. Popatrzmy na sam początek sprawy, tuż przed pojawieniem się Lestrade'a: Holmes rozpoznaje w zamaskowanej kobiecie Mary Watson, rozpoznaje ją po zapachu jej perfum. Nie, tu to nie jest Claire de la Lune?, oczywiście - ale znowu jest to zapach, dzięki któremu Holmes wie, że kobietą w czarnych koronkach i woalce, stojącą w ich salonie, jest zaniedbywana pani Watson. No patrzcie państwo, zupełnie jak w His Last Vow. I, na marginesie, jak bardzo jak panna młoda w żałobie Mary tu wygląda.   Ale to nie jest jedyna taka powtórka. Mieliśmy już w Sherlocku także i sceny, kiedy bohater widzi, pod wpływem narkotyku, coś, czego nie ma, ale co przyczynia się do rozwiązania zagadki - był już przecież taki motyw, i to w odcinku wprowadzającym koncept mind palace, czyli w The Hounds of Baskerville.  Pamiętacie Johna Watsona w laboratorium i wcześniej Sherlocka i Henry'ego po wizycie w Dewer's Hollow?
Spotkaliśmy już również w Sherlocku nawet pana Ricoletti (Petera, w tym przypadku; ten w Pannie Młodej ma na imię Thomas); w roli bandziora mamy go przez momencik w The Reichenbach Fall, jako bohatera jednej ze spraw, rozwiązanych przez Sherlocka; ba, tam nawet towarzyszyła mu koszmarna żona. W pokoju dla gości w The Diogenes Club wisi obraz Turnera Wodospad w Reichenbach, który widzieliśmy w The Final Problem. Five pips, niekoniecznie orange, też już było. Nawet uwaga Watsona o tym, że coś brzmi z serbska, choć mieści się w politycznych lękach końca XIX wieku, to przede wszystkim odsyła do początku The Empty Hearse!
No i to, jak Panna Młoda udała swoją śmierć. No udała ją przecież dokładnie tak samo, jak Irene Adler w The Scandal in Belgravia, kiedy usiłuje się wymknąć Sherlockowi/zwabić go. Sam Sherlock sugeruje, że znaleziono inne ciało, które podstawiono zamiast pani Ricoletti do kostnicy, tak samo, jak w jego przypadku (z delikatną sugestią, że w obu przypadkach Molly did it), ale podobieństwa do sprawy Adler są bodaj czy nie równie znaczące.
Jest oczywiście jeszcze jedna sprawa, ta kluczowa. Pewna panna młoda strzela sobie w głowę, jak Moriarty - to zauważyli wszyscy chyba recenzenci, i nie dziwota, bo zestawienie tych dwóch spraw pada explicite z ekranu, ergo, jak Moriarty, ona TEŻ MUSI BYĆ MARTWA. Tylko czy jest? A jak jest, to kto zabija? Dla rozwiązania tej sprawy sprzed ponad stu lat Sherlock jest gotów zaryzykować - zakładam, że przedawkowanie jest dość ekstremalne nawet wedle jego standardów - tylko czemu? Po co? Aż tak jest ciekawy? Czy może.... hmmm, czy może ma to coś wspólnego ze sprawą i z osobą, która dręczy go od dawna, daawna?
Po co Sherlock przedawkowuje, po co usiłuje rozwiązać akurat tę zagadkową sprawę sprzed lat?
Mam wrażenie - ale mam je ex post, po obejrzeniu dwa razy, nie z pierwszego oglądania - że to jest, poniekąd, pierwsza sugestia wielkiego twistu, jaki nam fundują autorzy odcinka: fakt, że sprawa upiornej panny młodej pod wieloma względami przypomina ciągnącą się od Study in Pink sprawę Jima Moriarty'ego. A konkretniej - i tu jest, moim zdaniem, sugestia tego twistu, tego, że to wszystko musi się jakoś wiązać z finałem trzeciego sezonu - zadaniem Sherlocka jest tu dojść do rozwiązania jednej konkretnej zagadki: jeżeli wyeliminujemy niemożliwe (w tym przypadku spirytyzm; ech, ta idea z duchem też trochę brzmi jak echo rozmaitych pozaholmesowych pasji Conan Doyle'a), to jak wyjaśnić fakt, że osoba, która publicznie strzeliła sobie w głowę, jest potem równie publicznie widywana. I tak, wyjaśnienie jest w sumie banalnie proste - to organizacja działa za nią, w jej imieniu - hello, ciekawe doprawdy, jak jest z Moriartym. I jak się to ma do jego ewentualnej obecności w serii IV (zwłaszcza w kontekście uwag Sherlocka o tym, że Moriarty na pewno nie żyje, ale że on, Sherlock, wie dokładnie, co Moriarty teraz zamierza zrobić). Oraz, jak się to ma do z lekka zarozumiałego stwierdzenia Sherlocka w The Empty Hearse, że serbska grupa, którą zinfiltrował, to ostatnie resztki pajęczyny Jima M.?


To jest jeden poziom ale to już było, drugi to oczywiście gry z kanonem i z klasycznymi adaptacjami. Martin Freeman nie musiał dodawać w komentarzu, że były sceny, które starał się grać inspirowany Nigelem Brucem i jego Watsonem, to było widać. Ale znowu, to się okazał być synkretyczny miks, bo doktor Watson Nigela Bruce'a (niech będzie, chwilami :) ) jest tu sparowany z Sherlockiem Holmesem granym przez Benedicta Cumberbatcha ewidentnie w hołdzie dla Jeremy'ego Bretta. Mamy tu przegląd klasycznych scen z kanonu (pierwsze spotkanie, zdenerwowany Lestrade przychodzący po pomoc, otyły Mycroft i cisza w The Diogenes Club, wodospad Reichenbach jak z ilustracji Sidneya Pageta), ale mamy też dziesiątki malutkich, drobnych, dla fabuły nieistotnych aluzji. Do Mycrofta ma przyjść pan Melas z The Greek Interpreter (tym razem raczej nie będzie jednym z grupy komiksowych geeków, obawiam się), Holmes powtarza swoje zdanie o logiku, który z obecności kropli wody wywnioskuje Niagarę i ocean, nigdy ich nie widząc, pada uwaga o siedmioprocentowym roztworze kokainy... No i Moriarty, scena z Moriartym w pokoju Holmesa, powtarzająca i ich rozmowy z kanonu (dwie: te ze spotkania i tę znad wodopadu), i dialogi z ich scen w serii Moffata i Gatissa. Do tego, oczywiście, opowiadania, z których wzięto inspirację, Five Orange Pips i The Musgrave RitualIt's there. It's all there

 

And then there's the twist. Kiedy oglądałam The Abominable Bride po raz pierwszy, pierwszym sygnałem, że scenarzyści nas nabrali i że to nie jest żaden wyjęty z czasu wiktoriański epizod, tylko sen wariata (no, narkomana) śniony nieprzytomnie była dla mnie kwestia Mycrofta o the virus in the data, zgrzytliwie anachroniczna (zdecydowanie bardziej, dla nie-native'a, niż też anachroniczne crime scene i life in a nutshell, rzucone wcześniej przez pp. Holmesów i zasygnalizowane jako curious expressions). Te dwa ostatnie odebrałam oryginalnie, podobnie jak uwagi pani Hudson o byciu narrative device, jako rodzaj gry z konwencją. Nie przyszło mi do głowy, jeszcze wtedy, że mają podwójne znaczenie. Ta o wirusie zgrzytnęła mi po nerwach, wytrącając mnie z poczucia "1895, meloniki, dorożki, wiktoriańska groza". 
Oczywiście, przy drugim oglądaniu widać lepiej. Widać na przykład od razu, że tak naprawdę chodzi o powrót Moriarty'ego, a nie o sprawę sprzed lat - już w kostnicy Holmes pyta How did he come back, choć stoi nad ciałem panny młodej. Ten hałas, zalewający czasem nagle ekran - tu nawet miałam poczucie "A nie mogli nagrać czegoś innego? To naprawdę brzmi jak lecący samolot". Kolejnym takim znakiem są nie do końca zrozumiałe, zagadkowe na pierwszy rzut oka partie dialogowe, jak ta o robieniu list i byciu bardzo głęboko. Zresztą cały ten dialog z Mycroftem powinien, w sumie, zdradzić, co się dzieje. Mycroft przytył w ciągu jednego dnia, na obrazie Turnera płynie woda, bohaterowie rozmawiają szyfrem, a zanim Sherlock pojawił się u brata, kamera pokazywała go w sposób tak oczywiście typowy dla filmowania scen wizji, tripów i odlotów, że ja nie wiem, jakim cudem nie zajarzyłam już wtedy, co się dzieje. Does it seem possible, pyta Mycroft. No, odpowiada mu brat. Ale zaraz potem widzimy Sherlocka Holmesa w victorian mind palace i dostajemy (fałszywe) rozwiązanie: OK, OK, on to sobie wyobraża, niech mu będzie. I Redbeard, nie zapominajmy o Redbeardzie. By już o rozmowie z Moriartym w pokoju Holmesa nie wspomnieć.

To - to, że każdy ma tu swoją rolę, to, że pojawiają się postacie znane z całości, to, że są radosne anachronizmy - to jest jeden znak, że jesteśmy w głowie Sherlocka Holmesa raczej niż w rzeczywistości; a wspomniane wcześniej odbijanie tego-co-było to drugi, równie wyraźny.

Taaa. i tu następuje ten moment, kiedy autorzy nabierają nas po raz drugi. Bo po raz drugi się przecież okazuje, że to nie dzieje się naprawdę. Come on, nawet Mary nie jest taka dobra, żeby w ułamku sekundy to wszystko porobić! (choć, och, w tej wizji Sherlocka ona jest NAPRAWDĘ dobra, we wszystkim, prawie jakby ją... idealizował? Hmmm...). Tu z kolei orientujemy się, że tego nie ma, dopiero kiedy panna młoda wyłazi z grobu w całej glorii nierealistycznego wiktoriańskiego horroro-kiczu. Sorry, Sherlock; deeper than before; nie wyjdziesz z tego tak łatwo, wprost na pas startowy do czekających przyjaciół.

Sherlock zamieszał sobie ostro w głowie za dużą dawką narkotyków, a panowie scenarzyści mieszają nam w głowach gatunkowymi woltami. Wychodzimy od zagadki kryminalnej, i to takiej, które ja w kanonie Doyle'a szczególnie lubię (nieprzypadkowo The Sussex Vampire to jedno z moich ukochanych opowiadań ACD): takie, gdzie pozornie oczywiste nadnaturalne wyjaśnienie zostaje obnażone jako fałszywe i wyjaśnione w racjonalny sposób. Mamy wszelkie gadżety wymagane do takiej klasycznej Conan-Doyle'owskiej historii: Londyn, detektywa, kostnicę, światło gazowe, wiejską posiadłość z trupem lorda, malowniczy wodospad, kłęby mgły w ogrodowym labiryncie i nad dachami wiktoriańskiego Londynu. Do tego dostajemy drugi zestaw cech gatunkowych, tym razem rodem z wiktoriańskiego i post-wiktoriańskiego horroru: bladą zjawę z krwawą szramą ust i w ślubnej sukni (Lucy Westenra, anyone?), upiory, ożywione trupy z oczami nawet po stu latach pełnymi wijącego się robactwa, historię zemsty zza grobu. I jeszcze trzeci poziom, ten od Molly w nieprzekonującym męskim stroju i sufrażystek w podziemiach katedry, płonących tam ogni, zawodzonych pieśni i idiotycznych kostiumów z Ku-Klux-Klanu: groszowe, pulpowe gotycko-awanturnicze historie z epoki, które inspirowały Conan-Doyle'a (patrz: Studium w szkarłacie), a które tu rozgrywają się, oczywiście, w głowie Sherlocka. Dlatego po części nie mam pretensji o to, jak przerysowana, kiczowata i nieprawdopodobna wizualnie jest ta scena: przecież to przerysowanie, nieprawdopodobieństwo i kicz zostaje wprost wypomniane z ekranu.  I mean, come, on, be serious! Costumes? The gong? (...) Is this silly enough for you yet? Gothic enough, mad enough even for you? It doesn't make sense, Sherlock. *.
Na to wszystko nałożona jest jeszcze cała warstwa aluzji, powiedzmy, autotematycznych: tych dialogów o byciu narrative device, rozmów o tym, jak się ma napisany Sherlock do prawdziwego, o popularności historii Johna (bezcenna uwaga Moriarty'ego o ilustratorze!), o byciu storytellerem i rozpoznawaniu się w napisanych historiach... Lustra, lustra: nieprzypadkowo ten odcinek ma trzy upiorne panny młode - Emelię Ricoletti, Mary Watson na początku akcji, w czarnych koronkach i woalce, i Jima Moriarty'ego, a każde z dwójki pozostałych dzieli coś z Emelią. Mary jest tym, czego Emelia i jej podobne chcą; Jim tym, o co w tej historii chodzi Sherlockowi. 

 

Ja osobiście jako czytelnik i odbiorca, to nie jest żadne stwierdzenie ogólne, ogromnie lubię taki sposób mieszania mi głowie i ten typ samoświadomości autorskiej. Ja osobiście lubię ten rodzaj gier z tradycją, własną i tą kanoniczno-inspirującą. No i ja jestem kimś, kogo najbardziej pod słońcem bawi grzebanie przez autorów w tekstach ACD w celu zagrania jakimś kolejnym cytatem, odwołaniem czy aluzją. Mnie się dosyć musiało podobać (pomijając może oczywisty fakt, że kilkoro moich ukochanych aktorów na planie na raz, jak to ma nie działać?), ale całkowicie widzę, gdzie mogło nie podobać się innym odbiorcom. To, innymi słowy, był odcinek dla mnie, mnie spasował idealnie - i stąd moje wahania, czy w ogóle pisać tę analizę.  

 

A, i wiecie, co mnie jeszcze w tym odcinku rozbawiło? To, jak wcześnie pp. Watson rozwiązali za nas i za Holmesa zagadkę. Mary pojawiła się w stroju panny młodej w żałobie, John w swojej upiornie komicznej wyliczance invisible armies wymienił sufrażystki. Przykro mi, panie Holmes, już wiadomo, kto jest naprawdę tym consulting detective.




 

* I nie, nie mam tu też pretensji o mowę Sherlocka ws. kobiet. To jest, jak dla mnie, wersja tej klasycznej sceny, kiedy Sherlock Holmes odgrywa swój teatr dla zachwyconej publiczności, pokazując, jak rozwiązał sprawę. On to robi... hmm, może nie tak często, jak Poirot, ale całkiem, całkiem często. Mansplaining, wiem, ale w tym konkretnym przypadku jestem w stanie postawić konwencje narracyjne ponad problemem. Dobra, OK, mogła to zrobić Mary.

piątek, 08 sierpnia 2014

Stephen King, Pan Mercedes, przeł. Danuta Górska, Wydawnictwo Albatros 2014

 

jest trochę spojlerów, acz chyba nie za dużo

 

 

Ostatnio były eseje i impresje, to dzisiaj będzie, dla odmiany, taka sobie po prostu recenzja.

Jest tak: Stephen King to jeden z tych autorów, których przeczytałam w zasadzie w całości (pomijając finałowe tomy Mrocznej wieży, przyznaję od razu). Ba, to ja osobiście prawie wszystkie te książki kupiłam. Zabawne jest to, że nie jestem nawet jakąś jego zagorzałą fanka - za to jest nią moja mama, dla której nie ma lepszego prezentu, niż "nowy King" na każdą okazję. Ergo, się kupuje nowe Kingi, a potem - zwykle, jak jest kawałek wolnego - się je czyta.

Pana Mercedesa zaczęłam z nudów (bo kolejnego Prarchetta nie zabrałam ze sobą do mamy), a potem podkradłam bezczelnie bratu, bo wciągnęło. Wciągnęło - choć to inny King, niż zazwyczaj - na tej samej zasadzie, co zwykle.

King inny, bo kryminalny sensu stricto, z nawiązaniami do całej klasyki czarnego kryminału, jakie sobie można wyobrazić, od tych w kreacji postaci (starzejący się glina, który mógłby być prywatnym detektywem) po świadomie deklarowane aluzje (kapelusz! motto!). Ta tradycja jest też w jakimś sensie spoiwem - tym drugim, tym pierwszym jest rodzinna tragedia, spleciona ze zbrodnią stanowiącą zawiązanie akcji - które łączy dominującą w centralnej części powieści parę pozytywnych bohaterów, eks-policjanta Billa Hodgesa i siostrę jednej z ofiar (choć, och, jak Bill nie lubi tego słowa!), Janey Patterson.

King, jak to King (zwłaszcza późniejszy), porusza się tutaj, zarówno w konstrukcji fabuły, jak i postaci, po cienkiej linii między korzystaniem z konwencji (często bardzo, bardzo ogranych), a ich twórczym przetwarzaniem. Trudno mu się dziwić: gatunek, który sobie wybrał, czyli czarny kryminał z psychopatycznym mordercą i komputerowymi prawie-geniuszami w tle, sam jest konwencjonalny do bólu. King czasami się tym konwencjom podporządkowuje: trudno sobie wyobrazić bardziej typowego bohatera czarnego kryminału niż Bill Hodges. Bill, ledwie co emerytowany glina z nadwagą, ma w życiorysie flirt z alkoholem, eks-małżonkę i córkę, z którą w zasadzie nie utrzymuje kontaktów; jada tłusto, jest staroświecki, a stosunek do własnego pistoletu ma podobny jak Mel Gibson w pamiętnych pierwszych scenach Zabójczej broni. Nie bardzo ma chwilowo cel w życiu, za to ma, oczywiście, byłego partnera i Nierozwiązane Sprawy, które zostawił, kiedy odchodził na emeryturę, a które nie dają mu żyć.   

Samotny detektyw Kinga jest jednak samotny tylko z pozoru. OK, sugestia, że będzie szukał pomocy byłego partnera, jest troszkę red herringiem, ale szybko okazuje się, że pomocników jednak znajdzie. Będą nimi błyskotliwy nastolatek, urocza kobieta i jej neurotyczna kuzynka z fiołem na punkcie komputerów. W ich kreacji King odchodzi już troszkę dalej od stereotypu, a raczej - troszkę bardziej twórczo. W postaciach Jerome'a i Holly sporo jest elementów bardzo konwencjonalnych, ale są też te bardziej twórcze, pomysłowe. Jerome jest niewątpliwie sympatyczny, ale ilu błyskotliwych czarnoskórych genialnie utalentowanych nastolatków udających raperski slang już widzieliście? Holly - nerwowo chora, potwornie stłamszona przez matkę, przerażona światem siwiejąca czterdziestolatka, której niewiele się w życiu udało, poza faktem, że potrafi zrobić z lekka cokolwiek ze swoim iphonem - jest jako postać bodaj najciekawsza; może dlatego, że jest starzejącą się dziewczynką, która nigdy nie była naprawdę po prostu kobietą, może dlatego, że do stereotypu hakera jednocześnie pasuje i nie pasuje, tak, że mnie osadzenie jej akurat w takiej roli mnie przynajmniej zaskoczyło.

Przy pomocy postaci kuzynek, Janey i Holly, King robi sprytną - z mojego punktu widzenia przynajmniej - sztuczkę: czytelnik ma w pierwszej chwili wrażenie, że to ta pierwsza będzie główną aktorką w tej sprawie, ta druga - co najwyżej statystką. Okazuje się inaczej: tak jak Janey miała bardzo rodzinny powód, by szukać pomocy u niedoszłego prywatnego detektywa, tak dostanie ten powód również i Holly... Przesunięcie jej do roli głównej postaci w ostatniej części powieści to dobry pomysł: i charakterologicznie, i jak chodzi o przypisane do niej wątki, Holly jest niewątpliwie od (skądinąd sympatycznej, choć dla mnie momentami nieco mało wiarygodnej, bo za miłej i za dobrej we wszystkim, co robi) Janey ciekawsza.

Ale wróćmy do Billa i jego zamkniętej kariery. Jedna z tych nierozwiązanych spraw Billa jest szczególnie bulwersująca i szczególnie kłopotliwa. O ile jest szansa, że policja jakoś poradzi sobie z lokalną mafią, seryjnym gwałcicielem i facetem, który prawie na pewno zabił żonę, choć na razie trudno to udowodnić - o tyle Pan Mercedes, facet (?), który wjechał kradzionym wozem w tłum bezrobotnych czekających przez budynkiem targów pracy i zabił osiem osób, w tym matkę z niemowlęciem - o, Pan Mercedes to zupełnie inna sprawa.

Model powieści kryminalnej, jaki przyjął tu King jako podstawę, nie zakłada powolnego uświadamiania sobie przez czytelnika, kto jest zabójcą. Wiemy to od prawie samego początku: narracja dotycząca Billa i jego smutnego życia na emeryturze jest przepleciona z tą dotyczącą Brady'ego Hartsfielda i jego smutnego życia w pracy (znienawidzonej) i domu (patologicznym).

Hartsfieldf, ochrzczony po masakrze przez prasę Panem Mercedesem, to postać podobnie jak Bill utkana z klisz i gatunkowych konwencji. Samotnik, błyskotliwy, ale o skrzywionej osobowości, której co najmniej współwinna jest nieszczęśliwa matka-alkoholiczka: to jej Brady "zawdzięcza" zarówno kazirodczą inicjację seksualną (obwarowaną mnóstwem zakazów i rytuałów), jak i inicjację mordercy - w końcu to na jej niewypowiedziane polecenie jako dziecko zabił młodszego, upośledzonego umysłowo po wypadku brata. Matka rządzi nim i za życia, i po śmierci; rządzi znacznie bardziej niż nielubiany niekompetentny szef; jest jedyną kobietą, kochaną i nienawidzoną, w jego życiu. Sfrustrowany i niespełniony, prześladowany przez to, co zrobił, Brady w końcu pęka - i zaczyna zabijać. I tu się zaczyna zabawa w kotka i myszkę, w której, nieodmiennie i zgodnie z regułami gatunku, policjant i psychopata spotkają się w końcu twarzą w twarz. No, prawie. 

King posługuje się gatunkowymi stereotypami, owszem, ale też się nimi bawi; oszukuje nas kilkakrotnie, w tym raz bardzo efektownie. Mam ogromną ochotę napisać, jak i kiedy, ale spróbuję się od tego spojlera powstrzymać - powiem tylko, że serdecznie mnie nudzi idea tego, że psychopata powinien zacząć od Zamordowania Zwierzątka Bohatera, a King tą koncepcją bawi się tu paskudnie - paskudnie i skutecznie.

I OK, to nie jest doskonała powieść - czasem mi troszkę przeszkadzała ta konwencjonalność, irytowało lekko minoderyjne bawienie się przez Kinga aluzjami do własnych powieści i ich ekranizacji - ale jedno powiedzieć muszę: czytaliśmy ją wspólnie z bratem, wyrywając sobie z rąk, a jej przeczytanie zajęło mi niecałe dwa dni. Jako letnią lekturę - zdecydowanie polecam.

 

PS. Tłumaczce/redakcji jeden kamyczek do ogródka: podejrzewam, że melodyjka Night on a Bald Mountain na komórce to nie jakiś tajemniczy przebój rockowy, tylko jednak Noc na Łysej Górze Musorgskiego, ergo tytuł wypadałoby z amerykańszczyzny przetłumaczyć.

niedziela, 05 stycznia 2014

Охота на тигра (Polowanie na tygrysa), na motywach opowiadania A. Conan Doyle'a The Adventure of the Empty House, reż. Igor Maslennikov, wyst. Vasily Livanov (Holmes), Vitali Solomin (Watson) i inni, Lenfilm, ZSRR, 1980, do obejrzenia tutaj. Transkrypcja nazwisk jak na stronie, a nie wg polskiej normy, wybaczcie (najchętniej bym napisała cyrylicą: mimo że byłam ostatnim rocznikiem uczonym obowiązkowo przez 12 lat, ciągle uwielbiam rosyjski).

 

Z dedykacją dla Sherlockisty za podpowiedź. Oraz, niby spojlery do Empty House, ale - serio? Spojlery? Ktoś jeszcze nie wie, co się tam dzieje?



Vasily Livanov jako Holmes w

 

To ja może powiem od razu: to nie będzie recenzja całości tej wersji dziejów Sherlocka Holmesa, choć nie jest powiedziane, że taka się tu kiedyś nie pojawi. To będzie recenzja konkretnego epizodu (because, well, I AM SHERLOCKED a poza tym, od kiedy przeczytałam Pusty dom jako nastolatka, mam do niego sentyment), bez odniesień do, na przykład, całości kreacji aktorskich obu odtwórców głównych ról, albo generalnego tonu całej serii. Nic z tego: dzisiaj tylko zapolujemy na tygrysa.

Tytułowym tygrysem jest oczywiście pułkownik Moran, tu, choć pozornie nieobecny, przekonująco pokazany jako wyjątkowo niebezpieczny. I teraz tak, a propos pułkownika. Mój osobisty - nie, nie problem, moje osobiste podejście do Empty House jest następujące: cała zagadka z zabójstwem Ronalda Adaira i pułkownikiem Moranem obchodzi mnie mniej więcej tyle, ile planowany zamach na Parlament w The Empty Hearse, czyli - cóż, zdecydowanie mniej, niż osobiste wątki bohaterów. Trzeba jednak powiedzieć, że w tej wersji sprawa Adaira rozegrana jest bardzo, bardzo dobrze: zanim nieszczęsny młody człowiek zginie, zdążymy go poznać i nabrać do niego sympatii, a jego dzieje ewidentnie nie są tylko pretekstem dla pokazania powrotu Holmesa - zwłaszcza od kiedy w sypialni Watsona pojawia się nie wiadomo z czego tak zadowolony i bardzo, bardzo rosyjski w swoim zachowaniu (och, jak on się rozsiada i mówi świętoszkowato: Вы знаете, доктор: профилактика преступности наше святое дело...) inspektor Lestrade (och, jaki z niego jest w tej wersji komiczny, zadufany w sobie osioł!), podejrzewający biednego doktora o co najmniej współudział w morderstwie... Dzięki oskarżeniu Watsona o zabójstwo Adaira sprawa robi się znacznie ważniejsza i staje się, na ponad połowę odcinka, jego kluczową częścią. Wtedy jeszcze nic nie zapowiada (znanej na wejściu jakimś 80% widzów, podejrzewam) rewelacji...

No właśnie, rewelacja i powrót Holmesa. Oczywiście, że wiemy, jak się skończy, ale scenarzysta podsuwa nam tropy umiejętnie od spotkania z antykwariuszem (bardzo kanoniczne) pod domem Adaira. Dopiero niemal dokładnie w połowie filmu Sherlock Holmes pojawia się z powrotem na scenie wydarzeń. Mamy tu szalenie efektowne zmiany nastroju: Watson, załamany własną klęską, śmiercią Adaira i faktem, że zawiódł, siedzi w fotelu, bliski (?) łez... i wtedy wchodzi antykwariusz. Klimat z dramatycznego zmienia się w komiczny, kiedy Holmes dość bezceremonialnie, na naszych (ale nie Watsona i pani Hudson) oczach zdejmuje brodę, wąsy i perukę, a potem, nie bardzo rozumiejąc, co się dzieje, jest świadkiem podwójnego omdlenia swoich przyjaciół... No, a potem przez chwilę wszyscy płaczą, łącznie z Holmesem i z widzami. Tak, nawet mimo faktu, że moja osobista reakcja na "Bałem się, że z sympatii do mnie zrobicie coś głupiego i zdradzicie, że żyję" byłaby DOKŁADNIE taka, jak u Watsona Martina Freemana.

Obie główne role zagrane są tu znakomicie, i znakomicie pomyślane. Panowie są - młodzi, to po pierwsze, w wieku bohaterów Conan Doyle'a; po drugie, znakomicie grający ze sobą: widać, że ich bohaterów łączy serdeczna, bliska (momentami bardziej chyba słowiańsko niż brytyjsko, jeśli mogę sobie pozwolić na takie uproszczenie, emocjonalna) przyjaźń. Obaj przy tym umiejętnie mieszają patos i dramat z komedią i budzą natychmiastową sympatię widza. Mnie wystarczyła pierwsza scena każdego z nich, żeby się do nich jako do Holmesa i Watsona przekonać.  

 

Vasili Livanov, Vitali Solomin w

jakby się kto zastanawiał, skąd ciuchy RDJ


Ton całości bywa mocno emocjonalny - i te emocje są pięknie wygrane, jak w początkowej scenie, kiedy po rozmowie z panią Hudson (która ciągle trzyma, nie wynajmując go, pusty pokój Holmesa) Watson w końcu, niepewnie, wchodzi do tego pokoju, a kamera, przy dźwiękach nostalgicznej muzyki na skrzypcach - prześlizguje się po wnętrzu i po przedmiotach z Holmesem najbardziej kojarzonych: pamiątki po sprawach, rozsypany tytoń i skrzypce, które Watson (który po latach ciągle nosi żałobną opaskę na marynarce!) prawie-czule bierze do ręki, wydobywając niepewny, kontrastujący z muzyką z tła dźwięk, tak jakby na chwilę sam chciał się stać zmarłym przyjacielem - choć to oczywiście niemożliwe, ton brzmi fałszywie (ale i nie niemożliwe, nie do końca, bo za chwilę zobaczymy, jak w przebraniu włoskiego padre odgrywa zleconą mu w testamencie przez Holmesa rolę detektywa-opiekuna młodego Ronalda Adaira). Wychodzi mu to różnie, owszem - ale też nie ma wątpliwości, że on ma poczucie misji, poczucie, że jest to winien przyjacielowi.

 

Vasili Livanov, Vitali Solomin w 

Generalnie, jak zwykle można zaufać gustom Sherlockisty (tutaj notka o całości rosyjskiej serii). To ja jeszcze tylko przypomnę, że kiedyś już zrecenzowałam The Empty House z Jeremym Brettem i pójdę sobie posłuchać na BBC słuchowiska. Według The Empty House, dla odmiany.

czwartek, 02 stycznia 2014

 

 

Z TYCH 63 113 851

WARTO BYŁO CZEKAĆ

KAŻDĄ

SEKUNDĘ.

DZIĘKUJĘ.

 

uwaga: spojluję bezlitośnie


 

O boże mój, jak mnie się ten odcinek podobał! I tak, oczywiście, najważniejszy film (TV) roku właśnie zaliczyłam i nie będzie już dla mnie nic równie ważnego (no, może poza ostatnim odcinkiem sezonu Sherlocka, znaczy). I, och, obiecuję, że będzie jakaś normalna recenzja, ale na razie jest czwarta zero dziewięć rano dnia drugiego stycznia i będą tylko piski.

Bo, och, Mary Morstan, błyskotliwa, inteligentna i coś ukrywa (chyba), taka normalna, taka, przy tym, rozumiejąca od pierwszego wejrzenia ich obu, idealna dziewczyna do teamu (i to, jak pięknie była zrobiona scena na cmentarzu, kiedy pojawienie się Mary sygnalizuje zmianę w życiu Johna). Bo, och Greg Lestrade, rzucający się nieporadnie Sherlockowi na szyję. Bo Anderson i jego obsesja. Bo pani Hudson, stawiająca z wściekłością filiżankę przed Johnem, bo ten cholerny psychopata Mycroft, patrzący jak jego brat obrywa; i ten cholerny, cholerny psychopata bez serca, Sherlock, uczący się powolutku, co narobił i jak za to zapłaci (bo, och, ja naprawdę mam wrażenie, że tam w wagonie z bombą był szczery, mimo wszystko: w swoich słowach do Johna, choć może nie w swoim strachu).

I jeszcze, bo te wszystkie kolejne historie z dachem, w tym ta słodko-złośliwa ze slasherką i pocałunkiem z Jimem, i to, że nie wiemy, nie do końca, nie na pewno. Miałam tu trochę tak, jak z Dumbledorem w finałowym tomie Harry'ego Pottera: najpierw łamiesz sobie przez lata głowę i wymyślasz teorie, a potem się okazuje, że to pytanie - żyje czy nie, ocalał tak czy inaczej, jest, tak naprawdę, bezpodstawne, bo przecież nie o rozwiązanie zagadki chodzi (ale, och, ten cudowny nie-trop w ostatnich zdaniach, kiedy Sherlock prawie-że-sugeruje Johnowi, że wstał z grobu na jego prośbę o cud!).

Bo, och, John, który okazuje się równie uparty, jak Sherlock: nic z miłego kolegi, który zaraz przebaczy i zemdleje ze szczęścia, i tylko Mary rozumie go na tyle dobrze, żeby wiedzieć, jak bardzo on musi przebaczyć przyjacielowi to nieskończone draństwo, jakie ten mu zrobił. I, och, ich rozmowa w wagonie. I, och, te teskty (so two years ago)!

I, och, gry z kanonem, a już antykwariusz po prostu bezbłędny, wow: najpierw Sherlock w muszce i z wąsikiem (Ammar ibn Khairan miał rację, nie zauważa się usługujących), a potem prawdziwy antykwariusz i nieszczęsny zmieszany John. I jak fajnie, że tym razem sprawa nie zamknęła się w jednym odcinku.

I, och, wyszło na moje (nie żebym była jedyna) i Sherlock dostał po pysku, i to nie raz. I nawet, niespodziewanie zupełnie, kawałek mojej ulubionej piosenki AD2013 dostałam (hmmm, czyżbym się wybierała do teatru na ten sam show, co - rozkosznie obsadzeni - państwo Holmes?).

I, och, jaka jestem teraz, o czwartej dwadzieścia sześć nad ranem, dwadzieścia pięć minut po obejrzeniu tego odcinka, ciągle szczęśliwa.

piątek, 27 grudnia 2013

Ripper Street, sezon 2, wyst. Matthew MacFadyen, Jerome Flynn, Adam Rothenberg, MyAnna Buring, Damien Molony i inni, BBC One, 2013

 

 

Sprawa jest zamknięta, i to, jak w tytule, (na razie) na amen: kolejnego sezonu Ripper Street nie będzie. A ja się pożalę z tej okazji. Trochę się powtarzając i prawie cytując poprzedni mój wpis o tym serialu.

Będę też narzekać, ostrzegam; acz jest to raczej narzekanie z gatunku "było IMHO dobrze, szkoooooda, że nie rewelacyjnie" niż "Meh, głupie, dobrze, że się kończy". Narzekanie fanki, innymi słowy.


Ripper Street była dla mnie o dwóch rzeczach, zresztą jak większość podobnych (czyli opisujących życie jakiejś niewielkiej, powiązanej czymś - często zawodem - wspólnoty): po pierwsze, o sprawach, po drugie - o głównych bohaterach. 

No i teraz tak - sprawy. Podobnie jak w poprzednim sezonie, te sprawy, pozornie mocno osadzone w późnodziewiętnastowiecznym kontekście, mają tak naprawdę współczesny charakter. No bo popatrzymy: z jednej strony mamy Człowieka Słonia jako ważną postać, strajk pracownic fabryki zapałek w 1888, skandal z męskim burdelem maskowanym jako biznes telegraficzny, odłam Zakonu Złotego Brzasku i kłopoty z Irlandzkim Bractwem Republikańskim, a Jane Cobden, love interest inspektora Reida, wydaje się łączyć historyczną postać o tym samym imieniu i nazwisku z inną ważną działaczką kobiecą z tej epoki, znaną z działania w sprawie pracownic fabryki zapałek Annie Bessant.  Z drugiej, jednakowoż, kolejne case'y dotyczą: produkcji heroiny i handlu twardymi narkotykami (plus półlegalnych imigrantów i ich doli), losu osób dotkniętych niepełnosprawnością, praw pracowniczych (plus feminizmu), walki Irlandczyków o równouprawnienie, męskiej prostytucji i kwestii braku akceptacji dla homoseksualizmu (w tle prawie-światowy kryzys wywołany przez spekulacje i nieetycznych bankierów), samobójczych sekt - ergo, problemów zdecydowanie spotykanych także we współczesnym świecie. Nie mam z takimi sprawami i tematami problemu, absolutnie. Z czym miewam problem, od czasu od czasu, to z reakcją na nie bohaterów.

Generalnie, nie bardzo wierzę w to, że da się w pełni odtworzyć mentalność ludzi z innej epoki, jednocześnie zachowując dla nich sympatię dzisiejszego czytelnika/widza. Częściowo, owszem; całkowicie, nie. Gdybyśmy chcieli trzymać się ściśle realiów, nasza literacko-filmowa odważna i szlachetna Spartanka raczej na pewno musiałaby na przykład wierzyć w etniczną wyższość swoich rodaków nad mieszkającymi na tym samym terenie helotami; nasz dzielny muszkieter (albo Jędruś Kmicic) nie miałby problemu z wychłostaniem (choćby i na śmierć) bezczelnego mieszczanina, który by mu się postawił, po historycznym bohaterskim rycerzu z czasów krucjat raczej nie moglibyśmy oczekiwać zrozumienia dla innowierców i idei codziennych kąpieli, a po wiktoriańskim aniele miłosierdzia, ratującym sieroty - akceptacji dla wolnej miłości. I oczywiście, troszeczkę trzeba czasami nagiąć realia, zwłaszcza, że nie jest tak, że nie było w tzw. dawnych czasach ludzi myślących inaczej niż ogół - niemniej jednak, ja najbardziej lubię, jak bohaterów da się lubić mimo tego, że są dziećmi swojej epoki z jej zaletami niż wadami.

W Ripper Street miałam chwilami wrażenie, że akceptacja odmienności i przyjęcie współczesnej perspektywy idzie bohaterom troszeczkę za łatwo. I pół biedy, póki jest to Reid: rozumiejący ciężki los imigrantów, wspierający kobietę zasiadającą w radzie miasta, akceptujący homoseksualistów, z szacunkiem traktujący niepełnosprawnych. Proszę bardzo, jednego takiego mogę mieć, zwłaszcza, że to człowiek, który w swojej pracy wiele widział i któremu mogło to nieco zmienić światopogląd. Większy problem mam z faktem, że podobne poglądy ma większość posterunku i okolic (OK, Drake ma przez moment problem z homoseksualizmem, ale Bella trochę mu wyjaśnia, że się myli). Generalnie OK - ale ja sama chyba w sumie wolę, żeby było na przykład jak w Garrow's Law, gdzie William Garrow (a zwłaszcza pan Soothouse) mają niejaki problem z akceptacją trybu życia swojego klienta-homoseksualisty, ale stoją niezłomnie po jego stronie - bo stoją po stronie prawa, niezależnie od własnych poglądów. I może bym wolała mieć na Leman Street - no, na przykład jakiegoś katolikożercę, który musiałby się boleśnie przekonać (przynajmniej do czasu....), że może polegać na nowym koledze-Irlandczyku...

I żeby nie było: większość spraw w tym sezonie zdecydowanie mi się podobała. ZDECYDOWANIE. Ale czasami brakowało mi jakiejś takiej, która odnosiłaby się wyłącznie i specyficznie do tamtych czasów, bez aluzji i bez poruszania problemów typowych dla naszej epoki. Bodaj najbliżej były sprawy z finałowego odcinka - a konkretnie motywy z diamentem i z siatką "biznesową" Duggana - i nie wiem, czy to nie te epizody podobały mi się najbardziej.

 

A teraz postacie. Są w tym sezonie pomysły znakomite, drobne czasami dotknięcia, które dodają postaciom wiarygodności i głębi. Świetna jest (jakkolwiek by to nie brzmiało w kontekście tego, co powiem za chwilę) historia ewolucji sierżanta Drake'a: jego szczęścia, pokuty i ostatecznej zmiany, kiedy nie chce już być tym człowiekiem, którym był. Bardzo mi się podoba ewolucja relacji Jacksona i Susan - fakt, że on jest nieuleczalnym, nieżyciowym romantykiem i że ona ma dość, DOŚĆ nie tylko utrzymywania go, ale i myślenia za niego i że w pewnym momencie dochodzi do wniosku, że nie potrzebuje mężczyzn. Bardzo, bardzo cenię scenarzystów za pokazanie, że marzenia Rose o karierze aktorki oparte są - właśnie na marzeniach, a nie na jakimkolwiek talencie wokalnym czy aktorskim: to, że ona nie okazuje się nową Sarą Bernhardt, że śpiewa fatalnie - i co z tego? Nic to zmienia, Rose chce za wszelką cenę być aktorką i być może nią, na chwilę, zostanie. Wielki, wielki plus za wyprowadzenie, w ostatnich odcinkach, sierżanta Athertona zza biurka i zrobienie go postacią, a nie tylko gadżetem, plus za skomplikowaną historię Flighta. No i w końcu mieliśmy superwroga, w postaci zdeprawowanego i do cna skorumpowanego policjanta Jedediah Shine'a - i scenarzystom udało się z tej malowanej najczarniejszymi odcieniami czerni figury zrobić, mimo to, postać intrygującą i groźną. 

No ale. No ale mój ulubiony motyw mi scenarzyści zlikwidowali, i to tak głupio, IMHO, że aż boli. I to mam do nich największe pretensje.

Szalenie podobał mi się bowiem fakt, że Drake, odrzucony przez Rose, ożenił się z inną z eks-dziewcząt Susan. Że scenarzyści nie poszli w tę, tak bardzo, bardzo tu nie pasującą, wytartą historyjkę o tym, że Jedyna Prawdziwa Miłość, że Złamane Serce, że Nikt Tylko Ona. Ta historia małżeństwa, w którym obie, pokopane mocno przez życie strony starają się z całych sił, żeby dać sobie nawzajem trochę miłości i złapać trochę szczęścia, wydała mi się... dorosła, życiowa, pasująca do tego, jak ja te postacie postrzegałam.

No ale nie. Belli dopisze się ni z tego, ni z owego przeszłość kochanki głównego guru sekty i matki nieżyjącego (od niedawna?) dziecka, o którym nic nie wspomniała, po czym się ją zabije (znaczy, wymusi średnio uzasadnione samobójstwo), zostawiając Drake'a w desperacji i lekkie hinty, że Jedyna Prawdziwa Miłość zwycięży i Rose jednak, zamiast kariery, wybierze bycie drugą panią Drake. No, może wybrałaby, ale serial skasowali. Bye, fajna ideo na Rose i jej życie; bye, fajna ideo na małżeństwo Drake'a. Witaj, OTP. Jeżeli cokolwiek kiedykolwiek mnie kiedykolwiek w RS zdenerwowało, to to (i nie, nie zmienia to mojej opinii o tym, że podoba mi się rozwój postaci Drake'a wcześniej i później).


No dobra, pochwaliłam. Ponarzekałam. A teraz przypomnę, jaki to jednak jest fajny serial, summa summarum, i poproszę o trzeci sezon.

poniedziałek, 08 kwietnia 2013

Oglądam sobie serial, jestem w połowie I sezonu i nawet mi się podoba, od czasu od czasu.

 

http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/6/60/Manhattan_Skyline.jpg


Serial jest... nie tyle nawet kryminałem, sensu stricto, co serialem detektywistycznym. Mamy nawet team detektywów: on (właściwy Detektyw) i ona (Pomocnica). Sprawy, z jakimi mają do czynienia, są z gatunku tych typowych - typowych, czytaj, dla tego gatunku i tego typu filmów, mocno za to nietypowych (by nie rzec: kompletnie nierealistycznych) z punktu widzenia tzw. życia codziennego. Bohaterowie muszą na przykład mierzyć się z siatką rosyjskich szpiegów, rozwikłać sprawę bardzo skomplikowanych (i równie skomplikowanie motywowanych) morderstw na wysokim szczeblu w korporacji, że nie wspomnę o nieprawdopodobnie wydumanych samobójstwach, rozwiązać problemy z paroma seryjnymi mordercami (w tym jednym samozwańczym aniołem eutanazji), rozważyć rolę ofiary porwania w kolejnych porwaniach dzieci i tak dalej, i tak dalej, i tak dalej. I OK, są wśród spraw takie, które u tego konkretnego widza wzbudziły lekką irytację swoją oczywistą "telewizyjnością" i sztampowością (rosyjska komórka wywiadu! w postaci rodziny! ratunku!), ale zdarzają się i takie, które oglądało się bardzo dobrze, były intrygujące i - jeśli nie fascynujące - to przynajmniej, jako zagadki kryminalne, wciągające i rozrywkowe. 

Nasi detektywi... cóż, też są z tych raczej przewidywalnych. Ona, niechętna początkowo przyjaciółka i partnerka (w pracy), jest inteligentną, rzeczową i konkretną profesjonalistką, ale jakoś nie zawsze i nie do końca (ona jest z gatunku tych filmowych lekarzy, co się wzdragają na widok krwi); jest singielką nie narzekającą na los, ale do byłego ma słabość, a od nowego kolegi najchętniej dowiedziałaby się czegoś o jego życiu prywatnym, w sensie: uczuciowym. On jest na pozór zimny, oschły i ironiczny, a przy tym mizantropijny, ale to tylko pozory, i to łatwe do przejrzenia. Niewiele mu trzeba, żeby zacząć komplementować przyjaciółkę za detektywistyczne umiejętności; prędko zaczyna dawać jej do zrozumienia, że ją szanuje i mu na niej zależy, często też stara się podbudowywać jej poczucie własnej wartości. Wobec przyjaciół w ogóle jest - mimo twierdzenia, że ich nie ma - lojalny (Pomocnica, kolega-aktor). I OK, to jest facet z kłopotami, z historią uzależnień i z problemami z rodziną (nieobecny ojciec, którego obojętność wyraźnie i osobiście naszego bohatera dotyka), co skutkuje niejaką nieumiejętnością funkcjonowania w społeczeństwie - ale zarazem człowiek niezwykle etyczny, o głębokim poczuciu sprawiedliwości, współczujący wbrew pozorom i głęboko troszczący się o niewinne ofiary (każe sobie nie przeszkadzać, bo od tego zależy odnalezienie dziecka, życzliwie i ze współczuciem traktuje dręczoną przez kochanka chińską dziewczynę i rosyjską seks-niewolnicę); mordercze instynkty włączają mu się wyłącznie wobec faceta, który zabił mu dziewczynę. To uczucie zresztą, do kobiety spotkanej, kiedy już zwątpił w to, że się jakąkolwiek kobietą zainteresuje, i niedługo potem utraconej, wydaje się przytłaczać całe jego życie: to jest źródło jego traumy, jego główna tajemnica i de facto powód jego popadnięcia w nałóg.

Postać nie jest może szaleńczo oryginalna - OK, powiedzmy to sobie szczerze, gdyby chcieć nakręcić naprawdę wiarygodny film o jego dzieciństwie, musiałby się on nazywać Trzech mężczyzn i mały lord, a mężczyznami in question musieliby być pp. Adrian Monk, Gregory House i Richard Castle po namyśle, chyba jednak Tony Stark - ale budzi sympatię widza, zwłaszcza, że jest znakomicie zagrana, a odtwórca tej roli umiejętnie rozgrywa kontrast między geniuszem bohatera a jego momentami autodestrukcyjnym, a momentami dziecinnym i niepoważnym zachowaniem (nasz bohater przy całych swoich talentach zapomina o jedzeniu, jest flejtuchem, nie zmywa naczyń, nie zmienia koszul, a potrzeby emocjonalne i seksualne realizuje z prostytutkami - ani chybi skutek wychowania przez Gregory'ego House'a). I tak jak mówię - może to niezbyt oryginalny pomysł, ale zagrany znakomicie.

Serial ma przepiękne momentami zdjęcia (acz Nowego Jorku jako miejsca akcji nie ogrywa ani w jednej dwudziestej tak dobrze jak choćby CSI:NY), ma dobrych aktorów, a scenariusze z kolei mógłby miewać lepsze, ale generalnie ogląda się całkiem fajnie. Ja tylko muszę cały czas powtarzać sobie jedno: że Pomocnica ma nazwisko po współodkrywcy DNA, a detektyw po eks-żonie Toma Cruise'a, bo jakbym miała oglądać ten serial jako wersję przygód Sherlocka Holmesa i doktora Watsona, i pogodzić etos tych postaci z charakterami Conan Doyle'a, to bym chyba jednak dostała lekkiego rozdwojenia jaźni.    

 

 

 on nawet trochę wygląda jak House... 

 

Elementary, pomysł serii i produkcja: Robert Doherty, wyst. Jonny Lee Miller, Lucy Liu, Aidan Quinn,  CBS 2012

niedziela, 11 listopada 2012

Agatha Christie, 12 prac Herkulesa, tł. G. Jesionek, wyd. Hachette 2002

 

 

Och, wreszcie (dzięki, kochani studenci!) zebrałam się do napisania o książce, za którą przepadam. I tak, czasem bym najchętniej usiadła i płakała nad niektórymi pomysłami autorki (może w tym zbiorze mniej, niż w innych), ale i tak, no nic nie poradzę, tę konkretną książkę, czasami za jej wady, uwielbiam.

Punkt pierwszy: Christie kompletnie olewa, na pozór, swój antyczny "wzorzec" (ale nie dajcie się nabrać, za dobrze się na tym znała). Poirot wyraża się o swoim greckim imienniku per wielki muskularny osiłek o śladowej inteligencji i zbrodniczych skłonnościach i niespecjalnie ma szacunek dla niego i dla jego świata. To się, oczywiście, znakomicie mieści w etosie Poirota - człowieka nieprzytomnie praktycznego i do bólu przyziemnego (no, chyba, że chodzi o hrabinę Rossakoff), zadowolonego w sumie dziecka swoich czasów (no, chyba, że chodzi o kobiety). Hercule P., nieduży, elegancki, wygodnicki i traktujący z co najmniej lekką pogardą sport i wysiłek fizyczny, włącznie ze zbieraniem dowodów (czy to nie on najbardziej lubi rozwiązywać sprawy zza biurka?) jest więc całkowicie różny od Heraklesa... tylko że wcale nie. Przecież (pomijając już nawet godny herosa poziom samozadowolenia Poirota i jego samoocenę) i Herkules, i Hercule są w swoim fachu po prostu najlepsi....  

Christie stosuje tu kilka różnych strategii, jak chodzi o szukanie odpowiedników dla antycznych spraw. Najprostszą jest, oczywiście, radykalne obniżenie tonu i parodia: syn Zeusa walczy z lwem o żelaznej skórze, ale dzielny syn belgijskiego narodu co najwyżej będzie musiał poradzić sobie z paroma pekińczykami i jedną kobietą zdecydowanie sprytniejszą, niż na to wygląda (Lew nemejski).

Czasami zdarza się autorce także odwoływać się do skojarzeń oczywistych, de facto utrwalonych w języku: hydrą o wiecznie odrastających głowach okazuje się uparta plotka, łanią - pełna wdzięku balerina, ludożerczymi klaczami - handlarze narkotyków. W tym ostatnim opowiadaniu widać wyraźnie, że przeniesienie dziejów Heraklesa w czasy współczesne niekoniecznie musi wiązać się z nadaniem przygodom charakteru komediowego - to akurat opowiadanie ma ton jak najbardziej serio i dotyczy poważnego i poważnie ujętego problemu. Stajnie Augiasza z kolei odnoszą się, rzecz jasna, do polityki i obrzucania przez prasę błotem przedstawicieli tejże. Tu akurat Christie bardzo pomysłowo odwołuje się do kluczowego konceptu mitycznej pracy: i Herakles, i jego współczesny odpowiednik mają mało czasu i muszą wykonać to zadanie mocno niekonwencjonalną, a zarazem dość niebezpieczną metodą...

Nie zawsze jednak zestawienie prac Herkulesa i Hercule'a idzie za tak utartymi skojarzeniami. Literacko chyba najbardziej, moim zdaniem, udało się autorce opowiadanie o ptakach stymfalijskich, gdzie, owszem, tytułowe groźne dla ludzi i uprzykrzone ptaszyska to dwie kobiety, ale - zupełnie nie te, które wydają się podejrzanymi.... Autorce udało się ten twist zbudować chyba po części ze względu na ciekawy wybór perspektywy narracyjnej: patrzymy na wydarzenia oczyma nie Poirota, ale jednego z głównych bohaterów, a jego kompetencje (i orientacja w świecie) są bardzo wątpliwe...

Czasami podobieństwo między sprawami widoczne jest ledwie-ledwie: stadem Geryona są starsze, zamożne i samotne panie, otumanione przez złowrogiego przywódcę sekty. Pasem Hipolity jest... Pas Hipolity, zaginiony obraz Rubensa; do podobnego, wizualnego skojarzenia odwołuje się również opowiadanie o jabłkach Hesperyd: tym razem chodzi o kielich z wyobrażeniem jabłek, choć tu akurat odniesień jest więcej, bo pojawia się i temat wędrówki na koniec świata (biedny Poirot...) i rozumienia szczęścia.

Zupełnie luźne jest skojarzenie między bykiem kreteńskim a klasyczną sprawą szaleństwa w rodzinie (i syna, który nie jest synem ojca, więc nie odziedziczy po nim obłędu), podobnie jak między niebezpiecznym wodzem gangu a dzikiem z Erymantu. W tym ostatnim jednak autorka ma, mam wrażenie, jeszcze jeden, dodatkowy pomysł na literacką grę: nieuchwytny superprzestępca, którego twarzy nikt nie zna, małe miasteczko w Szwajcarii... komuś się to z czymś kojarzy?          

Najbardziej oczywiście "antyczną" proweniencję i charakter ma tu Cerber. Jest... psem. Może nie trzygłowym, ale groźnym. Rezyduje w piekle - znaczy się, w "Piekle", modnym klubie - i ma co nieco do czynienia z tutejszą the woman, hrabiną (tak zwaną) Verą Rossakoff. Świat może się i zmienił, Porot może i zadeklarował w opowiadanku wstępnym, że żadnych kobiet, no ale, the woman to the woman, nie ma zmiłuj.

Jak się to dzisiaj czyta, nieodparte jest wrażenie nieoryginalności - to wszystko już było. Pewnie, było - tylko czasami warto pamiętać, że było właśnie tutaj, jeśli nie po raz pierwszy, to na pewno w klasycznym ujęciu. I tak, pisarstwo Christie ma wady, jej poboczni bohaterowie rzadko są pełnokrwiści, a niektóre uwagi o cudzoziemcach, kobietach i Żydach brzmią dzisiaj, cóż, archaicznie to say the least, niemniej jednak: Hercule Poirot. Co za facet! 

czwartek, 23 sierpnia 2012

Marek Krajewski, Widma w mieście Breslau, wyd. II, Warszawa 2005

 

Ten wpis jest z dedykacją dla Cedroo, który wymyślił  napisanie o MK, i dla Sherlockisty, z ukłonami i przeprosinami za wtargnięcie na terytorium.

Spoilery: Widma w mieście Breslau, cała Elizabeth George... ahem, The Silver Blaze? I Klacze Diomedesa Agathy Chrisite? I Study in Pink. I uwaga, momentami jest obrzydliwie (z cytatami). 

 

Źródło: esensja.pl

To jest jedna z tych książek, przy których prawie się modliłam, żeby mi się podobały (drugi raz tak miałam z Lisbet Salander). Dlaczego? Bo się wtedy wszystkim podobała (a przynajmniej tak mi się zdawało), bo ja lubię kryminały, bo bardzo sympatycznego autora poznałam, zanim został publikowanym pisarzem (filologów klasycznych nie ma aż tak dużo), bo... bo sama nie wiem, co.

W 2005 podobała mi się średnio (na mojej ówczesnej stronie internetowej miałam nawet dość mało entuzjastyczną recenzję). Dzisiaj skończyłam ją czytać po raz drugi - i tym razem, szczerze mówiąc, podobała mi się jeszcze mniej.  

Jeden mój problem z tym tekstem ma charakter, powiedzmy sobie, gatunkowy. Będę teraz mało precyzyjna, no ale cóż - mówię o własnych odczuciach, a nie o gatunkowych definicjach. Sama osobiście dzielę sobie mianowicie powieści i opowiadania kryminalne na dwie grupy: the o zagadce i te o ludziach.

Te o zagadce - no cóż, moim ulubionym przykładem jest tu Morderstwo w Orient Ekspresie, gdzie tak naprawdę - mimo ostentacyjnie budzonego współczucia dla oryginalnej, pierwszej ofiary i jej rodziny - chodzi przede wszystkim właśnie o zagadkę, o intelektualną łamigłówkę i błyskotliwie wymyślonego puzzla, o, najkrócej mówiąc, whodunnit. To są takie teksty, w których chcesz wiedzieć "kto, do cholery, to zrobił", ewentualnie "jak, do cholery, to się stało", te, w których ogromnie ważne jest, że pies nie szczekał, że podagra najczęściej atakuje starszawych dżentelmenów i  że walizka była różowa. Bardzo takie powieści/opowiadania/filmy lubię - i absolutnie nie oczekuję od nich, że skupią się na kwestii tego, dlaczego cztery młode dziewczyny dały się wciągnąć w handel narkotykami, jak się czuje kobieta, której dziecko kilkanaście lat wcześniej urodziło się martwe i na czym polega uzależnienie od hazardu na przykładzie zakładów na wyścigach konnych.     

Właśnie tego natomiast spodziewam się po powieściach (etc.) kryminalnych, które są o ludziach: w zasadzie skupiają się albo na detektywie i jego losie, albo na ofierze i sprawiedliwości, jaka powinna być jej oddana. Innymi słowy - to są często powieści psychologiczne, z zacięciem obyczajowym albo społecznym, i z elementami intrygi kryminalnej. Patrz, znaczy się, Millenium. Albo Elizabeth George, która po tym, jak w absolutnie emocjonalnie manipulatorskiej sekwencji wydarzeń pozbyła się najsympatyczniejszej chyba postaci, żony swojego głównego bohatera, poświęciła 650 stron (całą nową powieść) wyłącznie na historię nieszczęsnego dziecka z gangu, które panią Lynley zastrzeliło.

Przyznam się po cichu, że wolę te pierwsze [i wiem, że taka klasyfikacja jest wielce nielogiczna i niepełna, wiem], choć zdarza mi się zachwycać tymi drugimi (summa summarum, spora część twórczości Dorothy L. Sayers by się mogła tu zmieścić, patrz moje ulubione Gaudy Night). A Widma... Widma są po trochu i jednym, i drugim. Niestety.

No bo tak: autor, który rzeczywiście robi wrażenie znakomicie znającego się na rzeczy (robi wrażenie, bo ja się kompletnie nie znam na przedwojennym Wrocławiu i jego dziejach), skupia się bardzo mocno po pierwsze na realiach, po drugie - na motywacjach zarówno dręczonego traumą wojenną Mocka, jak i mordercy-spirytysty. Poświęca ogromnie dużo miejsca miastu - jego urodzie szpetocie, nostalgicznemu urokowi brudowi i ohydzie jego uliczek, brudowi i szpetocie w ogóle zresztą; skupia się - przy pomocy zabiegów takich, jak opisywanie snów bohatera - na tym, co sprawia, że Mock żyje tak, jak żyje (w skrócie: żre, chleje, chodzi na dziwki i jest nieszczęśliwy). 

A zarazem... zarazem, po pierwsze, to wszystko już było: Mock przypomina mi podkręconą i podrasowaną postać detektywa z czarnego kryminału, Philipa Marlowe'a na XXI wiek: bardziej pijącego, bardziej straumatyzowanego, bardziej... no, generalnie bardziej. Oczywiście, w tym gatunku to żaden zarzut, on się w końcu zawsze żywił sam sobą. Większy problem mam z faktem, że ja (ja, ja, ja, to jest wysoce subiektywna opinia czytelniczki) w Mocka nie wierzę - a jak już wierzę, to wydaje mi się wstrętnym bucowatym sukinsynem, któremu życzę jak najgorzej i w którego przypadku skuteczność jako detektywa nie ratuje, a traumy z wojny nie usprawiedliwiają bucowatości. 

Czemu nie wierzę w Mocka? Bo, primo, Krajewski pisze efektownie, ale wolałabym, żeby bohater (ten i każdy inny) czasami jednak po prostu szedł i sapał, a nie zionął nikotynowym swądem nadwerężonych płuc (s. 223) na przykład (a jak już jestem na tej stronie, anonimowy facet w trykocie mógłby pływać zamiast ciąć lekkie fale węzłami swych mięśni, tak skądinąd). Ta przesadna stylizacja dystansuje od bohatera, jej sztuczność - dla mnie, w moim odbiorze - udziela się postaci, a że Mock i tak robi na mnie wrażenie posklejanego z paru nie bardzo do siebie pasujących zestawów cech... cóż, rozpada mi się przed oczyma na kilku różnych Mocków: na skrzywdzonego, zawiedzionego Rhetta Butlera do kwadratu, szukającego wśród dziwek wymarzonej rudowłosej pielęgniarki, na typowego skutecznego i nieszczęśliwego detektywa, topiącego w kieliszku rozczarowanie światem i znużenie brudem, który go otacza (o brudzie za moment), na zawiedzionego w swych nadziejach intelektualistę i nieznośne alter ego autora-klasyka, sypiące łaciną na prawo i lewo (serio, to jest jakieś zboczenie zawodowe, wiem, bo sama tak mam)... Secundo - no nic nie poradzę, Mock jest w moich oczach, przez swój stosunek do ludzi (do ojca, do kobiet), antypatyczny, i to nie w sposób, który by mnie intrygował. To jest osobiste, nieracjonalne - ale nie mogę go ścierpieć i jedyne, czego nie lubię bardziej, to myśl, że zanim ta książka się skończy, autor każe mu cierpieć jeszcze bardziej. A ja już nie mogę znieść wyjściowego poziomu jego cierpienia. 

OK, gdzieś tam powyżej było po pierwsze, to teraz będzie po drugie. Z jednej strony Widma to historia z teoretycznie rozbudowaną psychologią (choć, rany boskie, postacie kobiece! Wszystkie, co do jednej! To jest temat na osobny wpis, i to w zupełnie innej kategorii!); z drugiej, tak naprawdę, chodzi nie tyle o ludzi, nie tyle o psychologię sprawców, policjantów i ofiar (szczerze mówiąc, odrzuciło mnie w momencie, kiedy podczas wizyty u tęgawej, rozmamłanej i rozpłakanej, i naprawdę, naprawdę nieszczęśliwej i zakochanej żony jednej z ofiar narrator opowiada nam, że wszystkim policjantom niezależnie od siebie chodziła po głowie bardzo okrutna myśl nie dziwię się, że miał kochankę - dowcipas jest tak głupawy, że aż wstyd, a nic nie wskazuje na to, żeby narrator dystansował się od podejścia bohaterów), co po prostu o whodunnit, a raczej - jaki związek ze sprawą ma przeszłość Eberharda Mocka. 

Pomysł na przestępstwo - seryjne, rytualne morderstwa z liścikami do Mocka, sugerującymi, że ma on coś ze sprawą wspólnego, choć on sam nie pa pojęcia, co - jest generalnie ciekawy, choć dość konwencjonalny (znowu, w tym gatunku to nie zarzut). Pomysł na przestępcę - wyciągniętego z lamusa nawiedzonego spirytystę i pedanta cytującego - jakże nieprzewidywalnie - łacińskich i greckich klasyków, a jednocześnie okazującego się (mówiłam, spoilery) najlepszym przyjacielem bohatera - już trochę mniej: żaden z niego Hannibal Lecter, raczej uczniak, płodzący, że się wczuję w styl, nudnawe elukubracje o ektoplazmach, eryniach i eterze. Poza tym - mamy tu (jak dla mnie) chyba najbardziej nieprzekonujący motyw dla seryjnego mordercy, jaki widziałam w swojej praktyce czytelnika powieści kryminalnych. Już zdradzam tajemnicę: czterech żigolaków, dyrektor portu, gruby rozpustnik, kilka prostytutek i ojciec Mocka zapłacili życiem za przerwany przez pijanego smarkacza oszukańczy seans spirytystyczny. Zważywszy, jak budowane jest napięcie, jakich paskudnych koszmarów i win przez Mocka popełnionych się spodziewamy, jak osobiste wydaje się to być - ja się poczułam paskudnie rozczarowana.

Poza tym - i tu już będzie skrajnie osobiście: brud. I smród. I ohyda. Nie mogę. Nie mogę znieść stężenia obrzydliwości w powieściach Marka Krajewskiego. Nie koszmaru morderstw, nie: raczej ciągłych opisów bebechów, plwociny, smrodu, psiej biegunki, lepiących się resztek jedzenia, odrażających ludzkich ciał. Prostytutka, która skacze po tłustych, mokrych i zawszonych włosach łonowych (s. 194) zapamiętała mi się z tej książki, niestety, raz na zawsze. 

Ergo - no, raczej rozczarowanie. No ale - pewnie i tak niedługo pojawi się tu recenzja z Erynii. Jak już przeczytałam, to i zrecenzuję.

piątek, 20 stycznia 2012

http://29.media.tumblr.com/tumblr_ly1rw6wYDR1qlcpyoo1_500.jpg

Moriarty is real.
Rich Brook: the man that never was.
Trust John Watson.


Also, IOU.

poniedziałek, 16 stycznia 2012

 

 http://27.media.tumblr.com/tumblr_laygaszgpT1qdas6ko1_500.jpg

 

 

No więc wrzucając tu jakiś czas temu Cascade de Riqenbac Turnera, miałam jakieś przeczucie. Od razu w pierwszej scenie mamy aluzję do drugiego najsłynniejszego pojawienia się wodospadu Reichenbach w angielskiej kulturze i jednocześnie - na moje wyczucie - do filmu z Brettem, gdzie chodziło, że przypomnę, o kradzież sławnego obrazu!

Nie mówiąc już o tym, że od razu w pierwszych minutach mamy z głowy wodospad Reichenbach. Niby go nie ma, a jest. No ale jest upadek, z oryginalnego miejsca pracy doktora Watsona, chwilowo w remoncie (dużo o tym było w gazetach w jednym z poprzednich epizodów).

Molly jest Mycroftem. Cudnie jej panowie wynagrodzili to, jak była traktowana: tu jest dzielna i mądra, choć niby się wiele nie zmieniła, i ma tę drobną nagrodę, że Sherlock w końcu to dostrzega i to do niej ma prośbę. A pani Hudson jest, tym razem, umierającą na suchoty angielską panienką.  

Mycroft nie może się oprzeć graniu w gierki z Moriartym, bo chyba żadne z tej czwórki (Irene, Mycroft, Sherlock, Jim) nie potrafi oprzeć się chęci pogrywania sobie z pozostałymi.

Bajki. Jak z Jedenastym Doktorem, choć to przecież nie Moffat pisał dzisiejszy odcinek. Jaś i Małgosia ze śladami z okruchów i but jak w Kopciuszku zdradzający sekrety. I jabłko na dodatek do zmyślone ad hoc opowieści o rzekomym rycerzu Okrągłego Stołu. BTW mój brat zaświadczy, że krzyknęłam "Jaś i Małgosia!" na ładnych parę minut przed Sherlockiem. 

Sherlock Holmes umiera tu dwa razy: raz jako detektyw i geniusz, w oczach świata, raz jako człowiek. Ani razu naprawdę, choć to pierwsze też mi się jakoś tam kojarzy z losem Jedenastego Doktora.

Martin Freeman zasłużył na BAFTĘ, Oscara i co tam jeszcze. Sherlock zasłużył na to, żeby porządnie dostać w pysk w pustym domu (ale Benedict Cumberbatch zasłużył na swoją porcję nagród).

W końcu wiedzieliśmy, że on nie umarł, prawda? Panowie po prostu postanowili trochę mniej oszukać. Ale ciągle nie chciałabym być Sherlockiem po powrocie. Biedny John.  

Piękna konstrukcja: aluzje do pierwszej serii, łącznie z cytatami (to o zostaniu zabójcą), powrót postaci z tamtych filmów, układ (z serią spraw) trochę wydaje się, początkowo, naśladować The Great Game.

Poza tym, serce mam złamane i jestem zachwycona. I w sumie nie bardzo wiem, co jeszcze powiedzieć, a poza tym zanim powiem, muszę pozbierać szczękę z podłogi. 

A prawdziwa recenzja będzie po 23, jak dostanę moje zamówione DVD.

EDIT ONE: Zapomniałam jeszcze, że mi się podobało zachowanie ramowej konstrukcji tekstu (it is with a heavy heart i John u pani psychoanalityk, z deszczem płaczącym za oknem).

EDIT TWO: Czyżbyśmy mieli uzasadnienie dla pięknych heroicznych ujęć Sherlocka na skale w Dartmoor :)

EDIT THREE: Sherlock rzekomo wynajduje Moriarty'ego, jak go wynalazł (naprawdę!) w Seven Per Cent Solution Nicholasa Meyera.

EDIT FOUR: Mesjańskie aluzje, śmierć za przyjaciół i walka dobra ze złem, anyone? Rusty Angel na to wpadła i od kiedy to u niej przeczytałam jakieś pół godziny temu, nie może mi to wyjść z głowy.

 
1 , 2
| < Lipiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
O autorze
Zakładki:
Autorzy
Blogi
Miejsca: różne
Omnia mea
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...