Detektyw story

poniedziałek, 29 stycznia 2018

The Woman in Green, scen. Bertram Millhauser, reż. Roy William Neill, 1945

 

Inspektor Gregson! Nowy Kuba Rozpruwacz jako red herring! Dialogi Holmesa z Gregsonem! Skomplikowana, wielopoziomowa zagadka! Przebiegła i skuteczna czarna charakter! I PROFESOR MORIARTY! The Woman in Green jest filmem zdecydowanie wartym obejrzenia – a powiedziałabym, że wartym także odświeżenia, bo niektóre w nim pomysły aż się proszą o uwspółcześnienie.

'Everything I have to say has already crossed your mind'.
'Then possibly my answer has crossed yours.'


 

Ten film zasadniczo opiera się na oryginalnym pomyśle scenarzysty, choć i niektóre sceny, i dialogi zahaczone są w oryginałach Conan Doyle’a, konkretnie w The Final Problem i The Empty House. Film zaczyna się od sceny, od razu sugerującej, że dzieje się coś bardzo niedobrego: podczas zbiórki, a potem spotkania londyńskiej policji dowiadujemy się, że po Londynie grasuje – cóż, dziś powiedzielibyśmy „seryjny zabójca kobiet”, w 1945 tego terminu jeszcze nie było; w świecie przedstawionym bohaterowie odwołują się do Kuby Rozpruwacza i mówią o homicidal maniac. Giną młode kobiety, których nic nie łączy – z różnych środowisk, różnie żyjące, o różnych zawodach. Morderca je atakuje, zabija, a potem zabiera trofeum: mały palec.  Policja jest w panice, bo nie ma żadnych śladów, a Watson lekceważy komentarze swojego przyjaciela, że za wszystkim stoi profesor Moriarty – w końcu Moriarty’ego powieszono dwa lata wcześniej w Montevideo!

Zaczyna się Kobieta w zieleni jak wczesny film o seryjnym zabójcy – i jest tylko jedna osoba, która w to nie wierzy i wietrzy w całej sprawie coś bardziej diabolicznego niż działania maniaka, że zacytuję. Tą osobą jest, przewidywalnie, Sherlock Holmes. W pewnym momencie ni z tego ni z owego Holmes zabiera inspektora Gregsona na drinka (whisky and soda – to gdybyście pytali, jakie drinki pije Sherlock Holmes). Nie jest to jego typowe zachowanie – tak jak nietypowe jest to, że wpatruje się w siedzącą przy jednym z sąsiednich stolików posągową piękną blondynkę. Kobiecie towarzyszy elegancki mężczyzna, starszy od niej wdowiec, sir George Fenwick. Rozpoznawszy go, Gregson pyta Holmesa, czy Fenwick jest z córką. „Niech pan nie będzie naiwny”, odpowiada na to Holmes. Pod koniec spotkania, kiedy sir George i dziewczyna wychodzą, Holmes zastanawia się, dokąd idą. „Niech pan nie będzie naiwny”, ripostuje Gregson, a my jeszcze nie wiemy, jak wielkie znaczenie m ta scena dla dalszego rozwoju akcji.

Powoli zaczyna wychodzić na jaw cała skala diabolicznej intrygi: ginące młode kobiety są dla paskudnej szajki tylko narzędziami. Ich śmierć to krok do celu: tak naprawdę chodzi o to, żeby znarkotyzować i zahipnotyzować bogatych mężczyzn, podrzucić im odcięte palce i szantażować, a potem najlepiej zmusić do samobójstwa. Mózgiem operacji jest, zgodnie z przewidywaniami Holmesa, profesor Moriarty, ale jedną z głównych postaci w szajce zabójców kobiet jest młoda kobieta – ta właśnie oglądana wcześniej przez Holmesa elegancka dziewczyna, Lydia Marlowe. Lydia jest prawdziwą filmową modliszką, zimną i bezwzględną, idealną podwładną Moriarty’ego. A skoro mowa o Moriartym…

 

Znana nam już z innych filmów z tej serii
Hillary Brooke jako demoniczna Lydia Marlowe


W odróżnieniu od poprzednich filmów, gdzie w jego roli pojawiał się George Zucco, Moriaty’ego tutaj gra, bardzo zresztą skutecznie i przekonująco, inny ważny aktor charakterystyczny ówczesnego kina, Henry Daniell. Tu w ogóle z obsadą jest zabawnie, bo powtarza się, w innych rolach, mnóstwo osób z poprzednich filmów z serii: widzieliśmy już wcześniej i Hillary Brooke, i Paula Cavanagh, a w poprzednim filmie gosposię grała będąca tu pomocnicą Lydii Sally Shepherd.

Ale o czym ja to… Aha, Moriarty. Znowu jest w tym filmie scena, którą wielbiciele Sherlocka BBC rozpoznają. Holmes jest sam w domu, Watson chwilę wcześniej został wywabiony fałszywym zleceniem. Detektyw, samotny, gra na skrzypcach. Przerywa na moment, gdy słyszy kroki na schodach. Nie widzieliśmy twarzy idącego, ale i my, i Holmes wiemy, że to może być tylko jedna osoba. Detektyw wraca do grania. Nieproszony gość wchodzi, Holmes go zaprasza. On i Moriarty rozpoczynają rozmowę (sławnym dialogiem z The Final Problem), trochę sobie bardzo uprzejmie grożą, a i rozstają się słowami, które byłyby całkiem na miejscu w grającej ich wzajemną fascynacją adaptacji BBC:

Holmes: "And we shall walk together through the gates of eternity, hand in hand".
Moriarty: "What a charming picture that would make".

The Woman in Green jest na youtubie w całości, oglądajcie!     



niedziela, 28 stycznia 2018

The House of Fear, scen. Roy Chanslor, reż. Roy William Neill, 1945

 

Pomyliłam kolejność, przyznaję: następnym filmem obejrzanym i zrecenzowanym w serii „Sherlock Holmes 1939-46” powinna być Zabójcza perła, mniej więcej adaptacja Sześciu popiersi Napoleona. Niemniej, mnie się kolejność poprzestawiała – a i, nie oszukujmy się, w przypadku tej serii filmów nie jest ona jakoś szczególnie istotna – i obejrzałam najpierw Dom grozy, który niniejszym tutaj zrecenzuję.

 

Znany angielski aktor charakterystyczny
Aubrey Mather (1885 - 1958)
zagrał postać ostatniego (?) z ocalałych Towarzyszy


Punktem wyjścia dla scenariusza Roya Chanslora, doświadczonego scenarzysty głównie filmów klasy B – który miał jeszcze przed sobą swój największy triumf, a mianowicie autorstwo powieści Kasia Ballou, na podstawie której nakręcono rok po jego śmierci, w roku 1965, western z Oscarową rolą Lee Marvina – było opowiadanie Pięć pestek pomarańczy. Ale nie oszukujmy się, fabuła filmu została oparta na nim bardzo luźno – i tak po prawdzie na dobre jej to wyszło.

O co chodzi? Otóż o najnowszego klienta Holmesa. Do detektywa zgłasza się mianowicie agent ubezpieczeniowy, który ma do opowiedzenia dość niezwykłą historię. W pewnym mianowicie zamku w Szkocji – o jakże odpowiedniej nazwie Dreadcliff House - mieszka sobie razem siedmiu zamożnych, starszych kawalerów.  Nazwali się Dobrymi Towarzyszami i, tak po prawdzie, niewiele mają ze sobą wspólnego, jak chodzi o drogi życiowe i zawodowe – jest wśród nich dziedzic majątku, lekarz, emerytowany wojskowy, eks-kapitan okrętu – ludzie, generalnie, różnych zawodów i zainteresowań. Co ich łączy, to, jakże przewidywalnie, fakt, że stać ich na to życie oraz, trochę mniej przewidywalnie – że wszyscy mają wysokie polisy ubezpieczeniowe, których beneficjentami są, zgadliście, pozostali Towarzysze. Kiedy pierwszemu z nich ponura gosposia przynosi kopertę, a w niej siedem pestek pomarańczy, traktują to jako żart. Wkrótce jednak zaczną się  morderstwa i Towarzyszom przestanie być do śmiechu…

Pierwszym bardzo dobrym efektem w tym scenariuszu jest to, jak wprowadzona zostaje cała sprawa. Na początku filmu widzimy Dreadcliff House i słyszymy coś, co bierzemy za głos zza kadru, opowiadający historię dziwacznych zabójstw w niemal-nawiedzonym, gotyckim domu: do kompletu jest nazwa, wygląd, wrzosowisko, samotność i gospodyni jak z horroru. Chwilę potem jednak okazuje się, że narracja nie jest zza kadru, że widzieliśmy zwizualizowany fragment historii opowiadanej przez klienta, i że oprócz gotycyzmów i tajemnic w tej sprawie jest jeszcze ubezpieczalnia i duże pieniądze. Ten kontrakt bardzo dobrze wprowadza nas w historię, w której te dwa gatunki – opowieść niesamowita (pełen tajnych przejść dom, nastrój z nieodzowną burzą za oknami, miejsce, zagadkowość groźby z pestkami) i realistyczny kryminał / heist movie (zasadnicza fabuła) – będą się konsekwentnie przeplatać. Nastrój lęku narasta i nie pomaga nawet przyjazd inspektora Lestrade’a z Londynu (zwłaszcza że jak zwykle jest on średnio zorientowany w sprawie) : kolejne ofiary giną w coraz dziwniejszy i bardziej spektakularny sposób, a ich okaleczone ponad możliwość rozpoznania ciała budzą lęk tych, którzy jeszcze pozostają  przy życiu…

 

Sally Shepherd (1896 - 1982) w niewielkiej, ale bardzo skutecznie budującej klimat grozy i nawiedzonego domu roli ponurej gosposi


Ten scenariusz, tak po prawdzie, aż się prosi o uwspółcześnioną adaptację, dającą więcej czasu zarówno na rozwój charakterów, jak i na budowanie nastroju narastającej paranoi w domu, w którym codziennie ginie jeden z mieszkańców. Fabularnie to jest schemat jak z wcześniejszego o kilka lat I nie było już nikogo (a.k.a. Dziesięciu małych Murzynków), kryminalnego arcydzieła Agathy Christie – i ten aspekt jest nieźle wygrany w filmie Neilla, choć pogłębienie nastroju paranoi pewnie wyszłoby mu na dobre, podobnie jak rozbudowanie historii, motywacji i wzajemnych relacji Towarzyszy. Byłoby to tym fajniejsze w kontekście finałowego twistu, w którym okazuje się, że schemat a la Christie stoi tu, jak by to powiedzieć,  na głowie...
Przy tych uwagach trzeba koniecznie podkreślić, że The House of Fear to film zdecydowanie udany: nadal, po 70+ latach, bardzo dobrze mi się go oglądało. Po części pewnie odpowiada za to fakt, że w co najmniej paru momentach akcja wychodzi poza kilka pomieszczeń: mamy efektownie pokazaną scenę wypadku samochodowego jednej z ofiar, mamy także sensownie wykorzystane sceny w plenerze (Holmes, Watson i ślady na plaży). No i pomaga to, że finałowy twist jest naprawdę zaskakujący i szalenie efektowny: ostatecznie pokazuje on, jak gotycka i niesamowita konwencja jest tu świadomą, zaplanowaną maskaradą, mającą przykryć całkiem przyziemny, bardzo konkretny i bardzo, bardzo z tego świata przekręt.   

 

Basil Rathbone i Nigel Bruce


Holmes Rathbone’a mało ma tu nowego do zrobienia, może poza tym, że musi ratować Watsona – Rathbone na ekranie głównie dedukuje, ratuje i jest jak zwykle szalenie przekonujący i błyskotliwy w swojej roli; serio, nic a nic się ten pomysł na kreację postaci Holmesa nie zestarzał. Nigel Bruce jako Watson jest jak zwykle komiczny w swych słabostkach i przyziemności (jak wtedy, kiedy się skarży, że nie będzie mógł spać w domu grozy, a moment potem widzimy, jak mu się głowa zaczyna kiwać, oczy zamykać i ani się obejrzymy, a dobry doktor już przysypia w swoim wygodnym fotelu…  Oraz, za samą scenę, w której Holmes Prowadzi Śledztwo, a biedny Watson rozkopuje grób  jednej z ofiar ((„kop dalej, Watsonie, świetnie sobie radzisz”) i rozmawia z sową temu filmowi należy się honorowa wzmianka na liście Holmesów wszech czasów.

 



wtorek, 23 stycznia 2018

The Scarlet Claw, reż. Roy William Neill, scen. Paul Gangelin, 1944

 

Zaczyna się ten film jak klasyczna ghost story: niewielka parafia, obok elegancki stary dom, w nim lord i lady, a do tego duchowny i tajemnicza śmierć pani domu. I rzekome duchy i upiory. Akcja tym razem ewidentnie dzieje się w Kanadzie, ale wielkiej różnicy to nie robi – wszystko i tak wygląda jak brytyjska prowincja z powieści gotyckiej. Ach, i wioseczka nazywa się La Morte Rouge i ma legendę o potworze, jakby kto jeszcze wątpił w niesamowitość całej tej historii.

 

Watson pije z Francuzami Kanadyjczykami


Gdzie ja byłam? Aha, posiadłość. Pan domu, lord Penrose, jest nieobecny – przebywa w Montrealu na konferencji o zjawiskach nadnaturalnych, gdzie debatuje z niejakim Holmesem, Sherlockiem, o istnieniu/nieistnieniu tychże zjawisk.  On sam w nie wierzy, Holmes, przewidywalnie, nie. Dyskusja robi się nieprzyjemna, a potem jeszcze przychodzi telegram, z którego wynika, że pani domu nie żyje, ewidentnie zabita przez upiora…

Wokół tego konfliktu i wokół kwestii niesamowitości zbudowane jest zawiązanie akcji – Holmes, otrzymawszy już po śmierci lady Penrose telegram od niej z prośbą o pomoc, mówi do Watsona Po raz pierwszy zostaliśmy zatrudnieni przez zmarłą. Dodajmy jeszcze, że po scysji z mężem zmarłej ten nie ma najmniejszej ochoty na udział tego ohydnego sceptyka Holmesa i jego popychadła Watsona w śledztwie. Panowie trafiają do miejscowej oberży, gdzie jest miła dziewczynka i jej ponuro niemiły ojciec (którego Watson ostro ruga za uderzenie córki, punkt dla Watsona). Pan Journet, oberżysta, może być niemiłym typem, ale podobnie jak zmarła wcześniej lady Penrose, takie i on ma ponure przeczucia dotyczące własnego losu.  

 

Paul Cavanagh (1888 - 1964): prawnik, policjant i żołnierz, który został aktorem (a w The Scarlet Claw zagrał spirytystę, lorda Penrose'a


W okolicy wszyscy wierzą w potwora, ale z badań Holmesa powoli zaczynają wyłaniać się strzępy innej historii. Czy jest istotne, że późniejsza lady Penrose była w młodości znaną aktorką, która nagle zniknęła  bez wieści? Czy rany zadane przez wilkołaka nie wyglądają podejrzanie podobnie do tych będących skutkiem uderzenia ogrodniczymi grabkami o ostrych zębach? I czym jest potwór, czający się rzekomo na bagnach w okolicy La Morte Rouge?

Kanadyjczycy w zasadzie utożsamieni są tu z Francuzami, co daje asumpt do licznych scenek z akordeonem, pojedynczymi zwrotami po francusku i Watsonem usiłującym znaleźć się wśród dziwnych obcych. Watson, oczywiście, robi w tych scenkach za comic relief, zwłaszcza kiedy razem ze wszystkim iw tawernie troszeńkę nadużywa wina. W tym czasie bez wiedzy przyjaciela Holmes zajmuje się szukaniem nie-potwora na mglistych bagnach, w takt upiornego bicia dzwonów kościoła…  Oczywiście Watson, dowiedziawszy się o tej eskapadzie, rzuca się na pomoc i oczywiście obaj, doktor i detektyw będą mieć okazję zobaczyć ognistą, upiorną postać (Marku Gatissie, re: The Hounds of Baskerville, na Ciebie patrzę). Holmes oczywiście szybko odkrywa, że zamiast nadnaturalnego ognia mamy fosfor, ale potem nieomal wyznaje lordowi Penrose’owi, że wierzy w upiory – wszystko to oczywiście dlatego, że od początku to jego podejrzewa o zaaranżowanie morderstwa żony…. Bardzo fajnie jest ten mini-wątek poprowadzony - Holmes na tyle nie lubi zarozumiałego spirytysty, że pozwala, by przez moment ta antypatia przysłoniła mu fakty. No dobrze, nie trwa to długo - wkrótce nasz detektyw jest już na właściwym tropie, szukając tym razem podpowiedzi w przeszłości lady Penrose...

Kluczowe dla rozwiązania akcji okazują się nie duchy i upiory, a zapomniane tragedie i dawna aktorska kariera zarówno pani domu, jak i jej zabójcy. Giną dwie ofiary, trzecia cudem umyka śmierci – a wszystko to z rąk człowieka o wielu twarzach, który zmienia tożsamości jak rękawiczki i którego widzimy na ekranie od początku, choć od tym nie wiemy.

To jest – po słabszej Spider Woman – znowu bardzo przyzwoita historyjka kryminalna, z pretekstową (i podsumowaną patetycznym cytatem z Winstona Churchilla) Kanadą, z błyskotliwych Holmesem i mocno w tym akurat odcinku komicznym Watsonem. Zdecydowanie do obejrzenia.     



 

The Spider Woman, scen. Bertram Millhauser, reż. Roy William Neill, 1943

 

Andreę Spedding, czyli kobietę-Moriartego
zagrała w tym filmie Gale Sondergaard -
pierwsza w historii aktorka nagrodzona Oscarem za rolę drugoplanową
w roku 1936

 

Przyznajcie się, czekaliście, aż w końcu w tej serii pojawi się recenzja filmu, o którym napiszę, że jest dzieckiem swoich czasów i średnio się dziś nadaje, jako całość, do oglądania? No to się doczekaliście.

The Spider Woman jest konglomeratem – teoretycznie oryginalnym scenariuszem, posklejanym jednak z fragmentów i motywów różnych Holmesowych historyjek. Jest tu Moriarty, choć w spódnicy. Jest Holmes opowiadający o swej śmiertelnej chorobie (The Dying Detective) i ginący w otchłaniach (no, otchłaniątkach) górskiej rzeczki w Szkocji (The Final Problem), by następnie zjawić się, w dziwacznym przebraniu, przed Watsonem i Lestradem (The Empty House). Jest Pigmej-pomocnik, choć diabli wiedzą, po co (The Sign of Four) i morderstwo przy pomocy jadowitej bestii (hint: nie ma takiego pająka), wpełzającej przez kratkę wentylacyjną do pokoju (The Speckled Band). Jest i nieme dziecko z obsesją na punkcie owadów (The Copper Beeches), i trucizna zwana Radix pedis diabolicis (The Devil’s Foot), i Holmes każący wyszeptać sobie do uch odpowiednie hasło, jeżeli będzie zbyt pewny siebie (The Yellow Face). No i jest Andrea Spedding, super-przestępczyni, mająca co nieco charakterologicznie wspólnego może nie tyle z Doyle’ową Irene Adler, co z tym, co potem z tej postaci kultura popularna robiła.

Fabularnie wychodzi z tego trochę groch z kapustą: Holmes udaje chorobę i śmiertelny wypadek, by rozgryźć zagadkę rzekomych masowych samobójstw, popełnianych w środku nocy przez rozmaite osoby mniej lub bardziej publiczne; podejrzewa, że stoi za tym superprzestępczyni, więc żeby wywabić ją na światło dzienne, udaje przybysza z Indii i podsuwa swoją kandydaturę na ofiarę; rozwiązawszy kwestie kto i po co, przechodzi do jak, wyjaśnia (mniej więcej) problem pająka i pigmeja, zastawia pułapkę, sam w nią wpada i omal nie ginie tragicznie - w ostatniej chwili ocaliwszy życie, demaskuje zbrodniarkę i jej gang w wesołym miasteczku, kurtyna.

 

Sherlock Holmes udaje Sikha, Andrea Spedding udaje filantropkę

 

To jest ten odcinek, w którym Watson chce być sprytny i nie dać się Holmesowi nabrać po raz drugi, więc wykpiwa i nieco maltretuje, myśląc, że to Holmes, zupełne niewinnego gościa (co ogrywają później scenarzyści w The Empty Hearse Moffata-Gatissa). To jest, niestety, również ten odcinek, w którym nie bardzo wiadomo po co Holmes pomalowany na brązowo udaje Sikha. Teoretycznie ma to jakiś sens w zamyśle – ideą jest, żeby jego persona była kimś na brytyjskiej ziemi samotnym i łatwym do wykorzystania – ale działa nader średnio, i to nie tylko dlatego, że główny cel tej maskarady, pani Spedding, orientuje się natychmiast, że bynajmniej nie ma do czynienia z przybyszem z Indii…  To jest również ten odcinek, w którym Holmes omal nie zostaje zastrzelony jako Adolf Hitler – ale musicie sami obejrzeć, jeżeli chcecie wiedzieć, o co chodzi.

 


Co się broni w Spider Woman? Gale Sondergaard jest bardzo dobrą Andreą Spedding, mistrzynią kamuflażu, pozornie kapryśną i nonszalancką, w rzeczywistości chłodną i bezlitosną. Przy całym moim braku entuzjazmu dla wątku Holmesa jako Sikha ta scena, gdzie on wie, że ona wie, że on wie, że ona udaje, a jednocześnie oboje celebrują swoje przebrania: ona hiperangielska i damulkowata, on prowincjonalny egzotyczny gość  - jest dobrze napisana i pomyślana i daje obojgu aktorom sporo materiału do popisu. Fajnie byłoby, gdyby któraś z nowoczesnych adaptacji Sherlocka Holmesa dobrze zrobiła motyw „kobiety-Moriarty’ego”, potężnej a samodzielnej szefowej gangu, bo ani kapitan Shan w The Blind Banker BBC, ani Irene Adler w filmie Guya Ritchiego ani, jejku, Adler-Moriarty w Elementary IMHO nie są do końca udane jako criminal masterminds. Bardzo uroczy i serio wzruszający jest moment, kiedy po rzekomej śmierci Holmesa na Baker Street spotykają się najpierw Watson i pani Hudson, a potem – Watson i serio przejęty śmiercią detektywa Lestrade. I Rathbone, i Bruce są jak zwykle w swoich rolach kompetentni i wiarygodni – ale scenariuszowo to nie jest film tak udany, jak poprzednie z tej serii.

poniedziałek, 22 stycznia 2018

Sherlock Holmes Faces Death, reż. Roy William Neill, scen. Bertram Millhauser, 1943

 

Hillary Brooke (1914 - 1999)
amerykańska aktorka tak dobra w rolach Brytyjek,
że zaczęto jej je dawać nawet w angielskich filmach. Tu zagrała pannę Sally Musgrave.

 

Między recenzowanym przeze mnie dzisiaj Sherlockiem Holmesem w obliczu śmierci a poprzednimi Przygodami… są jeszcze trzy filmy: trzy filmy bardzo specyficzne, bo będące pierwszymi tak znaczącymi przeniesieniami historii Holmesa i Watsona w czasy współczesne. Akcja ich dzieje się bowiem podczas II wojny światowej, a premiery były odpowiednio w 1942 (Sherlock Holmes and the Voice of Terror) i 1943 (Sherlock Holmes and the Secret Weapon oraz Sherlock Holmes in Washington). Także w 1943 na ekranach pojawił się kolejny film z tego cyklu, recenzowany tu Sherlock Holmes Faces Death. Do tych wojennych wrócę osobno. Natomiast Sherlock Holmes w obliczu śmierci jest de facto na pograniczu, jak chodzi o uwspółcześnienie: teoretycznie dzieje się współcześnie, podobnie jak mini-cykl drugowojenny, a sprawa dotyczy między innymi żołnierzy, leczonych pod nadzorem doktora Watsona w szpitalu w wyjątkowo ponurej posiadłości rodu Musgrave’ów w hrabstwie Northumberland. Akurat tutaj jednak to uwspółcześnienie jest po prostu sztafażem: nastrojem i scenografią tej akurat historii bliżej jest, po prawdzie, do klasycznych dziewiętnasto- i wczesnodwudziestowiecznych opowieści o nawiedzonych domach i przeklętych rodach niż do szpiegowskich thrillerów wojennych, jakimi były trzy poprzednie filmy.

 

Dennis Hoey (1893 - 1960)
jako inspektor Lestrade.
Grał rolę inspektora w kilku filmach z tej serii.


O domu Musgrave’ów słyszymy pierwszy raz z prologu, w karczmie, gdzie jest ponury kruk (nie mówi Nevermore, ale prawie) i gdzie dostajemy opis pełnego zestawu motywów, jakie powinny nam się ze starą nawiedzoną posiadłością kojarzyć: stoi tam od zawsze, właściciele to ponure typy, dookoła domu widać tajemnicze światełka i słychać jęki i szczęk kajdanów… W domu Musgrave’ów wszystko jest tak, jak by amerykańska widownia lat 40. się spodziewała: schody skrzypią, okna trzeszczą, wiatr wyje na wzgórzach, państwo kultywują przekazywany od pokoleń dziwaczny rytuał, gosposia ma zaciśnięte wargi i gładko uczesany kok, a ponury i wścibski służący opowiada o tym, w której części domu ukazuje się duch którego przodka. A kiedy zegar na starej wieży – ukazanej oczywiście nocą, w upiornym świetle księżyca, wśród mgieł i chmur – uderzy trzynaście miast dwunastu razy, od razu wiadomo, że ożyje stara rodowa klątwa, nawet jeżeli na początku nikt w to nie wierzy….

W tak zwanym międzyczasie nieoczekiwanie zaatakowany zostaje jeden ze współpracowników Watsona, a dobry doktor, czując, że to wszystko znaczy troszkę coś więcej, niż się pozostałym wydaje, wybiera się po pomoc do Londynu.  Tę pomoc oczywiście uzyska: co prawda Sherlock Holmes jest w środku sprawy – w związku z czym widzimy, jak strzela do ściany, tym razem nie po to, by z nudów wypisać VR dziurami od kul, ale by sprawdzić ważną hipotezę – ale to nie znaczy, że usłyszawszy o ataku, nie uzna go za interesujący i godny zbadania. Ustaliwszy, że nie mógł to być duch, a przynajmniej nie dobrze wychowany duch (Watson: Ghosts don't stab people in the neck. Or do they? Holmes: Not the well-bred ghosts, no), panowie ruszają do hrabstwa Northumeberland, by tam, oczywiście, znaleźć pierwszego trupa I rozpocząć śledztwo. Własne śledztwo prowadzi również policja, w postaci (przystojnego I tradycyjnie niezbyt kompetentnego) inspektora Lestrade’a. Ofiarą jest jeden z braci Musgrave’ów, a upatrzonym przez Lestrade’a zabójcą – oczywiście cudzoziemiec, amerykanski officer-rekonwalescent, zakochany ze wzjemnością w pannie Sally Musgrave. Lestrade’owi trudno się dziwić: jako że braciszkowie niespecjalnie ucieszyli się z takiego absztyfikanta siostry, a ten z kolei sobie nie dał w kaszę dmuchać, doszło do awantury między dziedzicem rodu, Geoffreyem, a Amerykaninem; posypały się groźby, a kiedy następnie znaleziono Geoffreya martwego, podejrzany wydawał się oczywisty…

 

Basil Rathbone (Holmes) 


Śledztwo nabiera tempa po tym, jak zgodnie z rodzinną tradycją panna Sally, jako dziedziczka kolejnego dziedzica, wyrecytowała nad ciałem brata formułę rytuału Musgrave’ów  (że była burza, piorun wpadł do środka i zniszczył starą zbroję, nie muszę dodawać, prawda?).  Wkrótce ginie drugi z braci (i przydaje się do czegoś fabularnie karczma i jej kruk), inspektor Lestrade znajduje nowego podejrzanego, a my, wraz z Holmesem, zastanawiamy się – dlaczego ponury służący Brunton zna na pamięć słowa rytuału? Rytuału który, zresztą, całkowicie różni się od tego z opowiadania – ten filmowy oparty jest, jak się dość łatwo domyślić nawet słysząc go po raz pierwszy, na partii szachów, prowadzi też do innego rozwiązania i innego skarbu. Potem Holmes rozgrywa niezbędną partię szachów żywymi figurami, Lestrade przewidywalnie gubi się w tajnych przejściach, a dom, na czas poszukiwania zabójcy zostaje zamknięty, co nie robo zbyt dobrze dotkniętym PTSD pacjentom-żołnierzom…. Ostatnia część – Holmes rzekomo wyjeżdża po niezbędne mu chemikalia, Lestrade, Watson i reszta lekarzy mają strzec domu, zagadki i panny Musgrave  - zaczyna się ostrym suspensem, ale zaraz potem przechodzi w komedię (Watson jako strażnik) i kończy się konfrontacją między Holmesem a – przyznaję, nieoczekiwanym – mordercą.

 

Nevermore (no, mniej więcej)


Cóż jeszcze? Holmes jest, jak zwykle, geniuszem. Część roli komicznej przejmuje tu Lestrade, co pozostawia Watsonowi trochę więcej miejsca na bycie przede wszystkim fachowcem-lekarzem – i na dobre mu to wychodzi; choć, i owszem, komiczną scenkę pt. „idę – nie idę – idę – nie idę – idę” oczywiście ma. Fabuła jest spójna i konsekwentna, odejścia od opowiadania uzasadnione (scena szachów jest filmowo na pewno bardziej efektowna, niż byłoby odczytywanie rytuału takiego jak w opowiadaniu), nawet mimo nieco rozwleczonej sceny konfrontacji Holmesa z głównym złym i mimo faktu, że rozwiązanie z opowiadania (czyli to, co konkretnie skrywa rytuał Musgrave'ów) ma nieco więcej sensu. Lubiącym klasycznego Sherlocka Holmesa zdecydowanie polecam.



Czyli ten odcinek, w którym profesor Moriarty po raz pierwszy kradnie klejnoty koronne z Tower.

 

The Adventures of Sherlock Holmes, reż. Albert R. Werker, scen. Edwin Bloom, William Drake na podstawie sztuki Williama Gilette'a, 1939

 

George Zucco (1886-1960) przez większość swojej kariery grywał głównie czarne charaktery i szalonych naukowców. Nic dziwnego, że ma w dorobku także i rolę profesora Moriarty'ego.

 

Mam wrażenie - jako fanka Sherlocka Holmesa od jakichś 30+ lat - że wśród rzeczy, których fani Holmesa chcieliby od sir Arthura Conan Doyle'a najbardziej, na wysokim miejscu byłoby "więcej Moriarty'ego". Casus kanonicznego profesora jest taki, że poznajemy go w opowiadaniu, w którym ginie, a następnie zostaje wstecznie wprowadzony do dziejącej się wcześniej, ale napisanej później Doliny strachu. Mamy jeszcze uwagi na jego temat w Pustym domu i - tyle. Mało. MAŁO, zdecydowanie, jak na arcyvillaina i przodka całego typu czarnych charakterów typu "osobista nemesis bohatera".

Oczywiście na pomoc czytelnikom rzucili się natychmiast twórcy Holmesowych apokryfów, w tym także tych oficjalnie zaaprobowanych przez sir Arthura Conan Doyle'a. Jednym z nich była pięcioaktowa sztuka Sherlock Holmes, napisana oryginalnie przez samego Doyle'a, ale całkowicie przerobiona, za jego zgodą, przez aktora i dramaturga Williama Gilette'a. Gilette zagrał także rolę Holmesa w londyńskiej premierze z roku 1899.

Z tej sztuki - w której między innymi Sherlock Holmes się zakochuje - niewiele pozostało w nominalnie opartym na niej scenariuszu drugiego filmu duetu Rathbone - Bruce. W zasadzie jedyne, co tu mamy z treści sztuki, to rywalizacja Holmesa i Moriarty'ego; intryga z albatrosem i historia rodziny Brandonów to już pomysły scenarzystów.

A scenarzystom (był wśród nich późniejszy autor Stalagu 17, Edwin Bloom) film się zdecydowanie udał. Nie dość, że dość skomplikowaną intrygę do dziś ogląda się dobrze i z zainteresowaniem, to jeszcze pewne sceny skojarzy każdy, kto widział ostatnie adaptacje Conan Doyle'a. Pamiętacie, jak Holmes-Robert Downey Jr. tresował, ku rozpaczy Jude'a Lawa - Watsona, muchy? No więc Holmes Rathbone'a robił to pierwszy. Że już nie wspomnę o fakcie, że ten film zaczyna się od procesu, w którym Moriarty wbrew wszystkiemu zostaje uniewinniony, by następnie zająć się morderstwami będącymi zasłoną dymną, szmaragdem będącym zmyłką i klejnotami koronnymi w Tower. 

Yup, spory kawałek fabuły The Reichenbach Fall jest m.in. grą z tym klasycznym Holmesowym filmem.

 

Widz spragniony bliższej znajomości z profesorem Moriartym może go sobie tutaj pooglądać do woli - pojedynek między nim a Holmesem jest w tym filmie jednym z głównych motywów. Jest on przy tym zgrabnie spleciony z historią, którą Moriarty podsuwa Holmesowi, by go oderwać od śledztwa w sprawie, która naprawdę naszego demonicznego profesora interesuje. Ten motyw to historia Ann Brandon i jej brata: niedługo wcześniej w tajemniczych okolicznościach zmarł ich ojciec, a teraz Lloyd Brandon, jak ojciec przed nim, otrzymał tajemniczy list z rysunkiem przedstawiającym mężczyznę z zawieszonym na szyi martwym albatrosem...Lloyd wkrótce ginie, a Holmes i Watson będą musieli polegać na pomocy Ann, by rozwiązać zagadkę jej rodziny....

 

Ida Lupino (1918-1995), która tu jako młoda aktorka kompetentnie zagrała Ann Brandon, została potem jedną z pierwszych reżyserek, scenarzystek i producentek, pracujących z sukcesami dla kina i TV

 

Holmesowi nie umyka literacka aluzja w scenie z albatrosem - i, dokładnie tak jak Moriarty podejrzewał, wielki detektyw zajmuje się tym, co zagadkowe i nieprzewidywalne, zamiast wywiązać się z obietnicy i przyjrzeć nieudolnym groźbom w sprawie kradzieży pewnego szmaragdu... Jako że musi jednak coś z tym zrobić, do tej sprawy deleguje doktora Watsona - a cała sekwencja scen w Tower, która w związku z tym następuje, daje Nigelowi Bruce'owi kolejną okazję do ogrania śmiesznostek Watsona i pokazania go jako nieco zadufanego w sobie, komicznego i średnio, po prawdzie, kompetentnego pańcia. Ten trend będzie zresztą powtarzał się w kolejnych filmach tej dwójki. Elementów komicznych jest tu zresztą więcej - jest też Watson podczas włamania do Moriarty'ego i Holmes jako śpiewak wodewilowy na party u pewnej eleganckiej damy...

Ha, to się ciągle bardzo dobrze ogląda. Dla wielbicieli Sherlocka Holmesa zdecydowanie do obejrzenia.

sobota, 20 stycznia 2018

The Hound of the Baskervilles, reż. Sidney Lanfield, scen. Ernest Pascal, 1939

 

 

 

Basil Rathbone, podobnie jak później Jeremy Brett, urodził się, by grać Sherlocka Holmesa. Jego wersja wielkiego detektywa dla wielu pozostała kanoniczną -i, paradoksalnie, często mówimy tu o ludziach, którzy jego Holmesa nigdy świadomie nie widzieli.

Tym ciekawiej jest zauważyć, co się dzieje na początku tej legendy: w pierwszej adaptacji z parą Rathbone – Bruce, w roku 1939, kiedy obaj panowie spotkali się, jako Holmes i Watson, na planie Psa Baskerville’ów.  Scenarzyści, wówczas jeszcze ewidentnie nie cierpiący na powszechną dziś w Hollywood obsesję na punkcie origin story, postanowili nie dawać nam na początek spotkania Holmesa z Watsonem i Studium w szkarłacie, zamiast tego skupiając się na gatunkowo chyba najbardziej eklektycznej z historii Doyle’a, Psie Baskerville’ów.

 

Richard Greene (sir Henry)
i Wendy Barrie (Beryl Stapleton, jego ukochana)



Adaptacja Sidneya Lanfielda jest bardzo wierna fabule powieści Doyle’a: mamy wrzosowisko, dom Baskerville’ów, sąsiadów i ich sprawki, służącego (który się tu nazywa Barryman, żeby się nie mylił z supergwiazdą), jest zbiegły przestępca i wielki pies na bagnach i romans i Holmes udający komiwojażera… Jednocześnie warto jednak podkreślić, że to, jak dobrane są pewne elementy, co jest naświetlone, a co zepchnięte na dalszy plan, też wiele mówi.

Charakterystycznie, w tym filmie na liście obsady na pierwszym miejscu są popularny w latach 30. amant John Greene, grający sir Henry’ego Baskerville’a i partnerująca mu jako obiekt jego uczuć Wanda Barrie – konkretniej, są oni numerami jeden i trzy listy obsadowej. Między nimi jest Basil Rathbone, a Nigel Bruce został relegowany do numeru co prawda jeden, ale na liście pt. „W pozostałych rolach”. Jest to o tyle bez sensu, że akurat w tym filmie rola Watsona jest szczególnie ważna i znacząca – ale też wyraźnie podkreśla, co wytwórnia 20th Century Fox chciała w tym filmie wyciągnąć na pierwszy plan.

Pies Baskerville’ów – to znaczy powieść będąca wyjściowym materiałem tego filmu – jest z definicji powieścią kryminalną, z zagadką stojącą w jej centrum; tak mają w końcu wszystkie opowieści Conan Doyle’a o Holmesie. Jednocześnie w Psie autor dość skutecznie nas co do gatunku oszukuje: sugeruje, że będziemy mieć do czynienia z powieścią gotycką z elementami być może nawet horroru (Dom na wrzosowiskach! Klątwa rodowa! Potworny pies! Tajemnicze światła, ponury służący, zagadkowa śmierć dziedzica!). W rzeczywistości jednak Psu bliżej do, paradoksalnie, powieści obyczajowej – w tle jest przecież nie tyle klątwa i ogar piekielny, co dziedziczenie, testamenty i małżeństwo… Te elementy obyczajowo-romansowe są w tej konkretnej adaptacji wyraźnie wydobyte na światło i podkreślone – nieprzypadkowo wizyty, spotkania i flirty zajmują tu co najmniej tyle samo czasu ekranowego, co pościgi i malownicze (studyjne) ujęcia wrzosowiska we mgle. Scenki w domu sąsiadów, nieudany seans spirytystyczny, komiczny pieniacz z sąsiedztwa, rozwój romansu sir Henry’ego z panną Stapleton zajmują widza przez sporą część akcji, podkreślając, że Pies…, nie tylko w tej wersji, ma co najmniej tyle samo wspólnego z Dickensem, by nie rzec – z Jane Austen, co z M. G. Lewisem….

Szalenie ładnie poprowadzona jest tutaj postać Watsona. Nigel Bruce nie wygląda jeszcze aż tak bardzo jak emerytowany wujaszek, a i postać, którą kreuje, ma mniej elementów komicznych, a więcej – awanturniczych. Watson jest tu, dla fabuły i ze względu na poświęcony mu czas ekranowy, zdecydowanie ważniejszy od Holmesa. Dostaje też szanse, że pokazać się jako odważny, zdecydowany i rozsądny facet, eks-wojskowy, w którego kompetencje trudno wątpić. Bardzo, bardzo mi się też podoba to, jak reaguje, odkrywszy podstęp Holmesa – jest urażony i wściekły, że został oszukany przez przyjaciela, oświadcza, że mu tego nie zapomni i Holmes musi się trochę postarać, zanim zyska jego wybaczenie.

To jest, generalnie, bardzo wierna i udana adaptacja – i często potem przywoływana; wystarczy zobaczyć, jak wiele z tej klasycznej adaptacji widać w pozornie zupełnie innych Psach z Baskerville duetu Gattiss – Moffat, żeby się przekonać o jej znaczeniu dla rozwoju zjawiska pt. filmowy wizerunek Sherlocka Holmesa.

piątek, 19 stycznia 2018

 

Dressed to Kill, reż. Roy William Neill, scen. Frank Gruber i Leonard Lee, 1946

 

Miałam ja ostatnio urodziny, a w ramach prezentu urodzinowego kupiłam sobie między innymi coś, co chciałam mieć od dawna: kolekcję filmów o Sherlocku Holmesie i doktorze Watsonie. Kolejną, znaczy. Tym razem padło na uzupełnienie moich Holmesowych zbiorów o czternaście klasycznych filmów z Basilem Rathbonem i Nigelem Brucem. Kręcone w latach 1939-1946, filmy duetu Rathbone - Bruce obejmowały zarówno dość wierne przeniesienia na ekran poszczególnych opowiadań lub powieści Conan Doyle'a ?(Pies Baskerville'ów, 1939) i sztuk o Holmesie (The Adventures of Sherlock Holmes, 1939), luźniejsze adaptacje, często łączące wątki kilku tekstów (The Spider Woman, 1944), aż po scenariusze oryginalne (Sherlock Holmes in Washington, 1943).

Decyzja o daniu Basilowi Rathbone'owi roli Holmesa była natchniona: miał do tej roli talent, warunki, typ fizyczny i pomysł, jak ją zagrać. Jego Holmes - chłodny, perfekcyjny, elegancki w zachowaniu, ale potrafiący się znaleźć w każdych warunkach, bardziej intelektualny niż melancholijny, mistrz dedukcji, ale łagodzący swój zimny geniusz odrobiną życzliwości (patrz - fakt, że ewidentnie umie rozmawiać z małymi dziewczynkami!) - dla wielu i na długo był Holmesem idealnym (po nim, w takim stopniu,  był nim chyba tylko Jeremy Brett). Zaskakujące, jak niewiele się ta kreacja zestarzała.
Towarzyszący mu w roli Watsona Nigel Bruce także stworzył archetypową kreację - a mianowicie na długie lata wykreował wizerunek doktora jako jowialnego, ciamajdowatego, niezbyt bystrego, ale bezwzględnie lojalnego miłego wujaszka. Może najmniej widać to w pierwszym z cyklu Psie Baskerville'ów - ale kiedy dochodzimy do naszego dzisiejszego tematu, Dressed to Kill, taka kreacja Watsona jest już mocno ustalona. Aktorzy grający tę rolę po Nigelu B. mieli równie trudne zadanie wyjścia z jego cienia, co odtwórcy roli Holmesa po Rathbonie... 

Oficjalnie cykl rozpoczął się w 1939, od Psa Baskerville'ów, ale my - ze względu na moją chęć powrotu do akurat tego filmu - zaczniemy od Dressed to Kill, a więc - od końca.

 

 

Patricia Morison, która, z jej urodą, klasą i faktem, że była szkoloną mezzosopranistką, byłaby Ireną Adler idealną.

 

Ostatnie z cyklu, Dressed to Kill, ma bardzo dobrze napisaną i wymyśloną fabułę, opartą dość luźno na Sześciu popiersiach Napoleona. Na niewielkiej, raczej taniej aukcji zostają sprzedane trzy pozytywki, wyprodukowane, o czym wiemy z przedakcji, przez więźniów z zakładu karnego w Dartmoor. Jedna trafia w ręce młodej właścicielki sklepiku z różnościami, druga ? do ojca szukającego prezentu dla małej córeczki, a trzecia staje się własnością nieco ekscentrycznego kolekcjonera, który przypadkiem jest także starym kumplem doktora Watsona. Julian Emery może lekceważyć dziwne włamanie, którego padł ofiarą ? w końcu ukradziono najmniej cenną z jego pozytywek, prawie identyczną jak ta, którą właśnie nabył! ? a Watson może, jak to ten Watson, nie zwrócić uwagi, ale Holmesowi, jak zwykle, niewiele umknie?

Dressed to Kill zaczyna się od wspomnienia o Irene Adler i jej roli w życiu Holmesa ? a po prawdzie tutejsza główna przeciwniczka Holmesa, grana przez Patricię Morison Hilda Courtney, jest, pod wieloma względami, wariantem Adler. Inteligentna i bystra, a przy tym bezwzględna, mistrzyni przebrań i udawanego akcentu, zdeterminowana szefowa grupy chcącej odzyskać skradzione płyty służące do drukowania  fałszywych pięciofuntówek, pod wieloma względami wystylizowana na hollywoodzką femme fatale, panna Courtney bardzo przypomina jedną z popularnych wersji rozwoju postaci Adler. Autorzy powieści, filmów i innych adaptacji Sherlocka Holmesa bardzo przecież chętnie robią z Adler superprzestępczynię ? którą tutaj Hilda niewątpliwie jest. Dyskusja o Adler na początku podpowiada zresztą, że już w 1946 scenarzystom takie skojarzenie także przyszło do głowy ? podobnie jak autotematyczna refleksja Holmesa, przypominającego Watsonowi, że panna C. ograła go dokładnie tak, jak ? w opisie samego Watsona ? Holmes usiłował ograć pannę Adler...

Moim ulubionym chyba trickiem w Dressed to Kill jest to, jak używana jest w nim muzyka i tejże muzyki rola w życiu Sherlocka Holmesa. Rozwiązanie zagadki kryje się tu mianowicie w fakcie, ze na pierwszy rzut ucha wszystkie trzy pozytywki, o których mowa, grają tę samą melodię ? a tak przynajmniej zdaje się przypadkowym słuchaczom, jak doktor Watson i znacząca część, jak podejrzewam, widowni. Sherlock Holmes natomiast, muzyk-amator z ewidentnie dużą wiedzą, nie tylko jest w stanie zanucić po jednokrotnym usłyszeniu jej wersję z pierwszej pozytywki, ale i zauważyć, że kolejne minimalnie różnią się od siebie? Daje to filmowcom pretekst do zaprowadzenia nas, razem z bohaterami, do pewnej nader malowniczej knajpy, posłuchania piosenki i spotkania się z jednym z typowych Holmesowych informatorów z półświatka (ech, informatorzy z półświatka w filmach z tamtych czasów?).  

Tradycyjnie, jak zwykle w przypadku Holmesów z Rathbonem i Brucem, grany przez tego ostatniego doktor Watson jest ? bardziej niż czymkolwiek ? komicznym przerywnikiem, którego rolą jest, poza zachwycaniem się mądrością swego najlepszego przyjaciela, rozbawianie widza. Bodaj najlepiej wychodzi to w sekwencji od stwierdzenia Holmesa, że cenną pozytywkę zostawił pod opieką doktora, przez wizytę rzekomej panny Williams, udawany pożar (I see what you did there, writer!) i samozadowoloną uwagę Watsona, że kobiety zawsze tracą głowę w trudnych chwilach (nie to, co on ? w domyśle) sekundę przed tym, zanim się zorientuje, że został gładko ograny i oszukany przez na pozór delikatną i słabą kobietkę?

Powiem tak: te 70+ lat później, to jest ciągle efektowny, wciągający, dobrze się oglądający kryminał. Ze znakomicie pomyślanym Holmesem-dżentelmenem. Ciekawam, o ilu współczesnych wersjach opowieści o mieszkańcach Baker Street 221B będzie to można z perspektywy czasu powiedzieć.

sobota, 06 stycznia 2018

Jeden z moich ulubionych bohaterów ma dzisiaj urodziny, ergo sobie na niego popatrzymy z tej okazji. Inaczej mówiąc: moi ulubieni Holmesowie, w kolejności, w jakiej się z nimi zapoznałam.


Sidney Paget

 

Holmes na klasycznej ilustracji Sidneya Pageta. Nawet nie pamiętam, skąd je znam - czy zobaczyłam gdzieś w daleko przeinternetowych czasach pierwszej lektury Conan Doyle'a, kiedy miałam dwanaście lat i, wow, mama mi pozwoliła przeczytać pierwszy w życiu kryminał? Czy poznałam nieco później? Nie pamiętam. W pamięci mam je jako "znane od zawsze".

 

Nicholas Rowe

 

Nicholas Rowe jako młody Sherlock Holmes w Piramidzie strachu (Young Sherlock Holmes, 1985). Poszłyśmy na ten film z siostrą jako małolaty - ja już chyba miałam za sobą lekturę pierwszych opowiadań o Holmesie, młodsza siostra chyba nawet nie. Z filmu wyszłyśmy zapłakane i zakochane.

 


W latach 80. był sobie polsko-angielski serial o Holmesie, kręcony częściowo u nas: leciał o 17.00 raz w tygodniu i ja go namiętnie oglądałam. Próby czasu nie zniósł, IMHO, najlepiej, ale wtedy naprawdę go lubiłam. Oto Geoffrey Whitehead jako Holmes.

 

Basil Rathbone

 

Holmes klasyczny, czyli Basil Rathbone: pierwsze filmy z nim widziałam jakoś we wczesnym liceum, kiedy przypomniała je Telewizja Polska. Dłuuugo musiałam się potem przekonywać do Holmesów nie wyglądających dokładnie jak on, oj długo...

 

Jeremy Brett


Jeremy Brett, klasyczny Holmes idealny.  Oglądałam jego filmy nieregularnie, nie po kolei i na przestrzeni wielu lat. I tak naprawdę dopiero jak je obejrzałam wszystkie pod rząd parę lat temu zrozumiałam, na czym polega jego wielkość jako Holmesa, którego zagrał jako dobrego, ale trudnego, umęczonego życiem wśród ludzi człowieka.

 

 

Robert Stephens jako Holmes w "Prywatnym życiu Sherlocka Holmesa", czyli tym filmie o Holmesie, po który sięgnęłam po pierwsze dla reżysera, który ma u mnie dość nieograniczony kredyt zaufania. Sięgnęłam i się zakochałam, ten film to jest moja sekretna wielka miłość i źródło miliona używanych na co dzień cytatów, które rozpoznaje, z moich znajomych, tak strasznie mało osób... No uwielbiam, także za to przemieszanie parodii, pastiszu, lekkiej groteski (Christopher Lee jako knujący Mycrotf!) i całkiem serio melancholii i powagi.

 

Nie nazywa się Sherlock, ani Holmes, ani w sumie nie jest detektywem, a serial o nim miał, zwłaszcza pod koniec, co najmniej tyle samo wad, co zalet - ale Hugh Laurie w House MD był dla mnie Holmesem w stu procentach - i, tak po prawdzie, z rozkoszą bym go zobaczyła w takiej prawdziwej, kostiumowej roli lokatora 221 Baker Street...


Robert Downey Jr

No dobra, nie oszukujmy się, ten Iron Man Sherlock Holmes jest tu troszeńkę na wyrost. Sherlock Holmes Guya Ritchiego to był film, z którego wyszłam zachwycona - tempem, zabawą, steampunkującymi aluzjami, nastrojem i kreacjami Holmesa (Downey Jr.) i Watsona (Jude Law) - jejku, ktoś wreszcie wymyślił, jak filmowo pokazać dedukcje i zauważył, że Watson ma regularne powodzenie u kobiet! Niestety, kolejne seanse i sequel, Gra cieni, trochę mi to wrażenie popsuły. Fakt, że uważam, że RDJ to jest szalenie efektowny aktor i on, nawet jak przegina, a tu przegina regularnie, budzi sympatię dla swojego bohatera. 

 

Benedict Cumberbatch

Słuchajcie, tu ze mną nie będzie dyskusji. Każda chyba osoba żyjąca fanowskim życiem ma swoje rzeczy subiektywnie ukochane, prawda? Ja mam tę - Sherlock BBC trafił mi prosto w serce i jestem mu w stanie wybaczyć absolutnie wszystko - no, może poza ostatnim odcinkiem czwartej serii.

 

 

Ten pan jest... trochę nie wiem, czy w dobrym miejscu. Nie jestem w sumie pewna, kiedy pierwszy raz widziałam radzieckiego Sherlocka Holmesa z Wasilijem Liwanowem (mam blade wrażenie, że w dzieciństwie), wiem za to na pewno, że świadomie go sobie przypomniałam parę lat temu i że mnie zauroczyły zarówno filmy, jak i Liwanow w roli nieco bardziej emocjonalnego, melancholijnego Holmesa.

 

Dobra dobra, wiem, że to nie Holmes, tylko Basil, wielki mysi detektyw i godny odpowiednik Sherlocka H. w świecie gryzoni. Obejrzałam ten film... w zasadzie czemu ja obejrzałam ten film, świadomie, tak późno? Jest uroczy i bardzo inteligentnie sobie pogrywa Holmesowymi motywami. No i ma Vincenta Price'a jako Moriarty'ego/Rattigana, to się nie mogło nie udać.

No, a po tych urodzinach spodziewajcie się kolejnych, może trochę mniej obrazkowych, bardziej tekstowych notek.

sobota, 24 czerwca 2017

Anna Kańtoch, Wiara, Wydawnictwo Czarne 2017

 

Słuchajcie, to będzie w sumie analiza, nie recenzja.

Będą w związku z tym SPORE SPOJLERY

 

 

 

 

No więc było tak: pewien ksiądz jechał rowerem po dróżkach przy nasypie kolejowym w małopolskim turystycznym miasteczku, w którym był proboszczem, i na nasypie znalazł ciało brutalnie zabitej młodej dziewczyny. Zbrodnia od początku wydaje się nie mieć za dużo sensu:

Mamy więc dziewicę, która jednocześnie boi się mordercy i pozwala mu się kompletnie zaskoczyć.  Która umawia się w zupełnie idiotycznym miejscu i idzie na spotkanie odstawiona jak stróż w Boże Ciało (...). A facet co prawda zabójstwa nie planuje, ale przychodzi z nożem, a po wszystkim jest na tyle przytomny, żeby zabrać ofierze torebkę, bo wie, że to spowolni śledztwo.

Powyższe podsumowanie (sam początek śledztwa, zagadka, jak się okaże, rozwiązana w tych słowach) wygłasza przysłany do przeprowadzenia śledztwa w tej sprawie kapitan Milicji Obywatelskiej Andrzej Witczak, który sam przeżył w życiu swoje. Wraz z grupą lokalnych stróżów prawa - przysłaną już wcześniej z okolicznego większego miasta starszą szeregową Hanką Gierasówną, starszym sierżantem Waśkowiakiem i kapralem Janem Synowcem, który mocno przeżywa swoją pierwszą sprawę o zabójstwo (ha ha) - Witczak musi rozwiązać sprawę zabójstwa nieznanej dziewczyny na torach, potem zmierzyć się z kolejnymi nieprzewidywanymi śmierciami, a w końcu odpowiedzieć sobie na pytanie, czy trwająca tu budowa elektrowni atomowej i związane z nią protesty mają cokolwiek wspólnego z tymi zabójstwami. A może klucz tkwi w przeszłości i wiąże się z koszmarną zbrodnią sprzed lat, kiedy to w nieistniejącej już, zalanej przez zbiornik wody sąsiedniej wsi młody chłopak zarąbał siekierą owdowiałą matkę i młodszego brata i ciężko pokaleczył siostrę? No chyba, że coś z tym wszystkim wspólnego ma tajemnicza i elfio nieprzewidywalna niepełnosprawna Ewa i jej milkliwy mąż?

Pisząc jakiś czas temu o Łasce Anny Kańtoch, miałam poczucie, że autorka, znana wcześniej głównie jako fantastka,  lepiej radzi sobie z konwencjami powieści kryminalnej niż wielu tuzów polskiego kryminału. Wiara tylko mnie w tym przekonaniu utwierdziła, potwierdzając jednocześnie czysto pisarskie kompetencje Kańtoch: jej umiejętność tworzenia zróżnicowanych i zniuansowanych, a wiarygodnych postaci, tworzenia nastroju, przekonującego posługiwania się realiami minionej epoki i rekonstrukcji tego, jak mógł wyglądać duszny lipiec 1986 roku na małopolskiej wsi pod Żywcem. Serio, ja to wiem, byłam tam (od 1980 do 1992 mieszkałam stosunkowo niedaleko, paręnaście kilometrów od fikcyjnej Rokitnicy; nad Zalew Żywiecki, który stworzono zatapiając wioski podobne do kluczowej dla narracji Kańtoch Brzozówki. Obie miejscowości, na moje wyczucie lokalsa, są fikcyjną i fikcyjnie, acz prawdopodobnie, nazwaną wersją czegoś w okolicy Zalewu Żywieckiego (tam, gdzie Międzybrodzie, Porąbka, Kozubnik etc.) , gdzie rzeczywiście są wioski, zalane pod koniec lat 50. przy budowie Zalewu, z ludnością przesiedloną do sąsiednich, w ten sposób powiększonych. O jednej z tych zalanych wiosek, Zadzielu, był skądinąd swego czasu (2012?) świetny reportaż w Wyborczej. Kańtoch pożeniła je, oczywiście, z pomorskim Żarnowcem - jak historycznie w Żarnowcu, tak w jej świecie w Rokitnicy trwa właśnie budowa pierwszej polskiej elektrowni atomowej.

Kańtoch ma do tych małopolsko-peerelowskich realiów dobrą rękę - te zarośnięte zielskiem ścieżki koło nasypów kolejowych, te majtki w dni tygodnia, idea gościnnego telefonu, wszechobecne w pracy papierosy, cień Czernobyla i dobrze podchwycona specyficzna gwara małopolskiej wsi (aż mnie to "paczaj się", znane tak dobrze z rozmów krewnych babci, wzruszyło :D), to wszystko przyczynia się do zbudowania wiarygodności jej narracji, tworzonej ponownie, jak w Łasce, bez budowania poczucia nostalgii i tęsknoty za dawnymi czasami, ale i bez ich wykpiwania czy demonizowania.

Z jednej strony, powieść Kańtoch obficie częstuje nas red herringami, mającymi zmylić czytelnika. Dość, przyznajmy, mocno wyrwana z kontekstu reklama-tagline na powyższej okładce to jeden z nich; innym, w sumie chyba nawet ważniejszym, jest sugestia polityczności tego, co się dzieje - od początku dowiadujemy się, że w Rokitnicy (jak w Żarnowcu w realnych czasach PRL) powoli buduje się pierwsza polska elektrownia atomowa i że protestują przeciwko niej studenci i aktywiści ruchu Wolność i Pokój. To się, oczywiście, okaże kompletną zmyłką - może poza tym, że cień niegotowej elektrowni rzeczywiście wisi nad Rokitnicą i rzeczywiście czyni ją złym miejscem. Tyle że i z polityką, i z realnymi atomowymi zagrożeniami nie ma to zło wiele wspólnego, a jeśli nawet - to tylko bardzo odlegle: pełen zabobonnej wiary strach przed elektrownią to tylko jeden element ponurej układanki, w wyniku której w Rokitnicy gorącym latem 1986 zginęły trzy młode kobiety. 

Właśnie, wiara. Wiara jest, paradoksalnie, kolejnym z red herringów sugerowanych przez autorkę - bo tu chodzi o wiarę, jak najbardziej, tylko nie taką, jak by się na pierwszy rzut oka wydawało. Skupienie jednego z dwóch wątków powieści wokół postaci księdza i prowadzonego przez niego śledztwa oraz fakt, że tragiczne wydarzenia w Rokitnicy wiążą się jakoś z tym, co się działo (kolejno śmierć po pijanemu, samobójstwo i nagłe przeniesienie jednego za drugim proboszcza) i dzieje (popularność młodego wikarego wśród dzieci, nocne wizyty odwiedzającej go tajemniczej dziewczyny) na tutejszej plebanii wydaje się sugerować, że chodzi o sprawy związane z instytucjonalnym kościołem i katolicyzmem - i poniekąd chodzi, tylko dość, hmmm, inaczej. 

Kańtoch starannie unika tych najbardziej przewidywalnych schematów, obojętnie w którą stronę, które powieść (i kino) kryminalne ostatnich lat kojarzyły z księżmi i kościołem katolickim. Nie, to nie jest demaskatorska powieść o pedofilii w kościele. Nie, to nie jest też odważna obyczajowo powieść o księdzu, który ukrywa osobiste tajemnice w rodzaju kochanki i dzieci albo homoseksualnych związków. Nie jest to też z drugiej strony powieść o dzielnym księdzu-detektywie, a ksiądz Marczewski, główny bohater, nie przypomina ani dobrotliwego Chestertonowskiego ojca Browna, ani ojca Mateusza i jego pierwowzorów. Jakże nieprzypadkowo, nieco zmęczony życiem i własnym oportunizmem Marczewski rzadko mówi akurat o wierze.

Ale są w Rokitnicy - a raczej najpierw byli w Brzozówce - ci, którzy mają wiarę, głęboką i prawdziwą. I paskudną. Pod tym właśnie względem powieść Kańtoch podejmuje, poniekąd, dyskusję o kościele katolickim, czy raczej szerzej, o każdej tego rodzaju instytucji (bo to, że to jest akurat ksiądz katolicki, to kwestia małopolskich realiów, wyznanie ma tu drugorzędne znaczenie) - kiedy pokazuje, do jakich aberracji doprowadził fakt, że rolę obdarzonego pełnym autorytetem przywódcy duchowego niewielkiej wsi pełnił, w momencie tragedii i kryzysu, człowiek najwyraźniej dotknięty psychicznymi zaburzeniami. Tu z kolei, w wątku popełnionej przed laty zbrodni w domu Kozłów i jej związku z aktualnymi morderstwami, Kańtoch umiejętnie gra tropami nie tylko z powieści kryminalnej, ale i z horroru - mamy dziwaczną rodzinę na odludziu, kazirodcze sekrety, mordercę z siekierą, mroczny cień wyobrażonej atomowej katastrofy, klątwy i ofiary z dzieci... Tyle że wszystko to, dawkowane powoli i oszczędnie, wpisane w drobiazgowo oddane peerelowskie realia i staranne, subtelne psychologiczne portrety postaci, nie sprawia wrażenia taniego horroru gore ani efekciarstwa dla efekciarstwa - Kańtoch starannie przygotowała sobie grunt pod tę historię. Ludzie uwierzyli i wierzą do dziś, mają nadzieję, że ich ta wiara ocali i że osłoni ich współdzielona tajemnica - a ceną za to jest krzywda i przelana krew niewinnych.

Pierwotny tytuł tego wpisu był tak straszliwie spojlerowy, że z niego zrezygnowałam, ale tu jest mi potrzebny. Oryginalnie, mianowicie, ten wpis się nazywał Dziewczynki, które wróciły do Omelas - dla mnie powieść Kańtoch obraca się bowiem wokół krzywdy, zrobionej przez społeczność dwóm małym kozłom ofiarnym, które uciekły przed swoim koszmarem tylko po to, by zrozumieć, że nie ma ucieczki od tego, w co się wierzy, i wrócić do krainy koszmaru po śmierć. Kańtoch napisała powieść o brutalnych morderstwach czterech kobiet (jednej w odległej przeszłości, trzech teraz) i młodego chłopaka (w przeszłości), ale ofiary nie są dla niej tylko rekwizytami. Nieprzypadkowo jej kolejne rozdziały noszą tytuły, zaczynające się od Dziewczyna/Dziewczyny, a odnoszące się zarówno do ofiar, jak i do tych kobiet, które żyją i działają. Postacie zresztą Kańtoch pisze, jak już wspomniałam, bardzo przekonujące, czy będzie to policjant dotknięty wyrzutami sumienia za wypadek, który spowodował, walczący z własnymi problemami osobistymi ksiądz czy młoda i całkiem niezła w swojej robocie, bardzo zwyczajna policjantka z małego miasteczka. Autorka nie musi walczyć z charakterologicznymi schematami z powieści kryminalnych - jej postacie mają bardzo mało z tymi schematami wspólnego, choć pewne cechy (policjant, który zapija traumę, na przykład) z nimi dzielą. 

W swojej recenzji Megu przekonująco podkreśla związki między Wiarą  a poprzednim kryminałem Kańtoch, Łaską, zarówno w konstrukcji fabuły, jak i w charakterystyce postaci. Zgadzam się z konkluzją tej recenzji - nie miałabym nic przeciwko temu, żeby polski kryminał miał od tej pory w Annie Kańtoch nową, ewidentnie lepiej znającą się na królowaniu temu gatunkowi królową.   

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

niedziela, 04 grudnia 2016

Anna Kańtoch, Łaska, Wydawnictwo Czarne, 2016

 

UWAGA - DOŚĆ MORDERCZE SPOJLERY

 

 

Jest tak: od paru miesięcy intensywnie nadrabiam braki w znajomości polskiego kryminału, który do tej pory kojarzył mi się głównie z Joanną Chmielewską, Joe Alexem i Markiem Krajewskim. W efekcie naczytałam się mnóstwa proklamowanych przez różne strony królów i królowych polskiego kryminału (i o tychże królach i królowych - w postaci wywiadów z nimi, artykułów o nich i recenzji ich tekstów także). Doszłam również do pewnego, niespecjalnie dla tych królów i królowych miłego, acz - muszę podkreślić - całkowicie prywatnego zdania.
A mianowicie, że dwie powieści dla mnie najbardziej przekonujące, tak na płaszczyźnie konstrukcji literackiej, jak i budowy samej zagadki kryminalnej, wyszły spod pióra autorów na co dzień pisujących zupełnie inne gatunki prozy. Mówię tu o Jacku Dehnelu (czyli o 1/2 szacownej acz fantazmatycznej krakowskiej matrony Maryli Szymiczkowej) i znanej przecież przede wszystkim z fantastyki Anny Kańtoch. I to o tej ostatniej i jej wydanej w 2016 Łasce chciałabym tu parę słów napisać.

Szczerze mówiąc, sam fakt, że Łaska jest po prostu powieścią kryminalną, stanowi swego rodzaju spojler. Powieść, której dwa wątki dzieją się odpowiednio w połowie lat 80. i lat 50. XX wieku, zaczyna się bowiem jak horror grający z konwencją nieco podobnie, jak serialowe Stranger Things: w malutkim peerelowskim miasteczku wegetuje wchodząca powoli w średni wiek, przeraźliwie smutna i pokopana przez życie samotna nauczycielka. W jej przeszłości czai się ponura tajemnica, taka z gatunku "zaginione dzieci, potwory w lesie, luki w pamięci, miasteczka Twin Peaks". Powieść napisała autorka kojarzącą się powszechnie z fantastyką, której jedna z najnowszych, a dość szeroko komentowanych powieści, Czarne, zaczyna się jak realistyczna(wa) powieść o kobiecie i szaleństwie, a okazuje czym innym. Tak po prawdzie, nie wiedząc, czym gatunkowo jest Łaska, tak gdzieś do 2/3 powieści jednak wypatrywałam leśnych demonów.I dobrze - fakt, że autorka miała dla nas realistyczne rozwiązanie, był pozytywnym zaskoczeniem.

No właśnie: nie było demonów, nie takich z piekła rodem - bo paskudne jednostki ludzkie to i owszem. Leśna historia bohaterki i potwory z jej dzieciństwa miały konkretne, namacalne wytłumaczenie - i to, muszę przyznać, wytłumaczenie bardziej przekonujące niż te proponowane przez Martę Guzowską w Czarnym świetle czy, nie dajcie bogowie, Katarzynę Bondę w kompletnie IMHO chybionej, jak chodzi o motywację postaci, Florystce... Kolejne historie morderstw łączy osoba ich inspiratora/sprawcy, potwory okazują się namacalne, a sposoby zabijania - przygnębiająco ludzkie i paskudne (bo "zmusić kogoś, kto prawie na pewno nie będzie tego pamiętał, by zabił za mnie" to jeden z teoretycznych przepisów na zbrodnię doskonałą...). Generalnie konstrukcja samej intrygi kryminalnej u Kańtoch wydaje się przekonująca i konkretna - a zrobienie główną "śledczą" pozbawionej pamięci o detalach uczestniczki oryginalnych wydarzeń jest o tyle dobrym pomysłem, że pozwala na wgląd w głowę i w emocje głównej bohaterki.

Chwaliłam tu niedawno Katarzynę Puzyńską za sprawne żonglowanie stereotypowymi dla gatunku postaciami. Kańtoch za to chwalić nie będę, bo jej stereotypy niepotrzebne; w Łasce tworzy bowiem bohaterów psychologicznie znacznie bardziej zróżnicowanych, mniej oczywistych, niż byśmy się w klasycznej powieści kryminalnej spodziewali, a i mniej zadłużonych w tradycji gatunku. Wystarczy spojrzeć na główną bohaterkę, Marię, i na to, jak Kańtoch, posługując się narracją z jej punktu widzenia, nienachalnie ale bardzo przekonująco pokazuje nam nieuświadomioną (bo to lata 80. i nikt w miasteczku nie ma cierpliwości do psychologii ani świadomości, czym są problemy takie jak anhedonia czy depresja) wieloletnią depresję bohaterki, która dzień po dniu coraz bardziej blednie i roztapia się w szarzejącym wokół niej coraz bardziej świecie. I, tak po prawdzie, wystarczy porównać Marię z głównym bohaterem powieści Marty Guzowskiej, Mariem Yblem, żeby zobaczyć dość, hmmm, poglądowo, o ile skuteczniej Kańtoch potrafi napisać przekonującą postać osoby z psychologicznymi problemami, starającej się jakoś funkcjonować i czującej, że kontrola powoli wymyka się jej z rąk (BTW rozważam recenzję z pojedynczych tomów Guzowskiej, ale nie wiem jeszcze, czy będę mieć wenę - tam jest strasznie dużo, IMHO, oddzielania ziarna od plew, decydowania znaczy, co warte pochwały, a co nie....).
Ale wystarczy też popatrzeć na pozostałe postacie, w tym - na czarne charaktery powieści (jeżeli w ogóle są takie...) i zobaczyć, jak są nieoczywiste, jak wycieniowane - nawet kiedy, jak w postaci części policjantów, skłaniają się ku pewnym gatunkowym konwencjom.

Do tego Kańtoch ma pomysł na ogranie peerelowskich realiów, której w jej wykonaniu nie są światem ani z Orwella, ani z Barei. Nie ma tu tragedii krzywdzonych opozycjonistów i tłamszonej wolności, ale nie ma też chichów-śmichów ze sztućców na łańcuszkach i kolejek po mięso. Co jest natomiast, to paralela między pustką i biedą zimy roku 1985 w małym miasteczku, a cichą desperacją w pozbawionym choćby odrobiny radości życiu bohaterki. W przywołanym przeze mnie jako skojarzeniu Stranger Things lata 80. są przywołane, by wzbudzić nostalgiczną tęsknotę; Kańtoch nie interesuje nostalgia ani gierki w "jak fajnie było w vintage'owych ejtisach", ona, osadzając akcję w takim czasie i miejscu, wykorzystuje swój świat przedstawiony dla pogłębienia obrazu bohaterki i jej stanu psychicznego. 

Łaska jest napisana m niej osobnym, mniej nieprzewidywalnym językiem niż poprzednia czytana przeze mnie powieść Kańtoch, Czarne; dalej jest to jednak język efektowny i pomysłowy, 'trzymający' czytelnika i ewokujący bardzo wyraziście przywoływane przez autorkę obrazy ponurej zimy w sercu małego smutnego miasteczka i w życiu kobiety, która szuka - żeby móc jakoś żyć dalej - łaski pamięci.

No jeżeli polscy fantaści mają mi pisać takie kryminały, to ja poproszę, żeby zastąpili tych od kryminałów. Byle dobrej fantastyki przy tym nie przestali pisać.

 



czwartek, 03 listopada 2016

 
(źródło: tumblr)

 

Co jakiś czas zbiera mnie na sentymenty - i na robienie list. Miałam kiedyś nawet specjalnego bloga, na którym umieszczałam entuzjastycznie listy moich ulubionych rzeczy (muzykę, książki, odcinki seriali...), ale po jakimś czasie, hmmm, straciłam impet i blog tkwi sobie w limbo od tamtych, dość niepamiętnych czasów. 

Niemniej - blog mógł mi się znudzić, ale zamiłowania do układania list nie straciłam. Dzisiaj w dyskusji wypłynęła kwestia ulubionych odcinków Doktora House'a i nagle, zupełnie bez powodu, zerwałam się i pobiegłam pisać.

Ze mną i z Housem sprawa jest... skomplikowana. Z jednej strony - jest to jeden z tych seriali, których wszystkie sezony mam na DVD, co jest jasnym dowodem faktu, że do niego wracam. Z drugiej - House jest, summa summarum, daleki od bycia moją idealną produkcją telewizyjną. Ja po pierwsze generalnie nie przepadam za serialami medycznymi, w życiu żaden, poza tym jednym, nie przyciągnął mnie na dłużej do ekranu. Po drugie - hmmm, bohaterki House'a to jest, nie oszukujmy się, lekki koszmar - zwykle scenarzyści mają na nie wyjściowy pomysł, który następnie starannie rujnują w toku akcji (Cameron?). Po trzecie, ilość obyczajowej dramy między postaciami momentami doprowadzała mnie do rzucania pilotem (proszę bardzo, można lubić, akurat ja nie przepadam). No i po czwarte - House się bardzo dobrze sprawdzał jako momentami antypatyczny mizantrop, ale bywały momenty, kiedy scenarzyści kazali jego postaci przekraczać granice mizantropii i wpadać pędem daleko poza granice wyjątkowej bucery - i to głupio napisanej bucery, patrz żenująca historia z majtkami doktor Cuddy...

Skąd wobec tego wszystkie DVD z Housem na mojej półce? Powody są dwa, powiązane ze sobą, i dają się podsumować jednym zdaniem: Hugh Laurie (aktorsko IMHO odstający na kilometr od reszty obsady, może z wyjątkiem Lisy Edelstein) gra tutaj jedną z moich ulubionych wersji nowoczesnego Sherlocka Holmesa i, co więcej, rozwiązuje zagadki, których ja - wielbicielka kryminałów, czytająca i oglądająca ich za dużo - za nic w świecie nie jestem w stanie rozwiązać przed nim, ze względu na moją radośnie zerową wiedzę medyczną.

Ponieważ właśnie mam mnóstwo roboty, przeglądam sobie ulubione odcinki House'a. Na tej liście będą odcinki tylko z sezonów 1-3: tych, które zdążyłam już sobie powtórzyć, co nie znaczy, że nie będzie więcej list. A więc, jak na razie, byłoby tak:

S1E15 Mob Rules, ten odcinek o mafiosie, jego bracie i o tym, czego absolutnie nie wolno robić, kiedy jest się w mafii.

S1E16 Heavy, odcinek o tym, że nadwaga nie zawsze jest związana ze zjadaniem codziennie tony czekoladek i hamburgerów.

S01E21 Three Stories, który może być moim ulubionym odcinkiem House'a - za nietypową strukturę narracyjną i za nieoczekiwany sposób powiedzenia nam czegoś o bohaterze.

S2E04 TB or not TB, ten odcinek o tym, że można robić dobrą robotę i ciągle być nieskończonym bucem - i że buc zawsze rozpozna drugiego buca, jak by się ten drugi za maską filantropii nie chował.

S2E05 Daddy's Boy, ten odcinek z jedną z najlepszych, IMHO, zagadek kryminalnych w tym serialu.

S2E17 All In, ten odcinek z pokerem i nie całkiem typową, jak na House'a, strukturą i z odniesieniami do sprawy z przeszłości - i z pokazaniem, jak bardzo niebezpieczne te obsesje głównego bohatera mogą być.

S2E19 House versus God, kolejna z moich ulubionych spraw w tym serialu - i, no cóż, jak ja kibicowałam House'owi w tym starciu z małym uzdrowicielem...

S3E01 Meaning (i to też może być ulubiony odcinek, ever), ten odcinek z najbardziej chyba dla mnie wzruszającą i podnoszącą na duchu historią w całym tym serialu.

S03E04 Lines in the Sand, kolejny odcinek, który uwielbiam za konstrukcję zagadki medyczno-kryminalnej i za sposób, w jaki scenarzyści wbudowują utrudnienia w swoją sprawę (jak zdiagnozować pacjenta, kontakt werbalny z którym jest mocno ograniczony?).

S03E19 Act your age, ten odcinek z mnóstwem twistów i niespodziewanym rozwiązaniem.


Ciąg dalszy z pewnością nastąpi - zostały mi jeszcze przecież na przykład fantastyczne odcinki z Housem podczas terapii psychiatrycznej... 

niedziela, 02 października 2016

Katarzyna Puzyńska, Motylek, Prószyński i S-ka, 2014

 

 

SPOJLERY

 

Dawno, dawno temu, zeźliwszy się, napisałam ostrą i niepotrzebnie aż tak złośliwą recenzję z dwóch pierwszych tomów opowiadań Anny Kańtoch. Co mnie tak zeźliło? Podejrzewam, że poczucie, że autorka ma talent (a ma, oj ma, zdecydowanie), a moim ówczesnym odczuciu pisze niedoskonale i marnuje pomysły. Teraz myślę, że nawet jeżeli marnowała, to nie aż tak. Do dzisiaj żałuję tonu tego tekstu. 

Zastanawiam się, czy będę tak samo żałować dzisiejszego.

 

Jest tak: po kompletnej, przeraźliwej literackiej katastrofie, jaką okazała się w moich oczach Florystka Katarzyny Bondy (na reaktywację kategorii KSIĄŻKI NAJGORSZE na tym blogu byłaby w sam raz, jako żywo) postanowiłam poprawić sobie obraz polskich powieściopisarek kryminalnych i sięgnęłam, za rekomendacją znajomych, po powieści Katarzyny Puzyńskiej. Ba, nietypowo dla mnie grzecznie zaczęłam od jej debiutu, Motylka.

I co ja mam powiedzieć, szanowni, co ja mam powiedzieć.

Jest tak: Motylka chciałam skończyć. Chciałam wiedzieć, co się stanie i kto zabił. To jest od razu wielki plus w porównaniu z Bondą - tam brnęłam do końca, zastanawiając się, jaki kolejny bezsensowny pomysł albo detal jeszcze wymyśli autorka (nie, nie będzie szczegółów, to nie jest recenzja z Florystki). Samą intrygę Puzyńska wymyśliła ciekawie - nagła śmierć siostry zakonnej, od której zaczyna się akcja, to dobry punkt wyjścia, zwłaszcza przy akcji osadzonej w małym miasteczku: starsza, przybyła nie wiadomo skąd i po co siostra zakonna to nie jest, powiedzmy, najbardziej oczywista osoba, którą ktoś mógłby chcieć sprzątnąć z tego świata... Do tego dochodzi sprawne prowadzenie tej intrygi - powieść się nie wlecze, motywy obyczajowe połączone są ze śledztwem na tyle sprawnie, że nie robią wrażenia sztucznego wypełnienia, informacje o zabójcy odsłania autorka krok po kroku, nie dając czytelnikowi ani za dużo, ani za mało. I tak, zabójca i jego motywy okazują się w końcu z gatunku takich, jakich spotkaliśmy już wiele razy na kartach różnych powieści (Thomasie Harrisie, na pana patrzę), ale w tym gatunku naprawdę ciężko robić z tego zarzut - od stereotypowego zabójcy zdecydowanie gorszy, moim zdaniem, jest casus zabójcy wydumanego i skrajnie nieprawdopodobnego w swojej nietypowości (Patricio Cornwell, twórczyni zimnego, cudownie pięknego, obłędnie bogatego i moralnie zdegenerowanego potomka pokoleń francuskich arystokratów-mafiosów z Wyspy św. Ludwika (!) w Paryżu i jego chorego genetycznie, trzymanego dziesiątki lat w zamknięciu, porośniętego futrem brata prawie-wilkołaka, mordujących w USA, do pani mówię).

Drugą mocną stroną Puzyńskiej jest jej pomysł na główną bohaterkę-detektywa. Przy całych podobieństwach do popularnych od co najmniej 20 lat thrillerów o motywowanych psychologicznymi aberracjami seryjnych mordercach, gatunkowo Puzyńskiej najbliżej jest chyba, przynajmniej w tej powieści, do tradycji spod znaku Agathy Christie. Na pewno zaś bliżej jej do Christie i jej podobnych niż do zaangażowanego społecznie kryminału w typie, powiedzmy, skandynawskim, w związku z czym fakt, że jej pani detektyw jest postacią barwną i, powiedzmy sobie, od przeciętnych ludzi mocno odstającą, nie dziwi - niech pierwszy rzuci kamieniem ten, komu Poirot wydaje się dobrze społecznie dostosowany i konwencjonalny, a Jane Marple - pasująca do czasów, w których rozwiązuje swoje zagadki.

Klementyna Kopp jest, powiedzmy sobie, mocno niekonwencjonalna. Jest wredna i niemiła, całkowicie celowo, i całkiem z tego dumna. Jest nieatrakcyjna i niemłoda i doskonale tego świadoma, ba - całkiem dumna. Ma niekonwencjonalne pasje i nietypowo je realizuje (hmmm, kawałek partytury ulubionej opery wytatuowany na szyi?) i nie lubi, kiedy ludzie ja lubią. I straciła kogoś bliskiego, kobietę imieniem Teresa. Jak Philip Marlowe whisky, tak ona bez przerwy popija colę i zagryza batonikami. Nosi się w czarnych skórach, a partytura nie jest jedynym kawałkiem tatuażu na jej ciele, o nie.

Kupuję Klementynę Kopp jako koncept postaci, mimo całej jej dziwaczności. Kupuję ją choćby dlatego, że łamie konwencję pani tzw. detektyw (kimkolwiek by ta postać nie była z zawodu, chodzi o bohaterkę rozwiązującą zagadki kryminalne) w polskiej powieści kryminalnej. Pewnie, autorka mogłaby częściej pokazywać ją w działaniu niż opisywać, jaka jest, ale ta powieść to debiut, jest jeszcze sporo miejsca na poprawę.

Ba. Zdecydowawszy, że mimo pewnych zastrzeżeń akceptuję postać KK, jestem nawet w stanie kupić resztę posterunku w Lipowej. Postacie policjantów - jeden lokalny bully, jeden samotny ojciec dzieci w trudnym wieku, jeden szczęśliwy, w sumie, mąż i jeden miły kawaler, plus mamusia jednego z nich w ramach dostarczycielki ciast (te ciasta to zamiast pączków z amerykańskiego serialu policyjnego, jako żywo) - OK, to jest zestaw dość schematyczny, ale do przyjęcia.

I teraz, głęboki wdech. Chciałabym, w sumie, wiedzieć więcej o Klementynie. Chciałabym przyjrzeć się dokładniej historiom panów i pań ze wsi, sprawdzić, czy autorka wróciła do pewnych motywów tu tylko zasugerowanych. W sumie chciałabym, ale nie wiem, czy to zrobię.

Czemu nie?

OK, wolałabym, żeby historia zabójcy była mniej... hmm, z jednej oczywista i  oparta na pewnych psychologicznych schematach, wszechobecnych w gatunku od dawna, a z drugiej - może trochę mniej dramatyczna. Idea, że zabija ktoś wychowany w skrajnie patologicznych warunkach i przez to nieodwracalnie skrzywiony była realizowana przez autorów thrillerów i kryminałów w nieskończoność (Sz.P. Koontz, Harris, George, Cornwell, Larsson, Brown i kto tam jeszcze, proszę wstać i zrobić miejsce dla reszty kolegów, robiących to samo, ze szczególnym uwzględnieniem kolegów scenarzystów) i trudno oprzeć się pokusie pokazania swojego zabójcy jako jeszcze trochę straszniejszego i w straszniejszych warunkach wychowanego. Tutaj cykl emocjonalnej perwersji i dręczenia sięga co najmniej dwa pokolenia wstecz: dziadek przyszłego zabójcy więzi w domu jego przyszłego ojca (jest przy tym zasugerowane, że co najmniej przyczynił się do śmierci jego matki...), a ten wyrasta na potwora, maltretującego, upadlającego i przemocą karmiącego znienawidzonego syna, by ten stał się tłusty i odrażający i nigdy nie zyskał niczyjej miłości... Ja, jako czytelniczka, wolałabym może mniej efektowny, mniej przeraźliwy, mniej upiorny kontekst historii bohatera - paradoksalnie, łatwiej by mi było w niego uwierzyć.

Niemniej, tu jesteśmy w sferze "wolałabym" - to nie jest tak, że mi ta sprawa przeszkadza aż tak, by nie sięgnąć po kolejne książki autorki. Podobnie jest z postacią Weroniki Nowakowskiej, która wydaje się na początku ważną, by nie rzec główną postacią, a summa summarum okazuje się sprowadzona wyłącznie do roli obiektu uczuć jednego z bohaterów, malutkiej i w sumie niegroźnej obsesyjki innego i która przez jeden krótki moment usiłuje bez żadnych konsekwencji bawić się w detektywa. Nie wiem, serio nie wiem, po co autorce ta postać - ale może to i lepiej, bo urocza rudowłosa młoda rozwódka, która w rozpaczy po rozpadzie małżeństwa kupiła dworek na wsi (wraz ze starymi stylowymi meblami) i sprowadziła się tam z psem i ukochanym koniem to postać sklejona z najgorszych stereotypów polskiej komedii romantycznej, a autorka nie bardzo dała jej szansę rozwinięcia się poza ten schemat. Ale znowu: Weronika mnie irytuje, ale nie przeszkadza na tyle, żebym przez nią rzuciła tą książką w kąt.

No to o co ci chodzi, recenzentko marudna? A o dwie rzeczy, trywialne w sumie: o chodzenie na skróty i deptanie, przy okazji, po polszczyźnie. 

Widzicie, żeby kryminał zadziałał, ja-jako-czytelniczka muszę uwierzyć w jego składowe. Nie na długo - przynajmniej na czas, póki nie skończę czytać/oglądać. Oczywiście, wiele zależy od konwencji: innego poziomu realizmu i staranności przy szczegółach będę wymagała od osadzonego w konkretnych historycznych i społecznych realiach zaangażowanego kryminału, upominającego się przy okazji o aktualne, realne problemy, innego - od pastiszu bawiącego się konwencjami albo od wariantu w, powiedzmy, powieści dla dzieci. Niemniej, zawsze muszę czuć się przekonana, że detektyw wie, co robi, i że albo zrobił/a, co się dało, albo zda sobie sprawę, że czegoś nie zrobiono. I w związku z tym mam zdecydowany problem z uwierzeniem, że jak się ma w Polsce AD 2014 martwą zakonnicę bez znanego świeckiego nazwiska, to się jej szuka na chybił trafił, sprawdza w parafii, do której należała, a potem rozsyła zdjęcia do gazet, a nawet się nie zająknie o tym, że jak pani była siostrą zakonną, to znaczy, że gdzieś jest zgromadzenie, do którego należała. Znaczy, nie jest się przecież zakonnicą, one nie są wszystkie takie same - śluby zakonne składa się w konkretnym zakonie, prawda? Zabita siostra była zakonnicą w konkretnym zakonie. Przynależność do którego zdradza, jak by to powiedzieć, jej habit. W którym to habicie, jak wiemy, zginęła. I OK, może się np. okazać, że pani zakonnicę udawała i dalej nie mamy jej nazwiska, ale. Tu nikt tego nawet nie próbuje sprawdzić. Przy tym pomyśle coś mi zgrzytnęło i część przyjemności z lektury uleciała - bo mnie, konkretnie mnie jako wielbicielce kryminałów, ten rodzaj pójścia na skróty i zapomnienia o realizmie bardzo przeszkadza, robiąc wrażenie, że autorka idzie na skróty, bo tak jej wygodniej.

I jeszcze jedno. Nie śmiejcie się. Styl. Ja nic nie poradzę, że lubię, jak powieść jest napisana dobrze, pomysłowo stylistycznie - pisałam o tym w kontekście polskiej fantastyki, to samo mam z powieścią kryminalną. Puzyńska jest o niebo lepsza od Bondy - znaczy, pisze poprawną frazeologicznie i stylistycznie polszczyzną - ale, jejku, jak mnie męczą te natrętne peryfrazy, strach przed powtórzeniem wpojony nam wszystkim w szkole, a skutkujący czymś takim jak zdania takie jak poniższe, dialog męża i żony:

- Idę na plebanię, do tego młodego księdza. Muszę go trochę przepytać – wyjaśnił młody policjant przez drzwi. – Będę pewnie za jakąś godzinę. Piotr już na mnie czeka.
– W porządku – odkrzyknęła fryzjerka. 

Jak mi przeszkadza ta maniera powtarzania imion i nazwisk, zawsze, często z tytułem! Na 250 stronie ja już naprawdę wiem, że bohater nazywa się Janusz Rosół i sam Janusz albo sam Rosół by starczył. Na trzeciej od końca zdążyłam już wiele razy usłyszeć frazę "komisarz Klementyna Kopp", naprawdę nie muszę widzieć jej za każdym razem połączonej - zwłaszcza że bohaterka każe konsekwentnie mówić do siebie po imieniu. Autorce w tej pierwszej powieści pisanie opisów i partii narracyjnych idzie zupełnie nieźle, ale dialogi, jejku, tym do "nieźle" jeszcze sporo brakuje.

I tu, niestety, hier stehe ich und kann nicht anders, styl jest dla mnie jedną z kluczowych miarek, których używam do oceny dzieła literackiego. W efekcie z jednej strony mam w Motylku przyzwoitą historię i nieźle pomyślanych przynajmniej niektórych bohaterów, z drugiej - niedoróbki w konwencji i męczący mnie styl. Nie mam pojęcia, czy to pierwsze wystarczy, żeby zrekompensować mi to drugie. Autorka jest obiecująca, z całą pewnością, tylko ja nie wiem, czy ja, konkretna ja-czytelniczka, mam siły na sprawdzanie, co z tych obietnic wynikło w najnowszych tekstach.

Acz, u Kańtoch sprawdzanie się bardzo opłaciło. Może tu też warto?

wtorek, 21 czerwca 2016

Boris Akunin, Azazel (Азазель 1998, wyd. polskie 2003, przeł. J. Czech)
Boris Akunin, Gambit turecki (Турецкий гамбит 1998, wyd. polskie 2003, przeł M. Buchalik)
Boris Akunin, Lewiatan (Левиафан 1998, wyd. polskie 2003, przeł. J. Czech)
Boris Akunin, Śmierć Achillesa (Смерть Ахиллеса 1998, wyd. polskie 2003, przeł. J. Czech)

 

spojlery spojlery spojlery spojlery spojlery

Otóż dawno, dawno temu Allegra Walker, jedna z moich ulubionych czytelniczek tego bloga (1), postanowiła podrzucić mi lekturę. Wszystko, oczywiście, wzięło się z debaty o moim fatalnym guście do (fikcyjnych) facetów i mojego zamiłowania do tragicznych, pokopanych przez los, ponadprzeciętnie inteligentnych, zimnych i pechowych w związkach i/lub seksualnie dwuznacznych typów. Sugerowana lektura, a mianowicie cykl Borisa Akunina o Eraście Fandorinie, detektywie w Moskwie w ostatniej ćwierci XIX wieku, miała mi dostarczyć kolejnego toksycznego obiektu do nieszczęśliwego literackiego zakochania.

Czekałam i czekałam i czekałam i nie miałam jakoś okazji zabrać się za lekturę. W końcu zadecydował za mnie los. Wybrałam się w podróż przez całą Polskę, po czym na dworcu okazało się, że a) nie mam ładowarki do czytnika, b) przygotowana do czytania książka o Marii Antoninie (Antonia Fraser, Marie Antoinette: the Journey, jakby kto pytał) została na biurku. Miałam kwadrans: wpadłam do najbliższego sklepu, w którym sprzedają książki (Saturn, of all places) i porwałam z półki z tanią książką Śmierć Achillesa, because tytuł i ponieważ pamiętałam, że Allegra coś kiedyś dobrego o Akuninie mówiła.

No i wpadłam jak śliwka w kompot, w drodze powrotnej w tym samym Saturnie dokupiłam wszystkie dostępne tam 3 tomy cyklu (w sumie były 4 pierwsze) i przeczytałam przez 2 dni. Oczywiście, jak to ja, zaczęłam od końca, od Śmierci Achillesa, bo ja jakoś zawsze cykle zaczynam czytać jakoś dziwacznie, nawet  Władcę pierścieni w latach 80. poznawałam od Dwóch wież.

Kolejnym powieściom Akunina towarzyszy motto: Pamięci wieku XIX, kiedy to literatura była wielka, wiara w postęp - bezgraniczna, a zbrodnie popełniano i wykrywano ze smakiem tudzież elegancją. Gdybym miała się do tego lekko sentymentalnego, lekko nostalgicznego i lekko pretensjonalnego motta odnieść, to pewnie musiałabym powiedzieć, po kolei, tak:

Po pierwsze, zbrodnie. Zbrodnie w kolejnych powieściach Akunina są wielkie na skalę dziewiętnastowiecznej detektywistycznej/awanturniczej literatury: mowa w nich o światowych spiskach, o politycznych intrygach na skalę Azji, Europy, a nawet całego świata, o the world's greatest criminal minds na skalę i w typie Fantomasa, Moriarty'ego, czy, toutes proportions gardées, Vautrina. Zbrodnie popełniane z klasą, o których opowiada Akunin, mają wyraźnie literacki i staroświecki charakter: nawet kiedy odwołują się do konkretnych historycznych faktów albo nawiązują lekko do przestępstw współczesnych autorowi, a nie powieści, mają one zwykle pastiszowy, literacki charakter.  

Po drugie - literatura. Nie, oczywiście, że nie jest to literatura na skalę Dostojewskich, Tołstojów czy Gogolów tego świata. Krótkie powieści Akunina są dokładnie tym, czym mają być: lekkimi, rozrywkowymi, nostalgicznymi powieściami, pastiszującymi z jednej strony dziewiętnasto- i wczesnodwudziestowieczną literaturę popularną, tę spod znaku Eugeniusza Sue, Aleksandra Dumasa czy sir Arthura Conan Doyle'a, z drugiej - zakorzenioną w podobnym patrzeniu na literaturę klasykę powieści obyczajowo-detektywistycznej z I połowy XX wieku, najlepiej symbolizowaną przez twórczość Agathy Christie.  Słowa pastisz użyłam nieprzypadkowo - Akunin jest autorem w pełni świadomym swoich zamierzeń i bardzo celowo i pomysłowo do swoich pierwowzorów się odwołującym. Aluzjami sieje w swoich tekstach chętnie i często, ale robi to nieoczywiście i na kilku poziomach: od wrzucanych mimochodem odniesień przez skojarzenia na poziomie narracji po fabularne i strukturalne przeniesienia klasycznych dla literatury przygodowej modeli.

No bo popatrzmy, przykładowo, na Lewiatana, ewidentny, od pierwszej chwili, pastisz - jak chodzi o strukturę - Śmierci na Nilu: tajemnicza zbrodnia, luksusowy statek, policjant, ukryty wśród pasażerów morderca - i genialny, trochę z przypadku tam będący detektyw, któremu przyjdzie rozwiązać sprawę, z którą nikt sobie nie może poradzić. Przyjrzyjmy się dwutorowej konstrukcji Śmierci Achillesa, śledzącej w jednym wątku detektywa i ofiarę, w drugim - mordercę, bardzo podobnie jak w, powiedzmy, Dolinie trwogi Conan Doyle'a, by nie wspomnieć jeszcze bardziej oczywistego Studium w szkarłacie. Popatrzmy na rzucane często przez bohaterów sugestie i aluzje (moja ulubiona to ta rzucona ironicznie do Fandorina uwaga "A co, dostrzegłeś lilię na jej ramieniu?"), popatrzmy na wzmianki o rosyjskich autorach XIX wieku. Popatrzmy także na to, jak w Śmierci Achillesa Akunin gra postacią greckiego herosa Iliady, bo - jakem klasyk i badaczka recepcji antyku z zawodu - robi to znakomicie.

Achillesem w powieści Akunina jest, wyjściowo, ofiara: generał Sobolew, bohater wojenny (znany czytelnikom już z Gambitu tureckiego). Nazywany wprost przez prasę i wielbicieli "nowym Achillesem", generał słynie z odwagi i wojennych sukcesów  - i okazuje się mieć ambicje polityczne na skalę iście napoleońską...
Ale jest, przecież, jeszcze jeden Achilles - tym razem zabójca (bo oczywiście, wbrew wszelkim pozorom w świecie przedstawionym i dokładnie zgodnie z tym, czego się spodziewa czytelnik, generała zamordowano). A tenże zabójca, Achimas, pół-Czeczeniec (jakże nieprzewidywalnie!) dzieli z greckim herosem znacznie, znacznie więcej cech, niż dzielny rosyjski generał...
Biografia Achimasa jest przetworzeniem mitycznej biografii Achillesa. Wystarczy wskazać przecież tylko na trzy aspekty: pobyt Achimasa w sierocińcu, jego stamtąd ucieczkę i, w końcu, na tę tytułową śmierć, śmierć drugiego z Akuninowych Achillesów. Jak mityczny Achilles, ten u Akunina zostaje ukryty/ukrywa się przed wojną w kobiecym przebraniu - jeden na wyspie Skyros u króla Likomedesa, drugi - w prowadzonym przez prawosławne siostry przytułku; obaj, jeszcze dorzucę, spotykają w tym ukryciu kobiety, które odegrają znaczącą rolę w ich życiu. Obaj, i heros i Akuninowski zabójca na zlecenie, zostają podobnie rozpoznani - sięgają, jeden i drugi, po broń zamiast po coś, co powinno stereotypowo zainteresować kobiety... No i strzała, nieszczęsna strzała w piętę, która zabija i jednego, i drugiego bohatera. Taka konstrukcja i użycie mitycznej paraleli podkreśla paradoksalne podobieństwo między dwiema osobami, które niespodziewanie zetknął los: ofiarą, zabitą u szczytu powodzenia i zabójcą, wynajętym, by zlikwidować polityczne zagrożenie, jakim niespodziewanie okazuje się popularny generał...

Aluzje i odniesienia do klasyki dziewiętnastowiecznej literatury, a także klasyki powieści kryminalnej, nie wyczerpują jednak kreatywności Akunina, jak chodzi o aluzje i odniesienia. Spójrzmy choćby na sposób narracji, z trzecioosobowym, lekko ironicznym, patrzącym z dystansem i na resztę bohaterów, i na Fandorina narratorem, który jest jak jak żywcem przeniesiony z prozy, powiedzmy, Gogola; spójrzmy na dziewiętnastowieczne w swym charakterze tytuły rozdziałów. Przyjrzymy się wreszcie grom, na jakie sobie Akunin pozwala, kiedy nawiązuje do wydarzeń i zjawisk bardziej współczesnych: raz mu się pojawi w tle koszmarny belgijski pedofil-zabójca, innym razem mignie niedoszły zabójca króla Włoch, niejaki Szakal...

Ta pastiszowość i stylizacja na prozę dziewiętnastego wieku sprawia, że akurat mnie czyta się tę prozę znakomicie - zwłaszcza że jak chodzi o kryminały, to ja w ogóle wolę raczej te a la Agatha Christie niż te mocno społecznie zaangażowane  a la Skandynawia, bo, Bogiem a prawdą, w lekturze powieści kryminalnej chodzi mi zwykle bardziej o rozrywkę, a mniej o krytykę społeczną (przy czym to jest raczej 70:30 na rzecz powieści a la Christie, nie 100:0), a inteligentne, nienachalnie zrobione stylizacje i nawiązania do klasyki literackiej uwielbiam.  

No ale, nie oszukujmy się, Allegra zna moje czytelnicze ja i dobrze wiedziała, co i czemu mi poleca. A, nie oszukujmy się, zaczęła od polecenia mi Erasta Fandorina jako bohatera...

No więc, moi drodzy, ja mam niestety pewien typ postaci, które mnie uwodzą samym faktem, że są takie, jakie są, i niestety po raz kolejny, Erast Fandorin do takich postaci należy. A moi wybrani bohaterowie, niestety, bywają toksyczni. 

Czy Fandorin jest toksyczny? Jest, przede wszystkim, skomplikowany i pokopany przez życie - i chwała Akuninowi, że pokazuje nam, w odróżnieniu od większości swoich kolegów-pisarzy, jak to się stało, że Fandorin stał się, a raczej ciągle, na naszych oczach, staje się tym chłodnym, zamkniętym w sobie, pełnym rezerwy genialnym samotnikiem-dziwakiem. Bo przecież, kiedy widzimy go pierwszy raz, Fandorin jest jeszcze miłym, nerwowym i niepewnym siebie chłopcem, początkującym urzędnikiem, dalekim od zimnego, rosyjskiego Holmesa, jakim się wkrótce zacznie stawać... Naszego detektywa widzimy najpierw trochę zabawnego, trochę nieporadnego, jak pół-komiczni gogolowscy czy czechowowscy bohaterowie, tkwiący głęboko w rosyjskiej rzeczywistości. Tragiczności i demoniczności w nim wtedy tyle, co trucizny w zapałce; ot, trochę dziwny, bardzo zdolny, zamknięty w sobie i za wszelką cenę chcący zrobić karierę dwudziestoletni chłopak, któremu życie rodzinne niespecjalnie się dotąd układało i który próbuje wykorzystać szansę, jaką mu daje los - rozwiązania sprawy, podskoczenia w służbowej hierarchii, szczęśliwego, ale przy tym pozwalającego na awans społeczny ożenku. Fandorin te szansę dostanie - i wykorzysta ją, niestety, na nieszczęście swoje i innych.

Gdybym miała krótko podsumować, powiedziałabym tak: pewnie, kryminały o Fandorinie nie są arcydziełami literatury, to nie jest Tołstoj ani Dostojewski. Ale powiem Wam szczerze, czytelnicy drodzy: czytało mi się go cudownie i na pewno poczytam go więcej. I tyle, więcej nic nie powiem, bo o marzeniach związanych z moją prywatną (wspólną z Drakainą) grafomanią to może nie całkiem pora mówić.

 

(1) Ten blog czyta na stałe tak niewiele osób, że każdy czytelnik i czytelniczka są moimi ulubionymi; Allegra W., jednak, jest z tym blogiem prawie od samego początku i ma, dzięki temu, swój własny ciepły kącik w moim blogerskim sercu.

piątek, 08 stycznia 2016

SPOJLERY I TEORIE, WCHODZISZ NA WŁASNE RYZYKO.


 

Zastanawiam się, czy jestem właściwą osobą do napisania tej recenzji/analizy. A konkretnie, zastanawiam się, czy moja opinia w tym przypadku jest w jakikolwiek sposób znacząca dla kogokolwiek poza mną.

Nie, nie mam manii wielkości pt. "Wpływam na ludzi swoim pisaniem", no bo na kogo i jak niby. Nic z tych rzeczy. To jest raczej pytanie o to, czy warto pisać coś, co jest tak bardzo subiektywne i tak bardzo wynika z mojego własnego odczytania. Przy pełnej świadomości, że tym razem to nie jest tak, że się zdziwię, że komuś się nie podobało. Zupełnie nie.

Innymi słowy, czy warto pisać coś tak bardzo subiektywnego jak ta poniższa analiza The Abominable Bride.

Emocjonalna recenzja jest taka: siedziałam wbita w fotel, w głowie mi się kręciło i dostałam ciężkiego szoku w przewidywalnym miejscu fabuły.
Ale sorry, grit on the lens, the fly in the ointment, nie o moich uczuciach będziemy dzisiaj mówić. No, nie całkiem. Może trochę.

Dzisiaj głównie będziemy analizować.

 

No więc pierwsza rzecz, jaka mi analitycznie przychodzi do głowy, to ale to już wszystko było. I to, nieco metaforycznie rzecz ujmując, dwa razy. 

Kiedy ogląda się Pannę młodą uważnie - i, nie oszukujmy się, najlepiej po powtórce z całości - widać bardzo wyraźnie, że sprawa Ricoletti jest patchworkiem, złożonych z poprzednich spraw tego konkretnego Holmesa i Watsona. Mamy, oczywiście, alternatywną/właściwą wiktoriańską wersję ich pierwszego spotkania, wziętą z Conan Doyle'a i wymodelowaną na Study in Pink, co jest dość, hmmm, elementarne, podobnie jak fakt, że postacie, zarówno te z kanonu (pani Hudson, Lestrade, Mycroft, by nie wspomnieć o dwójce naszych głównych bohaterów), jak i te stworzone przez scenarzystów (Anderson, Molly)? powtarzają swoje role u boku Holmesa i Watsona. Ale te powtórki idą dalej. Popatrzmy na sam początek sprawy, tuż przed pojawieniem się Lestrade'a: Holmes rozpoznaje w zamaskowanej kobiecie Mary Watson, rozpoznaje ją po zapachu jej perfum. Nie, tu to nie jest Claire de la Lune?, oczywiście - ale znowu jest to zapach, dzięki któremu Holmes wie, że kobietą w czarnych koronkach i woalce, stojącą w ich salonie, jest zaniedbywana pani Watson. No patrzcie państwo, zupełnie jak w His Last Vow. I, na marginesie, jak bardzo jak panna młoda w żałobie Mary tu wygląda.   Ale to nie jest jedyna taka powtórka. Mieliśmy już w Sherlocku także i sceny, kiedy bohater widzi, pod wpływem narkotyku, coś, czego nie ma, ale co przyczynia się do rozwiązania zagadki - był już przecież taki motyw, i to w odcinku wprowadzającym koncept mind palace, czyli w The Hounds of Baskerville.  Pamiętacie Johna Watsona w laboratorium i wcześniej Sherlocka i Henry'ego po wizycie w Dewer's Hollow?
Spotkaliśmy już również w Sherlocku nawet pana Ricoletti (Petera, w tym przypadku; ten w Pannie Młodej ma na imię Thomas); w roli bandziora mamy go przez momencik w The Reichenbach Fall, jako bohatera jednej ze spraw, rozwiązanych przez Sherlocka; ba, tam nawet towarzyszyła mu koszmarna żona. W pokoju dla gości w The Diogenes Club wisi obraz Turnera Wodospad w Reichenbach, który widzieliśmy w The Final Problem. Five pips, niekoniecznie orange, też już było. Nawet uwaga Watsona o tym, że coś brzmi z serbska, choć mieści się w politycznych lękach końca XIX wieku, to przede wszystkim odsyła do początku The Empty Hearse!
No i to, jak Panna Młoda udała swoją śmierć. No udała ją przecież dokładnie tak samo, jak Irene Adler w The Scandal in Belgravia, kiedy usiłuje się wymknąć Sherlockowi/zwabić go. Sam Sherlock sugeruje, że znaleziono inne ciało, które podstawiono zamiast pani Ricoletti do kostnicy, tak samo, jak w jego przypadku (z delikatną sugestią, że w obu przypadkach Molly did it), ale podobieństwa do sprawy Adler są bodaj czy nie równie znaczące.
Jest oczywiście jeszcze jedna sprawa, ta kluczowa. Pewna panna młoda strzela sobie w głowę, jak Moriarty - to zauważyli wszyscy chyba recenzenci, i nie dziwota, bo zestawienie tych dwóch spraw pada explicite z ekranu, ergo, jak Moriarty, ona TEŻ MUSI BYĆ MARTWA. Tylko czy jest? A jak jest, to kto zabija? Dla rozwiązania tej sprawy sprzed ponad stu lat Sherlock jest gotów zaryzykować - zakładam, że przedawkowanie jest dość ekstremalne nawet wedle jego standardów - tylko czemu? Po co? Aż tak jest ciekawy? Czy może.... hmmm, czy może ma to coś wspólnego ze sprawą i z osobą, która dręczy go od dawna, daawna?
Po co Sherlock przedawkowuje, po co usiłuje rozwiązać akurat tę zagadkową sprawę sprzed lat?
Mam wrażenie - ale mam je ex post, po obejrzeniu dwa razy, nie z pierwszego oglądania - że to jest, poniekąd, pierwsza sugestia wielkiego twistu, jaki nam fundują autorzy odcinka: fakt, że sprawa upiornej panny młodej pod wieloma względami przypomina ciągnącą się od Study in Pink sprawę Jima Moriarty'ego. A konkretniej - i tu jest, moim zdaniem, sugestia tego twistu, tego, że to wszystko musi się jakoś wiązać z finałem trzeciego sezonu - zadaniem Sherlocka jest tu dojść do rozwiązania jednej konkretnej zagadki: jeżeli wyeliminujemy niemożliwe (w tym przypadku spirytyzm; ech, ta idea z duchem też trochę brzmi jak echo rozmaitych pozaholmesowych pasji Conan Doyle'a), to jak wyjaśnić fakt, że osoba, która publicznie strzeliła sobie w głowę, jest potem równie publicznie widywana. I tak, wyjaśnienie jest w sumie banalnie proste - to organizacja działa za nią, w jej imieniu - hello, ciekawe doprawdy, jak jest z Moriartym. I jak się to ma do jego ewentualnej obecności w serii IV (zwłaszcza w kontekście uwag Sherlocka o tym, że Moriarty na pewno nie żyje, ale że on, Sherlock, wie dokładnie, co Moriarty teraz zamierza zrobić). Oraz, jak się to ma do z lekka zarozumiałego stwierdzenia Sherlocka w The Empty Hearse, że serbska grupa, którą zinfiltrował, to ostatnie resztki pajęczyny Jima M.?


To jest jeden poziom ale to już było, drugi to oczywiście gry z kanonem i z klasycznymi adaptacjami. Martin Freeman nie musiał dodawać w komentarzu, że były sceny, które starał się grać inspirowany Nigelem Brucem i jego Watsonem, to było widać. Ale znowu, to się okazał być synkretyczny miks, bo doktor Watson Nigela Bruce'a (niech będzie, chwilami :) ) jest tu sparowany z Sherlockiem Holmesem granym przez Benedicta Cumberbatcha ewidentnie w hołdzie dla Jeremy'ego Bretta. Mamy tu przegląd klasycznych scen z kanonu (pierwsze spotkanie, zdenerwowany Lestrade przychodzący po pomoc, otyły Mycroft i cisza w The Diogenes Club, wodospad Reichenbach jak z ilustracji Sidneya Pageta), ale mamy też dziesiątki malutkich, drobnych, dla fabuły nieistotnych aluzji. Do Mycrofta ma przyjść pan Melas z The Greek Interpreter (tym razem raczej nie będzie jednym z grupy komiksowych geeków, obawiam się), Holmes powtarza swoje zdanie o logiku, który z obecności kropli wody wywnioskuje Niagarę i ocean, nigdy ich nie widząc, pada uwaga o siedmioprocentowym roztworze kokainy... No i Moriarty, scena z Moriartym w pokoju Holmesa, powtarzająca i ich rozmowy z kanonu (dwie: te ze spotkania i tę znad wodopadu), i dialogi z ich scen w serii Moffata i Gatissa. Do tego, oczywiście, opowiadania, z których wzięto inspirację, Five Orange Pips i The Musgrave RitualIt's there. It's all there

 

And then there's the twist. Kiedy oglądałam The Abominable Bride po raz pierwszy, pierwszym sygnałem, że scenarzyści nas nabrali i że to nie jest żaden wyjęty z czasu wiktoriański epizod, tylko sen wariata (no, narkomana) śniony nieprzytomnie była dla mnie kwestia Mycrofta o the virus in the data, zgrzytliwie anachroniczna (zdecydowanie bardziej, dla nie-native'a, niż też anachroniczne crime scene i life in a nutshell, rzucone wcześniej przez pp. Holmesów i zasygnalizowane jako curious expressions). Te dwa ostatnie odebrałam oryginalnie, podobnie jak uwagi pani Hudson o byciu narrative device, jako rodzaj gry z konwencją. Nie przyszło mi do głowy, jeszcze wtedy, że mają podwójne znaczenie. Ta o wirusie zgrzytnęła mi po nerwach, wytrącając mnie z poczucia "1895, meloniki, dorożki, wiktoriańska groza". 
Oczywiście, przy drugim oglądaniu widać lepiej. Widać na przykład od razu, że tak naprawdę chodzi o powrót Moriarty'ego, a nie o sprawę sprzed lat - już w kostnicy Holmes pyta How did he come back, choć stoi nad ciałem panny młodej. Ten hałas, zalewający czasem nagle ekran - tu nawet miałam poczucie "A nie mogli nagrać czegoś innego? To naprawdę brzmi jak lecący samolot". Kolejnym takim znakiem są nie do końca zrozumiałe, zagadkowe na pierwszy rzut oka partie dialogowe, jak ta o robieniu list i byciu bardzo głęboko. Zresztą cały ten dialog z Mycroftem powinien, w sumie, zdradzić, co się dzieje. Mycroft przytył w ciągu jednego dnia, na obrazie Turnera płynie woda, bohaterowie rozmawiają szyfrem, a zanim Sherlock pojawił się u brata, kamera pokazywała go w sposób tak oczywiście typowy dla filmowania scen wizji, tripów i odlotów, że ja nie wiem, jakim cudem nie zajarzyłam już wtedy, co się dzieje. Does it seem possible, pyta Mycroft. No, odpowiada mu brat. Ale zaraz potem widzimy Sherlocka Holmesa w victorian mind palace i dostajemy (fałszywe) rozwiązanie: OK, OK, on to sobie wyobraża, niech mu będzie. I Redbeard, nie zapominajmy o Redbeardzie. By już o rozmowie z Moriartym w pokoju Holmesa nie wspomnieć.

To - to, że każdy ma tu swoją rolę, to, że pojawiają się postacie znane z całości, to, że są radosne anachronizmy - to jest jeden znak, że jesteśmy w głowie Sherlocka Holmesa raczej niż w rzeczywistości; a wspomniane wcześniej odbijanie tego-co-było to drugi, równie wyraźny.

Taaa. i tu następuje ten moment, kiedy autorzy nabierają nas po raz drugi. Bo po raz drugi się przecież okazuje, że to nie dzieje się naprawdę. Come on, nawet Mary nie jest taka dobra, żeby w ułamku sekundy to wszystko porobić! (choć, och, w tej wizji Sherlocka ona jest NAPRAWDĘ dobra, we wszystkim, prawie jakby ją... idealizował? Hmmm...). Tu z kolei orientujemy się, że tego nie ma, dopiero kiedy panna młoda wyłazi z grobu w całej glorii nierealistycznego wiktoriańskiego horroro-kiczu. Sorry, Sherlock; deeper than before; nie wyjdziesz z tego tak łatwo, wprost na pas startowy do czekających przyjaciół.

Sherlock zamieszał sobie ostro w głowie za dużą dawką narkotyków, a panowie scenarzyści mieszają nam w głowach gatunkowymi woltami. Wychodzimy od zagadki kryminalnej, i to takiej, które ja w kanonie Doyle'a szczególnie lubię (nieprzypadkowo The Sussex Vampire to jedno z moich ukochanych opowiadań ACD): takie, gdzie pozornie oczywiste nadnaturalne wyjaśnienie zostaje obnażone jako fałszywe i wyjaśnione w racjonalny sposób. Mamy wszelkie gadżety wymagane do takiej klasycznej Conan-Doyle'owskiej historii: Londyn, detektywa, kostnicę, światło gazowe, wiejską posiadłość z trupem lorda, malowniczy wodospad, kłęby mgły w ogrodowym labiryncie i nad dachami wiktoriańskiego Londynu. Do tego dostajemy drugi zestaw cech gatunkowych, tym razem rodem z wiktoriańskiego i post-wiktoriańskiego horroru: bladą zjawę z krwawą szramą ust i w ślubnej sukni (Lucy Westenra, anyone?), upiory, ożywione trupy z oczami nawet po stu latach pełnymi wijącego się robactwa, historię zemsty zza grobu. I jeszcze trzeci poziom, ten od Molly w nieprzekonującym męskim stroju i sufrażystek w podziemiach katedry, płonących tam ogni, zawodzonych pieśni i idiotycznych kostiumów z Ku-Klux-Klanu: groszowe, pulpowe gotycko-awanturnicze historie z epoki, które inspirowały Conan-Doyle'a (patrz: Studium w szkarłacie), a które tu rozgrywają się, oczywiście, w głowie Sherlocka. Dlatego po części nie mam pretensji o to, jak przerysowana, kiczowata i nieprawdopodobna wizualnie jest ta scena: przecież to przerysowanie, nieprawdopodobieństwo i kicz zostaje wprost wypomniane z ekranu.  I mean, come, on, be serious! Costumes? The gong? (...) Is this silly enough for you yet? Gothic enough, mad enough even for you? It doesn't make sense, Sherlock. *.
Na to wszystko nałożona jest jeszcze cała warstwa aluzji, powiedzmy, autotematycznych: tych dialogów o byciu narrative device, rozmów o tym, jak się ma napisany Sherlock do prawdziwego, o popularności historii Johna (bezcenna uwaga Moriarty'ego o ilustratorze!), o byciu storytellerem i rozpoznawaniu się w napisanych historiach... Lustra, lustra: nieprzypadkowo ten odcinek ma trzy upiorne panny młode - Emelię Ricoletti, Mary Watson na początku akcji, w czarnych koronkach i woalce, i Jima Moriarty'ego, a każde z dwójki pozostałych dzieli coś z Emelią. Mary jest tym, czego Emelia i jej podobne chcą; Jim tym, o co w tej historii chodzi Sherlockowi. 

 

Ja osobiście jako czytelnik i odbiorca, to nie jest żadne stwierdzenie ogólne, ogromnie lubię taki sposób mieszania mi głowie i ten typ samoświadomości autorskiej. Ja osobiście lubię ten rodzaj gier z tradycją, własną i tą kanoniczno-inspirującą. No i ja jestem kimś, kogo najbardziej pod słońcem bawi grzebanie przez autorów w tekstach ACD w celu zagrania jakimś kolejnym cytatem, odwołaniem czy aluzją. Mnie się dosyć musiało podobać (pomijając może oczywisty fakt, że kilkoro moich ukochanych aktorów na planie na raz, jak to ma nie działać?), ale całkowicie widzę, gdzie mogło nie podobać się innym odbiorcom. To, innymi słowy, był odcinek dla mnie, mnie spasował idealnie - i stąd moje wahania, czy w ogóle pisać tę analizę.  

 

A, i wiecie, co mnie jeszcze w tym odcinku rozbawiło? To, jak wcześnie pp. Watson rozwiązali za nas i za Holmesa zagadkę. Mary pojawiła się w stroju panny młodej w żałobie, John w swojej upiornie komicznej wyliczance invisible armies wymienił sufrażystki. Przykro mi, panie Holmes, już wiadomo, kto jest naprawdę tym consulting detective.




 

* I nie, nie mam tu też pretensji o mowę Sherlocka ws. kobiet. To jest, jak dla mnie, wersja tej klasycznej sceny, kiedy Sherlock Holmes odgrywa swój teatr dla zachwyconej publiczności, pokazując, jak rozwiązał sprawę. On to robi... hmm, może nie tak często, jak Poirot, ale całkiem, całkiem często. Mansplaining, wiem, ale w tym konkretnym przypadku jestem w stanie postawić konwencje narracyjne ponad problemem. Dobra, OK, mogła to zrobić Mary.

 
1 , 2 , 3
| < Sierpień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    
O autorze
Zakładki:
Autorzy
Blogi
Miejsca: różne
Omnia mea
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...