Trekkie-ing

poniedziałek, 27 maja 2013

Spróbuję napisać przedpremierową nie-recenzję z Into Darkness. Nie będzie łatwo, bo - powiem od razu - strasznie mi się podobało, a takie podobanie wyłącza sporą część zdolności analitycznych. Że to są opinie prywatne, a nie prawdy obiektywne, nie muszę dodawać, mam nadzieję.

 

Oraz, uwaga, SPOILERS, SPOILERS EVERYWHERE

 

 http://b-i.forbesimg.com/johngaudiosi/files/2013/05/Star_Trek_Into_Darkness_32.jpg

 

Dzisiaj będzie o przerabianiu scenariuszy na scenariusze. Wydawałoby się, że pogrywając sobie Kobayashi Maru w I części nowego Treka JJ Abrams et consortes załatwili się z Khanem raz na zawsze. A tu - nie, o nie. The Wrath of Khan Meyera był wariacją na temat Moby Dicka, Into Darkness Abramsa jest wariacją na temat The Wrath of Khan, z niewielkimi dodatkami z innych Trekowych klasyków.

No bo popatrzmy: The Wrath of Khan jest głównie o tym, że Jim Kirk nie zawsze może nabrać los, okpić śmierć i oszukać przeznaczenie: że w pewnym momencie za te kpiny, nabieranie i oszustwa zapłaci życiem, gorzej, nie życiem własnym, tylko życiem jednej z najważniejszych, jeśli nie najważniejszej [fakt, nie shipping] dla siebie osoby. 

I mniej więcej o tym jest też Into Darkness, tyle, że Jim jest nie Panem (Piotrusiem) obchodzącym pięćdziesiąte urodziny, a smarkaczem za kółkiem zdecydowanie zbyt szybkiego dlań pojazdu. Niemniej, statek zabierają mu i w jednym, i w drugim: w nowym robi to admirał, w starym to Kirka robią admirałem, ale efekt jest ten sam. Na dodatek załoga się rozpada: tam Chekov ma własną posadę na innym statku, tu rezygnuje Scotty (i w efekcie ma szansę powtórzyć, skądinąd, jedną z moich ulubionych scen z The Search for Spock, tę z unieruchomieniem Relianta Excelsiora, ofkorz). 

Powtarza się także red herring z oryginału: prawie-śmierć Spocka, tam markowana (ograny już poprzednio test Kobayashi Maru), tu grożąca naprawdę (a chwilę później nawet mind melt z kimś umierającym jest). I tu, i tam, zresztą, podejrzewam, ten red herring występuje w podobnej roli, choć w lustrzanym odbiciu: Meyer nabierał widzów, że Spock naprawdę nie zginie pod koniec filmu, Abrams nabiera nas, że to Spock zginie. 

No ale: pojawia się zagrożenie i potrzeba, ergo Kirk z powrotem trafia na fotel kapitana (i tu, i tam), i wio w kosmos. Są Klingoni (choć w starej wersji są najpierw wirtualni, dopiero w The Search for Spock wyrastają na pełnoprawnych czarnych charakterów), nagłe militarystyczne jazdy w dowództwie Gwiezdnej Floty i podejrzane projekty (Genesis w WoK, torpedy w ID), w które jakoś zawsze zamieszana jest Carol Marcus, the once and future love interest Kirka; tyle że w WoK to ona popełnia hybris (konstruuje Genesis), a w ID - wręcz przeciwnie, próbuje zapobiec działaniom ojca. Potem są wrzutki z innych klasycznych Treków (Tribble, statek zarewirowany Muddowi, wspomniany Scotty robiący demolkę na nowym hiperstatku admirała) i Khan zachowujący się niby bardziej jak Loki w Avengersach niż jak Khan w ST. Ale na pozór tylko, bo warto zerknąć głębiej, do oryginalnego pojawienia się Khana w odcinku Space Seed: to stamtąd jest załoga Khana w komorach kriogenicznych i stamtąd też - summa summarum - zawieszone zakończenie, w którym Khan nie ginie, tylko z powrotem trafia tam, skąd przyszedł. To mi się zresztą bardzo tu podoba: ta idea, że można natłuc villainowi po (ślicznym, skądinąd, IMHO) pysku, ale potem można go nie zabić, można go oddać w ręce sprawiedliwości, bo od tego ta sprawiedliwość jest, od tego są sądy. Stamtąd też, w sumie, traktowanie Khana na Enterprise, tyle że w roli Marii McGivers, uwiedzionej przez Khana, występuje przez chwilę i poniekąd sam James T. Kirk, który daje się Khanowi przekonać do jego planu. Mnie osobiście bardzo się podoba idea rozbudowania relacji tych dwóch bohaterów: jako że tutaj Kirk nie może (jeszcze) być winny śmierci bliskich Khana, a Khan nie może szantażować Kirka przy pomocy Kirkowego syna, musi być inny sposób, żeby tych dwóch ze sobą powiązać; śmierć Pike'a, a potem zakończona zdradą i prawie-śmiercią załogi Enterprise współpraca sprawiają, że rozgrywka między nimi staje się zdecydowanie bardziej osobista.  

A potem mamy zagrożenie dla statku i Scotty z kimś idą obejrzeć, co się da zrobić, ale jest promieniowanie i nic się nie da, chyba że ktoś poświęci swoje życie, swoje the needs of the one dla ratowania the many. No wiemy, przecież, kto, Spock oczywiście, bo Kirk się musi czegoś nauczyć, prawda? No tyle że tym razem nauczy się na własnym przykładzie. 

Tu mnie zresztą scenarzyści kupili do końca, tą powtórką w lustrzanym odbiciu, tymi dokładnie przeniesionymi z The Wrath of Khan dialogami i gestami, od momentu, kiedy to Kirk uderza Scotty'ego aż po Spocka krzyczącego Khaaaaaan!, przez powtórkę dialogu i przez scenę z dłońmi Kirka i Spocka dotykającymi się przez szkło. Uwielbiam takie pogrywanie sobie tym, co było; wzruszyłam się, chociaż w momencie, kiedy Kirk tam wchodził, już wiedziałam, jak go ocalą - jakby komu nie starczyła córka Mickeya Smitha w pierwszych scenach, to jeszcze dostał Tribble'a. I dobrze zresztą, kto by się nabrał na to, że Kirk naprawdę umarł, poza tym, jego się nie da uratować przy pomocy transferu katry. Ergo, JTK zostanie uratowany od razu, a scena z flagą dla poległych będzie tym razem nie dla Spocka, a dla członków załogi, którzy (tabunami, patrząc po tym, co się działo na ekranie) zginęli w tej misji.

Co jeszcze? Z Brytyjczyka Benedicta Cumberbatcha jest dokładnie taki sam Sikh jak z Meksykanina Ricarda Montalbana, więc (pomijając moją sympatię do aktora) nie mam problemu z faktem, że tak tę rolę obsadzono, zwłaszcza, że BC jako Khan ma jedną istotną cechę: rusza się (zwłaszcza w scenie strzelaniny z Klingonami) w prawie nieludzki sposób, tak, że nie ma wątpliwości co do tego, że jest genetically superior w stosunku do reszty ludzkości, a że przy tym pięknie mówi i jak zwykle malowniczo powiewa płaszczem i spada z wysokości, tym lepiej. Kontrowersyjna Carol Marcus w bieliźnie niby mogłaby się bronić faktem, że coś nam ma to mówić o Jimie K. (że, znaczy się, troszeczkę buc jest z niego, chwilami?), ale i tak w sumie jest zbędna i bez sensu. W zasadzie każda z postaci sobie pograła, McCoy rzucił parę kultowych tekstów, Scotty posiedział sobie w barze a la McCoy w The Search for Spock, słowem, każdemu, co lubi.

OK, to była nie-recenzja. W recenzji jest, że bardzo mi się podobało i że pójdę jeszcze raz. I jeszcze, zapewne.

piątek, 02 listopada 2012

Star Trek TOS 2x01, Amok Time, scen. Theodore Sturgeon, wyst. ci, co zawsze, uzupełnieni (wreszcie!) o Waltera Koeniga i (chwilowo) eks-żonę Petera Lorre.

 

ST Amok Time

 

Jak się w latach 90. zaczynałam bawić w Star Treka, ten odcinek uchodził za legendarny i cieszył się opinią jednego z arcydzieł serii, co najmniej z kilku powodów. Po pierwsze, z racji faktu, że znany autor (to akurat w ST nic takiego dziwnego), po drugie, bo o Spocku i na Wulkanie (i wprowadza parę bardzo potem ważnych okołowulkańskich motywów), a po trzecie - po trzecie, bo o seksie, i to w kontekście dość zwykle pod tym względem tajemniczego Spocka. 

Najkrócej: Spock się dziwacznie zachowuje (a.k.a. nie je, wyzywa McCoya i wywala z kajuty siostrę Chapel razem z jej zupą), okazuje się, że źle z nim, bo wulkańska fizjologia i bo w końcu natura upomniała się o swoje prawa - innymi słowy, nasz racjonalny pan oficer oszalał od hormonów i albo pojedzie na Wulkan skonsumować zawarte w dzieciństwie małżeństwo, albo umrze. Kirk, oczywiście, prędzej narobi sobie dowolnych kłopotów niż pozwoli, żeby Pierwszemu spadł włos z głowy, ergo olewa rozkazy i rusza na Wulkana. Tam się okazuje, że nocy poślubnej nie będzie: panna młoda chce innego i woli wyzwać Spocka na pojedynek (via champion, sama walczyć oczywiście nie będzie), akceptując, że zostanie następnie bezwarunkowo własnością zwycięzcy. Ku zdumieniu wszystkim na swego rycerza wybiera nie swojego kochanka, lecz ... Kirka (bo jak przegra, to żadna strata, as jak wygra, to jej nie zechce, i będzie mogła robić, co się jej spodoba). Kirk przyjmuje rolę, zanim się dowie, że z obłąkanym i kompletnie nie kontaktującym Spockiem będzie musiał walczyć na śmierć i życie. Panowie walczą, McCoy myśli, w efekcie Spock uznaje, że Kirka zabił, co go, skądinąd, leczy i szoku, i z pożądania kompletnie. Panowie wracają na pokład, JK okazuje się, dzięki inteligencji swojego lekarza, raczej zdecydowanie żywy i całość kończy się w tonie, jak często, nie do końca serio:      


MCCOY: There's just one thing, Mister Spock. You can't tell me that when you first saw Jim alive that you weren't on the verge of giving us an emotional scene that would have brought the house down. .
SPOCK: Merely my quite logical relief that Starfleet had not lost a highly proficient captain.
KIRK: Yes, Mister Spock. I understand.
SPOCK: Thank you, Captain.
MCCOY: Of course, Mister Spock, your reaction was quite logical.
SPOCK: Thank you, Doctor.


No i tak: dialogi bywają znakomite. Pomysł - Spock, seks, szaleństwo - bardzo efektowny, z gatunku tych, które przy takim rozpisaniu relacji między postaciami, jakie mamy od dawna wypracowane, trzeba byłoby STRASZNIE skopać, żeby nie wypaliły. Emocje na najwyższym startrekowym tonie, suspens całkiem przyzwoity (bo co prawda dość bez problemu się domyślamy, że Spock nie zabił Kirka, a nawet, jak to się stało, że go nie zabił, ciekawi nas natomiast, co zrobi, kiedy się dowie). 

Trochę mniej fajnie się robi, jak się człowiek przez moment zastanowi, jak to jest z tą kulturą, która robi za mniej więcej najbardziej cywilizowaną w Federacji. I, ojoj.

Mało jest to wszystko konsekwentne (patrz: to, jak zwijała się DC Fontana, usiłując potem jakoś wyjaśnić, jak kto jest z seksem u Wulkanitów i czy rzeczywiście panom się chce tylko raz na siedem lat) i, z przeproszeniem, strasznie dziwne. Wychodzi mianowicie na to, że:

1. Wulkańskie kobiety całkowicie i zasadniczo różnią się, pod względem odczuwania pożądania i potrzeb seksualnych, od mężczyzn - nie ma w żaden sposób mowy o tym, by Wulkanitki reagowały podobnie, jak ich rodacy, T'Pring wydaje się aż bardzo trzeźwo myśląca i raczej na pewno nie grozi jej śmierć, jeżeli do łóżka z mężem natychmiast nie pójdzie. Strasznie to utrudnia relacje damsko-męskie, a i o seksie dla przyjemności można tylko marzyć...  

2. Na Wulkanie praktykuje się aranżowane małżeństwa - co niekoniecznie dziwi, w wielu kulturach tak bywa; zawiera się je jednakowoż. kiedy dzieci są jeszcze bardzo małe. Z Amok Time wynika też dość jednoznacznie, że rozwodów nie ma - T'Pring musi zdecydować się na śmiertelne wyzwanie tuż przed ślubem, żeby móc się pozbyć Spocka ze swojego życia. 

3. Kobieta - w przypadku wyzwania - staje się własnością zwycięzcy. Własnością. Zwycięzcy. Nawet nie "żoną na wieki, bez rozwodów". Własnością. Zwycięzcy.
I znowu: smutne, ale mało dziwne, w końcu to się w wielu kulturach zdarzało. Ale zastanawiam się, jak miało być wytłumaczalne w tak oświeconej, tak zaawansowanej technicznie i tak... logicznej.
A, T'Pring jest Zła: perfidna i przewrotna, bez serca (rzuca Spocka, ma kochanka, jest gotowa skazać Kirka na śmierć, a Spocka na traumę zabójstwa najlepszego przyjaciela). Spock ją zresztą punktuje, mówiąc (niemądremu) przyszłemu mężowi T'Pring, Stonnowi You may find that having is not so pleasing a thing as wanting. Za co to? Ano w sumie za to, że nie chciała wyjść za faceta, którego nie znała i który w domu nie bywał. To Zła Kobieta Była.  

4. Skądinąd, kultura wulkańska wydaje się tak paskudnie ksenofobiczna, zamknięta, nieżyczliwa i seksistowska, że wcale się nie dziwię Abramsowi, który ją wyraźnie jako taką pokazał (mały Spock obrywający od kolegów, awantura przy okazji jego (nie)przyjęcia do Wulkańskiej Akademii Nauk). W tych odcinkach z lat 60., jednakowoż, jest to chyba nieintencjonalne...


No dobra, ponarzekałam sobie - a teraz może powtórzę, że mimo wszystko, mimo wszystko to się zupełnie fajnie ogląda...  

środa, 31 października 2012

squire of gothos

 

Tak jak poprzednio: biegiem przez I sezon "Star Treka: TOS", część 3. Ze spojlerami. Lada moment skończę I sezon. Dzisiaj: odcinek z suspensem, odcinek głupawy, odcinek znakomity, odcinek - no dobra, lekko kretyński, choć z możliwościami i odcinek, który powinien był napisać kto inny.


1x14 Balance of Terror, 1x15 Shore Leave, 1x16 The Galileo Seven, 1x17 The Squire of Gothos, 1x17 Arena

 

1x14 BALANCE OF TERROR

Całkiem fajny odcinek "wojenny", w którym Kirk (i my) po raz pierwszy spotyka Romulan. Mnie osobiście podoba się to, jak napisana jest tu postać romulańskiego komandora i jego relacja z Kirkiem; generalnie, w swoim "podgatunku" udany epizod.   

 

1x15 SHORE LEAVE

Oh dear. USS Enterprise na pop-wersji Solaris, czyli w ramach urlopu na nieznanym lądzie McCoy ni z tego ni z owego widzi Białego Królika i Alicję (z krainy czarów),  Kirk - byłą miłość, a połowa żeńskiej załogi Enterprise wyraża nagłą chęć założenia ciucha a la "Hollywood interpretuje średniowiecze" i natychmiastowego zostania damsel in distress. Mr. Sulu wyrasta powoli na mojego ulubionego członka załogi. Oraz, tym razem McCoy nie mówi "He's dead, Jim", tym razem to McCoy is dead, na szczęście na moment - ginie zabity przez średniowiecznego hollywoodzkiego rycerza. Oh, dear, że powtórzę.  

 

1x16 THE GALILEO SEVEN

A to jest, dla odmiany, odcinek znakomity: ze świetnym pomysłem, nastrojem i rozegraniem relacji między postaciami. Najkrócej rzecz ujmując: Spock i parę innych osób lądują promem na pustej planecie, gdzie są potwory źli alieni. Nie mogą wrócić, zpowodu zakłóceń Enterprise nie może ich znaleźć i muszą podejmować trudne, paskudne i bardzo ludzkie decyzje, co akurat Spockowi niekoniecznie najlepiej wychodzi: on nie do końca rozumie np. emocjonalną konieczność pogrzebania ciała zmarłego załoganta, skoro będzie to dość niebezpieczne dla żywych albo upiera się przy polityce niezabijania wrogów, choć oni zabijają... Dzisiaj pewnie nie atakowałby załogi Galileo gigantyczny nieruchawy Yeti, a załoga zbuntowałaby się przeciw Spockowi pewnie bardziej otwarcie (i pewnie bardziej otwarcie zagrała "rasową" kartą, wypominając mu nieludzkie pochodzenie), ale i tak ogląda się to ciągle naprawdę dobrze, zwłaszcza że z dylematami załogi promu Galileo Seven zderzone są inne, odczuwane przez załogę i szukającego bezskutecznie promu kapitana. I suspens OK, i psychologia OK, alien do kitu co prawda, ale i tak mogło być gorzej.   


1x17 THE SQUIRE OF GOTHOS

OK. OK. Star Trek w świecie fantasy. Serio serio.
Fantasy, znaczy się, jak to w SF bywa, czyli okazuje się, że mag nie jest magiem tylko potężnym alienem, bo technologia na pewnym poziomie bywa nieodróżnialna i tak dalej i tak dalej. Anyway: amerykańska telewizjo, my serio mamy uwierzyć, że ten facet z obrazka z górze wpisu jest ze średniowiecza? Podobnie jak jego wiktoriański pokoik? I obrazek z pasterkami na  ścianach? Serio? I nie, to nie jest tak, że alienowi mylą się epoki.
Mamy tu motyw, który fantastyka lubi, Star Trek lubi szczególnie, a widz od pewnego momentu zaczyna zgadywać; motyw, dodajmy, dobrze i inteligentnie poprowadzony w tym skądinąd dla mnie bardziej irytującym niż inspirującym odcinku: od pewnego momentu (ale nie za wcześnie) zaczynamy się domyślać, kim musi być the squire of Gothos.... i ciekawe, co na te zabawy syneczka powiedzą rodzice. 


1x18 ARENA

To się chyba kiedyś przyśniło Sheldonowi Cooperowi: kapitan Kirk walczy o życie z ohydnym krwiożerczym dowódcą jaszczurów i buduje armatę z niczego. Aha, chłopcy walczą, bo Przemądrzy Bezcieleśni Pokojowi Alieni im kazali.
Oparte jest toto na opowiadaniu Fredrica Browna i przez cały czas, kiedy to oglądałam, żałowałam tylko jednego: że w oczywisty sposób nie mógł tego napisać Timothy Zahn. Zahn w 1982 roku napisał znakomite opowiadanie na ten sam temat, Gambit pionka, w którym prawie identyczny problem rozwiązał znacznie, znacznie inteligentniej - i nie chodzi nawet o budowanie armaty z siarki i bambusa i strzelanie do wroga z brylantów, ani o to, że od połowy odcinka mamy głównie sceny, w których Kirk tłucze Gorna, Gorn - Kirka, tylko o to, jak bardzo alienowato alieni i Zły jest alien (wygląda jak jaszczur, kocha wojnę, gardzi słabością, pochodzi z rasy chętnie mordującej niewinnych i inne tak takie); nawet uwagi McCoya, że może alieni tylko się bronili, nie pomagają. Ech, a u Zahna było tak fajnie...
No ale, spójrzmy prawdzie w oczy: Sheldonowi Cooperowi jednak śnił się Gorn, a nie knucie bohaterów Zahna...    

Kirk i Gorn

sobota, 13 października 2012

Star Trek (TOS), sezon 1 (1966-7): 1x04 The Naked Time, 1x05 The Enemy Within, 1x06 Mudd's Women, 1x07 What Are Little Girls Made Of, 1x08 Miri, 1x09 Dagger of the Mind, 1x10 The Corbomite Manouver, 1x11-12 The Menagerie, 1x13 The Conscience of the King  

 

novums.blogspot.com

 

Tak jak poprzednio: biegiem przez I sezon "Star Treka: TOS", część 2. Ze spojlerami.

 

1x04 THE NAKED TIME

Bardzo mi się i pomysł, i jego realizacja podobały. Po pierwsze dlatego, że tym razem nie chodzi o problem z Całym Wszechświatem lub przynajmniej Federacją, tylko o epidemii wybuchającej na pokładzie Enterprise. Po drugie, bo sama epidemia pokazana jest ciekawie: po śmierci pierwszego załoganta spodziewamy się wysypu depresyjnych zachowań wśród załogantów, tymczasem dostajemy m.in. pana Sulu goniącego półnago po korytarzu z rapierem w dłoni i bardzo, bardzo złą wersję I'll Take You Home Again, Cathleen, śpiewaną (w kółko) przez innego zainfekowanego załoganta. Po trzecie, bo ani chłopak, który umarł, ani wyrastający szybko na główne zagrożenie podoficer Kevin Riley nie zostają zbyci jako typowe red shirts, tylko mają czas się rozwinąć, a my możemy się czegoś o nich dowiedzieć.  No i nie kończy się tym, że Riley, dotknięty chorobą, pozostaje Tym Złym, ba - przeżywa i nawet pojawia się później jeszcze raz w jednym z epizodów...

 

1x05 THE ENEMY WITHIN

Stary, stareńki jak fantastyka motyw, tu w opracowaniu samego Richarda Mathesona: wypadek doprowadza do rozdzielenia bohatera (tu: kapitan Kirk) na dwie osobowości, z których jedna jest jest łagodnym, cywilizowanym, lecz mocno niedojdowatym Elojem, a druga - brutalnym (głównie w stosunku do kobiet), ale za to błyskawicznie podejmującym decyzje i szybko działającym Morlokiem; innymi słowy, kapitan Kirk poważnie się obawia, że za moment otchłań może zacząć patrzyć w niego, po czym zaczyna rozumieć, że jest oboma jednocześnie. Skądinąd: to, co Zły Kirk robi Janice Rand, to jest ewidentna próba gwałtu i trochę niekomfortowo dzisiaj się ogląda, jak cała sprawa zostaje w końcu milutko wyjaśniona. Wiem, inne czasy były, ale jednak. 

 

1x06 MUDD'S WOMEN

Z cyklu: "niekomfortowo się dzisiaj ogląda" - ten odcinek bije chyba wszelkie rekordy. Harry Mudd, duchowy potomek Falstaffa i ojciec wszelkich Maybourbe'ów tego świata, łajdak, ale w zamierzeniu dość uroczy, trafia na pokład Enterprise z trzema dziewczynami (dwie blondynki, jedna brunetka) w balowych sukniach; Mudd określa panie jako swój ładunek, nie załogę. W efekcie męska część załogi Enterprise dostaje testosteronowego hysia.  W końcu, oczywiście, okazuje się, że dziewczyny nie są królowymi piękności ani arcykusicielkami, tylko zwykłymi, dość atrakcyjnymi paniami w średnim wieku, karmionymi nielegalnym narkotykiem o przewidywalnej nazwie the Venus drug...  Prawda wychodzi na jaw w górniczej kolonii, gdzie bohaterki lądują jako przyszłe małżonki tamtejszych robotników. 
W roku 1966 nie było mnie nawet w planach i nie mam zielonego pojęcia, jak się to wtedy odbierało. Dzisiaj, kiedy to oglądam, zastanawiam się, ile procent widzów nie uzna, że Harry Mudd handluje kobietami, nie zdecyduje, że bohaterki są (raczej chyba zmuszanymi niż dobrowolnymi) sex workers i nie będzie podejrzewać, że ich los w domach panów, na których się zdecydowały, będzie losem niewolnic. Główna z bohaterek, Eve, ta, której podoba się (och, nieprzewidywalnie!) kapitan Kirk, robi swojemu górnikowi-mężowi in spe wyrzuty: to przez niego musi brać narkotyk, bo to on chce królowej seksu, a nie kucharki, sprzątaczki i pomocnicy. To jest akurat niegłupia uwaga w tym kontekście - panowie rzeczywiście wydają się poszukiwać luksusowych prostytutek ze swoich wyobrażeń, a nie kobiet do dzielenia z nimi codziennego życia - ale summa summarum, wychodzi z tego odcinka, że: a) każda kobieta, byle by wyjść za mąż, zrobi wszystko, łącznie z wzięciem narkotyku, który wywoła dziką żądzę u wszystkich mężczyzn dookoła, b) następnie, budząc owe dzikie żądze, wyjdzie za kandydata, który najlepiej zapłaci jej "opiekunowi", c) w sumie, taki opiekun-handlarz jest dość zabawny; OK, obrywa mu się od Kirka i spółki, ale ani w połowie tak, jak na to zasłużył. To jest jeden z tych scenariuszy, który dzisiaj MUSIAŁBY wyglądać zupełnie inaczej.    

 

1x07 WHAT ARE LITTLE GIRLS MADE OF

Androidy. Efektowny horrorowy nastrój. Niezły scenariusz i upiorne kostiumy. Tak, obrazek na górze wpisu jest z tego odcinka: nigdy nie pojmę logiki noszenia przez młodą uczoną w podziemnej bazie, w charakterze górnej części stroju, wyłącznie dwóch szeleczek ledwie zakrywających piersi.
To jest odcinek o buncie maszyn, szalonych naukowcach i o androidach, z twistem i z oczywistą (patrz Dick etc. etc.) sugestią, że android jest groźny, bo wygląda zupełnie jak człowiek i dobrze się wtapia w społeczeństwo oraz jest idealnym porywaczem ciał. Twistowo dość nieoczekiwane osoby okazują się być androidami, trochę mniej twistowo akcję rozwiązuje prastary problem pt. "Czy androidy marzą o elektrycznych owcach są zdolne do miłości?".

 

1x08 MIRI

Zieeew, kopia Ziemi. Trochę mniej zieeew, stratrekowa przeróbka Władcy much, w sumie - jeżeli pominąć z lekka głupawy i niepotrzebny wątek tytułowej dojrzewającej dziewuszki, kochającej się w - jakże nieprzewidywalnie! - kapitanie Kirku, całkiem niegłupia.  Jak w Charliem X, wychodzi na to, że dzieci są, w głębi serca, Złe. I groźne. I straszą dziecięcymi pioseneczkami. W sumie, efektowne.  

 

 1x09 DAGGER OF THE MIND

Fajny pomysł - szanowany lekarz prowadzi brutalne i okrutne eksperymenty na więźniach, a Jim Kirk, który podziwia jego oficjalne działania na rzecz ucywilizowania należących do Federacji kolonii karnych (kolonii! karnych! w Federacji!!) is up for a nasty surprise. Nieźle się ogląda, także dzięki pełnej suspensu opowieści o zbiegłym więźniu, od której się zaczyna (i mamy twist, bo więzień nie jest tym, na kogo wygląda). Inną zaletą jest fakt, że kiedy Kirk po raz pierwszy zostaje skonfrontowany z dwiema wersjami prawdy o kolonii, nie bardzo wie, komu wierzyć, bo każde z dwóch źródeł ma swoje zalety i swoje wady... 

 

1x10 THE CORBOMITE MANOUVER

To był odcinek z głupimi efektami, który mi się szalenie podobał: jest pomysłowy, zabawny, z nastrojem, a zarazem z napięciem, a Kirk wymyślający na poczekaniu korbomit i rozwiązujący w ten mocno nieortodoksyjny sposób problem - no, to jest Kirk, jakiego lubię najbardziej.

 

1x11-12 THE MENAGERIE

Przyznaję się bez bicia: nie zdzierżyłam. Znakomicie - od nagłej nielojalności Spocka i od pojawienia się sparaliżowanego, milczącego kapitana Pike'a - się zaczyna. Ale potem, niestety, są kawałki The Cage nie najlepiej w całość wkomponowane, i alieny z wielkimi mózgami i w powłóczystych szatach i inne takie, i nie wytrzymałam do końca.

 

1x13 THE CONSCIENCE OF THE KING

A to był odcinek znakomity, moim zdaniem. Przede wszystkim dlatego, że to pierwszy w ST klasyczny (czarny) kryminał, z Kirkiem w roli samotnego detektywa, Spockiem i McCoyem jako martwiącymi się o niego legalistami-policjantami i wielkim szekspirowskim aktorem z przyszłości w roli podejrzanego (i to podejrzanego zarówno o unikanie sprawiedliwości przed laty, jak i o jak najbardziej współczesne usiłowanie zabójstwa; w roli niedoszłej ofiary  - świadek jego przeszłości, nie kto inny, jak Kevin Riley - mówiłam, że jeszcze wróci). Jest i piękna - i, jak się okaże - niebezpieczna kobieta, córka aktora, jest śledztwo prowadzone w sekrecie i sieć zaciskająca się powoli wokół detektywa, jest twist na koniec i nieoczekiwane wyznanie prawdziwego zabójcy, i cytaty z Szekspira, jakby kto chciał, też są, nie tylko w tytule. 

niedziela, 23 września 2012

Star Trek II: The Wrath of Khan, scen. Jack B. Sowards i Nicholas Meyer, reż. Nicholas Meyer, wyst. ci, co zawsze plus, Ricardo Montalban, Bibi Besch, Merritt Butrick oraz, niestety, Kirstie Alley, 1982

 

spojlery, ale ten najważniejszy i tak wyciekł już w trakcie produkcji

 

poster1

 

Ten film się nie miał prawa udać. Kiedy przypominam sobie czytanie - w Star Trek Movie Memories, to chyba było, albo w I Am Spock? - o okolicznościach powstawania scenariusza, o kłótniach, wyciekach, milionowych przeróbkach i pomysłach, o niezdecydowaniu ekipy i problemach z wytwórnią (której się nie spodobał, najoględniej mówiąc, stosunek wydatków do zysków poprzedniego filmu), o zmianach w scenariuszu wbrew intencjom reżysera i współautora, Nicholasa Meyera, o groźbach fanów wobec realizatorów i aktorów - to nie chce mi się wierzyć, że im aż tak ten film wyszedł.

Tak po prawdzie, jakbym tego nie wiedziała, to bym się nie domyśliła: scenariusz jest, owszem, wielowątkowy, ale spójny i sensowny, wydarzenia się zazębiają, wątki łączą, a za konstrukcję to już w ogóle piątka z plusem. Na dodatek, mimo błędnego z punktu widzenia die hard  fana założenia wyjściowego (z obejrzenia Space Seed nijak nie wynika, że Khan i Chekov się spotkali) film się inteligentnie odwołuje do jednej z najbarwniejszych postaci przeciwników, jakich oryginalnie twórcy TOS wykreowali, wpisując się znacznie lepiej niż The Motion Picture w całość "mitologii" serii (a ja już nie raz mówiłam, że bardzo lubię taki sposób budowania spójności świata...).

Wstępne sceny to jest jeden wielki red herring, a zarazem - także zapowiedź tego, jak się skończy. iIod razu zaczynamy od serii zaskoczeń: najpierw wita nas znany tekst (Captain's log, Stardate...), ale wypowiadany nieznanym, kobiecym głosem; potem, OK, na mostku same znajome twarze, tyle, że jakaś młoda Wulkanitka siedzi w fotelu kapitana, a w okolicy brak JTK... Potem - stary dobry wróg, Klingoni. A potem wszyscy giną.

Że co? No to, potem wszyscy giną. I oczywiście każdy, kto widział, żeby nie szukać daleko, film JJ Abramsa (który jest wręcz naszpikowany odniesieniami do Wrath of Khan), będzie wiedział od razu, o co chodzi: Kobayashi Maru, test na niemożliwą sytuację, the needs of the many... (czy ja mówiłam, że zachwyca mnie idea Abramsa, że to Spock wymyślił ten test?); niemniej, pozwolę sobie zauważyć, że ja, oglądając to pierwszy raz, nie widziałam tegoż (bo były lata 90., mniej więcej?) i że jakkolwiek domyśliłam się, że to jakaś ściema (świat alternatywny, nie ten time stream, cokolwiek), to jednak nie byłam pewna, co się stało. Sprawę, oczywiście, wyjaśnił archanioł, wychodzący z bram niebieskich pośród świateł, mgieł i dymów.

Yup, him.    

  JTK wchodzi na mostek

Od razu w tej sekwencji scen pojawiają się motywy, które będą kluczowe dla całości filmu. Przede wszystkim jest to kwestia testu Kobayashi Maru i związany z nim problem odpowiedzialności i umiejętności podjęcia ostatecznej decyzji o tym, żeby poświęcić swoje życie w imię... no dobra, w imię wartości; problem, innymi słowy, no-win scenario. Tu, oczywiście, nie jest to kwestia jedyna, bo obok mamy drugą, którą Kirk profesorskim tonem komentuje do Saavik, a z którą sam ma, jednakowoż, niemały problem: kwestia zaakceptowania śmierci (cudzej? własnej?), ale i zaakceptowania starzenia się, nieuchronnego procesu zmian w życiu i przygotowania do tego, że nie jest się już młodym. To jest tutaj mały, ale znaczący motyw: urodziny kapitana (pięćdziesiąte?) i prezenty od przyjaciół (znaczący, od McCoya: okulary do czytania) i kąśliwe uwagi Kirka (typu: "galopowanie po kosmosie jest dla młodych"), będące bardzo wyraźnie po prostu próbą radzenia sobie z problemem. I Kirk, i Spock (i Scotty, choć tego w gotowym filmie nie widać: młody chłopak, który ginie jako jeden z pierwszych, to nie tylko jego podwładny, ale i jego siostrzeniec) osadzeni są tutaj w roli starszego pokolenia: mentorów, opiekunów, nauczycieli, symbolicznych czy rzeczywistych rodziców dla już prawie samodzielnych dzieci (studenci z załogi, Saavik, David Marcus) - tyle że w trakcie okaże się, że dalej są potrzebni i że ich "dzieci" bez nich sobie nie poradzą. To starzenie się pokazane jest zresztą zarówno explicite (patrz: uwagi Kirka), jak i implicite (dawni młodzi załoganci Enterprise, taki np. Paweł Chekov, porobili kariery, dzieci - nawet te nieznane - dorosły). Przy czym jest to ograne nie tylko na poważnie, ale także - na lekko humorystycznie: wystarczy popatrzeć na minę Kirka w chwili, kiedy Saavik po raz pierwszy wyprowadza Enterprise z doku: wygląda, jakby po raz pierwszy wsiadł do samochodu z nastoletnią córką i wcale nie był pewien, czy ona na pewno wie, co robi...  
Plus, scenarzysta tutaj chyba jedyny raz w tej serii filmów serio ogrywa oczywisty na pierwszy rzut oka fakt: że od pierwszej wyprawy USS Enterprise minęły 22 lata i że ludzie, w tym aktorzy, się starzeją. Każdy kolejny film raczej stara się to maskować (patrz: ST V), tu tymczasem scenarzysta zrobił z tego problemu zaletę. Niby drobiazg, a jednak: dzięki niemu film zyskuje na (dość tu nieoczekiwanym) psychologicznym realizmie... Sygnalizowane we wstępnej sekwencji, te problemy będą powracać przez cały film.

Z drugiej strony, te pierwsze sceny ostrzegają nas przecież dość dokładnie, co nas czeka, zakładając przy tym, że w to nie uwierzymy: jak się wie, co będzie dalej, Kirk mówiący do Spocka aren't you dead? wywołuje w człowieku dość dziwne wrażenie... Brawa za to, jak scenarzyści poradzili tu sobie z zupełnie zewnętrznym problemem: pierwotny scenariusz mianowicie przewidywał, że Spock zginie; wiadomość wyciekła do fanów, co się okazało nie tylko spojlerem roku, ale i przyczyną sporej awantury (około)medialnej; ponieważ scenarzyści i aktor dalej chcieli pozbyć się Spocka, zafundowali widzom red herringa w postaci sceny "śmierci" załogi w ataku związanym z misją Kobayashi Maru, tak żeby każdy, zobaczywszy Kirka jako anioła budzącego zmarłych trąbą na sąd ostateczny uwierzył, że całe plotki o śmierci Spocka wynikły właśnie z nieporozumienia z tą sceną związanego.   

Nicholas Meyer - który, generalnie, na twórczym przetwarzaniu cudzych idei zna się znakomicie - miał plan zrobienia z drugiego Star Treka opowieści mniej więcej marynistycznej; to mu wyszło, zdecydowanie: zachowania załogi faktycznie mają więcej wspólnego z filmową wizją rodem z, powiedzmy, Hornblowera, niż nawet z poprzednim filmem; do tego skojarzenia literackie, stanowiące niezwykle istotny motyw w wątku z Khanem, odnoszą się wprost do bodaj czy nie najbardziej legendarnej anglosaskiej powieści z morzem w tle. Gene Roddenberry nie był ponoć zachwycony faktem, że spora część kwestii Khana miała być z lekka tylko przetworzonymi cytatami z Moby Dicka (może idea, że Enterprise ma wystąpić w roli wieloryba, wydawała mu się, bo ja wiem, undignified), ale Meyer się uparł -  i dobrze, bo raz, nadaje to fabule dodatkowy, mityczny wymiar, dwa, przez skojarzenia z Achabem uzupełnia charakterystykę Khana, trzy, podkreśla tragediową konstrukcję tej historii.

Mamy tu, zasadniczo, trzy wątki: po pierwsze, misja szkoleniowa USS Enterprise i związane z nią postacie; po drugie, historię Carol i Davida Marcusów oraz ich projektu badawczego; po trzecie, powiązaną z nim historię USS Reliant i jego misji; Reliant ma znaleźć odpowiednią planetę dla projektu Genesis, ale, niestety, znajduje zniszczoną Ceti Alfa V, gdzie wegetuje resztka kolonii Khana... Khana, który (mimo wszystko) rozpoznaje w pierwszym oficerze Relianta, Pavle Chekovie, członka załogi swojego arcywroga... W każdym z tym wątków w tle pojawia się kwestia błędu w ocenie, popełnionego teraz lub w przeszłości przez Kirka.
Kapitan popełnia błąd, kiedy zabiera na wyprawę bojową grupę średnio przygotowanych kadetów; i OK, trochę nie ma wyjścia, ale też musi zaakceptować fakt, że jest winien śmierci tych, którzy polegli. Popełnił też błąd piętnaście lat wcześniej, kiedy zawarł z Khanem dżentelmeński układ i zostawił skrajnie egocentrycznego, bezwzględnego supermena na niestabilnej i niebezpiecznej planecie; musiał sobie zdawać sprawę, że Khan et consortes to najoględniej mówiąc bomba z opóźnionym zapłonem. No i dobrze, nie mógł wiedzieć, że Ceti Alfa VI wybuchnie - ale też, co mu Khan wypomina, nigdy nie sprawdził, co się stało z rozbitkami przez te wszystkie lata... No i popełnił, jeszcze wcześniej, błąd życiowy - nigdy chyba nawet się nie dowiedział, że miał z Carol syna.
Oczywiście, żeby ta tragediowa konstrukcja wypaliła, nie tylko po stronie Kirka muszą być błędy: jego błędy jakoś tam przyczyniły się do zawiązania konfliktu, ale nie były jedyne. Carol  i David też popełniają błąd: klasyczną hybris, która każe im równać się z bogami, a nawet ponad nich wynosić (nie trzeba więcej przykładów, niż nazwa i skala ich projektu badawczego...); oboje powtarzają też błąd doktora Frankensteina/ucznia czarnoksiężnika: w imię nauki tworzą coś, czego w żaden sposób nie są w stanie kontrolować i co okaże się, w ostatecznym rozrachunku, niszczycielskie.      
No i Khan: Khan też popełnia błąd - bo w odpowiednim momencie nie zawraca, nie wycofuje się i dla zemsty gotów jest doprowadzić do zguby wszystkich swoich podwładnych; oczywiście, Khan jest Achabem, z wściekłą obsesją na punkcie białego wieloryba USS Enterprise - ale nawet on ma, przez moment, szansę na ucieczkę i na nowe życie dla siebie i swoich; tyle, że z niej nie korzysta, spirala się nakręca, tragedia nabiera rozpędu... i musi się zdarzyć coś tragicznego, żeby ten węzeł rozwiązać. 

Yup, this:


Co mnie (i chyba nie tylko) ta scena zrobiła, to moje. Ale pomijając już czynnik emocjonalny: historia ze śmiercią Spocka jest znakomicie wpisana w konstrukcję całości.

Od początku wiemy - każdy, kto ma jakieś tam wyczucie do gatunku i nastroju, zapewne wie - że kroi się nam tragedia, że dzieje się coś złego i że ktoś za to zapłaci. Jasne, zapłaci Khan, to oczywiste; ale zapłaci też ktoś z dobrych i nie, tym razem red shirt nie wystarczy. W momencie, w którym ostatecznie splatają się trzy wątki filmu (Enterprise, Khan, Genesis), Spock, który do tej pory, w tym filmie, był, powiedzmy, bohaterem drugoplanowym, staje się kluczowy. Jego śmierć, doprowadzająca do katastrophe (czyli w tym przypadku dramatycznej zmiany sytuacji, ogólnie na lepsze), choć z jednej strony zaskakująca widza (fajne jest to, że w zasadzie nie widzimy samego "procesu decyzyjnego", że Meyer nam nie pokazuje, jak Spock dochodzi do tej decyzji, tylko jak nagle wstaje z fotela i wychodzi), wynika jednak logicznie z fabuły i jest w niej kilkakrotnie, acz subtelnie, zapowiadana: sceną wstępną, Kirkowym aren't you dead, rozmową między Kirkiem a Saavik, z której wynika, że kapitan uważa, że zawsze jakoś to będzie, że da się oszukać śmierć (sam Kirk potwierdza to potem w finałowej rozmowie z Davidem), powracającym sformułowaniem o the needs of the many... Ale żeby nie było: przyszłe zmartwychwstanie też jest zapowiedziane, raz dość otwartym tekstem (scena z McCoyem i rememeber), a parę razy w sugestiach (Spockowe there are always possibilities oraz moja ulubiona kwestia: mówiące absolutnie, absolutnie otwartym tekstem wszystko, co chcemy wiedzieć, ale bardzo łatwe do przegapienia ze względu na swoją banalność i oczywistość w tej sytuacji He is not dead as long as we remember him - 100 punktów za ten tekst w tym kontekście!). Te zapowiedzi, aluzje i powtórzenia (scena pierwszego ataku Khana na Enterprise zdecydowanie przypomina symulację z początku), a także wykorzystanie detali takich, jak okulary Kirka (na początku widzimy je jako prezent od McCoya, potem - niezbędne w scenie zmylenia Khana, kiedy JTK nie jest się w stanie bez nich doczytać opisu na ekranie, a potem, kiedy - stłuczone - przestają być staremu-młodemu kapitanowi potrzebne) dodatkowo podkreślają spójność całości. Brawo scenarzysta i brawo reżyser, zwłaszcza biorąc pod uwagę historię powstawania filmu...

A wniosek, jaki z tej całej historii płynie? Mam wrażenie, że morałem w tej historii jest to, jak James Kirk nauczył się akceptować to, z czym wcześniej mierzyć się nie chciał. Musiał stanąc twarzą w twarz ze śmiercią, i to nie swoją, tylko de facto najbliższej osoby (nie shippuję, stwierdzam fakty), musiał uznać, że czasami nie da się oszukać i pokombinować, ale też musiał cofnąć się w przeszłość i zmierzyć zarówno ze starym wrogiem, jak i z błęami młodości; zdał swój własny test Kobayashi Maru i paradoksalnie dlatego może, na koniec, jako jedno z ostatnich zdań, powiedzieć, Czuję się młody.      

No cóż: efekty są, jakie są (ale też był rok 1982), żadna rola na Oscara się nie kwalifikuje (acz jest znacznie lepiej, niż w Trekowej średniej, zwłaszcza jak się weźmie pod uwagę Williama Sh.; tylko Kirstie Alley mi zabierzcie sprzed oczu, proszę), za to postacie są dobrze napisane i psychologicznie wiarygodne, konsekwentne i dobrze napisane. Generalnie, jest to chyba najlepszy film w serii, wyrastający - nie tyle emocjonalnie, co jako autonomiczny film - mocno ponad resztę serii.

Jako bonus: ładniejszy plakat i cicha nadzieja, że drugi Abramsowy ST będzie równie dobry.

http://www.treknews.net/2012/06/13/new-wrath-of-khan-poster-mondo/

No, i zobaczymy, co napiszę po kolejnym obejrzeniu ST II, z Drakainą - bo ten wpis był z głowy i z sentymentów, z pamięci i z tego, co mi zostało z oglądania (po raz n+1) dwa lata temu...

sobota, 22 września 2012

Star Trek (TOS), sezon 1 (1966-7): 1x01 The Man Trap (scen. G. C. Johnson), 1x02 Charlie X (scen. D. C. Fontana, pomysł G. Roddenbery), 1x03 Where No Man Has Gone Before (scen. S. A. Peeples)

 

źródło: http://madthedj.wordpress.com

 

Nie będę zaczynać kolejnej serii recenzji z kolejnego serialu (mimo prawie-ukończenia sezonu I SG-1), nie będę, nie będę, nie będę... A co mi tam. No, nie będę.

No ale.

No ale, ponieważ oglądam właśnie całość TOS (plus wszystkie filmy trekowe, w których pojawia się choćby śladowo oryginalna załoga), no to jak miałabym nie zostawić śladu tego oglądania na blogu? Ta seria to jest moja osobista guilty pleasure, moja serdeczna i wielka, a obiektywnie mało czym chyba już dzisiaj uzasadniona, miłość sprzed i od wielu lat. Mimo że, przyznaję, większość odcinków jest średnio oglądalna, i tak, William Shatner nie umie grać (ale i tak jest boski).

Ergo, co jakiś czas, szybkim trekkingiem przebiegniemy się po kilku odcinkach. Streszczonka i hasła, nie żadne recenzje! Dzisiaj - te pierwsze kanoniczne (tak, wiem, pilot, kapitan Pike, ale nie od niego zaczniemy).


1X01 THE MAN TRAP

To nie Kirk jest kochliwy (ha, ha, ha!). Zakochany McCoy. Brunetki, blondynki, czyli każdy widzi to, co chce - uwaga, alien! Baba jako straszna modliszka, by nie rzec - rosiczka, pożerająca biednych mężczyzn. Alien pożąda soli (ulubione opowiadanie van Vogta mi się przypomina). Charakterystyczny krajobraz obcej planety, z pudeł i styropianu. Straszenie shapeshifterem - będzie w serialach SF jeszcze jakiś milion razy. No i - od razu widać, że znakomicie wypala pomysł na postacie i ich interakcje.Oraz: Spock jako alien od początku (tu nie działają na niego inni alieni).


1X02 CHARLIE X

Scenariusz według pomysłu samego Bossa. Charlie: trochę Robinson, trochę Valentine Michael Smith, trochę - nieznośny bachor. Generalnie, morał jest taki: bachory mają siedzieć cicho i słuchać starszych Kapitana Kirka. Rany boskie, jak te kobiety wytrzymują na pokładzie wśród tych wszystkich kretyńskich uwag i durnowatych prób podrywu (i te buty, i te mini!)! Trzy piętra fryzury Janice Rand. Janice nie jest w stanie wykrztusić, że Charlie klepnął ją w tyłek. No ale: Uhura śpiewająca (i podrywająca Spocka), tenże S. z lirą plus Kirk bez koszuli, w jednym odcinku. Oraz: tu był materiał na FAN-TA-STY-CZNĄ historię, patrz finał i rozpacz Charliego, kiedy zostaje z powrotem oddany Obcym, którzy go wychowali, nie rozumieją go i nie dają się (bo są bezcieleśni) dotknąć. Mnie serce zabolało.
A, i Kirk wygrywa ze Spockiem w szachy. Bo jest nielogiczny.


1X03 WHERE NO MAN HAS GONE BEFORE

 

 

Kirk i Spock grają w szachy (znowu). Enterprise po raz pierwszy opuszcza Galaktykę. Temat dyżurny: ESP. Gary Mitchell zostaje Goa'uldem (patrz obrazek). Spock robi aluzję do pół-ludzkiego pochodzenia. Dobrze pomyślany konflikt moralny: co ma Kirk zrobić z kumplem i dawnym uczniem, który na jego oczach ewoluuje w Dziwnego Johna? ZNAKOMICIE napisana tu postać Spocka - chyba jedna z nielicznych okazji, kiedy on naprawdę nie ma uczuć i naprawdę jest głosem czystego, bezlitosnego rozumu. Najlepsza scena - raczej na pewno ta, kiedy Kirk upiera się, że nie chce ani zostawiać dawnego kumpla i ucznia w opuszczonej kopalni, ani go zabić, a Spock mu uświadamia (bo musi, bo taka jego rola), że na któreś z tych rozwiązań się musi zdecydować. Potem Gary z Dziwnego Johna zamienia się w Imperatora Palpatine'a i strzela dookoła Promieniami Śmierci z palców. Pierwszy raz w Star Treku pada pytanie, które będzie wracać, nie tylko tu: jaka jest różnica między człowiekiem a bogiem i co się dzieje z człowieczeństwem, kiedy osiąga się boskość? Mitchell z Palpatine'a zmienia się w Adama (z inną załogantką z błyszczącymi oczami, dr Dehner, w roli Ewy), przy czym to Adam Ewie daje jabłko (które sam stworzył). Niezamierzona groteskowość sceny z grobem Kirka (i błąd w nazwisku?). Oraz: Mitchell pogrzebany pod lawiną kamieni, pochowany w grobie Kirka. Już widzę te fanfiki (sama bym jeden napisała). No i co będzie, jak (i jako kto) on się z tego grobu wygrzebie?
Oraz:  Spock z wielką, niebieską giwerą. Kocham cię, Star Treku.

sobota, 08 września 2012

Star Trek I (Star Trek: The Motion Picture), reż. Robert Wise, scen. Harold Livingston wg pomysłu Alana Deana Fostera, wyst. ekipa TOS oraz parę innych, niespecjalnie aktorsko pamiętnych osób, 1979.


 Źródło: wikipedia

 

Wyzłośliwiałam się niedawno na ulubionych perwersjach innych, może pora przyznać się do mojej własnej. To przyznanie się będzie, niestety, mieć formę mini-cyklu blogowego, w którym zrecenzuję swój ukochany cykl filmów (powiedzmy) SF. I nie, nie Star Warsy, filmowo Star Warsy są jednak lepsze; a w przypadku cyklu filmów kontynuujących Star Trek: TOS na pierwszy rzut oka wydaje się, że w zasadzie można je kochać, proszę bardzo, ale raczej nie bardzo jest za co cenić.

No i właśnie po to je oglądam po raz kolejny: żeby to przekonanie (swoje własne, żeby nie było, nie tłukę się z wymyślonym naprędce chochołem) zweryfikować.

Wtedy (czyli przy pierwszym, drugim i piętnastym oglądaniu, jakoś w latach późnych 90, na pewno z kasety wideo) wydawało mi się, że ten film jest staroświecki, posągowy, za długi, zbyt statyczny i tak sobie zagrany. Że ma znakomity pomysł wyjściowo-dojściowy, z pytaniem o poszukiwanie Stwórcy, który okazuje się stwórcą: pomysł zakorzeniony w SF, dający teoretycznie ciekawe wyjście zarówno do przygodowej akcji, jak i do dysputy filozoficznej w stylu Lema czy popisu tragicznej ironii (poszukiwanie, które grozi unicestwieniem obiektu poszukiwań). Miałam też poczucie, że bez Ilii i jej niechętnego ukochanego ta historia byłaby fajniejsza i że najlepsze, jak zwykle, są scenki z załogą. I że nie, William Shatner nie umie grać, ale i tak jest boski. 

To jeszcze dosłownie dwa słowa o tle: wychowałam się na TNG, ale zakochałam dopiero w TOS (nie pytajcie mnie, dlaczego - na pewno po obejrzeniu The Search for Spock), TOS i filmy z cyklu znam dość dobrze, ale nie jestem ortodoksyjną trekkie ani jakąś szaloną fanką. That said, mam na półce z książkami autobiografie Shatnera (2), Nimoya (2) i Nichelle Nichols. I The Physics of Star Trek, ale to z nieco innych powodów. I ileś tam captain's logów Alana Deana Fostera. Ergo, raczej nie będę znać superszczegółów i ekscytować się faktem, że Red Shirta nr 8 gra ten sam człowiek, który sześć odcinków temu zginął jako Red Shirt nr 23, ale nie jestem też typowym widzem z przypadku: po fanowsku, znacznie więcej wybaczam.  

Dobra: kupiłam na DVD ST: TMP w wersji reżyserskiej (czy ja już mówiłam, jak nie znoszę tworzenia kolejnych, poprawionych wersji filmów?) i zabrałam się do oglądania, bogatsza o wiele lat doświadczeń i nieco bardziej wyrozumiała niż w '97).

Teraz podtrzymuję swoje przekonanie o hieratyczności i posągowości. Jak na rok 1979, ten film jest też ostentacyjnie staroświecki i ciężko uwierzyć, że powstał dłuższą chwilę po Nowej nadziei i tuż przed Imperium kontratakuje. Oczywiście, część z tego robią kostiumy i scenografia, mocno osadzone w realiach wymyślonych na początku lat 60. - ale przecież nie wszystko: za dłuuuuuuuuuuuuuuugie ujęcia baletu statków kosmicznych w przestrzeni odpowiada przede wszystkim reżyser.

Robert Wise to było wtedy nazwisko z mocnej pierwszej ligi, dwukrotny laureat Oscara - no ale. No ale, te Oscary były za Sound of Music i West Side Story. Przy czym, to nie tak, że Wise nie kręcił fantastyki - owszem, miał w swoim dorobku filmy fantastyczne, w tym przynajmniej jeden dla gatunku bardzo ważny. W 1951 roku. I w tym Star Treku to bardzo zdecydowanie widać. 

Fabularnie - cóż, ma ten film motywy i rozwiązania niekoniecznie udane. Ma pomysły i sceny świetne. No i ma fanserwis.

To może ja po kolei o wszystkim po trochu.

Dzisiaj ten film pewnie byłby trochę inny - i nie mówię tu o obrazkach i efektach. Pewnie nieco inaczej wyglądałaby np. bardzo fajnie naszkicowana, ale nie do końca wygrana kwestia skomplikowanych relacji między Kirkiem a jego byłym protegowanym, komandorem Deckerem. JTK polecił go na stanowisko, a następnie odebrał dowództwo Enterprise, bo - no właśnie, bo. Bo oficjalnie tak było lepiej Dla Dobra Ludzkości, choć i sam Kirk, i jego załoga, i Decker nie mają wątpliwości, że stały też za tym ambicje i tęsknota za dawną pracą (przecież wiemy, że Jim nie nadaje się za biurko!). Dziś pewnie Decker pozwoliłby sobie na więcej niż foch i ironiczne "I don't think you're sorry, Admiral" - a i Kirk pewnie reagowałby inaczej (znaczy, reagował w ogóle): albo miałby wyrzuty sumienia, albo zachowywał się w skrajnie pragmatyczny sposób ("jestem lepszy, załoga mi bardziej ufa, większe szanse na sukces, spadaj, młody").  

Inna dzisiaj byłaby, mam nadzieję, główna bohaterka (no nie "mam nadzieję", w sumie, patrz Uhura w nowym filmie). Po pierwsze, Persis Khambatta była, niestety, dość fatalną aktorką - którą, na dodatek, fatalnie ubrano i (powiedzmy) uczesano (na łyso); po drugie, póki Ilia żyje, rany boskie, co to jest za beznadziejna postać z beznadziejną backstory! Wow, egzotyczna kosmitka z rasy supernamiętnych i seksualnie hiperrozwiniętych istot, które są tak ekstra sexy, że muszą składać śluby czystości przed wstąpieniem do Floty! Która, jednakowoż, niezbyt szczęśliwie zakochała się w Ziemianinie, a teraz musi z nim pracować! Nie wierzę, że da się mniej oryginalnie - i czy mnie pamięć myli, czy twórcy ST powtórzyli potem scenariusz Ilii i Deckera, po niewielkiej kosmetyce, jako backstory Deanny Troi i Williama Rikera? Potem się robi ciekawiej - Ilia ginie, zamiast niej pojawia się jej plastikowa wersja, kopia-agentka wroga, która jednak, gdzieś głęboko, jest ciągle człowiekiem. Przydałaby się lepsza aktorka, żeby to zagrać, bo teoretycznie w koncepcji tej postaci siedziała szansa na Oscarową kreację, a wyszło - no, jak wyszło, bardziej zadeklarowane, niż zagrane. I proszę, pozwólcie mi zapomnieć o romansowych dialogach Deckera i Ilii z początku filmu. To już Anakin i Padme w Ataku klonów rozmawiają ze sobą bardziej naturalnie, przysięgam.

Wiele się tu, wbrew pozorom, nie dzieje, w sensie fabularnym: sceny dramatyczne, jak próba zniszczenia asteroidu na plus minus początku, są średnio powiązane z akcją. Sam motyw z V'Gerem-Voyagerem i jego poszukiwaniem S/stwórcy jest ciekawy i fajnie pomyślany, nawet jeżeli leciutko pretensjonalny; widać stałą chyba u Roddenberry'ego pasję dla tematyki okołoreligijnej (całkiem nieźle tu rozegraną). Element zagadki - ja się w kwestii V'Gera/Voyagera nie zorientowałam przy pierwszym oglądaniu, dałam się zaskoczyć - też na plus. Szkoda mi paru wątków, zasygnalizowanych, a mało rozwiniętych, jak więź między Spockiem a V'Gerem i fakt ewentualnej nielojalności tego pierwszego, z tym związanej. No i V'Ger is a child, najlepsza linijka w tym filmie i chyba najlepszy koncept. Paradoksalnie: gdyby to nie było o Jimie Kirku et consortes, gdyby nie to, że w centrum musi być Nasz Kapitan i Jego Ludzie, byłaby szansa na samodzielny, wybitny w swoim gatunku film o granicach obcości, fenomenie wiary i o (V'Gerowych) zabawach z bronią, taka Gra Endera z wyewoluowaną sztuczną inteligencją w roli tytułowej; potężny Obcy/sztuczna inteligencja jako smutne dziecko, cóż to byłby za temat! No tyle, że, jak powiedziałam, jest to paradoks, a i gdybanie - bo w obecnej postaci to relacje między postaciami i fanserwis bronią się w tym filmie najlepiej.

No a fanserwis to jest - no, fanserwis. Odpuściłam oglądanie tego konkretnego ST z Drakainą, choć planuję wspólnie z nią obejrzeć Khana - bo jako osobę nie będącą Trekkie, a zarazem z lekka niecierpliwą - momentami szlag najjaśniejszy by ją trafiał (patrz: scena z Kirkiem i Scottym na pokładzie promu, oglądającymi - dłuuuuugo - wyłaniający się przed nimi, zadokowany USS Enterprise).
Najfajniejszym fanserwisem jest, oczywiście, stopniowe pojawianie się ulubionych postaci: kapitan Kirk na pokładzie promu, po nim Enterprise, a na pokładzie Scotty plus reszta towarzystwa, po dłuższej chwili - McCoy, zapowiedziany w sposób oczywisty dla fanów, i w końcu - Spock, którego widzieliśmy wcześniej w migawce-przebitce typu meanwhile on Vulcan. Przez swoje późne wejście to on tu wyrasta na główną gwiazdę - a scenarzyści, na dodatek, postarali się wyjaśnić, dlaczego, do diabła, Spock znowu zachowuje się, jakby kompletnie nie znał i nie rozumiał ludzi, dzięki czemu jego integracja z resztą załogi (czytaj: z Bonesem i Jimem) i fakt, że musi się wykazać nie tylko intelektualnym rozumieniem, ale i empatią wobec Obcego, staje się równorzędnym z konfrontacją z V'Gerem wątkiem. Fanserwisem jest też oczywiście typowe trekowe technobabble w kosmicznych ilościach - ja to kocham, kogoś jak np. moją siostrę może doprowadzać to do szału. 

Ten film, wygląda na to, miał być dla fanów i dla niefanów, a w efekcie jest troszkę jakby dla nikogo do końca. Wytwórnia nie była zadowolona, skalę i koszty dalszych filmów zmniejszono - po czym Nicholas Meyer zrobił, jako następny, chyba najlepszy film w serii. O którym innym, innym, innym razem.     

poniedziałek, 11 maja 2009
Star Trek, reż. J. J. Abrams,  Paramount Pictures/Spyglass Entertainment/Bad Robot 2009
 
 
uwaga: malutkie mini spoilery; generalnie staram się nie spoilować;

 


Podejście JJ Abramsa do legendy Star Treka oglądałam z radosną beztroską: z jednej strony, nigdy nie byłam ortodoksyjną trekkerką, znającą na pamięć wszystkie szczegóły świata i obsesyjnie do nich przywiązaną, ergo innowacje Abramsa, które doprowadziły do szału światek Trekkies, jakoś mi nie przeszkadzały. Z drugiej, znam "mitologię" i historię tego świata (czytaj: oryginalnej serii, o TNG wiem znacznie mniej) na tyle dobrze, że nie miałam problemu na przykład z natychmiastowym rozpoznaniem, o co chodzi w teście Kobayashi Maru czy z przypomnieniem sobie, jak miała na imię matka Spocka (imiona Sareka i Amandy nie padają zresztą w filmie ani razu).

Film mi się, powiem od razu, bardzo podobał - z jednej strony dlatego, że jest dobrze zrobiony (statek kapitana Nero wygląda wręcz imponująco), ma świetną muzykę i jest całkiem nieźle zagrany. Aktorzy przede wszystkim wyglądają odpowiednio: Zoe Saldana jest dość zdecydowanie ładniejsza od Nichelle Nichols, ale Zachary Quinto mógłby być sobowtórem młodego Leonarda Nimoya, a grający Jima Kirka Chris Pine znakomicie mieści się w etosie Pana Kapitana, wypracowanym przez Williama Shatnera: pozer pierwszej klasy, porywczy, błyskotliwy, z łajdackim urokiem, uparty jak osioł, momentami nieznośny w ciągłych próbach podrywania wszystkiego, co się rusza... Reszta młodej załogi też jest nieźle dobrana, a Bruce Greenwood jako kapitan Christopher Pike - bardzo przekonujący. Bohaterowie wyglądają i zachowują się jak ich pierwowzory, ale bez niewolniczego naśladownictwa - słowem, ogląda się tę plejadę wschodzących gwiazd w starych i obrosłych telewizyjną legendą rolach naprawdę z przyjemnością.

Z drugiej strony, podoba mi się to, jak Abrams i jego scenarzyści odwołują się do klasycznych startrekowych motywów - może dlatego, że odwołują się akurat do moich ulubionych kawałków, czyli filmów fabularnych nr 2 (przede wszystkim) i 3. Idea, że test Kobayashi Maru został ułożony akurat przez tę, a nie inną osobę, nabiera ironicznej dwuznaczności w kontekście tego, co się stało/stanie (albo i nie stanie, patrz niżej) w The Wrath of Khan. Skądinąd zawsze się zastanawiałam, jakim cudem Spock, który, było nie było, też studiował w Akademii, nigdy nie zdawał tego testu...

Scenarzyści najwyraźniej zupełnie nieźle znają klasyczne motywy serii i potrafią bawić się jej schematami i ogranymi pomysłami: pojawia się i red shirt (niejaki Olson w nieszczęsnej próbie lądowania na "platformie wiertniczej" Romulan), i charakterystyczne powiedzonka (McCoy do Spocka: Are you out of your Vulcan mind?!, dokładnie tak, jak w ST2... że już nie wspomnę o Spocku nr 2, witającym Jima Kirka słowami I have always been and shall be your friend, patrz ST2 i ST3), a na dodatek - aluzje do szczegółow świata i biografii postaci: Kirk wychowujący się w Iowa, kropelka zielonej krwi na rozbitej wardze małego Spocka. Do tego kostiumy, nowoczesne i pomysłowe, ale wyraźnie nawiązujące do oryginalnej serii (beżowy sweterek w nowej, o wiele lepszej wersji) i do pierwszych filmów serii (czerwone mundury kadetów Akademii). No i finałowa ścieżka dźwiękowa, z przetworzonym motywem muzycznym z oryginalnego serialu...
Inteligentnym pomysłem było rozdanie ról między bohaterami: bynajmniej nie wszyscy są studentami Akademii. Owszem, Jim i Uhura są studentami, podobnie jak Hikaru Sulu. McCoy - może też jeszcxze studiuje, choć raczej jest świeżym absolwentem. Spock jest z kolei młodym wykładowcą, Chekhov - nastoletnim kadetem, a Scotty, chyba najstarszy z tego towarzystwa, zdążył już zaliczyć "zesłanie" na znienawidzoną placówkę za niestandardowe pomysły i ich równie niestandardowe testowanie. Dzięki temu udało się uniknąć pułapki zrobienia ze ST Harry'ego Pottera i pokazania, jak załoga genialnych kolegów z klasy ratuje wszechświat. Bohaterowie są przy tym sympatyczni (zwłaszcza Kirk, ale też ja zawsze miałam do drania słabość), a relacje między nimi - ciekawie napisane. Zasadniczo, gdyby chcieć te relacje podsumować najkrócej: pierwsza połowa filmu jest o przyjaźni kadetów Kirka i McCoya, druga - o, powiedzmy sobie, relacjach przyszłego kapitana i przyszłego pierwszego oficera USS Enterprise. Skądinąd, ktokolwiek wpadł na pomysł oparcia dużej części filmu na ostrym konflikcie i wzajemnej niechęci Kirka i Spocka, i to konflikcie, którego pierwotnym źródłem jest test Kobayashi Maru, ten sam, który odegrał tak absolutnie kluczową rolę w dziejach ich późniejszej przyjaźni - duże brawa! Dodajmy jeszcze jedno: scenarzyście udało się rozwiązać problem grupy bohaterów tak, żeby każde z nich miało coś do zrobienia: film zdecydowanie NIE obraca się wyłącznie wokół duetu Kirk-Spock, choć pierwsze sceny (tylko ich dwóch oglądamy jako dzieci) mogłyby coś takiego sugerować. Co więcej, udało się każdej z postaci dać do roboty na pokładzie CO INNEGO, wyznaczyć własne miejsce i własną okazję do wykazania się. Najbardziej bodaj zyskała na tym postać Uhury, która w tej wersji jest trzecią główną bohaterką, znakomitą lingwistką i specjalistką od kontaktu z obcymi, a nie tylko startrekową wersją Lidki telegrafistki...
Największego jednakowoż plusa scenarzyści mają u mnie za to jedno najważniejsze i dla wielu niewybaczalne odejście od kanonu: za fakt, że od samego początku, od kiedy w prologu przyszły ojciec Jima Kirka podejmuje swoją wielką decyzję - świat się zmienia (Lost, anybody?). Cokolwiek Abrams et consortes, czy też ich ewentualni następcy przy kolejnym filmie, będą chcieli zrobić, nie muszą już przejmować się kanonem, który opracowali przed nimi ich poprzednicy (Gene Roddenberry et consortes, tym razem) - na dodatek pozostając przy tym całkowicie w obrębie świata wymyślonego przez tychże poprzedników! Lokując od początku akcję swojego Star Treka w alternatywnej wobec pierwowzoru rzeczywistości, scenarzyści kupili sobie sporą dawkę wolności twórczej i możliwość otwarcia na nową, niekoniecznie fenomenalnie znającą oryginalny serial widownię. Ta alternatywność zaczyna się dość wcześnie - chyba nie tylko ja przecierałam oczy ze zdumienia, kiedy zaczęło do mnie docierać, co właściwie znaczy sposób, w jaki pewna młoda pani kadet rozmawia z jednym ze swoich nauczycieli... Zastanawiam się tylko, GDZIE, zamiast na Mt. Seleya, Kirk i McCoy przywiozą Spocka w finale ST3 - o ile w ogóle zdarzy się to, co się stało w ST3, bo przecież w tym nowym, innym świecie, wcale nie musi... (a jeszcze bardziej się zastanawiam, co z wydarzeniami z odcinka Amok Time :)).

Pewnie, ma ten film swoje wady, ma sceny i wątki przesadzone (sposób przyjścia Jima Kirka na świat?) i w sumie niepotrzebne, przynajmniej z punktu widzenia widza nie będącego fanem ST. Tak jest, jak podejrzewam, z całym wątkiem na lodowej planecie, z Jimem Kirkiem w roli Luke'a Skywalkera i z ratującym mu życie mocno nieoczekiwanym "Benem Kenobim" - cała ta historia, wydaje mi się, jest głównie po to, żeby mógł się w niej pokazać jeden konkretny, kultowy dla fanów, aktor...

Nie wiem, jak ten film ogląda się osobie, dla której jest to pierwsze zetknięcie się ze światem Star Treka, albo z oryginalną serią (w końcu w Polsce sporo osób zaczęło i skończyło swoją przygodę z ST na The Next Generation), bo dla mnie większość zabawy polegała na odgadywaniu skojarzeń i zastanawianiu się, jak się to wpasowuje w moją wiedzę o tym świecie. Jak dla mnie, zabawa była przednia. Suegrowałabym jednak obejrzeć przynajmniej jeden dowolny odcinek oryginalnej serii i filmy nr 2 (The Wrath of Khan) i 3 (The Search for Spock), zanim się człowiek wybierze na najnowszy film - będzie znacznie zabawniej!

 

PS. A kapitan Nero, samotnik w przekraczającym możliwości swoich czasów statku (wyglądającym jak wielki morski stwór...)? Tajemniczy i bezlitosny Nero, który atakuje znienacka i znika bez śladu w głębinach kosmosu, szukając pomsty na imperialnej Federacji za śmierć żony i dziecka i cierpienia swojego ludu? Hmmm, czy ja o tym facecie czegoś ostatnio nie napisałam...?

 

źródło ilustracji: http://dietrichthrall.files.wordpress.com

 

| < Lipiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
O autorze
Zakładki:
Autorzy
Blogi
Miejsca: różne
Omnia mea
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...