Historie

poniedziałek, 02 listopada 2015

Ciąg dalszy wpisu poprzedniego.

 

 

Ta scena jest jedną z robiących większe wrażenie w końcowych partiach powieści, przynajmniej na mnie. Wyobraźcie to sobie: patrzymy trochę oczyma Robina Stewarta, trochę z perspektywy narratora, nigdy Lymonda. Jest tak: skazany na śmierć, pozbawiony wszelkiej nadziei, Robin Stewart dostaje szansę pokazania przynajmniej swojej odwagi i fizycznej sprawności; umęczonemu, rannemu w walce z dzikim zwierzęciem, szkocka królowa matka wysyła nagle na arenę niechętnego pomocnika, a ten - w paradnym stroju wprost z dworu, urodziwy i zwinny jak tancerz, szybkim ruchem, choć nie ma broni, pokonuje bestię, której Stewart nie zdołał zabić. I jeszcze pamiętamy: ten pomocnik to człowiek, którego Robin kochał i przez którego został zdradzony i którego zabił - był pewien, absolutnie pewien, że zabił. To mogło pójść w różną stronę: pojednania, zrozumienia (obaj jesteśmy marionetkami w rękach większych od nas), wybaczenia - ale stało się inaczej i inaczej Robin postanowił tę scenę zrozumieć.

As the dust seethed and settled, swaying, bleeding, Robin Stewart faced his daemon. (...) The blood sticking about his burst clothing, his hopeless hair glued on his cheeks, his lip bitten, his eyes aching, his head ready to burst, Stewart stared at the graceful gesture, the cool splendour, the careless thief of success, and seizing the sword by its pommel, aimed at Thady Boy's face.

Lymond odebrał mu wszystko - nawet tę ostatnią chwilę możliwej chwały. Robin próbował zabić go jeszcze na arenie, ale upokorzony i pokonany, musiał przełknąć jeszcze jedną gorzką pigułkę: jego plan zemsty i zdemaskowania Lymonda spełzł na niczym. I tak, Robinowi nie zostało już nic - aż do chwili, kiedy udało mu się uciec z więzienia (nie samemu, z pomocą mocodawców, którym zależało, żeby jeszcze raz spróbował zamachu) i perspektywa zemsty na człowieku, który go zdradził; i, och, jak ładnie Robin sobie swoje obsesje zracjonalizował!

Under the honest earth of Thady Boy was somebody's precious gallant quite alien to the uproarious creature of the hunt and the race. It made it in a way quite easy to kill the one without even touching the image of the other.

Kiedy Robin próbuje Lymonda zabić i mu się nie udaje (co z tego, że Robin jest znakomitym łucznikiem, kiedy Lymond, wbrew wszelkim pozorom, pod eleganckim strojem ma kolczugę), to jest ostatnia kropla, która przepełnia czarę goryczy: nawet to, ten moment zemsty, kiedy wróg wyszedł z namiotu sam i niegotowy, okazuje się zaplanowanym upokorzeniem, częścią pułapki. Ostatnia konfrontacja Lymonda i Stewarta ma miejsce w cieniu tej sceny, tuż po pojedynku, który ją kończy, i jest pierwszą, zarazem, sceną, kiedy obaj bohaterowie rozmawiają - szczerze (czytaj: kiedy Lymond jest szczery, prosząc Stewarta, by ten w imię swojej zaplanowanej zemsty nie pozwolił swemu mocodawcy zabić królewny). Ta scena jest dziwacznie intymna i momentami ocierająca się o niemal-erotyczność: nocny pojedynek w lesie, ściganie się wśród cieni, moment, kiedy Lymond kłamie spotkanym przygodnie młodym ludziom, by Robin mógł się ukryć, a potem Stewart rzucający Lymondowi wyzwanie i Lymond bez słowa zdejmujący koszulę i kolczugę i stający przed Stewartem pozornie bezbronny - by następnie wychłostać go precyzyjnymi, okrutnymi w swym chłodzie słowami:

Your manners, social and personal, derive directly from the bakehouse; your living quarters, any time I have seen them, have been untidy and ill-cleaned. In the swordplay just now you cut consistently to the left, a habit so remarkable that you must have been warned time and again;  (...) These are professional matters, Robin. To succeed as you want, you have to be precise; you have to have polish; you have to carry polish and precision into everything you do. You have no time to sigh over seigneuries and begrudge other people their gifts. Lack of genius never held anyone back,' said Lymond. 'Only time wasted on resentment and daydreaming can do that. You never did work with your whole brain and your whole body at being an Archer; and you ended neither soldier nor seigneur, but a dried-out huddle of grudges strung cheek to cheek on a withy.

Historia Robina Stewarta kończy się niedługo potem - kończy się w momencie, kiedy samotny w chacie, w której się ukrywał, postanowił po raz pierwszy chyba w życiu zrobić coś dla innych i postąpić wedle rady Lymonda, przesyłając mu potrzebne informacje. Tyle że powierzył je niewłaściwemu człowiekowi; Lymond nigdy nie dowiedział się o umówionym spotkaniu, a Robin - Robin miał już dość; czekał na to spotkanie z taką nadzieją i takim poczuciem, że jego życie ma się zacząć na nowo, że nie chciał i nie mógł przeżyć zawodu. Ile w tym było z zawiedzionej potrzeby miłości i przyjaźni, ile z desperacji, ile z ewidentnej depresji, w jakiej żył od dawna - trudno powiedzieć. Jedno jest pewne:

Then indeed, Robin Stewart had taken out his knife and held it high in his fist; but not to use it against Lymond. To use, instead, conscientiously, doggedly, steadfastly, against the man even a Lymond could not befriend. He had killed himself.

I teraz tak: mogę mieć do Dorothy Dunnett pretensje o to, że Robinowi odebrała za dużo, że skoro już dała mu obsesje, brak talentów i wykształcenia, stygmat nieślubnego pochodzenia i ambicje niepoparte niczym poza zazdrością, mogła mu przynajmniej, bo ja wiem, urodę na przykład, zostawić, albo błyskotliwość, albo cokolwiek - ale bardzo ją cenię za to, jak opisała reakcje Lymonda na śmierć Robina. Bo, och, nasz niezłomny i myślący na dwa ruchy do przodu bohater czuje się po samobójstwie Stewarta... nie, nie załamany i nie winny i nie przybity; on starannie odpycha od siebie myśli o tym, że mógłby być istotnym czynnikiem w życiu i śmierci Robina Stewarta.

[Lymond] said, 'I could have forced him to tell me all he knew the other week, but--Christ, how bloody pompous can you be?--I thought he would hate himself so much.... He ought to be left to tell me out of his own conscience and conviction, not out of--'
'--Love for Francis Crawford,' said O'LiamRoe quietly.
'It wasn't love,' said Lymond in a queer, rather desperate voice. 'It was a kind of... oh, God, I don't know. Hero worship, I suppose. It's the only oozing emotion I seem able to inspire. It leads to nothing but misery.'

Na niedługo mu tego wypierania się starcza; po tym, jak obecny przy tym O'Liam Roe jasno i wyraźnie mówi mu: nie twoja wina, że go musiałeś pokonać, ale twoja i jeszcze raz twoja, żeś mu nie pomógł już po tym, jak go złamałeś i zmusiłeś do przemyślenia swego życia, Lymond nie tylko wykonuje typowy dla siebie (melodramatyczny  nieco) gest, ale i zapamiętuje tę lekcję na bardzo długo. Kilka lat i ponad tysiąc stron później, jeden jeszcze raz usłyszymy o Robinie Stewarcie - wtedy, kiedy Lymond będzie musiał wypełnić swój obowiązek wobec kogoś i postanowi go wypełnić nawet wbrew sobie:  

Long after Venceslas had vanished, he stood there unmoving, looking at nothing. Unlike those of the boy, his hands were quite still, their knuckles discoloured with bruising. His body was drying within the wet fur of the robe: his hair had sprung wet from its combing and his face, almost unmarked, was set in an expression of familiar indifference under which was something frighteningly different: the face of a man who once looked upon the dead body of an archer he did not love, called Robin Stewart.

 

No więc, hmmm, to miał być ten krótki wpis. Boję się tych, które zaplanowałam jako długie.

Na początek może tak: tutaj jest wstęp do tej notki, to znaczy - wstęp ogólny, wyjaśniający założenia tego rozciągniętego w czasie blogowego cyklu i tłumaczący, skąd idea na akurat taki jego charakter i ukierunkowanie go na relacje między Lymondem a innymi postaciami cyklu. A zanim rzucę się na główkę w trzy olbrzymie, gigantyczne tematy, jakimi są relacje głównego bohatera Dunnett z (1) jego bratem Richardem, (2) kobietami jego życia i (3) Jerrotem Blythem, który na dodatek do bycia wiecznie wątpiącym przyjacielem jest w Lymondzie, na moje oko, więcej niż troszkę zakochany, pozwolę sobie na wpis dość krótki i jednorazowy: o bohaterze, który pojawia się w tej jednej powieści i spotyka się - nie, nie spotyka, zderza z hukiem - z głównym całej tej historii bohaterem.


Panie i panowie, Robin Stewart.

Oraz, panie i panowie: to jest analiza, nie recenzja. Spojlery leżą w jej naturze i będą absolutnie bezlitosne.


Robin pojawia się jako bohater, wychodzący w pewnym momencie na antagonistę, w najbardziej chyba osobnej części cyklu Dunnet, Queen's Play. Najkrócej rzecz ujmując, w Queen's Play nasz główny bohater trafia, w dość nieprawdopodobnym przebraniu, na dwór francuski - żeby, jak się nie całkiem od początku okazuje, chronić małą królewnę Marię Stuart przed zamachem, za którym stoją jej polityczni wrogowie.  A jako że ona jest w niebezpieczeństwie, zagrożony będzie i jej obrońca, zwłaszcza że są tacy, którzy się domyślają, że wiecznie pijany, pyskaty i nie znający granic w swoim szaleństwie i zepsuciu irlandzki bard Thady Boy Ballagh nie jest tym, kim się wydaje....

Daruję sobie dzisiaj analizowanie politycznej intrygi w Queen's Play, a nawet większości relacji między postaciami. Skupię się na tej, która wydaje mi się zdecydowanie w całej tej historii najciekawsza: na historii życia, obsesji i śmierci Robina Stewarta.


Heir to nothing but an old suit of armour and a vacant post in the Guard, Robin Stewart had always been deeply interested in money and fame, and had for a long time been convinced that in a world of arms, skill and hard work would still take you to the top, however doubtful your background.
It had only latterly become plain that success in the world of arms ran a poor second to success in the world of intrigue; and that while no one worked harder, a good many people seemed to be more skilful than Robin Stewart.

Kiedy Dunnett przedstawia nam swojego bohatera, zaczyna od powiedzenia jednej z dwóch kluczowych rzeczy o nim: Robin Stewart, nieślubny syn wielmoży i córki piekarza, oficer w szkockiej gwardii królów Francji, ma mniej, znacznie mniej, niżby chciał i niż jego ambicje by żądały. Ma mniej, choć i ambicje, i chyba możliwości, pozwalałyby mu zdobyć więcej i wspiąć się wyżej - ale brakuje mu urodzenia i specyficznego talentu do intryg, który pozwoliłby mu zrobić karierę wśród wielkich tego świata, na wyrafinowanym francuskim dworze. Robin Stewart jest zgorzkniały i przegrany we własnych oczach, na permanentnym pograniczu poważnej depresji - o czym się przekonamy pod koniec powieści; i jest też gotowy absolutnie na wszystko, byle ruszyć się z miejsca w którym utknął. Bez przyjaciół, bez sukcesów, za to z ambicjami, poczuciem klęski i gotującą się w nim ciągle frustracją i wściekłością, Robin jest niebezpiecznym narzędziem w ręku każdego, kto mu obieca  spełnienie jego życiowych zamiarów. Wedle słów Lymonda: Robin isn't a leader, he's a web looking for a spider.
I tak, jeżeli wydaje się wam po tym wszystkim, że Robin Stewart jest kimś, kto zrobi brudną robotę i kogo potem się potem usunie bez mrugnięcia okiem; że jest absolutnie expendable i że właściwie nie do końca zdaje sobie z tego sprawę... cóż, macie absolutną rację.

I na tego to Robina natyka się podróżujący incognito Lymond - Lymond, który podejrzewa, że to on jest wyznaczony na zamachowca i który wie od razu (tak ja to czytam), że z tym człowiekiem jest coś nie tak i że wystarczy odrobinę poskrobać po powierzchni jego osobowości, a na jaw wyjdą wszystkie koszmarne kompleksy, obsesje, traumy i - tak - słabości Stewarta. Lymond, który odzyskał łaski królowej matki i nadal jest wściekle lojalny wobec królewny i tylko jej; Lymond, który nie cofnie się przed niczym, żeby tejże królewny bronić - a to znaczy, że będzie nie tylko kradł i zabijał, ale także manipulował w perfidny sposób emocjami innych. Innymi słowy, Lymond i Stewart wyglądają na parę godnych siebie przeciwników, których konflikt musi się skończyć konfrontacją na wielką skalę.

Co, oczywiście, nie jest pierwszą rzeczą, jaką nam Dorothy Dunnett o nich mówi. Ani nie okazuje się jedyną. Ani nawet całkiem prawdziwą. O ile Lymond od początku podejrzewa Stewarta, o tyle Robin w pierwszej chwili nie jest pewien, kim jest człowiek, którego ma zabić, żeby móc zabić Marię Stuart (a my, dodajmy, nie wiemy, że on ma kogokolwiek zabić; ujawnia nam to Lymond sporo później); a w jego postępowaniu wobec Lymonda jest zdecydowanie więcej, niż profesjonalna chęć wykonania zadania. 

Czytelnicy moich notek o Dunnett - co ja gadam, każdy, kto czytał Dunnett! - wiedzą dokładnie, że, upraszczając, mniej więcej wszyscy kochają się, mniej lub bardziej erotycznie, w Lymondzie, bo tak. Fani mają swoje shippingi, mam swój, że się przyznam, i ja, ale w każdej chwili i z głęboką pewnością mogę stwierdzić - bodaj czy nie najciekawszą, najmniej oczywistą w całym cyklu historią obsesji na punkcie Lymonda jest dla mnie historia Robina Stewarta.

Robin i Lymond spotykają się po raz pierwszy, kiedy ten ostatni udaje ollama towarzyszącego irlandzkiemu arystokracie i oryginałowi O'Liamowi Roe. Jako ollam Thady Boy, Lymond jest przeciwieństwem normalnego siebie: ufarbowany na czarno, źle ubrany w wypchane, by imitować tuszę, stroje i wiecznie podpity, jest tak daleki od swojej zwykle atrakcyjnej, kontrolującej wszystko obsesyjnie osoby, jak to tylko możliwe. Oczywiście, ponieważ to jest Lymond, i tak... nie, nie będę się wyzłośliwiać, bo autorka, pokazując, że owszem, ponieważ to jest Lymond, to i tak wzbudzi powszechną fascynację, pokazuje go nam nie jako mistrza, który to wszystko zaplanował - raczej jako człowieka, któremu jego własne plany nieco wymykają się z rąk i spychają go w coś bliskiego szaleństwu i uzależnieniu. No ale dobra, może po kolei.

 

Robin i Lymond. Lymond bardzo szybko się orientuje, że Robin jest zamierzonym zabójcą królewny Marii, Robin nie wie ani że Lymond wie, ani kto - książę O'Liam Roe czy jego ollam - jest tak naprawdę szkockim szpiegiem w przebraniu, przed którym go ostrzegano. Lymond i Robin spotykają się, gdy ten ostatni odbiera O'Liama i jego świtę w porcie w imieniu francuskiego dworu, i tak to się zaczyna.

Ja osobiście widzę to tak: Robin Stewart, po tym, jak dzięki intrydze jego protektorów O'Liam Roe zrobił z siebie idiotę i persona non grata na dworze, spotyka jego ollama i tknięty czymś niezrozumiałym (Robin Stewart recalled suddenly that he had been struck before with this man?) zabiera go ze sobą na sekretne, w sumie, spotkanie grupy religijnych, plus minus, dysydentów. Czym jest to coś, co mu każe podjąć to ryzyko? Moje własne czytelnicze wyczucie powiedziałoby tak: Robin jest już wtedy konkretnie Lymondem zafascynowany, po części dlatego, że kompletnie mylnie widzi w nim kopię siebie, czyli człowieka, którym kieruje niespełniona ambicja i chęć zysku, a który o wszystko musi u możnych tego świata dobijać się sam:

'I can learn,' said Stewart with the same suppressed violence. 'I haven't a title--I haven't money or education--I've not even a decent name. I've got to learn; and I tell you this: I'll work like a dog for the man that'll teach me.'
[lymond]: 'Teach you what? Success?'
'Success--or how to do without it,' said Robin Stewart bitterly?.

Ten sam ton słychać w rozmowie między Thadym Boyem a Robinem już po nieszczęsnym polowaniu, kiedy Stewart usiłuje wydobyć z towarzysza, czemu trzyma się O'Liama i w ogóle tych wielkich, ważnych i u władzy (Thady Boy punktuje celnie, że księcia ciężko do tej akurat kategorii zaliczyć). Po latach desperackiego gonienia za własnym ogonem, pielęgnowania prawdziwych i urojonych uraz, próbach odniesienia sukcesu za wszelką cenę i - jak podejrzewam - jakoś tam z tym związanej samotności i kompletnego braku zwykłych ludzkich więzi przyjaźni, koleżeństwa czy lojalności, że o miłości nie wspomnę, Stewart nawet nie wie, jak bardzo tych wszystkich uczuć potrzebuje i jak żarliwie gotów jest się przywiązać do kogoś, kto mu je da. Żarliwie i, dodajmy, wściekle zaborczo. My, czytelnicy, możemy się tego domyślać, patrząc na psychologiczny profil Robina Stewarta; Lymond domyśla się tego z całą pewnością i dość bezwzględnie to wygrywa i wykorzystuje.  


The strangest and most terrible power we possess is the power we have, each of us, over the chance-met, the stranger, the passerby outside our life and our kin. Speak as you would write, as if your words were letters of lead, graven there for all time, and for which you must take the consequences. And take the consequences,

mówi do Lymonda w finale powieści Margaret Erskine, wypominając mu winę za samobójczą śmierć Robina Stewarta. I Lymond, niewątpliwie, jest współwinny. Po tym, jak Robin zabrał go na spotkanie i tam wszyscy w pewnym momencie musieli dzielić grożące im niebezpieczeństwo, więź między Robinem a Thadym Boyem/Lymondem wydawała się rosnąć. Tyle że co oznacza więź z Robinem? Ano, między innymi, to: it annoyed him to be left out. He became irritatedly aware that he had to add the royal children to the list of his rivals? - obsesyjną, zaborczą i podszytą kompletną niepewnością zazdrość o osobę darzoną uczuciami: jakimikolwiek pozytywnymi uczuciami, tak naprawdę. 

Jakie to są uczucia, o tym za moment; nie jestem pewna, na ile sam Robin to wie. Na razie powiedzmy sobie tylko, że moim zdaniem Lymond dokładnie wie, w jak toksyczną znajomość się pakuje - ba, sam tę toksyczność prowokuje i podsyca. Po wypadku na polowaniu (no dobra, po tym, co wyglądało na wypadek, który kosztował życie ulubionego królika królewny i wspaniałego psa O'Liama) Robin, że zacytuję, aggressively (...) showed signs of haunting him, and Thady Boy, who by this time had his own reasons, did nothing to stop him.? Mam wrażenie, że na tym etapie Lymondowi wydaje się, że panuje nad tym, jakie budzi w Robinie emocje, i że chce je głównie kontrolować i wykorzystać. Kontrolować po swojemu znaczy, bo przecież persona Thady'ego Boya, którą Lymond przyjął, oznacza pozory (?) kompletnego braku jakiejkolwiek (samo)kontroli: Lymond gra przed niemal całym światem  kapryśnego, pozbawionego zasad, zdeprawowanego do cna, zawsze gotowego na picie, ryzyko i seks (w dowolnej konfiguracji) nihilistycznego błazna-cynika, za którym ślepo podążają zafascynowani nim kawalerowie i damy z eleganckiego francuskiego dworu. Maska ta tak znakomicie mu pasuje i jest tak bliska ciemnym stronom jego osobowości, że kiedy Richard Crawford, brat Lymonda, zjawia się na francuskim dworze, jest poważnie wystraszony o brata - nie dlatego, że wierzy we wszystkie opowieści o Thadym Boyu, ale dlatego, że wie, że Lymond nigdy nie jest daleko od tego, że Thady'ego przestać udawać, a zamiast tego się nim stać. Oczywiście trzeba dodać, że Richard zawsze ma tendencje, by wierzyć w najgorsze pogłoski dotyczące brata, ale to osobna sprawa (i do poruszenia we wpisie o Richardzie, zdecydowanie).

Wszystko to - podejrzenia Lymonda, jego bezwzględna gotowość do wypełnienia swojej misji za wszelką cenę, obsesyjna fascynacja Stewarta - prowadzi do jednej z kluczowych scen powieści: wymyślonej przez Thady'ego obłąkańczej nocnej gonitwy po dachach Blois aż po katedrę. Dziesięć par pijanych, rozochoconych zawodników z najwyższych sfer, ciągłe ryzyko upadku i nagłej śmierci, ostra rywalizacja o zwycięstwo, wymagające i fizycznej sprawności, i odgadnięcia skomplikowanych pytań i zadań - pomysł dokładnie w stylu Thady'ego Boya. I do tego szaleńczego wyścigu Thady-Lymond wybiera sobie Robina Stewarta za partnera, odrzucając propozycje swoich arystokratycznych wielbicieli i szokując cały dwór. Stewart usiłuje go powstrzymać, być rozsądny. Friend Robin.... - mówi Lymond - Come running with me... i Robin idzie.

Idzie po przygodę, którą zapamięta na resztę życia i która pokaże mu, co mogło być i jak mogło wyglądać jego życie. Oglądamy to wszystko jego oczami - w myśli Lymonda wglądu nie mamy. Wśród czytelników Dunnett toczą się więc ciągłe dyskusje o tym, czemu Lymond zabrał na tę eskapadę akurat Robina, o którym wiedział, że jest, owszem, fizycznie sprawny, ale pozbawiony skłonności do ryzyka i choćby odrobiny szaleństwa, a przy tym niezbyt wykształcony i daleki od błyskotliwości - niekoniecznie wymarzony pomocnik w szalonym wyścigu po rozwiązanie uczonych zagadek. A jednak to jego Lymond wybiera, i chyba prawie każdy z czytelników Queen's Play zastanawia się, dlaczego.
Mnie osobiście wydaje się, że, jak zwykle, powodów jest kilka - a podtrzymanie opinii o Thadym jako kapryśnym i nie znającym umiaru błaźnie (odrzuca propozycję królewskiego brata!), który jest jednocześnie sprytny (oficjalny argument Thady'ego brzmi: pobiegnę w parze z człowiekiem, który jako jedyny jest dziś kompletnie trzeźwy), to pewnie jeden z nich, choć pomniejszy.  Zamiłowanie do ryzyka i chęć sprawdzenia, co będzie, to zapewne kolejny - ale mam wrażenie, że jest w tym coś więcej, coś, co dotyka samego sedna tej relacji, przynajmniej ze strony Lymonda. 

Lymond i Robin są, jak mi się zdaje, niedoskonałymi lustrami dla siebie nawzajem. W Robinie - człowieku, któremu los ciągle rzuca kłody pod nogi i upiera się na spychanie go w dół i który sam nic nie potrafi i chyba nie chce, mimo deklaracji, zrobić, żeby z tego dołu się wygrzebać - jest przecież całkiem sporo z Lymonda. Ich natura jest inna; los podobny; reakcje Lymonda na ten los inne; ale mam wrażenie, że gdzieś poza wszelkimi innymi uczuciami i emocjami i celami - poczuciem zagrożenia, chęcią wykonania misji za wszelką cenę i utarcia nosa wrogom, pragnieniem dojścia, jak zwykle, do absolutnych granic tego, na co można sobie pozwolić - Lymond, może tylko półświadomie, chce dać Stewartowi szansę. Szansę, tak po prawdzie, na coś dość zwykłego i niezwykłego jednocześnie: na moment kumpelstwa, porozumienia, przyjaźni, ale też na chwilę sprawdzenia własnej wartości i zrozumienia, że jego, Robina Stewarta, stać na wiele, w tym - na zwycięstwo wbrew przeciwnościom. 

Robin Stewart dostał dzięki postawie Thady'ego Boya szansę dostrzeżenia, że jego los jest w jego rękach i że, być może, w jego przypadku do wymiernego sukcesu potrzebniejsze jest coś, co da mu poczucie własnej wartości. To się miało szansę - małą, niewielką - skończyć dobrze, ale skończyło się, oczywiście, katastrofą, na którą zawsze szanse były znacznie większe.

Bo widzicie, w jakimkolwiek znaczeniu byśmy nie użyli słowa 'kochać', jestem bezwzględnie przekonana, że Lymond nie kochał Robina Stewarta: nie kochał go romantycznie, ani jako przyjaciela, ani jako towarzysza broni i podkomendnego. A Robin - cóż, Robin chyba nie kochał nikogo przed Thadym Boyem, a jego pokochał w jedyny znany sobie sposób: zaborczo, histerycznie, uzależniając się całkowicie i żądając bezwzględnej wyłączności; taką miłością, która jest uzasadniona u zazdrosnego sześciolatka, ale która u dorosłego ogromnie łatwo przekształca się w obsesję albo w nienawiść. Popatrzmy na ich rozmowę, zamykającą epizod wyścigu po dachach. Robin, w uniesieniu i euforii, mówi nagle:

'Leave O'LiamRoe. Leave him. (...) Leave him. He's no good. They'll spoil you, the lot of them - och, it's recognition, I know, of a sort: the kind I once thought I was desperate to have. But it'll wreck you, body and mind. Better find an honest master and do an honest day's work; and if success comes, you can be proud of it.'

Czy nie brzmi to wam, jakby Robin mówił o sobie? Jeżeli gdzieś widać, że on chciałby za wszelką cenę widzieć siebie i Thady'ego jako odpowiedniki, to w całym tym dialogu między nimi. A Lymond... hmmm, a do Lymonda powoli chyba zaczyna docierać, jak daleko ta obsesja zaszła (his friend Thady Boy was able, at least, to put something of its proper value on this newborn and unwonted solicitude) i odpowiada, jak to Lymond, po swojemu, to znaczy z uśmiechem dolewa oliwy do ognia. Sugeruje, że już niedługo porzuci towarzystwo O'Liama i sugeruje Robinowi, że on sam powinien porzucić dwór - po czym robi coś takiego:

Stewart's unpractised, eager emotion carried him forward too quickly. 'And come to Ireland with you?'
There was a pause. Then, relaxing, Stewart heard what he had wanted to hear. 'If you wish to,' said Thady Boy slowly, and bearing Stewart's inarticulate pleasure with patience, won his way at last out of the room.

Tak, podsycanie obsesji kogoś takiego to znakomity wręcz pomysł na kłopoty. I te kłopoty lada moment nadejdą (i tak, Lymond na nie czeka). Zaczną się od rzuconej mimochodem informacji, że Thady Boy był kiedyś więźniem na galerach - informacji, która dla Robina Stewarta będzie równoznaczna ze zdradą; w końcu wiedział o tym ktoś inny, ale nie on! Oczywiście Robin wściekły zmienia plany. A Lymond, który, jak się okazuje, uknuł ten mały epizod z wyjawieniem tego faktu? Wydaje mi się, że wbrew pozorom do Lymonda jeszcze ciągle chyba nie całkiem dociera, jaką obsesję na swoim punkcie mu wyprodukował (puzzlement, as he read it [the letter from Stewart], showed briefly through the disordered rubbish-heap of Thady Boy's face). To samo zresztą wychodzi w późniejszej rozmowie Lymonda z jego bratem Richardem; kiedy omawiają całą sprawę, Richard pyta z lekkim niedowierzaniem: 'You wanted Stewart to find out who you were?' 'I thought I did, odpowiada Lymond.

Krótko mówiąc, następujące później wydarzenia wyglądają jak sceny z rozpadu życia małżeńskiego: Robin jest wiecznie obrażony, Lymond rzuca do O'Liama nieprzyjemne uwagi na jego temat ('You've no need to believe every tale I tell Robin Stewart. It was the only way at the time to get rid of him. He's welcome to sail back to Ireland and stay there, if he wants to. I'll go soon enough ... in better company than that.'), a potem jest jeszcze to. O'Liam Roe, mający już serdecznie dość rozgrywającego się wokół niego melodramatu, w pewnym momencie zastaje Lymonda i Robina w dość... hmm, zaskakującej scenie.

 

[O'Liam] heard Robin Stewart with Thady. He had come at the wrong moment. The conversation, to begin with, must have been a stumbling one. The Archer by now was at his most abrupt and nervously aggressive, his voice splitting a little as his feelings ran beyond it. O'LiamRoe heard that; and heard Thady's voice in a tone he did not at first recognize, quiet and clear-phrased and sane. He was still, he noticed, using his Irish accent. He spoke for some time; then Stewart replied, but a good deal of the edge had gone. Then Thady said something quite brief, and there was a little silence. It was getting late.
O'LiamRoe (...) pushed the door open and went in.
Thady Boy was sitting on the edge of their decorated chest, rather still, looking with calm attention at Robin Stewart's face. (...) [Stewart], evidently just risen, had come forward and had laid a hand, gingerly and enquiringly, like a nervous schoolboy, on Thady arm. Then, without seeing O'LiamRoe, he dropped to his knees.
O'LiamRoe made the next step a heavy one. The Archer looked round. His long-jawed face, hollow with hard work and recent travelling, went scarlet, and then white. He jumped up.

Dorothy Dunnett bardzo sprytnie nas tutaj podchodzi: nie mamy pojęcia, o czym toczy się rozmowa, ale nie mamy chyba wątpliwości, co tu się dzieje i jakie uczucia tutaj górują: jak dla mnie, jeżeli Robin Stewart kiedykolwiek był blisko powiedzenia komuś, że go kocha, to wtedy. O'Liam oczywiście komplikuje sprawę, mówiąc Robinowi wprost, jak bardzo, bardzo mało obchodzi on Lymonda (Lymond zresztą świetnie sobie zdaje sprawę, jak bardzo O'Liam namieszał: mówi It was O'LiamRoe telling him to his face that I had no intention of going with him to Ireland - a true word, but I would have put it more sweetly myself - that put the pot on the boil, a choć wypowiada te słowa do swego wroga, nie ma powodów, by wtedy mówić nieprawdę - zwłaszcza że ja osobiście podejrzewam, że to on podpuścił swoim zachowaniem O'Liama do tego wybuchu). Więź zostaje przerwana, także w planie, powiedzmy, meta-fabularnym - to pod koniec tej części powieści Lymond, ciężko chory po zatruciu, mówi jednak jasno i wyraźnie do Margaret Erskine: 'But, my dear, Robin Stewart is the murderer.'

 

Teraz wreszcie karty są na stole: wiemy, że Lymond wie i że wiedział od dawna i że spora część jego zachowań wobec Robina była wykalkulowana na zimno. Pozostaje czekać na to, jak uda mu się rozwiązać sprawę zamachu - a przy tej okazji autorka funduje nam zaskakujące i ogromnie smutne rozwiązanie. Przewidział je, wśród postaci, tylko O'Liam Roe, który w pewnym momencie powiedział do Lymonda z goryczą I would not wonder, did Robin Stewart kill himself this day or the next.
Lymond nie docenił determinacji Robina - na pewno nie spodziewał się zamachu na swoje życie w takiej formie, co przyznaje wprost w rozmowie z bratem (I didn't have my wits about me, or I should have expected it.'). Nie spodziewał się też później, nawet mimo ostrzeżeń księcia, samobójstwa swojego nie-przyjaciela. Upokorzony, poniżony, rozumiejący coraz lepiej, że nie ma dla niego miejsca w tym świecie, który sobie wymarzył, Robin ma jeszcze tylko zemstę. Ale i z tego niewiele wyjdzie: schwytany, zostaje oskarżony o zdradę i skazany na śmierć na torturach. Jeszcze ma szansę się pokazać - dla uciechy dworu będzie walczył z dzikiem na czymś w rodzaju areny; wtedy to królowa matka, Maria de Guise, wykona Lymondowi - który już nie jest Thadym Boyem, tylko oficjalnym heroldem królowej Szkotów - numer prosto z Rękawiczki Schillera i posłała go na arenę razem z Robinem. 

 

Ciąg dalszy nastąpi - to miał być krotki wpis, który okazał się za długi dla bloxa.

 

piątek, 04 września 2015

Tak się jakoś dziwnie składa, od kilku lat, że kiedy wracam z wakacji - a wyjeżdżam zwykle na sierpień, na włóczęgę i zwiedzanie raczej niż na odpoczynek jako taki - przywożę ze sobą czyjąś historię do opowiedzenia na tym blogu. Ja tak mam: historia-jako-taka interesuje mnie nie głęboko i naukowo, a właśnie w takim - narracyjnym, psychologizującym, fabularnym niemal kontekście; płytkie to, wiem, ale będę się ciężko męczyć z analizą ekonomiczną albo historią wojen, ale dam się pokroić za dobrze opowiedzianą i intrygującą life story.

 


Zazwyczaj te historie, które tu opowiadałam, były smutne i raczej przygnębiające: tu historia o przedwczesnej śmierci, tu o księżniczce w wieży, tu o głupocie i bezmyślności rodziców... No to dzisiaj inaczej. Dzisiaj będzie historia sukcesu.

Historyków wśród ewentualnych czytelników z góry przepraszam: nie będzie precyzyjnie, nie będzie naukowo (ale będzie mini-kawałek bibliografii, to i owszem). Tych od historii i kultury Italii z góry proszę również o wybaczenie powtarzania ewentualnych oczywistości: to, co jest oczywistością dla nich, niekoniecznie jest nią dla mnie i części ewentualnych moich czytelników.    

Było tak: wakacyjne podróżowanie zaniosło mnie (a konkretniej mnie i Drakainę) do Turynu; w Turynie zaniosło nas z kolei do muzeów i pałaców, w tym - do Palazzo Carignano. Polazłyśmy tam, żeby zwiedzić Muzeum Zjednoczenia Włoch, co Drakainie było potrzebne do pracy, a mnie do ogólnej edukacji i towarzystwa. Muzeum okazało się serio fascynujące, a poza tym Drakaina odkryła, że można też zobaczyć sam pałac. A przy okazji wizyty w pałacu dowiedziałam się czegoś o bohaterze dzisiejszego wpisu. 


 

W sumie pewnie całkiem miło było urodzić się księciem, skoro już człowiek musiał urodzić się w 1628: pozycja gwarantowała stabilne dochody, zapewniała, że człowiek miał co jeść i gdzie mieszkać (a to więcej, niż spora część społeczeństwa mogła o sobie powiedzieć) i sprawiała, że generalnie się z nim liczono. Takim właśnie księciem - z bocznej linii rodu sabaudzkiego - urodził się we wspomnianym 1628 roku Emmanuel Filibert, o którym dzisiaj chciałam parę słów napisać.

Pokrótce: tata E. F. był młodszym synem (jednym z 21 w sumie dzieci, z różnych związków) ważnego, znanego i ekspansywnego wodza-księcia, po którym E. F. odziedziczył imiona. Mamusia z kolei - o mamusi będzie jeszcze za moment - mamusia więc, Maria Burbon-Soissons, była krewną Ludwika XIII. Urodziła mężowi pięcioro dzieci, z którym Emmanuel Filibert był trzecim z kolei, a najstarszym synem. Droga do dziedziczenia pozycji i roli jest w takich sytuacjach dla takiego chłopca otwarta.

No chyba, że - jak w tym przypadku - chłopiec urodzi się głuchoniemy.

Rodzina, trzeba przyznać, nie szczędziła wysiłków, by go "wyleczyć" (mój wybór terminu odbija koncepcje epoki, obawiam się): posłali go na nauki do najbardziej wówczas cenionego nauczyciela głuchoniemych dzieci, Hiszpana, don Manuela Ramireza de Carríon.

Don Manuel miał już spore doświadczenia w nauczaniu osób głuchoniemych czytania z ust i mówienia, a także - pisania i czytania. Wykorzystał te umiejętności w pracy ze swoim książęcym (też nie pierwszym w życiu) wychowankiem. Najpierw przez jakiś czas szkolił go w Madrycie, potem pojechał z nim do Turynu, kontynuując naukę. Młody książę musiał przecież podjąć obowiązki, jakie nakładała nań pozycja i urodzenie: jako dwudziestolatek towarzyszył ojcu w kampanii w Lombardii, potem dostał do wykonania kolejne zadania administracyjne; a w tym samym czasie kształcił się także w zdobywających właśnie coraz większe znaczenie w edukacji naukach przyrodniczych, w czym osiągał, zdaje się, spore sukcesy. Współcześni chwalili pracę wykonaną przez nauczyciela i ucznia, wspominając, że mimo trudności z mówieniem Emmanuel Filibert swobodnie komunikował się zarówno z otoczeniem, jak i z podwładnymi.  Metody nauczania pewnie by nam dzisiaj zjeżyły włosy na głowie - ale takie były czasy i taka szkoła, niestety.

W każdym razie: wróćmy do mamusi. Mamusia zrobiła wszystko, ale to wszystko, i użyła wszelkich wpływów, jakie miała na dworze kuzyna Ludwika XIV, by doprowadzić do uznania syna za obłąkanego - z powodu jego niepełnosprawności, oczywiście. Muzeum w Palazzo Carignano, w którym się o tym dowiedziałam, nie bardzo wiedziało, dlaczego - może ze względu na fakt, że jego głuchota była postrzegana jako jej, matki wina? W każdym razie oprócz wyzwań, jakie stawiała przed nim jego własna natura, E. F. musiał też zmagać się z brakiem pomocy, najoględniej mówiąc, ze strony matki. 

Książę nie miał więc łatwego życia - ale najwyraźniej potrafił z niego korzystać. Służył w armii, pełnił funkcje administracyjne, odgrywał pewną rolę na dworze Ludwika XIV, a przede wszystkim rozwijał swoją pasję dla architektury i sztuki. To na jego właśnie polecenie wzniesiono Palazzo Carignano (architektem był turyński mistrz Guarino Guarini) - zdecydowanie warto, będąc w Turynie, sprawdzić godziny otwarcia i zwiedzić ten budynek. Zarządził odbudowę innych posiadłości, przede wszystkim - pod kierunkiem tego samego architekta - rodowej siedziby w Racconigi, gdzie park zaprojektował mu Andre Le Nôtre, najwybitniejszy bodaj twórca ogrodów tamtych czasów.

Książę nie miał problemu z upieraniem się przy własnym zdaniu, co mu się w życiu przydało kilkakrotnie, w tym kiedy w końcu postanowił się ożenić. Był już sporo po pięćdziesiątce, a narzeczona, córka generała d'Este, Maria Angela Catherina, miała lat prawie o połowę mniej. Niemniej, oboje ewidentnie tego małżeństwa chcieli - do tego stopnia, że pan młody przeciwstawił się naciskom Ludwika XIV, swego patrona i krewnego, który zdecydowanie wolałby, by E. F. ożenił się z Francuzką, a nie z dziewczyną z modeńskiej rodziny książęcej. Za tą wolą króla Francji stał bardzo konkretny zamysł polityczny: w tym momencie bowiem E. F. był następcą tronu Sabaudii, póki jego kuzyn, książę, nie doczekał się własnego syna. Niemniej, E. F. postawił na swoim: pięćdziesięciosześcioletni pan młody i licząca niespełna trzydzieści lat panna młoda wzięli ślub w 1684 i zdążyli jeszcze doczekać się piątki dzieci. Ich najstarszy syn (najstarszy, który przeżył), skądinąd awanturnik i karciarz, stał się przodkiem całego tłumu ciekawych postaci, mniej lub bardziej budzących sympatię i współczucie, ale nie będę was, czytelnicy, zamęczać moimi hobbickimi zamiłowaniami do genealogii, obiecuję. 

Emmanuel Filibert nie został królem Sabaudii - ale niecałe dwieście lat później pra-pra-pra-prawnuk, Wiktor Emmanuel II, zasiadł na tronie zjednoczonych Włoch. Jego przodek, historycznie rzecz biorąc, nie zrobił nic równie znaczącego. On tylko poradził sobie w życiu - zarówno z własną niepełnosprawnością, jak i z trudnościami rodzinnymi. Nie wiem, jak inni - ja byłam pod pod wrażeniem.

 

Bibliografia:

Plansze i prezentacje w Museo di Palazzo Carignano, Turyn

Leila Picco, Il Savoia sordomuto: Emanuele Filiberto di Savoia Carignano, 1628-1709, G. Giappichelli, 2010

Susan Plann, A Silent Minority: Deaf Education in Spain, 1550-1835, Berkeley 1997

wtorek, 07 kwietnia 2015

CIĄG DALSZY POPRZEDNIEGO, ZA DŁUGIEGO WPISU

 

 

 

Podejrzewam też jednak, że summa summarum Will był dla  niego ważniejszy, niż sam Lymond może chciałby przyznać przed sobą. Nie, nie czytam tej relacji, z tej strony, jako romantycznej – ale zdecydowanie jako jakiś rodzaj miłości. Niewątpliwie obu ta znajomość wiele dała – Will pod wpływem doświadczeń wyniesionych ze swojego epizodu z Lymondem z całą pewnością stracił sporo z naiwności i hero worship, a jednocześnie poznał i docenił swoje własne mocne strony: lojalność, szaleńczą momentami odwagę, siłę charakteru. Lymond bez wątpienia po tym wszystkim postrzegał go jako wiernego i serdecznego przyjaciela, na którego zawsze mógł liczyć, nawet kiedy przez chwilę wydawało się, że Will i jego ojciec, w swoim sporze z rodem Kerr, narażą się Lymondowi i jego polityczno-militarnym planom. W The Disorderly Knights, trzecim tomie cyklu Dunnett, między Willem a Lymondem mamy już głębokie, oparte na wzajemnym zrozumieniu (a mało osób mogłoby coś takiego o Lymondzie powiedzieć) uczucie przyjaźni i wzajemnego szacunku.

To, jak znaczącą osobą był Will w życiu Lymonda najlepiej przecież widać właśnie w The Disorderly Knights, gdzie Will Scott, mąż i świeżo upieczony ojciec, z poukładanym życiem, niedługo po ślubie z siostrą swojej własnej macochy, spotyka się z dawnym wodzem po raz kolejny i niedługo potem – ginie. A jedną z niewątpliwych przyczyn jego śmierci jest fakt, że Lymond uważał go za kogoś dla siebie ważnego (bo, ech, Lymond w pewnym momencie dorabia się Straszliwego Arcywroga w najlepszej Holmesowo-Bondowskiej tradycji; wrócimy do tego kiedy indziej).   

Will Scott zostaje ciężko ranny w – na pozór – nieszczęsnym, przypadkowym starciu. Dostajemy następnie pełen zestaw scen, jakich możemy się, po tego typu historii o romantycznej przyjaźni, spodziewać (mówiłam, cóż to byłby za materiał dla shipperów!): Lymonda znoszącego na własnych rękach umierającego przyjaciela z pola walki, siedzącego przy nim, kiedy jeszcze przez moment jest nadzieja, że może Will przynajmniej na chwilę odzyska przytomność, wreszcie – wrobionego perfidnie (przy pomocy ciosu w głowę i wylanej na niego butelki alkoholu), tak, że nie tylko zrobił na wszystkich wrażenie obojętnego na to, co się stało, ale i nie mógł przyjść na wezwanie umierającego; to mu w łamiących serce (Lymonda i czytelnika) słowach wypomina ojciec zmarłego:

 

His brain was soft a wee, mind. He asked for the Master of Culter, as if ye were his commander; and when they told him ye couldna come, he said you’d be plagued with things to attend to, and we were to tell you never to trouble. But he hoped all the time, they said, that you’d see past it and come.   

 

Na koniec dostajemy jeszcze, oczywiście, pogrzeb Willa – bez Lymonda, za to w obecności nierozpoznanego przez rodzinę właściwego zabójcy – i Lymonda noszącego pierścień zmarłego; a kiedy Lymond w końcu demaskuje winnego, robi to po części właśnie w imię zamordowanego podstępnie Willa - i jego ojca, który też padł ofiarą morderczej intrygi tej samej osoby.

 

Tak to wygląda z punktu widzenia postaci – a z naszego, czytelników? Zakładam, że autorka napisała tę relację – najpierw ślepą fascynację, potem rozczarowanie, potem rosnące zrozumienie i szacunek – dość celowo dwuznacznie, na pograniczu szczeniackiego, acz niekoniecznie erotycznego zakochania. Mam wrażenie, że Will ma być, akurat w The Game of Kings, po trochu naszym alter ego (jednym z dwóch w tej powieści; drugim, komplikującym i naświetlającym obraz Lymonda zupełnie z innej strony, jest Christian Stewart, i po części Kate Sommerville), że nasze reakcje mają w pewnym sensie odpowiadać jego reakcjom. Jesteśmy przecież równie niedoinformowani, co do głównej intrygi, jak on, a Lymonda znamy o tyle, o ile on go zna: spokojnie możemy początkowo postrzegać go jako zepsutego, amoralnego, bezwzględnego i cholernie pociągającego. Dorothy Dunnett unika mówienia nam wprost o swoim bohaterze; zamiast tego, podsuwa nam lekko skrzywione zwierciadło emocji Willa Scotta, żebyśmy mogli w nim zobaczyć i Lymonda, i Willa, i po trochu – nas samych. 



Ten wpis jest z dedykacją dla Harpijki, tworzącej połowę znanego mi osobiście polskiego fandomu DD.

 


Po poprzedniej notce, która była wprowadzeniem do notki, teraz, dla odmiany, będzie właściwa notka. O romansach, przyjaźniach, romantycznych przyjaźniach i o tym, po co one autorce.


Zaryzykuję tezę, że w cyklu Dunnett mamy trzy głównie historie z cyklu „Francis Crawford of Lymond i jego prawie zakochani w nim przyjaciele (i wrogowie)”. Ich bohaterami są, kolejno, Will Scott („The Game of Kings”), Robin Stewart („Queen’s Play”) i Jerrot Blyth, którego historia zaczyna się w „The Disorderly Knights”, ale ciągnie już do końca cyklu.


Śmiem twierdzić, że historia relacji między Jerrotem a Lymondem jest jedną z kilku absolutnie najważniejszych w całym cyklu – obok relacji Lymonda z matką, bratem i przyszłą żoną (yup, w tej notce będą spojlery, ale spróbuję być miłosierna z tymi najgorszymi) tudzież ze Szkocją, ojczyzną jego.  Dlatego też – i dlatego, że historia momentami toksycznej fascynacji i przyjaźni tych dwóch zaczyna się w III tomie, ale ciągnie się już do samego końca cyklu Dunnett, pozwolę sobie na razie temat Jerrota ledwie-ledwie zasugerować, koncentrując się za to na dwóch pozostałych historiach: na relacji Lymonda i jego młodego akolity Willa Scotta oraz na najbardziej chyba z nich wszystkich złożonej – historii Lymonda i Robina Stewarta, oficera Szkockiej Gwardii króla Francji Henryka II. Przy czym, jako że ta notka rozrasta się jak Blob zabójca z kosmosu, dzisiaj będzie tylko o tym pierwszym.


Ale zacznijmy od początku, czyli od słońca, wokół którego w cyklu Dunnett obracają się wszystkie gwiazdy i planety. Zacznijmy od Lymonda.


OD TEGO MIEJSCA BĘDĄ BEZLITOSNE SPOJLERY. NO, MOŻE NIE BEZLITOSNE. KTO CZYTAŁ, TEN DOCENI, CZEGO POSTANOWIŁAM NIE ZESPOJLOWAĆ.


Moja osobista teza jest taka: przy całej staranności i dbałości o oddanie realiów szesnastowiecznego świata, przy całej paradzie postaci historycznych, pojawiających się na kartach jej powieści, Dorothy Dunnett zasadniczo napisała nam dzieje ahistorycznego superbohatera. Chyba jeden jedyny raz – kiedy z trudem usiłuje sobie radzić z podejrzeniami, że jest owocem związku w rozumieniu szesnastowiecznym (ale już nie naszym!!) kazirodczego – widzimy Lymonda jako dziecko swojej epoki. Fakt, to jest epoka niezwykła: fabuła powieści Dunnett dzieje się w latach 1547-58, a więc w Europie wysublimowanych, renesansowych dworów i wybitnych władców, przy których kariery – polityczne, militarne, intelektualne – robili ludzie nietuzinkowi. Bodaj czy nie wtedy stosunkowo najbardziej prawdopodobny jest bohater taki, jak Francis Crawford of Lymond, z jego niezwykle szerokimi horyzontami, imponującym wykształceniem, specyficzną moralnością (szacunek dla słabych, dla osób niższego stanu, brak klasowych uprzedzeń) fascynacją innością (innymi kulturami, religiami, tradycjami) i opartą na własnym kodeksie moralnym obyczajowością seksualną. Niemniej jednak: Lymond nie jest, tak naprawdę, człowiekiem renesansu i bohaterem historycznym. Jego pierwowzorów należałoby raczej szukać wśród bohaterów powieści Alexandre’a Dumasa ojca. To z nimi – jak z tajemniczym, niemal-wszechmocnym, ale dotkniętym tragediami z młodości Edmundem Dantesem – ma bohater Dunnett więcej chyba wspólnego, niż z historycznymi awanturnikami, szpiegami i poszukiwaczami przygód. Lymond jest bliski perfekcji (a chwilami, przyznajmy to, bliski bycia Mary Sue), ale autorka pokazuje nam wprost, w odautorskich opisach, tylko jedną tej perfekcji stronę – jego subtelną i bliską doskonałości urodę. Wszystko poza tym – intelekt, szerokość horyzontów, wewnętrzną uczciwość i specyficznie rozumiany kodeks etyczny, lojalność wobec najbliższych i wobec kraju - musimy wydedukować sami, bo zazwyczaj widzimy, na pierwszy rzut oka, dowody, że jest wręcz przeciwnie. I dedukujemy, lepiej lub gorzej – często gorzej, bo intrygi w cyklu DD bywają wielopiętrowe i skomplikowane, a Lymond ma uroczy zwyczaj nieobjaśniania, nigdy i pod żadnym pozorem, nikomu, jakie ma plany i co chce zrobić. Widzimy go więc tak, jak widzą go inne postacie – i przez te postacie na niego patrzymy.  


Kiedy w pierwszej części cyklu, The Game of Kings, spotykamy Lymonda po raz pierwszy, oceniamy go początkowo po serii reakcji na jego zachowanie, przy czym skala tego zachowania rozpięta jest od sztubackich dowcipów po bezczelny rabunek w domu pełnym kobiet (z których jedna obrywa brutalnie w twarz), wśród których są jego matka i bratowa. Wiemy, że Lymond jest wyjęty spod prawa, że jest zdrajcą szkockiej sprawy i własnej rodziny i że dowodzi bandą rozbójników – i tyle.  Po raz pierwszy zaczynamy go poznawać, kiedy na scenie pojawia się, gotowy dołączyć do bandy z lekko nieoczekiwanych filozoficznych powodów,  dziedzic jednego z największych szkockich rodów, Will Scott of Buccleuch.

Because I admire you, brzmi jedno z pierwszych zdań, jakie Will wypowiada do nieznanego mu jeszcze wtedy Lymonda i jakkolwiek tu mówi to z naiwną i niemądrą wiarą, to właśnie zdanie okaże się, tak naprawdę, prawdziwe; acz w tak zwanym międzyczasie Will będzie miał okazję przejechać się na emocjonalnej karuzeli: od podziwu dla wodza przez – jak dla mnie – stan ewidentnego zauroczenia, by nie rzec zakochania, przykre zaskoczenie, niechęć, pogardę, wstyd z powodu własnego niezrozumienia, wreszcie – lojalność, podziw, przyjaźń i szacunek.

Ale po kolei. Skłócony z ojcem (co wiemy z ironicznych komentarzy jego macochy, Janet Beaton), Will jest urodziwy, świetnie wyedukowany w paryskich szkołach, pełen ideałów i gotowy zarówno ich bronić, jak i długo i wyczerpująco o nich dyskutować. Ma pewnie mniej niż 20 lat (tu autorka była związana datami życia historycznego sir Williama Scotta) i jest porywczy i zbuntowany; no i postanawia się sprawdzić jako wyjęty spod prawa bandyta pod dowództwem Lymonda, którego postrzega, znając go tylko z pogłosek, jako niemalże wcielenie (ahistorycznego przecież) ideału Nietzscheańskiego amoralnego nadczłowieka.  Pokazanie ojcu, jak bardzo on, Will, jest Złym i Niegrzecznym Chłopcem, zapewne odgrywa w tych planach rolę bardziej znaczącą, niż Will kiedykolwiek chciałby przyznać.

Mając w planach dołączenie do bandy dowodzonej przez Lymonda, Will musiał kiepsko znieść fakt, że został a) związany, b) w tej postaci zawieziony do miejsca, gdzie ludzie Lymonda stacjonowali, c) potraktowany jak mała dziewczynka (z kpinami, że ledwie urwał się niańce i z konsekwentnym nazywaniem go Marigold, „aksamitką”, od kwiatka i rzadko bo rzadko, ale używanego żeńskiego imienia; dalej w ich znajomości Lymond będzie prześcigał sam siebie w wymyślaniu kolejnych przezwisk dla Willa), d) upokorzony i pouczony w nader ryzykowany sposób. Lymond ustawia tu relacje między nimi teoretycznie wbrew temu,  czego mógłby się czytelnik – a i sam Will -  spodziewać. Will oczekuje przyjęcia do strasznej bandy wyjętych spod prawa: prób, zadań, wtajemniczeń; jednocześnie zapewne oczekuje z niecierpliwością momentu, kiedy po przejściu tychże ujawni wreszcie, triumfalnie, kim jest i z jak ważnej rodziny pochodzi. I wtedy Lymond każe mu zastrzelić człowieka. A Will się nie waha.

Will strzela, dostaje awanturę od Lymonda i zostaje upokorzony: okazuje się, że jego tożsamość była od początku znana, a cała próba – ukartowana. Niemniej, ku swemu zaskoczeniu, zostaje zaakceptowany, przyjęty i zabrany na wyprawę z samym wodzem – wyprawę, z której celu zrozumie dokładnie tyle samo, ile my-czytelnicy, czyli, na tym etapie, prawie nic. Autorka rozpoczyna swoją grę z nami – grę w zagadki, grę w intrygę, grę w rozwiązanie problemu niemal jak z powieści kryminalnej, której stawką, czego nie domyślamy się od razu, jest życie i honor samego Lymonda.   

Z osób, których oczyma na tym etapie oglądamy Lymonda, Will jest najbliżej, w sensie spędzania czasu ze swoim hersztem; nie znaczy to, że wiele rozumie. Niedługo potem dostaniemy kolejne „wersje” bohatera, widziane przez kolejne osoby, głównie Christian Stewart (o której będzie trochę przy okazji wpisu o kobietach Lymonda) i Richarda Crawforda (o którym będzie, och, dużo dużo – relacja między Lymondem a jego starszym bratem jest jedną z kluczowych dla całego cyklu). Na razie jednak skupmy się na Willu i na tym, co on czuje.

Will jest, pod wieloma względami, naszym punktem widzenia jako czytelników: tak jak on, mamy problem z uchwyceniem, o co tak naprawdę chodzi i z ogarnięciem rozumem wszystkich wątków skomplikowanej gry Lymonda; po części, tak jak on, sporo z nas pewnie czuje dziwaczną mieszankę fascynacji i niechęci w stosunku do błyskotliwego, bezlitosnego, amoralnego, chwilami nieprzyjemnego i diabelsko atrakcyjnego (Hell’s hell again: the de’il’s back, mówi o Lymondzie jeden z podkomendnych) przywódcy. Lymond ma opinię człowieka, któremu niestraszny żaden występek – to przecież po części pociąga w nim Willa, to właśnie Will przytacza jako powód dołączenia do jego bandy.

A skoro Will jest tym punktem widzenia, który dzielimy, wiele z jego reakcji na Lymonda zostaje nam pozostawionych do odczytania i zinterpretowania, bo autorka bardzo, ale to bardzo lubi być nieoczywista i nie dookreślać tego, co pokazuje. Szczerze podejrzewam, że gdyby fandom DD nie był, jak się sam określa na tumblrze, the smallest fandom on the Internet, mielibyśmy w nim nieustające konkursy na fanfiction z dowolnymi pairingami, shipping wars (Lymond i … kto?), a przede wszystkim – dyskusje o tym, co jest, a co nie jest kanonem.

No bo co, czytelniku, zrobił(a)byś na przykład z taką sceną? Panowie Lymond i Scott są na prywatnej a sekretnej wyciecze do gospody „Pod Strusiem”, która jest mniej gospodą, a bardziej – domem schadzek i burdelem, prowadzonym przez zaprzyjaźnioną z Lymondem burdelmamę Molly. Will nie ma pojęcia, po co tu przyjechali; on i Lymond (który w tym tomie jest często nazywany „The Master of Culter”, tytułem, który by mu się należał z racji pochodzenia, gdyby nie był wyjęty spod prawa) rozmawiają przez chwilę o paniach pracujących u Molly, a potem następuje taka oto scena:

Lymond refilled [Will’s tankard] and his own; and when Scott had finished his, filled it, again. “Multa bibens ...” Then he looked around, signalled, and returned the gentle, appraising stare to Will’s face. “And now,” said the Master, “suppose we fulfill our glad destiny?”.
A cloud of musk approached and Molly in it, a cherub in its nest. “You’re ready, dear?”
“We are. And the room?” asked Lymond.
“Waiting for you. Number four, dear.” A key changed hands. “You remember the stairs?”
She laughed, and Lymond said, “They haven’t left any great impression, but I recall they exist. We’ll find them. Come, Marigold.”
Where there is no custom of reticence in childhood, there is no vice of which a well-brought-up young man need be ignorant—even a young man who three months before has cherished the purest ideals. When Will Scott got to his feet, his heartbeats were behaving oddly, but he was not slow in following the Master across the jammed, leg-strewn room, up a dark stairway leading from arcade to gallery, and along a long, stifling passage railed off on one side from the room they had just left. Wooden doors on the other side of the corridor were numbered. Lymond unlocked the fourth and went in, with Scott at his heels. The Master turned, and kicked the door shut.
The room held an uncurtained bed, a mirror, an armory, a table, two candlesticks and a youngish man, sitting on a low, cushioned bench. (…)
“I am Lymond.” The Master moved into the candlelight, and recognition and relief showed in the other’s eyes. “And this is my lieutenant, Mr. Scott. Will—the Master of Maxwell.”
Three months of Lymond’s company had taught Will Scott presence of mind. He bowed, and out of the wreckage of his emotions salvaged the necessary recollection: (…) of his [Lymond’s]  voice saying (…) “The Master of Maxwell is an important personage almost entirely surrounded by English” (..) Scott, directing a private grimace at Lymond’s unresponsive back, seated himself fatalistically on the edge of the bed.

 

Jak czytać zachowanie Willa w tej scenie? Na tym etapie jego fascynacja osobą dowódcy – połączona chyba z odrobiną lęku przed nim i z poczuciem, że nie ma rzeczy, przed którą Lymond by się cofnął – dosyć nie ulega wątpliwości. Nie ulega też, oczywiście, wątpliwości, że Lymond sobie z nim pogrywa – ale pogrywa z czym? Z jakimi emocjami? Dla mnie jako czytelniczki i interpretatorki ta scena sugeruje dość – jak na Dorothy Dunnett – jednoznacznie, że Will spodziewa się, plus minus wylądowania w łóżku ze swoim enigmatycznym i nieprzewidywalnym wodzem i jest na wpół przerażony, na wpół zafascynowany tą perspektywą. Co mi podpowiada taką interpretację? Poza miejscem (idealnym na tego typu spotkanie: powszechnie wówczas uznawane za nielegalne, niemoralne, a jednak w renesansowej kulturze akceptowalne łatwiej, niż kiedykolwiek wcześniej od czasów rzymskich) i poza wcześniejszymi uwagami Molly do Willa o Lymondzie (He was born to wreck us, body and soul, that one) – przede wszystkim ta uwaga o tym, że nie ma takiego występku, którego dobrze wykształcony młody człowiek byłby nieświadomy. Tu jest co najmniej kilka sugestii: wzmianka o vice, sugestia, że Will (bo to ewidentnie o nim mowa) ma wszelkie powody wiedzieć, że takie rzeczy są możliwe – i z racji odebranego (w tej epoce bezdyskusyjnie klasycznego) wykształcenia, i z racji bycia człowiekiem światowym. Oczywiście Will na tym etapie ma wszelkie powody, żeby spodziewać się po Lymondzie bycia wtajemniczonym – i wtajemniczającym! – we wszelkie niemoralne, zakazane, intrygujące i perwersyjne doświadczenia tego świata. Plus, do tego, Lymond dość konsekwentnie określał wcześniej Willa dwuznacznymi przezwiskami, głównie Marigold i Pyrrha (które jest moim ulubionym, bo Lymond robi tu jednocześnie aluzję do rudego koloru włosów Willa, ale i do postaci noszącej to imię – a śmiem zakładać, że w tym konkretnym przypadku chodzi o przebranego za dziewczynę Achillesa na Skyros; przezwisko, na pozór złośliwe, jest też jednak jednocześnie komplementem, ale i sugestią, że jak Achilles w domu Likomedesa, tak i Will Scott ciągle jeszcze jest niedorosłym dzieciakiem – który ma jednak szansę wyrosnąć na wielkiego wojownika i przywódcę). Plus, oczywiście, bezcenna reakcja Willa, kiedy się przekonał, że zamiast niebezpiecznych rozkoszy czeka ich „zwykłe” szpiegowskie zadanie. Wcześniej, choć jego serce zachowywało się dziwnie, Will bez wahania poszedł za Lymondem do wskazanego im pokoju; kiedy już spotkali człowieka, który tam na nich czekał, Will musiał szybko otrząsnąć się i wydobyć tożsamość ich gościa z ruin swoich własnych emocji. Biedny Will – the wreckage of his own emotions ja bym tutaj rozumiała w kontekście faktu, że – jeżeli dobrze czytam emocje Willa wcześniej i jego rozumienie tego, co ma się zdarzyć – musiał się biedaczek poczuć jak oblany wiadrem zimnej wody: skonfundowany, zawstydzony, pewnie zły na siebie. Przy czym to chyba nawet nie jest tak, że Will desperacko chciałby tej miłosnej przygody z Lymondem: on jest chyba raczej gotowy na zrobienie czegoś zakazanego, na złamanie reguł, a jednocześnie jest pod takim wrażeniem swojego przywódcy, tak jest nim zauroczony, że – chyba nie byłby od tego, by spróbować (acz tu, przyznaję, spekuluję i ekstrapoluję, trochę bez dowodów).  

 

Po co mi ta cała szczegółowa analiza jednego passusu? Poza tym, że chciałam ją napisać, od kiedy w 2006 pierwszy raz przeczytałam The Game of Kings, to przede wszystkim po to, żeby pokazać, jak cholernie niejednoznaczna bywa Dorothy Dunnett. Tu przecież nie ma żadnych pewnych, oczywistych stwoerdzeń, tylko poszlaki i sugestie. W dyskusjach netowych nad tą sceną moja interpretacja jest z tych mniejszościowych – większość czytelników zakłada raczej, że Will oczekuje bycia zabranym przez Lymonda do pokoju z jedną z dziewcząt Molly i z nią pozostawionym, inni zakładają, że Will oczekuje tu, iż Lymond uczyni go swoim powiernikiem i wyleje przed nim wszystkie tajemnice swej duszy i to brakiem takiej rozmowy jest rozczarowany… a to jest jeszcze stosunkowo nieskomplikowana scena, jak na naszą autorkę.  

 

Zanim dotrzemy do ostatniej strony The Game of Kings, uczucia Willa do Lymonda zdążą się zmienić, i to kilka razy. Przy całej swojej gotowości do zostania cynicznym bandytą, Will, pełen rycerskiego poczucia, że nie należy narażać na niebezpieczeństwo płci pięknej (i, och, jakże to śmieszy Lymonda), nie chce zaakceptować postępowania Lymonda z Christian Stewart - a raczej tego, jak sam postrzega zachowanie Lymonda wobec niej; bo oczywiście jak zwykle Will widzi to, co Lymond pozwala mu widzieć, a to jest, jak zwykle, jedynie odbita w krzywym zwierciadle niewielka cząstka prawdy. Will będzie więc na Lymonda oburzony, coraz bardziej zniesmaczony jego zachowaniem. Zerwanie Willa z Lymondem zacznie się od tego, że Will usłyszy od ojca paskudne plotki na jego temat – plotki o zbiorowym morderstwie dziewcząt w klasztorze i o tym, że może z tym aktem przemocy miał coś wspólnego fakt, że jedną z ofiar była młodsza siostra Lymonda, z którą miał łączyć go, jak utrzymują niektórzy, dwuznaczny, może kazirodczy związek? W każdym razie do tego dołoży się, zaraz po sekretnym spotkaniu Willa z ojcem i pułapce, w którą młody Scott prawie wpadł, wściekła awantura z Lymondem, który potraktował Willa jak nieodpowiedzialnego smarkacza. Kluczowa scena jednak rozegra się po spotkaniu Lymonda z Margaret Lennox.

Margaret z całą pewnością doczeka się z mojej strony osobnej analizy – w końcu jest jednym z wiodących czarnych charakterów tej historii. Tu jednak czytelnik nie do końca to jeszcze wie. My, czytelnicy, podsłuchujemy wraz z Willem Scottem tę rozmowę i widzimy w niej Lymonda cynicznego do bólu i kompletnie bezwzględnego, a naprzeciwko niego – młodą i piękną kobietę, której Lymond grozi, że porwie i zabije jej dziecko. Po tej rozmowie Lymond zamyka się w swojej sypialni, a Will, który nie zna strachu, postanawia dzielnie i naiwnie przywrócić go do pionu i nakazać powrót na ścieżkę moralności (Will może być gotowy zostać złym bandytą, ale braku szacunku dla dziewic i niewiast nie zamierza, w swej szczeniackiej rycerskości, tolerować!). To się, oczywiście, kończy ciężkim upokorzeniem dla Willa, którego rycerskie intencje zostają obśmiane, a on sam, chcąc wstrząsnąć swoim dowódcą i uświadomić mu powagę sytuacji, kończy ośmieszony – Lymond traktuje groźby z jego strony na tyle „poważnie”, że proponuje mu pojedynek o przywództwo, owszem, ale pojedynek w piciu; Will nie może się nie zgodzić i, przewidywalnie, nie ma też szans wygrać. Mniej więcej na tym etapie Will jest już przekonany, że Lymond zamierza go sprzedać, wydać Anglikom w zamian za coś, czego chce; i postanawia, oczywiście, uprzedzić uderzenie (a Lymond, OCZYWIŚCIE, uprzedza jego decyzje i zza kulis na nie wpływa, jakżeby inaczej!). I seem to have made a fool of myself again jest najbardziej prawdziwym podsumowaniem, na jakie Will się zdobył w swojej relacji z Lymondem…  

A potem, oczywiście, mamy scenę konfrontacji i walki i zdrady; i, przecież, niemal powtórkę z ich pierwszego spotkania. Wtedy, na rozkaz Lymonda, Will, chcąc dowieść za wszelką cenę swojej gotowości, strzelił bez zastanowienia do człowieka – i pewnie dopiero później, kiedy ochłonął, odetchnął z ulgą, że wszystko to było podstępem, że ten czyn nie miał konsekwencji. Tutaj, w tej scenie, pod koniec gwałtownej fizycznej konfrontacji między nim a Lymondem (konfrontacji mocno podkręconej sarkastycznymi uwagami tego ostatniego) Will sięga po nóż i w chwili wściekłości wbija go w ciało wroga aż po rękojeść; i przez ten krótki moment, nie ma wątpliwości. Trafia dość niegroźnie w ramię – ale tego dowiaduje się dopiero po dłuższej chwili. W tej beznamiętnej, opisującej tylko zachowania postaci, a nie ich emocje (poza jednym zdaniem: energy, initiative and even normal sensation left Scott), scenie, Dunnett bardzo starannie sugeruje nam, co się dzieje w głowie Willa po tym ataku. Opis miejsca, w którym toczyła się walka, ewokuje pustkę, ciemność i słabość; samotność; szok po świadomym, dokonanym, owszem, wśród emocji walki, ale jednak świadomym zabójstwie człowieka, dla którego jeszcze niedawno gotów był zaryzykować wszystko i złamać własne rycerskie zasady.       

Długa sekwencja po tej scenie – aresztowanie rannego Lymonda, jego odwiezienie na sąd, wszystko, co dzieje się po drodze – stanowi moment zwrotny emocji Willa. Dunnett nie ostatni raz rozgrywa tu przed naszymi oczyma klasyczną scenę, w której udręczenie i cierpienie głównego bohatera, chwilowo, mimo wszelkich wobec niego oskarżeń, osadzonego w roli niewinnej ofiary jest punktem zwrotnym nie akcji, co emocji, jakie rządzą postaciami. W przypadku Willa dokłada się do tego, oczywiście, interwencja Christian Stewart: Will w końcu postanowił wydać Lymonda jego wrogom właśnie dlatego, że nie aprobował jego postępowania wobec kobiet, a tu zostaje skonfrontowany z ewidentnie stojącą po jego stronie jedną ze swych wyobrażonych damsels in distress. Wściekły, po awanturze z ojcem zostaje, na polecenia starego Scotta, zamknięty na noc w jednej celi z Lymondem.

Dunnett ładnie i subtelnie wygrywa tu opozycję tego, co się wydaje – Willowi i nam – i tego, co rzeczywiście się dzieje. Przez delikatne sugestie – stojąca za Lymondem świeca, tworząca aureolę światła wokół jego jasnej głowy, porównanie jego rysów, nieoczekiwanie spokojnych, do anioła z rzeźby (któregoś) della Robbii – autorka sugeruje nam, jak tak naprawdę patrzeć na jej bohatera; zwłaszcza, że szybciutko się okaże, że Lymond trafił do celi, bo tak chciał, a jak nie chciał w niej dłużej być – to nie był. I tak, nasz drogi Will jest na najlepszej drodze do zmiany zdania (po części tę zmianę zdania załatwi mu rozmowa z matką Lymonda, Sybillą). Od tej pory Will jest już gotowy zrobić dość wszystko, żeby wyciągnąć Lymonda z dość beznadziejnej sytuacji, w jakiej jego eks-dowódca się znalazł.

 

A jak wygląda ta relacja widziana od drugiej strony? Na przestrzeni prawie 3000 stron The Lymond Chronicles Dorothy Dunnett rzadko pozwala nam patrzeć na Lymonda jego własnymi oczyma, rzadko oddaje mu głos i pozwala nam zobaczyć wprost, co jej główny bohater myśli i czuje. W The Game of Kings w zasadzie nie miewamy takiej okazji; ergo, jak wygląda rzeczywisty stosunek Lymonda do Willa musimy wywnioskować z jego zachowania. Dlaczego w ogóle go przyjął? Podane przez niego samego wyjaśnienie (Potrzebuję kogoś, kto umie czytać i pisać) jest pewnie tylko bardzo, bardzo częściowo prawdziwe. Nie sądzę, by Lymond był zafascynowany Willem tak bardzo, jak Will nim. Podejrzewam, owszem, że widział to zafascynowanie i że parę rzeczy, jak ta radośnie dwuznaczna propozycja, jaką złożył Willowi w gospodzie „Pod Strusiem”, były celnymi trafieniami w tę właśnie fascynację. Poza tym – cała sprawa ewidentnie była dla niego niezłą zasłoną dymną, kryjąca przed światem jego własne, właściwe intencje. przecież nawet trzeźwa i rozsądna Kate Sommerville zapytała Lymonda o Willa jako o jedną z pierwszych rzeczy (Excuse me, but are you the bad company young Mr. Scott has got into?), choć akurat ona ma w tym momencie nieco inny powód, niż zapewne krążące po Szkocji plotki. Te plotki, o takim czy innym fatalnym wpływie Lymonda na Willa, muszą być znane w całej Szkocji – wspomina o nich Richard, brat Lymonda (And the love of young boys, of course: you must miss that. Someone to relax with, in gracious way, to twist and indoctrinate and shatter with the wild, delightful mutability of your moods), wracają także w oskarżeniu Lymonda przed sądem w Edynburgu (“Perjure himself!” roared Sir Wat [w obronie swego syna Willa]. “Unhealthy emotions ! Self-disgust! Are you calling my son a debauchee?” oraz, nieco później, w słowach oskarżyciela, We may be forgiven for believing that associations natural and unnatural come easily to Mr. Crawford). W rzeczywistości, niezależnie od tego, co Will mógł sobie na jakimś etapie wyobrażać, Lymond okazał się dla niego przede wszystkim nauczycielem (co potwierdza jego ojciec podczas procesu) i wodzem (do końca życia Willa Lymond pozostał dla niego the only man in Scotland Will Scott had ever obeyed without arguing), ale także – przyjacielem.

CIĄG DALSZY W KOLEJNYM WPISIE, BO BLOX UZNAŁ TEN ZA ZBYT DŁUGI.

 



poniedziałek, 22 grudnia 2014

 

 

Dwie sprawy zainspirowały mnie do napisania tej notki: jedna głośna, druga - wręcz przeciwnie; jedna, która podzieliła dyskutantów i druga, wspomniana mimochodem na tumblrze. Ta pierwsza to pogłoska o Idrisie Elbie w roli Bonda; ta druga - irytacja wielbicieli historii Hiszpanii (z których część to Hiszpanie płci dowolnej) na obsadzenie w serialowej adaptacji Wolf Hall w roli Katarzyny Aragońskiej Joanne Whalley, która jak Katarzyna nie wygląda - ma jasne włosy, ale nie ma niebieskich oczu; kontekstem jest oczywiście regularne obsadzanie w tej roli aktorek o tzw. hiszpańskim typie urody, którego Katarzyna akurat zdecydowanie sobą nie reprezentowała i zafałszowywanie przez to historii Hiszpanii, nawet jeśli w małym szczególe.

Mamy więc dwie sprawy. Po pierwsze, kwestię tego, czy przy serii filmów opowiadających o teoretycznie (wiem, pytanie czy James Bond to jeden facet, czy też kolejni agenci dostają nr 007, znany problem) jednej postaci można sobie pozwolić na znaczące zmiany jej wyglądu. I po drugie, jak z prezentacją postaci historycznych - czy celem twórców adaptacji ich losów powinno być znalezienie aktora jak najbardziej do pierwowzoru podobnego?
Zacznę od drugiego problemu, choć jak zwykle w takiej sytuacji - trudno mi określić własne zdanie. Instynkt, taki najprostszy, każe celować w to, żeby postać wyglądała "jak z portretu", ale jestem już trochę za stara na bezrefleksyjne ufanie takim instynktom.
Ideałem jest, naturalnie, jeżeli można mieć jedno i drugie: jeżeli trafi się ta rzadka kombinacja, że aktor i na daną rolę wygląda, i zagrać ją umie, to jesteśmy w aktorskim niebie (no chyba, że skrewi scenarzysta). Tyle że - nawet zdecydowanie lubiąc kino historyczne - nie bardzo umiem sobie tak z głowy taki przykład przypomnieć.

      
(po prawej T. E. Lawrence, po lewej Peter O'Toole)

Peter O'Toole mógł wyglądać z rysów nawet dość podobnie jak T. E. Lawrence, ale jak ktoś wie o różnicy wzrostu (O'Toole prawie 190 cm, Lawrence jakieś 167) to ona się bardzo rzuca w oczy (a jak się przeczytało chociaż jedną biografię Lawrence'a, to się wie, bo niewysoki wzrost i drobna sylwetka T.E.L. to była jedna z tych rzeczy, która zwracała uwagę poznających go osób, zwłaszcza już po pierwszych militarnych sukcesach, i która zawsze jest wzmiankowana we wspomnieniach). Romy Schneider do żony Franza Josepha też podobna była dość średnio (a film, jejku, jaki był marny!), co jej nie przeszkodziło zostać Sissi w oczach mnóstwa, mnóstwa widzów.  

   

(po lewej: Michael Sittow, portret uznawany za młodą Katarzynę Aragońską; po prawej, Joanne Whalley jako Katarzyna w Wolf Hall)

Oczywiście, drugi instynkt natychmiast podpowiada: lepsza, jako żywo, bardzo dobra i kompetentna aktorsko Joanne Whalley niż bardziej podobna do pierwowzoru odtwórczyni z talentem aktorskim na skalę, powiedzmy, Orlanda Blooma*. Rola Katarzyny w powieściach Hilary Mantel jest dwuznaczna, nieoczywista: z jednej strony w Wolf Hall główny bohater, Thomas Cromwell, działa na jej niekorzyść, bo ma za zadanie wbrew jej woli rozwieść ją z królem i zapewnić mu szczęście (ha ha ha!) z Anną Boleyn, z drugiej - zwłaszcza w sequelu Bring up the Bodies - główny bohater ma dla niej sporo szacunku i życzliwości, jakkolwiek cynicznie by to nie brzmiało. W powieści widzimy Katarzynę szczęśliwą, kiedy w końcu przychodzi na świat jej syn (Henryk książę Korwalii, żył dwa miesiące), widzimy ją przybitą, samotną, w żałobie. Ale i widzimy ją mściwą, wściekłą, fanatyczną, bezwzględną. To jest kawał roli do zagrania i tu, zdecydowanie, aktorska kompetencja zawsze wygra u mnie z urodą i fizycznym podobieństwem.


 

(po lewej: Oscar Wilde, po prawej - Stephen Fry w tytułowej roli w Wildzie)

Powiem tak: poproszę Stephena Fry'a jako Oscara Wilde'a, choć Wilde chyba obiektywnie był ładniejszy na wygląd - bo Fry wydaje mi się podobny do Wilde'a w sferze intelektu, predestynowany do ogrywania tego ciętego, sarkastycznego dowcipu, z którego Wilde słynął - a to jest dla tej postaci ważne naprawdę. Fry, inaczej mówiąc, ewokuje mi Wilde'a z moich własnych lektur. Co pewnie jest o tyle istotne, że w przypadku tego typu adaptacji, choć dyskusja często toczy się pod hasłami obrony prawdy historycznej przed zakusami popkultury, często bronimy albo swojej własnej wizji danej postaci, bo coś jest dla nas bardziej istotne od innych cech (dla takiej np. Drakainy profil ważniejszy od kolorytu i karnacji), albo jej pewnej (pop)kulturowej wizji. Całkiem serio, wcale nie wiemy, jak to było z kolorem włosów Aleksandra Wielkiego; określany był jako xanthos, co oznacza spektrum między blond a rudym, ale niekoniecznie uzasadnia jajecznicowy kolorek na głowie Colina Farrella w filmie Stone'a, zwłaszcza że określenie pochodzi od pisarza tworzącego pół millenium po Aleksandrze.

Colin Farrell w Aleksandrze Olivera Stone'a

A jak już jesteśmy przy wizjach - o krok od nich do stereotypów, oczywiście. Mogę zrozumieć, czemu kogoś irytuje Katarzyna Aragońska jako stereotypowa Hiszpanka o oliwkowej cerze i czarnych włosach, ale kompletnie mnie takie obsady nie dziwią. W końcu nie wszyscy oglądamy portrety historycznych postaci i nie każda postać ma tak wyraziście określony "archetyp" wyglądu jak, powiedzmy, jakiś Napoleon, Ludwik XIV czy Henryk VIII, którego ostatniego portret pędzla Holbeina chyba każdy widział; a nawet to nie przeszkodziło twórcom Tudorów obsadzić w tej roli smukłego i jasnowłosego Jonathana Rhysa Meyera. Z takich to powodów wydaje się naturalne, że szuka się jakiegoś klucza na postać, i często - tym częściej, im bardziej film jest popularno-historyczny, przygodowy, awanturniczy, a postać z tych mniej znanych - tym kluczem jest stereotyp. Czarnowłosa i śniada hiszpańska księżniczka; Rzymianin zawsze o wyrazistym profilu; jasnowłosy Słowianin z okrągłą twarzą; nawet jeżeli źródła mówią o jej niebieskich oczach, jego czarnych lokach, kartoflowatym nochalu wodza legionów.

A jakby zadać sobie pytanie o zmianę wyglądu dość radykalną? O, powiedzmy, południowoazjatycką Kleopatrę? Smukłą i wysoką sześćdziesięcioletnią królową Wiktorię w burzy rudych, siwiejących loków?

A to już, moim zdaniem, zależy tak naprawdę od konkretnego przypadku. Po pierwsze, w teatrze kompletnie nie zwraca to mojej uwagi: mogę mieć Brutusa-Pakistańczyka, czarnoskórego Cezara i skandynawskiego Antoniusza w szekspirowskim Juliuszu Cezarze, bardzo proszę. Ale też Juliusz Cezar najmniej, ze wszystkiego, jest o konkretnym kawałku historii i o jej rekonstrukcji.

  

Po lewej: Sissi na portrecie Winterhaltera, po prawej - starsza niż w moim przykładzie, osiemdziesięcioletnia Wiktoria na portrecie Heinricha von Angeli

 

Jak chodzi o kino historyczne.... W zasadzie jedyny problem, jaki bym w takim kinie miała z szczuplutką rudą Wiktorią i jasnowłosą, pyzatą  i pulchną Sissi - żeby pozostać przy paniach, których wizerunki są bardzo znane - to fakt upowszechniania czegoś, co wiele osób może wziąć za prawdę. Jasne, kino to nie lekcja historii, teoretycznie.TEORETYCZNIE.  Dla mnóstwa, mnóstwa ludzi na świecie kino/TV jest jednak podstawowym źródłem informacji; i jak nie jestem fanatyczką zachowywania za wszelką cenę detalu historycznego w scenografii, kostiumie i narracji, tak tu wolałabym zachować przynajmniej zarys tego, jak, jeśli to wiemy, dana osoba wyglądała. Wiktoria nie musi mieć idealnie takiego samego profilu, ale obsadźcie, jako jej sześćdziesięcioletnią wersję, aktorkę niezbyt wysoką i raczej tęższej postury; ubierzcie swoją filmową Sissi w perukę a la portrety Winterhaltera. Niech widz nie ma rozdźwięku między tym, czego się spodziewa, a tym, co widzi na ekranie, niech może przy okazji coś zapamięta. Przy czym, jako żywo, mnie wystarczy pewne podobieństwo na poziomie, powiedzmy, memowym. No i oczywiście, jeżeli ma to być "Królowa Wiktoria i przedwieczna mumia zagłady w kosmosie" albo "Sissi, nastoletnia pogromczyni wampirów", to już w ogóle róbta co chceta (choć, cholerka, wtedy zazwyczaj jest największa szansa na memowe podobieństwo: Sissi blond, ale z gwiazdkami we włosach a la Winterhalter). Ja osobiście, jakbym koniecznie chciała mieć tę moją wymarzoną chudą rudą sześćdziesięciolatkę z lokami w filmie o Wiktorii, to napisałabym jej główną postać, a Wiktorię dobrała i ubrała jak z jej portretów i zepchnęła w tło.  

Uprzedzając pytania: ciemnoskóry Portos w Trzech muszkieterach proszę bardzo, zwłaszcza w świetle biografii samego Dumasa; tatarska z rysów służąca jakiejś tam Oleńki Billewiczówny czy innej Izabeli Czartoryskiej, proszę bardzo. Byli tacy w Europie? Byli. Ergo, mogą być i w moim filmie.

I teraz tak: już dobrą chwilę temu zorientowałam się, że Idrisa Elby to w tym wpisie nie będzie, bo się nie zmieści (for the record, dla mnie osobiście byłby znakomitym Bondem); mogę napisać następny wpis o Bondach i takich tam, a mogę o swoim stosunku do filmów historycznych i generalnie o mojej ulubionej wizji historii w popkulturze. Co wybrać?

* No wybaczcie, ale IMHO mało kto tak przeraźliwie nie umie grać jak Orlando Bloom, udowadnia mi to w każdym filmie, w jakim się pojawi...

sobota, 05 kwietnia 2014

Dzisiejszy wpis jest wpisem reklamowym.

Reklama jest trochę oszukana. Bo, widzicie, za reklamę się powinno płacić reklamującemu, a mnie nie płaci nikt. Nikt. Nawet The Crawford of Lymond Appreciation Society. Ale reklama będzie, i tak, bo... bo widzicie, jest taka autorka

 

Game of Kings cover


Widzicie, jest taka autorka. Była, znaczy: zmarła w 2001 roku jako mocno starsza dama (urodziła się w 1923); całe życie przeżyła w rodzinnej Szkocji, choć pierwszą powieść - po tym, jak odrzuciło ją kilka brytyjskich wydawnictw - opublikowała dzięki amerykańskiemu wydawcy. Była z zawodu przede wszystkim malarką; uwielbiała muzykę klasyczną i przez całe życie mnóstwo czytała. Szczęśliwie zamężna, miała dwóch synów i ewidentnie udane życie rodzinne. Mamy przed sobą, innymi słowy, wizerunek spokojnego i uporządkowanego żywota tradycyjnej intelektualistki z artystycznym zacięciem; spokojny, by nie rzecz po cichutku, nudny - pewnie do pozazdroszczenia, ale niekoniecznie do opowiedzenia jako fascynująca lektura.

Tradycyjne intelektualistki zazwyczaj lubią czytać. Dorothy Dunnett też lubiła, do tego stopnia, że zdarzało się, że brakło jej lektury. Za którymś razem, kiedy marudziła mężowi, że nie ma co czytać, sir Alistair Dunnett (tak, na dodatek państwo mieli tytuł!) odpowiedział podobno: "To napisz tę wymarzoną książkę sama".

Napisała. Pisała, tak po prawdzie, przez czternaście lat. Wyszło ponad trzy tysiące stron, sześć długich tomów, od The Game of Kings (1961) do Checkmate (1975); po drodze były jeszcze Queen's Play (1964), The Disorderly Knights (1966), Pawn in Frankincense (1969) i The Ringed Castle (1971); Dunnett wymyśliła szachowe tytuły na dwadzieścia lat przed Davidem Eddingsem

Potem (i w tzw. międzyczasie) napisała jeszcze sporo innych książek, w tym - naprawdę intrygującą powieść o Makbecie, King Hereafter - ale najbardziej znaną, najczęściej czytaną i tą, o której tu dzisiaj będzie, jest cykl, do którego należą wyżej wymienione powieści i który zbiorczo nazywa się The Lymond Chronicles.

Lymond z tytułu to główny bohater cyklu, Francis Crawford of Lymond. I teraz, proszę, weźcie głęboki oddech i pomyślcie. Jeżeli nie lubicie (jako postaci) Atosa z Trzech muszkieterów, hrabiego Monte Christo, Ammara ibn Khairana (wiem, że są tacy wśród czytelników) i całego grona innych przerażająco genialnych, lekko aspołecznych i przeżywających nieprawdopodobne przygody dzięki losowi, który miota ich po całej (szesnastowiecznej, w tym przypadku) Europie i wplątuje w intrygi, których zwykły człowiek by nie przeżył, herosów - to zlekceważcie moje desperackie wezwanie z tytułu. Podobnie, jeżeli irytuje was szpikowanie powieści aluzjami do literatury, cytatami z poezji i powiedzonkami w obcych (bardzo, bardzo obcych) językach. I jeżeli nie macie ochoty na trzy tysiące stron.

Ale jeżeli nie... a nawet jeżeli tak, ale nie bardzo... to ja roztoczę wszystkie swoje pożałowania godne talenty reklamowe i zacznę kusić: spróbujcie, spróbujcie, spróbujcie.

Bo widzicie... jak już się człowiek przegryzie przez fakt, że to nie jest na pozór książka dla każdego (bo te trzy tysiące stron, ten gaelicki w cytatach, ta narracja z punktu widzenia postaci, przez co nie zawsze widzimy i w pierwszej chwili rozumiemy wszystko, co się dzieje, ten tabun postaci, ten kontekst historyczny), to może się okazać, że to naprawdę jest książka dla każdego, w tym sensie - że każdy sobie w niej coś może znaleźć. 

Może i życie Dorothy Dunnett było uporządkowane i uładzone, ale życie jej bohaterów - na pewno nie. Oczekujcie przesady. Oczekujcie efektownej, momentami efekciarskiej historii: nie takiej jak u Hilary Mantel, analitycznej i uprawdopodobnionej - raczej takiej jak u Aleksandrów Dumasów i innych takich, barwnej, mało chwilami prawdopodobnej, głośnej i efektownej i uzależniającej. Tylko nie dajcie się nabrać - autorka odrobiła lekcje znakomicie i akurat detale historyczne są oddane bardzo starannie i z troską o prawdopodobieństwo. Oczekujcie skomplikowanych, barokowych fabuł z mnóstwem zakrętów i twistów. Oczekujcie barwnych postaci, nie tylko męskich, ale i kobiecych; silnych, wyrazistych bohaterek jest u Dunnett do wyboru, do koloru: młode, starsze, matki, żony, córki, kochanki, wychowane w Europie Zachodniej albo związane z kulturą islamu, miłe albo nie, rysowane rozmaitymi barwami (no dobra, jest taka jedna, naszkicowana grubą krechą używaną do rysowania stereotypowych villainów...) - tylko brać i wybierać, jak komuś brakuje ciekawych kobiet w literaturze popularnej. Oczekujcie historii miłosnych (mniej lub bardziej normatywnych i mniej lub bardziej - jak na literaturę popularną lat 60. - 70. - odważnych) i opowieści o mocno chwilowo pokręconych relacjach rodzinnych. Oczekujcie wzruszająco opisanych i dość skomplikowanych przyjaźni i rozkosznie over the top historii z demonicznym arcywrogiem. Oczekujcie autorki, która ma dla bohaterów i czytelników mniej więcej tyle litości, co George R. R. Martin.   

Kroniki Lymonda to cykl, któremu znakomicie się fanuje. To jest powieść, która się prosi o fanfiki (nie, żebym kusiła, ale materiału na około-slashowe angsty jest tam na tony, część z tego na dodatek prawie-kanoniczna). Powieść, do której człowiekowi by się marzyły fanowskie ilustracje i propozycje obsady. Powieść, o którą tak pięknie, tak dogłębnie i bez końca można by się było kłócić na forach.

Ale nie bardzo jest z kim się kłócić. Dunnett, jak napisała kiedyś Alaya Dawn Johnson, jest jak Velvet Underground: nie ma aż tak bardzo wielu fanów, ale sporo z tych, których ma, pisze - między innymi pod wpływem lektury - własne książki (z moich ulubionych autorów jej fanami są Ellen Kushner i Guy Gavriel Kay). No tyle że ja bym wolała, żeby móc się kłócić w mniej ekskluzywnym, za to odrobinę szerszym gronie. Wiem, nie za łatwy język i styl. Wiem, że nie ma polskiego przekładu (jest niemiecki i włoski, ale to pewnie słaba pociecha). Wiem, że powtórzę - trzy tysiące stron.     

Ale i tak poproszę. Czytajcie, ludzie, Dunnett. Ja, egoistka, proszę - bo ja się chcę w końcu serdecznie i długo nią pozachwycać, pokląć na jej pomysły, powzdychać sobie, o nią się pokłócić. Po polsku.

Czytajcie, ludzie, Dunnett. Czytajcie, do jasnej cholery. Jak kto chce, to ja nawet pożyczę swój egzemplarz.

 

 

PS. Przepraszam za obcesowy tytuł, to [prawie] nie ja, to klasyk

P. PS. Harpijko, ten wpis jest dla Ciebie i przez Ciebie.

sobota, 08 marca 2014

Hilary Mantel, A Place of Greater Safety, London 1992 (ja osobiście mam wydanie siódme, z 2010).

 

Spojlery, ale na poziomie matury podstawowej z historii (kto wygrał, kto z kim trzymał, kto uciekł, kogo kiedy ścięli) 

 

Jacques Louis David,

Jacques-Louis David, Camille Desmoulins, jego żona Lucille i syn Horace, 1792

 

Mam w zasadzie tylko jeden problem z A Place of Greater Safety Hilary Mantel: ta książka ma prawie 900 stron, ergo nie da się usiąść i przeczytać jej jednym tchem, bez przerw na obiad, łazienkę, pracę i spanie. A bardzo bym chciała tak właśnie zrobić.


Hilary Mantel, A Place of Greater Safety, wydanie 7


No dobra - trochę koloryzuję. Nie jestem pewna, czy dałoby się tak zrobić, zważywszy na, z jednej strony, komplikacje fabularno-historyczną (a to jest "czysta" historia, w sensie - żadnych postaci fikcyjnych, których oczyma moglibyśmy patrzeć, tylko postacie z kart historii i ich opowiadane, rekonstruowane, zgadywane, wymyślane życiorysy), z drugiej - na wymagający od czytelnika staranności i uwagi styl i sposób prowadzenia narracji. 

To nie jest - im dalej byłam, tym bardziej miałam takie poczucie - to nie jest książka o Rewolucji. Tu w ogóle nie ma, jak mi się wydaje, Rewolucji jako idei, jako planu, jako swego rodzaju dobroczynnej czy przeklętej, w zależności od tego, jaką człowiek ma o niej opinię, konieczności dziejowej. Jest A Place of Greater Safety za to powieścią o ludziach i powieścią o historii.

Ludzie u Mantel są... ludźmi, przepraszam za banał. Nie ma tu nadludzkich figur, wzorców heroizmu i wiecznie natchnionych przywódców buntu ludu - są, owszem, tacy, którzy, jak Camille Desmoulins, mają w sobie ten rodzaj neurotycznej, na wpół obłąkanej wrażliwości na Zeitgeist, który pozwala im przez chwilę porwać za sobą tłumy, choć sami przecież nie wiedzą, jak i czemu to się dzieje. Są tacy, jak Georges-Jacques Danton, którzy mają plany, mają karierę - i idąc za tymi planami, starając się o tę karierę, stają się nagle kimś nowym i znajdują sami siebie w nieoczekiwanym miejscu na szczycie, w nieoczekiwanej roli przywódcy. I są, oczywiście, tacy jak Maksymilian Robespierre, tacy którzy mają zasady i wierzą, że trzymając się tych zasad i nie ustępując nigdy-nigdy-nigdy, ani na pół kroku, ani przez sekundę, zdołają zachować wewnętrzną uczciwość i działać dla dobra innych - choć mają na tyle przenikliwości, że widzą, jak bardzo inni są od reszty ludzi, jak bardzo do nich nie pasują, i jak bardzo, bardzo trudno jest tej reszcie ludzi zaakceptować ich ideały. Są tacy, jak generał Lafayette: ludzie, którym się wydaje, że można być umiarkowanym  i niezdecydowanym w czasach wymagających radykalnych decyzji, że można pozostać człowiekiem równowagi i środka w sytuacji, w której nie ma półśrodków. I są tacy jak Mirabeau, ojcowie ojczyzny z własnego nadania, działający dla dobra (wspólnego) i chwały (własnej), przekonani przy tym, że bez nich dzieci - i król, i lud, i deputowani, i cała Francja nie da sobie rady.

Nie ma nadludzkich herosów, ale szatańskich czarnych charakterów też nie: nie ma perfidnej i do szpiku kości zepsutej królowej, jest za to niezbyt mądra, dość zarozumiała i nic, ale to nic nie rozumiejąca kobieta z głową zajętą czym innym niż państwo. Nie ma głupiego i pysznego króla, jest dość zagubiony i nieśmiały facet, który tak naprawdę nie chce być na miejscu, na którym go los postawił, ale wie - to jest jedna z nielicznych rzeczy, które wie na pewno - że przecież nie może się wycofać, nie może ustąpić (jego bracia przerobią tę lekcję i wyciągną w przyszłości - 1815, 1830 - wnioski); kiedy dojdzie do wniosku, że jednak może, będzie już za późno. Jeżeli ktoś jest tu chwilami blisko bycia czarnym charakterem, to Filip Égalité, ale i on jest raczej głupawo ambitny niż perfidnie zły; owszem, bywa dość bezwzględny i zaślepiony chęcią bycia królem, królem, królem za wszelką cenę, ale daleko mu do demonicznego spiskowca i manipulatora (za głupi na to, tak po prawdzie), jakim chciałaby go widzieć na przykład autorka czytanej przeze mnie niedawno Madame Royale

Mało kto ma tu wizję i mało kto - nikt, chyba - wie, co się stanie za tydzień, za miesiąc, za pół roku; a jednocześnie to, co się dzieje, dziać się musi, bo tak, jak jest, dłużej być nie może. Mam nadzieję, że z poprzednich akapitów nikt nie wyciągnął wniosku, że Mantel po prostu 'uczłowiecza' twórców rewolucji i ich przeciwników, wodzów terroru i jego ofiary. Jej, mam wrażenie, nie o 'uczłowieczenie', 'odbrązowienie' chodzi - raczej, wydaje mi się, chciałaby pokazać nam, czytelnikom, że to, na co my dziś patrzymy jako na realizację pewnej (wielkiej lub strasznej) idei, konieczność dziejową albo tychże dziejów aberrację (niepotrzebne skreślić, w zależności od poglądów), było procesem, chaotycznym dzianiem się; i działo się z dnia na dzień, i nikt - ani Robespierre, ani Danton, ani Desmoulins, ani król, ani Mirabeau, ani nikt inny - nie wiedział, co będzie jutro. A to dzianie się, ten proces stawiania się i zmiany, która zmieniła Europę, zależał, według Mantel, w takim samym stopniu od zjawisk historycznych i ekonomicznych (złe zbiory, bieda, średnie, najoględniej mówiąc, przygotowanie Ludwika XVI i Marii Antoniny do panowania), co od charakterów, wzajemnych relacji, ambicji i układów między głównymi aktorami wydarzeń: od ambicji, inteligencji i braku skrupułów Dantona, od obsesji i traum Desmoulinsa, od lodowatej perfekcji Robespierre'a, uporu króla (i oślego uporu królowej), niezdecydowania Lafayette'a, przyjaźni Desmoulinsa z Robespierrem, niechęci Mirabeau do Dantona, miłości Lucile Desmoulins do męża, boleśnie niezłomnych przekonań Madame Roland, planów Choderlosa de Laclos (który chciałby widzieć u steru swego pracodawcę, Filipa Égalité), od zadufania i dyplomatycznego rozsądku Mirabeau i od jego nagłej choroby.

Przez sporą część narracji punktem widzenia jest autodestruktywny, błyskotliwy, życiowo zaburzony i pogubiony, dwuznaczny pod każdym możliwym względem Camille Desmoulins; ale nie tylko on, bo patrzymy też oczyma interesownego, zorganizowanego, ambitnego Georgesa Dantona, i nie-z-tego-świata, pozbawionego codziennych ludzkich przywar (i tak, to jest zdecydowanie jego najbardziej zabójcza wada, bo to przez nią on na problem ze zrozumieniem ludzi i ich natury) Maksymiliana Robespierre'a. I Lucile Duplessis, zakochanej w zmianie i w świeżo odkrytej własnej woli i własnym uporze co najmniej tak samo, jak w Camille'u Desmoulinsie, za którego w końcu wyjdzie. I Gabrielle Danton, która się boi, bo zmian nie chce i nie rozumie. I innych. Mnóstwa innych, czasami tylko przez moment - jak w tej krótkiej chwili, kiedy naszym oknem na świat staje się Félicité de Genlis, przekonująca swojego księcia, żeby wbrew własnym ambicjom nie przyjmował korony, i robiąca to ostrożnie i krok po kroku dla narodu, dla dzieci tego człowieka, które wychowałam. I po to, żebyśmy przeżyli (s. 349, przekład mój). 

Tu jest gęstwina postaci, tłum punktów widzenia i spojrzeń na świat, z których nie da się - celowo się nie da, nie sposób - wydobyć jakiegoś obiektywnego, jakiegoś racjonalnego oglądu tego, co się dzieje. Wiemy tyle, ile bohaterowie - a oni nie widzą zbyt wiele, nawet ci najbystrzejsi, nie wszystko rozumieją i nie aż tak wiele przewidują. Historia ich oczyma, historia rewolucji w wersji Mantel, jest fragmentaryczna, rozbita: powódź, złożona z setek, tysięcy strumyczków. 

Jak w poprzedniej jej powieści, którą czytałam, Mantel jest mistrzynią nastroju. Wybaczcie mi wszyscy najbardziej wytarty recenzencki banał, jakiego użyję, ale ja naprawdę miałam poczucie - czytając opis duszącego, upalnego lata 1789, przeskakując od niego do ponurej zimy 1792, kiedy przychodzi na świat trzeci syn Dantonów - że jestem tam, nie tutaj: poczucie nagłego zdumienia przez ułamek sekundy, kiedy podnoszę wzrok i rozumiem, że siedzę w domu, w Krakowie lub w Kętach, wczesną wiosną, a nie tam, w upale, w ulewie, w Paryżu w dawnych czasach. 

900 stron, chciałabym więcej.


EDIT: I nawet nie napisałam, kogo kiedy ścięli, więc spojlerów jeszcze mniej....

wtorek, 04 marca 2014

Hilary Mantel, Bring Up the Bodies, London 2012, wiem, że jest polski przekład, ale dość świadomie się za niego nie brałam.

 

Hmmm, spojlery, głównie do tego, jak się skończyło małżeństwo Henryka VIII i Anny Boleyn, jakby ktoś jeszcze przypadkiem nie wiedział.


Oraz, recenzja skrajnie subiektywna, jakby kto pytał


 

źródło: http://www.dailymail.co.uk

 

Pewnego pięknego dnia w roku 2013 uświadomiłam sobie, że mam znowu ochotę poczytać powieści historyczne. No dobrze, zaczęło się od tego, że miałam ochotę poczytać książki historyczne, co w moim przypadku oznaczało, jak zazwyczaj, mniej lub bardziej popularne (nie oszukujmy się, nie jestem historykiem i do czytania specjalistycznych prac nie mam, poza historią starożytną, kompetencji) monografie. A potem uświadomiłam sobie, że monografie to jedno, powieści to drugie. A powieści historycznych w większych ilościach to ja nie czytałam już dawno.

Po powieści historyczne nie sięgałam systematyczniej od lat; pewnie, jakaś pojedyncza się zdarzała, plus Dorothy Dunnett, ale Dunnett to jest  osobna historia w moim życiu. Zresztą może i Dunnett jest dobrym punktem wyjścia - bo uczepiłam się jej i jej książek dlatego, że oprócz opowiadania historii o historii były literaturą. Lektura, w ramach m. in. ukochanej mojej pracy, mnóstwa powieści (około)historycznych o Aleksandrze Wielkim sprawiła, że odrzuciło mnie od tych najprościej pisanych, relacjonujących wydarzenia w chronologicznej kolejności, stylistycznie neutralnych historii o życiu głównego historycznego bohatera, czasami z listkiem figowym w postaci jakiejś fikcyjnej osoby, którego oczyma patrzymy na postacie znane z kart historii. Kolejny Steven Pressfield. Albo, dla odmiany, tropem Sienkiewicza - coś ze stylizacją językową, niekoniecznie na epokę (jak stylizować polski na czasy Olimpias i Aleksandra?) choć dalej pozostające głównie ponownym opowiedzeniem źródeł. Kolejny Karol Bunsch. Nie, dziękuję.

No ale już od przed-świąt, kiedy chodziłam po krakowskim Matrasie i zastanawiałam się nad prezentem dla mamy, chodziła mi ta Hilary Mantel i ten jej Thomas Cromwell po głowie. Wzięłam do ręki. Przejrzałam. Popatrzyłam na język, na styl. Zdecydowałam, że chcę, ale oryginał (i nie, to nie jest komentarz do jakości przekładu, za mało miałam z nim do czynienia, żeby oceniać; mówię raczej o moim własnym ówczesnym poczuciu, że jest to chyba na tyle stylistycznie inne, że chcę zobaczyć tę inność w oryginale).

No dobra, niech będzie reklama: Skoob Books w Londynie, 2,00 GBP. Bierzemy się za czytanie. Epoka - rządy Henryka VIII - obchodzi mnie tak sobie, interesuje nie jakoś szaleńczo. Wiem o niej niewiele: dobrze, bo nie będę mieć pretensji o nie takie, jakby-mi-się-podobało ukazanie poszczególnych postaci; źle, bo się boje, że się pogubię (nie gubię się, jak się okazuje, nawet wikipedia okazuje się niezbyt potrzebna).

No i jak dla mnie, och, jak to jest napisane.

Mantel po pierwsze pisze znakomicie stylistycznie - z mojego subiektywnego punktu widzenia znaczy; uwielbiam jej malarski, barwny, a przy tym oszczędny styl - gdzie trzeba, poetycki, ale nie egzaltowany, gdzie trzeba, konkretny i namacalny. Mantel potrafi fantastycznie ewokować nastrój (sceny na początku powieści, kiedy widzimy, oczyma głównego bohatera, lot sokołów, które nazywał imionami swoich zmarłych córek!) i równie znakomicie używać tego ahistorycznego, pozbawionego stylizacji na epokę języka do wygrywania charakterystyki postaci, jak kiedy Cromwell wspomina to, co nieżyjący Tomasz Morus mawiał o królu, którego obaj byli w pewnym momencie zaufanymi:

You can be merry with the king, you can share a joke with him. But as Thomas More used to say, it’s like sporting with a tamed lion. You tousle its mane and pull its ears, but all the time you’re thinking, those claws, those claws, those claws.

Patrzymy na wydarzenia - upadek i śmierć Anny Boleyn, początek kariery Jane Seymour - oczyma Thomasa Cromwella, ale to nie znaczy, że wiemy o nim dużo. Ja nie wiem, nie do końca - wiem tyle, ile Cromwell wie o sobie i ile mówi; a on jest samoświadomy, jasne, nie ma co do siebie złudzeń, ale też nie jest wszechwiedzącym i wszystko-rozumiejącym punktem widzenia. Mr Secretary, pisze autorka w posłowiu, remains sleek, plump and densely inaccessible, like a choice plum in a Christmas pie; but I hope to continue my efforts to dig him out. Skąd zresztą mamy wiedzieć o nim więcej? Patrzymy z jego punktu widzenia, ale on jest ostrożny, jest interesowny, jest nieobiektywny: rzadko mówi źle o wrogach, nawet do siebie, pochlebia tym, których nie lubi, i miewa takich (król Henryk, nieżyjący kardynał Wolsey), wobec których obiektywny być nie chce i nie umie. Cromwell nie ufa nikomu poza sobą i swoimi, jest cyniczny, interesowny, nieszczery, błyskotliwy, lojalny wobec tych, których kocha, przenikliwy, brutalny, samotny, tęskniący za rodzina, którą stracił, gardzący rządzącymi krajem głupawymi, bezmyślnymi arystokratami, ale kochający, bo trudno to inaczej nazwać, swojego króla - Guy Gavriel Kay by pewnie nie pochwalił, ale Hilary Mantel spojrzała na jeden z (zazwyczaj) czarnych charakterów historii Anglii, dała mu życie na nowo, a potem pozwoliła nam patrzeć jego oczyma na świat i na rozwijający się w nim paskudny, brudny konflikt.

Że wrócę jeszcze na moment do tych wspomnianych wcześniej powieści: tam pewnie ktoś byłby dobry, a ktoś zły, Anna miałaby rację albo nie, byłaby zła i perfidna albo skrzywdzona i wykorzystana. Jane byłaby aniołem albo małą wredną intrygantką, Henryk spragnionym uczuć mężem szukającym u kolejnych żon miłości albo półobłąkanym z zazdrości tyranem (albo, ewentualnie, cynicznym obłudnikiem, chwytającym się każdego pretekstu, żeby się pozbyć żony i wziąć nową). A tu nie, wcale nie jest łatwo: każda strona ma swoje racje, swoje gry i w sumie z którąkolwiek trudno sympatyzować, choć trudno nie podziwiać. W sumie tak naprawdę nie jest ważne, kto ma rację, kto jest winien, kto zdradził, a kto spał z własnym bratem. Tak naprawdę, w oskarżeniu przeciwko Annie Boleyn nie jest istotne, czy była dziewicą nikomu za mąż nie obiecaną, kiedy król jej przysięgał miłość, i czy zdradzała króla z kawalerami ze swojego dworu; nie jest istotne, czy jej rodzina planowała usunięcie króla, nie jest istotne, czy królowa była czarownicą. Usunięcie Anny jest kwestią racji stanu, kwestią woli króla i kwestią interesów samego Thomasa Cromwella i jego ludzi - i dlatego Anna musi zostać usunięta, będzie usunięta, bo to są te trzy rzeczy, w tej kolejności, którym Cromwell w wersji Mantel służy.  I oczywiście, że oskarżenie jest sfingowane, choć, kiedy się czyta - kiedy ja czytałam - prawie czułam, jak żelazna wola i giętki język Thomasa Cromwella przekonują wszystkich, z nim samym włącznie, że były okoliczności, że wina mogła być, a skoro mogła być, to przecież była, była, była.     

Nieoczywista ta historia, choć oczywiście każdy wie, jak się skończy. Nie wiem, jak się spodoba komuś, kto nie lubi historii opowiadanej bez fikcyjnych dodatkowych bohaterów, naładowanej imionami (a to to jeszcze nic, ja chwilowo czytam A Place of Greater Safety tejże Mantel, osiemset stron o stu postaciach, że się wyzłośliwię, ale och, jak mi się podoba!), nie wiem, jakie wrażenie zrobi na kimś, kto by wolał przezroczysty, neutralny styl. Mnie zachwyciło.

poniedziałek, 10 lutego 2014

Joan Evans, Madame Royale, London 1959; Francesca Sanvitale, Le fils de l'empire, Paris 1996 (oryginał włoski Il figlio dell'impero, Turyn 1993); Kate Williams, Becoming Queen, London 2009

 

Princess Charlotte of Wales, wg Thomasa Lawrence'a

Księżniczka Charlotta Augusta Hanowerska w roku 1806, jako dziesięciolatka, wg sir Thomasa Lawrence'a

 

Wszystkie smutne dzieciństwa są do siebie (trochę) podobne, że nie-do-końca-po-polsku (czy w ogóle jest liczba mnoga od "dzieciństwo"?) sparafrazuję klasyka. I jak człowiek tak czyta o XVIII i XIX wieku, to, oczywiście, ma wrażenie, że mnóstwo, ale tu mnóstwo osób cierpiało znacznie bardziej, niż trójka bohaterów tej dzisiejszej notki: cierpiało głód, nędzę, zimno, wszelkie okropności wojny; cierpiało z powodu odrzucenia, samotności, braku szans na jakąkolwiek samorealizację; z powodu sieroctwa, dręczenia w domu, patologicznych rodziców/opiekunów, niewoli; cierpiało na choroby, które okaleczały i zabijały. Jest o tym całe mnóstwo lepszych i gorszych książek, filmów i prac naukowych, i o części z nich zdecydowanie chciałabym kiedyś napisać.

Ale nie dzisiaj. Dzisiaj będzie o trudnym dzieciństwie w królewskich rodzinach. I przy okazji będzie o ubóstwie (bo może nie nędzy), okropnościach wojny, samotności, sieroctwie, więzieniu (tym metaforycznym i tym prawdziwym), braku szans, patologicznych rodzicach i chorobach, które zabijają. I o moim dość dojmującym poczuciu podczas lektury: że niezależnie od wszystkiego, nieszczęśliwe dziecko jest nieszczęśliwym dzieckiem, czy się urodziło jako książę, czy jako żebrak, i że trochę trudno, żeby z wystawionego na koszmarne, traumatyczne doświadczenia dziecka wyrósł szczęśliwy dorosły. Bardzo to mało oryginalne, wiem, ale też nie zamierzam tu stawiać nowatorskich tez psychologicznych - raczej zastanowić się nad trzema biografiami, które ostatnio czytałam dla odpoczynku po pracy naukowej w Londynie. I generalnie, bez wniosków będzie, raczej, wybaczcie górnolotność, eseistycznie.

Napoleon-François-Charles-Joseph Bonaparte (1811-1832), 1819, by Sir Thomas LawrenceNapoleon François Charles Joseph Bonaparte w roku 1819, jako ośmiolatek, sir Thomas Lawrence

Dwie dziewczynki, jeden chłopiec (chętnie bym napisała o jeszcze jednym, ale na razie dopiero co kupiłam w Amazonie jego - jeżeli w ogóle da się to tak nazwać - biografię. To pierwsze: nastolatka siedząca przez rok samotnie w więzieniu, nie wiedząca, że matka, ciotka i brat nie żyją. To drugie: chłopiec pozbawiony najpierw ojca, potem matki, a potem wychowawców, imienia, języka i tożsamości, przemieniony, na życzenie wodzów i monarchów Europy i dość bez względu na koszty, w kogoś zupełnie nowego. To trzecie: zbuntowana, tupiąca nogami dziewczynka, której matka umawia ją na (zakazane przez rodzinę) randki i zamyka z chłopakiem w sypialni, żeby dokopać ojcu, a ojciec donosi jej na romanse matki i trzyma w areszcie domowym, bo jest popularniejsza od niego.

 Maria Teresa Burbon: A. Wertmueller, Maria Antonina z dziećmi, detal

Maria Teresa Charlotta Burbon w roku 1785, jako siedmiolatka, Adolf Ulrik Wertmüller

 O Marii Teresie, jedynej z dzieci Ludwika XVI i Marii Antoniny, które przeżyło, znana historyk sztuki średniowiecza napisała pod koniec lat 50. książkę łzawą i przesadnie emocjonalną. A nie trzeba było. Po co? Jej historii nie trzeba już ubarwiać, a raczej - przyciemniać, ona sama z siebie jest dostatecznie ponura.

Maria Teresa, Madame Royale, urodziła się co prawda nie jako oczekiwany dziedzic tronu, ale jako ukochane dziecko, uwielbiane przez matkę i ojca. Pewnie nawet nie wiedziała - skąd miała wiedzieć, była dzieckiem - jak źle się dzieje we Francji i jak krucho, coraz bardziej krucho jest z autorytetem monarchii i pozycją króla. A potem ją, brata (drugi, starszy z braci zmarł wcześniej na gruźlicę, urodzona później siostra przeżyła niespełna rok), rodziców i ciotkę, Madame Elisabeth, przewieziono z Wersalu najpierw do Tuilleries, a potem, w końcu, zamknięto w więzieniu w Temple.

To nie czas i miejsce na dyskusje o rewolucji, to jest wpis o małych księżniczkach (płci obojga) w wieży. Maria Teresa była nią niewątpliwie: zamknięta jak najbardziej dosłownie w wieży w Temple, została tam od maja 1794 sama. Że ojciec nie żyje, wiedziała; czego nie wiedziała, to że ścięto również jej matkę i ciotkę i że w maju następnego roku na powikłania gruźlicy umarł także jej dziesięcioletni brat, król Ludwik XVII. Została sama: bez wiedzy, nawet tej najgorszej, bez pomocy, bez wsparcia. Przez rok niemal nie widywała ludzi; miała tylko swoje pobożne książki, wspomnienia i zabawę w zamiatanie swojej celi. Tak, dawano jej jeść, tak, pozwolono jej uszyć sobie nową bieliznę, tak, miała dach nad głową i od pewnego momentu mogła już wychodzić do ogrodu. Nie, to wszystko nie czyni jej losu łatwiejszym do zniesienia - nawet jak się czyta tę źle napisaną, staroświecką w najgorszym tego słowa znaczeniu, sentymentalną i ad nauseam pro-monarchiczną i antyrewolucyjną książkę (i nie, to nie jest czas na dyskusję o moim stosunku do rewolucji francuskiej), nawet jak się serdecznie nie lubi Marii Antoniny, Ludwika XVI i monarchii, trudno nie poczuć nawet nie tylko współczucia - przerażenia tym, co ta dziewczynka musiała przeżyć.  

W porównaniu z jej historią te pozostałe mogą wydać się mniej tragiczne, bardziej... codzienne? No bo co tu mamy: chłopca (pisałam już o nim kiedyś troszkę), który po rozstaniu rodziców (nigdy się nie rozwiedli, jego matka musiała dla przyzwoitości trzymać w sekrecie przed rodziną swój wieloletni związek z plus minus swoim dworzaninem i dwoje nieślubnych dzieci) trafia pod opiekę rodziny jednego z nich; rodziny, która wyjątkowo nie lubi tego drugiego. Dziecko jest wyjściowo dwujęzyczne, dwukulturowe, syn Francuza i Austriaczki; ergo, podejmie się próbę (w większości udaną) wytępienia w nim tego francuskiego dziedzictwa. Przestawi się go na mówienie po niemiecku (udanie, francuskiego musiał się z trudem ponownie uczyć jako nastolatek), będzie się mniej lub bardziej subtelnie zniechęcać do wspominania ojca (zadaj dziesięcio-, plus minus, latkowi, wypracowanie, w którym ma udowodnić, że jego ojciec zasłużył na klęskę...) i przede wszystkim - będzie się go trzymać w cudnej złotej klateczce, wypuszczając czasami na wycieczki z rodziną do Grazu czy Bratysławy. Wieczne dziecko (uznano go za dorosłego dopiero w wieku 20 lat), kochany, ale trzymany z daleka od wszystkich poza starannie dobranym towarzystwem wnuczek cesarza, buntował się jak umiał, czyli - jak dziecko, jak nastolatek. Zachowały się listy i notatki nauczycieli: pisma do matki (nie było jej, dostała własne księstwo w Italii) z prośbą o zgodę na karę cielesną za moczenie łóżka, narzekania, że książę nie chce się uczyć, ucieka z lekcji i kompletnie nie wierzy we własne siły, skargi na nieposłuszeństwo, brak szacunku dla krewnych, dworu i etykiety (za co zostawał o chlebie i wodzie), relacje z długich dni, kiedy w apatii leżał w łóżku, odmawiał wstania i pozwalał sobie na najczarniejsze myśli; zdolne dziecko, które jak chciało, to mogło prawie wszystko (co się okazało przez te parę miesięcy dorosłości, jaki mu zostały, kiedy uczył się tego, co chciał, z szaleńczym zapałem, sypiając po 2-3 godziny dziennie), ale bardzo rzadko chciało. Uwielbiał robić na złość, głównie w rezultacie sobie: wychodzenie na zimno bez płaszcza (bo kazali ubrać), jeżdżenie konno w ulewie (bo odradzali), zapalenie od czasu do czasu cygara (bo niezdrowo i nie wypada) to repertuar zachowań powtarzających się zarówno w dokumentach z epoki (nie denerwujcie mnie nawet, przez to wszystko przeryłam się przez niemiecki tekst gotykiem z lat 70. XIX wieku!), jak i biograficznej opowieści-eseju Sanvitale, uznanej włoskiej pisarki. Przy sobie miał sześćdziesięcio- i czterdziestoparoletnich guwernerów, wokół siebie - szpicla na szpiclu na szpiclu, w końcu był żywym, chodzącym zagrożeniem dla pokoju w Europie. Przez całe życie wspominał pierwsze trzy lata życia pod opieką idealizowanego przez siebie ojca (ponoć, jak piszą biografowie, pamiętał, albo może pamiętał to, co mu francuska niańka kazała pamiętać) i miesiące spędzone z ukochaną matką w Wiedniu przed końcem kongresu wiedeńskiego, kiedy jeszcze mogła, kiedy nie miała własnej domeny, własnego życia, nowego kochanka i nowych dzieci (z utrudnionym, jako nieślubne, startem w życie); synowi powiedziała o kochanku-drugim mężu już po tym, jak tamten zmarł; że przyrodnie rodzeństwo urodziło się jeszcze podczas trwania pierwszego małżeństwa matki, wywiedział się sam, podstępem. W ogóle dobry był w podstępach i w udawaniu, najwyraźniej: nawet współcześni mają problem z powiedzeniem, jaki był naprawdę, jak to było z nim i przyjaciółmi, nim i kobietami, nim i cesarzem, nim i ambicjami. Momentami ewidentnie depresyjny, momentami pełen frenetycznej energii, szukający na oślep i za wszelką cenę swojego miejsca, pozbawiony ojca, porzucony (bo tak to musiał odbierać) przez matkę, po swojemu kochany przez dziadka, usiłował zrobić to, co wydawało się i było, tak naprawdę, niemożliwe: dorównać ojcu i kochać oboje rodziców.

No, z cyklu kochania obojga rodziców nasza trzecia bohaterka też miała nieźle. Jej ojciec i matka - kuzyni pierwszego stopnia, małżeństwo oczywiście aranżowane - serdecznie znielubili się przy pierwszej okazji, kiedy się spotkali, znaczy - tuż przed ślubem. Potem było już tylko gorzej: tabuny kochanek ojca (zdaniem autorki Becoming Queen wolał doświadczone, starsze od siebie panie od niezbornych, nieeleganckich, pozbawionych wdzięku, hałaśliwych panien w typie tej, którą poślubił), dziwaczne i z punktu widzenia moralności epoki mocno niewłaściwe zachowania matki (udawana ciąża, histerycznie namiętne i histerycznie szybko zrywane przyjaźnie, awantury), do tego szalony dziadek, który ją skądinąd w chwilach przytomności uwielbiał i dwór: zmuszone do staropanieństwa, zamknięte w domu trzydziesto-/czterdziestoletnie ciotki i stryjowie z ich konkubinami, kochankami, whisky i balami. I wojna z Napoleonem, nie zapominajmy, to się w sporym kawałku dzieje na dodatek podczas wojny.

Historia księżniczki Charlotty, jedynej legalnej córki późniejszego Jerzego IV, dziewczyny, która nie została królową, to historia dziecka z głęboko toksycznego związku, dziecka, które może i miało wszystko, ale które każdy chyba terapeuta dzisiaj zakwalifikowałby jako ofiarę child abuse, w sensie psychologicznym znaczy. Była pionkiem, rozgrywanym przez rodziców, żeby krzywdzić siebie nawzajem; od dzieciństwa żyła w poczuciu obowiązku, jaki ją czeka (była oczywistą i jedyną następczynią ojca, sprawującego regencję w imieniu chorego psychicznie dziadka) i z wiedzą o cenie, jaką jej przyjdzie za to zapłacić - cenie aranżowanego małżeństwa, cenie życia zawsze w centrum uwagi. Radziła sobie z tym, jak umiała: nastoletnie fanowskie zakochania (w lordzie Byronie, no less) zastąpiły wkrótce sekretne (i wspomagane przez mamusię) randki z podejrzanymi lowelasami i z książętami na misjach dyplomatycznych; za dużo jadła - jedzeniem poprawiała sobie nastrój (nie żebym akurat ja nie wiedziała, jak to działa, wiem aż za dobrze); za dużo, za dużo, za dużo kupowała - już jako nastolatka była po uszy w długach. Urządzała wściekłe awantury; ba, raz nawet uciekła z domu i sama pojechała dorożką (jako pierwsza i może jedyna w historii osoba z brytyjskiej rodziny panującej sama użyła transportu publicznego, komentuje złośliwie autorka książki o niej i o młodej Wiktorii). Niemniej, była ewidentnie ciepłą, lubianą, serdeczną dziewczyną. Anglia ją kochała; ona sama miała jedno szczęście w życiu - pokochała księcia, którego wybrano jej/wybrała sobie na męża. Z wielkimi nadziejami oczekiwano jej wstąpienia na tron. 

 

A co było potem? Żadne z tych dzieci nie zasiadło na tronie. Charlottę, jako dwudziestolatkę, lekarze zabili przy porodzie (bo przez ostatnie miesiące ciąży narzucono jej drakońską dietę, żeby dziecko przestało rosnąć, bo przez ostatnie tygodnie ciąży bez przerwy puszczano jej krew, żeby schudła, bo przez to wszystko - nie jadła nic przez dobę przed porodem, nie spała od trzech - nie miała siły urodzić w sposób naturalny, a nikt nie chciał podjąć ryzykownej decyzji o użyciu kleszczy na królewnie; po trzech dobach urodziła w końcu martwego synka i umarła samotna, bo rzeczywiście i szczerze kochany przez nią mąż spał, załamany, po zażyciu podanych przez lekarzy opiatów, a rodziców, jak zwykle, nie było); ojciec zapomniał powiadomić matkę, że jej córka i wnuk nie żyją. Francois-Charles umarł w cierpieniach (leczono go na wątrobę i żołądek, na które chorowali krewni ojca, nie na gruźlicę krtani, na którą cierpiał), ledwie co po tym, jak go w końcu, jako dwudziestolatka, raczono wreszcie uznać za dorosłego i uwolniono spod kurateli guwernerów; umarł w (zapisanym dla nas przez świadków) desperackim poczuciu, że jego życie niewiele znaczyło. A Maria Teresa - o, ona żyła długo. I trochę skłamałam, była królową, formalnie, przez dwadzieścia minut. Dożyła siedemdziesięciu dwóch lat, przeżyła monarchię, dwie restauracje tejże, dwie republiki i prawie-że dwa cesarstwa (umarła pod koniec października, zamach stanu Ludwika Napoleona był w grudniu); wydana za mąż dla czysto dynastycznych interesów za swego najbliższego kuzyna (ich ojcowie byli braćmi), dostała pusty tytuł następczyni tronu i małżeństwo bez dzieci i chyba bez jakichkolwiek uczuć. Przeżyła straszne rzeczy i wyrosła na - wybaczcie - ewidentnie dość okropną kobietę: wyniosłą, nieprzyjemną w obejściu, zgorzkniałą, ultrakonserwatywną, przekonaną o wielkości własnego rodu i traktującą świat dookoła tak, jakby ciągle był wiek XVII. Serdecznie nielubianą w kraju, jedyną pociechę znajdowała w dewocyjnej religijności i obsesyjnie przestrzeganej etykiecie (nawet kochający monarchię tradycjonalista Chateaubriand z trudem wytrzymał wizytę w jej salonie, gdzie robótki były jedyną rozrywką, a rozmów nie prowadzono), i jakoś trudno się temu dziwić, zważywszy na to, jak się jej życie ułożyło. Trzy razy musiała uciekać z Francji: jako nastolatka uwolniona z Temple, potem w 1814, a potem, kolejny raz, po rewolucji lipcowej; z tego ostatniego wygnania już nie wróciła. Przeżyła rodziców, siostrę, braci, stryja, teścia, męża. Umarła w Wiedniu; pochowano ją w dzisiejszej Słowenii.  

 

Bohaterowie jako dorośli: Maria Teresa, Francois Charles, Charlotta Augusta

Bohaterowie jako dorośli: Maria Teresa w 1827 (49 lat), François Charles w 1831, rok przed śmiercią, (20 lat), Charlotta Augusta niedługo przed śmiercią, w 1817 (20 lat)
[autorzy: Alexandre-François Caminade, Mortiz Daffinger, George Dawe]

Nieważne, w tym momencie, jak złymi/dobrymi przywódcami byli rodzice naszych bohaterów, a jakimi mogliby okazać się oni sami w porównaniu z tymi, którzy ich zastąpili (najkrócej rzecz ujmując: François-Charles Bonaparte nie został cesarzem Francuzów: władzę po 1815 objęli kolejno Ludwik XVIII, Karol X, a  po nich - Ludwik Filip Orleański.  Mąż Marii Teresy miał być następcą swego ojca, króla Karola X, ale na tronie zastąpił go w 1830 właśnie wspomniany Ludwik Filip; a dwa lata po śmierci Charlotty urodziła się Aleksandryna Wiktoria, jej kuzynka, jedno z nielicznych dzieci z legalnych związków w jej pokoleniu rodu hanowerskiego; jak w 1837 objęła rządy, tak rządziła do 1901 i zdefiniowała epokę). Te trzy książki, przeczytane przeze mnie pod rząd, były pewnego rodzaju wyprawą w krainę "co by było, gdyby", spojrzeniem na historię cesarza i królowych, których nie było - a jednocześnie, otrzeźwiająco smutnym przypomnieniem, jak zmieniają się czasy, a cierpienie młodych (i nie tylko) ludzi - samotnych, chorych, pozbawionych bliskich, traktowanych jak pionki przez krewnych i rodzinę - pozostaje niemal takie samo.

środa, 21 sierpnia 2013

W ostatnim odcinku stałam w Schönbrunn w pokoju, w którym kiedyś nocował cesarz Napoleon, a w którym potem umarł jego dwudziestojednoletni syn, i zastanawiałam się, gdzie są granice mojego sentymentalizmu. I zacierały mi się w głowie inne granice, te między historią a fikcją. 

 

Ostrzeżenie: niebezpieczny poziom wyżej wzmiankowanego sentymentalizmu, co wyszło dość niespodziewanie.

 

Moritz Daffinger, The Duke of Reichstadt (źródło: wikicommons)


Bo jest tak: są dokumenty, są świadectwa (jakie to dziwne, mówi sobie filolog klasyczny w mojej głowie, że są listy pisane osobiście przez bohatera, że są wspomnienia z epoki, druki ulotne, portrety, o których wiadomo, że są portretami - bo w przypadku większości postaci z epoki, którą ja się na co dzień zajmuję, takich rzeczy bardzo, bardzo nie ma), ale tak naprawdę, jak to oceniać? Są dokumenty, ale jak to interpretować, są wspomnienia przyjaciół, ale to przecież przyjaciele, są biografie, ale pisane sto lat temu i z miłością do bohatera, tak w nich doskonałego, że trudno w nie do końca wierzyć. Historyk/biograf ma swoje narzędzia, oczywiście, ale ja nie jestem historykiem ani biografem, ja co najwyżej odczytuję historie albo je opowiadam. I dlatego to nie będzie o historii prawdziwej, to będzie o historii, powiedzmy sobie, wyobrażonej. Proszę nie oczekiwać szerokiego kontekstu, konkretów i prób krytycznej analizy podawanych przez biografie faktów. Poza tym, z punktu widzenia wielkiej historii to wszystko i tak niewiele, tak naprawdę, znaczy.

No więc wyobraź sobie: rodzisz się, omal nie przyprawiając o śmierć matki, najbardziej oczekiwanym dzieckiem w Europie: z matki arcyksiężniczki i ojca self made imperatora sporego kawałka starego świata. Słynny artysta projektuje ci kołyskę w złocie i perłach, w kolebce dostajesz tytuł, pół świata ogląda cię na portretach jako noworodka na rękach ojca, niemowlę w ramionach matki, słodkiego chłopczyka, który zasnął w bibliotece z głową na rodzicielskich kolanach (żeby nie było, jedną z pobocznych tez tego wpisu jest to, że ludzie się wbrew narzekaniom malkontentów bardzo niewiele od czasów napoleońskich zmienili). Cięcie: masz trzy lata, nawet nie wiesz, że widzisz ojca ostatni raz w życiu. Tak się składa, że twój ojciec i twój dziadek byli wrogami: oczywiście nikt nie oczekuje, że czeka cię los Astyanaksa czy Cezariona, to nie te czasy, nikt już nie gubi niepotrzebnych królewskich dzieci w Tower (królów się czasem gilotynuje albo rozstrzeliwuje, ale to zupełnie inna sprawa; zesłanie zwykle wystarcza). Niemniej, zmienią ci imię (nie od razu, ale zmienią), zmienią język w którym mówisz (też nie od razu, pierwsze listy do matki są po francusku, potem już przeważają niemieckie), zrobią cię włoskim księciem a później austriackim Herzogiem, choć z twoich rodziców wymienią w dokumencie tylko matkę. W tak zwanym międzyczasie twoja matka zakocha się w innym i urodzi mu dwójkę dzieci, zanim go poślubi, ale wygląda na to, że dowiesz się o tym dopiero po śmierci ojczyma, kilkanaście lat później.  
Żeby nie było zupełnie jak w smutnej bajce: rodzina, ta nowa, raczej na pewno cię kocha, chociaż nauczyciel skarży się matce (nie ma jej, została księżną w Italii), że go nie słuchasz. Do Francji wrócić ci nie wolno, król nie pozwoli: w Austrii (ówczesnej) spędzisz resztę życia. Będziesz się uczyć (najchętniej wszystkiego, co choćby z daleka pachnie armią), będziesz bywać w teatrze w towarzystwie starszej kuzynki (i będą plotki), będziesz brylować dzięki ekstrawaganckim, wyszukanym strojom, wdziękowi w tańcu i eterycznej urodzie. Będą cię chcieli wychować dobrze i troską, ale wychować na kogoś nowego: koniecznym jest, pisze twój nauczyciel do twojej matki, by wszelkie ślady twojej dawnej egzystencji zostały całkowicie unicestwione. Ergo, wymienią ci książki, żeby nie nosiły pieczęci z napoleońskim orłem, zabiorą zabawki przywiezione z Francji, odeślą niańki-Francuzki do domu, i odcierpią za to, bo przez pierwsze parę lat będziesz dawać ostro w kość swoim nowym nauczycielom, buntować się, mimo zdolności, przeciwko szkole, demonstracyjnie lekceważyć polecenia wychowawców. Jak każdego Habsburga, nauczą cię zawodu (ogrodnika, w tym przypadku) i spróbują wymusić porządne klasyczne wykształcenie. Minie sporo czasu, zanim naprawdę dowiesz się czegoś więcej o ojcu, ale jak już się dowiesz, dostaniesz obsesji na jego punkcie, z dumy i niemożliwej chęci dorównania mu, za wszelką cenę. A zadatki na Hamleta miałeś od początku, jak piszą współcześni: mistrzowsko ponoć szło ci ukrywanie przed nauczycielami i krewnymi emocji i prawdy o własnych przeżyciach, emocjach i uczuciach; otoczony liczną rodziną, sugerują biografowie, żyłeś sam we własnej głowie, planami, ambicjami i wyobraźnią, w cieniu ducha ojca i nie bardzo wiedząc, co myśleć o matce. Ćwiczenia wojskowe uwielbiałeś, to prawda, chwilami z ciężkim lekceważeniem dla własnego zdrowia, a to nie było, pisze biograf, rozsądne. Miałeś jednego przyjaciela, któremu biografowie nie bardzo chcą wierzyć we wszystko, co napisał we wspomnieniach; podobno nie było kobiet, podobno były kobiety, w rujnującym zdrowie nadmiarze, podobno nikt nie, jak było naprawdę, least of all pan biograf. Rodzina cię kocha, ale zazwyczaj prawie nikt spoza niej i starannie dobranego dworu nie może się z tobą zobaczyć.  
Dwadzieścia jeden lat, i było wiadomo, że masz gruźlicę i że nie ma ratunku. Wiadomo było od jakiegoś czasu We Francji, i w twojej francuskiej rodzinie, są tacy, którzy chcieliby cię widzieć na tronie, francuskim czy innym, polskim może nawet: którejś nocy nieznana ci dziewczyna chciała tylko pocałować twoje ręce, nawet nie wiedziałeś, że to twoja kuzynka. Ale teraz to nieważne: biograf uraczy czytelników kilkustronicowym i mocno makabrycznym (1905, jak jeszcze raz usłyszę, że ta dzisiejsza prasa i to dzisiejsze zamiłowanie do naturalistycznych opisów tragedii, w nos się zaśmieję) opisem kilkudniowej agonii i konania. Matka przyjechała, pierwszy raz od lat, cesarskiemu dziadkowi oszczędzono smutku. Umierasz w końcu w tym samym pokoju, w którym lata wcześniej nocował twój ojciec, kiedy zdobył Wiedeń. Tam właśnie stałam te parę dni temu, przed śmiertelnym łożem i przed popiersiem przedstawiającym umierającego (dodajcie portrecik z dzieciństwa i klateczkę z wypchanym ukochanym zwierzątkiem zmarłego, jakby wam było mało lekko makabrycznego sentymentalizmu). 

Pogrzebią cię w końcu w trzech miejscach, osobno ciało, serce i resztę narządów. Jak to bywa, kiedy umiera ktoś młody, urodziwy i sławny, Europę zaleje na moment fala przedstawień sceny twojej śmierci i scenek, w których ojciec przyjmuje cię w niebie, napiszą o tobie sztukę i sporo wierszy. I tyle: trzy groby, pomnik czy dwa, dramat Rostanda (napisany bardziej dla Sary Bernhardt niż dla tematu), sporo portretów, całkiem sporo, jak na postać tak politycznie mało w sumie znaczącą, biografii oraz - osobiście - moje własne nagłe, zaskakujące wzruszenie.

I teraz tak: tak, to jest materiał na hollywoodzki wyciskacz łez, że niech się Sissy schowa; i to jest opowieść, nie historia, to, co powyżej, choć każdy fakt jest sprawdzony w biografiach (bibliografia na końcu). I to nawet nie jest tak, że ja się zakochałam w bohaterach tej smutnej historii (to nie ja, to Drakaina), to nawet nie jest, tak do końca, współczucie (czy w ogóle można współczuć, w pełni i naprawdę, komuś, kto jest tylko postacią, nie kimś, kogo znamy?) ani poczucie, że świat stracił szansę na dobrego władcę, bo w końcu, co możemy o tym, nawet gdybając, powiedzieć?. To jest, jakkolwiek okrutnie by to nie brzmiało, to jest fascynacja samą historią bohatera, tak literacką, tak mityczną, że aż chciałoby się powiedzieć, że niemal, w jej wszystkich detalach, nieprawdopodobną. 

Guy Gavriel Kay, jeden z tych pisarzy, którzy skutecznie mieszają mi w głowie, napisał kiedyś, że źle się czuje z podkradaniem głosów i umysłów prawdziwych postaci, dopisywaniem im uczuć, emocji i przeżyć, o których nic nie możemy wiedzieć, że woli wobec tego budować swoje postacie, na tamtych oparte, ale nie będące nimi i nie zawłaszczające cudzego życia, nie udające, że opowieść o nich jest historią. Chciałabym takiej historii, historii księcia, który miał być cesarzem, starał się być Hamletem i który nie dożył dwudziestu dwóch lat, napisanej przez kogoś z wyobraźnią Kaya i jego wrażliwością; stałam te parę dni temu w Schönbrunn, wzruszona trochę wbrew sobie (patrz: poprzedni wpis) smutnym życiem kogoś, o kim wcześniej wiedziałam tylko (a i to bez szczegółów), że był, ale tak naprawdę, poruszona opowieścią, w którą to smutne życie się układało, jej symbolicznością, jej literackością, jej narracyjnymi perspektywami.

I to, panie i panowie, jest smutna prawda o mnie.    


 


 

Bibliografia użyta:

Edouard von Wertheimer, The Duke of Reichstadt, London 1905 (przede wszystkim)

Henri Welschinger, Le Roi de Rome, Paris 1897 (tylko przejrzane konkretne kawałki, marnym jest mój francuski)

Informacje z broszur muzealnych i gablot w Museo Glauco Lombardi (Parma) oraz w Schatzkammer w Hofburgu i w pałacu Schönbrunn (Wiedeń).

Edmond Rostand, L'Aiglon, translated by Louis Parker, New York 1900

| < Wrzesień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  
O autorze
Zakładki:
Autorzy
Blogi
Miejsca: różne
Omnia mea
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...