Discus(s)

środa, 06 sierpnia 2014

 

Uwaga: to nie jest recenzja, raczej esej; ergo, więcej analizy niż oceny, tudzież: spojlery.



 

Paul Wegener as the title character in The Golem (1920)

 

Wszystko, co zawiera Nobby'ego Nobbsa, z definicji powinno być komedią. Wszystko, co zawiera historię o kobiecie robiącej karierę w tradycyjnie męskim biznesie, powinno być powieścią emancypacyjną. Wszystko, co zawiera metaforyczną opowieść o tym, jak niewolnik z przedmiotu staje się człowiekiem, powinno z definicji przynajmniej zatrącać o bycie powieścią społeczną. Wszystko, co opowiada o zakamuflowanym spisku, mającym przywrócić monarchię, w zasadzie jest thrillerem lub powieścią polityczną (i/lub awanturniczą). A, no i wszystko, co opowiada o poszukiwaniu morderców/mordercy niewinnych, nikomu nie szkodzących staruszków, jest chyba z definicji kryminałem. Zwłaszcza jeśli w tle ma rozwój forensic science i uwagi krytyczne na temat eliminowania niemożliwego.
Feet of Clay, jednakowoż, jest tym wszystkim naraz i po trochu. Co mi przypomniało, że chciałam już jakiś czas temu napisać o tym, jak wyglądają konwencje - konwencje gatunkowe, konwencje postaci - w cyklu o Straży Pratchetta. To jest chyba to, co mnie do tych powieści tak bardzo pociągnęło: szalenie umiejętna gra nastrojami,  konwencjami i gatunkami literackimi (wiem, wiem, nie-po-to-się-czyta-Pratchetta, ale pamiętajcie, ja
jestem filolog klasyczny z zawodu...). W Feet of Clay te konwencje i tropy się mieszają i łączą w sposób szalenie pomysłowy, a zarazem, mam wrażenie, dla autora bardzo typowy.
U Pratchetta zazwyczaj nie ma prostego odniesienia, że x jest wariantem y, a figurą b: Lewisowska idea, żeNarnia ma się do naszego świata jak Aslan do Jezusa tu raczej nie zadziała. Popatrzmy na samą geografię: taki np. Quirm jest Francją z wszystkimi jej cechami charakterystycznymi, będąc jednocześnie pod wieloma innymi względami Afryką; Uberwald jest z nazwy i paru innych cech Transylwanią, ale troszeńkę też Rosją (patrz historia o wiśniowym sadzie i wujaszku Wani w The Fifth Elephant), troszkę (język i takie tam) chyba Niemcami, i tak dalej, i tak dalej. Widać to szczególnie ładnie na przykładzie konwencji charakteryzowania postaci, a konkretnie - golemów.

Golem jako taki wywodzi się (wiem, banał) z tradycji żydowskiej. W Feet of Clay podkreślone to jest przez co najmniej dwa elementy: po pierwsze, do zapisu ich "wypowiedzi" używane jest liternictwo efektownie stylizowane na kształt hebrajskich liter, po drugie - ich imiona (Dorfl, Dibbuk, Meshugah, Bobkes, Klutz) pochodzą z jidysz.
Ale te imiona... te imiona wskazują na jeszcze jeden trop, ten ważniejszy chyba niż tradycja żydowska.
Dorfl trochę się wyłamuje ze schematu (od czego to, od Dorfl(ein) - wioska?), ale pozostali wszyscy
noszą imiona, które są - lekceważące. Pogardliwe. Umniejszające, a co najmniej - nie najlepiej się kojarzące. Demon. Szmata. Szkodnik. Niezdara. Głuptok.
Na jednym poziomie historia golemów i tego, co się z nimi stało z powodu pewnego nieudanego zamachu jest nie wiem czy nie najlepiej napisaną znaną mi metaforą przejścia od niewolnictwa (a konkretnie, zniewolenia Afrykańczyków - bo tu mamy do czynienia z historią rasy postrzeganej jako śtricte niewolnicza, a nie, jak np. w Atenach czy nawet Rzymie, z sytuacją "przy odpowiednim poziomie pecha, każdy może zostać golemem niewolnikiem") do jego zniesienia. Golem - jako rasa - stworzony został do pracy; i pracuje bez przerwy, w najgorszych warunkach, w najokropniejszych, najbardziej parszywych miejscach, choć pragnie tylko ulgi, odpoczynku. Golem jest rzeczą; mówi się o nim "to", "to" można rozbić, zdemolować, zniszczyć i co? I nic, co najwyżej będzie grzywna za uszczerbek na mieniu. Golem jest potrzebny, o tak, bez niego kto by pracował w tej rzeźni, na dnie sztolni po pas w wodzie, w wiecznej ciemności bez słońca - ale jest też otoczony pogardą i obrzydzeniem: kapłani wielu (większości?) religii uważają golemy za obrazę boską (i, bogowie, jak oni wszyscy zasłużyli sobie na to małe piekło na ziemi, jakie im zapewnią debaty religijne z odpornym na wszystkie ich argumenty nowo nawróconym na ateizm Dorflem!), wśród ludzi krążą miejskie legendy o rzekomej tychże golemów brutalności i morderczych skłonnościach; nadają im pogardliwe, lekceważące
imiona. Najbardziej chyba wymowne jest jednak to, jak autor pokazuje tu, że zniewoleni nie mają głosu. Golem nie ma głosu jak najbardziej dosłownie: porozumiewa się pisząc karteczki; ale dopiero pod koniec dowiadujemy się, dlaczego tak jest i jak łatwo byłoby temu zaradzić; dowiadujemy się, kiedy Sam Vimes każe odbudować Dorfla, ale tym razem po prostu dać mu język, żeby mógł mówić. Tak niewiele.

No, ale to nie jest też tak, że przyjdzie mesjasz golemów i ich wybawi. Król-mesjasz, glina z ich gliny, też nie pomoże - nie pomoże, bo nie będzie w stanie myśleć za wszystkich swoich poddanych-braci i to go doprowadzi do obłędu. Dokładnie tak, jak uwolnione przez Dorfla z rzeźni bydło, golemowie nie umieją być wolni, skąd mają umieć. Może się nauczą; Dorfl w końcu przywykł do myśli, że w jego głowie nie ma już rozkazów i że golem nie musi mieć pana; ale nie nie jest łatwa lekcja - i chwała autorowi, że o tym pamiętał i że nas nie nabrał na radosny happy end z natychmiast sformowanym samorządem wolnych golemów.
Tyle nawet tu się nie kończą skojarzenia, bo przecież historia nieszczęsnego zabójcy-króla golemów ma też jeszcze inne konotacje: te z filmów o robotach, które się buntują przeciw swoim twórcom. Pratchett zatacza tu krąg - tę ideę powszechną w SF dałoby się pewnie potropić między innymi do Golema Gustawa Meyrinka - i ewidentnie przywołuje czytelnikowi na pamięć wszelkie Terminatory (w scenie walki dwóch golemów, dobrego-starego i supernowoczesnego-"złego") czy Robocopy.
Poziom za poziomem za poziomem, Pratchett konstruuje tu swoją metaforę niewoli, a fakt, że jest ona po pierwsze wielopoziomowa, a po drugie - często gęsto punktowana humorem (patrz: Nobby Nobbs) sprawia, że autor unika a) patosu, b) oczywistości. 

Podobnie zresztą jest z konwencjami czysto gatunkowymi. Żeby nie przedłużać (bo wpis już i tak długi), popatrzmy tylko na kwestię poprowadzenia samego wątku kryminalnego, a konkretniej - jednej jego części.
Lord Vetinari zapada nagle na zdrowiu; Vimes podejrzewa próbę otrucia i nie może, za diabła, wymyślić, jak. Po wyeliminowaniu niemożliwego (jedzenie) pozostaje, niestety, całkiem sporo możliwości. Jak sobie popatrzymy na trzy główne, dostajemy Hamleta (trucizna przez ucho), Imię róży (zatrute kartki) i historię o arszenikowych tapetach na Wyspie Św. Heleny. Jeżeli czytelnik to wie, to świetnie, tym większa radocha. Jeżeli nie wie, że każda z ważniejszych hipotez Vimesa ma historyczno-spiskowy albo literacki pierwowzór, ciągle nic nie traci z samej kryminalnej intrygi i z błyskotliwości właściwego rozwiązania, kiedy ono w końcu przychodzi. Gatunkowo, mam wrażenie, ta powieść jest znacznie bardziej steampunkowym kryminałem ze społecznym tłem niż humoreską -  i jak dla mnie to dobrze.

No i chciałam jeszcze napisać o Cheery Littlebottom i o Feet of Clay jako o powieści o emancypacji kobiet i w ogóle o babskiej solidarności, ale doszłam do wniosku, że to już chyba dłużej i szczegółowiej i następnym razem; no, jeszcze następnym, następny raz chyba będzie o goblinach.

Terry Pratchett, Feet of Clay, Gollancz 1996

 

Jakby kto chciał wiedzieć: na obrazku Paul Wegener w Golemie (1920)


czwartek, 03 lipca 2014

 

http://neurofvnk.tumblr.com/

 

Mieszkamy, moi drodzy, w kraju głęboko podzielonym.

Tzw. szara większość ma to jeszcze na razie, tak po prawdzie, dość w nosie: zasadniczo obchodzi ją głównie to, żeby jutro było coś na obiad i żeby pracy nie stracić. Przygląda się więc, ze swojej wewnętrznej emigracji, temu, co wyprawiają - no, nazwijmy ich tak sobie, zaangażowani ekstremiści.

Zaangażowani ekstremiści są zazwyczaj z takich czy innych (etnicznych, religijnych) mniejszości. Jest ich sporo - tak po prawdzie, szara większość nie do końca się spodziewa, o ile więcej każdego dnia. Na dodatek niewiele osób z szarej większości zauważa pewien drobny fakt. Otóż jeszcze do niedawna przedstawiciele mniejszości, nazwijmy ją, K, w zasadzie niespecjalnie rzucali się w oczy: no, mieli jakieś tam swoje rytuały, święta religijne, swoje jedzeniowe tabu i obyczajowe dziwactwa utrudniające, z punktu widzenia szarej większości, życie, ale poza tym - no cóż, byli, pracowali wśród nas, żyli według naszych zwyczajów i kulturowo na tle szarej większości jakoś szczególnie się nie wyróżniali.

No tyle że to się zaczyna zmieniać. Coraz większą rolę w społeczności mniejszości K zaczynają bowiem odgrywać radykalni - i szalenie konserwatywni - liderzy religijni. Liderzy? Powiedzmy sobie wprost - fanatycy i albo cyniczni podżegacze, albo twardogłowi zaślepieni buce, do wyboru, do koloru. Przez współwyznawców, nawet tych najbardziej liberalnych, szanowani jako szafarze tradycji, która pozwala mniejszości zachować własną tożsamość, wnoszą ci liderzy w życie swojej wspólnoty wszystko to, co najgorsze. Epatują pogardą do Innego; tłamszą (i to posuwając się do kłamstwa i przemocy) wszelkie próby bardziej kompromisowych rozwiązań politycznych i społecznych; co więcej, ci najbardziej radykalni nawołują do siłowej rozprawy z wrogiem.

Wrogiem jest, oczywiście, prawie wszystko dookoła, prawda? W szczególny jednak sposób są tym wrogiem przedstawiciele innej, też radykalizującej się grupy - mniejszości, nazwijmy ją, T.

K uchodzą w opinii szarej większości za niedzisiejszych dziwaków; T mają z kolei opinię prymitywnych, kulturowo niższych i niebezpiecznych, bo skłonnych do przemocy. Wytatuowani, obwieszeni quasi-plemiennymi znakami, uchodzą za narkomanów i handlarzy narkotykami, awanturników, bandziorów; kwitną wśród nich gangi i knajacka mentalność, a najbardziej prominentni przedstawiciele tej grupy to mafiosi. 

No i teraz, żeby mieć pełny obraz: jakiś czas temu w historii naszego kraju coś się zdarzyło. Doszło do wydarzenia - tragicznego w skutkach kryzysu politycznego, zakończonego śmiercią czołowych polityków, reprezentujących obie mniejszości. Nieważne, jak dawno to było - dla zaangażowanych stron przecież sprawa jest ciągle aktualna! Oczywiście, katastrofy nikt nie przeżył, ale to przecież nie zmienia faktu, że wszyscy znają prawdę, prawda? I że każdy ma swoją. I że w imię tej prawdy jest gotów... cóż, na wszystko.

Niefajnie jest w takim państwie: niefajnie dlatego, że spory między radykałami przenoszą się na codzienne kontakty mniej radykalnych i bardziej umiarkowanych przedstawicieli obu grup, grożąc wybuchem konfliktu na skalę potężnych zamieszek w stolicy. Co gorsza, spory te w ogóle podminowują atmosferę: rozbijają więzy społeczne, dodatkowo radykalizują nastroje, niszczą poczucie zaufania, więzi sąsiedzkie, obywatelskie zaangażowanie.     

Niefajnie jest być władzą w takim państwie, bo wszyscy oczekują od ciebie zajęcia stanowiska. Musisz być bardzo, bardzo sprytnym przywódcą, żeby się wyłgać od tej decyzji. I musiałbyś być przywódcą wielkim, żeby zrozumieć - żeby rozumieć, że to jest dalej twoje państwo. Twoi ludzie. Wszyscy oni. Wszyscy ludzie dobrej woli, ci K, ci T, ci szarzy, wszyscy inni.

W sumie chyba jeszcze mniej fajnie jest być w takim państwie częścią aparatu represji (bo że rządzi tyran i satrapa to chyba oczywiste, prawda? Wszechwładny przywódca z policją na swoich usługach? Farbowany lis, niby z tradycyjnej rodziny, a patrzcie państwo, co wyprawia). Niefajnie jest zwłaszcza dlatego, że twój mały kawałek aparatu represji - opłacany na granicy przyzwoitości i jakoś tam, acz nie szaleńczo, szanowany - też zatrudnia i K, i T, a ty nie masz pojęcia, co oni zrobią, jak się zaczną zamieszki.

A zamieszki się zaczną, jakżeby nie. W końcu jeden z T w końcu nie wytrzymał i zatłukł radykalnego religijnego lidera K, który głosił, że Pismo głosi, że T to bezrozumne śmieci i że ich zabijanie jest w zasadzie czynieniem im łaski. Eee... wróć: w końcu bandzior-zamachowiec T wdarł się do domu K i zamordował szanowanego religijno-politycznego przywódcę. A ponieważ na dodatek zbliża się rocznica tej nieszczęsnej katastrofy... będzie źle. Będzie źle.

I tak by łatwo było powiedzieć: bo ci T to dzikusy i bandziory, wiadomo, mordują. Bo ci K, fanatycy i nienawistnicy, sprowokowali, trudno się dziwić reakcji. Zróbmy z jednymi i drugimi porządek. Pogońmy całe to tałatajstwo, niech się idzie bić gdzie indziej, nas - nas-policji, nas-przywódców, nas-szarych ludzi - to nie interesuje; albo olejmy ich, niech się naparzają o jakieś religijno-historyczne zaszłości.

Trzeba by być wybitnym politykiem, żeby wiedzieć, że nie ma nic bardziej szkodliwego niż takie proste, wygodne założenie. Trzeba by być policjantem przez duże P (i człowiekiem przez duże C), żeby zrozumieć rzecz w sumie bardzo prostą: że po pierwsze, i szarzy, i T, i K, i wszyscy inni są częścią Twojego miasta, z wszystkimi wynikającymi z tego faktu prawami, a po drugie, że nikt, nikt, NIKT nie stoi ponad prawem.

I jak już się stanie ten cud, jak się znajdzie ten mądry, ten porządny, ten rozsądny, to się okaże, że się da. Da się powoli uczyć T i K, że mogą zrozumieć wroga (a jak zrozumiesz, nie możesz nienawidzić, patrz Ender Wiggin). Da się wierzyć, głęboko i mistycznie, żyć religią jako sensem swego istnienia, a jednocześnie nie dać się zniewolić udającej wiarę niechęci, strachowi i ksenofobii i pozostać mądrym, dobrym, DOBRYM. Da się działać w imię dobra grupy, której się jest przywódcą, ale jednocześnie nie uważać, że dobro mojej grupy równe jest pognębieniu tej drugiej. Da się zauważyć, że nie wszyscy religijni tradycjonaliści to fanatycy i zakute łby, że niektórzy młodzi gangsterzy zasługują na drugą szansę. Da się. I wtedy, czasami, rzadko, ale jednak - los pomoże, wskaże niespodziewane rozwiązania historycznych zagadek i nowe, ale oparte na najstarszej religijnej tradycji, odczytania świętych tekstów; ofiaruje szansę na pokój, przynajmniej częściowy, przynajmniej na chwilę. Zdemaskuje fałszywych przywódców, gotowych w imię propagowania swojej wizji świata zniszczyć prawdę o własnej religii i historii; odsłoni prawdziwe oblicza nienawistników, ukazując ich jako terrorystów i morderców, którzy korumpują i zabijają niewinnych - własnych niewinnych rodaków! - w imię ideologii. Pozwoli zatrzymać spiralę wrogości, nieufności, nienawiści, przemocy i da szansę - nic więcej, tylko szansę - na porozumienie. Ale dla mądrego przywódcy  i dla sprawnego szefa policji taka szansa to dość, żeby zacząć coś na niej budować. 

Normalnie człowiek się śmieje, czytając powieści Terry'ego Pratchetta. Ja się też czasem śmiałam, ale muszę przyznać, że za każdym z trzech razy, kiedy czytałam tę scenę z kostką i jaskinią - tam, gdzie zaczyna się ten sam tekst, który jest mottem do całości  - czułam się dziwacznie, prawie do łez wzruszona.

Jest, myślę sobie zawsze wtedy, kiedy przypominam sobie te parę postaci i epizodów (wybaczcie brak polskich imion: jestem przekonana, że przekład Piotra W. Cholewy jest znakomity, ale książka wpadła mi w ręce w oryginale i tylko w takiej wersji ją znam): żyjącego w ukryciu Diamentowego Króla, graga Bashfulssona (och, +1000 za Disneya), to, jaki los spotyka nieszczęsnego Bricka, prawdziwą historię bitwy w dolinie Koom - zawsze sobie naiwnie myślę, że jest nadzieja. Że zawsze - zawsze - da się jakoś dogadać.

No ale potem sobie myślę, że jeszcze by było trzeba odpowiedniego Vetinariego i odpowiedniego Vimesa, i już mi trochę mniej wesoło.

 

PS. Tak, uważam, że to świetna książka. Jest w niej też sporo innych wątków, o których tu dość świadomie nie pisałam (jest np. boska lady Sybil). Tak, to jest literacko cholernie dobrze pomyślane, co świetnie widać w detalach (popatrzcie np. na prastare trollowe graffiti przytaczane na początku jako na subtelny komentarz  - nie dopowiadany, nie wyjaśniany - do opinii o cywilizacji tychże trolli jako płytkiej, żałosnej, niegodnej miana kultury). 


Tak, to jest początek cyklu wpisów okołopratchettowych, na wakacje zabieram ze sobą (do przeczytania po raz któryś) Maskerade.

 

 

 

Terry Pratchett, Thud!, Doubleday 2005

| < Lipiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
O autorze
Zakładki:
Autorzy
Blogi
Miejsca: różne
Omnia mea
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...