Matka chrzestna

niedziela, 02 kwietnia 2017

Pocahontas, scen. Carl Binder, Susannah Grant, Philip LaZebnik, reż. Mike Gabriel, Eric Goldberg, w rolach głównych (głosy): Irene Bedard/Judy Kuhn, Mel Gibson, David Ogden Stiers, Linda Hunt i inni, muzyka Alan Menken (piosenki z tekstami Stephena Schwartza), Walt Disney Pictures 1995

 

 

Ten dzisiejszy wpis jest z dwóch okazji. Po pierwsze, jest małą manipulacją - dzisiaj, drugiego kwietnia, jest mianowicie Międzynarodowy Dzień Książki dla Dzieci. Ergo, piszemy tu dzisiaj o.... a nie, wróć, nie piszemy o książce dla dzieci, piszemy o filmie dla dzieci; no - może raczej dla młodszych nastolatek/-tków.

I to nie jest tak, że nie mam żadnych książek dla dzieci, o których bym mogła napisać - wręcz przeciwnie, lubię literaturę dla dzieci i - także z racji bycia ciotką czwórki dzieciaków w przedziale wiekowym 8 lat - niepełny rok - mam z nią kontakt. Zamiana książki na film w tm przypadku związana jest z dyskusją facebookową, w której nie tyle uczestniczyłam, co ją obserwowałam parę dni temu. Dyskusja zaczęła się od refleksji autorki Zwierza Popkulturalnego na temat tego, jak zmienił się język i sposób oceniania, co jest odpowiednie w filmie dla dzieci, od roku 1995, ale szybko zdryfowała w debatę o tym, czy filmy takie jak Pocahontas w ogóle powinny powstawać.  

Ale na początek - hmmm, może przed każdą moją notką o filmie Disneya powinnam powtarzać jedną informację. Urodziłam się w roku 1973. Yup, w roku, w którym najnowszą pełnometrażową animacją Disneya byli jeszcze Aryskotkraci, bo Robin Hood wyszedł dopiero pod koniec roku (skądinąd, moi rodzice przyszli na świat odpowiednio w roku premiery Kopciuszka - mama i Alicji w krainie czarów - tato; babcia skończyła osiemnastkę, kiedy na ekrany świata weszła Królewna Śnieżka). Oznacza to, że w 1989, roku premiery Małej syrenki i początku Disneyowskiego renesansu, byłam już w liceum ogólnokształcącym. Innymi słowy, cała nowoczesna klasyka filmów Disneya - od Małej syrenki, przez Piękną i bestię, Aladyna, Króla lwa i inne, aż po rzeczy z ostatnich lat, to nie jest coś, z czym mam związane sentymentalne wspomnienia z dzieciństwa. Ba, ja w ogóle tych filmów nie widziałam oczyma ich docelowego, dziecięcego widza: oglądałam je jako mniej więcej dorosła osoba, często - jako towarzyszka do oglądania młodszych kuzynów i rodzeństwa (a jak myślicie, skąd znam na pamięć polską ścieżkę dźwiękową do Króla lwa?), zanim jeszcze zaczęłam je oglądać okiem kogoś, kto lubi rozmontowywać dzieła popkultury i patrzeć, jak są zbudowane.  

Zrobiwszy to zastrzeżenie, które uważam za istotne - większość znajomych, z którymi zdarza mi się dyskutować o filmach Disneya, jest ode mnie o te 10-15 lat młodsza, czyli mają prawo mieć związane z tymi filmami wspomnienia, których ja nie mam - przejdę może do Pocahontas.

Chciałabym przy jej okazji zastanowić się nad paroma kwestiami, po części, sprowokowanymi przez około-Pocahontasową dyskusję, o której wcześniej wspominałam.

Po pierwsze, ergo, coś, o czym nie będę się wypowiadać, a mianowicie ciągle aktualna kwestia tego, czy sposób pokazania Powatanów, nacji, z której pochodzi główna bohaterka, jest właściwa, czy nie. Amerykański internet dyskutuje o tym ciągle, ale ja, Polka z nader bladym pojęciem o historii Ameryki sprzed kolonizacji przez Europejczyków - ja nie umiałabym uczciwie i rzetelnie ocenić, co w tym kontekście znaczy właściwie i nieobraźliwie. Nie znam się, ergo się nie wypowiem - choć w czytanych przeze mnie przy okazji researchu do tej notki raportach pojawiał się fakt, że dla dziewczynek pochodzących z rdzennych amerykańskich rodzin Pocahontas była ważną bohaterką, pozwalającą im zobaczyć na ekranie kogoś podobnego, swoje wyidealizowane odbicie. 

Wypowiedzieć się mogę, i owszem, na temat, który wyszedł w inspirującej mnie dyskusji - a mianowicie czy historia osadników, którzy przybywają do Virginii w 1607 i zapoczątkowują w ten sposób na szerszą skalę kolonizację Ameryki, kolonizację, która przyniosła rdzennym mieszkańcom kontynentu niezliczone cierpienia - to ogóle jest temat  na musical o księżniczce i zwierzątkach i wielkiej miłości.  Mogę powiedzieć, jak ja to, jako widz, odczuwam; ale pozwolicie, że zrobię to na końcu i że najpierw, jak na poważną recenzentkę przystało, spojrzę na film od strony jego roboty.

Fabularnie Pocahontas odchodzi, oczywiście, dość daleko od historycznego pierwowzoru (i zresztą może dlatego bohaterka tak zdecydowanie wygląda na całkowicie dorosłą dwudziesto-, a nie na dorastającą szesnastolatkę - autentyczna Matoaka/Pocahontas miała w chwili przybycia kolonistów jakieś 10-11 lat i film robi wszystko, żeby się od tego faktu zdystansować). Historia skupia się tutaj na dwóch motywach: z jednej strony, na konflikcie ohydnego (to jest klasyczny Disneyowski czarny charakter, bez jednej pozytywnej cechy) gubernatora i poddanych mu kolonistów z Powatanami (gdzie frakcja Kocouma też prze do wojny, choć oni przynajmniej mają powody), z drugiej, oczywiście, na love story Johna Smitha i Pocahontas.

 Co zwraca w Pocahontas uwagę, to tytułowa bohaterka - zdecydowanie bardziej młoda kobieta, niż dziewczyna; jej sylwetka, ruchy i gesty wskazują na bohaterkę zdecydowanie dorosłą, silną fizycznie, wysportowaną - charakterystycznie, w pierwszej scenie, w której ją widzimy, Pocahontas stoi wysoko nad wodą, u szczytu wodospadu, w klasycznym heroicznym ujęciu; moment potem widzimy ją wykonującą szaleńczy, ryzykancki skok do wody. Ona jest nawet trochę inaczej animowana niż pozostałe postacie - jej ruchy są płynniejsze, bardziej zwinne, ona się wydaje unosić na krajobrazem i, kiedy biegnie, ledwie dotykać stopami ziemi. Te wszystkie elementy dodają kreacji postaci pewnej oryginalności.

Nie zmienia to jednak faktu, że przynajmniej początkowo kluczowym problemem Pocahontas jest dokładnie ten sam problem, który ma Jasmina, Bella czy, początkowo, Mulan (będzie miała, ten akurat film jest późniejszy) - a mianowicie problem z niechcianym zalotnikiem/małżeństwem. Tutaj o bohaterkę oświadczył się heroiczny i wojowniczy Kocoum - uczucia do dziewczyny oczywiście zadeklarował nie jej, a jej ojcu, co może być historycznie wiarygodne, ale nie ujdzie w świecie Disneyowskich bohaterek. Na dodatek, cóż, taki mąż ma jej zapewnić stabilizację i solidny dom, niekoniecznie szczyt marzeń ambitnej i samodzielnej dziewczyny... Pocahontas musi wybrać, czy chce być posłuszną córką, czy też zamierza pozostać wierna sobie i swoim dziwnym przeczuciom - i w symbolicznej scenie kieruje swoją łódkę w wąską, meandrującą odnogę rzeki zamiast na szerokie i spokojne wody. No bo przecież wiemy, że ona nie może tak po prostu wyjść za Kocouma i żyć długo i szczęśliwie, prawda? Podczas całej akcji Pocahontas pozostaje jedną z jej głównych sprężyn i zawsze jest postacią działającą - można o tym filmie powiedzieć sporo, ale nie to, że tytułowa bohaterka jest ozdobnikiem i damsel in distress. I jest, nie oszukujmy się, zdecydowanie barwniejsza od swojego ekranowego partnera...

Najciekawszą chyba historię można to było zbudować wokół dwóch postaci - Kocouma, szlachetnego i dzielnego, ale też bezwzględnego, zaborczego i skłonnego do przemocy (to by był koszmar, a nie mąż...) i młodego, niepozbieranego i nieżyciowego Thomasa, który nie umie strzelać, marnie sobie radzi w walce, ale z lojalności wobec Johna Smitha próbuje go ratować przed Kocoumem i ten jeden raz trafia aż za dobrze, nie tylko zabijając wojownika, ale też omal nie wywołując poważnej wojny.... Oczywiście, to są wątki, które by trafiały do dorosłego - tu są ograne na tyle, na ile mogą być w filmie dla małolatów...

Pocahontas ma wyraźne (i dość uroczo naiwne, ale to akurat nie dziwne, przy zamierzonym małoletnim odbiorcy) ekologiczne przesłanie, kontrastując opętanego żądzą złota, pozbawionego skrupułów gubernatora Radcliffe'a i dowodzonych przez niego brutalnie pragmatycznych kolonizatorów z żyjącymi w harmonii z naturą i przodkami krewnymi Pocahontas.  W związku z Pocahontas pełna jest uroczych (do urzygu uroczych, dla dorosłego widza) zwierzątek w stopniu porównywalnym, z wcześniejszych filmów o księżniczkach, chyba tylko z Królewną Śnieżką, a sceny z szopem, psem, kolibrem i innymi słodziakami, stworzonymi z myślą o pluszowych  maskotkach.

Co w Pocahontas działa? Brak oczywistego happy endu dla historii miłosnej, bo jest... nieprzewidywalny.  Animacja, ale to akurat nic dziwnego; zwłaszcza tła i sceny z przyrodą robione są chwilami bardzo efektownie - jak ta scena spotkania Johna Smitha i Pocahontas; cała sekwencja z Colours of the Wind jest też bardzo ładnie i efektownie animowana. Choć, owszem, momentami i forma plastyczna, i animacja scen z uroczymi zwierzątkami męczy swoją przewidywalnością - ale też nie dla mnie, widza po 40., te zwierzątka tu wprowadzono...

http://bslcrane.blogspot.com/2012/11/movie-review-of-disneys-pocahontas.html

Co jeszcze jest IMHO zdecydowanie udane w Pocahontas? Piosenki (ech, ten moment, kiedy Zły Gubernator śpiewa, z całą kabaretową przesadą, lekko stylizowane na muzykę z epoki Mine, Mine, Mine! - nie, nie każcie mi się wypowiadać o śpiewie Mela Gibsona w tej samej piosence). Jakkolwiek teksty - dobra, tekst Savages - mogą być dyskusyjne, to wydaje mi się, że ponieważ wokół tego słowa toczy się w całym w zasadzie filmie szeroka dyskusja, trochę to problem rozładowuje.

Generalnie, filmowo jest to rzecz - dla dorosłego widza, takiego jak ja - średnia, całkowicie i nawet z jakąś przyjemnością oglądalna, z ciekawą bohaterką (i kompletnie, IMO, nieciekawym głównym bohaterem), mocno przewidywalnym acz dostarczającym rozrywki czarnym charakterem i całkowicie przewidywalnym zestawem postaci w tle (Typowy Disneyowski Tatuś, Który Nie Rozumie, Wcielenie Pradawnej Mądrości, nie całkiem rozumiejący przyjaciele, zwierzątka).  To jest całkiem przyjemny film dla młodszych nastolatków, gdyby jeszcze człowiek mógł potraktować go jako czystą fikcję i zapomnieć, że za tym wszystkim jest autentyczna historia, która naprawdę bardzo źle się skończyła. I może dlatego, oglądając dzisiaj Pocahontas, mam poczucie dyskomfortu  - i głębokie przekonanie, że dziś pewnie nawet Disney, chcąc sięgnąć po opowieść wywodzącą się z folkloru rdzennych mieszkańców Ameryki, oparłby się raczej na, przykładowo, czymś takim niż na uładzonej i przetworzonej historii Matoaki... I może lepiej by było.

Zapisz

sobota, 25 marca 2017

Herkules (Hercules), reż. (i współprodukcja, i współautorstwo scenariusza) John Musker i Ron Clements, muzyka Alan Menken, obsada: Tate Donovan, Susan Egan, Danny de Vito, James Woods, Charlton Heston, Lillias White, Cheryl Freeman, LaChanze, Roz Ryan, Vanéese Y. Thomas i inni; Walt Disney Pictures, 1997

 

 

W kontekście przyzwoitego, acz nie powalającego wyniku finansowego i równie przyzwoitych,  acz dalekich od oszałamiających, opinii krytycznych i nagród (jedna Oscarowa nominacja, oczywiście za piosenkę, w roku,  w którym Oscar za piosenkę był nie do wygrania) intrygujący jest fakt, dla jak wielu z moich młodszych znajomych Herkules jest filmem kultowym. 

Jest zresztą, z punktu widzenia tego konkretnego dorosłego widza lubiącego filmy animowane i mitologię, filmem całkiem udanym - i to mimo faktu, że w swoim podejściu do greckiego mitu przetwarza go w sposób, który dla samych Greków byłby pod wieloma względami niezrozumiały.

Spójrzmy więc najpierw na scenariusz i na opowiedzianą w Herkulesie historię. Pozornie korzystając głównie z mitologicznej historii największego z greckich herosów, tak naprawdę czerpie z bardzo szerokiego spektrum mitów, z których tylko część zazębia się z dziejami Heraklesa. Scenarzyści rozpoczynają od wojny młodego władcy świata, Zeusa, z wyraźnie tu personifikującymi siły natury Tytanami (bardzo mi się podoba, że jeden z nich przedstawiony jest w postaci tajfunu - jak Tyfon w Dionizjakach Nonnosa - ale ja jestem #classicsnerd najgorszego stopnia). Dalej mamy mocno niekanoniczną opowieść o narodzinach Herkulesa (o czym później), wzmiankę o znanej z mitów próbie buntu bogów (w tym przypadku - Hadesa) przeciwko Zeusowi i odebrania mu władzy), historię mniej więcej centaura Chejrona przemianowanego na satyra Filokteta, bohaterkę noszącą imię pierwszej żony Heraklesa poznanej przez niego w przygodzie mniej więcej wziętej z dziejów drugiej żony Heraklesa i dwie niedojdowate personifikacje w roli sidekicków Hadesa, choć bardziej pasowaliby (patrz: Prometeusz skowany Ajschylosa) do Aresa. Do tego dochodzą aluzje do kilku prac Heraklesa (hydra), obecność rozmaitych mitologicznych postaci (Muzy, Pegaz, Mojry wyglądające jak Graje) i, do tego, ogólne greckie klimaty, ze świątyniami, posągami i aluzją do moussaki włącznie. 

Fabuła koncentruje się wokół dziejów odesłanego przez rodziców z Kryptona Olimpu Clarka Kenta Herkulesa, wychowywanego w spokojnym domu przez ziemskich rodziców. Obdarzony niezwykłą siłą, naiwny i szczerze dobry chłopiec, którego nadludzkie zdolności ciągle pakują w kłopoty, dowiaduje się w końcu o  swoim boskim pochodzeniu i utraconej przez perfidne intrygi Hadesa nieśmiertelności. Postanawia więc zostać największym herosem Grecji, by móc wrócić na Olimp i zostać, zgodnie ze swym przeznaczeniem, bogiem. Znaczy, postanawia zostać bogiem, póki nie zmieni zdania w tej kwestii.

Przy całej mitologiczności świata i postaci w Herkulesie, dla widza trochę starszego niż docelowy, zwłaszcza zaś widza zainteresowanego kinem, oczywiste są także i inne skojarzenia. Scenarzyści w okołofilmowych wywiadach mówili o inspiracjach kinem Franka Capry przy tworzeniu postaci, cytując postacie grane przez Jamesa Stewarta w Mr Smith Goes to Washintgon i Barbarę Stanwyck w Meet John Doe jako wzorce dla odpowiednio Herka i Meg. I rzeczywiście, dwójka bohaterów reprezentujących klasyczne komediowe typy dobrze pasuje do generalnie komediowego (co nie znaczy, że pozbawionego dramatycznych motywów!) charakteru filmu. Przy całej bowiem dramatyczno-romantycznej końcówce Herkulesowi najbliżej jest chyba do takiej właśnie screwball comedy a la lata 30./40.  Zobaczmy, jak ładnie i świadomie jest to zrobione w  prologu - podniosła, dramatyczno-epicka narracja (mówi Charlton Heston, bardziej epicko się nie da!) zostaje urwana przez Muzy, wprowadzające zupełnie inny, lżejszy, musicalowo-komiczny ton. Ten pomysł, żeby piosenki w Herkulesie nawiązywały do rozmaitych gatunków czarnej muzyki, mógł w pierwszej chwili nie zachwycić Alana Menkena, ale ostatecznie sprawdził się znakomicie - ta na pozór z innej bajki ścieżka dźwiękowa z jednej strony doskonale tu pasuje, z drugiej  - dodaje życia i biglu filmowej narracji (acz ja bym nominowała do Oscara A Star is Born albo moje ulubione I Won't Say I'm in Love zamiast Disneyowsko przewidywalnego Go the Distance)...

Wrażenie komediowości potęguje jeszcze jedna kluczowa dla filmu postać - a mianowicie Phil, sidekick i nauczyciel Herkulesa w jednym. Na przykładzie Phila bardzo ładnie widać sposób, w jaki scenarzyści posługują się mitologią. Bohater nosi imię pewnej mitologicznej postaci, powiązanej luźno z mitem Heraklesa  - w nagrodę za pomoc w popełnieniu samobójstwa cierpiący Herakles dał młodemu tesalskiemu księciu Filoktetowi swój łuk i strzały, które okazały się potem niezbędne, by Grecy mogli zdobyć Troję. Tak naprawdę jednak, gdyby szukać mitycznych wzorców jego postaci, byłby tym modelem nie Filoktet oczywiście, tylko Chejron - mądry centaur i wychowawca pokoleń herosów, w tym Achillesa. Oczywiście, imię Chejrona zdrabniałoby się po angielsku znacznie mniej wdzięcznie, niż Filokteta, zwanego tu Philem...
Wspomniany Chejron jest centaurem - tymczasem Phil i z postury, i z natury zdecydowanie jest satyrem, co pozwala dodać mu sporą dawkę komiczności, która także i Grekom naturalnie z satyrami się kojarzyła (acz większość okołosatyrowych greckich żartów jest z gatunku 18+...). Przy całym tym klasycznym bagażu jednak najważniejsze dla Phila wydają się inne inspiracje. Pozornie zmęczony życiem i rozczarowany niewdzięcznością świata i uczniów, ale w rzeczywistości gotowy podjąć się kolejnego wyzwania Phil najbardziej przecież przypomina typową postać starego trenera z amerykańskiego filmu, który wbrew wszelkim nadziejom zaczyna trenować młodego outsidera i osiąga sukces, o którym wcześniej mógł tylko pomarzyć...  

Mitologię traktują nasi scenarzyści - no, mniej więcej tak, jak by to zrobili Grecy, nie przejmując się kanonem, mieszając imiona, postaci, genealogie i chronologię. Pewnie, klasykowi na wspomnienie ukochanej Herkulesa imieniem Megara trochę się zaciskają szczęki (mityczny Herkules mityczną Megarę i ich wspólne dzieci zabił w ataku zesłanego przez Herę obłędu). Nie, Herakles bardzo zdecydowanie nie był ukochanym syneczkiem Hery. Tak, niezależnie od utyskiwań filmowego Phila, w czasach młodości Heraklesa Achilles nie był nawet w planach, może poza planami odwiecznych Mojr. I oczywiście Nessus był centaurem, nie bogiem rzeki (choć Herakles walczył w sprawie swojej drugiej żony, Dejaniry, i z bogiem rzeki, i z centaurem). I co z tego? Nic. To nie tego nie zrozumiałby przetransportowany w nasze czasy w TARDIS starożytny Tebańczyk czy inny tam Spartanin.

A czego by nie zrozumiał? Ano, Hadesa.

Campowy i przegięty Hades, który musi, jak połowa Disneyowskich czarnych charakterów, polegać na pomocy niekompetentnych sidekicków przy realizacji swych planów dominacji nad światem, był ulubionym bohaterem krytyków, którzy bardzo wysoko ocenili głosową kreację Jamesa Woodsa w tej roli. Hades ma dość podziemi i zamierza obalić władzę braciszka, a w tym celu musi nie dopuścić do udziału Herkulesa w wojnie z tytanami. So far, so good, wszystko całkiem nieźle mitologiczne. Co by było jednak trudne do zrozumienia dla starożytnego Greka, to fakt, że Hades w zasadzie robi to wszystko z czystej złośliwości i chęci czynienia źle - jest, znaczy się, konkretnie czarnym charakterem, a jego niejakie wizualne podobieństwo do ikonografii diabła w zachodniej tradycji tylko tę jego paskudnie złą naturę podkreśla. To właśnie - istnienie złego boga, dualistyczny podział boskiego świata na dobrych i złych, zasugerowany w Herkulesie, byłoby dla Greka trudne do pojęcia - grecka mitologia i grecka religia w zasadzie tego rodzaju dualizmu nie znają...

Dwadzieścia lat później Herkulesa nadal ogląda się dobrze - próbę czasu zniósł zaskakująco lepiej niż niektóre inne animowane klasyki z tych czasów.Animacja, nawiązująca w stylu do greckiego malarstwa wazowego, ale nosząca przy tym wyraźne piętno stylu pracującego nad filmem Geralda Scarfe'a, niekoniecznie podobała się krytykom w momencie powstania filmu, ale w swoich słodko-psychodelicznych, pastelowych scenach na Olimpie i nawiązaniach do greckiej stylistyki w kreacji postaci mnie się akurat podoba (a i żarciki z Disneyowskich dzieciaczków i zwierzątek wychodzą efektownie). Z dającymi się lubić bohaterami (i bohaterkami, nieprzypadkowo Megara zwykle ląduje na mnóstwie list najfajniejszych Disneyowskich bohaterek), efektownymi piosenkami i stosunkowo skomplikowaną fabułą Herkules jest filmem, moim zdaniem, zdecydowanie godnym polecenia widzom i docelowym, i trochę starszym. 

poniedziałek, 05 września 2016

Obiecałam cykl disneyowski na blogu – i wybaczcie, że zaczynam go o dwa miesiące później i od nie tego filmu, od którego obiecałam zacząć. Acz do tamtego dojdziemy. Tyle że mi się zatęskniło za Sherlockiem Holmesem.

 

Ech, spojlery, ale do filmu z 1986.

 

 

Najkrótsza recenzja powinna brzmieć tak: w 1986 roku, adaptując serię książeczek dla dzieci, Disney wyprodukował pierwszego steampunkowego Sherlocka Holmesa, lepszego niż większość steampunkowych/steampunkujących wersji przygód wielkiego detektywa, jakie później napisano i nakręcono. Jednocześnie, na dobrych piętnaście lat przed eksplozją Shrekopodobnego pisania scenariuszy animacji jednocześnie dla dorosłych i dla dzieci, team scenarzystów Wielkiego mysiego detektywa napisał taką właśnie historię – choć to, co jest w niej nie dla dzieci, wiąże się raczej z poziomem fanowskiej wiedzy o twórczości Conan Doyle’a i jej klasycznych ekranizacjach.

Jak pewnie trochę widać z tego bloga, twórczość Conan Doyle’a lubię i znam ją  - w miarę, z prawdziwymi znawcami nie mogę się równać. Wielki mysi detektyw, oglądany po raz pierwszy lata temu, sprawił mi, jako czytelniczce Doyle’a od jakichś niepamiętnych ponad trzydziestu lat, niesamowitą radość. No bo przyjrzyjmy się, na ilu poziomach ten film bawi się Holmesowską tradycją.

 Na pierwszym, podstawowym poziomie jest, oczywiście, sam zarys fabuły. Na Baker Street pod numerem 221B mieszkają słynny detektyw Sherlock Holmes i jego towarzysz doktor Watson; sylwetkę Holmesa, grającego na skrzypcach, widzimy nawet w pewnym momencie w filmie, a obu panów słyszymi (o czym za moment). Ale nie są oni jedynymi lokatorami tego mieszkania. Pod 221 B na Baker Street miesza jeszcze jeden detektyw.

Basil, tytułowy wielki mysi detektyw, ma odpowiedni kapelusz, lupę i ekscentryczne nawyki: gdyby Sherlock Holmes miał bliźniaka-mysz, Basil by nim był. Mieszka z gospodynią, panią Judson, ale nie ma nikogo, kto mógłby pomagać mu w rozwiązywaniu kryminalnych zagadek i kto wsparły go w morderczym, wieloletnim pojedynku intelektów, jaki Basil toczy z mysim (he he) Napoleonem zbrodni, złowieszczym profesorem Ratiganem. Znaczy, nie ma aż do dnia, kiedy u jego drzwi stanie mała, zagubiona Olivia Flaversham, której tatę, mysiego mistrza-zabawkarza, uprowadził jednonogi nietoperz. A dziewczynce towarzyszy dżentelmen, doktor David Q. Dawson, weteran z Afganistanu, gdzie służył  w 66t regimencie Jej Królewskiej Mysiej Wysokości. Doktor spotkał małą na deszczowej londyńskiej ulicy i pomógł jej znaleźć drogę – a Basil szybciutko się zorientował, że za porwaniem jej taty stoi wspomniany wyżej złowieszczy mysz (he he).  

 


And, honey, you should see me in a crown...


Jak Ratigan mógłby nie być złowieszczy? Nie dość, że oparty jest na postaci profesora Moriarty’ego, nie dość, że ma perfidny  plan przejęcia, bagatelka, władzy nad imperium, to jeszcze na dodatek mówi głosem Vincenta Price’a. To jest kolejny poziom gry z Holmesowskim kanonem i generalnie z tradycją w tym filmie: odwołania wychodzące poza fabułę i poza schematy wizualne czy cechy charakteru postaci. Vincent Price wnosi przecież do postaci Ratigana całą swoją aktorską przeszłość, całą wielką tradycję popkulturową, jaką reprezentuje. W tym samym duchu utrzymane są decyzje użycia, dla Holmesa i Watsona, fragmentów nagranych głosów Basila Rathbone’a i Nigela Bruce’a, klasycznych wykonawców tych ról których nie trzeba przedstawiać nikomu, kto o świat ekranizacji Conan Doyle’a się choćby otarł. Obaj panowie już nie żyli, kiedy kręcono Detektywa, użyto więc fragmentów ich dialogów z ról, jakże by inaczej, Holmesa i Watsona. A i w tej samej konwencji mieści się ta urocza nie-całkiem-dla-dzieci scena z oszołomionym Dawsonem tańczącym z tancerkami na scenie – kto widział cudowne Prywatne życie Sherlocka Holmesa będzie wiedział, o czym mówię.





Basil jest zresztą równie Holmesowski jak sam Holmes. Film fantastycznie wręcz podchwytuje pewne specyficzne cechy tej postaci: Basil jest błyskotliwy, ekscentryczny i nieprzewidywalny. Bywa obcesowy i wydaje się chwilami bez serca (ten moment, kiedy mówi Olivii, że nie ma czasu na zaginionych tatusiów), jest przy tym skłonny do depresji i więcej niż trochę zakochany we własnym intelekcie (och, on by wolał umrzeć niż uznać, że Ratigan go ostatecznie pokonał!). Jest jednak przy tym lojalny i zdolny do poświęceń, a o przyjaźni nie umie mówić, za to umie ją okazać. Jest, innymi słowy, znakomitą wariacją na temat postaci Holmesa.  

Sama kompozycja narracji i świat, w którym się to wszystko dzieje, jest też, oczywiście, jak z Conan Doyle’a, ale w ogóle troszeńkę też jak z czarnego kryminału (ten bar, gdzie panna Kitty Mouse śpiewa piosenkę wyjątkowo nie dla dzieci!). Mamy porwania, podstępy, perfidny plan zawładnięcia królową i królestwem w dniu diamentowego jubileuszu. Mamy galerię łotrów spod ciemnej gwiazdy, z rozkosznie durnowatym Fidgetem i tą nieszczęsną myszą-pijakiem, której niebacznie wyrywa się słowo na „sz”…. Mamy śmiertelne niebezpieczeństwo wiszące nad bohaterami i cudowne ocalenie dzięki szlachetności Dawsona i błyskotliwości Basila.  

No i mamy, w 1986, zupełnie fantastyczną steampunkową historię, zanim jeszcze steampunk na szerszą skalę zaistniał w czytelniczej świadomości (to są niemal dokładnie lata powstawania pierwszych ważniejszych steampunkowych powieści, patrz Tim Powers). No bo popatrzcie: jest pełna suspensu scena w sklepie z mechanicznymi zabawkami. Są dziwaczne latające pojazdy, którymi poruszają się bohaterowie. Jest mistrz-konstruktor jako ofiara porwania, no i jest, w centrum intrygi, mechaniczna kopia królowej Mousetorii, użyta do zastąpienia jej samej i przejęcia władzy przez Ratigana. Jest królowa Wiktoria i jej mysi odpowiednik, są ponure londyńskie uliczki i tylko Kuby Rozpruwacza brakuje (ale jest mordercza kocica). No i są (acz to już nie steampunkowo) absolutnie urocze piosenki.

Bardzo, bardzo polecam. Szczerze mówiąc, polecam także i tym, którzy nie przepadają za klasycznymi Disneyowskimi animacjami. Wizualnie Detektyw to podobny styl, co, powiedzmy, 101 dalmatyńczyków, ale historię obejrzy z przyjemnością także i ta osoba, która woli kryminały od kreskówek.  

| < Maj 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        
O autorze
Zakładki:
Autorzy
Blogi
Miejsca: różne
Omnia mea
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...