Książki

wtorek, 19 września 2017

Anna Brzezińska,  Córki Wawelu, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017

 

 

 

Katarzyna Jagiellonka. Warsztat Lucasa Cranacha Mł.
(obrazek stąd)


Była więc sobie raz królewna. A nawet trzy królewny. I ich przyrodnia siostra, też królewna, choć urodzona z pierwszego węgierskiego małżeństwa swego ojca i średnio kochana przez macochę-Włoszkę. I królowa sobie była, i jej damy, i panie mieszczki, i panie lżejszych lub surowszych obyczajów, i biedne dziewczyny, co przyszły ze wsi na służbę, i trzymane na dworze dla uciechy karlice. Zza ich pleców wychyla się cały świat, na pozór znany - bo kto nie widział, na żywo lub na zdjęciach, Wawelu czy Kaplicy Zygmuntowskiej? - na pozór oswojony, bo podstaw wiedzy i/lub komunałów o renesansie nauczono nas w szkole, na pozór oczywisty - bo mało to razy widzieliśmy, na ilustracjach czy na ekranie, królową Bonę, Barbarę Radziwiłłównę, obu Zygmuntów - a jednak, pod piórem Brzezińskiej,  co raz to odsłaniając swoje fascynujące, nieoczekiwane i obce, obce, obce oblicze.   

Zaczynają się Córki Wawelu jak powieść: historią wiejskiej dziewczyny imieniem Regina, która przybywa do Krakowa do ciężkiej pracy jako służąca i szybko przekonuje się, że renesansowe miasto to paskudne miejsce, żeby być kobietą, zwłaszcza zaś kobietą ubogą i zależną od innych.  Kiedy Regina trafia na służbę do słodownika, jej pracodawca, wdowiec, oczekuje od niej, obok pracy, także usług seksualnych i nie jest w stanie pojąć, że ona nie rozumie, czego on chce. Nieświadoma, co się z nią dzieje i niewiele wiedząca Regina, zgwałcona przez pana, zachodzi w ciążę, którą ukrywa, i rodzi dziwaczne dziecko: niby foremne, niby ludzkie, a maleńkie jak kociak. To wokół losów tej dziewczynki-dziewczyny-kobiety, która w źródłach dotyczących epoki nazywana jest Dosieczką, a u Brzezińskiej - Dosią, obraca się spora część opowieści.

Dorothea-Dosia-Dosieczka, jak ją nazywają źródła, ulubiona karlica i zaufana dwórka jednej z córek królowej Bony (źródła mówią nam o jej roli u boku królewny, ale milczą o jej dzieciństwie i pochodzeniu), to pierwsza z wawelskich dziewcząt i pierwsza z królewien w tej opowieści - choć urodzona w nędzy i wychowana przez właściciela szynku i prostytutkę, kim innym, jak nie księżniczką, może być córka Reginy, królowej? Opowieść o dziejach Reginy i jej córki, rozsnuta przez Brzezińską między fikcją, rekonstrukcją tego, co prawdopodobne i co mogło się zdarzyć, a poświadczoną w dokumentach historią, to były te momenty w jej tekście, kiedy najbardziej, przewrotnie żałowałam, że autorka nie zdecydowała się napisać o tym świecie powieści - że wizje miasta jako smoka z grzbietem najeżonym łuskami dachówek i obrazy takie, jak stara wiedźma Witosława i jej ptaszyska pozostaną tylko rzuconymi ot tak przed czytelnika perełkami, skojarzeniami i lękami bohaterek, że nie ułożą się we własną, rozbuchaną i szaloną opowieść, do której napisania Anna Brzezińska byłaby z pewnością więcej niż właściwą osobą.

Powiedziałam, że żałuję przewrotnie - bo forma Córek Wawelu bardzo mi się podoba. Takie książki czytało się, kiedy byłam dzieciakiem - fabularyzowane biografie, barwne opowieści o historii i jej aktorach, przemycające w atrakcyjnej czytelniczo formie mnóstwo wiedzy. No tylko wtedy pisano je trochę inaczej. Brzezińska w Córkach... opowiada nam, po pierwsze i przede wszystkim, historię renesansowych kobiet i przez ich oczy, powiązanych z nimi mężczyzn; kobiet z dworów i z mieszczańskich kamienic czy rzemieślniczych warsztatów, ale i tych ze wsi, z biedy i poniżenia. Autorka robi to przy tym w szalenie przekonujący i efektowny sposób: upomina się o swoje bohaterki, o ich zaginione w historii opowieści i uciszone głosy, ale jednocześnie nie uwspółcześnia ich, nie czyni mentalnymi siostrami-bliźniaczkami swoich czytelniczek. Nie, jej księżniczki nie oburzą się na ideę aranżowanego małżeństwa - choć mogą modlić się, żeby narzeczony nie był starszy od ich ojca ani nie miał reputacji brutala i damskiego boksera; a jej ubogie dziewczęta nie będą mieć za grosz współczucia i zrozumienia na przykład dla cierpienia żyjących obok nich i dręczonych często ponad miarę koni, kóz, psów, kotów... A autorka pokazuje nam, dlaczego tak jest, z czego takie, a nie inne postawy wobec życia, wobec świata, wobec innych wynikają. Brzezińska-historyk ma dla przeszłości szacunek i zrozumienie i stara się przekazać je swoim czytelnikom - odgrzebać renesans i zygmuntowski dwór pod sterty szkolnych banałów i komunałów, którymi nas zarzuca szkoła, a jednocześnie pokazać, że przeszłość to obca kraina i że to, co dziś wydaje się nam naturalne i właściwe (potrzeba młodej kobiety, by stanowić o sobie samej i swoim losie, poczucie godności, rozumienie wolności osobistej) mogło być wówczas pojmowane  zupełnie inaczej. Autorka nie szczędzi trudu, żeby nas przez kręte ścieżki i nieoczekiwane pejzaże tej obcej krainy przeprowadzić tak, żebyśmy ją pojęli i docenili.
Renesansową Polskę wpisuje Brzezińska w szeroką europejską perspektywę. Nie jest to trudne - obok Dosi-karlicy głównymi bohaterkami opowieści Brzezińskiej są trzy królewny, młodsze córki Bony i Zygmunta Starego, trzy przyszłe władczynie: Katarzyna Jagiellonka, królowa Szwecji i matka Zygmunta III Wazy, księżna brunszwicka Zofia Jagiellonka i ich siostra Anna, wybrana w 1575 królową Polski. Ród Jagiellonów funkcjonował w szerokim europejskim kontekście - spowinowaceni z węgierskimi Zapolyami, mediolańskimi Sforzami i panującymi nad sporym kawałkiem Europy Habsburgami, a przez nich z połową rodów Europy, portretowani przez Cranachów, korespondujący z uczonymi i zatrudniający artystów z całego ówczesnego zachodniego świata, Jagiellonowie należeli bez wątpienia do ówczesnej kulturowej i politycznej wspólnoty. Anna Brzezińska często się zresztą do tego faktu odwołuje i chętnie korzysta z okazji, by w swych dygresjach porzucić Kraków i poprowadzić nas a to na dwór Izabeli Aragońskiej, a to do świata średniowiecznych i renesansowych romansów, a to do drukarni i na uniwersytety... Robi to przy tym szalenie efektownie i skutecznie: dydaktycznego smrodku w jej dziele nie uświadczysz. Nie ma też u niej jeszcze jednej zmory  takiego pisania - usładzania i lukrowania historii. Choroby, bieda, gwałty i brutalność, strach przed zarazą i bożym gniewem, polityczne zawieruchy i ich skutki, ciężkie życie słabszych i koszmarny niejednokrotnie los zwierząt - to wszystko u Brzezińskiej widoczne jest wyraźnie, choć opowiadane bez epatowania i makabrycznych detali. 

To jest złożony tekst, skomplikowany jak renesansowa tkanina, upleciony z wielu skontrastowanych ze sobą nici i splatający/splątujący różne perspektywy chronologiczne.  Brakowało mi takiej książki; dawno nie czułam się taka zaintrygowana, taka wciągnięta w wydarzenia, przy lekturze o polskiej historii.

PS. Zupełnie ciekawostkowo: Anna Brzezińska nie jest pierwszą polską autorką, która oddała głos Dosieczce; przed nią zrobiła to, w roku 1986, Hanna Muszyńska-Hoffmanowa w dość zapomnianej dziś powieści Zamorska Jagiellonka, poświęconej postaci królowej Katarzyny.

Zapisz

Zapisz

niedziela, 02 lipca 2017

Trochę mam problem ze Łzami Mai Martyny Raduchowskiej. I nie bardzo wiem, jak tę powieść ocenić.

 


Z jednej strony tekst Raduchowskiej mnie trochę znudził i zmęczył stylistycznie. Nie chcę przy tym powiedzieć, że proza autorki jest językowo niepoprawna – nie, to nie w tym leży problem. Problemem, konkretnie moim problemem jako czytelniczki – bo kwestia jest, przyznajmy, szalenie subiektywna – jest brak jakiejkolwiek specyficzności tego języka, jakiejkolwiek oryginalności. Nie, nie mam na myśli tworzenia neologizmów opisujących świat, bo z tym autorka radzi sobie zupełnie nieźle. Mam na myśli sposób narracji i wypowiedzi postaci. Zarówno tam, gdzie autorka opowiada, prostym, przezroczystym, pozbawionym choćby elementów stylizacji językiem, jak i zwykle wtedy, kiedy się stara pisać bardziej impresjonistycznie i odchodzić od prostego opowiadania, jej proza jest raczej zwyczajna i mnie przynajmniej nie porywa.  I oczywiście, ja wiem, ja zawsze na to narzekam, ale tu akurat, przy nowoczesności i pomysłowości świata autorki, można było trochę stylistycznie poszaleć (i wyrzucić przypisy odautorskie, bo nie jestem pewna, czy akurat jakiemukolwiek czytelnikowi Raduchowskiej jest potrzebne wyjaśnienie, co oznacza virtual reality…; one są zbędne i na dodatek robią pretensjonalne wrażenie). No i OK, jak już jestem przy poprawianiu, to bym trochę więcej czasu poświęciła charakterom, bo postacie Raduchowskiej wydają mi się dość mocno zredukowane do podstawowych cech. Te cechy są przekonująco i sensownie przez autorkę opisane, ale jednocześnie mocno jej postacie ograniczają – wolałabym wiedzieć o nich więcej, zobaczyć je w świetle punktującym więcej niż jeden-dwa elementy charakterystyki (dobra siostra, eks-ćpunka, odważna).

Co powiedziawszy, przestanę narzekać i przejdę do tego, co mi się u Raduchowskiej podobało – a podobało mi się całkiem sporo.

Przede wszystkim to jest znakomicie pomyślana powieść, zarówno gdy chodzi o świat przedstawiony, jak i o konstrukcję fabuły. Koncepcyjnie Łzy Mai to jest, moim zdaniem, tekst rzeczywiście bardzo dobry, z efektownie i twórczo pomyślanym opisem rzeczywistości. Pierwsza część fabuły ma charakter de facto thrillera, w drugiej przeważa model powieści detektywistycznej i prowadzonego przez bohaterów śledztwa, i obiema tymi konwencjami Raduchowska posługuje się sprawnie i umiejętnie; potrafi wiarygodnie przedstawić nam zarówno – w pierwszej części powieści – początek Buntu, rebelii replikantów i androidów oraz podburzonego przez nich tłumu przeciw korporacyjnemu światu, jak i, w drugiej, efekty tego, co się stało i prowadzone przez bohaterów śledztwo w sprawie tajemniczych zabójstw, które w pewnym momencie, wedle praw tego świata, okazują się być czymś nieco mniej niż zabójstwami…

Ten cyberpunkowy świat, ze stopniowalną kondycją androidów – od tych natychmiast od ludzi odróżnialnych po tych, którym do człowieczeństwa niewiele [SPOJLER: prawie nic] nie brakuje – Raduchowska buduje ze znanych klocków (i robi to świadomie, patrz liczne mniej lub bardziej zręczne nawiązania do okołocyberpunkowej klasyki w jej powieści), ale robi to bardzo twórczo, pomysłowo i konsekwentnie. Niezwykle – i mówię to z przekonaniem, bo tu mnie autorka bardzo pozytywnie zaskoczyła – podoba mi się w Łzach Mai to, że autorka wyraźnie rysuje ekonomiczno-społeczne tło Buntu i związanych z nim wydarzeń. Jej świat to rzeczywistość, gdzie cielesne modyfikacje i częściowa cyborgizacja są ogromnie kosztowne, a jednocześnie – coraz bardziej potrzebne dla zdobycia lepszej pracy, wyższej pozycji, awansu… Bez wszczepów poprawiających koordynację, pamięć, zdolności, nie masz szans na lepsze zarobki i poprawę swojej pozycji; jesteś na nie za biedny, to pozostaniesz biedny. To oczywiście generuje narastający gniew i złość tych, których ta pełzająca (r)ewolucja spycha coraz głębiej na margines życia. Niewiele trzeba, żeby wywołać wybuch – i kiedy rząd postanawia zakazać rzekomo potaniającego ten proces środka zwanego reinforsyną, ta beczka prochu w końcu wybucha – nieważne, że reinforsyna ewidentnie rzeczywiście ma te fatalne skutki uboczne, o których mowa…

Bunt zmienił życie głównego bohatera powieści, Jareda: z zawodu policjant, Jared jako jedyny człowiek przeżył masakrę swego oddziału w trakcie Buntu i, ciężko ranny, został poddany niekonwencjonalnej terapii; był przez trzy lata w śpiączce, po czym wrócił, by zemścić się na zdrajczyni, która ich zbuntowanym androidom wydała.

No właśnie: Jared był jedynym człowiekiem, który przeżył. Była jeszcze Maya. Maya-replikantka, policjantka i towarzyszka broni, w której Jared podświadomie widział przyjaciółkę (choć nie wierzył w człowieczeństwo androidów), a którą potem uznał za osobę winną masakry, jaka spotkała jego oddział. Ergo, kiedy po trzech odzyskał pamięć (i dowiedział się, że stracił żonę), Jared był gotów na wszystko, byle zdrajczynię eksterminować. Tyle że sprawy się nieco skomplikowały: i sam Jared, napakowany maszynerią poprawiającą jego osiągnięcia i ratującą mu życie, nie bardzo może bronić idei czystego człowieczeństwa bez poprawek, a i to, kto jest winny i kto zabija androidki, przekradając się zza Muru, gdzie zamknięto rebeliantów, wcale nie jest takie oczywiste – bo co, jeżeli to sam Jared, którego możliwości fizyczne i mentalne mocno się od czasu wypadku zmieniły?

Zarówno wizja scyborgizowanych ludzi, gubiących się w rozróżnianiu, gdzie jest fizyczna granica człowieczeństwa (bo prawna jest w tym świecie aż za łatwa do zdefiniowania: ludzie mają prawa, replikanci nie), jak i idea szukających swojej natury i skazanych na wieczną wobec ludzi zazdrość replikantów to koncepcje, które także Raduchowskiej wyszły świetnie. Pytanie o prawa androidów – w literaturze przecież ograne - brzmi u niej świeżo i jest ujęte w twórczy sposób (patrz dyskusja o tym, że półświadomie wierzymy, że duszę mają nasze ukochane zwierzątka domowe, a odmawiamy jej sztucznie stworzonym ludziom). Tu Raduchowska zaskakuje i rzeczywiście daje czytelnikowi do myślenia.

Ta powieść jest też nieźle literacko skonstruowana – to, że autorka wysyła bohatera na przymusową trzyletnią śpiączkę sprawia, że kiedy Jared wraca do gry, możemy wraz z nim oglądać świat, który po Buncie zmienił się nie do poznania. Także intryga rodem z thrillera (kim jest doktor Meredith Bennett, a raczej – kim są jej mocodawcy?), jak i ta stricte kryminalna (kto zabija androidki?) są efektownie skonstruowane. Uwagi mam tylko do faktu, że autorka [SPOJLER:  nie rozwiązuje jednej z kluczowych zagadek i koniec powieści wygląda raczej jak nagły koniec rozdziału], ale poza tym, fabularnie powieść Raduchowskiej zdecydowanie się broni.

3,5 gwiazdki w pięciostopniowej skali bym dała; znaczy, jak na mnie, podobało się zdecydowanie, mimo uwag i czepialstwa. Gdyby językowo ta powieść była ciekawsza, pewnie by trafiła na listę moich ulubionych, ale i tak oceniam ją wysoko.



niedziela, 18 czerwca 2017

Marta Krajewska, Idź i czekaj mrozów, Genius Creations, Bydgoszcz 2016

 

 

UWAGA: SPOJLERY

 

W ramach wyzwania Zew Zajdla postanowiłam przeczytać wszystkie powieści i opowiadania nominowane do tej nagrody. A skoro już je czytam, pomyślałam, czemu nie miałabym również ich zrecenzować/przedyskutować na blogu? Recenzje z powieści Marty Kisiel i Radka Raka już na blogu są, a dzisiaj pora na Idź i czekaj mrozów Marty Krajewskiej.  

Fabuła powieści Krajewskiej - powieści, która, skądinąd podobnie jak współnominowana z nią do Nagrody Zajdla, bardziej przypomina zbiór opowiadań połączony wspólnymi wątkami niż powieść sensu strictissimo - skupia się wokół losów kilkorga postaci mieszkających w odległej od świata Wilczej Dolinie.  Główną wśród nich jest adoptowana córka zielarza, Venda, która po śmierci ojczyma musi zdecydować, czy chce zająć jego miejsce i zostać Opiekunem wioski - a fakt, że w jej życiu nadnaturalne istoty (a zwłaszcza jedna, a raczej - jeden, z nich) zaczynają odgrywać coraz ważniejszą i coraz bardziej, hmmm, osobistą rolę, nie pomaga jej w odpowiedzi na to pytanie.  Obok Vendy i dwóch mężczyzn, którym pisane jest odegrać w jej życiu sporą rolę - są nimi jej przyjaciel z dzieciństwa Imir i tajemniczy nieludzki wilkar DaWern, ostatni ze swej rasy - w centrum uwagi czytelnika znajduje się jeszcze kilka postaci. Śledzimy miłosne, a potem małżeńskie perypetie Atry, która pakuje się w kłopoty przez nader nieodpowiedni romans i następnie, chcąc nie chcąc, wychodzi za mąż. Oglądamy dzieje młodej młynarki Jady, która straciła ukochanego w najbardziej banalny i najstarszy sposób na świecie - i historię Stalli, kobiety w średnim wieku, która kiedyś porzuciła tę wioskę, a wraz z nią - męża i synka, a teraz wróciła, jako ktoś inny i z innym mężczyzną u boku. W tle jest jeszcze żyjąca poza wioską wiedźma i mieszkająca jak najbardziej wśród ludzi pani Wiljo z dziwną małą córeczką imieniem Płomyk. Nad wszystkimi tymi postaciami stale wisi cień zguby - koegzystencja Doliny z siłami wokół niej, z bogami i istotami nadnaturalnymi, nie jest ani łatwa, ani przewidywalna, a zguba i zabójczy w skutkach gniew bóstw nigdy nie jest daleko od tego małego, zamkniętego światka.
To jest, pod względem formy, gatunku i języka, powieść znacznie bardziej tradycyjna i bliższa mainstreamu fantasy niż teksty Radka Raka czy nawet Marty Kisiel - i nie jestem do końca pewna, czy odrobina odwagi w decyzjach dotyczących narracji czy stylu nie wyszłaby jej na dobre. Gatunkowo Idź i czekaj mrozów na pierwszy rzut oka mieści się w dość wąsko rozumianej fantasy. Inspiracją do kreacji świata przedstawionego była w tym przypadku przede wszystkim mitologia słowiańska (a raczej to, jak się ją rekonstruuje), choć tekst, wbrew pozorom, niekoniecznie tylko do tych słowiańskich tradycji się odwołuje – wystarczy spojrzeć na imiona, gdzie element nordycko-fiński wydaje się podobnie znaczący, co słowiański. Krajewska „rekonstruuje” w Idź i czekaj mrozów społeczność żyjącą w dziwacznej, kruchej harmonii nie tyle i nie tylko z naturą, co przede wszystkim z tym, co nadnaturalne – jej bohaterowie nie tyle stykają się z magią i z istnieniem bogów jako z zewnętrznym fenomenem, z czymś, w co trzeba uwierzyć i przekonać się, że jest – oni żyją stale z pełną świadomością, że jeśli zrobią coś nie tak, bogowie ich ukarzą, a magiczne istoty skrzywdzą. Ta kreacja świata przedstawionego, z działającymi bogami, z mitem o dawnych prawie-wymarłych nieludzkich przeciwnikach w zamku nad doliną, z zagadkową ni to boginią, ni to czarodziejką-heroiną Elleniale w tle, jest bodaj czy nie najmocniejszą stroną powieści Krajewskiej (przyznam się bez bicia, chęć poprowadzenia sesji RPG w świecie opartym na tej powieści nie opuszczała mnie przez kilka dni po lekturze).

Na drugi jednak rzut oka widać wyraźnie, że w powieści Krajewskiej zdecydowanie widoczne są wpływy innego gatunku, a mianowicie – paranormal romance. Wiem – od kiedy zdarzyło mi się słyszeć autorkę wypowiadającą się na ten temat – że sama Marta Krajewska nie jest może najszczęśliwsza z tych skojarzeń; problem polega na tym, że trochę trudno się od nich uwolnić. Im bardziej bowiem zagłębiamy się w tę historię, tym ważniejsze okazują się wątki obyczajowe – a przez obyczajowe zdecydowanie trzeba tu rozumieć romansowe.

Venda jest przez pewien czas rozdarta między rodzącym się uczuciem do Imira, który wcześniej był dla niej niczym innym, jak przyjacielem z dzieciństwa, a wilkarem DaWernem. Muszę przyznać, że zdecydowanie podobało mi się to, jak autorka rozegrała i zakończyła wątek Imira – zaskakująco i nieoczywiście. Natomiast… ech, pan Darcy w postaci nie-wilkołaka męczył mnie wręcz niemożebnie. Tak jak w Clovisie LeFay wątek Johna i Alicii, tak tutaj motyw niechęci prowadzącej do Prawdziwej a Tragicznej Miłości między DaWernem a Vendą wydawał mi się zbyt oczywisty, zbyt przewidywalny w swojej konstrukcji i sposobie poprowadzenia. Ech, wolałabym osobiście, żeby autorka, chcąc pokazać bohaterkę przeznaczoną demonom, bardziej pograła sugestią, że Venda zaczęła pożądać Imira i odczuwać do niego coś zdecydowanie więcej, kiedy przestał już być człowiekiem… Zresztą, jak na wioskę, w której jest wyraźny rozdział ludzi od potworów, w Wilczej Dolinie jest tych mieszanych związków, hmmm, DUŻO? Venda zakochuje się w wilkarze, Atra uprawia seks i zachodzi w ciążę z demonicznymi upiorami z zakazanego cmentarza, Jada w końcu poślubi płanetnika, a Wijlo – Wiljo nie zwiąże się z nikim nadnaturalnym, bo sama jest istotą nadnaturalną. Jeżeli porównać to, jak temat związków ludzi z nieludźmi potraktowała Krajewska, z tym, jak robi to, w opowiadaniu „Wody głębokie jak niebo” Anna Brzezińska, widać wyraźnie, że tam, gdzie Brzezińską interesuje przede wszystkim paradoksalność natury bohaterów i ich walki z tym, co nieludzkie (walki, że dodam, jakże ironicznej i absurdalnej), tam Krajewska skupia się na opisie uczuć, pożądań i romansów. I żeby nikt mi tu nie uznał, że to jest krytyka – absolutnie nie to mam na myśli. Chcę jedynie wskazać, że elementy romansowe w Idź i czekaj mrozów wydają się, paradoksalnie, dominować nad tymi stricte fantastycznymi.    

Świat i jego kreacja, jak powiedziałam, wydaje mi się najmocniejszą stroną powieści Krajewskiej (1). Trochę więcej problemu mam z jej bohaterami – może dlatego, że autorka skupia się na tych, które akurat mnie interesują nieco mniej. Venda jako bohaterka zdaje mi się dość przewidywalna i mało ciekawa. Nie zawsze przekonują mnie jej motywacje – serio, aż tak mało reakcji po śmierci Opiekuna, jaki by trudny nie był? Nie zawsze mam ochotę wiedzieć więcej akurat o niej, a tam, gdzie mam – jak w sprawie z Imirem – autorka wybiera (i takie jej prawo) inne aspekty historii postaci. Wolałabym, szczerze mówiąc, powieść o Stalli, jej żałobie, jej decyzji o opuszczeniu wioski i porzuceniu rodziny, jej karierze i jej śmierci. Wolałabym powieść o Wiljo – w ogóle poproszę o powieść o selkie/kobiecie-łabędziu/królewnie żabce i o tym, jak się żyje z mężem, którego serio i szczerze pokochałaś, a który potem ukradł ci szansę na twoje własne życie i odebrał prawo wyboru. No i zdecydowanie wolałabym powieść o Atrze, o jej seksualnym przebudzeniu, zakazanych przygodach, o jej klasycznym be careful what you wish for i o upartych, zdecydowanych próbach, mimo wszystko, uratowania się z tej sytuacji, choćby po trupach, a przynajmniej kosztem szczęścia innych. Atra to jest Becky Sharp tego świata – i ja bym naprawdę chciała więcej o niej, mniej o Vendzie.

No i jeszcze jedno – ja bym wolała, żeby ta powieść napisana była odważniej, zarówno językowo, jak i gdy chodzi o narrację. Jej styl – hmmm, pasuje do postaci Vendy, bo jest podobnie poprawny i bezbarwny. Odrobina szaleństwa, trochę więcej stylistycznego zróżnicowania, odważniejsza polszczyzna – i mielibyśmy zamiast poprawnej powieści coś znacznie ciekawszego.

Generalnie, oceniam Idź i czekaj mrozów (skądinąd, tytuł jest znakomity i intrygujący) pozytywnie – i mam z ta powieścią podobnie, jak z Clovisem LeFay Anny Lange: sporo uwag, sporo krytyki, ale i generalne przekonanie, że jeżeli polska fantastyka pójdzie w tę stronę, to ja płakać nie będę.

(1)  Yup, mam pewne problemy z imionami w tym świecie, ale to jest marudzenie filologa i daruję wam moje wątpliwości.

Zapisz

niedziela, 04 czerwca 2017

Radek Rak, Puste niebo, Powergraph 2016

 

 

 

UWAGA SPOJLERY

 

 Jako że nastąpiła rzecz głęboko niemożliwa i ja, autorka tego bloga pełnego niemiłych chwilami uwag o polskiej literaturze, postanowiłam przeczytać zestaw tekstów nominowanych do nagrody Zajdla, to postanowiłam również - a co mi tam! - je zrecenzować. Na pierwszy ogień poszła - zanim jeszcze podjęłam decyzję o lekturze wszystkich - Siła niższa Marty Kisiel (która pozostaje, jak na razie, moją osobistą Zajdlową faworytką); jako drugą postanowiłam zrecenzować powieść Radka Raka Puste niebo.

To ja może powiem od razu, żeby sztucznego suspensu nie robić: serca mi ta książka nie złamała, zachwycić nie zachwyciła, ale podobać się, to, i owszem, zdecydowanie się podobała.

Ale po kolei: łowiąc ryby na Bugu, niemądry i nic nie rozumiejący Tołpi łowi, a potem rozbija, księżyc; miał co prawda w planach zanieść go dziewczynie, która mu się (mocno bez wzajemności) podoba, ale po drodze jakoś tak się stało, że Tołpi i marne licho (głoszące się wszem i wobec diabłem-szlachcicem) Zapaliczka księżyc stłukli. Mądra wiejska starucha Sławuszka Tołpiego ostro zganiła, powiedziała mu, że bez księżyca, co babskie sprawy reguluje, kobiety przestaną rodzić, a ludzkość wymrze, i kazała mu iść do Lublina do mądrego rabina księżycotwórcy po nowy. No to Tołpi poszedł, a po drodze spotkało go mnóstwo mniej lub bardziej groteskowych, mniej lub bardziej upiornych przygód.  

Przewijają się w tych przygodach typy, postacie i motywy zakorzenione zarówno w polskiej kulturze, jak i w świadomości odbiorców (pop)kultury niekoniecznie polskiej. Tołpi spotyka Jana Azryjela Hespera, przechrztę i eks-rabina, obłożonego cheremem, który to rabin eksperymentuje z  kabałą i tworzeniem księżyca; natyka się na jego towarzysza, hedonistę i sybarytę Tyfona. Panowie mają problem, poważny problem, związany ze znikającym księżycem: zawarli byli mianowicie szatański pakt z władcą wron, kawek i kruków, Sędziwronem, i winni mu są swoje dusze, gdy tylko księżyc zniknie permanentnie z nieba…

Ci dwaj i gospodyni Hespera, pani Maria, a także śliczna i niebezpiecznie seksowna pokojówka Adela to nie są jedyne osoby, z którymi Tołpi się zetknie w swojej próbie naprawienia głupot, których narobił. Wcześniej wpakuje się w spotkania z kolejnymi postaciami rodem z archetypów i kulturowej tradycji – zostanie nakarmiony słodyczami przez madame Chauchat, w rzeczywistości kuszącą i groźną bohaterkę C. S. Lewisa i H. Ridera Haggarda i ani się obejrzy, obieca jej księżyc, bo przecież pani jest taka piękna, zmysłowa i władcza… Przez chwilę będzie lokatorem-więźniem w upiornym klasztorze-szkole dla niegrzecznych chłopców, gdzie chcąc nie chcąc stanie się częścią buntu – buntu, który poprowadzi go wprost w objęcia bolszewików i rewolucjonistów, choć i o komunizmie, i o rewolucji nasz bohater wie tyle, co o wszystkim innym, czyli, hmmm, nic. I jeszcze się zaplącze Tołpi w znajomość z duchem mnicha, co zestrzeliwuje z nieba spadające anioły, i poniesie go w pełne upiorów i zjaw wszelakich podziemia Lublina, a potem, cóż, potem będzie dużo umierania, a Tołpi nie pójdzie do nieba. Bo, po prawdzie, nie zasłużył.

Radek Rak umieszcza opowiadaną przez siebie historię wioskowego głupka Tołpiego i jego przygód zainicjowanych stłuczeniem księżyca w zmityzowanym uniwersum polskiej kultury przełomu różnych epok, bo mamy tu i przedwojenny częściowo żydowski Lublin, i pokraczną wersję manifestu lipcowego i kompletnie wyjętą z czasu wieś; a i uniwersalne, wyjęte z tradycji (pop)kultury postacie co jakiś czas nam się przewijają (Aisza Jadis, serio?).  Wydarzenia dzieją się w jakimś mitycznym zawsze-nigdy, a w tonie opowieści baśniowość przeplata się z groteskowością, onirycznością i autentycznym tragizmem. Słychać w prozie Radka Raka inspiracje modernizmem, słychać Schulza i – w mniejszym stopniu – także Leśmiana. Rodem z Leśmianowskich fantasmagorii i z szalonej wyobraźni Brunona Schulza są też miejsca i ludzie, z którymi Tołpi się styka. To jest świat pełen dziwacznych karłów (imieniem Bruno, nie mniej), pokurczonych wierzbowych diabłów, rabinów mamroczących niezrozumiałe kabalistyczne frazy, niepojętych stworów z koszmarnych snów. Jednocześnie świat ten nie jest baśniowy – jest na to zbyt okrutny i zbyt przesycony seksualnością. Zmysłowość kobiet, wyuzdanie Tyfona i nieporadne próby cielesnego obcowania, jakie podejmuje Tołpi (pożądanie wobec namiętnej siostry Rozyny, pokusy, na jakie wystawia go pani Aisza Jadis, seksualne ekscesy z Adelą – to jest też szalenie schulzowsko-leśmianowskie, a szerzej – wyraźnie zakorzenione w post-secesyjnych, witkacowsko-modernistycznych wizjach femmes fatales. Kobiety u Radka Raka – pragnąca wyrwać się z narzuconego dziewictwa siostra Rozyna, upiorna matka przełożona i wilkołaczo-świńska, odczłowieczona (ona nieprzypadkowo pozbawiona jest, przez nieznajomość języka, możliwości komunikowania) siostra Remedios, magiczna, zmysłowa i lodowato groźna Aisza, zastygła w panieństwie i służbie innym pani Maria, eksplodująca wulgarnym seksem i budząca żądze Adela, mądra starucha Sławuszka – są, tak naprawdę, nie postaciami, nie ludźmi, a żywymi wcieleniami Jungowskiego archetypu. Rak podkreśla, jak podobna jest Adela do Jadis, jak wiele łączy ją także z Rozynką. Mam o to do niego, tak po prawdzie, nieco pretensji, bo to te postacie osłabia, a ich losy pozbawia znaczenia. Radek Rak napisał Adeli makabryczny wątek, w którym zgadza się ona poświęcić de facto własne życie dla wyprodukowania sennego marzenia (bo bez snu nie będzie nowego księżyca), pokazał nam ją po lobotomii, torturowaną, pozbawioną świadomości i opuszczoną – to, że summa summarum jej postać okazuje się, w oczach Tołpiego, w zasadzie utożsamiona z Aiszą, odbiera sporą część znaczenia temu, co z nią zrobiono i na co się zgodziła; czym jest cierpienie jednego awatara Bogini wobec jej wiecznego istnienia? Te kobiety, władcze modliszki i pełne poświęcenia anioły seksu i miłości, na pozór efektowne, ale uwięzione w swojej archetypowości – to im chyba najbardziej z postaci Radka Raka brakuje, tak naprawdę, charakterów.     

Paradoksalnie, podoba mi się postać głupiego, czasem szlachetnego, częściej bezmyślnie okrutnego Tołpiego (otrząsnęło mnie ze złości w tym momencie, w którym zabił biedne, durnowate licho wodą święconą!), bo ona z kolei idzie trochę wbrew archetypowi – Tołpi nie jest bohaterem ze schematu Proppa, uczy się niewiele i na końcu rozumie i wie niewiele więcej, niż na początku. Nawet życia od śmierci za bardzo nie odróżnia, a i to, że chyba nie trafi do raju, nie bardzo do niego dociera. W końcu pokutę za swoje zbrodnie odbędzie u boku swojej świętej upadłej umęczonej kochanki, która wybłagała mu boże miłosierdzie, na które nie zasłużył…

Tak jak koncepty i motywy, tak i styl powieści Radka Raka jest zanurzony w literackiej tradycji, wystylizowany, z baśniową w charakterze narracją opowiedzianą językiem nawiązującym (ale lekko, to się ciągle łatwo czyta) do stylu a la Schulz. Parę lat temu pisałam, że mi brakuje w polskiej fantastyce takich głosów, takich tekstów – i jak mnie powieść Radka Raka nie zachwyciła, tak cieszę się, że jest. No i podobała mi się dostatecznie, żeby trafić na razie na nr 2 listy Zajdlowej (a przeczytałam już 4/5 nominacji, żeby nie było). Raczej na pewno sięgnę po kolejne książki autora.

piątek, 02 czerwca 2017

James S. A. Corey (Daniel Abraham, Ty Francks), The Expanse I-IV (Leviathan Wakes, Caliban's War, Abbadon's Gate, Cibola Burns), 2011-2014.

 

 

SPOJLERY!

 

I. Wstęp

Sukces literackiej serii Jamesa S. A. Coreya (pod którym to pseudonimem ukrywają się dwaj autorzy: Daniel Abraham i Ty Franck) potwierdzają nie tylko więcej niż przyzwoite wyniki sprzedaży i trafiające im się od czasu do czasu nominacje do poważnych nagród SF, ale i powstanie opartego na tym cyklu powieści serialu TV (obecnie dwa sezony, z których pierwszy dostępny jest na polskim Netflixie). Seria Coreya to gatunkowo na pierwszy rzut oka dość klasyczna space opera/SF z elementami różnych innych gatunków (horror, thriller, powieść kryminalna), nawiązująca bardzo świadomie do klasyki fantastyki naukowej. Klasyka SF jednak nie jest jedynym obszarem literackiej tradycji, z którym autorzy The Expanse pogrywają. Podobnie jak wielu z najciekawszych współczesnych autorów SF (by wspomnieć choćby Anne Leckie czy Dana Simmonsa), twórcy The Expanse sięgają w swojej historii do szerokiego spektrum literackiej klasyki, prowadząc swoich czytelników po mniej lub bardziej ukrytych śladach wielkich dzieł (głównie) zachodniej tradycji literackiej. Jak jeden z bohaterów, detektyw Joe Miller, chciałabym teraz pójść tymi śladami z lupą w jednej, a latarką w drugiej ręce – wskazać na obecność w The Expanse motywów klasycznych, biblijnych, szekspirowskich oraz, oczywiście, zaczerpniętych z najbardziej oczywistego tu źródła inspiracji, Don Kichota Miguela de Cervantesa, jak również z tradycji poezji i prozy XIX i XX wieku, a także zastanowić się nad pytaniem: po co autorom opisującym nam odyseję ludzkości dość niespodziewanie odkrywającej kosmos (i płacącej za to sporą cenę…) odniesienia do szacownej literackiej klasyki? Do czego je wykorzystują i w jaki sposób się nimi posługują?

Zacznijmy może od tła, bo bez niego kiepsko widać wszelkie hafty, naszywki, aplikacje i ozdoby, którymi pp. Corey ozdobili swoje dzieło.

 

II. Autor! Autor! A nawet dwóch!

 

Moje "pp. Corey" powyżej to oczywiście nawiązanie do faktu, że James S. A. Corey nie istnieje: jest to po prostu pseudonim autorskiego duetu Daniel Abraham i Ty Franck. Obaj panowie nie byli całkowitymi nowicjuszami, kiedy się za The Expanse zabierali. Daniel Abraham miał już doświadczenie w pisaniu różnych gatunków fantastyki (pisywał także teksty fantasy, powieści pisane we współautorstwie z Georgem R. R. Martinem i Gardnerem Dozois oraz powieść ze świata Star Wars), Franck z kolei ma m.in. doświadczenie pisania RPG i sekretarzowania George’owi R.  R. Martinowi. Franck również, co ważne, stworzył własny autorski system RPG - system, w którym w pewnym momencie zaczął prowadzić dla znajomych cykl przygód załogi statku kosmicznego, która na jakimś etapie swoich wypraw spotyka pewnego detektywa... Z tej gry, z przyjaźni obu autorów i z wspólnych literackich ambicji i zamiłowań narodził się pomysł wspólnego napisania cyklu powieści: pozostało tylko wybrać sobie pseudonim.
Pseudonim zaś został wybrany staranie: tak, by – składając się z elementów imion i nazwisk autorów/ich bliskich – jednocześnie przywoływał skojarzenia z nazwiskami/pseudonimami klasyków space opery (jak Robert E. Heinlein czy Arthur C. Clarke). Panowie wiedzieli, co chcieli osiągnąć - ich planem było, najwyraźniej, dać czytelnikowi starą dobrą przygodową space operę.
No, może nową starą dobrą przygodową space operę - bo w The Expanse innowacje i otwarcie się na nowość (zwłaszcza przy socjologii społeczeństwa w cyklu opisanego) jest co najmniej równie ważne, jak literacka i kulturowa tradycja.

III. This is the world we live in

Świat w The Expanse jest, wyjściowo, światem ludzkim: ludzkość nie zetknęła się w nim jeszcze z dowodami na istnienie obcych cywilizacji. Acz, co fakt, to fakt - poza Układ Słoneczny taż ludzkość jeszcze nosa nie wychyliła. Ale jako że ludzkość to ludzkość, z całą jej potencjalną wielkością i nader częstą małostkowością, zaślepieniem i generalną koszmarnością, ludzie zdążyli już, oczywiście, pokłócić się w kwestii tego, kto mianowicie zasługuje na miano człowieka.
Podziały polityczne w tym świecie są niejednoznaczne, a alianse - niestabilne: to jest, mówiąc najkrócej, świat na permanentnej krawędzi wojny. To będzie, jak zauważają bohaterowie, przepowiedziana przez Einsteina wojna na kamienie - ale rozumiana zupełnie inaczej, niż się wielkiemu uczonemu wydawało, bo nie trzeba wracać do epoki walk na kamienie, żeby przy pomocy skutecznego bombardowania odłamkami skał z orbity zrobić potężną krzywdę przeciwnikowi; w świecie The Expanse to jest stałe zagrożenie. Kolebka ludzkości, Ziemia,- przeludniona, zarządzana przez ONZ i wbrew pozorom stosunkowo zamożna - jest jednocześnie częściowo zdewastowana ekologicznie, co w efekcie zmusiło władze do wprowadzenia konkretnych ograniczeń w prawach jednostki, z prawami wyraźnie ograniczającymi reprodukcję na czele.  Jej stałym rywalem, a jednocześnie, z racji pewnego podobieństwa sytuacji, domyślnym sojusznikiem, jest Mars. Planeta jest w trakcie terraformingu (pewnie wiecie, że to jest to samo uniwersum, co Marsjanin Andy'ego Weira?) co dla Marsjan oznacza oczywiście życie pod kopułami i skupienie większości sił na walce o przemianę planety. Mars jest silny militarnie (jego flota nie ma sobie równych w zamieszkałym przez ludzkość kosmosie), a społeczeństwo skupione jest na kwestii dostosowania planety do zamieszkania. To wszystko kształtuje dominujące na Marsie stanowisko etyczne, akcentujące poświęcenie dla przyszłości, pracowitość i zdolność do wszelkich wyrzeczeń.
Wspomniałam o Marsjanach - tu warto podkreślić, że na kolonizację Marsa i Pasa (planetoid i stacji kosmicznych) decydowali się... cóż, ci, którzy chcieli i mogli. Tu nie ma żadnych licencji katolickich czy protestanckich a la Orson Scott Card, tu w kosmos wyruszył, kto chciał i mógł. Stąd zarówno społeczeństwo Marsa, jak i mieszkańcy Pasa są mocno wymieszani etnicznie, kulturowo i religijnie - nikogo na przykład nie dziwi, że mający hinduskich antenatów, a pochodzący z konkretnego obszaru Marsa (gdzie jego przodkowie mieszkali wśród imigrantów z Teksasu) Alex Kamal mówi z teksańskim akcentem.
Mars i Ziemia mogą rywalizować, ale dla mieszkańców Pasa niewiele je, tak naprawdę, różni. Ludzkość w Pasie zależna jest od dostaw z planet wewnętrznych; stacje i planetoidy zamieszkane są przez mieszaną etnicznie i kulturowo ludność; do tego ludzkość ta uległa pewnym fizycznym zmianom w wyniku życia w środowisku bez naturalnej grawitacji (mieszkańców Pasa można rozpoznać na pierwszy rzut oka, są wyżsi, szczuplejsi i o nieco innych proporcjach), a jednocześnie warunki życia wytworzyły, jak zwykle przecież w takich przypadkach, nieco odrębną kulturę i społeczeństwo. No i polityka, oczywiście w tym wszystkim jest jeszcze kwestia polityki i napięć zarówno politycznych, jak i gospodarczych; w Pasie od dawna działa OPA, radykalna i (momentami zdecydowanie) terrorystyczna organizacja, chcąca pełnej niezależności dla Pasa i oderwania się od planet wewnętrznych.
Dodajmy do tego jeszcze jedno: korporacje i ich absolutnie uprzywilejowaną pozycję.  Firmy takie, jak Protogen czy Mao-Kwikowski są w zasadzie państwami w państwach i jeżeli myślicie, że ich rola jest stabilizująca i stymulująca rozwój oraz wymianę gospodarczą w tym świecie to, cóż, mylicie się.
Ludzkość w świecie The Expanse - głównie na Marsie i w Pasie, ale także na Ziemi) - jest wymieszana kulturowo i etnicznie. Jednocześnie jednak ta ludzkość zachowuje sporo odrębności i swoich lokalnych specyfik (rosyjskie reklamy na Ceres, wzmianki o arabskiej i hinduskiej muzyce, potrawy); zachowuje też odrębności, na przykład, religijne - Annushka Volovodov, która jest pastorem w kongregacji metodystów i jedną z głównych postaci w Abbadon's Gate, i jej towarzysze wyprawy, przedstawiciele rozmaitych religii świata, to tylko jeden z przykładów. Duży nacisk położony jest w The Expanse na to, czego tradycyjnie raczej brakowało w klasycznej space operze lat 40.-50.: życie codzienne, kultura, zróżnicowanie kulturowe, język, kuchnia, religie i religijność, związki i prawo rodzinne, wszystko to odgrywa dużą rolę w konstrukcji świata.
Jednocześnie ten świat bardzo, bardzo zdecydowanie nie jest rajem. Kluczowe dla początku cyklu pytanie – wypowiedziane wprost przez Millera i Naomi – brzmi przecież: „Czy dla mieszkańców planet mieszkańcy Pasa są ludźmi?". I kiedy mowa jest o katastrofie na Erosie, mieszkańcy Pasa raczej nie mają wątpliwości, że ich rodacy zostali poświęceni i że korporacja, która to zrobiła, nie miała wielkich etycznych problemów z tą decyzją także dlatego, że nie byli Ziemianami...
Ufff. Niniejszym mamy tło do trzech kolejnych wpisów o The Expanse. Dzisiejsza część kulturowa obejmuje analizy tytułów pierwszych czterech powieści w cyklu: Leviathan Wakes, Caliban's War, Abbadon's Gate i Cibola Burns.

IV. Jak czytać te tytuły?
W dzisiejszym wpisie chciałabym przyjrzeć się aluzjom kulturowym w tytułach pierwszych czterech tomów The Expanse. One na pierwszy rzut oka wyglądają jak wiele klasycznych tytułów space operowych, w których obce słowo ma przyciągać uwagę i budować egzotyczność zapowiadanego świata. Jednocześnie jednak w cyklu Coreya wszystkie te tytuły niosą dość proste, ale sugestywne kulturowe skojarzenia, znaczące dla lektury i ewentualnej interpretacji powieści.

Lewiatan

Nazwa "lewiatan" (hebrajskie לִוְיָתָן, 'leviyatan, od לוה, lava', wić się, być zwiniętym) kojarzy się biblijnie, ale w rzeczywistości niesie za sobą konotacje znacznie starsze od zachowanego tekstu biblijnego. Lewiatan, morski potwór i wcielenie chaosu, przywodzi na myśl znane z tradycji bliskowschodnich istoty takie jak Tiamat, pradawna morska bogini i wcielenie chaosu, znana z kosmogonii babilońskiej, czy Lotan pokonany przez Hadada-Baala w cyklu ugaryckim). Lewiatana znamy przede wszystkim z Biblii hebrajskiej (dla ciekawych:  Hiob 3:8 i 40:15–41:26, Amos 9:3, Psalm 74:13–23, Psalm 104:26, Izajasz 27:1). Zwykle widzimy go jako potwora, którego pokonanie zasługą Boga, ale w niektórych kontekstach lewiatan jest rozumiany jako sługa Boga.
Dalszy rozwój tej postaci następuje w piśmiennictwie postbiblijnym. Talmud, midrasze (narracyjne rozwinięcia motywów biblijnych, że uproszczę) i komentarze rabiniczne podkreślają przede wszystkim apokaliptyczną rolę Lewiatana: pojawia się on jako bestia, której pojawienie się na morzach będzie jednym ze znaków końca świata.
Oba te znaczenia wydają się ważne dla The Expanse. W cyklu Coreya lewiatan wydaje się dość czytelnym symbolem budzącego się potwora/potworów (jeśli można to tak nazwać), zaskakująco groźnego pierwszego kontaktu i przebudzenia pradawnego obcego artefaktu; jako że przez absolutną większość powieści mamy do czynienia z poczuciem zagrożenia, jakie to przebudzenie niesie, skojarzenie z biblijnym potworem grożącym końcem świata jest jak najbardziej uzasadnione.

Kaliban

Imię Kalibana w tytule II tomu cyklu jest pierwszą sugestią obecności Burzy Szekspira w cyklu Coreya - obecności, która swoje apogeum osiągnie w Cibola Burns, opowieści o zakazanej planecie i zagrożeniach, jakie ze sobą niesie.
Kaliban, syn wiedźmy Sykorax, niewolnik Prospera, jest na pierwszy rzut oka przede wszystkim brzydki, dziki, krnąbrny, niebezpieczny, nieprzewidywalny; tradycyjnie przy tym odczytywany jako niecywilizowany i groźny. Nie trzeba jednak wiele dointerpretowywać, by dojrzeć w Kalibanie istotę cierpiącą, skrzywdzoną i niezbyt zadowoloną z losu, jaki jej przypadł.

W The Expanse imię Kalibana odnosi się przede wszystkim do wyprodukowanych przez korporację Mao-Kwikowski ludzko-obcych hybryd-wojowników (i mówi coś o ich kondycji?). Odgrywają oni kluczową rolę w fabule: od ich pojawienia zaczyna się akcja powieści i to wydarzenie łączy się z dwójką głównych postaci tego tomu: Bobbie Draper jako jedyna przeżywa ich pierwszy atak, a poszukiwana córka Praxidike Menga okazuje się częścią programu ich tworzenia;

Abbadon

W przypadku Abbadona/-u mamy ciekawą ewolucję: słowo to, wywodzące się, podobnie jak lewiatan, z tradycji żydowskiej i z Biblii hebrajskiej, dość znacząco zmieniło swój zakres znaczeniowy w Nowym Testamencie. Tradycja hebrajska uznawała abbadon za miejsce: początkowo było to miejsce opuszczenia, pustka, później znaczenie ewoluowało w kierunku zaświaty, piekło. Tradycja nowotestamentalna i chrześcijańska z kolei postrzegała Abbadona jako postać (Ap. 9:11 ἔχουσιν ἐπ' αὐτῶν βασιλέα τὸν ἄγγελον τῆς ἀβύσσου: ὄνομα αὐτῷ Ἑβραϊστὶ Ἀβαδδὼν καὶ ἐν τῇ Ἑλληνικῇ ὄνομα ἔχει Ἀπολλύων (1).  Abbadon jako imię demona zrobił później sporą karierę w późniejszej literaturze (kto pamięta Mistrza i Małgorzatę, będzie wiedział, o czym mówię).
Znaczenie w The Expanse jest zdecydowanie bliższe starotestamentalnemu, wrota Abaddona to bramy (gwiezdne wrota) pozwalające poruszać się między światami po śladach pradawnej cywilizacji; tytuł sugeruje, że niosą one zagrożenie (inaczej po co Holden, nasza drama queen, by tam lazł?). Jednocześnie widać tu także drugie, dość, hmmm, koszmarne możliwe znaczenie. Abbadon w Biblii hebrajskiej jest miejscem m. in. wegetacji dusz - a czymże innym, jak nie przypominającymi biblijny Szeol i Abbadon albo zaświaty Homera, z duszami samotnie błądzącymi w ciemności i pustce, z ułamkami zachowanej świadomości, jest nie-życie Millera, Julie i całej reszty ofiar Erosa? 

Cibola

Najbardziej na pierwszy rzut oka zagadkowa z aluzji w tytule, Cibola jest hiszpańską nazwą ogromnego puebla plemienia Zuni w Nowym Meksyku, zwanego w lokalnym języku Hawikuh i założonego ok. r. 1400. Było to miejsce pierwszego kontaktu hiszpańskich najeźdźców z miejscową kulturą: w 1450 wkroczył tam Francisco Vásquez de Coronado ze swoimi ludźmi; rok przed Coronadą była misja zwiadowcza. W wyniku nieporozumienia w tym kontakcie Estevanico, czarnoskóry niewolnik-przewodnik ekspedycji, został przypadkowo zabity podczas wstępnej eksploracji na parę miesięcy przed przybyciem głównej wyprawy.
Co ważniejsze, nazwą Cibola Hiszpanie określili mityczne Siedem Złotych Miast, które miały się znajdować w Nowym Świecie - miejsca mitycznych bogactw, obiektu pożądania, jednej z głośno wymienianych przyczyn ekspansji konkwistadorów w Ameryce Środkowej. 

W The Expanse  Cibola jest oczywistą analogią dla planety (Nowa Terra/Ilus), gdzie najpierw zamieszkali uchodźcy z Ganimedesa, a gdzie potem przybyli oficjalni wysłannicy ONZ; planeta okazała się dawnym centrum technicznym obcej cywilizacji, której relikty ciągle trwały i bardzo zagroziły ludzkiej kolonii. Spotkanie w domu obcych, które źle się kończy, a jednocześnie - wskazanie, jak wyraźnie kolonialny charakter ma ekspansja ludzkości w kosmos, wydają się kluczami do interpretacji tego konkretnego tytułu.


W następnym odcinku: Szekspir, Tennyson, Cervantes i Chandler lecą w kosmos, czyli o klasycznych motywach literackich i ich roli w The Expanse.

 

 

(1) Darujcie zawodowej hellenistce chęć posłużenia się greką. Wersja polska:  A miały nad sobą króla, anioła przepaści, któremu imię po żydowsku Abaddon, a po grecku ma imię Apolijon ['Niszczyciel' - przyp. AK].



Powyższy wpis powstał jako przeróbka prelekcji wygłoszonej przez mnie na Smokonie 4 w Krakowie, 27 maja 2017.

Zapisz

środa, 05 kwietnia 2017

Ada Palmer, Too Like a Lightning, Tor Books, 2016

 

Mam głębokie przekonanie,  Drogi Czytelniku, że to nie jest jedyny raz, kiedy piszę o tej powieści. 

Może tym razem spróbowałabym napisać po prostu uprzejmą recenzję? Bo, Drogi Czytelniku, muszę przyznać, że bardzo mnie kusi zrobienie czegoś innego. Kusi mnie rozdrapanie tej książki na kawałki, żeby zobaczyć, jak te puzzle, które są tutejszym światem, są zrobione, i czy przypadkiem nie jest tak, że po ich złożeniu wychodzi nam nieco inny obrazek niż ten, który mieliśmy na okładce pudełka z puzzlami. Kusi mnie dobranie się ze skalpelem i lupą do teologii Too Like A Lightning, do jej historiozofii i wizji społeczeństwa, i do jej dziwacznych bohaterów, niby ludzi, a bardziej chwilami obcych niż niejeden literacko-filmowy alien. Kusi sprucie tego wielokolorowego, wielofakturowego gobelinu i rozdzielenie materiałów, z których został stworzony: jedwabiu osiemnastowiecznych strojów, połyskujących pasm szalonej wizji nowego społeczeństwa i nowego świata, fragmentów zadrukowanych urywkami filozofów, łatek wstawionych tu wprost z klasyki SF i, przecież, szkarłatnych nici morderstwa  w tym aż zbyt barwnym kłębku życia. 

Oprę się jednak tym pokusom, Czytelniku, i spróbuję dokonać niemożliwego: wpisać ten cały błyskotliwy chaos, którym jest debiutancka powieść Ady Palmer, w jakże przewidywalne, jakże starannie zdefiniowane ramy blogowej recenzji.

Czy zresztą recenzji nawet? Ot, recenzyjki, nie jest przecież zadaniem blogerki (a zdaniem niektórych jest wręcz dla blogera/-ki niemożliwe!) napisanie recenzji pogłębionej, badawczej i krytycznej. Gdybym więc chciała, drogi czytelniku, napisać Ci z powieści Palmer recenzję blogowi właściwą, zaczęłabym zapewne tak:

Jest XXV wiek i wydaje się, że ludzkości udało się rozwiązać sporo z dręczących ją problemów. Świat nie ma już narodów, powiązanych granicami i pokrewieństwem - zamiast nich istnieją Ule (Hives), gdzie ludzie gromadzą się dobrowolnie, przyciągnięci podobieństwem natury, charakteru, zainteresowań i wizji świata. Ach, mówicie, że część Uli pokrywa się z dawnymi narodami/kontynentami? To tylko... przypadek. Błyskawiczny transport uczynił Ziemię nie tyle globalną wioską, co globalnym przedmieściem, a każdy z ludzi nosi przy sobie nadajnik/rejestrator, zapisujący, gdzie jesteśmy, oczywiście dla naszego dobra. Zniesiono zorganizowane religie (poza rezerwatami w Watykanie i Tybecie) i wszystkim jest z tym lepiej, no chyba że nie, ale ciii. Ba, uczyniono rozmowy o religii w gronie więcej niż dwuosobowym nielegalnymi, ale nie martw się, Czytelniku, o duchowe potrzeby każdego z ludzi dla obowiązkowy dla każdego sensayer, trochę nie-kapłan wszelkich religii naraz, trochę psychoanalityk, licencjonowany i sprawdzany przez Konklawe, na czele którego stoi potężna Pontifex Maxima Julia Doria Pamphilii, jedna z niewielkiej elity ludzi, dbających o to, by świat toczył się tak, jak powinien. Tak, oczywiście, że oni wiedzą, jak się powinien toczyć, co to w ogóle za pytanie?

Wśród tej grupy najpotężniejszych na świecie jest siódemka przywódców głównych Uli: stojący na czele Humanistów urodziwy książę Ganimedes de la Trémoïlle, przewodzący jednoczącemu dawne narody Azji Środkowo-Wschodniej (plus Indii) ulowi dyktator Andō Mitsubishi (którego żoną jest siostra księcia de la Trémoïlle, Danae), serdecznie nielubiany przywódca Europejczyków Casimir Perry, stojąca na czele jednoczącego liczne kobiety, mniejszości i pozbawione niegdyś (ale już nie w XXV wieku, o nie!) wpływu grupy przewodnicząca Bryar Kosala (na co dzień skądinąd związana z potężnym Cenzorem imperium masońskiego), Feliks Faust przewodzący Brillistom,  Anonim dowodzący grupującą wynalazców i poszukiwaczy przyszłości Utopią i wszechmocny w swym imperium cesarz Kornel MASON.

A teraz, Czytelniku, przeczytaj tę powyższą listę jeszcze raz i wyrzuć z niej wszystkie "on" i "ona", wszystkie "-a" w końcówkach przymiotników i imiesłowów. W świecie, który starał się poprawić dobrostan wszystkich, nie wypada obnosić się z "on/ona". Imiona, stroje, zaimki, wszystko to ma pozwolić na swobodną ekspresję bez ograniczeń związanych z tym, że kobiety to, a faceci to tamto.Wszystkim w sumie jest z tym lepiej, n'est-ce pas?

Innymi słowy, ludzkości jako takiej ponoć żyje się nieźle (a jakby przypadkowo niewiele tej tzw. ludzkości w powieści oglądamy - jesteśmy wśród elit i elit elit) i trochę trudno się dziwić. Nowy światowy system opiera się na pryncypiach Oświecenia, mając za swych otwarcie głoszonych przodków Woltera. Diderota i Rousseau (i jeszcze jest ten jeden, ale ciii). Żyje się nie najgorzej, bo absolutnie błyskawiczny transport wyrównał sporą część nierówności gospodarczych i zniósł w zasadzie potrzebę permanentnej migracji. Wybieramy sobie przynależność polityczno-kulturową do Ula (albo nie, możemy być bez) i nie wiążą nas już granice kontynentów. Rodziny/domy (zwane 'bash) zakładamy z grupą bliskich nam osób, a że mogą być wśród nich nasi partnerzy i kochankowie, tym lepiej - większością zwykle będą świadomie dobrani przyjaciele. Serio, całkiem chętnie bym się na taki system społeczny pisała. Owszem, zdarzają się katastrofy hiper-szybkich samochodów, samobójstwa, a nawet, w jednym nader spektakularnym i kluczowym dla powieści przypadku, seryjne morderstwa, ale świat już dawno zapomniał o wyścigu zbrojeń i zbrojnych konfliktach: zapomniał o wojnie.
SPOILER [PODŚWIETL] Aż do teraz, ale ciii.

Jest więc ten świat, tak po trochu, najlepszym z możliwych, po epikurejsku możemy sobie w nim pouprawiać własny ogródek, bo sensayerzy czuwają nad naszym duchowym rozwojem, grupa wybitnych a specjalnie kształconych (niektórzy mówią "urodzonych w zbiornikach, hodowanych w absolutnej izolacji od świata i innych, niewiele już dzielących z resztą ludzkości", ale ciii) specjalistów-Humanistów własnymi supermózgami kontroluje kluczowy dla światowej ekonomii system transportu, gwiazdy rozrywki takie, jak związany z tym samym 'bashem Snajper, gwarantują dobrą zabawę, a wybór tego, jacy chcemy być i co robić w życiu jest, dla ogółu ludzkości, większy niż kiedykolwiek w historii. 

Póki trwa status quo. Quod 'status quo ante' nominatur conservare bonum et iustum est (wybacz, Czytelniku, że mówię po łacinie, zaraziłam się od narratora, który na jakimś etapie mówi nawet dwiema wersjami łaciny na raz, tłumacząc z jednej na drugą w przypisie), zachowanie tego, co się nazywa status quo, dobre jest i sprawiedliwe.

Tylko czy status quo tego świata może przeżyć pojawienie się na świecie istoty o de facto boskich mocach? Albo raczej - czy taka istota już tu jest? To się wydaje głównym problemem bohaterów, a przynajmniej części z nich. Na tle istnienia Bridgera, dziecka, które potrafi ożywiać wszystko to, co nieożywione (żaden spojler, dowiemy się tego na pierwszych stronach powieści) oficjalny kłopot, czyli wyciek mocno kontrowersyjnej tym razem corocznej listy najpotężniejszych ludzi świata z redakcji pisma Black Sakura w oczywisty sposób wyda się pretekstowy i mniej ważny.
SPOILER [PODŚWIETL]: Póki się okaże, że nie jest mniej ważny, ale ciii. I pytanie, czy status quo przeżyje również ujawnienie faktu, że politycy nie tylko kłamią, ale i mordują.

Jeżeli myślisz sobie, Drogi Czytelniku, że te wszystkie informacje powyżej Autorka podaje nam w pierwszych rozdziałach, to się mylisz. Autorka nie ma litości i wrzuca nas in medias res podlej niż autor Odysei, niż William Faulkner czy, by aluzje wymieszać tak, jak czyni to autorka, Roger Zelazny w pierwszych scenach Dziewięciu książąt Amberu. Długo i powoli musisz czytać, żeby wydedukować (a to jest nader odpowiednie słowo, w świetle tego, kto jest naszym głównym bohaterem), jak ten świat działa - co więcej, musisz robić to, mając po tym świecie wyjątkowo nieprzewidywalnego i nierzetelnego przewodnika.

I teraz, Czytelniku, pozwól, że cię ostrzegę. To nie jest książka dla każdego. Nie sądź, proszę, że zamierzam tu machać Ci przed oczyma faktem, że żeby Palmer i jej pomysły docenić, dobrze jest znać swojego Woltera, swojego Diderota i de Sade'a, swojego Conan Doyle'a i Alfreda Bestera (1), że zamierzam coś wspominać o elitarności. Nie, nie i jeszcze raz nie. Chcę tylko nieśmiało zaznaczyć, że to nie jest a) odpowiednia lektura na pierwszy kontakt z SF, b) satysfakcjonująca lektura dla czytelników preferujących prostą narrację i nienacechowany styl. Bo tu, Czytelniku, masz prostej narracji i nienacechowanego stylu dokładną odwrotność.

Nasz narrator nazywa się Mycroft Canner i to jest, w tym świecie, imię i nazwisko przeklęte. Nasz bohater jest - niewolnikiem, nie bójmy się tego słowa. Zbrodnia, którą popełnił (a o której dowiemy się czegoś dość późno w toku akcji) skazała go na bycie Serwisantem/Sługą, nieodpłatnym pracownikiem, żyjącym z łaski tych, którzy go zatrudniają. Nie współczuj za bardzo, Czytelniku, Mycroft ma za co pokutować.

System postanowił nie zabijać Mycrofta za jego zbrodnie, ale Ty, Czytelniku, jak i ja będziesz zapewne czasami miał ochotę to zrobić - i nie, nie za zbrodnie, za opowieść. Mycroft od razu na początku zapowiada nam, że będzie mówił do nas jak narrator osiemnastowiecznej powieści do swoich odbiorców i robi to, drań, konsekwentnie. Kubusia Fatalistę sobie przypomnijcie - to jest taki styl, taki sposób pisania. Jak dawni autorzy, ładuje nam w tekst dygresje literackie i filozoficzne, pakuje cytaty w obcych językach i długie passusy, które wymienia ze swym mistrzem po łacinie (nie, nie mylicie się, nic wcześniej nie wspomniałam o mistrzu Mycrofta. A może jednak wspomniałam?). Do tego jednak Mycroft jest pokornym buntownikiem i wyrodnym dzieckiem swoich czasów - łamie zasadę genderowej neutralności, ale płeć przydziela bohaterom arbitralnie, raz tak, raz inaczej, opierając się nie na biologii, a na swoim własnym subiektywnym (i mocno wypaczonym, o czym nie pozwala nam zapomnieć) poczuciu, co jest odpowiednie i co lepiej pasuje (2). Ta narracja, pokrętna, niewiarygodna - a niewiarygodność tę dodatkowo wzmacniają komentarze czytelników-cenzorów i noty cenzorskie, obecne w tekście, wskazujące, że nawet ta wersja Mycrofta jest wersją przetworzoną i kontrolowaną - jest w moich oczach jedną z największych zalet powieści Palmer, nawet jeżeli co jakiś czas sprawia, że czujemy się jak w krainie chaosu, niepewni żadnego następnego kroku, nie wiedząc nawet, czy w ogóle mamy grunt pod nogami.

Gatunkowo nieoczywista (bo to trochę tak, jakby próbować gatunkowo jasno dookreślić Diunę), ambitna literacko i chwilami na granicy eksperymentu, jak chodzi o narrację w powieści fantastycznej, pierwsza powieść Palmer trzymała mnie przy lekturze przez tydzień choroby (a ja czytam szybko i siedem dni na 400 stron powieści, która mnie zachwyca, to - dziwne, u mnie) i jestem dozgonnie wdzięczna Fabulitas, która mi ją poleciła. Bardzo, bardzo zasłużyła Palmer na tę nominację do Hugo, co to ją wczoraj dostała. 

 

(1) W zasadzie od samego początku lektury miałam wyjątkowo mocne skojarzenia wizji świata i konceptu tej powieści z The Stars My Destination, a odkrywanie kolejnym Besterowskich imion i aluzji w powieści i w posłowiu Autorki dało mi sporo satysfakcji, bo najwyraźniej trafiłam; przy czym to nie jest tak, że Palmer kontynuuje IDEE czy pomysły Bestera - nie, ona raczej zadaje sobie podobne pytania. Ten problem jednak, Drogi Czytelniku - że wrócę do pożyczonej do narratora Too Like a Lightining maniery - zostawiam sobie już na kolejną notkę. 

(2) Palmer jest tu jednocześnie podobna i niepodobna w swojej metodzie do Ann Leckie, której narrator szczerze nie rozumie - Mycroft rozumie, ale po swojemu, i swoją wersję nam bezczelnie podaje, mówiąc na dodatek, żeby mu za bardzo nie wierzyć...

 

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

środa, 14 grudnia 2016

Anna Brzezińska, Wody głębokie jak niebo, Runa 2005


Jakieś prawie dwanaście lat temu Anna Brzezińska wydała tom opowiadań Wody głębokie jak niebo. Siedzę właśnie i łamię sobie głowę nad pytaniem, czemu go wtedy nie przeczytałam.

 

 

Tym bardziej mnie to dziwi, że pamiętam, że czytane jakiś czas wcześniej (2003? 2004?) w Nowej Fantastyce opowiadanie "Róże dla Sirocco" ogromnie mnie zaintrygowało - obraz podksiężycowych demonów zaklętych w budowle pozostał mi w pamięci do dzisiaj i sięgając po tom, natychmiast przypomniałam sobie wrażenie, jakie kiedyś wywarł na mnie ten tekst.

Moja lektura tekstów Anny Brzezińskiej, rozpoczęta Wodami głębokimi, jest jednocześnie nadrobieniem chyba najbardziej rażącego czytelniczego braku, jaki mam w kwestii polskiej fantastyki. Bo, owszem, znaczących braków lekturowych w naszej fantastyce mam sporo, ale z rzeczy uznawanych dość powszechnie za kanon akurat teksty Brzezińskiej siedziały mi od dawna wyrzutem na sumieniu: jak tu się kompetentnie wypowiadać o polskiej fantastyce bez znajomości jej powieści?

Wody głębokie jak niebo są zbiorem siedmiu opowiadań, dziejących się w fikcyjnej, fantastycznej krainie mocno podobnej, także językowo, do (raczej renesansowej niż jakiejkolwiek innej) Italii. Śródziemnomorska natura, morze, zapachy i rośliny są u Brzezińskiej znaczącym elementem świata ukazanego w jej powieściach: okruchami realnego w jej wizyjnym, baśniowym świecie, konkretyzującymi wizje autorki. Ogromnie mi się to podoba, bo dzięki temu świat opisany w opowiadaniach należących do cyklu wydaje mi się żywy, namacalny - lepiej go widzę, lepiej sobie unaoczniam.

Ale te elementy znanego nam śródziemnomorskiego krajobrazu i natury umieszczone są w świecie stricte fantastycznym, napisanym przy tym z ogromną wyobraźnią. Brzezińska wykorzystuje bardzo twórczo w konstrukcji świata i w jego opisie swoje podstawowe założenie - ideę, że demony, krążące w ponadksiężycowej przestrzeni, można związać magią i poddać woli maga, wpisując je w nadludzko piękne budynki, niemożliwe wynalazki, fantazyjne istoty. Ta koncepcja magii - i wynikającego z obecności demonów przeciw tejże magii oporu - zostaje przez autorkę ograna nie tylko pomysłowo, ale i wszechstronnie, wykorzystana zarówno przy konstruowaniu i opisywaniu tego, jak ten świat wygląda, ale i w fabułach poszczególnych tekstów.

W nadziemskich sferach świata krążą wolne, nieludzkie demony. Można je - jeżeli ma się odpowiednią wiedzę, odpowiednie atlasy i księgi, odpowiednią moc - ściągnąć z nieba, związać z materią i zmusić do służby. Jak dżinn w Baśniach z tysiąca i jednej nocy, każdy z nich może spełnić trzy niezwiązane ze swą naturą życzenia swego pana-maga, zanim się uwolni i ucieknie; ich wiązanie z ziemską materią owocuje ucieleśnieniem istot znanych z klasycznych mitów. Z bardzo dużą erudycją i pomysłowością Brzezińska zresztą te swoje istoty tworzy i ogrywa ich mitologiczne skojarzenia. Żadna ze mnie specjalistka od renesansowych traktatów magiczno-astrologicznych i od alchemii, ale korzenie pomysłu Brzezińskiej wydają mi się tkwić właśnie w takich tekstach. Jakie by jednak nie były ich korzenie, ważne jest, co autorka z tych koncepcji wyciąga.

Jestem pod ogromnym wrażeniem tego, z jak wielu stron pokazuje Brzezińska magię swojego świata. Tu nie ma jasnej i ciemnej strony, nie ma łatwych rozwiązań: wzrok autorki ogarnia ten świat z - nie, nie ze współczuciem, nie z akceptacją nawet: ze zrozumieniem. Magiczne miasta są piękne. Uwięzione demony cierpią. Magowie bywają okrutni, przemyślni, pamiętliwi, bez serca - choć może najprawdziwiej byłoby powiedzieć, że bywają nieludzcy, bo zbyt wiele ich od ludzi dzieli. Bywają też wielcy i odważni i rozumiejący własne ograniczenia - tak bardzo, że wybierają śmierć,  by uciec przed samymi sobą. Walczący z magią mnisi są często bezwzględni i zaślepieni, ale bywają też i miłosierni, rozumiejący, co niszczą i dlaczego. W zasadzie tylko przybysze z południa, bezlitośni i w imię wyznawanej religii fanatycznie anymagiczni Arimaspi, są poniekąd wykluczeni z tego wszechogarniającego nie-oceniającego rozumienia - ale to przecież też tyczy się nie ich wszystkich, tylko ich przywódców i tych, którzy ich na dżihad (bo skojarzenia są tu dość jednoznaczne) poprowadzili. Magia wiąże się z krzywdzeniem - krzywdzeniem przywoływanych i pętanych przemocą demonów, krzywdzeniem kobiet-matek magicznych dzieci, krzywdzeniem dzieci, krzywdzeniem ludzi prostych, cierpiących w wyniku wojen wielkich i możnych tego świata; krzywdzeniem, przecież, także samych magów, wiedzących, że moc zmieni ich na zawsze. Ale jednocześnie przecież magia tworzy piękno, nieludzkie i fascynujące; a kiedy to piękno zniknie ze świata, pozostanie smutek - bo odeszło coś, co bywa straszne, ale olśniewa. 

Nostalgiczny jest ten świat, bo widzimy go w przemianie i przemijaniu; znakomicie też ogrywa autorka fakt, że opowieści w Wodach głębokich są niemal-baśniami, niemal-mitami - a raczej się nimi stają: widzimy Sirocco i Arachne jako żywe, działające bohaterki, a potem, w kolejnych tekstach, po kolejnych wiekach, widzimy ich legendy, ich odbicia w opowieściach: złote,, czarne, w aureoli, w potępieniu, tylko przecież nigdy, naprawdę, prawdziwe.   

Świat buduje więc Brzezińska fantastycznie (te detale, jak ogranie niebieskiego jako koloru przypisanego czarodziejom!), ale w tym nie-do-zapomnienia świecie umieszcza również pamiętne postacie. Opowiadania w Wodach głębokich skupione są wokół postaci tych, których magia dotyka w sposób szczególnie bolesny: kobiet, dzieci, starców. W „Życzeniu” dotknięty smoczą magią, urodzony z klątwy Graziano traci rodzinę – choć chce tylko jednego życzenia - i nigdy już nie będzie mógł zatrzymać tego, co kocha, nawet kiedy zostanie wielkim condotiere. Wzmiankowana potem w większości opowiadań Sirocco, która uciekła i nie uciekła przed magiem, wplątana w demoniczną sieć magii, miłości i zemsty Arachne, stareńka święta mniszka Luana z rodu magów, chroniąca ludzi przed demonami i tęskniąca za magią; Nino, oślepiony, by nie mógł stać się magiem, który jako mnich półświadomie własną magię odnajduje; starzec Gioele, który, choć jest mnichem i magię odrzuca, wybiera niemal pewną śmierć z szacunku dla zmarłego przyjaciela-maga i potem, drugi raz, już pewną ze współczucia dla demonów, których powinien nienawidzić; i bohaterowie tytułowego opowiadania, dzieciaki Sancha i Bianco i stary pieśniarz, żyjący w świecie, gdzie mieszkańcy strzegą czujnie czystości ludzkiej rasy, choć nie wiedzą, nieszczęśni, że częste wśród nich narodziny nie całkiem ludzkich istot nie są bynajmniej znakiem degeneracji ich natury, a jej najczystszą emanacją… Ci wielcy – potężni magowie, kapłani, kondotierzy i przywódcy – zjawiają się na kartach opowiadań, jak najbardziej, ale to nie są ich historie. Anna Brzezińska woli opowiadać nam o tych słabszych, bezsilnych, skrzywdzonych i znajdujących własną drogę ocalenia – przez zdobycie mocy, albo i przez jej całkowite odrzucenie.

Językowo barwna, z efektowną stylizacją na włoskie nazwy i imiona, szalenie efektownie grająca odniesieniami literackimi i mitologicznymi, proza Brzezińskiej jest, przyznam, jak skrojona pod mój osobisty gust i oczywiście musiała mi się spodobać. Właściwie jedyne, czego mi brakuje, to – więcej. Szkoda mi fantastycznie pomyślanych, wieloznacznych bohaterów, który spotykamy na moment w opowiadaniach; wymarzyłaby mi się, jako czytelniczce, powieść w takich realiach.

Czytajcie, czytajcie, nie czekajcie, jak ja głupia, dwanaście lat!       

 

 



niedziela, 11 grudnia 2016

Wiarę w polską fantastykę, znaczy się.  ?

 

Aleksandra Janusz, Kroniki rozdartego świata: 1. Asystent czarodziejki, 2. Utracona Bretania, Nasza Księgarnia 2016

 

SPOJLERY, DO OBU TOMÓW!

 

 

Rok 2016 przyniósł mi, czytelniczo, jedno przyjemne zaskoczenie. Z dużym mianowicie zdumieniem odkryłam (poniewczasie, oczywiście), że w Polsce są osoby piszące taką fantastykę, jaką mam ochotę czytać.

Pisałam niedawno o cyklu Marty Kisiel - dzisiaj pora na drugą z (na razie) dylogii, które mi tę wiarę przywróciły. W przypadku Marty Kisiel o jej sukcesie (u tej konkretnej czytelniczki) zadecydowały przede wszystkim dwa czynniki: umiejętność konstruowania przekonujących i wiarygodnych postaci (i to mimo komicznego par excellence charakteru tekstu) oraz warstwa językowa, bardzo stylizowana, nasycona budującymi komizm środkami retorycznymi i aluzjami do klasyki literackiej, zwłaszcza polskiej.

Aleksandra Janusz językowo - że zacznę od jednego małego kawałka narzekania - jest mniej od Kisiel pomysłowa; jej styl, dość prosty, mnie akurat nie porywa, choć absolutnie nie przeszkadza w lekturze. No i muszę przy tej okazji podkreślić, że generalnie, styl to jedno i tu mogę osobiście woleć autorów bardziej ryzykujących, odważniejszych - ale z kolei za konstrukcję wewnętrznego naukowego języka arboriańskiej magii należy się autorce co najmniej pochwała, bo była tu pomysłowa i konsekwentna.

Janusz wygrywa u mnie, przede wszystkim, dzięki dwóm aspektom swojego pisarstwa. Pierwszym z nich jest gra z gatunkowymi konwencjami. Janusz - czego czytelnik, wciągnąwszy się w akcję, może nie zauważyć   - pisze przecież, tak naprawdę, w schemacie szalenie klasycznej heroicznej fantasy. Popatrzmy: w I tomie mamy herosa, dotąd skromnego i zwyczajnego, odkrywającego swój niezwykły potencjał i wielkie przeznaczenie. Mamy jego ukochaną, mamy rozmaitego sortu i autoramentu czarodziejów, ba, nawet walkę ze smokiem mamy. W drugim tomie schemat ten staje się jeszcze przejrzystszy - do uzyskującego moc herosa dołączają inne postacie z toposów fantasy: odnaleziona dziedziczka tronu, szalony mag, źli zakonnicy, feudalni panowie, szlachetny, acz trochę nieżyciowy rycerz. No wypisz wymaluj Belgariada Eddingsa albo inne takie.

No tyle że powiedzieć, że Aleksandra Janusz pisze klasyczną heroiczną fantasy, to tak, jakby powiedzieć, że Ann Leckie pisze typowe space opery.

Janusz bierze mianowicie schematy i toposy gatunku i wywraca je na nice. Jej odkrywający swoje przeznaczenie heros, Vincent Thorpe, jest czterdziestoletnim, dość łagodnym z natury, pedantycznym i poukładanym wieloletnim asystentem potężnej a mocno ekscentrycznej czarodziejki. Znośnie przystojny, raczej miły niż charyzmatyczny, nie ma w sobie nic z pewnego siebie herosa, nic z cynicznego złamanego życiem antybohatera - ale też bardzo niewiele z naiwnego młodego chłopca zaczynającego dopiero swoją życiową drogę; żaden z niego Conan, żaden Geralt, a i Garionów tego świata też nie przypomina. Janusz napisała Vincenta jako, po prostu, porządnego a sympatycznego, psychologicznie wiarygodnego faceta.
W podobnie nienachalnie subwersywny sposób autorka przetworzyła inne klasyczne archetypy fantasy. Kathryn Verd (i coś tam, i coś tam i coś tam, w post-rewolucyjnym społeczeństwie Arborii jej arystokratyczne pochodzenie z rodu dawnych królów niespecjalnie ma znaczenie - co się radykalnie zmieni, kiedy Kathryn et consortes trafią do feudalnej Bretanii), czyli nasza królewna wracająca (wbrew swoim planom) na stolicę jest bardzo zwyczajną, zdolną acz zakompleksioną i niepewną siebie, a przy tym mającą typowo młodzieńcze problemy (od kłopotów z cerą przez poczucie, że jest brzydka i pozbawiona wdzięku) dziewczyną. Obie wielkie czarodziejki, Margueritte i Belinda, mają z kolei najwięcej wspólnego z ekscentrycznymi pracownicami uniwersytetów.
Drużynę/drużyny bohaterów tworzą u Janusz postacie niekoniecznie oczywiste: autorka przede wszystkim szuka swoich bohaterów w dość nieprzewidywalnych grupach. Jej wielki mag jest cichym facetem z klasy średniej, przywódczyni rewolucji to pani z kawałem wojskowego doświadczenia i niskim pochodzeniem, bohaterom pomaga w pewnym momencie grupa eks-magów, o których można chyba spokojnie myśleć jako o pensjonariuszach magicznego domu spokojnej starości... I OK, do herosów z niższych klas społecznych światowa fantasy zdążyła już nas przyzwyczaić, ale Aleksandra Janusz każe - w inteligentny i pomysłowo ograny w fabule sposób - odegrać kluczowe role także na przykład grupie ludzi mocno już starszych i często dręczonych przez dolegliwości typowe dla ich wieku. Fakt, że mamy barwne i różnorodne postacie pomaga zaintrygować czytelnika, a że do tego Janusz wymyśla (zwłaszcza w II tomie) sensowną i dość skomplikowaną fabułę, czytelnikowi łatwiej jest (mnie, znaczy, było) wciągnąć się w świat powieści.

Napisałam powyżej, w zasadzie bez komentarza, że Meg i Belle wyglądają, jakby się urwały z posiedzenia jakiejś rady wydziału raczej niż z wieży Sarumana. To naukowe skojarzenie jest nieprzypadkowe - wśród przekształceń, jakie przeprowadza Janusz w konwencji, tym nadrzędnym jest wpisanie schematu fabularnego high fantasy w realia zdecydowanie nowożytnego, funkcjonującego w naukowym paradygmacie świata. Oddzielone przez Rozdarcie świata Arboria i Bretania rozwijały się odrębnie: w tej pierwszej mamy świat pod wieloma względami podobny do naszego, acz magiczny, w tej drugiej - magiczne średniowiecze, pokazane przez autorkę bez specjalnych sentymentów i bez różowych okularów.

Z konstrukcją świata związana jest u Janusz też jej idea magii. Ona także sięga do nauki jako modelu, i to na różnych poziomach. Z jednej strony, sposób uprawiania magii w Arborii - matematyczne wyliczenia, przeliczenia jednostek magicznej energii - a także organizacja samych zasad jej uprawiania i jej wpisanie w rodzaj akademickich struktur a la uniwersytet, wydaje się zainspirowane  akademicką pracą autorki. Z drugiej, te naukowe skojarzenia działają też na poziomie samej wizji świata - idea skażonej mocy i wywołanej przez nią choroby pewnie nie tylko mnie skojarzyły się z efektami promieniowania i chorobą popromienną. Janusz ogrywa ten motyw pomysłowo, a sam koncept dwóch rodzajów mocy magicznej i specjalnych umiejętności potrzebnych do ich obsługi pomaga jej uniknąć kilku problemów, na czele z kwestią wszechmocy czarodziejów. 

To nie jest tak, że nikt przez Janusz nie wpadł na podobne rozwiązania - ale w połączeniu z dobrze napisanymi, oryginalnie pomyślanymi postaciami i z efektownym pomysłem na magię, jej cykl nabiera zdecydowanej oryginalności. Gdybym miała komuś podpowiadać, co z polskiej fantastyki poczytać (albo co warto przetłumaczyć i udostępnić szerszemu czytelnikowi), to powieści Aleksandry Janusz poleciłabym z pełnym przekonaniem.      

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

niedziela, 27 listopada 2016

Anna Lange, Clovis LaFay. Magiczne akta Scotland Yardu, Wydawnictwo SQN, 2016

 

UWAGA SPOJLERY!!


Strasznie mi przykro, ale one muszą tu być. Postanowiłam sobie napisać raczej analizę niż recenzję, a do tego muszę ujawnić pewne fakty, które w nieunikniony sposób zdradzają szczegóły wydarzeń w powieści...

 

Okładka; ze strony wydawnictwa.

 

No więc przeczytałam książkę, całkiem fajną, choć nie do końca wiem, co o niej myśleć.

Clovis LaFay Anny Lange jest, na tle polskiej fantastyki o podobnym charakterze (takie to trochę fantasy of manners, trochę gotycko-supernatural kryminał) powieścią zdecydowanie udaną - nieźle napisaną, z sympatycznymi postaciami i z akcją, którą czytelnikowi chce się śledzić. Autorka-debiutantka prowadzi trójkę swoich głównych bohaterów przez wiktoriański (1873) Londyn z magią (wprowadzając, co jakiś czas, rzut oka na inne miejsca w Europie, w szczególności we Francji) śladami kilku spraw kryminalnych, jednocześnie szkicując nam obraz życia publicznego i politycznego w mieście. Wszystkie te sprawy, jak się łatwo domyślić, okażą się łączyć z życiem prywatnym głównego bohatera... 

Troje głównych bohaterów Lange wydaje się odbiegać nieco od schematu, jakiego można byłoby oczekiwać po głównych postaciach (polskiej) powieści fantastycznej. John Dobson, obiecujący mag specjalizujący się w kinemacji, jest synem pastora i robiącym dość szybką karierę policjantem, świadomym, że jego pochodzenie z raczej niższej klasy średniej i brak majątku mu w tej karierze nie pomogą. Mieszkanie z nim dzieli siostra Alicja, podobnie jak brat silna, wysoka i postawna, kojarząca się Clovisowi z walkirią (1); Alicja zdecydowała się na ryzykowny krok i podjęła szkolenie pielęgniarskie, choć tak naprawdę chciałaby uczyć się magii - której, przewidywalnie, dziewcząt się nie uczy. Na razie Alicja nawiązuje wśród koleżanek z kursu znajomości, a jednocześnie musi zmierzyć się z myślą o tym, czy chce wyjść za policjanta, z którym swata ją brat. Tria dopełnia tytułowy bohater, Clovis, nieco młodszy kolega Johna ze szkoły, tyle że, w odróżnieniu od rodzeństwa Dobsonów, pochodzący ze zdecydowanie wyższych sfer.

Pochodzenie Clovisa to jednocześnie jego błogosławieństwo i przekleństwo. Z jednej strony, zapewnia mu majątek i pozycję - ojciec Clovisa był zamożnym człowiekiem, a jego przyrodni brat jest konserwatywnym politykiem u szczytu kariery. Z drugiej - hmmm, ojciec umarł otoczony powszechną niechęcią, bo uważano go za nekromantę parającego się czarną magią, i to mimo zasług, jakie miał w wojnach z Napoleonem. Nie, nie pomyliłam dat, autorka też nie: Clovis ma te swoje dwadzieścia parę lat w 1873, a jego ojciec odegrał ogromnie ważną rolę już w 1815, kiedy też już nie był młodzikiem. To jest część problemów Clovisa - został poczęty w wyniku magicznego rytuału, kiedy ojciec był już w bardzo zaawansowanym wieku; w efekcie jego brat jest od niego o kilkadziesiąt lat starszy, koszmarny bratanek był parę klas wyżej w tej samej szkole, a rodzina i generalnie brytyjska arystokracja odnosi się do Clovisa dość... nieufnie. Do tego dochodzi kwestia zmarłej matki - Clovis jej nie pamięta, ale z jej śmiercią ewidentnie związana jest jakaś ponura tajemnica i może się okazać, że Clovis jest synem nie tylko czarnego maga, ale i mordercy... Ale zmarły ojciec i jego dziedzictwo to tylko część problemów bohatera. Poważniejszą jest reszta rodziny, dla odmiany - ta żywa. Brat Clovisa, Frederick, czuje do niego głęboką odrazę, a przepadająca za nim kiedyś bratanica Letittia zerwała kontakty - ale to i tak nic w porównaniu ze stosunkami Clovisa z nieco starszym od siebie bratankiem. Horatio LaFay to, nie oszukujmy się, główny zły tej powieści - sadysta i psychopata, który od dzieciństwa dręczył zwierzęta i ludzi, już jako nastolatek miał na sumieniu brutalny gwałt na małej dziewczynce i (mocno sugerowane w fabule) zgwałcenie lub wykorzystywanie seksualne własnej małej siostrzyczki, a gdy był w wieku lat dwudziestu kilku, samo gwałcenie magicznie unieruchomionych dziesięcio- i jedenastolatek przestało mu wystarczać - zaczął je mordować. Jego skrywanym paskudnym sekretem jest jednak co innego, a mianowicie fakt, że obok pociągu do nieletnich dziewczynek ma również (teoretycznie grożące mu bardzo poważnymi sądowymi konsekwencjami) homoseksualne tendencje, których obiektem w pewnym  momencie był, jakżeby inaczej, znienawidzony krewny i kolega ze szkoły w jednym, alias nasz główny bohater.

Hmmm, chyba już widzicie, gdzie leży mój główny problem z tą powieścią.

Wracając do Clovisa: straciwszy matkę i ojca, odrzucony przez krewnych, snuł się po Europie, pogłębiając swoje magiczne wykształcenie (miał m. in. okazję być w Paryżu w czasie komuny - chętnie bym przeczytała coś więcej o tym epizodzie w jego życiu, będę po cichutku marzyć o jakimś opowiadaniu...), by w końcu wrócić do Londynu, w wyniku ryzykanckiego magicznego zabiegu zetknąć się ponownie z Johnem i przyjąć posadę konsultanta londyńskiej policji. Wszystkie te doświadczenia zrobiły z Clovisa postać, jakiej ze świecą szukać wśród głównych bohaterów polskiej fantastyki. Nie ma on w sobie nic z rzucającego błyskotliwymi one-linerami, cynicznego supermęskiego herosa - wręcz przeciwnie, jest raczej spokojny, grzeczny, uprzejmy, trochę nerdowaty i dość łagodny wobec innych, a jak dodać do tego, że smarkato wygląda i jest raczej z tych drobnych i fizycznie niepozornych... Cóż, na zahartowanego życiem wojownika to on nie wygląda. Bardzo mi się ten pomysł na postać podoba, bo dostajemy bohatera nieco innego od tego, czego możemy się spodziewać - choć, przecież, na tle podobnych postaci w fantasy of manners poza polskim kręgiem raczej typową (patrz: bohaterowie Marthy Wells czy Ellen Kushner).

Autorka generalnie, mam wrażenie, stara się z jednej strony grać, aż do granic pastiszu, typowymi dla gatunku motywami - stąd jej dość przewidywalny alternatywny Londyn i imperium brytyjskie. Stąd też, niestety, dla mnie bodaj czy nie najbardziej rozczarowujący wątek, a mianowicie wzajemne zauroczenie Clovisa i Alicji. Ci dwoje jako para są rzeczą tak oczywistą, tak boleśnie przewidywalną (serio, dwoje z tria, przy czym ten trzeci to brat panny?), że było mi szkoda, że autorka akurat w coś takiego poszła. Może im trzeba było bardziej nakomplikować, bo tu jedyną komplikacją jest - też głęboko zakorzenione w gatunku, a odziedziczone po Agacie Christie i Conan Doyle'u - poczucie Clovisa, że jest z rodziny dotkniętej klątwą i nie powinien przedłużać jej istnienia. Podoba mi się, że autorka pokazuje złość Alicji na tę reakcję i jej poczucie, że zamiast się szlachetnie wycofywać, trzeba było jej zapytać, ale generalnie cały wątek wydaje mi się za prosty, a zmyłki - policjant-kolega brata dla Alicji i signora Fricapane, która okaże się być czymś zupełnie innym niż kochanka, dla Clovisa - są na tyle oczywiste, że raczej nie zmylają. Serio, przynajmniej w I tomie (a to jest ewidentnie zamierzone na sequel) mogliby się po prostu lubić i cenić, na przykład... 

Jednocześnie Lange skutecznie ogrywa niektóre gatunkowe formuły w sposób dla polskiej fantastyki nieco mniej typowy. Ma wyraźną świadomość, że jej bohaterowie pochodzący z różnych środowisk i warstw społecznych będą mieć problem z porozumieniem się, nie ogranicza listy swoich postaci do arystokracji i policjantów. Pozwala swoim bohaterkom być czymś więcej, niż damsels in distress. Ma też pomysłowy i przemyślany koncept magii, dzięki któremu uwalnia się od bodaj największego problemu pisarza fantasy, a mianowicie - jak ograniczyć omnipotencję magicznych postaci, jak narobić im w fabule kłopotów? Tutaj autorka nie tylko ma to zaplanowane, ale też traktuje kwestię ograniczeń w posługiwaniu się magią jako kluczową dla fabuły - i bardzo dobrze na tym wychodzi.      

Generalnie, Clovis LeFay to powieść udana i na polskim gruncie pod wieloma względami ożywczo nowa. Co powiedziawszy, jednakowoż, uczepię się jeszcze jednej rzeczy, która nie pozwoliła mi napisać z czystym sumieniem, że książka jest bardzo dobra.

Ta książka otóż ma bardzo złego złola.

Złego w więcej niż jednym znaczeniu. Z jednej strony Horatio LeFay jest wcieleniem zła, i to tego zła najmocniej w kulturze ostatnich dekad potępianego - jest mordercą-pedofilem bez choćby jednej jedynej cechy, która budziłaby w czytelniku współczucie zamiast czystej nienawiści. Na dodatek okazuje się, że jego chore pożądanie jest skutkiem wyparcia własnych homoseksualnych tendencji. Bardzo żałuję, że autorka nie wolała napisać go nieco bardziej zniuansowanego - nie, nie chodzi mi o usprawiedliwianie zbrodni, ale raczej o napisanie mniej oczywistego, mniej odrażającego (a przy tym może trochę groźniejszego - przy całej swojej obrzydliwości Horatio jest summa summarum równie groźny, co Crabbe i Goyle w Harrym Potterze...) zbrodniarza. Wolałabym mniej, w tym przypadku - a już na pewno wolałabym, żeby zły sadysta-pedofil-morderca-kazirodca nie miał do tego, w charakterze ponurego sekretu, homoseksualnych fantazji o bohaterze, bo tu mi trochę zęby ścierpły od nadmiaru paskudnych tropów na raz; ergo, jako złol, Horatio, przynajmniej dla mnie, nie jest najlepiej napisany ani zaplanowany. Znacznie ciekawszą postacią, jak chodzi o czarne charaktery, jest jego ojciec - którego obecność, skądinąd, dowodzi, że jak Lange chce napisać zniuansowanego antagonistę, to potrafi, i to naprawdę dobrze.

Generalnie, Clovis LeFay to - mimo pewnych niedociągnięć i niektórych mniej przekonujących wątków (historia tego, co się stało z matką Clovisa, też mnie średnio przekonała) - powieść udana. Chętnie przeczytam sugerowany w końcówce celowym niedomknięciem części wątków sequel, choć jeszcze chętniej przeczytałabym dalszą historię Letitti lub Nory albo opowieść o tym, co spotkało Clovisa w Paryżu w 1870. W każdym razie, jeżeli ktoś lubi takie klimaty, polecam.  

 


(1) Historia, zdaniem autorki, zmieniła się niewiele, ale alternatywność świata musiała objąć teatr muzyczny - skojarzenie Alicji z Wagnerowską Walkirią w Londynie w 1873 musiałoby oznaczać, że w tamtym świecie londyńska premiera Ringu miała miejsce 10 lat wcześniej; ba, że światowa premiera była wcześniejsza: Ring w Bayreuth wystawiono po raz pierwszy w całości dopiero w 1876 roku. Walkirię pokazano co prawda w Monachium w 1870, ale tylko na specjalnych ograniczonych pokazach.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

 

Zapisz

Zapisz

Marta Kisiel, Dożywocie, Uroboros, 2014; Marta Kisiel, Siła niższa, Uroboros 2016

 

 

UWAGA, SPOJLERY!!

 

Dawno, dawno temu napisałam byłam sobie notkę. Była ona o tym, czego chcę od polskiej fantastyki i czego mnie osobiście w niej brakuje - a brakowało mi przede wszystkim a) nieco innych postaci i ich nieco mniej oczywistych relacji, b) choćby odrobiny ryzyka w posługiwaniu się polszczyzną i konstruowaniu narracji, wyjścia poza bezpieczny, przezroczysty, boleśnie nudny styl, jakim pisze sporo polskich pisarzy, bynajmniej nie tylko fantastów.

Od tamtych czasów pisałam kilkakrotnie o książkach, którym się udało na moją listę polskich powieści/zbiorów opowiadań fantastycznych, do których chcę wracać, wskoczyć - a to było to Czarne Anny Kańtoch, a to wychodząca często poza gatunkowe ramy fantastyki twórczość Wita Szostaka, a to mająca IMHO liczne wady, ale i przewyższającą je w sumie liczbę zalet Zadra Krzysztofa Piskorskiego... Do tej listy dorzucam dziś, z szerokim uśmiechem na twarzy, obie części dylogii Marty Kisiel o nieszczęsnym Konradzie Romańczuku i jego gotyckim domu z horroru, z tym że horror jest raczej z tych zabawniejszych.

Powiem, może na początek, tak: czy te powieści są bez wad? Pewnie, że nie są. Czy są dla każdego? Też przecież  niekoniecznie - to, że ja lubię przeładowany momentami język i ten rodzaj gry aluzjami literackimi, nie znaczy, że każdy musi. Do mnie trafiły jak mało która polska powieść fantastyczna w mojej karierze czytania polskich powieści fantastycznych.

Dobra, może z tymi powieściami w przypadku to trochę nadużycie w przypadku Dożywocia: mamy tu generalnie do czynienia ze zbiorem opowiadań, połączonych postaciami i miejscem akcji, ale fabularnie dość samodzielnych. Siła niższa jest już nieco bardziej spójna, ale też wyraźna jest w niej struktura epizodyczna, z dominującymi głównymi wątkami w każdej kolejnej 'części'.

Kluczem do sukcesu Marty Kisiel są, w moich oczach, po pierwsze, jej postacie. Autorka zresztą, mam wrażenie, to na nich się skupia - ich charakterystyki, natura i wzajemne relacje wydają się ważniejsze od fabuły. Ponieważ obie powieści Kisiel mają pastiszowy, humorystyczny charakter, jej postacie też są chwilami przerysowane i wyposażone w pewne cechy w natężeniu przekraczającym realizm - ale te zabiegi są całkowicie świadome i związane z wybranym przez autorkę gatunkiem (zaznaczam, bo, hmmm, przypominają mi się czytane ostatnio polskie powieści, gdzie bohaterowie też są mocno przerysowani i wyposażeni w dość kosmiczne zestawy cech, a bynajmniej nie mają być pastiszem ani parodią...). Postacie te zresztą mają różny, że się wyrażę, rodowód. Konrad, główny bohater, jest wyjściowo znerwicowanym, artystycznym typem, troszkę (?) hipsterem, życiowo nie całkiem pozbieranym i z tendencjami do użalania się nad sobą i demonizowania świata wokół siebie (patrz: obraz Majki, eks-dziewczyny, i Carmilli, agentki literackiej, jaki poznajemy jego oczyma); jest przy tym, świadomie czy nie, komicznie potraktowaną wariacją na temat typowej postaci z polskiej komedii romantycznej - znaczy się, jakiejś Małgorzaty czy innej tam Judyty, która wyprowadza się z miasta na wieś i nawet nie wie, że w końcu znajdzie tam Prawdziwe Szczęście. W przypadku Konrada szczęście to przybiera postać pół-zrujnowanego gotyckiego domiszcza i z lekka niedobranej grupy jego lokatorów: upiornego w więcej niż jednym znaczeniu lokalnego Gustawa-Wertera z bożej łaski, niejakiego panicza Szczęsnego, a do tego paru utopców, bluźnierczego przedwiecznego mackowatego zła czającego się w piwnicy i piekącego ciasteczka oraz kotki zasługującej ze wszech miar na imię Zmora, do której, w ramach domowych pieszczoszków, dołącza w pewnym momencie mroczny i perfidny królik imieniem Rudolf (Valentino). No i jest jeszcze anioł.  Anioł, aniołeczek, anielątko raczej, liche i niezdefiniowane płciowo i z włoskami z błyszczącego celofanu; z obsesją na punkcie środków czystości i alergią na własne pierze w skrzydłach, biedactwo.  Team uzupełnia w pierwszej części pan Kusy, złota rączka i pomocnik, jak najbardziej namacalnie ludzki; w drugiej tę rolę odgrywa będący jednocześnie jednym ze współlokatorów (na nowych włościach) Turu Brząszczek, wiking z zamiłowaniem do snycerki i przebierania się na konwenty w kostium nieco wyrośniętej Roszpunki. W Sile niższej znika nam z oczu panicz, za to powiększona zostaje rola Carmilli, a na głowę bohaterom spada drugi anioł, niejaki Tsadkiel (który, by zacytować Tura, często-gęsto bywa Dupkielem pierwszej wody) i parę duchów żołnierzy Wehrmachtu, na co dzień zamieszkujących na strychu willi, do której się cała ta radosna ferajna przeprowadziła.
I oczywiście, te postacie są przerysowane - powinny być, taka konwencja. Każdą z nich wyjściowo przynajmniej określa jakaś dominująca cecha (Licho jest naiwne i uwielbia sprzątać, Carmilla to drapieżna kobieta i hipsterka-pozerka, pedant Tsadkiel aniołem akurat skromności to jest chyba tylko we własnych fantazjach i tak dalej i tak dalej). Tyle, że te postacie nie pozostają określone jedynie przez te swoje cechy - autorka daje im, zwłaszcza w drugiej powieści, szanse rozwoju i zmiany: pozwala zobaczyć, że wszystkie mają jakieś ludzkie cechy. Okaże się wtedy, że Tsadkielowi zdarza się, przy całym jego ego rozmiarów Pałacu Kultury, poczuć odrzuconym i niepotrzebnym; że Carmilla wcale nie jest taka poukładana i tak dokładnie wiedząca, czego chce od życia - że w ogóle ten jej obraz jako Straszliwej Harpii jest w dużym stopniu, jakżeby inaczej, tym, jak ją postrzega wiecznie spóźniony z tekstami podopieczny, Konrad; że nawet anielskie dziecko może mieć depresję.

Autorka tej książki - a, hmm, nie wiem, czy Siła niższa to nie jest moja ulubiona z książek przeczytanych w 2016 - kupiła mnie dwiema odrębnymi rzeczami. Jedna z nich jest osobista: po prostu Marcie Kisiel udało się trafić w kilka z moich osobistych ulubionych pomysłów i motywów. W śpiewaną przez Tura i Licho (aniołeczka, znaczy) moją ulubioną piosenkę z jednego z ulubionych filmów. W akurat-właśnie-te-cytaty z poetów romantycznych, do których predylekcję chyba dzielimy. W taki rodzaj pastiszowej stylistyki który akurat mnie nie nuży, a trafia w mój własny językowy słuch i robi mi dobrze. Plus, nie pamiętam, kiedy ostatni raz zaśmiałam się głośno w autobusie, czytając książkę - to musiało być ze dwa lata temu, na etapie nadrabiania Pratchetta.

To są moje małe super-subiektywne powody. A te bardziej obiektywne? Ano są dwa. Po pierwsze, język. Po niedawnej lekturze kilku najnowszych polskich powieści, napisanych zdaniami nierozwiniętymi pomieszanymi z metaforami i porównaniami o klasie "niebo płaskie jak naleśnik", polszczyzna Kisiel - idiomatyczna, przestylizowana momentami, swobodna w użyciu metaforyki i naładowana słownymi echami polskiej klasyki literackiej - była jak łyk świeżej wody po kilku butelkach letniej Polo-Cockty bez gazu (takie samo uczucie, jak chodzi o język, miałam czytając drugą powieść Maryli Szymiczkowej, o której to powieści i jej autorach innych razem, jednakowoż). Ja, akurat ja, bardzo takie pisanie lubię.

A po drugie? Wspomniałam wcześniej o Terrym Pratchetcie, nie po to, by Martę Kisiel z nim porównywać, a by zasugerować, że i u jednego, i u drugiego z autorów pojawia się w pewnym momencie opowieści podobna koncepcja - nie przestaje być śmiesznie, ale jednocześnie robi się całkiem serio. Historia Konrada uciekającego przed odpowiedzialnością (i, jak się okaże, żałobą) w nocne wyprawy do Tesco, historia Carmilli uplątanej w pieluchy i nie bardzo wiedzącej, jak godzić macierzyństwo z pracą, opowieść o tym, jak Licho, przygnębiane na każdym kroku przez Tsadkiela, straciło nawet chęć do sprzątania - to są spokojnie i sensownie opowiedziane historie o mniej lub bardziej poważnej depresji, o odpowiedzialności, o tym, że czasami czegoś jest _naprawdę_ za dużo na jednego człowieka (albo anioła) i że nie obejdzie się bez pomocy. Przy czym Kisiel nie zmienia tonu, nie próbuje nagle zacząć moralizować ani pouczać - dopiero przyglądając się reakcjom bohaterów widzimy, że z postaciami jest coś nie tak, i to nie w bajkowy ani komiczny sposób nie tak... Autorka swoje postacie ewidentnie lubi, w ich chwilach wzlotów i w niedoskonałościach - ale też potrafi im współczuć i tak pokazać ich upadki i zakręty życiowe, żeby nam (dobra, mnie) było ich autentycznie żal. 

Jasne, wolałabym mieć w Dożywociu jakąś sensowną a znaczącą dla akcji bohaterkę (ta, która okaże się główną kobiecą postacią w ekipie, nie ma za dużo do powiedzenia....), a jednocześnie niekoniecznie mieć taką np. pannę Bercikównę w wersji aż tak przerysowanej (no nic  nie poradzę, mnie jej głównie żal, bo dokładnie potrafię postawić samą siebie w jej sytuacji śmiesznej, brzydkiej, tęgiej i zdecydowanie niemłodej wiecznej dziewicy w kretyńskiej dzianinowej garsonce, która to nieszczęsna ropucha kompletnie nieudolnie zabiega o przystojnego młodszego chłopaka...), wolałabym, żeby taki np. wątek Szczęsnego i jego interesownej Dulcynei z Dożywocia był nieco dalej pociągnięty... I co? I nic. Sporo z tego, co bym wolała, dostaję w Sile niższej - a nawet jakbym nie dostała, to i tak nie zmieniłoby to faktu, że sięgnąwszy po Siłę..., chyba znalazłam swoją powieść fantastyczną roku 2016.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

wtorek, 06 października 2015

Dzisiaj będzie dość krótko, bom wkurzona.

 


WARNING: MAKABRA (serio, makabra), PORNOGRAFIA (gejowska), TYLKO DLA DOROSŁYCH.

 

O bogowie, CO JA SOBIE ZROBIŁAM.

Biorę udział w fejsbukowej akcji "Październik miesiącem doczytywania książek". OK, mam do dokończenia jedną dobrą książkę, którą świadomie odłożyłam na lepsze czasy. Ale nie, po dwóch dniach pracy nad artykułami, prezentacjami etc. inni jacyś szatani mnie skusili, żeby najpierw sięgnąć po niedokończony kiedyś horror.

Exquisite Corpse Poppy Z. Brite'a (*) mam z jakichś pradawnych czasów, kupione chyba w pakiecie z Lost Souls, czyli pewnie w czasach, kiedy prowadziłam RPG (WoD) i czytywałam książki o wampirach (LS) jako inspirację (daaaaawno). Zaczęłam kiedyś, nie zmogłam, a przypomniałam sobie o tej powieści w tym roku, przy okazji oglądania III sezonu Hannibala, bo jakoś skojarzył mi się on właśnie z tą powieściową makabryczno-słodką, romansowo-upiorną stylistyką. Choć, po prawdzie, gdzie tam 'Hannibalowi', nawet w III sezonie, do poziomu generowanego w Exquisite Corpse kiczu i makabry.

Zasadnicza fabuła rozgrywa się między czterema postaciami. Andrew Compton, pierwszoosobowy narrator powieści, zdążył zabić i zgwałcić (w tej kolejności) 23 chłopców, zanim a) trafił do więziennego szpitala psychiatrycznego, b) przy pomocy supermocy pt. wyłączenie sobie oddechu i pulsu stamtąd uciekł. Uciekłszy, trafił z Londynu do Nowego Orleanu, gdzie na jego drodze pojawił się Jay Byrne, milioner-morderca-kanibal, który żyje w dekadenckiej posiadłości, a w byłych kwaterach niewolników trzyma rozkładające się ciała swoich ofiar - znaczy, to, czego nie zjadł. Zanim napotka Andrew i zrozumie, ze wzajemnością, że spotkał miłość swego życia, ma obsesyjną ochotę zabić swojego dilera LSD, ślicznego jak marzenie, smukłego, niewinnego, a jednocześnie wiecznie napalonego i zepsutego do szpiku kości osiemnastoletniego (ale wygląda na 15) geja wietnamskiego pochodzenia, Trana. Tran się kocha w Jayu, ale ma traumę; traumie winny jest czwarty z głównych bohaterów, zarażony HIV eks-facet Trana, Luke Ransom. Ghastly handsome Luke jest autodestrukcyjnym, psychopatycznym i marzącym o tym, by Trana zarazić AIDS (**) pisarzem, który we frustracji, wściekłości i lęku przed nieuchronną wtedy śmiercią zajmuje się chwilowo prowadzeniem pełnych wulgaryzmów audycji w pirackim radiu... póki się nie dowie, że Tran jednak chce się spiknąć z Jayem, a jemu, Luke'owi, wydaje się to niebezpieczne. Plus seks, krew, mordy, seks, seks z rozkładającymi się ciałami, seks ze świeżymi ciałami, zjadanie ciał, AIDS, seks, mordy, krew, seks. 

Estetyzacja - przy pomocy poetyckiej prozy nie tak całkiem odległej, momentami, od osiągnięć autorów Harlequina - aktów takich jak zjadanie przez bohaterów-kochanków psujących się od tygodni zwłok własnych ofiar, jak akty nekrofilii ukazywane jako akty namiętności czy wreszcie jak tortury i brutalne morderstwa z detalami udręczonych ciał ofiar - zajeżdża, przynajmniej mnie, efekciarstwem i poczuciem "Wow, jak ja fajnie umiem epatować". Dodajmy do tego trochę takich wrzuconych w trzeci plan mini-motywików jak dwaj bracia-geje, z których starszy uwodzi nieletniego młodszego i zaraża go AIDS, będąc przy tym jego jedyną prawdziwą miłością (młodszy po latach popełnia samobójstwo po ty, jak starszy umarł na AIDS). Plus, poziom pornograficzności - i nawet nie chodzi o seks (a tu niemal nie ma strony bez detalicznego opisu gejowskiego seksu, często z dodatkiem nekrofilii, tortur i gwałtów), co raczej o przemoc, o opisy mordów i o tarzanie się, zarówno dosłowne, jak i metaforyczne, w płynach ustrojowych, w tym tych produkowanych przez ciała w różnych stopniach zaawansowanego rozkładu... Chyba nawet mnie, dość odporną na makabrę w literaturze, to przerasta.

Acz najbardziej chyba mnie wkurza i irytuje pretensjonalność i kiczorność faktu, że w centrum tego wszystkiego leży romans dwóch takich seryjnych morderców, pięknych, inteligentnych i fascynująco (przynajmniej tak mi się wydaje być w autorskiej intencji) w swej ostatecznej deprawacji pociągających. Panowie się spotykają, wiedzeni nieomal-przeznaczeniem i widzimy, oczyma jednego z nich (który jest także jednym z narratorów), jak znajdują w sobie prawdziwą, nadludzką, przekraczającą miarę zwykłych ludzi, namiętną miłość. Dookoła pełno słodkich, nastoletnich, do cna zdeprawowanych, ślicznych i uzależnionych od heroiny chłopców o gibkich ciałach, jedwabistych pośladkach i opadających na ramiona falach czarnych włosów. A wszystko to w Nowym Orleanie, pełnym dekadencji i krokodyli. Brrrr.

Oczywiście moje zdegustowanie  jest, jak podejrzewam, dokładnie tym, na co liczył autor - powieść wydaje się wyliczona na efekt szoku. Jednocześnie - co trochę widać w netowych recenzjach - ten sposób działa dość skutecznie, bo część fanów powieści (a nie miejcie wątpliwości, ta powieść ma fanów!) ma poczucie przynależności do elitarnego klubu tych rozumiejących i z otwartymi umysłami (może cytacik? (...) Exquisite Corpse was fantastic! I have never read anything quite like it before. It challenged my narrow world view, consumed my mind as I read it, and afterwards it left me in a stunned stupor, stąd). No więc mojego narrow world view powieść nie poszerzyła - zwłaszcza że przy tym skupieniu groteskowej makabry aż by się prosiła o choćby minimum dystansu i najczarniejszego humoru (który, po części, gwarantował przecież wrażenie, jakie robiły, przynajmniej na mnie, odcinki zwłaszcza dwóch pierwszych sezonów Hannibala). Tu jest tylko powaga, makabra i drama.

I jeszcze jedno. Nie wymagam od literatury,  by była moralitetem, dawała mi życiowe wzorce i potępiała zło. Jakoś mi jednak zgrzyta fakt, że w Exquisite Corpse w sumie nie bardzo jest różnica między życiowym wyborem Jaya i Andrew (mordowanie i reszta), a życiowym wyborem Trana (muszę odejść z tradycyjnego domu moich rodziców, bo jestem aktywnym seksualnie gejem). Nie, to wcale się nie musi skończyć aresztowaniem pp. morderców przez zacnego policjanta ani nauczką dla złych ani innym takim, ale... bo ja wiem, brakuje mi w tej powieści, paradoksalnie, emocji. Współczucia dla ofiar, na przykład, albo przynajmniej czytelnego sygnału, że go nie widzę, bo widzę głównie oczyma wysoce niewiarygodnego narratora. Tymczasem ani w narracji Andrew, ani w passusach z punktu widzenia Jaya, Trana i Luke'a, tak naprawdę nie ma emocji, poza wszechogarniającym i wszechobecnym ja, ja, ja, ja każdego z bohaterów. No i poza momentem, kiedy Tran, podczas finałowych tortur, rozumie, że nie ma ucieczki od bólu i męki:

 

Tran looked back at them with something beginning to resemble awe. They were, after all, his destiny. Luke had tried to claim that role falsely, and failed. These two men had taken it by force, simply because they wanted to. Through his terror, through his sorrow, something in him loved that.


Nawet, cholera, nie skomentuję tego cytatu - zwłaszcza że on dokładnie wpisuje się w to, o czym panowie mordercy rozmawiają wcześniej między sobą: że ich ofiary tak naprawdę są im wdzięczne i czują się dobrze, kiedy Jay i Andrew dźgają ich, tną, parzą kwasem, rozszarpują zębami... I tu, moi drodzy, uznajcie mnie oficjalnie za moralnie oburzoną. To mnie, po prawdzie, obrzydziło bardziej niż opisy makabry. 


Wiem, wiem. SAMA TO SOBIE ZROBIŁAM. 

 

(*) Nie, nie mylę się w odmianie nazwiska. W recenzjach i na okładkach pojedynczych polskich wydań znajdziecie informację, że Brite jest kobietą i autorką. Brite jednak deklaruje się jako transseksualny facet i zdecydowanie preferuje męskie zaimki - a mnie, zasadniczo, nie robi żadnej różnicy, czy mu nawrzucam od bycia autorką czy autorem najgorszego kiczu, jaki od dawna czytałam.

 

(**) Skądinąd: bodaj jedyną zaletą, jaką ma jak dla mnie ta powieść, jest odmalowanie panicznego lęku przed, wściekłości na i żałoby z powodu HIV, wówczas nie dość, że nieuleczalnego i zabójczego, to dodatkowo stygmatyzującego. U Brite'a chorzy, zarażeni albo zagrożeni zarażeniem są, zasadniczo, wszyscy. Tu akurat histeria, patos i kicz, maskujące te uczucia, wydają się na miejscu i to jest jedyny powód, dla którego nie rzucam teraz po pokoju przedmiotami ze złości na zmarnowane dwie godziny na lekturę... 

 

PS do tytułu: Bo poprzedni wpis zatytułowany Głos w sprawie zdecydowanie nie był o pornografii, co najwyżej o romansidle.

niedziela, 25 stycznia 2015

Krzysztof Piskorski, Zadra, tom I-II, Runa 2009

 

here be spoilers, beware!

 

www.literatura.gildia.plobrazek stąd

 

Ponieważ bywam czepialska i bezczelna, to zacznę od może niezbyt uprzejmego (bo się autorowi wtrącam w zamysły) pytania:

A MOŻE KRZYSZTOF PISKORSKI BYŁBY SKŁONNY ROZWAŻYĆ ZMIENIONE WYDANIE ZADRY?

Takie, wiecie, z właściwym zakończeniem.

A jak już sobie wstępnie ponarzekałam (ale do narzekania jeszcze wrócę!), to może się przyznam i powiem, że mimo narzekania trochę mi się fangirl mode włączył. Bo dawno, dawno mi się nie zdarzyło zacząć polskiej powieści fantastycznej - długiej, wielusetstronicowej, skomplikowanej i na dodatek naładowanej scenami batalistycznymi polskiej powieści - tak, żeby zacząć, zrobić przerwę tylko na sen i absolutnie obowiązkowe obowiązki, i czytać, czytać, czytać póki nie skończę. 

Zadrze,  moim zdaniem, niewiele brakuje do bycia powieścią znakomitą. Autor ma, po pierwsze, efektowne pomysły na świat i na to, co czyni go alternatywnym w stosunku do naszego.

I tak, to jest ten moment, kiedy robię dygresję o steampunku. Kto chce tylko recenzję Piskorskiego, może przeskoczyć do po kolejnym obrazku.

 

 

 

Steampunk, z punktu widzenia odbiorcy takiego jak ja (czyli dość kiepsko znającego np. świat gier, zarówno gier wideo, jak i planszówek), jest prawie jak heffalumpy - wszyscy o nim mówią, ale nikt go nie widział, a i z opisaniem nie byłoby łatwo. Dlaczego? Ano dlatego, że występuje, tak naprawdę, głównie w charakterze dekoracji. OK, widziałam na konwentach dziewczyny i chłopaków w steampunkowych ciuchach, efektownych, ładnych, niezwykle starannie wykonanych, ale i przewidywalnych do bólu. Widziałam okładki ze steampunkowymi machinami. Widziałam filmy ozdobione tu i ówdzie steampunkowym gadżecikiem. 

Tylko co to znaczy, steampunkowym? Teoretycznie powinno się to określenie odnosić do akcji osadzonej w wieku pary, a więc w naszym świecie do czasów po 1781 i opatentowaniu przez Jamesa Watta maszyny parowej (tak, wiem, że były wcześniejsze próby, upraszczam celowo). W praktyce często jednak ten okres się rozciąga w obie strony, zwłaszcza jeśli nasze zastosowanie steampunku ograniczymy do gadżetów - patrz marniutcy IMHO mimo znakomitej momentami obsady Trzej muszkieterowie z roku 2011; naturalnie często też zahacza się steampunk w światach alternatywnych, w przyszłości, w realiach niewiele z naszymi mających wspólnego (no jeżeli Perdido Street Station jest steampunkiem, a ta powieść bywa jako taki określana, to chyba chronologicznie i gdy chodzi o konstrukcję świata wszystko wolno). OK, czasami próbuje się rozdzielania i nowych nazw (clockpunk na przykład, dla rzeczy takich, jak Doktorowa The Girl in the Fireplace), ale mnożenie bytów nie sprawia, że zjawisko staje się bardziej jednorodne.

Przy czym mój prywatny, osobisty problem ze steampunkiem nie polega bynajmniej na tym, że chciałabym go ograniczyć czasowo i terytorialnie, zamknąć albo dookreślić. Polega raczej na tym, że szalenie efektowny wizualnie (stroje, gadżety, mechanizmy) steampunk nieczęsto przekłada się na nowe pomysły fabularne. Zwykle dostajemy po prostu opowieść awanturniczą, w której warstwa steampunkowa jest - dekoracją. Fajną. Efektowną, jak powiedziałam. Ale o ile w - powiedzmy - fantasy heroicznej czy nawet urban fantasy gatunek niesie ze sobą pewne wymagania, powiedzmy, no właśnie gatunkowe (pojawienie się specyficznych typów postaci, istot, pewne motywy i rozwiązania fabularne typowe dla gatunku), ciężko mi wskazać takie dla steampunku. Innymi słowy, mamy zwykle powieść fantastyczno-awanturniczą z gadżetami. Plus, na dodatek, te jak dla mnie najciekawsze steampunkowe teksty - jak Maszyna różnicowa Gibsona i Sterlinga czy powieści Mieville'a - są nietypowe, specyficzne i stoją na pograniczu rozmaitych gatunków.
Steampunk, skądinąd, mógłby też dawać szansę zrobienia czegoś literacko fajnego z XIX-wiecznym społeczeństwem - na przykład pobawienia się rolą w nim kobiet, osób spoza wyższych klas społecznych etc. - ale też nie aż tak często to robi, niestety; co, znowu skądinąd, jest tematem na kolejną notkę.

Absolutnie nie twierdzę, że nie ma fenomenalnych stemapunkowych, bo ja wiem, gier. Komiksów (jeżeli Liga niezwykłych dżentelmenów jest steampunkiem, to nawet wiem, że są). Ba, jak ktoś mi je podrzuci w komentarzach, będę wdzięczna. Twierdzę tylko, że z mojego punktu widzenia na naprawdę wybitny tekst literacki lub dzieło filmowe, które będzie w taki sposób określało, definiowało pewne trendy w tym gatunku, skłaniało do naśladownictw i przetworzeń, ale i do protestów przeciw dominacji jednego modelu, jak, powiedzmy, Władca pierścieni dla high fantasy, jeszcze ciągle czekamy.

 

 

A cała ta wielka dygresja to stąd, że jeżeli Zadra jest steampunkiem, to ma sporo wad tego gatunku, ale też w wielu miejscach broni się lepiej, niż wiele innych należących doń tekstów.

No to zacznijmy od problemów, ogólnych i szczegółowych.

Mam problem z zakończeniem, i to na obu jego poziomach. Po pierwsze, powieść urywa się w konkretnym miejscu losów bohatera - po jego cudownym uwolnieniu z więzienia - ale w zasadzie i historia jego i bliskich, i losy wojny pozostają w zawieszeniu. Powiem szczerze, chętnie bym wiedziała więcej o tym, jak się ten konflikt rozwiązał - zwłaszcza, że plan wydarzeń militarno-politycznych był w całej powieści zdecydowanie znaczący.
Po drugie, mam problem z modelowo wręcz deus ex machinowym wyjaśnieniem konstrukcji świata i tego, czym jest ether. Serio? Przesłać boga z maszyny istotę z innego wymiaru, żeby wyjaśniła? Och, co za zmarnowana okazja na coś fajnego.

W sferze gadżetów steampunkowych, szkicowania scenerii i projektowania technologii Piskorskiemu wychodzą bardzo dobre pomysły: i wizja maszyny eterowej, i pomysły na jej zastosowania ma fajne, a na dodatek nie ogranicza się do rzucania w przestrzeń imion znanych z epoki postaci uczonych i polityków, tylko jak już sobie jaką postać wymyśli, to już jej do czegoś używa i jakoś tam charakteryzuje, mniej lub bardziej dokładnie (a upierdliwy nerd we mnie chciałby wiedzieć, czy jego świecie Napoleon ma trzecią żonę, czy też imię Maria Teresa zamiast Maria Ludwika jest pomyłką). Owszem, w scenach w tej innej Europie za brama brakuje mi trochę szaleństwa, trochę puszczenia wyobraźni na żywioł, ale może za bardzo skażona jestem Afryką w wersji Dukaja z Innych pieśni. Uczciwie muszę przyznać jednak, że generalnie opisy i kreacja świata u Piskorskiego przewyższają przeciętną: opisy są nastrojowe, nie na tyle szczegółowe, by zanudzić, ale dość, by naszkicować świat; te batalistyczne są sprawne, efektowne, a zarazem pozwalają średnio przepadającemu za batalistyką czytelnikowi dość bez problemu zorientować się, co się na polu walki dzieje. Sceny z  nieumarłą armią straszą, w tych z innej Europy czuć - trochę za mało, jak na mój osobisty gust, ale czuć - inność i obcość tego świata.

Przyznam, że mam trochę problem z bohaterami Piskorskiego. Główna trójka - uczony, jego przyjaciel oficer i panna, siostra jednego, a narzeczona drugiego - wspierana jest przez grupę postaci pobocznych, z perfidną hrabiną-szpiegiem carskim w roli głównej antagonistki. To są sympatycznie napisane i skonstruowane, ale jednak szalenie typowe postacie: Maurice Dalmont, młody ambitny uczony, głodny sukcesu; Stanisław Tyc. jego przyjaciel, zgorzkniały po napoleońskich kampaniach polski oficer, jeszcze raz zaciągający się do wojska; i Natalie Dalmont: trzpiotowata, ale dzielna, lojalna i szczerze kochająca brata i narzeczonego dziewczyna. Te postacie są... w porządku. Są konsekwentne, spójnie napisane, utrzymane każda w swoim etosie. Czego im brak, to odrobina indywidualizacji, charakteru, czegoś, co by im się pozwoliło zapisać w mojej pamięci jako osobnym bohaterom, a niekoniecznie tylko - sprawnym wariacjom na temat archetypu.

Piskorski próbuje nieśmiało w Zadrze stylizacji: bo i opowiedzenie części narracji w listach, i epizody (jak niedoszły romans Natalie z młodym francuskim oficerem) w zasadzie nie związane z główną fabułą (OK, ten ma konsekwencje pod sam koniec powieści), i nadanie rozdziałom stylizowanych na tradycję opisowych tytułów trochę to sugerują. Sugeruje to też pewna symbolika, której w powieści trochę jest - w tym przede wszystkim trzykrotne pojawienie się tytułowej zadry: raz jest nią, dla Tyca, trauma z poprzednich wojen i ciągły brak rozwiązania sprawy polskiej, drugi raz, dla Maurice'a - jego własna klęska i błąd, który może cały świat, a przynajmniej Francję, drogo kosztować. A trzeci raz - trzeci raz słowo zadra pojawia się w wyjaśnieniu, czym jest ether i na czym polegał eksperyment, od którego zaczęły się między innymi kłopoty Maurice'a. Wyjaśnienia nie lubię, ale subtelne i niejednoznaczne sugestie, o co chodzi z nieoczywistym tytułem, bardzo doceniam. Och, jak ja żałuję, że autor nie poszedł w tę stylizację trochę dalej - i wcale nie musiał iść równie daleko, jak Dukaj w Lodzie, tylko troszkę, troszeczkę  mocniej się odwołać do tradycji dziewiętnastowiecznej powieści! A jest do czego, przecież! 

Fabularnie powieść jest zdecydowanie, moim zdaniem, udana: bo jak czytałam, to nie mogłam przestać. No i w ogóle tak sobie narzekam i pouczam, a przecież, tak naprawdę, jest dobrze. Nawet prawie bardzo dobrze. Takie pięć z minusem.

Tyle że widzicie: narzekam, bo jest pięć z minusem. Jakby było na trzy plus, to bym nie narzekała - bym przeczytała, odłożyła, zapomniała. A tu, cholera, mam wrażenie, że niewiele brakło, a byłoby, jak dla mnie, znakomicie. ZNAKOMICIE.

Ech, szkoda.

środa, 13 sierpnia 2014

Aneta Jadowska, Złodziej dusz (Dora Wilk 1), Fabryka Słów 2012

 

trochę spojlerów, nie za dużo

 

Jadowska Złodziej dusz

 

Dawno, dawno temu, ładnych parę lat przed założeniem tego bloga, przeżyłam krótką a intensywną fazę fascynacji twórczością Laurell S. Hamilton i generalnie - nadnaturalnym kryminałem. Mind you, było to parę lat przed tym, jak Stephenie Meyer napisała Zmierzch i rozpoczęła powszechną fazę na wszystko z wampirem i wilkołakiem tle.

Anita Blake, owszem, miała w pierwszych odcinkach swoich przygód problem z wyborem między wilkołakiem (uroczy, pomocny i racjonalny Richard Zeeman, którego likantropia nie jest, o ile pamiętam, czymś, czym by się prawie-narzeczonej pochwalił) i wampirem (irytujący, odwieczny i nieodmiennie seksowny Jean-Claude, który na przespanie się z bohaterką... no, poczeka sobie); ale miała też co innego: w każdym odcinku inną przygodę kryminalną, która zazwyczaj zaczynała się w ludzkim świecie i dość nieodmiennie prowadziła do środowiska istot nadnaturalnych (1).

Choć nie była pierwszą autorką podobnych powieści - kryminałów z istotami nadnaturalnymi w rolach głównych - Hamilton dla wielu zdefiniowała granice i reguły gatunku; gatunku, który, paradoksalnie, zawdzięczał większą w sumie popularność wśród szerokiej publiczności innym autor(k)om, w tym - nie oszukujmy się - przede wszystkim Charlaine Harris, a dokładniej rzecz ujmując, jej zrobionej przez HBO adaptacji

Dlaczego o tym piszę? Bo czytając lata temu pierwsze odcinki Anity, zastanawiałam się, jakim cudem nikt nie pisze takich rzeczy w Polsce. Tego typu kryminał najlepiej przecież sprawdza się w realiach znanych czytelnikowi, kiedy działa zderzenie między dobrze znanym z codziennego życia miastem a jego inną, mroczniejszą i bardziej... nienaturalną stroną.

Wtedy nikt powieści należących do tego gatunku w Polsce nie pisał, dzisiaj już jak najbardziej tak: cykl Anety Jadowskiej o wiedźmie Dorze Wilk ma już chyba sześć tomów. Ja, jak zazwyczaj spóźniona, właśnie przeczytałam pierwszy.

I teraz tak: to nie jest moja literatura. Nieprzypadkowo w pewnym przestałam czytać Laurell Hamilton; znudziła mnie wyliczanka kolejnych -łaków pojawiających się z nużącą regularnością (odpadłam chyba na etapie tygrysołaków w kolejnych kolorach) i konieczność dodawania do świata coraz to nowych ras nieludzkich i półludzkich istot, bez sensownego (co nie znaczy, że bez "seksownego", seksu to tam było co niemiara) wykorzystania tych, które już były. Ja generalnie nie przepadam za takimi "heterogenicznymi" światami, w których upadłe anioły piją w knajpie z leprechaunami, wilkołaki i tygrysołaki walczą o terytorium z fairies, a krasnoludowie kopią cenne kruszce, by sprzedawać części do maszyny do szycia Pani Bobrowej (wiem, złośliwość). Nie mam dla tego nieprzepadania żadnego powodu poza idiosynkrazją i "ja nie lubię" - a kryminał nadnaturalny (jeżeli mogę użyć takiego określenia) właśnie takie światy sobie upodobał.

Pierwsza powieść Jadowskiej z cyklu o Dorze Wilk w konwencje gatunkowe wpisuje się znakomicie. Teodora W. (dla przyjaciół Dora) jest twardą policjantką, ale jednocześnie wiedźmą, przy czym koledzy z pracy nie wiedzą o drugim życiu koleżanki. Pyskata i wygadana, mająca permanentny problem z autorytetami i znacznie mniejszy - z seksem bez zobowiązań, Dora jednocześnie (podobnie jak kolekcjonująca pluszowe pingwinki Anita Blake) ma swoją delikatniejszą i bardziej kobiecą stronę (patrz: ukochane mieszkanie). Jest rudowłosa, seksowna i generalnie - wbrew własnym, wyrażanym w pierwszoosobowej narracji zastrzeżeniom - daje się lubić, ale jak trzeba, to przyłoży każdemu, a przynajmniej obrzuci pogardliwym spojrzeniem z wysokości swoich stu osiemdziesięciu centymetrów wzrostu. Oczywiście kłopoty to jej specjalność  - i oczywiście poznajemy ją, kiedy jest w kłopotach, a jest w nich, bo (oczywiście) dała po mordzie pedofilowi. Głównej bohaterce towarzyszy całe grono postaci, jakich moglibyśmy oczekiwać w kryminale oraz w, powiedzmy sobie, powieści nadnaturalnej: przystojny kumpel, między bohaterką a którym aż iskrzy od erotycznego napięcia, kolega-wrażliwiec eksperymentujący z narkotykami, surowy, ale sprawiedliwy szef (tu: szefowa), posterunkowy buc-szowinista, podstarzali policjanci rzuceni przez żony, które miały dość ich pracy w policji  - a z drugiej: prawie-upadający anioł, cholernie atrakcyjny plus minus diabli pomiot, potężny i manipulatorski przywódca wampirów.
 
Nie tylko bohaterowie są wyraźnie, powiedzmy, umocowani w konwencjach,. Obok realistycznego Torunia pojawia się Un-Tor-Un Thorn, jego niewidoczny dla zwykłych ludzi odpowiednik, gdzie dzięki paktowi o religijnej nieagresji żyją ze sobą w jakiej-takiej zgodzie magiczni przedstawiciele różnych systemów mityczno-religijnych, z których każdy ma nad sobą jakąś (średnio zazwyczaj sympatyczną) zwierzchność. Kluby i bary są zarówno w ludzkim, jak i w nieludzkim świecie; to tam właśnie policjantka - czy ma zadanie z gatunku tych ludzkich, czy nie - najłatwiej znajdzie potrzebne jej, a dla innych nieosiągalne informacje. U Jadowskiej więcej jest, w porównaniu z innymi tekstami tego gatunku, nacisku na historie i rolę postaci wywodzących się z kręgu mitologii judeochrześcijańskiej - autorka szkicuje nam całą ich "systematykę", wpisując jednocześnie swoich bohaterów, Mirona i Joshuę, w szeroki system niebiańsko-infernalnych hierarchii (jeden jest wnukiem Lucyfera, drugi - archanioła Gabriela); przedstawiciele tego świata niewiele jednak różnią się, w sensie swojej natury i charakterystyki, od ogranych już do bólu w gatunku wampirów i wilkołaków, a ich problemy (Joshua i jego kłopot z byciem aniołem stróżem niedoszłej samobójczyni) kojarzą mi się chwilami z pomysłami Mai Lidii Kossakowskiej, choć trzeba przyznać, że Jadowska rozwiązuje problemy swoich postaci bardziej pomysłowo, w czym pomaga odrobina humoru. Faktem też jest, że opisy emocji bohaterki, tego, co czuje Dora wobec zarówno Joshuy, jak i Mirona, a także, powiedzmy to sobie wprost, sceny (prawie) seksu, wychodzą Jadowskiej, moim zdaniem, dosyć powyżej polskiej normy fantastycznej: rzadko osuwają się w sentymentalizm czy kicz, nie popadają w zbędną tu wulgarność, nie są za długie i generalnie swoją rolę spełniają, przynajmniej w oczach tej jednej konkretnej czytelniczki, bez zarzutu. Sporo też miejsca poświęcone jest opisom magicznej mocy Dory-wiedźmy i jej związków z otaczającą ją naturą - literacko to są zresztą, moim zdaniem, chyba najmniej ciekawe kawałki powieści.

Akcja Złodzieja dusz toczy się w sposób dla czytelnika dość przewidywalny. Kiedy ją spotykamy po raz pierwszy, Dora Wilk właśnie zmaga się z zagadką śmierci antypatycznej starszej pani, u której w mieszkaniu dość niespodziewanie znaleziono sporą ilość środków odchudzających. Nie mija jednak zbyt wiele czasu, a do problemu ewentualnego zabójstwa dołącza bardzo poważny kłopot w świecie nadnaturalnym: ktoś mianowicie porywa i zabija kolejne, na pozór przypadkowe nadnaturalne istoty, w tym ukochaną przyjaciółkę Dory...

To nie jest moja literatura, ale czyta się przyjemnie - jak sięgnęłam po książkę po obiedzie, tak odłożyłam ją dopiero, kiedy skończyłam, i to nawet mimo faktu, że zagadka kryminalna jakoś specjalnie skomplikowana nie jest. Z jednej strony mamy naszpikowane aluzjami do współczesnego polskiego życia społecznego zabójstwo wrednej moherowej babci z koła przyjaciół pewnego radia, z drugiej - zagadkę z plus minus seryjnym mordercą w tle. Gdyby to miała być moja książka, taka dla mnie, to pewnie wolałabym więcej Torunia niż Thornu - Jadowska jest literacko chyba najlepsza, kiedy mimochodem opisuje mieszkańców i ulice miasta, po którym nocą włóczą się Dora z kumplami; zresztą umocowanie powieści w konkrecie, w krajobrazie i przestrzeni Torunia, wydaje mi się jednym z najciekawszych w tej książce pomysłów. Moje osobiste idiosynkrazje, o których wspominałam wcześniej, każą mi z dystansem podejść do ilości ras, istot i form życia, jakie tu spotykamy, zwłaszcza że do ich tradycyjnego obrazu autorka, przynajmniej w tej powieści, nie wnosi wiele nowego: mamy arystokratyczne, wyniosłe wampiry ubrane w stylu starego Hollywood, dzikie i żyjące wedle zwierzęcej hierarchii wilkołaki, uwodzicielskich potomków szatana... No ale to są moje osobiste antypatie literackie, a w gatunku zwykle jest tak, że the more the merrier. Muszę też powiedzieć, że autorka - przynajmniej w tej pierwszej powieści - swoje pomysły (jak ten z paktem i z istnieniem różnych porządków świata) konsekwentnie ogrywa i jak już strzelbę na ścianie powiesiła, to przynajmniej pogrozi nią czytelnikom. 

Narracja jest - jak to bywa w powieści kryminalnej, zwłaszcza tej, która (jak ta nadnaturalny) zadłużona jest jako gatunek u mistrzów czarnego kryminały - pierwszoosobowa, dzięki czemu wiemy tyle, ile bohaterka, a przy okazji poznawania fabuły poznajemy i ją samą. Jadowska, skądinąd doktor polonistyki, pisze "przezroczystym" stylem, bez silenia się na nadmierną potoczystość, literackość czy szczegółowe opisy; znowu, jest to wymóg gatunku, po części może odpowiedzialny za mój brak entuzjazmu wobec niego. Owszem, narracja Dory nasycona jest zwrotami i powiedzeniami, mającymi ją charakteryzować jako twardą policjantkę (klnie z zamiłowaniem) i skuteczną wiedźmę, ale ta charakteryzacja nie jest jakoś szczególnie dogłębna ani wyszukana - ot, tyle jej, żeby wyraźniej narysować postać głównej bohaterki i podkreślić jej (oczekiwane od takiej postaci, zakorzenione w tradycji gatunku) cechy: upór, zdecydowanie, pewną bezczelność, ironiczną błyskotliwość i lekki cynizm osoby, która niejedno już w życiu widziała. Świat powieści jest nasycony odniesieniami do współczesności - wylewa się z niego na czytelnika strumień rockowych tytułów, aluzji do polskiej polityki, wzmianek o krajowym i lokalnym życiu uczelniano-medialno-politycznym; nie wiem, jak to zniesie próbę czasu, ale rozumiem, że nie na znoszenie prób czasu została ta powieść zaprogramowana, a raczej na bycie tu-i-teraz, na trafienie do czytelnika aktualnością.

Pamiętam, jak swego czasu na tym blogu przejechałam się - za ostro, jak dzisiaj o tym myślę - po pierwszym tomie opowiadań Anny Kańtoch o Dominiku Jordanie. Wtedy powodem mojego hiperkrytycyzmu był fakt, że coś w tych tekstach zobaczyłam - potencjał na opowiadania znakomite? Zapowiedź, dla mnie wtedy nie do końca zrealizowaną, dużego talentu autorki? Kańtoch to znacznie bardziej moja literatura niż przygody Dory Wilk, a jednak byłam bardziej krytyczna, bardziej bezwzględna. Może dlatego, że kryminał Jadowskiej czytałam dla czystej rozrywki, niczego innego nie oczekując? Jako wakacyjna lektura, nawet dla osoby za tym konkretnym gatunkiem nie przepadającej, wciągnął i sprawdził się zupełnie nieźle.

Niemniej, bardziej chyba czekam na przeczytanie w końcu Czarnego Anny Kańtoch.

 

(1) Tak, wiem, że od któregoś kolejnego tomu powieści Hamilton mają coraz więcej seksu, coraz mniej kryminału, ale zważcie, że utknęłam gdzieś na dziesiątej (obecnie jest ich ponad 20, nie licząc opowiadań i komiksów).

niedziela, 16 marca 2014

 

Janine Cross, Forged by Fire, Roc 2007

 

Spoilery. I wpis od lat 18, zdecydowanie. I sporo makabry w cytatach/opisach

 

 

janine cross, forged by fire

 tak na marginesie: ciekawe, kto jest na okładce,
skoro wszystkie bohaterki powieści są brązowo- i czarnoskóre?

 

Obawiam się, że po moim dzisiejszym wpisie nikt mi już nie uwierzy, że nie jestem masochistką. Zabrałam się przecież świadomie za lekturę książki, o której dwóch poprzednich częściach napisałam dość wprost, że jest to najgorsza literatura, jaką w życiu czytałam; najgorsza; a jednak się zabrałam. Mimo wszystkich problemów, jakie mam z autorką.

Moje problemy z Janine Cross są na przynajmniej kilku poziomach.

Po pierwsze - tak, to jest poprawna (gramatycznie) angielszczyzna, poprawny język (o publikowanej polskiej twórczości paraliterackiej nie zawsze się to da powiedzieć); widać, że ktoś (autorka? redaktor?) nad tą książką przysiadł. Niemniej - cóż, nadmiar określeń jest jednym z moich prywatnych wyznaczników grafomanii, a Cross zbliża się momentami do Stephenie Meyer, jak chodzi o opisy i ich wydumanie. Kobieta na przykład, która jest ewidentnym obiektem erotycznego zainteresowania bohaterki, ma skórę w kolorze wilgotnego cynamonu naznaczoną spiralami [naturalny fenomen: podbity lokalny lud tak ma w tym fantasylandzie - N.] w kolorze szałwii, jaśniejszą od jednych, dodaje niepotrzebnie a filozoficznie autorka, a ciemniejszą od innych. Skóra innej z kolei ma barwę ciastka skropionego miodem, jeszcze inna przypomina odcieniem  mokre futerko szczura wodnego, sutki innej mają barwę mokrego bluszczu (i nie, nie będę snuć freudowskich rozważań o tej wszechobecnej wilgoci wszystkiego). I tak jest dalej, i dalej, i dalej, w barokowo wydumanych, kiczowato wyszukanych i zgrzytających stylistycznie porównaniach i metaforach, które mają budować klimat efektownej beznadziei. Słońce pulsuje jak jątrzący się wrzód (wrzody jako słowo klucz autorka lubi: główna bohaterka w pewnym momencie czuje się zamknięta w broczącym krwią wrzodzie gniewu - hemorrhaging pustule of wrath, serio, serio). Przerażone oczy dziecka porównane są do ugotowanych na twardo jajek śpiewającego  ptaszka (a ślad na policzku innej postaci po tym, jak w tej policzek oberwała, jest biały jak białko ugotowane w koszulce); w głowie jednego z bohaterów szaleją nietoperze, jaskółki i gołębie zwątpienia, pełen rozpaczy krzyk dziewczynki (tej od oczu jak jajka) określony jest jako wykrwawienie jej duszy; bohaterka patrzy między mocne uda [szamanki] w gwiaździste niebo jej genitaliów. Bez przerwy się przy tym autorka ześlizguje w niezamierzoną groteskową śmieszność - podejrzewam, że porównanie nie dającego się powstrzymać ataku biegunki do erupcji wulkanu miało być dramatyczne, ale wyszło, niestety, jak ze skeczu kabaretu koszarowego... No i są jeszcze takie passusy jak ten, kiedy już nawet nie wiem, jak go tłumaczyć:

Her scream split open the night as if it were the belly of a dark jungle cat, and the moon and stars turned into crimson droplets;

Krzyk rozdziera noc jak brzuch dzikiego kota? Noc, już rozdarta, jest jak brzuch dzikiego kota? Brzuchy dzikich kotów rozdziera się krzykiem? Nie ponimaju, za cholerę.

A jak już przy języku jesteśmy - suknia Zarq jest z bisioru, taka suknia znaczy, w której Zarq ma się ukrywać w dżungli. A bisior jest, w dodatku, praktyczny. Ja wiem, fantasyland i te sprawy, ale jednak chyba trochę nie ma sensu, moim zdaniem, używać specjalistycznych nazw z naszego świata na określenie czegoś zupełnie innego? Ten sam problem mam z fragmentami takimi jak poniższy:

“They’re not just my plans. Others are involved: foreign émigrés, merchant tycoons, retired Roshus [właściciele smoczych folwarków - AK], paras [oficerowie - AK] who’ve defected from the Emperor’s army... all planning for and dreaming of decolonization. (s. 112).

Pomijając już fakt, że nie bardzo wiem, jak można być foreign i émigré jednocześnie (mam wrażenie, że wyszedł niefortunny skrót myślowy, bo autorce chodziło o emigrantów, zza granicy gotowych do wsparcia rebelii) i że jako żywo wcześniej (tom I i II) mieliśmy tu ustrój stricte niewolniczy przemieszany z feudalnym i zarządzany przez teokrację, a o żadnych merchant tycoons nie było mowy, zastanawiam się, po co autorce była tu ta dekolonizacja, użyta przez prostego żołnierza do niewykształconej głównej bohaterki. No ale czy takiej niewykształconej? Zarq [czy ja już mówiłam, jak ja nie znoszę imion, nazw i języka u Cross?] co prawda była całe życie prześladowaną nędzarką, dzieckiem z dna ubóstwa, gwałconą, krzywdzoną i poniżaną jak się da, traktowaną jak nie-człowiek kobietą [to źle] z plemienia skolonizowanych tubylców [to jeszcze gorzej] w prymitywnym i opresyjnym społeczeństwie - ale gdzieś, diabli wiedzą gdzie, kiedy, od kogo i po co, nauczyła się czytać. Albo, co bardziej prawdopodobne, autorka założyła, że umiejętność czytania i znajomość terminów takich jak dekolonizacja są wrodzone, podobnie jak wiedza o tym, co to jest elita i upełnomocnienie i jak znajomość dwudziestopierwszowiecznych koncepcji socjologicznych:

With all his connections amongst the politically empowered and the elite, Gen’s view was skewed. [mówi do siebie Zarq]

Poniekąd zbliżony problem nadmiaru widać w innej ulubionej technice autorki. Janine Cross ma najwyraźniej poczucie, że świat, który pokazuje czytelnikowi, musi być złożony i bogaty. Poczucie całkiem słuszne, skądinąd: tylko nie jestem osobiście pewna, czy realizowanie go metodą "ni z tego ni z owego wrzucę duuuuuuuuużo szczegółów, najlepiej szokująco brutalnych, na temat kompletnie marginalnego zjawiska" jest najlepsza. Weźmy sobie przykład: podczas ucieczki na samym, samiutkim początku umiera jedna z pobocznych dla poprzednich tomów postaci. Umiera i zostaje... hmm... pochowana przez grupę wyjętych spod prawa uciekinierów żyjących w Przysiółku Zapomnianych (Hamlet of Forsaken, nazwa jak zwykle u JC bezpretensjonalna) , koniec historii tego bohatera. Koniec? O, nie. Jakiś czas później, wspominając ten fakt, bohaterka mówi, jednym tchem: obiecałam Zapomnianym opłatę za przybicie go do jednego z drzew w ich gaju pogrzebowym. Miałam nadzieję, że ktokolwiek ustrzeli szakale, które przyjdą tam pożreć ciało Dona, odmówi rytualne dzięki honorowe, kiedy będzie gotować żeberka szakala na obiad. Pomijając już nieprawdopodobne nagromadzenie łopatologicznych sugestii, że Źle Się Dzieje w Kraju, Gdzie Ludzie Ludziom Zgotowali Ten Los i Teraz Nie Mogą Nawet Jeść Ciastek, pomijając niezamierzoną zapewne groteskowość tej sceny, co mnie osobiście tu przeszkadza, to nadmiar: nadmiar szczegółów i niepotrzebnych informacji, przy jednoczesnym braku wyjaśnienia, w mnóstwie innych miejsc książki, rzeczy naprawdę ważnych.

Ten fragment z żeberkami szakala, a i stylistyka porównań Cross, podpowiadają jeszcze jedno - i to też mi przeszkadza. Autorka, mianowicie, lubi epatować - a do tego ma radosne i pełne samozadowolenia poczucie, że może epatować do woli, bo robi to w Słusznej Sprawie. W końcu napisała Dragon Temple Saga w celu walki z dyskryminacją kobiet w Iranie, jak sama twierdzi. Tu dochodzą jeszcze z pewnością kwestie rasowe, klasowe oraz problem traktowania zwierząt hodowlanych przez przemysł mięsny, w tym - karmienia zwierząt resztkami zwierząt.  

I nikt autorce nie powiedział, że dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane.

I OK, w tej części jest mniej seksu, z ludźmi czy smokami. Zarq, którą zgwałcono jako dziesięciolatkę (mamy opis), po czym pozbawiono zewnętrznych narządów płciowych jako ciągle dziecko (wydrapując je - nie wycinając, wydrapując kawałek po kawałku -  bez znieczulenia ostrym odłamkiem ceramiki, mamy opis) nieco rzadziej sięga sobie ręką między nogi albo opowiada o swoich sterczących sutkach (co robiła namiętnie w dwóch poprzednich tomach), choć seks z kobietami nadal uwielbia i gotowa jest prawie zawsze. Niemniej: jak już jest seks, to człowiek nie wie, gdzie oczy podziać. Z jednej strony bohaterka zachowuje się jak pan z pacynką z South Parku, który usiłował napisać książkę o czymkolwiek, ale i tak ciągle mówił o penisie: Zarq może czuć współczucie dla ubogich kobiet w wiosce i ich nieszczęsnej doli, ale patrząc na nie, widzi głównie zgrabne biodra, sterczące piersi, gładką skórę, sterczące piersi, wyzywające usta, zgrabne biodra... Z drugiej strony - cóż, mówiąc krótko: Zarq odgryza facetowi genitalia podczas seksu oralnego [mamy opis], spotyka brutalnie zgwałconego trzynastolatka [mamy opis otaczającego go smrodu nasienia i ekskrementów i dokładną relację z siniaków, pogryzień i śladów krwi i kału na udach i pośladkach], i widzi skutki czegoś, co autorka chyba trochę bez przemyślenia nazwała trollingiem: porywania, torturowania i zbiorowego gwałcenia kobiet z wiosek przez paniczów [mamy opis postaci po trollingu]. Autorce się chyba wydaje, że tak to się robi - że tak się protestuje przeciw przemocy i wykorzystywaniu. A ja nie jestem jednak tak do końca pewna, czy epatowanie przemocą seksualną w celu jej zwalczania - epatowanie, które momentami, ze względu na szczegółowość i przygnębiającą dokładność opisów, wydaje się sprawiać autorce przyjemność - to jest ta najwłaściwsza droga. 

A seks to nie jedyne pole do makabry: wystarczy przeczytać groteskowy opis tego, z czego żyje wioska, w której się bohaterka ukrywa.
Otóż, smoki są śmiertelne. Samice tuż przed śmiercią otorbiają się w wielkie kokony. Te kokony są szczelne, ale jakimś cudem włażą do nich miliony much i znoszą jaja, stąd miliony wstrętnych robaków i smród padliny dominujący w wiosce. Smoki w kokonach są jeszcze jakiś czas półżywe, po czym przestają dawać znaki życia. Wtedy ludzkość z wioski wskazuje na drewniane młynko-kosy i podskakując na nich jak na bąkach, mieli martwe smoki [święte, nietykalne] razem z ich kokonami i robakami, na szarą, połyskliwą, cuchnącą papkę, którą następnie karmi smoki. Yeah. 

Aha: i przez tysiące lat hodowli smoków nikt, nikt, nikt nigdy nie zostawił ani jednego takiego kokonu dłużej, nikt nigdy nie zapomniał, nie policzył mylnie dni. Bo widzicie [spojler], one nie umierają. One się przepoczwarzają w samce. Oto cała tajemnica. Nikt z kolonizatorów nigdy tego nie wiedział, póki tubylcy nie pokazali tego Zarq w [seksualnym, oczywiście] rytuale. A  co do zostawionych przypadkiem kokonów - widzicie, musiały się zdarzyć, ale na pewno zabrakło jednego ważnego czynnika, mówi autorka. Węży symbiotycznych, znaczy, które co prawda żyją wszędzie, ale ludzie na nie polują i nie dopuszczają do kokonów, więc nigdy żaden się do kokonu nie dostał. Hmmm... tak. Ma sens.

Do tego... no właśnie, jak widać z powyższego, do tego to się wszystko nie składa w jakąś choćby śladowo sensowną fabułę. Bohaterka wygrała plantację, ale musi się ukrywać jako najpierw chłopka pańszczyźniana, potem niewolnica, potem rzekoma kochanka pana, łazi po mapie wte i wewte (najpierw ją gnają jako niewolnicę do centrum tego rejonu, potem wraca tą samą drogą, przy czym jak ją tylko przygnali, to wykorzystała swoją pozycję, żeby zakazać handlu niewolnikami, choć nie ma pozycji i musi się ukrywać jako niewolnica - tak, wiem, wiem, to nie ma sensu). Na dodatek okazuje się, że jest w tym świecie mnóstwo rzeczy, których nie było w nim wcześniej - na przykład dualistyczna religia Jedynego Smoka, władcy dobra, i Rodziciela, ojca węży; i że bohaterka nagle wzywa imienia Jedynego Smoka co parę linijek, a religię traktuje, jakby była jej wyznawczynią od zawsze. Okazuje się, że w dżungli są obozy rebeliantów; okazuje się, że są fabryki i robotnicy, gotowi do strajku; okazuje się, że jest z kim robić rewolucję przeciwko Imperatorowi. Bohaterka jest serio przekonana, że zrobi rewolucję bez krwi, a z pomocą zmiany gospodarczej (mistycznie przy pomocy seksu ze smokami nauczy się hodować samce smoków w niewoli) i zapewni wszystkim mieszkańcom dobrobyt i wolność, zlikwidowawszy głód, biedę i wszelkie społeczne nierówności. I to wszystko w ciągu sześciu tygodni, hey-ho (i prawie się jej uda, choć sama przyzna, że to nie tak łatwo i że całego świata nie naprawiła; ale już niedługo zjednoczy go pod jedną religią, wiarą w swoją psiapsiółę przemienioną w Strażniczkę Niebios, i wtedy będzie dobrze).
Oczywiście, dobrzy wygrają. Co im tam dziesięć tysięcy imperialnych legionów, jak rebelia gotowa (znaczy, heraldic signs uszyte, bo to głównie tym się postacie chwilowo zajmują). I, bogowie, spadochroniarze na smokach, z parasolkami, serio serio. Do tego jeszcze przybrane dziecko bohaterki, jej seks-bogini siostra czarodziejka i duch mamusi wcielony w skrzydlatego demona. I bóstwo w postaci skrzydlatego demona. I uczony z fiolkami i probówkami, zbierający próbki śluzu od kobiety spółkującej oralnie z samicą smoka. Yeah.

Ale, wiecie, to autorka w sumie podsumowała swoją książkę najlepiej, więc może ja już nic nie powiem, tylko zacytuję i sobie pójdę.

Gloom.
Darkness.
Gloom.
Darkness.
More gloom and more darkness.

I wiecie co? Myślałam, że będę miała większą radochę z tej złej książki, że jej złośliwa recenzja poprawi mi humor albo co. No więc nie, zupełnie nie. Chyba się starzeję. Albo to te gołębie zwątpienia.

niedziela, 29 grudnia 2013

Neil Gaiman (tekst), Stan Woch, Dick Giordano (rysunki, kolor), Thermidor, w: The Sandman: Distant Mirrors, zebrane też w: The Sandman: Fables and Reflections, 1993.

 

sandman thermidor 1

 

 

Wybaczcie pretensjonalne motto po niemiecku, ale żaden polski przekład to nie jest to. Tytuł z przekładu tegoż tekstu pióra K. K. Baczyńskiego.  

 

... [die] Stille, die die ganze Weite
in sich hat und an die Ohren weht,
so als wäre ihre andre Seite
der Gesang, dem keiner widersteht.

[R. M. Rilke, Die Insel der Sirenen]

 

No to zanim referat (do pracy) i zanim podsumowanie roku (tutaj) .... wpis z przypadku.

A przypadek przez referat.

Referat sobie mianowicie piszę, na konferencję - a konferencja (i referat) będą o Oktawianie Auguście, a konkretnie - o recepcji tegoż w Sandmanie, a konkretniej - o opowieści August. Która jest częścią cyklu o miesiącach. Gdzie jednym z tekstów jest Thermidor.

A, poza tym, dokłada się kwestia "Gaiman i Orfeusz, i mój nieustający plan napisania o Gaimanowym Orfeuszu" (ci, którym się zdarzało zjawiać na moich "heroicznych" zajęciach mogą tę ambicję kojarzyć....) .... i głowa Orfeusza i jej proroctwa.

No bo tak: czytając "August" (nie "Augusta", bo mam wrażenie, że mimo zamierzonej dwuznaczności, to raczej "Sierpień" niż "August, Oktawian"), przeczytałam jeszcze raz resztę zbiorku. Na czele z "Thermidorem".

No i z tego ten wpis cały.

 

W Thermidorze Gaiman i jego rysownicy opowiadają historię Johanny Constantine, przodkini, a może poprzedniego wcielenia, Johna C. Johanna ma jakiś bliżej mało określony deal z Morfeuszem i wybiera się do Paryża odzyskać, na jego prośbę, głowę jego syna, zamordowanego przez bachantki, ale ciągle żywego.
Jest szósty thermidora, roku drugiego.

Znaczy się, za trzy dni będzie po Wielkim Terrorze.

I OK, znajomych historyków z góry przepraszam i disclaimeruję: obraz (1) Rewolucji Francuskiej, (2) St. Juste'a, i (3) Maximiliena Robespierre'a, jaki pojawia się w tym wpisie, jest obrazem z tekstu Gaimana. Z wersji Gaimana. Pewną, znaczy się, wizją popkulturowo-literacko/artystyczną. Ergo, w polemiki pt. "Rewolucja była zła/dobra", "Robespierre był/nie był potworem", "Dobrze/tragicznie, że zginął" wdawać się nie zamierzam. Ba, nie zamierzam nawet za bardzo wdawać się w dyskusję, na ile ta wizja charakterów i celów obu przywódców u Gaimana jest historyczna (a nie zamierzam, bo - jak już powiedziałam w poprzednim wpisie około tematu - rok obsesyjnego czytania o rewolucji to trochę za mało, żeby ferować wyroki). W ogóle o historyczności wizji N.G. wolałabym się nie wypowiadać. 

Co zaznaczywszy, mogę ad rem. A dokładniej, ad Iohannam.

Johanna Constantine trafia do rewolucyjnego więzienia, bo chciała wykraść głowę Orfeusza; Maximilien Robespierre ją do tego więzienia wtrąca, bo głowa Orfeusza - głowa poety, proroka, mistyka, świętego, syna Snu - grozi przewróceniem zaplanowanego przezeń nowego racjonalnego świata, który czci egalitarian superbeing, distant and uninvolved. Za ten świat gotów jest zapłacić każdą cenę: skazywać na śmierć przypadkowych ludzi, sympatyków rewolucji (Thomas Paine) i własnych eks-współpracowników (Fabre d'Églantine)?. The myths are dead, mówi Gaimanowy Robespierre, the gods are dead and the ghosts the ghouls and phantoms are dead. There is only the State and the People.

Robespierre (a do pewnego stopnia i St. Just, który tu reprezentuje człowieka bez właściwości, którego głównym życiowym drogowskazem jest wiara w wizję wodza) zostają tu, jako ludzcy przywódcy i zwolennicy zimnego, brutalnego racjonalizmu, skonfrontowani, w mocno romantyczny sposób, zarówno z Johanną, jak i z Orfeuszem.

Johanna Constantine jest tu bohaterką, powiedzmy sobie, romantyczno-awanturniczą: wplątującą się w dziwaczną przygodę, kradnącą skarby, noszącą przebrania, gotową na szalone eskapady i ryzykowanie życiem; samo czucie [emocji] i wiara [we własne szczęście], innymi słowy, skontrastowane ze szkiełkiem i okiem wodzów rewolucji.
No a Orfeusz.... a właściwie głowa Orfeusza.... a, Orfeusz to jeszcze inna historia.

Gaiman poświęcił Orfeuszowi sporą historię w The Song of Orpheus, gdzie opowiedział lekko tylko przekształconą wersję historii jego i Eurydyki. W Thermidorze Orfeusz nie żyje od dawna, dawna - ale to nie znaczy, że umarł.    

Och, bo przecież Orfeusz u Gaimana jest symbolem co najmniej kilku rzeczy. Po pierwsze - pamięci i historii, którą wodzowie rewolucji chcieliby wymazać, budując nowy świat i zmieniając stare nazwy rzeczy (nieprzypadkowo ta historia kładzie taki ogromny nacisk na kwestię kalendarza i nowych nazw miesięcy: ma jeden z nich w tytule, wspomina jego twórcę). Po drugie - po drugie Orfeusz, w swoim paradoksalnym stanie: ani do końca człowiek, ani jeden z Nieskończonych, ani żywy, ani martwy, relikt pradawnych czasów natchniony w swojej poetyckiej mocy, zabity przez bachantki, wcielenia obłędu i szaleństwa, symbolizuje wszystko to, co nieracjonalne, natchnione i nieprzewidywalne. Zarazem, pieśń Orfeusza jest także symbolem wszystkiego tego, co odwieczne i ponadczasowe - i, w związku z tym, oczywiście przerażające i groźne. 

Ale to nie wszystko. Johanna ukryła głowę Orfeusza tam, gdzie najtrudniej byłoby ją znaleźć: wśród odciętych głów ofiar Terroru. Te głowy się odezwą, jak chór, wtórując Orfeuszowi, opowiadając swoje historie i śpiewając swoje pieśni - pieśni, które zakończą, w wersji Neila Gaimana, rządy Robespierre'a i rządu Terroru. 

Jest więc tak: Robespierre chce zniszczyć głowę Orfeusza i zabić Johannę, ale Johanna ma opiekuna - Orfeusza właśnie. A Orfeusz - martwy-żywy, rozszarpany, pozbawiony ciała - ciągle ma swoje pieśni.
Jak Odys, Johanna zatka sobie uszy i prawie-usłyszy przeklętą, syrenią pieśń, jak z wiersza Rilkego, co go u góry przytaczam; prawie ją zrozumie. Ale panowie R. i St. J. usłyszą ją całą - i to ona odbierze im mowę. Uzurpatorzy, którzy chcieli zmienić historię, kazać ludziom zapomnieć wspomnienia i odebrać im historię, przegrają; sami stracą głos, niezdolni przemówić nawet we własnej obronie, a potem będzie dziewiąty thermidora i koniec bajki. 

Takie rozwiązanie - kiedy fikcja wkracza w historię i stanowi jej rozwiązanie - Gaiman stosuje w Sandmanie kilkakrotnie (jak w historii Williama Szekspira, na przykład, gdzie łączy się biografia autora i wydarzenia ze Snu nocy letniej z mitologią cyklu o Sandmanie). Tu ono robi (no, na mnie zrobiło) bardzo efektowne wrażenie: klątwa spoza racjonalnej rzeczywistości dopadająca propagatorów szkiełka, oka i rozumu - choć, oczywiście, tego typu pomysł zawsze jakoś tam prawdziwą historię trywializuje i upraszcza; niemniej, Gaiman nie bardzo chce nam tu opowiadać historię; opowiada swoją wersję mitu, gdzie łączą się postacie i motywy z mitologii świata, popkultury i historii. A w micie  - w micie pycha musi zostać ukarana, a syrenia pieśń Orfeusza, ten śpiew, którego nic przemóc nie zdoła, nie może pozostać bez echa.

 

Żródło: wikipedia

dla zestawienia efektów pracy rysownika z inspiracją:
najbardziej chyba znany, anonimowy portret Robespierre'a, ok. 1790


 

* i tu tak tylko troszeńkę na marginesie powiem cichutko, że ja-bym-jednak-wolała-może-jeden-raz, żeby z tym terrorem i z tym Robespierrem to nie było tak łatwo, że jeden człowiek, że osobista odpowiedzialność i że potwór u władzy, bo mi się to już nudzi, tak po prawdzie, a i z tym, co nawet ja wiem o prawdzie historycznej, ma wspólnego trochę, ale nie wszystko. Ale tak to sobie Gaiman wymyślił, wolno mu, a i wizja mu wyszła spójna i do mitologii świata pasująca.  

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8
| < Wrzesień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  
O autorze
Zakładki:
Autorzy
Blogi
Miejsca: różne
Omnia mea
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...