Inne

sobota, 02 stycznia 2016

Kochany blogu, wiem, że miałeś ósme urodziny. Wiem, olałam je, przykro mi. W ogóle ostatnio cię olewałam, dość skutecznie, i niewiele ci czasu poświęcałam. Oczywiście, usprawiedliwiałam się pracą, ale oboje wiemy, że to są zazwyczaj wykręty, prawda? 

Nie oszukujmy się: tęsknię za tobą. Brakuje mi ciebie i brakuje mi towarzystwa, które się tu u nas spotykało, ale nie udawajmy, dzisiaj głównie spotykamy się na fejsbuku. Brakuje mi... ech, sama nie wiem, czego. Emocji mi brakuje, chyba; albo po prostu zgubiłam gdzieś umiejętność ubierania ich w słowa. 

Rozumiesz ergo, blogu, że to może być początek końca naszego związku. Wiem, rozczarowałam cię, ale tak po prawdzie, ty mnie trochę też. Jak by to powiedzieć, zrobienie tego, co sobie gdzieś na pewnym etapie tego związku zaplanowaliśmy - pisanie tego, co my chcemy pisać, i założenie, że ludzie w nieco większych ilościach będą to czytać - od początku było w sumie raczej nierealne. Nie przy mojej mentalności i nie przy założeniach, jakie miałam co do ciebie.

Kiepsko nam ostatnio idzie, wiem. Nie dotrzymujemy obietnic, ani danych samym sobie, ani innym, nie kończymy wyzwań, nie piszemy obiecanych notek... Dam nam jeszcze chwilę szansy, ale nie za długą, a jak nie, to się pożegnamy, wspominając, że kiedyś było fajnie, zanim się wypaliło.

Trzy próby: trzy bardzo oczekiwane rzeczy do zrecenzowania; jak wyjdzie, to wyjdzie, a jak nie, to nie; skończymy związek po ośmiu latach. Come on, oboje znamy małżeństwa, które trwały krócej. 

14:30, ninedin , Inne
Link Komentarze (6) »
niedziela, 26 lipca 2015

Jestem zła, zapracowana, marudna i wszystko mi się nie podoba. Oraz, jak zwykle, spojluję, choć dość umiarkowanie, jak na mnie.

 


Niespecjalnie podobało mi się Ready Player One Ernesta Cline'a, a miałam wielką nadzieję, że mnie zachwyci. Ja generalnie zdecydowanie lubię literaturę YA, więc problemem nie jest chyba fakt, że książka jest z tego powodu nie całkiem dla mnie - ale chyba jednak nie jest dla mnie.

Nie jest dla mnie, bo, jak by to powiedzieć, nie czuję najmniejszej nostalgii wobec lat 80. Urodzona w 1973, jestem, jeśli dobrze pamiętam, niemal rówieśniczką uber-nerda z powieści, Jamesa Hallidaya (ur. 1971?), którego testament - kto rozwiąże jego wirtualną zagadkę, wygra świat, plus minus - uruchamia akcję w powieści i wysyła miliony gunters w poszukiwaniu ukrytego w wirtualnym świecie skarbu. Niemniej, w odróżnieniu od Hallidaya, ja osobiście bardzo się cieszę, że wyszły z mody, przynajmniej tymczasowo, ejtisowe fryzury, buciki na kaczuszkach, dekatyzowane dżinsy, muzyka Rush i im podobnych dinozaurów rocka tudzież Duran Duran i im podobnych, a nie zmartwiłabym się wcale, gdyby podobny los spotkał, na przykład,  filmy Johna Hughesa. Takie emocja jak nostalgia albo się czuje, albo nie, ja jej nie mam kompletnie - ani dla czasów przed moimi (lata 60. i hippisi, lata 70.), ani dla czasów własnego wieku późnonastoletniego-studenckiego (lata 90.), ani, zdecydowanie, dla ejtisów. I jako że niespecjalnie by mnie akurat bawiło wylądowanie np. na planecie skonstruowanej na wzór podniosłego concept albumu Rush, to nic dziwnego, że świat RPO mnie nie zachwycił. Plus, Ernest Cline dokonał tego, co wcześniej udało się tylko twórcom Supernatural i autorowi tej powieści o Richardzie Burtonie jako steampunkowym detektywie, którego to autora nazwisko wyparłam z pamięci - zdołał mnie, namiętną wielbicielką popkulturowych i nie tylko nawiązań, znudzić i zdenerwować nadmiarem tychże. 

Ale świat to jedno. Nie zachwyciła mnie również sama konstrukcja fabuły. Przy czym nie zrozumcie mnie źle - jak ktoś z tego zrobi film, popędzę na niego jak na skrzydłach, bo fabuła wciąga jak diabli i to, co przeszkadzało mnie konkretnie w powieści, zapewne zagubi się w filmie; niemniej, w powieści przeszkadzało. Co mnie irytowało szczególnie, to łatwość, z jaką bohaterowie - dobra, Wade/Parzival - rozwiązywali swoje problemy. Jest taka jedna sekwencja, w której Wade robi coś bardzo ryzykownego, by dostać szansę rozwiązania ostatecznej zagadki - i powiem ja wam, jejku jejku, nawet ja, której ukochaną książką z wczesnego wieku nastolatkowego był Hrabia Monte Christo, jęknęłam z rozczarowania nad tym, Jak Szybko Mu To Poszło. No i finał - KTO, KTO w tym dystopijnym, rozpadającym się, pozbawionym funkcjonujących sensownie struktur państwowych i przeprowadzonym prawie w całości do rzeczywistości wirtualnej świecie miał naprawdę aresztować i oddać pod osąd sprawiedliwości (jakiej sprawiedliwości???) cyfrowego magnata, multimilionera, szefa korporacji etc. etc. etc. etc? Serio?

Żeby nie było: RPO ma za to sympatyczne postacie, nieco wyłamujące się ze schematów idealnych bohaterów powieści młodzieżowej, zarówno jak chodzi o wygląd, stan ich zdrowia czy preferencje różnego rodzaju: to jest niewątpliwa zaleta. No i nawiązania: jak ktoś tęskni za ejtisami, to się poleca, będzie niewątpliwie wzruszony. 

A jak już o filmach mowa....

Jak pewnie niektórzy wiedzą, jestem fairy godmother ciotką pewnej młodej damy, liczącej obecnie lat pięć z hakiem. Obowiązki ciotkowania traktuję bardzo poważnie, a młodą, tak po prawdzie, uwielbiam, plus mnie rozrywki w jej stylu nie przeszkadzają. Ergo, w ostatnich tygodniach jeżeli nie pisałam swoich naukowych rzeczy, to oglądałam z Edytą animacje Disneya. Zobaczyłyśmy w sumie, w całości i w kawałkach, około dziesięciu (w tym, yeah, osiem razy znanych jej już Aryskotkratów i dwanaście razy Krainę lodu). Nosi mnie, żeby napisać o nich osobno, bo tutaj są tylko pretekstem, jako że to przez nie postanowiłam w końcu nadrobić braki i obejrzeć przegapioną w kinie Maleficent.

I, ojej, jak mi się nie podobało.

Wszystko poza Angeliną Jolie mi się nie podobało. OK, odtworzenia kawałków animowanej Śpiącej królewny były ładne, i co z tego. Jolie oszałamiająco wyglądała; pomysł ogrania, po trochu, jej własnej życiowej historii (dla mnie ta historia jest, od pewnego momentu, mniej więcej o adoptowanej córce i adopcyjnej matce) był fajny. O motywie z obcięciem skrzydeł będzie pod koniec notki. A poza tym?

Głos zza kadru porównywalny, jak chodzi o poziom nachalności wyjaśnień, tylko z Anthonym Hopkinsem w Aleksandrze Stone'a. Czarny charakter - tym razem tatuś, nie czarownica - tak ZŁY, że aż zęby bolą, ZŁY ZŁY ZŁY. A nie zanosiło się na to: może fajniej  byłoby ograć w dalszej części fabuły ten moment wahania, kiedy Stefan uśpił Maleficent i jednak nie mógł jej zabić, może warto było podkreślić, że jego ambicje i determinacja w dążeniu do potęgi i pieniędzy mają w tle fakt, że jest ubogim sierotą i jak Scarlett O'Hara będzie kłamał i oszukiwał, byle nie być głodny nigdy więcej? Fabuła cała w dziurach, przy czym część z tych dziur wynika z niewolniczego w niektórych momentach trzymania się fabuły Śpiącej królewny - na moje oko, w świetle tego, jak układają się stosunki dyplomatyczne między królestwami ludzi i fairies, trzy dobre wróżki powinny były zostać ekspresowo wtrącone do lochu, a nie zaproszone na imprezę. Brak ogrania chociaż śladowo postaci księcia, ale też królowej, matki Aurory. Generalnie, nie mogłam uwierzyć, że to napisała scenarzystka współodpowiedzialna za Króla Lwa i Piękną i bestię.

Ten film ma, jak dla mnie, tylko jedną mocną i przejmującą scenę: moment, kiedy Stefan decyduje, że dla władzy zdradzi Maleficent. Nikt nie wie, że się znają; ba, nikt nawet nie podejrzewa, że Stefan zakrada się na zakazane Wrzosowiska. Zabicie Maleficent, czego nie są w stanie zrobić królewscy rycerze, jest dla niego tylko kwestią zdrady, zawiedzenia jej zaufania: znają się przecież i przyjaźnią, ba, kochają, od lat. Ergo, usypia ją narkotykiem i obcina jej skrzydła - choć chce, nie jest w stanie jej zabić. Ta scena - z jej chyba dość oczywistymi dla dorosłego widza paralelami do gwałtu, do brutalnej zdrady zaufania - rzeczywiście robi wrażenie, bo jest przejmująca i bolesna, a nie  - efekciarsko mroczna. No i zakończenie  - znaczy, to, kto obudził Aurorę - by zrobiło wrażenie, gdybym wcześniej nie obejrzała Frozen dwanaście razy i nie przewidziała go za szybko.

Generalnie, ta historia porzuconej kobiety, która "adoptuje" odsuniętą przez ojca i wychowywaną przez kompletnie niewydolne wychowawczo ciotki-wróżki dziewczynkę jest dobrym pomysłem - choć wolałabym, żeby albo było w tym wszystkim jakieś miejsce dla księcia, albo żeby kompletnie się go scenarzyści pozbyli, bo w tej wersji pałęta się po ekranie nieco bez sensu. A jak już o pocałunkach i książętach mowa - och, tumblrze. Och. Naprawdę, lesbijski podtekst? Absolutnie mi nie przeszkadzają lesbijskie podteksty, teksty otwarte też zresztą poproszę, jak najbardziej, ale - tutaj? W historii kobiety, która obserwuje od urodzenia małą córeczkę faceta, którego kiedyś kochała, a który ją zdradził w najpodlejszy sposób? Patrzy, jak ona wyrasta z niemowlęcia w maluszka, potem w przytulającą się do niej małą dziewuszkę, potem w nastolatkę, patrzy i wie, że kiedyś, w momencie zemsty, ona, Maleficent, zrujnowała temu dziecku życie? Która zastępuje jej rodzinę i przyjaciół, jakich mała nie ma? Nie wiem, może ja czegoś nie widzę, ale dla mnie jest to zdecydowanie historia o przybranej matce i jej córce, a nie o kobieco-kobiecym romansie. W to zresztą też przecież idzie zakończenie: Aurora, córka ludzkiego króla i królowej, wychowanka wróżek i przybrana "córka" Maleficent, będzie idealną władczynią dla połączonych królestw...

No nie podobało mi się, a szkoda, bo chciałam ten film lubić *. A teraz wyjeżdżam i długo, długo mnie nie będzie, więc następna notka to pewnie gdzieś w sierpniu.

 

 

* I tylko jeszcze sobie tak cichutko dodam: ja lubiłam Złą Maleficent ze Śpiącej Królewny i bardzo, bardzo mi jej brakuje...

niedziela, 05 kwietnia 2015

W zasadzie ta wielkanocna seria wpisów, zaplanowana przeze mnie tak naprawdę pod wpływem kaprysu, to raczej samobójczy pomysł: zważywszy, że polski fandom Dorothy Dunnett można pewnie zmieścić w jednej niewielkiej sali lekcyjnej, projekt napisania kilku sążnistych wpisów o relacjach między jej bohaterami i o tym, jak autorka się tymi relacjami posługuje przy kreowaniu wizerunku bohatera zakrawa na szaleństwo. Niemniej, ten temat chodzi za mną od jakiegoś czasu i mam szaloną ochotę się z nim zmierzyć, a czytelnicy tego bloga już nie raz mi udowodnili, że zazwyczaj uznają za najlepsze te wpisy, po których ja się spodziewam, że zgromadzą dwa lajki i jeden komentarz z litości, ergo – zabrałam się do roboty. 

 


I teraz tak. Tytułem wstępu: moja ogólna ściąga o cyklu Dunnett jest tutaj, a tutaj z kolei – notka, zachęcająca do jej czytania. Plan, mówiąc najkrócej, jest taki: parę słów o tym, kto jest kto, potem – krótka analiza tego, co i po co, a potem oczekiwanie na następny odcinek wpisu. Tyle, że - jak to zwykle - okazało się, że trochę tego dużo. Innymi słowy, ta notka - wyjaśniająco-eksplikująca, proponująca, o czym będzie, a o czym nie - to trailer właściwej notki. No dobra, nie trailer. Wstęp. Wprowadzenie. Przedmowa.

Zacznijmy od uczciwego przyznania: Dorothy Dunnett bywa melodramatyczna. Do bólu. Jej bohaterowie z kolei bywają – jak by to powiedzieć – nadludźmi (choć, momentami, jako żywo, kiedy czytam co poniektóre opisy wyczynów co poniektórych postaci, to inne słowo ciśnie mi się pod klawiaturę). Tyle, że widzę to przy drugiej-trzeciej lekturze: wcześniej autorce udało się ukryć przede mną dość starannie to, jak fantastycznie doskonały bywa jej główny bohater. Nad tym właśnie, jak to zrobić  – na przykładzie właśnie Dunnett – chciałam się wyjściowo w tej notce zastanawiać. Ponieważ jednak mówimy o cyklu liczącym jakieś 3000 stron, trzeba się skupić na czymś konkretnym; a mnie akurat, po części przez rozmowę z Harpijką na ten temat, wzięło na skupienie się na jednym motywie – a mianowicie na relacjach między jej enigmatycznym głównym bohaterem a pozostałymi postaciami cyklu.

Przypomnę krótko: jesteśmy w Europie (i nie tylko) połowy XVI wieku, przed sobą widzimy szeroką panoramę wydarzeń, od rodzinnej Szkocji głównego bohatera przez Francję, imperium osmańskie, Maltę, Anglię, Francję, Irlandię, Grecję, Rosję Iwana Groźnego, kawałki północnej Afryki. W oczywisty sposób mamy też tabun – jako żywo, tabun – postaci, tak zaczerpniętych z historii, jak i w pełni fikcyjnych; a każda z nich, w zasadzie, wchodzi w jakieś interakcje z naszym głównym bohaterem.

Jak wiedzą czytelnicy moich poprzednich wpisów o autorce, bohater nazywa się Francis Crawford of Lymond i głównie jako Lymond występuje w Dunnett, ergo również i w tym wpisie będę tego określenia używać najczęściej Z grubsza, dla celów tego wpisu, pozwalam sobie podzielić interakcje tegoż z innymi bohaterami na kilka grup, z których nie wszystkie będą mnie tu i teraz w jednakowym stopniu interesować.

Po pierwsze, w oczywisty sposób, są postacie, z którymi Lymond styka się, powiedzmy, formalnie czy profesjonalnie. Są wśród nich szkocka królowa-matka Maria de Guise, król Francji Henryk II, brytyjska księżniczka i przyszła królowa Elżbieta, by wymienić tylko kilka – i te relacje mnie, chwilowo, nie interesują; dałyby ciekawy wpis o portretowaniu postaci historycznych u Dunnett, ale to na szczęście nie dzisiaj.  Po drugie – i to jest znowu temat na osobny wpis – są postacie, które nasz bohater traktuje po prostu z przyjaźnią; serdeczną, wierną, jednoznaczną, choć nie zawsze wprost deklarowaną. Nie jest takich osób wiele i często są to ludzie, którzy wydają się, przy wysoko urodzonym, ekstrawaganckim, przerafinowanym, świetnie wykształconym i olśniewająco urodziwym Lymondzie – zwykli, nieefektowni, codzienni; są wśród nich szef królewskiej menażerii we Francji, z zawodu poganiacz słoni; albo mieszkająca na pograniczu miła i ciepła angielska wdowa (dobra, przez większość akcji wdowa); albo mauretański eks-niewolnik. To, jak fair Lymond ich traktuje i jak życzliwy bywa wobec nich, jest często zaskoczeniem dla ludzi, którzy wierzą albo łudzą się, że znają Lymonda doskonale – wiedzą przecież, że sarkazm, złośliwość, uszczypliwe a bezlitosne demaskowanie ludzkich słabości to jego normalny sposób zachowania i skoro traktuje tak książąt krwi i wielkie damy, to skąd ta wyrozumiałość dla podstarzałego kornaka albo dla niezbyt ładnej, niezbyt bogatej wdowy? Znowu, to jest temat na całkiem ciekawy wpis (głównie o tym, jak mimo niezwykle drobiazgowego researchu autorki, mimo niezwykle starannie oddanych realiów, „The Lymond Chronicles” są jednak awanturniczo-przygodowo-romansową serią o w zasadzie współczesnym i współcześnie myślącym bohaterze, a nie powieściami historycznymi, mającymi za cel jakąś rekonstrukcję przeszłości), ale nie na ten dzisiejszy.

W mojej samozwańczej typologii pozostają nam trzy kategorie postaci, z którymi Lymond wchodzi w znaczące interakcje: (1) jego rodzina, (2 jego prywatni (arcy)wrogowie i (3)– i diabli wiedzą, jak to zwać. Obiekty uczuć, powiedzmy sobie. Albo nie, jeszcze inaczej: osoby, _dla których_ Lymond jest obiektem uczuć, a one dla niego - różnie, często też, przy czym nie zawsze są to te same uczucia. We wszystkich tych przypadkach wzajemne relacje tych postaci z Lymondem są co najmniej dwuznaczne, nieoczywiste i niejasne, często też - także w przypadku (1) - podszyte są, albo wydają się podszyte, erotycznymi, freudowskimi niemal napięciami.

Chwilowo jednak możecie spać spokojnie, w następnym wpisie skupię się na ostatniej z tych grup. Przy czym, jako że obiecałam Harpijce wpis o romantic frienships  u Dunnett, pozostawię sobie na następną okazję temat-rzekę pt. „Wszystkie kobiety Lymonda” i zacznę, zdecydowanie, od jego wszystkich mężczyzn.  

środa, 06 sierpnia 2014

Byłam przez miesiąc, w dziesięciu krajach, celowo i przejazdem, trochę na wariata. Snułyśmy się z Drakainą mniej lub bardziej mając plany - Drakaina ścigała swojego napoleońskiego fioła, ja się rozglądałam po świecie w nieco mniej ukierunkowany sposób. Jak zwykle, napisałabym milion rzeczy i jak zwykle napiszę jedną. Opowieść o trzech miastach.

 

Cytadela Alego Paszy w Janinie, by ninedin

Kawałek widoku na cytadelę Alego Paszy w Janinie, by ninedin

 

Jeden. Skopje jak sen wariata (śniony nieprzytomnie)

Byłam w Skopje biegiem kilka lat temu, byłam i teraz - i teraz zobaczyłam zupełnie na nowo.

Przyjechałyśmy wieczorem: hotel tani a uroczy, przemiły pan, my trochę padnięte, ale dobra, jedziemy na miasto. No to jedziemy. A potem chodzimy. I nie wiem jak Drakaina, ale ja chodziłam jak we śnie, we śnie wariata, we śnie wariata śnionym nieprzytomnie.

Skopje to dzisiaj miasto pięknego starego bazaru, miasto pomników i rusztowań. Się tu buduje. Dużo. I dużo naraz.

Na głównym placu Skopje za to rosną pomniki. Rosną jak pieczarki, skupiskami. Aleksander Wielki, zaiste wielki, złoty na koniu na stole na rzeźbionej kolumnie na fontannie, nocą w feerii milionbarwnych migotliwych świateł, nie do uwierzenia. Obok niego, na tym samym Placu Macedonii, cała plejada: i Filip II, i Justynian I, i łódź piratów (plus minus), i car Bułgarów Samuił I, i Cyryl, i Metody, i anarchistyczni herosi z przełomu wieków, i karmiące/ciężarne i bułgarscy rewolucjoniści, i grecka świątynka i Matka Teresa o rzut beretem, i co tam jeszcze, a wszystko w leciutkiej mgiełce zmityzowanego patriotyzmu i budowania historii: nasi oni wszyscy, chwała macedońskiego narodu i jego odwiecznej (serio serio, książeczka o Skopje, którą mi dali, sugeruje, że Skopje wraz z jego nazwą musiało istnieć już w czasach Pitagorasa) stolicy, a nie jacyś tam inni, Albańczycy, Bułgarzy czy Grecy. Pomnik na pomniku jest na tym placu, rzęsiście i barwnie nocą oświetlonym; idzie się jak we śnie, o północy na estradzie tańczy i śpiewa zespół ludowy, świecą pomniki, co rusz zza zakrętu wychyla się kolejny i jak w końcu do człowieka dotrze, że z koryta płynącego przez miasto Wardaru tryskają podświetlane fontanny, to nawet go to nie dziwi. Oprawione to wszystko w neoneoklasyczną architekturę XXI wieku, monumentalne, świetliste, jak ze snu na lekkim rauszu, fascynujące i dziwaczne i nie-chce-się-wierzyć-że-prawdziwe.

 

Dwa. Gorica, czyli sen wieczny emigranta

Nova Gorica jest nowa. Zbudowana w latach 50./60., ładna, jak ktoś takie lubi; ja jej zresztą nie aż tak wiele widziałam. My z Drakainą pojechałyśmy tam, żeby się tanio przespać (sukces, hotel niedrogi, a bardzo przyjemny) i żeby zobaczyć Kostanjevicę.

Kostanjevica, górujące nad miastem wzgórze jakieś 200 metrów od włoskiej granicy (najwygodniejszy dojazd doń spod miasta: przekroczyć granicę, przejechać dwie ulice Włoch, potem z powrotem do Słowenii i pod górkę).

Nova Gorica powstała, bo stara austro-węgierska Gorizia znalazła się po II wojnie w granicach Italii; a póki była austriacka, mogła stać się schronieniem dla paru osób, które we Francji po roku 1830 nie bardzo miały czego szukać.

Były król, jego dwóch synów, synowa, druga synowa (córka Marii Antoniny i Ludwika XVI, skądinąd, moja smutna księżniczka z wpisu sprzed jakiegoś czasu), wnuczka i wierny dworzanin uciekli z Francji po trzech dniach rewolucji lipcowej, tułali się lata po Europie, a w końcu schowali się w Gorizii i tam, jedno po drugim, umarli.

Karol X może nie był najlepszym władcą, jakiego wydała dynastia Burbonów, ba, mógł nawet być jednym z tych gorszych, ale jest coś nieskończenie smutnego w tej historii: w historii mężczyzn i kobiet, nie pasujących do swoich czasów, żywych reliktów poprzedniej epoki (gdzie Madame Royale z jej sztywną etykietą i obyczajami z czasów Ludwika XV, a gdzie król-mieszczanin Ludwik Filip!), powoli wegetujących trochę na peryferiach ważnego wówczas świata, w dość zapomnianym wtedy, dość zapomnianym dziś miasteczku.

Klasztor w Kostanjevicy, gdzie ich wszystkich pochowano, jest ładny, położony wysoko na wzgórzu nad miastem; kaplica niewielka, zadbana, w przedsionku dziewiętnastowieczne pewnie jeszcze wieczne bukiety z koralików i metalu, portret Karola X i ni w pięć, ni w dziesięć stół do piłkarzyków, gdzie pewnie ministranci z kościoła zajmują sobie czas między nabożeństwami; w małej krypcie upchnięte jeden na drugim sarkofagi z koronami: Karol X, Henryk V (rządził 7 dni, mało kto uznaje go za króla) i Ludwik XIX, ponoć król Francji przez dwadzieścia minut.

Przyjechałyśmy tam rano; na kogoś, kto nas wpuści do zamkniętej normalnie kaplicy czekałyśmy wraz z parą Hiszpanów i dwiema innymi osobami, chyba z Włoch. Tłumów nie było; za dużo dowodów pamięci też. Kto pamięta, poza Francją, gdzie jest pochowany Karol X?

Przez Drakainy napoleońskiego fioła miałam w tym roku okazję pochodzić po dziwnych cmentarzach i zaskakujących miejscach pochówków różnych dziwnych ludzi (może by tak wpis?); widziałam groby różnych tam wygnanych cesarzy i pochowanych na obczyźnie pretendentów i eks-władców; ale nie wiem, czy jakoś ta Nova Gorica nie była z tego wszystkiego najbardziej.... bo ja wiem, melancholijna? Bez nadziei? Nie wiem, skąd mi się to wzięło, to uczucie/współczucie, nie wiem dlaczego i nie wiem, czemu akurat tam.

 

Trzy. Janina, sen czytelnika

W epirockiej Janinie byłam na konferencji, na której dyskutowałam, ze szczerym zaangażowaniem, o wąskich tematach, które mnie naukowo obchodzą, ale przyznam się całkiem szczerze, pojechałam też, bo Ali Pasza.

Bo, znaczy się, Dumas, znacznie bardziej niż ten realny Ali Pasza, Lew Janiny (1740-1822), historyczny zarządca zachodnich prowincji imperium ottomańskiego. Bo jak już zapewne mówiłam, jest Hrabia Monte Christo jedną z moich ukochanych książek, nawet mimo Walentyny i jej ukochanego.

W Janinie dzieje się epizod dla powieści pod wieloma względami kluczowy, choć pozornie niewielki: opisana w retrospekcji zdrada Fernanda de Morcerf, wówczas już wysokiego oficera i męża Mercedes; zdrada, jakiej dopuścił się nie tyle wobec swego wodza, Alego Paszy, co wobec jego rodziny - sprzedał jego ukochaną i jego córeczkę w niewolę. Dumas bardzo tu sprytnie pokazuje okrucieństwo Fernanda, sprawiając, że mimo całej jego odwagi czytelnik zdecydowanie traci do niego sympatię - jak tu współczuć komuś, kto sprzedaje w niewolę małe dziewczynki? Jednocześnie, to jest ten fragment, który ustawia niejako dwie kluczowe postacie kobiece tej powieści (zapomnijmy na chwilę, że jest ktoś taki jak Walentyna, OK?): obie zostały przez Fernanda zdradzone (Haydee sprzedana, Mercedes, choć jeszcze o tym nie wie, lata wcześniej kupiona zdradą), obie poznają prawdziwe oblicze Fernanda i obie, w końcu i przecież, są kluczowe dla Edmunda Dantesa, dla jego przeszłości i przyszłości (i może filmowcy by to raz zrozumieli, please - Mercedes jest już wspomnieniem, a właśnie Haydee nadzieją i naprawdę trudno to nagiąć tak, żeby z M. wyszła one true love forever); a jako że ustawia te postacie, ustawia też, przecież, triumf i nadzieję i przyszłość głównego bohatera.

Janina jest dla takiej opowieści świetnym tłem; Dumas nie poświęca jej opisowi za dużo miejsca i zastanawiam się, jak dobrze i na podstawie czego mógł ją sobie wyobrazić jego czytelnik (prasa? historycy?). A jest co sobie wyobrażać: miasto w górach, nad ogromnym jeziorem, do dziś otoczone potężnymi murami. Nad miastem - twierdza Alego Paszy i jego niepozorny grób,w samym mieście stare bruki i wąskie uliczki, absolutnie uroczo. Lubię Grecję i jeżdżę tam, kiedy mogę; to jest, oczywiście, Grecja jakby inna niż ta z wakacji na wyspach, Grecja mniej antyczna, za to ze śladami ottomańskimi i słowiańskimi, ale Grecja jak najbardziej, Jak Najbardziej, warta zobaczenia.

 

A to nawet nie były trzy najładniejsze miasta na mojej drodze.  

 

01:49, ninedin , Inne
Link Komentarze (2) »
wtorek, 01 kwietnia 2014

Kathleen Vanneau, RustyArm, Barman i Rabin, zeszyt 1 seria 4: Lechaim!

 

spoilers, sweeties, do wszystkich poprzednich odcinków!

 

Ilustracja: Rusty Arm

ilustracja: RustyArm


Pierwszy zeszyt czwartej serii kultowego komiksu ukazał się już jakiś czas temu, ale mnie dopiero teraz wpadł w ręce. Warto było czekać - nawet mimo paradoksalnego faktu, że samych Barmana i Rabina ledwie co widzimy na kartach tego konkretnego epizodu....

Niedługa i utrzymana w klasycznej dla serii konwencji i stylistyce graficznej historia opowiedziana w Lechaim! zaczyna się od przysłowiowego Hitchcockowskiego trzęsienia ziemi: już na samym początku dostajemy w twarz sceną wybuchu w Spelunce - wybuchu, którego nikt nie ma prawa przeżyć... Vanneau jak zwykle bezlitośnie manipuluje uczuciami i emocjami czytelników, pozostawiając nas w niepewności co do losu postaci - a na dodatek te fabularne zawirowania są tak znakomicie ukazane wizualnie! Nie wiem, jak bardzo fizycznie prawdopodobna jest tęcza płomieni (krwawa czerwień grenadyny, popielisty brąz cappuccino i zjadliwa zieleń kiwi ) unosząca się z gorejących syropów barmańskich, ale trzeba przyznać, że na tle w większości czarno-białej kreski reszty tomu robią piorunujące wrażenie. Gdyby tylko przy tym czytelnik mógł w spokoju podziwiać artystyczną stronę, nie zastanawiając się histerycznie nad tym, co dalej z bohaterami....

Ale wracając do fabuły: za perfidnym zamachem na zgromadzone w Spelunce - tajnym laboratorium Barmana - zasoby C2H5OH początkowo wydaje się po raz kolejny stać L: tajemniczy wąsaty mężczyzna w koszulce z eponimiczną literą. L, którego po raz pierwszy widzieliśmy w odcinku Legion (pamiętnym dzięki scenie rajdu Barmana z piłką po boisku i zgryźliwej mowie Rabina do kibiców-rasistów). L - Piwosz (a wszyscy wiemy, co to oznacza w tym komiksie!) - od tej pory niejednokrotnie mieszał szyki Rebe Cohnowi i jego przyjacielowi; tu jednak, ku zaskoczeniu czytelników, widzimy go stojącego na zgliszczach Spelunki i ze łzami skapującymi z wąsów ślubującego zemstę za śmierć poległych w wódczanym kataklizmie superbohaterów.

Fabuła wikła tropy i myli ślady, ale od pewnego momentu prawdziwy fan nie ma już wątpliwości (i zaczyna piszczeć z radości), jeśli chodzi o tożsamość złoczyńcy. Najwyraźniej, panowie i panie, Vanneau postanowiła wreszcie spełnić marzenia fanów i przywrócić do życia - po legendarnym skoku z dachu budynku BUW - bohatera, którego wszyscy uwielbiamy nienawidzić.

Tak, moi drodzy. Ogłaszam uroczyście: wraca AA. I na dodatek tym razem ma wyjątkowo groźnych sojuszników.

Aryjski Abstynent reprezentuje sobą wszystko to, co Barmanowi i Rabinowi wydaje się odrażające. Do bólu schludny, poukładany i odprasowany, gardzi wszystkim, co nie jest - wedle jego kryteriów - doskonałe. Rasowe poczucie wyższości podbudowuje dodatkowo pogardą dla wszystkich niezdolnych wytrwać w jakże wielbionej przez niego ascezie i doskonałej abstynencji. Nie dla niego radość z biesiady z przyjaciółmi czy wielogodzinnej talmudycznej dysputy - uważa jedno i drugie za karygodne marnowanie czasu (pamiętamy, jak przy pewnej okazji omal nie wykończył Rabina przy pomocy radioaktywnego podręcznika do skutecznego tymże czasem zarządzania...). Świat, do jakiego dąży Aryjski Abstynent, jest przerażający i smutny - trudno się dziwić, że nawet Liga Piwoszy postanowiła przyłączyć się do walki z takim zagrożeniem...

Zagrożeniem - dodajmy - tym większym, że AA nie jest sam. Stoją za nim nie tylko potężne siły Armii z Bawienia (zawsze mam nadzieję, że kiedyś w końcu zobaczymy na kartach komiksu Twierdzę Bawień!). Tym razem do gry włączyli się także Acjonaliści, dla których nacjo- i racjonalistyczne idee są bez przerwy poddawane w wątpliwość przez tradycyjne pejsy i zabójcze teodycee Rebe Cohna; a w cieniu za tym wszystkim rozciąga macki KEKS (Kolejna Evil Korporacja Światowa), której ciągle niesprecyzowane, ale z całą pewnością perfidne, mordercze i bezwzględne plany i zamiary grożą światu totalną zagładą i odczłowieczeniem.

Czytelnik znający konwencje i zaznajomiony z innymi dziełami autorki domyśli się, oczywiście, że bohaterowie, jeśli nawet zginęli, to nie permanentnie (pamiętacie, jak Barman został otruty śmietanką sojową?). Tutaj o ich (ewentualnym) przetrwaniu świadczą jedynie tajemnicze napisy Lechaim!, nakreślone znanym nam doskonale nierównym pismem Barmana, a pojawiające się niespodziewanie na murach i wychodkach miasta. Wezwana na pomoc przez L Kobieta Kotka (ku mojemu żalowi w tej części nadal nie pojawia się Kotek, ewidentnie dalej więziony przez agentów M.O.U.S.E) potwierdza, przy pomocy Siódmego Zmysłu, że ktoś uwolnił się z płomieni Spelunki - ale jak to zrobił i gdzie teraz jest, pozostaje tajemnicą...

Prawdziwa niespodzianka czeka nas jednak na ostatnich stronach, kiedy to L., przekonany już, że bohaterowie mogli mieć szansę ucieczki, wybiera się do biura detektywistycznego, by wynająć specjalistę-konsultanta, który pomoże mu odnaleźć dawnych wrogów. W Agencji jak zwykle jest tylko sekretarka, a i ona nic nie wie - ale już po wyjściu, na ulicy, L. zostanie zaczepiony przez tajemniczego człowieka w czarnym płaszczu, proponującego swoje usługi. Słuchajcie, szykuje się crossover sezonu - najwyraźniej  detektywem, który chce pomóc w poszukiwaniach Barmana i Rabina, jest Szczepan Holewa! Nie wiem, co na to hardcorowi fani Szczepana - ja jestem zachwycona i już nie mogę się doczekać na kolejny numer!

 

PS. Po cichu liczę jeszcze na powrót, w jednym z najbliższych numerów, mojej ulubionej postaci drugoplanowej - AA, brata-bliźniaka AA, który wybrał jasną stronę mocy. Mam nadzieję, że powrót Ariańskiego Absyntenta stanie się faktem - tęsknię za jego polemikami w sprawie natury Trójcy i za kostiumem w barwie absyntu...


P. PS. A wszystko to stąd.

10:54, ninedin , Inne
Link Komentarze (5) »
środa, 08 stycznia 2014

Szanowni Czytelnicy! 

 

London skyline

 

 

To jest dalej kompletnie niesamowite, że istniejecie i chcecie tu bywać. To tak na początek.

Anyway.

Ponieważ na jakiś czas opuszczam dom i jadę pisać coś mającego nieco więcej przypisów niż te notki (a gdzie jadę? hmmm, the picture kinda gives it away), chciałabym tylko powiedzieć, że:

1. Nie wiem, kiedy obejrzę ostatni odcinek Sherlocka, ale jak nie obejrzę, to oszaleję. A jak obejrzę, to opiszę.

2. Nie wiem, czy uda mi się zobaczyć Koriolana (tzw. transmisję w kinie może tak), ale jak zobaczę, to zrecenzuję.

3. Nie wiem, czy uda mi się wymyślić sensowną notkę o Paryżu (w którym też będę) w kontekście odpowiednim dla tego bloga, ale jak wymyślę, to wyprodukuję.

4. Hmmm, chyba w końcu pora byłaby napisać jakąś większą notkę z wyznaniami o tym, jakie właściwie dwie książki chwilowo piszę (wiem, groźby karalne, te sprawy).

5. I tak, będę tu zaglądać, i tak, może nawet notki będą.

 

Trzymajcie się, będę tęsknić.

środa, 25 grudnia 2013

Jakoś dzisiaj albo jutro przypada szósta rocznica założenia tego bloga.

 

Zima by ninedin

 

I teraz tak: dawno mnie tu nie było. Przegapiłam okazję napisania o paru ciekawych rzeczach. Dawno nie napisałam nic sensownego. Zastanawiałam się momentami, czy w ogóle z blogowania nie zrezygnować: mam wrażenie, że się oduczyłam, jak pisać. Ergo, ten wpis będzie krótki.

Bardzo krótki.

Planuję na marzec spotkanie towarzyskie, na które chcę zaprosić ludzi, z którymi dobrze mi się będzie siedzieć i gadać, ludzi, którzy nie muszą koniecznie rozmawiać ze mną o pracy ani o tzw. życiu codziennym. 

I zdałam sobie sprawę, że - z bardzo maleńkimi wyjątkami - to są ludzie, których poznałam w realu po tym, jak ich pierwszy raz spotkałam jakoś w okolicach tego bloga. Albo przez znajomych, poznanych na tym blogu. To są ludzie - wy jesteście ludźmi - których najchętniej wybieram jako idealne towarzystwo do spędzania z nimi czasu.

Wybaczcie ten podniosły ton, ale: lepiej mi z wami niż mi było, zanim was poznałam. Dziękuję. Nawet jeżeli to całe pisanie nie ma żadnej innej wartości, ma tę, z mojego punktu widzenia ogromną.

01:03, ninedin , Inne
Link Komentarze (3) »
sobota, 07 grudnia 2013

Powinnam była mieć tu jakieś nowe wpisy, już od dawna, a tu masz ci los, wszystko leży, wszystko zaniedbane.

 

dalej jest nudno i osobiście i nie-popkult,
kto nie chce, niech nie czyta

 


Nie będę - to nie jest osobisty blog, w końcu, a i nie pamiętnik - nie będę się jakoś szczególnie zwierzać, bo też i zresztą nie ma z czego, wyliczę tylko w punktach, że:

1. Zorganizować się nie mogę, ani zabrać do niczego. Rozgrzebałam porządki w domu, parę artykułów, czytanie jakichś ośmiu rzeczy na raz, w tym dwóch po francusku, naukę tegoż francuskiego, pisaną książkę nr 1, książkę nr 2, książkę nr 3 (#cuś), jakieś n+1 notek, pracę... a chwilowo przerasta mnie wizja tego, że mam pójść na pocztę i wysłać list, zwykły list, od którego zależą moje własne pieniądze. Co tam poczta, mnie przerasta chwilowo wizja powrotu na fejsbuk i przeczytania tego, co jest na tablicy. Co tam fejsbuk, do dzisiaj notki o Doktorze nie napisałam. Ludzie mi teksty do poczytania poprzysyłali, a ja, przeczytawszy, nie mogę się zebrać z odpowiedziami (nawet tam, gdzie mi się bardzo podobało).

2. Komputer dziadzieje, a że jest rocznik 2005, ma prawo, ergo pisze mi się źle, ergo... nie chce mi się pisać.

3. Praca, praca, praca, praca, ja się od tej pracy uzależniłam (bo też ją kocham serdecznie i z całego serca, serio), a i tak połowę rzeczy robię źle (ja i administracja UJ i to, co ma ze mną administracja UJ - nie pytajcie).

4. Zaległe notki (to teraz jest ten punkt niby-motywacyjny) sięgają połowy 2013 roku i obejmują między innymi:

a) zaległe notki o Stargate
b) zaległe notki o kolejnych tomach Straży Pratchetta
c) zaległe notki o filmach (Iron Man 3, Thor 2, to state the most obvious)
d) zaległe notki Doktorowe
e) zaległe notki książkowe, w tym o nowym Sapkowskim
f) zaległe inne notki serialowe (milion Dickensów, na ten przykład)
g) zaległe notki o seksie (konkretnie jedną)
h) zaległe inne notki, imię ich milijon

5. I nie wiem nawet, skąd mi się to wzięło, czy to przez ten wiatr za oknem, czy przez to, że ciemno o czwartej, czy to spóźniona reakcja na czterdziestkę własną, czy przepracowanie, czy co, ale [ogólnie] mam od jakiegoś czasu wrażenie, że nie mogę nic dobrze zacząć ani w ogóle skończyć, nawet kiedy, jak dzisiaj, mam chwileczkę wolną i że [szczególnie] już chyba nigdy w życiu nic nie napiszę. Nic, co będzie miało początek, koniec i sens w środku między nimi.
Ech. Nic to. Wracam do grzebania w ciuchach (których i tak nie kupuję) na ebayu. 

21:14, ninedin , Inne
Link Komentarze (14) »
piątek, 04 października 2013

Z ostatniej dyskusji na Facebooku i z tego, że chodził ten problem za mną od dawna, naprawdę dawna - i z wpisu Rusty o różnorodności kulturowej i reprezentowaniu mniejszości w popkulturze - wziął się dzisiejszy wpis, z gatunku "nie wiem, co o tym myśleć".  

 

Mitra (rzymski), British Museum


Dzisiaj nie wiem, co myśleć o zjawisku, które polską nazwę nie wiem, czy ma, ale chyba powinno nazywać się zawłaszczaniem kultury (cultural appropriation --> dla chętnych dość rozsądne definicje i rozróżnienia tutaj, protest przeciwko samej idei tutaj; u mnie dalej jako CA). Najgeneralniej chodzi o pewną specyficzną sytuację w ramach kulturowego synkretyzmu: o pożyczanie bez pytania przez jakąś kulturę dominującą na danym terenie elementów kulturowych, należących do kultury słabszej; pożyczanie często bezrefleksyjne, trywializujące i spłycające, a przy tym - propagujące stereotypy. Z zakresem i z poziomem radykalizmu tego typu poglądów bywa różnie - od skupiania się głównie na świętych dla danej kultury symbolach po zdecydowane uznanie, że z dorobku danej kultury może korzystać tylko ona sama, patrz problem z dredami jako kradzieżą

Ponieważ nie jestem specjalistą od tematu (ktoś w ogóle jest?) i ponieważ temat jest taki przerażająco szeroki, obiecuję tylko kilka szkiców. Nic wielkiego, nic mądrego - ot, analizę kilku problemów, które mnie się przy okazji nasuwają. Pogrupuję je sobie w pięć haseł i pozadaję trochę pytanek bez odpowiedzi.


1. Kultury historyczne

Moja własna pierwsza reakcja na problem (lata temu, jakoś w 2009) była "Ale zaraz zaraz, znacznie bardziej obchodzą mnie Rzymianie!". Było tak: podstawową radą dla osób chcących zawłaszczania cudzych kultur uniknąć we własnej, powiedzmy, literackiej twórczości, jest "trzymaj się własnej". No ale - no ale, pomyślałam sobie (jakoś w 2009), ja znacznie bardziej chcę - i o niebo bardziej kompetentnie umiem! - pisać powieścidło fantasy o plus minus Rzymianach niż o, powiedzmy, plus minus Polsce dzielnicowej; tak się ukształtowałam, taką mam wiedzę i wykształcenie. Odmawiam, pomyślałam, kategorycznie protestuję przeciw pozbawianiu mnie ukochanych Rzymian.

No tylko że potem sobie pomyślałam, że tu mniej o Rzymian chodzi, a bardziej o ludzi żyjących tu i teraz. I tu się robi trochę bardziej skomplikowanie - bardziej też chyba, niż się osobom wierzącym w unikanie CA jako jeden z leków na problemy świata wydaje.

Z jednej strony - wchodzi kwestia po pierwsze intencji, bo drugie - kompetencji kulturowych. W debacie na ten temat intencje traktuje się jako nieważne - nie jest istotne, czy jako biała Polka z Katowic nosisz sari, bo jest fajne, a przy tym myślisz, że jest z Mongolii, czy też dlatego, że się od lat fascynujesz Indiami: nie należysz do tej kultury, nie masz prawa do jej artefaktów. Poniekąd rozumiem, skąd się to bierze: też bym chyba nie lubiła, gdyby w moim imieniu przemądrzały angielski profesor tłumaczył w TV, jak się robi kluski śląskie. Przykład jest też, z punktu widzenia debaty, nie najlepszy - w zasadzie, wedle stanu debaty, CA nie dotyczy kultury białego człowieka, ta jest defaultowa i jej się ukraść nie da - ale ja naprawdę, naprawdę, naprawdę nie mam żadnych kompetencji do wypowiadania się o szczegółach lokalnych tradycji indiańskich czy aborygeńskich: byłaby to czysta hipokryzja, nic o nich nie wiem poza banałami z netu. Niemniej - wracając do intencji. Zastanawiam się, czy w jakiś sposób jednak intencje plus pogłębiona kompetencja nie stanowią do pewnego stopnia okoliczności łagodzących: w sensie, że np. mój szanowny kolega Michał B., nie Grek bynajmniej, wie jednak o współczesnym folklorze greckim pewnie więcej, niż przeciętny Grek, ergo czemu by o tym nie miał napisać powieści. No tyle że tu się pojawia kwestia arogancji, ta bezczelność pt. "Ale ja wiem lepiej, jak robić karminadle, miałam kursy na mojej uczelni w Helsinkach". No tyle że z drugiej strony - a może wie jeśli nie lepiej, to równie dobrze? W czym w końcu jest lepsze moje przeżyte doświadczenie Polki ze Śląska od jej  - nauczonego? Może tylko to, że moje jest autentyczne, w sensie - jedyne, nie unifikujące, własne; karminadle np. mojej cioci Rysi z Bytomia robi się nieco inaczej niż też same w domu u jej sąsiadów, a jedne i drugie mogą w sumie nie mieć nic wspólnego z hipotetycznym przepisem z Helsinek... Podejrzewam, że gdybyśmy się wymieniły śląskimi przepisami z Rusty Angel, wyszłoby, że się różnią i że w ogóle inne rzeczy rozumiemy jako "śląskie": widzimy całą złożoność kultury, jej różne warstwy, jej niekonsekwencje i zapożyczenia, a nie jakiś wyabstrahowany, wyidealizowany/uproszczony obraz.

Ja wiem, to nie są dobre przykłady - bo dotyczą różnych wersji kultury, której zawłaszczyć się nie da, a wg definicji [i proszę, zwróćcie uwagę, że relata refero, a nie wyznaję własne poglądy] białej kultury (jednolitej, bo dominującej jako model - tu może o tej z punktu widzenia Europy lekko kuriozalnej tezie decydować amerykański kontekst) nie da się zawłaszczyć - ale powtórzę, czułabym się dość głupio, dyskutując na przykładach z tego, co się dzieje w USA czy Australii - dyskutując, dodajmy, o zjawiskach znanych mi na poziomie anegdot i wiedzy z wikipedii. To by dopiero był brak szacunku.

Skądinąd, gdyby ta dyskusja toczyła się np. na jednym z tumblrowych blogów, to, co napisałam powyżej, zostałoby uznane za rasistowskie (patrz - bingo), choćby z racji faktu, że zasadniczo dla CA NIE MA usprawiedliwienia, a intencje są nieważne, tudzież z racji mojej przynależności do dominującej, mainstreamowej kultur. Akceptuję to ryzyko i nie chcę się tłumaczyć, jedynie dodać, że ja nie próbuję tu w żaden sposób o niczym rozstrzygać, raczej - zastanawiać się, jak z mojej wyjściowej perspektywy wygląda problem; problem, dodajmy, w polskiej dyskusji, powiedzmy, internetowej, obecny, ale nie jakoś szeroko.


2. Ja nie mam problemu

Bo nie mam. Ja, osobiście. Do małej ilości rzeczy mam na tyle nabożny stosunek, żeby mieć problem. Nie jestem dostatecznie wierząca, dostatecznie przekonana do jakiejś wyższej idei, żeby mi szkodził stereotypowy pijak-Polaczek w amerykańskim serialu czy kiczowaty święty obrazek na T-shircie.

No ale właśnie: nie jestem. Analogia jest fałszywa, bo to nie są moje święte, cenne symbole, moje wartości mieszane z błotem; ja ich nie mam. Nie mam, ale w związku z tym nie bardzo mam też chyba prawo, żeby mówić, że ich kradzież, spłycanie, mieszanie z błotem nie boli. MNIE nie boli; to nie znaczy, że nie boli kogoś.

Poza tym, mnie jest łatwo: jedyne, co może mi się skojarzyć z prześladowaniem-za-kulturę (a to jest druga strona i często podnoszony argument: nie masz prawa do mojej kultury, twoi przodkowie zabijali i prześladowali moich _między innymi z powodu tej ich innej kultury_, którą Ty teraz chcesz zawłaszczać) to fakt, że moja mama, urodzona na początku lat 50., pamięta, że się obrywało w szkole po łapach za godanie po ślunsku. Ja już nawet godoć nie umiem. Ja (polskiego pochodzenia, z małego miasta przeprowadzona do dużego, mówiąca literacką polszczyzną, z niezamożnej acz inteligenckiej rodziny, wychowana w kulcie wykształcenia, wykształcona, pracująca na uniwersytecie, biała, heteroseksualna, w pełni sprawna fizycznie, średnio atrakcyjna czterdziestoletnia kobieta z nadwagą) jestem z szerokiego polskiego mainstreamu, w którym się radośnie mieszczę; nie mogę tak naprawdę wczuć się w kogoś, a) komu zależy, b) kogo kultura jest, tak czy inaczej, zagrożona stłumieniem.

Na dodatek dochodzi tu aspekt Polski i mieszkania w Polsce. Wiele problemów, które w USA (a tam ta debata dominuje) są kluczowe, jak na przykład prześladowania i dyskryminacja rdzennej ludności po przybyciu Europejczyków, są z naszej perspektywy chyba inne: jeżeli akurat chcemy porozmawiać o tym problemie w kontekście polskiego podwórka, to dyskusja będzie nieco inna: mniej może skupiona na fakcie przywileju wynikającego z bycia białym człowiekiem, na przykład. Oczywiście, że w Polsce są zachowania rasistowskie. Oczywiście, że w Polsce lepiej jest osobie wyglądającej, jak ja, na defaultową Polkę: weźcie sobie wyobraźcie sytuację, w której do sklepu z droższymi ciuchami wchodzę ja i wchodzi romska dziewczyna. Ja mogę co najwyżej usłyszeć na wejściu, jak kiedyś usłyszałam, że "Na panią w _takim_ rozmiarze (wówczas 46) to u nas w sklepie przecież nic nie ma" (co było o tyle zabawne, że weszłam obejrzeć wisiorek); ona ma spore szanse być mniej lub bardziej dyskretnie obserwowana jako potencjalna złodziejka. Niemniej, gdyby się zastanawiać nad problemem CA wobec kultur, które traktowaliśmy nie fair: cóż, nasi (części z nas) przodkowie kolonizowali i brutalnie nieraz wykorzystywali naszych (części z nas) przodków, tak Polaków, jak i inne narody, jeżeli zdarzyło im się urodzić chłopami; z Żydami miewaliśmy różnie, raz lepiej, raz gorzej; i tak dalej, tak dalej, tak dalej - zaryzykuję, ponownie, stanięcie na rasistowskim z punktu widzenia amerykańskiej debaty stanowisku i będę się starała patrzeć z naszej, a nie amerykańskiej, nie australijskiej perspektywy. To nie jest tak, oczywiście, że w Polsce nie znajdzie się przykładów np. na powszechnie potępiane noszenie pióropuszy przez (głównie) białe dziewczyny jako akcesoriów, czysto dla mody i estetyki; pewnie, że tak. Ale nie o tym chciałam mówić.     

 

3. Ktoś z Krakowa sprostuje

Tytuł rozdzialiku jest z naszej fejsbukowej dyskusji z Drakaina, gdzie wymyślałam kolejną głupią analogię: tym razem zaproponowałam, żeby wczuć się w sytuację, w której kompletnemu zapomnieniu ulega znaczenie słowa o mocno lokalnym zasięgu. To słowo jest krakowskie, brzmi "szabaśnik" i oznacza "piekarnik". W mojej analogii fikcyjny popularny serial TV, produkowany daaaaleko poza Krakowem, używał słowa "szabaśnik" w znaczeniu "pieczeń z piekarnika", bo scenarzysta nie dopatrzył. Drakaina z kolei nie widziała problemu, a jako jedno z rozwiązań wskazała, że ktoś z Krakowa mógłby sprostować.

I dlatego to była zła analogia. Kraków jest ważny, jest głośny, jest ę-ą i stolicą kulturową. Powinnam była wybrać słowo z dialektu z Wilamowic.

Problem - ten właściwy - polega chyba na tym, że choćby ktoś z mojego fikcyjnego Krakowa/Wilamowic prostował i prostował, to nie sprostuje, bo nie przekrzyczy mainstreamowego użycia terminu.  Nie i już. Oczywiście powstaje pytanie, czy to jest problem, czy też naturalne zjawisko zmiany kulturowej pod wpływem kultury dominującej i czy takie zmiany w ogóle można oceniać etycznie/próbować im przeciwdziałać. Co mnie prowadzi, z kolei, do mojego kolejnego problemu. 


4. Zawsze tak było

No i to jest problem chyba najważniejszy. Ja po prostu nie bardzo widzę, żeby się dało tak całkiem bez CA.

Wiem, wiem, w dyskusji się wyznacza różnice między wymianą a zawłaszczeniem, ale dla mnie one są niejasne, bo też trudno je jasno zdefiniować. Ja osobiście, ja-jako-ja, mam problem z etyczną oceną tego typu zjawisk, bo one - są. Zawsze były. W sensie: jedne kultury bezczelnie kradły od innych, często podporządkowanych. Nie twierdzę, że jest to etycznie dobre; twierdzę jedynie, że jest nieuniknione.

Że dam przykład z ukochanych Rzymian: patrz obrazek na górze wpisu. Mitra wedyjski i Mitra awestyjski różnią się od siebie, ale jeszcze bardziej różnią się od Mitry rzymskiego, zapożyczonego, przetworzonego i przejętego przez legiony jako jeden z ulubionych bogów. To jest tak wyraźny, tak bezczelny przykład CA, że aż oczy bolą, kulturowo jednak bardzo płodny, bardzo nośny i znaczący - i chyba nieunikniony i trochę pozwalający argumentować za moim, wstrzymaniem się od oceny. Jasne, znowu używam przykładu historycznego, ale zarazem - jakoś tam pasującego, bo a) mówimy o jednej z centralnych postaci religii zoroastriańskiej, a zoroastrianizm jest religią nadaj żywą, choć dziś raczej niewielką liczebnie, b) Rzymianie akurat Persów zawsze traktowali jako Innych z całym bagażem związanych z tym negatywnych stereotypów (patrz: mój ukochany Katullus i uwagi o tym, że z kazirodczego romansiku jego czarnego charakteru z własną matką na pewno urodzi się perski kapłan, bo oni stąd się biorą); a ich Mitra jest zmieniony w stosunku do tego, czym był w tradycji perskiej, zromanizowany i dostosowany do rzymskich gustów; no i to on głównie odpowiada za dzisiejsze domyślne rozumienie tej postaci. To przejęcie Mitry przez Rzymian dało w efekcie fascynujący rozwój mitu i religii, to jedna sprawa - ale mnie głównie zastanawia, czy było do uniknięcia. I nie, nie było, bo tak chyba zawsze działały wszelkie kultury, (nie)stety.

Tu jest jeszcze jeden problem, a mianowicie - mam wrażenie, że problem CA zakłada podświadomie także istnienie jakiegoś jednego, idealnego stanu danej kultury i jej zasobu artefaktów, tradycji i zwyczajów, które uznaje za własne i tylko do niej należące. A mnie jest strasznie trudno w to uwierzyć, bo z punktu widzenia rozwoju kultur one się cały czas zmieniają, dostosowują, kradną i pożyczają i przetwarzają idee kultur sąsiednich (eee - ruskie pierogi, polskie danie narodowe?). Oczywiście, to jest perspektywa kogoś, kogo problem rozwoju kultur obchodzi, a wcale przecież nie musi. Jeżeli przez moment popatrzymy na przywłaszczanie przez mainstream symboli religijnych: hipotetyczny i teoretyczny obrazek z Kate Middleton upozowaną na Madonnę z dzieciątkiem czy z nagim długowłosym modelem, niosącym na ramionach owieczkę i reklamującym ekologiczne kołdry wełniane mnie nie oburzy także dlatego, że - abstrahując od kwestii mojej osobistej religijności - wiem, że taki typ ikonograficzny jest a) starszy niż chrześcijaństwo (patrz: Izyda z Horusem, patrz: Hermes Kriophoros), b) charakterystyczny nie tylko dla niego i dość szeroko w kulturze obecny. No ale - ktoś, dla kogo to są _prymarnie_ symbole jego/jej religii, może się poczuć obrażony - i pytanie, jakie ja-jako-ja mam prawo do wstrzymywania się od oceny etycznej, skoro nie czuję się serio związana z czymś, co by mi można było serio i na poważnie kulturowo ukraść.


5. Polska dla Polaków

O, a tu jest mój główny problem.

Tylko nie wiem, czy mam kompetencje i prawa o nim mówić, bo: patrz powyżej.

Linkowane powyżej bingo - i lektura kilkunastu blogowych artykułów na ten temat - mówią mi wyraźnie, że nie ma usprawiedliwienia. Korzystania z artefaktów nie Twojej kultury nie uzasadnia szacunek czy miłość do niej, mieszkanie na jej terenie, przekonanie, że robi się to w imię różnorodności, moda, częściowa przynależność w sensie pochodzenia, zamiłowanie, nic. I, cholera, to chyba z szerokością tych restrykcji mam problem.

Momentami mam wrażenie - z mojego punktu widzenia, ale może po prostu mam ten luksus, żeby tak to widzieć - że gdzieś po drugiej stronie tego hasła czai się zagrożenie, nie do końca chyba uświadomione, zamknięciem się w kręgu "tego, co moje". Co, na przykład, w moim hipotetycznym przypadku oznaczałoby, że mam zerowe szanse np. napisać sobie bohaterów o ciemnej skórze - bo ja serio serio nie wiem, jak to jest być ciemnoskórym człowiekiem w dzisiejszej Europie. I zamykam się w getcie swojego, nawet nie próbując zobaczyć nic innego, bo mi nie wolno, albo, co gorsza, bo sama sobie nie pozwalam, bo się boję, że urażę i że się okażę rasistką. Przekonanie, że jesteśmy kulturami w stanie czystym i trzeba nas oddzielić od siebie i pilnować, żeby jedna kultura nie zainfekowała drugiej - cóż, z mojej, skrzywionej pewnie, bo mainstreamowej pozycji wydaje mi się mocno niebezpieczne.

 

No, tyle by chyba tych pytań wystarczyło na dzisiaj. Przepraszam za brak odpowiedzi i uciekam, ciągle niepewna, czy cały ten wpis ma sens.

Tagi: konteksty
11:25, ninedin , Inne
Link Komentarze (8) »
wtorek, 20 sierpnia 2013

Disclaimer: niniejszy wpis zawiera refleksje nieco bez sensu, ładu i składu. Wyjątkowo za to nie zawiera spoilerów, poza małymi spojlerami do wyniku wojen napoleońskich.

 

Kicz: pałac Schonbrunn nocą, by ninedin 

 

W Wiedniu, w skarbcu cesarskim w Hofburgu, trzy dni temu, stałyśmy rano przed paradnie imperialną kołyską króla Rzymu. Kołyska była ciężka, złota i perłowa, ozdobiona wszelkimi możliwymi symbolami władzy i statusu naraz. Jakieś sześć godzin później w Schönbrunn dość niespodziewanie stanęłyśmy przed łóżkiem, na którym tenże, już nie król, umarł, i wzruszyłam się wbrew samej sobie. Ale chyba trzeba byłoby zacząć od początku.

Drakaina dostała napoleońskiego fioła, co jest poniekąd odrobinę moją winą (to ja zaczęłam naprędce wymyśloną kampanię osadzoną niedługo po 1815 w quasi-steampunkowym własnym mniej więcej systemie RPG, w której inwazją Wielkich Przedwiecznych na Ziemię steruje po cichu brytyjski książę regent, a bohaterka Drakainy musi coś zrobić, żeby druga strona też miała kogoś, kto by czymś dowodził, najkrócej mówiąc) i pojechałyśmy na fiołowe wakacje. Znaczy, zamieniłyśmy planowaną i wielokrotnie już zwiedzaną północną Grecję na Korsykę. Po czym do Korsyki dołożyłyśmy Elbę. Po czym, do Elby dołożyłyśmy sobie jeszcze kawałki północnych Włoch, Wiedeń i dwa pola bitew. Po czym, zarezerwowawszy noclegi, promy i inne takie (wielka robota i wysiłek Drakainy), pojechałyśmy.

I nie, nie będzie raportu z podróży, będzie parę słów o królach, niekoniecznie Rzymu, i o uzależnieniu od opowieści.A, i głównie o mnie, jednak.

OK, memory lane: w szkole (zwłaszcza w liceum) serdecznie nienawidziłam historii, która była moim obligatoryjnym przedmiotem maturalnym. Nawet za historią polityczną Rzymu i Grecji nie przepadałam jakoś szaleńczo, wolałam literaturę. Historia w moich oczach była nieustającą paradą dat, listą postaci w większości równie anonimowych jak te z listy płac na koniec filmu, zestawem faktów z siebie nie wynikających. Łatwo byłoby winić za to nauczyciela, ale to chyba mylny trop - dzisiaj mam raczej wrażenie, że to ja nie dorosłam.

Nie żebym, tak skądinąd, dorosła teraz. W tej chwili historię uwielbiam i książki mniej lub bardziej naukowe z tej dziedziny stanowią jedne z moich ulubionych lektur. Niemniej, mój sposób myślenia o historii pozostał i pozostanie na zawsze skażony po pierwsze, brakiem profesjonalizmu, po drugie, nadmiarem profesjonalizmu i entuzjazmu w innej dziedzinie. Innymi słowy, nigdy chyba nie wyzbędę się patrzenia na historię jak na - historię, jak na opowieść, która budzi we mnie takie czy inne emocje i której protagoniści jakoś mnie intrygują. Nawet bym nie próbowała sugerować, że kiedykolwiek mogę posiąść kompetencje historyka sensu stricto: w najlepszym razie moje "historie" byłyby historycznymi powieściami, w których fakty i postacie układają się w efektowną, literacką, symboliczną, bardziej efektowną  i znacznie, znacznie mniej złożoną niż rzeczywisty obraz faktów całość. Nie zamierzam udawać, że jest inaczej (a wiem, że miewam historyków wśród czytelników), nie zamierzam tu sugerować, że to, co piszę, ma jakiekolwiek przełożenie na twarde fakty, na cokolwiek, co można byłoby nazwać prawdą historyczną - ale też nie będę tu mówić o historii, mówię tu o indywidualnym, świadomie zdeformowanym (bo mam świadomość własnych ograniczeń, oj mam) postrzeganiu i przekształcaniu jakichś tam jej elementów.

Moja najlepsza przyjaciółka jest ciągle zakochana w realnych historycznych postaciach (ale niech będzie, nie będę jej wydawać, niech się sama przyzna w komentarzach, w kim konkretnie); mnie się takie fascynacje zdarzają rzadko, choć owszem, mogą się zdarzyć - ale rzadko dotyczą postaci z pierwszych stron podręczników. Połowa moich (eks)-studentów i znajomych z okolic pracy uniesie teraz brwi w zdumieniu, zważywszy, że mam (niesłuszną) opinię osoby osobiście stukniętej na punkcie głównego tematu swoich badań naukowych, którym jest, oh well, Aleksander Macedoński - no ale, no ale. No ale ja jestem, owszem, głęboko zafascynowana literaturą o Aleksandrze, a nawet legendą tegoż, zwłaszcza późnoantyczną - niemniej, nie mam wątpliwości, że postać, która wyłania się z tych legend, z historycznym wodzem ma niewiele wspólnego. Ba, nie mam żadnych powodów twierdzić, że Brian Bosworth (Aleksander jest jak Cortez, tylko gorszy, najkrócej mówiąc) nie ma racji, z historycznego punktu widzenia; "mój" Aleksander, ten z legend, ma z nim niewiele, poza imieniem, wspólnego.

Reasumując, jest 4.06 nad ranem, a ja siedzę i czytam online jednocześnie dwie biografie politycznie stosunkowo nieważnej postaci, z których to biografii jedna jest po francusku, a więc w języku, którym bynajmniej nie władam doskonale, co to, to nie. Dalej zaś, moi drodzy, będzie o tym, czemu to robię i czemu mam z tym problem.

Bo widzicie, wiele wskazuje, że historia cesarza, któremu nie udało się trafić na tron, powinna mnie obchodzić tyle, co zeszłoroczny śnieg. Ideowo, znaczy.

Dla mnie jako dla mnie - w sensie moich poglądów, powiedzmy sobie, społeczno-politycznych, życiowych - idea szlachty, arystokracji, klasy wyższej, a zwłaszcza idea monarchii jest, najoględniej mówiąc, doskonale obojętna. Moi właśni przodkowie, ci, o których wiem, byli pod koniec XIX wieku i na początku XX wiejskimi nauczycielami, górnikami, woźnymi sądowymi i chłopami w galicyjskich wioskach, może to stąd ten brak entuzjazmu dla misji dziejowej klas wyższych. To, jak w wyniku wychowania i uzyskiwania jakichś tam własnych poglądów patrzę na świat i oceniam wydarzenia sprawia, że nie bardzo także umiem, tak naprawdę, z entuzjazmem, myśleć o wielkich militarnych triumfach; zawsze widzę ludzi, który w takich bitwach tracą nogi albo wykrwawiają się na śmierć od ran w brzuch (czytałam o jedną książkę o szpitalach polowych za dużo), zawsze sobie myślę, że nie rozumiem, po co te podboje. Mówiłam, żaden ze mnie materiał na historyka. 

No ale. No ale, z drugiej strony.
No ale z drugiej strony większa część czytanej przeze mnie literatury, nie tylko tej klasycznej, uwarunkowała mnie na fascynację mitem przywódcy, wodza, króla. Nic na to nie poradzę: obraz jednoczącego Anglię i nadającego sprawiedliwe prawa (z którego złego filmu o nim pamiętam not might is right, but might for right, z Camelotu?) Artura, obraz Aragorna po bitwie leczącego rany, bo ręce królewskie mają moc uzdrawiania, mowa Henryka V przed bitwą pod Agincourt siedzą mi w głowie i poruszają mnie za każdym razem, na nieracjonalnym, wstydliwie emocjonalnym poziomie. Ale i nie tylko to: ten moment, kiedy Bertran de Talair wchodzi do oberży i przez moment jeszcze wszyscy widzą w nim tylko króla poetów, a potem, nagle, po jednym geście - władcę, ta chwila, kiedy wbrew wszelkiemu rozsądkowi Alessan ujawnia, na początku Tigany, zgromadzonym na pogrzebie diuka Sandra, swoje szalone na pozór plany obalenia władzy imperatora-czarnoksiężnika. Przywołuję bohaterów Kaya nieprzypadkowo: to jest pisarz, który nie robi swoich władców epickimi ideałami i który pokazuje ich, zdecydowanie, jako ludzi (Bertrana z nieokiełznaną dumą i groźną dla państwa zawziętością, Alessana popełniającego czyny po ludzku niegodziwe dla dobra sprawy, Waleriusza dochodzącego do władzy przez skrytobójstwa i spisek, by choćby na tych poprzestać), a jednocześnie potrafi jak mało kto dać swoim królewskim bohaterom charyzmę i siłę, napisać ich ludzkich, owszem, ale i większych od ludzi. I tak, racjonalnie i - powiedzmy - politycznie odporna na monarchiczno-wodzowskie mity, jestem wobec nich kompletnie bezbronna na poziomie symbolicznym i literackim. Taka jest, niestety, historia według mnie.   

I tak stałam w Schönbrunn w pokoju, w którym kiedyś nocował cesarz Napoleon, a w którym potem umarł jego dwudziestojednoletni syn, i zastanawiałam się, gdzie są granice mojego sentymentalizmu - a raczej, OK, przekonywałam się, że są znacznie, znacznie dalej, niż sobie myślałam, bo stałam tam sobie i strasznie mi nieracjonalnie smutno było, i głupio mi było, że mi tak smutno, i sama nie wiedziałam, czemu. I właśnie przez tę konfuzję, że sparafrazuję poetę, neurastenia cała i cały ten wpis nieco ekshibicjonistyczny i bez sensu. 

Jak chcecie więcej na temat samego wzruszenia/jego obiektu, a nie metarefleksji, to dajcie znać.

czwartek, 28 lutego 2013

Wiecie co, najbliższe wpisy, jakie POWINNY pojawić się na tym blogu, są kompletnie niezdatne do umieszczenia na tym blogu.

 


Dlaczego? Ano dlatego, że na tym blogu piszę niemal zawsze o tym, co czytam/ piszę/ oglądam/ przeżywam w danym momencie - pod warunkiem, że tyczy się to szeroko pojętej popkultury.

No i właśnie. Regularnie raz do roku, zwykle w okolicach marca, pojawiał się paniczny wpis o tym, że czytam jakieś zyliony książek naukowych albo że pracuję/ piszę/ koryguję/ tłumaczę, niepotrzebne skreślić i nie mam czasu na popkult.

No i proszę, marzec się zbliża, a ja, jak najbardziej, nie mam o czym pisać.

Dobra, napiszę recenzję z III sezonu Robin Hooda, ale [spoilers] będzie w niej głównie o tym, że Lara Pulver jest IMHO śliczna, śliczna, śliczna, nie kocham się w kobietach, ale w niej to bym się chyba mogła zakochać, nawet w tym tępawym serialu. Jak się ten RH wreszcie skończy (choroba denna, pamiętajcie), to zapewne obejrzę tego z Russelem Crowem. W planach mam Ripper Street (w marcu?) i Doktora Horrible (w ten weekend?), i może by się jakąś recenzję z Pratchettów napisało wreszcie.

No ale. Powody, dla których to nie jest porządny wpis popkulturowy, są następujące.

1. Bo Czerwone i czarne Stendhala nie jest powieścią zaliczaną do popkultury, nawet adaptacji nie ma za wiele (mam tę serialową z młodym McGregorem i równie młodą Rachel Weisz, ale jeszcze nie widziałam). A nie może się ta powieść ode mnie odczepić, od kiedy ją dwa tygodnie temu skończyłam. 

Nie mogę się odczepić od tej powieści także dlatego, że nie potrafię rozstrzygnąć w swoim umyśle (nie będąc żadnym specjalistą od epoki w ogólności, a od literatury francuskiej w szczególności) problemu, który wyszedł przy fejsbukowej dyskusji o tej powieści między mną a współczytelniczką. Pytanie było mianowicie, kto w świecie powieści jest winien, albo bardziej winien, temu, że życie Juliana Sorela ułożyło się tak tragicznie, jak się ułożyło. Koleżanka dyskutantka widziała tu głównie winę samego Juliana, jego wybujałych oczekiwań i faktu, że on po prostu nie umie żyć, nigdy by mu się nie udało. Ja z kolei widziałam początkowo przede wszystkim sytuację społeczną: niezaspokojone ambicje oraz fakt, że dla Juliana, w jego własnej percepcji, ale też chyba w powieściowej rzeczywistości w ogóle, pewne rzeczy - takie, jak pełny szacunek, na przykład - są kompletnie niedostępne z racji pochodzenia, wydawały mi się głównym powodem tego, jak on sobie rujnuje życie. Potem oczywiście zaczęłam się zastanawiać, czy jednak on nie jest z tych, którzy są nieszczęśliwi zawsze i który zniewagi widziałby u każdego, czy to nie jest tak, że to jest jednak z natury, a nie z opresji społecznej... i tak nie wiem, do dzisiaj.   

2. Bo Blaski i nędze życia kurtyzany Balzaca to też średnio - mimo całej sensacyjno-romansowej intrygi - popkulturowa powieść. I OK, ma super-quasi-villaina (i to jakiego!), ma romanse, sensacje i kobiety upadłe, ale jednak. Męczy mnie ta książka i fascynuje jednocześnie, między innymi właśnie przemieszaniem tej sensacyjno-awanturniczej momentami fabuły z obserwacjami społecznymi trafnymi bynajmniej nie tylko te półtora stulecia temu; męczy, ale też nie mogę odłożyć i w zasadzie planuję powtórkę z większej ilości.

3. Bo - jakkolwiek bardzo lubił pisać złośliwe, komiczne przytyki do popularnych grafomanów i znanych polityków, jak również erotyki, czasem subtelne, a czasami dosadne i pieprzne, mało kto zaliczyłby do popkultury Katullusa. Jak zresztą Rzymian starożytnych w ogóle. Już to jakieś 10 000 razy mówiłam, ale powtórzę: Katullus, miłość moja życiowa (między innymi, znaczy, między innymi) wychodzi pewnie jakoś na dniach - to znaczy wychodzi jego polski przekład, z opracowaniem mojego autorstwa. Jest o Cezarze zwyzywanym od ciot, jest o małych ptaszkach w więcej niż jednym znaczeniu, i jest też, momentami, całkiem serio. 

Co powiedziawszy, idę spać i obiecuję napisać niedługo jakiś normalny wpis. 



niedziela, 09 grudnia 2012

... Felix został wielokrotnie zgwałcony w dzieciństwie i młodości oraz zmuszony do prostytucji, a Zarq odumarła cała, calutka rodzina, wypędziło plemię i seksualnie napastowało pół świata.

 


A mnie to strasznie wkurza. I na pożegnanie z bohaterką, którą naprawdę lubiłam, postanowiłam urządzić sobie mały rant jej (a raczej - jej twórców) kosztem. 

 

DISCLAIMER: Tak w ogóle i generalnie, I Love You, Steven Moffat. Mimo wszystko.

 

Poza tym, poznajcie Audrana.

Drakaina już go zna w nieco innym wcieleniu (choć pewnie nawet o tym nie wie), ale nie zamierzam tu dyskutować swojej starej (NPC) postaci w prowadzonej od dziesięciu lat kampanii, tylko jej pierwowzór, bohatera mojej nienapisanej powieści i jednego całkiem napisanego opowiadania. I nawet nie zamierzam tego robić po to, żeby się znowu pożalić na ciężki los grafomana, którego nie chcą drukować (nie jestem pewna, czy to byłoby drukowalne), tylko - żeby mieć punkt wyjścia do refleksji nad czymś, z czym mam problem, a czego symbolem jest dla mnie chwilowo Amelia Pond, która zaczęła się rozwodzić z mężem, bo chciała mu oszczędzić cierpień z powodu swojej bezpłodności.   


Wszystkich czytających z góry przepraszam za to stężenie fanfikowych banałów i oczywistości, którymi zamierzam ich teraz zarzucić. Czujcie się ostrzeżeni: oto wyjściowa konstrukcja mojego bohatera.
Nie jestem pewna, czy fakt, że jak to wymyślałam, miałam dwadzieścia parę lat i niewiele doświadczeń w pisaniu, mnie usprawiedliwia.

Audran miał wyjściowo lat dwadzieścia parę. W świecie fantasy, który magiczna klątwa pozbawiła działającej magii, był przedstawicielem arystokracji w niemal-wasalnym państewku na peryferiach imperium, co znaczy, że etnicznie był z ludu, który te ziemie kilkaset lat wcześniej najechał. Miał mocno starszego ojca-polityka i trzech braci, w tym dwóch przyrodnich, którzy go w końcu, na 18 stronie planu powieści, a w przedakcji opowiadania, zabili. Kiedy miał te dwadzieścia parę lat, w momencie bezkrólewia stanął, w wyniku kombinacji osobistych raczej niż stricte politycznych powodów, jako jeden z dowódców na czele buntu, mającego wynieść do władzy jedną z pretendentek; udało im się, Audran miał się z nią żenić (zdecydowanie politycznie), nie zdążył.  
Dobra, zarys biografii mamy. Zarys charakteru był gorszy, znaczy - bardziej fanfikowy. Audran, na pozór uroczy podrywacz i dusza towarzystwa, był tak naprawdę rozdarty wewnętrznymi konfliktami, udręczony i nieszczęśliwy - to wiedziałam od razu, nie wiedziałam tylko, czemu. Skłóciłam go z ojcem i braćmi. Zakochałam go we współdowodzącym powstaniem chłopaku z rodziny tamtejszych autochtonów. Zakochałam w nim nieszczęśliwie jedną z bohaterek. A potem wymyśliłam mu tragiczną backstory o małym chłopcu molestowanym seksualnie przez złego nauczyciela.

Taki był punkt wyjścia.
A potem zaczęłam ciąć. I najpierw, jakieś 2 lata po wymyśleniu, wywaliłam bohaterowi epizod z molestowaniem.
Potem już cięłam równo, pozbawiając go większości emo-cech (mam nadzieję), a zostawiając postać mocno niewiarygodnego narratora, który kłamie w pamiętniku, bo nie cierpi sam siebie, i biografię chłopaka, który chce dobrze, acz nie bardzo wie, czego, i pakuje się w wielką politykę niezupełnie tak, jak chciałby tego ojciec. Do dzisiaj nie wiem, na przykład, jaka tak naprawdę jest relacja między nim a jego chwilowo bezimiennym współdowódcą - ale wiem na pewno, że epizod z Audranem-ofiarą molestowania od początku brzmiał mi jakoś fałszywie.

Jak zaczynałam czystki w scenariuszu, nawet nie wiedziałam, czemu historia pt. "Seksualna przemoc w dzieciństwie jako powód Fascynującej Głębi i Emo Bohatera" wyleciała tak szybko i czemu, po chwilowym olśnieniu pt. "Jakie To Odważne i Oryginalne, Wow Me" (były lata 90. i fanfiction nie było jeszcze aż tak powszechnie dostępne, nie żeby wielce mnie to usprawiedliwiało), poczułam, że jest coś z tym pomysłem Nie Tak.

Po pierwsze, Pomysł był za łatwy. Załatwiał mi całe nieszczęście w życiu bohatera i całą jego emocjonalną niestabilność (albo tak mi się wtedy wydawało): miałam bohatera naznaczonego stygmatem molestowania w dzieciństwie i kompletnym niezrozumieniem tego faktu przez rodzinę, i nie musiałam już mieć nic więcej, bo w końcu, realistycznie, ile fatalnych wydarzeń może być w życiu jednego bogatego i zasadniczo atrakcyjnego młodego człowieka z klasy rządzącej? Nawet w fantasylandzie?

Po drugie, i co ważniejsze, nawet wtedy zdawałam sobie sprawę, że Pomysł powinien mieć konsekwencje. Wykraczające, znaczy się, poza barwne emo (próby samobójcze z powodu) i kiepskie porno (wyleczę cię seksem z traumy, kochanie). Powinien jakoś tam wpływać na psychikę bohatera, mieć jakieś skutki, czymś owocować - a ja nie bardzo miałam pojęcie, czym, a tak z głowy wymyślić nie umiałam. Poza tym - tliła mi się gdzieś w głowie idea prawdziwego happy endu, a żeby mieć ten happy end  - wiedziałam! - muszę jakoś rozwiązać problem traumy z dzieciństwa, bo przecież takich rzeczy się nie zapomina (jak już się je sobie, znaczy, przypomniało - tak, miało być aż tak źle) i nie można być idealnie happy z czymś takim w pamięci.

Po trzecie - no, po trzecie. Po trzecie, jakoś się wstydziłam. Pamiętałam całkiem dobrze, że miałam w podstawówce dobrą polonistkę, która kiedyś dała nam na klasówce temat dowolny. Koleżanka napisała wtedy dziełko inspirowane modnym wówczas szalenie "Pamiętnikiem narkomanki", opisując dzieje fikcyjnej pierwszoosobowej bohaterki - ot, fanfik o tragicznej młodej heroinistce na kanwie oryginału. Wszystkie zazdrościłyśmy jej odwagi - podjęła Taki Temat, a ja np. napisałam rozprawkę, że fantastyka nie jest tylko rozrywką...
Nauczycielka tego zachwytu nie podzielała  - szczerze mówiąc, koleżance się za narkomankę oberwało. A oberwało się jej, bo, jak się wyraziła ucząca, to nie jest temat do zabawy, a ekscytowanie się tragicznym losem bohaterki spłyca i trywializuje dramat ludzi, których to naprawdę spotyka.

Czy się z tym dzisiaj zgadzam? Częściowo.

Fundamentalnie nie zgadzam się z ideą, że pewnych tematów nie należy w sztuce podejmować. Nie będę tematu rozwijać - nie dzisiaj, znaczy się - powiem tylko, że nie wierzę w istnienie tematów, których kultura, także popularna, nie powinna dotykać; natomiast owszem, istnieją powody i sposoby, w które nie powinno się tego robić/ lepiej tego nie robić (o czym dalej).

Zgadzam się natomiast w tym właśnie sensie: że są sposoby i powody, dla których się nie powinno. A podstawowym i głównym z tych sposobów są Bad Plot Devices. Takie, jak załatwienie całej przeszłości Audrana przy pomocy złego dotyku nauczyciela. I - wybaczcie porównanie mojej amatorskiej średnio udanej kreacji do dużo, dużo lepiej napisanej w sumie bohaterki, jak Amy nie mogąca mieć dzieci i przez to chcąca się rozwieść dla dobra męża. 

Najgorsze w tych rozwiązaniach jest to, że są one klasycznym przykładem ataku z armatą na muchę. Bohaterowie mianowicie potrzebują mieć jakiś problem, i relatywnie nieco mniejszy problem by tak naprawdę wystarczył. Amy po prostu mogłaby mieć kłopot z zaakceptowaniem, że Doktor się nie starzeje, a ona - tak, albo z przywyknięciem do idei, że kiedyś go w jej życiu zabraknie. Feliks u Monette mógłby być po prostu chłopcem z nizin społecznych, podszywającym się pod arystokratę w świecie o mocno klasowej strukturze i żyjącym przez to w ciągłym strachu przed rozpoznaniem; do uzasadnienia jego  popadnięcia w obłęd wystarczyłoby, jak sądzę, samo zmuszenie go magią do perfidnej zdrady, nie trzeba było do tego zmuszania dokładać kolejnego brutalnego gwałtu. Zarq mogła po prostu pochodzić z dysfunkcyjnej, a przy tym żyjącej w nędzy rodziny. Audran w końcu mógłby być (i został) po prostu człowiekiem charakterologicznie trochę nie na swoje czasy i swoją społeczność, obsesyjnie introspekcyjnym i niepewnym siebie, co na stanowisku, które będzie musiał pełnić, jest lekko katastrofalne.  

Ale nie. Trza bohaterowi dać Tragedię przez duże T. Byleby nie miał za łatwo. Może go widz/czytelnik bardziej pokocha, bo się poczuje emocjonalnie zaszantażowany ("jak możesz nie współczuć ofierze molestowania w dzieciństwie!").

To jest nie tylko pewna manipulacja odbiorcą, co nie jest, w sumie, wielkim grzechem; to jest też, co gorsza, trywializowanie problemu.

Jestem tu na bardzo grząskim gruncie, bo to są rzeczy niewymierne, ale co mi tam, zaryzykuję. Nie mam problemu z podejmowaniem w popkulturze poważnych, drastycznych tematów - póki są czymś więcej, niż tylko półśrodkami, klockami do budowania postaci albo do zmuszania widza, żeby współczuł; albo prostackimi łomami, bo nawet nie wytrychami, do popychania do przodu i rozwiązywania akcji.

Przykład? Proszę bardzo, poproszę w każdym kryminale taki odcinek, jak When the Bough Breaks z drugiego sezonu Castle'a. Bohaterka jest tu, mianowicie, nielegalną imigrantką. Zamordowaną, dodajmy. Jako taka, powinna mieć - i w większości seriali miałaby - problemy typowe dla nielegalnej imigrantki: przeszłość z dawnym kraju, mieszkanie i praca w nowym, mafiosi, urząd ds. imigrantów. Wokół nich kręciłoby się jej życie, przez nie zginęłaby zamordowana.
A tu - nie, nic z tych rzeczy. Nielegalna imigrantka jest człowiekiem, ma własny los, własny prywatny i zupełnie niezwiązany z wyjazdem dramat, własne sprawy. Typowa stock character zmienia się na naszych oczach w jednostkę, w osobę o wyraźnie określonym i dość nie do przewidzenia w punkcie wyjściowym fabuły celu w życiu.

Takie odcinki o nielegalnych imigrantach poproszę. Ale jeżeli nasz bohater miałby nagle okazać się nielegalnym imigrantem tylko po to, żeby pokazać, np., emo jego kochanki, kiedy grozi mu deportacja (do Kanady!!), to jest to głupie, z armaty w muchę i na dodatek, przez swoją oczywistość, przez przywoływanie schematu i odwołanie się do zestawu banałów na temat, po prostu obraźliwe, i to nie tylko dla inteligencji widza. To jest odpowiednik nas z VI B podniecających się wymyślaniem zmityzowanych i och, jak cudownie tragicznych emo-narkomanek, to jest odpowiednik mojej historyjki o molestowaniu.   

To jest bardzo, bardzo częste w fanfiction, i to nie dziwi - fanfiction to często emocje w postaci czystej. Mnie mdli od Alone on the Water, ale rozumiem, że kogoś może to kręcić, poruszać, zaspokajać jakieś emocjonalne potrzeby, których ja (już?) nie mam. W literaturze, jednakowoż, czy w scenopisarstwie, jestem gotowa mordować za takie rozwiązania. Szanowni Autorzy, robicie krzywdę widzom (manipulując i zniechęcając), postaciom i fabułom (wybierając rozwiązania w taniej wersji gotowej), a na dodatek - banalizujecie coś, czemu banalizowanie nie jest potrzebne, wręcz przeciwnie. I proszę bardzo, niech będzie w Doktorze dziewczyna, która (albo "ktokolwiek, kto", w ogóle) nie może mieć dzieci. Ale proszę, niech to nie będzie w jednym zdaniu i tylko po to, żeby pokazać, że Amy jest Dobra i Kocha Męża Ponad Wszystko.

czwartek, 06 września 2012

Tak tylko powiem, że bloga o żarciu sobie założyłam i zamierzam czasem robić crossovery z tym blogiem tutaj. Za dużo czasu spędzam w kuchni, niech mam przynajmniej z tego jakiś pożytek (w sensie exegi monumentum etc. etc.).

 

Sałatka IronManowa

Zapraszam. 

23:20, ninedin , Inne
Link Dodaj komentarz »
piątek, 23 grudnia 2011

W te święta głównie będę nie myśleć, bo jakbym chciała myśleć o poprzednich świętach i o 2011, to bym zwariowała. Ergo, będę nie myśleć.

Choinka

W tym niemyśleniu pomoże mi, mam nadzieję, po pierwsze - świąteczny odcinek Doktora. 



Nie jestem jakąś specjalną fanką Narnii ani C. S. Lewisa generalnie, ale z drugiej strony, zachwyciło mnie to, jak Steven Moffat przerobił Opowieść wigilijną w 2010, ufam więc, że i ze starą szafą (i, patrząc po tytule, Doktorem jako Aslanem, to dopiero jest God Complex!) sobie poradzi. Poza tym, podobał mi się poprzedni sezon (i jestem wszystkim winna wpis o tym, dlaczego). Poza tym, lubię Matta Smitha jako Doktora.
Ale żeby nie było, to w ramach tęsknoty za moim ulubionym Doktorem na pewno obejrzę jeszcze raz (z rodziną?) Wiele hałasu o nic, którego obejrzenie w teatrze było bodaj najjaśniejszym punktem w ponurym i paskudnym skądinąd 2011. Obejrzę sobie jeszcze raz, jak David Tennant wjeżdża na scenę na białym koniu wózku golfowym i jak Catherine Tate utrudnia mu życie.  

Po drugie, 01.01. Wtedy to wreszcie doczekam się filmu, na który ostrzyłam sobie zęby już w zeszłe święta. No nic nie poradzę, z trzech rzeczy, na które najbardziej czekałam w 2011, dwie jeszcze nie doszły do skutku (kiedy wreszcie będzie ta Republika złodziei?). Ergo, Sherlock, i adaptacje moich trzech ulubionych tekstów ACD. I moi ulubieni panowie aktorzy. 

 

 

Po trzecie, w związku z tym drugim: jako że teksty, na których scenariusze II sezonu Sherlocka są oparte, znam dość na pamięć, zamierzam odnowić znajomość z klasycznymi adaptacjami Granada TV z Jeremym Brettem (The Final Problem kupiłam sobie specjalnie w tym celu za ostatnie 16.99 zł); innymi słowy, czeka mnie niewątpliwa przyjemność spędzenia ładnych paru godzin w bardzo, bardzo dobrym towarzystwie. I nawet nie chodzi o konfrontację starego z nowym, bo co tu konfrontować: chodzi o to, żeby porównać dwie (miejmy nadzieję) doskonałe wersje :).



 

Po czwarte: dwie książki, które przywiozłam explicite z założeniem, że je przez święta przeczytam: jedna autora, do którego jak głupia dałam się, lata temu, zniechęcić koleżance ("No coś ty, Le Carre jest okropny, pokazuje ludzi jako potwory bez serca, lojalności czy sumienia, u niego jest tylko brud, zdrada i ohyda"), i jedna autora, którego kocham i zawsze, w przerwie między kolejnymi książkami, zapominam, jak bardzo. Będę, innymi słowy, po pierwsze konfrontować wrażenia z filmowego Szpiega z powieściowym pierwowzorem, a po drugie, uzupełniać listę przeczytanych (a nie tylko leżących na półce) powieści Guya Gavriela Kaya o A Song for Arbonne. Wrażeniami zapewne się podzielę.

Po piąte, pewnie coś się ugotuje/upiecze. Może np. ciastka w kształcie Daleków. Albo - to już troszkę bardziej serio - moje ulubione zielone tajskie curry, jakoś po świętach, dla odmiany po rybach i wędlinach (nawet tych pysznych, domowych, co je kiedyś robił tato, a teraz robi mój brat). Mam też do wypicia półtora litra sloe ginu własnej roboty i zamierzam wreszcie poczęstować rodzinę moim popisowym drinkiem (wódka + sok z granatów + domowej roboty syrop różany). 

Po szóste, coś tam pewnie popracuję, bo mam trzy artykuły do skończenia. Ale jutro o tym pomyślę.

Po siódme, mam do napisania parę rzeczy dla własnej przyjemności, ale o tym cicho.

I po ósme wreszcie: dziękuję. Allegro Walker, dziękuję bardzo, bardzo, bardzo za książkę i za liścik - strasznie mnie to wzruszyło, a recenzja ze specjalną dedykacją będzie już niedługo. Dzięki, Cedroo, za rozmowę przez Skype'a (o serialach i planach), Drakaino, za rozmowy bez tegoż (zwłaszcza te o Twoim fatalnym braku zrozumienia dla męskiej urody), wszyscy, za komentarze i za dobre słowa. Bardzo, bardzo dziękuję. 

niedziela, 30 października 2011

 ....a jego treść przeklejona do komentarzy pod notką o bohaterkach, jak tylko będzie to możliwe. Na razie jednakowoż nie mogę znieść, że taki piękny flejmik się kręci beze mnie, a ja, ze względów poniżej wyjaśnionych, nie mogę komentować, ergo - wklejam swój komentarz tu. I będę, powiem to od razu, edytowała tę notkę, żeby komentarz  ewentualnie uzupełniać. Tyle tytułem wstępu, teraz do roboty.

 

 

 


Blox - opis problemu

 

@ DRAKAINA

A Ty jesteś pewna, że myśmy ten sam serial oglądały? Bo mam wrażenie, że dla celów dyskusji  tak się zapaliłaś, że chwilami argumenty czerpiesz na bieżąco z kontrargumentów przeciwnika i z własnej wizji,a nie z faktów. Interpretacja interpretacją, wszystko jest możliwe, ale wydaje mi się, że wyjść trzeba od danego przez kanon materiału.

Z Twojej polemiki wyłania się obraz jakiejś fundamentalnej przemiany JT: z rozmemłanej mamuśki z pretensjami w heroinę-Mary Sue, przemiany nagłej i niczym nie umotywowanej.  Mam wrażenie, że wzięłaś ten koncept jednakowoż głównie ze sformułowania użytego przez Beryl (podobnie jak koncept "Jackie jako ideał a la Mary Sue" stworzyłaś z mojego wyliczenia jej cech w debacie na facebooku), a nie z faktów jako takich. GDZIE/KIEDY by Twoim zdaniem ta zmiana miała nastąpić? Gdzie masz przekształcenie JT w szlachetną i heroiczną postać, z tylko resztkami dawnych cech w postaci listka figowego? Mogłabym się na upór zgodzić, gdybyś mówiła o przemianie Rose w heroinę z giwerą, ale nie w tym przypadku. Jackie zawsze była przede wszystkim mamuśką, i nią pozostaje - jej pierwsze słowa, kiedy się pojawia w Journey's End  i odstrzela atakującego Sarę Jane Daleka, brzmią: Jackie Tyler. Rose's mum. Now where the hell is my daughter?! 
IMHO tam, w ogóle przemiany jako takiej nie ma (patrz zresztą uwagi Beryl): Jackie jak zaczyna jako mamuśka z lower class, nieco pretensjonalna, nie do końca pozbierana, wyszczekana i męcząca, i do końca nią pozostaje, tyle że w trakcie wychodzą na jaw jej cechy - mocno z tymi wadami powiązane, często z nich wręcz wynikające, które pokazują nam jej inną stronę: bywa mamuśkowato zaborcza, ale ma z córką dobry kontakt; jest pyskata i nie zawsze mówi najmądrzejsze rzeczy, ale wie, czego chce, i potrafi się postawić w słusznej sprawie; jest uparta i momentami zaślepiona, ale też lojalna i w porządku. I wady, i zalety stale i przez cały czas się u niej ujawniają.

A propos Mickeya - no przecież zarzut, ze by go odprawiła, gdyby Rose znalazła lepszego kandydata, jest IMHO z lekka absurdalny, bo Jackie i Mickey od pewnego momentu, kiedy M. już podejrzewał/wiedział, że na Rose nie ma szans, po prostu się zakumplowali i J. traktowała go pół na pół jak syna, pół na pół jak wspólnika w swoich rozmaitych knuciach i planach... On też chyba myśli o niej podobnie, bo żegnając się z nią, mówi I'm gonna miss you. More than anyone.

Co do Francine - tu masz chyba trochę racji, choć IMHO trudno powiedzieć; ona, kiedy ją poznajemy, rzeczywiście robi, z tego co o niej wiemy, wrażenie osoby mocno przywiązanej do swojej pozycji i statusu, a przy tym - zaborczej i bezwzględnie domagającej się od dzieci a) lojalności, b) współudziału w jej dramatach; ta Francine, mogłaby, jak podejrzewam, nie patrzeć zbyt przychylnym okiem na związek córki-lekarki z mechanikiem samochodowym z lower class. Tyle że za diabła, moim zdaniem, nie jesteśmy w stanie ocenić, jaka będzie Francine po the year that never was i jakie będą jej reakcje (moment w "Stolen Earth/Jouney's End' to trochę za mało, by ocenić), więc ja bym się wstrzymała od oceniania, zwłaszcza negatywnego, jej stosunku do zięcia :)         


@ RUSTY ANGEL

"w tym typie lubię jedynie Diarmuida z "Fionavarskiego gobelinu"

Ja też:P. Diarmuida lubię, zdecydowanie, znaczy, bo generalnie zarówno ogólnie sam typ, jak i Jack Harkness w szczególności, raczej mi nie przeszkadzają. Do Gwen zresztą też mam raczej sympatię - przy czym, inaczej niż Drakaina, uważam pomysł, by została z Rhysem, a nie rzucała się w ramiona Owena/Jacka/kogokolwiek za dobry, bo pokazujący, że ona się dość kurczowo trzyma tego, żeby mieć życie poza Torchwood. 

"Firefly"
 Za serialem fabularnie średnio przepadam, ale postacie, zwłaszcza kobiece (w zasadzie wszystkie poza Inarą), to co innego: i Zoe, i Kaylee, i zwłaszcza River zdecydowanie lubię. Nie tylko zresztą kobiece, bo Washa też; i Jayne'a w sumie też dość nawet, przy całym jego bucolstwie.  

 

@ FABULITAS

"V" w nowej wersji było jednym z najbardziej spartaczonych dobrych pomysłów w ostatnich latach, IMHO. Punkt wyjścia fajny, potem ciągnące się w kółko te same wątki i ten sam schemat (wszechmocni i wszechwiedzący Obcy, którzy raz wytropią cię na końcu świata, a raz - nie są w stanie wykryć opozycji pod własnym dachem). Sytuację ratowała Baccarin jako Anna; a jak się wreszcie zrobiło trochę ciekawiej, skończyli serial bez domknięcia wątków.  

 


 

Wyżej wzmiankowana debata z facebooka jest następująca:

Ninedin: Tak, zdecydowanie chciałabym być Jackie Tyler, a raczej - mieć jej siłę charakteru. Pozbierała się po nagłej śmierci męża, z zarobków samotnej working class mum wychowała córkę, z którą ewidentnie dobrze się dogaduje (a Rose nie ma najłatwiejszego charakteru, też jest uparta i zdeterminowana), ma dość charakteru, żeby próbować układać sobie życie po śmierci męża na... nowo, ale na swoich warunkach (ma swoich panów od midnight snacks, a nie wyszła, na przykład, jak, powiedzmy, mama Percy'ego Jacksona (1), za jakiegoś teoretycznego kochasia-brutala), potrafi przyznać się do popełnionych - bardzo poważnych - błędów (to, że Mickeya oskarżała o związek z zaginięciem córki), a postawiona twarzą w twarz z sytuacją, która przerosłaby większość ludzi (hallo, facet o dwóch sercach, podróżujący w czasie! kosmici! Dalekowie!) zaskakująco dobrze sobie radzi. Naprawdę, jest czego pozazdrościć:)?Zwłaszcza jak a to, że jest przy tym zupełnie zwyczajną babką po 40., a nie heroiczną heroiną, geniuszem czy boginią seksu:P
Drakaina: Hmm, jak to czytam, to wychodzi prawie Mary Sue z pominięciem urody :P
A serio, ja po prostu nie jestem w stanie znieść na przykład jej tonu głosu - o ile w realu takie rzeczy mi nie przeszkadzają, o tyle w filmach - bardzo... vide kwestia Anny P. w True Blood
Dla mnie ta jej jakaś taka płaczliwość połączona z przekupowatością jest nie do zniesienia... I niby mogę się zgodzić z każdym zdaniem Twojej analizy, ale :/
Btw niewykluczone, że gdyby to była postać książkowa, miałabym do niej inny stosunek.
(i sorry, że piszę te uwagi tak po kawałku, ale mi po kawałku przychodzą do głowy)
Ninedin: No ale gdzie ci Mary Sue (czyja? RTD? to chyba Captain Jack by pasował:P) wychodzi? Właśnie GDYBY była Mary Sue, to by ją zagrała jakaś zrobiona na elegancką i z klasą babka z subtelnym smutkiem i melancholią w spojrzeniu - a nie Camille Coduri zrobiona tak, jak ją zrobili, komicznie przecież przy tym. Dla mnie ona dość idealnie odpowiada rodzinie Ianto w CoE i jest kolejnym przykładem tego, że w tym serialu/świecie strasznie ważni są common people i to, na co ich stać :)
Drakaina: Napisałam to z przymrużeniem oka i zaznaczyłam, że pomijając brak urody - ale to wymienienie cech pozytywnych jest takie, że ona niemal nie ma cech negatywnych...
I cholera, ona mnie nijak nie śmieszy... ona mnie nieustająco tym jazgotem irytuje.
Ale powtarzam: może w książce sama postać by mnie mniej irytowała, bo za same wymienione przez Ciebie cechy mogłabym ją lubić.
Ninedin?: ?Ahem....wady Jackie, jasno i wprost wymienione i sformułowane w serialu? Pyskata? wrzaskliwa (patrz: co myślii o niej Mickey?), nie najmądrzejsza, bez gustu, dramatycznie źle gotuje, a Doktor boi się pozwolić jej dotknąć konsoli TARDIS? Jackie ma wadę na wadzie, a mimo to jest bohaterką :). Dla mnie to zresztą właśnie jest kwintesencja tego serialu - ci zupełnie zwykli ludzie (Jackie, Wilfred, Rory), którzy przy wszystkich swoich często głupawych śmiesznostkach i wadach okazują się być materiałem na bohaterów i godnych partnerów dla Prastarego Przemądrego Aliena :P
Drakaina: Wilfreda uwielbiam (Donnę i Sylvię też), Mickeya takoż, Rory'ego lubię, ostatni sezon trochę mnie rozczarował ogólnie i mam wrażenie, że mimo szumu wokół niego Rory się tam głównie snuł, Ianto uwielbiam, lubię też jego rodzinę - z czego wynika, że Jackie i Rose są raczej wyjątkiem w moim lubieniu/nielubieniu zwykłych ludzi w tym serialu. Ale może w tym, co piszesz, a co ja żartem nazwałam Marysuizmem (bo mimo wszystko mam wrażenie, że ona jest kreowana na super babkę, a wady są dość powierzchowne w zestawieniu z heroizmem) jest jakaś odpowiedź - pomijając kwestię jazgotliwości one dwie (Jackie i Rose) jeszcze bardziej niż wszyscy inni są Bohaterkami (w Rose irytuje mnie to, że wszyscy ją kochają, podczas gdy ja bym ją najchętniej zastrzeliła już w pierwszym odcinku...).
Ninedin?: Cannot disagree more (w kwestii marysuzimu akurat tej postaci myślę, że kompletnie i absolutnie nie masz racji; Rose może odrobinę tak, Jackie na pewno nie), ale quod scripsi, scripsi i nie chce mi się już powtarzać.
Drakaina: Ja tylko powtórzę jednak for the record, że określenia marysuizm użyłam nie dosłownie i z przymrużeniem oka, co starałam się podkreślić. Ona jest dla mnie przegięta na wszystkie możliwe sposoby, ale staram się zrozumieć moją niechęć dla niej i tak mi wyszło - bo np. Wilfred nie ma takiego natłoku pozytywnych cech, takoż inni, których lubię (z tych zwykłych ludzi). Ten Twój - słuszny ze wszech miar - opis charakteru postaci mi to uświadomił, dlatego uznałam ją za posiadaczkę zbyt wielu zalet...
Ninedin: Ej, na blogu jest flejm o Gwen, a ja nie mogę się włączyć!

(1) I stand corrected w sprawie mamy PJ: wyszła za tłukącego ją kochasia-brutala, by jego odrażający mentalny ślad zamaskował boskie pochodzenie jej syna, czyli - jest fabularne uzasadnienie.
Tagi: Doktor Who
18:44, ninedin , Inne
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3
| < Maj 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        
O autorze
Zakładki:
Autorzy
Blogi
Miejsca: różne
Omnia mea
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...