Filozoologia i takie tam

poniedziałek, 21 maja 2012

Wpis miał być osiemnastego maja, ale złodziej, który ukradł mi portfel i pamiątki z torebki, jakoś odebrał mi chęć zabawy. No, ale już mi trochę przeszło, ergo - nadrabiam braki.

Od jakiegoś czasu w swoje urodziny/imieniny wrzucam tutaj swoje rozmaite produkty literaturopodobne. Tym razem poważnie rozważałam fanfik crossoverujący Sherlocka Holmesa (no, raczej doktora Watsona) między The Final Problem a The Adventure of the Empty House z Harrym Potterem (to powiedziałam ja, która nie przepadam za crossoverami), ale ostatecznie padło na to, co poniżej, z powodów, powiedziałabym, umoralniająco-anegdotycznych
To jest, otóż, napisane w tym roku i ma 3 strony, 2000 słów. No ale - tak naprawdę, to jest zrobiona w tym roku przeróbka pierwszej większej rzeczy, jaką skończyłam. Rok był 1995; rzecz miała 50 stron, napisanych na maszynie, bez marginesów. 

Jezuuuu, jakie to było denne. A materiału w tym było - może! - na trzy strony, 2000 słów. Przerabianie tamtego na to poniżej było niezłą lekcją pokory, niezależnie do wartości tego, co powstało. 

 

 

Rododendron-wieczór, by ninedin

 

 

 

Duch Amandy. Historia miłosna.

 

 

Dwanaście lat i sześćdziesiąt dziewięć dni po tym, jak Amanda Martell umarła, David Conway zdołał w końcu przespać się z jej duchem.

Oczywiście, nie chodziło tak naprawdę o spanie: David w końcu zasypiał w towarzystwie ducha Amandy dosyć często. Szczerze mówiąc, za każdym razem, kiedy kładł się i nie mógł spać, bo coś było nie tak, bo czuł się przybity, nie mógł pisać, pokłócił się z Tricią – przywoływał ze swojej pamięci Amandę i wyobrażał ją sobie w fotelu obok, na swoim własnym ulubionym miejscu. Widział ją siedzącą ze splecionymi rękami, z potarganymi czarnymi włosami – zbyt długimi, tak naprawdę, na krótkie – rozsypanymi wokół twarzy, zupełnie taką samą, jak lata temu, w biurze, i za każdym razem, kiedy tylko zdołał się upewnić, że ona rzeczywiście tam jest, sen w końcu przychodził i pozwałał zapomnieć kłopoty choćby do rana. Króko mówiąc, Amanda i spanie nie oznaczało problemu; problemem był seks.

I żeby naprawdę wszystko było jasne: David nigdy nie przespał się – w sensie, nie uprawiał seksu – z Amandą za jej życia. Szczerze mówiąc, sama idea zapewne wydałaby mu się mocno niewłaściwa.

 

Dawno, dawno temu, zanim stał się pisarzem znanym ze swojej umiejętności opisywania ludzi na życiowym zakręcie, David Connoly miał zupełnie inną pracę. W tamtej pracy siedziało się w pokoju o białych ścianach, wśród szumów i hałasu. W tamtej pracy David robił użytek z pozornie mało praktycznej znajomości ponoć dość trudnego języka: czytał, pisał, analizował, raportował, wyciągał wnioski i nigdy sie nie nudził. W pokoju poza nim byli inni ludzie od innych języków; była wśród nich kobieta, jego szefowa, drobna i ciemnooka. miała potargane czarne włosy i długie, mocne palce. Spotkali się w jego pierwszym dniu pracy i jej pierwszym szefowania; uśmiechnęła się, kiedy powiedział “Wookie”; była w jego wieku i też lubiła indyjską kuchnię. Nikt, kto ją zobaczył w czarno-różowej sukience z dżetami i frędzlami nie uwierzyłby, że nadawała się do tej pracy; nikt, kto z nią przez miesiąc popracował, nie mógł w to wątpić.

Pracowali razem, rozmwiali, chodzili razem na obiady (jeść curry i gadać), dzwonili do siebie w weekendy, a raz spędzili sześć godzin w aucie i trzy nastepne w kolejce po autograf pisarza. A potem, trzy lata i czterdzieści pięć dni po tym pierwszym spotkaniu, ich komórka dostała w końcu ten telefon, na który czekali. To było dzień po ślubie jego siostry: David, skacowany i niewyspany, wziął sobie wolne. Zadzwoniła do niego i kazała się nie martwić, powiedziała, że sama pojedzie na to spotkanie i że weźmie Chrisa. I tak, ona i Chris Charleston wsiedli w samochód, jej własny, i pojechali na spotkanie, z którego już żywi nie wrócili: dom na przedmieściu okazał się pułapką, czekała na nich tylko paczka, której wybuch słychać było aż w cetrum miasta. Oczywiście, nikt nie przeżył.

Oczywiście, jak się okazało, przy przygotowaniu operacji popełniono kardynalne błędy, z czego większość, oczywiście, była winą osób, które już nie żyły. Tym, którzy żyli, szefostwo zrobiło dziką awanturę, po czym delikatnie zasugerowało zmianę pracy. David rzucił pracę, przez sześć miesięcy koczował u siostry, a potem napisał książkę i poznał Tricię pogodynkę. Rok później kupił jej pierścionek i poprosił, żeby wybrała odpowiednią datę.

.

A potem, po dwunastu latach i sześćdziesięciu trzech dniach, Amanda wróciła.

Żeby już wszystko było jasne: David chyba nigdy do końca nie wiedział, że Amanda jest duchem. Jak duch wkroczyła z powrotem w jego życie: pewnego wieczora, w burzy i ulewie, stanęła pod świerkiem w ich ogrodzie. Deszcz spływał jej po włosach, bose stopy miała całe w błocie, a jej mokra czarna sukienka przykleiła się do ciała. Żona Davida zaczęła krzyczeć, kiedy zobaczyła jej twarz za oknem, ale on sam otworzył jej drzwi i wpuścił ją do środka, przemokniętą, przerażoną, niezmienioną. Weszła z ciemności do jasnej kuchni i z powrotem do jego świata, powiedziała, że nic nie pamięta, tylko jego imię i spytała go, czy wie, co ona tu robi.

 

Sześć dni później siedzieli we dwójkę w jego gabinecie i próbowali się dowiedzieć, co się właściwie te dni i lata temu stało.

Jeszcze jedno niezbędne wyjaśnienie: możliwe, że sama Amanda nie miała pojęcia, że jest duchem. Chociaż, może i miała: w końcu zasugerowała, że rozwiązaniem zagadki ostatnich dwunastu lat może być coś tak idiotycznie serialowego jak amnezja.

Tak więc oboje byli zajęci dość bezskutecznym rozwiązywaniem zagadki; pokój był pełen ciepłych cieni, wrześniowe słońce powoli zachodziło i własnie wtedy David po raz pierwszy naprawdę zwrócił uwagę na fakt, że dwa górne guziki jej bluzki są rozpięte.

Dotarło do niego nagle, że ta kobieta była wszystkim, co stracił: o dwanaście lat za młoda, ciągle świetna w tym, co robili (przyglądał się, jak czyta raporty z wypadków, zaznacza fragmenty, porównuje), ciągle w pół słowa łapiąca jego żarty i odbierająca go, jego myśli i to, jaki był, jak nikt przed nią i po niej. Chiał jej to powiedzieć, wszystko naraz, w jednym zdaniu, którego przez chwilę nie mógł ułożyć, po czym, nagle, wiedział, jak powinno brzmieć.

- Kocham cię, wiesz? - powiedział nagle, niepytany.

 

Oczywiście, to było ciągle stanowczo za mało, żeby się przespać z duchem Amandy.

Zaśmiała się, sztucznie i niepewnie; on sam poczuł, że się rumieni (i pomyślał, jak to głupio musi wyglądać rumieniec przy jego siwiejących włosach); powiedziała coś o prawdziwej przyjaźni i że tak niewielu rozumie, on odpowiedział wiązanką podobnych banałów, ona zacytowała kapitana Kirka i sprawy zaczęły powoli wracać do normalności.

Ale przecież nie końca, oczywiście. Nagle istotny był fakt, że te guziki są rozpięte, albo pamięć o tym, jak mokra sukienka klei się do ciała. I David tak się zagubił w wizjach i wspomnieniach, że przegapił coś naprawdę ważnego; tak się zapatrzył i skupił na swoim “w co ty się właściwie wpatrujesz” i na swoim nagłym zainteresowaniu, że nawet nie zauważył, jak coś się zmieniło w jej oczach, w jej twarzy, podczas czytania kolejnego raportu. Nie zauważył też, jak kolejne fakty – analizowane, łączone, natrętnie i z niedowierzaniem kojarzone z mitami i świętymi księgami, niestety pasujące – układają się w ciąg wydarzeń w jej umyśle; jak, po wyeliminowaniu tego, co niemożliwe, wyłania się powoli, powoli to, co musi być kompletnie nieprawdopodobną prawdą.

Jeszcze jedno objaśnienie: może rzeczywiście Amanda nie od początku wiedziała, że jest duchem. Ale David, myśląc o jej bladej skórze i jej piersiach, kompletnie przegapił chwilę, w której zrozumiała i zaakceptowała, bez chwili wątpliwości, że tak właśnie było.

Co oznaczało, że wiedziała też, po co wróciła.

 

I żeby już na pewno wszystko było jasne: nie powiedziała mu. Nie mogła, bo jak? Wróciła do podsłonecznej krainy z tamtego miejsca w wichurze i śniegu; wróciła do tego człowieka, który ją ściągnął z powrotem, z który miała pewne sprawy do załatwienia i który ją teraz, nieprawdopobodne ale prawdziwe, próbował poderwać. Nie podobała mu się za życia; wiedziała o tym świetnie, nikomu się nie podobała. Ale może bycie nieżywą zmieniało postać rzeczy, a poza tym, nic nie było pewne: w końcu w tamtym miejscu bez pamięci ona i tak pamiętała jedną jedyną rzecz, twarz kogoś bliskiego w niebieskim świetle ekranu.

Włosy miał teraz bardziej szare niż blond, krótsze i rzadsze; wokół jego oczu pojawiła się siatka zmarszczek, ale nie było wątpliwości, że to był ciągle ten sam David i że jej pragnął i że ona jeszcze przecież miała te swoje sprawy do załatwienia.

Była jeszcze kwestia żony i zdrady małżeńskiej; nie wiedziała za bardzo, co o tym sądzić, ale uznała, że jej sprawy są obiektywnie ważniejsze; no i drobna kwestia bycia nieżywą, o której mu nie powiedziała, no bo przecież mogłoby się okazać, że w kwesti seksu bycia nieżywą nie jest jednak jakąś szczególną zaletą.

- Słuchaj – powiedziała, zamiast powiedzieć prawdę; popatrzyła mu w oczy i nie spuściła wzroku pod jego spojrzeniem – Słuchaj, David, chciałam cię zapytać: co ty w zasadzie miałeś na myśli, jak powiedziałeś, że mnie kochasz?

 

Oczywiście, samo to pytanie w żaden sposób nie sprawiłoby, że David Conway chciałby przespać się z duchem Amandy.

Ale to pytanie, w połączeniu ze wspomnieniem mokrej sukienki, z faktem, że ona sama była niezmieniona, z faktem, że wróciła – a skoro ona wróciła, to mogły wrócić też i inne rzeczy, wszystko to, co zabrał czas – to wszystko razem już starczyło. Wziął ją za rękę. Pozwoliła mu pocałować swoją dłoń i wyszeptać, z głową wtuloną w jej włosy, że nigdy nie sądził, nie miał pojęcia i w ogóle mu do głowy nie przyszło i jacy oni wtedy byli jednak głupi, a potem pozwoliła sobie na krótki moment zapomnienia o tym, że była martwa i że w ogóle miała jeszcze jakieś sprawy.

W gabinecie nie było łóżka, tylko malutka, jednoosobowa sofa. Amandzie najpierw zaciął się zamek w spódnicy, a potem zaplątała się we własne rajstopy; on miał na sobie skarpetki nie do pary, obie czarne, tyle że jedną dłuższą. Ale było – dobrze, on był dobry w tym, co robił, i ona sama czuła się zupełnie jakby ciągle żyła. Powiedział jej urywanym szeptem, że jest piękna i że nigdy nie zauważył, jaką ma jasną cerę (bo nie miałam, nie byłam taka blada, kiedy nie byłam martwa, pomyślała, ale zaraz potem kazała sobie przestać myśleć o śmierci i byciu nieżywą). Jej własne ciało wydawało się jej nieważkie, ale przy tym konkretne, namacalne i bardzo pomocne: kiedy pocałował najpierw jej usta, a potem piersi, zareagowało właściwym westchnieniem; szeptało mu odpowiednie słowa, na zmianę komplementy i świństewka, i dotykało go dokładnie tak i dokładnie tam, gdzie było trzeba. Kiedy był gotowy, otwarło się przed nim i poruszało się z dziwacznie zaskakującą skutecznością, póki nie skończyli; a potem, w tej radości, rozkoszy i spokoju nie było już ciała, była ona, przez moment znowu żywa. Prawie żywa; dość żywa, by móc pamiętać, a w sumie o to od początku w całej tej sprawie chodziło.

Żeby wszysto było jasne: duchy, w tym miejscu w wichurze, nie pamiętają. A ona musiała, po prostu musiała sobie przypomnieć. Jak inaczej mogłaby mu pomóc?

 

Nawet się nie zorientował, że umarła w jego ramionach.

To znaczy, nie do końca umarła. Po prostu, kiedy skończyli się kochać i David zasnął, ona wyslizgnęła się po cichu z powrotem w tamto miejsce, z powrotem do umarłych czekających w wyciu wichru i mrozie. W tamtym miesjcu było wczoraj i dzisiaj i jutro, wymieszane, nie do oddzielenia, poznania i zapamiętania, bo przecież duchy w wichurze niczego nie pamiętają. Kiedy się umiera, kiedy się trafia między wicher i śnieg, najpierw zapomina się, jak pamiętać.

No tylko że ona przecież nie umarła, kiedy trafiała tam po raz drugi. Po prostu wymknęła się ze świata ludzi z powrotem do duchów, po tej długiej, cudownej chwili, kiedy znowu prawie żyła. Dzięki temu mogła teraz, w końcu, zobaczyć, zrozumieć i zapamiętać: zapamiętać, zrozumieć i zobaczyć Davida-z-wczoraj, Davida-z-dziś, wszystkich-Davidów-ze-wszystkich-przyszłości. Pełna tej pamięci, wymknęła się znowu ze świata duchów i obudziła się, niemal-żywa, w jego ramionach.

David – David, którego obraz, rozbity i niezrozumiały, był ostatnią rzeczą, jaka została z nią w kraju bez pamięci, David, który przeprowadził ją, nie wiedząc, z powrotem do żywych siłą swojej woli i wyobraźni – ciągle jeszcze spał. Otwarła oczy, budząc się powoli i usiłując odczuć to, co czuło jej ciało, promieniujące ciepłem, skulone w niezbyt wygodnej pozycji na sofie za małej dla dwojga.

Jeszcze nie zdecydowała, czy zostanie, czy zniknie; czy spróbuje być dla niego partnerką czy wróci do bycia przyjaciółką, której zdarzyła się z nim jednorazowa przygoda. Nie wiedziała, co powie jego żonie i poczuła się jak ostatni tchórz, decydując, że to jego, nie jej, sprawa.

Wiedziała, że nie będzie w stanie powiedzieć prawdy żadnemu z nich, wiedziała, że zrobiła coś okrpnego i coś cudownego jednocześnie – i nie miała żadnych wątpliwości, że po raz kolejny drogi jej i Davida skrzyżowały się w tym jedynym, idealnym momencie.

Wyprowadził ją z tamtego miejsca i sprawił, że przypomniała sobie, czym jest. A ona – ona zeszła tam z powrotem i zobaczyła-zapamiętała jego przeszłość i teraźniejszość i wszystkie przyszłości. Wszystkie te wstrętne, bolesne, powolne śmierci, które go mogły czekać – i tę jedną, na którą zasłużył, w cichym domu w zimowe przedpołudnie, za wiele lat. Po tu była – przyjaciółka, partnerka, stróż jakiegokolwiek rodzaju; właśnie po to, żeby zadbać, by w swoim czasie dostał tę właściwą.

 

 

 

Kraków, 2012-02-23



sobota, 15 stycznia 2011

Jak zwykle z okazji imienin-urodzin, pozwalam sobie na wpis o nieco innym charakterze - czyli kolejny tekst, którego nikt ode mnie nie chciał :))

----------------------------------------------------------------------------------------------

Tu Caius, ego Caia


In the anger of the moment I have diced with Death and lost

Procol Harum, Rambling On



Dobrze, sama się o to prosiłam, przyznaję, ale naprawdę, naprawdę nie widziałam innego rozwiązania. Caitlin mogła mnie jeszcze łudzić nadzieją, ale nie na długo. Wiedziałam niestety, że metody dobrej babuni nie pomogą: lubczyk ani napoje miłosne ani ptaki iynx śpiewające nocą pod jego oknami… nic z tego. Nic z tego. Trzeba było wymyślić jakiś inny sposób.

***

- Zwariowałaś – wymamrotała Caitlin, kiedy zbudziłam ją w środku głębokiej nocy. Nie było ani śladu światła na niebie - ani księżyca ani gwiazd – a ja miałam na sobie białe szaty, zalane krwią – Zwariowałaś, jako żywo. Coś ty znowu wymyśliła?

Nie miałam ochoty wdawać się w szczegóły; nie miałam też, niestety, wyjścia.

- Musisz mi pomóc – powiedziałam, zdając sobie dokładnie sprawę, że zanim się tej pomocy doczekam, będę musiała odpowiedzieć na sto pytań do, a nie bardzo był na to czas – Słuchaj, Caitlin, chodź ze mną, proszę cię…

Popatrzyła na mnie podejrzliwie. Krew na białych rękawach wydawała mi się czarna w blasku pochodni.

- Nie zamierzasz mnie złożyć w ofierze demonom, prawda?

Niech diabli porwą jej cholerną magiczną intuicję! I ta wiedźma śmie twierdzić, że nie cierpi magii, a jej ulubioną bronią jest miecz.

- Wiesz, że dzwonią, ale nie wiesz, w którym kościele, jak to wy zwykle – powiedziałam ponuro- A teraz pójdziesz ze mną czy nie?

- Zbudziłaś mnie, żeby sobie pogadać o religii? – spytała cierpko – Bo jak tak, to źle trafiłaś.

A tak. Dzwony. Kościół. Czuły punkt mojej drogiej przyjaciółki.

- Caitlin – powiedziałam tak grzecznie, jak tylko pozwalała mi na to sytuacja – bardzo cię przepraszam, ale jak tak dalej pójdzie, to niedługo wykrwawię się na śmierć. A wtedy – przypomniałam jej uprzejmie – będę duchem a te są raczej mało komunikatywne. Wtedy to już na pewno niczego się nie dowiesz. To może pójdziemy, co?

- Nigdzie nie idę – zaoponowała twardo – póki mi nie powiesz, o co do diabła chodzi.

- Mówiłam – mruknęłam - dzwonią jej, tylko nie wie, że to w tym kościele. No chodź… proszę cię…

Z ciężkim teatralnym westchnieniem Caitlin narzuciła sobie pelerynę na białą lnianą koszulę, w której sypiała (ja z pewnością użyłabym jej jako sukienki) i ruszyła przede mną, oświetlając nam drogę płonącą pochodnią.

***

Przekonanie Caitlin, żeby pozwoliła skaleczyć się w palec i pomalowała mi swoją krwią policzki, zajęło mi prawie kwadrans. Muszę przyznać, że zrobiła wszystko, byle mi utrudnić zadanie: gadała, domagała się wyjaśnień, groziła, że pójdzie do ciotki Ally i wszystko jej opowie, zadawała setki bezsensownych pytań… aż w końcu, wiedząc, że coś muszę jej powiedzieć, przyznałam, że chodzi o Niego.

Skłamałabym mówiąc, że jej reakcja mnie zaskoczyła.

- Adrien… - syknęła – że też się od razu nie domyśliłam.

Gdyby chodziło tylko o to, że ciotka Ally nie chciała słyszeć o moim małżeństwie z Adrienem (a nie chciała, w rzeczy samej), nie byłoby aż tak źle. Problem polegał głównie na tym, że nie chciał o tym słyszeć Adrien.

Adrien znał Caitlin ze szkoły, darzył głębokim szacunkiem moją rodzinę, a mnie bał się jak ognia. Miałam nadzieję, że mu przejdzie z czasem. Miałam nadzieję, że nie uważa mnie za potwora. Tyle że ja, oczywiście, byłam potworem. Byłam i zresztą jestem dalej, głupie eksperymenty z magią nie mogły tego zmienić.

Bycie potworem polegało głównie na tym, że byłam ponoć najsilniejszym rozpoznanym magicznym talentem, jaki kiedykolwiek przyszedł na ten świat, a przynajmniej tak mi mówiono. Moja matka urodziła ojcu ośmiu synów i wszyscy okazali się zdrowi, silni i ad nauseam normalni, a za dziewiątym razem… masz ci los. Panna córka i do tego potwór, dwa w jednym. Podejrzane w dodatku jak cholera: w końcu zdolności magiczne pojawiają się wyłącznie u autochtonów, z którymi rodziny takie jak moja się nie mieszają. Efekt: ojciec rozwiódł się z matką, ale zdążył jeszcze nakazać wystąpienie z klasztoru jej młodszej siostrze, ciotce Ally znaczy, żeby się potworem zajęła.

A wszystko przez to, że mając półtora roku zrzuciłam mu na głowę świecznik. Nie moja wina: nie trzeba było kopać kota w mojej obecności. Dziecko w tym wieku ma nieustabilizowaną psychikę: gdyby te głąby, mój ojciec i bracia, pokończyli choć połowę tych szkół co ja, wiedzieliby o tym. Nie należy takich dzieci denerwować… choć nie każde potrafi urwać wiszący u sufitu kandelabr z dwunastoma świecami.

Magiczny talent zwykle oznacza kłopoty. U mnie skończyło się (w kolejności chronologicznej) na nieudanej próbie spuszczenia mi lania zakończonej uszkodzeniem ściany nośnej w dwu pomieszczeniach domu, egzorcyzmach, zamknięciu na dwa miesiące w ciemnym pokoju (strach ma podobno osłabiać i dezorganizować magiczne zdolności), dwóch próbach otrucia przez służącą, trzech usiłowaniach wykradzenia przez handlarzy niewolników (takie stwory jak ja mają swoją cenę) i ostatecznie oddaniu w ręce bogobojnej ex- zakonnicy. Ciotka Ally posłała mnie do szkół niemal natychmiast; ona też się mnie trochę bała.

W szkole po raz kolejny okazałam się potworem i przekleństwem. Caitlin mogłaby coś o tym powiedzieć. Ale nie o tym miałam mówić, prawda?

Summa summarum: po szkole dzięki wpływom rodziny matki trafiłam na dwór królewski, tym razem nie rzucałam świecznikami, nie powiedziałam nawet, że monarchię uważam za przeżytek (a uważam), a militarne podboje (my contra jakieś miejscowe plemiona tkwiące w epoce kamienia łupanego) za barbarzyństwo, że nie wspomnę o udawaniu (w dzisiejszych czasach!) rycerzy Okrągłego Stołu przez cały ten dwór. Zamiast tego starannie zaplanowałam dwie takie barbarzyńskie kampanie dla księcia następcy tronu. Wygrał oczywiście, a w zamian obiecał mi (nieoficjalnie) czego sobie tylko zażyczę. Normalnie zażyczyłabym sobie czegoś rozsądnego… ale to było dwa dni po powrocie księcia z armią i dwa dni po tym, jak zobaczyłam Adriena pierwszy raz, na balu, gdzie on gościł w charakterze młodego oficera, a ja udawałam damę.

Rozmawiał ze mną za tym pierwszym razem uprzejmie i czarująco, na pożegnanie pocałował mnie w rękę, a ja spędziłam cały następny wieczór, usiłując wydobyć z Caitlin, czy uważa mnie za atrakcyjną. Po pół butelki wina (ona piła, ja nie muszę) przyznała w końcu, niechętnie, że nic mi nie brakuje.

- Właśnie, może i jestem potworem – powiedziałam – ale nie widzę tego, kiedy patrzę w lustro; wyglądam jak każda inna dziewczyna w moim wieku.

- O ile - dodała wtedy Caitlin z goryczą, której nie rozumiałam- każda inna dziewczyna w twoim wieku ma cholerną jasną cerę bez jednego śladu, cholerne blond włosy, długie do pasa, które się nie plączą i nie wypadają, jak niektórym, i do tego wszystkiego cholerne niebieskie oczy!

Popatrzyłam na nią nieprzytomnie.

- Jesteś piękna – powiedziała – Aż za piękna.

Później usiłowała mi oględnie (i rozwlekle) wyjaśnić, że moja uroda oznacza jakiś problem, ale niespecjalnie zrozumiałam, o co jej chodziło, bo w głowie tłukło mi się tylko jedno: moja przyjaciółka powiedziała, że jestem piękna. Piękna. Kobiety są bardziej obiektywne. Skoro Caitlin uznała, że jestem piękna, to Adrien padnie z zachwytu do moich stóp, jutro, na prywatnej audiencji u księcia…

Na prywatnej audiencji u księcia, która okazała się nie aż tak prywatna, ledwie czterdzieści osób. Postanowiłam zrobić na Adrienie piorunujące wrażenie i ubrałam się w granatowy jedwab, w kolorze moich oczu; miałam złotą opaskę we włosach, miałam różę przypiętą do sukni i miałam na ręce pierścionek z białego złota. Chciałam go wręczyć Adrienowi przy wszystkich, dumna i promieniejąca, kiedy książę ogłosi, że wybrałam go sobie na małżonka…

Caitlin jakoś nie podzielała mojego entuzjazmu w kwestii przebiegu tej uroczystości.

- Nie przeceń swojego uroku osobistego – mruknęła i odmówiła stania w pierwszym rzędzie, obok mnie.

Miała rację, oczywiście, Adrien zamiast w zachwyt wpadł w panikę. Było to wszystko makabrycznie upokarzające, bo oczywiście Adrienowi nie przyszło do głowy, żeby po prostu powiedzieć mi “nie”. Zamiast tego zaczął kręcić i się wymigiwać, opowiadać, jak to jest niegodny, jak to lepsi od niego itd., jak to poświęceniem zbyt wielkim ze strony pani czarodziejki byłoby poślubić zwykłego śmiertelnika itd., a ja, kretynka, zamiast się domyślić, też zaczęłam kombinować i kręcić, usiłowałam go przekonać, na każdy argument miałam odpowiedź, robiło się coraz głupiej, damy obecne na audiencji posykiwały i wpatrywały się we mnie z politowaniem… aż w końcu Adrien powiedział, powiedział mi, wybacz, pani, ale nie mógłbym poślubić istoty, której nie kocham, a ja cię nie kocham, ale mógłbyś, powiedziałam, sama nie do końca jeszcze rozumiejąc, przecież… i umilkłam, bo nagle do mnie dotarło. Przykro mi, ale nie, powiedział Adrien, a we mnie złe wstąpiło i rzuciłam mu prosto w twarz:

- Przykro mi, ale książę mi obiecał.

Nałożyłam mu w końcu ten pierścionek, po następnej pół godzinie lamentów i przekonywania z obu stron. Wezwano królową matkę; książę milczał i miał zakłopotaną minę, z ciemnego kąta sali ścigał mnie wzrok Caitlin i dziękowałam Bogu, że mój ojciec mnie nie widzi, bo nawet w moim ówczesnym stanie zdawałam sobie sprawę, jak monstrualną idiotkę z siebie robię.

Krótko mówiąc: wyszliśmy z sali zaręczeni, Adrien wyjechał tego samego dnia i nie pokazywał się przez najbliższe pół roku… a zanim wrócił, Caitlin urobiła mnie na tyle, że zgodziłam się zwolnić go z danego mi słowa, ale bynajmniej nie zrezygnowałam z prób zdobycia go. Jeszcze mnie będziesz o niego błagał, powtarzałam w myślach, kiedy oddawał mi pierścionek, jeszcze będziesz śpiewał serenady pod moimi oknami…

Starałam się, nawet Caitlin musiała to przyznać, ze wszystkich sił. Bywałam na wszystkich przyjęciach, na jakich on miał być… i z których uciekał za każdym razem, kiedy mnie tylko zobaczył. Napisałam tuzin łzawych listów z propozycjami w stylu “bądźmy przyjaciółmi”, wszystkie bez odpowiedzi. Zaoferowałam pomoc jemu i jego rodzinie w kilkunastu różnych sprawach. Zaprzyjaźniłam się z jego macochą. Polowałam, chodziłam do kościoła, robiłam to, co on. Ubi tu Caius ibi ego Caia. I nic, cholera, nigdy nic.

Sprawdziłam praktycznie, że lubczyk ani napoje ani ornitomancja nie sprawią, że rycerz pokocha potwora. Caitlin mówiła coś o czasie, ale jej nie słuchałam. Stare metody nie działały. Potrzebowałam innego sposobu, by zdobyć Adriena, sposobu dobrego nie dla damy, ale dla demona. I właśnie dlatego czekałam wtedy w nocy z twarzą wymazaną krwią Caitlin i moją własną, głęboko w piwnicy. Czekałam na kogoś, kto będzie mógł mi pomóc.

Caitlin prawiła mi kazania na temat paktu z diabłem przez następne dwa lata, ale w rzeczywistości dogadałam się co najwyżej z jakimś pomniejszym popychadłem z piekielnej kuchni, o ile piekło w ogóle istnieje. W każdym razie demon był raczej pośledni i jeżeli ściągnęłam na siebie wieczne potępienie, to na pewno nie przez ten głupi pakt.

Umierałam, kiedy w końcu się zjawił, a przynajmniej tak mi się zdawało; miałam na przedramionach i przegubach po kilkanaście niezbyt głębokich nacięć i krew lała się z nich dość obficie… i dość już długo. Starałam się nie przeciąć żadnej ważnej żyły, ale nie jestem pewna, czy mi się udało. Było mi w każdym razie makabrycznie zimno. Posłałam Caitlin po koc i gorącą wodę, kiedy tylko poczułam, że coś się zbliża: ostatnią rzeczą, jakiej sobie w tej chwili życzyłam, było kazanie.

Demon oblizał mi ręce, a potem pił moją krew… a potem dał mi to, co chciałam. Kiedy Caitlin wróciła, było już po wszystkim. Musiałam się jej przyznać, oczywiście. Wydarła się na mnie strasznie, najpierw za paktowanie z ciemnymi mocami, potem za wystawianie się na niebezpieczeństwo, a na końcu za to, że demon wylizał też jej krew z moich policzków, tak jakby to cokolwiek zmieniało. To ja paktowałam, nie ona: ja dostałam za to swoją bezcenną nagrodę.

Chyba jednak nie umierałam, bo wydobrzałam po tym całkiem szybko… ale chyba najwyższa pora zostawić opowiastki o potworach i przejść do sagi… ee… rycerskiej, powiedzmy.

***

Minęły dwa lata, od kiedy demon w kobiecej postaci wypuścił, acz niechętnie, pana Adriena z sideł, jakie nań zastawił. I stało się, że wyruszył nieustraszony pan Adrien na wojnę ze zbuntowanym chłopstwem, wspieranym plugawymi siłami ciemnych mocy itede itede. Był z nim koń jego wierny i giermek, który mu służył od lat i towarzysze, wybrani spośród najlepszych. Ale i wśród nich pan Adrien się wyróżniał: nawet w najgorszych chwilach nie opuszczało go bowiem szczęście. To on znalazł w opuszczonym domu kołczan, a w nim strzałę niechybną, co trafiała we wroga mimo mgieł i nocy. To jego biała łódź o srebrnych żaglach oczekiwała na brzegu, a gdy wstąpił na jej pokład, magiczny wiatr wydął jej żagle i popłynęła bezpiecznie i spokojnie przez wody cieśniny (mimo że nienawidzę wody i robi mi się niedobrze od kołysania). Gdy rycerze przybili do wyspy na rzece wśród mgieł i ujrzeli tam jabłoń o jabłkach złocących się na nagich jesiennych gałęziach, to właśnie w jego dłonie cudowny ptak o tęczowych piórach zrzucił jeden z owoców (a to, że owoc nie był magiczny, tylko lekko zmrożony i stąd jego dziwny smak, to już szczegół). Och, i ścieżka bezpieczna, co go wiodła wśród lodów, widoczna tylko dla niego… i tarcza, co wśród deszczu strzał ognistych była mu osłoną… czyż nie dowodziło to wszystko jawnie, że był wybranym z wybranych, rycerzem bez skazy?

Według planu miało być tak: gdy zatrzymali się, mój ukochany i jego towarzysze, na nocleg na równinie, głos miał przemówić do nich z potoku skrytego pod lodem, wołając Adriena i obiecując mu, w uznaniu jego rycerskich zasług, miłość najpiękniejszej z dam tej ziemi (Caitlin powiedziała przecież, że jestem doskonała). I przemówił głos, a wszyscy uciekli z wrzaskiem, krzycząc coś o demonach. Adrien, wezwany przeze mnie – zmiennokształtną, czarodziejkę, zawsze tam gdzie on – podszedł do brzegu i ukląkł, schyliwszy głowę. Dygocącymi dłońmi rozgarnął śnieg i spojrzał w krzywe lustro lodu.

- Nie boję się ciebie, diable – wyszeptał, ale słyszałam strach zamiast miłości w jego głosie. Nie wiedziałam, rozpaczliwie nie wiedziałam, co zrobić.

- A może nie jesteś diabłem? – powiedział po chwili cicho, z nadzieją – Może nie zwariowałem, może rzeczywiście jestem rycerzem bez skazy, jak moi przodkowie, i otrzymuję nagrodę stosowną do moich zasług? Może nie jestem przeklęty?

I wtedy właśnie zaryzykowałam, zagrałam w kości z losem… zrzuciłam obcy kształt, stając przed nim we własnej postaci.

- Byłam twoją łodzią na morzu – zaczęłam – byłam strzałą, która nie chybia celu, byłam ptakiem, który ci przynosi owoc magicznej jabłoni, byłam tarczą, co cię chroniła od ognistych pocisków, byłam głosem z potoku, byłam ścieżką bezpieczną u twoich stóp. Jestem…

- Ddd...demon – Adrien przerwał mój oratorski popis; głos mu drżał, chyba nawet mnie nie poznał – Jesteś demonem, który zmienia kształty. To dlatego… mieli rację… to całe szczęście, to dlatego… Byłem… Boże miłosierny, byłem ofiarą demona, uległem szatańskim sztuczkom…

- Nie bój się – powiedziałam w panice, rozumiejąc z tego tylko tyle, że mój ukochany cierpi, że się mnie boi i że myśli, że chciałam go skrzywdzić. Wyciągnęłam dłoń, żeby pogładzić go po policzku.

Usłyszałam to uderzenie zanim je jeszcze poczułam i cała moja magia niewiele mogła mi pomóc. Nauczyłam się zmieniać kształt, ale nie mam nadludzkiego refleksu, a cios w serce może mnie zabić tak samo jak każdą inną żywą istotę.

I dlatego teraz siedzę tu, w piwnicy. Krwawię. Jest mi strasznie, makabrycznie zimno i wiem, że gdzieś tam jest to coś, z czym paktowałam. Jest ciemno, ani gwiazd, ani księżyca, i słyszę tylko krew we własnych żyłach. To już było, wiem, i wiem też, że to będzie trwać i nigdy się nie skończy. Wieczność, myślę. To już wieczność.

Mam tylko nadzieję – resztki nadziei – że Caitlin jak zwykle przyjdzie mnie stąd wyciągnąć.

poniedziałek, 18 maja 2009
Już kiedyś ten numer zrobiłam - i powtarzam z okazji imienin (własnych).
Z pozdrowieniami.

 


EDIT: wyrzucone

 

Kraków, 2009-05-12
© by ninedin :)

 

zdjęcie też © by ninedin

piątek, 16 stycznia 2009
Miałam przedwczoraj urodziny i z tej okazji postanowiłam zrobić wpis nieco inny niż zazwyczaj. W zasadzie powinnam go poprzedzić komiczną opowiastką o tym, jak odbieram kolejne maile i listy, w których redaktorzy tłumaczą mi, że nie, nie opublikują mojego opowiadania - ale może lepiej spuszczę zasłonę milczenia na resztę tej straszliwej sceny...
czwartek, 27 grudnia 2007

Filozoologia (n), dziedzina nauki zajmująca się opisem bytów wywiedzionych ze słownika terminów literackich.

 

Zeugma, z gr. zeugnymi, „łączę”, niebezpieczny pasożyt filozoologiczny spotykany przede wszystkim w starych budynkach, w tym często w siedzibach uniwersytetów. Zeugma ma kształt ludzkiego mózgu o ponadnaturalnych rozmiarach. Osiada na głowie i wypuszcza myślomacki, którymi wsysa się w mózg żywiciela, powodując nieodwracalne zmiany w ośrodkach odpowiedzialnych za mowę i myślenie. Nazwa zeugmy związana jest z jej charakterystyczną cechą, jaką jest zmuszanie zainfekowanego pasożytem uczonego lub studenta do generowania dziwacznych i nie mających sensu struktur semantyczno-syntaktycznych, łączących (zeugnynai) dość dowolnie nie mające ze sobą żadnego powiązania dziedziny umysłowej aktywności i tworzących skomplikowany labirynt mieszanych metafor o potencjalnie fatalnym charakterze. Jak ujął to znakomity znawca problematyki, A. Biotos, zeugma buduje w umyśle niekończące się mosty ad absurdum. Specyfiką zeugmy jest fakt, że owe nie mające w rzeczywistości znaczenia konstrukty zachowują pewne pozory spójności i naukowości, co często pozwala osobom zainfekowanym uniknąć wykrycia, nieraz przez bardzo długi czas.

Wydaje się, że ze względu na swój niezwykle charakterystyczny wygląd zeugma powinna być łatwo wykrywalna i rozpoznawalna. Niestety, dwie jej cechy czynią wykrycie pasożyta niemal niemożliwym. Po pierwsze, barwa zeugmy to tzw. oktaryna, ósmy kolor tęczy znajdujący się poza spektrum ludzkiego widzenia. Po drugie, zainfekowany zwykle nie jest w stanie wyczuć jej ciężaru; zeugma ma bowiem we krwi, zamiast hemoglobiny, geisteninę, związek chemiczny oparty na metalu lżejszym od powietrza. Na dodatek, w miejscach, gdzie istnieją większe kolonie zeugm (kampusy akademickie, siedziby instytutów filologicznych) w powietrzu unoszą się spore ilości gazowych odchodów pasożyta. Niewyczuwalne węchem, maja one lekko halucynogenny charakter, generując ataki łatwowierności, pozwalające brać bełkot zarażonych zeugmą nieszczęśników za dobrą monetę.

Efekty działalności zeugmy wielokrotnie opisywano w literaturze, zarówno naukowej, jak i pięknej. Tutaj pozwolimy sobie przywołać tylko jeden przykład. Ilekroć mówimy „król jest nagi”, powinniśmy pamiętać, że w rzeczywistości okrzyki widzów dowodziły kompletnej filozoologicznej interpretacji: nowe szaty cesarza istniały naprawdę i były wykonane z błon mózgowych zeugmy.

Często jednak rola zeugmy w rozwoju ludzkości bywa znacząco przeceniana. Heretyckie odłamy zoofilologów posuwają się wręcz do stwierdzenia, że sporą część dzisiejszej nauki, przede wszystkim zaś gros dorobku szkół filologicznych i filozoficznych, zawdzięczamy wpływowi tego właśnie pasożyta. Takie niczym nie poparte stwierdzenia zawistników i ignorantów należy zdecydowanie odrzucić jako nienaukowe i spowodowane wyjątkowo niskimi pobudkami.

(dla a.f.; i dla sobie samej, bom smutna i sama pełna winy)

| < Lipiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
O autorze
Zakładki:
Autorzy
Blogi
Miejsca: różne
Omnia mea
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...