Familiares

poniedziałek, 25 marca 2013

Na fejsbookowym profilu Zwierza padł pomysł, żeby zrobić dzień bycia miłym dla siebie nawzajem i anty-hejterstwa. Ja tam, przyznaję się, hejterką bywam, czasami z upodobaniem - wystarczy zajrzeć do recenzji w tej kategorii książek - ale generalnie, staram się być (aż za, momentami) miła. Dzisiaj więc nie będę się starała być miła, dzisiaj po prostu będę dziękować paru osobom za różne rzeczy.

 


Nie tak dawno temu, też przy okazji, skądinąd, tematu bycia miłą, napisałam, że blogowanie poprawiło mi jakość życia, z kilku różnych powodów, z których a) polecanki od rozmaitych osób, poszerzające horyzonty (najważniejsza: Doktor, najnowsza: Discworld), b) dyskusje, komentarze, rozmowy i spotkania z ludźmi, którymi okołoblogowo poznałam, są najważniejsze. 

I teraz będzie krótko, i mam nadzieję, że nie zapomnę o nikim, komu chciałabym powiedzieć takich parę słów; będę używać nicków lub imion, nie nazwisk, bo nigdy nie wiem, kto chce być z nazwiska ujawniony.

 

Fabulitas i Sherlockista to moje ulubione blogerki, w sensie tego, jak i o czym piszą: w sposób szczególny trafia do mnie ich sposób pisania, sposób argumentacji i styl; mało że lubię, podziwiam i zazdroszczę. Zazdroszczę takoż Beryl, Cyd i Rusty, bo razem i każda z osobna stanowią chodzące kompendia takich kawałków (pop)kultury, o których nie mam zielonego pojęcia; oraz, Rusty zna się na musicalach w sposób, który mnie frustruje i inspiruje jednocześnie. Szalenie inspirujący jest, takoż, blog Zwierza, także dlatego, że a) zawsze jest na nim coś nowego, i b) często mamy odrębne zdanie, ergo jakaś notka z inspiracji się urodzi (będzie niedługo Zwierzowo inspirowana notka o seksie); z blogów, które czytam, jak mi się chce pomyśleć i poanalizować, dodałabym jeszcze Carrie (która jest także fantastyczną rozmówczynią oraz dyskutantką w realu) oraz blog Misiaela, zdecydowanie, poza paroma, których już nie ma albo na których autorzy piszą coś niezbyt często (Sylwia, Nachasch). Oraz, Drakaina, którą zawsze chętnie czytam, jak już czasem coś napisze, ale która się trochę inaczej liczy, bo jest moją przyjaciółką w realu, towarzyszką wakacyjnych podróży i konsumentką kulinarnych eksperymentów (póki są bez ryby i bez chili). Oraz, Cyd, Adeenah (która, skądinąd, ma dość niesamowite i absurdalne poczucie humoru) i Maja to z kolei są utalentowane osoby, których ilustracje, rysunki, projekty graficzne, komiksy i inne tego rodzaju wytwory raz, że mi się podobają, dwa, że budzą we mnie poczucie, że to jest coś niezwykłego, umieć tak zrobić; umieć przy pomocy kresek i plam zrobić coś, co ja widzę, a co nie mam pojęcia, jak powstało i jak w ogóle to się da zrobić (przepraszam za te nieskładne refleksje osoby, która nie umie nawet kreski prosto narysować). 

Z Ysabell i z Harpijką (i od jakiegoś czasu z Ausirem, z Klaudią i z paroma innymi osobami, w tych dyskusjach poznanymi) fantastycznie mi się dyskutuje na fejsie i (w przypadku Harpijki) na żywo. A Allegra Walker ma u mnie wielki dług wdzięczności, za niewielki na pozór życzliwy gest w chwili, kiedy mi było bardzo źle.

I może jeszcze jedno: u Agny czy u Maega rzadko (albo prawie nigdy) komentuję, co nie zmienia faktu, że czytam z wielkim zainteresowaniem.


Szanowni koledzy i koleżanki, stanowicie dla mnie ważną, cenną i bardzo sobie cenioną część życia. Pozbawienie mnie waszego towarzystwa online byłoby trochę jak having my heart burned out of me. There, I said it.

Teraz dla równowagi przydałoby się napisać jakiś wpis do kategorii Książki najgorsze, chyba.

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Mój od zawsze blogowy kolega Cedro pożegnał się - z hukiem - z blogowaniem o popkulturze. Jest mi z tego powodu strasznie przykro, z różnych powodów, wśród których jest też ten czysto, podle egoistyczny: Cedro napisał kiedyś wpis o mnie i o moim tekście, który był jedną z najmilszych rzeczy, jaka mnie w internecie spotkała, ever. Dwa dni po tym, jak to przeczytałam, czułam się, jakbym chodziła po różowej chmurce szczęścia dziesięć centymetrów nad chodnikiem.

Zastanawiałam się, czy się w tej sprawie odzywać, czy w ogóle zabierać głos, bo w końcu rozmawianie o nieobecnym jest trochę jakby mało grzeczne, a może się też okazać dość bezproduktywne. Niemniej, niemniej - grzeczność (nadmierna) jest ewidentnie jednym z powodów, dla których autor zrezygnował z blogowania, i czymś, co go brzydzi i napawa odrazą. Dobra, będę niegrzeczna i - zapewne metodą "gadał dziad do obrazu" porozmawiam sobie z nieobecnym.

Nie będę, jednakowoż, rozmawiać o nim - każdy ma swoje zasady i swoje standardy, którymi się kieruje, i uważam, że nie mnie je oceniać. Są rzeczy, które mnie zmusiłyby do natychmiastowego i nieodwołalnego zamknięcia bloga, a innym mogły się wydać banalne, ergo muszę założyć, że inni też takie blogo-zamykalne rzeczy mają, a mnie nic do ich oceniania. Znowu: nie wiem, co by na moje wycofanie się i brak jasnego stanowiska powiedział autor oryginalnego wpisu, który lubi jasne deklarowanie się z poglądami. Ja jednakowoż czuję się dzisiaj uprawniona do wypowiadania się o o sobie i tylko o sobie.

A czuję się uprawniona, bo znajduję się w grupie, która ewidentnie sprawiła autorowi taką przykrość, że zrezygnował z pisania. Należę do niej, bo (1) piszę o aktualnych wydarzeniach popkulturowych, i to także o tych, które zajmują spory kawałek blogosfery (i także o tych, które się autorowi nie podobają albo ich nie aprobuje), (2) "daję lajki", czyli czuję, że należę do pewnej grupy ludzi, którzy czytają się i linkują/komentują nawzajem, co zdaniem autora znaczy, że to, co piszemy, jest dla nas drugorzędne w stosunku do  ściągania ruchu na bloga i karmienia fap circle, (3) staram się być miła i chcę, żeby było sympatycznie. Dodałabym do tego zarzut (4), który, o ile pamiętam tekst Cedra (poprawcie mnie, jeśli się mylę), nie jest w nim wyartykułowany wprost, ale wynika jakoś z całości: zarzut o letniość, o nijakość w sensie ideowym, o zabawę w zabawę zamiast mówienia o ważnych sprawach, o brak dawania świadectwa temu, co ważne. 

I teraz tak: ja się nie chcę bronić ani usprawiedliwiać, w sensie: przekonywać (zwłaszcza przekonanych), że jestem fajna i że autor nie ma racji. Nie chcę z nim polemizować ani tłumaczyć, że ja tak nie mam. Bo uważam, że ma rację, że ja, owszem, tak mam. Piszę (będę mówić o sobie i tylko o sobie) o aktualnych hitach. Należę do kółka wzajemnej adoracji. Jestem milusia. I nie daję świadectwa.

Tyle że mnie to nie oburza, wręcz całkiem mi z tym dobrze. Wychodzę, oczywiście, na drobnomieszczańską Kandydę, która się zajmuje pielęgnowaniem własnego ogródka, ale taka jest prawda: tak mam.

Co do stwierdzenia (1), nie będę się ustosunkowywać, bo mam wrażenie, że tu akurat autora poniosła pasja polemiczna: naprawdę, bardzo dużego zapału polemicznego trzeba, żeby się zdziwić i poczuć zniesmaczonym faktem, że blogi głównie jednak recenzyjne, a przy tym popkulturowe, pisały, piszą i będą pisać o aktualnych hitach popkultury. Nie (albo nie tylko) o tym, co działo się rok, dwadzieścia albo sto osiemdziesiąt lat temu, także o filmach/książkach/whatevereach, na które się czekało długo-długo, czekało z tych (reklama, hype, hitowość, wszyscy chcą zobaczyć - jak np. ja i Les Miserables) czy innych powodów (sequel/prequel/spinoff, adaptacja ulubionej książki, aktor(ka)/reżyser(ka)/kompozytor(ka)/whatever, za którymi przepadam, coś tak złego, że chcę wiedzieć, co to - na przykład, ja i Prometeusz, kombinacja kilku z powyższych) i teraz chce się o tym rozmawiać, najlepiej już od razu.     

Co do (2) i fap circle: pewnie, że tak mam. I teraz krótko o biografii, sorry: urodziłam się w roku 1973, byłam smutną dziewczynką z kochającego domu zapracowanych rodziców, wychowałam w latach 80. w domu w szczerym polu pod małym miasteczkiem, od ósmego roku życia czytałam fantastykę, czytanie było wtedy najważniejszą rzeczą w moim życiu i aż do studiów nie znałam nikogo, kto by znał mniej więcej te same książki, co ja. Odkrycie takich ludzi było jednym z najpiękniejszych momentów w moim życiu. Drugim było odkrycie, że nawet jak czytam bardzo dziwne książki, mniej znanych autorów, niewydane w Polsce, albo oglądam seriale czy filmy niszowe z punktu widzenia polskiego odbiorcy, mogę liczyć na dyskusję na ich temat. W internecie, znaczy, gdzie mieszka całkiem sporo z moich znajomych.  
No i oczywiście, że czytam to, co piszą. Oczywiście, że zdarza mi się komentować. Oczywiście, że zdarza mi się zgadzać albo nie zgadzać (o czym później) i oczywiście, że zdarza mi się pisać pod nich, w sensie - na tematy, które krążą i o których się mówi, na czyjąś prośbę, na "zamówienie". A, lajkować ich wpisy na fejsie też mi się zdarza; zdarza się również, że ci ludzie piszą inaczej, w zupełnie inny sposób i pod innym kątem niż ja. Tylko dla przykładów: blog Zwierza jest listowo-aktualnościowy (nowe filmy i seriale), blog Sherlockisty jest bardzo konkretnie na temat, blog Adeeny jest tematyczny specyficznie, co pozwala na szeroki wachlarz zagadnień, Maja L. rysuje, dziewczyny z Fangirls czy Fabulitas piszą w sensie gatunkowym (analizy, nie tylko nowe rzeczy) nieco podobnie do mnie, Carrie publikuje analizy, fanfiki i rzeczy związane z własnymi hobby i pracą okołonaukową, a Drakaina pisze ostatnio głównie o operach; mimo to jakoś tam czytamy się nawzajem.
Jasne, że w pewnym momencie tworzy to pewną siatkę, pewną społeczność ludzi, którzy są ze sobą w specyficzny sposób zaprzyjaźnieni. W moim własnym życiu ci ludzie wypełnili, gdzieś około 2008/09 roku, małe ciemne puste miejsce, pełne niezrealizowanych ambicji i potrzeb ("chciałabym pisać recenzje z fantastyki, ale takie bardziej długie i z aluzjami do Homera, ani do Nowej Fantastyki, ani do pism naukowych; chciałabym o nich gadać") które nie bolało jakoś strasznie, ale było smutne i nieprzyjemne i przygnębiające. I OCZYWIŚCIE że zdaję sobie sprawę, że takie środowisko może wydać się nieprzystępne dla innych, dla tych spoza - nie wiem, czy to jest w ogóle do obejścia, bo kiedy parę osób się zna dłużej, hermetyczne teksty i zachowania czy aluzje stają się częścią sposobu bycia - i że to może być problemem. 

No i oczywiście (3), ma być miło. No ma, u mnie, tak mam. Jestem (a) patologicznie nieśmiała (jak chcecie, opowiem w komentach smutną historię o mnie i Ulubionym Pisarzu), (b) niekoniecznie młoda, specyficznie wychowana i przez to ukształtowana. Szczerze - bez ironii, szczerze! - podziwiam ludzi takich, jak niektórzy moi znajomi blogerzy i komentatorzy, który potrafią ostro i kontrowersyjnie stawiać sprawy i bronić tego, w co wierzą. Ja, cholera, jestem niestety Tewje Mleczarz pod tym względem, zawsze mi się jakieś but on the other hand włącza, przy czym większość tych but on the other hand dotyczy samopoczucia innych ludzi.
Przykład. Rzadko kłócę się z ukochanym bratem (wyborcą Gowina) o, powiedzmy, małżeństwa gejowskie, bo wiem, że on wie, co myślę i wiem, że go nie przekonam, ani on mnie. Kocham mojego brata - na pewno kocham mojego brata bardziej niż moją potrzebę ciągłego uzewnętrzniania własnych poglądów. Powtórzę jeszcze raz: on wie dokładnie, co myślę, kilka rozmów mieliśmy; ja go nie zmienię, wiem, bo znam go trzydzieści lat. Mogę opowiadać anegdoty, mogę mówić mu o znajomych, których sytuacja życiowa i orientacja jest inna, niż jego czy moja, i to robię, często, ale do konfrontacji poglądów sama nie dążę, a jak się zaczyna, mówię "Znasz moje zdanie" i wychodzę z pokoju, bo jak nie, to zaczniemy na siebie krzyczeć i każde z nas powie coś, czego pożałuję. Nie rozmawiam z moją ulubioną ciocią o papiestwie ani z przyjaciółką-weganką o pieczeniu przed świętami szynki. Staram się - z troszkę mniej poważnych tematów - nie dyskutować z Najlepszą Przyjaciółką o urodzie kilku z moich ulubionych aktorów (uważa ich za koszmarnie brzydkich) albo o filmowych adaptacjach komiksów, bo ich (komiksów i adaptacji) nie cierpi. Jak jest niemiło - jak, na przykład, kiedy we współwynajmowanym kiedyś mieszkaniu pokłóciły się śmiertelnie dwie z czterech lokatorek - chodziłam chora, autentycznie, fizycznie było mi słabo i źle się czułam, było mi cały czas zimno i nie mogłam spać, uciekałam z tego domu, gdzie się dało, nie mogłam znieść napięcia. Mam naturę osoby skłonnej do mediacji, do godzenia ludzi i prób wypracowywania konsensusu. Nie, to zupełnie nie znaczy, że wierzę w prawdę pośrodku, to tylko znaczy, że żyję w autentycznym poczuciu, że boli mnie sprawianie innym przykrości. Oczywiście, chęć, żeby było miło i strach przed sprawianiem przykrości trzeba wyważyć w zestawieniu z ważnością tego, w co się wierzy: w kwestii naprawdę ważnej zabiorę jednak głos i będę cierpieć (ech, był taki dzień, pokłóciłam się z połową pokoju nauczycielskiego i podpadłam koledze-nauczycielowi, bo gardłowałam przeciw obniżeniu pewnej osobie sprawowania...), w kwestii, bo ja wiem, dyskusji o książce, która podobała się wszystkim poza mną będę milczeć albo wypowiem się bardzo oględnie, w rodzaju "To nie mój typ". Zresztą, moje "żeby było miło" najlepiej chyba wyraża częstość używania przeze mnie disclaimera pt. "To moja osobista opinia, nikt się nie musi zgadzać" na tym blogu.

No i (4). I to znowu jest prawda. Nie mam, tak naprawdę, potrzeby dawania świadectwa. Jeżeli je daję, to dlatego, że tak wychodzi. Piszę o tym, co mnie w danym momencie obchodzi, w sposób, który mnie w danym momencie obchodzi. Na to wpływają, oczywiście, moje poglądy (bo nie byliby Alec i Richard z The Priviledge of the Sword moją ulubioną romansową parą w fantastyce, gdyby nie poglądy), moje wykształcenie (bo pewien typ analityczności i metodologii się z tego wywodzi) i milion innych czynników, i czasami świadectwo tego czy owego wychodzi.
Po Kandydowemu założyłam sobie w necie swój mały ogródek i OCZYWIŚCIE że może być tak, że komuś nie spasuje, jakie mam w nim kwiatki; ba - zarzut, że nie wykorzystuję ewentualnego teoretycznego wpływu, jaki bym mogła mieć, dla czynienia dobra, że się estetycznie bawię w swoje mało ważne zabawy, będzie na sto procent prawdziwy.  
No tyle, że to pisanie tutaj jest, owszem, trochę dla ludzi, głównie jednak dla mnie. I piszę tutaj po drobnomieszczańsku o tym, co w tym konkretnym kontekście mnie obchodzi, dla mnie jest ważne, mnie dotyka, mnie rusza, o czym ja chcę się wypowiedzieć. I tak, jak mówię - oczywiście, że zarzut o miałkość, zarzut o estetyzm, zarzut o hipokryzję można mi jak najbardziej w tym momencie postawić. Nie było na tym blogu nigdy wpisu o moim stosunku do kościoła takiego czy innego, o moim stosunku do religii i wiary, o tym, na kogo głosuję/nie głosuję i dlaczego, o stosunku do antysemityzmu, o rasizmie, o trudnej sytuacji kobiet, o wojnie w Afganistanie, o klasach społecznych, o feminizmie, o aborcji, in vitro, ruchach narodowych, Romach polskich, you name it. Był wpis o katastrofie smoleńskiej za to, z dnia katastrofy. To nie znaczy, że nie mam zdania w tych sprawach. To tylko znaczy, że ten mój mały kawałek internetu nie do tego mi służy. I raczej na pewno znaczy, że w ramach tego, co mogę wybrać, wybieram pisanie o czymś innym, z miliona nieistotnych w tej chwili powodów.

I jest mi strasznie smutno, że ktoś, kogo bardzo, bardzo lubiłam czytać, poczuł się na tyle urażony faktem, że pewien  - między innymi mój, arbitralnie zdefiniowany, własny - kawałek internetu jest taki, jaki jest - nie taki, jaki powinien być, wedle jego arbitralnych, JEGO WŁASNYCH  kryteriów - że postanowił w ogóle wyprowadzić się z okolicy.    

piątek, 28 października 2011

Jesień przyszła już na amen i człowiek tęskni za czymś do poczytania. A ponieważ od jakiegoś czasu i co jakiś czas ktoś ze znajomych blogerów podrzuca karnawałowo propozycje najfajniejszych notek z okolic swojej blogrolki, to i ja sobie pozwolę tym razem, prawie-że podsumowując październik.

Arkadia, Nieborów (zdjęcie moje)

 

Oto, ergo, moje typy:


1. Recenzja z finału Doktora, po której nie chce mi się pisać własnej recenzji z finału Doktora. Fabulitas wzbudziła tą notką moją dziką zazdrość, bo jest ona i inteligentna, i osobista, i analityczna w bardzo przenikliwy sposób, i pełna emocji. Wow!

2. Polecanka, po której chce mi się zagrzebać na trzy dni pod kołdrę z toną filmów do obejrzenia po raz pierwszy lub kolejny; dzięki, Cedroo!

3. Polemika, po której miałam radochę na co najmniej dwóch poziomach.  Po pierwsze, uwielbiam, jak tuzy  (zwłaszcza prawicowej) publicystyki ośmieszają się, pisząc o (pop)kulturze, bo raz, zwykle nie chce im się sprawdzić, co to, co im się kojarzy, ma jakieś oparcie w faktach, ergo robią szkolne błędy, a dwa, wszędzie widzą (wrażą) ideologię. Po drugie, sama polemika w wykonaniu Sherlockisty - pierwsza klasa.

4. Wyliczanka, po której człowiek zaczyna  żałować, że przynajmniej niektóre z tych seriali nie są prawdziwe, na blogu Zwierza. Ale nawet jeśli nie są prawdziwe, to są bardzo fajnie opisane.

5. Lista, po której zaczęłam oglądać Czwartego Doktora (i jestem w połowie Genesis of the Daleks), bo mnie Cyd zachęciła. Recenzja wkrótce :)

 

sobota, 29 grudnia 2007

I sucked the moon
I spoke too soon
And how much did it cost?
I was dropped from
Moonbeams
And sailed on shooting stars

Maybe you'll
Be president
But know right from wrong
Or in the flood
You'll build an Ark
And sail us to the moon

radiohead, sail to the moon

look and see

Impresja - słońce po drodze

| < Lipiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
O autorze
Zakładki:
Autorzy
Blogi
Miejsca: różne
Omnia mea
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...