Dreampeople

czwartek, 09 marca 2017

Ciąg dalszy poprzedniego wpisu, za długiego dla bloxa


Anna Milder, pierwsza Leonora/Fidelio

 

7. Leonora (2)

KIM JEST? Leonora to mocno popularne imię dla operowych bohaterek. Ta, dla odmiany, jest zupełnie inna od tej poprzedniej. 
Leonora, występująca przez większą część akcji jako Fidelio, jest główną bohaterką jedynej ukończonej opery Beethovena (z mocno skomplikowaną historią libretta; 1814).
Florestan, ukochany mąż Leonory, został wtrącony do więzienia przez tyrana; Leonora, udając chłopaka imieniem Fidelio, zatrudniła się w domu strażnika więziennego i czeka na okazję, by uratować ukochanego i obnażyć korupcję złego arystokraty Pizarra; musi tylko jakoś radzić sobie z faktem, że w Fideliu zakochała się córka pracodawcy i uwzględnić fakt, że Pizarro kazał po cichu zagłodzić jej męża na śmierć. Jej główną szansą jest fakt, że więzienie ma poddać inspekcji wysokiej rangi polityk, którego uczciwość jest powszechnie znana i gdyby tylko znalazł się jakiś odważny whistleblower, który ujawniłby korupcję Pizarra...

KIM MOGŁABY BYĆ? Come on, czego w tej historii nie kochać? Sekrety, przebieranki, dramaty, korupcja, polityka, smutna historia dziewczyny, która myślała, że zakochuje się w chłopaku, a nieświadomie wybrała przebraną za chłopaka kobietę, aktywizm, korupcja.... czy mówiłam o polityce?

 

Eugenia Tadolini jako Adina

 


8. Norina/ Adina

KIM SĄ? A tu, dla odmiany, dwie panie, bo się nie mogłam zdecydować. Obie z komicznych oper belcantowych Gaetana Donizettiego - Adina z Napoju miłosnego (1832, libretto Felice Romaniego), Norina z opery Don Pasquale (1843, libretto napisane przez Giovanniego Rufiniego i przerobione nieco przez kompozytora).
Adina jest właścicielką i zarządczynią majątku ziemskiego w Italii, obrotną i energiczną, za którą snuje się jak cień miły, niepozbierany i zadurzony po uszy wieśniak Nemorino. Adina zmusza go, by zrobił coś ze swoim życiem, dzieje się mnóstwo zabawnych rzeczy, po czym do naszej  bohaterki dociera, że jednak kocha tego niedojdę, happy end. Norina ma nieco podobnie - jest zakochaną w mocno niezorganizowanym młodzieńcu energiczną wdówką, której energia i zmysł praktyczny zostają zaprzęgnięte w służbę zadania na pozór niemożliwego: trzeba mianowicie przekonać tytułowego pana Pasquale - upartego starszego pana, wuja jej ukochanego - by a) pozwolił im na ślub, b) odstąpił od własnych niewczesnych matrymonialnych planów... Przy pomocy obrotnego przyjaciela, doktora Malatesty, Norina przystępuje więc do realizacji planu pt. "Obrzydzanie małżeństwa" i jako rzekoma Sofronia, dziewica ledwie wypuszczona z klasztoru, "wydaje się" za don Pasquala i - grając najbardziej na świecie stereotypową, kłótliwą, histeryczną, interesowną i wydającą za dużo pieniędzy żoneczkę - zaczyn starannie zamieniać jego życie w piekło... 
KIM MOGŁYBY BYĆ? I Adina, i Norona to komiczne archetypy silnych i sprytnych kobiet, które zrobią wszystko dla miłości i bez których ich niepozbierani, nieżyciowi, romantyczni i niedojdowaci ukochani w życiu by sobie nie poradzili. Można z tym archetypem zrobić mnóstwo naprawdę ciekawych rzeczy, od potraktowania go wprost (całkowicie mogę sobie wyobrazić działający partnerski związek takiej pary, z którym każde odnajduje realizację jakichś swoich potrzeb!) po całkowite postawienie na głowie (jakie one w końcu mają motywację - może np. Adina woli męża z niższych sfer, albo np. woli człowieka, który pozostawi w jej rękach zarządzanie majątkiem...)?

 

Giulia Grisi, oryginalna Norina (i, skądinąd, także oryginalna Adalgisa, której za moment),
już w czasach, kiedy zakończyła karierę (ona też miała niesamowite życie!)

 


Aloysia Weber, jedna ze szwagierek Mozarta,
śpiewaczka, oryginalna Donna Anna

9. Donna Anna

KIM JEST? Jedną z trzech kobiet uwiedzionych (wrócimy do tego) przez don Giovanniego w libretcie Lorenza da Ponte, napisanym do operowego arcydzieła Mozarta (1787).
Donna Anna jest córką Komandora, ewidentnie od dłuższego czasu zaręczoną z bezpiecznie nudnym don Ottawiem. Don Giovanni zakrada się do jej sypialni, rzekomo udając narzeczonego; Anna usiłuje go wypędzić. Na to wszystko wpada jej ojciec i w pojedynku, który się wywiązuje, don Giovanni go zabija. Od tej pory Anna przysięga zabójcy zemstę, do której zmusza także narzeczonego... 

KIM MOGŁABY BYĆ? Anna jest bezlitosna i uparta i jako postać, bardzo wszechstronna. Można z jej interpretacją pójść w bardzo różnym kierunku: od dziewczyny, która mści się na gwałcicielu (don Giovanni, który zakradł się do jej sypialni), przez taką, która ma z różnych powodów obsesję na punkcie ojca i honoru rodziny (lubiłabym ideę Anny jako dziewczyny z mafii, żeńskiej wersji Michaela Corleone, ale Anna z kompleksem Elektry też by mogła wyjść), przez kobietę, która popełnia fatalny błąd flirtowania z don Giovannim, bo usiłuje uciec od nudnej i stabilnej przyszłości z Ottawiem... a to tylko pomysły na pierwszy rzut oka!

Giuditta Pasta, legendarna śpiewaczka,
pierwsza wykonawczyni roli Normy

10. Norma

KIM JEST? Główną i tytułową bohaterką opery Vincenza Belliniego z librettem wspomnianego już wcześniej Felice Romaniego; 1831).
Norma jest kobietą w wieku, jak na owe czasy, średnim. Jako kapłanka-dziewica od dawna służyła swemu celtyckiemu ludowi, stanowiąc filar władzy swojego ojca-druida, Orovesa. Nikt nie wie, że Norma dawno złamała śluby czystości i że z kochankiem Pollionem, wodzem znienawidzonych rzymskich najeźdźców, ma dwoje dzieci... Norma żyje już od dawna z ciężarem tego zabójczego sekretu - a tymczasem Pollione, kolejny operowy superbuc, ma jej dość: zadurzył się w młodszej z kapłanek, uczennicy i przyjaciółce Normy, Adalgisie, i chce z nią uciekać do Rzymu...  W tej sytuacji Normie pozostaje tylko rozważać ekstremalne rozwiązania. Zabić dzieci? Zabić Polliona? Wywołać wojnę? Zabić samą siebie?

KIM MOGŁABY BYĆ? Yup, historia opowiedziana w Normie nie jest, literacko, najlepiej napisana, ale postać tej dojrzałej kobiety, obciążonej wielką odpowiedzialnością i sekretem, który musi dźwigać sama, uwikłanej w politykę i religię, związanej przy tym szczerą przyjaźnią (graniczącą niemal z zakochaniem momentami :) ) z Adalgisą ma spory potencjał. Tym bardziej jest ciekawa, że można tu pójść w mnóstwo stron, eksplorując polityczną rolę Normy, jej uwikłania religijno-rodzinne, kwestie zdrady i lojalności wobec własnego ludu, macierzyństwa, odpowiedzialności za Adalgisę i uczuć wobec niej, wreszcie - upartej, zawiedzionej, a jednak trwającej miłości do Polliona...

 

Jeszcze jedna legendarna dziewiętnastowieczna śpiewaczka,
Maria Malibran, w roli Normy

 

Mam nadzieję, że przynajmniej jedna osoba doczytała do tego miejsca i że przynajmniej któraś z postaci i ich historii okazała się inspirująca.... 

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Pamiętacie, jak dawno, dawno temu napisałam wpis o księżniczkach? W którym podrzucałam poszukującym autorom pomysły, jakie to postacie historyczne mogliby sobie pożyczyć do swoich literackich pomysłów? Otóż powiem szczerze - bardzo mi się miło tamten wpis pisało. Na tyle miło, że postanowiłam dzisiaj napisać do niego kolejny nieoficjalny sequel i zaproponować  kilka innych postaci, które mogłyby być... inspirujące. Tyle że tym razem nie będziemy mieć historycznych księżniczek - tym razem będziemy mieć panie operowe. 

Oryginalny poster do Turandot

Opera jako gatunek (tak muzycznie, jak tekstowo, jak i teatralnie) rządzi się własnymi prawami, na tyle charakterystycznymi, że łatwymi do wykpienia i sparodiowania - jak macie ochotę na wersję napisaną ze sporą miłością do tematu, zawsze warto zajrzeć do Maskerade Pratchetta. I oczywiście - jako że nie jestem muzykologiem i jako że  to jest radosny wpis blogowy, a nie naukowy tekst o konwencjach gatunkowych libretta - nie spodziewajcie się tutaj głębokich analiz, dyskusji z historycznymi interpretacjami czy pogłębionych propozycji odczytań poszczególnych przywołanych tu operowych historii. Nie, ta bajka nie jest o tym. Ta bajka jest o operowych bohaterkach (a jak chcecie companion piece o bohaterach, to proszę o uwagi w komentarzach). Moim celem jest tu przy tym nie tyle i nie tylko przedstawienie ich historii tak, jak jest ona ujęta w operowym pierwowzorze (skądinąd uwaga: nawet jeżeli dana opera _ma_ pierwowzór literacki, dramatyczny etc., to dla potrzeb tego tekstu to wersję operową traktuję jako podstawową).  

Rozprawmy się tu może z jednym mitem: mitem mianowicie dotyczącym rzekomej idiotyczności operowych librett. Idea, że pięknej i wysublimowanej muzyce często odpowiadają banalne i histerycznie melodramatyczne libretta jest bardzo głęboko zakorzeniony - i, cóż, czasami prawdziwy (będziemy mieć taki casus, oj będziemy...). Niemniej, to, że rzeczywiście zdarzają w operze literacko słabiutkie libretta z nieprawdopodobnymi i boleśnie schematycznymi postaciami nie oznacza, że wszystkie takie są - zresztą, na to zjawisko też będziemy mieć przykłady w poniższym wpisie.

Pozostaje jeszcze pytanie - po co jest ten wpis? Ano, jest to wpis napisany przez osobę lubiącą retellingi i fanfiki, a jednocześnie - czytającą sporo rozmaitego sortu fikcji, w tym - fantastyki; lubiącą operę (więc jak kogoś skusi posłuchanie któregoś z tu zaproponowanych dzieł, to yay!). A może dla kogoś, dla autora w poszukiwaniu postaci na przykład, będzie to jakaś inspiracja.

Od razu dodam jeszcze jedno: to jest wpis blogowy, nie artykuł naukowy. Kto zechce tu w części opisowej szukać głębokich interpretacji, polemik z tradycją i dyskusji naukowej - ciężko się rozczaruje. Podobnie zresztą z częścią "interpretacyjną", czy raczej "sugerującą" - tu z kolei absolutnie nie chcę mówić, że to, co wymyślam, mogłoby na przykład przyjść do głowy oryginalnym autorom albo co muzykolodzy/badacze librett uznaliby za uprawomocnioną sugestiami z tekstu oryginalnego interpretacje... Nie podpowiadam tu przecież tematów uczonym - raczej sugeruję wielbicielom retellingów wspólną zabawę.

 

Rosa Raisa, oryginalna wykonawczyni roli Turandot

 

1. Turandot

KIM JEST? Zapożyczoną z baśni (a summa summarum z perskiego poematu Nizamiego) bohaterką niedokończonej opery Giacomo Pucciniego z librettem, którego autorami są Giuseppe Adami i Renato Simoni (premiera 1926).?
Turandot jest księżniczką, córką cesarza Chin. W jej pamięci ciągle żyje historia sprzed wielu pokoleń: dzieje jej przodkini, porwanej, zgwałconej i zabitej (?) przez mężczyznę-najeźdźcę. Dlatego Turandot mężczyzny nie chce - a że trochę nie ma wyjścia, ogłasza konkurs o swoją rękę. Książę, który rozwiąże jej zagadki, dostanie ją za żonę; kto nie rozwiąże - umrze. Do czasu, ku rozpaczy dworu, lodowa-księżycowa księżniczka wygrywa, ale nie oszukujmy się, w końcu znajdzie się książę, który ją pokona i który sprawi, że Turandot zrozumie, czym jest miłość.

KIM MOGŁABY BYĆ? Kimkolwiek. Turandot jest, IMHO, jedną z najbardziej  wieloznacznych, fascynujących operowych bohaterek, z którą, w retellingu, można pójść w cokolwiek zechcemy. Inteligentna, bezwzględna i zdecydowana, nasza księżniczka daje, jako postać, ogromne możliwości. Bo przecież Turandot może być, że zaczniemy banalnie, córeczką, która owinęła sobie ojca wokół małego palca i która nie chce się pogodzić z myślą, że będzie musiała się z kimś dzielić władzą. Może być, już ciekawiej, zakochana w pamięci swej prababki lub, bo w końcu czemu nie, po prostu nią być. Może tak naprawdę chcieć w końcu się z kimś związać i dlatego zadać mu to ostatnie, dziwaczne pytanie, na które odpowiedzią jest ona sama (hello, Irene Adler w Sherlocku!); może być naprawdę wściekła i załamana, że przegrała. Może być kobietą przekonaną, że świat nie jest dla kobiet i że bezwzględny opór jest jedyną strategią obrony. Może... a cokolwiek, może przecież nawet wystraszyć się tego, że - choć to mężczyzn nienawidzi - skazała na okrutną śmierć niewinną dziewczynę, usiłując wydobyć z niej tajemnicę swego bezimiennego zalotnika i w ten sposób go pokonać...

 

 

Wilhelmine Schoeder-Dervient, oryginalna wykonawczyni roli Senty


2. Senta

KIM JEST? Bohaterką Holendra tułacza Richarda Wagnera (1839).
Senta jest główną kobiecą postacią tej opery, poświęconej historii przeklętego statku i jego kapitana - zresztą, co ja tu będę wam Latającego Holendra opowiadać.  Wagnerowska Senta jest plus minus dwudziestoletnią (?) córką żeglarza, który sprzedał ją za kufer złota spotkanemu na morzu tajemniczemu kapitanowi dziwacznego statku. O dziwo, nasza bohaterka nie ma z tym wielkiego problemu - od dawna pół-mistycznie zakochana jest w legendzie o Latającym Holendrze i marzy się jej, że ocali jego duszę (YUP, WAGNER, CZEGO SIĘ SPODZIEWACIE?). Zaręcza się z kapitanem, który jej przypomina o postaci z jej marzeń, i rzuca dla niego poprzedniego narzeczonego, Eryka, który robi jej koszmarną awanturę o to, że jest niewierna. Holender (bo my oczywiście wiemy, że kapitan jest upiorem...) to podsłuchuje, arbitralnie uznaje Sentę za niewierną (rzuciła jednego, to rzuci i jego) i wypomina Sencie, że mogła go ocalić,  bo wierna miłość etc., ale nie ocaliła, bo jako kobieta jest niestała i niewierna, etc. Na co Senta, żeby udowodnić, że go kocha nad życie, rzuca się do oceanu. Hip hip hura, utopiona Senta i zbawiony kapitan idą razem do nieba. 

KIM MOGŁABY BYĆ? Tak jak Turandot jest jedną z postaci, które mnie intrygują, tak Senta jest tą, którą bym najchętniej poprzerabiała i poprzetwarzała. No bo wyobraźcie sobie, jakim fajnym wyzwaniem byłoby wymyślić motywacje (takie bardziej, hmmm, wiarygodne) dla takiego, a nie innego jej zachowania? Zobaczyć, dlaczego ona robi te wszystkie mocno autodestrukcyjne rzeczy? A może przeciwnie - może Senta w ogóle nie jest dziewczyną, która woli umrzeć, byle tylko zbawić nieznajomego, tułającego się po morzach? Może to tylko pretekst, by uciec do morza, do którego należy? (ech, nie, nie napiszę crossoveru Holendra z Małą syrenką...).



Teresa Brambilla, pierwsza wykonawczyni roli Gildy

 

3. Gilda

KIM JEST? Główną bohaterką Rigoletta Verdiego (z librettem Francesca Marii Piave według dramatu Victora Hugo, 1851).
Gilda jest - dziewczątkiem. Młodziutką, wychowaną w pobożnej izolacji córką bezlitosnego nadwornego błazna. Ojciec ukrył ją przed światem, ale na nic się to nie zdało: rozkochał ją w sobie, uwiódł, porwał i ewidentnie zgwałcił pracodawca ojca, książę Mantui. Rigoletto chciał ratować córkę, ale w sumie wolał się mścić niż wywieźć ją z miasta. A ponieważ Gilda ma jakieś, hmm, piętnaście/szesnaście lat i ciągle jest jakoś zadurzona w księciu - pozwala się zabić, ratując mu życie i budząc w ojcu (który zapłacił płatnemu mordercy za zabójstwo nie wiedząc, że ofiarą będzie nie książę, lecz Gilda) wieczne wyrzuty sumienia. Podręcznikowy przykład zalodówkowanej bohaterki, innymi słowy...

KIM MOGŁABY BYĆ? Wyzwaniem! Napisanie jej happy endu byłoby trudne, ale, hmmm, może ktoś by spróbował? Ja bym chyba wolała skupić się na jej relacjach z ojcem i księciem - na tym, co by można było wyciągnąć z historii ukochanej córeczki zamkniętej w wieży pod kloszem i nie znającej świata i zakochanej nastolatki, która nie wie, co ją czeka, kiedy dworzanie ją porywają i oddają człowiekowi, który mówił, że ją kocha... I potem, oczywiście, córki, w imieniu której ojciec chce się mścić, nie pytając jej samej o zdanie...

 


Nancy Storace, sama w sobie fascynująca jako postać,
oryginalna Mozartowska Zuzanna


4. Zuzanna

KIM JEST? Jedną z głównych postaci Wesela Figara Mozarta z librettem Lorenza da Ponte (według nieśmiertelnej sztuki Beaumarchais, 1786).
Zuzanna jest pokojówką Hrabiny i narzeczoną Figara. Ich ślub już-już ma się odbyć, kiedy okazuje się, że pan Hrabia postanowił sobie za wszelką cenę z Zuzanną się przespać, czy ona tego chce, czy nie. Jego kampania - osaczenie Zuzanny z jednej strony, próba sabotowania jej ślubu z drugiej strony - pozornie zaczyna przynosić efekty.
No tyle że Wesele Figara to jest historia o bystrych i zdeterminowanych babkach i jednym, też bystrym i zdeterminowanym, chłopaku z klasy mocno niższej. Bo ani Zuzanna, ani Figaro nie dadzą sobie w kaszę dmuchać. Ergo, zanim sprawa skończy się ślubami, zaręczynami i pogodzeniami, Zuzanna i jej narzeczony pokażą niedoszłemu uwodzicielowi - przy sporej pomocy pani Hrabiny - jak bardzo niebezpiecznie jest z nimi zadzierać i jakiego kompletnego osła można przy tej okazji z siebie zrobić. I dobrze, Hrabia jest modelowym wręcz przykładem operowego Arcybuca.

KIM MOGŁABY BYĆ? Och, kimkolwiek. Zuzanna jest postacią, którą serdecznie uwielbiam: bystrą, błyskotliwą, wszechstronną, lojalną, a przy tym obrotną i zorganizowaną. Nie oszukujmy się - jak chcemy libretto, które zahacza o bycie przy okazji arcydziełem literatury, to Wesele Figara jest, IMHO, bardzo, bardzo bliskie - i mocno współczesne, ze swoimi motywami kobiecej solidarności, walki z o swoje prawa (Hrabia jest duchowym przodkiem wszystkich tych paskudnych, dręczących swoich pracowników, a mających pełne gęby frazesów szefów...) i radzenia sobie w trudnej sytuacji. Jej relacja z Figarem (który jej ufa i bardzo ją ceni, ale w pewnym momencie ulega iluzji zazdrości), z Hrabiną (dla której jest - na pozór? naprawdę? - bardziej przyjaciółką niż służącą), jej walka o własne szczęście i miejsce w domu - to wszystko aż się prosi o ogranie.

 

Josephine Schefsky, która jako pierwsza zaśpiewała Brunhildę w całości Ringu


5. Brunhilda

KIM JEST? Wzdech. Mniej więcej wszyscy wiemy: Brunhilda (główna kobieca postać Pierścienia Nibelungów Wagnera) jest walkirią, córką Wotana i Erdy. Łamie zakaz ojca (próbuje pomóc w walce herosowi, któremu przeznaczone jest umrzeć) i zostaje ukarana: uczyniona śmiertelną kobietą, ma we śnie czekać na herosa, który ją obudzi i, powiedzmy, poślubi.
Pokrótce: zjawia się Zygfryd, on i Brunhilda zakochują się w sobie, ale potem ona wysyła go na quest, a tam Zygfryd, ta naiwność i głupota wcielona w postać herosa, pada ofiarą intrygi perfidnego pół-krasnoluda Hagena: magicznie pozbawiony pamięci, zaręcza się z królewną, a Brunhildę upokarza, zdobywając ją w pojedynku jako żonę dla swego przyszłego szwagra.  Brunhilda się wścieka, bo nie widzi, że tu działa magia, mamy intrygę, Zygfryd ginie, Brunhilda niepocieszona rzuca się na jego stos pogrzebowy, od stosu Zygfryda zapala się stary świat i kończy epoka dawnych bogów.

KIM MOGŁABY BYĆ? Najciekawsza chyba wydaje mi się, w tej postaci, okazja do ogrania bogini-wojowniczki, która zostaje zmuszona do stania się śmiertelniczką. Nie jestem pewna, czy da się zrobić cokolwiek sensownego z historią romansu Brunhildy z jej bratanko-siostrzeńcem Zygfrydem, który ją budzi z zaklętego snu, ale relacja Brunhildy z ojcem, z macochą Fricką i jej zmagania z losem mogą dać ciekawe efekty. 

 

Rosina Penco, pierwsza Leonora w Trubadurze


6. Leonora (1)

KIM JEST? Główną bohaterką Trubadura Verdiego, z librettem, które Salvatore Cammarono napisał na postawie dramatu romantycznego Antonia Garcii Gutiérreza (1853). Tak na marginesie, jeżeli chcecie histerycznie melodramatyczne libretto, które nie ma za dużo sensu, to IMHO właśnie je dostaliście.
Leonora jest młodą damą, o którą rywalizuje dwóch mężczyzn. Hrabiego Luny, bezwzględnego i autorytarnego, Leonora nie chce. Jej serce skradł tajemniczy trubadur Manrico - tyle że Leonora nie wie, że Manrico jest najgorszym rodzajem uzależnionego od toksycznej i mającej spore problemy z własnym zdrowiem psychicznym mamusi maminsynka...
Błagam, nie każcie mi tego całego streszczać. Summa summarum, prawie wszyscy umierają. Leonora mianowicie oświadcza hrabiemu, że za niego wyjdzie, jeśli hrabia uwolni Manrica. Manrico, jako że jest modelowym bucem, wyzywa ją od niewiernych i fałszywych i słabości, tobie na imię kobieta i inne takie; nie wie, że Leonora zażyła już truciznę - bo chce ocalić ukochanego, ale wychodzić za hrabiego nie zamierza. Nie wiem, skąd ta jej lojalność...

KIM MOGŁABY BYĆ? Jako inspiracja Leonora wydaje się fantastyczna - tyle można zrobić z tą wiecznie przez wszystkich rozczarowywaną, ciągle pozbawianą własnej woli i decyzji dziewczyną! Jej nie wychodzi nic, co planuje - chce Manrica, albo klasztor, albo przynajmniej szansę, by trubadurowi uratować życie - ale dostaje, tak naprawdę, tylko śmierć... Można napisać o niej tragiczną historię, można dać jej szansę, można... można wszystko.

 

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Wszystko (znaczy, wpis dzisiejszy) przez Drakainę. Po trochu przez jej wpis o tym, co ostatnio czyta, a po trochu przez fakt, że ja przez nią przeczytałam jedną z książek, które czytała/tłumaczyła ona. Tę o młodej królowej, wilkołakach, lampartach i niby-Rzymianiach. I też mi się nie podobało.

 

Stormageddon


W związki z tym w dzisiejszym odcinku, panowie, panie i inne osoby, rozmawiamy o przeciwnikach. Czarnych charakterach. W literaturze (głównie literaturze) bardzo zdecydowanie popularnej.

Fakt, że nie spodobał mi się Icemark Stuarta Hilla może nie zasługuje na osobną notkę na tym blogu:, ot, nie zachwyciłam się pierwszą z powieścią z n-tego cyklu high fantasy dla młodzieży; niemniej, przy okazji wyzłośliwiania się Drakainy na tęż powieść, a zwłaszcza na jej Czarny Charakter nr 1, przyszło mi nagle do głowy, że chyba wiem, co jest z nim nie tak. I tak oto narodziła się Wielka Teoria Przeciwnika, która - nieskromnie przyznam - tłumaczy absolutnie wszystko całkiem sporo kilka problemów, jakie sobie autorzy popularnej literatury, zwłaszcza tej młodzieżowej, miewają z przekonaniem wszystkich niektórych podobnych do mnie czytelników.

I teraz tak: najpierw dwa słowa o tym panu, którego nie lubi Drakaina, potem kilka słów o tym, co się da i co wychodzi. Bez jakichś głębszych wniosków, oczywiście.Przykłady będą z klasyki literatury pięknej, z klasyki fantastyki i z popularnej literatury dla młodzieży. I ze Star Warsów, od czasu do czasu. 

Tak więc: generał Bellorum. Scipio Bellorum, jak ktoś koniecznie chce wiedzieć. Z zawodu jest wodzem. Armią mniej więcej alternatywnego Imperium Rzymskiego kieruje od lat, zawsze zwycięsko. Jego żołnierze w ognień by za nim skoczyli, choć tak naprawdę przecież go nienawidzą jak mało kogo, za to, że jest pyszny, kapryśny i okrutny. W głębi duszy Bellorum jest szaleńcem (co nam autor deklaruje na ostatnich stronach), choć na czym by miał jego obłęd polegać, nie wiemy.

No to to by było tyle, co nam autor MÓWI o swoim czarnym charakterze: z tego, co postać ROBI, wynika poza  tym, że generał jest kompletnie militarnie niekompetentny i tak zadufany w sobie, że trudno sobie wyobrazić, jak to możliwe, że wygrywa cokolwiek, skoro jego główna myśl taktyczna polega na założeniu: "I tak jesteśmy lepsi, i tak wygramy, niezależnie od warunków, otoczenia i faktu, że przeciwnik ma magię i Amazonki, a my nie".

Dla dorosłego czytelnika lubiącego książki dla dzieci (sprawdzone próbie statystycznej 2 osób) Bellorum okazał się nie tyle groźny, nie tyle ważny jako przeciwnik - co głównie irytujący w swojej niekompetencji, głupocie i w tym, jak jednolicie czarną krechą jest narysowany. No i w tym, jak łatwo się go udało pokonać.

I tak to na marginesie pana Scypiona Belloruma (zęby mnie bolą od samej próby odmienienia tego) zaczęłam sobie myśleć, czy jest jakiś przepis na napisanie - w młodzieżowej, wyraźnie gatunkowo zdefiniowanej, popularnej literaturze - dobrego przeciwnika. I mam wrażenie, że tak, jest - i że przepis na niego najlepiej znali pisarze dziewiętnastowieczni, którzy niekoniecznie pisali dla dzieci.

Pewnie, można się obejść BEZ głównego przeciwnika, tak jak bez Imperium Zła, ale o ile może to wyjść znakomicie w, powiedzmy, Moście do Terabithi, czyli powieści w większości jednak obyczajowej, o tyle w młodzieżowej przygodówce/fantastyce trochę trudniej; co nie znaczy, że się nie da.

Jak sobie zrobić przeciwnika? Mam wrażenie, że najlepiej i najskuteczniej, wychodząc od jednego z trzech podstawowych typów.

1. Mroczny Władca

2. Szuja z Rynsztoka

3. Tragiczny Wróg

Mrocznych Władców jest ci w gatunku dostatek; przodkami ich wszystkich są wszelkiego rodzaju byty szatańsko-demoniczne o niezwykłej sile i nieopisanej potędze, przy których ludzie są są nic nie znaczącą, kruchą igraszką losu. Im bardziej nieludzki, im bardziej ponad ludzi wyniesiony Mroczny Władca (płci dowolnej), tym lepiej. Dla fantastyki i literatury dziecięcej prototypem par excellence, z powodów oczywistych, jest Sauron, ale wszelkiego rodzaju Białe Czarownice (płeć i kolor nieważne), Imperatorowie z zakonu Sithów i lordowie Voldemortowie się załapują.
Z Mrocznym Władcą problemy są dwa. Po pierwsze, trzeba na niego mieć naprawdę dobry pomysł - jak nie, skończymy z kolejnym klonem którejś ze znanych postaci. Po drugie, i może i ważniejsze - trzeba mieć pomysł, jak go pokonać. Najlepiej, żeby - jak już powiedzieliśmy, że się nie da - to się nie dało. Nie na amen. Nie całkiem. Nie na zawsze. Wymyślenie nagle na trzydzieści stron przed końcem, że MW boi się czosnku/ kwiatków stokrotek/ kota sąsiadów/ zaklęć po starowysokoniemiecku zazwyczaj nie daje dobrych rezultatów. Ale jak nam się uda wymyślić i konsekwentnie poprowadzić intrygę, w której znajdziemy sposób, żeby jednocześnie i zachować u czytelnika poczucie, że wróg jest niepokonany i nieopisanie potężny, i tegoż czytelnika przekonać, że bohaterowie mają przekonujący i realizowalny w obrębie świata przedstawionego sposób, by się Mrocznego Władcy pozbyć, przynajmniej częściowo - to w zasadzie wygraliśmy. No i Mroczni Władcy najlepiej się w zasadzie sprawdzają w fantasy, tak naprawdę, choć jakiś nadludzki obcy imperator w SF też by uszedł (i sprawdzić, czy nie Moriarty u ACD, bo coś mi się zdaje, że by pasował).

O ile Mroczny Władca to duchowy potomek  potężnego złego bóstwa czy demona, o tyle Szuja z Rynsztoka to bękart diabła w jego najbardziej pospolitej postaci, takiej z ludowych żartów i dowcipasów. Szują z Rynsztoka jest każdy mały (moralnie, nie wzrostem), wstrętny, niewdzięczny szkodnik, który nienawidzi bliźniego swego dla czystej nienawiści i chętnie zrobi mu na złość po to tylko, żeby ktoś cierpiał. Szuja to typ, który się modli, żeby sąsiadowi wyginęło bydło, który za grosze sprzeda bohatera wrogom, który zdradzi i wbije nóż w plecy; jak tylko jest okazja, żeby komuś dokopać, dosłownie czy metaforycznie, szuja ją wyczuje; choć chętnie wejdzie w rolę pomagiera przeciwników większego kalibru, nikt nie może liczyć na jej lojalność. Szujami modelowymi są pp. Thenardier w Nędznikach i Caderousse w Hrabim Monte Christo, a i, mam wrażenie, pułkownik Kuklinowski (ten od przypalania Jędrusia ogniem) w Potopie; szuje to Potterowi Crabbe i Goyle, większość potworów w Percym Jacksonie, orkowie, gobliny i po trochu chyba Gollum u Tolkiena, by wymienić tylko parę przykładów. Te przykłady pokazują też chyba jeden z głównych problemów z szują - w zasadzie rzadko bywa głównym przeciwnikiem. Plus, jest jeszcze jedno zagrożenie: szuja z założenia stoi niżej (moralnie, społecznie, cywilizacyjnie) od bohaterów. Bardzo, bardzo łatwo jest zamienić pokonywanie szui w pastwienie się nad każdym, kto jest niżej; bardzo łatwo zapomnieć, że szujowaty charakter szui nie wynika wprost z jej pochodzenia, z biedy, z której często pochodzi, z jej brzydoty czy prymitywizmu warunków, w jakich dorastała.
Szuja może mieć odmianę pt. Obleśny Arystokrata; tutaj wady szui wywodzą się nie z kompleksu niższości, ale z poczucia wyższości nad innymi, niczym poza pochodzeniem nie umotywowanej. Cała reszta pozostaje w zasadzie bez zmian: misją szui nadal pozostanie szkodzenie za wszelką celę. Z literatury nie całkiem dla dzieci baron Harkonnen, z klasyki książę Bogusław Radziwiłł, jak już jesteśmy przy Potopie... no i, w literaturze fantastyczno-młodzieżowej, większość towarzystwa okołomalfoyowego u J. K. Rowling.

No wreszcie trzeci typ: najtrudniejszy do napisania, ale też - jeśli dobrze zrobiony - najwdzięczniejszy: Tragiczny Wróg. Tragiczny Wróg jest równy bohaterowi - w sensie takim, że jest równie utalentowany, równie zdeterminowany i równie przekonany do swoich celów i wartości; często bywa tak, że wielkie wady (ambicja i zaślepienie bodaj czy nie najczęściej) równoważą się u niego z zaletami takimi jak odwaga, determinacja i - wbrew pozorom - szlachetność. Bohatera pokonać musi, ale przez cały czas zmaga się z faktem, że Coś Robi Nie Tak. Przyczyną tego poczucia może być fakt, że coś go w bohaterze fascynuje, że czuje z nim rodzaj duchowej więzi, wręcz miłości-nienawiści; może być tłumione poczucie, że on, Wróg, nie ma racji, maskowane i ukrywane przed samym sobą; może być jakaś tragiczna, w greckim sensie, wina lub omyłka: spojrzałem w kryształy, w które nie powinienem był patrzeć, sfałszowałem dokumenty, by chronić siebie i rodzinę, uwierzyłem, że jestem nieomylny i że wszyscy mają tak, jak ja, a kto nie, to do piekła z nim. Ryzykując popadnięcie w patos i pójście o jeden most za daleko, zasugeruję, że ich z kolei  przodkiem jest Lucyfer taki, jakiego wyobraził sobie w Raju utraconym John Milton, choć paradoksalnie Tragiczny Wróg wiele ma też wspólnego z greckim bohaterem tragediowym: człowiekiem wielkim i wybitnym, który sprowadza na siebie i innych nieszczęście, a my (często) cierpimy, oglądając jego upadek. U Sienkiewicza mamy piękny przykład w postaci księcia Janusza Radziwiłła, u Dumasa - w postaciach Milady i prokuratora Villeforta; no i Javert u Hugo, to jest przykład z gatunku tych definiujących ten typ (ale po trochu i Claude Frollo przecież, w Katedrze Marii Panny w Paryżu).
Tragiczny Wróg może sobie stać po stronie zła (czytaj: przeciwników bohatera), ale niekoniecznie zawsze tak jest - mam wrażenie, że do tego typu należą i Tolkienowski Denethor, i do pewnego stopnia Snape u Rowling - tak, on stoi po tej właściwej stronie, ale że jest przez większą część cyklu prywatnym antagonistą bohaterów, to chyba raczej nie ulega wątpliwości. Rick Riordan w cyklu o Percym Jacksonie tworzy postać Luke'a, syna Hermesa, który świetnie do tego typu pasuje. Lord Vader takoż (pasuje, znaczy).  
Tragiczny Wróg ma jeszcze jedną zaletę: może się okazać, że nasi czytelnicy wolą go od protagonisty, a przynajmniej - że wyciśniemy im kilka łez z oczu w scenie ostatecznego upadku Tragicznego Wroga (bo on zazwyczaj upada, często wcześniej uznając, że się mylił co do bohatera). Może się okazać, że Wróg będzie naszą najlepszą kreacją - bo to są zazwyczaj, potencjalnie, psychologicznie najciekawsi bohaterowie. No i może się okazać, że nasi czytelnicy będą pisać romansowe fanfiki o Wrogu i Protagoniście, ale to akurat nie każdego musi ucieszyć.

środa, 13 marca 2013

Najpierw była dyskusja u mnie na fejbuku, sprowokowana moimi osobistymi wyznaniami miłosnymi, z gatunku tych popkulturowych. W efekcie tejże dyskusji gadaliśmy do nocy, Fabulitas się nie wyspała, a na blogu Zwierza pojawiła się inspirowana naszą debatą i zdecydowanie godna przeczytania notka.

 

tumblr.com


A teraz będzie notka także u mnie. Bardziej osobista.

O swoich zakochaniach w zimnych blondynach z niebieskimi oczyma i kalkulującym mechanizmem w miejscu, gdzie normalni ludzie mają serce, już kiedyś pisałam, acz dzisiaj ta notka z 2009 wydaje mi się nie do końca aktualna. Moje popkulturowe życie zrobiło się od 2009 znacznie ciekawsze, co nie znaczy, że się w kimś z tamtej listy jakoś zdecydowanie odkochałam. O nie, ja tylko spektrum poszerzyłam, a jednocześnie dokonałam (po części dopiero wczoraj, dzięki głosom w dyskusji....) głębszej analizy swoich uczuć. Ech.

No więc będzie najpierw o typach, w dwóch częściach. Potem o wyjątkach. A potem o parach i zakochiwaniu się (nie) tylko w dwóch. Na koniec będzie lista.

Ale na początek o definicji, oczywiście, bo bym nie była naukowcem z zawodu (a trudno się zboczeń zawodowych pozbyć...), gdybym nie zaczęła od definicji.

Od definicji zakochania.

Otóż, zakochanie w postaci popkulturowej nie jest dla mnie wcale równoznaczne z byciem fanką, nawet bardzo gorliwym byciem fanką; w sensie: bycie fanką obejmuje szersze spektrum. Jestem np. dość szaloną fanką Donny Noble, uwielbiam tę bohaterkę i jej rodzinę z całego serca, co nie zmienia faktu, że w DN zakochana nie jestem; i nie ma to nic wspólnego z płcią wyż.wym. Donny, bo moje popkulturowe zakochania mają znacznie szersze spektrum orientacji, niż te w realu. Po prostu, przy całym dla niej (i dla, na przykład, Jacka O'Neilla, Jedenastego Doktora, Kelly z Misfits, Hana Solo etc. etc) gorącym uwielbieniu, To Nie Jest Miłość. Nie ma, jak to z zakochaniem, racjonalnych powodów; po prostu przychodzi i jest, i nie uciekniesz (a w moim przypadku także: i bardzo, bardzo rzadko się zdarzy, że się odkochasz). 

I teraz tak: ja się zwykle zakochuję w dwóch typach postaci, o co prawda czym ostatnio pisałam na fejsbuku, ale nie ma to, jak się powtórzyć. Ten pierwszy typ to jest, w uproszczeniu, postać mieszcząca się gdzieś w spektrum między ostatnim Doktorowym Masterem, hrabią Monte Christo a Sherlockiem Holmesem. Bohater, innymi słowy (bohaterek w tym typie jest znacznie mniej, z tych, które ja lubię/uwielbiam/czuję się zakochana przychodzą mi do głowy tylko dwie: dość oczywista w tym kontekście River Tam oraz Anzha Mitethe z In Conquest Born C. S. Friedman), do którego, po pierwsze, idealnie pasuje hasło brainy is the new sexy. Który, w związku z tym, kieruje się w swoich decyzjach przede wszystkim intelektem, i może dlatego tak mnie strasznie porusza, jeżeli  czasem, rzadko, pozwoli się ponieść emocjom. Który jest zimny, tak naprawdę, i nie do końca "dobry", a czasem nawet pozornie całkiem nie; którego wybory etyczne często stoją kompletnie poza rozumianymi po ludzku dobrem i złem. Który, oczywiście (ech, wewnętrzna piętnastolatka się kłania), przerasta swoim intelektem, talentami i wszechstronnością wszystkich dookoła. Zarazem jednak niemal każdy z nich ma tę swoją głęboko ukrytą słabość, tę ciemną, albo po prostu ludzką stronę, której się jako czytelniczka/widz z drżeniem serca muszę domyślać (yay wewnętrzna piętnastolatka, again): plan bezlitosnej zemsty za zdradę, która skazała go na lata cierpienia (Edmund Dantes), zbrodnię, wykalkulowaną, popełnioną z pełną świadomością i z przekonaniem, że drugi raz zrobiłoby się to samo, a jednak okupioną poczuciem, że po czymś takim nie ma przebaczenia ani odkupienia (Gerald Tarrant, a po trochu, bożemój, Doktor, zwłaszcza Dziesiąty), karierę skrytobójcy i politycznego manipulatora (Ammar ibn Khairan; i/lub przestępczyni i wspólniczki terrorysty, vide Sherlockowa wersja Ireny Adler), ciężką, maskowaną ekscesami i narkotykami, depresję (Alec Tremontaine, a bodaj czy nie częściowo także będący obecnie na granicy bycia moim obiektem zakochania Tony Stark), stygmat nigdy nieodpartych oskarżeń o zdradę i nielojalność plus paskudne podejrzenia wobec najbliższych (Francis Crawford), okupioną cierpieniem niewinnych i przypadkowych de facto ofiar historię miłości i urażonej dumy (Betran de Talair), i tak dalej, i tak dalej, i tak dalej. Przy czym, ponieważ nie mam już piętnastu lat, bardzo, ale to bardzo doceniam ten moment, kiedy autor dzieła mówi nam wyraźnie, że bohater _jest winny_, że robi źle/głupio, że nie jest moim, jako odbiorcy, zadaniem go usprawiedliwiać i tłumaczyć, a co najwyżej - wzruszyć się i zaakceptować. Że nie ma emo, że nie ma, że zły świat nie rozumie, łatwych usprawiedliwień też nie ma: widzimy wyraźnie oczami narratora, co myśleć o siedmioprocentowych roztworach Sherlocka Holmesa, nie mamy wątpliwości, że Peter Wimsey przy swojej nerwicy wyniesionej z wojny musi być momentami nie do zniesienia w życiu, no i chyba nie wątpimy, że pomysły Avengersowego Lokiego na rządzenie światem są z tych co bardziej paskudnych.

Intelekt, emocje trzymane na wodzy, jakiś dramat czy tajemnica w tle, a do tego często jadowite, sarkastyczne poczucie humoru. Dodajmy do tego drobny, ale nieustannie mnie zaskakujący fakt, że nader często (acz nie zawsze) życie emocjonalne i erotyczne moich obiektów uczuć jest.... hmmm, co najmniej nietypowe (wolałabym, żeby znajomi psychologowie nie zastanawiali się za bardzo, co powtarzanie się tej tendencji mówi o mnie...). Większość z tych postaci albo żyje w celibacie (bo z deklarowaniem aseksualności co poniektórych z nich bym się może jednak wstrzymała), permanentnie lub do czasu, albo wręcz przeciwnie, traktuje sferę seksu jako coś, czego się używa do rozmaitych celów, z których osiąganie przyjemności i budowa relacji są absolutnie ostatnimi i najmniej ważnymi (ibn Khairan; Crawford; de Talair; Adler, Tremontaine, że wymienię tak na szybko i bez zastanowienia). No i, na marginesie, z listy powyżej lekko 2/3 jest biseksualne, a tak w ogóle nie wiem, czy nie 100% jest związane jakąś dziwną, po części przyjacielską, po części braterską, po części prawie-romantyczną więzią z jakąś inną postacią. I, jak mi wczoraj udowodnił Sherlockista, ja się zazwyczaj chyba właśnie w tych więziach, w parach postaci, a nie w nich samych, zakochuję. 

Ale o parach to za chwilę, najpierw będzie o tym drugim typie. Bo na szczęście, są takie chwile, kiedy wewnętrzna piętnastolatka śpi. I wtedy, na szczęście, zakochuję się w tym drugim typie. 

A ten drugi typ, na szczęście, jest nieco bardziej normalny, nieco mniej emo mroczny i nieco bardziej do życia. Jego podstawową cechą jest to, że jest kompletnie w zasadzie, pardon my English, unassuming w swoim spojrzeniu na świat i na siebie. Nie, nie jest skromną, pokorniutką mimozą przepraszającą, że żyje, ma (zwykle) zdrowe poczucie własnej wartości, ale też - w odróżnieniu od typu pierwszego - kompletnie nie potrzebuje podkreślać swojej wyjątkowości, czy to w wielkości, czy w nieszczęściu; jest niezłomnie lojalny, bezwzględnie uczciwy - co nie znaczy, że zawsze praworządny - i stoi, przy tym wszystkim, twardo na ziemi i ma w sobie wewnętrzną, nieoczekiwaną siłę, którą czasem, przez moment, widać, i wtedy nagle jesteśmy zaskoczeni i zdziwieni i zakochani. I tak, często (acz nie zawsze) jest najlepszym kumplem głównego bohatera.

Niemal idealnym ucieleśnieniem tego typu jest John Watson w wersji Sherlockowej, ale pasuje też parę innych postaci, w których jestem do bólu zakochana. Jak Richard St. Vier z powieści Kushner o Riverside. Jak kilku moich ulubionych bohaterów Kaya, z Rodrigiem Belmonte (The Lions of al-Rassan) na czele. Jak dowolny hobbit (z których niektórzy są na pograniczu bycia moimi popkulturowymi miłościami). Jak musicalowa raczej niż powieściowa Eponine (do tego zakochania się jeszcze chyba nie przyznałam, co?). No, jak ostatni obiekt, kapitan Samuel Vimes (a jest skądinąd chyba oczywiste, kto z tego konkretnego uniwersum reprezentuje typ pierwszy, prawda?).

Oczywiście, są wyjątki, zawsze są. Aragorn powieściowy mi przychodzi do głowy jako najbardziej oczywisty, choć w jakimś tam, pewnym, stopniu jest on skrzyżowaniem obu powyższych typów, z tajemnicą może nie ciemną, ale na pewno ciążącą, tym razem w swojej teoretycznej przyszłości, a zarazem - przy całej swojej władczości, całej królewskiej charyzmie, bardzo przecież konkretny, bardzo zwykły, ot, strażnik gdzieś z rubieży, któremu musisz się przyjrzeć, żeby zobaczyć, że jest w nim coś więcej.

No i teraz tak. Jeżeli autor dzieła wpadnie na szatański pomysł połączenia w nim postaci tych dwóch typów taką relacją, o jakiej wcześniej pisałam - relacją przyjaźni/fascynacji/niechęci przeradzającej się w zrozumienie, relacją dwóch, wbrew wszelkich pozorom, równych sobie i tej równości świadomych postaci, to ma mnie w dziewięciu przypadkach na dziesięć kupioną na amen. Płeć postaci jest tu zasadniczo bez znaczenia, dodajmy, choć autorzy taką relację najczęściej piszą dla dwóch mężczyzn, rzadziej - dla par mieszanych, a niemal nigdy, przynajmniej w moim doświadczeniu, dla dwóch kobiet. Jeżeli to się udaje, jeżeli jest dobrze zrobione, to - jak bardzo, bardzo słusznie zauważyła pewna dyskutantka na fejsbuku - zakochujemy się (ona, ja, może ktoś inny też, ale pamiętajcie, że piszę tu o sobie i swoich osobistych emocjach) w fakcie, że jesteśmy świadkami, obserwatorami czegoś fascynującego i niezwykłego, czego nie jesteśmy częścią, na co możemy tylko patrzeć z zazdrością. Jak - to akurat z innego głosu w dyskusji - miłość Harriet Vane i Petera Wimseya, jak przyjaźń uzupełniających się przeciwieństw w przypadku Holmesa i Watsona czy ibn Khairana i Belmonte, jak burzliwe ni-to-przyjaźń-ni-to-toksyczne-zakochanie Aleca i Richarda u Kushner, jak to coś, co zaczyna się wzajemną pryncypialną nienawiścią, a kończy opłakiwaniem byłego wroga w Coldfire Celii Friedman.  


Hi hi, a na końcu miała być lista, ale nie będzie, bo blox mówi, że by wpis był za długi.  

piątek, 15 lutego 2013

Zakradnę się znowu dzisiaj na terytorium Doroty i poteoretyzuję, znacznie mniej fachowo od niej, o rozmaitych rzeczach około-Phantomowych, bo jak nie, to kompletnie zwariuję, zagrzebana między Rzymem czasów Cezara (obowiązek, ale bliski sercu) a Francją lat 1830 (przyjemności, liczne; ale o Stendhalu to chyba raczej nie na tym blogu).


EDIT: [sarkazm] No doprawdy, świetna odtrutka na rzymskie historie o miłości niemożliwej i dziewiętnastowieczny Paryż [/sarkazm].


www.mediamikes.com


Będzie trochę dzisiaj o powieści Gastona Leroux, trochę o musicalu Andrew Lloyda Webbera i trochę o rozlicznych tychże przeróbkach (w tym o moim ulubionym kawałku Świata Dysku). W planie było raczej napisanie notki o tym, jak by tę historię miłosną między trzema (czterema, w moim headcanonie przynajmniej?) rozpisać i zanalizować, ale wygląda na to, że miejsca tym razem nie starczy.

Ergo, dzisiaj o blondynce (powieść)/brunetce (większość aktorek).

Ameryki nie odkryję, jak powiem, że powieść Leroux do czytania nadaje się dzisiaj średnio, nie tylko z powodu nieprawdopodobieństw fabularnych i nonsensownych momentami rozwiązań i pomysłów, przy których monstrum Frankensteina uczące się czytać z Miltona to szczyt logiki i prawdopodobieństwa. Problemem są także, powiedzmy sobie, umiejętności literackie autora, sposób wprowadzania i charakteryzowania postaci (patrz: pojawienie się Christine w II rozdziale) i generalny brak zauważenia, że jest coś takiego, jak psychologia. No ale, no ale: napisał facet coś, co po nim pokolenia przepisywały i poprawiały, w coś musiał utrafić.

Jak wygląda obraz Christine u Leroux? Ano, są w tej postaci fantastyczne, nie bardzo chyba wykorzystywane przez późniejsze przetworzenia (że o autorze oryginału miłosiernie nie wspomnę), możliwości. Wiemy od samego początku (rozdział II powieści), że młodziutka (jakoś między 16 a 20?) Christine jest Szwedką z pochodzenia, wychowaną w Paryżu przez ojca, muzyka-amatora i opiekunów: starego profesora i jego żonę. Ja osobiście sobie zawsze (bo czytałam to wątpliwe arcydzieło już jako mocno dorosła osoba, która mogła mieć takie skojarzenia) wyobrażałam ojca Christine jako po trochu chłopskiego mistyka, który w ukochanej muzyce widzi znak istnienia sił wyższych; wiejskiego Swedenborga, zagubionego w dzisiejszym świecie i w modnej Europie, do której trafił. Taki ojciec mógł wychować Christine na to, co starał się zrobić z niej Nicholas Meyer w marnej skądinąd powieści The Canary Trainer: dziewczynę nie z tego świata, mentalne wieczne dziecko, istotę żyjącą muzyką i wizjami aniołów prowadzących ją za rękę - dziewczynę, która życie zna z operowych librett, a tego, czego chcą od niej Eric i Raoul, tak naprawdę nie rozumie; albo Sentę z Holendra tułacza, czekającą na swoją mistyczną, mityczną miłość i nie bardzo pojmującą, czym ma ona być...
Z tego można też wyjść, oczywiście, w tę radośnie naiwną i słodko a piramidalnie niemądrą gąskę z Maskerade Pratchetta (czy ja mówiłam, że uwielbiam tę książkę?), która nawet nie bardzo wie, że za bardzo nie ma talentu, ale jest za to śliczna i będzie bosko wyglądać w głównych rolach (a zdolna brzydula zaśpiewa zza sceny, worry not). Albo w dziewczynę, którą wydaje się  - mnie osobiście - musicalowa bohaterka z dzieła Lloyda Webbera i Richarda Stilgoe: dziewczyną, która, owszem, ma wielki talent, przed sobą karierę i anioła-mistrza, który sprawia, że kiedy Christine śpiewa, staje się czymś więcej niż ona sama, częścią idealnej pary artystów-kochanków. No tyle że mnie się wydaje, że Christine chyba już nie do końca tego właśnie chce, jednak: słuchając Wishing You Were Somehow Here Again zawsze mam wrażenie, że ona tak naprawdę chciałaby wreszcie powiedzieć żegnaj ojcu (z którym sobie akurat tutaj Upiora niemal utożsamia, biedny zakochany Upiór), muzyce pożerającej jej życie  i temu wszystkiemu, co było kiedyś, bo chciałaby być - szczęśliwa. Po ludzku. Z chłopakiem, nie z geniuszem. Z mężem, nie z aniołem. Pewnie, że trafiła na chłopaka, który z racji pozycji i roli (młody arystokrata, być może (??) oficer) ma nad nią zasadniczą społeczną przewagę i momentami nią troszkę więcej niż manipuluje i wręcz ją zastrasza (co chyba najlepiej widać w tym, jak zdecydowanego, władczego i energicznego, a nie jak często marzycielskiego i zadurzonego Raoula gra Hadley Fraser w jubileuszowym spektaklu na 25-lecie musicalu), ale jednak: mam wrażenie, że ona się naprawdę zdecydowała, nie na bycie hrabiną, nie na spokój i majątek, ale na tę zwykłą, ludzką, codzienną miłość, a nie na pół-mistyczne jednak uwielbienie tajemniczego mistrza-artysty (jasne, nie zaprzeczam, to nie musi być czysto platoniczne, on jej może pragnąć, jak najbardziej, ale nie oszukujmy się, na spokojny dom i dzieci szans jej raczej nie daje, nie w tym, jak ta historia jest opowiedziana; Christine nie ma zadatków na królewnę Fionę).

Innym pomysłem do ogrania i wykorzystania przy jakiejś kolejnej przeróbce jest rzucona przez Leroux ot, tak, wzmianka, że po śmierci ojca Christine straciła cały zapał i miłość do muzyki, ale też talent. Śpiewu uczyła się już tylko dlatego, że tego chciał zmarły ojciec i wychowująca ją madame Valerius; nie robiła postępów, nie olśniewała talentem, dawała sobie jako tako radę z rolą Siebla w Fauście, a nawet na zaglądającym do opery zakochanym wicehrabim artystycznie specjalnego wrażenia nie robiła (patrz: rozdział V, czytam ofkorz po angielsku, a nie we francuskim oryginale). Bardzo, ale to bardzo chętnie bym zobaczyła to jakoś przez kogoś wykorzystane: w musicalu Lloyda Webbera jest, owszem, sugestia kilka razy powtórzona, że tylko razem Christine i Upiór są w stanie stworzyć coś niezwykłego, ale w samej fabule ten motyw jakiejś znaczącej roli nie odgrywa.

W związku z tym, o czym mówiłam powyżej, do ogrania jest jeszcze jedna rzecz: że Christine nie jest przecież (jeszcze) śpiewaczką idealną, głosem wszechczasów. U Leroux występuje w bardziej prestiżowym teatrze, ale też zdarza się jej, jak w Fauście  w rozdziale VII, nie radzić sobie z rolą; w wersji musicalowej z kolei do Opery Paryskiej z jej teatru prowadzi, jak się zdaje, jeszcze całkiem długa droga, ona sama musi się ciągle sporo nauczyć... że o ślicznej, a średniawo śpiewającej wschodzącej gwiazdeczce z Pratchetta nie wspomnę.

Nigdy nie jestem pewna, przy tej postaci, ile ona rozumie w sprawach miłosnych, romansowych znaczy. U Leroux napisała do Raoula list, co on, oczywiście, zrozumiał jako zaproszenie do romansu, a ona - jako odnowienie wspomnień z dzieciństwa. W wersji musicalowej Christine, mam wrażenie, zdaje sobie sprawę z tego, że times have changed i że próba reaktywacji być-może-zakochania z dzieciństwa napotka, w jej obecnej życiowej sytuacji, na pewne, jakby to ująć, problemy; ale nigdy do końca nie wiem, czy ona w tej wersji tak do końca zdaje sobie sprawę z uczuć Upiora wobec niej? Z tego, że to jest coś innego, niż profesjonalna zazdrość o uczennicę, której małżeństwo może przerwać obiecującą karierę, że to jest coś więcej, niż założenie, że oto kompozytor znalazł sobie wykonawczynię idealną, i chciałby ją zatrzymać? Że się z tego zrobiła opowieść o Pigmalionie i Galatei, a ona niekoniecznie by chciała tą jego Galateą, stworzoną i ukochaną, pozostać?

Stąd można już pójść dowolną drogą: jak w musicalu Lloyda Webbera, w quasi-Minę Harker (raczej a la Coppola niż a la Stoker), zdradzającą, ale jednak wznoszącą się na wyżyny poświęcenia; w zimną i wyrachowaną karierowiczkę, szukającą męża i pozycji; w mniej lub bardziej niemądre zakochane dziewczę, w porządną mieszczańską dziewczynę, która chce normalności i white picket fence, w bunt (niemal) nastolatki przeciw autorytetowi ojca-nauczyciela, w decyzję, której Christine będzie żałować do końca życia (nie wspomnę o Love Never Dies, nie wspomnę, nie wspomnę...). W cokolwiek. 

Ja sama bym najchętniej odwróciła rolę: zostawiła epokę i sztafaż, napisała podobną historię z młodym i piekielnie zdolnym tancerzem-marzycielem, ze starszą o 4-5 lat arystokratką-przyjaciółką z dzieciństwa i z tajemniczą, kapryśną i wymagającą genialną mistrzynią, która przychodzi tylko w nocy. Jak tylko wymyślę, jak to zrobić, żeby przy uwarunkowaniach kulturowych, jakie mamy, wyszła tragedia, a nie farsa, dam wam znać.


PS. Cały ten wpis jest po to, żeby sprowokować Rusty Angel do szybkiego napisania o Girls Next Door, przyznaję się bez bicia.

sobota, 29 października 2011

Jeszcze raz a propos karnawałów. Rusty Angel zrobiła kiedyś karnawał blogowy i dzięki temu trafiłam na fantastyczny wpis na blogu carrie. Wpis jest, moim zdaniem, błyskotliwy, a zarazem intrygujący; na tyle zmusił mnie do zastanowienia (tak, mówię bom smutny i sam pełen winy, etc. etc., szkoda, że Wieszcz nie ma tego tekstu w wersji żeńskiej, bo go używam bez przerwy), że postanowiłam... no, pomyśleć. I pewnie, łatwo ułożyć swoją listę ulubionych bohaterek, tych, które się kocha, i którymi by się jakoś tam chciało po trochu być (1). Tyle, że Autorka posta, który mnie zainspirował, upomina się raczej o sympatię i wyrozumiałość dla bohaterek, które budzą w nas głównie odruch facepalma. I to mnie właśnie zaintrygowało i zainspirowało, i dlatego poniżej będą bohaterki (serialowe, żeby było łatwiej), które ja osobiście teoretycznie nie za bardzo, lub wręcz bardzo nie, lubię, ale spróbuję znaleźć u każdej z nich coś, co pozwoli jakoś tam ją usprawiedliwić. Pięć przykładów, spośród wielu, żeby może się zastanowić, gdzie jest (u mnie) problem. 

 


5. Sara Tancredi (Prison Break)
W Sarze najbardziej mnie irytował jej brak konsekwencji jako postaci. Zaczyna bardzo realistycznie i sympatycznie, jako zbuntowana przeciw ojcu panna guernatorówna, pracująca jako więzienna lekarka i zakochująca się w nietypowym i nieprzeciętnym więźniu. A potem już jedziemy:
http://www.hotflick.net/celebs/jodi_lyn_o_keefe.htmnarkomanka, uciekinierka, rebeliantka, badass, ofiara, mega badass, sumienie grupy, wierna żona... To, co mnie denerwuje, ma jednak - po przemyśleniu - mniej wspólnego z samą postacią jako taką, a więcej z faktem, że w ogóle te późniejsze sezony Prison Break są mało konsekwentne i mają dość nielogiczną fabułę. A że w nielogicznej fabule z bohaterką będą działy się nielogiczne rzeczy - no to chyba jest, tego, logiczne...

   

4. Audrey Raines (24)
Najgorsze w Audrey zawsze było dla mnie to, że scenarzyści nagminnie zlecali jej zadania, które na logikę powinny pozostawać kompletnie poza jej sferą kompetencji. Audrey wiele zresztą łączy z omawianą powyżej Sarą: w obu przypadkach są to wychowane dość pod
http://www.celebritybarefeet.net/actresses-feet-k4.html kloszem młode kobiety z dobrych domów, które dokonują cudów badassowości, choć nikt nam nie wyjaśnia, jak u diabła jest to możliwe. No i co, i dalej mnie to wścieka, ale w sumie Audrey chyba oberwało się trochę zbiorczo za niemal wszystkie bohaterki 24, bo i Terri, i Kim Bauer, i Kate Warner w jakimś stopniu cierpiały na tę samą przypadłość...
Tu jest na dodatek jeszcze jeden, dość wstydliwy motyw: Kim Raver, jakkolwiek może obiektywnie uchodzić za atrakcyjną kobietę, mnie się w sposób dość dramatyczny nie podoba i podejrzewam, że ten brak estetycznego entuzjazmu też jakoś tam rzutuje na mój obraz tej postaci...

   

3. Melissa Scully (The X Files)
W siostrze Dany Scully zawsze irytowała mnie jej newage'owa pretensjonalność, jej uduchowienie i mętny z lekka mistycyzm, a przy tym - dość skrajny egoizm.  Ale, jakhttp://www.txf.net/a-z/s/scully-melissa.shtml tak teraz o tym myślę, może tu akurat wina leży nie tyle po stronie bohaterki, co po mojej. Powiedzmy sobie wprost, moje opinie o postaciach z X Files ukształtowały się gdzieś przy pierwszym oglądaniu, prawie 20 lat temu. Były to czasy, kiedy jeszcze z lekka naiwnie zapatrzona byłam w Foxa Muldera (jak zresztą każdego głównego bohatera, wówczas nie przychodziło mi do głowy, że bohater-punkt widzenia może być niewiarygodny :P) - ergo Melissa, która zasadniczo nie pała do niego jakąś szczególną sympatią, musiała budzić we mnie ostrą agresję. Przyszło mi to tak naprawdę do głowy, kiedy, przygotowując sobie cykl wpisów o Archiwum X, przejrzałam w pamięci postacie, które lubię i nie lubię, i wyszło, że na pierwszych miejscach wśród nielubianych są Kobiety, Które Nie Lubią (albo Za Bardzo Lubią) Muldera. Ostro podejrzewam, że wyłaziła ze mnie nieuświadomiona shipperka pary Mulder/Scully...

 

2. Tara Thornton (True Blood)
Tara cierpi. Cierpi bez przerwy i bez powodu, scenarzyści zwalają na nią wszelkie możliwe nieszczęścia, od matki pijaczki przez śmierć chłopaka-zabójcy mimo woli aż po wampira gwałciciela.  I to mnie irytuje i będzie irytować, i tego nic nie zmieni. Tak po prawdzie, jest to jedna z rzeczy, które w True Blood irytują mnie najbardziej.

http://www.kimono.pl/Stylowi-bohaterowie-Czystej-Krwi-g2816-30436

Co mnie też bezrefleksyjnie irytowało, ale co jest warte przemyślenia, to fakt, że Tara jest bez przerwy o coś wściekła, pełna agresji i gniewu. Pamiętam, jak uderzyła mnie scena, w której robi ona Billowi awanturę o to, czy/że miał niewolników. Wydało mi się to absurdalne i histeryczne, i nie do końca akurat w przypadku Billa zasłużone. No ale, no ale - spójrzmy prawdzie w oczy, ja jako ja nie mam zielonego pojęcia, jak bardzo zła na świat ma prawo/może/musi być potomkini niewolników, kiedy spotyka jednego z panów z plantacji. Chyba też nie mnie, w sumie, to oceniać. Tarze, innymi słowy, tu akurat oberwało się ode mnie za różnice kulturowe i za brak przełożenia jej sytuacji na zrozumiałe dla mnie doświadczenie (i za moją, w związku z tym, arogancję).     


1. Inara (Firefly)
Inara, jak dla mnie,  mówi, że jest jednym, a jest drugim. Mówi, znaczy, że jest wyzwoloną i samodzielną heterą, a jest szukającym Pławdziwej Miłości kobieciątkiem, które najbardziej kręci, że Mężczyzna Jej Życia nią (a raczej jej profesją) pomiata i w ten sposób okazuje, że mu zależy. Ale tutaj moja
http://www.fireflywiki.org/Firefly/HeartOfGoldantypatia do bohaterki i jej zachowań może mieć dwojakie podłoże. Po pierwsze, ja w ogóle średnio przepadam za tradycyjnymi romansami, a taki właśnie romans Twardego i Zgorzkniałego Kowboja Po Przejściach z Dziwką o Złotym Sercu nam się tu szykuje; ergo, niechęć do konwencji rzutowałaby tu na ocenę postaci. Po drugie,  półserio, ja osobiście jestem kompletnie niewrażliwa na urok najbardziej kultowego bohatera fantastyki wszechczasów i być może to moje niedowierzanie, że ktoś w ogóle mógłby się tym dużym chłopcem zainteresować, przekłada się na ocenę zachowań i motywacji bohaterki :P. A serio, skądinąd, Morena Baccarin to jedna z moich ulubionych  serialowych aktorek, i jedna z tych, które uważam za najładniejsze, więc naprawdę muszę coś mieć do tej postaci, skoro wylądowała u mnie na antytopie...        


 

Dla mnie samej, przyznam, było to bardzo kształcące ćwiczenie. Nie znaczy to, że się do tych postaci przekonałam, że je nagle polubiłam. Znaczy natomiast jak najbardziej, że musiałam się na chwilę na nich skupić i zakwestionować własny ogląd, własne uprzedzenia i utarte opinie. I to, o to było naprawdę fajne i za to jestem blogerce, od której pożyczyłam ten temat, bardzo, ale to bardzo wdzięczna.     

 

(1) 10. Jessica Hamby, 9. River Tam, 8. Aeryn Sun, 7. Vala Mal Doran, 6. Lisa Cuddy, 5. Jackie Tyler, 4. Dana Scully, 3. Lara Means, 2. River Song, 1. Donna Noble, na przykład



sobota, 22 sierpnia 2009


Dziś nie będzie, jak by się mogło wydawać po zaczerpniętym od T. H. White'a tytule, o królu Arturze, tylko o postaci, która była, pod wieloma względami, pierwowzorem postaci przywódcy rycerzy Okrągłego Stołu - a mianowicie o Aleksandrze Wielkim. I chociaż zamierzam przez chwilę skupić się na Aleksandrze plus minus historycznym, chciałabym przede wszystkim napisać o Aleksandrze mimo wszystko bardziej fikcyjnym: Aleksandrze ideologów, historyków i powieściopisarzy. Ten wpis jest ze specjalną dedykacją dla Eruany, która w dyskusji nad recenzowaną przez siebie powieścią W. Jabłońskiego zapytała ostatnio Drakainę o Aleksandra i jego dzieje, na co ja postanowiłam wtrącić swoje trzy grosze.

 

Część I: Aleksander starożytnych

Jednym z paradoksów historiografii antycznej jest fakt, że nie mamy w zasadzie źródeł do biografii Aleksandra, które pochodziłyby z jego własnych czasów - co oczywiście ma wpływ na wiarygodność tych źródeł. Zaginęły pisma związanych z dworem historyków i pamiętniki generałów Aleksandra - zostały teksty późniejsze o ładnych paręset lat od czasów króla. Historycy i pisarze antyczni są też dalecy od jednomyślności, kiedy piszą o królu Macedonii. Najbardziej chyba wiarygodny z historyków Aleksandra, Flawiusz Arrian (II w. n.e.), skupia się na karierze wojskowej króla Macedonii. Niektórzy, jak Plutarch z Cheronei (II w. n.e.), chwalą go za osiągnięcia militarne i polityczne, widząc w nim jednocześnie wybitnego władcę, propagatora greckiej cywilizacji i nieomal filozofa (w końcu był uczniem Arystotelesa!) na tronie. Inni, jak Rzymianin Kwintus Kurcjusz Rufus, podkreślają, że w postaci Aleksandra mamy do czynienia z wybitnym wodzem, ale i niełatwą i raczej nieprzyjemną osobowością, skłonną do tyranii, przemocy, napadów gniewu i nieumiarkowanego pijaństwa. Z kolei pisarze (a nie historycy sensu stricto), w rodzaju Lukiana z Samosaty (II w.n.e.) lubują się w wyciąganiu nie zawsze potwierdzonych plotek na temat króla, zarzucając mu a to brak opanowania w uczuciu do najbliższego przyjaciela Hefajstiona (a problemem z punktu widzenia starożytnych był nie homoerotyczny charakter tego związku, co raczej brak umiaru Aleksandra w okazywaniu emocji, który nie przystoi mężczyźnie, a zwłaszcza władcy), a to mało politycznie sensowne małżeństwo z córką pomniejszego satrapy, Roksaną, a to pijaństwo, a to uzależnienie od toksycznej i despotycznej matki Olimpias... Czarny obraz Aleksandra popularny jest w piśmiennictwie filozoficznym (jak u Rzymian: Seneki i Cycerona), a także - w swojej jeszcze czarniejszej wersji - u pisarzy wczesnochrześcijańskich, zarówno historyków, jak teologów; z nich najbardziej wpływowa okazała się chyba wizja żyjącego na przełomie IV i V w. n.e. Orozjusza, autora dzieła Historia przeciw poganom.

 

Część II: Aleksander historyków


Historycy epok późniejszych mieli równie podzielone opinie na temat Aleksandra - a im bliżej naszych czasów, tym te opinie mniej jednoznaczne i bardziej negatywne. Dla wizji Aleksandra w literaturze szczególnie istotna okazała się koncepcja angielskiego historyka W. W. Tarna. W jego (niewydanym po polsku) dziele Aleksander jawi się jako, jak się złośliwie wyrażano, idealny angielski gentelman: z dumą dźwigający brzemię białego człowieka i niosący biednym dzikusom ze Wschodu cywilizację, opanowany i nieulegający namiętnościom, a już na pewno, Boże broń, nie szukający żadnych przygód z mężczyznami! Praca Tarna ukazała się w roku 1948, ale napisana została w większości wiele lat wcześniej, jeszcze przed okropnościami II wojny światowej... Idee podobne do tych przedstawianych przez Tarna możemy znaleźć w wydanym w Polsce Geniuszu Aleksandra Wielkiego innego wybitnego brytyjskiego historyka, Nicholasa Hammonda.
Ponieważ to jest wpis blogowy, a nie wykład, pozwolę sobie pominąć całe mnóstwo ważnych prac o Aleksandrze i wspomnieć jeszcze o dwóch. Robin Lane Fox, profesor Oksfordu i konsultant lubianego przez Eruanę, a niecierpaniego przez Drakainę Aleksandra Olivera Stone'a, w swojej (też niewydanej w Polsce, a szkoda) książce przedstawił Aleksandra jako swego rodzaju nowe wcielenie Achillesa, który stara się wcielać w życie homerycki ideał gniewnego, porywczego, szczodrego i szaleńczo odważnego herosa. Z kolei australijski uczony Brian Bosworth nie oszczędza Aleksandrowi żadnej krytyki, widząc w nim konkwistadora czasów starożytnych, nieludzkiego w swej bezwzględności, beztrosko szafującego życiem ludzkim i niedbającego o nic poza własną korzyścią. Żadna z tych książek, poza Hammondem, nie ukazała się po polsku; w naszym języku można jednak sięgnąć po poświęconą Aleksandrowi pracę Krzysztofa Nawotki.

 

Część III: Aleksander powieściopisarzy

 

Nie będzie chyba przesadą stwierdzenie, że pierwszym (w jakimś stopniu) fikcyjnym tekstem poświęconym Aleksandrowi jest tak zwany Romans o Aleksandrze, opowiadający fantastyczną wersję przygód króla i znany w mnóstwie wersji z różnych stron świata. W XX wieku Aleksander bywał bohaterem nie tylko powieści historycznych, ale i nader często - fantastycznych.  Z historycznych warto przykładowo wymienić w Polsce m.in. trylogię Karola Bunscha, na świecie przede wszystkim powieści Mary Renault, która widziała w Aleksandrze wrażliwego, genialnego i kochającego zdecydowanie mężczyzn wybrańca bogów; trylogia Renault ukazała się po polsku i mimo jej wad warto jej (zwłaszcza I tomu) w taniej książce poszukać (ceny oscylują w granicach 5 zł :P). Dawno, dawno temu, w 2007, zanim jeszcze ktokolwiek mnie zaczął czytać, recenzowałam jej trylogię o Aleksandrze na swoim blogu. Bez Renault niewątpliwie postać Aleksandra w filmie Stone'a wyglądałaby zupełnie inaczej...

Aleksander bywał też bohaterem fantastów, w lepszych lub gorszych książkach. Włoski profesor historii Valerio Massimo Manfredi napisał o nim opartą bardziej na Romansie niż na historycznych źródłach całkiem ciekawą, moim zdaniem, powieść,, fatalnie niestety przetłumaczoną na polski (wąż np. jest w tym przekładzie płazem, a tytuł Dziecko ze snu zmienia się w Syn boskiego węża...). Jego Aleksander to stuprocentowo męski heros, z chęcią (wbrew świadectwom historyków) angażujący się w liczne romanse z wszelkimi kobietami, jakie się nawiną i umierający w końcu w wyniku spisku. Choć powieść Manfrediego ma sporo wspólnego z powieścią historyczną, ma też sporo elementów fantasy. Za fantasy o Aleksandrze wziął się też swego czasu David Gemmell, którego dylogia Lew Macedonii i Książę Mroku opowiadają skrajnie ahistoryczną i przetworzoną wersję dziejów Aleksandra, w której jest on, plus minus, wcieleniem niszczycielskiej, demonicznej siły, gotowej zniszczyć świat. Charakterystyczny jest fakt, że Gemmel niemal kompletnie pozbawia historię Aleksandra jej greckiego kontekstu: jego wariant tej historii, w swojej koncepcji magii i demonologii, jest zdecydowanie bliższy koncepcjom celtycko-germańskim (w ich mocno popowej wersji, znaczy się :P). Aleksander pojawia się w kilku romansach fantastyczno-historycznych Judith Tarr i innych autorek, w tym kilku piszących gejowskie romanse fantasy (i te są akurat nieprzeciętnie złe - dla masochistów polecam niejaką G. A. Hauser, autorkę jednej z najgorszych powieści, jakie mi się zdarzyło czytać). Moją ulubioną powieścią fantastyczną o Aleksandrze jest niewątpliwie The Choice of Destinies recenzowanej przeze mnie kilkakrotnie Melissy Scott. U Scott Aleksander nie umiera w wieku 33 lat, tylko kieruje się na Zachód, gdzie czeka go nieunikniona konfrontacja z rodzącą się potęgą Rzymu - a to spotkanie (do opisania którego inspiracją były, skądinąd, uwagi rzymskiego historyka Liwiusza) zmienia losy ludzkości... Powieść Scott jest subtelna, inteligentna i intrygująca - chyba najlepsza w całym znanym mi jej dorobku, skądinąd. Podobny - choć całkowicie epizodyczny - jest Aleksander pierwszy kratistos w moich ukochanych Innych pieśniach Jacka Dukaja.

W ramach SF o Aleksandrze wspomnę o mocno nudnawym Orion and the Conqueror Bena Bovy z Aleksandrem jako rozkapryszonym, głupawym maminsynkiem bez talentu, i o dziwacznej, koreańskiej anime Alexander Senki (a.k.a. Reign: The Conqueror), opartej na powieści Japończyka Hiroshi Aramaty i opowiadającej szaloną i pokrętną wersję opartą na równi na fantazji autora i najdziwaczniejszych wariantach Romansu, mającą wśród bohaterów m. in. morderczego Arystotelesa i jego Brunhildopodobną (patrz: fabuła Wagnera, a nie typ urody :P) córkę Kassandrę. Dziwaczne, powiem szczerze, ale wciąga.

Na marginesie dodam jeszcze, że moim skromnym zdaniem, wariacją na temat postaci Aleksandra jest Gabriel Aristos ze (skądinąd też moich ukochanych) Aristoi Waltera Jona Williamsa - wystarczy przeczytać opis jego i jego z lekka upiornej mamuśki...

Paradoksalnie, choć wśród wymienionych przeze mnie jest sporo książek, które mi się podobały, moim skromnym zdaniem na prawdziwie wielką powieść o Aleksandrze, czy to historyczną (taką na miarę Juliana Gore'a Vidala o Julianie Apostacie) czy fantastyczną (jak poświęcony też, w pewnym sensie, temu ostatniemu, Julian Comstock, olśniewająca nowa powieść Roberta Charlesa Wilsona), musimy jeszcze poczekać.

 

Zdjęcia moje własne: do części I hellenistyczny portret młodego Aleksandra z muzeum w Pelli, do II - osiemnastowieczny (?) posąg Aleksandra z Wiednia, do III - średniowieczna rzeźba z katedry we Fryburgu, ilustrująca jedną z fanastycznych scen Romansu o Aleksandrze.

czwartek, 26 lutego 2009

 

Autorka może się na początek usprawiedliwi - nie ma chwilowo sieci w domu, a na dodatek właśnie wróciła z Italii, stąd ten długi brak wpisów - i brak aktywności na zaprzyjaźnionych blogach takoż. Ergo, skoro zawiniłam, dzisiaj zdradzę swój wstydliwy sekret.

 

Istnieje otóż pewien typ superbohaterów, na który pisząca te słowa kompletnie nie jest uodporniona.

Okej, może dla mnie nie istnieć Clark Kent, szlachetny dziennikarz przebierający się za szlachetnego Supermana. Może nie istnieć zbzikowany kapitan Jack Sparrow ani dzielny kapitan Picard ani jeszcze paru innych (zwłaszcza filmowy Legolas). Niestety, jest też pewien typ, na który pisząca nie jest ani trochę uodporniona i w którym zawsze - jeżeli tylko ten typ jest dostatecznie przyzwoicie zrealizowany - zawsze się zakocha.

Mój superbohater jest, niestety, z gatunku mad, bad and dangerous to know i ma sporo wspólnego z osobą, wobec której pierwszy raz te słowa wypowiedziano. Blond, zdecydowanie, mimo braku słabości do blondynów w życiu realnym; raczej w typie szczupły i zwinny niż męski i postawny. Tajemniczy i z mroczną przeszłością; z mroczną takoż teraźniejszością, dodajmy, bo najczęściej mój superbohater nie do końca jest bohaterem: zwykle stoi gdzieś w pół drogi między światłem a ciemnością, a często nawet znacząco poza połową, w stronę mroku. Intelektualista, niewątpliwie - zawsze w końcu kochałam się w facetach mądrzejszych ode mnie; najlepiej, oczywiście, geniusz, przerastający wszystkich dookoła. Emocje musi mieć skomplikowane, życie trudne, charakter wredny, wrogów wielu, a przyjaciół nie do końca rozumiejących tragizm jego położenia; dobrym człowiekiem jest bardzo niekoniecznie. Przekonałam się także, na wszystkich poniższych przykładach, że odrobina erotycznej dwuznaczności nie przeszkadza, a wręcz przeciwnie.

Dodajmy na marginesie, że jest to zawsze dokładnie ten bohater, który, gdyby pisząca te słowa jakimś cudem znalazła się, na modłę bohaterki Purpurowej róży z Kairu, w jego świecie, nawet by nie zauważył jej istnienia. Dodajmy jeszcze, że w realnym życiu każda z tych osób doprowadziłaby mnie do szału w ciągu pięciu minut.

I tak, wiem, człowiek powinien się wstydzić tego, jak łatwo daje się autorom uwodzić...

Kilka przykładów, żeby nie było gołosłownie:

1. No nie mogę zacząć od nikogo innego, tylko od opisywanego już jakieś setki razy przeze mnie bohatera Coldfire Trilogy C. S. Friedman, Geralda Tarranta, który jest absolutnie doskonałym wcieleniem tego typu. Jasnowłosy, wysoki, niebieskooki - a do tego mroczny, okrutny, tajemniczy i cierpiący. Na sumieniu ma tysiące ofiar swojego wampirycznego głodu i ofiarę złożoną z ukochanej żony w imię przypieczętowania paktu z diabłem, ale nie potrafi nie stanąć po stronie ludzkości w konfrontacji z chcącą ją zniszczyć siłą i wciąż, w milczeniu, tęskni za utraconym człowieczeństwem. Najpotężniejszy mag swego świata, boi się światła słońca i może trafić wprost do piekła, jeżeli choć raz okaże komukolwiek ludzkie uczucia. Jego ofiary - zawsze kobiety, zawsze blade i jasnowłose - umierają w przerażającej rozkoszy, choć sam Tarrant, jako quasi-wampir, z erotycznymi rozkoszami sensu stricto niewiele może mieć wspólnego. Wyznawcy kościoła Erny ciągle powtarzają jego słowa, bo to jemu zawdzięczają uformowanie kanonu swojej wiary. Sarkastyczny, złośliwy, bezlitosny w swojej ocenie rzeczywistości, Tarrant potrafi być lojalny, choć nigdy się do tego nie przyzna, i umie docenić wartość innych, choć im tego nie powie. Poświęca w końcu swoje wieczne życie i wybiera, świadomie, wieczne potępienie, w imię dobra ludzkości... licząc, dod końca, że może znowu uda mu się wyłgać od śmierci. Miłość mojego życia od roku 2001. Znacznie ciekawszy i bardziej skomplikowany, niżby wynikało z mojej charakterystyki.

2. Obiecałam kiedyś napisać o tym panu osobno, ale pozwolę sobie dzisiaj wspomnieć o nim króciutko. Główny bohater cyklu powieści Dorothy Dunnet, Francis Crawford Lymond, hrabia de Sevigny, ma w życiorysie więcej przygód niż Atos, Portos, Aramis i Will Turner razem wzięci. Dunnett poświęciła Lymondowi trzy tysiące stron, ja mam trzy tysiące znaków, więc w skrócie: jako nastolatek, trafia w sam środek bitwy pod Solway Moss, wzięty do niewoli, ląduje na galerach, a potem na dworze okrutnej i przebiegłej siostrzenicy Henryka VIII, Margaret Douglas, uwodzicielki i mistrzyni intryg. W rodzinnej Szkocji okrzyczano go zdrajcą, własna rodzina ma go za sprzedawczyka i angielskiego szpiega. Wyjęty spod prawa, wraca do Szkocji: odtąd przez kilkanaście lat będzie tułał się po dworach i polach bitew Europy i Azji, to jako szpieg, to jako dowódca kompanii najemników - szpieg jak co najmniej Bond, a dowódca na miarę Aleksandra Wielkiego, to nie ulega chyba żadnej wątpliwości. Każdy, kto go pokocha, kończy marnie, a kochają się w nim mężczyźni i kobiety po równo. Genialny w walce, genialny w planowaniu, genialny we wszystkim, co robi, Lymond mówi w kilkunastu językach, gra na wszystkich wyobrażalnych instrumentach, rzuca cytatami z klasyki na poczekaniu i doczekuje się, od jednego z bohaterów, sarkastycznej uwagi: Byłoby łatwiej, gdybyś czasem mówił prozą, jak inni. Okręcił sobie wokół palca cara Iwana Groźnego i wydawał polecenia nastoletniej Marii Stuart; niewielu jest ludzi, którzy nie boją się jego bezlitosnego sarkazmu, ostrego języka i ciętych uwag. Ma udręczoną duszę i złamane serce, swojej erotycznej atrakcyjności używa nie dla własnej przyjemności, ale jako broni - i wobec mężczyzn, i kobiet, chodząc z nimi do łożka zazwyczaj wtedy, kiedy może mu to coś dać i jednocześnie go unieszczęśliwić. Los też nie szczędzi mu ciosów: śmierć, jaką sprowadza na bliskich, makabryczny los, na który musiał skazać własnego synka, niezrozumienie ze strony przyjaciół, uzależnienie od wina i opium, polityczne problemy, a wreszcie haniebny dla człowieka jego czasów stygmat rzekomego nieślubnego pochodzenia, i to z kazirodczego związku - to tylko niektóre z ciosów, jakie na niego spadają. W jednej z najbardziej poruszających scen mówi do przyjaciela z dzieciństwa, Nie pozwól, żebym zwrócił cię przeciwko mnie - ale, oczywiście, zawsze robi coś niewybaczalnego i zawsze coś zwraca innych przeciw niemu, bo Francis ma absolutnie niszczycielski zwyczaj nieinformowania nikogo o swoich planach. A plany, oczywiście, miewa na poziomie swojego geniuszu, a więc nie do przejrzenia dla zwykłych śmiertelników; i jakoś dziwnie, w oczach tychże śmiertelników ten plan zawsze wygląda na plan zdrajcy, mordercy, szaleńca albo potwora. Nie mówiąc o tym, że zwyczaj chronienia innych przez okazywanie im pogardy i braku zaufania (jak się obrażą i uciekną, to wrogom będzie trudniej ich znaleźć) też mu nie przysparza zrozumienia u przyjaciół...
Aha; jasne włosy, błękitne oczy, szczupłe dłonie o długich palcach.

Aha nr 2: Powieść Dunnett jest dowodem, że płeć jest rzeczą drugorzędną w przypadku mojego superbohatera: w bardzo podobny sposób zakochałam się w przyrodniej siostrze Francisa, Marthe, która jest podobna jak dwie krople wody, tylko jeszcze wredniejsza, bardziej cyniczna i znacznie bardziej nieszczęśliwa...

 

3. Don Simon Ysidro, o którym było ostatnio, wampir, który nigdy nie mówi, o co mu chodzi, zawsze planuje o jeden krok do przodu i ma dom pełen książek. Zabija, żeby żyć i robi to skutecznie, choć, jak się okazuje, płaci za to cenę wyrzutów sumienia; od lat żyje samotnie, odczuwa dziwaczny rodzaj sympatii do swego ludzkiego współpracownika Jamesa Ashera i zakochuje się, namiętnie i bez nadziei, w jego żonie Lydii. Lodowaty, błyskotliwy i sarkastyczny, docenia Ashera za intelekt, a Lydię za medyczną wiedzę; potężny i obdarzony magicznymi mocami, wspomina z dreszczem przerażenia chwilę, w której światło słoneczne padło przez ułamek sekundy na jego dłoń i wypaliło na niej blizny na pięćdziesiąt lat. Od czterystu lat dramat swojej samotności przeżywa w milczeniu, choć, kiedy jemu podobnym grozi niebezpieczeństwo, wbrew ich woli decyduje się dogadać z pogardzanymi przez nich śmiertelnymi. Wiem, widziałam już ten typ; wiedziałam, od pierwszej chwili, kiedy mój wzrok padł na jego bladą skórę, jasne włosy i szczupłą sylwetkę, że pewnie znowu się zakocham.

 

4. Alec Campion. Też już kiedyś o nim było. Zły człowiek, w sumie, przeraźliwie przy tym nieszczęśliwy, blyskotliwy i inteligentny, perfidny i dziwacznie uczciwy. Żenił się dwa razy, spał z połową miasta, całe życie kochał człowieka, z którym spędził w slumsach młodość. Genialny, summa summarum. Udając zepsutego i zdegenerowanego arystokratę, przez lata po cichu kontrolował, dla dobra wszystkich, politykę swojej ojczyzny. Fascynujący. Jasne włosy, jasne oczy, arystokratyczny akcent.

5. Jeżeli jest dostatecznie przyzwoicie zrealizowany, powiedziałam, więc na koniec będzie antyprzykład: niejaki Daemon Sadi z powieścidła Anne Bishop, tragiczny heros w skórzanych spodniach, mroczny i ponury magiczny syn Szatana (sorry, Saetana), z zawodu bosko skuteczny seks-niewolnik. Nie zna jeszcze miłości, bo wie, że za tysiące lat pokocha Wiedźmę, która dopiero przyjdzie na świat; w związku z tym jest jedynym chyba super-seks-niewolnikiem w historii świata, który w ciągu ostatnich dwóch tysięcy lat obywał się bez erekcji. Nieszczęśliwy i niezrozumiany z powodów zbyt licznych, by je wymieniać. Niestety, na mnie nie podziałało, ale to pewnie dlatego, że nie pamiętam koloru jego włosów...

PS. Dla przybliżenia typów: jako Tarranta zawsze wyobrażałam sobie Jude'a Lawa na tym zdjęciu, Simona mógłby, jak dla mnie, zagrać Jonathan Rhys Meyers, a idea paru osób z listy dyskusyjnej o Dorothy Dunnett, że idealnym Lymondem byłby Szkot James McAvoy w wersji blond, dosyć mnie przekonuje; (alternatywa: Sean Bean z okolic tuż po Caravaggiu Jarmana), z Jessicą Biel jako Marthe. Moim osobistym Alekiem Campionem, który zdecydowanie jest interesujący, a nie piękny, mógłby zostać, na przykład, Cillian Murphy. Nad Sadim nie będę się zastanawiać, bo dość odrzuca mnie od facetów w skórzanych gaciach.

wtorek, 13 stycznia 2009

Najwyższa pora na odrobinę propagandy. Innymi słowy, będę po raz kolejny lansować moją ukochaną, a nie tak znowu bardzo znaną, pisarkę. Pani nazywa się Celia S. Friedman, w Polsce wyszły dwie jej książki (to znaczy tak naprawdę cztery: trzytomowa Trylogia zimnego ognia, jej najlepsze dzieło, i powieść science fiction/cyberpunkowa Obcy brzeg) i choć nigdy nie napisała klasycznego horroru sensu stricto, wydany w Polsce Obcy brzeg jest jedyną jej powieścią, w której, w taki czy inny sposób, nie pojawiałaby się figura wampira. Celia Friedman do mitu wampira wraca niemal obsesyjnie, i to w bardzo różnych formułach i w bardzo różnych gatunkach literackich.

Wampiryczne z natury swej postacie pojawiają się już w jej pierwszej powieści, In Conquest Born - wyjątkowo nietradycyjnie, bo In Conquest Born to klasyczna space opera. Mamy w niej wszystkie przewidywalne składowe tego gatunku: odległą przyszłość, gwiezdne imperia toczące ze sobą niekończącą się wojnę, obce rasy i supertechnologie; mamy też, nie do końca typowo dla tego akurat podgatunku science fiction, pogłębioną charakterystykę postaci i bardzo dużą dawkę psychologii; być może dlatego jeden z recenzentów określił tę powieść jako space opera with brains.

Wśród licznych ludzkich, postludzkich i nieludzkich istot, jakie w swoim poszukiwaniu zemsty na zabójcy rodziców napotyka jedna z glównych postaci tej powieści, Anzha lyu Mitethe, znajduje się ni to sekta, ni to grupa wojowników-gladiatorów, zwanych Bloodletters, Tymi, którzy przelewają krew*. To oni, po zwycięstwie nad przeciwnikiem, rytualnie wypijają jego krew; ich możliwości i umiejętności walki są nieomal nadnaturalne, a ich przywiązanie do rytuału krwi - obsesyjne i uzależniające. Choć Bloodletters są ludźmi, mają jednak sporo cech wspólnych z wampirami, zapowiadając znaczenie tego motywu w pisarstwie autorki.

Friedman opublikowała jak dotąd dziesięć książek, w tym dziewięć powieści, z czego co najmniej pięć zatrąca o fantasy/horror, a w jednej głównym bohaterem jest wampir sensu stricto - przy czym ta jedna bynajmniej do fantasy/horroru nie należy. Mowa tu o drugiej powieści autorki, The Madness Season, której fabuła i koncepcja świata przedstawionego mieści się całkowicie w gatunku science fiction. Ziemia została podbita przez wojowniczą rasę gadokształtnych Obcych, a główny bohater, przy pomocy przedstawicielki nieznanej wcześniej obcej rasy, stara się jak najlepiej wykorzystać fakt, że właśnie został zesłany daleko poza Ziemię, i stworzyć coś w rodzaju ruchu oporu. Tyle że Daetrin, nasz główny bohater, nie do końca jest człowiekiem: urodzony w Aleksandrii u schyłku starożytności żyje od tysięcy lat, nie jada ludzkiego jedzenia, nie znosi światła słonecznego, a przyciśnięty do muru, ucieknie w postaci wilka...

W The Madness Season mamy do czynienia z jedną z najinteligentniejszych gier z mitem wampira, jakie udało mi się znaleźć w literaturze fantastycznej. Daetrin mianowicie wykazuje całe mnóstwo cech klasycznie z wampiryzmem utożsamianych - ale wynikają one z zupełnie innych motywacji, niż, powiedzmy, w Draculi z Belą Lugosim. Nienawidzi luster - bo czuje najgłębszą awersję do siebie samego i do faktu, że jego ciało nie zachowuje się tak, jak ciała innych ludzi. Nie wchodzi do kościołów i brzydzi krzyża - bo za dobrze pamięta zachowanie chrześcijańskich fanatyków w Aleksandrii swojego dzieciństwa i więzienia Świętej Inkwizycji. Osinowy kołek w sercu oznacza dla niego nie nagłą śmierć, a szansę na przeżycie - Daetrin potrafi zasymilować materię organiczną, uczynić ją niegroźną dla siebie; zaatakowany kołkiem, może symulować śmierć i dać sobie w ten sposób szansę ucieczki. Tego wszystkiego dowiadujemy się z pierwszoosobowej narracji bohatera: jego opowieści o krzyżu, o lustrach, o kołku, o słońcu, od którego robi mu się niedobrze i zaczyna chorować, z jednej strony tłumaczą, że nie jest on - i nigdy nie był - wampirem jak z czarno-białego horroru. Z drugiej strony, fakt ich przywołania wpisuje Daetrina w konwencję, związuje go z tradycyjnym mitem wampira - choćby przez to, że Daetrin wielu rzeczy (np. przemiany w nietoperza) nie robi właśnie dlatego, że kojarzą się one z kulturowym archetypem wampira. Dodajmy do tego fakt, że w całej powieści samo słowo wampir pada tylko raz - i to bynajmniej nie w odniesieniu do Daetrina...

Daetrin - choć ma wiele wspólnego z tradycyjnie rozumianym mitem wampira - w rzeczywistości nie jest nieumarłym, przemienionym człowiekiem, tylko, jak się okazuje, jak najbardziej żywym przedstawicielem innego gatunku, z którym ludzkość dzieli Ziemię. Wampiry sensu stricto pojawiają się za to w dużych ilościach w najbardziej znanej - i chyba ciągle najlepszej - powieści Friedman, mianowicie w Trylogii zimnego ognia, o której pisuję obsesyjnie co jakiś czas, bo uważam ją za powieść znakomitą, by nie rzec - wybitną, na tle całego gatunku, a jak na jej literacką wartość, stosunkowo mało znaną.

W Coldfire na idei quasi-wampiryzmu oparta jest w zasadzie cała idea funcjonowania osobliwości natury Erny - planety, na której od jakichś 1200 lat istnieje ziemska kolonia. Erna nie jest łatwym miejscem do życia: istnieje na niej forma energii, nazwana przez ludzi fae, która umożliwia materializowanie się myśli i emocji (wyobraźmy sobie, że Solaris nie jest o niemożliwości kontaktu, tylko o tym, że (nie)trudno być bogiem, a dostaniemy Ernę...). Pierwsi koloniści ginęli, mordowani przez istoty ze swych najczarniejszych koszmarów: wilkołaki, demony, wampiry, żywiące się nie tylko ich krwią i ciałem, ale i ich strachem, niepewnością i głęboko ukrytymi lękami. Później na Ernie pojawili się "bogowie" - istoty, które, czerpiąc siły z wiary swoich wyznawców, były w stanie odpłacać im powodzeniem, umiejętnościami, zaspokojeniem potrzeb... Ich relacje z ludźmi są podobne do tej, która w klasycznych przeróbkach Draculi łączy Renfielda z jego mistrzem.

Ale te istoty to jedna strona idei wampiryzmu w Coldfire: drugą jest postać jednego z głównych bohaterów cyklu i raczej bez wątpienia najciekawszej postaci przez Friedman stworzonej, Geralda Tarranta. Ponieważ jestem w Tarrancie szaleńczo zakochana od jakichś ośmiu lat i ponieważ już ładnych parę razy o nim pisałam, tym razem skupię się nie na zachwytach nad pisarskimi umiejętnościami Friedman, a na analizie elementów mitu wampira, jakie w postaci Tarranta ujęła.

Zacznijmy od tego, że Tarrant nie jest wampirem - już nie jest. To do wampiryzmu zaczęła się jego egzystencja jako nieumarłego, po tym, jak zawarł pakt z diabłem i zamordował swoją żonę i dzieci, by zapewnić sobie wieczne życie na ziemi. Kiedy bycie wampirem przestało mu wystarczać i kiedy zamienił wypijanie krwi swoich ofiar na żywienie się ich śmiertelnym strachem, zachował jednak sporo klasycznych cech wampira. Słońce jest dla niego zabójcze, podobnie jak święte relikwie ernańskiej religii (którą sam za życia pomógł stworzyć); jak Dracula, działa nocą, a dni spędza w odrętwieniu, pozbawiony zmysłów i bezbronny. I wreszcie - jak tradycyjnie rozumiany wampir (a inaczej niż wampiry u Anne Rice, Laurell Hamilton czy, pożal się Boże, Stephenie Meyer), Tarrant symbolizuje zakazaną erotyczną pokusę, będąc jednocześnie, mimo niewiarygodnych umiejętności magicznych, z natury swojej niezdolnym do żadnego aktu związanego z przekazywaniem i podtrzymywaniem życia: uleczenia, wskrzeszenia, seksu.

W przypadku Daetrina Friedman bawiła się aluzjami do tradycyjnego mitu wampira; w przypadku Tarranta, ten mit przetwarza, pokazując ewolucję przeklętych: Tarrant, w swojej błyskotliwości, w swoim obłąkańczym poszukiwaniu mądrości za wszelką cenę, w swojej dumie przypomina nie tylko Draculę w wersji Francisa Forda Coppoli - przypomina także Fausta i Miltonowskiego Lucyfera. Jego władza nad jego małym światem jest absolutna i nie do podważenia, ale przy tym ten niemal wszechpotężny i będący wcieleniem grozy potwór, bezpieczny w swej niedostępnej twierdzy przez światłem dnia, ciągle zagrożony jest przez jedną słabość, z którą nie może sobie poradzić - swoją własną, dawną, ludzką naturę.

Choć w najnowszym dziele Friedman, Feast of Souls, będącym I tomem nowej trylogii, tym razem fantasy, nazwa wampir nie pada, nie znaczy to, że autorka zrezygnowała z tego motywu. Tym razem na koncepcji wampiryzmu Friedman oparła swoją ideę magii. Magia w świecie tej powieści nie jest łatwa i płaci się za nią straszną cenę. Żeby stać się magiem, trzeba umrzeć: wypalić własne siły witalne, zgasić płomień własnej duszy. Kiedy to się dzieje, człowiek umiera - chyba, że jest dość zdeterminowany, dość bezwzględny i dość silny, by w ostatnich momentach życia zwrócić się do innych i kraść ich żywotne siły. Mag żyje więc kosztem życia: wysysa je z nic nie podejrzewających ofiar, czyniąc je coraz słabszymi i sprowadzając śmiertelną, nieuleczalną chorobę, zupełnie jak ta, którą hrabia Dracula sprowadził na Lucy Westenrę...

Tak na marginesie, jako maniakalna fanka, pozwolę sobie jeszcze dorzucić, że Friedman napisała też krótki narracyjny poemat o wampirzycy, zatytułowany Thanksgiving, który kiedyś był do znalezienia na jej stronie. Jego bohaterka-narratorka jest tradycyjnie rozumianą, klasyczną wampirzycą, która w imię blaknącej już pamięci swojego ludzkiego życia darowuje - w święto Dziękczynienia - życie swojej (chętnej) ofierze. To kolejny wariant mitu wampira, jaki się w pisarstwie Friedman pojawia.

Wspomniałam wcześniej, że Friedman ma w dorobku 10 książek, 9 powieści. Ta dziesiąta to The Erciyes Fragments, companion do cyklu RPG Wampir-Mroczne Wieki, napisana w formie quasibiblijnego apokryfu - ale o tym i o wampirach z systemu WoD to już może kiedy indziej.

 

* Jeżeli ktoś ma lepszy pomysł, jak tę nazwę przetłumaczyć, proszę o podpowiedź: mnie nic do głowy nie przychodzi...

poniedziałek, 29 grudnia 2008

Serial Gwiezdne wrota obejrzałam dopiero w roku 2008. Zaczęłam trochę z przypadku - kanał AXN-SciFi powtarzał całość od I sezonu i załapałam się, z nudów, na odcinki od mniej więcej 1x4; początkowo oglądałam "z rozpędu", ale po dość krótkim czasie się wciągnęłam, i to do tego stopnia, że starałam się nie opuścić żadnego epizodu. W pewnym momencie moje oglądanie Stargate wyszło poza czystą rozrywkę - zaczęłam czytać o tej serii, zaczęłam się też zastanawiać, co takiego sprawia, że oglądanie tego, w końcu nie powalającego jakąś szczególną oryginalnością fabuł czy konceptem świata, serialu, okazało się aż tak wciągające i aż tak satysfakcjonujące. Mało oryginalnie - jak większość kobiet z mojej grupy wiekowej, oglądających Stargate - musiałam odpowiedzieć sobie: bohaterowie. Zasadniczo wszyscy bohaterowie, choć - znowu, jak w przypadku większości fanek tego serialu - szczególnie i przede wszystkim jeden z nich, Daniel Jackson.


I nie chodzi nawet o to, że uważam Michaela Shanksa za szczególnie atrakcyjnego, choć, nie ukrywam, jest niewątpliwie przystojnym mężczyzną i bardzo mi się podoba. Zamiana bardzo skądinąd dobrego aktora, Jamesa Spadera, który grał Daniela w filmie fabularnym, na Shanksa w serialu była rzeczywiście trafiona - Shanks jest aktorko chyba najlepszy z całej głównej obsady, choć nie ma ani charyzmy Christophera Judge'a, ani daru Richarda Deana Andersona do zdobywania natychmiastowej sympatii widzów. Tyle że tu nie tylko chodzi o to, jak Michael Shanks gra - chodzi też o to, jaką postać dano mu do zagrania.  

Wyjściowo, w filmie Rolanda Emmericha, Daniel Jackson jest, pardon my French, typowym hollywoodzkim wykształciuchem łamanym przez szalonego naukowca, momentami komicznym, momentami niezdarnym, momentami recytującym wzniosłe banały.W serialu dostał czas, żeby się rozwinąć, napisano mu też na nowo postać, wychodząc od cech, jakie miała w filmie fabularnym, ale rozwijając je i wzbogacając. 

Sukces postaci Daniela Jacksona, tak jak i zresztą całej czwórki głównych bohaterów, polega, jak mi się wydaje, przynajmniej częściowo na tym, że - przy zachowaniu archetypowych cech swoich postaci (Daniel - naukowiec-humanista, Jack - sarkastyczny wojskowy, Sam - kobieta w męskim świecie, Teal'c - Obcy wojownik), są te postacie budowane przynajmniej częściowo wbrew oczekiwaniom widza i wbrew utartym schematom, przede wszystkim - genderowym. Stosunkowo najmniej ciekawa jest Carter: Sam jest kobietą-pilotem i kobietą-inżynierem, że nie wspomnę o byciu oficerem, przy pierwszym spotkaniu robi Jackowi cięte uwagi  na temat jego seksistowskich komentarzy - ale okazuje się ciepłą, kobiecą i (chwilami aż zbytnio) budzącą zainteresowanie mężczyzn osóbką. Jack z kolei, który wydaje się archetypem profesjonalnego wojskowego, w pewnym momencie staje się dla swojej drużyny nie tylko dowódcą, ale i opiekunem, nie tyle surowym ojcem, co - chwilami - troskliwą mamusią; w jego życiu bodaj najważniejsze wydarzenia wiążą się nie tyle z armią, co z rodzinną tragedią, jakiej doświadczył. Teal'c traci część swojej śmiertelnej powagi, okazuje się nie tylko wojownikiem o wolność, ale przede wszystkim mężem (który ma problemy małżeńskie) i ojcem (kłopotliwego nastolatka).
Daniel jest z nich wszystkich najmniej jednoznaczny. Z jednej strony, fakt, że w ogóle przyłącza się do SG-1, związany jest z tym, że jego ukochana żona zostaje porwana; ergo, podstawową rolą Daniela będzie rola najpierw poszukiwacza, a potem mściciela - obie typowo męskie, kojarzące się z etosem rycerskim. Z drugiej jednak strony, jeżeli spojrzeć na relacje Daniela z pozostałymi głównymi bohaterami i na rozwój jego postaci, okazuje się, że jego rola w SG-1 i w całej tej historii jest nieco bardziej skomplikowana.

Pominę może relację Daniela i Teal'ca, bo - mimo pozaekraniowej przyjaźni łąćzącej obu aktorów - jest ona w serialu stosunkowo najmniej wyrazista. W przypadku relacji Daniel - Samantha mamy do czynienia z takim samym odwróceniem tradycyjnych, schematycznych ról: męskiej i kobiecej, jak w przypadku Foxa Muldera i Dany Scully - i w obu przypadkach dotyczy to przede wszystkim sfery zawodowej. Scully i Carter to naukowcy, chłodne i logiczne umysły, zajmujące się typowo "męskimi" zajęciami: Scully jest patologiem i agentką FBI, Carter - inżynierem i wojskową. Obie chętniej przedstawiają się nazwiskami (Carter poza tym używa niejednoznacznego zdrobnienia "Sam"), obie też, choć nie rezygnują z życia uczuciowego, są przede wszystkim profesjonalistkami.
Daniel i Fox Mulder są - w odróżnieniu od swoich koleżanek - humanistami, co od razu określa ich sferę zawodowych zainteresowań jako "kobiecą", przynajmniej po części: Mulder jest psychologiem (ale i agentem FBI), Daniel - archeologiem (co się kwalifikuje plus minus jako "męskie" zajęcie - patrz Carter, Schliemann i Indiana Jones), ale i lingwistą i kulturoznawcą, a więc humanistą par excellence. Do tego, zarówno Mulder, jak i Daniel opierają się w swoim postępowaniu - "po kobiecemu" - na intuicji i wyczuciu, obaj też są skłonni do wiary we wszelkie nadnaturalne, mistyczne i rozumowo niewyjaśnialne zjawiska*. Założę się, że Fox Mulder obdarzyłby Omę Desalę równie natychmiastowym zaufaniem, a Daniel Jackson szukałby zaginionej Samanthy (Mulder) z równym zaangażowaniem, co swojej (porwanej, nomen omen, przez kosmitów) żony... Przy wszystkich różnicach między nimi (Daniel jest o niebo mniej neurotyczny i histeryczny), podobieństwo w przyjętej roli zaodowej i podejściu do świata wydaje się wyraźne. 

Relacja Daniela i Jacka jest, jak sądzę, najważniejszą i absolutnie centralną w tym serialu (i nie, nie należę do tej frakcji fanów, która widzi tu miłość od pierwszego wejrzenia i do grobowej deski). Jest ona ewidentnie budowana na kontraście i przeciwieństwie. Tam, gdzie Jack jest głosem obowiązku i rozsądku, Daniel reprezentuje emocje i uczucia: upiera się przy bezsensownych misjach dla ratowania życia wszelkich istot, w tym wrogów (4x09 Scorched Earth), potrafi z oślim uporem sprzeciwiać się decyzjom z racjonalnego punktu widzenia uzasadnionym, jeśli postrzega je jako niewłaściwe etycznie (4x02, The Other Side), pakuje się w najbardziej niebezpieczne sytuacje, jeżeli tylko dają one szansę na pokojowe rozwiązanie konfliktu (5x07, Beast of Burden). Specjalności Daniela - kultura, dyplomacja, historia - są dalekie od specjalności Jacka (choć Jack dość przemyślnie udaje znacznie bardziej all American boy, niż jest naprawdę). Wielokrotnie jest tak, że kiedy Jack odgrywa role klasycznie męskie, Daniel jest gdzieś pośroku - mężczyzna, zajmujący się typowo kobiecymi sprawami. W odcinku 1x08 Brief Candle, na przykład, miejscowa kobieta zaczyna rodzić. Nikt z SG-1, łącznie z Samanthą, nie ma pojęcia o roli akuszerki (a trudno sobie bardziej tradycyjnie kobiecą rolę wyobrazić) - poza Danielem, który nauczył się przez obserwację od akuszerek na Jukatanie (tak, jak uczy się sztuki położnictwa dziewczęta w kulturach tradycyjnych). W końcu pomagają on i Sam, podczas gdy Jack i Teal'c czekają z przyszłym ojcem Alekosem na zewnątrz. Daniel po raz kolejny jest tu pokazany jako facet, który w naturalny sposób potrafi wykonywać także i te zadania, które tradycyjnie należą do kobiet - tak jak Sam jest kobietą, świetnie radzącą sobie z zadaniami, które konwencjonalnie przypisuje się mężczyznom. Przy tym, mimo wszelkich złośliwości, widz nie ma najmiejszych wątpliwości, że Jack docenia to, jak bardzo te różnice między nimi, te skrajnie się od siebie różniące perspektywy - oficera i cywila, pilota i humanisty, prawie stuprocentowego twardziela i prawie intelektualisty zza biurka - wzbogacają ich pracę; w jak ogromnym stopniu to właśnie istnienie tych dwóch perspektyw w ogóle czyni tę pracę możliwą. 

Daniel bardzo też często przyjmuje dość nietypową rolę w relacjach z kobietami: to raczej on bywa uwodzony i zdobywany (wydaje się, że tak było w obu ważnych związkach w jego życiu: z Sha're i jak dowiadujemy się ze wspomnień we śnie, z Sarą Gardner), czasem z użyciem więcej niż odrobiny przemocy i/lub nie do końca z własnej woli (w wersji komicznej Vala Mal Doran, w wersji dramatycznej - Hathor czy Shyla w odcinku 2x05, Need).  

Do tego dochodzi jeszcze jeden aspekt, nabierający z czasem coraz większego znaczenia - rola Daniela jako postaci de facto mesjańskiej, szczególnie widoczna w jego nielicznych pojawieniach się w sezonie 6. Ale o tym, i o stu śmierciach Daniela Jacksona, to ja już sobie pozwolę napisać następnym razem, czyli wtedy, kiedy będę pisać o postaciach mesjańskich w fantastyce...

Co więc jest tak intrygującego w tym mocno przecież zwyczajnym serialu? Coraz bardziej mi się wydaje, że właśnie niebanalne postacie, które łatwo nam zidentyfikować w kontekście gatunkowych konwencji, ale o których - dzięki ich niejednoznaczności - wcale nie wiemy aż tak wiele, jakby się nam po pierwszym odcinku wydawało.

 

 

* Tzn. w przypadku Foxa Muldera - on jest w stanie uwierzyć w każdą natchnioną bzdurę, w każdy idiotyzm rodem z encyklopedii zjawisk paranormalnych - dopóki nie mamy do czynienia z religią, konkretniej - chrześcijaństwem. Wtedy Mulder zamienia się w nieugiętego sceptyka i zwolennika czystego rozumu...

piątek, 19 grudnia 2008

... w odłamków stos, a razem z nim moje serce, na myśl o tym, jak literatura popularna traktuje jedną z najbardziej mnie fascynujących postaci.

J. W. Waterhouse, The Mirror Crack'd...

źródło: http://en.wikipedia.org/

Elaine z Astolat pojawia się w literaturze po raz pierwszy w romansach arturiańskich: jako Demoiselle d’Escalot umiera z miłości w Mort Artu, francuskim romansie wchodzącym w skład Wulgaty arturiańskiej. We włoskiej La Donna di Scalotta przed śmiercią rozkazuje, by jej ciało złożyć w łodzi i odesłać do Camelotu. Opowieść o Elaine, jej ojcu Bernardzie i jej nieszczęsnej miłości do sir Lancelota pojawia się także - jakże by inaczej! - w Le Morte d'Arthur sir Thomasa Mallory'ego, sztandarowym dziele angielskiej literatury arturiańskiej.
Ale postać Elaine pozostałaby tylko przypisem w historii literatury arturiańskiej, gdyby nie Alfred Tennyson, który umieścił jej postać w swoich Idyllach królewskich, ale który, przede wszystkim, poświęcił jej jeden ze swoich najsłynniejszych wierszy, The Lady of Shalott. Krytycy widzą w wierszu Tennysona refleksję o dylematach artysty, który musi odciąć się od świata, by móc tworzyć, choć tego świata niezbędnie, by móc tworzyć, potrzebuje. Czytelnik jednak chyba prędzej zwróci uwagę po prostu na opowieść - opowieść o zaklętej dziewczynie w wieży na wyspie, o dziewczynie, która choć nie widzi i zna świata, ten świat odtwarza na swoich gobelinach; o tym, jak pewnego dnia, na swoje nieszczęście, widzi z daleka rycerza - rycerza, który budzi jej miłość, a który kocha inną. O tym, jak nie wiedząc, kim jest, nie znając go, czarodziejka z Shalott łamie jedyne prawo, jakie ją wiąże: porzuca swoje krosna, robi trzy kroki ku oknu i patrzy przed siebie, na morze, na kwitnące lilie wodne i na zakazane dla niej wieże Camelotu - i o tym, jak w narastającej burzy, w ulewnym deszczu, płynie do Camelotu, wiedząc, że spadło na nią przekleństwo i że nie dotrze tam żywa.

Fascynuje mnie w bohaterce wiersza Tennysona jej niejednoznaczność: nic o niej nie wiemy, nie ma imienia, nie mamy pojęcia, czym jest rzucone na nią przekleństwo- ona tylko słyszała szepty, że spadnie na nią przekleństwo, gdy spojrzy w stronę Camelotu. Nie wiemy nawet, czym jest bohaterka - nazwałam ją czarodziejką, bo Tennyson robi aluzje do jej magicznych tkanin w żywych kolorach, ale tak naprawdę to jest tylko zgadywanie. Fascynują mnie kolory tego świata, słonecznego i spokojnego, póki pani z wieży robi to, co jej los każe, a ciemnego i burzowego podczas jej ostatniej podróży: nagły wiatr ze wschodu i las, żółty pod burzliwym niebem, wezbrany potok niosący łódź i strumienie ulewy z ciężkiego nieba. I nieustająco fascynuje mnie ostatnia scena, "spotkanie" Lancelota i zakochanej w nim kobiety z wieży, kiedy patrząc na jej ciało, przyniesione przez wodę do Camelotu - and in the lighted palace near died the sound of royal cheer - Lancelot mówi o nieznanej sobie zmarłej, była piękna; niech Bóg w swym miłosierdziu obdarzy ją łaską...

Bardzo bym chciała napisać opowiadanie, oparte na tekście Tennysona; raz już nawet, bezskutecznie, próbowałam, ale wyszło tak sentymentalnie, że nie warto tego wspominać. Niemniej, muszę donieść z żalem (ale i z odrobiną Schadenfreude), sławnym i uznanym autorom przeróbki historii Pani z Shalott wcale nie wychodziły wiele lepiej.

 

 J. W. Waterhouse: The Lady of Shalott

źródło: http://en.wikipedia.org/

W The Mirror Crack'd From Side to Side (po polsku Zwierciadło pęka w odłamków stos) Agatha Christie odwołuje się do postaci Pani z Shalott: jej analogią w powieści jest aktorka Marina Gregg, pretensjonalna i histeryczna. To ona - co oczywiście odkrywa niezastąpiona panna Marple - jest zabójczynią, która otruła swoją fankę, Heather Badcock, choć początkowo wszystko wskazuje na to, że to Marina była zamierzoną ofiarą. Związek między tennysonowską bohaterką a postacią w powieści Christie jest wątły: w ostatnich scenach jest mowa to tym, że, podobnie jak dama z wieży, starzejąca się gwiazda kina żyje w świecie nierealnym i odciętym od ludzi. Podobnie też, w scenie kluczowej dla rozwiązania intrygi - kiedy przyszła ofiara wspomina, jak to, mimo choroby, przyszła wiele lat wcześniej do swej przyszłej zabójczyni po autograf - reakcja Mariny jest podobna, jak reakcja bohaterki Tennysona w chwili odkrycia, że spadło na nią przekleństwo. O co chodzi? Otóż to przy okazji tego spotkania chora fanka zaraziła idolkę (będącą wówczas w ciąży) chorobą, która spowodowała umysłowe upośledzenie u jej jedynego dziecka - i to za to, po latach, niefrasobliwa wielbicielka zginie otruta...

Zwierciadło... nie należy do najwybitniejszych powieści Christie, ani gdy chodzi o intrygę, ani o charakterystykę postaci, a związek Mariny z jej literackim pierwowzorem wydaje się co najmniej naciągany. I tak chyba jednak wolę tę pretensjonalną, bardziej chwilami podobną do Normy Desmond niż do bohaterki Tennysona, Marinę niż Elaine z zeszłorocznej opowieści Lisy Anne Sandell Song of the Sparrow. Sandell napisała swoją wariację na temat losów Elaine dla młodego czytelnika; napisała ją - uwaga! - białym wierszem. Jej Elaine jest chłopczycą, wychowaną w obozie wojskowym, najlepszą kumpelą (a prawie najlepszym kumplem) Artura, Lancelota et consortes. Elaine, która - choć jest nastoletnią feministyczną ikoną - pierze i ceruje ubrania całego obozu, wyobraża sobie, że kocha Lancelota. Bardzo jej smutno, kiedy Lancelot zakochuje się w narzeczonej przyjaciela, "Gwyn" Ginewrze- zwłaszcza, że Ginewra jest typową prom queen, zimną i zarozumiałą damulką na pozór równie głupią jak koleżanki Quinn Morgendorffer. Nie ma to jednak jak girl power: porwane przez złych ludzi, Gwyn i Elaine uczą się współpracować i  ufać sobie nawzajem io zostają prawdziwymi psiapsiółkami. Z powrotem w obozie, Elaine rozmawia z Lancelotem i rozumie, że jest on nieszczęśliwie zakochany w Gwyn, która zakochała się w Arturze; tymczasem Tristan, który ma za sobą mroczną i tragiczną przeszłość, bo był zakochany w Izoldzie, jest, jak się okazuje, zakochany w Elaine, która, jak się okazuje, też jest w nim zakochana. Happy end follows; Artur buduje Camelot. Beverly Hills 90210 na dworze króla Artura, innymi słowy, jeno wierszem (białym). Cholera, jak już chyba wolę Bellę Swan...

A na koniec - ech, na koniec Graham Masterton. I jego opowiadanie Half-Sick of Shadows, w którym dobry jest tylko tytuł, ale ten to akurat wymyślił Tennyson. Daruję sobie wymienianie licznych głupot w tym teście (poczynając od faktu, że skrót DSPM nie znaczy "Boże, chroń nas od zarazy", tylko "decessit sine prole mascula", "zmarł nie pozostawiając męskiego potomka"). Daruję sobie złośliwości wobec tego, jak Masterton wyobraża sobie archeologię i tego, że ewidentnie uważa, że Tennyson pisał w średniowieczu, skoro to on ma być źródłem dla realistycznego opisu zaginionego od XII wieku Shalott.
Powiem tyle: Lady jest Lamią a.k.a. Lilith, pierwszą żoną Adama i bohaterką - tak jest, dawno o nim nie wspominałam! - poematu Johna Keatsa! Lady mieszka w lustrze i zajmuje się rozrywaniem gardeł i wysysaniem krwi ludzi, którzy wejdą jej w drogę, a skoro teraz została odkopana... no, chyba łatwo się domyślić, co teraz będzie. Lady, znaczy się, jakby się kto jeszcze nie domyślił, jest wampirem, a wampiry nie znoszą luster, bo - no bo właśnie nie wiadomo co, choć autor nam próbuje powiedzieć w posłowiu, że wiadomo. Nuuuuda.

Przykro mi - żadna z tych wersji nie spełnia ani cienia moich oczekiwań. Pozostaje mieć nadzieję, że może ktoś, może kiedyś...

J. W. Waterhouse:

źródło: http://en.wikipedia.org/

 

A tak na marginesie - ja osobiście wiersz Tennysona po raz pierwszy poznałam w pięknym wykonaniu Loreeny McKennitt z płyty The Visit (1991): 

wtorek, 25 listopada 2008

 

Dziś nad ranem wróciłam z Rzymu (i Bolonii, i Rawenny, ale to sprawa na inną okazję). Obeszłam trochę miejsc, które zawsze chciałam zobaczyć, i kilka, do których niekoniecznie się paliłam, ale tak naprawdę w Wiecznym Mieście wzruszenie ogarnęło mnie trzy razy. Pierwszy raz - na Forum Romanum, bo to było jak zobaczenie w rzeczywistości czegoś, co umysł zna już na pamięć. Drugi raz złapało mnie za gardło na Campo dei Fiori, na widok posągu Giordana Bruna, postawionego w miejscu, gdzie go spalono. Po raz trzeci - kiedy miałam łzy w oczach na Piazza di Spagna, stojąc pod tablicą, upamiętniającą miejsce śmierci człowieka, który kazał napisać sobie na nagrobku Here lies One Whose Name was writ in Water.
Nie byłam na Cmentarzu Protestanckim i nie widziałam grobu Johna Keatsa, choć będzie to jeden z powodów, dla których chcę wrócić do Rzymu. Dzisiaj jednak chcę napisać o nie o Johnie Keatsie zmarłym, a o Johnie Keatsie wskrzeszonym.
Keats jako bohater literacki fascynuje autorów zresztą chyba dokładnie tym samym, czym całe pokolenia czytelników: po trochu swoją olśniewającą poezją, przede wszystkim jednak tragizmem swojej romantycznej par excellence biografii, swojego młodzieńczego talentu, przeciwności życiowych, skrytej miłości, przedwczesnej śmierci. Fantaści upodobali go sobie (obok Byrona) najbardziej z wielkich angielskich romantyków - i trochę trudno się im dziwić.

Moim ulubionym literackim hołdem oddanym postaci autora Ody do urny greckiej jest starzejący się szef programu o nazwie Poeta Emeritus w opowiadaniu science fiction This Tragic Glass Elizabeth Bear. Program polega na "wyrywaniu" z linii czasu poszczególnych osób i ich przenoszeniu we współczesność, w rok 2017 - połączenie maszyny czasu z instytutem historii, krótko mówiąc, a głównym bohaterem samego opowiadania jest Kit Marlowe. Nie zmienia to faktu, że postacią, wokół której w dużym stopniu koncentruje się zarówno fabuła, jak i koncepcyjne założenia świata przedstawianego przez autorkę jest nie Marlowe, a profesor Keats - ten Keats, pierwszy sukces programu, ocalony przed śmiercią na gruźlicę i po sześćdziesięciu latach życia i działalności zarówno poetyckiej, jak i naukowej, mający jeszcze drugie tyle przed sobą.
Bear - och, cóż to jest za odkrycie, ta kobieta, i jakim cudem nikt jej nie tłumaczy na ten piękny język, w którym właśnie piszę! - podchodzi do Keatsa, jak to ona, paradoksalnie, bo pozbawia go tego, co się właśnie najoczywiściej z jego osobą kojarzy. Jej Keats nie jest młody (jest, tak po prawdzie, z wieku i aparycji wysoce podobny do Vincenta Katherinesena z Karnawału, gdzie zresztą pada niemal identyczne sformułowanie dotyczące oczekiwanej długości życia) i nie jest tragiczny, w tym sensie, że jest życiowo całkowicie spełniony: jako poeta, jako uczony i jako człowiek. Nie umarł młodo, zobaczył na własne oczy legendę swojej postaci i sławę swojej poezji, co więcej - stał się kimś, kto jest często postrzegany jako przeciwieństwo natchnionego poety - profesorem literatury. Do tego Keats - Poeta par excellence - jest tutaj, w scenach pisanych z punktu widzenia Marlowe'a, tym, który rolę poety musi dopiero wywalczyć; Marlowe nie zna, co oczywiste, Keatsa-poety, co więcej, traktuje go niekoniecznie jak kolegę "po fachu", a raczej jak literackiego patrona. To Keats w relacji z Marlowem musi dopiero starać się o uznanie - niejako odtwarzając po raz drugi swoją własną drogę życiowią, kiedy walczył o uznanie i docenienie. Tego Keatsa, inteligentnego, lekko sarkastycznego, wzbudzającego podziw i szacunek, a przy tym więcej niż odrobinę lęku u podwładnych, człowieka, który odnalazł się w czasach 200 lat późniejszych, trudno nie lubić.

Nie lubię The Stress of her Regard (po polsku to się nazywało bodaj Groza jej spojrzenia) Tima Powersa, choć może spróbuję przeczytać tę powieść jeszcze raz - gusta się w końcu zmieniają. Tam także Keats pojawia się jako jeden z bohaterów, choć znacznie ważniejsze role mają do odegrania Byron i przede wszystkim Shelley. Powers miał na tę powieść absolutnie genialny pomysł - założył, że w naszym świecie, obok ludzi, żyją Inne istoty. Te Inne to wampiry-lamie-nephilim-giganci-muzy-potwory; bez nich bylibyśmy szczęśliwsi i ubożsi. Każdy z poetów, których Powers przywołuje, od Villona po Keatsa, przeżył romans-małżeństwo z taką istotą i dało mu to natchnienie i talent z jednej, a śmierć i obłęd z drugiej strony. Pomysł na taką secret history Romantyzmu, na odczytanie przez taki klucz Frankensteina czy La Belle Dame Sans Merci, na szukanie w tekstach Byrona i Shelleya dwuznaczności, świadczących o spotkaniu z lamiami, jest błyskotliwy i dla mnie, która kocha grzebanie się w aluzjach i książki o książkach, powinien był okazać się absolutnie przekonujący. Szwankuje niestety wykonanie - Powers jest wyjątkowo kiepskim stylistą - przeszkadza przede wszystkim nieumiejętność utrzymania tonu (sceny w założeniu tragiczne momentami wywołują, zamiast grozy, niezamierzony chichot czytelnika). Bohaterowie też się Powersowi nie do końca udali, a jego John Keats jest po prostu jeszcze jedną postacią z encyklopedii literatury - poza tym, że Powers podkreśla jego medyczne kompetencje i fakt, że jest on pomocnikiem lekarza, dowodząc, że przynajmniej biografię autora Ody do słowika przeczytał starannie.

Na koniec zostawiam sobie, oczywiście, cykl, w którym John Keats, i to w dwóch osobach, jest niewątpliwie jednym z głównych bohaterów - The Hyperion Cantos Dana Simmonsa, skądinąd absolutne arcydzieło SF. Simmons jak zwykle popisuje się tutaj erudycją, on chyba inaczej nie może - w przypadku cyklu Hyperiona budując powieść na trzech podstawowych skojarzeniach. Są to Opowieści kanterberyjskie Chaucera (schemat konstrukcyjny pierwszej powieści z cyklu, Hyperiona), twórczość Ezry Pounda (postać Martina Silenusa i cały z nim związany wątek) i właśnie poezja Keatsa (od tytułów całego cyklu po fakt, że postać Keatsa występuje w kilku wcieleniach jako jedna z kluczowych dla intrygi całego cyklu); dla konstrukcji świata z kolei kluczem jest Teilhard de Chardin i jego koncepcje. Nie żeby aluzje literacko-kulturowe na tym się kończyły, o intertekstualności Hyperiona (i niejakim pozerstwie Dana Simmonsa, dodajmy) ktoś powinien napisać jakąś większą pracę magisterską...

Wracając do Johna Keatsa - pojawia się on u Simmonsa po raz pierwszy (jako postać, w cytatach i aluzjach obecny był wcześniej) w opowieści w rozdziale 5, Opowieści detektywa, gdzie - nie jest natychmiast rozpoznawalny. Nie jest, bo Simmons bardzo przemyślnie umieszcza postać swojego późniejszego współ-zbawiciela świata, alter ego poety, w zupełnie nieprzewidzianym kontekście. Podtytuł tego konkretnego passusu brzmi The Long Goodbye, Długie pożegnanie, i w połączeniu z tytułem, stylem i znaną nam już wcześniej profesją głównej bohaterki tej opowieści, Brawne Lamii, przynosi natychmiastowe skojarzenia z Chandlerem i czarnym kryminałem. Oczywiście natychmiastowe Keatsowskie skojarzenia przynosi imię bohaterki, twardej i nie rozpieszczanej przez życie pani detektyw, córki zamordowanego polityka i przyszłej kochanki nowego Keatsa (a przez to, że uprzedzę fakty, nowej Matki Boskiej, matki Mesjasza). Do jej biura w podrzędnej dzielnicy przychodzi młody człowiek - szczupły, średniego wzrostu, rude włosy - i przedstawia się jako Johnny. Johnny jest cybrydem - rzadką kombinacją sztucznie zbudowanego ludzkiego ciała i sztucznej inteligencji, w stałej łączności z Datasferą, światem AI. Johnny wie, że już raz próbowano zabić jego "osobę", wymazać ją; nie wie, kto chciał to zrobić, nie ufa nikomu i potrzebuje detektywa.
Johnny Keatsem jest i nie jest jednocześnie: jego osobowość zbudowano wokół osobowości poety, on sam nie jest poetą, co więcej - nie jest Keatsem, tylko nową osobą, która z założeń tamtej osobowości się rozwinęła. To oczywiście okazuje się nie do końca prawdą: kiedy w The Fall of Hyperion pojawia się nowe wcielenie Keatsa, przeżywa życie i śmierć poety na nowo, jako własne - i są to, tak po prawdzie, chyba najbardziej wstrząsające emocjonalnie sceny całego cyklu: wymarły, nieistniejący Rzym i człowiek konający powoli na gruźlicę i wiedzący, dokładnie wiedzący, że to jest życie, które już raz przeżył, jego i nie-jego. W Hyperionie cybryd Keatsa płaci życiem za odkrycie tajemnicy politycznych machinacji AI z DataSfery: jego ciało i pozornie on sam umiera, ale jego osobowość trafia do implantu Brawne Lamii, łącząc tych dwoje równie mocno, jak dziecko, które Lamia nosi. W Zagładzie Hyperiona (trochę głupio, że tłumacz nie ustrzegł się tak głupiego błędu, bo to jako żywo powinien być Upadek, a nie Zagłada) i cyklu Endymiona okazuje się, że Keats (który początkowo wierzy, że jest Josephem Severnem) ma jeszcze jedno zadanie:  z nieoczekiwanego i nagłego uczucia jego i Brawne urodzi się córka, która - przeniesiona w inny czas, inne miejsce - stanie się zbawicielką świata, wyzwolicielką od tyranii fałszywej religii krzyżokształtu, mesjaszem, którego krew przynosi zbawienie; Eneaszem w końcu, twórcą i przywódcą nowej nacji, której przeznaczeniem jest opanować świat. Enea-Zbawicielka jest, charakterystycznie, dzieckiem wszystkich ras, córką kobiety i pół-AI, wychowanką ludzi ze Starej Ziemi, podopieczną cybrydów i androidów, protegowaną Chyżwara/Shrike'a (czy ja już mówiłam, że nie cierpię tego imienia w przekładzie?). I tak jak w pierwszej części, w Hyperionie i Zagładzie Hyperiona dominują wpływy Keatsa, Chaucera i Pounda - tak dla obu Endymionów coraz ważniejszym punktem odniesienia stają się motywy biblijne. W tym kontekście John Keats nabiera w pewnym sensie cech swojego imiennika, Jana Chrzciciela, proroka, który poprzedza Mesjasza; a wszystko to nabiera dodatkowej  ironii w kontekście faktu, że głównym przeciwnikiem Enei jest zdeprawowany i odhumanizowany kościół katolicki.
Nie od początku to widać, ale ze wszystkich przywoływanych przez Simmonsa postaci z historii ludzkiej kultury John Keats jest dla idei i koncepcji całego cyklu Hyperiona najważniejszy. Jest on, jak pisze jeden z internetowych recenzentów,
the patron saint of this vast enterprise, the avatar whose fundamental principles - creativity, love of beauty, spiritual and philosophical adventurousness - inform the very fabric of these books.
John Keats jest też jedną z postaci The Difference Engine (Maszyny różnicowej) Sterlinga i Gibsona, ale o tym napiszę, kiedy będę miała przeczytane więcej niż 15 stron tejże :).
Na koniec, jeszcze tylko mój ukochany wiersz Keatsa, mojego - skądinąd, co pewnie widać z powyższego - jednego z ukochanych poetów:

Why did I laugh tonight? No voice will tell:
No God, no Demon of severe response,
Deigns to reply from Heaven or from Hell.
Then to my human heart I turn at once.
Heart! Thou and I are here, sad and alone;
I say, why did I laugh? O mortal pain!
O Darkness! Darkness! ever must I moan,
To question Heaven and Hell and Heart in vain.
Why did I laugh? I know this Being's lease,
My fancy to its utmost blisses spreads;
Yet would I on this very midnight cease,
And the world's gaudy ensigns see in shreds;
Verse, Fame, and Beauty are intense indeed,
But Death intenser - Death is Life's high meed.

 
wtorek, 12 lutego 2008

Nie, nie ta.

Hermiona mitologiczna to bohaterka, o której się zapomina. Teoretycznie, jako córka sławnych z urody i braku konsekwencji rodziców, siostrzenica sławnej z morderczych skłonności ciotki, bratanica sławnego z bogactwa i pozycji stryja, przez moment synowa (pogrobowa, że tak powiem) wyjątkowo sławnego (za całokształt) teścia, a do tego żona męża i szwagierka szwagierki, którzy zasłynęli z wyjątkowo bezkompromisowej postawy pro- powiedzmy sobie - rodzinnej, powinna być w mitologii gwiazdą... a tu większość ankietowanych, spytanych o grecką Hermionę, pyta: "A była taka?".

Więc najpierw krótko, fakty i daty: Hermione, nosząca imię będące żeńskim odpowiednikiem imienia Hermes, jedyna córka Heleny Trojańskiej i Menelaosa, króla Sparty. Opuszczona przez matkę jako dziewięciolatka, wychowywana przez ciotkę Klitajmnestrę, zaręczona przez ojca z kuzynem Orestesem za zgodą Agamemnona, swego stryja. Tyle że Menelaos zmienił zdanie: potrzebne mu było poparcie Achillesa - z którym to Achillesem jakoś Atrydzi nie bardzo mogli się dogadać - i postanowił zaproponować mu skoligacenie się z jego rodem. Tym razem na serio. Jako że Achilles miał syna, nic prostszego, jak zaoferować temuż synowi córkę Heleny za żonę.
Hermiona - która, według tragedii Orestes Eurypidesa zdążyła już przeżyć traumatyczną sytuację zostania zakładniczką własnego narzeczonego - została żoną Neoptolemosa, syna Achillesa, podczas kiedy Orestes, miotany szaleństwem, uciekał od Erynii i poszukiwał lekarstwa na swoje szaleństwo w dalekiej Taurydzie. Małżeństwo Hermiony z Neoptolemosem było, najoględniej mówiąc, nieudane: ona ciągle czuła się znacznie bardziej potomkinią Atreusa niż żoną syna Achillesa (w VIII Heroidzie Owidiusza wymienia w nieskończoność imiona dziadka, ojca, przodka swego rodu Pelopsa...), on z kolei wolał od żony brankę-konkubinę Andromachę, wdowę po Hektorze, która zdążyła już urodzić mu syna Molossusa. Neoptolemos, przynajmniej w wersji znanej z Eurypidesa, miał przy tym pecha odziedziczyć cały paskudny temperament tatusia, niestety bez jego szlachetności i wielkoduszności. Hermiona za klęskę tego małżeństwa winiła kogo się tylko dało: matkę, która opuściła ją w dzieciństwie i nie przygotowała do roli żony, męża, Andromachę... Tej ostatniej nie znosiła do tego stopnia, że planowała zabić i ją, i jej dziecko (patrz Andromacha Eurypidesa), i tylko śmierć Neoptolemosa zapobiegła tragedii. Z tragedii Eurypidesa wyłania się nam obraz zgorzkniałej, pełnej pretensji do całego świata, zarozumiałej arystokratycznej jędzy, jakże innej od szlachetnie cierpiącej Andromachy. Tylko że jakoś nie mogę się do tej Andromachy przekonać: lubię ją w Iliadzie, ale w sztuce jej poświęconej nie jestem jej w stanie współczuć. Andromacha jest u Eurypidesa pokorną niewolnicą, posłuszną wobec pana, podporządkowaną i robiącą dokładnie to, co jej każą. Na Hermionę spogląda z wyższością: w końcu to ona, nie Atrydka, ma dziecko i to ona jest kobietą idealną, to jest - idealnie posłuszną. We fragmencie poświęconym swemu idealnemu małżeństwu z Hektorem Andromacha z dumą opowiada, jak to tolerowała jego kochanki i nieślubne dzieci - do Hermiony ma pretensje, że nie umie zrobić tego samego. Hermioną z kolei rządzą dwa uczucia - zazdrość i lęk, a tak naprawdę tylko jedno - ten lęk właśnie. Ona się boi: boi się, że straci męża, straci dom, straci pozycję - tak jak traciła już wielokrotnie wcześniej, jak straciła matkę, dom u ciotki, pierwszego narzeczonego. Nie wiem dlaczego, ale chyba wolę tę chwilami płytką, skupioną na sobie, zdolną do desperackich i złych czynów, a potem do niemal histerycznej reakcji na śmiałość własnych planów dziewczynę od naszkicowanej jako ideał Andromachy, która mówi, że rolą kobiety jest uwielbiać męża, nawet gorszego od siebie (w. 213-14 oryginału). Andromacha w sztuce sobie poświęconej reprezentuje typ kobiety całkowicie podporządkowanej i dzięki temu odnajdującej szczęście; poświęcającej się dla mężów (każdego po kolei), nie myślącej o swoich potrzebach, z duną noszącej stygmat ofiary. Dzisiejsze genderowe odczytania tej tragedii odwracają role, pokazują Andromachę-ideał jako produkt patriarchalnej ideologii, ale mnie w mojej sympatii do Hermiony i braku tejże wobec Andromachy nawet nie o to chodzi: po prostu z tych dwóch pań, to raczej z Hermioną miałabym o czym pogadać.
Neoptolemos ginie w Delfach, pewnie za sprawą Orestesa (quot capita, tot sententiae), Andromacha może przestać narzekać i wyjechać z dzieckiem i jego pradziadkiem (dziecko założy dynastię epirocką), a Hermiona wreszcie dostaje z powrotem Orestesa - do którego w Heroidach zwraca się jako do męża i brata, podkreślając, że nie tylko są zaręczeni, ale i pochodzą z tego samego rodu. Teraz będzie mogła być i żoną, i Atrydką, a i matką, bo będzie mieć z Orestesem syna Tisamenosa. I tyle. Mity nie mówią nic więcej o tym małżeństwie, więc pewnie nie było najgorsze; nie mówią też nic o jej śmierci, choć wspominają, że jej mąż dożył dziewięćdziesiątki. Zostaje tylko rzucona mimochodem przez Hezychiusza uwaga, że identyfikowano ją z Persefoną. I tak znika nam z oczu ta nieśmiała, porzucona przez matkę dziewczynka, ta dumna i pełna goryczy kobieta - znika w kostiumie nieśmiertelnej wiecznej Dziewczyny (Kore), w postaci dumnej i groźnej Pani Podziemi. 

środa, 06 lutego 2008

, No i może przyszła najwyższa pora, by spróbować zrobić jakąś listę ulubionych postaci literackich i momentami filmowych. Podzielonych, a co mi tam, według kategorii Władimira Proppa (drakaina, macham do ciebie!); a wewnątrz kategorii kolejność alfabetyczna. Nie będzie tu dziś, niestety, ukochanych postaci mitycznych ani bohaterów literatury antycznej (sorry, ośle!)
PS. To nie jest zbyt ortodoksyjne podejście do św. Proppa...


 

*****uwaga spoilery!*****

 

I. Bohaterowie (czyli te niewinne, albo trochę mniej niewinne, owieczki, co to mają wykonywać swoje zadania):

* Alec Campion [Ellen Kushner, Delia Sherman, cykl Riverside]: jest poniżej, więc nie będę się powtarzać. Zabawne, bo w Swordpoint Alec wydaje się raczej pomocnikiem (wobec Richarda jako bohatera), ale potem stanowczo wychodzi na plan pierwszy. Ulubiona broń: świecznik.

* Daetrin Ungashak To-Alym Haal [C. S. Friedman, The Madness Season], który urodził się w Aleksandrii Hypatii, a dożył podboju Ziemi przez Obcych, chciał być człowiekiem, a był wampirem, nie chciał być bohaterem, a musiał, i nie zamierzał ratować swoich śmiertelnych wrogów i przyspieszać ich ewolucji, a tak wyszło.

* Edmund Dantes, hrabia Monte Christo [Alexandre Dumas, Hrabia Monte Christo]: moja ulubiona popkulturowa przeróbka mrocznego bajronicznego bohatera. Wszystko może, wszystko umie i do tego wybiera odpowiednią kobietę.

* Felix Harrowgate [Sarah Monette, The Doctrine of the Labyrinths]: antypatyczna i histeryczna paskuda, śliczna jak z obrazka i zdolna jak cholera, w wiecznym poszukiwaniu zdrowia psychicznego; człowiek chętnie by mu dokopał, ale jakoś żal, no i trochę strach ryzykować...

* Luke Skywalker [Gwiezdne wojny]. No sorry, nie wyrzeknę się idola z wczesnego dzieciństwa, to by było jak przejście na Ciemną Stronę Mocy!



II. Księżniczki (po poślubieniu których teoretycznie zostaje się carem)

* Anzha lyu Mitethe [C. S. Friedman, In Conquest Born], księżniczka pierwszej klasy! Telepatka, generał, frustratka, geniusz, potwór, ofiara. Zatar, jej wróg i jedyny człowiek, który ją rozumiał, co prawda jej nie poślubił, w związku z czym zamiast carem (którym w sumie już był...) został tylko pierwszym w swojej kulturze telepatą, co mu przyniosło mniej więcej tyle szczęścia, ile tytuł carewny księżniczce Anastazji Romanowej.

* Alixana [Guy Gavriel Kay, The Sarantine Mosaic]: nie przyszło by mi do głowy, że się przywiążę do postaci wystylizowanej na kogoś z rodziny Justyniana. Ale fantasy ma tak niewiele dobrych postaci kobiet (nie dziewcząt! nie nastolatek! i nie mądrych babć! Dojrzałych kobiet!)... a ta jest więcej, niż dobra. Większą zdradą wobec siebie samej jest tylko fakt, że w sumie na tej samej liście w innym miejscu powinien znaleźć się mąż tejże, wzorowany na samym Justynianie...

* Hermiona Granger [J. K. Rowling, Harry Potter]; miało jej nie być, ale jest. Ta byłaby w stanie nawet z największej ofiary zrobić cara.


III. Pomocnicy (czasami ważniejsi od bohaterów); mogą tu też być donatorzy, ci od mieczy z jeziora i mithrilowych kolczug


* Alia Atryda [F. Herbert, Diuna i tak dalej], księżniczka z urodzenia, ale nie z funkcji. Nieodrodna córeczka mamusi i nieodrodna wnuczka dziadka, niestety.

* Anthony J. Crowley [Neil Gaiman & Terry Pratchett, The Good Omens], zmanierowany diabeł, który nie chce apokalipsy, gubi Antychrysta i walczy z dawnymi kolegami na wodę święconą. Do tego słucha Queen i mieszka w designerskim mieszkaniu; czasem urządza procesy pokazowe kwiatkom doniczkowym.


* Gerald Tarrant [C. S. Friedman, The Coldfire Trilogy], nie bohater właśnie, choć postać w powieści przytłaczająca wszystkie inne. Do zakochania. Just so.

* Jerrot Blyth [Dorothy Dunnett, The Lymond Chronicles]: u Dunnett, tak jak u Carey, w mojej opinii bohater drugoplanowy wygrywa z głównym. Nie żebym miała coś przeciwko Francisowi Lymondowi, protagoniście cyklu; pewnie jeszcze o nim osobno napiszę. Jego przyjaciel i później, przez czas jakiś, szwagier, Jerrot, natomiast ma dokładnie tę mieszankę naiwności, porywczości, lojalności i tragizmu, która mnie nieodmienie wzrusza.


* Luna Lovegood [J. K. Rowling, Harry Potter], zawsze obok rzeczywistości, a zarazem z darem pozwalającym postrzegać ją bystrzej i rozumieć lepiej niż ktokolwiek. No i za sposób wprawiania ludzi w zmieszanie.

* Osioł [Shrek], bo przy nim nawet ja jestem małomówna.

* Lucius Tadius da Lucca [J. Carey, Kushiel's Scion]: tym razem postać mocno poboczna, w całym cyklu wręcz epizodyczna; niestety, nic nie poradzę na to, że Lucjusz wydawał mi się lepszą parą (niekoniecznie w romantycznym sensie, choć on sam pewnie nie miałby nic przeciwko!) do Imriela, głównego bohatera, niż którakolwiek z księżniczek, z którymi tenże powinien się ożenić. Lubię Carey, ale, charakterystycznie, jej epizodyczny i stosunkowo nie-nadludzki bohater wzbudził we mnie więcej sympatii niż jej główne, Wybrane postacie..

* Therem Estraven [Ursula K. Le Guin, The Left Hand of Darkness], najbardziej skomplikowany ze skomplikowanych bohaterów La Guin; nic, od jego płci aż po motywacje, nie jest jasne, poza faktem, że ta nie-ludzka osoba jest jedną z najlepiej psychologicznie skonstruowanych postaci w całej fantastyce.



IV. Osoba wysyłająca, czyli ten, przez kogo w sumie te wszystkie kłopoty

* Gandalf [J. R. R. Tolkien, The Lord of the Rings], i niestety, wysiłki Yeskowa [Ostatni władca...] i Carey [The Sundering] mające na celu przekonanie mnie, że mamy do czynienia z arcymanipulatorem, a nie z dobroczyńcą, nic nie dały.

* John Uiskglass, The Raven King [Susanna Clarke, Jonathan Strange & Mr. Norrell]: w sumie chyba powinien być w tej kategorii, bo to przez niego i Strange, i Norrell zostali magami. Ludzkie dziecko wychowane w Faery i idea Romantyzmu wcielone w osobę w jednym. Poza dobrem i złem.


V. Przeciwnicy, vel czarne charaktery i przeszkadzacze

* pp. Croup i Vandemar [N. Gaiman, Neverwhere]: Złych nie będzie tu zbyt wielu. Ja tam jestem porządny czytelnik, grzecznie słuchający autorów i wierzący w to, co mu mówią. Nie będzie na tej liście Lecterów ani Alienów, Milady de Winter ani Azji Tuhajbejowicza; wolę Skywalkerów od Imperatorów. Czasami jednak nie można się nie zachwycić tym, jak radośnie, bezinteresownie zły może być ten Zły. I to jest właśnie ten idealny przykład.


VI. Uwagi:

Na pewno o kimś zapomniałam. W porównaniu z poprzednią moją listą doszło parę nowych osób, wyleciała jedna, niegdyś bardzo ukochana: Ender Wiggin z powieści Carda. Niestety. Nie zamierzam mieć na swojej liście kogoś, kto jest spokrewniony z bohaterami opowiadania Chłopiec z Polski.

czwartek, 31 stycznia 2008

Dziś będzie o postaciach przeze mnie znienawidzonych, i to znienawidzonych nawet bardziej, niż tomboys i niż super-macho-mężczyźni i niż polskie kobiety z komedii romantycznych, a mianowicie o ofiarach losu, vel mimozach, vel słoneczkach ukochanych. Przeze mnie znienawidzonych, podkreślam; poniższe uwagi mają charakter całkowicie subiektywny!

Ostrzeżenie: Uwaga na spojlery (Jacqueline Carey, Lynn Flewelling, Mercedes Lackey, Dorothy Dunnett); o spojlerach do Krzyżaków miłosiernie nie wspomnę.


 

Słoneczko vel mimoza (określenie moje prywatne) cechuje się tym, że jest naj. Najdelikatniejsza. Najwrażliwsza. Najsubtelniejsza. I najbardziej przez los pokrzywdzona. Jeżeli zaczynacie czytać powieść i pojawia się postać, co to wszystkim wydawała się małym dzieckiem, ale zarazem przecudnym jakby jakowaś figurka z kościoła albo z jasełeczek, kruchym i delikatnym, a do tego wszyscy się w nią wpatrują, jakby zgoła anioł z niej był; jeżeli oważ ma przy tym głosik srebrny, a włoski puszczone po ramionach, a do tego wcześnie straciła matkę - podejrzewajcie najgorsze.
Problem z mimozą nie polega na tym, że jest idealna jak Mary Sue; problem, dla mnie, polega na tym, że takie postacie są przy tym w masochistyczny sposób wiecznie przez autorów unieszczęśliwiane: spadają na nie wszelkie niezasłużone nieszczęścia, a one - gwałcone, bite, głodzone, dręczone, sprzedawane w niewolę, prześladowane - mają wyciskać czytelnikowi wiadra łez z oczu. Oto uciśniona niewinność; oto prześladowana cnota; oto sama czystość, w brudzie wszelkim wytarzana, a wciąż niewinna, wciąż czysta, nieskalana i doskonała, gotowa wybaczać wrogom i okazywać miłosierdzie oprawcom. Ledwie z jednego się nieszczęścia otrząsnęła, już popada w następne, wciąż czekając, aż zjawi się rycerz na białym koniu (albo Anioł Pański) i mimozę uratuje albo duszyczkę do nieba zabierze. Jej biografia to kiczowaty oleodruk, spsiała wersja żywotu wczesnochrześcijańskiej męczennicy. Przy pomocy takiej postaci autor może łatwo uprawiać psychologiczną manipulację: no jak to, czytelniku, nie uwierzysz w te idee, które chcę ci przekazać? Jak możesz? Przecież to w imię tych idei to słodkie, niewinne stworzenie cierpi! Autor może też wyżyć swoje własne sadystyczne upodobania, długo i z lubością opisując, jak to Żli Ludzie (albo Złe Potwory) niewinną mimozę dręczyli - a czytelnik, chcąc nie chcąc, w tym sadystycznym seansie uczestniczy (chyba że rzuci książką w cholerę, jak ja przy pierwszej lekturze The Persian Boy Renault). Pewnie są czytelnicy, którzy mimozom współczują (zważywszy, ilu fanów ma necie Bagoas, jest ich całkiem sporo), ale ja nie cierpię być w ten sposób manipulowana i z jednej strony zmuszana do współczucia ofierze, z drugiej - obdarowana okazją podglądania działań kata. Z mimozami jest trochę jak z barokowymi opisami mąk piekielnych: z jednej strony mają straszyć, z drugiej - dają dreszczyk uczestnictwa w czymś zakazanym i pozwalają bezpiecznie, bo w ramach powszechnie akceptowanej moralności, zadowalać własne sadystyczne fantazje... I to nie jest tak, że nie współczuję bohaterom, nawet tym, ktorych los (i autorzy) prześladują ponad ludzką miarę. Strasznie, ale to strasznie mnie wzruszył los Lydii van Broedevoort u Sapkowskiego czy Dianory w Tiganie Kaya; z postaci sienkiewiczowskich mogę współczuć (nielubianej, skądinąd!) Helenie Kurcewiczównie, bo ta przynajmniej jest w jakiś sposób żywą, działającą bohaterką; ale nie mogę Danuśce, stworzonej (przez p. Autora), by cierpieć.  

Mistrzem tworzenia takich postaci był Sienkiewicz - te pierwsze cytaty są, oczywiście, z Krzyżaków. Opis Danuśki w ostatnich dniach życia, miotającej się, wykrzykującej boję się, powtarzającej Zabrali mi też luteńkę i o mur rozbili - hej!, a na koniec jęczącej kwiecie pachnie, to dla mnie osobiście szczyt ckliwego, pretensjonalnego i podszytego dość obrzydliwym sadyzmem kiczu. Oprócz Danuśki można by tu wymienić jeszcze i pannę Nowowiejską, porwaną przez Tatarów, a i Ligię, w której przypadku zostaje nam przynajmniej oszczędzone oglądanie jej męczeńskiej śmierci lub dożywotniej udręki, bo ta akurat kończy szczęśliwie zamężna. Ale Sienkiewicz nie był jedyny, oj nie: i w fantastyce, i w ogóle w powieści popularnej mimoza zakorzeniła się i rozpleniła obficie. Przed Sienkiewiczem był Dumas - w końcu stuprocentową mimozą jest Mercedes z Hrabiego Monte Christo, która straciła ukochanego, wyszła bez miłości za mąż, z ubogiej cyganki została wielką damą, dowiedziała się o moralnym upadku męża, przeżyła jego śmierć, stratę niewinnego ukochanego syna i straszliwą samotność (a ja zacierałam ręce, kiedy Dumas kazał Dantesowi wybrać Haydee i klęłam za każdym razem, kiedy filmowcy go w tym względzie poprawiali). Jeszcze przed Dumasem był Matthew Gregory Lewis, każący swemu upadłemu i ogarniętemu szatańską żądzą Mnichowi nastawać na cześć i cnotę niewinnej dzieweczki Antonii, skądinąd wlasnej siostry. Antonia, wcielenie wszelkich cnót, zostaje w końcu zgwałcona i zamordowana, a czytelnik ma ponure wrażenie, że autor rozkoszował się opisywaniem - w długiej, wielosłownej scenie - jej straszliwych cierpień. Zresztą w powieści gotyckiej takie bohaterki pojawiają się często i chwała siostrom Brönte za to, że w ich wersji powieści romantycznej inspirowanej gotykiem wszelkie Katarzyny Linton i Jane Eyre straciły tę mimozowatą bezradność!

Jeżeli jest coś gorszego od mimozy w wersji kobiecej, to jest to mimoza-młodzieniec, wyposażony w tę samą słodycz i delikatność i równie podatny na wszelkie nieszczęścia; często przy tym ma taka męska mimoza wyraźny podtekst efebowato-homoerotyczny. Podtekst mi w sobie nie przeszkadza (vide Imriel de la Courcel z powieści Carey, który się do tego typu dosyć zbliża, a którego zdecydowanie lubię), ale w połączeniu z mimozowatością stanowi mieszankę wybuchową, bo zabarwia cierpienia mimozy jeszcze mocniejszym masochizmem, i to erotycznie motywowanym. Momentami zbliża się do tego typu Louis z Wywiadu z wampirem, ale są też przykłady bardziej charakterystyczne. Oto kilka z nich, podobnie jak wyż. wym. zaczerpniętych z fantastyki.
Na początek - Alec z Kerry, słodkie i niewinne słoneczko z powieści Lynn Flewelling, niewinnie wrzucone do lochu i uratowane przez dzielnego maga geja, a potem prześladowane przez złych ludzi i magów (mimoza skrzyżowana z Mary Sue; ten przynajmniej kończy znajdując kochanka-elfa, wyż. wym. maga znaczy, i sens życia przy okazji). Po drugie - Alcuin, przybrany brat Phèdre no Delauney z powieści Jacqueline Carey, kruchy, platynowowłosy i egzotyczny, który z miłości do mistrza poświęci się i nawet pójdzie do łóżka z kobietą (ten zginie zamordowany). Vanyel Ashkevron wreszcie, wiecznie nieszczęśliwa ofiara homofobii i Losu pozbawiającego go kolejnych ukochanych osób (koniec: ofiara z własnego życia).
Nie jest mimozą tego typu Alec Campion, choć Kushner momentami bawi się tym stereotypem, najbardziej w scenie, kiedy Alec wraca uwolniony z niewoli u złego-złego-złego Lorda Horna i nie chce się przyznać, co mu się stało (a Horn wymusił na nim nie seks, a przyznanie się do własnej prawdziwej tożsamości). Różnica jest taka, że Alec nie jest kruchy i bezradny i nie potrzebuje rycerza na białym koniu, który go ocali: sam potrafi być dostatecznie wredny i złośliwy dla otoczenia. Nie jest też mimozą Felix Harrowogate z cyklu Sary Monette o labiryntach: choć jest śliczny, miał trudne dzieciństwo i jeszcze trudniejszą młodość, a przy tym woli mężczyzn, ma do tego charakter z piekła rodem, sporo własnej inicjatywy, a i o bycie ikoną cnót trudno go posądzić. Ciekawą grą z konceptem mimozy jest Joleta Reid Mallet u Dorothy Dunnett: na pozór niewinna, cudownie piękna i co rusz to przez los krzywdzona nastolatka, a w rzeczywistości - bezduszny, sadystyczny potwór.
Modelową mimozą jest za to Bagoas Mary Renault, opisany poniżej i wciąż zajmujący zaszczytne pierwsze miejsce na liście moich znienawidzonych bohaterów literackich.

PS. O ile pamiętam, bodaj Jonathan Carroll (cytowany przez Kinga w Dance macabre?) wspominał, że powinien być specjalny krąg piekła dla pisarzy, którzy nadmiernie i bez potrzeby torturują swoich bohaterów...



 
1 , 2
| < Maj 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        
O autorze
Zakładki:
Autorzy
Blogi
Miejsca: różne
Omnia mea
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...