Kanon

wtorek, 09 września 2014

Ann Leckie, Ancillary Justice, Orbit Books 2013

 

 

Spojlery, ALE TYLKO TE PODSTAWOWE, JAK PODEJRZEWAM - staram się nie zdradzać kluczowych rozwiązań i przebiegu akcji

 


 


 

A tak. Książka z 2013 w kategorii "Kanon". Bo wygrała, co było do wygrania: Hugo, Nebulę, Locusa, BSFA Awards i nagrodę Clarke'a.

I wiecie co? Ani trochę się nie dziwię.

 

Rusty i Fabulitas zaintrygowały mnie tą książką na tyle, że po nią sięgnęłam (OK, gdyby nie one, może bym sięgnęła przez ten deszcz nagród, ale pewnie nieprędko, stosik pt. "Do przeczytania" mam imponująco frustrujący); dzięki Rusty dorwałam się w końcu do egzemplarza powieści i przeczytałam w dwa dni (a byłoby szybciej, gdyby nie Nieplanowana Całodniowa Wyprawa Do Pracy...). I powiem szczerze, jestem pod ogromnym, ogromnym wrażeniem.  

 

To jest powieść, za jakimi w fantastyce tęsknię: literatura, nie tylko opowiedziana historyjka. Leckie bardzo efektownie eksperymentuje w Ancillary Justice z narracją. Z jednej strony pozostaje w konkretnej tradycji, nie wpada w stylistyczny czy językowy eksperyment, z drugiej - jej nietypowość, nawet w ramach gatunku, wyznacza fakt, że narratorem jest nie-człowiek, a nawet nie-istota-żywa. Leckie trochę tu kontynuuje, na moje luźne skojarzenie, coś, co LeGuin zrobiła w mojej ukochanej Lewej ręce ciemności, kiedy oddała głos Getheńczykowi i kazała mu/jej patrzeć na Ziemianina i go oceniać. Ta chłodna, dystansująca narracja pozwala uważnemu czytelnikowi zobaczyć Radch i jego podejście do podbojów i wojny lepiej, wyraźniej, niż gdyby autorka dała nam stronę za stroną emocjonalnych opisów mordu i przelewu krwi. Dwa krótkie passusy dość wcześnie w powieści: Breq opisująca, jak wygląda Valskaay i potem, parę rozdziałów później, wspomnienie o tym, że tego wszystkiego już nie ma - krótkie, nieemocjonalne, a jednocześnie impresyjne, malarskie niemal - zmroziły dorosłą-mnie co najmniej tak, jak parę dekad temu wczesnonastoletnią-mnie zmroziła pewna scena w pewnym filmie, obejmująca Gwiazdę Śmierci i Alderaan... To, że Breq jest z jednej strony (przynajmniej póki jest Justice of Toren) wszechwiedząca i wszechobecna, że zna każdy fizjologiczny detal i może w każdej chwili obserwować swoich oficerów, a z drugiej - że będąc tym, czym jest, nie zawsze tak naprawdę pojmuje, czemu i po co i z jakiego powodu ktoś coś czuje, robi, decyduje się na coś - to wszystko sprawia, że jest ona fascynująca jako narratorka. 

Leckie jest przy tym pisarką szalenie sprawną (aż trudno uwierzyć, że to debiutancka powieść!) i potrafi posługiwać się sztuczkami uzależniającymi czytelnika od lektury - jak w przypadku ostatniego zdania rozdziału 9, które zapowiada wyjaśnienie motywacji bohaterki - wyjaśnienie, na które bardzo czekamy; autorka w 10 przeskakuje do drugiego planu akcji, 11 zaczyna od powrotu do ostatniego zdania 9, nic jednak czytelnikowi nie wyjaśniając (nie chcę spojlować, ale to jest coś w rodzaju - rozdział 9, ostatnie zdanie: 'Zaczęłam wyjaśniać, czemu mam taki plan'. Rozdział 11, pierwsze: "No więc powiedziałam i zajęło mi to dużo czasu"). A takich zagadek jest więcej. Dlaczego narrator/ka-statek kłamie tutejszemu Imperatorowi w kwestii tego, kiedy ją ostatnio odwiedził? Zdanie Justice of Toren, when did I last visit you? powtarza się kilkakrotnie; za każdym razem Breq/One Esk odpowiada fałszywie, zazwyczaj nie wie, czemu; a my też nie wiemy i nie możemy, och, jak ja nie mogłam doczekać się tej prawdziwej odpowiedzi.


Ten narracyjny eksperyment pozwala też Leckie, paradoksalnie, na pogłębienie charakterystyki postaci. I nie chodzi tu tylko o niepewność go do ich płci. Owszem, to jest ciekawy i efektowny zabieg, mnie akurat się podobał: serio i szczerze, poza Seivardenem (w przypadku którego jego męską identyfikację potwierdza doktor Strigan) nie jestem do końca pewna płci żadnej z postaci w powieści. I dobrze: takie ewidentnie było założenie Leckie. Na poziomie konstrukcji świata jest to jak najbardziej wytłumaczalne - dla wielu współczesnych kultur zachodnich domyślną płcią przy np. ogólnych stwierdzeniach jest "on" (1), tu autorka chciała inaczej -  nie po to, jak sądzę, żeby się tylko pobawić w politycznie poprawny eksperyment literacki. Leckie robi to, podejrzewam, żeby nas wytrącić z czytelniczej pewności, z automatycznej lektury. Zazwyczaj przecież, jak jest powiedziane - doprecyzowane - "ona", zakładamy, że na pewno chodzi o kobietę. No niekoniecznie, nie tutaj: przez sporą część pierwszych rozdziałów widziałam Seivardena jako plus minus Adelaidę Brook z Waters of Mars po załamaniu nerwowym, bo założyłam, że skoro jest she w języku, to musi być i she w realu... Zarazem ten zabieg służy, efektownie, do budowania obcości - obcości Radchaai w stosunku do nas, czytelników, ale i obcości narrator-a/-ki wobec kultur, tych nie-Radch, wśród których usiłuje się ukryć, nie zdradzając swojego pochodzenia i tego, kim jest.

Przy pomocy tego samego zabiegu - widzimy bohaterów oczyma Breq, a to znaczy, że widzimy ich w specyficznym i mocno krzywym zwierciadle - autorka komplikuje i różnicuje charakterystyki postaci. Specyficzny ogląd Breq sprawia, że pewne cechy postaci, ich stosunek do samej Breq/One Esk musimy doczytać między wierszami i się ich domyślić, nie mamy danych wprost i w oczywisty sposób. Opisani wprost, w trzecioosobowej narracji, Awn i Seivarden wydaliby się oczywiści: jedno z awansu społecznego, wrażliwe, ambitne i dumne, ale sprawiedliwe wobec tych, którymi zarządza, i godne zaufania; drugie pyszne, gwałtowne, odważne, ugruntowane we własnej klasowej i rodowej wyższości i nie mogące znieść jej utraty, cierpiące, ale gotowe na poświęcenia i jakoś tam, dziwacznie, lojalne. Widzimy ich jednak oczyma Breq: w czynnościach i zachowaniach, w krótkich migawkach; znacznie trudniej nam ich poznać, znacznie trudniej uchwycić ich charaktery, zobaczyć rozwój. Nie od razu też widać coś, co w mniej więcej w połowie powieści wydaje się oczywiste: że Breq kocha jedno z nich. I, tak po prawdzie, trudno się dziwić, bo jako czytelnik mam wrażenie, że za swój upór, lojalność i wewnętrzną uczciwość ta postać na całą tę miłość  - Breq i czytelnika - zasługuje. Ta miłość i szacunek sygnalizowane są delikatnymi, subtelnymi podpowiedziami - uwagą, że są tacy oficerowie, których ich statek nie kocha, z implikacją, że są i inni, obserwacjami Breq o reakcjach One Esk, o jej emocjach. No, i nie widać, aż niemal do końca, co łączy Breq z tą drugą osobą - ale tego nawet sama Breq nie widzi i nie pojmuje.

Ale i sama Breq jako postać jest fascynująca. Jest przecież czystym paradoksem - widzimy jednocześnie rozwój i rezultat rozwoju kogoś, kto rozwijać się i zmieniać z definicji nie powinien; widzimy, jak z wielości kształtuje się jednostkowość, indywidualność. One Esk, która kocha muzykę; i która uczy się kłamać; Breq, która poświęca lata, lata, na coś tak bardzo ludzkiego, jak zemsta. Dwoistość i jednostkowość, rozpad i kształtowanie się osobowości wydają się zresztą jednym z kluczowych motywów powieści Leckie. I bardzo bym się chętnie o tym rozpisała, ale nie teraz, nie teraz, bo... nie.

Spoiler, do podświetlenia jakby kto chciał: z

Zastanawiam się, w jakim stopniu historię emancypowania się ancillaries - One Esk i jej zamiłowania i emocje, rozpad osobowości Anaander Miaanai - da się czytać jako pewnego rodzaju metaforę emancypacji w ogóle, uwalniania się z niewoli. Summa summarum, mówimy tu przecież o końcu bardzo radykalnie rozumianego niewolnictwa - to jest więcej niż zyskująca świadomość maszyna, to jest przemocą pozbawiona własnej osobowości ludzka istota tę osobowość odzyskująca....Nie chodzi oczywiście o to, że Lec kie pisze metaforę - raczej o pewnego rodzaju inspirację, model dla tej konkretnej idei w świecie powieści. 

 

W kreacji świata Leckie wydaje się zainspirowana między innymi dziejami i kulturą Rzymu - i to głęboko przemyślanymi i zrozumianymi. Tu jest zdecydowanie więcej niż tylko legiony i imperializm. Rzymski jest sposób i myślenia o podboju - na początku niewyobrażalnie krwawo, choć zawsze pragmatycznie, potem - jak najszybciej trzeba zasymilować lokalne elity i włączyć je w struktury władzy, tak, żeby zaznały, jak dobrze być Radchaai. Rzymska jest religia z jej inkluzywnością (i baaaardzo opornym i powolnym, patrz Rzymianie i Żydzi, przyswajaniem sobie idei, że ktoś może być mniej więcej monoteistą). Rzymskie, wreszcie, jest specyficznie zorganizowane społeczeństwo, z rozbudowanym hierarchicznym systemem kliencko-patronalnym, z kluczową rolą rodu i z poczuciem, że tylko bycie Radchaai oznacza bycie cywilizowanym. Zarazem Radch nie jest tylko automatycznym przeniesieniem Rzymu. Pewne motywy i koncepcje, jak choćby głęboko zakorzeniona klasowa hierarchia oparta na pochodzeniu i na roli, jaka odgrywa dany ród, wydają się - choć teoretycznie dałyby się odnieść do rzymskich realiów - bliższe temu drugiemu imperium par excellence: wiktoriańskiej Anglii z całym sformalizowaniem jej relacji społecznych i bagażem kolonialnych i klasowych uprzedzeń. Tam jest ten jadowity dialog o zdegradowanej, summa summarum, porucznik Awn, w wykonaniu kole-gów/żanek z załogi:

'She doesn’t have breeding' (...) 'Her parents are cooks,' Lieutenant Issaaia continued. 'I’m sure they’re excellent at what they do. I’m sure she would manage a kitchen admirably. (...) I can only imagine how difficult it must be, to be bred to be a servant and instead of taking an assignment that truly suits, to be thrust into a position of such authority. Not everyone is cut out to be an officer'.

Przy całym istnieniu skomplikowanych hierarchii i stratyfikacji społecznych w Rzymie - ten akurat argument, to myślenie zajeżdża mi na kilometr wiktoriańską mentalnością. Do tego co najmniej parę motywów ma swoje źródła w imperium chińskim - część mentalności, wróżby, idea przeznaczenia... Wszystko to jest przy tym wpisane w efektowną i pomysłową wizję rodem z SF. Gatunkowo - paradoksalnie, przy jej psychologicznym skomplikowaniu - powieść Leckie najbliżej bodaj do space opery. Leckie nie szafuje pomysłami, nie zarzuca czytelnika milionem gadżetów i pomysłów na świat przyszłości (co ja, owszem, lubię, ale czego brak mi absolutnie nie przeszkadza, to nie jest zarzut), niemniej wyposaża stworzony przez siebie świat w dostateczną ilość technicznych i - powiedzmy - społecznych wynalazków, żeby świat, który kreuje, wydawał się czytelnikowi fascynująco obcy i par excellence fantastyczny. Przy tym jeszcze, żeby dodatkowo namieszać, fabuła jako taka ma w zasadzie awanturniczo-kryminalny niemalże charakter. Jej główną sprężyną są z jednej strony polityczne intrygi na imperialną skalę, z drugiej - stara, dobra, ciągle IMHO najlepsza jako motywacja postaci w tym konkretnym gatunku opowieści: zemsta, osobista, emocjonalnie motywowana zemsta za coś, co się stało dawno, dawno temu, co zrobił bohater, co mu zrobiono; a wszystko to nieoczywiste, skomplikowane (jak się ma One Esk do Justice of Toren? Jak, tak naprawdę, ocenić bizantyjskie intrygi skupione wokół władcy i ich ewentualne znaczenie dla świata i ludzi - całego świata, całej ludzkości, nie tylko Radch?). Do tego jeszcze dochodzi fakt, że po tysiącu lat nawet tradycyjne imperium nie będzie takie samo (och, jak się tu Leckie sprytnie wywinęła z pułapki niezmienności kultury, w którą pisarze tak często wpadają!) - i mamy świat niejednoznaczny, nieoczywisty, a jednocześnie - barwny i na tyle szczegółowo opisany, żeby czytelnikowi zapaść w pamięć.

 

I wiecie czemu jeszcze w kategorii "Kanon"? Bo podejrzewam, że już w nim zostanie. Och, jaka to jest dobra książka.



(1) Mam na myśli częste zdania w rodzaju "Instrukcja: w przypadku pożaru powinieneś zachować spokój" czy "A doctor must do his duty"). Tak, wiem, że to się zmienia, ale od wcale nie tak dawna.

PS. Tytuł by fabulitas, dzięki :)

piątek, 21 grudnia 2012

....którego nie było.


 http://www.elfwood.com/art/l/i/linnc/goodomens_winter1.jpg.html

 

Ta powieść zasłużyła sobie u mnie na własny, solidnie analityczny wpis. Na porządne rozpracowanie jej związków z indywidualną twórczością obu autorów, na analizę upakowanych w tej niezwykle, jak dla mnie, zabawnej formie aluzji i dwuznaczników, na przyjrzenie się zarówno postaciom obu protagonistów, jak i - przede wszystkim - Adama, na zachwyt konceptem, że nawet mały synek Szatana wychowany wśród Anglików wyrośnie na Anglika.

No ale, nie ma czasu. Koniec świata. Może innym razem.

Dzisiaj tylko trailer, w pięciu aktach z prologiem i epilogiem, słowami autorów.

I ze SPOJLERAMI, gdzie się tylko da. I nie zawsze po kolei. A, i nie po polsku, nie cierpię polskiego tłumaczenia.


PROLOG

 

Dawno, dawno temu w odległym rajskim ogrodzie...

"I'm sorry," he [anioł] said politely. "What was it you were saying?" (...)
"I think it was a bit of an overreaction, to be honest," said the serpent. "I mean, first offense and everything. I can't see what's so bad about knowing the difference between good and evil, anyway."

 

Tymczasem w niebiesiech:

God moves in extremely mysterious, not to say, circuitous ways. God does not play dice with the universe; He plays an ineffable game of His own devising, which might be compared, from the perspective of any of the other players*, to being involved in an obscure and complex version of poker in a pitch-dark room, with blank cards, for infinite stakes, with a Dealer who won't tell you the rules, and who smiles all the time.
* ie., everybody.  

 

AKT I

Diabeł i Anioł rezydują  na Ziemi od tysiącleci:

 

Many people, meeting Aziraphale [anioł] for the first time, formed three impressions: that he was English, that he was intelligent, and that he was gayer than a tree full of monkeys on nitrous oxide.

 

[Crowley, diabeł] rather liked people. It was a major failing in a demon.
Oh, he did his best to make their short lives miserable, because that was his job, but nothing he could think up was half as bad as the stuff they thought up themselves. They seemed to have a talent for it. It was built into the design, somehow. They were born into a world that was against them in a thousand little ways, and then devoted most of their energies to making it worse.

 

I nie za bardzo mają ochotę na koniec świata:

"Just you think about it," said Crowley relentlessly. "You know what eternity is? You know what eternity is? I mean, d'you know what eternity is? There's this big mountain, see, a mile high, at the end of the universe, and once every thousand years there's this little bird-"
"What little bird?" said Aziraphale suspiciously.
"This little bird I'm talking about. And every thousand years-"
"The same bird every thousand years?"
Crowley hesitated. "Yeah," he said.
"Bloody ancient bird, then."
"Okay. And every thousand years this bird flies-"
"-limps-"
"flies all the way to this mountain and sharpens its beak-"
"Hold on. You can't do that. Between here and the end of the universe there's loads of-" The angel waved a hand expansively, if a little unsteadily. "Loads of buggerall, dear boy."
"But it gets there anyway," Crowley persevered.
"How?"
"It doesn't matter!"
"It could use a space ship," said the angel.
Crowley subsided a bit. "Yeah," he said. "If you like. Anyway, this bird-"
"Only it is the end of the universe we're talking about," said Aziraphale. "So it'd have to be one of those space ships where your de­scendants are the ones who get out at the other end. You have to tell your descendants, you say, When you get to the Mountain, you've got to-" He hesitated. "What have they got to do?"
"Sharpen its beak on the mountain," said Crowley. "And then it flies back-"
"-in the space ship-"
"And after a thousand years it goes and does it all again," said Crowley quickly.
There was a moment of drunken silence,
"Seems a lot of effort just to sharpen a beak," mused Aziraphale.
"Listen," said Crowley urgently, "the point is that when the bird has worn the mountain down to nothing, right, then-"
Aziraphale opened his mouth. Crowley just knew he was going to make some point about the relative hardness of birds' beaks and granite mountains, and plunged on quickly.
 "-then you still won't have finished watching The Sound of Music."
Aziraphale froze.
"And you'll enjoy it," Crowley said relentlessly. "You really will."

 

Jednakowoż, niezależnie od ich życzeń, Antychryst się rodzi [w rodzinie ambasadora USA w UK, jakżeby inaczej] i pod nadzorem zakonnic-satanistek.


Sister Mary headed through the night-time hospital with the Adversary, Destroyer of Kings, Angel of the Bottomless Pit, Great Beast that is called Dragon, Prince of This World, Father of Lies, Spawn of Satan and Lord of Darkness safely in her arms. She found a bassinet and laid him down in it. He gurgled. She gave him a tickle.

 

Imię dostaje, o dziwo... cóż, znaczące, choć dość przypadkowo.

 

He stared down at the golden curls of the Adversary, Destroyer of Kings, Angel of the Bottomless Pit, Great Beast that is called Dragon, Prince of This World, Father of Lies, Spawn of Satan, and Lord of Darkness.
"You know," he concluded, after a while, "I think he actually looks like an Adam." 

Po czym - wait for it - zostaje podmieniony za brytyjskie niemowlę.

 

AKT II

Pojawia się ogar piekielny (nie, nie ten).

"And I'll call him . . ." said his Master's voice. "I'll call him . . ."
"Yes?" said the girl. "What're you goin' to call it?"
The hound waited. This was the moment. The Naming. This would give it its propose, its function, its identity. Its eyes glowed a dull red, even though they were a lot closer to the ground, and it dribbled into the nettles.
"I'll call him Dog," said his Master, positively. "It saves a lot of trouble, a name like that."

 

Pomyłka w adresie dostawy ogara piekielnego uświadamia pp. C&A, że przez cały czas inwestowali w wychowanie niewłaściwego Antychrysta. W tzw. międzyczasie jedna z sióstr satanistek zmieniła plany życiowe.


She'd stopped reading the kind of women's magazine that talked about romance and knitting and started reading the kind of women's magazine that talked about orgasms, but apart from making a mental note to have one if ever the occasion presented itself she dismissed them as only romance and knitting in a new form. 


Antychryst rośnie w ukryciu na prowincji w UK. Ma nawet mrocznych towarzyszy (lat jedenaście, plus minus).


It didn't matter what the four had called their gang over the years, the frequent name changes usually being prompted by whatever Adam had happened to have read or viewed the previous day (the Adam Young Squad; Adam and Co.; The Hole-in-the-Chalk Gang; The Really Well-Known Four; The Legion of Really Super-Heroes; The Quarry Gang; The Secret Four; The Justice Society of Tadfield; The Galaxatrons; The Four Just Persons; The Rebels). Everyone else always referred to them darkly as Them, and eventually they did too.


Pojawia się czarownica.

 Anathema Device," said Anathema. "I'm an occultist, but that's just a hobby. I'm really a witch. Well done. You're half an hour late," she added, handing him a small sheet of cardboard, "so you'd better read this. It'll save a lot of time."


Pojawiają się także łowcy czarownic.

JOIN THE PROFESSIONALS. PART TIME ASSISTANT REQUIRED TO COMBAT THE FORCES OF DARKNESS. UNIFORM, BASIC TRAINING PROVIDED. FIELD PROMOTION CERTAIN. BE A MAN!

 

AKT III

Czterej Jeźdźcy Apokalipsy (plus czterej dodatkowi).

Death and Famine and War and Pollution continued biking toward Tadfield.
And Grievous Bodily Harm, Cruelty to Animals, Things Not Working Properly Even After You've Given Them A Good Thumping But Secretly No Alcohol Lager, and Really Cool People traveled with them.


 Kłopoty.


The Antichrist is alive on earth at this moment, Sergeant. He is bringing about Armageddon, the Day of Judgement, even if he himself does not know it. Heaven and Hell are both preparing for war, and it's all going to be very messy.

 

Czarownice i łowcy łączą, ahem, siły.

 

Courting is always difficult when the one being courted has an elderly female relative in the house; they tend to mutter or cackle or bum cigarettes or, in the worst cases, get out the family photograph album, an act of aggression in the sex war which ought to be banned by a Geneva Convention. It's much worse when the relative has been dead for three hundred years. 
 

AKT IV

Diabeł i Anioł usiłują Coś Zrobić. Nawet działając wbrew interesom swoich własnych mocodawców.

 

Do you know what this is?" asked Crowley. "This is a Sainsbury's plant mister, cheapest and most efficient plant mister in the world. It can squirt a fine spray of water into the air. Do I need to tell you what's in it? It can turn you into that, " he pointed to the mess on the carpet. "Now, go away."


Plany się nie udają.

Plan A had worked. Plan B had failed. Everything depended on Plan C, and there was one drawback to this: he had only ever planned as far as B.

 

Konfrontacja z siłami ciemności (i światła)

 

In one sense there was just clear air overhead. In another, stretching off to infinity, were the hosts of Heaven and Hell, wingtip to wingtip. If you looked really closely, and had been specially trained, you could tell the difference.

 

AKT V

 

Świat się kończy.

 

Beneath the thunders of the upper deep,as Aziraphale and Tenny­son both knew, Far, far beneath in the abyssal sea/The kraken sleepeth.
And now it was waking up.
Millions of tons of deep ocean ooze cascade off its flanks as it rises. "See," said the navigator. "'Three thousand meters already."
The kraken doesn't have eyes. There has never been anything for it to look at. But as it billows up through the icy waters it picks up the microwave noise of the sea, the sorrowing beeps and whistles of the whalesong.
"Er," said the navigator, "one thousand meters?"
The kraken is not amused.
"Five hundred meters?"
The factory ship rocks on the sudden swell.
"A hundred meters?"
There is a tiny metal thing above it. The kraken stirs.
And ten billion sushi dinners cry out for vengeance.

 

Tylko że nie.

 

"I just don't see why everyone and everything has to be burned up and everything," Adam said. "Millions of fish an' whales an' trees an', an' sheep and stuff. An' not even for anything important. Jus' to see who's got the best gang. It's like us an' the Johnsonites. But even if you win, you can't really beat the other side, because you don't really want to. I mean, not for good. You'll just start all over again. You'll just keep on sending people like these two," he pointed to Crowley and Aziraphale, "to mess people around. It's hard enough bein' people as it is, without other people coming and messin' you around."


 EPILOG

There never was an apple, in Adam's opinion, that wasn't worth the trouble you got into for eating it.

czwartek, 07 czerwca 2012

 

Umarł Ray Bradbury. Pisał od tak dawna, kojarzyłam jego nazwisko od tak niepamiętnych czasów, że wydawał się być tu od zawsze.


Źródło: wikipedia

 

Bradbury był pisarzem - jednym z niewielu - któremu udało się, w jednej książce, jednocześnie mnie estetycznie zachwycić, wzruszyć i autentycznie przerazić. Książką tą były Kroniki marsjańskie. Opowiadaniem, które mi (licealistce) uświadomiło, że fantastyki nie trzeba pisać zdaniami nierozwiniętymi i można poświęcić cały tekst na impresje, a jednocześnie sprawić, że czytelnik będzie miał sense of wonder jak z Kęt na Manhattan, było otwierające ten zbiór Rakietowe lato: mała scenka, opis raczej - a zarazem metafora zmiany, dziejącej się na oczach gotującej się do podboju kosmosu ludzkości, kiedy to gorąco rakietowych silników przynosi lato w sercu zimy. Wzruszył mnie i przejął opowiadaniami o Spenderze, człowieku, który chciał być ostatnim Marsjaninem. I przestraszył - a porównywalnie straszyli mnie tylko Poe (Maską śmierci szkarłatnej), Lovecraft (Kolorem z przestworzy) i James Cameron (Alienem) - opowiadaniem o trzeciej ekspedycji i o losie, jaki jej zgotowali Marsjanie.

I to jest coś - te emocje - co będę zawsze pamiętać. I za co zawsze będę autorowi wdzięczna.

I nie tylko ja.

wtorek, 29 listopada 2011

Anne McCaffrey, Crystal Singers, Severn House 1982

 

Kilka dni temu pożegnaliśmy Anne McCaffrey - pisarkę, której trudno Źródło: thereviewspage.comodmówić zasług i znaczenia dla fantastyki. McCaffrey nigdy nie należała do moich osobistych literackich fascynacji ani ulubionych autorów Jej książki czytywałam swego czasu z przyjemnością, ale bez zachwytu - dzisiaj jednak postanowiłam przypomnieć tę z jej powieści, którą - mimo jej wad - lubię najbardziej.

Pieśń kryształu, która - o ile pamiętam - swego czasu ukazała się w Polsce w Nowej Fantastyce (jeszcze przed wydaniem książkowym), to nie jest jakieś przełomowe dla gatunku dzieło ani porażające oryginalnością przetworzenie klasyki. Wręcz przeciwnie - powieść McCaffrey wspominam jako urocze czytadło, które może nie zmieniło moich czytelniczych horyzontów, ale zapewniło mi bardzo miłą rozrywkę na dwa-trzy wieczory. 

No bo OK, bohaterka - Killashandra Ree, która chciała być śpiewaczką w operze, a została śpiewaczką kryształu, wydobywającą, za bajońskie sumy i obietnicę (prawie) wiecznej młodości, rzadkie minerały na niebezpiecznej i kapryśnej planecie - jest może trochę za bardzo fantastyczna i super. Nazwanie jej Mary Sue byłoby o tyle obelżywe, że autorka - której osobiste problemy uniemożliwiły karierę muzyczną - raczej nie kryła autobiograficznych inspiracji swojej bohaterki. Niemniej, poza pierwszą sceną, kiedy Killa dowiaduje się, że drobna  niedoskonałość w wysokich rejestrach odbierze jej szansę na wymarzoną karierę i skaże na granie przez całe życie ról drugoplanowych, jej życie składa się z samych spektakularnych sukcesów. Killashandra dostaje się bez problemów do ballybrańskiej gildii, śpiewająco przechodzi transformację i dostosowanie do symbionta i zdobywa nie tylko zestaw najdroższych i najcenniejszych czarnych kryształów (co znacząco podbudowuje jej prestiż i powiększa stan konta), ale i miłość fascynującego i tajemniczego mistrza-przełożonego gildii... OK, jest to książeczka lekka, łatwa i przyjemna, w której rzeczy (jak pierwsze spotkanie Killashandry ze śpiewakiem kryształu) czasami dzieją się, bo tak chce autor, a nie dlatego, że to wynika z logiki fabuły. Niemniej jednak, McCaffrey udało się w tej powieści, mimo jej formularności i oczywistości niektórych rozwiązań, skonstruować - z klocków znanych od czasów Złotego Wieku SF - nastrojowy i intrygujący świat kryształowej planety, z jej groźną przyrodą i równie groźnym co dobroczynnym symbiontem, który przedłuża życie i młodość, ale może też przynieść szaleństwo, chorobę i straszną śmierć. Całkiem zabawnie też ogrywa w tej powieści autorka schematy i konwencje zachowania operowej diwy. Killashandra - zarówno na początku, w chwili swojej klęski, jak i w finale, w momencie triumfu - całkowicie świadomie ogrywa manieryzmy i zachowania, które osiemnasto- i zwłaszcza dziewiętnastowieczna literatura przypisywała wielkim gwiazdom opery. McCaffrey nie każe nam, tak naprawdę, wierzyć, że jej bohaterka jest w rzeczywistości tak kapryśna, niezrozumiała i humorzasta. Nie, ona raczej  pokazuje, jak umiejętnie i jak świadomie Killashandra korzysta z tych stereotypów i schematów w budowaniu swojego - a później także swojej gildii - publicznego wizerunku.

Że się powtórzę: arcydzieło żadne to nie jest. Niemniej, te piętnaście, plus minus, lat temu przeczytałam tę powieść po raz pierwszy ze sporą przyjemnością, a niedawno, z niemal równą przyjemnością, ją sobie odświeżyłam. Idzie zima: przydadzą się takie książki, sympatyczne i podnoszące na duchu, do czytania w fotelu przy kubku gorącej herbaty...

PS. Sequeli w sumie (poza paroma pierwszymi stronami Killashandry) nie czytałam, więc się nie wypowiadam :)

niedziela, 11 lipca 2010

Samuel R. Delany, Babel-17, ACE Books, New York 1987 (I wydanie 1966)

 

Kanon: Nebula 1966, nominacja do Hugo, miejsca na wszelkich możliwych listach klasyki SF, zarówno tych bardziej tradycyjnych, jak i skłaniających się ku awangardzie.

Dziwna jest ta książka. Na pozór jest w niej wszystko to, czego by się człowiek mógł po konwencjonalnej SF spodziewać. Spróbujmy tylko opowiedzieć sobie fabułę: trwa wielka galaktyczna wojna, jedna ze stron wynajmuje ekspertkę od odcyfrowywania kodów, żeby wydedukowała, jakim cudem wrogowi udaje się sabotować strategiczne cele.  Dalej mamy między innymi statki kosmiczne, ich załogi złożone z rozmaitego autoramentu wyrzutków i outsiderów, a do tego kosmiczną arystokrację, alienów, mutantówi wojnę w kosmosie, innymi słowy space operę na całego.

Taaa. Tylko że to jest space opera o hipotezie Sapira-Whorfa. Space opera, znaczy się, o językoznawstwie.

Kluczem do powieści Delany'ego jest mocna wersja wspomnianej hipotezy - założenie, że język kształtuje i zmienia rzeczywistość (sławne stwierdzenie, że to, czego nie umiemy nazwać, dla nas nie istnieje). Tak je st z Babel-17, językiem, który ma rozszyfrować główna bohaterka, kapitan Rydra Wong: przebudowuje on umysł, z jednej strony - wzmacniając pewne umiejętności i talenty jednostki, z drugiej - czyniąc tę samą jednostkę, bez jej woli, zdrajcą i sprawiając, że przechodzi ona na stronę projektantów tegoż języka. Dzisiaj już, o ile wiem, jeśli się tę hipotezę przyjmuje, to w jej mniej radykalnej wersji, ale dla fantastyki pozostaje ona ciągle fascynującym źródłem inspiracji - patrz choćby Snow Crash Neala Stephensona, gdzie problem relacji języka do rzecywistości także pozostaje w centrum zainteresowania autora. Delany porządnie odrobił pracę domową: jego rozw ażania lingwistyczne brzmią wiarygodnie i sensownie, a nietypowy koncept języka jako Wunderwaffe dodaje powieści oryginalności.

Delany przemyślał sobie także świat, który pokazuje - świat, który różni się od naszego i nie jest tylko prościutką ekstrapolacją w przyszłość takich czy innych współczesnych trendów. Delany stara się nie tylko wymyślić strukturę polityczno-militarną swojego świata (co akurat wychodzi dość konwencjonalnie), ale także specyfikę społeczeństwa. Stąd poligamiczne i niekoniecznie hetero małżeństwa, społeczności duchów, ożywianie zmarłych etc. - całkiem sporo pomysłów Delany'ego brzmi jak fantasy, choć autor wpisuje je w kontek st SF. Nie żeby zresztą Delany aż tak przejmował się naukową stroną swoich pomysłów - ze wszystkich nauk w tej akurat powieści najbardziej interesuje go lingwistyka.

To nie jest najławiejsza powieść w lekturze - Delany już wtedy bawił się językiem, eksperymentował z narracją (tu mamy przede wszystkim przeskoki z jednego punktu widzenia na drugi), nie bał się śmiałej metaforyki; próbował, innymi słowy, zbudować nowy styl dla nowej fantastyki. Udało mu się także bardzo zmyślnie uniknąć kilku pułapek, w które - wydawałoby się - musi wpaść. Swoją bohaterkę, Rydrę Wong, zrobił wielką poetką, po czym przytoczył jej teksty. Jak to się może skończyć, wiedzą wszyscy, którzy czytali cykl o Kanie Karla Edwarda Wagnera: ja do dziś otrząsam się na myśl o wierszach artysty-bohatera tam przytaczanych. Delany posłużył się natomiast wierszami swojej ówczesnej małżonki, uznanej i cenionej amerykańskiej poetki Marilyn Hacker, unikając dysonansu między opisywaną wielkością talentu bohaterki a skrzeczącą rzeczywistością.

Nie uniknął za to, niestety, Delany jednej pułapki. Postacie są w tej powieści generalnie raczej naszkicowane niż głęboko psychologicznie prawdziwe, z jednym jednak wyjątkiem: głównej bohaterki. Rydra Wong jest za to IDEALNA - ledwie dwudziestoparoletnia, piękna, mądra, wszechstronnie utalentowana (wielka poetka, genialna lingwistka, superprofesjonalna kapitan statku kosmicznego), popularna i uwielbiana (this age's voice), a zarazem tajemnicza i z mroczną przeszłością. W efekcie, niestety, z jednej strony ociera się o bycie Mary Sue, z drugiej - przypomina ładniejszą i seksowniejszą wersję Mr Spocka ze starego Star Treka i jest mniej więcej równie psychologicznie prawdopodobna. Ale to jest jedyna, tak naprawdę, wada tej powieści, o jakiej jestem w stanie pomyśleć.

http://www.flickr.com/photos/stml/33414412/Na marginesie - przyczynek do zmieniających się, bo ja wiem czego, odczuć, wrażliwości? Rydra Wong według powieściowego opisu ma azjatyckich przodków, ciemne włosy i skośne oczy (które slant up like astounded wings, by użyć sformułowania autora, a raczej - jednego z bohaterów). Na okładce nowszego wydania, która zdobi ten wpis, wygląda mniej więcej tak, jak byśmy się spodziewali - ale nikt by nie wydedukował jej rysów i pochodzenia z okładki posiadanej przeze mnie edycji z 1987 roku (patrz obok). Na nim Rydra jest standardową hollywoodzką blondynką ze sporym dekoltem, nagim udem i falującymi włosami a la Krystle Carrington z Dynastii. Niezły przyczynek do rozumienia i poszanowania a) różnorodności kulturowej, b) intencji autora przez wydawcę - a może raczej dowód na prawdziwość teorii o tzw. Zagorzałym Czytelniku i jego preferowanych okładkach, o której kiedyś pisał Anrzej Sapkowski w Pirogu...

niedziela, 11 kwietnia 2010

Stephen R. Donaldson, Kroniki Thomasa Covenanta Niedowiarka (I: Jad Lorda Foula, II: Wojna Złoziemnego Kamienia, III: Moc, która osłania, przeł. P. Cholewa (tom I), Maria Duch (tom II i III), Zysk i S-ka 1994 (The Chronicles of Thomas Covenant the Unbeliever: (I: Lord Foul'a Bane, II: The Illearth War, III: The Power That Preserrves, 1977-79); Drugie Kroniki Thomasa Covenanta Niedowiarka (I: Zraniona Kraina, II: Jedyne Drzewo, III: Władca białego złota), przeł. M. Jakuszewski, Zysk i S-ka 1998 (I), 2000 (II), 2002 (III) (The Second Chronicles of Thomas Covenant the Unbeliever: I: The Wounded Land, II: The One Tree, III: White Gold Wielder, 1980-83)


Kanon może niekoniecznie z listy nagród, ale za to zdaniem np. Andrzeja Sapkowskiego i Stephena Kinga.


Dziwnie jest z tym cyklem Donaldsona, pisanym od trzydziestu ponad lat (w tzw. międzyczasie zdążyły się ukazać, oprócz wymienionych przeze mnie, dwa z planowanych czterech tomów części III, Ostatnich Kronik): z jednej http://www.sciencefictionandfantasy.co.uk/images/books/large/lord-fouls-bane.jpgstrony, bywa uwielbiany, z drugiej – jego ocena, zwłaszcza w ostatnich latach, zaczyna być coraz mniej pozytywna, coraz bardziej krytyczna – niekoniecznie może w odbiorze zawodowych krytyków (którym zdarza się zajmować Donaldsonem stosunkowo często jak na pisarza fantasy, a nawet – przeforsować nadanie mu doktoratu honoris causa w dziedzinie literatury), czy psychologów (którzy dzieło Donaldsona upodobali sobie szczególnie), bardziej w reakcjach krytycznych fanów.

Za co Donaldsona kochają inni pisarze i krytycy? Przede wszystkim za to, że będąc pod wieloma względami kopią dzieła Tolkiena (autor – dość przewidywalnie – nienawidzi tego rodzaju stwierdzeń), cykl o Covenancie jest zarazem bodaj czy nie najmniej Tolkienowskim ze wszystkich znanych mi tekstów w opartej na idei questu high fantasy. Na pozór wcale się tak nie wydaje: historia opowiada w końcu o plus minus herosie, nie do końca typowym, który posiada tajemniczy pierścień z białego złota; dzięki niemu może władać potężną i niedostępną dla innych magią. Pierścień ten może posłużyć do unicestwienia grożącego magicznej Krainie władcy zła, nie może jednak wpaść w jego ręce, bo to dałoby mu w końcu moc, której pożąda i dzięki której mógłby zapanować nad światem... Bohater z pierścieniem wędruje więc po mapie Krainy najbardziej skomplikowaną trasą, jaką tylko można wymyślić, a w drodze towarzyszą mu przedstawiciele rozmaitych ludów Krainy. Jest też potężne a stare miasto, ostatni bastion obrony przed złem... jest po prostu wszystko, czego czytelnik Władcy pieścieni mógłby się spodziewać. http://nwinton.files.wordpress.com/2007/05/covenant.jpg

Ta formularność, w połączeniu z faktem, że Jad Lorda Foula jest literackim debiutem autora, wydaje się zresztą największą wadą pierwszego tomu Kronik Donaldsona: postacie przez sporą część akcji po prostu snują się po świecie (nie pytajcie Drakainy o przygody Covenanta w Andelain!), rasy napotkane w Krainie wydają się przewidywalne i oczywiste, a czytelnik może ze sporym prawdopodobieństwem zgadywać, co będzie dalej. Nie pomaga bynajmniej zapożyczona z wczesnej fantasy (Lewis, Norton) i dość mocno ograna idea magicznej podróży z naszego świata do innego. Tyle że im dalej w cykl, tym bardziej oczywiste okazuje się, że po pierwsze, autor się uczy, i to szybko, a po drugie, jakby nie całkiem o naśladowanie Tolkiena mu chodzi.

Różnica tkwi przede wszystkim w koncepcji bohatera – i tu też Donaldson jest najciekawszy i najbardziej oryginalny. Jego Thomas Covenant jest – by użyć określenia, ukutego dla zupełnie innego pisarza i zupełnie innej koncepcji – ułomnym mesjaszem, (nad)człowiekiem, który nie posiada (już? jeszcze?) pełni człowieczeństwa, postacią jednocześnie symboliczną i realistyczną. To połączenie symboliki i realizmu widać przede wszystkim w opisie jego choroby. Covenant, młody obiecujący pisarz, szczęśliwy jako mąż i ojciec, zapada pewnego dnia na trąd. Z jednej strony, autor podaje nam sporo fachowych i naukowych informacji na temat tej choroby – a wie, co mówi, bo m. in. chorymi na trąd zajmował się jego ojciec, lekarz, podczas pobytu rodziny Donaldsonów w Indiach. Z drugiej strony, pisarz podkreśla i wykorzystuje wszelkie biblijne i tradycyjne konotacje tej choroby, czyniąc swojego bohatera pariasem i wyrzutkiem, pozostającym poza społeczeństwem i wygnanym z miasteczka. Dodajmy zresztą, że także i medyczne wyjaśnienia i wskazania dla osób chorych na trąd Donaldson wpisuje w służbę swej koncepcji postaci. Covenantowi powiedziano, że najgorszą rzeczą, jaką może zrobić, jest mieć nadzieję: nadzieję na wyzdrowienie, na uleczenie, na powrót do normalności. Covenant więc tę nadzieję porzucił – a skoro trafił do magicznej Krainy, która go uleczyła, uznał, że to, co się stało, jest niemożliwe – przecież powiedzano mu, że tylko odrzucając nadzieję na uleczenie, zdoła przeżyć! Covenant założył, że Kraina jest nieprawdziwa, że jest snem, halucynacją – a to założenie pociągnęło za sobą bardzo poważne skutki. Jeśli bowiem Kraina jest snem, nie obowiązuje w niej etyka ani zasady moralne: nie można przecież nikogo rozliczyć z tego, co robi we śnie! Covenant zaczyna swoją odyseję w nowym świecie od gwałtu; kiedy odzyskuje seksualną sprawność, nie jest w stanie się powstrzymać, zwłaszcza że jest przekonany, że dziewczyna jest tylko produktem jego wyobraźni. Ten czyn i jego konsenkwencje będą prześladować bohatera przez długie, długie lata.

http://rgr-static1.tangentlabs.co.uk/images/bau/97800073/9780007348367/0/0/plain/second-chronicles-of-thomas-covenant-3-white-gold-wielder.jpgTo właśnie o tę scenę i zapoczątkowaną przez nią sekwencję wydarzeń mają niektórzy czytelnicy największe pretensje (w linku powyżej należy znaleźć wypowiedź D. Bauer z dnia 11/20/2007), widząc w postępowaniu Covenanta – pochwałę gwałtu i agresywnej męskości, przy całkowitej pogardzie dla uczuć i odczuć skrzywdzonej przez niego Leny. Lena mianowicie, zamiast pałać słusznym gniewem, zakochuje się w gwałcicielu, co więcej – wpędza ją to w szaleństwo i odbija się także na osobie i charakterze urodzonej w wyniku gwałtu córki, Eleny. Przy tym dla wielu czytelników problemem może być sama idea, że mężczyzna, który się takiego czynu dopuszcza, ma jednocześnie być figurą mesjasza i zbawiciela Krainy.

Tyle że, jak się zdaje, Donaldson nie bawi się tym motywem tak sobie, dla godnego potępienia podniecenia albo słusznego oburzenia czytelnika. Fakt, że Thomas zaczyna swoją drogę w Krainie od wyrządzenia krzywdy niewinnemu dziecku, jest znaczący na co najmniej dwu płaszczyznach. Po pierwsze, podkreśla kluczowy dla całych pierwszych Kronik fakt niewiary bohatera w rzeczywistość świata, w którym się znalazł – Covenant nieprzypadkowo jest imiennikiem biblijnego niewiernego Tomasza. Po drugie, szkicuje dwa ważne dla Donaldsona tematy: temat niewinności i temat odkupienia.

Donaldson wielokrotnie w swoich wypowiedziach podkreślał, że wiara, iż jest się niewinną ofiarą, jest bardzo niebezpieczna: prowadzi do skazywania innych na rolę ofiary w imię współcierpienia i/lub z powodu frustracji. Covenant, kiedy zachorował, bohatersko zgodził się na odejście żony z synkiem w imię ich bezpieczeństwa, na rolę wyrzutka we własnej społeczności, i zapłacił za to: zapłacił pokładami frustracji i wściekłego, nie do opanowania gniewu, które z ofiary zrobiły go dręczycielem. Ale to nie jest jedyny powód, dla którego Donaldson zdecydował się umieścić w swojej powieści akurat taki wątek; innym jest to, że kiedy Covenant zacznie wierzyć w częściową przynajmniej realność Krainy, zrozumie, co zrobił – i już mu to nie da spokoju. To między innymi przez to, przez Lenę, Thomas będzie z takim uporem opierał się przed użyciem magii pierścienia, swojej ślubnej obrączki; to dlatego odrzuci walkę, nie zgodzi się na rolę wybrańca i tego, kto ma ocalić ten świat i dojdzie do swojej roli, do roli zbawiciela Krainy, inną, trudniejszą drogą.

Bohaterowie Tolkiena są epiccy, archetypowi, jak postacie Homera; bohaterowie Donaldsona są z kolei wykreowani z dużym naciskiem na psychologiczne prawdopodobieństwo, ale zarazem – także na emocjonalną intensywność ich zachowań. Innymi słowy, Donaldson lubi wysoki ton, podniosłe opisy, wiele słów i bardzo, bardzo wiele cierpienia. Jeżeli rzeczywiście istnieje specjalny krąg piekła przeznaczony dla pisarzy, którzy bez celu dręczą swoich bohaterów, to Stephen Donaldson ma w nim (nie tylko za Covenanta) gwarantowane honorowe miesjce.

To nie jest książka dla każdego: trzeba mieć (zwłaszcza w pierwszych dwóch tomach) tolerancję na purple prose i sporo cierpliwości dla meandrującej fabuły oraz ton, ale dosłownie ton nieszczęść zwalających się na postacie. Ale jeżeli ktoś tę cierpliwość ma – warto, choćby dla napisanej z niewiarygodną wyobraźnią I części Drugich Kronik, z opisem skrzywdzonej, zdegradowanej Krainy. Ziemia, która niegdyś była rajskim ogrodem (a jej piękno i spokój zdawały się dokładnym przeciwieństwem brudu i szaleństwa w duszy bohatera), stała się widownią koszmarów – koszmarów opisanych jednak tak barwnie i tak fascynująco, że zostają na długo w pamięci. Warto też - dla finałowego rozwiązania w Drugich Kronikach, jakie dla sprzeczności i tragedii swego bohatera znajduje Donaldson, dla błyskotliwie paradoksalnego zakończenia dziejów herosa, który herosem być nie chce i nie może.

czwartek, 23 lipca 2009

Orson Scott Card, Ender's Game,  TOR Books 1985; wydanie polskie: Gra Endera, przekł. P. Cholewa, Editions Spotkania-Fantastyka, 1991

 

jak zwykle spoiluję

 

Znam co najmniej tyle samo osób, które Grę Endera Carda kochają, co tych, które jej nienawidzą.

Card, Ender's Game cover

Część z tej niechęci wśród (w dużej części lewicującego lub liberalnego) amerykańskiego środowiska fantastów i fanów zapewne zaskarbił swojej powieści sam O. S. Card, zajmujący się ostatnimi czasy głównie promocją swojej religii i nagłośnionymi mocno prawicowymi wystąpieniami w sprawach obyczajowych - ale to byłoby za mało, bo w końcu fandom miewał osoby mocno kontrowersyjne już wcześniej. Po części są temu winne kolejne coraz słabsze książki, które pisze - można lubić cykl o Cieniu (ja nie lubię), ale faktem jest, że czegoś na miarę Mówcy umarłych, zarówno pod względem artystycznym, jak i wymierno-komercyjnym (nie tylko sprzedaż, ale i nagrody...) dawno już nie napisał, jako że ostatnio sporą część jego dorobku stanowią zdecydowanie młodzieżowe książeczki o wielkich kobietach Starego Testamentu. Po części jednak winny jest sam tekst, a konkretniej - fakt, że Gra Endera, mimo pozorów bycia młodzieżową, lekką w czytaniu SF w rzeczywistości dotyka całkiem poważnych i mocno kontrowersyjnych problemów. Powiedzmy sobie od razu - Gra Endera jest powieścią wciągającą i trzymającą w napięciu, z intrygującą fabułą. Pytanie tylko, czy to wystarcza.

Pamiętam, jak w okolicach pierwszego polskiego wydania tej powieści Feliks W. Kres pisał z przekąsem (bodaj w ś.p. Feniksie) o prostocie, by nie rzec prostactwie, politycznej intrygi, stanowiącej jeden z dwóch głównych wątków powieści. I rzeczywiście - idea, że Peterowi i Valentine Wigginom, dwójce uczących się dopiero nastolatków, udaje się wodzić cały świat za nos, na dodatek przedstawiając w tak przekonujący sposób poglądy dokładnie przeciwne od tych, które w rzeczywistości wyznają, jest z lekka naiwna. Co by nie powiedzieć: świat trochę się zmienił od 1985 roku, rozwinęły się nowe formy komunikacji społecznej, nieco podobne do tych wymyślonych przez Carda - i jakoś nie słychać, żeby któreś z wpływowych politycznych w Polsce czy na świecie blogerów okazało się mieć trzynaście lat...
F. W. Kres miał też wtedy problem z ukazaną przez Carda taktyką, a konkretniej z faktem, że autor Gry... przedstawia jako rewolucyjną taktykę coś, co stosowano w strategii od bardzo, bardzo dawna. Ender jako geniusz militarny jest, zdaniem Kresa (i nie tylko jego) co najmniej mało wiarygodny - a poza tym nie ma szans, żeby ziemscy generałowie sami nie wpadli na taką samą takstykę
I pewnie, oba te zarzuty wydają się prawdziwe i jak najbardziej słuszne. Tylko że ocenianie powieści Carda na ich podstawie jest nieco mylące, mniej więcej tak, jak czepianie się Gwiezdnych wojen z powodu niezgodności z prawami fizyki. Innymi słowy, Raczej Nie O To Chodzi.
To, co do dziś stanowi o wartości powieści Carda i co sprawia, że należy ona do współczesnej klasyki SF, to - moim zdaniem - przede wszystkim sposób, w jaki Card miesza rozmaite gatunki i tropy fantastyki i literatury popularnej, posługując się nimi nie dla formalnego eksperymentu, a dla stworzenia swojej własnej wersji opowieści o szkolnym Kopciuszku.

Gra Endera najwięcej wspólnego ma chyba z powieścią szkolną. Historia Endera Wiggina - odrzucanego, bo jest nietypowym trzecim dzieckiem w społeczeństwie, które ogranicza populację (a dzieci w końcu nie wiedzą, że to rząd zamówił Endera u jego rodziców, kiedy jego brat okazał się zbyt brutalny, a siostra za łagodna do militarnego superprogramu ...) - pasuje znakomicie do tego rodzaju schematu. Ender musi rywalizować o pozycję i starać się zdobyć szacunek kolegów, mając przeciwko sobie nie tylko niechęć części uczniów Szkoły Bojowej, ale i intrygi nauczycieli, mające zaprezentować go kolegom jako lizusa i kujona. Zaprzyjaźnia się, jak to zazwyczaj bywa w tego typu historiach, z grupką wyrzutków (dziewczyna, spokojny dzieciak, najmniejszy z kadetów) i przy pomocy swojego talentu i ich determinacji buduje drużynę nie do pokonania.

Ale motywy rodem z powieści szkolnej nie są jedyne: w Grze Endera mamy też kilka klasycznych motywów SF, od antyutopijnej totalitarnej wizji Ziemi, przez wojnę z dzielącymi wspólną świadomość mrówkopodobnymi Robalami aż po telepatię i wykorzystanie efektów relatywistycznych.  Znowu: nihli novi sub sole i znowu, chyba nie o novitas tych pomysłów chodziło. Mam wrażenie, że Cardowi niespecjalnie zależało na ich naukowej akuratności czy oryginalności: bardziej chyba interesowała go tutaj przygoda z jednej, a moralność z drugiej strony.

Tę przygodowość widać w trzecim, najmniej dostrzegalnym komponencie gatunkowym Gry..., a mianowicie w jej związku z thrillerem i/lub powieścią kryminalną. Narracja prowadzona z punktu widzenia młodych i nie do końca rozumiejących wszystkie implikacje tego, co się dzieje, bohaterów, automatycznie sprawia, że czytelnik od pewnego momentu zaczyna się domyślać, że coś za dużo nerwów i emocji ci generałowie inwestują w zwykłą grę... Suspens, którego ukoronowaniem jest scena zniszczenia planety Robali, jest w II części Gry jednym z podstawowych elementów, decydujących o nastroju i charakterze powieści Carda.

I pozostaje najbardziej, w opinii współczesnych recenzentów, kontrowersyjny element układanki zwanej Grą Endera, a mianowicie problem moralności. Ender Wiggin jest dzieckiem, i to dzieckiem, które nauczyło się wcześnie, że life is brutal. Card bardzo przekonująco ukazuje go jako wrażliwego, nie do końca pewnego siebie, tęskniącego za miłością i zaufaniem chłopca, który wie doskonale, że jest sam i że nikt, poza nim samym, go przed prześladowcami nie obroni. Ale czy to usprawiedliwia śmiertelne pobicie nastoletnich prześladowców? A przede wszystkim - jak ocenić podstawowy koncept Carda, czyli ideę, że Ender wymordował całą de facto rasę Robali przypadkiem, nie wiedząc, co czyni?
John Kessel, ceniony autor SF i fantasy, w swoim eseju poświęconym powieści Carda, stawia zarzut, że postać Endera jest z gruntu niemoralna: jego zdaniem, koncept Carda, sugerującego, że można dokonać rzezi i pozostać niewinnym, bo miało się dobre intencje, jest nie do obronienia na gruncie etyki. Na dodatek, zdaniem Kessela Card posuwa się do manipulacji czytelnikiem, czyniąc ze swojego bohatera dziecko, i to dziecko dręczone i prześladowane, a przy tym genialne, z którym wielu czytelników chętnie się utożsami. Elaine Radford posuwa się jeszcze dalej, w dość natrętnie spiskowy i średnio, szczerze mówiąc, przekonujący sposób poszukując (celowych, jej zdaniem) paralel między Enderem a Adolfem Hitlerem. Kessel  w swojej analizie trafia przynajmniej parę razy w sedno, szczególnie wtedy, kiedy zastanawia się nad sposobami, przy pomocy których Card zaskarbia swojemu bohaterowi sympatię czytelników. Moim skromnym zdaniem jednak ci akurat krytycy Carda nie dostrzegają, że jego założenie - że wszystko, nawet wymordowanie całej rasy, może zostać wybaczone, że trzeba szukać nie autodestrukcji, ale pogodzenia się z losem i próby zadośćuczynienia innym za zło, jakie się wyrządziło - jest głęboko zakorzenione w tradycji chrześcijańskiej i znakomicie pasuje do całokształtu światopoglądu Carda i jego koncepcji, które wielokrotnie w swoich książkach i wystąpieniach publicznych prezentował. Nie sądzę, żeby autor Gry... miał na celu, co mu imputuje Elaine Radford, oswojenie czytelników z osobowością Hitlera i usprawiedliwieniami dla holokaustu. Myślę, że prędzej chciał nam powiedzieć mniej więcej to samo, co mówi główny bohater Coldfire Celii Friedman swojemu towarzyszowi podróży i przyjacielowi, skądinąd potworowi, gdy ten pyta, czy znalazłby siłę, by wybaczyć mu jego grzechy:
"I wouldn't," he said shortly. "God might".

Aha: Nebula 1985, Hugo 1986, nominacja do Locus Award 1986, jakby kto pytał.

 

Źródło ilustracji: http://damiengwalter.files.wordpress.com/2006/10/enders-game.jpg

środa, 15 lipca 2009

Ursula K. Le Guin, The Left Hand of Darkness, ACE Books 1969; wydanie polskie: Lewa ręka ciemności, przeł. (błyskotliwie) L. Jęczmyk, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1988

 

nieuniknione spoilery...


Dookoła jest wściekle gorąco, słońce praży, lato w pełni - a mnie się zatęskniło nagle i boleśnie za jedną z moich ukochanych książek, osadzoną w świecie, w którym nigdy nie ma lata, a większość ziemi pokrywają śniegi i lodowce.
Oryginalnie
chciałam napisać z tej książki recenzję, jak zazwyczaj, ale kiepsko mi to wychodziło. Ergo, zamiast recenzji sensu stricto będzie tylko trochę luźnych uwag i impresji.
Z pierwszej lektury Lewej ręki ciemności (miałam jakieś trzynaście lat, plus minus) pamiętam głównie dwie rzeczy.
Po pierwsze - nastrój. Jest taka scena na początku powieści, kiedy jeden z dwójki głównych bohaterów, ciemnoskóry Genly Ai, ziemski wysłannik, przychodzi na uroczysty obiad do drugiego, Therema Hartha rem ir Estravena, Getheńczyka, premiera swojego kraju. Albo Gethenki, premier swojego kraju, zależy od warunków.  Nieistotne (chwilowo, przynajmiej :P): to, co pamiętam z tej sceny najlepiej, to obraz ciemnych drzew nad ciemną wodą wśród padającego bezgłośnie śniegu. Klimat takich scen, nastrój tej powieści - wieczna cisza na lodowcu, wulkany wśród pól zamarzniętej bieli, zapachy dziwacznych obcych potraw w lodowatym powietrzu - pozostał mi w pamięci na zawsze.
Drugą rzeczą, którą pamiętam i która pozostaje dla mnie do dziś podstawowym powodem mojego uwielbienia dla tej powieści jest to, jak Le Guin udało się ukazać skomplikowaną, wielowartwową i ocalającą, choć tak naprawdę od początku skazaną na klęskę relację między głównymi bohaterami. Wybór sposobu narracji - dwie opowieści w formie pamiętnika/zapisków, plus liczne wplecione w tekst dygresje i opowieści, imitujące zapisy etnografów i spisane mity - przyczynia się do podkreślenia i wypunktowania tego, co wydaje się w Lewej ręce... najważniejsze: faktu, że z jednej strony nigdy tak naprawdę nie znamy drugiego człowieka, a z drugiej - że ta przepaść, jaka dzieli poszczególne jednostki, nie sprawia, że porozumienie jest niemożliwe.

Genly i Estraven różnią się od siebie tak bardzo, jak to tylko jest możliwe, choć obaj mająjedną, wspólną cechę - obaj są samotni i wyobcowani w swoich środowiskach, Estraven jako wygnany z rodziny, a później z kraju, Ai, bo po nadświetlnej podróży, którą odbył, by trafić na Gethen, wszyscy, których znał, zdążyli dawno umrzeć. Ai, dziecko zaawansowanej technicznie kultury i przedstawiciel wielonarodowej, wielokulturowej Ekumeny, wybrał sobie trudny los podróżnika, inicjującego pierwszy kontakt z kulturami, które dotąd nie spotkały się z życiem poza swoją cywilizacją. Genly jest praktyczny i fachowy, przygotowany znakomicie do swego zadania - co nie zmienia faktu, że ze zrozumieniem Getheńczyków ma spory problem; choć jego imię wymawia się identycznie jak słowo "eye", porusza się po stolicy Karhidu jak ślepy. Getheńczycy są dla niego obcy: nie tylko dlatego, że mają specyficzne, trudno zrozumiałe dla cudzoziemca poczucie honoru i prestiżu, które Genly co rusz nieświadomie narusza; także - a przede wszystkim - dlatego, że przez większą część życia są praktycznie aseksualni i pozbawieni płci, przyjmując ją tylko w określonych porach; co więcej, ta płeć może być różna w różnych porach. Getheńczyk, innymi słowy, przez większość czasu jest potencjalnie kobietą lub mężczyzną, w uśpieniu i w oczekiwaniu na stanie się, tymczasowo, jednym lub drugim.
Le Guin niespecjalnie przejmuje się naukową, biologiczną stroną swojego pomysłu: znacznie bardziej interesują ją społeczne konsekwencje tegoż. Rysuje szeroką panoramę dwóch  głównych państw Gethen, feudalnego, rządzonego przez bizantyjskie intrygi Karhidu i totalitarnego, zamykającego więźniów w łagrach Orgoreynu, zastanawia się nad wpływem braku płci na istnienie w świecie tendencji do wojen (wojen nie ma; zdrady, zabójstwa, mordercze intrygi - o, te są, jak najbardziej), analizuje mity i strukturę społeczną w rozmaitych środowiskach Getheńczyków, od pałacu królewskiego w Karhidzie po wspólnoty wróżbitów zagubione wśród śniegów. W krajobrazie Gethen dominuje biel i czerń - ale niewiele czarno-białych oczywistości znajdziemy w sposobie przedstawienia świata i jego bohaterów.

Najniezwyklejszym, w mojej opinii, elementem tego świata nie są jednak skomplikowane rytuały czy próby podkreślenia obcości Getheńczyków związane ze społecznymi uwarunkowaniami ich płciowości, ale dwie dopełniające się historie: Genly'ego i Estravena. Fascynujące w nich jest to, jak bardzo, przez cały okres swojej znajomości, bohaterowie się nie rozumieją i nie znają: Le Guin opisuje nieraz te same sceny, te same wydarzenia, oczyma jednego i drugiego, pozwalając nam zobaczyć, jak bardzo, nawet podczas wspólnej podróży przez najbardziej niegościnne zakątki planety, bohaterom trudno jest się porozumieć, przełamać własne uprzedzenia (wobec obcego, wobec mniej-niż-mężczyzny-mniej-niż-kobiety). I to nie jest tak, że kiedy pojawia się przyjaźń i zrozumienie, te nieporozumienia znikają; najlepiej przecież widać to w ostatnich scenach powieści, w rodzinnym domu Estravena...
Lewa ręka ciemności jest jednak przy tym jedną z najgłębszych i najbardziej nietypowych historii miłosnych w fantastyce - oczywiście, jeżeli będziemy rozumieć miłość niekoniecznie jako namiętny seks w blasku księżyca czy całkowite stopienie się kochanków w jedno, a raczej jako porozumienie, zaufanie i troskę między dwiema osobami, rodzące się wbrew wszelkim oczekiwaniom, wbrew uwarunkowaniom i wbrew logice. Żeby było jasne: mimo subtelnych sugestii w tej powieści nie ma romansu między przedstawicielami obcych kultur, to nie ta bajka. Ale też nie ma wątpliwości, że w ostatecznym rozrachunku dla Estravena zarówno to, co Ai ze sobą przyniózł na Gethen - obietnica wyjścia poza partykularne problemy Karhidu, odnalezienia drogi do wspólnoty z innymi ludźmi - jak i Ai osobiście stali się na tyle ważni, że warto było dla nich odrzucić wszystko, co jego kultura uważa za ważne: od stanowiska przez honor aż po życie. Ai z kolei, który początkowo nie bardzo potrafił znaleźć się wśród Getheńczyków, akceptuje w końcu Estravena i jego świat jako swój, własny - i nigdzie nie widać tego lepiej niż w scenie jego spotkania z załogą statku Ekumeny. Po podróży odbytej z Estravenem członkowie załogi - po części członkowie jego własnej rasy - wydają się Genly'emu niewłaściwi, przesadni w swojej dualistycznej, krzykliwej seksualności, w swojej nie-Getheńskości... I tak, choć Ai do końca nie rozumie i nie zna swojego współtowarzysza, choć dla Estravena zagadką są rzeczy dla jego ziemskiego przyjaciela  codzienne, powstaje między nimi więź, być może najważniejsza, albo jedna z najważniejszych, w życiu każdego z nich. A tam, gdzie rodzi się takie porozumienie między pojednyczymi ludźmi, mówi Le Guin - tam można mieć nadzieję, że może uda się dogadać także i na szerszym, nie-jednostkowym forum...

A przecież jest w tej powieści jeszcze tyle więcej: bo jest i polityczna parabola, zestawienie dwóch światów i dwóch opresyjnych politycznych systemów, z których jeden jest boleśnie podobny do czegoś, co znamy z historii naszego świata, naszej jego części. I jest kontekst antropologiczny, ambitna i udana próba rekonstrukcji mitologii i tradycji fikcyjnego świata, wielogłosowa i świadomie fragmentaryczna, jak urywki raportów badaczy. Są przetworzone elementy tradycji Wschodu, przede wszystkim taoizmu. I jest, oczywiście, próba opisania obcości - tym razem przez odebranie bohaterom czegoś, co wydaje się jednym z podstawowych składników tożsamości człowieka (o co najpierw pytamy, kiedy usłyszymy o narodzinach dziecka, pyta ustami Genly'ego Le Guin). Ale przede wszystkim jest jedna z najgłębszych i najmądrzejszych opowieści o tym, co znaczy przyjaźń, miłość i porozumienie między ludźmi, jak jest trudne - i jak kolosalne ma znaczenie.

Aha, dla usprawiedliwienia kanoniczności: Nebula 1969, Hugo 1970, miejsce na mnóstwie list klasyki wszechczasów.

Tak przy okazji, polecam też po polsku - mamy wyjątkowo piękny i kompetentny przekład Lecha Jęczmyka, rzecz wśród przekładów fantastyki nie taka częsta...

Ursula K. le Guin, The Left Hand of Darkness, ACE Books 1969; wydanie polskie: Lewa ręka ciemności, przeł. (błyskotliwie) L. Jęczmyk, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1988


Dookoła jest wściekle gorąco, słońce praży, lato w pełni - a mnie się zatęskniło nagle i boleśnie za jedną z moich ukochanych książek, osadzoną w świecie, w którym nigdy nie ma lata, a większość ziemi pokrywa śnieg i lodowce.

Z pierwszej lektury Lewej ręki ciemności (miałam jakieś trzynaście lat, plus minus) pamiętam głównie dwie rzeczy. Po pierwsze - nastrój. Jest taka scena na początku powieści, kiedy jeden z dwójki głównych bohaterów, ciemnoskóry Genly Ai, ziemski wysłannik, przychodzi na uroczysty obiad do drugiego, Therema Estravena, Getheńczyka, premiera swojego kraju. Albo Gethenki, premier swojego kraju, zależy od warunków.  Nieistotne (chwilowo, przynajmiej :P): to, co pamiętam z tej sceny najlepiej, to obraz ciemnych drzew nad ciemną wodą wśród padającego bezgłośnie śniegu. Klimat takich scen, nastrój tej powieści - wieczna cisza na lodowcu, wulkany wśród pól zamarzniętej bieli, zapachy dziwacznych obcych potraw - pozostał mi w pamięci na zawsze.
Drugą rzeczą, którą pamiętam i która pozostaje dla mnie do dziś podstawowym powodem mojego uwielbienia dla tej powieści jest to, jak Le Guin udało się ukazać skomplikowaną, wielowartwową i ocalającą, choć tak naprawdę od początku skazaną na klęskę relację między głównymi bohaterami. Wybór sposobu narracji - dwie opowieści w formie pamiętnika/zapisków, plus liczne wplecione w tekst dygresje i opowieści, imitujące zapisy etnografów i spisane mity - przyczynia się do podkreślenia i wypunktowania tego, co wydaje się w Lewej ręce... najważniejsze: faktu, że z jednej strony nigdy tak naprawdę nie znamy drugiego człowieka, a z drugiej - że ta przepaść, jaka dzieli poszczególne jednostki, nie sprawia, że porozumienie jest niemożliwe.
Genly i Estraven różnią się od siebie tak bardzo, jak to tylko jest możliwe. Ten pierwszy, dziecko zaawansowanej technicznie kultury i przedstawiciel wielonarodowej, wielokulturowej Ekumeny, wybrał sobie trudny los podróżnika, inicjującego pierwszy kontakt z kulturami, które dotąd nie spotkały się z życiem poza swoją cywilizacją. Genly jest praktyczny i fachowy, przygotowany znakomicie do swego zadania - co nie zmienia faktu, że ze zrozumieniem Getheńczyków ma spory problem. Getheńczycy są obcy: nie tylko dlatego, że mają specyficzne, trudno zrozumiałe dla cudzoziemca poczucie honoru i prestiżu, które Genly co rusz nieświadomie narusza; także - a przede wszystkim - dlatego, że przez większą część życia są praktycznie aseksualni i pozbawieni płci, przyjmując ją tylko w określonych porach; co więcej, ta płeć może być różna w różnych porach; Getheńczyk, innymi słowy, przez większość czasu jest potencjalnie kobietą lub mężczyzną, w uśpieniu i w oczekiwaniu na stanie się, tymczasowo, jednym lub drugim.
Le Guin niespecjalnie przejmuje się naukową, biologiczną stroną swojego pomysłu: znacznie bardziej interesują ją społeczne konsekwencje tegoż. Rysuje szeroką panoramę dwóch  głównych państw Gethen, feudalnego, rządzonego przez bizantyjskie intrygi Karhidu i totalitarnego, zamykającego więźniów w łagrach Orgoreynu, zastanawia się nad wpływem braku płci na istnienie w świecie tendencji do wojen (wojen nie ma; zdrady, zabójstwa, mordercze intrygi - o, te są, jak najbardziej), analizuje mity i strukturę społeczną w rozmaitych środowiskach Getheńczyków, od pałacu królewskiego w Karhidzie po wspólnoty wróżbitów zagubione wśród śniegów. W krajobrazie Gethen dominuje biel i czerń - ale niewiele czarno-białych oczywistości znajdziemy w sposobie przedstawienia świata i jego bohaterów.
Najniezwyklejszym, w mojej opinii, elementem tego świata nie są jednak skomplikowane rytuały czy próby podkreślenia obcości Getheńczyków związane ze społecznymi uwarunkowaniami ich płciowości, ale dwie dopełniające się historie: Genly'ego i Estravena. Fascynujące w nich jest to, jak

wtorek, 07 lipca 2009

Susanna Clarke, Jonathan Strange and Mr. Norrell, Bloomsbury 2004 (wydanie polskie: Jonathan Strange i pan Norrell, przeł. M. Kolodzinska-Hesko, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2005)


No dobra – spoilery. Miało ich nie być, ale są, niestety..


Od roku 2004 Susanna Clarke otrzymała za swoją debiutancką powieść chyba wszystkie możliwe nagrody, jakimi światek fantastyczny mógł ją obdarzyć. Ergo, jest w kanonie. Ergo, mogę (hurra!) pod takim nagłówkiem o niej napisać; a robię to z przyjemnością, bo to jedna z moich ulubionych książek.

OK, to nie jest książka dla każdego. A dlaczego nie? Ano dlatego, że znam co najmniej parę osób, które śmiertelnie znudziła. I rzeczywiście – jeżeli ktoś jest fanem wyłącznie klasycznej high fantasy, w której muszą być elfy, krasnoludy i Wielka Wojna o Przetrwanie Świata, jeżeli ktoś preferuje historie pełne bitew, krwi, potu i łez, jeżeli komuś do szczęścia potrzebna jest pędząca akcja, a irytują go dygresje, Jane Austen, Dickens i przypisy (i łacina) – to niech się lepiej za Clarke nie bierze, szkoda jego czasu. Rozmiar dzieła Clarke jest co prawda epicki, a i trafia się w nim całkiem konkretna wojna (Anglików z Napoleonem, znaczy się) – ale nie do końca o to w tej powieści chodzi.

Na swoich półtora tysiącu stron Susanna Clarke snuje skomplikowaną i nieśpieszną opowieść o Anglii, angielskości i magii. Magia, otóż, była w świecie – a przynajmniej w Anglii – obecna, i to całkiem konkretnie, jeszcze w średniowieczu. Mniej więcej od renesansu zaczęła zamierać; praktyczna magia zanikła, pozostawiając po sobie, jako jedyny ślad, jeszcze jedną dziedzinę inspirowanej scholastyką nauki – historię i teorię magiczną. To nią zajmują się, po wielu, wielu latach, uczeni i badacze na uniwersytetach i w towarzystwach naukowych. Czasami nowi, młodzi i naiwni członkowie pytają o praktyczną magię i zostają odpowiednio z góry potraktowani ([the question] presupposes that magicians have some sort of duty to do magic which is clearly nonsense. You would not, I imagine, suggest that it is the task of botanists to devise more flowers?)- i tak się dzieje aż do czasu, kiedy w roku 1807 szacowne grono teoretyków magii z Yorku staje twarzą w twarz z podstarzałym gentelmanem w stroju z poprzedniej epoki, który bezczelnie oświadcza im, że potrafi sprawić, by kamienie katedry przemówiły...

Gilbert Norrell, Esq., jest dumny, że może nazywać się jedynym magiem w Anglii – ale może do czasu; bo niedługo przychodzi moment, w którym Norrell doczekuje się ucznia – a później rywala; bo mistrz i uczeń, pan Norrell i Jonathan Strange, są w tym przypadku tak od siebie różni, że konflikt między nimi jest nieunikniony. A przecież na dodatek żaden z nich nie jest jedynym magiem w Anglii. Nad nimi wszystkimi: nad Norrellem w jego osiemnastowiecznej peruce i nad melancholijnym Strangem, nad na pozór prostym Johnem Childermassem i nad ulicznym oszustem Vinculusem, jest jeszcze cień największego z magów Brytanii, tego, który nigdy nie umarł, a z którego odejściem odeszła i magia. John Uskglass, ciemnowłosy bezimienny niewolnik w koronie z bluszczu, który nazwał sam siebie Królem Kruków i powrócił z krainy czarów, by na trzysta lat zostać królem północnej Anglii, jest ucieleśnieniem angielskiej magii i ukrytym bohaterem powieści Clarke, choć pojawia się w niej raczej jako bohater w opowieści i legend niż jako postać (upraszczam straszliwie w tym momencie, w celu nie-spoilerowania).

Tak naprawdę, żeby w pełni docenić powieść Clarke, trzeba widzieć – albo umieć sobie wyobrazić – północną Anglię. Nie celtycką Szkocję za Murem Hadriana, o nie – raczej Yorkshire: wrzosowiska na wzgórzach pod szarym niebem, rzędy głogów wzdłuż kamiennych resztek rzymskich dróg, tarniny szarpane ulewą, samotne domy z szarego kamienia, miasteczka w dolinach – i York z jego baśniową, niesamowitą katedrą w sercu średniowiecznego miasta. Choć akcja co rusz prowadzi nas gdzie indziej – do Londynu, do Hiszpanii, do Rzymu – to właśnie na północy Anglii są ukryte odpowiedzi i na północy Anglii trzeba szukać serca brytyjskiej magii i sekretu jej śmierci i odrodzenia.

Konflikt między Norrellem (osiemnastowieczny strój i peruka, wiara w mędrca szkiełko i oko, najgłębsze przekonanie o wartości – głównie własnego – rozumu) i zaprzyjaźnionym z Byronem, skłonnym do melancholii i ukrywającym mroczną rodzinną tajemnicę Jonathanem Strangem jest, co widać niemal od razu, konfliktem między człowiekiem Oświecenia a romantykiem. Jeżeli bowiem miał przyjść czas na powrót magii – to kiedy, jak nie wraz z Romantyzmem? Brytyjska magia jest u Clarke nierozłącznie związana z dawnymi opowieściami, z zapomnianymi rzymskimi drogami i historiami o elfach i krainach pod kopcem, z ludowymi balladami, jak ta o Tomaszu Rymopisie, z ludowością w ogóle i z wiarą w specjalne znaczenie pewnych miejsc, roślin, słów – z tym wszystkim, co triumfalnie powróci właśnie w okresie Romantyzmu. Nieprzypadkowo ,w tej jedynej scenie, w której Król Kruków ponownie chodzi po swojej ziemi, przypomina on Childermassowi, raczej anachronicznie, pastora metodystów albo poetę-Romantyka...

Tak, to jest powieść o tym, co to znaczy być Anglikiem (w mocno alternatywnym świecie, dodajmy) i angielskim magiem. Ale ten wpis ma swoje ograniczenia i nie bardzo jest miejsce, by napisać, o czym jeszcze jest ta powieść. A jest i o wojnie z Napoleonem (jak ktoś lubi Naomi Novik albo Sharpe'a Bernarda Cornwella, porównanie aż się prosi), i o nieudanym małżeństwie (bardzo inteligetnie opisanym) i o lordzie Byronie, i o złośliwym a przewrotnym elfie z włosami jak oset, i o szalonym królu, i o historii magii, o Grand Tour i o wskrzeszaniu żony premiera... i o milionie innych spraw. Clarke snuje swoją narrację powoli, ale też chętnie meandruje i zbacza z tematu, zawraca, powtarza, komentuje swoją opowieść dzięki dziesiątkom fikcyjnych przypisów, tak że niełatwo jest śledzić poszczególne wątki, a i wyróżnieniem, które są główne, może być trochę kłopotu...

Jest to też powieść z jednej strony bardzo tradycyjna i zakorzeniona w pewnych konwencjach literackich, z drugiej – zaskakująco nowoczesna. Jej tradycyjność polega na odwołaniu się do wzorców spod znaku Jane Austen z jednej, a wiktoriańskiej literatury realistycznej (a la Dickens) z drugiej strony. Clarke, na przykład, nie unowocześnia sposobu narracji, nie wprowadza wynalazków w rodzaju strumienia świadomości, nie robi niczego, czego nie zrobiłyby jej wzorce (nie opisuje np. scen erotycznych, za co się jej od jednego z recenzentów oberwało). Z drugiej strony, przyjęcie dziewiętnastowiecznego modelu nie oznacza przyjęcia dziewiętnastowiecznej perspektywy: kiedy Clarke pisze o czarnoskórym Stephenie Blacku, o roli i życiu służby, o kobietach i małżeństwie, o tym, co dzieje się poza fasadą arystokratycznego światka – w jej zdystansowanej, lekko ironicznej narracji widać wyraźnie, że rozumie te tematy zupełnie inaczej, niż robili to jej regencyjni i wiktoriańscy idole...

Tak więc, krótko mówiąc: dla zwolenników trochę bardziej skomplikowanej literatury. Dla tych, co im nie przeszkadzają dygresje od dygresji od dygresji. Dla tych, co nie muszą biec za wątkiem jak pies gończy za tropem i nie gubią się wśród tłumów bohaterów. Dla wielbicieli Dickensa i trochę mniej dla wielbicieli Jane Austen (mało romansu, wbrew pozorom). Dla cierpliwych. Dla lubiących narracyjne zabawy i literaturę dziewiętnastego wieku. I dla tych, co jak ja, zakochali się w burzowym niebie nad wrzosowiskami Yorkshire, zanim jeszcze je zobaczyli na własne oczy, a od kiedy zobaczyli, noszą je po wewnętrznej stronie powiek.

piątek, 05 czerwca 2009

 

Dowiedziałam się dzisiaj, że David Eddings zmarł parę dni temu, 2 czerwca 2009; miał 77 lat i na koncie kilka mniej lub bardziej znanych cykli fantasy, z których dwa: Belgariada i (w mniejszym stopniu) Elenium weszły do klasyki gatunku.
Eddings nigdy nie należał do ścisłej czołówki moich ukochanych pisarzy, jakkolwiek jego książki - zwłaszcza Elenium, które czytałam jako pierwsze - lubiłam i wracałam do nich z przyjemnością. Nie chcę dziś zastanawiać się nad tym, za czym w jego książkach nie przepadałam; wolę skupić się na tym, co mnie w ich wzruszało i fascynowało.

Po pierwsze - poczucie humoru. Eddings chętnie obdarzał nim swoich boohaterów i - jakkolwiek czasem śmiał się z nich - wolał śmiać się z nimi. Zgryźliwe uwagi sir Sparhawka, radosna idiotyczność pomysłów Kaltena i tragikomiczne przygody Silka jako złodzieja i księcia są nie do zapomnienia, podobnie jak zderzenie wzniosłej opowieści o wielkich przepowiedniach i królach Rivy z sendarską praktycznością jej głównego bohatera Gariona - który charakterologicznie miał wiele współnego z pierwszym królem Sendarii, znanym hodowcą rzepy... Śmieszni bywali nie tylko komiczni bohaterowie Eddingsa, jak Silk czy Kalten - ale i ci poważni, a nawet dramatyczni, jak cesarz Kal Zakath, który, kiedy dopadło go niechciane i nieoczekiwane uczucie, nagle zaczął zachowywać się równie (nie)normalnie jak każdy zakochany śmiertelnik...

Po drugie - bohaterowie. Po kartach powieści Eddingsa snuli się oni wręcz stadami, co często zmuszało zdesperowanego czytelnika (mnie, znaczy) do prowadzenia notatek, kto jest kto. Ale cóż z tego, skoro ci bohaterowie byli zabawni i przekonująco napisani, choć zarazem - wpisani w konkretne, znane od dawna literackie typy. Eddings nadawał jednak swoim bohaterom, nawet tym najbardziej typowym, piętno indywidualności i osobowości: Sparhawk był szlachetnym rycerzem, ale i po trochu cynicznym ostatnim sprawiedliwym a la czarny kryminał; Ehlana i Ce'Nedra to z jednej strony typowe damsels in distress, księżniczki, którym niezbędna do życia jest pomoc (i miłość) mężczyzny, ale zarazem - i jedna, i druga to przebiegłe małe kobietki, co to nie dadzą sobie w kaszę dmuchać i jak wybranek będzie z oświadczynami zwlekał, to same wezmą sprawy w swoje ręce... Belgarath z kolei to niemal otwarta parodia Gandalfa: potężny, żyjący od tysiącleci mag, na co dzień włóczący się po świecie w postaci starego oberwusa i najwyraźniej bardzo w tej roli szczęśliwy. Sephrenia jest klasycznym typem Mądrej Mistrzyni - ale uparta jest przy tym jak osioł, a ekstrawagancji ma więcej niż Mistrz Yoda. Mogłabym tak jeszcze długo - tak wiele postaci z powieści Eddingsa (a właściwie Eddingsów, bo żona Leigh była współautorką licznych dzieł Davida) ma swój własny kącik w moim sercu. No, może bogowie trolli niekoniecznie...

I po trzecie - powiedzonka. Eddings w moim prywatnym rankingu najczęściej cytowanych "złotych myśli" jest  w zasadzie nie do pobicia: od tytułowego dla dzisiejszego wpisu Why me? (klasyczna reakcja Gariona na wszystko, co mu się każe zrobić i wszystko, co go spotyka), przez moją ukochaną scenkę z robieniem śniadania (w największym skrócie: Kto dzisiaj robi śniadanie? Ty. Dlaczego ja? Bo pierwszy zapytałeś), aż po zjadliwe uwagi Belgaratha na tematy dowolne i Polgary na temat Belgaratha...

Będzie mi brakować jego nowych książek. I na pewno - mimo tych wszystkich zastrzeżeń, o których dzisiaj nie napisałam - będę wracać, z wielką przyjemnością, do tych starych i znowu szukać w nich uśmiechu, przygody i chwil wzruszenia, jak w pięknej, otwierającej Elenium scenie, kiedy Sparhawk na wygnaniu obserwuje kobiety przy studni o wschodzie słońca. Sparhawk i Kalten, Sephrenia i Belgarath, Polgara, Silk i anonimowy chłopiec grający na flecie zostaną, na szczęście, z nami.  

piątek, 29 maja 2009

Neal Stephenson, Snow Crash, Roc 1991; wyd. polskie: Zamieć, tł.J. Polak, Zysk i S-ka 1999, wznowienie 2007

 

inspiracją do tego postu była "rozmowa" komentarzowa z cedro84 o Cyklu barokowym Stephensona

Bruce Sterling, jeden z ojców cyberpunka, nazwał Zamieć Stephensona (trzecią książkę w jego dorobku, ale tak naprawdę pierwszą znaczącą) najważniejszą powieścią SF lat 90. W 1993 roku nikt nie mógł się spodziewać, że oto zaczyna się kariera jednego z tych twórców fantastyki, którym uda się wyrwać poza getto gatunku i trafić do szerszej szufladki pod nazwą "literatura współczesna" - ale czego można było się spodziewać, to faktu, że facet karierę zrobi. W końcu ilu autorów potrafi napisać z sukcesem i przekonująco, a przy tym na serio, postcyberpunkową powieść o samuraju cyberprzestrzeni, na co dzień licencjonowanym przez mafię dostawcy pizzy w post-państwowej Ameryce, który musi uratować świat i zmierzyć się z fenomenem rozpadu rzeczywistości (spowodowanego przez rozpad komunikacji językowej), po drodze dowiadując się, że jego eks, katoliczka-hackerka imieniem Juanita, poświęciła się dla ludzkości i stała się czymś pośrednim między Matką Boską a boginią Inanną?

 

Trudno określić tę powieść inaczej, niż kontrolowane szaleństwo. Z jednej strony, mieszanka składników, jaką Stephenson wrzucił w tę książkę, jest co najmniej wybuchowa i mocno niekonwencjonalna. Do tego dochodzi wizja obłąkanego, a jednak jakoś stabilnego, świata, podzielonego na setki tysięcy burbklaw - komercyjnych, spółdzielczych i prywatnych mini-państewek, które wypączkowały z rozpadających się Stanów Zjednoczonych. Szaleńcze tempo wydarzeń podkreśla dodatkowo fakt, że Stephenson konsekwentnie i bardzo stylowo prowadzi narrację w czasie teraźniejszym. Nie dostajemy wykładu o tym, co się stało w świecie: wszystko musimy sobie sami wydedukować, wrzuceni w pędzącą niczym TGV akcję.

Gdybym miała poszukać drugiego słowa-klucza do opisu tej powieści, musiałoby to być słowo "inteligentna". Stephenson jest ironiczny i piekielnie złośliwy - widać to doskonale w jego narracji i w sposobie opisywania wydarzeń, ale także w tym, jak precyzyjnie wytyczoną drogą prowadzi czytelnika przez chaos w stworzonym przez siebie świecie i chaos w głowach głównych bohaterów. Autor ewidentnie bawi się tym, co robi - w końcu jego główny bohater nazywa się Hiro Protagonist, Bohater Bohater - ale zarazem ani na chwilę nie próbuje pisać wyłącznie parodii, nie zamienia się w Pratchetta cyberpunku.

Podobnie jak będzie to miało miejsce w jego późniejszych powieściach, Stephenson w Zamieci miesza składniki wzięte ze wszelkich możliwych półek w składziku pt. "Kultura i nauka" - ale robi to jednak znacznie przystępniej niż w, powiedzmy, Cryptonomiconie. Cyberprzestrzeń koegzystuje z ożywionym sumeryjskim mitem, piraci i Tajemniczy Mściciel na Motocyklu pojawiają się w świecie, w którym zalegalizowana i będąca podporą porządku społecznego mafia sponsoruje Uniwersytet Pizzy, a ukraińscy nielegalni emigranci grają postatomowy grunge. Czysta rozkosz! Fantastyczny jest także sposób, w jaki Stephenson ogrywa asyryjską mitologię. Wykorzystuje, zasadniczo, te same motywy, którymi posługuje się OlgaTokarczuk w Annie Inn w grobowcach świata i moim zdaniem robi to o niebo lepiej, nowocześniej i mniej pretensjonalnie niż usiłująca reinterpretować mit polska pisarka (1)

To po lekturze Zamieci Neal Stephenson trafił na moją listę ulubionych pisarzy - i to dzięki Zamieci miałam okazję przeczytać inną jego powieść, Diamentowy wiek, równie znakomitą. Na marginesie dodam, że to również przez Zamieć od dwóch lat usiłuję, ze zmiennym szczęściem, przebrnąć przez Cykl barokowy - i nawet nie wiem, tak do końca, czy mi się podoba...


(1) Trzecim do kompletu "przerabiaczy" tego samego mitu, których zdarzyło mi się czytać, jest Hal Duncan - i jak mi się podoba jego Welin, tak wolę wersję Stephensona...

niedziela, 03 maja 2009

Jules Verne, Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej żeglugi, tł. Bolesław Kielski, Wyd. Zysk i Ska, Poznań 2004

 

Ależ by było pięknie, gdyby ktoś napisał tę książkę na nowo.
Dla współczesnego czytelnika, który ma więcej niż trzynaście lat (kiedy w tym wieku czytałam tę książkę po raz pierwszy, byłam zachwycona), powieść Verne'a będzie pod wieloma względami trudna do czytania. Po pierwsze, potwornie wręcz zestarzała się metoda pisarska autora:
http://weltderwunder.de.msn.cominkrustowanie głównej narracji milionem naukowych, geograficznych i przyrodniczych szczegółów, popisy erudycji bohaterów mające w zamierzeniu edukować czytelnika i kilkustronicowe nieraz (a na dodatek często będące mocno na bakier z nauką) wykłady na tematy rozmaite, od elektryczności przez Platona po ośmiornice. Ten sam zresztą problem jest z powieściami Szklarskiego o Tomku Wilmowskim: w nich też trudno dziś przebrnąć przez wielostronicowe wypisy z Geografii dla początkujących...
Po drugie: męcząca jest sama kompozycja powieści, której nominalny główny bohater, profesor Pierre Arronax, nie jest niczym innym, jak narzędziem służącym do ekspozycji fabuły. Profesor, innymi słowy, z jakichś nie do końca jasnych dla czytelnika powodów wzbudził fascynację kapitana Nemo i teraz Nemo zabiera go ze sobą, gdzie tylko może, dzięki czemu czytelnik ma szansę obserwować, co robi kapitan Nemo. Poza tym Arrnonax jest człowiekiem bez właściwości: nie ma charakteru, osobowości, trudno nawet określić jego postawę życiową czy ocenić, jakie tak naprawdę ma zdanie na temat kapitana. Jego towarzysze, poczciwy Conseil i porywczy wielorybnik Ned Lang, nie mają co prawda w sobie ani krzty oryginalności i posklejani są z najbardziej wyświechtanych stereotypów wiernego służącego i dzielnego, jeśli niezbyt wykształconego syna Nowego Świata - ale przynajmniej te stereotypy są w jakiś sposób barwne. 
Z Conseilem związany jest trzeci problem, jaki współczesny czytelnik napotka, usiłując przebić się przez powieść Verne'a: a mianowicie fakt, że potraktowana bez komicznego dystansu relacja łaskawego i cierpliwego pana (Arronax) i wiernego, ograniczonego i gotowego do poświęceń dla pana sługi (Conseil) jest dziś nieznośnie wręcz archaiczna i nieprawdziwa, a dla młodej publiczności - tak naprawdę trudna do wyobrażenia sobie. Wyczuł to bardzo trafnie Peter Jackson, zmieniając w swojej wersji Władcy Pierścieni nieco podobną relację pan-sługa (Frodo-Sam) na bliską, osobistą przyjaźń i lojalność. Czytając pierwszoosobową narrację Arronaxa w 20 000 mil i protekcjonalne uwagi w rodzaju na szczęście, wbrew nazwisku, Conseil nigdy nie dawał rad, bo też nikt go o to nie prosił, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że pan profesor jest bigoteryjnym i kompletnie nie rozumiejącym ludzi skrajnym egoistą... Przy czym zdaję sobie sprawę, że tak się kiedyś pisało, że Conseil to duchowy brat Rzędziana i Kalego, Piętaszka i
toutes proportions gardées Dyndalskiego - ale i tak mi to, jako czytelnikowi, a nie historykowi literatury, przeszkadza. Mniej Kalego, więcej Sancha Pansy i Figara poproszę. 
Tak więc ja chcę tę książkę napisaną na nowo, najlepiej przez Neila Stephensona. Mniej technobełkotu - albo przynajmniej współczesny dla mnie technobełkot, jak już musi być. Najlepiej niech narracja będzie dalej w 1 osobie, ale niech opowiada Conseil: może to robić z ironią Figara, a może zza jego naiwnej narracji XIX-wiecznego Sancha Pansy wychylać się sarkazm autora - byle bym dostała przeciwwagę dla patosu i samouwielbienia Pierre'a A. I niech mi mój hipotetyczny autor zbuduje tę powieść na tym, co jest w niej do dziś fascynujące: na nierozwiązanej (w tej konkretnej powieści) zagadce tożsamości i osobowości imiennika Odyseusza (on też się kiedyś przecież nazwał "Nikt") i dowódcy Nautilusa, autokratycznego wodza podwodnego państwa w państwie, cynika, polityka, mordercy, rebelianta i uczonego, kapitana Nemo. A przede wszystkim niech mi ktoś oprze tę starą-nową książkę na największej, a kompletnie niemal przez Verne'a pominiętej, zagadce: na relacji Arronaxa i Nemo, naukowej fascynacji nie do końca łatwej do wyobrażenia sobie (więc uciekający przed ludźmi kapitan ma jednak jakiegoś człowieka, na którego intelektualnym uznaniu mu zależy...) i bardzo, bardzo romantycznym (w znaczeniu literackim, a nie emocjonalnym!) oglądzie kapitana przez Arronaxa. Patrząc na Nemo oczyma profesora, widzimy ni mniej ni więcej, tylko popularną wersję romantycznego, bajronicznego bohatera, potężnego i nienal doskonałego nadczłowieka, miotanego tragicznymi i niszczącymi emocjami, które zniszczyłyby istotę mniejszego kalibru. Nemo jest romantycznym bohaterem w dokładnie takim samym stopniu, co dumasowscy Atos czy Edmund Dantes...
Aha, w ramach realizmu, którego od tej formy SF należy wymagać: koniecznie chcę scenę, w której Ned Lang, po paru miesiącach bez kobiecego towarzystwa, pożycza z biblioteki kapitana jakiś album o greckich rzeźbach, z dużą ilością nagich Afrodyt... 

PS. Przepisanie przez Alana Moore'a w Lidze niezwykłych gentelmanów się nie liczy i jakkolwiek Liga mnie zachwyciła, to kapitan miał w tym stosunkowo najmniejszy udział...
P. PS. Tak na marginesie, obrazek powyżej to ilustracja Edwarda Riou do francuskiego wydania, przedstawiająca Atlantydę.

czwartek, 25 grudnia 2008

Równo rok temu, w święta 2007 roku, postanowiłam zacząć pisać blog o książkach, głównie fantastycznych. Wychodziło różnie: znalazło się tu kilka wpisów na tematy inne (Radiohead, na przykład), w pewnym momencie przyszło mi do głowy, że może warto moje pisanie o fantastyce poszerzyć o telewizję i kino, ale ostatecznie, kulejąc i potykając się po drodze, jakoś tam dobrnęłam do rocznicy pisania plus minus na temat. Dlatego dzisiaj, dla uczczenia tejże rocznicy, pozwolę sobie na połączenie starego (pierwszych miłości) z nowym (odkrytymi niedawno autorkami) i napisanie o tym, jak Sarah Monette i Elizabeth Bear odczytują film i książkę, które w dużym stopniu moją własną fascynację fantastyką ukształtowały.

A zaczniemy od Elizabeth Bear i jej uwag o Gwiezdnych wojnach jako dziele mitycznym.

 

Bear, która w ogóle jest bystrą, wnikliwą czytelniczką, napisała błyskotliwy esej o tym, co decyduje, że Gwiezdne wojny są współczesnym mitem, co stanowi o ich roli i ich aktualności. Dzisiejsze społeczeństwo, pisze Bear, a zwłaszcza społeczeństwo amerykańskie, obsesyjnie boi się starości, śmierci, degeneracji - a jeszcze bardziej boi się pomyłki, upadku; boi się nie mieć racji, stanąć po złej stronie, poprzeć złą sprawę, przyznać się do błędu. Postać, w której Bear widzi głównego bohatera Gwiezdnych wojen - Darth Vader - wszystkie te cechy uosabia: nieludzki pół-człowiek, pół-maszyna na zewnątrz, a pod czarną maską, jak widzimy w Powrocie Jedi, stary, zmęczony człowiek, ten, który za każdym niemal razem w swoim życiu wybierał źle. Darth Vader is your father, and my father, and the father to us all, pisze Bear, wskazując na to, że reprezentuje on cechy, o których wolelibyśmy zapomnieć, ale z którymi musimy się zmierzyć; nazywa go wcieleniem zła: intrygującego, kuszącego, fascynującego jak upadły anioł, na pozór niepokonanego; zwraca też uwagę, jak wiele razy Luke jest przez rozmaite postacie do ojca porównywany. Podkreśla też, na czym polega ostateczny triumf Luke'a nad Vaderem. Luke w pojedynku z Vaderem zostaje przez niego pokonany i naznaczony (tak, w tej pamiętnej scenie, kiedy Vader mówi mu I am your father); i wcześniej, i później widzimy wiele zapowiedzi sugerujących, że Luke w konfrontacji z Vaderem nie ma szans. A ponieważ, pisze Bear, Star Wars to mit, jest w mitycznej strukturze jest oczywiste, że jedynym sposobem pokonania ciemności jest jej zaakceptowanie. Luke występuje przeciw Vaderowi w akcie buntu wobec własnego mistrza, gniewu na to, że go oszukano i strachu przed niebezpieczeństwem, grożącym przyjaciołom - a więc w imię dokładnie tych wszystkich emocji, przed którymi go ostrzegano jako przynależnymi do Ciemnej Strony (Anger, fear, aggression! The dark side of The Force are they, mówi Yoda w Imperium kontratakuje). Staje się synem własnego ojca, jak Ged (ale to już ja, a nie Elizabeth Bear) czyni swój cień samym sobą - i wygrywa. Wygrywa, bo akceptuje Vadera jako ojca, jako część siebie. The only way to beat Vader is to love him, pisze Bear.
Ale to nie wystarczy, bo za intrygującym, sarkastycznym złem Vadera czai się to zło, o którym jeszcze chętniej byśmy zapomnieli: zło prawdziwe, wcielone w postać Imperatora. Imperatora nie można pokochać, nie można mu współczuć ani liczyć na współczucie z jego strony. Luke miał dość siły woli, by pokochać/pokonać Vadera; nie starczy mu sił - żadnemu człowiekowi nie starczy! - na Imperatora.
Ale Luke nie jest już tylko człowiekiem, bo w mitycznej strukturze Lucasowskiej opowieści jego częścią jest Darth Vader: upadły anioł, wcielenie potęgi naszych ciemnych uczuć, naszych pierwotnych lęków i agresywnych zachowań, naszej wściekłej, nieopanowanej natury. Jeżeli ją zaakceptujemy, przestaniemy jej nienawidzić - oczyścimy ją, tę ciemność
evil no longer because it is no longer rejected by the light - to ona da nam siły, jak dała Luke'owi, by rozprawić się ze złem prawdziwym, z Imperatorami tego świata.
Nie oszukujmy się, mówi Bear, Darth Vader jest w każdym z nas. Ale dopóki będziemy się go bać i go nienawidzić, zawsze nas pokona. Jeżeli jednak spróbujemy go zaakceptować, zrozumieć, kontrolować - da nam siły do zwycięstwa. Pora, żeby nasza kultura to zrozumiała - i to, zdaniem Elizabeth Bear, jest lekcja, jakiej uczą nas Gwiezdne wojny.

Sarah Monette z kolei wzięła na warsztat Władcę Pierścieni i problem, jaki ma z dziełem Tolkiena literatura fantasy.


Monette dała swojemu esejowi mocno prowokujący podtytuł: Dlaczego fantasy nie powinna naśladować Tolkiena. Autorka,
sama skądinąd wielbicielka Władcy..., nazywa Tolkiena an affliction and a curse to fantasy writers i stwierdza, że uważa go za wyjątkowo fatalny model. Dlaczego?
Otóż nie dlatego, pisze Monette, żeby było coś nie w porządku z samym Tolkienem. Ona sama, jak stwierdza, nie zawsze podjęłaby takie same decyzje artystyczne, ale też nie ma wątpliwości, że mamy do czynienia z arcydziełem. Tyle że, pisze Monette, jest to arcydzieło bardzo specyficznego umysłu.
Problem z Tolkienem - a raczej problem z naśladowcami Tolkiena - polega na tym, że autor Władcy... był po pierwsze, geniuszem, po drugie, naukowcem; tak po prawdzie, to ten drugi fakt jest, zdaniem Monette, większym kłopotem. Dlaczego? Ano dlatego, że po pierwsze, jego głęboka wiedza filologiczna pozwoliła mu stworzyć wiarygodne języki i ich elementy (imiona, na przykład). Po drugie, jego szerokie oczytanie w literaturze średniowiecznej dało mu możliwość posłużenia się literackimi modelami tamtej literatury dla stworzenia nowego epickiego gatunku i wykorzystania utartych formuł (jak przede wszystkim i po pierwsze zaczerpnięta z tradycji romansu rycerskiego idea questu) dla skonstruowania nowego modelu fabuły. Po trzecie, jego znajomość mitologii pozwoliła mu zbudować wiarygodny i intrygujący świat przedstawiony z elementów znanych z Eddy, Mabinogionu i dziesiątek innych źródeł. A wspomniany wcześniej geniusz pozwolił mu na połączenie tych elementów w spójną i literacko satysfakcjonującą całość.
Problem, zdaniem Monette, polega na tym, że bardzo wielu późniejszych autorów fantasy próbowało kopiować rezultat pracy Tolkiena, zamiast metody jego pracy; próbowało kopiować w ciemno, nie mając literackiego ani filologicznego przygotowania, żeby wymyślić swój własny wariant świata; zamiast zajrzeć do źródeł, jako źródło potraktowało Władcę.... Namnożyło się więc w fantasy "obowiązujących" klisz i schematów: muszą być elfy i krasnoludy, Władcy Ciemności i wyprawa po magiczny artefakt, mapy, zaginieni królowie, czarodzieje i wielkie wojny... Oczywiście - pozwolę sobie sprecyzować - nie mówimy tu o arcydziełach, nawet tych do Tolkiena nawiązujących, nie mówimy o największych osiągnięciach gatunku, o Kayach, Sapkowskich czy nawet Donaldsonach. Mowa raczej o tym, co tworzy tę masę fantasy dla niewymagającego czytelnika, zalegającej na sklepowych półkach, o wszelkiego rodzaju Dragonlance'ach i Eragonach, odbitych od jednej sztancy i produkowanych seryjnie przez autorów w rodzaju Tracy'ego Hickmana, Margaret Weis czy R. A. Salvatore...
Co więc ma zrobić z Tolkienem aspirujący autor fantasy? Naśladować Tolkiena, nie dzieło Tolkiena, radzi Monette. Podejść starannie i z pasją do swojego tematu, przemyśleć literackie wzory, na których chce się oprzeć, potraktować poważnie swoich bohaterów i moralne dylematy, które przed nimi stawia, świadomie dokonywać artystycznych i literackich wyborów, odrzucając utarte schematy. Wtedy - konkluduje Monette - znacznie łatwiej przyjdzie nam napisanie czegoś, co nie będzie tylko dziesiątą wodą po naśladowcach Tolkiena. Zapewne - pisze autorka Melusine - w ten sposób napiszemy coś, co nie będzie miało wiele współnego z "Władcą Pierścieni". Z wyjątkiem jednej rzeczy - czytelnicy też tą książką się zachwycą.

niedziela, 30 listopada 2008

Alfred Bester, The Stars My Destination (Tiger, Tiger!), Gollancz, London 1999 (wznowienie); wydanie polskie Gwiazdy moim przeznaczeniem, przeł. A. Sawicki, Solaris, Olsztyn 2006 (wznowienie).

 

 

Był rok 1956, kiedy Alfred Bester opublikował w piśmie Galaxy czteroczęściową powieść w odcinkach, która jauntowała literaturę science fiction daleko, daleko w przyszłość, zapowiadając formalne eksperymenty Nowej Fali i narodziny cyberpunku. A zapowiadało się tak niewinnie - Bester po prostu napisał na nowo Hrabiego Monte Christo Aleksandra Dumasa-ojca...
Gulliver Foyle, jak przed nim Edmund Dantes, jest nikim. Dantesa nikim czyni jego naiwność, jego dziecięca niemal prostota i kompletna nieświadomość mechanizmów działania tego świata; Foyle'a - umysłowe lenistwo, prostactwo i brak jakichkolwiek ambicji. Obydwaj przeżyliby całe życie w bezpiecznej nijakości, gdyby nie jedno pragnienie, które kazało im przekroczyć wszelkie granice i osiągnąć rzeczy nieosiągalne dotąd nie tylko dla każdego z nich, ale i dla ludzkości jako takiej. Tym uczuciem jest, w obu przypadkach - zemsta.
W postaci Gully'ego Foyle'a Alfred Bester stworzył modelowego antybohatera fantastyki. Foyle z początku powieści, mechanik trzeciej klasy na statku kosmicznym Nomad, nie chce i nie potrafi niczego prócz wykonywania prymitywnej mechanicznej roboty, przypisanej do swego stanowiska; nie potrafił nawet nauczyć się jauntowania, sterowanej wolą teleportacji, którą większość dzieci jest w stanie opanować bez problemu. Ale Nomad zostaje zaatakowany, nie wiadomo przez kogo, nie wiadomo dlaczego; giną wszyscy, tylko mechanik trzeciej klasy, Gully Foyle, przeżywa. Po raz pierwszy wtedy budzi się w nim wola - wola życia. Ale to jeszcze za mało: trzeba będzie dopiero zawiedzionej nadziei na ocalenie - kiedy tuż obok wraku przeleci inny statek, Vorga, i nie zabierze rozbitka - żeby obudzić w Foyle'u żądzę zemsty, która uczyni zeń potwora - a to znaczy, człowieka. Foyle przysięga sobie, że znajdzie kapitana Vorgi i ukarze za to, co się stało; od tej pory zrobi wszystko, by przeżyć i zrealizować swój plan zemsty.
Nomad jest dla Foyle'a odpowiednikiem Chateau d'If  - pierwszym, bo drugim stanie się więzienie Gouffre Martel, do którego zostanie wtrącony z powodu niezrozumiałych jeszcze wtedy dla niego machinacji wielkich tego świata: multimilionera Presteigna z Presteignów i napromieniowanego uczonego-detektywa, Saula Dagenhama. To stamtąd wyjdzie już nie apatyczny prol i nie wściekły terrorysta gotów wysadzić Vorgę bez zastanowienia, ale tutejszy hrabia Monte Christo - Geoffrey Fourmyle of Ceres, szokujący neowiktoriańskie społeczeństwo swoich czasów dandys, przebiegły koneser zemsty podawanej na zimno, uzbrojona w cyberimplanty ofiara własnych obsesji  i rewolucjonista, nie do końca mimo woli.
Bester w Gwiazdach... nie boi się ani prowokacji, ani eksperymentu: Foyle jest po nietzscheańsku amoralny, a przy tym psychopatyczny (gwałci i szantażuje Robin Wednesbury, pozostawia Jisbellę na pewną śmierć), ale i on ma swoje granice, swoje normy. Tą granicą jest Olivia Presteign, córka milionerów, bezbronna i piękna niewidoma albinoska na pierwszy rzut oka, a bezwzględny i pozbawiony wszelkich zasad potwór, karzący za swą odmienność cały świat, w rzeczywistości. Oliwia widzi w Foyle'u kogoś podobnego do siebie; on jednak, wiedząc, co robiła, widząc w umyśle scenę, w której nakazała wyrzucenie żywcem w przestrzeń kosmiczną nagich, obdartych ze wszystkiego, co mieli, uchodźców (Bester pisał to raptem parę lat po wojnie i zastanawiam się, w jakim stopniu na konstrukcję tego wstrząsającego obrazu wpłynęły zdjęcia z obozów zagłady...) rozumie, że mimo fascynacji i namiętności, jakie panna Presteign w nim wzbudza, nie może tego zaakceptować. To Oliwia siedziała za sterami Vorgi, kiedy ta nie odpowiedziała na sygnał SOS Nomada; to Oliwia więc, od początku, była nemezis Foyle'a i powodem jego rozwoju, zgubą i błogosławieństwem w jednym.
Powieść Bestera zaludniają barwne i intrygujące typy: pyszny i antypatyczny Presteign z Presteignów, szalony i rozsądny jednocześnie geniusz Dagenham, błyskotliwy oficer policji Y'ang-Yeovil - i jedne z najciekawszych kobiecych postaci fantastyki, nie tylko tamtych czasów: neurotyczna nie-do-końca-telepatka Robin Wednesbury i błyskotliwa con artist Jisbella McQueen, że o Oliwii Presteign nie wspomnę. Intrygujący jest obraz społeczeństwa, z jednej strony - zamkniętego w sztywnym gorsecie neowiktoriańskich norm klasowych i moralnych, z drugiej - z trafnie opisanymi przemianami, wynikającymi z wymyślonych przez Bestera konceptów, w tym przede wszystkim idei jauntingu. Społeczeństwo tej Ziemi jest, mimo toczących się wojen, w stazie, w niewoli zrekonstruowanej tradycji - ale jest też w przededniu zmiany; the times, they are a-changing. Narodził się już przecież, choć jeszcze ani on sam, ani świat o tym nie wie, człowiek będący następnym krokiem ewolucji, ten, kto będzie umiał jauntować się nie po platformach Ziemi, ale między gwiazdami... Pod tym względem idee Bestera wydają się, przy wszelkich różnicach, podobne do konceptu Franka Herberta w Diunie: i tu, i tam ludzkość tkwi w okowach tradycji, zakazów i konwenansu, i tu, i tam, musi przyjść rewolucja i zmieść stary porządek, bo i tu, i tam stagnacja oznacza śmierć ludzkiego ducha i prawdziwą zagładę cywilizacji. Autor ma też mnóstwo pomysłów na pojedyncze koncepty, zarówno naukowe, jak i socjologiczne: świat zaskakująco przenikliwie opisanych neofeudalnych korporacji, ginecea bez drzwi, do których można się tylko jauntować, sekta neoskopców, wprowadzająca się w dobrowolną i nieodwracalną deprawację sensoryczną i bezsensowne podziemne obrządki zakazanego chrześcijaństwa - to wszystko razem tworzy spójny, a przy tym fascynująco obcy świat powieści.
Bester eksperymentuje też z formą, posługując się, zwłaszcza w scenach synestezji oszołomionego eksplozją Foyle'a, eksperymentalną formą zapisu i nielinearną fabułą oraz śmiałą metaforyką. Wszystko to sprawia, że to jest ciągle powieść bardzo nowoczesna i bardzo współcześnie, mimo wszelkich swoich manieryzmów i nietzscheanizmów, brzmiąca.
W finałowej scenie Gully Foyle, przemieniony przez swoje doświadczenia, pozostawiwszy za sobą swoje wcielenia poszukiwacza zemsty, wroga publicznego nr 1 i pokutnika, ukazuje się w nowej postaci: ucieka Dagenhamowi i Y'ang-Yeovilowi, zabierając ze sobą to, o co od początku w całej intrydze chodziło - Pyr'E, potężny materiał wybuchowy, detonowany myślą - i rozdaje go, kawałek po kawałku, zwykłym ludziom, jauntując się po miastach starej Ziemi. Oddaje im - robotnikom, proletariuszom, przechodniom - tę potężną niszczycielską broń, którą wielcy tego świata chcieli ukryć przed nimi dla ich własnego dobra, a robiąc to, oddaje w ich ręce odpowiedzialność za ich własny los i klucz do ich własnej ewolucji. Indywidualista, anarchista i outsider poczuł się odpowiedzialny za oddanie losu całej ludzkości w ręce tejże, zamiast w ręce wybrańców. Stagnacja jest śmiercią; zmiana jest rozwojem; Gully Foyle, który był nikim, stał się - przez zemstę, przez namiętność - kimś więcej niż człowiekiem: stał się pierwszym z nowych ludzi i tym, który popchnie ludzkość na nowe tory.
Arcydzieło. Wypada znać; na dodatek ciągle dobrze się czyta. 

 

Lektura uzupełniająca:

* Martha Wells, The Death of the Necromancer, czyli zupełnie, ale to zupełnie inna przeróbka Hrabiego Monte Christo, tym razem w kostiumie fantasy;
* Samuel R. Delany, Babel 17, czyli druga fascynująca, eksperymentalna powieść SF z tej samej epoki; antidotum na ramotki w rodzaju The Case of Conscience Blisha...
* The
Jaunt Stephena Kinga, horror inspirowany arcydziełem Bestera (opowiadanie w tomie Szkieletowa załoga);
* No i to, źródło alternatywnego tytułu:

Tyger Tyger, burning bright,
In the forests of the night :
What immortal hand or eye,
Could frame thy fearful symmetry?

piątek, 12 września 2008

James Blish, A Case of Conscience, Ballantine Books, New York, 1958; wydanie polskie: Kwestia sumienia, przeł. Radosław Kot, CIA-Books, Poznań 1992;

uwaga spoilery!



Za Kwestię sumienia Blish dostał nagrodę Hugo w 1958 roku; złożona z dwóch połączonych ze sobą opowiadań powieść okazała się największym sukcesem w jego karierze i trafiła na listy klasyki science fiction. Być może po części do sławy, jaką cieszy się do dziś, przyczyniło się podjęcie przez Blisha odważnego i kontrowersyjnego (zwłaszcza jak na fantastykę końca lat 50.!) tematu: zderzenia motywów fantastycznych z religią oraz problemu obecności Szatana w świecie. Blish, który skądinąd w przedmowie do posiadanego przeze mnie wydania z 1975 roku deklaruje się jako agnostyk, uczynił głównym bohaterem ojca Ramona Ruiza Sancheza, pochodzącego z Peru jezuitę, który jako biolog wchodzi w skład ekspedycji, badającej zamieszkaną przez pokojowo nastawioną inteligentną rasę planetę, nazwaną przez ludzi Lithia. Ekspedycja ma zdecydować o dalszym statucie planety - tyle że z czterech jej członków każdy ma na ten temat inne zdanie. Trzej naukowcy wahają się między uznaniem planety za niegroźną i otwarciem na handel z Ziemią (Michelis), zamknięciem Lithii i uczynieniem z niej tajnego poligonu i centrum produkcji bomb termojądrowych (wyjątkowo antypatyczny - i schematyczny - militarysta Cleaver), a nieumiejętnością podjęcia jakiejkolwiek decyzji (Agronski). Ojciec Ruiz Sanchez, biolog, ma inne zdanie - jego zdaniem, planetę należy obłożyć permanentną kwarantanną i uznać za skrajnie niebezpieczną dla Ziemi i Ziemian, choć na pozór nic w jej ekosystemie ani kulturze na to nie wskazuje. Powód tej obawy jest - teologiczny: po analizie mianowicie lithiańskiej kultury Ruiz Sanchez doszedł do wniosku, że Lithia i jej mieszkańcy są ni mniej ni więcej, tylko dziełem Szatana. Będąc bowiem społeczeństwem całkowicie racjonalnym i najgłębiej etycznym, społeczeństwem, które nie zna koncepcji winy ani kary, które, że zaczytuję bynajmniej nie chrześcijańskiego klasyka sponte sua sine lege fidem rectumque colebat, którego kodeks wartości zgadza się co do joty z nauczaniem Kościoła - Lithianie nie znają pojęcia Boga (ani bogów, ani boskiej mocy, ani niczego w tym guście). Ruiz Sanchez argumentuje, że nie można dojść samemu do tego rodzaju aksjomatów etycznych, że nie ma możliwości, by pojawiły się one w rezultacie naturalnego rozwoju danej społeczności. Muszą one wynikać z łaski Boga - a Lithianie w Boga nie wierzą. Ergo, zdaniem ojca Sancheza, zostali stworzeni przez Szatana, by wystawić na próbę człowieka. Choć sami są dobrzy z natury i nigdy nikomu nie czynią zła, choć Ruiz Sanchez przynajmniej jednego z nich uważa za przyjaciela - Lithianie reprezentują sobą moce szatańskie w ich najbardziej niebezpiecznym i kusicielskim wcieleniu, dowodzą bowiem, że Bóg niepotrzebny jest do stworzenia raju. W II części Kwestii sumienia przenosimy się na Ziemię i widzimy na własne oczy działanie Antychrysta - lithiańskiego dziecka, które Ruiz Sanchez przywiózł ze sobą na Ziemię na życzenie swego lithiańskiego przyjaciela i które wyrasta na gwaizdę popkultury i burzyciela spokoju, niosącego Ziemi chaos i niepokój. Lithia w końcu ulega zniszczeniu i nigdy nie dowiadujemy się, co do niego doprowadziło -  niebezpieczne eksperymenty Cleavera czy może przeprowadzony przez Ruiza Sancheza na polecenie papieża rytuał egzorcyzmów... 
Pomysł Blisha na powieść brzmi wręcz olśniewająco - w streszczeniach. Miałam pecha przeczytać w swoim czasie kilka z nich. Osobiście spodziewałam się po ich lekturze historii, w której I części oglądamy człowieka, odkrywającego, z jednej strony, przerażającą dla wierzącego tajemnicę Lithii, z drugiej - paradoksalność idei dobra i zła w świecie, w którym istoty etycznie wedle przykazań Kościoła doskonałe są jednocześnie nieodwracalnie skażone złem. Spodziewałabym się opowieści o wrażliwym i głęboko wierzącym księdzu, rozdartym między świadectwem własnego umysłu, podpowiadającego, czym musi być Lithia, a własnego serca, które kazało mu zaprzyjaźnić się z jednym z mieszkańców planety; konfliktu człowieka, którego wiara mówi, że Szatan niezdolny jest do tworzenia czegokolwiek, zderzonego z jaskawym dowodem kreatywnych mocy Nieprzyjaciela; dramatu kapłana, oglądającego populację istot, pozbawionych dusz i szansy na zbawienie, a mimo to niewinnych i nie znających zła; wreszcie, tragedii katolika widzącego, że w świecie stworzonym przez diabła Lithianom żyje się o niebo lepiej, niż ludziom na będącej dziełem Boga Ziemi. W II części z kolei  młodego Egtverchiego wyobrażałam sobie jako kogoś na podobieństwo Alii Atrydy, skazanej przez swoją naturę, wbrew własnej woli, na los potwora - albo może lepiej, Olivii Presteign, pozbawionej w ogóle zmysłu etycznego, nie rozumiejącej, czym jest człowieczeństwo i dążącej do samorealizacji za wszelką cenę - lub, alternatywnie, kogoś jak Lennie Small, kto krzywdzi innych, bo zupełnie nie wie, co czyni; chce dobrze, ale robi źle.
A co dostałam? Po pierwsze, część I, w której autor w żaden sposób nie pokazuje nam, jak Ruiz Sanchez dochodzi do swojej szokującej konkluzji. Kiedy go spotykamy, on już prawie wie, że Lithia to dzieło Szatana; ostatnią kroplą ma być jego rozmowa z lithiańskim przyjacielem Chtexą, ale autor w żaden sposób nie wyjaśnia, co takiego w tej rozmowie zadecydowało, że Ruiz Sanchez wrócił po niej do domu tak wyczerpany i przybity, że koledzy musieli wtaszczyć go do środka. Autor zdaje się sugerować, że cała tajemnica tkwi w rozwoju lithiańskich dzieci - w tym, że przechodzą one pełną rekapitulację poza organizmem matki - najwyraźniej teoria, że ontogeneza powtarza filogenezę, była w 1958 aksjomatem, przynajmniej dla autorów SF. Nie jestem biologiem, tylko humanistą (ale nie teologiem!), i może dlatego za jasną cholerę nie widzę, w jaki sposób ten akurat argument miałby przesądzać o szatańskości Lithii i Lithian... Jako humanista-filolog mogę jednak stwierdzić, że literacki sposób wprowadzenia i ukazania tego argumentu przez Blisha nie przekonuje ani trochę - a są autorzy, którzy znacznie mniej przekonujące idee, (na przykładsocjologiczne), są w stanie czytelnikowi wcisnąć, bo robią to sprawnie... Najbardziej przeszkadza fakt, że Blish w żaden sposób nie pokazuje korzeni decyzji Ruiza Sancheza, nie pozwala czytelnikowi uczestniczyć w jego odkryciu. Owszem, w bardzo dobrej skądinąd scenie konfrontacji między badaczami Ruiz Sanchez przekonująco podsumowuje swoją opinię, wyliczając dziewięć argumentów za diabelskością Lithii (s. 87-88), które jako żywo brzmią jak manifest Oświecenia - ale to wszystko. Jak do nich doszedł, nie mamy tak naprawdę szansy zobaczyć.
Zastanawiająca jest też dla mnie idea, że system etyczny Lithian jest identyczny jak katolików - jak ma się do tego fakt, że dzieci Lithian porzucane są jako zarodki w morzu i pozostawiane całkowicie same sobie? Większość ginie,
o czym Lithianin Chtexa opowiada Sanchezowi bez żadnych emocji. Przeżywają tylko nieliczne, najsilniejsze - toż to darwinizm w najczystszej (a raczej, najbardziej prostackiej i uproszczonej) postaci! A co z opieką nad słabymi? Co z godnością życia? Co, wreszcie, z miłosiernym Samarytaninem? Dla mnie, nawet przy mojej marnej wiedzy teologicznej, sama idea takiego rozmnażania się Lithian podważa całkowicie koncept, że ich etyka to katolicyzm bez Boga; ergo, cały argument Sancheza/Blisha diabli (z przeproszeniem) biorą.
To po pierwsze; po drugie, dostajemy część II powieści, chaotyczną i niespójną, z mało przekonującą opowieścią o tym, jak młody obcy staje się wcieleniem chaosu i zła, a ojciec Ruiz Sanchez zostaje skonfrontowany z papieżem i oskarżeniem o herezję manichejską. Tutaj Blish nie wychodzi poza schematyczną antyutopię - uciśnieni i prymitywni, ogłupieni telewizją biedni robotnicy versus zdegenerowana arystokracja - której korzenie tkwią wprost w Wellsowskiej opowieści o Elojach i Morlokach.
Kolejny problem to bohaterowie - w większości z nich jest tyle osobowości i charakteru, ile trucizny w zapałce. Postacie są albo skrajnie schematyczne (Cleaver), albo bezbarwne i pozbawione przekonujących cech (Liu Meid, pozostali uczeni); wyjątkiem jest do pewnego stopnia główny bohater, Ramon Ruiz Sanchez, w którego przypadku jesteśmy przynajmniej w stanie określić, jakie są jego priorytety, co lubi i jak reaguje w sytuacji, stawiającej pod znakiem zapytania wszystko to, w co wierzył.
Kwestia sumienia w zasadzie nie ma akcji - zwłaszcza w części I większość tego, co się dzieje, znamy ze streszczeń w długich scenach dysput między postaciami; cała powieść, można powiedzieć z odrobiną złośliwości, to jedna wielka mowa posłańca z greckiej tragedii, relacjonującego wydarzenia dziejące się za sceną. Podobnie jak w They Shall Have Stars, jedynej innej powieści Blisha, jaką czytałam, autor popisuje się erudycją - tam był Dylan Thomas, tu Finnegan's Wake. I co z tego, chciałoby się zapytać? Ano nic; w odróżnieniu od takoż uwielbiającego popisy intelektualne Dana Simmonsa, Blish pozostaje, gdy chodzi o styl i sposób konstruowania fabuły, spadkobiercą ttradycyjnej SF ZŁotego Wieku. Powieść przeładowana jest niewiele wnoszącymi do wiedzy czytelnika dywagacjami naukowymi a la Verne, a na dodatek zaopatrzona w dokładny i szczegółowy raport-opis Lithii, nie wiadomo, po co. I tak, wiem, 1958, ale skoro Ray Bradbury mógł w 1950 opublikować Kroniki marsjańskie, a Alfred Bester w 1956 napisać - do dziś brzmiące nowocześnie i oryginalnie - The Stars My Destination, to znaczy, że jakaś zmiana wisiała w powietrzu; złośliwie pozwolę sobie dodać, że sekwencje balu u księżnej w II części Kwestii sumienia wyglądają skądinąd na mocno przez Gwiazdy moje przeznaczenie inspirowane... Mało ciekawy jest też dystopijny obraz ziemskiego społeczeństwa, żyjącego w schronach, choć groźbę wojny atomowej zażegnało wprowadzenie tyrańskiego rządu światowego pod auspicjami ONZ - po Roku 1984 Orwella taka wizja dosyć straciła moc przerażania...Wizja jest przy tym mało konsekwentna - we Włoszech, które pokazane są nieco nostalgicznie, ludzie mimo wszystko ciągle żyją głównie na powierzchni, a autor wychodzi ze skóry, żeby i jakoś to uzasadnić, i ze swojego głównego założenia (że po włożeniu wielkich pieniędzy w Schrony ludzkości nie opłaca się ich porzucić) nie zrezygnować. Żeby było sprawiedliwie, muszę jednak dodać, że słuszna wydaje mi się intuicja Blisha, że najbardziej podatna na frustrację i na nową ideologię głoszącą agresję dla samej agresji będzie młodzież - w swoim opisie zepsutych, znudzonych i nieszczęśliwych przy tym nastoletnich chuliganów autor Kwestii... w pewnym sensie (idei, nie wykonania literackiego!) uprzedził późniejszą o cztery lata Mechaniczną pomarańczę.

Podsumowując, warto znać, ale warto też wiedzieć, że bardzo się ta powieść zestarzała i że od początku odpowiadała na nieco inne pytania niż te, które sugerują jej streszczenia. Stanowczo domagam się remake'u Kwestii sumienia :P. Proszę, niech ktoś weźmie te wszystkie streszczenia, nie zagląda do oryginału i napisze tę książkę jeszcze raz, od nowa! *

 

* tak, wiem, ponoć Mary Doria Russell w The Sparrow robi coś podobnego, ale po pierwsze sama wypiera się jakichkolwiek związków z powieścią Blisha, po drugie - nie mogę jej ocenić, bo jeszcze nie przeczytałam... 

Lektura uzupełniająca (także dla mnie):
Mary Doria Russell, The Sparrow: powieść równie głośna ze względu na nagrody, jakie dostała, jak na zauważone przez wielu, a nieuznane przez autorkę, podobieństwo (ponoć nadmierne) do powieści Blisha;
Jacek Dukaj, Ziemia Chrystusa, żeby zobaczyć, jak można połączyć fantastykę i teologię tak, by czytelnika naprawdę zmusić do myślenia.

PS. Pominę już radosną niestosowność idei, że papież Hadrian VIII wybrał sobie imię na część cesarza Hadriana... (s. 166)

 
1 , 2
| < Listopad 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      
O autorze
Zakładki:
Autorzy
Blogi
Miejsca: różne
Omnia mea
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...