Antologie

poniedziałek, 26 listopada 2012

Neil Gaiman, Study in Emerald, osiągalne w tomie Fragile Things oraz, na szczęście, tutaj.

 

spoilery. serio serio, kto nie czytał opowiadania, niech nawet nie zagląda

 

http://crieffandcrowley.tumblr.com/

 

Ja już się kiedyś tym tekstem zachwycałam, wtedy krótko. A dzisiaj, co mi tam, idę na całość. Będzie, ostrzegam, długo, naukowo, filologicznie nie aż tak naukowo i filologicznie, jak się obawiałam, i analitycznie. I ze spojlerami. 

Sam Neil Gaiman, pisząc we wstępie do tomu Fragile Things o Studium w szmaragdzie, zaznaczył, że pomysł był paradoksalny. Jak połączyć Conan Doyle'a (dalej będzie ACD) z Lovecraftem (dalej będzie HPL), racjonalną logikę i rozum z grozą z przedwiecznych otchłani poza czasem? Miał, drań, rację - z mnóstwa osób, które próbowały to robić, tylko jemu jednemu udało się napisać arcydzieło.

Kluczem do sukcesu był tu chyba fakt, że Gaiman znalazł sposób na pożenienie ze sobą dwóch sprzecznych, tak naprawdę, źródeł. Zrobił to, nie tyle racjonalizując, co oswajając świat, znany z tekstów HPL: uczynił z niego część ludzkiej przeszłości, co codziennego. De facto, Gaiman, na pozór przynajmniej, odwraca znaki - to, co u HPL niejasne i okryte mrokiem przedwiecznych tajemnic, tu jest jasne i oczywiste. Wielcy Przedwieczni nie czają się na nieznanych kontynentach, w prastarych inskrypcjach i w na wpół zapomnianych inkantacjach obłąkanych kultystów; wręcz przeciwnie, są na co dzień obecni w życiu ludzkości, jako jej władcy i przewodnicy. Ale z drugiej strony - to nie jest takie proste, bo nie mamy tu tylko do czynienia z prostym odwróceniem. Ta familiarność z Wielkimi Przedwiecznymi jest przecież tylko pozorna - ludzie o nich mówią, żyją pod ich władzą, ale czy ich znają, tak naprawdę? Ci zwykli ludzie, znaczy się, poddani; nie tacy, jak małżonek królowej, książę Albert; nasz narrator widzi po raz pierwszy kogoś z klasy rządzącej podczas śledztwa, ba, przecież nawet sławny consulting detective z Baker Street nigdy wcześniej chyba nie widział na oczy królowej.... a książę-ofiara zabójstwa został zwabiony obietnicą spotkania z niewinną dziewczyną, którą sam jego widok miał doprowadzić do obłędu.
Wspominam o tym nie bez powodu - bo ta pozorność normalnych relacji między ludźmi a Przedwiecznymi znakomicie pasuje do jednego z głównych tricków, jakie Neil Gaiman nam tutaj funduje, a mianowicie: do subtelnego i cholernie inteligentnego sugerowania czytelnikowi, że pan detektyw i jego przyjaciel stoją - będąc po stronie establishmentu - po Ciemnej Stronie Mocy. I że, summa summarum, to z perspektywy Ciemnej Strony jest ta historia opowiedziana.

Co mam na myśli? Gaiman bardzo zmyślnie nas w tym opowiadaniu nabiera i wodzi za nos. Początkowo wszystko wskazuje, że mamy do czynienia ze spisaną przez eks-wojskowego, pamiętnikarza, historią sprawy wielkiego detektywa, że to John Watson pisze o Sherlocku Holmesie. Gaiman buduje w nas to przekonanie na kilku poziomach: na poziomie fabuły, pokazując relację między biografem a jego bohaterem i opowiadając początek sprawy morderstwa, aż po użycie słowa Rache; na poziomie skojarzeń, kiedy opisuje przyjaźń między bohaterami i ich natury, charaktery i podejście do życia; ba, nawet na poziomie czysto typograficznym, z układem strony nawiązującym do publikacji opowiadań ACD w czasopismach, łącznie z obowiązkowymi reklamami. To wszystko razem buduje w nas poczucie, że czytamy dziwną wersję przygód Holmesa w dziwnym świecie.
No tylko, że nie. Dosyć od początku Gaiman sugeruje, że jednak coś jest nie tak: wężowe ruchy głowy detektywa, potem nazwisko aktora z ruchu oporu, Sherry Vernet, potem informacja o pismach naukowych detektywa, drugie nazwisko aktora, Sigerson, a potem, w końcu, informacja o tym, że eks-lekarzem wojskowym i towarzyszem aktora jest niejaki James, może John, Watson. Nie zapomnę do końca życia, jak fantastycznie zaskoczona się poczułam, kiedy zaczęło do mnie powoli docierać, że to nie Holmes i Watson pomagają królowej Wiktorii Glorianie z nieznanego Kadath czy też skądkolwiek indziej ją diabli na ziemię przynieśli. 

Ale jak się czyta kolejny raz, i uważnie, widać, że sugestii jest więcej, niż tylko te, które wynikają z odwołań do Studium w szkarłacie. I tu wracamy do typografii, i do kwestii reklam.
Kogo i co my w nich mamy? Cudowny tonik doktora Frankensteina, proszek innego lekarza, Jekylla tym razem, usługi profesjonalnego ekssangwinatora V. Tepesa i buciki od Spriong-Heeled Jacka do nabycia. Treść i reklamowane przedmioty mocno w duchu epoki, zabawa dla czytelnika, rozpoznającego skojarzenia, przednia, ale jest w tym też chyba coś więcej. No bo popatrzmy: doktor Jekyll, Victor Frankenstein, Drakula, Skaczący Jack - najczarniejsze charaktery wiktoriańskiej popkultury nie muszą się chować w półświatku; wiktoriańskie wcielenia zła wypełzły na światło dzienne i zajęły się biznesem, propagując przy tym swoje wynalazki. Moriarty z Moranem konsultują - tylko co, i z kim? - na Baker Street. Czy tym światem może rządzić kto inny, niż Ciemna Strona Mocy?
No i to jest niby oczywiste: lektura HPL uczy człowieka, że Wielcy Przedwieczni to nic dobrego; ale Gaiman, drań, wie, jak nas nabrać. Przecież po ich stronie jest Sherlock Holmes, jak mogą być źli?, mówi nam subtelnie i z perfidnym uśmiechem, a my wierzymy - tym dłużej, im mniej znamy kanon i w związku z tym im wolniej łapiemy aluzje, sugestie i podpowiedzi... Ale, oczywiście, te dwa stwierdzenia pozostają w mocy. Wielcy Przedwieczni są źli. A Sherlock Holmes i John Watson nigdy by nie stanęli po stronie zła. I - nie stoją.

Czym jest więc zło, na czym polega? Mniej chyba, jak się zdaje, na ekscesach drani takich, jak zabity niemiecki książę; bardziej na tym, co pięknie widać w sztuce, granej przez trupę pana Verneta. Oni przyszli i odebrali ludzkości wolność, szansę własnego rozwoju, samodzielność; zrobili z nas swoją własność: niewolników, bydło, stado ubezwłasnowolnionych, pozbawionych szans na jakiekolwiek samodzielne decyzje, dzieci. A Gaimanowy Holmes, zupełnie jak Gully Foyle, bardzo, bardzo nie lubi takiej idei.     

Gaiman postacie rysuje, jak zawsze, starannie i niejednoznacznie. Moran budzi autentyczną sympatię i współczucie, Moriarty - podziw dla intelektu i dedukcji; Gaiman wyraźnie idzie tu za tropem przez ACD sugerowanym: podobieństwem między Holmesem a jego nemezis. Język jest stylizowany na oryginał, z zapożyczeniami całych momentami zdań - co nie zmienia faktu, że kiedy Gaiman przechodzi do opisów Wielkich Przedwiecznych, mistrzowsko posługuje się klasyczną Lovecraftowską stylistyką. It is the immensity, I believe.The hugeness of things below. The darkness of dreams, pisze Gaiman. Pisze obok I shall not forget the mirrored surface of the underground lake, nor the thing that emerged from the lake, its eyes opening and closing, and the singing whispers that accompanied it as it rose, wreathing their way about it like the buzzing of flies bigger than worlds. Dałabym się posiekać za to, żeby kiedykolwiek móc napisać takie zdanie, takie własne naśladownictwo cudzego stylu, nie popadające w parodię, ale pastiszowe w sposób błyskotliwy...

OK, z siedmiostronicowego, napisanego dzisiaj w porywie szaleństwa artykułu naukowego in English (tylko kto mi to opublikuje?) zrobiłam pojedynczy (!) wpis. Zachwyt wyraziłam. Analizę zrobiłam. Mogę iść spać, i mam nadzieję, że tym razem nie będzie mi się śniło, tak jak wczoraj, polowanie na pułkownika Morana (okazującego się wilkołakiem...) w towarzystwie dwóch szacownych kolegów profesorów z IFK oraz Drakainy przemienionej w kelpie...

sobota, 10 grudnia 2011

Kij Johnson, Ponies (Kucyki), tłum. Marcin 'lmn' Łukasiewicz, dostępne online 

 

Wińcie fejsbuka (a konkretniej, Nową Fantastykę na tymże). I Poltergeista. I blog Shadowa. To przez nich łamię moją złotą zasadę i piszę wpis o pojedynczym opowiadanku. Ba, nie opowiadanku nawet - nowelce. I to króciutkiej. I niby wcale mi się ona jakoś szczególnie nie podobała na pierwszy rzut oka, a jakoś nie mogę się od dwóch dni od niej odczepić, ergo - postanowiłam o niej napisać, choćby dlatego, że dostała (czy słusznie?) Nebulę.

Chris Buzelli - ilustracjaIlustracja - Chris Buzelli
(ze strony tor.com z oryginalną wersją opowiadania)

 

Właściwie na pozór ten wpis nie bardzo ma cel, bo w sumie, teoretycznie, mogłabym napisać po prostu "W sumie, zgadzam się z Shadowem". Niemniej, niemniej: moja osobista recenzja, choć w wymowie podobna, troszkę inaczej by rozłożyła akcenty, ergo poczułam się zmuszona do napisania czegoś o nagrodzonym tegoroczną Nebulą opowiadaniu. 

Opowiadanko jest, bardzo wyraźnie, alegorią: realia świata przedstawionego nawet nie próbują udawać czegokolwiek prawdziwego w rzeczywistości naszej lub jakiejś innej. Z jednej strony mamy (celowo) niewytłumaczoną plastikowość kucyków i ich słodko pachnącą krew, z drugiej (co oddala ewentualny argument o tym, że mamy do czynienia np. z daleką przyszłością i manipulacjami genetycznymi) - ogromną, jak na tak krótki tekst, ilość nazw współczesnych marek i produktów. Jedno i drugie jest, że zaryzykuję stwierdzenie absolutnego truizmu, w pełni zaplanowane: z jednej strony, daje wrażenie dziwacznej, cukierkowo słodkiej absurdalności tego, co się dzieje,  z drugiej - i to jest  chyba z punktu widzenia autorki ważniejsze - buduje główną tezę opowiadania.       

http://images2.fanpop.com/images/photos/6300000/My-Little-Pony-Wallpaper-my-little-pony-6351164-1024-768.jpg

Ten tekst wydaje się - wbrew zarzutom niektórych czytelników (patrz dyskusja pod polską wersją) - starannie przemyślany i zaplanowany, może aż za bardzo. Autorka miesza elementy współczesne i realistyczne (wyliczanki produktów, praca rodziców NajDziewczyny) i alegoryczne ("tytuły" poszczególnych dziewcząt w towarzystwie). Najlepszym zresztą przykładem są tu same kucyki. Z jednej strony, nawiązują one do paskudztwa zabawki, znanej chyba każdemu rodzicowi/krewnemu dzisiejszych małych dziewczynek (reminder: nie kupować My Little Pony bratanicy). Z drugiej, ze swoimi skrzydłami, rogami i umiejętnością mówienia, odwołują się do potężnego kompleksu mitów: o Pegazie, skrzydlatym symbolu natchnienia, o mądrych baśniowych koniach-doradcach, któe umieją mówić, wreszcie i przede wszystkim - o jednorożcach z całą otaczającą je symboliką niewinności, dziewczęczości i dziewictwa. Innym literackim zabiegiem, bardzo świadomie zastosowanym przez autorkę, jest wystylizowana narracja z punktu widzenia wysoce niewiarygodnej narratorki, małej dziewczynki, która świat raczej ogląda niż rozumie. 

O symboliczne - a może wręcz alegoryczne - odczytanie prosi się także sama fabuła. Szczerze mówiąc, ona aż kapie od - dość oczywistych, prawdę mówiąc - alegorii. Dziewczyna, żeby być zaakceptowana w społeczeństwie (znaleźć przyjaciółki wśród InnychDziewczyn i swoje miejsce w hierarchii grupy) musi pozbawić swojego kucyka rogu (możliwości walki o swoje), skrzydeł (natchnienia, oryginalności, kreatywności) i wreszcie głosu (samodzielności, wpływu na świat, możliwości wyrażania własnego zdania) - no już trudno o bardziej oczywistą metaforę patriarchalnej opresji.  To już trochę ciekawszy jest fakt, że ta opresja zachodzi na dwóch poziomach. Po pierwsze, na Barbarę (Barbie, really?) wywiera presję jej otoczenie, które w końcu zmusza ją do wybrania zgodnie z ideami grupy, a nie z dobrem jej samej i jej kucyka. Po drugie, także wyżej wymieniony kucyk, Słoneczko, podlega presji swojego otoczenia - innymi słowy, zostaje zadeptana na śmierć, kiedy decyduje, że woli mieć głos w społeczeństwie niż - pozbawiona kreatywności, siły i głosu - znaleźć swoje miejsce w grupie. Strasznie to, skądinąd, oczywiste, a cukierkowo-makabryczna stylistyka (plastikowe skrzydełka i krew o zapachu waty cukrowej) maskuje tę oczywistość tylko na moment. Morał też wychodzi dość oczywisty: opresja rodzi opresję, te dziewczynki też kiedyś zmuszą swoje córki do okaleczenia ich własnych kucyków, a kucyki zabiją każdą, która ośmieli się zaprotestować przeciw ich wspólnemu strasznemu losowi. Jesteśmy, innymi słowy, niewolnikami konwenansów i komercji, ciężki jest los kobiety w społeczeństwie, a o siostrzanej solidarności można zapomnieć. A, i jak co coś nie wyjdzie (np. twój kucyk się nie sprawdzi i da się raczej zabić niż uczynić kucykowym eunuchem) to nie licz na współczucie ani na akceptację, co to, to nie: opresja zabiła w nas (kobietach, dziewczynkach, kucykach) empatię.  

Literacko (w sensie stylu, narracji etc.) Kucyki są, jak dla mnie, raczej ciekawe - ciekawsze, niż, powiedzmy, treściowo: trochę, jak dla mnie, za proste te wnioski i za łatwo czytelne alegorie. Podsumowując: bardzo przyjemnie się ten tekst rozkłada na czynniki pierwsze - co, paradoksalnie, świadczy, że jako literatura jest on trochę za łatwy, trochę za oczywisty i trochę za bardzo z tezą. Na Nebulę może niekoniecznie zasłużył, ale na jakieś moje prywatne wyróżnienie za utkwienie mi w głowie na ładnych parę dni to już jak najbardziej.

niedziela, 30 października 2011

Sherlock Holmes: The Rediscovered Railway Mysteries and Other Stories [audiobook], autor: John Taylor, czyta: Benedict Cumberbatch (opowiadania: 'An Inscrutable Masquerade', 'The Conundrum of Coach 13', 'The Trinity Vicarage Larceny', 'The 10.59 Assassin')

 

 

Pastisz (z wł. pasticcio - pasztet) - odmiana stylizacji, utwór naśladujący istotne cechy jakiegoś dzieła lub stylu, zagęszczający je i uwydatniający. W przeciwieństwie do satyry uprawiany bywa w celu pochwały stylu, maniery danego pisarza, nie w celu jego krytyki.?
(pl.wikipedia.org)

 

O słuszność i precyzję powyższej definicji kłócić się nie zamierzam, a Źródło: Amazon.comprzytaczam ją dlatego, że spasowała mi wręcz idealnie jako pretekst do wpisu. Cztery mianowicie opowiadania o Sherlocku Holmesie, których autorem jest niejaki John Taylor (o którym nic poza tym nie wiem, bo jego osoba ginie w sieci w masie innych Johnów Taylorów), są idealnym, modelowym wręcz przykładem pastiszu wedle jego powyższej definicji. Niedługie, dość proste historyjki, osadzone w realiach Conan Doyle'owskiego Londynu i okolic, z Holmesem rozwiązującym zagadki i Watsonem relacjonującym proces tego rozwiązywania w rolach głównych. Wszystkie są lekko staroświeckie, dość konwencjonalne, i napisane z wielkim szacunkiem dla tradycji i oryginalnego autora. Holmes jest genialny, troszeńkę się popisuje i z mieszanką dumy ze zniecierpliwieniem tłumaczy Watsonowi swoje dedukcje, a Watson jest uczciwy, dzielny i zapatrzony w przyjaciela. Podobnie jest w postaciami drugoplanowymi: amerykański biznesmen okazuje się oczywiście krzykliwy, jowialny i ekspansywny,  strażnik na kolei - prosty, uczciwy i z mocnym lokalnym akcentem, a anglikański biskup - dobrotliwy, choć wymagający. Mamy w tle i Baker Street, i koleje żelazne (dwa razy!), skradzione złoto, niewinnych podejrzanych, damsels in distress i przestępczy półświatek Londynu - słowem, dokładnie to wszystko, czego byśmy się mogli spodziewać.     

Szczerze mówiąc, jakbym w tytule wstawiła brakujące słowo, to może bym nawet nie popełniła jakiegoś strasznego grzechu spojlerowego. Dlaczego? Dlatego, że zagadki w opowiadankach Johna Taylora jakoś strasznie zagadkowe nie są i domyślenie się, kto ukradł złoto amerykańskiego milionera ("The Conundrum of Coach 13"), obrabował parafię z pieniędzy, uzyskanych ze sprzedaży cennego kielicha ("The Trinity Vicarage Larceny") i zastrzelił miejscowego złoczyńcę w niewielkim miasteczku, wpędzając w kłopoty syna starego znajomego Holmesa ("The 10.59 Assassin") nie jest jakoś porażająco trudne, nawet w tym ostatnim przypadku, kiedy to zabójca jest mocno, powiedzmy sobie, nietypowy... Wyróżnia się na tym tle pierwsze z opowiadań, "An Inscrutable Masquerade", bo jest nieco bardziej - parodystyczne, nieco bardziej zaskakujące: już się wydaje, że Taylor chce przypisać detektywowi wszechczasów wynalezienie (nieco wcześniej niż stało się to w rzeczywistości) balistyki, ale prawda okazuje się prostsza i zabawniejsza... W tej też historii charakterystyki bohaterów - pozornie chłodnego i niecierpliwego, ale zawsze mającego dobro przyjaciela na uwadze Holmesa i z lekka naiwnego, ale odważnego i bezwzględnie lojalnego Watsona, wyszły autorowi najlepiej, może ze względu właśnie na to, że są zrobione z leciutkim przymrużeniem oka...

Same historyjki, gdybym je czytała, mogłyby wydać mi się zbyt proste, a ich pastiszowość - za mało pomysłowa. Pomaga w tym przypadku fakt, że ich posłuchałam, i to w znakomitym wykonaniu.  Benedict Cumberbatch czyta je tak, jakby sam nigdy w życiu nie grał współczesnego Sherlocka Holmesa, albo inaczej - jakby miał za sobą lata grania go jako dżentelmena w pelerynie i z fajką, tropiącego wiktoriańskich morderców wśród mgieł i gazowych latarni Londynu. Jego interpretacja postaci - Holmesa, Watsona, pomniejszych charakterystycznych bohaterów - jest bardzo "aktorska", z wczuwaniem się w ton i akcenty, mocno tradycyjna i leciutko pastiszowa. Bardzo przyjemnie  się go słucha - i łatwo zapomnieć, słuchając, jaki to jest młody człowiek  (1976) i jak młodo wygląda, bo na moje ucho brzmi, ze swoim tonem i dykcją,  jak ktoś z pokolenia raczej Johna Gielguda (1904) niż, powiedzmy, Russella Branda (1975). 

Generalnie, w odróżnieniu od ostatnich Holmesowych apokryfów, jakie czytałam, te są raczej tradycyjne i sympatyczne, choć dość do bólu schematyczne i konwencjonalne. Raczej do posłuchania  w uroczej interpretacji Cumberbatcha niż do pogłębionej lektury.  

sobota, 07 maja 2011

James Patrick Kelly, "Think like a Dinosaur", [w:] Think Like a Dinosaur and Other Stories, 1997
The Outer Limits sezon 7, odcinek 8: Think like a Dinosaur, reż. J. Montesi, 2001

 

Wystraszona i nieprzytomnie wściekła po obudzeniu się z kolejnej serii nocnych koszmarów, nie mogąc zasnąć, włączyłam koło drugiej w nocy AXN SciFi i znalazłam opis odcinka The Outer Limits, który właśnie miał się zacząć. Streszczenie - o facecie na jakimś księżycu i teleportacyjnej technologii podobnych do dinozaurów Obcych - było nader ogólne, ale i tak brzmiało podejrzanie jak - znakomite, moim zdaniem, ale trochę mało, zwłaszcza u nas, znane opowiadanie Jamesa Patricka Kelly'ego (było też w 1997 w NF, tak skądinąd). No ale niemożliwe, pomyślałam sobie, i zaczęłam oglądać. Co więcej, "niemożliwe" pomyślałam też, kiedy obudziłam się rano - byłam autentycznie przekonana, że mi się to wszystko przyśniło. No ale, sprawdzić trzeba - zadałam sobie trud poczekania na tysiąc pięćset dwudziestą trzecią powtórkę i przekonałam się naocznie, że to było to. Dokładnie to. Adaptacja opowiadania, które pamiętałam jeszcze sprzed tych prawie piętnastu lat. 

Szkoda, zresztą; wolałabym, żeby mi się to było przyśniło.

Pamiętam, jak piorunujące wrażenie zrobił na mnie tekst Kelly'ego, kiedy go pierwszy raz czytałam. http://www.flickr.com/photos/14531705@N00/5457006035/Pomysł na techniczny wynalazek i konwencje SF (dinozauropodobni Obcy, teleportacja, eksploracja obcych planet) są w nim tak naprawdę pretekstem dla psychologicznej historii o człowieczeństwie i jego granicach. Prosta w założeniu historia opowiada o Michaelu, człowieku-operatorze obcej maszyny do teleportacji, współpracującym z Obcymi twórcami tej technologii przy przesyłaniu nielicznych dopuszczonych do programu ludzi na obce planety. Teleportacja - i to jest klucz do całej sprawy - polega na stworzeniu idealnej kopii danej osoby w miejscu przeznaczenia; jednocześnie pozostawiony w punkcie wyjścia oryginał należy, dla zachowania równowagi, skasować.
To nie jest tak, że bohaterowie nie wiedzą - wiedzą doskonale, zarówno operator, jak i młoda uczona imieniem Kamala, którą ma przesłać. Wiedzą i akceptują ten porządek rzeczy - dopóki nie okaże się, że nastąpił błąd, że nie wiadomo, czy Kamalę udało się przesłać. W związku z tym nie można zlikwidować oryginału - dopóki jakiś czas później nie okaże się, że jednak trzeba, bo przesłanie się udało i na świecie jest o jedną Kamalę za dużo. Tyle że wtedy nie jest to już szybkie i bezbolesne zdezintegrowanie jej - za jej zgodą! - w teleportacyjnej machinie. To już musi być, po prostu, morderstwo. Pytanie, czy Michael jest do tego zdolny; pytanie, czy - z racji faktu, że gdzieś tam żyje druga Kamala - naprawdę będzie to morderstwo; i pytanie, czy opłaca się, czy w ogóle da się myśleć jak dinozaury i za cenę rezygnacji z emocjonalnego i etycznego podejścia do problemu tak rozuianej teleportacji móc de facto podbić kosmos. A jeśli się da, co to robi z człowiekiem.  

A co z tego zostało w adaptacji? No aż smutno było patrzeć. Duża część efektowności tekstu Kelly'ego to jego literacka strona: wrzucenie czytelnika dokładnie in medias res, kiedy na początku nie wiemy, co Michael ma na myśli mówiąc, że Kamala zmieniła jego życie; odwrócenie perspektywy czasowej - najpierw poznajemy żywą Kamalę-która-wróciła, dopiero potem dowiadujemy się, co się stało z jej "pierwszą wersją"; naszkicowana szybko, ale starannie psychologiczna charakterystyka bohaterów i konieczność rozgryzania, ile prawdy mówi nam o sobie Michael-narrator; długie i na pozór nie związane z akcją retardacje, opowieści, które snują Michael i Kamala, zanim stanie się to, na co czekamy, zanim Kamala wyruszy w swoją podróż; dziwaczna dwuznaczność jednocześnie uprzejmej, pomocnej i nieludzkiej w swoim pragmatyzmie Obcej. Dwuznaczność, także, pierwszej sceny: jej zwyczajność przy lekturze i upiorna niesamowitość, kiedy wspominamy ją mając już za sobą lekturę całości, znając już nie tylko Kamalę, która ocalała, ale i Kamalę, która umarła w przerażeniu. Dylemat moralny nie zaprezentowany wprost, ale pokazany w działaniu, na dodatek - oczyma człowieka, który już, już, prawie, niedługo, będzie myślał nie do końca po ludzku.  


Z tego wszystkiego nie zostało w adaptacji nic. No dobra, został dość wiernie oddany szkielet fabuły: wydarzenia, imiona i typy postaci, teleportacja i obecność Obcych. A poza tym: mamy przede wszystkim uproszczoną strukturę fabularną, historię opowiadaną zdecydowanie prościej, od początku do końca, i w efekcie zabijającą napięcie, jakie w tekście wprowadza pierwsza scena ponownego spotkania Michaela i Kamali. Etyczny dylemat: czy skoro Kamala przeżyje, można zabić Kamalę, zwłaszcza że Kamala się kiedyś (dziś już nie) na to zgodziła - zamiast zostać przez uproszczenia wyostrzony, rozmywa się w nie najlepszych dialogach i próbach tłumaczenia widzowi, o co chodzi; a zakończenie (Michael udaje, że nie zna Kamali-która-wróciła) nie pomaga. Aktorzy, z solidnej serialowej II ligi, grają właśnie - no, drugoligowo, choć prawda, że tak im napisano (przepisano?) postacie. No i taniocha - realizacji, muzyki
, efektów (patrz skrzekliwa uciekinierka z taniego remake'u Parku jurajskiego na obrazku powyżej) wygląda z każdego kąta, choć gdyby to tylko ona była problemem, to tę akurat niedoróbkę bym bez większych problemów wybaczyła. 

Zakończę trywialnie - nie wystarczy dobry tekst, żeby zrobić dobry film, nawet jeżeli jest to niewielkie opowiadanie, w którym na pozór niewiele trzeba ciąć i przestawiać. Nie wystarczy i to jest, niestety, smutne, bo jak ktoś tylko zobaczy ten filmik, nie będzie wiedział, co traci, nie czytając tekstu, ba - mimo nagrody Hugo dla autora pewnie nie zechce po ten tekst sięgnąć. Powinnam to co prawda była wiedzieć po tej adaptacji Kwiatów dla Algernona z Matthew Modinem (dobra, to była adaptacja powieści napisanej według opowiadania); trochę się boję, w związku z tym, nawet zbliżać się do The Martian Child, choć za Johnem Cusackiem skądinąd przepadam jeszcze od czasu Północy w ogrodzie dobra i zła... 

czwartek, 09 września 2010

Pozwolę sobie dzisiaj na krótki raport z rozmaitych dziwnych lektur, które mi ostatnio zżerały czas, jaki zdecydowanie powinnam była poświęcić na inne rzeczy.

OK, zupełnie bez związku z ostatnią obsesją: In Bed with Sherlock Holmes Christophera Redmonta (1984), popularno-naukowa praca z ambicjami, która wedle zamierzeń autora ma analizować elementy erotyczne w pisarstwie Conan Doyle'a. http://www.amazon.com/Bed-Sherlock-Holmes-Elements-Detective/dp/0889241422W rzeczywistości autor (niewątpliwie znakomity znawca wszystkiego, co z mieszkaniem przy 221B Baker Street  i jego lokatorami związane, autor The Sherlock Holmes Handbook) wielokrotnie wychodzi poza narzucone sobie ramy. Z jednej strony, nie ogranicza się do asko rozumianego seksu i erotyki, analizując szczegółowo także motywy romansowe, miłosne i  związane z małżeństwem w opowiadaniach i powieściach o Holmesie. Z drugiej, poszerza analizowane materiały zarówno o teorie podobnych sobie badaczy, z drugiej - o mniej lub bardziej fantastyczne pomysły kontynuatorów, interpretatorów i autorów czegoś, na co w 1984 roku nie bardzo chyba istniała jedna wspólna nazwa, a co się dzisiaj nazywa fanfiction. Erudycja autora w dziedzinie status quaestionis w sprawie ilości małżeństw doktora Watsona czy problemów autorstwa (marnej) poezji ku czci Irene Adler jest imponująca - co sprawia, że momentami jego wywodami rządzi chaos, a czytelnik gubi się w ilości przywoływanych "dowodów" i ich znaczeniu dla tematu, przestając odróżniać kanoniczne teksty Conan Doyle'a od pastiszy, naśladownictw i imitacji. Tylko chwilami jednak, bo jako całość książka sama w sobie jest interesująca i niegłupia: autor ma tez sporo ciekawego do powiedzenia na temat epoki i jej moralności i nie są to tylko banały rodem ze szkolnych podręczników, ale - choć z konieczności skrótowe - informacje oparte na źródłach. Poddaje analizie między innymi problem "damsel in distress" jako bohaterki i to, co nam ten motyw mówi o stosunku zarówno obu bohaterów, jak i samego autora (nie będę się bawić w Grę) do kobiet, a także odwieczną kwestię Irene Adler (szukając dla niej prototypów zarówno wśród kurtyzan, jak i artystek epoki), problem ewentualnej przedwczesnej śmierci Mary Morstan Watson, no i kwestię, czy aby wspomniana wyżej Mary nie jest zasłoną dymną dla zupełnie innego, toczącego się za zamkniętymi drzwiami mieszkania przy Baker Street 221 B, a mocno jak na lata 90. XIX wieku skandalicznego romansu... Duży nacisk kładzie też autor na interpretację, powiedzmy, biograficzną, szukając źródła niektórych motywów i idei w życiowej historii zdominowanego przez matkę, a następnie żonatego z cierpiącą na gruźlicę Louise Hopkins i jednocześnie (platonicznie, przez jakiś przynajmniej czas) zakochanego w Jean Leckie Conan Doyle'a.
W sumie książka jest udana i dobrze się ją czyta, choć, jak zwykle, do paru rzeczy można się przyczepić, przede wszystkim tam, gdzie autor posiłkuje się naukową, psychoanalistyczną interpretacją. Głównym problemem z In Bed with Sherlock Holmes jest fakt, że mamy rok 2010, w którym dość momentami nachalne freudowskie interpretacje niekoniecznie wystarczają, a koncepcje autora, co jest normalne, a co nie, w
życiu seksualnym, czasami wydają się dość - jakby  to powiedzieć - wiktoriańskie (nie wiem, czy dziś ktokolwiek nazwałby zamiłowanie do odrobiny S/M poważną dewiacją...). Generalnie, moim marzeniem byłoby, żeby ktoś napisał część II: od roku 1984 do dzisiaj, w zmieniającej się (choćby przez eksplozję zjawiska fanfiction i internetowej amatorskiej krytyki) literackiej rzeczywistości...

 

(Prawie) zupełnie bez związku z trwającą od jakiegoś czasu obsesją: Reading Stargate SG-1 (red. S. Beeler, L. Dickson, London 2006), czyli taki niezbyt www.judithtabron.comduży Critical Companion do serialu. Zawiera w części I krytyczne eseje na szczegółowe tematy, od dokładnej analizy odcinka Heroes przez artykuł poświęcony Samancie Carter jako kobiecie i uczonej i analizę mitu Izydy w kontekście serialu aż po nieunikniony rozdział o gender identities w serii.  Część II to analiza - znowu na pojedynczych przykładach - fenomenu samego serialu i reakcji fanów (wyrażonej w debatach konwentowych i sieciowych oraz rozmaitych fan works) na rozmaite aspekty świata i postaci w SG-1. Tematyka jest tutaj bodaj czy n ie jeszcze bardziej różnorodna, od znaczenia faktu, że serial jest produkowany w Kanadzie, przez gry RPG związane z serialem i całą sferę gadżetów nim zainspirowanych aż po socjologiczną analizę identyfikacji fanek serialu z Samanthą Carter. Dodatkowo spis odcinków i inne tego typu oczywiste bonusy. Autorzy to wykładowcy i doktoranci anglistyki i rozmaitych wariantów kulturoznawstwa. Przydatne, jak się jest rąbniętym humanistą, jak ja, i się lubi analizy krytyczne. Momentami niezłe, momentami przegięte, momentami  słabe - rozdział o kobietach i mężczyznach w świecie Stargate zyskałby na pewno na jakości, gdyby analiza była trochę głębsza, przykładów więcej, a pomysł na interpretacje postaci Daniela i Teal'ca wychodzący poza dość banalne stwierdzenia o inności/obcości. No i gdyby autorzy (autorki?) nie mieli aż takiej obsesji na punkcie Carter...

No i wbrew pozorom bez związku z odwieczną obsesją: The Road to Middle Earth www.amazon.co.ukToma Shippeya, czyli ponowna lektura najlepszej moim zdaniem z prac o Tolkienie, jakie czytałam, tym razem na szczęście po angielsku. Wyjątkowo nie tyle z powodów osobistych, co ze względu na pracę pisaną przez jedną ze studentek. Nie lubię sporej części prac popularno-naukowych o Tolkienie, bo pełno w nich oczywistości (wiem, są pisane w większości niekoniecznie dla mnie jako zamierzonego czytelnika, nie ma co się czepiać); Shippeya cenię sobie bardzo przede wszystkim za analizę znaczenia dawnej epiki dla dzieła Tolkiena; wyłażą znowu zawodowe zboczenia filologa...

A powinnam, cholera, zajmować się książką o Aleksandrze i Katullusem, o przygotowaniu zajęć z przedmiotu "praktyczna nauka języka łacińskiego 1" nie wspominając...

wtorek, 09 czerwca 2009

John Kessel, "Pride and Prometheus", [w:], The Baum Plan for Financial Independence and Other Stories, Small Beer Press 2008

 

Trafiłam na ten tekst przypadkiem: John Kessel dostał za "Pride and Prometheus" w tym roku Nebulę w kategorii novelette - i uprzejmie (i za zgodą wydawcy) udostępnił cały tom czytelnikom do ściągnięcia pod tym adresem. Tytuł i rekomendacja Ysabeau Wilce zaintrygowały mnie do tego stopnia, że ściągnęłam, przeczytałam - i postanowiłam podzielić się wrażeniami.
Uwielbiam książki o książkach, z książkami w tle, bohaterów literackich spotykających innych bohaterów - może stąd moje ostatnie fascynacje Alanem Moorem i Thursday Next. John Kessel robi w swoim tekście coś podobnego, choć jest mniej sarkastyczny od Moore'a i mniej zabawny (celowo, jak sądzę) od Jaspera Fforde'a. W jego opowiadaniu Kitty Bennet, siostra Lizzie, zostaje narzeczoną potwora, a jej siostra Mary omal nie wychodzi za Victora Frankensteina.
Przeczytanie tekstu Kessela uświadomiło mi, że ze wszystkich bohaterek Dumy i uprzedzenia Jane Austen ja sama najchętniej napisałabym tekst właśnie o Mary: nieładnej, obrażalskiej, histerycznie religijnej, przekonanej o własnej moralnej wyższości domowej intelektualistce; o Mary, fatalnie i z zamiłowaniem grającej na fortepianie i upokorzonej w pamiętnej scenie słowami ojca, mówiącego, że dość długo już zabawiała towarzystwo... Nie mnie pierwszej, i nie pierwszemu Kesselowi, przyszedł do głowy ten pomysł (Colleen McCullogh, ta od Ptaków ciernistych krzewów, popełniła powieść kontynuującą losy sióstr Bennet, ze szczególnym ponoć uwzględnieniem Mary; nazywa się to The Independence of Miss Mary Bennet) - ale John Kessel utrafił, moim zdaniem, fascynująco, w to, co mogło się z Mary stać.Na obrazku obok - z Frankensteina Kennetha Branagha - jest Branagh (Victor Frankenstein) z Heleną Bonham Carter, grającą panią Frankenstein, ale nastrój tego zdjęcia mógłby całkiem nieźle pasować do (części przynajmniej) opowiadania Kessela. Opowieść Kessela o losach dwóch pozostałych sióstr Bennet uzupełnia dzieje dziewcząt z tej rodziny o dwie kolejne, typowe dla literatury XIX wieku historie. Najpierw, w powieści Jane Austen, Lizzie i Jane wyszły za mąż szczęśliwie i nieco powyżej swego stanu, a głupia Lydia uciekła z kandydatem na męża. Kessel dopisał do tego opowieść o Kitty (zakochana naiwnie i niemądrze w wysoce niewłaściwym chłopaku z wysoce niewłaściwych sfer, umiera na gruźlicę) i o Mary: Mary, która przeżywa swoją pierwszą i jedyną miłość w życiu, zakochując się w tajemniczym, intrygującym i romantycznym profesorze z dalekiej Szwajcarii. Tyle że profesor ma mroczny sekret - świetnie oczywiście znany czytelnikom, od kiedy tylko pada jego imię, ale kompletnie nieznany Mary. Zresztą ta rozbieżność między wiedzą bohaterki, z której punktu widzenia patrzymy, a wiedzą czytelnika, wydaje się być jednym ze źródeł sukcesu tekstu Kessela: czyta się go rzeczywiście po trochu jak gotycki romans, a po trochu jak horror - jako że z powieści Mary Shelley i z jej niezliczonych ekranizacji wiemy dokładnie, co grozi wybrance Victora Frankensteina z rąk stworzonego przezeń potwora.
U Kessela Mary przeżywa osobistą erotyczną inicjację w niespełnionym uczuciu do Victora Frankensteina, a jej historia znajduje dziwaczne i makabryczne odzwierciedlenie w pośmiertnych losach jej siostry Kitty. To Kitty zostaje - ma zostać - narzeczoną Frankensteina (w sensie, jaki nadał temu pojęci
u tytuł znanego filmu Jamesa Whale'a z 1935 roku), choć eksperyment podjęty przez Victora okazuje się u Kessela równie nieudany, jak w pierwowzorze Shelley. Kessel uzupełnia i poszerza, de facto pisze sequel, do Dumy i uprzedzenia Austen, ale fabuły Frankensteina trzyma się wiernie. Te dwie powieści, dwie inspiracje tekstu Kessela, łączą się w finale, kiedy mowa jest o dalszym życiu Mary, która została uczoną i filozofem: nie tyle drugą Mary Shelley, co raczej Mary Wollstonecraft, jej matką.

Dodajmy jeszcze, że tekst Kessela jest błyskotliwie napisany, z elementami stylistycznego pastiszu i lekko ironicznego naśladowania obu pierwowzorów; debaty o naturalizmie, o sensie nauki i filozofii jak z Frankensteina pożenione są z historią Kitty, wziętą zresztą żywcem nie tyle z Jane Austen, co z sióstr Brönte. Kessel dodaje do tego jeszcze trzeci składnik, z natury swojej nieobecny w powieściach, które stanowią dla niego punkt wyjścia: realizm. U Kessela jest to, czego nie ma i być nie może u Austen, u Shelley: obraz wiejskiej biedy, życia niższych klas, ale także - budzącej się kobiecej erotyki. Tutaj Pride and Prometheus przestaje być tylko starannym pastiszem epoki, stając się raczej analizą takich zjawisk i uczuć, jakich współczesny czytelnik w literaturze początków XIX wieku musi się domyślać.
Subtelny, inteligentny i fascynujący tekst o szukającej swojego miejsca na świecie samotnej dziewczynie i o opętanym obsesją mężczyźnie, który dla realizacji swoich planów nie cofnie się przed niczym; o męskim, bezlitosnym chwilami praktycyzmie i o kobiecym świecie kręcącym się wokół konwenansów i wymagań środowiska; o mistycyzmie nauki, o emocjach i filozofii, o świecie gotyckiej wyobraźni zderzonym z życiem na sielskiej angielskiej prowincji. O kobietach poszukujących miłości i o poszukującym miłości potworze. Bardzo polecam!


Źródła ilustracji:
http://media.photobucket.com/image/mary%20bennett%20pride/kendooque/Pride%20and%20prejudice/185B977333.jpg;
http://hermes.hrc.ntu.edu.tw/lctd/asp/works/352/branagh/branagh_frankenstein.htm;
http://4.bp.blogspot.com/_-CZtVxNFsac/R85NWpnVrrI/AAAAAAAABL4/RqLrHT3R1iU/s400/bride_frankenstein.jpg

piątek, 15 maja 2009

W ramach minirecenzji z opowiadań - kilka przykładowych tekstów znanych pisarzy (którzy często sami mają już status klasyków gatunku), odwołujących się do autora, którego można spokojnie nazwać Wielkim Ciągle Obecnym: H. P. Lovecrafta.

Na pierwszy rzut oka wydawałoby się, że lovecraftowska stylistyka (te wszystkie odwieczne, niewypowiedziane i bluźnierczo ohydne bestie z przedwiecznego chaosu....) się zestarzała, że jego bardzo w sumie proste w konstrukcji opowiadania, na dodatek dość przewidywalne, jeśli chodzi o schemat fabularny, odejdą na spoczynek na Półce Zasłużonych horroru, obok tekstów innych, trochę zapomnianych, ważnych dla gatunku i nie bardzo już dających się czytać klasyków (Clark Ashton Smith?). Tyle że tak by się mogło wyłącznie wydawać komuś, kto Lovecrafta zna ze streszczeń, a współczesnej fantastyki nie czyta - nie wiem, czy jest pisarz (łącznie z Tolkienem!) równie często i równie otwarcie przywoływany, trawestowany i cytowany przez współczesnych fantastów, jak Lovecraft. A że nie tylko fantaści czują z nim duchowe pokrewieństwo, dowodzi napisana przez Michela Houllebecque'a, niekwestionowaną gwiazdę literatury francuskiej (tego od Cząstek elementarnych) książka o samotniku z Providence, którą zamierzam na tym blogu zrecenzować całkiem niedługo.

I dzisiaj właśnie nie będzie o samym Lovecrafcie, a raczej o tym, jak go kilku cenionych współczesnych fantastów przerabiało.

 

The Boy and His God Charlesa Strossa jest jednym z tych tekstów, w których lovecraftowski motyw Wielkich Przedwiecznych został wykorzystany w przewrotny, a przy tym humorystyczny sposób. Tekst Strossa jest jadowicie ironiczny i nieodparcie przy tym śmieszny. Zbudowany jest w całości na odwołaniach i aluzjach: począwszy od tytułu, przekształcającego ironicznie tytuł The Boy and His Dog Harlana Ellisona, przez wspomniane wcześniej lovecraftowskie nawiązania aż po sarkastyczne kpiny z poprawności politycznej (w świecie Strossa to chłopcy noszą kolczyki i stroją się przed lustrem, a matka głównego bohatera martwi się, że ten mógłby się zainteresować dziewczynami, i co sobie wtedy inni chłopcy w klasie pomyślą?). Świat z Chłopca i jego boga jest światem (światkiem, raczej) optymistycznych, politycznie poprawnych ateistów, którzy hodują bogów dawnych mitologii jak domowe zwierzątka: tym większy absurd, kiedy w tym poukładanym światku pojawia się Wielki (no, może trochę pomniejszy) Przedwieczny...(1)

Stross zabawnie i inteligentnie bawi się skojarzeniami słownymi i całymi zwrotami przeniesionymi żywcem z Lovecrafta, z wyczuciem buduje obraz komicznie absurdalnego świata, w którym żyją Howie i jego bóg. Także zakończenie, równie radośnie absurdalne jak cała reszta tekstu (Pomniejszy Przedwieczny contra ciężarówka) pasuje do klimatu tekstu. Charakterystycznie - Stross sytuuje lovecraftowskich Wielkich Przedwiecznych nie tyle w świecie literatury, co w dziedzinie mitologii, wśród innych bogów (Howie może wybierać między paroma bóstwami egipskimi i jedną czy drugą osobą z Walhalli, ale mamusia postanawia, że Potomek Czarnej Kozy z Lasu będzie tańszy i łatwiejszy w utrzymaniu). H. P. L. byłby zadowolony z tej idei (i może trochę mniej zadowolony z będącego głównym źródłem komizmu w tekście Strossa zestawienia god i dog, bóstwa i domowego zwierzątka...).

(1) A raczej, jak się w końcu okazuje, Pomniejsza - i zazdrosna jak jasna cholera - Przedwieczna.

 

Parodią jest też tekst Neila Gaimana Shoggoth's Old Peculiar (w tomie Dym i lustra), ale Gaiman bawi się raczej w parodię samego Lovecrafta i opinii o nim (scena, w której dwóch kolesiów w pubie w angielskim Innsmouth przeprowadza analizę jego stylu, jest jedną z zabawniejszych, jakie Gaiman napisał). W to wszystko, oczywiście, wpleciona jest parodia w parodii: narracja z punktu widzenia kompletnie niewiarygodnego, jak się okazuje, narratora, będąca wiariacją na temat starego jak Ameryka żartu pt. Amerykanin w UK. Na dodatek okazuje się, że ten Cthulhu i ci przedwieczni i inne takie tam to nasze, angielskie, a ten wredny amerykański turysta, Love-bloody-craft, jak o nim mówią miejscowi, po prostu wziął i bezczelnie przeniósł akcję do Innsmouth, USA... (2). Lovecraftowscy Obcy i kompletna niezrozumiałość angielskiego małego miasteczka poza sezonem łączą się w umyśle Bena Lassitera w jedną, niepojętą i nie do ogarnięcia całość, i nie wiadomo, co bardziej dziwaczne i przerażąjące: zatopione R'lyeh i kultyści Cthulhu czy ploughman's lunch i angielska herbata...

 

(2) Lovecraft to nie jest zresztą jedyne źródło literackich aluzji w tym tekście Moment, kiedy nie wytrzymałam i zaczęłam śmiać się na głos (w autobusie!), to była chwila, kiedy Ben, narrator, awoke on the cold hillside, jak bohater-narrator La Belle Dame sans Merci Keatsa: zestawienie ofiary piwa Shoggoth's Old Peculiar w rodzinnym mieście Wielkiego Cthulhu z ofiarą wampirycznej Damy z romatycznego wiersza - nie, tego było już za wiele.


W charakterze przerywnika: "kolęda"

 

 

 

Shoggoths in Bloom Elizabeth Bear to przykład skrajnie innego i dość w sumie nietypowego podejścia do motywów zapożyczonych z Lovecrafta. Bear traktuje swoje lovecraftowskie aluzje absolutnie serio: nie mruga do czytelnika, nie bawi się, nie pokazuje, ile radochy można sobie dziś zrobić z Przedwiecznych mackowatych potworów. Przy tym nie spodziewaj się, czytelniku, że E. B. postanowiła pobawić się w swoją przyjaciółkę Sarę Monette i napisała horror. Nic, ale to absolutnie nic z tych rzeczy.

Wyobraź więc sobie, drogi czytelniku, że można użyć historii rodem z Lovecrafta do napisania - społecznie zaangażowanego opowiadania o niewolnictwie i rasowych prześladowaniach. W alternatywnym świecie późnych lat 30. Tak, proszę państwa. Opowiadanie o początkach holokaustu w Niemczech i o USA, w których na Południu ciągle jest segregacja rasowa. Z shoggothami.

Udane opowiadanie, dodajmy.

Paul Harding, główny bohater Bear, jest czarnoskórym uczonym, jednym z pierwszych; usiłuje badać dziwaczne, nie bardzo poddające się prawom biologii istoty zwane shoggothami, które raz na jakiś czas wypływają na wybrzeża, żeby - no właśnie, żeby co? Zakwitnąć? Rozmnożyć się? Nikt nigdy nie widział martwego shoggotha, ergo Harding podejrzewa, że mogą one być praktycznie nieśmiertelne i jako takie - przydatne do badań nad przedłużeniem życia. Tyle że okazuje się, że shoggothy są trochę czym innym, niżby się wydawało...

Sukces tekstu Bear polega po trochu na tym, że autorka nas zaskakuje. W usianym aluzjami do Lovecrafta tekście (shoggothy, Arkham, Uniwersytet Miskatonic), kiedy nieświadomy niebezpieczeństwa uczony wchodzi w kontakt z czymś, co czytelnik z łatwością identyfikuje jako Grozę z Innego Wymiaru, albo inny pomiot Nyarlathotepa, możemy podejrzewać, że Będzie Źle. Tymczasem tutaj Paulowi Hardingowi, synowi i wnukowi niewolników, nie dzieje się nic złego - może poza tym, że odkrywa dziwaczne podobieństwo między shoggothami a sobą. Kluczem okazuje się - jak to często zresztą bywa u samego Lovecrafta - stary, zagadkowy tekst, tyle że u Bear nie jest to zapleśniały manuskrypt z pradawnego miasta ani kamień pokryty dziwacznymi napisami Cthulhu R'lyeh, tylko nonsensowna dziecięca rymowanka o tym, że the master comes no more...

Kiedy do Hardinga dociera, kim tam naprawdę są obiekty jego badań, staje on przed fascynującym dylematem. Mógłby zakończyć coś strasznego, co właśnie zaczyna się dziać w Europie, mógłby poprawić los swoich ludzi, wszystkich ludzi - ale za cenę stania się panem niewolników. I co z tego, że niewolnicy chcą być niewolnikami, że marzą o tym, by panowie wrócili i zaczęli im wydawać rozkazy: Paul, potomek niewolników, nie chce i nie potrafi być panem. W końcu wydaje rozkaz - naucz się być wolny, mówi, i naucz swoich braci (3). Lovecraftowskie potwory u Bear są - pomysłowo i zaskakująco - smutne i melancholijne, a nie przerażające i niewymawialne

 

(3) Tak na marginesie, że nawiążę do mojego poprzedniego wpisu, w tym sensie Harding jest dokładnym i absolutnym przeciwieństwem postawy Adriana Veidta - człowiekiem, który nie weźmie w swoje ręce losu całej planety i nie zadziała dla dobra ludzkości, choć mógłby, bo nie zgadza się na cenę, jaką musiałby on sam i inni zapłacić. Woli pójść na wojnę. Woli zadziałać sam, osobiście, na swoją maleńką ludzką skalę.

 

A skoro już wróciłam do Adriana Veidta, to może warto dorzucić, że inteligentnie i też dość nietypowo posłużył się Lovecraftem również Alan Moore, tym razem w Lidze niezwykłych dżentelmenów, a konkretniej - we wplecionej w powieść graficzną historii zatytułowanej Allan and the Sundered Veil. Moore, który w ogóle jest znakomitym naśladowcą i pastiszowcem, pożenił, jak łatwo zauważyć po tytule, Lovecrafta z H. Riderem Haggardem (i z H. G. Wellsem, jak się okazuje) - i wyszło to znakomicie. Opowiadanie Allan and the Sundered Veil jest błyskotliwym pastiszem powieści o Allanie Quatermainie, zachowującym specyficzny styl Haggarda i jego ulubione motywy (mroczne ruiny, egzotyczna i groźna nieznajoma, tajemnicze orientalne narkotyki...). Tyle, że kiedy Allan podróżuje poza ciało, w dziwacznej, pozbawionej czasu przestrzeni spotyka się z potworami z innego wymiaru, przeciekającymi do naszej rzeczywistości; potworami, które mogą zniszczyć i zniszczą Ziemię - potworami opisanymi w znanych znakomicie z H. P. L. terminach. Lovecraft i jego mitologia zostają wpisani w ten sam ciąg, co opowieści Haggarda i Wellsa - a lovecraftowskie potwory stanowią w tym świecie ostateczne zagrożenie, ostatni możliwy stopień grozy. O ile Stross (a po części i Gaiman) Lovecrafta radośnie i bezczelnie parodiuje, a Bear przekształca i trawestuje, by wykorzystać jego pomysły do zupełnie innych, zaskakujących celów, o tyle Moore pisze pastisz, ale całkiem poważny, fanfik niemal: umieszcza historię rodem z Lovecrafta w quasi-współczesnym dla niej kontekście, traktując ją jako opowieść grozy par excellence i część pewnej ważnej dla siebie literackiej tradycji.

I jeszcze raz, tym razem mniej solennie, a bardziej frywolnie:



Dzisiaj największy problem z Lovecraftem jest, wydaje mi się, taki, że o ile straszyć sugestiami to on potrafi niesamowicie, o tyle, kiedy czytelnik dostaje wreszcie opis Potwornej Przedwiecznej Besti, z milionami macek i niewyobrażalnie potwornymi przyssawkami, często robi się nieodparcie wręcz śmiesznie. Po XX wieku, po jego potwornościach, można obawiać się wizji obcych, niepojętych i amoralnych sił rządzących kosmosem i obojętnych na ludzki los, ale trochę trudno bać się Czarnej Kozy z Lasu i Wielkiego Cthulhu w postaci megaośmiornicy... Może dlatego tak często autorzy odwołujący się do Lovecrafta uciekają w parodię, w komiczne potraktowanie jego pomysłów. Z drugiej strony, spójność paranoicznej lovecraftowskiej wizji dziejów i mitologii Wielkich Przedwiecznych nie przestaje fascynować i intrygować, ale też niepokoić - i może właśnie dlatego ciągle i ciągle do Lovecrafta wracają i pisarze, i kolejne pokolenia czytelników.

źródło ilustracji: blog.erdener.org; źródło klipów: youtube

sobota, 13 września 2008

Dzisiaj krótko: w przerwie rozmrażania i mycia znienawidzonej lodówki któciutka relacja z dwu przeczytanych ostatnio opowiadań. Leitmotif: jeden z klasycznych tematów horroru  i fantastyki, czyli życie po życiu i dwa wyjątkowo oryginalne i pomysłowe ujęcia tego ogranego dość do bólu tematu.

 

mnóstwo spoilerów!!

 

Dan Simmons, "The River Styx Runs Upwards" (The Twilight Zone Magazine, 1982; polskie wydanie pt. "Pod prąd Styksu", Nowa Fantastyka 1994/7, s. 11-16): błyskotliwy debiut Simmonsa i jeden z najbardziej ponurych tekstów SF, jakie czytałam w życiu. Historia o tym, jak można komuś złamać życie dla jego dobra, a zarazem o tym, do czego może się posunąć (źle rozumiana) miłość. Ojciec narratora kochał zmarłą żonę - kochał ją tak, że kiedy zmarła po ciężkiej chorobie, kazał ją Wskrzesić. To nic, że Matka narratora będzie od tej pory zombie, bo procedura wskrzeszenia pozbawiła ją własnej woli i większości mocy umysłowych. Wskrzeszona kobieta snuje się, niema i bez kontaktu, po domu, podlewa dawno nie istniejące kwiaty; mąż podjął decyzję za nią. Simmons bardzo inteligentnie doprowadza tu do ostateczności znany i dziś z praktyli szpitalnej problem; jak daleko posunąć się w ratowaniu życia ukochanej osobie? Do tego dodaje jeszcze jedno pytanie - jaka jest cena, którą w takim wypadku płaci cała rodzina? Mąż, który, by ją wskrzesić, pozbył się całego majątku i zerwał kontakty z rodziną, coraz więcej pije; młodszy syn chce uciec z domu, a kiedy mu się to nie udaje - popełnia samobójstwo w sennym kurorcie dla zombie i ich rodzin. Umierają w końcu wszyscy, Matka i Ojciec i brat narratora, ci dwaj ostatni  - życząc sobie explicite, by ich nie wskrzeszano. Tyle, że narrator już nie umie inaczej: zatrzymanie rodziców i brata przy sobie za wszelką cenę jest jedynym znanym mu sposobem okazania im miłości; i tak, codziennie, będzie wracał do swojej ożywionej, ale nie żywej "rodziny". Nie umie inaczej; tylko ich ma. Niesamowity jest nastrój tego opowiadania, konsekwentnie utrzymana narracja z  punktu widzenia coraz to mniej godnego zaufania narratora. Przerażające.  

Walter Jon Williams, "Daddy's World", [w:] Not of Woman Born (ed. Constance Ash), ROC 1999; też świetne opowiadanie, nagrodzone zresztą Nebulą w 2000 roku. Podobnie jak w poprzednim przypadku, sukces wynika przede wszystkim z nieszablonowego podejścia do mocno wyeksploatowanego w fantastyce tematu transferu osobowości do świata wirtualnego (właśnie oglądam odcinek Earth: Final Conflict, w którym ta idea została wykorzystana w sposób tak schematyczny, że aż boli; obsypany nagrodami Ekperyment terminalny Sawyera nie był zresztą, tak po prawdzie, wiele lepszy). To jest, z jednej strony, typowa opowieść o bólach dorastania młodego chłopaka, o wrednej, ale potrzebnej siostrze, o rodzicach; z drugiej strony - ten chłopak nie jest już człowiekiem. Jego ciało umarło, tylko świadomość trwa w stworzonym dla niego przez rodzinę wirtualnym świecie. Tyle, że rodzina ma dla niego coraz mniej czasu, zajęta własnymi sprawami, a i chłopak na normalnego człowieka wyrosnąć nie może... Smutne, a zarazem prowokujące i fascynujące opowiadanie.

piątek, 12 września 2008

Wymyśliłam nową kategorię, bo nie miałam pojęcia, jak sobie poradzić z ideą pisania o pojedynczych opowiadaniach, których czytam sporo. Nie wszystkie bywają w antologiach czy tomikach, nadających się do zrecenzowania, a recenzja z pojedynczego dwunastostronicowego tekstu trochę mija się z celem :). Postanowiłam więc co jakiś czas opisywać pod zbiorczym szyldem przeczytane opowiadania, jakoś ze sobą powiązane, i pisać o nich łącznie. Czasami takie zestawienie daje bardzo ciekawe efekty.
Na początek dwa teksty feministycznej SF/fantasy, jeden bardzo klasyczny, drugi - zdecydowanie nowszy. Oba ciekawe i prowokujące do myślenia, nawet jeśli niedoskonałe.

 

Joanna Russ, When It Changed, [w:] Again, Dangerous Visions, Doubleday 1972; przekład polski: "Nadchodzą nowe czasy", [w:] Droga do science fiction 3, Wyd. Alfa, Warszawa 1987

Russ dostała za ten tekst Nebulę w 1972 i nominację do Hugo w 1973 - i ciągle wydaje się, że to była odważna decyzja. Russ opisuje w swoim króciutkim opowiadaniu planetę Whileway, na której trzydzieści pokoleń wcześniej zaraza wygubiła wszystkich mężczyzn - prawie jak w Seksmisji, chciałoby się dodać. Tyle że wnioski, jakie wyciąga Russ, feministyczna pisarka i jedna z pierwszych autorek SF, która otwarcie zdeklarowała się jako lesbijka, są oczywiście skrajnie różne.
Whileway nie jest rajem; nie udało się tam zlikwidować konfliktów międzyludzkich (narratorka, Janes Evason, ma za sobą trzy wygrane pojedynki na śmierć i życie) ani wprowadzić radośnie utopijnego i szczęśliwego społeczeństwa (mieszkanki Whileway, czy chcą, czy nie, muszą spędzać 3/4 życia pracując na farmach, żeby w ogóle przetrwać). Mieszkanki Whileway nie mają łatwo, ale przybycie na ich izolowaną planetę czterech mężczyzn - członków misji z Ziemi, której przydałoby się uzupełnienie puli genetycznej - wprawia je w absolutną panikę. Niby nic się nie dzieje: córka narratorki, zawstydzona, ucieka od obcych, jej małżonka dostaje ataku nerwicy i omal nie zabija jednego z przybyszów, a ona sama nie może się uwolnić od natrętnej myśli, że odtąd już wszystko będzie zupełnie inaczej. Inaczej - znaczy gorzej.
Największym błędem, jaki można popełnić w ocenie opowiadania Russ, byłoby właśnie założenie, że przedstawia ono utopię, świat idealny i pożądany, że tak powinno być; że jakby wybić wszystkich mężczyzn, świat byłby lepszy. Reakcja jej bohaterek wynika z czego innego: Ziemia, którą pamiętają, nie dopuszczała równości płci. Dopiero w skrajnej i wymuszonej sytuacji na Whileway mogły przekonać się, jak to jest prowadzić samochód, polować na niedźwiedzie, walczyć - i być w tym specjalistą. One z jednej strony już nie znają mężczyzn i nie wiedzą, jak na nich reagować - a z drugiej strony wiedzą aż za dobrze; jakaś dziwaczna pamięć kulturowa narzuca im lęki, które wypowiada w swoim monologu Janet:

I do not like to think of myself mocked, of Katy deferred to as if she were weak, of Yuki made to feel unimportant or silly, of my other children cheated of their full humanity or turned into strangers. And I'm afraid that my own achievements will dwindle from what they were—or what I thought they were—to the not-very-interesting curiosa of the human race, the oddities you read about in the back of the book, things to laugh at sometimes because they are so exotic, quaint but not impressive, charming but not useful.

To, czego boją się mieszkanki Whileway, to zepchnięcie do roli drugorzędnych członków społeczeństwa, pozbawienie ich prawa do decydowania o sobie, ale też - prawa do stanowienia o historii własnego świata; one boją się odebrania autonomii, zepchnięcia do roli przypisu i ciekawostki w historii, His-story. I jakkolwiek wizja Russ może wydawać się nieco szokująca - i to z innych powodów, niż wydawało się autorce w latach 70; dziś pozytywne ukazanie społeczeństwa złożonego wyłącznie z lesbijek wydaje się zwyczajnym  i wcale nie szokującym zabiegiem - to ma też, ciągle, sporo związków z rzeczywistością, w jakiej żyjemy. A co wydaje mi się w opowieści Russ szokujące? Może -  jednak - to, że bohaterki tak łatwo przyzwyczaiły się do braku mężczyzn, że żadnej z nich mężczyzny nie brakuje. Pewnie, trzydzieści pokoleń to sporo czasu, i pewnie, te kobiety mają mnóstwo roboty i zajęć, i pewnie, tekst Russ przedstawia maleńki wycinek rzeczywistości Whileway - ale wydaje mi się, że ton narracji sugeruje uniwersalność lęków i odczuć Janet, a one całkiem uniwersalne być nie mogą. Być może oddają emocje 90% mieszkanek, ale czy wśród kobiet na Whileway nie ma takich, które nie odnajdują się w tej wymuszonej jednak homosocjalnej sytuacji? Które po prostu nie mogą funkcjonować w takiej społeczności? Wiem, narzekam - życie seksualne nie jest jedyną sferą, w której czlowiek się może realizować, a w tak małym wycinku świata, jaki Russ pokazuje, nie ma miejsca na aż takie niuanse - ale jej wizja i tak wydała mi się nieco zbyt prosta, zbyt jednoznaczna; to nie zmienia faktu, że jest w jej wizji społeczeństwa kobiet, które wywalczyły sobie niezależność i teraz boją się jej utraty, jakaś psychologiczna prawda. Do tego zupełnie jednoznaczni są też przybyli na Whileway panowie - manipulatorzy albo męskie szowinistyczne świnie, do wyboru; to się też przyczynia do mojego wrażenia, że podział na dobro i zło jest w tym tekście Russ odrobinę za łatwy. Rozumiem, że pewnie chodziło o zasugerowanie, że na Ziemi nic się nie zmieniłoi nadal tkwi ona gdzieś w pół drogi między średniowieczem a królową Wiktorią, ale mimo wszystko... Nie zmienia to faktu, że opowiadanie Russ, które wielu czytelników zapewne doprowadziłoby do białej gorączki, w taki czy inny sposób prowokuje do myślenia - a czy po trochu nie o to w literaturze chodzi?
PS. Polski tytuł wydaje mi się w tym przypadku raczej nietrafiony. Angielskie When It Changed sugeruje od początku dwuznaczność: zmieniło się dwa razy, za pierwszym razem, kiedy mężczyźni wymarli, za drugim - gdy powrócili; polski tytuł kompletnie zaciera tę pierwszą możliwość.  

 

Elizabeth Bear, "This Tragic Glass", [w:] Sci Fiction 7, 2004; tym razem tylko nominacja (do nagrody Tiptree). Bear - której na początku nie doceniłam, a która, im więcej czytam jej opowiadań, tym bardziej inteligentną pisarką mi się wydaje - zderza w tym tekście dwa skrajnie różniące się od siebie światy. Jeden - to stechnicyzowany świat niedalekiej przyszłości, w którym opracowano technologię "ściągania" z przeszłości osób, z których wiedzy korzysta się w badaniach historycznych. Drugi - to świat elżbietańskiej Anglii, w której utalentowany i udręczony przez swoją naturę Kit Marlowe usiłuje jakoś ułożyć swoje życie. Każdy, kto czytał tekst Bear powinien zresztą oburzyć się na mnie za dobór form gramatycznych w poprzednim zdaniu, bo... no właśnie, bo. Do pewnego momentu opowiadanie Bear zwraca uwagę przede wszystkim pomysłem na podróże w czasie i - fascynującą dla mnie - ideą, że szefem Centrum jest wyciągnięty ze swoich czasów i ocalony przed śmiercią na gruźlicę John Keats (a postarzały Keats w wersji Bear podoba mi się w sumie bardziej niż Keats a la Upadek Hyperiona Simmonsa). W pewnym jednak momencie większość uwagi czytelnika skupia się na historii Marlowe'a i na zaskakującej zarówno dla badaczy, jak i dla czytelnika konstatacji, że Christopher Marlowe była kobietą. No dobrze - nie była. I na tym polega jej dramat.
Historia Marlowe'a to u Bear dzieje osoby, uwięzionej w niewłaściwym ciele - dziewczyny, której umysł i instynkty są umysłem i instynktami mężczyzny. Bear rekonstruuje historię Kit-transseksualistki subtelnie i inteligentnie, wskazując zarazem alternatywną wersję rozwiązania zagadki śmierci dramaturga. Podoba mi się sposób, w jaki charakteryzuje postacie, znakomicie radzi sobie też z psychologią - znakomitym pomysłem było uniknięcie wymuszonego happy endu. Kit Marlowe znajdzie swoje miejsce w świecie przyszłości, tak jak znalazł je John Keats - ale tak jak w przypadku Keatsa, proces będzie długi, męczący i niełatwy.
To nie jest arcydzieło fantastyki - samej Bear zdarzało się pisać lepsze opowiadania, jak choćby nagrodzone nagrodą Hugo "Tideline"; w "This Tragic Glass" momentami brakuje nieco dramatyzmu, chwilami z kolei czytelnik nieco za łatwo się domyśla, co będzie dalej. Niemniej jednak, jest to zdecydowanie tekst wart przeczytania i przemyślenia, zwłaszcza jeżeli kogoś na równi interesuje problematyka genderowa, podróże w czasie i elżbietański dramat.  

| < Wrzesień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  
O autorze
Zakładki:
Autorzy
Blogi
Miejsca: różne
Omnia mea
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...