Fantastyka

środa, 29 marca 2017

N. K. Jemisin, The Hundred Thousand Kingdoms, Orbit 2010

 

uwaga: spojlery


 

W ramach bycia Kobietą z Czytnikiem i wykorzystywania na czytanie przerw w życiorysie (poczekalnia u lekarza, autobus, tramwaj, pociąg do Warszawy, kolejka... hmmm, obecne zapalenie oskrzeli?) postanowiłam nadrobić kilka znaczących braków w lekturach fantasy. na pierwszy ogień poszły The Curse of Chalion Lois McMaster Bujold (o której, hmm, kiedyś napiszę, jak już będę wiedziała, co chcę napisać) i The Hundred Thousand Kingdoms N. K. Jemisin. 

Jemisin zgarnęła za swoją pierwszą powieść Locusa dla najlepszego pierwszego dzieła i nominacje do wszystkich chyba poważnych branżowych nagród. Co, szczerze mówiąc, zupełnie nie dziwi w obliczu oryginalności i pomysłowości jej powieści.

Ergo, może najpierw o tej oryginalności i pomysłowości, a potem o tym, czemu tekst Jemisin wylądował u mnie na liście "hmmm, intrygujące", a nie na liście "wow, do ulubionych".

Jemisin opowiada nam w Stu tysiącach królestw historię, tak naprawdę, nienową: dzieje wybranej księżniczki (no, mniej więcej), którą jej upiorna nad-boska rodzina wzywa do magicznego pałacu po śmierci matki. Matkę, która zbuntowała się przeciwko woli rodziny, otruto; ojciec, dla którego rzuciła podniebny pałac rodu Arameri, zmarł już wcześniej. Kiedy mniej więcej dwudziestoletnia Yeine Darr przybywa do miasta Sky, by stać się Yeine Arameri, ma jak najgorsze przeczucia - które, oczywiście, się sprawdzają: jej rodzina jest, w większości, ohydna i zdeprawowana, a ją samą wezwano tam pozornie dla chwały, a w praktyce - by posłużyła za ofiarę w rytuale sukcesji. Bohaterka, ciemnoskóra po ojcu (w kontraście do jasnowłosych, jasnoskórych Arameri) i wychowana przez babkę z narodu wojowniczek, jest skazana na klęskę - której, przewidywalnie, nie ponosi, ani w wymiarze, powiedzmy, politycznym, ani osobistym (Yeine postawiła sobie za cel dowiedzieć się, kto kazał zabić jej matkę). W to wszystko wpisana jest jeszcze historia wojny aktywnych w tym świecie bogów i kary, na jaką zwycięski bóg-słońce skazał tych, którzy śmieli zbuntować się przeciw jego woli. 

Elementy fabularne, z których Jemisin skonstruowała swoją debiutancką powieść, nie są więc, jako takie, szaleńczo oryginalne (i nie, to nie jest zarzut, tylko obserwacja). Co jest oryginalne, i co jest jedną z najmocniejszych stron tej powieści, to kreacja świata.

W zasadzie od samego początku lektury czytelnik (dobra, konkretnie to czytelniczka pisząca te słowa) zanurza się w wykreowany przez Jemisin świat. Kluczowy koncept powieści - historia o tym, że podczas wojny bogów kluczowa dla zwycięskiego boga nieba i ładu, Itempasa, była pomoc jednej z jego śmiertelnych kapłanek i że w nagrodę ród potomków tej kapłanki dostał pod swą władzę, jako niewolników i broń, pokonanego boga nocy i chaosu i grupę jego potomków; że Arameri są śmiertelnymi władcami nieśmiertelnych bogów i że wbrew pozorom nie przyniosło im to zbyt wiele dobrego - jest błyskotliwy i oryginalny, a przy tym zrealizowany z dużą konsekwencją. Jemisin ma przy tym naprawdę dużo zrozumienia dla tego, jak działa mit - spora część z jej bogów wydaje mi się (po siedmiu latach wykładania mitologii klasycznej) wiarygodna jako bóstwa, w swej nieludzkości i nieprzewidywalności. Jemisin ma przy tym mnóstwo drobnych utrafionych mitycznych obserwacji, jak ta, że ukarany wcieleniem w człowieka czas dnia bóg nocy będzie, w tej ludzkiej postaci, przyjmował taką naturę, jakiej domagają się od niego otaczający go ludzie (czytaj: jak najgorszą, postać dręczyciela, gwałciciela i potwora, godnego aż za potwornej kuzynki-rywalki Yeine, Sciminy...).

Świat bogów i ludzi - jego geografia, jego polityka, jego teologia i religia, architektura miasta-pałacu - to są bardzo mocne strony tej powieści. Kolejną - i nie oszukujmy się, ona jest dla mnie szczególnie ważna, bo jest moją małą obsesją - jest fakt, że Jemisin szalenie efektownie prowadzi swoją pierwszoosobową (Yeine jest narratorką), opowiadaną ewidentnie ze sporego czasowego dystansu historię, starannie przy tym wystylizowaną na opowieść ustną - Yeine przerywa, zmienia temat, urywa pewne wątki, informując nas, że odkłada je na później... Ten pomysł bardzo pomaga w prowadzeniu wiarygodnej, oryginalnej narracji.  

To jest, generalnie, IMHO powieść jak najbardziej warta lektury i jak najbardziej należąca do przytaczanej przeze mnie w jednym z poprzednich wpisów listy najciekawszej kobiecej fantastyki. Moje poniższe marudzenie bynajmniej nie oznacza, że nie zachęcam z całego serca do lektury.

Powieść Jemisin cenię wysoko, ale nie trafiła mi na listę ulubionych, choć miała ku temu wiele zadatków. Zadecydowała chyba kreacja czarnego charakteru oraz,  przede wszystkim, postać Nahadotha, boga chaosu i nocy, późniejszego kochanka (m. in.) Yeine.

Ze Sciminą, główną złą tej bajki, rozprawię się krótko - jest Zbyt Zła. Perfidna, mordercza, wyniosła i pełna pogardy dla słabszych, Scimina lubuje się w okrucieństwie i wyuzdanym seksie, prowadza boga nocy na smyczy i radośnie torturuje swoje ofiary, ubrana w podkreślająca idealną figurę suknię i wysokie szpilki, a niewygodną dla jej planów Yeine postanawia zabić przy pierwszej okazji. Scimina jest, innymi słowy, jak czarny kobiecy charakter z Bonda z lat 80. i im więcej cech takiej bohaterki autorka w nią ładuje, tym mniej mnie Scimina straszy czy oburza; z potwora, którym miała być, zamienia się chwilami w wyliczankę banałów i przewidywalnych cech. Gwoli sprawiedliwości należałoby jednak dodać od razu, że inne postacie - politycznie wszechmocnego, ale złamanego starością Dekartę, enigmatycznego pisarza-czarodzieja Viraine'a, najbardziej bodaj ze wszystkich sympatycznego przełożonego służby T'vrila, wreszcie samą pogubioną, a jednocześnie upartą i zdeterminowaną Yeine - Jemisin konstruuje w znacznie bardziej zniuansowany sposób.

Mój drugi problem, z Nahadothem, jest mniej uniwersalny, a bardziej, hmmm, osobisty; dotyczy nie czegoś, co postrzegam jako (pomniejszą) słabość powieści, a czegoś, co zgrzyta konkretnie mnie jako jednej konkretnej czytelniczce. Ja, otóż, mam serdeczne uczulenie (1) na postacie mrocznych seksownych bogów okrytych kurtyną czarnych jak noc włosów, udręczonych przez los i ciągle pamiętających siostrę-kochankę zabitą przez brata-kochanka, przerażających, a jednocześnie budzących w bohaterce najpierw zakazane pożądanie, a później - odwzajemnioną miłość. Jemisin ma wyjaśnienie, skąd to pożądanie i ta miłość (nie, nie powiem - spojleruję, ale głównego twistu powieści nie chcę psuć), ale mnie ono nie wystarcza. No i o scenie seksu między Yeina a Nahadothem, w której bohaterka dosłownie sięga gwiazd, też bym wolała zapomnieć - nie, to nie jest kwestia niekompetencji autorki, to nie jest scena z gatunku tych nieintencjonalnie śmiesznych - ona po prostu mnie nie pasuje.

Niemniej, żeby być uczciwą - problem ze Sciminą jest z tych pomniejszych, a kwestia Nahadotha dotyczy mojego własnego odczytania - generalnie powieść Jemisin serdecznie polecam, jako jedną z IMHO ciekawszych fantasy ostatnich lat.

(1) To jest, paradoksalnie, typ postaci bardzo, bardzo bliskich literackiemu typowi, który mnie fascynuje -  i jak się przekroczy tę granicę, za którą mnie się kończy cierpliwość dla tego typu nadludzkiego emo, to nie ma zmiłuj, będę się wyzłośliwiać bez końca.  



Zapisz

Zapisz

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

Oglądałam ostatnio trzecią część Star Wars z moim profesorem.

 

http://www.bidorbuy.co.za/item/15880945/Star_Wars_Episode_III_Revenge_of_the_Sith_Brand_New.html

Profesor - mój szef i daaawno, daaawno temu promotor mojego doktoratu - jest humanistą i znawcą literatury; posiada poza tym dzieci i wnuki, ergo, miecze świetlne są mu znane z autopsji i okazjonalnie toczonych walk z wnuczkiem. I tyle. Cała reszta Star Warsów i gatunku w ogóle w jego świadomości nie istnieje. Miałam w związku z tym niespotykaną w towarzystwie, w jakim się normalnie obracam, okazję obejrzeć Gwiezdne wojny z kimś, kto nie ma najbledszego pojęcia, kim są Vader, Mistrz Yoda i Luke Skywalker i komu Marsz Imperium (no dobra, o tym potem) i obrazek z Gwiazdą Śmierci nie mówią absolutnie nic.

I co? I po pierwsze - ja dalej BARDZO lubię Zemstę Sithów i uważam ją za fabularnie film bodaj najlepszy, obok Imperium, z całości cyklu, ale oglądanie z profesorem uświadomiło mi, że jak nie wiesz, kto jest kto i co jest co, to jest on momentami mało zrozumiały. Ulubione przez fanów scenki jak cameo Chewbakki czy ujęcie budującej się Gwiazdy Śmierci stają się tylko niepotrzebnymi, irytującymi obrazkami, zwalniającymi akcję i rozbijającymi narrację. Nie robię z tego Lucasowi zarzutu, no bo jest to jednak bardzo wyraźnie część trzecia z sześciu - tak jak nie ma sensu robić Sienkiewiczowi zarzutu z wprowadzenia z lekka niepotrzebnej sceny z rodziną Skrzetuskich w Potopie, w ten sposób buduje się ciągłość cyklu; niemniej jednak, dla niewtajemniczonych lekko licząc 1/3 wydarzeń, aluzji i stwierdzeń, padających w filmie, jest mniej więcej tak zrozumiała, jak gramatyka grecka dla mojego brata-ichtiologa. Dowód:  Profesor  największe tak naprawdę pretensje miał o brak happy endu, brak jakiejś pociechy i generalny triumf zła. I te dzieci, po co te dzieci jeszcze w tym wszystkim były. 

Po drugie - konwencja. Dla niewtajemniczonego okazała się zabójcza -  fabuła zgubiła się całkowicie pod dźwiękami, obrazkami i efektami specjalnymi, których sensu nie widział i nie rozumiał, no bo jak ma ktoś, kto fantastyki i kina przygodowego nie zna/nie lubi, nakręcać się na przekraczanie w kinie granic technicznych możliwości? Jeśli do tego dodać założenie, że z definicji samo pojawienie się statku kosmicznego/ potwora określa film jako "dla dzieci", ergo niepoważny i z założenia umowny, to mamy klęskę na całej linii, bo akurat Zemsta Sithów filmem dla dzieci nie jest. Ergo, bez konwencji i znajomości gatunku ani rusz. Konwencja (powiedzmy) SF komuś, kto jej nie zna, całkowicie przesłoniła wszystko inne, co w tym filmie było.

No i po trzecie, i to już jest smutne. Akurat w Zemscie Sithów spod efektów, robotów, Chewbakki, Imperatora etc. etc. inteligentnie wychodzi dość klasyczna tragediowa fabuła o człowieku, który chce uciec przez przeznaczeniem i w ten sposób doprowadza do jego wypełnienia (Makbet, który nie chce, by Banko, nie będąc królem, został ojcem królów? Edyp, jak twierdzi bardzo sympatyczny pan student, z okazji magisterki którego w ogóle te Star Warsy na seminarium profesora oglądaliśmy?). W przypadku Anakina to jest w ogóle podwojone: on, jako Jedi, z jednej stron wypełnia najczarniejsze obawy Yody, ale też robi decydujący krok na drodze, która go w końcu doprowadzi do wypełnienia roli Chosen One i odkupienia, z drugiej - jako człowiek, sam sprowadza na Amidalę śmierć, którą widział w swoich przebłyskach prekognicji. Do dzisiaj jestem pod wrażeniem pomysłu Lucasa, żeby pokazać w pełni świadomym jego dalszych losów widzom Anakina jako miłego dzieciaka i fajnego chłopaka, który robi małe błędy, jeden za drugim - błędy, których nikt nie koryguje, nie poprawia, no bo kto i po co miałby je poprawiać, skoro Anakin jest the best, a poza tym, jak poprawiają, to Anakin i tak będzie wierzył, że to z zazdrości - i tak, krok po kroku, idzie sobie A. na Ciemną Stronę Mocy. Oj, tak po prawdzie, That's how the Master started, bo się to zdanie ostatnio ode mnie odczepić nie może.
Tak samo zresztą polityczna intryga w nowych SW jest niegłupia, bo - wbrew pozorom - dość nieoczywista: w senacie są albo z lekka oderwani od rzeczywistości idealiści, albo skorumpowani buce, albo dobroduszni kretyni (Jar Jar Binks, to do ciebie!), Rada Jedi okopana na  swoich stoicko-buddyjskich pozycjach kompletnie, ale to kompletnie nie rozumie tzw. zwykłych ludzi (osób?) i ludzkich emocji (i mówmy tu o rządach filozofów!), separatystom trochę trudno się dziwić, że mają dość - a w środku tego wszystkiego siedzi sobie, jak czarny pająk, Gajusz Juliusz Cezar przyszły Imperator, czekający, aż spiski i intrygi oddadzą mu upragnioną władzę.
Ładnie widać w tej konstrukcji taki mityczno-tragediowy schemat upadku kogoś dobrego, dobrze chcącego, imponującego nam, widzom, swoimi talentami - kogoś, kogo upadek nas wzruszy i zasmuci; no ale przecież jak w klasycznej tragedii, tu też wiemy przecież, że Padme w Zemście Sithów i Luke w Powrocie Jedi mają rację, mówiąc, że w tym człowieku jest jeszcze dobro... Tyle że z powodu tego, co było po pierwsze, i po drugie, to wszystko okazało się kompletnie nieczytelne i nieważne dla kogoś, kto nie zna konwencji gatunku i kontekstu całości dzieła. Zniknęła dramatyczna historia upadku niedoszłego mesjasza. Została chaotyczna bajka o efektach specjalnych, i to nie całkiem dobra, bo bez happy endu.

Jeżeli kiedykolwiek dziwiłam się, dlaczego recenzje z filmów i powieści fantastycznych wyglądają często tak, jak wyglądają - że recenzenci widzą tylko pierwszy poziom, efekty i statki i smoki i krasnoludów - no to miałam demonstrację. I nie, nie chodzi mi o rozdzieranie szat pt. "O my biedni w getcie, złe krytyki się wyśmiewają, nikt nas nie rozumi!", tylko o fakt, że nagle zobaczyłam samą siebie - swoje pasje, to, co dla mnie oczywiste - z innej perspektywy. I że w sumie, szkoda - fantastyka ma do opowiedzenia mnóstwo inteligentnych, niegłupich historii i jeżeli damy się odstraszyć samej konwencji, to naprawdę dużo możemy stracić.


 


 

 

PS. A propos Marsza imperium. Ta melodia wrosła na tyle w (pop)kulturę, że zna ją w zasadzie każdy. Dowód: prof. się dopytywał, z czego były cytaty muzyczne w ścieżce dźwiękowej Sithów, bo to coś klasycznego było, bardzo znanego... a chodziło o taki kawałek, kiedy Anakin jest już prawie Vaderem i muzyka jest odpowiednia :)

poniedziałek, 15 lutego 2010

 

UWAGA: TEN WPIS JEST DLA DOROSŁYCH!!

spojlery: Laurell Hamilton (Anita Blake VI, większy spojler), Konrad T. Lewandowski Różanooka (mniejsze)

 

 

Walentynki właśnie się skończyły, a ja obiecałam kiedyś walentynkowy wpis specjalny. Ale nie będzie o miłości, bo o ulubionych parach to ja się ostatnio trochę upisałam. Dzisiaj będzie o seksie.

I nieprzypadkowo w tytule jest ten właśnie konkretny cytat.

O seksie - jak mi podpowiada moje doświadczenie czytelnicze - pisze się niełatwo; a wniosek taki wyciągam z dużej ilości bardzo, bardzo złych scen erotycznych, jakie zdarzyło mi się czytać. Dziś wobec tego proponuję krótki, ilustrowany polskimi i nie tylko przykładami przewodnik pt. "Kilka rad, jak napisać Naprawdę Złą scenę miłosną".
Przewodnik poniższy nie wyczerpuje wszystkich możliwości: jest ich, niestety, znacznie, znacznie więcej.

Jednym z kluczy do napisania bardzo złej sceny erotycznej jest użycie odpowiednio naukowej i medycznej terminologii. Wybitną specjalistką jest w tej dziedzinie linkowana przeze mnie niedawno Sarah Monette, ale nie ona jedna się w tym specjalizuje. Monette uwielbia przede wszystkim szczegółowe techniczne określenia części ciała, które w danym momencie interesują zaangażowanych w seks bohaterów.

Obok medycyny, znakomitym sposobem jest poezja. Nie ma to jak zastąpić banalne anatomiczne określenia wysoce wyszukanymi i poetyckimi. Celują w tym harlekiny i inne romansidła, ale i w fantastyce znajdziemy przykłady. Rezultatem może być tekst tak błyskotliwy jak okraczam biodra kochanka i schylam się, by scałować z jego oblicza błogość (Izabela Szolc, Połowa nocy).

Odmianą poetyckości jest hiperbola, przesada znaczy, taka rodem z filmu porno, lekceważącego zasady biologii i prawa natury. Nad Anitą Blake będę znęcać się jeszcze raz później (za przerwatywy), ale jeżeli bohaterka oświadcza Every time he thrust into me, it was like I could feel it into the middle of my chest, to autorka może liczyć na to, że a) faceci niektórych co bardziej łatwowiernych czytelniczek znienawidzą ją na zawsze, b) część czytelników płci obojga zejdzie ze śmiechu... 

W tej samej sferze, blisko poezji, mieści się śliczność, która polega na maskowaniu wszystkiego, co się da, mniej lub bardziej infantylnymi i usłodzonymi peryfrazami i metaforami. Przepraszam za użycie dwa razy przykładu z tej samej powieści (tu i poniżej), no ale nie mogę się oprzeć, bo ilość peryfraz jest w tych paru linijkach wręcz porażająca:

Pośpiesznie usiadła na nim okrakiem, po czym cofnęła trochę i zakołysała na boki, aby wprowadzić Lina do przedsionka swej kobiecości. On poczuł, jak jego nabrzmiała męskość przesuwa się nagle przez ulegle rozchyloną szczelinę pomiędzy udami Irian, a potem jak odnajduje, opiera się i napina dziewiczą przeszkodę na drodze do wnętrza dziewczyny. (Konrad T. Lewandowski, Różanooka).

Niezłe jest też użycie naturalnego, niewymuszonego dialogu. Kochankowie w łóżku czasem muszą porozmawiać, żeby podtrzymać romantyczny nastrój. Mogą zrobić to np. tak:

Zaczął całować jej piersi. Z westchnieniem przywarła do niego całym ciałem i poszukała ustami jego warg.
- Jesteś mokra? - rzekł po chwili.- Nieważne... - Znów pochyliła się, aby pić pocałunki. (...)
- Ty pierwszy raz? - spytał z radosnym niedowierzaniem.

Uniosła twarz.

- Tak, chcę ci się oddać... - Pałające czerwienią oczy rozszerzyły się i zwilgotniały.
(Konrad T. Lewandowski, Różanooka).

Bardzo dobrym pomysłem jest przypomnienie czytelnikowi, że Źli Ludzie mogą wykorzystać seks do dręczenia innych; najlepiej zrobić to, opisując seksualne tortury; a żeby połączyć przyjemne z pożytecznym, trzeba zrobić to tak, by czytelnik poczuł się jednak bardziej podniecony niż oburzony i przygnębiony.  Nie do pobicia jest pod tym względem Janine Cross, specjalistka od seksu ze smokami i masturbacji smoczych samców na arenie. Janine z perwersyjną przyjemnością opisuje kolejne gwałty, które cierpi jej bohaterka, kolejne erotyczne upokorzenia  i krzywdy, które ją spotykają - a ona, ciągle nieszczęśliwa, ciągle krzywdzona, zawsze jednak jest gotowa na więcej. Elizabeth Bear i Sarah Monette robią to samo w wersji męskiej w A Companion to Wolves - ich (hetero) bohater w I części głównie boi się homoseksualnych orgii i uczestniczy w homoseksualnych orgiach...

Zawsze należy też pamiętać, by scena miłosna czemuś służyła. Może służyć np. edukacji młodzieży, choćby w kwestii bezpiecznego seksu. W dłuuuuugiej (i w sumie wcale nieźle napisanej) scenie miłosnej między Anitą Blake a jej wampirzym kochankiem Jean Claudem (Anita Blake VI) Jean Claude, po długiej, długiej, dłuuuuuuuugiej grze wstępnej sięga po - prezerwatywę. Wampir. Prezerwatywa. Wampir. Antykoncepcja. Kiedy to czytałam po raz pierwszy, byłam pewna, że albo autorce się coś pomyliło, albo ja zwariowałam. Od tego czasu, jenakowoż, okazało się w co najmniej paru dziełach (Twilight, Underworld), że z wampirem w ciążę jednakowoż zajść się da/wampirzyca w ciążę zajść może. Anita, ergo, może być zadowolona, że jej partner  jest poważny i odpowiedzialny, którego to zadowolenia (z partnerów i partnerek) również czytelniczkom oraz czytelnikom życzymy. 

wtorek, 02 lutego 2010

Rzucę się dzisiaj na głęboką a mętną wodę i pozastanawiam się nad wychowawczymi funkcjami literatury, a co mi tam. 

 

uwaga: to jest wpis na blogu, nie wykład ani praca naukowa, proszę zatem o wybaczenie eseistycznego stylu, braku przypisów i nie zawsze naukowej terminologii. No i uwaga, spojlery twilightowe.

 

Wszystko z okazji dyskusji pod moim wpisem o New Moon. Debata poszła w kierunku plus minus rozważania terminów rodem z Susan Sontag i przez zgubił się w niej jeden ciekawy wątek z linku wrzuconego przez yaal. Chodziło w nim o oskarżenie Stephenie Meyer o propagowanie fatalnych wzorców i o przekonywanie całego pokolenia dziewcząt do tego, że prawdziwa miłość polega na podporządkowaniu się kompletnie toksycznemu związkowi. Jedna z amerykańskich blogerek mianowicie skorzystała z publikowanej przez National Domestic Violence Hotline listy pytań, uświadamiających ofiarom przemocy domowej, z czym mają do czynienia, i odpowiedziała na nie w imieniu bohaterki sagi Meyer. Odpowiedzi na "tak" wyszły jej m. in. przy pytaniach "Czy twój partner patrzy na ciebie i działa w sposób, który cię przeraża?", "Czy kontroluje to, z kim rozmawiasz i gdzie bywasz?", "Czy podejmuje za ciebie wszystkie decyzje?", "Czy grozi, że zabije ciebie lub siebie?" i jeszcze w kilkunastu innych. W sumie jako Bella odpowiedziała "tak" piętnaście razy - a już jedna odpowiedź wystarczy, żeby uznać związek za toksyczny. Ergo, Meyer oberwało się za promocję niezdrowych relacji damsko-męskich.

Obrywało się jej już wcześniej za inne rzeczy: przede wszystkim za fakt, że Bella jest fatalnym wzorcem dla młodych dziewczyn. W końcu (uwaga spojlery) bohaterka nie dość, że związuje się z facetem, który kontroluje jej każdy ruch, to jeszcze rezygnuje z edukacji, by w wieku jakichś 19 lat zostać żoną wampira, zajść w trudną ciążę i zostać wyłącznie siedzącą w domu wampirzą mamuśką. Do tego, dodają krytycy (a zwłaszcza krytyczki), Bella w ogóle jest - jako role model - godna potępienia, bo od początku jest słabym kobieciątkiem, wymagającą stale ratowania damsel in distress, biedusią całkowicie od mężczyzn zależną i całkiem im podporządkowaną (ach, te obiadki gotowane dla tatusia!). Kiedy tylko trzeba podjąć jakieś poważne decyzje, ona nie potrafi zrobić tego sama, a faceci muszą podjąć się kontroli nad nią i jej zachowaniem (Edward, który się troszczy o to, żeby nie zdecydowała się na seks za wcześnie, Jacob, który się stara kontrolować jej igranie z niebezpieczeństwem). Jest ona, innymi słowy, istotką słabą a bezbronną, kobietą rodem z wiktoriańskiego ideału, posłuszną i podporządkowaną światru mężczyzn, rezygnującą z własnego rozwoju na rzecz poświęcenia się wyłącznie rodzinie i tradycyjnej roli matki-opiekunki.

Stephenie Meyer bardzo wdzięcznie się krytykuje, bo też pisarka jest z niej okropna, jej fabuły mają mało sensu i nie bardzo trzymają się kupy, a jej styl, najoględniej mówiąc, pozostawia sporo do życzenia i nie, polski tłumacz nie jest tu winien. Pytanie jednakowoż brzmi: czy wśród tych wszystkich słusznych zarzutów o literacką  mizerię ma też rację bytu zarzut o deprawowanie młodzieży?

Nie jestem socjologiem i zawsze mam problem z takimi pytaniami. Czy brutalne gry komputerowe uczą przemocy i wychowują przyszłych morderców? Czy namiętna fanka Harry'ego Pottera zostanie okultystką, a wielbicielowi Supermana (jeśli jeszcze są tacy...) grozi niebezpieczeństwo spadnięcia z dachu i roztrzaskania się na krawężniku po nieudanej próbie lotu? Czy Potop zrobi z nas wrogów Skandynawii? Tak, dobrałam tendencyjne i absurdalne momentami przykłady, ale nie, nie wiem, czy wbrew pozorom nie ma w nich kawałka prawdy. Książki (i generalnie fikcja) są ważne, pewnie, dla kształtowania postawy człowieka - inaczej nie karmiono by nas w szkole taką masą patriotyzmu spod znaku Sienkiewiczów i Żeromskich, że o Cyceronach i Katonach samokrytycznie nie wspomnę. Możemy sobie powtarzać, że "sztuka dla sztuki", że "der Kunst ihre Freiheit" i inne takie, ale faktem jest, że - zwłaszcza jeśli mowa o osobach młodych i bardzo młodych - literatura, a szerzej - fikcja, i fikcyjne postacie potrafią wywrzeć na nas spory wpływ i często pod tym kątem są pisane/dobierane do szkół. Tyle że pytanie brzmi: po pierwsze, jak wielki jest ten wpływ, po drugie - jak to w przypadku Meyer i jej podobnych wygląda i co było, mówiąc najkrócej, najpierw, jajko czy kura.

Tego pierwszego problemu nie rozwiążę: nie będąc socjologiem, nie mam odpowiednich narzędzi, a wyniki badań, do których udało mi się dotrzeć, są mocno niejednoznaczne (tu pierwsza z brzegu polska bibliografia), nie będę się więc wymądrzać teoretycznie; warto by jednak było na marginesie zapytać o coś, o czym zwolennicy tezy o złym wpływie pani M. chyba zapominają: jak się taki wpływ ma do wieku obiektu, bo że inaczej oddziałuje fikcja na pięciolatka, a inaczej na trzynastolatka, wydaje się dość oczywiste.

Pozostaje natomiast drugie pytanie: pytanie o to, jakie to są właściwie wzorce, które Meyer propaguje. Mężczyźni w Zmierzchu - jeżeli tylko są pozytywnymi bohaterami - są szarmanccy i rycerscy, trochę niedzisiejsi w swoim podejściu do kobiet i świata, moralnie zobowiązani do opieki nad kobietami, które są dla nich ważne. Wartością szczególną jest dla nich rodzina (dr Cullen, Edward, Jasper, Emmett etc.) lub szerszy krąg krewnych (Jacob et consortes). To oni zapewniają utrzymanie, oni podejmują ważne decyzje, oni walczą o swoje ukochane, oni wreszcie dbają o morale kobiet należących do ich środowiska (Edward i jego troska o to, żeby Bella nie przeżyła zbyt wczesnej inicjacji, czy to erotycznej, czy wampirzej); generalnie wstrzemięźliwość i opanowanie są dla nich wartościami kluczowymi. Kobiety z kolei z jednej strony wymagają męskiej opieki i wsparcia (10 000 przykładów z Bellą w roli głównej), z drugiej jednak - wspierają siebie nawzajem (Alice jako główna powierniczka i przyjaciółka Belli) i mają w sumie głos decydujący, gdy chodzi o sprawy domu i rodziny (koalicja Belli i Rosalie, mająca na celu utrzymanie ciąży tej pierwszej). Kobiety czują się poza tym w naturalny sposób zobowiązane do troski o sprawy domowe (Bella z własnej woli gotująca obiadki ojcu). I choć bohaterowie Meyer są (z racji średniawych umiejętności pisarskich autorki) raczej płascy, to widać, że w zamierzeniu autorki mieli dodatkowo posiadać pewne intelektualne zamiłowania i zainteresowania, które dodatkowo charakteryzują ich jako dość staroświeckich (Edward i Bella rozmawiający o literaturze, koniecznie klasycznej i dawnej). Aha, jeszcze jedno: absolutnie szczególna rola przypisana jest u Meyer małżeństwu i macierzyństwu. Wszystkie pary bohaterów są w rzeczywistości małżeństwami, a brak możliwości posiadania dzieci czyni z Rosalie kobietę zgorzkniałą i nieszczęśliwą, mimo miłości męża i przybranych rodziców, a nawet mimo nieziemskiej urody, czyniącej z niej już za życia, że zacytuję Wikipedię, bo cytat mnie zachwycił, a woman who had beauty, elegance, class, and eyes resembling violets.

To jest oczywiście wizja, która, jak podejrzewam, sporo zawdzięcza faktowi, że pani Meyer jest mormonką i przekazuje w swoim tekście konserwatywne, tradycyjne wartości, które są jej samej bliskie. To nie jest dokładnie mój system wartości i ja bym go w taki sposób w swoich książkach nie propagowała, ale niech tam sobie Meyer robi, co chce, mógł Sienkiewicz, mogła Zimmer Bradley, może i ona. Zastanawiam się tylko nad fenomenem popularności jej powieści; czy to jest tak, że one są popularne i dzięki temu mogą szeroko promować taki system wartości (i, zdaniem sporej ilości feministycznych i nie tylko krytyczek i krytyków, mieszać w głowach młodym kobietom), czy też są popularne między innymi dlatego, że taki system wartości promują?

Zaraz wytłumaczę, o co mi chodzi: nie, nie o to, że wierzę, że społeczeństwa świata tylko czekały na nową konserwatywną ideologię rodem z nastolatkowej sagi o wampirach. Raczej o to, że może jest tak - choć wiem, że tego rodzaju wzorce są kreowane kulturowo, a nie wrodzone czy dane z nieba, że jak cała kultura są wytworami pewnej, powiedzmy, ideologii - że książki Meyer trafiają idealnie w pewien typ potrzeb, pewnie kulturowo warunkowanych, ale też bardzo powszechnych.

Jestem sama osobą raczej sentymentalną, choć klasycznych romansów raczej nie czytam, a do tego od kilkunastu lat uczę w liceum, mam też kontakt z osobami młodszymi niż moje uczennice. I mam takie, może niesłuszne, wrażenie, że dla sporej grupy nastoletnich (ale bliżej 12 niż 17) czytelniczek taki system wartości i taki obraz rzeczywistości jest właśnie tym, czego im potrzeba. One się nie będą zastanawiały, czy relacja Belli i Edwarda jest zdrowa i jakie daje perspektywy na dalsze życie i osobisty rozwój przyszłej pani Cullen, nie będą analizowały jej perspektyw zawodowych. I żeby dać literacko zupełnie inny, ale osobowościowo podobny przykład: one nie będą (i to akurat pamiętam doskonale z własnego życia) zastanawiały się nad tym, czy Heathcliff z Wichrowych Wzgórz nadaje się na odpowiedzialnego męża i ojca. One zobaczą w tych historiach przede wszystkim opowieść o Wielkiej Miłości, takiej, co wszystko przetrzyma i góry przenosi, takiej jedynej, raz na zawsze i na wieki, takiej, dla której i tylko dla której warto żyć. I pewnie, można mi zarzucić, że te wzorce też są programowane przez patriarchalną kulturę, która wskazuje True Love, dom i macierzyństwo jako jedyny właściwy dla kobiety sposób samorealizacji - ale ja się zastanawiam, jak to jest, czy to jednak nie jest jakaś głęboka potrzeba, psychologiczna raczej niż kulturowo warunkowana: żeby nauczyć się o takich porywach emocji, takich drganiach serca, jakie są zupełnie poza normalnym, ludzkim doświadczeniem, przeżyć tę tragedię wielkiej, straszliwej miłości, zanim człowiek trochę dorośnie i zacznie go szlag trafiać na głupotę i bezmyślność planów Julii i pomysłów Romea i zanim sobie pomyśli, że może lepiej wyjść za mąż jak Ania Shirley za mądrego kumpla niż za cudownego potwora, jak Bella Swan. I kiedy feministyczna plus minus krytyka zarzuca Meyer propagowanie szkodliwych wzorców, nie jestem pewna, czy akurat w tym przypadku nie trafia kulą w płot. Bo, abstrahując od czysto literackiej wartości i skupiając się tylko na kwestii prezentowanych wzorców więzi społecznych i męskości/kobiecości, co w takim razie z Tristanem i Izoldą? Julią? Romeem? Katarzyną Linton?

Ja osobiście zawsze sie cieszę, jak bohaterki w czytanych przeze mnie tekstach są niestandardowe i niesztampowe, marzące o czymś więcej niż uwielbienie mężczyzny, a jeśli jest to powieść dla młodzieży, tym lepiej. Z drugiej jednak strony ciągle potrafię wzruszyć się historią wielkiej, tragicznej miłości, która bohaterom przynosi nieszczęście i rujnuje życie (im i ich otoczeniu, że dorzucę), a jednak żyć dla niej warto (Brokeback Mountain, anybody?). Może więc to jest tak, że złe, literacko marne, fatalnie napisane i nijakie powieści Meyer odpowiadają, mimo wszystko, na jakieś społeczne zapotrzebowanie? Nie sądzę, by sam marketing plus popieranie przez mamusie (bo promuje wstrzemięźliwość) załatwiał sprawę przy takiej ilości czytelników...    

A czy to się potem przełoży na to, że takie młode fanki Meyer, Brönte czy innych rzucą szkoły w wieku 19 lat i wybiorą sobie mężów, którzy będą je bić i więzić? Jako ten Gustaw, co mu książki zbójeckie złamały życie? No właśnie nie jestem taka pewna. I w związku z tym na koniec pozwolę sobie wrzucić tu opinię jednej z blogerek, która mnie przynajmniej wydaje się absolutnie prawdziwa:  We poor girls after decades of feminism only need a set of books teaching us the wrong lessons to become battered wives/girlfriends... Really that is even more sexist than anything that the books say.

wtorek, 01 grudnia 2009

Następna z cyklu krótkich, niekoniecznie będących recenzjami, notek. OK, grudzień się zaczął, pora podsumować rok. Zacznijmy od nagród.


Gdy chodzi o Hugo, mam w tym roku czyste konto: czytałam wszystkie, zanim jeszcze dostały nagrodę :). Hugo poszły w tym roku do Neila Gaimana (The Graveyard Book, powieść), Nancy Kress (mikropowieść, The Erdmann Nexus), Elizabeth Bear (za świetne "Shoggoths in Bloom") i Teda Chianga ("Exhalation").  Tak się składa, że są to wszystko pisarze, których lubię i cenię: Gaimana od wielu lat, Bear i Chianga od mniej więcej dwóch-trzech (ale za to Story of Your Life and Others tego drugiego to był jeden z większych literackich szoków ostatnich lat - zachwyciły mnie te tekty). Nancy Kress jakoś zniknęła mi z horyzontu w ostatnich latach i bardzo się cieszę, że nagroda zmusiła mnie do przypomnienia sobie o niej i o tym, jak mnie kiedyś zafascynowało jej opowiadanie (drukowane w NF), "Ze wszystkich tych jasnych gwiazd", że o Beggars in Spain nie wspomnę.

O Gaimanie pisać chwilowo nie będę - chodzi mi po głowie, żeby napisać o jego książkach dla młodzieży osobny wpis, i wtedy pewnie Księga cmentarna trafi na mój warsztat, ergo na razie dam mu spokój. Kress też chcę kiedyś poświęcić trochę więcej miejca, powiem tu tylko, że jej połączenie filozofii i biologii jako science dla jej własnego wariantu science fiction zawsze mi się podobało. Za to Chiang...
This was an engine undergoing continuous transformation, indeed modifying itself as part of its operation. The lattice was not so much a machine as it was a page on which the machine was written, and on which the machine itself ceaselessly wrote. Opowiadanie Chianga jest jak zwykle u niego intrygujące i fascynująco pomysłowe - on ma ten dar, który, paradoksalnie, mieli dawni autorzy Złotego Wieku: potrafi wzbudzić u czytelnika natychmiastowy zachwyt nowatorskością i oryginalnością swojego pomysłu. Przy tym, inaczej niż klasycy Złotego Wieku, Chiang nie zawsze potrzebuje do tego science fiction ("Piekło to nieobecność Boga" najlepszym przykładem), choć akurat "Exhalation" odsłania, przy lekturze, właśnie taki klasyczny (choć jednocześnie po Chiangowsku pokrętny) obraz świata rodem z SF, opowiedziany starannie stylizowanym na dziewiętnastowieczne relacje uczonych (albo ich literackie wersje) językiem... To jest tekst oparty na pomyśle, na koncepcie, który zaczyna się niewinnie i och, jak realistycznie, a potem odsłania, krok po kroku, kolejne warstwy dziwności, tekst jednocześnie niezwykle oryginalny i wpisujący się pomysłowo i nowatorsko w tradycję SF z jej opowieściami o robotach i umierających cywilizacjach. Całkowicie sobie autor na tę nagrodę zaslużył!
O tekście Bear pisalam swego czasu i dalej uważam, że jest bardzo dobry - przerobienie Lovecrafta na całkiem poważną medytację o rasizmie, niewoli i niewolnictwie i o tym, jak na nas wpływają doświadczenia naszych przodków, to jest pewna sztuka!

Dodam jeszcze, że nominowany do Hugo Stephenson czeka na przeczytanie na półce w dużym pokoju (wyjątkowo jego pisarstwo lubię, nawet jeżeli czasem przedzieram się przez jego książki klnąc pod nosem).

Z Nebulą to już gorzej. Nebulę w 2009 dostali Ursula K. le Guin (za powieść Powers, której jeszcze nie czytałam, ale ponieważ to jest Le Guin, to jak tylko znajdę czas...), Katherine Asaro za mikropowieść The Spacetime Pool (Asaro jest na mojej liście autorów, z którymi trzeba by się zapoznać, ale kiedy, kiedy?), John Kessel za znakomite (i recenzowane tu kiedyś przeze mnie) opowiadanie "Pride and Prometheus" i autorka, której nie rozumiem i do ktorej, rozczarowana wczesnymi tekstami, jakoś nie jestem w stanie się przekonać, Nina Kiriki Hoffman (za "Trophy Wives"). Ten tekst nie pomógł: historia dwóch powiązanych wspólnie zjedzonym bondfruit kobiet w mocno patriarchalnym świecie, ratujących młodą uciekinierkę, która została sprzedana przez rodziców i miała zostać wyeksponowaną w bąblu żoną ropuchowatego aliena wydaje mi się nachalnym i dość w sumie prostackim przeniesieniem w fantastyczne realia opowieści o dwóch abolicjonistkach-lesbijkach (w tym jednej molestowanej w dzieciństwie), z których jedna jest formalnie żoną zamożnego białego polityka-sympatyka ruchu, i które ratują utalentowaną młodziutką Murzynkę przed trafieniem w ręce obleśnego właściciela-gwałciciela... Po raz kolejny nie dałam się Kiriki Hoffmann przekonać.  

Dodam jeszcze na margnesie, że nagrodę im. Andre Norton dostała, i to słusznie, jedna z moich ulubionych w ostatnich latach autorek, Ysabeau Wilce, za recenzowany tu kiedyś przeze mnie drugi tom przygód Flory Segundy.

Zabrałam się też za czytanie intrygującej, feministycznej i rozpaczliwie, niewiarygodnie wręcz ponurej tegorocznej zwyciężczyni World Fantasy Award, Tender Morsels Margo Lanagan - kolejny dowód na to, jak dramatycznie zmienia się dziś literatura dla młodych panienek... - ale lekturę przerwali mi Mieville i Brzezińska, ergo jeszcze trochę poleży. Współzwycięzcą WFA jest Jeffrey Ford za The Shadow Years, ale do tej książki to się jeszcze nawet nie zbliżyłam...

Aha, nazwy kategorii przy moim własnym amatorskim przekładzie na pewno pokręciłam, ale nie jestem w stanie wyznać się w tym, jak ichnia terminologia przeklada się na naszą...

Jak chodzi o nagrody z nazwami kategorii, których nie da się pokręcić, bo są po polsku, to jak zwykle dałam plamę, bo ani Kameleona R. Kosika ani "Światów Dantego" Anny Kańtoch jeszcze nie znam...

BTW, teksty Bear, Chianga, Kessela, Hoffmann, Asaro i Kress można jak najbardziej legalnie znaleźć w sieci, więc jak się komuś nie chce czekać na polskich wydawców...

PS. A propos wysoce niefantastycznych nagród literackich, moje kompetencje do komentowania tegorocznej noblistki Herty Müller są zerowe (z ostatnich noblistów mogłabym skomentować dość ze szczegółami Lessing i Pamuka), a wiersze laureata tegorocznej Nike, Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego, przeczytałam dopiero z okazji tejże Nike i mnie autentycznie zachwyciły.

środa, 09 września 2009

Clive Barker, The Great and Secret Show, Harper Collins 1989; wydanie polskie: Wielkie sekretne widowisko, tł. B. Bańska, Rebis, Poznań 1994

 

Nic nie poradzę - znudzona jestem tym ponoć arcydziełem Barkera nieprzytomnie; jedyne, co co może rywalizować z moim znudzeniem, to moja dogłębna irytacja.
Talent Barker ma kosmiczny; porywającą wyobraźnię potrafi pożenić z karkołomną, a jednak skuteczną w swojej barokowej przesadzie stylistyką, na dodatek najwyraźniej niczego, nawet najbardziej szokujących pomysłów, się nie boi (daruję sobie cytowanie uwag o związkach karaluchów z erotycznym podnieceniem bohatera), co u pisarza deklarującego się jako autor horrorów jest moim zdaniem zaletą, bo w końcu po to (między innymi) horrory są, żeby szokowały :). Tyle że - przynajmniej w tych jego książkach, które czytałam
- z całego tego talentu i wszelkich tych możliwości niewiele, tak naprawdę, wynika.
W Wielkim sekretnym widowisku widać momentami przebłyski możliwości autora. Świetnie się ta powieść zaczyna: pomysł, żeby Randolph Jaffe, nieudaczny i nieszczęśliwy szary facecik, którego zesłano na najgorszej roboty, jaka była do zrobienia w urzędzie pocztowym w Omaha, odkrył przy okazji czytania niedoręczonych przesyłek, że istnieje tajemna, ukryta przed ludźmi, nie do końca ludzka ze swej natury wiedza, jest rzeczywiście intrygujący. Przywodzi na myśl po trochu Lovecrafta, u którego też na obrzeżach naszej rzeczywistości ukryte są klucze do potężnych, nieludzkich mocy, a po trochu, dzięki swojej dusznej, klaustrofobicznej atmosferze, kojarzy się z filmami spod znaku Lokatora Polańskiego. No tyle że zaraz potem Barker daje nura w głębokie morze nie najlepszej fantasy: po Lynchowskich niemal scenach spotkania na wyobrażonej pustyni z dziwacznym powiernikiem pradawnych sekretów, bohater dowiaduje się o Quiddity, morzu snów, i związanych z nim tajemniczych miejscach. Barker jest w tych fragmentach jednocześnie dosłowny (Quiddity i Efemeris wydają się, przynajmniej mnie, niewiele różnić się od rozmaitych krain fantasy, do których trafiają kolejne pociotki Thomasa Covenanta w kolejnych epickich powieściach) i nieznośnie dla mnie alegoryzujący (ach, to morze snów, w którym zanurzamy się trzy razy w życiu, po narodzinach, pierwszym udanym seksie i w chwili śmierci!). Potem jeszcze trochę średniawej SF (Jaffe wynajmuje upadłego naukowca Fletchera, żeby ten wyizolował dla niego Nuncio, esencję ewolucji) i trochę nie najlepiej pomyślanego mistycyzmu/symbolizmu (Jaffe i Fletcher obaj ewoluują do wyższej formy bytu i rozpoczynają nieuniknioną rywalizację i wojnę, rozgrywaną początkowo głównie w sferze ducha), i tło mamy zarysowane.
Potem następuje opowieść o czterech młodych dziewczynach z Kalifornii i kąpieli w tajemniczym jeziorze, która zmieniła ich życie. Fabularnie jest to moim zdaniem chyba najciekawsza część tej rozpadającej się na poszczególne epizody powieści; nastrój tych scen przywodzi na myśl mityczną opowieść (z gatunku tych greckich co to jakoś zawsze wylatują z podręczników - tych o dziewczynach gwałconych przez czyhające w najmniej spodziewanej postaci bóstwa...). A potem - cóż, potem mamy kolejne pokolenie i tu dopiero się dzieje...
Nie bardzo nawet wiem, na czym polega moja irytacja i rozczarowanie. Na pewno jednym z powodów jest epicka skala powieści - wolałabym bliżej przyjrzeć się postaciom, niż dostawać pospieszne streszczenie ich losów, bo autor już spieszy się gdzie indziej. Najbardziej chyba cierpi na tym postać Fletchera - niestety, dla mnie nie jest on ani lepszy, ani gorszy od Jaffe i nie mam pojęcia, dlaczego to akurat Fletcher staje się ucieleśnieniem kosmicznego pierwiastka dobra, a Jaffe zła. Wolałabym też zobaczyć przynajmniej jakieś pojedyncze przykłady tego, co w ogóle przekonało Randolpha do istnienia innej rzeczywistości, a nie tylko usłyszeć od narratora, że takowe istniały. Do tego Barker stosuje narrację z punktu widzenia postaci, ale zarazem bawi się sztuczkami narratora wszechwiedzącego i stara się bardzo o utrzymanie dystansu do bohatera, oczyma którego patrzy; dla mnie wszystko to razem wydaje się wydumane i nieprzekonujące.
Druga rzecz, która mnie męczy i irytuje, to swoisty realizm i dosłowność tej powieści. Narrator nigdy nie poddaje w wątpliwość prawdziwości tego, czego bohaterowie doświadczają, nie próbuje podważać logiki ich koncepcji świata - a w efekcie koncepcja ta, mnie przynajmniej, wydaje się naiwna i niedopracowana, jednocześnie, jak już wspomniałam, realistyczna i symboliczna, a w sumie, ani taka, ani taka. Gdyby Barker o ewolucji swoich bohaterów opowiedział obłąkaną metaforą a la Hal Duncan, nie miałabym pretensji - ale podana mimochodem historia o szalonym naukowcu odkrywającym pierwiastek ewolucji zajeżdża na kilometr mieszanką kiepskiej SF z kiepską alegorią. Takiej historii: o pierwiastkach ewolucji, o małpce, z której sztucznie wyewoluowano dziecko, tym, jak jeden morderca (zły) i jeden narkoman (dobry) ewoluują w półbogów i bezcielesnych herosów ducha, by toczyć wojnę o rząd dusz na świecie i dostęp do morza snów, a pradawne siły zła usiłują się w to wtrącić, nie da się chyba już dzisiaj opowiedzieć całkiem realistycznie i dosłownie bez narażenia się na lekką śmieszność. Wolałabym nie wiedzieć na pewno, że Sztuka (a.k.a. magia) i Quiddity istnieją; wolałabym mieć cień wątpliwości, czy to aby nie jest przypadkiem sen wariata śniony nieprzytomnie. Do tego, jak odsiać Barkerowskie nazwy i pomysły stylistyczne, te wszystkie fantastycznie brzmiące Quiddity i Kissoony, zostajemy w sumie z dość banalną i mało pomysłową historyjką o człowieku, który chciał być magiem - błagam, niech mnie żaden fan Barkera nie zabije za ewentualną herezję, ale moim zdaniem Christopher Priest w Prestiżu zrobił to samo znacznie lepiej i ciekawiej....
Trzeci mój problem z Barkerem to postacie. Autor nie ma dla nich czasu i w efekcie są one zaskakująco nijakie. Poza faktem, że Jaffe ma na sumieniu zabójstwo, a Fletcher tylko oszustwa i narkomanię, niewiele się ci antagoniści, skłóceni na wieki, od siebie różnią. Dziewczyny z Klubu Dziewic są dramatycznie wręcz schematyczne: jedna bogata zarozumiała piękność marząca o Hollywood, jedna zakompleksiona mysia zakochana w chłopcu adorującym księżniczkę, jedna grubaska, jedna pobożna... Na dodatek jest tych postaci milion: ledwie się człowiek do jakiejś trochę przyzwyczai, zaraz mu ona znika z oczu, i pojawiają się w jej miejsce tłumy nowych. Co chwilę łapałam się na tym, że z irytacją wracałam do poprzednich stron, usiłując przypomnieć sobie, kim na miłość boską jest XY, który właśnie został wspomniany. Poza tym - czy jest bardziej ograny sposób na wskazanie, że bohater jest  ZŁY, niż ukazać, że pożąda swojej czystej niewinnej siostry-bliźniaczki? No ratunku!
Rozczarowanie, bardzo, bardzo bolesne; z ciężkim bólem się przez tę powieść przemęczyłam. Ciągle się łudzę, że następna książka Barkera, jaka wpadnie mi w ręce, będzie tą wielką i wybitną, do której napisania ma on przecież wszelkie predyspozycje, i której chyba ciągle jeszcze nie napisał.

PS. @cedro: Przyczynek do Twoich rozważań o seksie w horrorze. Kiedy cztery panny z Klubu Dziewic zostają plus minus opętane przez plus minus duchy Fletchera i Randolpha, czym się to opętanie objawia? Otóż nagłym atakiem nimfomanii, trwającej aż do chwili, kiedy te z nich, które są do tego zdolne, zajdą w ciążę (i, jak łatwo się domyślić, Nic Dobrego z Tego Nie Wyniknie). Seks i prokreacja są tutaj siłami destrukcyjnymi i niszczycielskimi, doprowadzającymi młode bohaterki do śmierci, obłędu, manii, ale rujnującymi przy tym życie nie tylko im, ale i ich rodzinom i przypadkowym kochankom... Pasuje idealnie do Twoich uwag!

Obrazek stąd

czwartek, 11 grudnia 2008


Nie będzie ani o rodzinie, ani o onejromacji, wbrew pozorom. Będzie za to o chrześcijaństwie i kościele - a konkretniej, kościele katolickim - w literaturze SF. Na przykładach.

Od razu się zastrzegam - nie będzie o polskiej fantastyce, bo się na niej nie znam, a nie znam się na niej, bo jej, z bardzo nielicznymi wyjątkami (Jacek Dukaj!!), zdecydowanie nie lubię. Nie lubię zwłaszcza tzw. clerical fiction, fantastyki religijnej, która nader często (Ziemkiewiczowa Jawnogrzesznica, na przykład) staje się po prostu ledwie zawoalowaną apologetyką. Za to właśnie nie lubię Trylogii międzyplanetarnej Lewisa i to samo, dokładnie, odrzuca mnie od większości polskiej fantastyki religijnej (i tak, zaliczam tu także debiutancką Złotą galerę Jacka Dukaja, ani w połowie tak dobrą, jak ją okrzyczano)*. Ale nie o tym chciałam... Nie o religii jako takiej, tylko o obrazie kościoła katolickiego u zachodnich autorów SF.

Przy czym jeszcze jedna uwaga: dla jasności wywodu zostawiam sobie z boku wszelkie warianty chrześcijaństwa, wszelkie para- i okołochrześcijańskie fikcyjne religie, tworzone przez autorów na użytek ich dzieł - nawet, jeśli te religie są tak dobre i tak inteligentnie pomyślane, jak w Mozaice sarantyjskiej Guya Gavriela Kaya...


Dwa teksty, na  któe chciałabym przy tej okazji rzucić okiem, łączy gatunek (SF) i pozycja (obie uważane są za kanon gatunku, obie też słusznie zaliczane są do największych osiągnieć SF, jak chodzi o stronę czysto literacką), a dzieli niemal dokładnie 30 lat:
The Canticle for Leibowitz (Kantyczka dla Leibowitza) Waltera M. Millera Jr. ukazała się w roku 1960, a Hyperion Dana Simmonsa - w 1989; kolejne części The Hyperion Cantos ukazywały się w roku 1990 (The Fall of Hyperion, w polskim niezbyt szczęśliwym przekładzie Zagłada Hyperiona), 1996 (Endymion) i 1997 (The Rise of Endymion, która to powieść po polsku nosiła tytuł Triumf Endymiona). Dzieli je jeszcze jedno: reprezentują dwie skrajności w postrzeganiu roli Watykanu i katolicyzmu w odległej przyszłości.   
W Kantyczce, a konkretniej w jej I części, Walter M. Miller Jr ukazuje zdegradowany świat 600 lat po Ognistym Potopie, i naprawdę nie trzeba być geniuszem, żeby domyślić się natychmiat, czym Ognisty Potop musiał być. Cień Hiroszimy wisi zresztą nad całą tą powieścią - na końcu, oczywiście, historia się powtórzy, ludzkość, która z takim trudem odbudowała cywilizację po 1100 latach, znowu ulegnie atomowej zagładzie. Bóg jednak nie zapomniał o swoich dzieciach, wołających do niego de profundis: umierający zakonnik jest świadkiem cudu, a kościelny statek kosmiczny zabiera skarby zakonu i jego przesłanie na jedną ze znajdujących się poza układem słonecznym kolonii...
U Millera rozdział kościoła od świata jest równie ostry, jak w tradycyjnej (dawnej, znaczy) katolickiej teologii: świat jest terenem działania szatana, miejscem upadku i zniszczenia. Ludzkość najpierw sprowadza na siebie zagładę, a potem - bezlitośnie morduje ostatnich depozytariuszy wiedzy, którzy przeżyli, widząc w uczonych i inżynierach sprawców swojego nieszczęścia; w końcu, niepamiętna własnych błędów, powtarza je, tyle że na jeszcze bardziej katastrofalną skalę. Jedynymi, którzy przechowują wiedzę - choć jej nie rozumieją - i starają się ocalać dziedzictwo ludzkości, także to naukowe, są duchowni - przede wszystkim bracia z zakonu św. Leibowitza, starannie i z szacunkiem, choć bez zrozumienia, kopiujący i ozdabiający quasi-średniowiecznymi iluminacjami ocalone diagramy, schematy i projekty z  przedpotopowych
czasów. To oni też, wraz z całym kościołem, przechowują także to inne, niematerialne dziedzictwo ludzkości: dziedzictwo szacunku dla życia, miłosierdzia, poświęcenia w imię zasad i służby aż do śmierci. 
Tak jak żywiołem świata jest u Millera niepamięć i powtarzalność (błędów, głównie), tak żywiołem kościoła jest trwanie, przechowywanie w zbiorowej pamięci własnej tożsamości i tożsamości całej ludzkości. Nawet jeżeli politycy zapominają, jeżeli zapominają tłumy, kościół pamięta. Jego poszczególni przedstawiciele mogą nic nie rozumieć z tego, co przechowują (nieprzypadkowo I część powieści, historia skromnego brata Francisa Gerarda, jest - aż do dramatycznego finału - mocno humorystyczna), ale kościół jako zbiorowość nigdy nie zatraca poczucia, co to znaczy być człowiekiem. Przechowuje z szacunkiem resztki ludzkiej wiedzy, opiekuje się prześladowanymi, słabymi i wykluczonymi, stara się godzić zwaśnionych i troszczyć o wszystkich, nie tylko wiernych. Kościół Millera, będąc kościołem de facto średniowiecznym w swej strukturze i idei, jest zarazem  kościołem, powiedziałabym humanistycznym, kościołem, który - kochając Boga - pamięta jednak przede wszystkim o konieczności miłości bliźniego. Bliźniego i - trzeba koniecznie dodać - także nieprzyjaciela. To nie do końca jest ten sam kościół, który skazał Giordana Bruna na stos i który kazał Galileuszowi odwołać swoje teorie... To jest zresztą mój główny problem z koncepcją kościoła według Millera. Zgadzam się, że mógł on ująć się za prześladowanymi, nie mam wątpliwości, że walczyłby o uznanie mutantów za ludzi w imię świętości życia, myślę, że mógł stanowić czynnik stabilizujący i porzadkujący w rozbitym świecie po atomowej zagładzie - ale kościół jako mecenas nowoczesnej nauki, zwłaszcza takiej, która ściągnęła na ludzkość zagładę - to akurat wydaje mi się trochę zbyt idealistyczne, przede wszystkim dlatego, że mnie przynajmniej wydawałoby się, że w takiej sytuacji kościół położyłby nacisk raczej na zaufanie Bogu niż technologii i wiedzy... Nie sugeruję przy tym, że kościół wiedzę odrzuca - sugeruję, że to nie ona byłaby, jak sądzę, priorytetem.            


Dan Simmons w swojej olbrzymiej sadze, zatytułowanej, z aluzją łączącą Keatsa i Pounda, The Hyperion Cantos, widzi kościół i jego rolę zupełnie inaczej. W pierwszych dwóch częściach, w dekadenckiej i bogatej Hegemonii, kościół ma jedynie maleńką garstkę wyznawców; na Pacem, zapomnianej i ubogiej planecie, w Nowym Watykanie rezyduje papież. Katolików jest niewielu - ale jeden z nich, młody ksiądz Lenar Hoyt, znajduje się w oryginalniej grupie pielgrzymów, któr wyruszyła na Hyperiona, do Grobowców Czasu, na spotkanie z legendarnym potworem Chyżwarem. Zanim to się stało, Hoyt przeżył doświadczenie, które w perspektywie czasu okazało się kluczowe dla dziejów kościoła w świecie powieści: spotkanie z prymitywnym ludem Bikurów i kontakt z czymś, co wydawało mu się ratunkiem dla wiary, a okazało się tej wiary zgubą - pasożytnicznym, przywracającym zmarłych do życia krzyżokształtem.
Po latach, w Endymionie, kościół - który dzięki krzyżokształtom rzeczywiście może obiecać swym wiernym zmartwychwstanie i życie wieczne - nie jest już niewielką organizacją lojalnych, zdecydowanych na służbę innym wiernych i kapłanów. Kościół wzrósł w siłę, zyskał władzę - żelazną ręką rządzi całym niemal światem, a jego narzędziami są oszustwo, manipulacja, zniewolenie i terror. Wskrzeszany w nieskończoność przez krzyżokształt ojciec Hoyt jest jego wiecznym, absolutnym władcą, ciągle tym samym papieżem-despotą pod kolejnymi imionami. W służbie kościoła pozostaje najnowocześniejsza technologia i najokrutniejsi najemnicy, a wszystko to - choć kościół w swej chciwości i żądzy władzy nie zdaje sobie z tego sprawy - realizuje plan nie boski, lecz szatański: plan ostatecznego i całkowitego zniewolenia ludzkości. Krzyżokształt przywraca do życia ciało, ale krok po kroku zabija duszę, pozbawia człowieczeństwa - zabija dokładnie to, co kościół powinien chronić. Kościół, pazerny i drapieżny, bezlitośnie egzekwuje swój rząd zarówno dusz, jak i ciał - podczas gdy ludzkość gnije w stagnacji i nienaturalnej, degradującej nieśmiertelności krzyżokształtu, a wrogie moce, które stworzyły krzyżokształt na pokuszenie człowieka, oczekują chwili swojego triumfu.
Ale ojciec Hoyt podczas swojej wyprawy do Bikurów nie był sam. Towarzyszył mu inny duchowny: ojciec Paul
Duré, wysłany na Hyperiona niejako na banicję. Ojciec Duré jest wszystkim tym, czym Hoyt nie jest: choć upadł, choć ma za sobą wspomnienie popełnionego oszustwa, jest prawdziwym synem marnotrawnym, tym, który wart jest więcej niż dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych. W najbardziej chyba wstrząsającej scenie powieści oglądamy Paula Duré ukrzyżowanego - czy raczej, samoukrzyżowanego - na przyciagającym pioruny drzewie w dżungli, umierającego i zmartwychwstającego w nieskończoność, by nie poddać się tyranii krzyżokształtu, który mu podstępem narzucono. Hoyt - wcale przecież nie zły człowiek, łagodny, młody, niepewny siebie, współczujący i gotów do poświęceń dla innych - ulega pokusie. Ulega jej z wiary, ulega, bo chce uwierzyć, że to ocali kościół, ulega z ludzkiej słabości - ale ulega, upada, i choć krzyżokształty dają kościołowi potęgę i wpływy, jakich nie miał od czasów średniowiecza, zabierają mu - dokładnie tak, jak zabierają każdemu człowiekowi - jego duszę i jego naturę. Paul Duré jest w stanie tę pokusę, za straszną dla siebie cenę, odrzucić. Lenar Hoyt zawiera (metaforyczny) pakt z szatanem i w jego ręce zaprzedaje swój kościół; Paul Duré w imię prawdy swojego kościoła umiera, wielokrotnie, na krzyżu.
Lenar Hoyt i jego kościół to kontynuatorzy splendoru i pychy Borgiów, okrucieństw Inkwizycji; kościół ojca 
Duré z drugiej strony to kościół świętego Franciszka i Teilharda de Chardina (z którym Duré dzieli więcej niż jeden punkt w biografii i którego imię wybiera sobie, kiedy zostaje papieżem), kościół otwarty jednocześnie na intelekt i na emocje, kościół mądrości i kościół współczucia. Te dwie idee kościoła koegzystować nie mogą, choć symbolicznie łączy je fakt, że Lenar Hoyt nosi krzyżokształt Paula Duré: równie symbolicznie, po każdorazowej śmierci papieża Hoyta i odrodzeniu się z jego krzyżokształtu ojca Duré, nowo wskrzeszony Duré zostaje zamordowany, by zrobić miejsce kolejnej reinkarnacji swojego dawnego asystenta. 
Ale i dla Lenara Hoyta i jego kościoła przyjdą ciężkie chwile - ten kościół bowiem, jak ewangeliczni fazyreusze, przegapi nadejście Mesjasza;
a kiedy Mesjasz w końcu przyjdzie, kościół zrobi wszystko, by go usunąć, per fas et nefas. Simmons zmienia tu akcenty, bawi się podobieństwami, z płaszczyzny historii kościoła przechodzi do teologii: kościół Hoyta przypomina z jednej strony wspomnianą wcześniej skorumpowaną instytucję spod znaku papieży-Borgiów, z drugiej - jego dzieje przywodzą na myśl reinterpretację ewangelicznej wersji historii Żydów: przyszło do swojej własności, a swoi go nie przyjęli. Wizja kościóła według Paula Duré z kolei łączy w sobie pozytywne sprzeczności franciszkańskiej prostoty i chardinowskiego intelektualizmu: jest, jeśli trzymać się metafory z poprzedniego zdania, odpowiednikiem rodzącego sie chrześcijaństwa; a analogia ta jest jeszcze bardziej wyrazista, jeśli weźmie się pod uwagę, co się dzieje później.  
Wszystkie bowiem najlepsze i najgorsze cechy obu inkarnacji kościoła jeszcze wyjaskrawi pojawienie się Enei, córki Brawne Lamii i Johna Keatsa, Zbawicielki świata, której krew uwalnia od grzechu krzyżokształtu. Zdaję sobie sprawę, że wierzącego chrześcijaninia, który zbyt serio potraktuje ten fikcyjny obraz chrześcijaństwa, opisana przez Simmonsa historia Enei może przyprawić o apopleksję lub atak furii, ale wydaje mi się, że - przy całym przerysowaniu sytuacji - Simmons dość trafnie ekstrapolował w niewyobrażalnie odległą przyszłość niektóre z dylematów, sprzeczności i problemów, które wiążą się z wielowiekową historią kościoła katolickiego...

Pozostaje, oczywiście, temat-rzeka pod tytułem "Kościół w horrorze" - ale to, jak podejrzewam, temat na zupełnie inną opowieść..

   

PS. A ten tytuł, wbrew pozorom, zupełnie nieprzypadkowy...

 

* i za to, żeby było sprawiedliwie, nie lubię też Mgieł Awalonu Marion Zimmer Bradley, ledwie zawoalowanej apologetyki wiccańskiej...

poniedziałek, 10 listopada 2008

Tekst napisany oryginalnie do wykorzystania zupełnie gdzie indziej :). O TV dzisiaj, dla odmiany. I trochę o kinie. I o Kingu.

***uwaga, spoilery: Stargate SG-1 sez. 1-10, Prison Break sez. 3-4, The X Files sez. 8, Star Trek II i III, Babilon V sez. 3-4, Farscape sez. 2-3, Harry Potter VII***



Przynajmniej od roku 1903, kiedy to sir Arthur Conan Doyle przywrócił do życia (w opowiadaniu The Adventure of the Empty House) nieżyjącego rzekomo Sherlocka Holmesa, powroty bohaterów literackich i filmowych zza grobu stały się w popkulturze normą; autorzy nie zawsze nawet zbytnio przejmują się uzasadnianiem swoich pomysłów (patrz np. X Files 8x15 Deadalive, który mnie się skądinąd, mimo - najoględniej mówiąc - braku logiki, bardzo - np. jak chodzi o charakterystykę bohaterów - podobał); mam wrażenie, że co najmniej wieksza część z nich nie zdałaby testu Annie Wilkes [cytuję za scenariuszem W. Goldmana, a nie za powieścią Kinga]:

Anyway, my favorite was Rocket-Man. And once, it was a "no brakes" chapter. And the bad guy knocked him out, locked him in a car, welded the door shut, tore out the brakes and sent him rolling to his death. And he woke up and tried to steer and tried to get out, but the car went off the cliff before he could escape. It crashed and burned and I was so upset and so excited, and the next week you better believe I was first in line. And they always started with how they ended last week, and there was Rocket-Man, trying to get out. And the car's coming up to the cliff. And just before the car goes off the cliff, he jumped free! And all the kids cheered! But I didn't cheer. I stood right up and started shouting, "This isn't what happened last week! Have you all got amnesia?! They just cheated us! This isn't fair! HE DIDN'T GET OUT OF THE COCKADOODIE CAR!

Nieustająco przypomina mi się ten cytat w kontekście ostatnich odcinków mojego swego czasu jednego z ulubionych seriali, a mianowicie Prison Break. W poprzednim sezonie Michael Scofield musiał pogodzić się z utratą kobiety, którą kochał - Sary Tancredi, córki gubernatora, z zawodu lekarki po doświadczeniach z narkotykami i alkoholem; drobnej, subtelnej brunetki, dodajmy. Sara zginęła z rąk sadystycznej agentki Kompanii, imieniem (?) Gretchen - Lincoln Burrows dostał jej głowę w kartonowym pudle wraz z ostrzeżeniem, że mają potraktować dane im przez mocodawców Gretchen zlecenie poważnie. Lincoln dostał ataku histerii, Michael, skoro się dowiedział, zrozumiał, że stracił sens życia.
Taa. A w sezonie 4, na sam początek - powrót Sary; głowa należała do anonimowej dziewczyny wykradzionej z kostnicy, Linc był w zbyt dużym szoku, by to zauważyć, a Sara najpierw próbowała Gretchen uciec, została schwytana i poddana torturom, a następnie uciekła na dobre. Tak właśnie. Sara Tancredi, krucha i subtelna dziewczyna, jedyna córeczka eks-gubernatora, pani doktor po przejściach. Uciekła. Od Gretchen, szkolonej superagentki i supersprawnej zawodowej zabójczyni. Po czym dostała się z Panamy do USA, nie odkryta przez Kompanię. Jasne. A Lincoln po prostu zamknął pudełko i uciekł, nie spojrzawszy drugi raz ani nawet nie pomyślawszy, że sprofanowanym szczątkom dziewczyny jego brata na przykład należy się pogrzeb. Oczywiście. I wszystko poza kadrem, oczywiście. Moja kolej wstać i zacząć krzyczeć: SHE DIDN'T GET OUT OF THE COCKADOODIE CELL!

Przy czym nie chodzi o to, że nie akceptuję takiej idei per se; owszem, w większości przypadków sprowadzenie bohatera z powrotem wymaga zmuszenia widza do znacznie większego niż normalnie zawieszenia niewiary, ale to się da zrobić. Naturalnie, dużo łatwiej zrobić to w konwencji SF/fantasy niż thrillera czy filmu obyczajowego: całkiem nieźle poradzili z tym zadaniem sobie scenarzyści Babilonu V (cała afera z Sheridanem i do not go to Z'ha'dum), jakoś tam wybrnęli autorzy Star Trek 3: The Search for Spock. To się da zrobić, tylko trzeba mieć pomysł.

Ten pomysł nie musi być superbłyskotliwy: Star Trek II i III wprowadza ideę wysoce niestabilnej materii replikującej (a właściwie tworzącej) życie, pod wpływem której w bliżej nieokreślony sposób regeneruje się/odradza/tworzy na nowo (niepotrzebne skreślić) ciało martwego bohatera, którego pogrzebano na stworzonej przy pomocy tejże materii planecie [wiem, upraszczam]. Idea, jakby się nad nią zastanowić, ma więcej dziur niż ser szwajcarski, ale po pierwsze mieści się w ogólnej koncepcji fizyki Star Treka, a po drugie - i ważniejsze - wszelkie cechy urządzenia Genesis zostały widzowi uczciwie pokazane zanim zaszła konieczność wskrzeszania przez scenarzystów kogokolwiek :). Innymi słowy, w połowie STII można było logicznie wydedukować, że nowo "ożywiona" planeta będzie miała tego typu możliwości. Człowiek-Rakieta, mówiąc jeszcze inaczej, może i był związany, ale pokazano nam, że ma nóż.
W Babilonie V scenarzyści poszli jeszcze inną drogą - z jednej strony mianowicie sugerując mesjańskie konotacje postaci Sheridana (pamięta ktoś wypowiedź Michaela Garibaldiego z odcinka 4x17, The Face of the Enemy, o ewentualnym schwytaniu Sheridana: I don't know, but I think the last guy got 30 pieces of silver for the same job?). Z drugiej strony postarali się o bardziej konkretne uzasadnienie "zmartwychwstania" bohatera, wprowadzając postać Loriena, przedstawiciela prastarej rasy, który z dobrej woli dzieli się z Johnem swoją siłą życiową. Podobnie jest w
Farscape na przełomie 2/3 sezonu - gdzie Aeryn Sun umiera i zostaje ożywiona w sposób wysoce przypominający los Johna Sheridana, tyle że zamiast nowo poznanego potężnego Obcego ratuje ją - kosztem własnego życia - potężny Obcy z jej własnej załogi; a o niezwykłych możliwościach procesu, który do tego ocalenia Aeryn doprowadził, widz wiedział już od jakiegoś czasu. Tym razem, znaczy, Człowiek-Rakieta miał matkę chrzestną, która okazała się dobrą wróżką.
Dość podobnym tropem poszli z kolei scenarzyści/producenci Stargate SG-1: z jednej strony zapewnili sobie techniczne możliwości zabijania i wskrzeszania bohaterów, z drugiej - znaleźli dodatkowe, bardziej "mistyczne" wyjaśnienie dla ich ewentualnych powrotów zza grobu. Wprowadzili więc - idąc za będącym pierwowzorem serii filmem R. Emmericha z 1994 r. - ideę zbudowanego przez Obcych sarkofagu, który potrafi leczyć nawet śmiertelne rany i przywracać do życia świeżo zmarłych, dołożyli ideę Goa'ulda-symbionta, który także potrafi uzdrawiać w pozornie beznadziejnych sytuacjach, a do tego (od odcinka 3x20, Maternal Instinct) pokazali nam, że istnieje w świecie rasa pradawnych Obcych o niezwykłych mocach. Fakt faktem, że wszystkich przywołanych tu przykładów to właśnie twórcy SG-1 wykorzystali chyba najinteligentniej zarówno możliwości, jak i ograniczenia, jakie narzucają tego rodzaju pomysły. Przynajmniej w dwóch epizodach, Need z sezonu 3 i Abyss z 6, pokazali, jakie niebezpieczeństwa niesie za sobą wykorzystanie sarkofagu (a Abyss to przy tym bodaj czy nie najlepszy odcinek tego serialu w ogóle), wskazali też na jego ograniczenia i trudności w jego zdobyciu - ergo, maksymalnie utrudnili bohaterom korzystanie z niego. Idea, że wszczepienie człowiekowi larwy goa'ulda [w takim czy innym wariancie - znowu upraszczam] może być ratunkiem w skrajnej sytuacji, także została ograna - w postaci ocalonego w ten sposób od śmierci ojca jednej z postaci, Jacoba Cartera (2x07 i 2z08 The Tok'ra 1 i 2) i w odcinku 6x04 Frozen, kiedy osobą ratowaną w ten sposób jest główny bohater całej serii, Jack O'Neill. Z drugiej strony, kiedy - na skutek zupełnie zewnętrznych czynników - producenci musieli pozbyć się z serialu postaci Daniela Jacksona, wybrali rozwiązanie "mistyczne": Daniel umiera wskutek napromieniowania (5x21 Meridian, w scenie mocno zresztą przypominającej tę z STII), ale jego wcześniejsze kontakty z przedstawicielką Pradawnych, Omą Desalą, sprawiają, że zamiast umrzeć, przechodzi na wyższy poziom egzystencji (nie wiem skądinąd, czy dałoby się wymyślić bardziej pretensjonalną nazwę niż ascension to the higher plane of existence , ale podejrzewam, że nie...) i staje się istotą z czystej energii, pozbawioną fizycznych ograniczeń. Dla wszystkich, zarówno widzów, jak i bohaterów, jest jasne, że death is not the end i że - mimo wszystko - mają jeszcze szansę Daniela spotkać (co następuje - znowu upraszczam - w pierwszym odcinku sezonu 7, Fallen). Co więcej, od tej pory, ile razy D. J. znajduje się w zagrożeniu życia (a dzieje się to na tyle często, że grający tę postać Michael Shanks porównał swojego bohatera do Kenny'ego z South Parku), możemy podejrzewać, że zrobi po raz kolejny to, co już raz mu się udało (patrz 8x17 The Reckoning 2 i 8x18 Threads). Innymi słowy, wiemy, że Człowiek-Rakieta co prawda jest zamknięty w spadającym samochodzie, ale że od pół roku brał lekcje bilokacji.
W tej samej serii można do tego dorzucić jeszcze jedną wariację na temat tegoż motywu: alternatywne wersje rzeczywistości, któe czasami umożliwiają bohaterom spotkanie z dawno zmarłymi bliskim i przyjaciółmi i powiedzenie czegoś, co powiedziane nie zostało (Janet Fraiser, Martouf i major Kawalsky to trzy postacie, które w ten sposób "wracają po śmierci" i które mogę sobie ad hoc przypomnieć). To też jest jakiś sposób na przywrócenie bohatera...

A Sara? Z Sarą Tancredi problem polega na tym, że tak naprawdę nie miała szans zrobić tego, co zrobiła. John Sheridan przeżywa spotkanie z Lorienem, bo - wiemy to już od jakiegoś czasu - jest kobieta, którą Sheridan kocha i której wspomnienie trzyma go przy życiu - a poza tym Lorien wie, że John ma Przeznaczenie. Aeryn dostaje drugą szansę, bo jej przyjaciółka widzi, co jej śmierć zrobiła z załogą - a ta przyjaciółka happens to be just the right kind of alien. Daniel Jackson od początku i konsekwentnie przedstawiany jest jako człowiek o mistycznych inklinacjach - taka, a nie inna idea "zmartwychwstania" byłaby nie do pomyślenia w przypadku, powiedzmy, jego koleżanki z drużyny, praktycznej i technicznie myślącej Samanthy Carter; poza tym dla Daniela jest to kolejny krok na drodze do oświecenia, kontynuacja czegoś, co zaczął dawno temu (i co my, widzowie, oglądaliśmy na ekranie od paru lat). I on, i Aeryn, i Sheridan mają potencjał, żeby w taki, a nie inny sposób z zagrożenia życia się wydobyć, innymi słowy, takie, a nie inne rozwiązanie leży w ich charakterze. A Sara - cóż, niełatwo uwierzyć, że się jej udało uciec. Nie wiemy nic o słabościach Gretchen, nigdzie nie było mowy, jakoby Sara przeszła trening w szkole przetrwania, na dodatek cała charakterystyka postaci wskazywała raczej na fakt, że mamy do czynienia z osobą silną duchem, a niekoniecznie ciałem. A tu proszę, taka niespodzianka. Przykro mi, jak dla mnie Sara nie miała szans wyjść z tej celi. Człowiek-Rakieta spada na dno kanionu, a ja odmawiam wiary w jego ocalenie.

 

PS. No i można jeszcze "wskrzesić" bohatera a la Lost: w stylu nieomal realizmu magicznego, mieszając świat żywych i zmarłych, gdzie to, że ktoś umarł, zupełnie nie przeszkadza mu kontaktować się z pozostałymi; można też, co błyskotliwie udowodniła JK Rowling, w ogóle się tym pytaniem nie przejmować - co z tego, że Albus Dumbledore nie żyje, skoro i tak zza kulis/ z portretu kontroluje wszystko to, co się dzieje?


P. PS. Nie, żebym sama się oparła pokusie. Właśnie rozważam sposób na wskrzeszenie bohatera w opowiadaniu, które z uporem godnym lepszej sprawy próbuję napisać...

| < Wrzesień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  
O autorze
Zakładki:
Autorzy
Blogi
Miejsca: różne
Omnia mea
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...