Fanfiction

poniedziałek, 24 listopada 2014

Na swoim blogu Drakaina wytacza ciężkie armaty przeciw marnym tłumaczom-amatorom, co mnie z kolei natchnęło, by w końcu reanimować blog i wrócić do nieregularnego cyklu o fanfiction i twórczości fanowskiej, który tu co jakiś czas powraca.

 


Wpis Drakainy dał mi asumpt do pojęcia tematu nie całkiem podobnego do tego, co ona sama dyskutuje, ale jakoś tam z nim związanego - a mianowicie tematu oceny a) amatorskiego pisania w szerokim tego określenia znaczeniu, b) amatorskiej literatury, przetwarzającej inne teksty kultury, znaczy się - fanfików.Na tych ostatnich chciałabym się skupić.

Od razu zapowiem: to będzie nudny wpis. Nudny dlatego, że związany z moimi własnymi zainteresowaniami naukowymi, które nie każdy musi podzielać. Nudny - uwaga - zwłaszcza dla tych, którzy lubią po prostu czytać fanfiction jako miłą rozrywkę/ lekturę dla czystej (albo mniej czystej, niech będzie - zawsze są a) pornofiki, b) analizatornie, c) inne guilty pleasures) przyjemności, wreszcie - coś tworzonego dla przyjaciół i przez przyjaciół.

Bo, moi drodzy, ten wpis będzie o poważnym traktowaniu fanfiction (tej amatorskiej, nie jakiegoś Studium w szmaragdzie). Poważnym, czyli krytycznym i/lub naukowym. Jak ktoś nie lubi filologii, badań kulturowych i takich tam, to ryzykuje, że się trochę ponudzi, choć obiecuję nie używać fachowych określeń i nie epatować terminologią.


Podstawowe pytanie, jakie chciałabym sobie tutaj zadać, brzmi: czy fanowską fikcję amatorską można traktować jak literaturę? I zauważcie, że nie pytam, czy jest ona literaturą, w sensie wartości artystycznych, jakie się tekstom literackim przypisuje. A nie pytam, bo odpowiedź jest prosta: bywa. Nie każda, nie zawsze, ale chyba każdy, kto czyta fanfiction, potrafi wskazać takie opowiadania, które są literacko lepsze od wielu tekstów publikowanych w tzw. oficjalnym obiegu.

Nie, chodzi mi o coś innego. O używanie do krytyki i naukowej oceny fanfiction narzędzi typowych dla oceny dzieł literackich. Od razu doprecyzuję: ten wpis nie jest polemiką, nie jest tak, że trafiłam na przykład czegoś takiego i się z nim kłócę. Ten wpis jest raczej próbą pewnej refleksji, ułożenia sobie samej jakiegoś tam porządku w rzeczach, które próbuję robić.


Dobra, zadałam już pytanie: czy jest sens badać fanfiction tak, jak się bada literaturę? Analizować kwestie formalne, narrację, język, konstrukcję fabuły i co tam jeszcze? Szukać wpływów czy szkół literackich? Krytycznie (w sensie: "badawczo", nie "negatywnie") ją oceniać pod kątem podanych powyżej kryteriów?

Do pewnego stopnia - oczywiście na pewno tak, zwłaszcza gdy mówimy o dwóch grupach tekstów: tych wyrastających sporo ponad przeciętny poziom i tych mieszczących się sporo poniżej niego. Po prawdzie, zwłaszcza w tym ostatnim przypadku - jeżeli mamy do czynienia z tekstem bardzo słabym, językowo nieporadnym, najeżonym błędami - pewnie nawet lepiej jest zwrócić autorowi uwagę, może się czegoś nauczy. Przyznam przy okazji, że uważam, iż najlepszą do tego celu osobą jest beta-reader: jak nie jestem fanką słodzenia sobie na forach i spijania sobie z dzióbków, tak częste w (z mojego doświadczenia - zwłaszcza polskim) internecie totalne krytykanctwo, wyzywanie od dna i przygnębianie autora nie jest moją ulubioną rozrywką. Choć - będę niekonsekwentna - uprzejma krytyka tego rodzaju występków przeciw językowej poprawności wydaje mi się lepsza niż kompletne ich pomijanie (i zauważcie, że mówię tu o tekstach radykalnie pod tym względem odstających od normy, nie o jednym brakującym przecinku na pięć stron).

Ergo, w dyskusjach krytycznych nad fanfiction i analizach naukowych tego typu tekstów jak najbardziej warto się czasem kierować kryteriami oceny językowej i literackiej (czy fabuła jest sensownie skonstruowana, trzyma w napięciu, jak oceniamy język i styl autora itd.). Niemniej, te kryteria są nie tylko niewystarczające: często są też mylące.

 


Fanfiction jako taka ma swoją specyfikę i swój charakter. Częścią tego charakteru wydaje mi się kilka faktów o szczególnej wadze.

Po pierwsze, fanfiction często powstaje w społeczności. Nie zrozumcie mnie źle, nie chodzi mi o zbiorowe pisanie: chodzi raczej o to, że są to teksty pisane przez i dla ludzi dzielących pewne konkretne obsesje, założenia i wiedzę. Większość autorów fanfiction - mam wrażenie - wie o swoich docelowych czytelnikach znacznie więcej, niż autorzy zwykłej [wybaczcie banalność i brak precyzji terminu] literatury. Ich teksty często (bo oczywiście są samotne wilki, które nie identyfikują się z fandomami i piszą dla siebie) są pisane dla konkretnej wspólnoty, dzielącej głęboką wiedzę o jakimś zjawisku, a także - własną, specyficzną tego zjawiska interpretację. Zrozumienie tego faktu, jeżeli jest się spoza środowiska, nie jest łatwe: dla czytelnika z zewnątrz erotyczny fanfik z Sherlockowym Andersonem i dinozaurami w tle, że się odwołam do starego mema, będzie co najwyżej dziwaczny i - powiedzmy to sobie wprost - nieco idiotyczny; w obrębie tego konkretnego fandomu ma swoją historię, czy się to lubi, czy nie, ergo ma również swoje miejsce. Oznacza to również, że często mamy do czynienia z tekstami jakoś tam hermetycznymi (bo kto nie z fandomu, nie pojmie), a jednocześnie - z wychodzącą od jakiejś grupy, niekoniecznie wyłącznie od autora, inspiracją.

Po drugie, fanfiction powstaje jako rodzaj dialogu z dziełem oryginalnym; tak więc istotne przy ewentualnej ocenie/badaniu takich tekstów będzie zwrócenie uwagi na to, jak i w jaki sposób gra ono z dziełem, które jest punktem wyjścia. Kontynuuje/poprzedza? Midraszowo uzupełnia "braki" w tekście i poszerza wiedzę odbiorcy o świecie przedstawionym? Przenosi postacie/motywy w inne realia? Parodiuje? Odczytuje subwersywnie i rewizjonistycznie? Zmienia gatunek? A to tylko pierwsze skojarzenia, z mnóstwa, mnóstwa, jakie mi przychodzą do głowy.
I oczywiście, zdarza się, że w tym, co tu sobie nazwałam zwykłą literaturą, mamy do czynienia z recepcją innego dzieła, pastiszem, przetworzeniem, intertekstualnością - no czym tam jeszcze to sobie chcemy nazwać. Pewnie, że się zdarza; i super, tu akurat możemy pożyczyć metodologię i trochę się nią podeprzeć przy opracowywaniu naszej własnej; trochę, bo jednak przy twórczości fanowskiej wchodzi w rachubę za dużo dodatkowych czynników, żeby się dało po prostu przenieść metody badań nad recepcją literatury do badań nad piśmiennictwem, że się wyrażę, transformatywnym.

Po trzecie, fanfiction ma swoje własne strategie literackie i gatunkowe, swoje specyficzne wyznaczniki. Fakt, że trafimy na siedem pod rząd opowiadanek o tym, jak Hermiona robiła na drutach sweter z reniferkiem, niekoniecznie musi oznaczać, że mamy do czynienia z jakimś rodzajem plagiatu (hi hi) czy nieoryginalności (hi hi hi): chyba każdemu, kto czytał fanfiction, rzuciło się w oczy zamiłowanie tej formy pisania do idei prompts albo plot bunnies i pisania przez kilka osób tekstów z podobnym punktem wyjścia czy też do powtarzania pewnych motywów i modeli wielokrotnie w obrębie fandomu. To jest kolejna rzecz, która jest charakterystyczna i na którą trzeba zwrócić uwagę. I znowu - to nie jest tak, że w zwykłej literaturze to się nie zdarza, ale jest jednak znacznie rzadsze. 

Po czwarte, fakt, że mamy do czynienia z dziełem, którego punktem wyjścia jest gra z tekstem modelu, a jednocześnie - przetwarzanie go, często według reguł dzielonych przez autora ze społecznością fanowską, do której należy (znowu: bywają wyjątki, oczywiście) wiąże się z tym, że przy analizie/ocenie np. fabuły musimy czasem zrezygnować z konwencjonalnych narzędzi oceny. Przykład? Tak, wiem, że biologiczni mężczyźni nie zachodzą w ciążę i że w - powiedzmy - realistycznej powieści obyczajowej idea "Draco Malfoy w zagrożonej ciąży" byłaby bardzo nietypowa i autor musiałby się nieźle nagimnastykować, żeby ją uzasadnić. Ja jako krytyk musiałabym z kolei w swojej ocenie/ analizie danego tekstu uwzględnić to, jak to robi i czy jest w tym przekonujący, sensowny. Zauważcie przy tym, że nie mówię tu o humoresce, grotesce, przypowieści czy innej tego typu formie - mówię o romansie i/lub opowieści obyczajowej serio, a więc o tym, do czego spora część fików o mpregach (male pregnancies, jakby kto nie wiedział) wydaje się należeć. W fanfiction nie ma z tym problemu, bo jest to jedna z konwencji, które są, są popularne i czytelnik przyjmuje ją z dobrodziejstwem inwentarza. Zresztą, żeby zaznaczyć absolutną oczywistość: jak w ogóle traktować kategorię oryginalności i samodzielności dzieła w przypadku tekstów tworzonych z założenia jako przetworzenie tekstów cudzych?

Po piąte wreszcie - funkcje fanfiction. Tych jest mnóstwo, i nie wszystkie mają proste przełożenie na literacką wartość tekstu. Już pewnie parę razy mówiłam, że nienawidzę fiku Alone in the Water; co nie zmienia, jednakowoż, faktu, że moja opinia jako literaturoznawcy (manipulujący emocjami, kiczowaty, nieznośnie pretensjonalny wyciskacz łez) ma się nijak do tego, że to jest tekst niezwykle udany: nie dlatego, że jest literacko dobry, a dlatego, że jakoś tam gromadzi wokół siebie pewną społeczność, odpowiada na niekoniecznie literackie zapotrzebowanie czytelników. Pisanie fanfiction dowartościowuje; poprawia nastrój, buduje jakiś rodzaj międzyludzkich interakcji w społeczności, w której i dla której powstało. Czasami tekst, który oceniany typowymi literackimi kryteriami byłby wybitny lub bardzo dobry ma znacznie mniej czytelników niż taki, który - choć literacko słabszy - trafia w jakiś rodzaj potrzeb, jakiś rodzaj wymagań środowiska czytelników i odnosi wśród nich sukces. Trudno takie fakty przy krytycznej analizie pominąć.

No i szósta, ostatnia sprawa: w społeczności autorów nie ma stałych ról. Tak jak istnieje amatorskie pisanie, tak i istnieje amatorska krytyka fanfików i ich amatorskie badanie. Mówiąc "amatorskie" nie mam na myśli poziomu: te metaanalizy są często ciekawsze i bardziej twórcze niż to, co ma na temat fanfiction do powiedzenia oficjalna krytyka. Często sami autorzy poddają analizom dzieła kolegów i koleżanek, badają je, recenzują, szukają prawidłowości. Robią to nieraz z ogromnym wyczuciem i z szeroką, także historyczną, perspektywą (patrz: historia i analiza przyczyn pojawienia się zjawiska slash fiction - naprawdę porządnie i sensownie zanalizowana w fanowskim środowisku).


I tak, fanfiction to często marna literatura, jak mnóstwo literatury. Ale jest w niej zdecydowanie, zdecydowanie dużo do zbadania i do zanalizowania, jeżeli tylko sensownie zaplanuje się, jak do tego podejść. 

środa, 02 stycznia 2013

W końcu należałoby może kontynuować cykl o fanfikcji na tym blogu, prawda?

 

źródło: tumblr

 

Dzisiaj będę się produkować na temat, który - jak zwykle przy fanfikach - sprawia mi kłopot. Jak zwykle zastrzeżenie: o mnie, moje opinie, nie prawdy objawione; moje jako czytelnika raczej, odbiorcy, niż autora. I jak zwykle zacznę od tła.

Kanonem jest z definicji wszystko to, co oficjalnie autorsko zatwierdzone: wydarzenia, związki, elementy fabuły i świata przedstawionego. To jest niby jasne. Niby. Ja już daruję sobie rozważania o światach komiksów, albo o Doktorze, powieściach, słuchowiskach i Scream of the Shalka, albo o skomplikowanych oficjalnych rozwiązaniach przyjętych w Star Treku. Ja już zostanę na gruncie, na którym się naprawdę porządnie znam. 

No więc jest tak: Achilles. Syn śmiertelnika (król Ftyi) i zmiennokształtnej bogini (nereida), najlepszy wojownik wszechczasów, jak na śmiertelnika. Wyrusza na wojnę w towarzystwie kumpli. Zdobywa dziewczynę. Zakochuje się po trochu w dziewczynie, po trochu w prestiżu, jaki jej posiadanie przynosi. Szef zabiera mu dziewczynę. Achilles się obraża i siedzi w namiocie, słuchając nauczyciela i pogrywając na instrumencie. Najlepszy kumpel idzie walczyć za niego, oczywiście przewidywalnie ginie; Achilles płacze, potem dostaje, dzięki mamusi, nową boską zbroję (i tarczę) i idzie dokopać zabójcy. Dokopuje skutecznie, potem włóczy zwłoki za rydwanem, potem dostaje OPR od bogów i musi te zwłoki grzecznie oddać ojcu zmarłego. Koniec bajki. W sequelu widzimy go już w roli ducha-wampira w kraju umarłych, gdzie narzeka, że wolałby być sługą u biednego chłopa niż królem w zaświatach. 

To jest, szanowni czytelnicy, kanon wedle Homera (lub kogokolwiek innego/jakichkolwiek innych osób, które ułożyły Iliadę i Odyseję). Kanon, znaczy się, starożytny.

No OK. A co nam się kojarzy z Achillesem?

Ano, na przykład, jest jeszcze to powiedzenie o pięcie Achillesowej. Albo jest ta scena, jak Orlando Bloom Parys zabija Achillesa Brada Pitta z łuku, prawda?

No chyba, że to nie Parys go zabił, tylko bóg Apollo. Albo nie. Do cholery z takim kanonem, po diabła ma Achilles umierać. Wyślijmy go do Avalonu na Białą Wyspę, gdzie zostanie nieśmiertelnym królem herosów. A co tam, dajmy mu za żonę Helenę, najpiękniejszą najdzielniejszemu. Albo w ogóle parę żon mu dajmy: Medeę na przykład, czarownicę pierwszej klasy. Albo Ifigenię, na co dzień dziewicę i ulubienicę/kapłankę Artemidy, córkę Achillesowego wroga Agamemnona (no chyba, że córkę Heleny i Tezeusza, tak też być może).  A w ogóle po co mu żona, niech będzie zakochany w tym kumplu, co to zginął przez niego pod Troją. Albo niech się kocha w księciu trojańskim i go udusi podczas seksu/gwałtu. Albo - albo niech się zakocha w siostrze tego księcia i niech, jak Achilles w końcu zginie, złożą mu ją w ofierze.A, dziecko niech ma! Z księżniczką! Z czasów, kiedy się jeszcze przebierał za dziewczynę! Czy ja już coś mówiłam, że jak był nastolatkiem, to go matka zamieniła w dziewczynkę?
Ale w ogóle, może by jego rodzice się szaleńczo kochali? Miłość od pierwszego wejrzenia, od kiedy jej półnagie ciało wychyliło się z morskich fal i padł na nie jego wzrok? Ale nie, bez sensu: ona jest boginią, niech się wścieka, że jej każą wyjść za śmiertelnika i to, powiedzmy sobie, trzeciej klasy herosa. Zeusowi, w końcu, urodziłaby króla niebios. A, to może w ogóle olejmy tę wojnę i napiszmy o dzieciństwie Achillesa i o tym, jak pożerał żywcem niedźwiedzie na śniadanie.    

A to, moi drodzy, jest z samych tylko antycznych autorów poza Homerem: z poezji cyklicznej, Ajschylosa, Stacjusza, Wergiliusza, Kwintusa ze Smyrny, Owidiusza, Katullusa. Do Szekspira i znudzonego Achillesa w łóżku z Patroklosem, parodiującym Agamemnona, nawet jeszcze nie doszłam.

No i pewnie, ktoś mi powie, mit, mity tak mają. No i owszem. Tyle, że tu nie mit omawiam, jako takie, ale jego literackie opracowania. Poza tym ten przykład chyba nie najgorzej ilustruje tezę, że - poza najprostszymi casusami jak, powiedzmy, jedna, nieekranizowana powieść, która się nie doczekała oficjalnych publikowanych sequeli, prequeli etc. - z określeniem kanonu nie jest tak łatwo. Bo jakby wziąć samą Iliadę, to, na przykład, żegnaj, pięto achillesowa.

No i tak: zboczenia zawodowe. Ja, jak już w poprzednim fanfikowym wpisie pisałam, jestem, jak chodzi o fikcję tego typu, konserwatystką, co po trochu może mieć związek z konkretnym wykształceniem, które wyrabia w człowieku niezdrowy stosunek do tekstów. Ale znaj proporcją, mocium panie, i bez przesady z tą kanonicznością.

To jeszcze raz, po ludzku. Jako czytelnik (ja, ja, ja!), w zasadzie lubię, jak mi się fikcja amatorska trzyma jakiegoś tam kanonu, bo uważam, że autor/autorzy czegoś, co lubię na tyle, żeby poszukać przeróbek, zasługują na mój (mój, tylko mój, osobista opinia!) szacunek. Lubię też, kiedy tekst jest jakoś tam w detalach zgodny z kanonem, bo poza wszystkim innym świadczy to o robocie, jaką autor włożył w swój tekst. A sprawdź, autorze, jak piszesz fik do Jane Eyre, czy pan Reed był bratem, czy kuzynem matki Jane, pogrzeb w źródle i pokaż, że ci zależy. Poza tym, trzymanie się kanonu więcej wymaga także przy przetworzeniach: jak załatwimy sprawę prostym stwierdzeniem w metatekście "w moim świecie Jane Eyre jest zdeklarowaną, akceptującą siebie lesbijką", ułatwiamy sobie następnie życie: nie musimy pokazywać, jak przełamuje własne uprzedzenia i bariery typowe dla epoki, żeby zakochać się, powiedzmy, w Blanche Ingram. Możemy, hurra, lecieć pisać nasze porno. I ekstra, jak kto lubi, ja wolę trochę inaczej.

Tylko co to znaczy, że się "trzyma kanonu"? Trzymanie się kanonu bardzo ściśle ograniczyłoby fikcję tego typu de facto do midraszopodobnych uzupełnień i rozszerzeń materiału oryginalnego (Nie ma opisu treningów Achillesa, tylko wzmianka, że trenował? No to już, opiszmy treningi, sprawdzając każde słowo i każdy fakt w źródle). Coś takiego de facto istnieje w kulturze na całkiem sporą skalę - w sumie bardzo podobne w charakterze są tak zwane rewritten Bibles, pochodzące z okresu między III w p. n.e. a jakimś II n.e. żydowskie, ale często pisane po grecku, uzupełnienia i przetworzenia opowieści biblijnych: historie o tym, jak Józef poznał i zdobył żonę, rozbudowane żywoty Mojżesza, opowieści o Abrahamie jako natchnionym magu i astrologu. One tak naprawdę nie są niczym innym, jak fanfiction - tyle że do tekstu o bardzo wysokim autorytecie, w sensie - w tamtej konkretnej kulturze mającego specjalny status. 

I teraz tak - OK, ja taką fanfikcję lubię (nie napisałabym o tych powyższych doktoratu, gdybym nie lubiła). Ale tak naprawdę, spójrzmy prawdzie w oczy - to nie są ani najpopularniejsze, ani najbardziej twórcze formy fanfikcji.

To może ja zmodyfikuję: lubię, jak fik jest jakoś tam zahaczony w kanonie.

Co to, w moim przypadku oznacza?

1. Ja sama osobiście niekoniecznie przepadam za wszelkiego typu AU i _radykalnymi_ crossoverami: Legolas w liceum, Batman w Rivendell, Jane Eyre jako towarzyszka Aspazji w Atenach. Już przy okazji dyskusji o slash fiction doszłam do wniosku, że postacie są dla mnie kluczem, a wyjęcie ich z ich naturalnego kontekstu przy zachowaniu wiodących cech wymaga sporych umiejętności: Jane Eyre wrzucona w nasze czasy okaże się, wbrew temu, jak jest u autorki, dramatycznie wręcz pruderyjna (a w Atenach ją wywalą z miasta za niemoralność), Legolas w LO byłby, zasadniczo, pośmiewiskiem (jak on mówi!), a Batman miałby elfów za idiotów, ze wzajemnością. Oczywiście, Jankes na dworze króla Artura to co innego - humor i parodia mają swoje prawa. Innymi słowy, póki serio, to lubię, jak się trzyma plus minus świata.  

1.2. Doprecyzujmy jeszcze radykalny crossover: kompletnie mi nie przeszkadza, jeżeli Jane Eyre (1847 EDIT data publikacji, akcja odpowiednio wcześniej, dzięki, Ysabell) spotka nobliwą panią Darcy (1813), proszę bardzo; albo za dziesięć odpowiednie kilkanaście lat pozna pięcioletniego Sherlocka Holmesa. Jak tęż Jane odwiedzi Doktor, nie ma sprawy - będzie to zupełnie w zgodzie z konceptem świata tego ostatniego. Zasadniczo, mnie osobiście w odbiorze tekstu napisanego serio będzie pewnie przeszkadzać zderzenie dwóch gatunków albo światów przedstawionych, które są bardzo od siebie odległe, przy czym "bardzo" jest bardzo nieprecyzyjne i zasadniczo niedefiniowalne. Innymi słowy, jeżeli fanfiction do Tolkiena, to błagam, niech nie ma miejsca w eliminacjach do Mam Talent (ale już fik do Harry'ego Pottera w takich realiach sobie może być, odległość czasowo-kulturowa znacznie mniejsza).

2. Nie znoszę, ale to serdecznie i osobiście nie znoszę postaci OOC. No bo w sumie: po co? Jak chcę odejść od kanonicznego archetypu na tyle daleko, że postać będzie definiowalna jako out of character, to w zasadzie czemu nie stworzyć własnej? Skoro moja osobista Jane Eyre ma być despotyczną zielonoskórą kucharką-sadystką z planety DHU73907, uwielbiającą dręczyć małych chłopców w stołówce w przedszkolu na Enterprise, kiedy kapitan nie widzi, to może jednak lepiej napisać oryginalną postać?
I teraz tak: nie chodzi mi o to, żeby NIC nie zmieniać, bo utkwimy z powrotem w tej pułapce, o której było poprzednio. Chodzi mi o to - a zresztą, co ja będę gadać, niech Horacy gada.  

"...ma być Medea okrutna,
płaczliwa Ino, Iksion przewrotny,
bezbronna Io, Orestes mroczny".

Innymi słowy - ja osobiście lubię, żeby postać pozostawała w swoim etosie. Można jej zmienić realia, szczegóły, obiekt uczuć, orientację seksualną, ojczyznę, świat przedstawiony nawet, ale dla mnie, żebym ją akceptowała, musi być sobą, w sensie - demonstrować rozpoznawalny zestaw cech. Pokłóciłam się kiedyś z kawałkiem fanfikowego światka Coldfire'owego o moją własną, dość ostrą, ocenę pewnego tekstu - bo za diabła nie byłam w stanie wyobrazić sobie zimnego, sadystycznego i sarkastycznego [i heteroseksualnego, to na marginesie] bohatera Friedman omdlewającego z onieśmielenia na myśl o tańcu z ukochanym w świetle księżyca. Ukochanego mogę zaakceptować, omdlewania i onieśmielenia - nie. Tak samo jest zresztą ze związkami romantycznymi, w które się bohaterów pakuje: mogą być kanoniczne albo nie, ale, jak już przy okazji slash fiction pisałam, lubię wiedzieć, że bohaterowie są razem z jakiegoś powodu, że coś w kanonie do siebie (miłość, nienawiść, fascynację) czują.  To jest mój kanon, moje jego rozumienie.

3. Jak widać, moje definicje kanonu, jak chodzi o realia i jak chodzi o postacie, są wbrew pozorom dość szerokie. Oczywiście, tu się natychmiast pojawia kwestia fanonów rozmaitego rodzaju, bo w zasadzie każdy fandom jakieś tam swoje stałe punkty ma. Mnie one nie przeszkadzają, ale też do nich przywiązania nie czuję; gdybym, innymi słowy, nagle dostała fioła i postanowiła napisać fanfik o Sherlockowym  Andersonie, kompletnie nie przejmę się faktem, że wedle fanów lubi fantazjować o dinozaurach.

No i tak - napisałam sobie rant na kilka stron, kompletnie olewając fakt, że w sporej części fanfikcji nie chodzi o żadne akcje, uniwersa i postacie, ani o kanon, ani o związki, tylko o porno. Ale o porno to ja obiecuję, następnym razem.

czwartek, 24 maja 2012

źródło: ladygeekgirl.wordpress.com

 

Ze wszystkich wpisów na tym blogu ten najdłużej czekał na dokończenie (no dobra, jest jeszcze wpis o typach magii w fantasy, zaczęty jako drugi w historii tego bloga, ale jego nie da się skończyć - materiał jest na książkę, a nie na blognotkę, tylko ja wtedy jeszcze nie bardzo rozróżniałam jedno od drugiego). Dlaczego? Może dlatego, że nie bardzo wiedziałam, od jakiej strony go ugryźć i jak do niego podejść: zaprezentować zjawisko czy mój do niego stosunek, mówić o ogóle czy o konkretnych tekstach.

Na szczęście, po trochu dylematy rozwiązało za mnie tzw. samo życie, to znaczy - doszłam do wniosku, że nikogo w kwestiach, co to jest i z czego się bierze, edukować nie będę, bo byłaby to lekka arogancja: raczej wszyscy wiedzą, o co chodzi, sporo osób pewnie lepiej ode mnie. Za to chciałabym podejść do tego tekstu jako do pierwszego z planowanego cyklu związanego z szeroko pojętym fandomem i twórczością fanowską, a raczej - z moimi o tychże... no, powiedzmy sobie, refleksjami.  Co nie zmienia faktu, że od czegoś trzeba zacząć - i że zacznę właśnie do paru oczywistości.

Oczywistości będą w punktach. Ciąg dalszy, w sumie, też.


1. Slash fiction jest, z definicji, o miłości/seksie między bohaterami tej samej (męskiej, głównie?) płci. Kiedy ja się zaczynałam interesować fandomem i fanfiction (2001, plus minus), toczyła się w światku fandomowych metadyskusja o tym, czy mowa tylko o relacjach niekanonicznych; innymi słowy, by użyć chronologicznie późniejszego przykładu, czy np. opowiadanko o romansie Jacka Harknessa z kapitanem Johnem byłoby slashowe, czy nie; jeszcze innymi słowy o to, czy o etykiecie "slash fiction" decyduje a) subwersywność względem kanonu, czy też b) ukazanie relacji homoseksualnej, niezależnie od jej zahaczenia w kanonie. Zdaje się, że ta druga opcja zrobiła się dominująca, może i dobrze, bo w sumie, pod jakim ogólnym terminem takie historyjki, jak ta o Jacku/Johnie, klasyfikować?

2. [EDIT: wywalony cały paragraf o Kirku, Spocku i historii slashu, bo Cpt. Obvious etc. etc. Oraz, że pisze dużo dziewczyn, czyta też, ale i faceci się zdarzają coraz częściej].

3. Slash fiction budzi kontrowersje. Na użytek własny i niniejszego wpisu pozwolę sobie podzielić je na kilka grup, z których nie wszystkie interesują mnie w tym samym stopniu. To, co jest poniżej, ta wyliczanka, to oczywiście nie jest naukowe, bezstronne opracowanie. To jest opinia, a raczej - zestaw opinii, niekoniecznie spójnych ze sobą, za to - moich własnych. Mam nadzieję, że wyjdzie z wpisu, że nie mają one żadnych pretensji do uniwersalności i że są, w najlepszym razie, próbą diagnozy pewnych elementów zjawiska; próbą, dodajmy, przefiltrowaną przez indywidualną wrażliwość, konkretnie - moją.

3.1. Kontrowersje prawno-etyczne

Niespecjalnie interesuje mnie tu kwestia praw autorskich i tego, czy wolno, czy nie wolno kraść autorowi postacie/pożyczać od autora zabawki i bawić się nimi po swojemu i kto ma/nie ma za to płacić; od tego są prawnicy. Bardziej mnie ciekawi tutaj inna sprawa: to, jakie w ogóle autor ma prawo do swoich zabawek.

Mogę mówić, jak zawsze, tylko za siebie, a w tym akurat przypadku jestem dość konserwatywna.  Zakładam mianowicie, że autor, jako twórca koncepcji i wizerunku danej postaci, jako jej matka i ojciec, ma coś do powiedzenia w kwestii tego, jak inni kontynuują i przetwarzają jego świat (innymi słowy: nie mam pretensji do Gene'a Roddenberry'ego, że póki mógł, to się wtrącał we wszystkie startrekowe produkcje). Proszę bardzo, autor ma prawo głosu, byłabym wbrew samej sobie, gdybym to zanegowała. Tyle że tu się zaczyna śliski grunt: co to w ogóle znaczy, że autor ma takie prawo? Czy to znaczy, że ma prawo mieć nad postaciami pełną, stuprocentową kontrolę? Innymi słowy, czy, bo ja wiem, Celia Friedman (która chyba chętnie by to zrobiła, skądinąd... - no, może by nie zakazywała, ale generalnie nie aprobuje) ma prawo zakazać swoim czytelnikom sparowywania jej bohatera z innym bohaterem, bo ona sama widzi go, jeśli z kimkolwiek, to z bohaterką?

No więc mnie się wydaje, że nie. Już tam furda rozmaite Barthesy i Stanleye Fishe i cały reader-response criticism, od tego mam bloga, żeby się nie przejmować szczegółami naukowymi, ale na zdrowy rozum: czytelnik /odbiorca jest współtwórcą postaci, bo wnosi coś - własną wiedzę lub jej brak, własne doświadczenie, rozumienie, koncepcje i uprzedzenia - do jej odbioru. Alan Moore mógł się zarzekać, że Rorschach miał być dość przerażającym świrem, a nie żadnym role modelem ani idolem samotnych prawicowych mścicieli, i co z tego - całe mnóstwo czytelników w nim takiego zobaczyło (albo w Adrianie Veidcie, z wersji filmowej zwłaszcza, postać tragiczną, a nie egomaniaka pierwszej klasy).  Innymi słowy - autor sobie może w protestować. Może prostować i wyjaśniać. Może  się wyzłośliwiać. Ale, niemniej jednak, jego głos w kwestii interpretacji postaci jest głosem bardzo ważnym (dla mnie, nie musi być dla każdego), ale nie jedynym. Ergo, Celia Friedman może się zastrzegać, że widzenie jej bohaterów jako pary jest nadinterpretacją - ale odbiorca, a już tym bardziej odbiorca, który postanowi przetworzyć dzieło, też ma prawo do własnej interpretacji, i ona może być zupełnie inna od kanonicznej.      

 

3.2. Kontrowersje moralne

Mam nadzieję, że nikt sobie nie wyobraża, że zamierzam powiedzieć, iż kontrowersyjne jest samo podejmowanie przez slash fiction tematyki homoseksualnej. Zieeeew, to było(by) kontrowersyjne w latach 50.-60., może. I tak, wiem, dla części ogółu odbiorców kultury takie przetwarzanie tekstów, żeby zobaczyć w nich lub wpisać w nie wątki homoseksualne, mogłoby być kontrowersyjne nadal, np. dla mojej mamy, ale powiedzmy, że nie o takim odbiorcy mówimy; niespecjalnie chyba mogę się wypowiadać o stosunku tzw. general public do slash fiction, bo nie jestem pewna, czy general public (np. moja mama albo koleżanki-nauczycielki z pracy) w ogóle wie o istnieniu slash fiction. Tu będzie o nieco innych kontrowersjach. 

OK, może inaczej. Wiem, że w fandomie (we wszystkich fandomach) są osoby, które slash fiction nie znoszą. Wiem, że pewna ich część nie znosi slash fiction, bo uważają, że opisanie (zwykle kanonicznie hetero) bohaterów jako gejów albo osoby będące w mniej lub bardziej stałych gejowskich związkach nie jest OK, bo nie jest, bo tak, bo poniża bohaterów. Nie mogę z takimi osobami dyskutować, bo nie mam argumentów na takie (no użyjmy w końcu tego słowa) homofobiczne postawy. Natomiast, owszem, mogę dyskutować z ludźmi, którzy którym rozmaite opisania tychże hetero bohaterów jako gejów się nie podobają, bo - bo mają jakiś argument poza "pedałów nie lubię".

Mój problem nr 1 to kwestia materiału. Ja - ja osobiście, ja autorka tego bloga - mam problem ze slash fiction (wróć: mam w ogóle problem z erotyczną fanfikcją, niezależnie od orientacji protagonistów i rodzaju opisanych aktów), jeżeli jej materiałem podstawowym jest twórczość bardzo wyraźnie dziecięca. Przy czym - nie mam dobrych argumentów na uzasadnienie swojego stanowiska. Nie mam, bo generalnie nie wierzę w świętości nie szargać i w to, że pewne zjawiska kultury są poza zasięgiem tego rodzaju przetworzeń, pastiszów, parodii itd. i powinny być chronione, z dowolnych powodów. Wierzę natomiast w prawo do samodzielnej interpretacji i przetworzeń i odczytań. No i masz babo placek, mogę sobie wierzyć, a i tak mam problem podobny, jak bohater Pięknej i bestii:


Nie wiem, czy jest to kwestia seksualizacji czegoś, co chyba wyjściowo w zamierzonym odbiorcy takich skojarzeń budzić nie powinno czy co - w każdym razie, jak mogę czytać slash fiki do anime (nie będę, nie będę, nie będę przyznawać się do szczegółów), tak porno z Aladynem i dżinem jakoś mnie odrzuca.

Problem nr 2 w kwestii moralnej to, jak dla mnie, fanfiction o realnych postaciach. Przy czym, chyba ze wzgęldu na dystans czasowy, hipotetyczny fik o Władysławie Łokietku i szesnastu giermkach łyknę, choć przewrócę oczyma; jakoś nie tak zaczyna mi się robić przy opowiadaniach o realnych osobach, żyjących tu i teraz - może dlatego, że w trudny do zdefiniowania sposób wydaje mi się to ingerować w prywatność i życie opisywanych osób (choć świadoma jestem, że ich publiczny wizerunek to zwykle też jest kreacja). Nie wiem, może mi siedzi w głowie jakieś nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe, może sobie naiwnie myślę, że, bo ja wiem, partnerowi/partnerce takiej publicznej osoby może być przykro i głupio. Przy czym nie działa na mnie w tym przypadku argument typu "aha, czyli skoro uważasz, że opisanie namiętnego romansu między aktorami z Supernatural jest nie OK, to znaczy, że uważasz, że homoseksualizm jest nie OK, tak?". No nie, bo tu raczej chodzi o przykrość z powodu "mój partner/partnerka opisany z kim innym, a ja w roli zawalidrogi", choć, trzeba powiedzieć, niektórzy reagują z klasą i poczuciem humoru:   

 


Ergo, ja stawiam granicę w tym miejscu: hier stehe ich und kann nicht anders, nic nie poradzę; stoję mniej więcej tam, gdzie Guy Gavriel Kay. No ale, każdemu co jego, zakazywać bym nie zakazywała, nawet, gdyby się dało. A się nie da.

Problem nr 3 - który, tak naprawdę, jest na pograniczu moralnego i literackiego - to paskudna stereotypizacja, jaka jest w slash fiction, niestety nagminna (nagminna = nie zawsze, ale często; są znaczące wyjątki), i to stereotypizacja zarówno gejów-bohaterów, jak i postaci kobiecych generalnie. Ale o tym już chyba pod hasłem poniżej.

 

3.3. Kontrowersje literackie

To może pora najpierw na wyznania osobiste. Zdarza mi się, owszem, czytać slash fiction do fandomów, które lubię - jak mi wpadnie w ręce. Zdarza mi się także szukać opowiadanek z konkretnymi parami postaci. I jakkolwiek niekoniecznie zdarza mi się slash fiction pisywać, to i owszem, zdarzało mi się we własnych tekstach opisywać romanse/ związki/ sceny miłosne między osobami tak płci różnej, jak i tej samej. 

No właśnie, zdarza się. Nie jest to mój normalny model odbioru - o tym będę chciała pewnie napisać przy innej okazji, ale na razie tylko wspomnę, że ja osobiście zazwyczaj szukam w fanfikcji uzupełnienia fabuły: opowieści o czymś, co autor oryginału pominął, co zbył krótkimi uwagami, co tylko zasugerował. Mniej mnie interesują, tak naprawdę, historie romansowe sensu stricto, bo też w ogóle nie aż tak bardzo mnie interesują romanse w literaturze. To jest moje jako odbiorcy podstawowe założenie. 

Drugie podstawowe założenie to, oczywiście, prawo Sturgeona: 90% wszystkiego jest do niczego i to się tyczy również fanfików. Przy czym - no bożemój, niech sobie każdy pisze, co chce, ja tego czytać nie muszę. Ale z drugiej strony: jeżeli 90% jest do niczego, to 10% leży w obszarze od "OK" do "rewelacja" - nie trzeba też demonizować, że wszystko jest złe. Umówmy się, że mówimy tu o tekstach, które spełniają podstawowe kryteria poprawności językowej i konstrukcyjnej, nie o tych, których miejsce jest w analizatorniach.   

No więc - po tym wstępie, przejdźmy do literackich kontrowersji, jakie budzi we mnie osobiście slash fiction.  

Po pierwsze - problem tego, że te marne 90% zagłusza te dobre 10% i robi fatalną prasę zjawisku. Ten problem jest, jednakowoż, nierozwiązywalny, bo wynika z samej natury fanfiction. To się pisze dla przyjemności, głównie własnej, potem czytelnika, i nawet literacko najgorsze fiki mogą tę akurat funkcję (powiedzmy sobie - rozrywkowo-terapeutyczno-egopoprawiającą) spełniać całkiem nieźle. A na razie nikt nikomu nie każe ich czytywać.

Po drugie - to, o czym pisałam powyżej. Z literackiego punktu widzenia moim jednym z głównych problemów z fanfikcją jest stereotypowość i stereotypizacja. I z jednej strony - ten gatunek tak ma. Stereotypowość, powtarzalność pewnych typów opowieści w obrębie zarówno fanfikcji jako całości, jak i fikcji do poszczególnych fandomów, jest dość specyficzną cechą takiego pisania (w każdym fandomie znajdziemy jakiś hurt/comfort, na przykład, jakieś angsty, fiki humorystyczne etc.; a są też z kolei motywy, specyficzne dla danego fandomu, które w ramach tegoż przetwarzane są wielokrotnie).  To nie pierwszy i nie ostatni gatunek w historii literatury, który chętnie bierze ten sam schemat i przetwarza go w kółko - patrz, by nie szukać daleko od moich zawodowych zainteresowań, dzieje epigramatu w starożytności, i w samej takiej formularności nie ma nic ani dziwnego, ani złego.  

Having said that... stereotypizacja mi przeszkadza. Przede wszystkim stereotypizacja wizerunku bohaterów. Nie oszukujmy się, w sporym procencie slashowych opowiadanek nasz gej-bohater (obojętnie, czy wyjściowo był obrażalskim maminsynkiem z kompleksem wyższości na punkcie własnej czysto magicznej krwi, mordującym morderców psychopatą czy lekko humorystycznym sidekickiem głównego bohatera) ma szansę skończyć jako ten sam typ: wiotki, subtelny, delikatny, podatny na krzywdę magnes na krzywdziciel(k)i i gwałciciel(k)i płci dowolnej, bezwolna i subtelna, histerycznie emocjonalna ofiara potworów, potrzebująca wsparcia i silnego męskiego ramienia. I ja mam z tym dwa problemy. Raz, jest to nudne. Dwa, jest to obraźliwe. I OK, OK, fanfikcje to fun fikcje, prawda, ale mimo wszystko - w ruchu, który przynajmniej nominalnie chciałby służyć, w jakimś tam stopniu, promowaniu tolerancji (patrz argument "nie lubisz slashu=nie lubisz gejów") taka stereotypizacja jest po prostu nieznośna. Podobnie bywa zresztą ze stereotypizacją bohaterek i niechęcią do nich: one, złe baby, robiące wbrew Prawdziwej Miłości Bohaterów, perfidne, okrutne i nieuczciwe... I znowu: są wyjątki, mnóstwo wyjątków - ale obraz uśredniony, przeciętny, niebezpiecznie zbliża się, obawiam się, do opisanego powyżej.  

I po trzecie, wracając do początku i do kwestii autora: kanon. Tak, tu jest miejsce dla tych osób, które nie lubią slashu nie dlatego, że "nie lubią pedałów". I ja tutaj, w sumie, teoretycznie  się nie zgadzam, a praktycznie - rozumiem.
O co mi chodzi? Otóż [EDIT, bo o bardzo ważnym zdaniu zapomniałam] o to, że są odbiorcy, dla których już samo odejście od kanonu na tyle, żeby postaci zmienić orientację (albo zmienić jej/jemu partnera, pochodzenie, zawód, kolor włosów etc., zmienić epokę/realia przy adaptacji) jest nieakceptowalne, bo jest odejściem od oryginalnej autorskiej idei; powód nie ma zwykle nic wspólnego z homofobią, a za to wiele - z gustem literacko-filmowym (przykład- reakcje mnóstwa osób na Romea i Julię Luhrmanna). Po drugie, o to, że slash fiction może iść w dwóch kierunkach. Po pierwsze, może seksualizować związki postaci, które w kanonie nie są sobą erotycznie zainteresowane, ale które łączy (bardzo) mocna więź. Celia Friedman może nie rozumieć, jak się w głowach autorów fanfikcji mogła ulęgnąć idea romansu między głównymi bohaterami Coldfire, no ale spójrzmy prawdzie w oczy: sama napisała relację między nimi jako absolutnie najważniejszą w życiu ich obu, zmieniającą ich i przekształcającą wszystko, czym i jeden, i drugi jest, przyjaźń połączoną z fascynacją i (platoniczną, braterską) miłością, silniejszą od śmierci. Tu niewiele było trzeba dopowiadać - i ditto, patrz Holmes i Watson, House i Wilson, Kirk i Spock, itd., itd... Od takiej relacji do kanonu jest, w gruncie rzeczy, nie tak daleko.
Po drugie, możemy w ogóle olać kanon. Harry Potter i Severus Snape się nie cierpią? Ekstra, poślijmy ich do łóżka. Albo zróbmy parę z - żeby nie było samych facetów - Lizzie Bennett i jej siostry Jane (że o braciach Winchester litościwie nie wspomnę). I teraz - to jest ważny i popularny sposób pisania fanfikcji, OK. Tyle że ja (ale to ja, ja, ja, nie każdy ma tak, jak ja) tak nie lubię, no bo ja lubię fanfikcję jako "midraszowe" uzupełnienia kanonu i jego rozbudowywanie/poszerzanie, a nie tylko czystą zabawę postaciami i realiami i ustawianie ich, jak zabawek, w nowe układy i konfiguracje. Mogę spokojnie zaakceptować historyjkę o uczuciu łączącym Legolasa z Gimlim; Froda z Samem; Merry'ego z Pippinem; ale nie - Faramira z Czarnym Jeźdźcem. Dodajmy, żeby było trudniej, że granica między tymi dwoma typami relacji postaci jest też dość płynna...

Tu jeszcze wchodzi jeden drobny element - gatunek. Ja osobiście dość kiepsko znoszę zbytnie żonglowanie gatunkami i konwencjami między oryginałem a fikiem. Innymi słowy: kiepsko mi się czyta tragiczną historię o Jasiu Fasoli i farsowy fik o Hamlecie, a specyfika slashu, o której pisałam powyżej, często takie zmiany wymusza. No ale, to jest najmniejszy problem.

Generalnie: lubię, nie szaleję; doprowadza mnie do szału, ale tylko czasami; mam problem z parami i uważam, że czasami takie pary są lepsze, niż kanoniczne. No, biez wodki nie razbieriosz. No ale, zważywszy, że moim pierwszym kontaktem z fanfiction w ogóle, jako absolutnego niewiniątka, był ten tekst , to trochę trudno się dziwić. 

Albo inaczej: przepraszam, jak zwykle nie mam zdania, i ten brak zdania zajął mi osiem stron Worda.

| < Lipiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
O autorze
Zakładki:
Autorzy
Blogi
Miejsca: różne
Omnia mea
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...