Wyzwania

czwartek, 08 października 2015

Biorę udział w wyzwaniu czytelniczym LGTBQ, zaproponowanym przez Rusty Angel. Postanowiłam jednak zacząć to wyzwanie trochę... nietypowo.

Jakiś czas temu, za sugestią kolegi-blogera (Misiael, to do Ciebie), napisałam noteczkę mitologiczną. Szalenie przyjemnie mi się ją pisało - podobnie jak wymyślone nieco później notki o historycznych księżniczkach jako inspiracjach dla ewentualnych przyszłych powieści YA. Dzisiaj więc, na start wyzwania LGTBQ, postanowiłam napisać mini-notkę o chłopakach, dziewczynach i komplikacjach z płcią w mitologii greckiej. Może kogoś zainspiruje do jakiejś powieści, albo co.

Mówimy, oczywiście, o mitologii - tak jak poprzednio - rozumianej jako jej literacka wersja. Oczywiście, że część z tego, o czym mówię, ma źródła w tradycyjnych wersjach mitów, ale przecież dyskutujemy tu o mitach spisanych, funkcjonujących w obrębie wysokiej kultury literackiej i w imię literatury (ze względu na wymagania gatunku, literackie mody, preferencje autora) często przetwarzane. Pamiętajmy też, że jeśli mówimy o mitologii, to wybieramy z niej, za autorem, jakąś wersję danego mitu - ani jedyną, zazwyczaj, ani "kanoniczną", jeżeli w ogóle można takiego określenia użyć. I jeszcze jedno - zwykle, opowiadając taką historię na blogu, a nie, powiedzmy, w artykule naukowym, musimy ją skrócić, trochę uprościć i zrezygnować z ulubionej pokusy wrzucenia po sześć przypisów do zdania.

No dobra, dość teorii. Przejdźmy do... A nie, jeszcze trochę teorii.

źródło: en.wikipedia.org

Achilles na Skyros, fresk (I w. n.e.) z Domu Dioskurów, Pompeje

Trochę teoretyzowania o, dla odmiany, Grekach. O historycznej wersji tego, jak Grecy i Rzymianie traktowali związki męsko-męskie i damsko-damskie (a traktowali różnie, stąd moje rozróżnienie) może napiszę kiedy indziej, choć, oczywiście, to determinuje sposób interpretowania i przetwarzania przez nich mitów. Na tym etapie warto tylko stwierdzić (upraszczając, oczywiście, żadnych przypisów i rozdzielania włosa na czworo!) kilka faktów.

Po pierwsze, i dla Greków, i dla Rzymian, mężczyzna z zasady jest istotą od kobiety doskonalszą i tą, wokół której świat powinien się obracać; zdecydowanie lepiej, jak się jest facetem. Po drugie - zasadniczo nie ma problemu, póki tenże mężczyzna sypia z a) młodzieńcami, b) żoną, c) konkubiną/-ami, d) heterą/prostytutką, płci dowolnej, e) niewolnikiem/-cą, f) wyzwoleńcem/-icą itd.; jeden warunek: to on zawsze musi być stroną aktywną, zarówno w romansie, jak w seksie. W mitologii (a historycznie np. w Macedonii) może sobie, takoż, sypiać z najlepszym ukochanym przyjacielem, zwykle rówieśnikiem lub prawie rówieśnikiem. W Rzymie - w odróżnieniu od takich Aten - będzie miał kłopoty, jak spróbuje poderwać wolnego chłopca z obywatelskiej rodziny (w Atenach chłopiec, który nie jest podrywany przez mężczyzn, będzie.. hmmm, krytykowany to za mocno powiedziane, ale ma szansę znaleźć się w sytuacji nieco podobnej, w jakiej dziś jest w szkole osoba uznawana za obciachową). Wszędzie i zawsze, łącznie z mitologią, facet będzie miał kłopoty, kiedy zacznie zalecać się do cudzej żony albo niezamężnej córki, której nie zamierza poślubiać - no chyba, że tę córkę wpakował mu do łóżka, jak Ajtrę Egeuszowi, jej własny tatuś.  Powyższe generalnie nie dotyczy Zeusa: on może sypiać, z kim chce, nawet z własną córką.

I teraz, na tym tle, przyjrzyjmy się kilku nie całkiem typowym i niekoniecznie bardzo znanym historiom mitologicznym; teoretycznie głównie greckim, ale, tak się składa, znanych nam często dzięki poetom łacińskim: głównie Owidiuszowi, ale także twórcom kolejnej epoki, w tym przede wszystkim Stacjuszowi.


No to na początek trochę bardziej znany heros: ACHILLES. I trochę mniej znany epizod z jego życia. Ręka do góry, kto pamięta, jak mama Achillesa zamieniła go w dziewczynkę.

No, nie całkiem zamieniła, choć w mojej ulubionej Achilleidzie Stacjusza ta scena prawie wygląda na czary (a mama, było nie było, jest boginią, specjalizującą się w zmianie postaci i kształtu). Niemniej, nie chcąc puścić jedynaka na wojnę, Tetyda zapakowała Achillesa, przebrała za dziewczynę i umieściła na dworze króla wyspy Skyros, Likomedesa. Likomedes miał cały tabun córek,  myślała Tetyda, jedna więcej nie zrobi różnicy. Achillesowi średnio się ta idea podobała, ale zmienił zdanie po tym, jak zobaczył najstarszą ze swoich nowych przyjaciółek, Deidameję.  

No więc Achilles został na Skyros jako Pyrra ('Ognista', 'Ruda'), dziewczyna, którą wychowano na Amazonkę, a teraz miała tu, wśród innych nastolatek,  nabrać ogłady i nauczyć się kobiecych sztuk. Udawał dziewczynę; no, przed Deidameją nie udawał, od kiedy ją zgwałcił (i nie, akurat w wersji Stacjusza, za która tu idę, tego nie da się określić inaczej, żadne uwiedzenia ani takie inne - kto nie wierzy, łapać linkę i przechodzić do wersu 640) podczas nocnych obrzędów ku czci Dionizosa.

Potem, krótko, było tak: Deidamieja była w ciąży, a do Greków dotarło, że bez Achillesa za cholerę nie wygrają pod Troją. Ergo, Odyseusz przyjechał, udawał kupca, rozłożył kramy, dziewczyny się rzuciły na klejnoty, Achilles sięgnął po wyłożoną na sprzedaż broń, po tym został rozpoznany - znana historia. Odyseusz, ku wściekłości Tetydy, wyciągnął Achillesa na wojnę i tak się skończyło Achillesowe dziewczynkowanie.

 

No dobra, to może ktoś mniej znany. CAENIS. Znaczy, Caeneus. Znaczy, Caenis.

Tesalska królewna Caenis (Kajnis, jak by się ją z grecka wymówiło, Owidiusz zresztą wymówiłby ją tak samo) była dziewczyną, a niespecjalnie to lubiła. Nie miała też ochoty wychodzić za mąż. Nie miała, również, zbyt wiele do powiedzenia, kiedy podczas samotnego spaceru po plaży napotkała Posejdona, boga mórz. 

Posejdon nie był z tych pytających kobiety o zgodę. Zgwałcił Caenis, a potem (jako że miał zwyczaj wynagradzać kochanków, dobrowolnych czy nie), czego sobie życzy w prezencie. Do głowy mu nie przyszło, pisze Owidiusz, że Caenis zażyczy sobie, żeby ją zamienił w mężczyznę. No ale słowo się rzekło, obietnicę się złożyło, na miejscu urodziwej dziewczyny stanął postawny, potężnej budowy mężczyzna.

Caeneus zrobił zresztą sporą karierę jako heros: brał udział w łowach kalidońskich i zasłynął z (także otrzymanej w darze od Posejdona) odporności na rany zadane przez broń. W końcu zabili go centaurowie, przywalając pniami sosen; niektórzy mówili, że jego dusza złotym ptakiem wzniosła się ponad wrogów, inni, że ziemia pochłonęła go i zabrała wprost do Tartaru. Tam jednak, jak twierdzi Wergiliusz, korekta płci przestała działać: w krainie zmarłych, gdzie widział go Eneasz, Caeneus z powrotem stał się kobietą.  

 

No to jeszcze jedna historia. Tym razem bez żadnych gwałtów, obiecuję, za to z groźbą mordu w tle. Proszę państwa, oto IFIS.

Było tak: Kreteńczykowi Ligdusowi i jego żonie Telethusie miało się urodzić dziecko. Mężuś, przyjemniaczek, był nieco bardziej radykalną wersją Henryka VIII: obiecał żonie, że ją zabije, jeżeli ta nie urodzi mu syna. Przerażoną położnicę odwiedziła w nocy Izyda, patronka kobiet, zwłaszcza tych zdesperowanych, i kazała się nie martwić: niech będzie, co ma być. Potem osobiście przyjęła poród i kazała matce zająć się - oczywiście, jak się łatwo domyślić, dziewczynką.

Telethusa oświadczyła, że Ifis (to jest uroczo dwuznaczne imię, może być męskie lub żeńskie) jest chłopcem. Jak chłopca ją ubierała, na chłopca wychowywała.... a w końcu, jak chłopcu, tatuś postanowił znaleźć czternastoletniemu Ifisowi żonę; z własną żoną tego planu najwyraźniej nie skonsultował. Ergo, wybrał dla syna śliczną córkę swego znajomego, pannę imieniem Ianthe, jego rówieśniczkę, z którą wspólnie się uczyli. 

Jasnowłosa Ianthe, a.k.a. Fiołeczka, zakochała się w Ifisie, kiedy tylko się poznali - hmmm, może dlatego, że charakterem i nawykami różnił się na przykład od swego uroczego tatka? Ifis też się zakochała, ale wiedziała, że nic dobrego z tego nie wyniknie. Po pierwsze, jako kobieta nie mogła przecież kochać innej kobiety, to było nie w porządku (yeah, Rzymianie); po drugie, Ianthe przecież zakochała się w chłopcu! Nie miała pojęcia o prawdziwej naturze Ifis! Co to będzie, co się stanie w noc poślubną?Muszę się odkochać, muszę przestać, nie mogę się ożenić... nie mogę powiedzieć ojcu, nie mogę, nie mogę....

W końcu, zdesperowana i przerażona, Ifis poszła z matką do świątyni Izydy. W końcu kiedyś bogini obiecała Telethusie pomoc...

Płakały, modliły się, aż wymodliły reakcję bogini: ziemia zadrżała, a Izyda skinęła na kobiety. Wyszły ze świątyni, a z każdym krokiem Ifis się zmieniała: szła dłuższymi krokami, zmieniał się jej głos, kształt twarzy, włosy... Ze świątyni wyszła dziewczyna, ale do domu dotarł młody chłopak: Ifis, gotowy do ślubu z ukochaną.

I był ślub, a potem państwo młodzi żyli długo i szczęśliwie. Założę się, że tego się nie spodziewaliście po greckiej mitologii.

 

 

A następny wpis z cyklu wyzwaniowego będzie o jakiejś powieści, obiecuję. 

sobota, 03 stycznia 2015

Dzisiejsze wyzwanie wymyślił Zwierz popkulturalny.

Dzisiaj ergo: 10 filmów, które bym wpisała na listę lektur kursu "Jak nauczyć się rozumieć kino".
I zauważcie, że kurs nie nazywa się bynajmniej "Największe arcydzieła w historii kina".
Ani nikt nie mówi, że to są wszystkie lektury do takiego kursu.
A już na pewno nie nazywa się ten kurs "Ulubione filmy ninedin"

Koncentruję się na kinie amerykańskim i po części zachodnioeuropejskim, nie dlatego, że uważam je za jedyne warte oglądania, ale dlatego, że najlepiej je znam. A, i to jest notka od nie-filmoznawcy, pamiętajcie.


1. Film, który pokaże, czym się kino różni od innych sztuk i na czym polega jego odrębność, specyfika i charakter. Film, innymi słowy, pozwalający zobaczyć kino w całej jego wielkości, odrębności i specyfice. Jeszcze innymi słowy, jeden z tych filmów, które zdefiniowały kino jako takie. Wybieram 'Lawrence'a z Arabii", bo aktorsko, wizualnie i muzycznie jeden z moich ukochanych filmów w historii kina.



2. Film, który udowodni, że kino potrafi grać z innymi dziedzinami sztuki i się do nich twórczo, pomysłowo odnosić. Proszę bardzo, "Watchmen" Zacka Snydera według komiksu/powieści graficznej, jak tam sobie chcecie, Alana Moore'a. Fabularnie momentami znacząco się różni, ale wizualnie - zerknijcie na kadry filmu i na te komiksowe, zobaczcie, jak Snyder powtarza i przekształca wizje ze swojego tekstu źródłowego.
Można zastąpić "Amadeuszem", a konkretnie scenami z muzyką z tegoż, jak ktoś nie chce komiksu. Nie potrafię skojarzyć takiego filmu z malarstwem (nie, "Dziewczyna z perłą" mi nie pasuje).

 

3. Film, który pokaże, jak kino rozumie samo siebie i samo się do własnej tradycji, własnej specyfiki, własnych w końcu wad i bzdur i mitów odnosi. I tu, proszę państwa, jeden z dwóch filmów: albo "Ed Wood" Tima Burtona z jego odą do złego kina i do nieszczęśliwej, w gruncie rzeczy, do kina miłości, albo głupia komedia. Tak, niezbyt mądra komedia, jaką jest "Tropic Thunder", bo to, jak ogrywa ona i obśmiewa filmowe konwencje i pozy - i te związane z kinem czysto rozrywkowym, i te kojarzące się ambitnie, a chwilami do bólu pretensjonalnie - jest po prostu znakomite.
PS. Zawsze można Felliniego, oczywiście.



4. Film, który zaprezentuje, jak kino przetwarza coś, co dostaje zastane: w tym konkretnym przypadku historię. Właśnie nie po to, żeby pokazać, jak kino zamienia się w wizualną wersję pracy naukowej, tylko żeby zaznaczyć, co robi - i ma/może robić, taka jego specyfika! - inaczej. A co mi tam, dam tu film, którego osobiście nie cierpię z całego serca, bo to nie mój typ kina, ale który pasuje znakomicie. W "Marii Antoninie" Sofia Coppola zainspirowała się popularnonaukową biografią królowej pióra Antonii Fraser, ale stworzyła na jej postawie własny film: niekoniecznie o historycznej królowej Francji, bardziej o samotnej, bogatej i nieszczęśliwej dziewczynie, podobnej chyba raczej do współczesnych bohaterek jej filmów niż do pierwowzoru z historii. Jak z postacią, tak i z gadżetami: scenografia też jest teoretycznie inspirowana historią, praktycznie - głównie współczesnymi jej przeróbkami i haute couture. Wolno autorce? Wolno.



5. Film, który pomoże zrozumieć ideę gwiazdy filmowej, w opozycji do idei "Wybitny aktor w filmie": "Pół żartem, pół serio" i oczywiście Marilyn Monroe. Która wcale nie ma w tym filmie ani wybitnej, ani jakoś szczególnie ciekawej roli - ot, gra śliczną, niemądrą i ociekającą seksem piosenkarkę; ale jak ona jest na ekranie, to widać głównie ją.

6. Film, na którym można nauczyć odbiorcę, na czym polega magia efektów specjalnych i kina jako kreacji rzeczy, których nie ma. U mnie "Sky Captain and the World of Tomorrow". Tak, zgadzam się, to jest film o niczym, w zasadzie. I zgadzam się po raz drugi, tu równie dobrze można byłoby wrzucić któryś kolejny blockbuster z danego roku, taki "Interstellar"na przykład. Wybrałam "Kapitana", bo efekty ma szalenie pomysłowe, jednocześnie nowoczesne i staroświeckie; bo odwołując się do historii kina, tworzy obraz sztuczny, celowo filmowy, nie próbujący tak naprawdę naśladować rzeczywistości ani jej imitować.

 

7. Film, który pozwoli zrozumieć ideę "kina kultowego": filmu średniej nieraz jakości, który budzi w widzach taki typ emocji, skojarzeń i fascynacji, że przechodzi do legendy i urasta w zjawisko wymykające się prostym refleksjom i opisom. Wybaczcie klasyczne skojarzenia, ale nescio quid jest tu chyba jedyną odpowiedzią.
Ja wybieram "Velvet Goldmine", bo to mój kultowy film, ale dowolny kultowy film od upiornego "Planu nr 9 z kosmosu" po, powiedzmy, lepsze o n+1 klas "Pulp Fiction" się sprawdzi.

 

8. Film, dzięki któremu widzowie sobie uświadomią, że kino to nie tylko pełnometrażowa fabuła, ewentualnie kreskówki dla dzieci. Proponuję "The Wall" Alana Parkera, bo i inspiracja nietypowa (ekranizacja płyty!), i animacja zdecydowanie nie dla małego widza.

9. Film, który nie chce być tylko rozrywką, który jakoś sięga do spraw współczesnych, mniej lub bardziej ważnych, i je przetwarza, się do nich odnosi. No dobra, wbrew mojemu pierwszemu skojarzeniu (oglądane ponownie niedawno znakomite "Śniadanie na Plutonie") niech będzie klasyka ("Wszyscy ludzie prezydenta").

 

10. Film, który pokaże, jak cudowną rozrywką może być kino, jak może nas zabrać gdzie indziej, gdzieś, gdzie nas nie było. Dla mnie prywatnie z miliona powodów pierwszym tu skojarzeniem jest ten właśnie film.




Ech, z dwadzieścia razy tyle by trzeba, żeby ta lista miała jakikolwiek sens.

środa, 10 września 2014

 

To będzie pierwsza notka z okazji wyzwania u Rusty Angel.

I od razu z grubej rury. Zaczniemy od retellingu ironicznego, jadowitego i mocno subwersywnego, za nic mającego szacowne Tradycje Kultury.

Wśród tych Tradycji, wpajanych nam od dzieciństwa przez dom i szkołę, szczególne miejsce zajmuje Tradycja Antyczna - szacowna jak nie wiem co, poważna, że bez kija nie przystąp (a wiem, co mówię, filologia klasyczna to mój zawód od prawie dwudziestu lat). I dostarczająca wzorcowych i umoralniających opowieści i przykładów na każdą okazję.

No to proszę, jeden z tych przykładów: Orfeusz i Eurydyka. Wzorcowa, obok Tristana i Izoldy, historia o miłości poza i ponad grób. O uczuciu prawdziwym i małżeństwie idealnym. Tragiczna, romantyczna i wzruszająca. Genialny śpiewak pokochał olśniewająco piękną kobietę, a gdy zły los i złe zamiary innego mu ją odebrały, gotów był poruszyć niebo i ziemię i pójść, dosłownie, do samego piekła, byle tylko ją dostać z powrotem. Przeżył, ona nie, a wraz z nią umarła na zawsze radość w jego życiu (1).


No chyba, że tak naprawdę było inaczej.

Bo jeszcze mogło być tak: po paru latach od ślubu Orfeusz i Eurydyka mają już siebie nawzajem do wyrzygania dość. Ona wiecznie sama w domu nawiązuje nieśmiały romans z uroczym pasterzem z sąsiedztwa, Aristajosem (i tak, jak się pamięta mityczne szczegóły, to ten detal jest co najmniej intrygujący i lekko makabryczny: Aristajos w mitologii to bóg pszczół, który Eurydykę chciał zgwałcić; uciekając przed nim, nadepnęła na żmiję, dlatego umarła). On z kolei  - zarabiając marnie jako nauczyciel muzyki - miewa stosuneczki z przynajmniej kilkoma nimfami i pastereczkami raczej lekkawych obyczajów.
Rozwód byłby, tak po prawdzie, błogosławieństwem  - zwłaszcza po tym, jak Eurydyka odkryła, że mąż tak naprawdę kocha pasterkę Chloe, a nie ją. No ale nie - przecież, że nie. Opinia Publiczna nie może na to pozwolić!

Opinia Publiczna, jakby kto chciał wiedzieć, nie jest tu żadnym abstrakcyjnym konceptem: jest jak najbardziej postacią w tej bajce  - i to ważną postacią. Jest... nami, wychowanymi w Tradycji, a jednocześnie - jest wszystkim tym, czego zazwyczaj w tej Tradycji nie znosimy. Opinia nie życzy sobie skandalu - żadnych rozwodów, żadnych nowych związków, w końcu wszyscy wiemy, że Orfeusz kocha Eurydykę.

A potem Eurydyka umrze. Musi umrzeć: bez tego nie byłoby tej historii, prawda? Ta miłość ma być silniejsza niż śmierć, ergo  - śmierć jest potrzebna. No tyle, że - jak trzeźwo zauważa Eurydyka - w sumie umrzeć nie jest wcale tak źle, jeżeli sam pan Śmierci jest w tobie zakochany.
A jest: Aristajosem jest bowiem nie kto inny, jak sam Hades, władca zaświatów. Zakochany w Eurydyce, knuje wraz z Orfeuszem plan. Wszyscy skorzystają: Orfeusz dostanie wolność i szansę ślubu z Chloe, Hades - ukochaną, Eurydyka - wieczną miłość, na którą czekała. A win - win scenario, czyż nie?

No... nie. Bo jeszcze jest w tym wszystkim Opinia Publiczna. A ta sobie takich bezeceństw Nie Życzy. Ergo Opinia zaszantażuje Orfeusza ("Jak się będziesz stawiał i po żonę nie pójdziesz, to już ja zadbam o to, żebyś stracił reputację i zyskał opinię niemoralnego, a kto cię wtedy wynajmie jako nauczyciela dla swoich dzieci, no kto?") i pośle go po Eurydykę.

Znaczy się, zanim Orfeusz powlecze się chcąc nie chcąc do Hadesu, musi najpierw dotrzeć na Olimp i zyskać zgodę bogów. Na Olimpie taka nuda, że każda atrakcja jest dobra - a Orfeusz, i owszem, wzrusza bogów do łez pieśnią, tylko że nie swoją: "natchniony artysta" nie umie nic innego, jak podkraść cudzą melodię i przy jej pomocy starać się uzyskać to, czego chce... No ale dobra, uzyskuje, i może już spokojnie wędrować do Hadesu; ba, bogowie, z Zeusem na czele, chętnie mu potowarzyszą....    

I tak - rozprawiwszy się w części pierwszej z mitem o wiecznej miłości i o twórczym geniuszu Orfeusza  - w drugiej zajmiemy się demolowaniem mitu o cnocie i wierności Eurydyki. Nudzi się jej w Hadesie, nomen omen, śmiertelnie - zazdrosny kochanek nie daje jej swobody i wyznaczył wyjątkowego tępaka i brutala na jej strażnika. Eurydyka nie była nigdy wierną żoną i wierną kochanką też nie będzie. Uwodzicielowi nie zajmie zbyt wiele czasu jej zdobycie, i to nawet mimo faktu, że za bardzo się nie wysili: dla innych przyjmował postacie byka i orła, tu zamieni się w złotą bo złotą, ale jednak muchę...

I kiedy w końcu przyjdzie Orfeusz, ze swoją kabotyńską prośbą o żonę, kiedy będzie od początku wiadomo, że nie wykona zadania i że nikt z tego powodu nie będzie płakał (może poza zdradzonym dla króla bogów Hadesem), kiedy będzie oczywiste, że Eurydyka zostanie na wiecznych orgietkach i potańcówkach w światku bogów, Orfeusz będzie miał spokój, a Opinia - swój materiał na pouczającą i umoralniającą historyjkę  - wtedy to cyniczne zakończenie wyda się nam jedynym możliwym i śmiać nam się przez chwilę będzie chciało z wszystkich romantycznych wersji. Znaczy, będziemy się z tej och jakże postmodernistycznej i nowoczesnej wersji chichrać, aż sobie uświadomimy/ przypomnimy/ dowiemy się, że Ludovic Halévy i Hector-Jonathan Crémieux napisali ją (dla Jacquesa Offenbacha, do jego muzyki), jakoś w roku 1858.

Yup, retellingów ironicznych i postmodernistycznych nie wymyślono w naszych czasach (w czasach Offenbacha też nie, patrz: Diktys z Krety, IV w. n.e.).

Założę się, że nawet ci, którzy w życiu nie posłuchali, z własnej woli, ani kawałka operetki, znają jeden z utwór z tej konkretnej, z Orfeusza w piekle znaczy. O, ten (znaczy się, tamtejszą wersję galopu piekielnego, co skoro mówi o poziomie powagi dzieła). Następnym razem, jak kogoś zbierze na posłuchanie go, może przy okazji sięgnie po błyskotliwy polski przekład libretta, pióra K. I. Gałczyńskiego. Bo wbrew pozorom, Orfeusz w piekle to więcej niż tylko efektowna, rubaszna momentami farsa: dla mnie, zafascynowanej ideą retellingu z jednej, a przetworzeniami i rozumieniem tradycji klasycznej z drugiej strony, jest to jeden z najlepszych, najbardziej pomysłowych i bezlitosnych przykładów buntu przeciw temu, co tę antyczną tradycję najskuteczniej zabija: podchodzenia do niej na kolanach i zawsze ze śmiertelną - szkolną - powagą. 

PS. Rusty chciała mieć w swoim wyzwaniu także media inne niż literatura - mam nadzieję, że operetka pasuje :)
P.PS. Imiona postaci w libretcie są łacińskie: użyłam we wpisie greckich, głównie po to, żeby namieszać i nie zasugerować od razu, że XIX wiek, kiedy to uwielbiano latynizować.

 

(1) Co skądinąd świadczy, że autorzy naszych podręczników do mitologii starannie ignorowali Owidiusza. Ale to, co tam Owidiusz wypisuje o Orfeuszu po śmierci Eurydyki - och, jak by to nie pasowało do Tradycji! 

 

Ludovic Halévy  (autor), Hector-Jonathan Crémieux (autor przeróbek i uzupełnień), Jacques Offenbach (kompozytor), Orfeusz w piekle; przekład polski Konstanty Ildefons Gałczyński, premiera paryska (otoczona co najmniej lekkim skandalem i oburzeniem strażników Tradycji) w 1858 roku. 

Rusty Angel zaproponowała, a ja entuzjastycznie podjęłam wyzwanie retellingowe.

 

Podejmuję je z dziką rozkoszą, bo retellingi uwielbiam. Uwielbiam je zresztą nie tylko w literaturze - pewnie we wszystkich prawie moich notkach widać, jak bardzo intrygują i inspirują mnie przetworzenia dzieł kultury w innych tej kultury dziełach, aluzje, skojarzenia i nawiązania. To jest idealne wyzwanie dla mnie!

Zanim jednak zabiorę się za notki ściśle wyzwaniowe, pozwolę sobie, w ramach remanentu, przypomnieć kilka takich, które mogłyby się do tegoż wyzwania nadać.


Notka z czasów, kiedy nikt mnie nie czytał, o książce, którą przeczytać warto, warto, warto: Delia Sherman, Through a Brazen Mirror.

 

Inna notka, z tych samych czasów, o innym retellingu zdecydowanie wartym uwagi: Ellen Kushner, Thomas the Rhymer

 

Dwie recenzje dwóch retellingów tej samej ballady; Diana Wynne Jones i Pamela Dean (do której chyba muszę wrócić, bo Rusty w swojej mocno krytycznej recenzji wypunktowała parę rzeczy, na które wtedy nie zwróciłam uwagi).

 

I na koniec - Księga cmentarna Neila Gaimana jako retelling. A nawet półtora retellingu (bo Księgi dżungli i Odysei). I mój ukochany retelling Studium w szkarłacie.


wtorek, 19 listopada 2013

W dzisiejszym odcinku serialu "Liebster Award"..... ruszamy z pytaniami od Zwierza!

 

 


 

  1. Pewien recenzent dał jedną gwiazdkę grze pisząc, że robi to, dlatego, że jedna z misji polega na torturowaniu przeciwnika. Poza tym gra jest dobra. Zgadzasz się z tym? Za co byś tak obniżyła/obniżył ocenę filmu/gry/serialu?

    Och, ja sobie powoli wpis piszę na ten właśnie temat! I chyba nie umiem odpowiedzieć krótko.
    Generalnie: nie wiem, czy da się oddzielić ocenę estetyczną od etycznej; w teorii moje przekonanie mówi, że trzeba - że autor może być potworem, a dzieło może propagować najbardziej odrażające idee, a i tak w mojej opinii nie da się tylko na tej podstawie zanegować wartości czysto estetycznej/artystycznej danego dzieła. Tyle teoria. Ale ja sama często łapię się na tym, że - w teorii nie odrzucając - w praktyce trzymam się od takich dzieł z daleka. Ergo...
    Ergo, ja jednak może ten wpis napiszę...

  2. Musisz wybrać – do końca życia nie zobaczysz żadnego filmu/serialu albo nie przeczytasz żadnej książki. Co wybierasz.

    Skok na główkę z dziesiątego piętra, mam wrażenie, byleby uniknąć wyboru. Nie umiałabym się zdecydować.
    Jeszcze kilka lat temu odpowiedziałabym bez problemu: nie mogę żyć bez czytania, bez oglądania będę nieszczęśliwa, ale przeżyję. W tej chwili nie wiem, serio, nie wiem.

  3. Zwierza zapytano kiedyś, dlaczego zarywa noc by oglądać Oscary. No właśnie. Dlaczego?

    Ja zarywam z tych samych powodów, co przy oglądaniu igrzysk olimpijskich, jak są gdzieś w innej strefie czasowej: dla rywalizacji (jak w tym roku, kiedy bardzo czekałam np. na nagrodę dla najlepszej aktorki drugoplanowej) i dla podpatrzenia - tak, wiem, że to jest w dużym stopniu, jedno i drugie, reżyserowane! - ludzkich reakcji tych, którzy wygrywają i nie wygrywają. I dla kiecek.

  4. Woody Allen nakręcił kiedyś film a potem uznał, że mu się on nie podoba i nakręcił go w zasadzie jeszcze raz z nieco inną obsadą. Który film należałoby nakręcić jeszcze raz, (ale nie od początku tylko tak połowicznie)?

    Prometeusza (zostawić obsadę, dopisać brakujący scenariusz). Powrót króla (zmontować na nowo, korzystając z wersji rozszerzonej, i - jak dla mnie - zmieniając obsadę postaci Aragorna ze skądinąd bardzo przeze mnie szanowanego Viggo Mortensena na kogoś mniej melancholijnego, a bardziej charyzmatycznego). 

  5. Jaki był pierwszy film, który obejrzałeś/obejrzałaś, mimo że absolutnie nie był dostosowany do twojego wieku?

    Aliens, bo rodzina puściła mnie (12 lat) do kina, myśląc, że to takie SF jak ET. Zapewniło mi to lata, lata koszmarów sennych, z których wyleczył mnie dopiero Alien IV - był tak głupi, że nie dało się go bać.

  6. Czy znacie jakiś wiersz na pamięć? Jeśli tak to, jaki i kiedy go cytujecie, jeśli w ogóle?

    Milion. I przy każdej możliwej, niestety. W kilku językach (polski, łacina, greka, angielski, włoski, rosyjski). Mam pod ręką cytaty na każdą okazję, jak ciocia z komedii... 

  7. Jaka jest najbardziej szalona rzecz, jaką zrobiliście w imię realizowania swoich pasji?

    Pojechałam do Londynu, żeby pójść na Wiele hałasu o nic z Davidem Tennantem i Catherine Tate. Po czym wstydziłam się pójść pod backstage door i nie poszłam.

  8. Czy lepiej być życzliwym i naiwnym czy diablo inteligentnym, ale pozbawionym złudzeń wobec świata?

    Jestem tym pierwszym, mam wrażenie. Nie jest fajnie. Ale niestety, chyba bym się na to drugie kompletnie nie dawała (inteligencji brak, złudzenia są), ergo, jak się  nie ma, co się lubi...

  9. Możecie urządzić jedną akcję, w którą ludzie na pewno się zaangażują i która może nieco zmienić świat. Co proponujecie?

    Hmmmm... Podejrzewam, że coś związanego z powszechnym dostępem do edukacji, ale co - no, żeby wymyślić, co, to by trzeba nie być mną, tylko kimś dużo lepiej zorganizowanym...

  10. Okazuje się, że odnaleziono zaginiony utwór waszego ulubionego kompozytora/wykonawcy, ale wszyscy zgodnie mówią, że jest słabszy od wszystkiego innego. Chcecie wysłuchać?

    Tak. Za często nie zgadzałam się z ludźmi w ocenie estetycznej mnóstwa rzeczy (moje ulubione sztuki Eurypidesa to te dwie uchodzące za najsłabsze...), że musiałabym się przekonać sama. Plus, mam umysł kolekcjonera - uwielbiam mieć poczucie, że przeczytałam/obejrzałam/poznałam WSZYSTKIE dzieła danego autora ;)

  11.  Dlaczego ten post ma 14 stron?

    Szczęśliwa 13 +1, oczywiście.
sobota, 16 listopada 2013

Anna vel Adeenah nominowała mnie do Liebster Award. Dziękuję!

 


To jest zabawa w założeniu dla nowych blogów, ergo nie jestem pewna, czy - tkwiąc od sześciu lat pod tym samym adresem na bloksie - ciągle zasługuję na nominację (tego bloga nie będzie już czytało więcej ludzi, niż w tej chwili, nie ma takiej możliwości). Niemniej, ponieważ Adeenah wymyśliła urocze pytania, z przyjemnością na nie odpowiem. Założenia zabawy są następujące:

 

„Nominacja do Liebster Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za „dobrze wykonaną robotę” Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował.”

 

No to OK: pytania Adeeny, odpowiedzi moje:

 

1. Policz swoje serca i pochwal się wynikiem.
Jedno, trochę połatane po złamaniach, przygodach i przeżyciach.


2. USS Enterprise czy TARDIS? Odpowiedź uzasadnij.
TARDIS, oczywiście. Byłabym wyjątkowo, wyjątkowo, wyjątkowo kiepskim oficerem czegokolwiek, a na zamiennik Guinan się nie nadaję.


3. Czy byłby z Ciebie dobry Sherlock? Dlaczego?
Nie... płaczę i rozpaczam pisząc te słowa, ale nie. Za bardzo lubię ludzi i nie umiałabym ani założyć, że mają coś okropnego do ukrycia (co mnie dyskwalifikuje jako detektywa), ani ich skutecznie obrazić (co mnie dyskwalifikuje jako pewnego konkretnego high functioning sociopath). Poza tym poleciałabym do Watsona z wytłumaczeniem, co się stało, jakieś 15 minut po wydostaniu się z pewnego wodospadu.


4. Najlepsza ziemska herbata to...
... Imperial Earl Grey z Marksa i Spencera (sorry za reklamę!), w moim skromnym odczuciu. Oraz, ostatnio z Korsyki przywiozłam taką z kwiatkami chelichrysum (czegoś takiego), też jest rozkoszna.


5. Co sądzisz o Gornie.
Że fajnie by było, gdyby go napisał Timothy Zahn.


6. Jaki jest Twój ulubiony gatunek kosmity i dlaczego właśnie on.
Są w Stargate takie miłe, trochę nieporadne stworzonka, które mają chylącą się ku demograficznemu upadkowi supercywilizację. Nazywają się Asgardowie i nieodmiennie mnie rozczulają, słoneczka moje kochane.

 



7. Gdybyś dysponował(-a) technologią Władców Czasu, to jaki przedmiot uczynił(-a)byś większym w środku?
Zawsze myślałam, że moją torebkę, ale ostatnio to głównie salę kina Mikro w Krakowie.


8. Gdybyś posiadał(-a) wehikuł czasu, gdzie i kiedy udał(-a)byś się w pierwszej kolejności?
W dwa Tajemnicze Miejsca, o których wolałabym nie mówić głośno (bo plan obejmuje działania przestępcze). Potem do Rzymu w I w. p.n.e., poznać Katullusa. Potem to już gdziekolwiek.


9. Który język wolał(a)byś opanować - klingoński czy Quenye?

Your question is invalid, Quenyę znam - w stopniu absolutnie nie zbliżającym się do mistrzów i specjalistów pokroju Ryszarda Derdzińskiego, ale znam. Do klingońskiego mam podręcznik.

 

10. Dlaczego Smaug nie ma niebieskiego szalika?
Bo zeżarł owce i nie ma skąd wziąć wełny. Elementarne.

 

11. Przyznaj się w tej chwili do którego domu w Hogwarcie należysz.
Na portrecie jestem z Gryffindoru, ale to ściema: w rzeczywistości (wskazało kilka różnych ankiet) - Ravenclaw. Nawet mam szaliczek i chadzam w nim na zajęcia do studentów. 

 

To ja!

 

I teraz tak. Mam taki drobny problem: mianowicie, ostatnio kiepsko u mnie z czasem. Co oznacza, że w sieci czytam głównie blogi, które już  znam. Co znaczy z kolei, że będę miała problem z wyzwaniem jedenastki, zwłaszcza gdybym chciała unikać osób już zaproponowanych przez nominującą mnie Adeenę. Umówmy się więc tak: w mojej modyfikacji zabawy ile blogów, tyle pytań.


Tak więc - wyzywam:

1. Oscets: recenzje (pop)kulturalne, na różne tematy, zawsze ciekawe.

2. Ferengis: Drakaina, sorry, wiem, że nie masz czasu, ale ja naprawdę chcę usłyszeć publiczną odpowiedź na jedno z proponowanych pytań.

3. Sherlockiana: bo, ojej, było tak FAJNIE, gdyby się udało sprowokować nową notkę...

4. zilwicki.blog.pl, co Ty na to?

 

I pytam:

1. Jesteś Thursday Next. Na 24 h możesz się zamienić z dowolnym bohaterem literackim/serialowym. Kogo wybierzesz i jak mu/jej zamieszasz w życiu?

2. Jesteś Córką Doktora. Masz wehikuł czasu i licencję od Jacka Harknessa na legalne wykradzenie jednej jedynej osoby z jej linii czasowej w historii Ziemi i zabranie ze sobą w dowolne miejsce czasoprzestrzeni. Kogo/dokąd?

3. Jesteś Lokim (tym wprost z mitologii, nie tym z Marvela) i zamierzasz zasiać trochę chaosu. W tym celu wyciągasz z dowolnych dwóch uniwersów dwie postacie i umawiasz na randkę LUB spotkanie towarzyskie bez romantycznego podtekstu, które się musi skończyć katastrofą. Kogo z kim? I z czego wyniknie katastrofa?

4. Jesteś Muzą. Masz szansę zagwarantować wielką, mega, światową super hiper karierę i popularność jednej powieści/filmowi/serialowi/fandomowi, który uwielbiasz Ty i zdecydowanie za mało osób poza Tobą; uważasz, że zasługuje na znacznie więcej, niż ma. Jaki wybierzesz i dlaczego?

środa, 06 listopada 2013

Diana Wynne Jones, Fire and Helmock, 1984

 

iiiiiiiii....... spojlery (ale nie bardzo dużo)!

 

 

Część (spóźniona) wyzwania książkowego Rusty Angel.

 

 

No więc tak: ta książka ma wszystko, co lubię. Ma bohaterkę - żywą, z jednej strony prawdziwą, w sensie - przekonującą, psychologicznie wiarygodną, z drugiej - pięknie odpowiadającą pierwowzorowi, z którego została wywiedziona. Ma skomplikowaną sieć literackich i artystycznych aluzji i odwołań, od Tolkiena po Beethovena (na marginesie: czy wszystkie książki oparte na starych balladach mają wpisaną w samo założenie ambitną intertekstualność? Mój ulubiony Tam Lin Pameli Dean, oparty nb. na dokładnie tych samych dwóch balladach, ma identycznie). Ma intrygująco prowadzoną narrację z elementami miliona różnych gatunków literackich (od thrillera przez powieść o dorastaniu, książkę dla młodzieży, fantasy, powieść psychologiczną...) i z intrygująco nieoczywistym finałem. Ma, wreszcie, pomysł: przeniesienie bardzo klasycznej ballady (a nawet dwóch, bo obok Tam Lina są tu elementy wzięte z Tomasza Rymopisa) w jak najbardziej współczesne realia.

Zdaję sobie sprawę, że nie każdy podziela mojego fioła na punkcie książki zatytułowanej The Oxford Book of Ballads, więc może kilka słów wprowadzenia na początek. Thomas the Rhymer to jest ta powszechnie znana historia o poecie i królowej elfów, o powrocie z krainy elfów po siedmiu latach itd. itd. itd. (a Ellen Kushner napisała na jej podstawie znakomitą powieść fantasy). A Tam Lin z kolei to jest opowieść o dziewczynie - dziewczynie zakochanej w bardzo nieodpowiednim chłopcu. Janet wszyscy ostrzegają, że powinna się od Tam Lina trzymać z daleka - no ale jak się trzymać z daleka od kogoś takiego? Janet spotyka Tam Lina i jakoś (nie żeby tekst ballady precyzował, jak) zachodzi w ciążę i nie bardzo nawet wie, kim jest ojciec jej przyszłego dziecka - póki, oczywiście, nie dowie się, że to on jest damsel in distress, a ona ma być rycerzem w lśniącej zbroi. Innymi słowy, Janet musi ratować ukochanego przed jego z kolei panią i kochanką, Królową Elfów, która zamierza oddać go piekłu w daninie. Janet przechodzi przez zestaw prób zwykle zarezerwowanych dla herosów płci męskiej (rozpoznanie ukochanego, utrzymanie go w ramionach mimo licznych przemian, okrycie i de facto porwanie nagiego kochanka spomiędzy orszaku Królowej), odzyskuje chłopaka, żyją długo i szczęśliwie.

Już z mojego mocno spłycającego streszczenia widać, co jest w tekście wyjściowym ciekawe i co mogło zaintrygować akurat Dianę Wynne Jones do napisania własnej wersji: po pierwsze, zamiana tradycyjnych ról; po drugie, fascynująca dwoistość postaci i świata.
Janet w balladzie - a także Polly, główna bohaterka Fire and Hemlock - to są postacie niejednoznaczne, nieoczywiste. Z jednej strony, na pewnym podstawowym poziomie obie są stuprocentowo, tradycyjnie (chciałoby się powiedzieć: literacko) kobiece: Janet oczekuje dziecka (jest bardzo wyraźnie kochanką, przyszłą żoną i matką), Polly jest dziewczęco śliczna; dla obydwu też miłość (do Tam Lina i przyszłego dziecka u Janet, do Thomasa u Polly) jest jedną z głównych motywacji. Z drugiej strony - i to jest o niebo ważniejsze - obie dostają od losu w (wątpliwym?) prezencie konieczność zagrania roli tradycyjnie w podobnych opowieściach przypisywanej mężczyźnie: Janet podejmuje się roli herosa z konieczności, Polly ją bardzo, bardzo wyraźnie wybiera: w końcu już przy pierwszym spotkaniu z Thomasem bierze sobie owidiuszowo-szekspirowskie imię Hero i wymyśla opowieść o nich dwojgu jako superbohaterach w przebraniu... Polly nie jest przy tym tylko chłopczycą, bohaterką, która chciałaby być bohaterem (och, jak ja nie znoszę tego typu postaci!) - ona, nie przestając być sobą, dziewczynką, dziewczyną, jest jednocześnie, jak Janet z ballady, kobietą-herosem, bohaterką w roli bohatera. Dorastająca na oczach czytelnika, momentami niemądra, momentami naiwna, Polly wydaje się przede wszystkim wiarygodna i przekonująca; za to poczułam do niej - i do autorki - natychmiastową sympatię.

Tam Lin, jak wiele ballad, dzieje się jednocześnie tu, w naszym świecie, i Gdzie Indziej: w baśniowej rzeczywistości: w konkretnym miejscu, w konkretnym lesie, ludzka dziewczyna spotyka jeńca elfiej władczyni. Diana Wynne Jones odtworzyła ten motyw, moim zdaniem, fascynująco: to, jak się jej udało wykreować nastrój pierwszych scen powieści, kiedy w długiej retrospekcji Polly usiłuje przypomnieć sobie, dlaczego ma dwa różne zestawy wspomnień, jest mistrzowski - momentami podczas lektury scen na pogrzebie miałam skojarzenia z piszącym o dzieciach Rayem Bradburym. Znakomicie wychodzi też autorce łączenie fantastycznej opowieści z realizmem: ze smutną historią o niespecjalnie kochanym dziecku skłóconych, a potem rozwiedzionych rodziców, o córce reagującej na nowe związki matki i ojca, o zakochującej się dziewczynce i w k0ońcu zakochanej dziewczynie.

Podobało mi się. Zdecydowanie mi się podobało. Jestem wdzięczna Rusty Angel za to, że mnie namówiła do tego wyzwania.    


niedziela, 04 marca 2012

Mam strasznie dużo roboty. Ergo, zamierzam wziąć udział w wyzwaniu blogowym, a na dodatek założyłam sobie nowy blog, gdzie będę mogła bez wyrzutów sumienia pisać o wierszach, Szekspirach i książkach o literaturze. 

 

Amor - graffiti - Berlin; by ninedin

 

Nie śmiejcie się ze mnie, proszę.

sobota, 17 września 2011

... a wszystko przez to:

 

Przeminęło (Gone), reż. Zack Snyder, scen. Zack Snyder na podstawie powieści Margaret Mitchell, w rolach głównych: Evanna Lynch (Scarlett), Kristen Stewart (Melania), Chris Colfer (Ashley), Paul Walker (Captain Butler), Idris Elba (Charlie), Patrick Wilson (Frank Kennedy), Lucy Liu (Mammy), Halle Berry (Dilcey), Malese Jow (Prissy), Andrej Pejic (Bailey "Belle" Watling), Timothy Dalton (Mr. Jonas), Yara Shahidi (Bonnie Blue)

 

http://www.hollywoodmegastore.com/frame-set3.htm?http://hollywoodmegastore.com/cgi-bin/VirtualCatalog3/CatalogMgr.pl?cartID=b-4435&SearchField=category&SearchFor=supgonewind&template=Htx/standups.htx&hdr=Hollywood+Mega+Store+Product+Listing:+Lifesize+Gone+With+The+Wind+Cutouts+%28Standups%29&

Reżyserowane przez Zacka Snydera adaptacje klasycznych dzieł komiksu i powieści graficznej dowiodły bardzo wyraźnie, że jako reżyser, potrafi on z jednej strony radykalnie nieraz zmieniać oryginalne koncepcje autorów, z drugiej - zachować wierność jeśli nie literze, to duchowi oryginału. Wielbiciele jego "komiksowych" filmów byli więc znacznie mniej zaskoczeni, niż reszta kinomanów, kiedy jakiś czas temu gruchnęła wieść, że to właśnie Snyderowi powierzono realizację nowej adaptacji klasycznej powieści Margaret Mitchell, na podstawie której powstał juz przecież film, będący absolutną legendą kina.

Nakręcenie dziś na nowo Przeminęło z wiatrem nie jest łatwe, nie tylko ze względu na legendę otaczającą klasyczną adaptację z 1939 roku, ale także ze względu na naturę samej powieści. Trudno dziś naiwnie przyjąć za dobrą monetę nostalgiczne zachwyty nad zmiecionym przez wiatr historii Południem pięknych pań, szarmanckich panów i wiernych niewolników; trudno uznać za ideał kobiety skromniutką i pobożną Melanię i zaakceptować porządek świata, w którym damie nie wypada wyjść z domu, kiedy jest w ciąży. Ponowna lektura powieści Mitchell lub obejrzenie filmu Victora Fleminga nie napawają optymizmem: przy całym staroświeckim uroku tej historii trudno sobie wyobrazić jej uwspółcześnienie. 

I tu właśnie wkracza na scenę Zack Snyder, który - z odwagą i determinacją godną Leonidasa - postanowił zmierzyć się z tekstem Mitchell i legendą Vivien Leigh i Clarka Gable. To, co reżyser-scenarzysta zrobił z powieścią przez jednych zostało uznane za obrazoburcze i skandaliczne (patrz: proces, jaki wytoczyło autorowi The Margaret Mitchell Historical Society), ale zdaniem innych - nadało powieści nową wartość i nowe znaczenia.

Snyderowskie Przeminęło z wiatrem ma wiele wspólnego z poprzednimi filmami reżysera. Jak 300, ukazuje totalną, wszechogarniającą i skazaną na klęskę wojnę, podczas której kształtują się niezłomne (i nieraz ocierające się o homoerotyczną fascynację) męskie przyjaźnie. Jak Sucker Punch, w dużej części skupia się na losach grupy kobiet i dziewcząt, wychowanych do życia w luksusie i przyjemności, a skazanych na dramatyczną walkę o przetrwanie.  Jak Watchmen: Strażnicy wreszcie, zadaje egzystencjalne pytanie: jaka jest cena, jaką płaci się za zostanie, de facto, nadczłowiekiem?

Nadczłowiekiem w tej historii jest przede wszystkim grana przez Evannę Lynch (zupełnie niepodobną do widocznej powyżej Vivien Leigh i wystylizowaną raczej, wierzcie lub nie, na Annę Paquin w True Blood) Scarlett. Scarlett zaczyna tę historię jako młoda, rozkapryszona dziewczyna, wychowana na rodzinnej farmie przez parę (w więcej niż jednym znaczeniu) niewolnic-służących: biegłą w sztukach walki Chinkę Mammy (Lucy Liu) i zmysłową, kobiecą Dilcey (Halle Berry). Scarlett jest naiwna i dziecinna, niewiele wie o życiu, a jeszcze mniej - o polityce, która lada moment z hukiem wkroczy w jej życie. Zanim jednak pojawi się wojna, przychodzi miłość: do Tary, posiadłości Scarlett, przyjeżdżają na bal młodzi oficerowie. Są wśród nich subtelny i wrażliwy Ashley (Chris Colfer, genialnie obsadzony w tej roli) i czarnoskóry Charlie, nieślubny syn bogatego plantatora z sąsiedztwa, który - mimo pogardy, okazywanej mu przez kolegów z armii - postanawia zaciągnąć się i walczyć o Południe, które go odrzuciło. Wśród zaproszonych na bal panien jest z kolei przyrodnia siostra Charliego, Melania.

Melania (Kristen Stewart) to bodaj największe zaskoczenie tego filmu. Po gwieździe Zmierzchu trudno byłoby spodziewać się aktorskiego popisu, Snyder jednak wiedział, co robi, kiedy nalegał na obsadzenie jej w tej roli. Stewart jako Melania jest zasadnicza i niezłomna, idealistyczna aż do fanatyzmu i histeryczna w swojej wierności Tradycji Południa. Prędko okazuje się, że to ona jest, paradoksalnie, głównym czarnym charakterem tego filmu i to jej machinacje, jej brak tolerancji i jej pozbawiona empatii surowość doprowadzają do dramatycznego finału losów bohaterów.

Na razie jednak, ku zdumieniu i szokowi Scarlett, Ashley odrzuca jej względy i wybiera Melanię (dowiemy się w finałowej scenie, jak do tego doszło).  Zrozpaczona Scarlett, wypiwszy zdecydowanie za dużo sławnej nalewki O'Harów (zobaczcie, jak błyskotliwie bawi się tu Snyder aluzjami do powieści Mitchell, która ukazuje przecież _starszą_ Scarlett jako alkoholiczkę!) spędza tę noc z Charliem. Rano zaskakuje ich wieść o wybuchu wojny...

Sposób ukazania wojny secesyjnej jest jedną z bodaj największych zalet. filmu. Scarlett mianowicie zaszła podczas tej pamiętnej nocy w ciążę, i tę ciążę, najoględniej mówiąc, nie najlepiej znosi. Początek wojny widzimy jej oczyma: a to znaczy, oczyma gorączkującej, niepewnej tego, co się dookoła niej dzieje, na wpół obłąkanej dziewczyny. Nic dziwnego, że Jankesi przybierają w jej wizjach kształty potworów bliższych raczej Silent Hill lub zombim ze Świtu żywych trupów, niż filmowi Fleminga, a oblężenie Savannah i marsz Shermana mają miejsce w dziwacznej, odrealnionej przestrzeni, w której toczą się matriksopodobne pojedynki. Prawdopodobnie wytworem wyobraźni Scarlett jest też jej dręczyciel i obrońca, kapitan Butler. Scarlett widzi w nim jednocześnie postać ojcowską i kochanka, strażnika i deprawatora. Jej stosunek do niego jest pełen sprzeczności, paradoksalny i niejednoznaczny. Kapitan Butler reprezentuje tu wyobrażony, nierealny archetyp południowego mężczyzny, który żąda uległości w zamian za opiekę  - coś, za czym Scarlett tęskni, ale też czego się brzydzi i obawia. Zarazem jednak ucieleśnia on najgłębsze wewnętrzne potrzeby bohaterki: jest obiektem jej zdrożnych pragnień i marzeń, z którym żaden realny mężczyzna nie może się równać, ale także przecież, w jakiś sposób, jest nią samą, jej fantazją i jej tworem...
Światy wizji i życia schodzą się w scenie, w której do uwięzionej przez Ku-Klux-Klan z rozkazu Melanii Scarlett przychodzi jej - rzekomo nieżyjąca - córka ze związku z Charliem, Bonnie Blue. Bonnie, która - jak w powieści - zginęła podczas nauki jazdy konnej, w tej scenie przedstawia się matce jako "Córka Kapitana" i ratuje jej życie, uwalniając ją z więzów. Świat wizji Scarlett, świat jej szalonej wyobraźni, dosłownie, w tym przypadku, ocala ją przed śmiercią. Scarlett staje się królową snów, istotą, która zdolna jest używać potęgi swej wyobraźni, by oddziaływać na realny świat - czy zdoła jednak pozostać człowiekiem i w konfrontacji z Melanią powstrzymać żądzę zemsty?    

Tam, gdzie film nie jest wizjonerski, jest gotycko-steampunkowy. Taki charakter mają kostiumy i wnętrza w przypominającej klasyczny nawiedzony dom Tarze, taki też jest klimat bardziej realistycznych scen na farmie i w Atlancie. Fascynująca jest sekwencja, w której machinacje perfidnego i obrzydliwego pana Jonasa, jankeskiego zarządcy miasta, zostają udaremnione przez Prissy, córkę Mammy i Dilcey (w tej roli znana z The Social Network Malese Jow). Prissy i jej przyjaciel, Bailey Watling, na co dzień androgyniczny chłopiec do wynajęcia w jednym z luksusowych burdeli Savannah, montują intrygę, która pozwala im obalić władzę Jonasa, a reżyserowi daje szansę ukazania barwnego, przestylizowanego w swej dekadencji i barokowej przesadzie półświatka (wszechobecna czerwień jest tu aluzją do sławnej sceny rzekomej wizyty w burdelu w powieści Mitchell).   

A skoro już jesteśmy przy Jonasie - film Snydera jest nie tylko ukłonem w stronę jego własnych wcześniejszych produkcji, ale i w stronę tradycji związanej z powieścią Mitchell. Na rodzinnym portrecie jako ojca i matkę Scarlett widzimy Geralda Butlera (Leonidas w 300) i Vivien Leigh.  W roli Franka Kennedy'ego, przyjaciela rodziny i homoseksualisty, który poślubia ciężarną Scarlett, by ratować jej reputację, możemy oglądać Patricka Wilsona (Daniel Dreiberg/Nite Own w Watchmenach). Wreszcie, jako Jonas pojawia się Timothy Dalton, który grał nie kogo innego, jak Rhetta Butlera w adaptacji Scarlett Alexandry Ripley - sequelu do powieści Mitchell.

Odleciany i szalony, zrobiony kompletnie bez szacunku dla literackiego pierwowzoru, ale z wielką do niego miłością, film Snydera można pokochać albo znienawidzić - ale zdecydowanie trzeba go zobaczyć.

 


A tak już całkiem poważnie, idea wzięla się z tego oto blogowego konkursu:

http://quentin.blox.pl/2011/09/Konkurs-Wygraj-DVD-Sucker-Punch.html 

niedziela, 14 lutego 2010

... czyli ninedin o kolejnej rozczarowującej polskiej powieści, tym razem o Punkcie Omega Michała Protasiuka. Po polskim horrorze i polskiej heroic fantasy i polskich podejściach do powieści gotyckiej dla odmiany rozczarował mnie polski steampunk.

Więcej na Fantastykonie.

niedziela, 07 lutego 2010

Nie, nie tych łańcuchów, które fruwały w powietrzu w poprzedniej scenie filmu Guya Ritchego:

http://www.awn.com/files/imagepicker/35/sherlock01_holmes-watson.jpg

 

Miała tu być recenzja z Sherlocka Holmesa i pewnie będzie niedługo, ale jak mus, to mus :P - odpowiadam (z przyjemnością zresztą) Eruanie na jej wyzwanie pytaniowo-blogowe.

1. Na co zwracasz największą uwagę, czytając książki? Co musi mieć powieść (przynajmniej jeden element), że czytasz ją z przyjemnością?

To jest moim zdaniem znakomite pytanie, i takie, które prowokuje do myślenia. Rzadko się zdarza powieść-ideał, która ma wszystko to, czego szukam - ale są takie  rzeczy, których nie odpuszczam.
Czasami wystarczy olśniewający styl i warstwa, powiedzmy, językowa: tak było np. z Wojną polsko-ruską Masłowskiej, którą przeczytałam z zachwytem nie nad tym o czym, ale nad tym, jak ona pisze. Czasami wystarczy jedna, pojedyncza postać - generalnie nienawidzę Quo vadis, ale wracam do tej powieści regularnie ze względu na Petroniusza. Czasami decyduje jakiś jeden fajny pomysł na fabułę - Cedroo pewnie potwierdzi, że tak bywało z Sagą o Ludziach Lodu, poza tym skądinąd literacko marnawą :).

Generalnie, gdybym miała wskazać na jedną recz, której brak uniemożliwia mi lekturę, byłby to styl. Książkę napisaną kulawym językiem, zdaniami nierozwiniętymi i bez polotu mogę przemęczyć, ale z wielkim, wielkim trudem.   


2. Jeśli czytasz powieść, w której pojawiają się niezrozumiałe dla Ciebie kwestie, to szukasz na nie odpowiedzi poza nią, czy "płyniesz z prądem" i czytasz dalej?

Zawsze sprawdzam - przekleństwo zawodowe zawodu naukowca; )

 

3. Czy wśród Twoich znajomych, przyjaciół więcej jest osób o podobnych gustach czytelniczych do Twojego, czy wręcz przeciwnie?

Dość podobnych - sporo, bardzo podobnych - bardzo, bardzo mało. Wielu moich znajomuch czyta/lubi podobne powieści, jak ja, ale albo lubi je za co innego (kumpel jest wielbicielem Władcy pierścieni ze względu na batalistykę, a komplikacje językowe Śródziemia serdecznie go nudzą), albo lubi plus minus gatunek, a nie konkretnych przedstawicieli. Ja niespecjalnie lubię np. polską fantastykę, mnóstwo znajomych za nią przepada, ja nie jestem fanką Pratchetta, a oni - wręcz przeciwnie, ja lubię np. Ellen Kushner, oni nigdy o niej nie słyszeli. Zwykle jestem tą osobą od dostarczania znajomym ciekawostek o dziwnych książkach.

Mój gust do poezj też raczej się różni od tego, co preferują znajomi (oni: współczesna polska, ja: angielscy romantycy, Grecy etc.).

4. Czy chętnie poznajesz nowe książkowe obszary, czy raczej wolisz trzymać się gatunków, które lubisz?

Różnie. Generalnie jestem ciekawska i chętnie zaglądam do nowych rzeczy, ale z drugiej strony - bywam obsesyjna i często mam tak, że się zawezmę i postanawiam sobie np. zapoznać się z szeroką klasyką danego (ulubionego) gatunku, a to strasznie zżera czas :). Tak więc nie bardzo potrafię na to pytanie odpowiedzieć :).

5. W księgarni trwa wyprzedaż książek, wszystko jest 50% taniej i oczywiście jest w niej książka, którą od dawna chciałaś mieć, ale kosztowała np. 100 zł. Czy wchodzisz do środka wiedząc, że jeśli wydasz te 50 zł, będziesz musiała zapożyczyć się, żeby dotrwać do końca miesiąca?

Nawet mi nie przypominaj - zrobiłam to mnóstwo razy...

 

Pozwolę sobie nie wymyślać następnych pytań; te mi się podobają, więc jeżeli np. juriusz albo allegra_walker zechcieliby (np. w komentarzach) na nie odpowiedzieć, to byłoby super!

czwartek, 04 lutego 2010

Hasita86 wciągnęła mnie w zabawę czytelniczą - łańcuszek, w którym muszę odpowiedzieć na pytania, a następnie zaproponować swoj własny zestaw pytań dla trójki blogerów. A ponieważ pytania, które dostałam, wyjątkowo mi się podobają, z przyjemnością na nie odpowiadam :).


1. Czy zdarzyło ci się przeczytać książkę, która tak zadziałała na twoje zmysły-smaku lub zapachu,, że podczas jej czytania/po przeczytaniu odczułaś potrzebę zaspokojenia owych „żądz”? Jeżeli tak to co to za książka i co to było?

Nie wiem, czy to się liczy, bo to nie do końca to samo, ale wymyśliłam i przygotowałam własny wariant przepisu na sok dyniowy znany z Harry'ego Pottera oraz - z powodu, który stanie się oczywisty w punkcie 3 - wypróbowałam ostatnio całe mnóstwo przepisów kuchni andaluzyjskiej, z fantastycznym chlebem z mlekiem migdałowym na czele (przepis wzięty ze świetnego bloga Kuchnia nad Atlantykiem).Wyszło ponoć nie najgorzej.


2. Którą książkę chciałabyś zobaczyć na srebrnym ekranie i dlaczego?

Sporo, sporo, choć jeszcze nie widziałam adaptacji, która by mnie bezkrytycznie zachwyciła (może oprócz tej). Ale ponieważ mówimy tu wyidealizowanych adaptacjach, dokładnie takich, jakie by się czytelnikowi lubiącemu książkę marzyły, to można puścić wodze wyobraźni. W tym momencie wobec tego skupię się na dwóch możliwościach.
Nad jedną - ewentualną filmową adaptacją mojej ukochanej Trylogii zimnego ognia Celii S. Friedman zastanawiałam się swego czasu bardzo intensywnie (i nawet zrobiłam wariacką propozycję obsady, która jest na zawirusowanej obecnie stronie, której w związku z tym nie zalinkuję). O tym, że chciałabym tę historię zobaczyć na dużym ekranie, decyduje przede wszystkim barwność świata opisanego przez Friedman z zamiłowaniem do szczegółów i detali: nowa ziemia, pod odrobinę innej barwy słońcem, pełna przerażających magicznych istot, rodzących się z ludzkich koszmarów... Poza tym Friedman jest jednym z tych autorów fantastyki, którzy radzą sobie znakomicie z psychologią postaci: jej bohaterowie są barwni ciekawi, niejednoznaczni - co dałoby aktorom możliwość popisu, a widzom - przyjemność oglądania w epickim filmie fantastycznym interesujących bohaterów.
Druga powieść, którą bym chciała zobaczyć na ekranie i dziwię się, że nikt z niej jeszcze filmu nie zrobił, to Gwiazdy moim przeznaczeniem Alfreda Bestera; bo wyobrażam sobie ten film jako szaloną krzyżówkę Matrixa z Piątym elementem, przy tym z precyzyjną jak w powieści fabułą i komiksowo nadludzkimi postaciami. Widzę oczyma duszy Thandie Newton jako Robin, Bryce Dallas Howard jako Jisbellę i Romolę Garai zrobioną na jeszcze bardziej blond w roli Olivii - a do tego faceta, który miałby prezencję i głos Vina Diesela, ale trochę więcej talentu aktorskiego, jako głównego bohatera...

 

3. Czy po przeczytaniu lektury wybrałaś się w podróż w ślad za jej bohaterami? Jeżeli tak, co to była za książka? Jeżeli nie, to opisz podróż marzeń, gdzie Twoim przewodnikiem będzie ulubiona lektura.

Tu, moja droga, trafiłaś w dziesiątkę, a raczej - w mój tegoroczny plan wakacyjny. Jest to o tyle zabawne, że razem z kol. Drakainą wybieramy się w podróż śladami powieści fantasy dziejącej się, teoretycznie, w wymyślonym przez autora świecie.

Już się tłumaczę: w czasie wakacji (jedna z wielkich zalet pracy na uczelni, ma się wakacje :)) wybieramy się do Hiszpanii, a konkretniej - do Andaluzji. Mamy w planach zwiedzanie - oprócz rzymskich zabytków, bo obie niestety cierpimy na soldny przypadek zboczenia zawodowego - przede wszystkim najważniejszych pozostałości kultury Maurów, wypędzonych ostatecznie z Hiszpanii w przełomowym dla nowożytnej historii roku 1492. Zamierzamy zwiedzić między innymi  Sewillę i jej Alcázares Reales, inspirowane architekturą mauretańską i ozdobione wspaniałymi ogrodami, ruiny kompleksu pałacowego Medina al Zara, a przede wszystkim - Grenadę i Alhambrę. W Granadzie, jak znam życie, raczej zlekceważymy katedrę i grobowce Królów Katolickich, za to spędzimy sporo czasu w świetnie zachowanej arabskiej łaźni z XI wieku, a z Alhambry nie wyjdziemy, póki nas nie wyrzucą, bo za dużo będzie do zobaczenia. A wszystko to z powodu mojego zeszłorocznego zakochania w Lwach Al-Rassanu Guya Gavriela Kaya.

 

A teraz moje pytania: chciałabym poprosić Alex, Drakainę i Eruanę o odpowiedzi na następujące pytania:

 

1. Czy zdarzyło Ci się przeczytać książkę, która w sumie była słaba, ale miała jeden element - postać, motyw, element świata przedstawionego - który Cię zachwycił?

2. Czy zdarza Ci się sięgać po pojedyncze powieści z gatunków, których normalnie nie czytasz?

3. Czy kiedykolwiek przy lekturze zdarzyło Ci się zapomnieć o świecie zewnętrznym do tego stopnia, że straciłes/-aś poczucie czasu i zapomniałeś/-aś o czymś ważnym?

czwartek, 26 listopada 2009

Oxford, Pitt Rivers Museum, by ninedin

Ostatnimi czasy ten blog składa się głównie z ogłoszeń. Dzisiaj też będzie ogłoszenie: w dyskusji pod moim poprzednim wpisem urodził się otóż nowy blog i nowe czytelnicze wyzwanie. Wyzwanie dotyczy lektury tekstów należących do STEAMPUNKU; inaczej niż w innych wyzwaniach, tu będzie umówiony kanon lektur i założenie, że wszyscy czytamy, recenzujemy  i dyskutujemy to samo. Dyskusje odbywają się na nowopowstałym blogu fantastykon. W ofercie m. in. Pullman, MacLeon, Moore, Piskorski..., wśród dyskutantów cedroo, eruana, maeg i inni. Zapraszam!

sobota, 27 grudnia 2008

W ramach bloxowego wyzwania historycznego pozwoliłam sobie dzisiaj (nadprogramowo) napisać o książce i o autorce, bez której nie mielibyśmy w fantastyce ani Bone Dance Emmy Bull, ani Freedom and Necessity tejże Emmy i Stevena Brusta, ani  Aleca Tremontaine'a z cyklu Ellen Kushner i (chwilami) Delii Sherman o Riverside, a i pewnie mnóstwa innych rzeczy; a przede wszystkim prawdopodobnie w ogóle nie mielibyśmy zjawiska zwanego fantasy of manners. Kto ma ochotę poczytać moje uwagi o cieszącym się w środowisku autorów fantasy swoistym kultem cyklu Dorothy Dunnett The Lymond Chronicles i ich intrygującym, enigmatycznym głównym bohaterze, zapraszam tutaj.  

niedziela, 14 grudnia 2008

Diana Gabaldon, Lord John and the Brotherhood of the Blade, Delta Press, New York 2007

Biorę udział w bloxowym wyzwaniu i w związku z tym pozwalam sobie na napisanie paru słów o kontynuacji powieści Diany Gabaldon o lordzie Johnie Greyu. Mówiąc krótko: Gabaldon wraca do postaci Johna Greya, oficera-homoseksualisty w Londynie końca XVIII wieku; wraca też do postaci swojego sztandarowego (i antypatycznego) bohatera, Jamiego Frasera, i do swojego nawyku pisania na granicy sentymentalnego kiczu; do dodajmy do tego przekombinowaną fabułę z jednej, a całkiem dobrze oddane detale historyczne z drygiej strony - i już mamy obraz całości.
Wiem, to nie jest porządna recenzja: porządna recenzja mojego autorstwa jest tutaj, na blogu o książkach historycznych...

| < Wrzesień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  
O autorze
Zakładki:
Autorzy
Blogi
Miejsca: różne
Omnia mea
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...