Oglądanie

piątek, 06 listopada 2015

Crimson Peak - Wzgórze krwi, reż. G. del Toro, scen. G. del Toro, M. Robbins, wyst. Mia Wasikowska, Jessica Chastain, Tom Hiddleston, Charlie Hunnam, 2015

 

Uwaga. Spojlery.

 

Powiem tak: w swoim gatunku jest Crimson Peak dla mnie filmem poniekąd idealnym.

Gatunek, o którym mówię, to tradycyjny gotycki horror, w którym motywy romansowo-awanturnicze odgrywają zasadniczo rolę ważniejszą od straszenia. Mój idealny film z tego gatunku powinien posługiwać się klasyczną rekwizytornią dawnego horroru - poproszę malownicze zjawy, wampiry w powiewających pelerynach, nawiedzone domy, dziwaczne miasteczka i tym podobne - i, najchętniej, żonglować znanymi i z gatunkiem kojarzonymi motywami i toposami. Proponuję, żeby robił to na serio i bez postmodernistycznego mrugania do mnie oczkiem - a jeżeli okaże się, że wizualna uroda filmu jest bardziej efektowna i nowatorska od fabuły to cóż, jak dla mnie to w pewnym sensie część specyfiki gatunku. Mam za swoje: jeżeli chcę w czymś takim mieć historyczne tło, przeklęte rody, miłosne tragedie, straszliwe femmes fatales, omdlewające prześladowane heroiny, książąt i hrabiów z mroczną przeszłością oraz duchy, upiory, wampiry i nawiedzone domy, potraktowane serio, to naprawdę nie powinnam oczekiwać scenariuszy na poziomie oryginalności, bo ja wiem, The Truman Show, żeby już do Hollywoodu się ograniczyć.    

Takich filmów idealnych w swoim gatunku zdarzyło mi się widzieć raptem kilka. Inni Alejandro Amenábara i Sleepy Hollow Tima Burtona zajmują wśród nich czołowe miejsca na mojej prywatnej liście, ale Crimson Peak też pewnie wyląduje wysoko.

 

 

Punktem wyjścia fabuły Crimson Peak jest pożenienie kilku klasycznych motywów gotyckiego horroru. Pierwszy z nich i kluczowy dla fabuły to, oczywiście, historia żony Sinobrodego. Tu w roli morderczego małżonka występuje archetypowy hollywoodzki villain, znaczy tajemniczy brytyjski arystokrata (świetnie wystylizowany najpierw na miłego chłopca, a potem na tragicznego romantycznego upadłego kochanka Tom Hiddleston). To do jego dziwacznej posiadłości z dala od ludzkich siedzib trafia główna bohaterka, Edith, która po tajemniczej śmierci ojca wyszła za mąż z wielkiej miłości za mężczyznę, którego tato nie akceptował. Dość szybko my-widzowie zaczynamy się domyślać, że Edith nie jest pierwszą kobietą, która dała się zauroczyć sir Thomasowi. W zasadzie podpowiada nam to już pierwsza interwencja stylowo granego przez Burna Gormana (serio, ten facet powinien etatowo grywać w gotyckich filmach kostiumowych!) detektywa, nawet mimo faktu, że nie wiemy, czego dowiedział się ojciec Edith...

Do tego klasycznie potraktowanego motywu żony Sinobrodego (wszystko jest, nawet kufer ze skarbami i ukradziony klucz!) dochodzi zestaw innych tradycyjnych wątków z rekwizytorni gatunku. Jest femme fatale - bogowie, zakochałam się w sukienkach i włosach Jessiki Chaistain! - która od pierwszej chwili wydaje się mieć jakąś złowrogą kontrolę nad bohaterem i jego uczuciami, a która okazuje się, w miarę rozwoju akcji, wielce przydatną w tego typu fabule obłąkaną morderczynią. Jest bohater, blady, tajemniczy i ubrany w ekscentryczne stroje z prawie-poprzedniej epoki, z tytułem i mroczną przeszłością. Jest jeden z najpiękniejszych, najbardziej absurdalnie, nierealistycznie efektownych nawiedzonych domów, jakie widziałam w kinie - neogotycka posiadłość jak wprost z Poego, z suchymi liśćmi i płatkami śniegu wpadającymi przez sypiący się ze starości dach, z sączącą się zewsząd czerwoną jak krew gliną. Ten dom, powoli osuwający się w głąb kopalni na krwawym wzgórzu, ma wszystko, czego możemy się spodziewać: imponujące klatki schodowe, lodowate wnętrza, podejrzanie skrzypiące windy... i duchy. Duchy, które nie chcą, wbrew pozorom, zabić bohaterki. A jak już mowa o bohaterce - Edith Mii Wasikowskiej jest też jak wprost z tradycji gatunku: jasnowłosa, samotna, zakochana, a jednocześnie - na tyle zaradna, by poradzić sobie z sytuacją. Kiedy blada, z rozwianymi włosami, w muślinowej koszuli z kryzą, snuje się po upiornej posiadłości, czasem tylko kaszląc krwią w chusteczkę, wygląda jak skrzyżowanie bohaterek Charlotte Brontë z Sadie Frost w Draculi Francisa Coppoli. Niemniej, podobnie jak lata, lata wcześniej bohaterka jednego z moich ukochanych filmów wszechczasów, Rebeki Alfreda Hitchcocka, Edith ma dość sił, żeby dać sobie radę - choć, nie oszukujmy się, jej małżonka czeka nieco inny los niż ten, który ostatecznie spotkał Maxa de Wintera.  Del Toro przyprawia tę mieszankę gotycką niewielką ilością quasi-steampunkowej estetyki: i maszyna, która pożera majątek sir Thomasa, i ostateczne źródło informacji Edith o tym, co się stało - cylindry z nagraniami wykonanymi przez poprzednie żony Thomasa - wydają się pochodzić właśnie z tej konwencji.

 


Crimson Peak jest filmem opartym na gatunkowych konwencjach i te konwencje bardzo serio traktującym; on się nimi nie bawi, nie przekształca ich; jeżeli jest pastiszowy, to dlatego, że tak blisko trzyma się swoich wzorców. Del Toro odchodzi od nich rzadko i subtelnie; najbardziej chyba zwróciło moją uwagę też przecież nienowe w gatunku wypunktowanie roli bohaterek w zestawieniu z paniami. Zarówno Lucille (siostra-kochanka Thomasa i jego zły duch), jak i Edith mają w sumie więcej do zrobienia w fabule niż będący pod butem Lucille, ale szczerze zakochujący się w Edith Thomas czy dobry (i nudny) do szpiku kości doktor McMichael (który z całą pewnością ma w Anglii krewnego imieniem Seward). Ostatecznie, to Edith - która ma własne ambicje, poza zamążpójściem, i najwyraźniej z nich nie rezygnuje nawet kiedy jest już wdową - ratuje McMichaela, a nie odwrotnie...

Obiektywnie najmocniejszą stroną Crimson Peak jest plastyczna wizja reżysera. Te kolory w domu Sharpe'ów, kiedy Edith przyjeżdża tam pierwszy raz. Te zjawy, jednocześnie realistycznie upiorne i wizualnie wyrafinowane. Te powiewające szaty bohaterek w scenie ich konfrontacji w domu i te kolory - krwawa czerwień gliny przesiąkająca jak krew przez śnieg, a to wszystko zgaszone szarością wszechobecnej mgły - w scenie kulminacyjnej. To jest wszystko przerysowane i przestylizowane i nie, wcale nie szaleńczo oryginalne (może poza wizualnym pomysłem na duchy), ale niezwykle efektowne; ten efekt podkreśla też muzyka, raz stylizowana na epokę, kiedy dzieje się akcja, raz zredukowana do pojedynczych niepokojących dźwięków.

 

 

No więc tak, podobało mi się, i to bardzo. A, i żeby było jasne: filmy tego gatunku to mój polepszacz nastroju; moja czekolada z kieliszkiem czerwonego wina, spożyta na wygodnej kanapie, innymi słowy. Absolutnie nie oczekuję po nich popychania kina do przodu, robienia mi zamieszania w głowie i dostarczania głębokich przeżyć emocjonalno-intelektualnych. Bo, oczywiście, tego wszystkiego Crimson Peak nie robi i robić - taki, jaki jest - nie może. Ale nie powiem, jest to jeden z tych filmów, DVD z którym kupię pewnie zaraz, jak tylko wyjdzie i dumnie postawię tuż obok tego jedynego filmu Tima Burtona, który ciągle mogę oglądać.  

niedziela, 24 maja 2015

Hannibal

 

Zasadniczo wszyscy* już a) widzieli, b) skomentowali I sezon Hannibala. Ja też, Bogiem a prawdą, pierwszy raz widziałam dawno temu – acz nie skomentowałam, nie wtedy. Potem jakoś obejrzałam drugi, potem znowu nic nie napisałam, jakiś czas temu przyszło mi do głowy, że może bym sobie w końcu DVD kupiła, ergo kupiłam, obejrzałam jeszcze raz i chyba w końcu zachciało mi się coś napisać.

* którzy chcieli; koleżanka niby chciała, ale się za bardzo bała. 

To nie tak, że wtedy mi się nie podobało, a teraz tak. Absolutnie. Pod wrażeniem przeestetyzowanej, do bólu przemyślanej stylistyki serialu, błyskotliwego castingu i generalnie odwagi Bryana Fullera jako producenta byłam już wcześniej. Teraz po prostu wreszcie do mnie dotarło, czemu mi się tak trudno ten I sezon za pierwszym razem oglądało. I nie, nie miało to nic wspólnego z oceną serialu.

A ponieważ piszę teraz, kiedy wszyscy inni już napisali – bardzo proszę nie oczekiwać po tym wpisie jakichś odkrywczych refleksji. Proszę. Naprawdę, chwilowo jestem intelektualnie niezdolna do refleksji głębszych niż stwierdzanie oczywistych oczywistości.

Ale może po kolei.

 

W CIENIU PIĘCIU OSCARÓW

Miałam jakieś 18 lat w momencie premiery – i gigantycznego sukcesu, tak komercyjnego, jak i artystycznego - Milczenia owiec. Film Jonathana Demme’a w zasadzie samodzielnie zbudował – przynajmniej tak to wtedy wyglądało – popularność  i reputację Anthony’ego Hopkinsa wśród szerokiej widowni (nie, nie próbuję powiedzieć, że KINOMANI go nie znali – jedynie, że „największym aktorem swego pokolenia” został w oczach masowej widowni właśnie z okazji zagrania Hannibala Lectera) i okazał się filmem zaliczanym dość powszechnie do współczesnej klasyki kina. Narobił przy okazji trochę zamieszania i sprowokował kontrowersje – ja osobiście musiałam, mimo prawie 18 lat, stoczyć ciężki bój z rodziną o zgodę na pójście do kina na „film o kanibalach”; dopiero Oscary pomogły.

No i po czymś takim (i, takoż, po serii mniej lub bardziej udanych kontynuacji – ja osobiście na Czerwonego smoka¸ tego drugiego, nie dam powiedzieć złego słowa – jak tu robić serial. To znaczy – jak opowiedzieć historię, która została już wcześniej opowiedziana, zgrana i wykorzystana do oporu, a na dodatek jej główny bohater ma Oscarową twarz jednego, konkretnego aktora. Zadanie wydaje się z gatunku tych raczej beznadziejnych.

Wyjściowe narracyjne założenie Milczenia owiec i Hannibala jest nieco podobne, gdy chodzi o stosunek do postaci doktora Lectera. Za każdym razem my-widownia wiemy, że mamy do czynienia ze specyficznego rodzaju potworem. W Milczeniu owiec wie to również cały świat. W Hannibalu, a konkretniej w jego pierwszym sezonie, początkowo wiemy tylko my – no i, oczywiście, w pewnym momencie także ofiary Lectera, ale te na bardzo krótko.; z całej reszty świata taka możliwość świta może, co najwyżej, Bedelii du Maurier, psychiatrze pana psychiatry.

 

KUSZENIE OPOWIEŚCIĄ

Generalnie oglądanie Hannibala uświadomiło mi po raz kolejny, bardzo wyraźnie, co musi mieć film/serial, żeby mnie naprawdę skutecznie uwieść. Musi, po pierwsze, mieć odpowiednią, albo odpowiednio opowiadaną historię. Ona nie musi być kompletnie zaskakująca, porażająco oryginalna – ona głównie musi być opowiedziana w sposób, który na mnie zrobi wrażenie.

W Hannibalu ta historia opowiadana jest w sposób, który bardzo lubię i który mnie zdecydowanie przekonuje. Do motywu przewodniego – relacji między Willem  a Lecterem i polowania na Rozpruwacza – dołożone są historie zarówno obejmujące większość sezonu (Abigail i problem ojców i dzieci), jak i te kilkuodcinkowe (historia żony Jacka Crawforda i jej choroby, historia doktora Gideona) i te zamknięte w jednym (upiorna hodowla grzybów) lub nawet części (morderca od totemu, o którym parę słów później) odcinka.

Narracja oparta jest na efektownym tricku, w którym widownia jest wszechwiedząca. My i tylko my wiemy od początku – dzięki wiedzy ze świata przedstawionego i spoza niego, z szeroko pojętej popkultury – że Hannibal Lecter jest seryjnym mordercą i kanibalem. Zagadką jest więc dla nas – jak chodzi o główny motyw – nie kto i nie jak, nawet nie dlaczego (bo do tej jednej sfery – psychiki Lectera – wglądu w zasadzie nie mamy) – tylko kiedy i jak reszta się dowie.

W Hannibalu efektowne, by nie rzec wydumane sposoby na morderstwa – przysięgam, czytam mnóstwo kryminałów, a i tak idea z grzybami trzepnęła mnie swoim perwersyjnym rozbuchaniem i zaskoczyła upiorną pomysłowością scenarzysty – sprawiają, że widz nie wpada w poczucie „OK, kolejny procedural o jednostce ds. seryjnych zabójców”. Do tego jest nie jedna, a kilka historii obejmujących cały sezon – Abigail i jej historia, kolejne poziomy relacji Willa i Hannibala – i sporo osobistych i psychologicznych motywów w tle, tak, że dość w sumie typowa fabuła sprawia wrażenie bardziej oryginalnej i dzięki temu bardziej wciąga.

W pierwszym  sezonie oglądamy, jak Hannibal wciąga Willa w pułapkę, jak go – niewinnego i nieświadomego – wodzi na manowce, jednocześnie z fascynacją obserwując; przy czym kiedy mówi, że chce w nim mieć przyjaciela, ja mu wierzę, choć poprosiłabym może o zdefiniowanie, jak rozumie słowo „przyjaźń”. 

Tylko na marginesie uwaga o moich wspomnianych wcześniej kłopotach z oglądaniem. Otóż każdy z nas, a przynajmniej większość, ma pewne tematy, pewne historie, których oglądanie boli. Mnie jest szalenie trudno, i jako narratorce (moi gracze zaświadczą), i jako odbiorcy, radzić sobie z jednym konkretnym tematem: ze zdradą zaufania, zwłaszcza w przyjaźni, z narracją typu: „ja ci ufam, a Ty wykorzystujesz to przeciwko mnie”. Nie wiem, skąd taka reakcja, ale jest. I właśnie to – nie krew, nie dania z ludzi, nie bebechy; to – sprawiło, że oglądanie tego I sezonu było dla mnie, momentami emocjonalnie ciężkie. Co, skądinąd, nie zmienia faktu, ze to jest bardzo dobra historia.

Ale sama niezła historia, nawet pomysłowo opowiedziana, nie wystarczy, choć jest komponentem kluczowym – gdyby wystarczała,  to wśród moich ulubionych seriali byłoby Sanctuary, a zdecydowanie nie jest: męczyłam się z nim potwornie. Sama historia to nie wszystko.

 

KUSZENIE ROLAMI

Podejrzewam, że tym, co mnie w Hannibalu zaskoczyło najbardziej, był fakt, że mi w mojej głowie Mads Mikkelsen kompletnie zastąpił Anthony’ego Hopkinsa. To nie znaczy, że przestałam cenić jego rolę z Milczenia owiec, to tylko oznacza, że jak myślę o tej postaci, to już od jakiegoś czasu zdecydowanie widzę – nie jego.

Pomysł na tę rolę miał Mikkelsen chyba jeden jedyny możliwy: odejść od tego, co w kinie błyskotliwie zrobił jego poprzednik. Idea, o której mówił w wywiadach producent – że Lecter Mikkelsena jest prawie-szatanem, nie do końca ludzką istotą ogarniętą niezdrową ciekawością poznania człowieka (a przede wszystkim jednego konkretnego człowieka, Willa Grahama), sprawdziła się znakomicie; ja osobiście uwielbiałam to, jak chwilami było to podkreślane stroną wizualną i doborem muzyki – patrz użycie arii Mefistofelesa z Fausta Gounoda (Le veau d’or, z sugestywną, powtarzającą się i jakże adekwatną, w kontekście tego, co HL w tej scenie robi, frazą et Satan conduit le bal) w odcinku Sorbet z I sezonu. W i sezonie Hannibal, którego widzimy, jest nieskazitelny, doskonały i w zasadzie nie popełnia błędów. Z zimną ciekawością kontroluje to, co się dzieje i obserwuje, jak rozwija się jego mała... przygoda z Willem Grahamem.

Graham jest bardzo kompetentnie i efektownie zagrany przez Hugh Dancy’ego, choć, przyznajmy miał on nieco prostsze – i ze względu na fakt, że ról Edwarda Nortona i wcześniej Williama Petersena  nie uznano jednak za aż taką klasykę kina, jak Lecter Hopkinsa, i biorąc pod uwagę zmiany w jego charakterystyce i historii, jakie wprowadził Fuller - zadanie. Fantastycznie też funkcjonuje chemia między oboma głównymi bohaterami. Ja się kompletnie nie dziwię faktowi, że sieć zalana jest fanfikami o romansowej reinterpretacji relacji między głównymi bohaterami – dziwiłabym się, gdyby było inaczej.

Zresztą generalnie – dopiero drugie oglądanie uświadomiło mi w pełni, że Hannibal ma gwiazdorską obsadę, której nie powstydziłby się hollywoodzki film z, powiedzmy, dolnej połówki I ligi; i że, co oczywiście dużo ważniejsze, te gwiazdy błyszczą nie tylko nazwiskami, ale i aktorstwem. Nie, nie będę płakać z zachwytu nad Gillian Anderson, zajęłoby mi to pół wpisu. Doskonałym pomysłem były też zmiany w obsadzie – fakt, że zamiast Alana Blooma mamy Alanę, a zamiast Freddy’ego Loundsa – Freddie oraz rozbudowanie postaci Beverly Katz pozwoliły zamieszać w relacjach między postaciami, a jednocześnie sprawił, że kobiety nie pokazują się tylko w rolach córek, żon i ofiar.

No ale. Gdyby mi dobre aktorstwo samo jedno wystarczało, to na liście ulubionych seriali miałabym Penny Dreadful – a jako żywo, nie mam i z ciężkim bólem przemęczywszy I sezon na drugi się raczej nie skuszę.

 

KUSZENIE OBRAZEM

Wizualnie i koncepcyjnie Hannibal jest majstersztykiem. Połączenie krwawego okrucieństwa ciągle dość odważnego jak na standardy TV z szalenie przemyślaną estetyką dało znakomity efekt. Do tego przyczynia się nie tylko konsekwencja, z jaką zaprojektowane i skontrastowane są ze sobą światy Willa i Hannibala – ich stroje, mieszkania, fryzury, cała stylistyka otaczająca ich obu – ale też i równie konsekwentne stosowanie wiodących wizualnych motywów, podkreślających spójność całej serii. Od wyszukanych zdjęć i ujęć ofiar, przez kontrast zgaszonych chłodnych barw sporej części wnętrz i plenerów z czerwienią krwi po wizualno-symboliczne znaki, jak pojawiająca się i ewoluująca wizja jelenia/człowieka z rogami – wizja mordercy, w której Will w końcu rozpoznaje symbol Hannibala – wszystko to, momentami przegięte, przeestetyzowane, świadomie gore i tę hiperelegancką estetykę kombinujące, jest szalenie spójne.

Pasuje do tego też inny powracający stale, w każdym niemal odcinku motyw – sceny w kuchni. Tu efekt (czarnego humoru podszytego chwilami makabrą) wynika z całej serii kontrastów. Te sceny wyglądają jak z luksusowego programu kulinarnego – ta kuchnia, te sprzęty, ta kamera podążająca za detalem – i są szalenie wysmakowane estetycznie, tyle że my dokładnie wiemy, co takiego nasz bohater z taką miłością i starannością przygotowuje. Do faktu, że to są zapewne te sceny, na których większość widzów dość bezwstydnie chichocze, dokładają się dwuznaczne komentarze samego kucharza, który chwilami prawie wprost sugeruje, co ma do zaoferowania (yeah, napisałabym osobny wpis o jedzeniu jako znaku inności i szatańskiej pokusie w Hannibalu, ale NIE MAM CZASU).

Może momentami irytować (nie mnie, ale może), ale też sprawia, że kadry z Hannibala łatwo będzie natychmiast odróżnić od innych. Do tego znakomicie pasująca niepokojąca, atonalna muzyka, skontrastowana z wplecionymi fragmentami muzycznej klasyki – dawno nie widziałam tak dobrze dobranej ścieżki dźwiękowej.

No ale gdyby mi wystarczała odpowiednio estetyczna stylizacja, to bym uwielbiała Underworld z jego wyszukanymi, quasi-gotyckimi kostiumami z jednej, a Tytusa Julie Taymore (welcome back, Anthony Hopkins) z drugiej strony. A lubię mniej (U.) lub bardziej (T.), ale nie uwielbiam.

 

KUSZENIE SUGESTIAMI

To wszystko powyżej by mi wystarczyło, żeby ocenić serial bardzo wysoko. Dostałam na dodatek wisienkę na torcie – takie ogrywanie aluzji i kulturowych odniesień, które bardzo lubię.

Z ogrywaniem aluzyjności łatwo przegiąć, o czym pół zdania później; w Hannibalu ta sfera aluzji jest ograniczona w zasadzie do kanonu adaptacji Harrisa i po części, bardzo dyskretnie, do nieco podobnych telewizyjnych zjawisk; po części jest zresztą motywowana bardzo praktycznie – o pewnych postaciach z powodu praw autorskich wspomnieć nie można, ale można zbudować wokół nich historię zrozumiałą na nieco innym poziomie dla widza, który tego pierwowzoru nie zna i dla tego, który jest go świadomy.

Gdybym nie była kupiona już wcześniej, do I sezonu Hannibala przekonałby mnie odcinek 6, "Entrée", w którym scenarzyści (w tym producent Bryan Fuller) ogrywają swoją własną quasi-wersję Milczenia owiec: historię o tym, jak Jack Crawford posłał w pogoń za Rozpruwaczem młodziutką stażystkę FBI. Miriam Lass jest tu nie tylko zastępstwem za Clarice Starling – jest też, ze względu na to, jak i kiedy rozwiązuje zagadkę tożsamości Rozpruwacza, zastępstwem za Willa Grahama w Czerwonym smoku, tyle że jej historia skończy się jednak nieco inaczej. Charakterystyka Miriam – upartej, ambitnej dziewczyny, walczącej o swoje, ale jednocześnie trochę niepewnej, bardzo chcącej się sprawdzić – i jej relacja z Jackiem to nie jedyne skojarzenie z Milczeniem owiec w tym odcinku; wypowiedziany z wisielczym humorem przez doktora Lectera komentarz do obiadu (rzekomego jagnięcego ozora), it was a particularly chatty lamb, też przecież odnosi nas wprost do Milczenia owiec.  

Innym, bardziej chyba jeszcze subtelnym sposobem nawiązania, są pewne decyzje obsadowe. Nie wierzę, że dla większości widzów rola Gillian Anderson nie przywodzi na myśl – przy wszystkich oczywistych różnicach między Scully a du Maurier - jej roli w Archiwum X (plus, samo nazwisko postaci jest aluzją, tym razem literacką). Zastanawiam się też, jak bardzo celowe było zatrudnienie do maleńkiej rólki mordercy od totemu Lance’a Hendriksena – grany przez niego w Millenium Frank Black, empatyk wczuwający się w morderców i potwory na miejscach zbrodni, to postać niezwykle w swojej koncepcji podobna do Willa Grahama w serialowej wersji…
(i już nie powiem, że gdyby same zgrywy i aluzje wystarczały, to bym znosiła Supernatural, a bogowie, jak serdecznie nie znoszę....).

 

PODSUMOWANIE

Podsumowując, znaczy… a nie, co ja będę więcej gadać. Mam II sezon do obejrzenia i zrecenzowania.

 

wtorek, 19 sierpnia 2014

Kapitan Ameryka: Zimowy żołnierz, reż. Anthony i Joe Russo, scen. Christopher MArkus i Steven McFeely, wyst. Chris Evans, Robert Redford, Scarlett Johansson,  Samuel L. Jackson, Sebastian Stan, Anthony Mackie, Cobie Smoulders. 

 

Zaznaczę od razu: spojleruję i nie znam komiksowych pierwowzorów

 

 

 

 

Wszyscy oprócz mnie byli ostatnio na Strażnikach Galaktyki -  a ja tymczasem cichaczem nadrobiłam z DVD Zimowego żołnierza i nie powiem, warto było.

Rusty podrzuciła mi do przeczytania swoją recenzję, po której niewiele mam do dodania w kwestii głównego bohatera: jej analiza postaci Steve'a Rogersa odpowiada dokładnie temu, jak ja tę postać widzę. Zgadzam się też z recenzentami, w tym Rusty, że film ma zdecydowaną wymowę polityczną i w oczywisty sposób odnosi się do rzeczywistości pozaekranowej. W końcu jeśli dobrze rozumiem, to to, co chce tu zrobić HYDRA, jest w zasadzie posuniętym jeszcze dalej rozwiązaniem rodem z Raportu mniejszości (acz bardziej ze Spielberga niż z Dicka, nic nie poradzę, przepadam za tym filmem):  chirurgicznym cięciem usunąć te dwadzieścia milionów ludzi, które dziś lub w przyszłości mogą zagrozić porządkowi świata; znaczy, wróć, porządkowi w wersji, w jakiej widzi go HYDRA.

Skoro Rusty zrobiła za mnie 99% roboty... cóż, pozostaje mi, w zasadzie, wskazać na jedną rzecz, która się w tym filmie znakomicie sprawdza, a która przykuła moją osobistą uwagę podczas oglądania: na fakt, mianowicie, że scenarzystom udało się, w kilku miejscach, wziąć motywy absolutnie oklepane, absolutnie przewidywalne, i poradzić sobie z nimi naprawdę twórczo i pomysłowo, ku wielkiej satysfakcji widza.  


A więc, po pierwsze, HYDRA. HYDRA i zinfiltrowanie przez nią S.H.I.E.L.D jako koncept jest, racjonalnie, chyba najsłabszym punktem tego filmu (jak oni się ukryli przez te wszystkie lata?), ale przecież należy nie tyle do racjonalnego porządku rzeczy, co do szeroko rozpowszechnionej tradycji fabularno-spiskowej, opartej skądinąd na faktach: historię o nazistowskich zbrodniarzach-naukowcach, działających lata po wojnie w USA, mieliśmy choćby w "Archiwum X". Tutaj ten dość oczywisty spiskowy koncept broni się, oczywiście, także i dlatego, że "broni go znakomicie zagrana przez Roberta Redforda rola Alexandra Pierce'a.
Alex Pierce to trochę taki Adrian Veidt, prawda? Też ma pełną gębę frazesów. Też chce dobrze, albo przynajmniej tak mówi. Też mu wszyscy wierzą i och, jakże go fetują. Też na pierwszy rzut oka widać, że najbardziej kocha siebie. I OK, stary wyjadacz kinowy będzie wiedział od początku, że coś za dobry ten pan sekretarz i coś za bardzo nam swoje złote serce demonstruje, ale to w niczym nie umniejsza faktu, że Redford znalazł się w tym filmie naprawdę bardzo dobrze i zrobił ze swojego bohatera ten typ czarnego charakteru, którego się absolutnie rozkosznie nienawidzi: bezlitosny, fałszywy, zdradziecki i z poczuciem misji. Na dodatek Redford to Redford, facet, który zwykle grywał Tych Porządnych - i bogiem a prawdą wcale nie jest trudno uwierzyć, że Alex Pierce kiedyś do tych porządnych należał, tylko potem uznał, że On Wie Lepiej, jak zrobić światu dobrze... a wszyscy wiemy, że tacy są najgorsi i że zwykle im bardziej kocha się Ludzkość i chce Wspólnego Dobra, tym łatwiej szasta się  życiem pojedynczych tej ludzkości przedstawicieli...


Po drugie, Nick Fury, czyli szef, który się przekonuje, że wyhodował na własnej piersi potwora i Płaci Życiem (Tylko Że Nie). Oglądane milion razy w TV i kinie (24, anyone?), tu też zadziałało (bo chyba nikt nie nie spodziewał, że Nick Fury pozostanie martwy, prawda? Trudno mieć pretensje do realizatorów, że akurat ten motyw był nader przewidywalny). A zadziałało po trochu, moim zdaniem, dzięki temu, jak wykreowany był Nick Fury w poprzednich filmach z cyklu.
Nick Fury wydawał mi się... niezniszczalny. Zawsze o krok do przodu. Pewny siebie jak sam diabeł, ewidentnie nie bez powodu: co sobie zaplanował, w końcu wychodziło. A tu widzimy ironicznego, sarkastycznego Nicka pokonanego: OK, ma wielkie filmowe wejście, kiedy przylatuje pomóc Nataszy dostać się do systemów S.H.I.E.L.D., ale - jak słusznie napisała w swojej recenzji Rusty - musi oglądać klęskę swego życiowego dzieła; co gorsza, musi zaakceptować gorzką wiedzę, że długo, długo nie widział, że znienawidzony wróg przejął kontrolę nad jego głównym dziełem i co więcej, sam przyłożyć rękę do jego zniszczenia. To, że widzimy tu Nicka Fury'ego - przynajmniej przez chwilę - pobitego, pokonanego, jest zaskakujące - i dlatego tak mi się spodobało. 

 

Po trzecie, wreszcie, Bucky; a może dokładniej: Bucky i Steve. Historia o męskiej przyjaźni, akiej odwiecznej i takiej z historią (i nieco na granicy zakochania, patrząc na ton ich relacji na ekranie, że będę nieco złośliwa), to też coś, czego można by się było spodziewać. Widzieliśmy już, takoż, dwóch przyjaciół stających się największymi wrogami (Goldeneye, anyone?) i widzieliśmy nieraz, oczywiście, tragicznie wmanewrowanego w walkę z tymi, którzy go naprawdę kochają i reprezentują bliskie mu wartości, Jędrusia Kmicica antybohatera-przeciwnika. I niby to wszystko wiemy - a jednocześnie Sebastian Stan jest tak dobry w roli zagubionego, z wypranym mózgiem i wymazaną pamięcią superżołnierza, że trudno nie ulec emocjom i nie współczuć jego postaci. Stan ma urodę do tej roli, chmurną i melancholijną, ale ma też wdzięk i fizyczną sprawność, dzięki której wszystkie jego sceny walki (bo wiele to on w tym filmie nie mówi) ogląda się znakomicie i mnie momentami było żal, kiedy akcja porzucała jego postać i wracała do polityczno-militarnych intryg.
Ale w tej relacji, o której mowa, jest dwoje bohaterów: i znowu, mamy znaną do bólu scenę pt. "Nie będę z tobą walczył, jesteś moim przyjacielem". Niemniej, przez cały czas poprzedzający tę scenę obserwowaliśmy Steve'a/Kapitana w interakcji z ludźmi głównie w jednej roli: przyjaciela. Oglądaliśmy początek jego przyjaźni z Samem Wilsonem - Falconem i niewymuszone kumpelstwo z grającą wobec niego trochę starszą siostrę, a trochę przyjaciółkę Nataszą, widzieliśmy, jak dużo potrafi dla tych przyjaciół zrobić... i w tym kontekście ta oczywista, by nie rzec oklepana scena zyskuje uzasadnienie: tak, on nie będzie walczył; tak, on po prostu tak ma.
Ja tylko jestem ciekawa, tak na marginesie, ile procent widzów postrzega w tej historii emocje romantyczne, a nie przyjacielskie. Just askin'.


Jeszcze dodam na marginesie, że i Falcon, i Natasza byli fantastyczni; zwłaszcza jej historia i jej wspomniana już relacja ze Stevem i to, jak elegancko wywinęli się twórcy z pisania tu obowiązkowego, wydawałoby się, wątku miłosnego, nawet mimo faktu, że mieli w obsadzie jedną z najbardziej ponoć seksownych aktorek świata. Ten film, skądinąd, fajnie pokazuje, że narzędzia w rodzaju testu Bechdel nie zawsze działają: ten film jako taki by go nie zdał, co nie zmienia faktu, że bohaterka, Czarna Wdowa, ma tu i ciekawą historię, i ważną rolę w fabule, i interesującą, niesztampową relację z głównym bohaterem, nie ma za to - całego mnóstwa stereotypowych obciążeń (jak np. niezbędny love interest), jakich moglibyśmy się spodziewać.

Powiedzmy sobie uczciwie: po obejrzeniu Zimowego żołnierza nie miałam ochoty natychmiast oglądać go po raz drugi, jak w przypadku pierwszego Iron Mana; nie zakochałam się kompletnie w żadnej postaci, co mi się zdarzyło i z Iron Manem, i z Thorem, przez co po trochu chyba ten wpis jest, wśród moich znajomych, raportem mniejszości; ale zdecydowanie uważam, że to dobry film - i błyskotliwy sposób zrobienia czegoś z postacią, która wydawała się najmniej ze wszystkich Avengersów perspektywiczna i ciekawa. Podobał mi się, zaskakująco, pierwszy film, a ten jest jeszcze zdecydowanie lepszy.   

środa, 02 kwietnia 2014

Tylko kochankowie przeżyją (Only Lovers Left Alive), scen. i reż. Jim Jarmusch, wyst. Tilda Swinton, Tom Hiddleston, John Hurt, Anton Yelchin, Mia Wasikowska, Wielka Brytania/Niemcy 2014

 

spojlery, jak kto nie widział: bardziej analiza niż recenzja, nie bardzo da się bez.


 Tilda Swinton i John Hurt

 

Z różnych powodów można pójść na ten film; ja poszłam z dwóch dość oczywistych, jeden inny bardzo oczywisty pomijając.

Ten oczywisty pominięty to Jim Jarmusch - reżyser, który ma swoją publiczność oglądającą wszystkie jego filmy i czekającą na nie. Ja się przyznam od razu - twórczość Jarmuscha znam bardzo średnio, z jego filmów na liście lubianych przeze mnie są chyba tylko Truposz i Poza prawem, a wielu jego ważnych filmów nie widziałam. Od razu mówię - nie będę nawet próbowała sytuować Kochanków... w kontekście twórczości reżysera ani wskazywać (poza paroma oczywistościami) na specyfikę poetyki filmowej Jarmuscha w tym filmie, bo też i nie bardzo umiałabym to zrobić. Myślę, że w sieci i czasopismach filmowych znajdzie się dość recenzji fachowców od kina Jarmuscha, którzy zrobią to, w odróżnieniu ode mnie, dobrze.

Mogę za to spróbować zrobić co innego. Poszłam na ten film między innymi z racji faktu, że podgatunek (baaaardzo plus minus) horroru pt. "Filmy o wampirach" jest i był od jakiegoś roku 1992 (i ówczesnego wielkiego przeżycia pt. Dracula Coppoli) tym kawałkiem kina grozy (i każdego innego, większość filmów o wampirach ciężko tak naprawdę zaliczyć do horrorów), który śledziłam z wielkim zamiłowaniem i samozaparciem, cofając się aż do początków kina.. Dzisiaj, po fali Zmierzchów, Underworldów i ich klonów, która przetoczyła się przez popkulturę w ostatnich latach, brzmi to banalnie  - wtedy, kiedy oznaczało to wyszukiwanie i oglądanie między innymi Nosferatu Murnaua, Zagadki nieśmiertelności Tony'ego Scotta, Nosferatu Herzoga i niskobudżetowych, dziwacznych filmów w rodzaju Wisdom of the Crocodiles (film przedumany, za to młody Jude Law cudowny), moje "zadanie" było dla mnie fantastyczną lekcją kina.

I nie, żebym ja coś miała przeciwko tym wszystkim Underworldom i wampirom w obcisłych skórzanych albo steampunkowo koronkowych ciuchach: seksownym krwiopijcom, których głównym zadaniem jest rzucanie błyskotliwie sarkastycznych uwag i walka z wilkołakami. Zupełnie nie; przyjemnie się je ogląda w kinie, zresztą - ja w ogóle lubię (kiedyś bardziej, dzisiaj ciągle jeszcze) filmy rozrywkowe, efektowne, zrealizowane za duże pieniądze; zazwyczaj dobrze mi robią na poprawę humoru.

A właśnie, wczorajszy film Jarmuscha bardzo mi dobrze zrobił faktem, że taki nie był. Nie ocenię go z punktu widzenia filmografii Jarmuscha, ale z punktu widzenia  kina o wampirach był... jakby to powiedzieć, był cofnięciem się, całkowicie - jak podejrzewam-  założonym i zaplanowanym, do czasów bodaj czy nie sprzed Wywiadu z wampirem, a już na pewno sprzed eksplozji popularności tych bardziej seksownych i bardziej romansowych wampirów (choć, OK, bohater Toma Hiddlestona zachowuje się tu chwilami jak duuuuużo bardziej mizantropijny i melancholijny Lestat w Wampirze Lestacie). Nie ma łowców, pościgów ani (hurra!!) wilkołaków, co by zresztą miały robić w filmie Jarmuscha? Nie ma też tak naprawdę, paradoksalnie, egzystencjalnych rozterek: bohaterowie, owszem, przez większą część filmu żywią się krwią dostarczaną ze szpitala, a na ideę polowania na ludzi reagują sarkastycznym it's so 15th century, ale też - kiedy w końcu problem tego rodzaju się pojawia i stracimy z ekranu postać Iana graną przez Antona Yelchina - reagują raczej niesmakiem i lekką złością niż poczuciem, że właśnie umarło w nich ostatnie tchnienie człowieczeństwa... a przy całych samobójczych myślach Adama, jak przyjdzie co do czego, to i tak on i Eve będą woleli żyć niż nie żyć...

Bohaterowie Jarmuscha są przez to wszystko bardzo ludzcy i mocno nieludzcy jednocześnie. Szalenie efektownie wychodzi to zderzenie Innej moralności i mentalności z ich zwykłymi codziennymi zachowaniami: zderzenie Adamowych neuroz, komentowanych przez jego żonę ironicznym To wszystko przez Byrona i Shelleya, domowych problemów, jakie sprowadza na nich wizyta młodszej siostry Eve, rozpuszczonej smarkuli Avy (Mia Wasikowska), prozaicznych rozmów przed pójściem spać i dyskusji o tym, kto ma do kogo przyjechać, kłopotów z prądem w domu... Centralna część, opisująca wizytę Avy, reakcje na nią obojga (Eve się trochę cieszy, bo za siostrunią z piekła rodem tęskniła, Adam jej serdecznie - jak się to szwagrom zdarza - nie znosi), ma lekko absurdalny i mocno - przy pozorach powagi, zwłaszcza w tym, jak to jest grane przez Swinton i Hiddlestona - komiczny, bardzo obyczajowy charakter; zaczęłam sobie w kinie wyobrażać Woody'ego Allena film o wampirach w Nowym Jorku...

Mizantrop Adam, nie znoszący zombich, ukrywa się w olśniewająco pokazanym w filmie wyludnionym Detroit, gdzie w zasadzie nie widuje nikogo, kogo nie chce - ani wampirów, ani ludzi. Eve mieszka w Tangerze, otoczona ludźmi, ciągle zaczepiana na ulicach. Adam i Ewa, on zawsze w czerni, ona w bieli, są efektowną (i momentami nieco pretensjonalną w tej efektowności - ta biblijność imion i oczywista kontrastowość  bohaterów to był jedyny moment w filmie, kiedy sobie pomyślałam "Oj, już przez przesady proszę!") parą dopełniających się przeciwieństw, dwiema innymi, osobnymi i niepodobnymi istotami, które miłość, trwająca od wieków, czyni jednym. Oboje są z jednej strony osadzeni, o czym mówiłam powyżej, w tradycji kinowego i literackiego mitu o wampirze, z drugiej - mieszczą się świetnie w kinowej konwencji pokazywania jak najbardziej ludzkich dziwaków, outsiderów i nawiedzonych artystów (i nieprzypadkowo chyba scena picia krwi, z towarzyszącą jej inspirowaną Orientem muzyka, wygląda jak scena zażywania jakiejś zmieniającej świadomość substancji...).

Adam i Ewa są kochankami, małżonkami, parą od zawsze. To jest, po pierwsze i przede wszystkim, film o miłości - nie o zakochaniu, nie o zadurzeniu. O miłości po latach, dorosłej, tej najprawdziwszej, co to zniesie wszystko, naprawdę wszystko: i fakt, że ukochana ma okropną siostrę, i to, że ukochany przestaje z nieodpowiednim i depresjogennym towarzystwem, i oddalenie, i codzienność wieków wspólnej egzystencji. I która w końcu, bez patosu i wzniosłości, w bardzo konkretny sposób każe bohaterom - żyć. Zlekceważyć ograniczenia, odsunąć od siebie samobójcze fantazje i żyć. Finałowa scena, przy całym jej pastiszowo-komediowym charakterze, mówi nam coś ważnego o miłości łączącej bohaterów: gdyby ten film miał, jak w polskiej wersji film Scotta z Denevue, tytuł Zagadka nieśmiertelności, to właśnie miłość między głównymi bohaterami byłaby tej zagadki rozwiązaniem.

To nie jest tak, że ton całości jest całkiem komediowy - historia Kita z pewnością nie - ale prawdą jest, że jest bardzo zwyczajny, "domowy"; nie dzieje się nic dramatycznie wielkiego, nawet z ewentualnego zagrożenia policyjnym śledztwem, jakie ściągnęła swoim bezmyślnym hedonizmem Ava, nic nie wynika. Jarmusch nie ucieka od popkulturowego mitu wampira, ale też go przesadnie nie ogrywa: bohaterowie mają swoje charakterystyczne, ugruntowane w tradycji filmowej i literackiej rytuały, jak proszenie o wejście przed przestąpieniem progu, swoje słabości - światło słońca, żądzę krwi - ale to nie na nich i nie na ich roli w (nie)życiu postaci opowiadana historia się koncentruje.

Związki z tradycją starszego i nowszego kina o wampirach podkreślają liczne decyzje reżysera, od użycia pastiszowego gotyckiego liternictwa w czerwonym kolorze po fakt, że grający naiwnego śmiertelnika stykającego się z wampirem Anton Yelchin grał stosunkowo niedawno, w remake'u Fright Night, dla odmiany naiwnego śmiertelnika stykającego się z wampirem. Bohaterowie Jarmuscha ładnie się też wpisują w obecną w tradycji kina (a i literatury) o wampirach tendencję do zadawania sobie pytania: Jak ktoś sprzed stu, pięciuset, tysiąca lat poradzi sobie z dzisiejszym światem? Oni sobie radzą nie najgorzej - przy całej deklarowanej niechęci do zombich (nas, znaczy), Adam, główny bohater, żyje w świecie pełnym wytworów ludzkiej kultury, otoczony muzyką i instrumentami; od wieków potrafi znajdować swoje osobne miejsce w historii muzyki i inspirować się tworami - kompozycjami, instrumentami - ludzkiej kultury (film ma, skądinąd, znakomitą ścieżkę dźwiękową); Eve z ironią wypomina mu jego (ludzkich? nie tylko ludzkich?) idoli, galerię zdjęć i portretów których ma na ścianie - ja sama. w tej krótkiej chwili, przez którą patrzyła na nią kamera, rozpoznałam na tej ścianie Marka Twaina, Oscara Wilde'a, Franza Kafkę... Eve z kolei żyje w świecie książek (dwa ich kufry bierze ze sobą w krótką podróż...) i literatury; trwający, odwieczni, bohaterowie żyją zanurzeni w świecie kultury, zarówno dawnej, jak i współczesnej: artysta i odbiorczyni par excellence, wszystko pamiętający, ceniące, co najlepsze, w oddaleniu i samotności cieszący się całą tradycją tego, co ludzkość (i nie tylko, jak się okaże) stworzyła, z głowami pełnymi łacińskich nazw drzew i fragmentów poezji. Pełen jest ten film aluzji i odniesień, od cytatów (ta scena, kiedy Hiddleston i Hurt przerzucają się fragmentami tekstu Szekspira!) po tożsamość (dziękuję za przywołanie nieodmiennie fascynującej mnie postaci z historii literatury!) jednego z bohaterów. Wampirze postacie Jarmuscha nie są nieśmiertelne, ale są odwieczne. Nie mają złudzeń co do losu ludzkości: tak jak były wcześniej katastrofy, susze i zarazy, tak będą nowe; a choćby wszystko przeszło, oni pozostaną (jeżeli zechcą).

 

Tom Hiddleston (Adam)


Hmmm, było 2/3 wpisu o jednym z powodów do pójścia, to teraz krótko o tym drugim. Poszłam zobaczyć czwórkę bardzo lubianych aktorów i się nie zawiodłam. O każdym z nich mogłabym to wygłosić jakiś mały pean - więc może tylko skupię się na fakcie, jak znakomita, jak fantastycznie przekonująca jest w tym filmie Tilda Swinton w roli Eve. Uroda, noszone kostiumy, operowanie głosem - wszystko to aktorka wykorzystuje do rozbudowania znakomicie wymyślonej postaci troskliwej, opiekuńczej, kochającej, przy całej swojej bezwiekowości i eteryczności dość... praktycznej, ciepłej kobiety. Znakomita, znakomita rola - nie żeby Tom Hiddleston w roli humorzastego, melancholijnego muzyka czy John Hurt jako kruchy, starzejący się ukochany podopieczny i geniusz literacki w jednym, byli gorsi.

Spokojny, wyciszony, chwilami nieprzeciętnie zabawny, chwilami wzruszający, snujący się, bardzo ładny film. Dobrze mi było w kinie.

piątek, 28 marca 2014

Głód (Hunger), reż. Steve McQueen, scen. Enda Walsh, Steve McQueen, wyst. Michael Fassbender, Liam Cunningham, Liam McMahon, Wlk. Brytania/Irlandia 2008

 

Uwaga. Streszczam film. Zdradzam finał. Piszę o okropnościach.

 

 

 

Głód obejrzałam w ramach nadrabiania filmów McQueena (nie żeby tego nadrabiania było aż tak dużo, zważywszy, ile filmów nakręcił) i, powiem szczerze, zbierałam się do tego oglądania długo. Wstyd zrobił na mnie swego czasu ogromne wrażenie i jakoś pod wpływem tamtego postanowiłam śledzić karierę reżysera. Ale - proszę bardzo, przyznam się - Głodu się bałam: pamiętając z dzieciństwa jakąś (nie pamiętam dziś tytułu, za to treść aż za dobrze) zdecydowanie za wcześnie przeczytaną książkę o Auschwitz i detaliczne opisy tego, co się dzieje z umierającym z głodu człowiekiem, nie byłam pewna, czy chcę widzieć na ekranie śmierć głodową w 66 dni.

W końcu się zebrałam, obejrzałam. A parę dni temu obejrzałam jeszcze raz, po to, żeby zrecenzować (bo już przestałam się przejmować, że ten blog ma być głównie o takiej geekowskiej popkulturze sensu stricto).

McQueen i Walsh wzięli sobie tutaj temat, który szalenie łatwo byłoby potraktować emocjami - i to od różnej strony, w różny sposób. Domagałby się tego w końcu sam temat: mówimy przecież o wydarzeniach stosunkowo niedawnych (1981), politycznie naładowanych (konflikt o Irlandię Północną, terror IRA i brutalne traktowanie więźniów przez władze brytyjskie) i budzących skrajne emocje także dzięki skrajności sytuacji, o której mowa (więzienny strajk głodowy, który doprowadził do śmierci z głodu dziesięciu osób).

Nie uważam, żeby czysto emocjonalne,wyciskające łzy z oczu widza i wyrywające mu okrzyki gniewu z gardła podejście było złe - nie to chcę powiedzieć. Co chcę powiedzieć, to to, że optyka, którą tu przyjmuje reżyser: obserwować, nie komentować, emocje jeżeli budzić, to przy okazji, a nie celowo i świadomie  - wydaje mi się ciekawa, bo - inna. Bo zastanawiająca. Bo angażująca mnie-jako-widza zupełnie inaczej, niż podejrzewałam, kiedy brałam do ręki DVD z filmem o człowieku, który umarł z głodu.

Co nie znaczy, że ten film nie budzi emocji. Budzi. Zdecydowanie.

Pytanie, które cały czas tłukło mi się po głowie podczas seansu i teraz, przy pisaniu, to kwestia polityki i polityczności. Na pierwszy rzut oka, z racji samego tematu, ten film powinien być skrajnie upolityczniony: w końcu opowiada o wydarzeniach do dziś budzących kontrowersje i o postaciach, których ocena ciągle nie jest jednoznaczna; ukazane w nim wydarzenia dotyczą jednego z najbardziej znaczących konfliktów politycznych powojennej Europy. Na drugi rzut - nie jest. Nie jest, z dwóch powodów: po pierwsze, reżyser bardzo stara się unikać deklarowania jakichś zachowań jako etycznie właściwych/niewłaściwych, po drugie - skupia się na osobistych losach i motywacjach swojego bohatera.

Co do tego pierwszego: w Głodzie McQueen nie staje po żadnej ze stron. Unika deklaracji, nie próbuje bronić strajkujących irlandzkich więźniów jako niewinnych ofiar, ale nie stara się też pokazać ich jako terrorystów, wcieleń zła wszelkiego: bijący więźniów strażnik sam staje się ofiarą (w okolicznościach, w których trudno mu nie współczuć), organizacja, którą wspierają i w imię której walczą cierpiący bohaterowie, przysyła mordercę, który z zimną krwią zabija w domu starców. Co do tego drugiego:  to nawet nie jest to, że McQueen szkicuje tu zniuansowany obraz, że politykę pokazuje w odcieniach szarości raczej niż w czerni i bieli; raczej, na moje oko, stara się po prostu skupić na ich ludzkiej stronie, na człowieczeństwie ich zachowań, na prywatnych motywacjach, powodach i przyczynach tego, że robią to, co robią. Fakt, że o wyborze strajkującego Sandsa na deputowanego wspomina się tylko mimochodem w końcowych napisach, jest tu, wydaje się, symptomatyczny.

A jednak - i to jest na trzeci rzut oka - polityka jest tu cały czas obecna, nawet jeżeli nie wprost; jest obecna w płynącej z radia znanej mowie Margaret Thatcher, w której pani premier definiuje założenia polityczne, które doprowadzą do śmierci bohatera, jest obecna w samym sercu wydarzeń: jest powodem, dla którego dzieje się to, co się dzieje.

Powodem tak, ale - według mnie - chyba nie główną przyczyną. A jeśli nawet główną - to jedną z, nie jedyną.

No ale zobaczmy, co się dzieje. Strażnik więzienny (Stuart Graham) zbiera się do pracy, wykonuje rutynowe czynności: mycie, śniadanie, sprawdzanie, czy pod samochodem nie ma bomby... W mikrokosmosie więzienia Maze pod Belfastem grupa więźniów stara się odzyskać swój status więźniów politycznych, odebrany im kilka lat wcześniej. Nowy więzień trafia do celi siedzącym tam już od jakiegoś czasu współ-działaczem IRA: obserwujemy ich życie, krążące wokół brudnego strajku, jaki prowadzą, przyglądamy się - my, okiem kamery - beznamiętnie, jak siedzą w celu o ścianach zasmarowanych odchodami, zarośnięci, brudni, pozawijani jedynie w ni-to-ręczniki-ni-to-prześcieradła; jak widują się z bliskimi i dostają przemycaną w dość ekstremalny sposób kontrabandę (radio, dzięki któremu oni - i my - możemy dowiedzieć się co nieco o tym, co się dzieje poza światkiem więzienia), wreszcie - jak dochodzi do próby złamania przez strażników brudnego strajku i umycia i ostrzyżenia (przemocą) więźniów. Wtedy pojawia się nam kolejny bohater, Bobby Sands (Michael Fassbender): inni przestaną się liczyć, to wokół jego losów będzie się toczyć reszta epizodycznej akcji.  

Oczekiwałabym Sandsa-świętego albo Sandsa-charyzmatycznego przywódcy (albo Sandsa-potwora, ewentualnie) ale w interpretacji McQueena i Fassbendera nie jest ani jednym, ani drugim, ani trzecim: jest przede wszystkim człowiekiem, który ma już od dzieciństwa z jednej strony specyficzne poczucie odpowiedzialności za innych, z drugiej - potrzebę.. może nie tyle poświęcania się dla innych, co raczej brania na siebie zadań, których nikt nie chce się podjąć, a które są konieczne dla dobra wspólnoty. Zrobił to jako chłopak, kiedy podjął decyzję w prawie ciężko rannego źrebięcia, które znaleźli - i zrobił jako dorosły, decydując się objęcie symbolicznego przywództwa i doprowadzenie strajku głodowego do samego końca.

Najlepiej widać jego motywację w centralnej scenie filmu: długiej, statycznej, nakręconej bez zmian perspektywy debacie między Sandsem a ojcem Moranem, księdzem, też do pewnego stopnia sympatykiem IRA (Liam Cunningham), który przychodzi porozmawiać z nim o jego życiu i o strajku głodowym. Kamera patrzy na bohaterów z daleka, bez dramatycznych zbliżeń i bez skupiania się na którymś z nich; a dyskusja jest debatą nie tyle przeciwników, co raczej dwóch osób stojących po mniej więcej tej samej stronie, choć różniących się perspektywą. Ta dyskusja jest zresztą, jak większość dialogów, bardzo mało retoryczna, stylizowana raczej na nieformalną rozmowę (uwagi księdza o karierze jego brata); powoli, w nieoczywisty sposób odsłaniają się w niej motywacje, zamiary i przekonania bohaterów.

Po tej scenie, w której "obiektywne", zewnętrzne spojrzenie kamery pozostaje nieruchomo skupione na bohaterach, przychodzi ostatnia część filmu: ta, w której Sands rzeczywiście umiera z głodu. Nie widzimy go od początku - pokazuje się nam już wychudzony, udręczony, bliski śmierci; wcześniej lekarz opisuje jego rodzicom i nam, co go czeka. Fassbender gra go tu oszczędnie, niewieloma środkami - a jednocześnie, jako że prawie nic nie mówi, gra głównie ciałem i mimiką, tworząc - przy tak ograniczonych środkach - rzeczywiście fascynującą kreację aktorską. Wcześniej widzieliśmy go bitego i upokarzanego, przekonanego i dyskutującego; tu oglądamy jego dobrowolne umieranie: opadanie z sił, ból, fizyczne cierpienie. Tutaj kamera patrzy już inaczej - głównie jego oczami; kiedy obraz na zmianę wyostrza się i rozmazuje na twarzy jego żony, wiemy, że to dlatego, że bohaterowi brak już sił nawet na to, by móc widzieć...

McQueen jest w tym filmie obserwatorem, zdystansowanym, zostawiającym widzowi ocenę - jeżeli w ogóle jest ona potrzebna - wydarzeń. Nastrój podkreślają zdjęcia i sposób kręcenia. Jest na przykład taka długa, długa, statyczna scena z myciem tego korytarza, który jest na ilustracji do wpisu: ładnych parę minut, bez muzyki, widzimy tylko zbliżającego się sprzątającego i słyszymy szuranie mopa po podłodze, kiedy powoli idąc ku nam/kamerze sprzątacz myje zalaną przez więźniów zawartością nocników podłogę  - nie wiem, czy dałoby się tu lepiej zilustrować monotonię, brud, beznadzieję życia w więzieniu Maze. Podobnie jest w scenach szpitalnych, gdzie kolejne talerze ze nietkniętymi śniadaniami, zmieniające się na nocnym stoliku w płynnej, leniwej sekwencji, odliczają dni agonii bohatera.

Tylko w jednym momencie, pod koniec, McQueen odchodzi od tej celowej nie-symboliczności, od chłodnego naturalizmu (wiem, trochę paradoks), z jakim pokazuje życie Sandsa. Półprzytomny Sands ma wizję. Widzi w niej siebie jako nastoletniego biegacza (którym był, jako chłopiec; to jest pół-wizja, pół-wspomnienie); biegnie sam, po łące w słoneczny dzień. Przed nim ciemny, pozbawiony światła las. Biegacz zastanawia się, waha przez moment - po czym rusza przed siebie, w ciemność, w śmierć.  

Bobby Sands ma poczucie, że tak jest słusznie, że tak trzeba - a McQueen nigdy, na moje wyczucie, nie próbuje nam mówić, że bohater zrobił dobrze, zrobił źle. Po części w tym zdystansowanym spojrzeniu, w pokazywaniu zamiast komentowania, w pozostawieniu oceny widzowi, leży moim zdaniem siła tego filmu. On nie jest przyjemny, nie jest też bardzo łatwy w odbiorze - ale przynajmniej mnie wbił się w pamięć.   

sobota, 04 stycznia 2014

Wyścig (Rush), reż. Ron Howard, scen. Peter Morgan, wyst. Chris Hemsworth, Daniel Brülh, Olivia Wilde, James Norton, Niemcy/Anglia 2013

 

spojluję poniżej

 


 

Jestem, moi drodzy, stara - na tyle stara, żeby pamiętać, że w I połowie lat 80. nazwisko Niki Lauda było dla wielu - na przykład dla mojego ojca - synonimem wyrażenia "najlepszy kierowca", jeżeli w ogóle nie "najlepszy sportowiec świata".
Lubię sport. Znaczy: lubię oglądać sport. Mam ulubionych sportowców. I może dlatego żaden film o sporcie, może poza Rydwanami ognia, nigdy mnie naprawdę nie wciągnął. I może dlatego nie wybierałam się do kina na Wyścig. Ale w końcu go obejrzałam, bo mnóstwo osób, do których gustu mam bezwzględne zaufanie, chwaliło.

I wiecie co? Warto było. Bo film jest nieoczekiwanie bardzo, bardzo dobry.  

Z filmami o sporcie (a to jest dokładnie w takim samym stopniu film o sporcie, co o sportowcach) jest jeden problem: trzeba znaleźć sposób, żeby pokazać same zawody inaczej niż jako filmową wersję kawałka transmisji z konkursu/wyścigu/meczu/turnieju (podejrzewam, że znajdą się wśród czytelników ci pamiętający zajmujące pół odcinka rajdy Tsubasy z piłką, prawda?). Z biografiami z kolei, zwłaszcza z biografiami osób żyjących/współczesnych, jest z kolei inny problem: bardzo, bardzo łatwo popaść w banalne i oczywiste uproszczenia; zwłaszcza zaś, jeżeli, jak autorzy Wyścigu, postanawia się oprzeć fabułę na kontraście dwóch diametralnie różnych osobowości. Widzieliśmy to w kinie sto tysięcy razy - jak może wyjść po raz kolejny?

Ale wyszło. W filmie reżysera, za którym nie szaleję, z dwoma aktorami, którzy jak dotąd budzili co najwyżej moją sympatię (a i to głównie Hemsworth), a nie podziw dla aktorskich umiejętności, na temat sportowy, który lubię, ale o sporcie, o którym pojęcie mam chyba z czasów lat 80. właśnie; do tego, kochani, ja nawet nie mam prawa jazdy. I wyszło, i to jak. Oczu nie mogłam od ekranu oderwać. 

 


Po pierwsze, ten film wygląda. Kluczowe sekwencje wyścigu w Japonii są sfotografowane, oświetlone i skadrowane tak, że mi się chciało krzyczeć z zachwytu, jakie to piękne. Ten deszcz. Ten widok na Fuji. Te flagi. Chmury, ciemne, groźne, ale podbite malarsko złotym blaskiem; słońce toczące się za gnającymi po niebie strzępami chmur. Żółte i pomarańczowe kombinezony obsługi technicznej na tle rozmytej szarości zaciągniętego chmurami nieba, ludzie zgięci pod naporem wiatru i ulewy, nagłe rozbłyski kropel wody spod kół i spod nóg jak erupcje iskier na ciemnym tle. Och, jakie to było olśniewające. 

 


Generalnie, sceny wyścigowe w ogóle są tam bardzo efektownie zrobione, na zwolnieniach i przyspieszeniach kontrastowanych z normalnymi, bardziej "reportażowo" wyglądającymi (i chyba lekko chwilami stylizowanymi na sposób robienia zdjęć w filmach z lat 70., ale to tylko moje wyczucie, nie żadna wiedza) ujęciami z pit stopu i miejsc dla publiczności i z prawie-transmisyjnymi fragmentami (z odpowiednim komentarzem). W ogóle reżyser i autor zdjęć znaleźli, poza wszystkim, sposób na pokazywanie nam szybkości: kiedy we włoskiej scenie Lauda rozpędza auto na krętej drodze, żeby - nie oszukujmy się - trochę zaimponować, a trochę utrzeć nosa przyszłej, jak się okaże, żonie, ja osobiście czułam lekki zawrót głowy na widok rozmazanych plam zieleni za oknami samochodu... Zdjęcia w ogóle są wysmakowane, pomysłowe, szalenie efektowne - wystarczy popatrzeć na takie kadry, jak ten poniżej, ze wspomnianego włoskiego epizodu (te kolory! ta kompozycja!) czy przypomnieć sobie, ze scen w Japonii (patrz wyżej), tę w której o poranku bohater Daniela Brühla stoi, półnago przy oknie, z przodu ostro obramowany światłem, z plecami i ramionami niknącymi w cieniu pomieszczenia, na twarzy wyraźnie widoczne blizny po poparzeniach z niemal-śmiertelnego wypadku; ma podjąć decyzję, od której zależy chyba trochę więcej, niż tylko tytuł mistrza świata. Naprawdę, ktoś nad tym filmem od tej strony solidnie pomyślał.


Ale gdyby to był tylko piękny film o szybkości, to by mnie aż tak nie ruszył. Ale to jest także, przy okazji, bardzo niegłupi film o ludziach, o sporcie i o sportowcach. Ma, tak po prawdzie, trzech bohaterów: dwóch ludzi i ich ni to pasję, ni to zawód, ni to klątwę: wyścigi Formuły I.

I znowu: wydawałoby się, że na pozór mamy tu samograj dążący do oczywistości. Dwóch rywali. Jeden kobieciarz, drugi wierny narzeczony/mąż. Jeden imprezowicz, drugi domator-perfekcjonista. Jeden intelektualny, drugi intuicyjny. Jeden i drugi z apetytem na ostateczne zwycięstwo. Rywalizacja, prawie-wrogość, na końcu pewnie nieoczekiwana przyjaźń i wielka walka o to, kto na koniec zatriumfuje.

No tylko że nie całkiem tak. Bo rywalizacja jest, owszem, ostra, wrogość - raczej profesjonalna niż osobista (choć, owszem, zacięci są obaj, i co się nawyzywają nawzajem, to ich), a przyjaźń - cóż, może zamiast przyjaźni wystarczy, mimo wszystko, wzajemna lojalność i szacunek? Scenarzyście i reżyserowi udało się jeszcze jedno: obaj ich bohaterowie są raczej dziwni niż typowi, i obaj zdecydowanie nieidealni. Hunt w interpretacji Hemswortha (nieoczekiwanie i niespodziewanie dla mnie znakomitej!) jest złotym chłopcem, czarującym, cholernie ambitnym, kompletnie na pozór na luzie - który rzyga jak kot przed każdymi zawodami. Jednocześnie, przy całym jego pozerstwie, to jest człowiek, który ma niewątpliwy kręgosłup moralny - co udowadnia ładnych parę razy, zwykle w sprawach związanych z rywalem (jak wtedy, kiedy po jego powrocie bierze na siebie częściową odpowiedzialność za to, że doszło do wypadku). Jego relacja z Laudą jest niejednoznaczna, prawie pasożytnicza: rywalizując ostro, są dla siebie zarazem podstawowym punktem porównania i odniesienia, i kiedy Lauda mówi Huntowi, że gdyby nie złość na niego nie wróciłby tak szybko do zawodów, i że zawdzięcza mu ten powrót, to nie mamy wątpliwości, że mówi szczerą prawdę.

Lauda w wykonaniu Daniela Brühla to postać bodaj czy nie jeszcze ciekawsza: intelektualny, zamknięty w sobie, a jednocześnie bardzo asertywny (patrz: rozmowy z pierwszym teamem), zdolności towarzyskich ma mniej więcej tyle, ile Sherlock Holmes w interpretacji Roberta Downeya Jr. Bywa odpychający, niemiły, chwilami małostkowy, społecznie niedostosowany w sposób dla widza niemal bolesny. Kalkulujący, opanowany i mający bardzo zdecydowanie poukładane priorytety, gotowy ryzykować wszystko, nawet życie, ale w sposób wedle własnych kryteriów rozsądny, Lauda jest zagadką nie do końca dającą się rozwiązać kolegom z toru; nam-widzom jest łatwiej, my słyszymy zza kadru jego głos jako narratora. Acz, trzeba to powiedzieć: jego najlepsze sceny rozegrane są w milczeniu.

Bo, poza wszystkim innym, nad tym filmem pomyślał też reżyser. Weźmy jeszcze raz tę japońską sekwencję, gdzie wszystko, co ważne: decyzja Laudy, by jednak wystartować, strach i rozczarowanie tą decyzją (która może go kosztować życie, albo małżeństwo) jego żony, a potem, już w trakcie wyścigu, przewartościowanie tego, co jest w życiu cenne - rozgrywa się niemal w milczeniu. Och, jest muzyka, jest ryk silników i komentarz do zawodów, ale ci, którzy są tu najważniejsi, nic nie mówią - aż do chwili, kiedy wszystko jest zdecydowane. Słowa nie są potrzebne: montaż i twarze aktorów załatwiają sprawę.
Weźmy z kolei sceny rekonwalescencji Laudy po wypadku, rozgrywające się przy nieustannie włączonym telewizorze, relacjonującym, co w tym czasie robi drugi z bohaterów; albo weźmy budowanie napięcia, tak silnego, że aż człowiek zaciska pięści (a ja znałam historię Laudy i wiedziałam, co komu pisane i kto będzie żył!) w scenach przed wypadkiem. Świetna, świetna robota. Zresztą, popatrzmy: ten film o sporcie zamyka się teoretycznie konwencjonalnie, wielkim wyścigiem dwóch przeciwników - wyścigiem, którego jednak żaden z nich nie wygrywa i żaden z nich w nim nie ginie, wbrew temu, czego by konwencja kazała oczekiwać, a mimo to widz ma poczucie (dobra: ja miałam) absolutnej satysfakcji. Niby blisko do klisz, do schematów kina o sportowcach - a jednak Howardowi zawsze udaje się w tym filmie przed nimi umknąć.

Rok 2013 zakończyłam (bo oglądałam dzień przed Sylwestrem) filmem zaskakująco i niespodziewanie dobrym. Więcej takich niespodzianek w 2014 poproszę.  

środa, 01 stycznia 2014

Monsieur N., scen. René Manzor, reż. Antoine de Caunes, wyst. Philippe Torreton, Richard E. Grant, Jay Rodan, Elsa Zylberstein, Siobhan Hewlett, Francja-Wielka Brytania 2003


spojlery. także dla tych, którzy pamiętają, że, kiedy i jak Napoleon umarł na Świętej Helenie.

Richard E. Grant in

 

No, było to tak: ponieważ wakacje były, z okazji najnowszego fanowskiego fioła Drakainy, takie, jakie były (znaczy się, byłyśmy na Elbie, Korsyce, w północnej Italii, a w drodze do domu Drakaina zepsuła prezentację multimedialną w muzeum bitwy pod Austerlitz), i ponieważ toczona przeze mnie chwilowo kampania RPG (własny system, ja jako MG) dzieje się w alternatywnej Europie lat (chwilowo) 1830, ale zaczęła się nieco, jakby, wcześniej - z tych w każdym razie powodów w Sylwestra był plan obejrzenia jednej z dwóch rzeczy: albo pierwszego odcinka szwedzkiego serialu "Anno 1790", albo tegoż właśnie filmu, o którym będzie poniżej. Film wygrał.

Miałam w planach go obejrzeć, znając z całego teamu autorów wyłącznie Richarda E. Granta i - jak się okazało - Siobhan Hewlett (migała w Sherlocku i w Torchwood), bo mam słabość do teorii spiskowych jako pożywki popkultury. Nie oczekiwałam, powiem szczerze, zbyt wiele od fabuły, bo czego można oczekiwać od filmu, którego głównym założeniem jest, że Napoleon uciekł ze Świętej Heleny, a reszta świata się jakoś nie zorientowała? I że to wszystko z nowo odkrytej miłości do bardzo młodej dziewczyny? Nie aż tak wiele wiem o tej epoce, ale to, co wiem, wystarczyło mi, żeby wiedzieć podczas oglądania, że pojawiają się tu najbardziej zgrane, najbardziej charakterystyczne teorie spiskowe otaczające ostatnie lata życia i śmierć Napoleona: jest i kwestia otrucia arszenikiem, i romans-nie-romans z nastoletnią (ur. 1802) Betsy Balcombe, i pytanie, kogo w końcu pochowano w Les Invalides w Paryżu w 1840... wszystko, wszystko, bardziej się nie da. Krajobrazy chciałam pooglądać, tudzież ładne kiecki. I Richarda E. Granta.

No to miałam małe zaskoczenie. Bo film, ku mojemu zaskoczeniu, okazał się inteligentny i wciągający. I miał, owszem, piękne krajobrazy i bardzo ładne kiecki (i mundury); ale miał też wciągającą, dobrze skonstruowaną intrygę (i tak, scenarzysta naprawdę miał pomysł, jak nas przekonać, że Napoleon naprawdę mógł uciec ze Świętej Heleny, a reszta świata poza jednym eks-oficerem się naprawdę nigdy nie zorientowała) i miał fantastyczne, rzeczywiście znakomite postacie - imponujące było zarówno to, jak były napisane, jak i to, jak zostały zagrane. 

Historia jest, w swoim punkcie wyjścia, bardzo prosta. Mamy młodziutkiego angielskiego oficera Basila Heathcote'a (Jay Rodan), który przyjeżdża na wyspę razem z nowym gubernatorem Świętej Heleny, sir Hudsonem Lowem (Grant), aby objąć stanowisko adiutanta i natyka się na, najoględniej mówiąc, brak chęci współpracy ze strony cesarskiego więźnia (Torreton), jednocześnie będąc świadkiem intryg i potępieńczych swarów na jego małym, skłóconym dworze, gdzie wszyscy nienawidzą wszystkich, wszyscy knują przeciw wszystkim i wszyscy mają już dość deszczu, wiatru i samotności na wyspie; no, wszyscy knują przeciw wszystkim, poza wiernym majordomusem, a może i nie do końca legalnym krewnym eks-cesarza, Ciprianim (Bruno Putzulu): on ma na głowie knucie na znacznie większą skalę i ze znacznie ambitniejszym celem w tle. No i jest jeszcze w tym wszystkim Betsy (Helwett), w chwili rozpoczęcia akcji czternastoletnia, promyczek światła w życiu więźnia i w życiu jego młodego adiutanta-strażnika.     

Scenarzysta i reżyser, wychodząc od tego punktu, budują obraz na pozór czysto obyczajowy: codzienne, ciągle dość dostatnie, ale mało przyjemne życie w posiadłości więźnia i w domu gubernatora, utarczki między nimi, spory na "dworze", rosnąca niechęć między kochanką Napoleona panią Montholon (Zylberstein) a Betsy, obiady, przejażdżki, rozmowy... Jednocześnie jednak, pod tą narracją, widz od początku wyczuwa napięcie. Tu się coś święci - i to coś więcej, niż tylko to, że jeden człowiek ma już serdecznie dość bycia w centrum uwagi wszystkich, zwłaszcza że wie doskonale, że wszyscy tu czekają, z tych czy innych powodów, na jego śmierć. Trudno się dziwić, że chce uciec im wszystkim: uciec przed Anglikami, przed Francuzami i przed, po trochu, samym sobą.

Nie zdradzę szczegółów intrygi: dość już powiedziałam, żeby uzasadnić opinię o mnie jako o osobie, która nie umie recenzować bez spojlerów, a ta intryga jest naprawdę... fajna. I wciągająca. Mnie przynajmniej wciągnęła. Zamiast więc opisywać, co, kto, kogo i jak, powiem może co innego: to jest fantastycznie zagrany film. Fantastycznie. Siobhan Hewlett udaje się zagrać Betsy bez zrobienia z niej ani dorosłej malutkiej, która niby ma naście lat, a zachowuje się, jakby miała 20, ani nastoletniej ofiary emocjonalnej manipulacji doświadczonego uwodziciela. Elsa Zylberstein jako Albine Montholon, zgrywająca zblazowaną markizę de Merteuil dla ubogich i romansująca z eks-cesarzem za zgodą i wiedzą męża, a tak naprawdę nieszczęśliwa i zaplątana we własnych gierkach, budzi, owszem, na początku irytację, przynajmniej moją budziła - ale to tak ma być, a w finałowych scenach trudno jej nie współczuć. Skłóceni, zakłamani, żyjący wszyscy w poczuciu "to właśnie ja byłem ulubieńcem cesarza" eks-marszałkowie, milczący strażnik Ali, jowialny i nie do końca wiadomo, po której stronie stojący doktor o'Meara - to są wszystko niewielkie, ale znakomicie naszkicowane i zagrane postacie.

No ale, tak naprawdę, ten film należy do dwóch aktorów. Richard E. Grant jako sir Hudson Lowe jest zimny, bezwzględny, tak biurokratycznie i kolonialnie wyniosły, jak to tylko możliwe. Inteligentny i ambitny, traktuje swoje zadanie strażnika pokoju serio - i, jak mi się zdaje, nie może pogodzić się z faktem, że nie zyskał i nigdy nie zyska szacunku ani swojego więźnia, ani, tak naprawdę, opinii publicznej w Anglii, która, skoro tylko strażnik taki jako on przestanie być potrzebny, zobaczy w nim dręczyciela, okrutnika, czarny charakter. Grant wydobywa z postaci Hudsona Lowe'a wszelkie niuanse, grając go jako postać niejednoznaczną, z jednej strony budzącą odruchową niechęć widza (bo Lowe jest podobnie zimny i wyniosły wobec swojego młodego podwładnego Heathcote'a, który jest, plus minus, osobą, z której punktu widzenia patrzymy), z drugiej - domagającą się jakiegoś rodzaju zrozumienia i nawet, w finałowych scenach w Paryżu w 1840, współczucia: to jest inteligentny i zdolny facet, który jakoś tam wie, że został ograny przez kogoś grającego, jak chodzi o inteligencję i zdolności, także te propagandowe, w zupełnie innej lidze. Co z tego, że jego więzień umarł: teraz wszyscy mu współczują, a on, Hudson Lowe, stał się wrogiem publicznym we własnym kraju....   

Nachwaliłam się Granta, ale chyba na największe pochwały w tym filmie zasłużył Philippe Torreton, który gra Napoleona: błyskotliwego, rozgoryczonego, wyniosłego egomaniaka, momentami dramatycznie wręcz antypatycznego, traktującego z góry zarówno swoich angielskich strażników, jak i francuskich współtowarzyszy wygnania, a przy tym - lojalnego i czasami nawet ciepłego i serdecznego wobec tych, o których wie, że im naprawdę na nim zależy (Betsy, Cipriani). Jednocześnie nie ma się najmniejszych wątpliwości, że w tej wersji jest to człowiek przerastający intelektem i zdolnościami analitycznymi wszystkich dookoła - nawet nie pająk w środku sieci, jak Jim Moriarty, raczej ten, kto ukryty in plain sight mimo wszystko jest w stanie kontrolować sytuację, niewidziany. On nie ma złudzeń, ani co do siebie, ani co do innych - ale też nie ma wątpliwości (ani on sam, ani widz), że on tylko czeka na okazję, że już dawno ma wszystko zaplanowane, i że jak będzie chciał uciec - ucieknie. Plus, Torretonowi wychodzi jeszcze jedna niemożliwa sztuczka - jest w stanie wyglądać jednocześnie nieciekawie i atrakcyjnie: bynajmniej nie gra tu atrakcyjnego mężczyzny, co to, to nie - ale nie ma wątpliwości, że jest też w tej roli modelowym przykładem tego, że brainy is the new sexy.

Tak, wiem, wiem, za dużo cytatów i aluzji. To ja już się zamykam o Napoleonie i o Panu N. i idę cierpieć, bo nie obejrzę dzisiaj nowego Sherlocka.

czwartek, 26 grudnia 2013

The Hobbit: The Desolation of Smaug, reż. Peter Jackson, wyst. Martin Freeman, Ian McKellen, Richard Armitage... no, generalnie ci, co poprzednio, plus Lee Pace, Orlando Bloom, Evangeline Lilly, Luke Evans i inni.

 

Uwagi:
1. SPOILERS
2. Miała być recenzja, wyszły takie bardziej refleksje nad wybranymi problemami, sorry.

 

http://fanpop.com/

 

W mojej trwającej jakieś lat 28 karierze namiętnej fanki filmowej fantastyki spodziewałam się całego mnóstwa rzeczy; oraz, były takie rzeczy, których się raczej nie spodziewałam dożyć/zobaczyć/powiedzieć.

Nie spodziewałam się, na przykład, dożyć zobaczenia w kinie przekonująco (dla mnie) zrobionego smoka - no i dożyłam, pierwszy raz w Harrym Potterze i czarze ognia. Nie spodziewałam się doczekać Oscara za najlepszy film roku dla typowej produkcji fantastycznej (2004, Powrót króla).

No a już na pewno nie spodziewałam się tego, co powiem poniżej: że przy okazji kontrowersyjnej i proszącej się o dyskusję "film vs książka" adaptacji, przy nieprzeciętnie przy tym spektakularnym filmie, w którym są przepiękne smoki [w ilości jeden], fenomenalne zdjęcia z drużyną idącą przez pola łubinu i fantastycznie konsekwentne operowanie symboliką kolorów w niektórych scenach (czerń, czerwień oraz deszcze, krople i ulewy złota w scenach w Ereborze), rzeczą, o której mam ochotę pisać w recenzji, jest koncepcja postaci i aktorstwo. 

Yup. Ergo, nie będzie o tym, czy mi się podobają zmiany w fabule (krótka odpowiedź: jako osobie, która zna powieść Tolkiena od jakichś 25 lat: tak, kawałek uzasadnienia: tu), nie będzie o tym, co sądzę o efektach, 3D, pająkach i smoku, będzie - o postaciach.

Bo jakoś tak zawsze miałam poczucie, że dla mnie w fantastyce liczy się przede wszystkim dobra historia, że postacie mogą być typami raczej niż pogłębionymi bohaterami wymagającymi aktorskiej kreacji, że, generalnie, wystarczy zagrać przyzwoicie albo błysnąć ekranową charyzmą (Harrison Ford, anyone?), że na wiele więcej nie ma ani miejsca, ani potrzeby. A tu, proszę, mam małą niespodziankę. Bo to głównie (niektóre) postacie i ich historie mnie tu obeszły ( i tak, głównie przez nie wyszłam z kina zachwycona filmem).

Po pierwsze: Bard i Miasto na Jeziorze. Bo tego - kawałka wizji miasta bliższej Scotta Lyncha czy Terry'ego Pratchetta (choć opartej przecież blisko na Tolkienowskim pierwowzorze), z głupawym, paranoicznym, zadufanym w sobie, chciwym na złoto i nieczułym na niedolę ludu królikiem i z tymże ludem, głodnym, biednym, który swojemu tyrankowi lada moment, na moje oko, pobuduje barykady i zafunduje The Glorious People's Republic of Treacle Mine Road Laketown - to się tu nie spodziewałam. Zarówno to, jak pomyślana i zagrana jest postać Barda (przy którym udało się uniknąć grożącej mu przy adaptacji pułapki bycia jeszcze jednym filmowym Chosen One Królem, Który Wróci na Stolicę): szlachetnego, ale nie-idealnego, takiego, co owszem, ma poczucie odpowiedzialności wobec miasta i ludzi, ale też nie pogardzi dodatkowym groszem, który mu wpadnie do kieszeni, bo w tej kieszeni raczej pustki, a dzieci nakarmić trzeba; który się nie brzydzi odrobiną przemytu, a i jak trzeba skłamać, skłamie bez wahania. W kontraście do niego, ale z tej samej, paradoksalnie (bo nie odchodzimy aż tak daleko od literackiego pierwowzoru!) bardziej Pratchettowej niż Tolkienowej bajki jest Władca Miasta, grany przez Stephena Fry'a z komiczną, absurdalną dezynwolturą, prawie jak jak pomniejszona, wykpiona, żałosna kopia Denethora. Spór między nimi - spór o to, co robić, jak postąpić w sprawie krasnoludów i ich pretensji - pozwala na wygranie jednej z kluczowych, moich zdaniem, scen tego filmu: sceny, po której wiemy, że Thorin Dębowa Tarcza zmierza szybkim krokiem na Ciemną Stronę Mocy. Bo, owszem, Thorina do miasta przywiózł Bard i to on go wspomógł, on go, jako pierwszy, nie wiedząc o jego misji, wspierał. Ale potem Thorin stoi w pół drogi między nimi, między bojącym się zemsty smoka na mieście Bardem a chciwym na złoto Władcą, i to jego wybiera. I już widzimy, już widzimy: będzie źle. Złoto krasnoludów, złoto smoka, jest przeklęte, bo budzi w duszy chciwość nie do zaspokojenia; nie tak inaczej, przecież, niż Jedyny Pierścień...      

Po drugie: Bilbo. No i właśnie, Jedyny Pierścień (i bardzo, bardzo sensowna zmiana: trudno byłoby udawać, po tym, jak Jackson nakręcił Władcę Pierścieni, że nie wiemy, co to za pierścień i co potrafi, stąd zdecydowanie podoba mi się podkreślanie tutaj jego mocy - mocy w samym powieściowym Hobbicie zdecydowanie mniej widocznej). Martin Freeman gra Bilba przyziemnego, praktycznego, poukładanego i rozsądnego, wbrew pozorom; można na nim polegać, wiadomo, czego się spodziewać po jego zachowaniu; to jest ten, który spokojnie i metodycznie sprawdzi, który przemyśli plan ucieczki, który się nie podda i będzie próbował do skutku, co znaczy "ostatnie światło"; i ten, nie zapominajmy, któremu uda się, summa summarum, przegadać Smauga. Bilbo jest, niewątpliwie, postacią budzącą najwięcej mojej sympatii i życzliwości, postacią (nie obrażając, bożebroń, hobbitów) najbardziej ludzką i bardzo świadomie przez Freemana tak graną.
Ale jest ta jedna scena: ta scena, kiedy, na samym początku, walcząc z pająkami, Bilbo gubi swój pierścień.
I nagle to już nie jest Bilbo. To jest Gollum. To, jak Freeman pokazuje w tym maleńkim momencie przemianę swojego bohatera, to, jak nagle widzimy go opętanego przez Pierścień, gotowego zabić nie tylko bestię, która stanęła mu na drodze, ale każdego, kto by był na jej miejscu, kiedy słyszymy, jak mówi mój ssssskarb... to jest nie tylko zapowiedź do dziś mnie zawsze jakoś-tam-szokującej sceny z Władcy pierścieni, kiedy stary Bilbo z podobną agresją prawie atakuje Froda, to jest wskazanie, co grozi nie tylko nosicielowi Pierścienia, ale i wszystkim tym, którzy się dadzą swojemu skarbowi opętać; czytelna aluzja do dalszych losów innego z bohaterów tej opowieści, Thorina.

No właśnie, po trzecie: Thorin. Po trzecie i najważniejsze. Bo dla mnie to nie jest film o smoku, choć smok jest obłędny [i tak, mówi za niego aktor, którego uwielbiam], ani film o bijatykach w rzece, choć krasnolud w wersji mecha jest cudny. To jest, z mojego punktu widzenia oczywiście, film o upadku Thorina.
Thorin w części I był prawie-Aragornem, tu jest Aragornem a rebours (no i nieprzypadkowo dotycząca jego przepowiednia o powrocie króla-tułacza kończy się zapowiedzią zagłady i nieszczęścia!).
Thorina ściga, powiedzmy sobie, klątwa rodowa - jego dziadek uległ pół na pół hybris najbogatszego i najmocniejszego władcy w okolicy, pół na pół czarowi przeklętego złota (ale jak miał nie ulec, bogom się zdarzało ulegać!); niemniej, świat Śródziemia-według-Tolkiena-oraz-Jacksona to ewidentnie nie jest świat z tragedii greckiej i Thorin mógłby - jak mógł Frodo - od klątwy się wyzwolić. Ale on nie chce. Subtelnie i krok po kroku, oglądamy Thorina wchodzącego na ciemną ścieżkę: on dalej jest charyzmatycznym, wybitnym przywódcą, kochanym przez swoich ludzi i mającym ogromny autorytet. Tyle że coraz częściej zdarza mu się podejmować decyzje bezwzględne, okrutne, niemądre. I wtedy, kiedy zostawia ciężko rannego Kilego w Mieście, i wtedy, kiedy - o czym wspomniałam powyżej - przyjmuje wsparcie od skorumpowanego i złego Władcy - no i, oczywiście, w tej scenie, która ilustruje niniejszy wpis i w całej tej sekwencji, która ją poprzedza. To jest Thorin tak opętany żądzą zwycięstwa, żądzą władzy, żądzą złota i klejnotu, że jest gotów zabijać - i to zabijać swoich. I tak, Thorin się opamiętuje. Tak, przechodzi mu. Tak, wraca do bycia dobrym przywódcą, odważnym i szlachetnym i pomysłowym i lojalnym.
Wraca. Na razie.

A wiecie, co jest najfajniejsze? Że zważywszy na to, co mnie osobiście się najbardziej podobało, zdecydowanie mam na co czekać w części III.    

sobota, 16 listopada 2013

Prometeusz, reż. R. Scott, scen. J. Spaiths, D. Lindelof, wyst. Noomi Rapace, Michael Fassbender, Charlize Theron, Idris Elba, Guy Pierce, 2012

 

spojlery, ale czy kogoś to obchodzi?

 

 

Prometheus - Alien Ship

 

W końcu, mając DVD z tym filmem w domu od niepamiętnych czasów (czytaj: co najmniej od wyprzedaży w kiosku osiedlowym pół roku temu, bo chyba wtedy go kupiłam) postanowiłam - nie powiem, że zachęcona recenzjami wszystkich znajomych, których gustowi ufam, co to, to nie; raczej ze wszystkich stron ostrzegana - obejrzeć Prometeusza, który był w Polsce w kinach, kiedy ja byłam w Atenach. 

I, och, jaki to jest piękny film. I jak pięknie sfotografowany.
On się przede wszystkim olśniewająco, moim zdaniem, zaczyna, od długich, statycznych obrazów natury ukazanej w całym jej majestacie i samotności; przez pierwsze pięć minut filmu nie pada ani jedno słowo. Muszę powiedzieć, że na tym etapie oglądania byłam zafascynowana i zaintrygowana - obywająca się bez słów wstępna sekwencja z wiszącym nad wodospadem statkiem kosmicznym i samotnym Obcym, wypijającym jakąś dziwaczną truciznę i rozpadającym się na proch, pył i DNA, wydała mi się wizualnie naprawdę piękna i fabularnie intrygująca. Zdecydowanie chciałam wiedzieć, o co w niej tak naprawdę chodzi. Ha, ha, ha.
Zdjęcia Dariusza Wolskiego w tym filmie w ogóle są imponujące - i znakomicie ogrywają pomysłową scenografię. Ten film musiał naprawdę pięknie wyglądać w kinie - zwłaszcza takie ujęcia, jak rozświetlony zimnym błękitem kokpit statku inżynierów czy projekty wnętrza Prometeusza tak, jak widzimy je w pierwszych scenach, tych z z samotnym Davidem grającym w koszykówkę i jeżdżącym na rowerze w tym samym czasie. 

A skoro już o Davidzie. Och, jak to jest momentami zagrane.
Michael Fassbender, którego ja w ogóle lubię, zadanie miał tu z jednej strony pozornie łatwe, z drugiej - zdecydowanie trudne. Łatwe dlatego, że postać androida na pozór łagodnego, racjonalnego i chętnego do pomocy, a jednocześnie mającego własne, mniej lub bardziej perfidne i mordercze plany, jest w fantastyce mocno ugruntowana - jeżeli nie przez inne modele, to choćby przez cykl o Alienie, do którego Prometeusz nominalnie należy - jest więc do jakiego wzorca się odwołać. Z drugiej strony: chyba jednak zawsze jest wyznawaniem zagranie nie-człowieka: osoby mającej jakiś rodzaj lojalności, ale zaprogramowanej, jakąś rolę do odegrania, ale motywowaną inaczej, niż u ludzi, jakieś emocje (?), których mieć nie powinien. Zagrać to, wpisać się w konwencję gatunku i i nie zrobić przy tym z siebie pana Spocka albo Asha z Aliena, to jest, trzeba przyznać, pewna sztuka. A Fassbender - grający wyciszonym, sztucznie łagodnym głosem w zasadzie bez emocjonalnej intonacji, bez mimiki i zmian wyrazu twarzy, bez emocji - radzi sobie ze swoją postacią znakomicie (póki ma co grać). Najlepsza bodaj aktorsko jego scena to ta, kiedy - dalej nie zmieniając tonu, sposobu grania i mimiki - ujawnia się przed Elizabeth jako (częściowo) czarny charakter, który ma dopilnować przetransportowania jej, razem z alienią ciążą, do komory kriogenicznej; nagle w jego postaci łagodnego i pomocnego pielęgniarza pojawiają się tony groźby. David z ratującego życie pomocnika przemienia się - a aktor używa do tego minimum środków, nie szarżuje, nie podkreśla zachodzącej zmiany nagłym uczłowieczeniem czy przypływem emocji - w zagrożenie, w nie znającego litości i niemożliwego do przekonania strażnika więziennego (no i mniej więcej po tej scenie Fassbender przestaje mieć cokolwiek do zagrania, to tak na marginesie).

Tu jest w ogóle sporo dobrych aktorów: Idris Elba jako konkretny, praktyczny i lubiący baaardzo w roku 2093 starą muzykę pop kapitan statku, Noomi Rapace (ja mam zawsze, ile razy ją w hollywoodzkich rolach widzę, że to jest świetna aktorka, której znowu źle napisano postać...) w roli głównej bohaterki czy Charlize Theron jako Zła Zimna Szefowa z korporacji Weylanda, to są nie tylko znane nazwiska - to są aktorzy z osiągnięciami, nagrodami, wysoko cenieni za aktorskie umiejętności.

Znaczy się, cenieni i mający umiejętności do pokazania, jeżeli mają co zagrać, Bo, och, jak ten film ma źle napisane postacie. Wszystkie postacie. Wszystkie. Po kolei. Łącznie z (w najmniejszym stopniu, ale jednak) Davidem.

Po co jest w tym filmie zimna, bezwzględna, bez serca (ale z potrzebami łóżkowymi, oczywiście) korpo-suka grana przez Theron? Ta postać dana do zagrania oskarowej aktorce, nie tylko składa się wyłącznie ze stereotypów i karykaturalnych momentami klisz - ona, na moje osobiste wyczucie po jednokrotnym obejrzeniu filmu, nie ma nic w tym filmie do zrobienia - pomijając to, że może chodzi jej o to, o co zawsze chodzi korporacji Weylanda, czyli o przywiezienie na Ziemię kawałka aliena. Meredith Vickers zapewnia, owszem, obiekt do nienawidzenia w pierwszych scenach filmu - pogardliwa, warcząca rozkazy, traktująca uczestników misji bez śladu szacunku, manipulatorska, ona musi wzbudzić serdeczną niechęć chyba w większości widzów - ale roli do odegrania w fabule nie ma w zasadzie żadnej. No OK, zabija miotaczem ognia zainfekowanego jakimś-rodzajem-aliena ukochanego Głównej Bohaterki. Kapitan Janek też jest ulepiony ze stereotypów (to jest ten prosty i uczciwy wojskowy z zasadami w świecie niepraktycznych, czasami szalonych, a czasami złych do szpiku kości naukowców, ten mniej więcej Jack O'Neill); nad poziom kserokopii tysiąca wcześniejszych podobnych postaci wynosi go aktorstwo Idrisa Elby. I nie wspomnę już, naprawdę nie wspomnę o tych szalonych naukowcach, co to giną jako pierwsi - bo nie wiem, co jest gorsze, stereotypowość i przewidywalność typów, które grają, czy napisane dla nich bezsensowne wątki.  

No właśnie. Niestety. Och, jak strasznie, rozpaczliwie ten scenariusz nie ma sensu.

Ja nawet nie mam problemu z tym, że w jego punkcie wyjścia stoi jedna z najgłupszych paranaukowych tez wszechczasów, Dänikenowska wizja kosmitów tworzących życie na Ziemi - w końcu w fantastyce zdarzało mi się zachwycać dziełami opartymi na równie głupich, jeżeli nie głupszych, podstawach; chodzi tu w końcu nie o robienie nauki, a o opowiadanie historii. No tyle że tutaj ta historia nie pomaga, niestety, w polubieniu filmu...

Zlituję się i nie będę się znęcać nad przyjętymi przez scenarzystę rozwiązaniami i ich logiką i konsekwencją, choć parę razy w czasie oglądania (załoga dowiaduje się na miejscu, po co przyjechała, i nie do końca ma ochotę w to wierzyć, paranoicznie przerażony martwymi od tysięcy lat ciałami naukowiec wyciąga rękę do żywego aliena, kobieta sekundy po cesarskim cięciu - nawet załatana przez maszynę - gania po statku i dokonuje cudów bohaterstwa) oczy otwierały mi się coraz szerzej, a ręce same składały do facepalma. Zbyt wielu recenzentów już się tymi pomysłami zajęło, musiałabym po prostu powtórzyć ich szczegółowe zarzuty. Ja tylko powiem tyle: mnie się ten film po prostu nie składa w całość, większość rzeczy na ekranie, zamiast wynikać z logiki wydarzeń, dzieje się bo tak chciał scenarzysta (hmmm, nie wydaje się wam, że kobieta taka jak Elizabeth: bardzo wierząca chrześcijanka, która właśnie straciła ukochanego i dowiedziała się, że wbrew nadziei jest w ciąży, choć od dawna cierpiała i była nieszczęśliwa z powodu własnej bezpłodności, spędzi jednak - no, przynajmniej 30 sekund myśląc, że Bóg dał jej cud, a nie wiedząc, nie wiadomo skąd  i dlaczego, że urodzi aliena?), a cała historia wydaje się kilkoma różnymi historiami, nie do końca ze sobą spójnymi, posklejanymi na szybko w całość. Przeciętny odcinek Stargate miewa więcej wewnętrznej logiki, a - jakby obrać Prometeusza z teologicznych implikacji i filozoficznych dwuznaczników - punkt wyjścia momentami jakby podobny... Zamiast obiecanych płomieni Prometeusz dał nam co najwyżej choinowe zimne ognie: ładne przez moment, na dłuższą metę nużące i w sumie do niczego niepotrzebne.

Fantastyczna kampania reklamowa z pięknymi trailerami i wprowadzającymi filmikami. Znakomici aktorzy i ekipa. Pomysł na szeroko zakrojony, epicki prequel do jednej z klasycznych historii SF (ale nie będę pisała o moich skomplikowanych stosunkach ze serią o Obcym, nie, nie, nie). Jaki to mógł być dobry film.

I, och, jakim ten film był rozczarowaniem.

 

 

Dodatkowe pół gwiazdki, jednakowoż, za to, że David ogląda jeden z moich ulubionych filmów. Oraz, gwiazdka za jedno jedyne zaskoczenie w całym filmie, za to spore: czego jak czego, ale tego, że usłyszę kiedyś w filmie SF kawałek bajki Schleichera o koniach i owcy, tom się w życiu nie spodziewała. Ale to trochę smutne, jednakowoż, kiedy jedyne zaskoczenie w fabule wynika z użycia czegoś, co człowiek zna z pracy jako dość niszowe... 

wtorek, 22 października 2013

Star Trek (TOS), sezon 1 (1966-7): 1x19 Tomorrow is Yesterday, 1x20 Court Martial, 1x21 The Return of the Archons, 1x22 Space Seed, 1x23 A Taste of Armaggedon

 

Tak jak poprzednio: biegiem przez I sezon "Star Treka: TOS", część 4, tym razem dla odmiany, chyba przedostatnia tego sezonu. W dzisiejszym zestawie: spojlery, jak zawsze.

 

http://www.trekp.com/posters/gw112-court-martial.jpg

 

 

1x19 TOMORROW IS YESTERDAY

 

Obowiązkowy odcinek o podróży w czasie i paradoksach czasowych, z obowiązkowym dylematem pt. "Facet z XX wieku dowiedział się o nas, Co Teraz?". Moje fanowskie serduszko ucieszyło się bardzo, że lata później, w The Voyage Home, Scotty używa mniej więcej tej samej metody powrotu do własnego czasu, co tutaj; poza tym - najmocniejsza strona tego odcinka to dialogi Spocka z McCoyem; najlepsza scena - moja ulubiona - to ten moment, kiedy oficerowie czekają na powrót Kirka i McCoy pyta Spocka, poirytowany, czy nie ma czegoś (czytaj: obliczeń) do roboty: McCoy marudzi, Spock nie pójdzie do siebie pracować, ale żaden się nie przyzna, jacy są zdenerwowani, że kapitan nie wraca...
Głupi komputer ze słodziusim damskim głosiczkiem, ale reakcje załogi bezcenne.    


1x20 COURT MARTIAL

 

Obowiązkowy odcinek, w którym nasz Szlachetny Bohater zostaje niesłusznie oskarżony, a na dodatek przeżywa dylematy moralne, bo zrobił coś złego (tu: dopuścił do śmierci członka załogi). Summa summarum, to jest typowy kryminał, z fałszywym oskarżeniem, procesem, seksowną (i bardzo fajnie napisaną) eks-flamą Kirka w roli profesjonalnej, mimo ciepłych uczuć do eksa, oskarżycielki. Plus, z twistem, całkiem zaskakującym. Fajnie się oglądało. 


1x21 THE RETURN OF THE ARCHONS

 

Sulu w seksownych ciuchach.


Sulu - Return of the Archons

 

O, cała reszta w seksownych ciuchach (plus Spock w najidiotyczniejszej pelerynce wszechczasów).


Załoga - Return of the Archons

 

No i fascynująco pomysłowy początek, kiedy nagle, ni z tego ni z owego, idealne grzeczne społeczeństwo ewidentnie poddanych, że się wyrażę, betryzacji, dostaje amoku i zaczyna orgię gwałtu i przemocy.Napięcie (Kim jest Landru? O co chodzi z Archontami?) jest efektownie budowane i wciąga, nawet jeżeli rozwiązanie jest bardzo, bardzo - no, startrekowe.


1x22 SPACE SEED

 

No, co ja mam powiedzieć. Pierwsza trójka najlepszych odcinków sezonu I. 'Nuff said, napiszę kiedyś osobną recenzję z tego epizodu, tak jak napisałam osobną z Amok Time.


1x23 A TASTE OF ARMAGEDDON

 

Gry wojenne, znaczy się, z fikcyjnymi walkami i realnymi ofiarami.

Od początku: znowu sensownie budowane napięcie: w zasadzie nie bardzo wiadomo, co się dzieje: jakiś atak, jakieś ofiary - tylko że nie ma żadnych śladów w mieście, nic się nie wali, nikt nie umiera. Dopiero za chwilę się okaże, że ci, którzy teoretycznie zginęli w zaplanowanym przez komputer i teoretycznie przeprowadzonym ataku, mają 24 godziny na zgłoszenie się do disintegration chambers na dobrowolną śmierć.

No i to jest jeden z tych odcinków, które są teoretycznie wciągające i podpowiadają ciekawe, intrygujące problemy, ale podstawowe założenie, na którym się opierają, jest - dla mnie przynajmniej - tak nieprawdopodobne, tak absolutnie psychologicznie nie-ludzkie (widzicie cywilizację, która w sytuacji takiej wojny nie próbuje choćby troszeczkę oszukać wroga, niedoszacować straty, zdezintegrować mniej własnych ludzi, niż by wynikało z rachunków? Albo przynajmniej przyczaić się, udawać i kłamać, żeby w końcu zaskoczyć przeciwnika, przenieść wojnę w real i raz na zawsze ją wygrać, bo przecież te gry wojenne są jakby, z definicji, nie-do-zakończenia, nawet mimo disintegration chambers?) że mi mniej więcej załatwia możliwość przejmowania się problemami Kirka et consortes w tym konkretnym odcinku. Plus, niezbędna śliczna niedoubrana blond damsel in disterss i wyjątkowo głupie nakrycia głowy, niestety. Oraz, armia jest lepsza niż dyplomaci, nie można ufać dyplomatom.  

W następnym odcinku (ST) Spock tarza się po trawie, ale o tym już w następnym odcinku (wpisu).

wtorek, 15 października 2013

Danton, reż. A. Wajda, scen. wg dramatu Stanisławy Przybyszewskiej Sprawa Dantona Jean-Claude Carrière i parę innych osób, w tym reżyser, wyst. Gerard Depardieu, Wojciech Pszoniak i plejada innych wybitnych polskich aktorów, 1983

 

 

Wiesław Wałkuski, plakat do

Plakat Wiesława Wałkuskiego z r. 1993

 

To był kiedyś (jak go oglądałam pierwszy raz, jakoś w latach 90. w czasach liceum) film-metafora, czytany przez krytyków na świecie jako opis rodzenia się totalitaryzmu, film o starciu różnych wizji świata, wręcz przypowieść odnosząca się do Polski i do czasów Solidarności (ale nie pytajcie mnie, jak, bo ja tego nie rozumiem, nie widzę, a w 1983 miałam równe 10 lat). Dzisiaj, dla mnie - że zaryzykuję - jest to przede wszystkim film przypominający, jak się gra, popis nieprzeciętnej gry aktorskiej w wykonaniu większości odtwórców głównych ról. No i film, znakomity film, o, że zacytuję kol. współoglądaczkę Drakainę, "człowieku, który się zapędził w kozi róg".  

Materiał literacki - dość znacząco skądinąd przez scenarzystów przetworzony - stanowi dramat Stanisławy Przybyszewskiej: dramat mocno zretoryzowany, historię traktujący, mimo sypania nazwiskami postaci i odniesieniami do faktów, jako tło dla prezentacji postaci głównego bohatera. A głównym bohaterem jest, wbrew tytułowi, Robespierre, a nie Danton. Bardzo, bardzo zdecydowanie Robespierre.

O Przybyszewskiej nie wiem aż tak wiele, ale na pewno pamiętam jedno - postacią Robespierre'a była zafascynowana do granic obsesji, i tę fascynację widać także w opartym na jej tekście filmie Wajdy. Przybyszewska jest w swoim traktowaniu protagonistów sztuki jest - oczywiście, że jest, ma prawo! - mniej więcej równie historyczna jak będąca ostatnio obiektem moich złośliwości Sofia Coppola. Widać to nie tylko w (uwzględnionych w dramacie, ale nieobecnych w filmie Wajdy) scenach pokazujących Dantona jako angielskiego agenta, widać także - przede wszystkim może - w charakterystyce Robespierre'a jako człowieka, który wbrew sobie i wbrew własnym przekonaniom godzi się na terror, mając przy tym gorzką świadomość, że wybór ma większym złem a większym złem: cokolwiek zrobi, nic dobrego z tego nie wyniknie ani dla niego, ani dla ludu, ani dla rewolucji.  

U Wajdy Dantona - sybarytę i hedonistę, kochającego seks, wino i dobre jedzenie (nawet kiedy jest bieda i innych na nie nie stać) gra Gerard Depardieu, i jest to Depardieu nie wiem czy nie najlepszy, jakiego w moim życiu widziałam. Jego Danton jest momentami kabotyński, zawsze pozerski: i wtedy, kiedy przyjmuje u siebie Robespierre'a i dramatycznym gestem zrzuca ze stołu jedzenie, którego jego gość odmawia, i kiedy zamiast iść załatwiać polityczne sprawy, konwersuje sobie z prostytutkami. Jednocześnie to jest człowiek świadomy własnej siły i roli, charyzmatyczny przywódca, kochany przez ludzi, pełen frenetycznej, histerycznej momentami energii. Depardieu gra swojego bohatera całym sobą, wszystkimi zmysłami - wystarczy wspomnieć scenę, w której Danton, kręcąc się bez przerwy po domu, wsadza łapy do kolejnych dań, szykowanych na jego spotkanie z Robespierrem, kosztując i smakując, oblizując sobie łakomie palce  - z jednej strony, żeby wiedzieć (wszystko ma przecież pójść tak, jak zaplanował), z drugiej - żeby się tym jedzeniem, jak wszystkim innym, co dookoła niego, zmysłowo i z całej siły nasycić i nacieszyć. Z tej samej też chyba totalnej koncepcji aktorskiej wynikają także jego zmiany i modulacje sposobu mówienia: pod koniec Danton-Depardieu mówi zdartym, piskliwym momentami głosem kogoś, kto krzyczał z całych sił, cały dzień, a i tak nie został usłyszany...

Danton jest więc cielesny, zmysłowy, ziemski, ludzki. Grany równie olśniewająco przez Wojciecha Pszoniaka Robespierre jest zimny, intelektualny, idealistyczny i ponadludzki w swoim dążeniu do moralnej - za wszelką cenę - doskonałości, a jednocześnie - rozgoryczony i pozbawiony głupawego, brutalnego entuzjazmu swojego współpracownika Saint-Justa (ja tylko powiem, że grający go Bogusław Linda to jest trzeci najlepszy aktor w tym filmie, moim zdaniem!), któremu się zdaje, że wystarczy ściąć odpowiednią ilość głów, a ideały wolności, równości i braterstwa same się wcielą w życie. Tak, gdzie Depardieu gra całym ciałem, Pszoniak jest niezwykle oszczędny w gestach i ruchach, mówi spokojnie, wręcz cicho i bez namiętności; kiedy podnosi głos, widać tłumioną energię i gniew, ale pod kontrolą, zawsze pod kontrolą. Jego oderwanie od tego, co ludzkie - on nie je, nie pije (odmawia jednego i drugiego u Dantona, a kiedy w cudownie filmowej scenie sięga po nalany po same brzegi kieliszek, unosi go ręką, która nie drży i nie uroni ani kropli - ale ledwie zwilża winem wargi, które potem ociera chusteczką), nie protestuje, kiedy Danton zarzuca mu, że nigdy nie spał z kobietą - Pszoniak ogrywa mistrzowsko, przy pomocy dyskretnych gestów sugerując, że mamy do czynienia z kimś, u kogo ciało i wszystkie jego sprawy, jak i wszystkie emocje, w całości podporządkowane są intelektowi i żelaznej woli. Jest zimny, owszem, owszem, przerażający, ale też tragiczny - dokładnie w takim samym stopniu, w jakim tragiczny jest Danton - bo obaj wiedzą, że wszystko, cała rewolucja, cały zryw zmierza nie nam, gdzie by chcieli, i że otaczają ich ludzie, którzy tego nie widzą i nigdy nie zobaczą.

To jest głównie film o tych dwóch i to scena ich konfrontacji na nieudanym obiedzie u Dantona - kiedy jeszcze nic się nie stało, ale już wiadomo, że zgody nie będzie, a to znaczy, że raczej na pewno dla nich obu i dla rewolucji źle się to skończy - jest kluczowa dla filmu, moim zdaniem bardziej nawet niż późniejszy proces Dantona. Tu widać wszelkie ich różnice, ale też wzajemną fascynację i poczucie, że ich losy są związane i połączone (jakby kto chciał zerknąć, youtube ma w wersji dubbingowanej po włosku, bo z oryginalnej francuskiej akurat całości tej sceny nie znalazłam), a zarazem - że sprawy zaszły już tak daleko, że się nie dogadają.

No i OK, ja rzadko oglądam polskie filmy, więc możecie potraktować to, co teraz powiem, z odrobiną pobłażania i lekceważenia, ale dawno, dawno mi się nie zdarzyło widzieć w polskim filmie aktorstwa na tę miarę. I to aktorstwo - mimo specyfiki literackiego materiału, który chyba w swoim zretoryzowaniu nie do końca jest filmowy, mimo faktu, że współczesne kino przyzwyczaiło mnie, jako widza, do nieco innego traktowania takich elementów, jak montaż czy muzyka - to aktorstwo sprawia, że mi wczoraj te dwie godziny ponurego, ciężkiego filmu minęły tak, że nawet nie zauważyłam.

 

 

Ilustracja ze strony www.polishposters.com.

niedziela, 13 października 2013

Maria Antonina (Marie Antoinette), wyst. Kirsten Dunst, Jason Schwartzman, scen. i reż. Sofia Coppola, 2006

 

Wersja krótka: nie podobała mi się Maria Antonina Sofii Coppoli, bo to zupełnie nie mój rodzaj filmu.

 

W wersji dłuższej, i ze spojlerami, jest pod obrazkiem.

EDIT: Jak ktoś chce hejta bardziej historycznego, to zapraszam do Drakainy.

 

http://graphics8.nytimes.com/images/2006/10/13/arts/13mari.1.600.jpg

 

Daruję sobie uwagi o historii - nie tylko dlatego, że się nie aż tak dobrze znam (rok obsesyjnego czytania o okolicach rewolucji francuskiej to w mojej bajce za mało, żeby się mądrzyć), ale przede wszystkim dlatego, że film nie jest podręcznikiem, autor ma prawo do licentia poetica nawet jak pisze historię postaci realnej, prawdziwej. I OK, jakoś mi głupio, że tak całkiem nie ma w tym filmie powodów, dla których ten wstrętny, wrzeszczący i niszczycielski lud ma problem z naszą smutną i samotną Antosią, i że demolować jej pałac przychodzi chyba tak sobie, z czystej złośliwości  (bo ten kryzys i bieda to dlatego, że Francja zbyt hojnie wsparła USA w walce o niepodległość). Niemniej, zasadniczo uważam, że film historyczny nie jest od edukowania ani mówienia prawdy, tylko od bycia filmem, jak każdy inny. Załóżmy więc, dla uproszczenia, że ten konkretny film dzieje się Generic Fantasylandzie, podzielonym na królestwa dla niepoznaki zwane Austrią i Francją.  

No i niestety, jak dla mnie ta historia nie sprawdza się, tak naprawdę, nawet jako opowieść o księżniczce z Generic Fantasylandu.

Coppola miała tu, jak dedukuję, zamiar pokazać dzieje kobiety, która jest śliczna, bogata, zwykła i samotna: wcześnie wyszła za mąż za obcego i obojętnego tak naprawdę, choć dobrego człowieka, ma problemy w pożyciu z mężem, ciężko znosi wymagania matki i jej ciągłe wtrącanie się w życie córki, nie do końca układa się jej z rodziną męża, w surowym i sztywnym domu tej rodziny brakuje jej - dziewczynie spontanicznej i naturalnej - troski i miłości. Bohaterka jest zwykłą babką, jedną z nas: i jak wiele zamożnych kobiet w jej sytuacji, zajmie się zagłuszaniem swojej samotności przy pomocy imprez, alkoholu, przedmiotów kupowanych w nieprawdopodobnych ilościach, ekskluzywnych słodyczy, towarzystwa podobnych sobie przyjaciół, wreszcie - krótkotrwałego romansu. Celowo opisuję bohaterkę jako kobietę de facto współczesną, nie osiemnastowieczną - mam wrażenie, że w sposobie jej wystylizowania (niektóre fryzury, gesty, zachowania) i w tym, jak są jej dzieje opowiedziane, reżyserka-autorka tak ją właśnie ukazuje: anachronicznie, wyjmując ją z osiemnastowiecznego kontekstu i pokazując jako po prostu dziewczynę/kobietę, chce, jak podejrzewam, podkreślić uniwersalność jej doświadczenia, jej przeżyć.

No tyle że to są doświadczenia i przeżycia smutnej Paris Hilton. I mniej więcej tyle samo mnie-jako-widza obchodzą. Tu jest mi się najtrudniej odciąć od historii i tego, co o niej wiem, tu mi najtrudniej współczuć samotnej i niekochanej bogatej gwiazdeczce imprez, właścicielce tysiąca par bucików, zabawiającej się z przyjaciółkami-arystokratkami w pałacyku za miliony w imitowanie życia prostych ludzi. No nie umiem, nie mogę: niby rozumiem, co Coppola chciała zrobić (bo, paradoksalnie, jej Maria Antonina jest przy wszystkich różnicach dość podobna do bohaterki Między słowami), ale mnie to nie tylko nie przekonuje, ale wręcz irytuje. I to nawet nie jest tak, że ona z bohaterki robi ideał, bo nie, absolutnie nie: ona pokazuje ją,że powtórzę, jako zwykłą dziewczynę, tyle że ja w tej "zwykłości" widzę przede wszystkim znudzoną, bogatą, obsesyjną na punkcie zakupów i imprez kobietę z dość, przyznajmy, wydumanymi problemami, na tle tego, jak wygląda życie przeciętnej kobiety jej czasów.     

Nie chciałabym sugerować, absolutnie, że zamożne kobiety nie miewają kłopotów ani że problemy Marii Antoniny - w sensie: bogatej kobiety z pozycją, która przy tym nie bardzo potrafi znaleźć szczęście - są kompletnie niefilmowe. Wręcz przeciwnie: siedział w tym materiał na portret fenomenalny, na wielką historię filmową: opowieść o tym, jak dobra w sumie, sympatyczna dziewczyna z nieudanym życiem, która niewiele wie, niewiele umie i chciałaby tylko być w życiu jako-tako szczęśliwa, okazuje się mieć na swoich barkach królestwo w kryzysie. Film o tym, jak ta dziewczyna dostaje się w tryby historii i płaci za to cenę, którą zapłacić musi (bo takie czasy), ale na którą nie zasłużyła; film o królowej, która się do swojej roli nie nadaje, co jeszcze nie czyni z niej złego człowieka, ale stawia ją, mówiąc górnolotnie, przed trybunałem historii. Film o zderzeniu życia jednostki i jej osobistych, dla niej kluczowych problemów, z wielkim procesem historycznym, o tyle inny od wszystkich filmów na ten temat, że mający w centrum jednostkę bardzo specyficzną, bo nie everymana, a osobę wyniesioną, wyłącznie dzięki odpowiedniemu pochodzeniu, bardzo wysoko. No ale do tego ten film musiałby mieć jakąś drugą stronę: jakieś tryby historii, jakiś lud, którym ta nie nadająca się do rządzenia dziewczynka rządzi, jakieś, może, królestwo i jego politykę? Jakikolwiek by sobie obraz rewolucji i ludu francuskiego Coppola wymarzyła, byłby dobry - byleby był. Tu nie ma: w Fantasylandowym Wersalu wydaje się, że krasnoludki gotują jedzenie, spadające z nieba na skrzydłach tęczowych jednorożców, a uprawiane przez dobre duchy, pieniądze zaś znajduje się w kapuście, a wydaje wyłącznie na luksusy i pomoc rewolucji amerykańskiej. I nie przekonuje mnie tłumaczenie, że widzimy oczyma Marii Antoniny, a ona żyje w złotoróżowej klateczce z dala od świata - nie przekonuje, bo w narracji, jak dla mnie, nie działa. Zawieszone w powietrzu i nieosadzone w żadnym kontekście problemy bohaterki mnie kompletnie nie ruszają i jakoś trudno mi jej, w tym kontekście, współczuć. Biedna smutna ikona stylu, ciągle musi jeść te cholerne ciastka. 

Mam zresztą w ogóle problem z konstrukcją tego filmu na poziomie fabuły, nie tylko gdy chodzi o umieszczenie rodziny królewskiej poza wszelkim kontekstem, powiedzmy, społecznym. Coppola zdecydowała się na kilka lubianych w ogóle przez siebie rozwiązań, które - jak dla mnie, to nie moje kino - nie do końca się chyba tu akurat sprawdzają. Po pierwsze, dialogi jak z Rozmowy tatusia pani C., urywane, często na pozór przypadkowe, fragmentaryczne - jak podsłuchane. Podejrzewam, że miały w założeniu dawać wrażenie naturalności, ale głównie - przynajmniej w moim odbiorze - męczą. Męczą dlatego, że w filmie jest mnóstwo postaci, mnóstwo historyczno-skandalicznych niuansów i niuansików, które chyba fajnie byłoby czasami dopowiedzieć - bo inaczej, niestety, z tymi niedopowiedzeniami, pół-urywanymi uwagami i fragmentami nic nie znaczących, pozornie codziennych konwersacji robi się nie artystycznie, a artystowsko i z lekka pretensjonalnie, a widz (przynajmniej ja) się gubi w tym, kto jest kto. Wolę, ja osobiście jako widz, drugą skrajność: skrajnie steatralizowaną, przesadnie celebrującą każde słowo i każdy dialog Annę Kareninę Joe Wrighta i Toma Stopparda, gdzie wszystko jest (też lekko pretensjonalnie) znaczące - ta celebracja i teatralność drobiazgów z życia postaci wydaje mi się bardziej przekonująca i skuteczna jako strategia niż przypadkowość i ulotność, dominujące u Coppoli.
Po drugie - ja wiem, zakończyć tę bajkę zgilotynowaniem Marii Antoniny byłoby banalnie i zbyt oczywiście, ale wybór Coppoli - akcja urywa się tuż przed końcem, rodzina królewska wyjeżdża sobie z Wersalu, cięcie na zdemolowaną przez Zły Lud śliczną sypialnię - jest chyba jeszcze gorszy. Że zacytuję złośliwą uwagę z jednej z recenzji: For Coppola, Marie Antoinette's life officially ends the minute she loses her possessions. At least this movie's priorities are consistent. Ten film bardzo też traci na braku wyrazistych, ostro zarysowanych bohaterów - przez ekran przewija się galeria postaci, które pojawiają się, obiecują być ciekawe (bo skandaliczne i anachroniczne - pani de Polignac, bo wrogie bohaterce - pani du Barry, bo obiecują jakąś znaczącą interakcję - Maria Teresa jako kochająca, ale też surowa matka), ale zanim zdążą zrobić coś ciekawego, rozmywają się i znikają, zabierając ze sobą wszelki dramatyzm fabuły. To pewnie ma być naśladowanie życia - mam wrażenie, że reżyserka chce tu pokazać, że normal people don't have archeniemies, a życie to nie dramat z wyraźnie rozpisanymi rolami protagonistki, antagonistów i obserwatorów - ale jak dla mnie, średnio to wychodzi; zamiar był ciekawy, efekt mnie osobiście jako widza nie przekonuje. 

Jak bym już miała mieć film o młodej arystokratce, która trafia - trochę przygotowana, trochę nie - w sam środek wielkiej historii i usiłuje tej historii wyszarpać trochę osobistego szczęścia, a jednocześnie znaleźć się w roli, jaką jej napisało urodzenie i rodzina, to bym wolała go mieć o Marii Ludwice, bo - przyznam się szczerze - do historycznej Marii Antoniny czuję serdeczną antypatię, plus życie jej młodszej krewniaczki wydaje mi się ciekawsze, choć, summa summarum, mniej tragiczne (ale Coppola i tak do tragedii - procesu z oskarżeniem o kazirodztwo z własnym małym synkiem, śmierci męża, więzienia, gilotyny - nie dochodzi!). Niemniej, w historii Marii Antoniny potencjał na taki film, jaki ja bym chciała zobaczyć, na pewno jest, tylko że ten mój film to nie jest ten, który nakręciła Sofii Coppola. Ładny jest ten film, prawda, pięknie sfotografowany i kolorystycznie wysmakowany. Ale nic poza tym.

No dobra, nie nic. Kiecki były ładne. Dzięki kieckom jakoś dotrwałam do końca.

niedziela, 07 kwietnia 2013

The Tenant of Wildfell Hall, reż. Mike Barker, scen. David Nokes na podstawie powieści Anny Brontë, wyst. Tara Fitzgerald, Rupert Graves, Toby Stephens, CBS i BBC 1996

 

spojlery, oczywiście, ale do powieści z 1848....

 

Helen (Tara Fitzgerald)


 

Kiedy miałam naście lat, moją literacko ulubioną z sióstr Brontë była niewątpliwie Emily (a parę scen z Wichrowych Wzgórz należy do dziś do mojego małego, prywatnego kanon pt. "Dałabym się pokroić, żeby umieć tak pisać"). Niemniej, nie wiem, czy dzisiaj nie wymieniłabym pierwszego miejsca na tej liście i nie ustawiła na nim najmłodszej z sióstr, Anny. I nie, nie będę dzisiaj zajmowała się tutaj jej powieścią, nie jako taką. Dziś znowu będzie o filmach.

Telewizyjną adaptację tejże powieści obejrzałam z paru powodów: napadającej mnie czasem nagłej ochoty na filmy kostiumowe (zwłaszcza te brytyjskie), faktu, że lubię powieść oraz, oczywiście, skomplikowanej umowy, jaką mam w kwestii oglądania filmów z Najlepszą Przyjaciółką: chętnie oglądamy razem, a gusta mamy... nieco podobne. Pojęcie "podobne" gwarantuje wybór zbliżonych gatunków i stylistyki; "nieco" rozciąga się głównie na aktorów. Każda z nas ma swoich ulubionych, i jak chodzi o aktorstwo, i (wybaczcie płytkość) o urodę, a jako że tych, których _wszystkie_ filmy chcemy obejrzeć, jest w sumie całkiem sporo, ustalanie, w jakiej kolejności je oglądamy, to prawdziwa sztuka dyplomacji. Tak więc, jako że ja bardzo, bardzo, bardzo chcę w jak najbliższym czasie Broadchurch z Davidem Tennantem, tym razem padło na The Tenant of Wildfell Hall z Tobym Stephensem, aktualnym ulubieńcem NP. Dla mnie, dodajmy, film miał zdecydowany dodatkowy atut w postaci Ruperta Gravesa, ergo nie narzekałam.

Nie narzekałam wyjściowo, a po filmie to już w ogóle. Bo z jednej strony tak: to jest wizualnie niezwykle ładny, efektowny kawałek telewizji, ogrywający piękną scenerię (Cumbrii, jeśli wierzyć internetowi) w sposób doskonale współgrający z nastrojem ukazywanych scen (Wildfell Hall szare w deszczu i mgle, kiedy Helen jest obiektem plotek w miasteczku i żyje w lęku przed zdemaskowaniem, i skąpane w słońcu w finałowych scenach). Przepięknie operuje tu kamerzysta światłem i cieniami, zamieniając niektóre kadry wręcz w obrazy, stylizowane na epokę - a trzeba powiedzieć, że uroda Tary Fitzgerald jest jak stworzona do tych malowanych półcieniem zdjęć, których pełen jest ten film.

Z drugiej strony - za tą piękną fasadą nie mamy, na szczęście, kolejnej prostej opowieści o pannie i paniczu, z odrobinką gotyckiej tajemnicy w tle. Mamy - co widać znakomicie w drugim, retrospekcyjnym odcinku - psychologicznie wiarygodną i realistyczną opowieść o alkoholiku i jego żonie. Nie jestem psychologiem (i dlatego, gdyby ktoś bardziej kompetentny - Ysabell? - zechciał skomentować, będę wdzięczna), ale może ujmę to tak: nie w najbliższej rodzinie, ale w dość bliskiej, widziałam, jak to działa, a z kilku czytanych biografii wiem, że Anna Brontë widziała jeszcze bardziej z bliska.

I teraz tak: rama, historia młodego i uczciwego (acz dumnego, humorzastego momentami i porywczego) Gilberta Markhama (Stephens), który rezygnuje z zalecania się do córki pastora po tym, jak w okolicę sprowadziła się tajemnicza wdowa, i który uczy się, starając się o jej względy, wyrozumiałości i cierpliwości, po czym w końcu zdobywa jej miłość i rękę, jest efektowną, wzruszającą i ważną, ale jednak ramą dla historii naszej wdowy, Która, oczywiście, wyjściowo nie jest wcale wdową. 

Drugi rozdział filmu wydaje się, chyba, najważniejszy: to ten, w którym widzimy poprzednie lata (jakieś siedem? osiem?) z życia Helen Huntingdon, udającej wdowę Graham, od szalonej decyzji o małżeństwie z miłości, wbrew woli rodziny, aż po ucieczkę z domu męża-alkoholika. Scenarzyści (za autorką) pokazali nam tu zniuansowane, nieoczywiste portrety bohaterów. Nietrudno uwierzyć, że Helen zakochała się w Arthurze Huntingdonie, uroczym, dowcipnym i romantycznym w swoich zachowaniach awanturniku, że poszła za głosem własnego serca, a nie rozumu i że zakochana, wybrała czarującego chłopaka, który być może będzie wymagał zbawienia i ocalenia przez kochającą kobietę-anioła (jakież to zgodne z etosem epoki...); w końcu do wyboru był o dwadzieścia, lekko licząc, lat starszy, ewidentnie nie umiejący niczym jej zainteresować pan Boarham... Nietrudno też uwierzyć, że Helen początkowo naprawdę męża kochała - i że mąż w pewnym momencie zrobił wszystko, żeby przestała. Aktorka i scenarzysta znakomicie też ogrywają fakt, że alkoholizm męża i związane z nim doświadczenia wywarły wpływ na Helen: to nie jest historia o idealnej i niezmienionej od dzieciństwa kobiecie-aniele miłosierdzia z jednej, a potworze z drugiej strony. Helen, którą Markham poznaje w Wildfell Hall, jest chłodna, by nie rzec zimna, zamknięta w sobie, nadopiekuńcza w stosunku do dziecka i nieufna wobec innych. Trudno jej układać sobie relacje z ludźmi, trudno przyjąć drobne akty życzliwości i sympatii, trudno znaleźć sobie miejsce w małym miasteczku,do którego trafiła. Cóż, jest ofiarą, lata z mężem ją tego nauczyły. 

Z drugiej strony, Arthur też nie jest ani malowniczym tragicznym łajdakiem ze składzika romantycznych, bajronicznych charakterów, któremu widz ma wybaczyć, bo jest taki mhorcznie pociągający, ani po prostu potworem, tym razem ze składzika Filmowych Dręczycieli. Obserwujemy, oczyma Helen, jego staczanie się i upadek, pokazane wiarygodnie i realistycznie: nałóg, drobne akty okrucieństwa wobec żony, wygrywanie przeciwko niej syna, kiedy ich stosunki się nieodwołalnie popsuły, tendencje autodestrukcyjne, przemoc (głównie psychiczna). Znowu, znakomitą robotę scenarzysty pokazał na ekranie świetnie, moim zdaniem, Rupert Graves (po obejrzeniu go w ciągu trzech dni w Maurice i w tym, zaczynam się zgadzać z opinią Zwierza o tym, że to jest niezwykle wręcz wszechstronny i utalentowany aktor). Mnie osobiście Arthura, udręczonego przed śmiercią, bojącego się piekła i ciągle jakoś zrzucającego na żonę winę za to, co się z nim stało, było z jednej strony żal, z drugiej jednakowoż - nie miałam najmniejszych wątpliwości, że jemu się pomóc nie da, bo on sam sobie pomóc nie da.

A potem jest mały twist na koniec (nieco inny niż w powieści) i happy end i piękne zdjęcia i szansa na szczęście dla bohaterów - i Helen, i Gilbert musieli się sporo nauczyć i sporo rzeczy w sobie przełamać, żeby móc z tej szansy skorzystać. Zdecydowanie polecam, zarówno wielbicielom pięknych widoków, strojów i aktorów, jak i osobom, które szukają filmu kostiumowego psychologicznie, na moje oko, nieco prawdziwszego niż to, co nam ostatnio na do zaoferowania takie np. Downton Abbey.

Tagi: Bronte
13:06, ninedin , Oglądanie
Link Komentarze (6) »
piątek, 29 marca 2013

Being Human season 4-5, prod. Toby Whithouse, wyst. Lenora Critchlow, Michael Socha, Damien Molony, Kate Bracken i inni, BBC 3, 2011-13.


serio serio serio serio serio:
TA RECENZJA JEST JEDNYM WIELKIM SPOJLEREM.
pod obrazkiem nie ma już litości, nie ma gwiazdek, tylko słowa, słowa, słowa, słowa!

 


Mówi recenzent online: Perhaps I'm a cynic, but I know I'd have preferred a more... destructive ending for the trio (recenzja stąd). Bożemój, ja chyba - chyba - inny serial oglądałam.

Ale po kolei z tymi spojlerami.

Na początku... było niedobrze. Uwielbiam, dość bezdyskusyjnie, sezony 1-3 tego serialu, pierwszy i część drugiego za bezpretensjonalny komizm i codzienność, drugą część drugiego i trzeci za konsekwentną i błyskotliwą realizację tragicznej konwencji, za przejmująco opowiedzianą i pokazaną historię upadku bohatera. Zawsze podobało mi się, ile tu było zwyczajności, codzienności, rytuałów rodem z seriali o niby-rodzinach i przyjaźniach.

No ba. A potem mamy pierwszy odcinek sezonu IV.

W którym, po pierwsze, poszły się bujać moje oczekiwania co do sezonu IV, bo Niny się pozbyliśmy w ogóle poza ekranem, a George'a pod koniec odcinka, co mnie zdenerwowało od razu na wejście. A na dodatek... jeeeezu, jak ja NIENAWIDZĘ łatwych i źle zrobionych mistycznych opowieści o Dzieciach Niespodziankach, Które Podpalą Świat i Pradawnych Ksiąg Na Ludzkiej Skórze i Odwiecznych Przepowiedni (uwaga, drobnym, druczkiem: powyższy hejt nie odnosi się do skomplikowanych i dobrze zrobionych tego typu motywów)! No więc jak już dostałam to wszystko, czego nienawidzę, trudno mi było skupić się na tym na przykład, jak fantastyczną postacią jest Tom McNair. I, co zaczęło być widać od odcinka II, jak obłędnie fantastycznie fantastyczną postacią okaże się Hal, oh dear.  

No ale. Już jakoś w połowie II odcinka przestałam być zła, bo na szczęście sezon okazał się, bardzo, bardzo zdecydowanie, NIE BYĆ o mętnej mistyce wampirów i ich nemezis. Był, jak zwykle w tym serialu, o ludziach i ludzkich sprawach: o tym, jak Annie przemienia się w matkę, a momentami w mamuśkę, o rozkosznej, chłopięcej naiwności Toma, o dziwacznych i nieodparcie momentami komicznych sposobach Hala na samokontrolę, o równie dziwacznych osobach, które pojawiały się w kafejce, w której pracowali chłopcy, o nieudanych randkach... Bodaj najbardziej symboliczne było potraktowanie postaci Regusa, wampira-archiwisty znającego Mroczne Sekrety Pradawnej Wiedzy Wampirów... który mimo to okazuje się nie być ani obłąkanym pseudo-mnichem, ani przemądrym amoralnym mędrcem, tylko dziwacznym, lekko fajtłapowatym, nawiedzonym i niespełnionym erotomanem-gawędziarzem. Już w momencie, kiedy rozwiązywał się jego wątek, byłam pewna, że to jest dalej ten sam serial, który uwielbiałam. 

A uwielbiałam w nim, na przykład, postacie: bo jakkolwiek przepadałam za George'm i Mitchellem, Hal i Tom szybko mi ich zastąpili, w sensie: sprawdzili się jako samodzielni bohaterowie, nie kopie, nie klony i nie nachalne zastępstwa za poprzedników. Zwłaszcza Hal - on jest zdecydowanie mój typ, nie tylko z urody - który, jestem raczej pewna, ma imię i kawałek osobowości po zupełnie innym lordzie (no, księciu, niech mu będzie) Halu; Hal, który mówi przyciszonym głosem, układa kostki domina (ale nie pozwala przewracać) i jest dość skrajnym przypadkiem pedanta z nerwicą natręctw. Kind and clever and odd, mówi o nim Tom w ostatnim (tym zupełnie ostatnim) odcinku, ale zanim to powie, zdążymy jeszcze zobaczyć inną twarz Hala: w nieistniejącej przyszłości wodza wampirzych szwadronów śmierci, w teraźniejszości V sezonu - charyzmatycznego potwora idącego za grzecznym Halem krok w krok, jak noc za dniem. Nie bardzo chciało mi się wierzyć, że to jest de facto debiutant, kiedy patrzyłam, jak Damien Molony gra tę rolę, jak przechodzi od osoby do osoby swojego bohatera (wydawało mi się, że w przypadku Hala on i wampir są właśnie dwiema różnymi osobami, jak u człowieka z osobowością wieloraką...). Do tego były znakomite postacie poboczne (JK Rowling wannabe wygrywa konkurs na najbardziej irytującą z nich)... i był jeszcze główny nurt.

A główny nurt okazał się bardzo dobry i żadne z moich ponurych podejrzeń z I odcinka się nie sprawdziło, nawet mimo że mieliśmy Straszne Przeznaczenie i Ponure Przepowiednie i Ducha z Przyszłości i historię córeczki George'a i Niny tak strasznie smutną, że bardziej się nie dało, i genialnego (serio, bez przesady, przerażająco genialnego) Marka Gattissa, w roli, w której chciałabym go więcej i więcej.

No ba. A potem mamy pierwszy odcinek sezonu V.

Który jest o grożącej Apokalipsie. A jeżeli jest coś, czego nienawidzę bardziej, niż Dzieci-Niespodzianek, Które Podpalą Świat i Pradawnych Ksiąg Na Ludzkiej Skórze, to jest to zrobiona na serio Apokalipsa a la Jan Ewangelista (uwaga drobnym druczkiem: nie dotyczy Good Omens). Serio: nie wiem, czy to wina Supernatural, czy rozczarowania po sezonie III Millenium, czy bycia o jeden zły horror za daleko, nienawidzę tego motywu jak mało czego. A tu łup, dostaję zapowiedź diabła od razu w pierwszym odcinku, i nie dość, że ni z gruszki, ni z pietruszki, to jeszcze na dodatek w pakiecie z wojną wilkołaków z wampirami jako przyczyną WW1, ratunku.

No ale. No ale potem był konkurs na Pracownika Miesiąca i Alex ucząca się być duchem. I historia o małym chłopczyku z wyższych sfer, który umarł dawno temu, i ta o żonie inspektora Reida lady Mary, dowodząca, że duch też może oszaleć od samotności (i pokazuje po trochu, co jest nie tak z Halem, skądinąd). Są fantastycznie zagrane postacie - zwłaszcza obaj panowie błyszczą. Zarówno Molony jako Hal, snobistyczny, arystokratyczny, irytujący do bólu jako Old One na odwyku, a pełen jakiejś frenetycznej energii jako wampir po złamaniu ślubów abstynencji, jak i Socha w roli zagubionego, niepewnego siebie, żyjącego wedle kodeksu moralnego z połowy lat 50. Toma są po prostu, jak dla mnie, olśniewający. Na dodatek ta dość na pozór niemożliwa przyjaźń między nimi jest napisana i zagrana wiarygodnie, prawdziwie, tak, że się chce w nią wierzyć.

Niech oni nawet wszyscy umrą, jak już muszą, powtarzałam sobie przed finałem, tylko błagam, błagam, niech, jak już koniecznie muszą, umrą walcząc i stojąc ciągle po tej samej, jasnej stronie mocy, a powtarzałam to, bo nie łudziłam się, że ta historia może się skończyć happy endem. 

Ale się skończyła. Nie pomogły diabelskie pokusy: Szatan w postaci antypatycznego typka z hotelu musiałby przecież skusić naszych bohaterów. I próbuje, oczywiście, ofiaruje Halowi odkupienie i śmierć bez klątwy wampiryzmu, Tomowi rodzinę bez wilka, Alex - życie z bliskimi. No ale to przecież nie wystarczy, nawet mimo że Tom nienawidzi Hala, a Hal jest potworem, to nie wystarczy. You know where you went wrong? You should have put us together, mówi Hal do Diabła i decyduje się, troszeńkę jak mój ulubiony główny bohater Celii Friedman, jednak umrzeć dla zniszczenia zła i ocalenia świata, umrzeć razem z przyjaciółmi, bo rytuału niszczącego Diabła nie da się przeżyć.

Ale się dało, jednak, co więcej, udało się w końcu osiągnąć to tytułowe being human, bo Alex żyje, a wilk opuścił Toma, a Hal znowu się widzi w lustrze i nie musi pić krwi. I Hal z Alex i Tomem będą żyli długo i szczęśliwie w starym hotelu, przerobionym na ukochany dom. Klątwy spadły, ludzkość dostała retcon po nieudanej apokalipsie, bohaterowie szansę na szczęście, a fani - osłodę końca serialu.

No ale. No ale. NO ALE.

No ale, co robi w finałowej scenie to origami w kształcie wilka na kominku, to samo, które wcześniej miał Diabeł, a którym kusił Toma? Jak to jest, że się wbrew wszystkiemu przeżywa nieprzeżywalne i że wszystko jest nagle dobrze, wybaczenie i zrozumienie, love is in the airYou know where you went wrong? You should have put us together. I może właśnie tak się stało. Może. Właśnie. Tak. Się. Stało. Może to jest ich sen, śniony razem, ta prawdziwa pokusa, której ulegli, w świecie, w którym zachodnia Europa stała się domeną Śmierci, a Szatan władcą świata? Nie wiemy, już nie dopowiemy się, jak się naprawdę skończyło, gdzie była prawda, a gdzie sen i złuda. Dostaliśmy trochę różowego szczęścia i trochę dręczących wątpliwości, i znakomite, znakomite zakończenie świetnego sezonu świetnego serialu. Och, jakaż byłam nieprzytomnie zachwycona, jak się skończyło.

(i chyba jasne, jakie słowo-spojler-aluzję filmową wygwiazdkowałam w tytule).

wtorek, 05 marca 2013

Robin Hood, sezon 3, występują dodatkowo powody, dla których w ogóle to oglądałyśmy (ja: Lara Pulver, Drakaina: Toby Stephens), oraz Anna z Downton Abbey (tu nieznośna) i facet, który podobno grał w nieoglądanym przeze mnie Homeland (tu też nieznośny).

 

spojlery, ale kogo to obchodzi, w sumie?



Szanowni autorzy Robina, ja z paroma uwagami, niekoniecznie miłymi.

1. Jak wymyślacie (nie jakoś szczególnie rewolucyjnie, ale to akurat nie zarzut) jako übervillaina Księcia Jana i dajecie jego rolę znanemu aktorowi, to odeślijcie go potem z serialu jakoś z pomysłem, co? A nie po prostu zniknijcie? Książę Jan swoim campowym przegięciem bił na głowę Szeryfa (zadawanie wszystkim na dzień dobry pytania do you love me to tylko początek), miał jakiś tam sens w fabule i został zniknięty, na zasadzie - odesłany do domu, po tym, jak Robin go pokonał na intelekt. Meh. Drakaina poczytała o Janie Bez Ziemi i zamierza założyć towarzystwo walczące o obronę jego dobrego imienia.

2. Jak przez pół sezonu chcecie dać bohaterowi nową miłość i nowe szanse w życiu, to, błagam, nie pokazujcie następnie, jak w zaświatach wita go poprzednia miłość. Zamiast płakać nad Robin Hoodem w scenie jego śmierci czekałam tylko, aż do ducha Arweny Marian podbiegnie jak najbardziej żywa Kate i zaczną się mniej lub bardziej skutecznie naparzać.

3. Nie usiłujcie nigdy więcej mi wmówić, że rzekę pod Nottingham zasila woda z wodociągów pod zamkiem. Nigdy. Oraz, nie jestem pewna, czy jak przez spory kawałek odcinka teasujecie, że Gisbourne dostał od księcia Jana Skuteczną Broń, Dzięki Której Wreszcie Pokona Robina, to tą bronią powinien okazać się 1 (słownie: jeden) lekko wyleniały lew. Którego następnie Gisbourne wypuszcza w środku lasu Sherwood.

4. Jak już wymyślacie Gisbourne'owi siostrę z problemami życiowymi, to pamiętajcie, proszę, że postać dwuznaczna to niezupełnie to samo, co postać, która co minutę zmienia stronę, a co pół odcinka - charakter, w zależności od tego, czego w danym momencie potrzeba scenarzyście. Postać dziewczyny, która po wielu latach uciekła od znienawidzonego, bijącego ją męża, by następnie zawieść się na bracie, na którego pomoc liczyła, i która będzie kłamać, kraść i zabijać, byle do tego męża nie wrócić, rokowała naprawdę nieźle, ale to, co z nią potem zrobiono (zmieniając ją całkowicie co parę minut, od anioła do najczarniejszej diablicy) woła o pomstę do nieba. 

5. Numery, które działają w Dynastii (Dawno Zaginione Rodzeństwo ex machina) niekoniecznie zadziałają wprowadzone w ostatniej chwili w serialu fantasy. I OK: idea, że Robin, Gisbourne i Isabella są quasi-rodzeństwem (G. i I. są bratem i siostrą, R. synem sąsiada, ojciec R. i matka G. i I. mieli namiętny romans i nieślubne dziecko, czwartego do kompletu, niejakiego Archera), że jest między nimi ze dwadzieścia lat nienawiści (mały Robin był wyjątkowym pacanem i sam osobiście zrujnował rodzinie Gisbourne'a życie), wyparcia (Isabella idealizuje zmarłą matkę i nie chce zaakceptować prawdy o jej romansie) i goryczy (pozbawiony ojca i majątku Guy, pozostawiony sam sobie Archer) byłby sam w sobie znakomity. Niemniej, wprowadzenie go z nagła na trzy odcinki od końca, dość wbrew temu, co wiemy o wcześniejszych dziejach postaci, to nie był, nie był, nie był dobry pomysł. 

6. Przy planach bojowych Robina i kolegów na zdobycie i utrzymanie Nottingham (nie jesteśmy pewni, czy król w ogóle wraca, nie mamy armii, nic nie mamy w ogóle, ale metodą biernego oporu i siedzenia przez bramą zdobędziemy Nottingham i utrzymamy do powrotu króla, który chyba nie wraca) nawet plany tych chłopców od barykady w Nędznikach wyglądają realistycznie, racjonalnie i praktycznie. Poza tym, ogień grecki z oleju orzechowego. Woow. 

7. Na końcu umiera stanowczo za mało postaci: tylko prawie wszystkie czarne charaktery, jeden Merry Man i Robin. Szkoda, wolałabym, żeby pozostałych troje EDIT: czworo, zapomniałam, że jeszcze jest Mały John) Merry Men and Women też zginęło.   

No i odcinki niby jednak trochę składniejsze niż poprzednio, kostiumy trochę średniowieczniejsze, ale to trochę mało pomaga. Śmiesznie było, dobrze, że się skończyło.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
| < Lipiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
O autorze
Zakładki:
Autorzy
Blogi
Miejsca: różne
Omnia mea
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...