Stargate

piątek, 29 sierpnia 2014

2x05, Need

 



[Yup, brakuje paru odcinków po drodze, ale odzyskanie danych z dysku idzie... no, idzie. Jakoś. A notki stargate'owej tak dawno nie było...]


Uwaga: spojlery i dużo Daniela Jacksona.



To jest odcinek, który zdecydowanie lubię: efektowny, wieloznaczny, a na dodatek, co uwielbiam, z nie tylko popkulturalnymi odniesieniami.
Na samym początku widzimy, jak Daniel Jackson próbuje swoich sił w roli rycerza w lśniącej zbroi: kierując się współczuciem, rzuca się na pomoc kompletnie obcej dziewczynie, która zamierza popełnić samobójstwo. Jego interwencja kończy się fatalnie: SG-1 trafiają w ręce ojca dziewczyny, miejscowego władcy, Pyrusa Zabójcy Bogów, który stylizuje się na Goa'ulda, i zanim się obejrzą, lądują w kopalni w charakterze niewolników.
To jest odcinek, który sporo mówi nam o osobości i charakterze Daniela. Nie ma wątpliwości, że D.J.  nie potrafi pogodzić się z faktem, że to, co się stało, jest jego winą: kiedy zesłana do kopalni drużyna omawia tutejszą sytuację polityczną, Daniel milczy, po czym nagle, ni z tego ni z owego rzuca, Wiem, że to wszystko moja wina. Ciekawe jest to, że Jack, który zazwyczaj jest jego przeciwieństwem, w tym konkretnym epizodzie zachowuje się jak lustrzane odbicie Daniela: po tym, jak Jackson został ranny, O'Neill wini siebie dokładnie tak samo, jak tamten robił to wcześniej: nie odzywa się do reszty drużyny i pogrąża dość desperacko w pracy, przy czym jego reakcja na powrót Daniela sugeruje, że podejrzewał, że już go żywego nie zobaczy.
Aha - czy ja już wspomniałam, że to jest jeden z tych odcinków, w których Daniel Jackson umiera? Umiera, a przynajmniej odnosi bardzo ciężkie, śmiertelne rany. Ocala go uratowana poprzednio przez niego dziewczyna, miejscowa księżniczka – przy użyciu sarkofagu, stąd moje podejrzenie, że musiało już z nim być bardzo źle. Dzięki temu dowiadujemy się całkiem sporo o stosunku Daniela do kobiet – a to, czego się dowiadujemy, pasuje znakomicie do tego, co już (na podstawie jego znajomości z Sha're) mogliśmy podejrzewać.
W związku Daniela z Shylą to ona jest inicjatorką romasu, stroną aktywną i dominującą. Daniel po raz kolejny przechodzi tu od roli męskiej, jaką  przyjął na początku (rycerz-obrońca) do roli osoby uwodzonej i kokietowanej, która stereotypowo przypisywana jest kobietom. Dzieje się tak mimo, że Shyla przyjmuje przy Danielu – na pozór – rolę “małej kobietki”, podkreślając wielokrotnie w konwersacji z nim, że jest głupia, że niewiele wie i że jest pod wrażeniem jego wiedzy; w rzeczywistości jednak w tym związku to Shyla sprawuje kontrolę i ma władzę, w więcej niż jednym tego słowa znaczeniu – Daniel poddaje się jej, bo jest de facto więźniem jej ojca i jako taki, niewiele ma do powiedzenia; poddaje się, bo od Shyli zależy los reszty SG-1; poddaje się wreszcie – bo taki jest jego konsekwentny sposób postępowania wobec zainteresowanych nim kobiet (Sha're, Sarah, Hathor, Vala). O tym, jaki jest podział ról w tym związku, świadczy najwyraźniej fakt, że to Shyla oświadczyła się Danielowi, a on ją zwodził i odwlekał decyzję, zanim w końcu powiedział “tak” - Shyla przyjęła więc rolę tradycyjnie w europejskiej kulturze przypisywaną mężczyźnie, a Daniel – kobiecie. Role odwracają się ponownie po uleczeniu Daniela – kiedy wraca on spotkać się Shylą, jest mądrym doradcą, który prowadzi słabą i nie wiedzącą, co robić kobietę, na którą niespodziewanie spadła władza; Shyla nie wie, co robić, bo straciła dwie osoby – dwóch mężczyzn – którzy byli jej drogowskazami w życiu: ojca, który zmarł, i narzeczonego, który odszedł. Pytanie, czy Shyla kocha Daniela. Z jednej strony, na pewno robi to, co robi, pod wpływem emocji; z drugiej, narzeczonego sponad słońca wywróżyła jej matka – ergo, jej “uczucie” jest tak naprawdę zrealizowaniem zbyt długo odwlekanego “przeznaczenia”; to, kto jest jego obiektem, jest mniej ważne. Shyla jest przede wszystkim – zwłaszcza w 1 części tego epizodu – dwulicowa; z jednej strony, przekonuje wszystkich, że trzeba traktować SG-1 jako przyjaciół i podkreśla, że Daniel musi sam podjąć decyzję, czy do niej wróci, z drugiej – nie waha się go fizycznie i mentalnie od siebie uzależnić przy pomocy sarkofagu.
Sarkofag jest w oczywisty sposób metaforą – z jednej strony, na najprostszym poziomie, metaforą wszelkiego uzależnienia (Michael Shanks gra scenę pierwszego po ożywieniu spotkania z drużyną tak, jakby był na co najmniej lekkim haju), ale i metaforą uzależnienia od władzy. Sarkofag kradnie duszę – i to jest bodaj pierwszy raz, kiedy się o tym dowiadujemy. Nieprzypadkowo, w scenie spotkania Daniela z Jackiem po tym, jak ostro zarzucił Danielowi de facto zdradę, O'Neill zwraca się do Jacksona z jadowitą ironią, adresując go the man who would be king. Ta fraza oczywiście odsyła widza natychmiast do tytułu opowiadania Rudyarda Kiplinga i jego sławnej ekranizacji, zrobionej przez Johna Hustona (1975). Aluzja, jak sądzę, nie jest przypadkowa: opowiadanie Kiplinga mówi o dwóch żołnierzach fortuny, najbliższych przyjaciołach, którzy szukali bogactwa i sławy i zostali królami Kafiristanu, co żadnemu z nich nie przyniosło nic dobrego. Michael Caine grał tego, który przeżył; Sean Connery – człowieka, który został królem, uznał się za reinkarnację Aleksandra Wielkiego, oszalał, opętany władzą, zdradził przyjaciela i w końcu zapłacił za swoje iluzje życiem; sapienti sat. Do tego bohater Connery'ego, co wydaje się w tym kontekście całkiem znaczące, nosił to samo imię, co Jackson – nazywał się Daniel Dravot.    
Ta scena zbudowana jest w dużym stopniu na fizycznym kontraście między protagonistami. Jack, brudny i skulony na podłodze, na którą rzucili go strażnicy, przeciwstawiony jest Danielowi w królewskich szatach, wyciągniętemu na tronie w pozie, którą zwykliśmy kojarzyć raczej z filmową wersją zachowania szalonych cesarzy w rodzaju Nerona; z podobnym zblazowaniem i nonszalancją zresztą się zachowuje. Z tego, co wiemy, niewiele już w nim z dawnego Daniela zostało – a jednak, przy całym okrucieństwie i arogancji jego zachowania, dobro kolegów z drużyny ciągle w jakiś sposób leży mu na sercu: Daniel obwieszcza, że namówił Shylę, żeby – w ramach gestu dobrej woli – pozwoliła im wszystkim odejść.
Tu się kończy pierwsza część odcinka i zaczyna druga: walka Daniela z uzależnieniem od sarkofagu.
Tutaj znowu to, co istotne, rozgrywa się między Jackiem a Danielem (i wiem, będę to powtarzać jakąś nieskończoną ilość razy w tych analizach, bo też relacja tych dwóch jest niewątpliwie kluczowa i centralna dla całej serii). W tym epizodzie zwraca uwagę fakt – rzadkiej – gwałtownej fizycznej konfrontacji między nimi. W jej pierwszym etapie, w izbie przyjęć, Daniel odpycha Teal'ca i doktor Fraiser, ale zostaje powstrzymany przez Jacka; w drugim – Daniel, znowu po pokonaniu Fraiser, ucieka i zostaje doścignięty przez Jacka w jakimś magazynie. Tam dochodzi między nimi do walki wręcz, gwałtownej szamotaniny, w której, mimo wyrównanych sił, Jack jest górą, póki Daniel nie wyciąga pistoletu – z którego zresztą nie jest w stanie zrobić użytku. Zwycięstwu Jacka w fizycznej konfrontacji z Danielem odpowiada jego późniejsze zwycięstwo w pojedynku na słowa. Na początku, jeszcze ukrywając się przed sobą, obaj nawzajem zarzucają sobie do you want to kill me? Później, Jack usiłuje mówić do Daniela, kiedy ten celuje w niego z pistoletu i tu po raz kolejny widzimy, że w tym konkretnym odcinku Daniel i Jack bywają nie tylko skontrastowani ze sobą, ale i działają jak lustra odbijające siebie nawzajem; w tym wypadku kluczowe są słowa Jacka: I know what this is. I know what it's like. You can get through it…, podkreślające wspólnotę przeżyć. Nie dowiadujemy się, o czym mowa, z jakim uzależnieniem przyszło się zmierzyć Jackowi – ja bym pewnie sugerowała scenę z oryginalnego filmu, w której pułkownik O'Neil siedzi z butelką i pistoletem na łóżku w pokoju syna, zanim zostanie zwerbowany do programu... Jack wygrywa, Daniel opuszcza pistolet, wybucha płaczem – przyznaje się, że ma problem, innymi słowy, w ten sposób wkraczając na drogę uleczenia. W ostatniej scenie tej części Jack trzyma swojego niedoszłego zabójcę w ramionach, jak dziecko (przypomina się analogiczna scena między Mulderem i Scully z X Files 4x21 Demons). Ta scena po raz kolejny podkreśla zależność między nimi: Daniel w swoim psychotycznym stanie lekceważy Teal'ca, zwierza się Samancie (po raz kolejny wpisując ją w rolę siostry), ale pomocy skutecznie może mu udzielić tylko Jack.
Trzecia część tego odcinka to koda, w której Daniel – tym razem, jak już wspomniałam, w roli mądrego doradcy, wraca, by wspomóc Shylę. D.J. jest tu konwencjonalnie pojmowanym mądrym doradcą, a Shyla – zupełnie niekonsekwentnie – nagle zamieniła się ze skutecznej, wychowywanej od lat do władzy manipulatorki w bezbronną panienkę. Ale ta scena wydaje się potrzebna z innego powodu, mianowicie dlatego, że znowu służy podkreśleniu tej cechy, która jest kluczowa dla roli Daniela w SG-1: umiejętności przebaczania. Daniel jest, co zamierzam argumentować w analizach odcinków od Meridian do końca, wariacją na temat (heroicznie potraktowanej) postaci mesjańskiej; ta zaś, co dodam na marginesie, w europejsko-amerykańskim kręgu kulturowym musi budzić – w nieunikniony sposób – skojarzenia z koncepcją chrześcjańską. Ergo, wśród cech, które wykazuje, umiejętność przebaczania jest jedną z kluczowych; Daniel wybacza Reese zbudowanie replikatorów, Jackowi – unicestwienie Reese, Teal'cowi – oddanie Sha're w ręce Apofisa i jej zabójstwo... To nie znaczy, że D. J. wciela w życie zasadę nadstawienia drugiego policzka czy miłości nieprzyjaciół - chwilami wręcz przeciwnie. Niemniej jednak, to on najczęściej stara się zrozumieć ich punkt widzenia, a u Daniela wybaczenie oparte jest zazwyczaj na intelektualnym procesie zrozumienia racji przeciwnika (In the moment when I truly understand my enemy, understand him well enough to defeat him, then in that very moment I also love him, by zacytować Endera Wiggina), a nie na czysto emocjonalnym akcie. Co więcej, Danielowe przebaczenie zwykle zakorzenione jest w jego poczuciu własnej niedoskonałości – tutaj wraca pomóc Shyli, bo ewidentnie ma poczucie, że coś jej się od niego należy, że ją zawiódł.
Warto też na marginesie dorzucić, że to jest kolejny epizod, w którym problem zależności między pamięcią a identyfikacją jednostki jest jednym z kluczowych.

piątek, 09 listopada 2012

1x22, Within the Serpent's Grasp, 2x01, The Serpent's Lair

 

z dedykacją dla misiaela.

 

źródło: stargate wiki

 

Nie, no żeby było jasne: zły pomysł odnosi się do ulubionego w tym odcinku powiedzonka Jacka O'Neilla (któremu ciągle coś tu się wydaje złym pomysłem), a nie do tych dwóch, naprawdę, naprawdę udanych epizodów.

Obydwa odcinki, tworzące całość (z cliffhangerem w środku) mają szybką akcję i suspens; oba trzymają w napięciu, są fabularnie ciekawe i udane, a przy tym - sensownie i przekonująco skonstruowane. Scenarzysta sprytnie to nam rozdziela drużynę, to łączy, a jak już ma rozwiązać akcję i uratować bohaterów, robi to w sposób logicznie wynikający z akcji (Bra'tac, który plus minus ratuje SG-1, to postać znana wcześniej, powracająca i mająca wszelkie powody, by być na statku Apofisa, a o promach kosmicznych, z których jeden odgrywa znaczącą rolę w finale, rozmawia się od początku drugiego odcinka).  Oba te odcinki stanowią przy tym efektowną i fabularnie uzasadnioną kulminację całego sezonu, kiedy to śmiertelne niebezpieczeństwo, jakim są Goa'uldowie, w końcu trafia na Ziemię, a generał Hammond i jego team okazują się ostatecznie mieć  rację (w odróżnieniu od senatora Kinseya i jemu podobnych). Poza tym: armio, nikt was nie nauczył jeszcze, że w SF tego typu BOMBA ATOMOWA NIGDY NIE DZIAŁA? Really?

W obu tych odcinkach ciekawe są interakcje drużyny: najpierw w scenie podejmowania decyzji, potem – kiedy, już na pokładzie pędzącego ku Ziemi ha'taka, pojawia się dodatkowy element w postaci Skaary, który dla Jacka jest jak syn, później, kiedy do akcji wchodzi Bra'tac (uwielbiam Bra'taca, mówiłam już?), wreszcie - w momencie dramatycznego rozwiązania akcji (konieczność zostawienia rannego Daniela, niemal pewna śmierć grożąca reszcie załogi).

Przy podejmowaniu decyzji podział ról wygląda następująco: Teal'c wie, czego chce, i nic nie mówi; Sam reprezentuje stanowisko porządnego i rzetelnego wojskowego (nie wolno, nie powinniśmy), Daniel robi wszystko, żeby przekonać Jacka, a Jack jest w środku między stanowiskami jego i Carter. Daniel po raz kolejny jest tutaj w roli niemal proroka, podobnie jak w There By The Grace of God i Politics: on wie, bo widział, w wizji, której prawdziwość nie ulega dla niego wątpliwości, koniec Ziemi. Jack w końcu przychyli się do jego opinii, być może trochę pod wpływem osobistych argumentów, jakie Daniel przytacza (wspomina o śmierci m. in. Sary, żony Jacka, a także rodziny Sam i wreszcie siebie samego).

Drugi interesujący, jeśli chodzi o budowanie relacji między postaciami, moment to jest chwila, kiedy Jack musi zdecydować, czy ratować Skaarę czy Daniela – innymi słowy, musi wybrać między (metaforycznie rozumianym) jednym a drugim swoim “dzieckiem”. Wybiera Daniela, choć wie już na pewno, z poprzedniej rozmowy, że Skaara gdzieś tam jest, ukryty za pychą i pewnością siebie pasożyta, który go opanował. I to jest znacząca decyzja, tak jak znaczące było uznanie ocalenia Teal'ca za ważniejsze od ewentualnego sposobu na uratowanie w przyszłości Sha're i Skaary w Thor's Hammer: drużyna jest rodziną, jest jednym, i niewiele (jeśli cokolwiek?) jest od niej ważniejsze.

Kiedy z kolei do akcji wchodzi Bra'tac - o, to są najlepsze momenty drugiego odcinka. Raz dlatego, że mają one dość nieodparty urok jako komedia. W tym serialu zawsze zabawnie wychodzi zderzenie archaicznej, rycerskiej, opartej na kodeksie honorowym i mocno mi się z naszym narodowym podejściem do wojny i walki (a teraz zginiemy) etyki ex-Jaffa z pragmatyzmem i racjonalnym podejściem O'Neilla; to wychodzi w interakcjach z Teal'kiem, wychodzi też - rewelacyjnie - w scenach z Bra'takiem w tym odcinku (granat! i to, że Bra'tac kompletnie nie ma pomysłu, co by tu zrobić, jeżeli się im _uda_ plan!).  Poza tym, skądinąd, w tych scenach Jack O'Neill ma jak zwykle świetnie napisane dialogi (och, mowa Jacka do SG-1 przed wybuchem, w którym wszyscy zginą - bezcenne).  
Ale scenarzyści nigdy Bra'taca nie ośmieszają, nie zamieniają w jakąś karykaturę przestarzałego i nieskutecznego żołnierzyka z muzeum, co to, to nie. Że on jest wojownikiem i wodzem znakomitym, nikt nie ma wątpliwości - nikt też raczej nie wątpi, kto jest wodzem SG-1; fakt, że Bra'tac rozmawia głównie z O'Neillem, wyraźnie to podkreśla.

Poza tym, Daniel Jackson znowu prawie umiera, tym razem pomaga mu sarkofag - co nie zawsze, skądinąd, wychodzi na dobre, jak zobaczymy niedługo w w jednym z najlepszych  odcinków tego sezonu. I Carter gryzie O'Neilla w rękę. Gryzie. W rękę. Celowo (no, prawie).

To byłby zły, zły pomysł, odpuścić sobie te odcinki.

sobota, 08 września 2012

1x21 Politics

... czyli: They're closing the X Files Stargate programme, Scully, Carter.

 

Drugi z potężnego, czteroodcinkowego bloku, połączonego wspólnymi motywami. W poprzednim Daniel trafił do stargate-series.exteen.comalternatywnej wersji Ziemi – Ziemi ginącej właśnie w ataku floty Goa'uldów. W Politics – usiłuje przekonać najpierw kolegów (umiarkowany sukces), a potem antypatycznego senatora Kinseya (klapa na całej linii), że Ziemi grozi bezpośrednie niebezpieczeństwo.

Odcinek jest w dużym stopniu powtórką – senator ogląda i ocenia raporty z poszczególnych misji, w związku z czym my oglądamy fragmenty poszczególnych odcinków pierwszego sezonu. To nie jest jakoś szczególnie atrakcyjna formuła, bo nic nowego nie wnosi i trochę oszukuje, dając nam stary materiał na nowo posklejany jako nowy,  ale w tym przypadku sprawdza się całkiem nieźle; a sprawdza się – bo scenarzyści i producenci Stargate mają poczucie humoru, i to raczej z gatunku tych inteligentnych.

Większa część Politics ma charakter de facto autotematyczny: niby chodzi o politykę (ws. Gwiezdnych Wrót), ale tak naprawdę - o (fanowską?) krytykę (ws. Gwiezdnych Wrót). Całe stanowisko i reakcja senatora Kinseya na kolejne przygody Jacka i spółki jest pastiszem zachowania krytyka i/lub krytycznie nastawionego fana. Kiedy bohaterowie zapewniają go (i nas, widzów), przez jakie to koszmary i męki musieli przejść, żeby Goa'uldom dokopać, senator wygłasza uwagi w rodzaju: Nie rozumiem, co jest w tych statkach takiego groźnego, przecież wy uciekliście przed nimi, i to pieszo (a w tle mamy odpowiednie ilustracje), albo zauważa kwaśno, że skoro Chulak to twierdza wroga, to może ona być nie jakioś szczególnie groźna, zważywszy, czego tam zdołali narobić panie i panowie z SG-1. We czwórkę, do tego – no dobra, w piątkę z Teal'kiem.

Drugi rodzaj argumentów senatora (Puszka Pandory, mówiąc najkrócej) jest wygrzebany z rekwizytorni SF (nienaukowiec boi się naukowców i ich pomysłów). To jest, w pewnym stopniu, zapowiedź przyszłości, bo taki temat (coś nam wlazło przez Wrota/coś niepotrzebnie przynieśliśmy i teraz mamy kłopot) wraca w kolejnych sezonach serialu ładnych parę razy.

Jako wielbicielka The X Files, szczególnie lubię trzeci typ argumentów senatora K.: założenie, że jest niemoralnym i nieuczciwym ukrywanie takiej prawdy przez narodem. Ile razy senator Kinsey to powtarzał, wyobrażałam go sobie jako jednego ze sponsorów Foxa Muldera i nie byłam w stanie powstrzymać chichotu... Ten temat zresztą wróci, i to nieco bardziej poważnie, w kolejnych sezonach - i to na szczęście powróci w bardziej zniuansowany, mniej oczywisty sposób.

W kwestii poczucia humoru: plus za kolejną aluzję, w komentarzu Daniela, który mówi do Kinseya Jasne, po prostu wpuścimy im [obcym najeźdźcom] wirusa do głównego komputera. Nie ma to jak pokpić z Rolanda Emmericha i jego sztandarowego filmu w serialu, który powstał a) na podstawie innego jego filmu, b) dość wbrew jego woli...

Pod koniec nastój się zmienia: robi się mniej śmiesznie, a zdecydowanie bardziej dramatycznie. Senator zamyka X Files – pardon, SGC. W ostatniej scenie, po rozmowie z Hammondem, cała czwórka stoi w pokoju odpraw, patrząc z góry na zamknięte, puste wrota – dokładne przeciwieństwo finałów odcinków 1x01 i 1x02. To jest, oczywiście, zapowiedź tego, co się zdarzy później, w następnym, zdecydowanie bardziej już dramatycznym odcinku.

piątek, 07 września 2012

1x20 There But For The Grace of God

 

Ahem... wiem, po drodze jeszcze jest Tin Man (dobry) i Solitudes (moje ulubione w I sezonie), ale - no, ale moje recenzje z nich są beznadziejne i trzeba by je poprawić, a DVD z I sezonem jest, w odróżnieniu ode mnie, w KRK. Ergo, do listy braków z sezonu I dopisujemy 2 odcinki i już można przejść do recenzji z początku końca (sezonu).  

 

Mam alergię na SF o światach alternatywnych, w których wersja A bohatera spotyka jego wersję B, ale w tym przypadku muszę przyznać – czapki z głów.

Źródło: stargate.wikia.comKlasyczny trop fantasy został tu pożeniony z klasycznym tropem SF: idea lustra jako drogi do innego, obcego świata została połączona ze wspomnianym konceptem światów alternatywnych i tak powstał epizod, w którym Teal'c dowodzi atakiem na Ziemię i osobiście zabija Jacka, narzeczona tegoż Jacka, cywilna specjalistka Dr Samantha Carter, wysadza w powietrze SGC, a Katherine Langford odcyfrowała wrota. A Daniel Jackson, który, BTW, nie żyje, nigdy nie był członkiem zespołu – ostro odrzucił propozycję przyłączenia się do grupy. Tyle że w pewnym momencie, w środku ataku Apofisa na Ziemię, Daniel Jackson z naszej rzeczywistości przechodzi przez wrota.

Tak po prawdzie, gdyby chcieć uciec od metafory i  zagłębić się w dosłowne znaczenie tytułu tego epizodu, wyjdzie nam - OK, niepoważnie - że jako żywo “łaskę boską” uosabia właśnie Daniel Jackson (i nie, żeby było to jakieś szczególne zaskoczenie). Dlaczego? There but for the grace of God znaczy tyle, co “z Bożą pomocą udało mi się tego uniknąć” albo, zwięźlej, “o mały włos”, jako że odnosi się do sytuacji, w której widzimy coś złego, co sie dzieje z naszym bliźnim i rozumiemy, że bardzo niewiele brakło, żebyśmy to my byli na ich miejscu. W tym przypadku, ewidentnie, to “niewiele” oznaczało jedną, zasadniczą różnicę: fakt, że Ziemia w tej wersji rzeczywistości zostaje zniszczona, a w “naszej” nie, jest bezpośrednio związany z faktem, że Daniela nie było w alternatywnej drużynie.
OK, są też inne różnice: Teal'c nie zmienił strony, Jack ma rangę wyższą od Hammonda, a Sam jest cywilnym naukowcem (nie wspominając o tym, że Jack i Sam są parą), ale one (łącznie z rolą Teal'ca!) sprowadzają się do drobiazgów. To Daniel jest istotny, bo jego nieobecność stanowi największą różnicę między tymi dwoma światami: w obu światach była misja na Abydos i Ra zginął dzięki Jackowi, ale tylko w jednym na Abydos został Daniel – Daniel, przez którego O'Neill wrócił później na Abydos, stamtąd trafił na Chulak, spotkał Teal'ca i zapoczątkował cały łańcuch wydarzeń, prowadzący w rezultacie do powstania SG-1, kontaktu z Asgardami i stania się przez Ziemian liczącą się siłą w międzygalaktycznej rozgrywce (co może potwierdzać moją, niezbyt oryginalną tezę, że Daniel jest bohaterem, Jack protagonistą, a razem stanowią dwie główne postacie tej historii, wspierane przez pomocników, Sam i Teal'ca).
Wpływ Daniela – w jego roli mediatora i zwolennika pokoju w każdej niemal sytuacji – jest też widoczny w kluczowej tutaj decyzji posłania bomby przez wrota na Chulak. Czemu jest ona kluczowa? Bo gdyby O'Neill się nie uparł (Daniel zresztą przyznał mu, że nie bardzo mają wybór), to nie zginęliby syn i żona Teal'ca – a to mogłoby oznaczać, że Jack przekonałby go do zmiany strony, tak, jak zrobił to w naszym świecie, zamiast, podczas tej próby przekonania, zginąć z jego ręki. Daniel upomniał się głośno o prawa niewinnych Jaffa-niewolników, którzy umrą, kiedy Ziemianie wyślą przez wrota bombę o sile 200 megaton; dowództwo (w postaci Jacka) odmówiło uwzględnienia jego protestu, przez to rujnując swoją przyszłą szansę na przekonanie Teal'ca i ocalenie Ziemi; podsumowując, można by trochę złośliwie zacytować uwagę Jacka z jednego z późniejszych odcinków, Daniel is usually right about such things.

To jest początek czteroczęściowego story arc, z Danielem w roli nieomal swojego biblijnego imiennika, proroka zagłady świata, i jedna z czytelnych wskazówek dalszego rozwoju tej postaci, o czym pewnie będzie trochę więcej w kontekście następnych epizodów: Politics, Within the Serpent's Grasp i The Serpent's Lair.

niedziela, 02 października 2011

1x16, Enigma

 

Ahem... Tollanie. Nie lubię Tollan dokładnie tak samo, jak nie lubię Noksów, Źródło: stargate.wikia.coma prawie tak samo, jak nie lubię Tok'ra. W ogóle mam dosyć alergię na Przemądrych Prastarych Pokojowych Kosmitów (no chyba, że używają rozczulająco pokrętnej składni albo są z Marsa). No ale, w sumie byłabym niesprawiedliwa, gdybym oceniała ten odcinek tylko po Tollanach - w końcu ma on, poza tym, jeszcze co najmniej kilka innych, dość z mojego  punktu widzenia problematycznych, pomysłów...

Zaczyna się, muszę przyznać, znakomicie: pani i panowie z SG-1 trafiają w sam środek kosmicznego Volcano Day i tam słyszą, od umierającego aliena, zaskakujące "Nie ratujcie nas". Zaintrygowało mnie to ogromnie, przyznam szczerze, i zaczęłam sobie kombinować w głowie możliwe scenariusze. Niestety, tego ze zbiorowym poczuciem  traumy (przodkowie dali technologię maluczkim, a ci się zdemolowali atomówkami, jak w jakiejś powieści z lat 50., i jeszcze sprowadzili katastrofę ekologiczną na planetę Tollan, stąd Volcano Day) nie przewidziałam... Ale żeby oddać cesarzowi, co cesarskie: napięcie utrzymywane jest w tym odcinku bardzo dobrze, a fabuła, póki człowiek się jeszcze łudzi, że _jest_ jakaś zagadka, rzeczywiście wciąga. 

Generalnie w centrum tego epizodu mamy, jak się wydaje, kwestię starego jak SF skontrastowania ciemnoty i postępu, przesądów i nauki. Zaczyna się on przecież od tyrady - by nie rzec filipiki - Daniela, komentującego dzieje ludzkości i zastanawiającego się, czy któraś z okołoludzkich/pochodzących z Ziemi cywilizacji mogłaby rozwijać się szybciej, gdyby rozwoju nauki i technologii nie zastopowały wieki obskurantyzmu i przesądów światło ćmiących. Egzemplifikacją takiej możliwości są Tollanie, dla których naiwnym przesądem jest, tak po prawdzie, cała ziemska nauka - ale nie wiem, w sumie, czy warto byłoby nie mieć tych wszystkich wieków ciemnych  i wyrosnąć na Tollan, bo są oni, szczerze mówiąc, w swej arogancji, pysze i poczuciu wyższości kompletnie, jak dla mnie, nieznośni.

Wątki związane z Tollanami często, niestety, ześlizgują się w lekki, że tak powiem, banał. Bardzo trudno, po Blade Runnerze (a raczej po Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?) pokazać przekonująco i niebanalnie Obcych,/ludzi z przyszłości których wzrusza i zaskakuje widok wolno żyjących zwierząt. Tu, niestety, wyszło nie najlepiej, bo choć kot imieniem Schrödinger, owszem, śliczny, to wzruszenie Tollanina faktem, że na Ziemi ptaki latają sobie swobodnie w okolicach Cheyenne Mountain, jakby dość przewidywalne. 

Poza tym - postacie i ich role. Tu jest znowu dość ciekawie, co nie znaczy - całkiem fajnie; ergo, przez moment poprzyglądamy się Samancie Carter.

Sam zaczyna ten odcinek, będąc w swojej najciekawszej chyba roli: kobiety-naukowca. Konkretniej, buduje nową latającą sondę i objaśnia, jak ta będzie dzialać - po to tylko, żeby zostać odesłaną na romantyczny spacer (!) z Tollaninem, bo łatwiej będzie jej zdobyć ich zaufanie (!!), a to dlatego, że jednemu z nich ewidentnie się spodobała (!!!). Oficjalnie oczywiście mowa jest o tym, że Sam ma tu wystąpić w roli negocjatorki, tyle że nikt nie ukrywa, że chodzi chyba głównie o jej uroczy uśmiech i jasne włosy. I są takie odcinki Stargate, gdzie Carter by taką decyzję skrytykowała, no ale nie w tym akurat, niestety. Tu zostaje relegowana do roli pt. "Piękna i naiwna tubylka, która urodą i prostotą fascynuje europejskiego podróżnika"... To jest początek najbardziej mnie chyba irytującego w tym serialu pomysłu, czyli próby zrobienia z Carter alien magnet, ślicznej laseczki, w której zakocha się każdy przelatujący w pobliżu kosmita. Ja jednak zdecydowanie wolę wątki jej problemów z ojcem, jej kariery w armii i, last but not least, ten z motywów romantycznych, który zaczyna się w następnym odcinku, 1x17, Solitudes...

Carter w jej zadaniach organizacyjno-dyplomatycznych ma tu wspierać Daniel i po raz kolejny ta dwójka zostaje tu przypisana do zadań raczej stereotypowo kobiecych niż męskich (co może być związane z ich statusem, jej jako kobiety, jego jako cywila). Nigdzie nie widać tego lepiej niż w scenie, w której Teal'c i Jack wyruszają przez Wrota, żeby znaleźć jakieś miejsce, gdzie tollańscy rozbitkowie mogliby zamieszkać - a Sam i Daniel mają w tym czasie zostac  bazie, by urządzić i umeblować centrum dla uchodźców... 

Jasnym promyczkiem światła w tym odcinku jest, jak zawsze, kiedy się pojawia, pułkownik Maybourne, quasi-czarny charakter, którego nie można nie kochać. Uwielbiam Harry'ego Maybourne'a, a jego obecność jest mi nawet w stanie wynagrodzić Tollan i upupioną (1) Samanthę. No, przynajmniej po części. 

 

(1) łac. pupa - laleczka, zabawka

poniedziałek, 01 sierpnia 2011

1x15 The Cor-Ai

 

http://stustation.files.wordpress.com/2011/07/portalthumb1.jpg?w=300&h=200The Cor-Ai, czyli epizod, w którym w centrum jest z jednej strony -  problem odpowiedzialności za to, co zrobiliśmy – nawet jeżeli zrobiliśmy to w zaślepieniu, albo w służbie idei, która okazała się fałszywa i którą już odrzuciliśmy, a z drugiej - kwestia lojalności wobec swoich, wobec członków drużyny. Mamy tu też zderzenie dwóch systemów prawnych: Jack per fas et nefas i dość przy sprzeciwie ze strony Daniela usiłuje zamienić tradycyjny, prowadzony według lokalnych zasad proces Teal'ca w postępowanie zgodne z amerykańskimi normami prawnymi. Momentami przez to The Cor-Ai zamienia się w z lekka irytujący pastisz J.A.G, ale sytuację ratuje kompletnie nieoczekiwane przez Jacka zachowanie Teal'ca, który się przyznaje do winy i rujnuje swojemu głównemu obrońcy całą zaplanowaną taktykę. Od tej pory robi się ciekawie.

Ale po kolei: Na planecie, na którą trafili, Jack zabiera się do obrony Teal'ca (oskarżonego o to, że jako Jaffa w służbie Apofisa brał udział w pacyfikacji tej planety), z pełnym entuzjazmem; nie pyta nawet swojego “klienta” o zdanie – i jest bardzo zdumiony, że Teal'c ma z tym jakiś problem.

Najbardziej znaczącą relacją w tym epizodzie jest właśnie ta między Jackiem a Teal'kiem, kiedy to zderza się pragmatyczny, oparty na współczesnych zasadach wojskowej etyki punkt widzenia O'Neilla z archaicznym, opartym na osobistym honorze systemie wartości byłego Pierwszego Przybocznego Apofisa. Jack nie do końca rozumie motywacje przyjaciela, ale je szanuje – tak, jak wojownik może szanować kodeks innego wojownika; to nie znaczy jednakowoż, że zgodzi się zaprzestać walki...

Teal'c tymczasem chce tego zaprzestania, bo czuje się winny, a za swoją największą zbrodnię uważa nie to, że zabijał, ale to, że wybierał ludzi na nosicieli (harvested them, jak sam mówi). To powinno w naturalny sposób włączyć w rozgrywkę między nimi trzecią osobę – tego, komu Teal'c odebrał żonę, by ją oddać Apofisowi, Daniela Jacksona. I rzeczywiście, w tej II części procesu to Daniel jest głównym świadkiem Jacka i opowiada właśnie o Sha're; ma być przykładem, mówiącym ja, skrzywdzony, mogę mu wybaczyć i widzę, że jest teraz innym człowiekiem. To Daniel zresztą, dzięki swojej nienasyconej ciekawości, znajduje, podczas rozmowy z miejscowymi, klucz do tego, jak uwolnić Teal'ca od winy. Trzeci etap przesłuchania, relacjonujący okoliczności ocalenia SG-1 przed Apofisem, prowadzi z kolei Samantha, podczas gdy Daniel przejmuje rolę obrońcy w decydującym momencie, kiedy on i Teal'c zostają sami – w tym odcinku w ogóle scenarzyści znakomicie rozłożyli role i czas ekranowy między całą czwórkę głównych bohaterów.

Daniel prawie wygrywa proces – prawie, bo kluczowe pozostaje zadane przez Hanno pytanie – czy cokolwiek dobrego Teal'c zrobił po porzuceniu Apofisa, przywróci życie jego ojcu. Rozwiązanie pokojowe więc zawiodło. W tym samym czasie Jack i Sam montują w SGC militarną ekspedycję ratunkową... i tu wracamy do tematu odpowiedzialności.

Jack starał się uprzednio przekonać Teal'ca, że w wojsku, kiedy jest się zmuszonym do wykonywania rozkazów, żołnierz jest w naturalny sposób pozbawiony części odpowiedzialności – nie ma wyjścia, musi słuchać. Teraz on sam i Hammond znaleźli się w tej samej sytuacji. Jack chce ratować przyjaciela za wszelką cenę, a Hammond, choć prywatnie się z nim zgadza, odmawia – odmawia, bo takie ma rozkazy i musi być posłuszny.

Na miejscu zostali Teal'c i Daniel; Teal'c przygotowuje się na śmierć, Daniel tymczasem oświadcza, że wyjątkowo zgadza się z Jackiem i że Teal'c nie zasługuje, by umrzeć. Jest to o tyle istotne, że w rzeczywistości Daniel miałby takie samo prawo oskarżać, jak Hanno. Jego słowa wpisują się znakomicie w panującą w tym świecie zasadę, że tylko pokrzywdzony może być sędzią we własnej sprawie, tylko on ma prawo wybaczyć. Ta konwersacja jest jak kolejne cor-ai, które kończy się uniewinnieniem; Daniel, mąż skrzywdzonej przez Teal'ca kobiety, wyrokuje, że Jaffa nie powinien umrzeć. I to jest – moralnie, etycznie – właściwy finał tego odcinka.

Akcję, niestety, rozwiązuje deus ex machina – falsus deus, tym razem; innymi słowy, na rozkaz Goa'uldów przybywają Jaffa. Jack i Sam w tzw. międzyczasie łamią swoje rozkazy i wracają, Teal'c zabija paru złych Jaffa i udowadnia, jaki z niego dobry człowiek, dzięki czemu zyskuje wybaczenie Hanno, słowem – all's well that ends well, choć tu akurat trochę chyba za łatwo; no ale ja deus ex machina toleruję głównie u Eurypidesa, a i to nie zawsze.  

Podoba mi się w tym epizodzie jeszcze jedno – to, że niezależnie od tego, co o tym myśli Jack, Hammond stwierdza wyraźnie: to, co robił Teal'c jako Jaffa to były zbrodnie wojenne. Zostaje to powiedziane jasno i wyraźnie i nie ma z tym stwierdzeniem dyskusji. I dobrze, bardzo dobrze, że nie próbuje się tłumaczyć widzom, że “on tak musiał”, że “nie był taki zły”, że “przecież nie wiedział”: to, że Teal'c ma za sobą taką, a nie inną historię, jest pewnego rodzaju próbą dla widza, jego własnym cor-ai: czy potrafimy wybaczyć coś takiego ulubionemu bohaterowi?

Mamy też, oczywiście, motywy dla SG-1 absolutnie typowe: spór między Danielem a Jackiem, między innymi o sposób działania (pokojowy vs. militarny), z Teal'kiem biorącym stronę Daniela (z powodów osobistych – nie chce, żeby go ratować, bo ma wyrzuty sumienia i postanawia poddać się karze). Daniel bywa, jak zwykle, nadmiernie entuzjastyczny i zdarza mu się mówić o parę słów za dużo (Daniel, kiedy decyduje się, kto będzie sędzią: It's actually rather Talmudic—only he who is wronged can forgive. Jack: Will you can it?). Generalnie, jak dla mnie zdecydowanie na plus.

 

 

PS. Odcinek o Samancie i dr Fraiser (1x14, Singularity) będzie, no, kiedyś :)



niedziela, 17 lipca 2011

1x13 Hathor

 

spojlery, nie tylko dla tego odcinka! 

 

... czyli jak Daniel Jackson został uznany międzynarodowym ekspertem od wątpliwej archeologii* (nie żeby był nim już wcześniej...) i po raz nieostatni wpadł w sidła Niehttp://myweb.tiscali.co.uk/sgccheyenne/wallg.htmwłaściwej Kobiety.

Fabuła? No cóż: na pierwszy rzut oka nie wygląda najlepiej. W meksykańskiej piramidzie archeolodzy znajdują egipski  (!!) sarkofag z ciałem Goa'ulda, który (-a) przeleżał(-a) tam parę tysięcy lat i oczywiście, jak to obcy, mówi po angielsku; a jak to czarne charaktery, ma w planach zdobycie władzy nad światem. Na pierwszy rzut oka zapowiada się idiotycznie.

A jednak. Z tych mało na pozór apetycznych i nie pierwszej świeżości składników udało się scenarzyście upichcić całkiem smakowite danie, z wciągającą fabułą; całość daje się na dodatek doskonale wpisać w główny (mitologiczny) krąg tematów tego sezonu.

W tym odcinku podział ról jest znowu specyficzny. Ludzcy mężczyźni (Hammond, Jack, Daniel) są pod wpływem Hathor; osoby spoza tej kategorii (Samantha, Janet, strażniczki, Teal'c) – nie. To jest zresztą epizod, w którym tematyka kobieca/bycia kobietą jest wyjątkowo ważna: nie tylko ze względu na kontrast między manipulatorską Hathor a pozostałymi paniami (o czym za moment), ale też ze względu na sarkastyczną uwagę Sam kiedy ostatnio przysłali tu do służby jakąs kobietę? Fakt, nadreprezenatacja panów w SGC dość rzuca się w oczy. Charakterystycznie zresztą Janet i Sam rozmawiają o tym, że bycie w armii nigdy nie sprawiło, że czuły się jak one of the guys: pozostały kobietami (i outsiderkami), mimo mundurów. Szkoda, że scenarzyści w dalszych sezonach nie do końca wzięli sobie własne rady do serca...
I szkoda też, że widzowie od początku (z zachowania Hathor, kiedy zostaje otwarty jej sarkofag) wiedzą, że zamiary ma ona wyjątkowo złe – odrobina dwuznaczności by nie zaszkodziła. Hathor sama w sobie jest kobietą-modliszką, femme fatale, uwodzącą niczego nieświadomego Daniela (który, mam wrażenie, w sprawach miłosnych zawsze i chyba bez wyjątku jest pasywny i uwodzony, od Sary Gardner przez Sha're po Hathor i Valę). Być może zresztą “uwodząca” to za mało powiedziane: w przypadku
Hathor możemymówić, jak sądzę, po prostu o wykorzystaniu i nadużyciu władzy, jaką daje jej nieznana ludziom technologia (patrz: reakcja Daniela, kiedy zdał sobie sprawę, co się stało). Hathor zresztą nawet nie jest jakoś szczególnie zła, jest tylko skrajnie egoistyczna i egocentryczna: dla niej liczy sięona sama i przetrwanie jej genów, niewiele poza tym. Podoba mi się idea, że to, co ona nosi, to jest w sumie taka przepaska Afrodyty – żadna osoba, która mogłaby czuć do niej pociąg, się nie oprze (ergo: w SG-1 nie ma ani jednego Ziemianina niehetero, bo na królową Obcych reagują tylko i wyłącznie, za to bez wyjątku, ludzcy mężczyźni). Interesujące jest też to, że ta bujna kobiecość, dzięki której Hathor udało się rzucić urok na męską część bazy, jest oszustwem. Istota, która te reakcje wywołuje, nie jest ludzka, nie jest kobietą: jest samicą-królową obcej rasy. Jej kobiecość, choć doskonała, jest fałszywa; mniej doskonała i poddawana w wątpliwość (ze względu na wybraną typowo męską profesję) kobiecość Sam i jej koleżanek jest za to prawdziwa, nie oszukana.

W tym epizodzie już zaczyna powoli wychodzić niezwyczajność Daniela – ma zostać (zostaje, de facto) kochankiem i nieśmiertelnym partnerem Hathor i ojcem nowego pokolenia Goa'uldów, podczas gdy dla pozostałych panów przewidziano bardziej przyziemną rolę nosicieli-Jaffa. No i po raz pierwszy i nie ostatni Daniel jest tu trouble magnet i ofiarą - oj, będzie jeszcze niejeden raz... 

Aha: szczegóły procesu rozmnażania się Goa'uldów są ciągle zbyt skomplikowane dla mojego prostego umysłu, ale co tam. Poczekam na ponowne obejrzenie odcinka o dziecku Sha're i Apophisa, może wtedy coś pojmę.

---------------------------------------------------------------------------------------------------------

* W pierwszej scenie, w kontekście tego, że nic z tego nie rozumieją (Egipt? Majowie? Hieroglify?) jeden z archeologów mówi do reszty jest taki młody uczony.... zaraz... Jackson, Daniel Jackson... Ergo, wątpliwy skarb w postaci sarkofagu trafia wprost do SGC.

piątek, 17 grudnia 2010

1x12 Fire and Water

 

SPOJLERY


... czyli Daniel Jackson umiera, po raz trzeci z tysiąca sześciuset czterdziestu ośmiu.

http://1.bp.blogspot.com/_AOy-GyCHRjc/R1PYDR9ay2I/AAAAAAAAAB8/ReJjUXfebqw/s1600-R/Fire%2Band%2BWater.jpgTym razem nie naprawdę, choć koledzy są o tym przekonani (widzowie chyba trochę mniej). Bohaterowie pamiętają jego makabryczną śmierć w płomieniach na planecie i są z tego powodu w ciężkim szoku; nieco za ciężkim, jak dla widza, który wie, że to jest troje zawodowych wojskowych, i to z polowym doświadczeniem, którzy niejedno już widzieli i których na takie sytuacje przygotowywano. Reakcja Sam, Teal'ca i przede wszystkim Jacka na to, co się zdarzyło, jest aż przesadna: są w szoku, nie potrafią się pozbierać. Jack po przejściu przez wrota siedzi z twarzą ukrytą w dłoniach, wygląda tak, że dr Fraiser chce go wysłać natychmiast do ambulatorium; wiadomość o śmierci Daniela wypowiadają wszyscy troje, po kolei, kawałkami: (Teal'c: Doctor Jackson... Sam: ...he didn't make it; Jack: Daniel's dead, sir). Przy czym wydaje mi się, że ta przesada, niezwyczajność tej sytuacji jest jak najbardziej celowa: ten szok, ta histeria ludzi, których przecież uczono radzić sobie z takimi sytuacjami, powinnny od razu widzowi podpowiedzieć, że coś tu jest nie w porządku z wszechświatem... Jackowi przypada ostateczne sformułowanie wiadomości o śmierci Daniela i to na nim i jego reakcjach na żałobę w dużym stopniu skupiona jest uwaga widza. To jest jeden (a bodaj czy nie pierwszy) z tych epizodów, które w szczególny sposób determinują i podkreślają wagę relacji między tymi dwoma. Reakcje Jacka na “śmierć” Daniela są najbardziej skrajne: w końcu to on podczas stypy rozbija we frustracji okno w samochodzie Hammonda, to on podniesionym tonem upomina Samanthę, kiedy ta czyta pamiętnik Daniela na głos, mówiąc co on by sobie pomyślał, to on nie jest w stanie zabrać się za pakowanie rzeczy zmarłego, to jemu na pogrzebie głos odmawia posłuszeństwa. On też jednak pierwszy z drużyny zaczyna wierzyć, że ich oszukano i wbrew logice negować fakt, że jego przyjaciel nie żyje (przed nim przeczucia, że reakcja drużyny jest nienormalna, ma tylko dr Fraiser – charakterystycznie, osoba, która się zna na reakcjach traumatycznych). I kiedy podczas porządkowania mieszkania Daniela Jack mówi I keep expecting him to walk through the door, to to konwencjonalne zdanie ma zupełnie inne znaczenie, niż zazwyczaj, kiedy pada w podobnych okolicznościach: nie oznacza nostalgicznego nie dotarło jeszcze do mnie, że on nie żyje; oznacza raczej: być może wszyscy zostaliśmy oszukani; jest w nim nie nostalgia, lecz gniew. Z drugiej strony, w tym urywku pamiętnika Daniela, który Samantha odczytała, jest mowa o nadziei na odzyskanie Sha're: Sha're is gone. Jack says we'll find her. If anyone can, he can. Daniel “zza grobu” wypowiada tutaj słowa, które z kolei dowodzą jego najgłębszego zaufania do przyjaciela. I zastanawiam się, czy te paniczne reakcje Jacka nie wynikają po trochu z tego, że on podświadomie czuje (a może po prostu na jakimś poziomie pamięta, mimo dokonanej przez Nema modyfikacji – wraca temat pamięci/niepamięci, jeden z kluczowych w tym serialu) – że być może coś jest nie tak z tą “śmiercią” Daniela i że histerycznie boi się, że to zaufanie zawiódł, dał się zwieść i nieświadomie opuścił kogoś, kto na niego liczył? Czy jego reakcja nie wynika aby nie tyle z żałoby, co z braku zaufania do własnych wspomnień, obawy, że wbrew swoim zasadom jednak zostawił kogoś ze swoich na terytorium wroga?
To, jak SG-1 reagują na śmierć Daniela jest niewątpliwie najciekawszym motywem tego odcinka. Ironiczna w kontekście tego, co się później ma wydarzyć, jest scena “pogrzebu” Daniela, pochowanego uroczyście za tym jednym jedynym razem, kiedy nie umarł naprawdę. Jack, oczywiście, jest tym, który wygłasza mowę na pogrzebie – i ta mowa jest równie niezborna i równie wiele mówiąca jak ta wygłoszona przy podobnej okazji przez kapitana Kirka w ST2. Istotne jest w niej przede wszystkim to, że Jack przyznaje tu Danielowi rolę sumienia grupy (he was our voice and our conscience), wskazując po raz pierwszy tak wyraźnie na te jego cechy, które staną się kluczowe w kolejnych sezonach. Tak samo zresztą znaczące okażą się, z perspektywy czasu, słowa Hammonda we command the spirit of Daniel Jackson to the universe he opened up before us – większość tego otwierania, zwłaszcza w kontekście Starożytnych i wiedzy o nich, jeszcze przed nimi...

Tymczasem na dnie morza... dzieją się rzeczy przewidywalne i średnio ciekawe; na dodatek haczyk, na którym widz powinien zawiesić niewiarę, ledwie się trzyma. Daniela – jako przedstawiciela rasy ludzkiej, a może dlatego, że umiał odczytać pismo klinowe – złapał obcy imieniem Nem, którego partnerka cztery tysiące lat temu poleciała do Babilonu walczyć z Goa'uldami i zaginęła. Nem nie wie, co się z nią stało – ale może wiedzieli ludzie z Babilonu? Wykorzystując cholera wie co – nieświadomość zbiorową? Pamięć gatunku? Wspomnienie dawnej lektury? - obcy chce tę wiedzę od Daniela wyciągnąć, zakładając, że ten ją ma. Najpierw grozi śmiercią, potem próbuje po dobroci, potem znowu grozi, że nie wypuści, póki się nie dowie. W końcu na prośbę Jacksona, który desperacko chce wrócić do domu, Nem decyduje się użyć sondy, która niby ma być bardzo niebezpieczna, ale okazuje się (przewidywalnie) nie być. Partnerka, jak się łatwo było domyślić od początku, nie żyje. Niezłe aktorstwo Michaela Shanksa w scenach, kiedy sfrustrowany i wściekły Daniel kłóci się z obcym, nie ratuje płycizn scenariusza. Tę część Fire and Water ogląda się jak jakiś niezrealizowany epizod ST-TNG... Gdyby nie fakt, że Shanks wygląda w podwodnych scenach prawie dokładnie jak Cilian Murphy w Sunshine (a jest to film, w którym się jakiś czas temu niedorzecznie zakochałam...), nie warto by było tych fragmentów w ogóle zapamiętywać.

Sympatyczny komiczny dialog na końcu rozładowuje napięcie wcześniejszych wydarzeń. Gdyby jeszcze historyjka z Nemem miała trochę więcej sensu...

piątek, 26 listopada 2010

Wiem, wiem, pominęłam The Torments of Tantalus i obiecuję to nadrobić: po prostu po ostatnim oglądnięciu jeszcze raz tego odcinka doszłam do wniosku, że się zupełnie nie zgadzam ze swoją własną recenzją...

 

1x11, Bloodlines

...http://www.stargateuniverse.com.au/view/content/554/index.htmlczyli odcinek o Teal'cu, jego rodzinie i tym, jaką cenę płaci się za wolność – i czy płaci ją tylko ten, co się na trudną ucieczkę z niewoli decyduje.

Bloodlines to kolejny epizod, w którym dostajemy pewną porcję wiedzy o świecie – tym razem zapoznajemy się z aksjomatycznym (aż do czasu pojawienia się tretoniny) konceptem, że nie można usunąć larwy Goa'ulda z ciała Jaffa. W tym też odcinku poznajemy jednego z moich osobistych ukochanych bohaterów, który będzie przewijał się aż do ostatniego sezonu: Bra'taca, z zawodu mistrza Jaffa, a z natury filozofa i marudę. Mam szczere podejrzenia, że wśród jego wywiezionych z Ziemi przodków musieli być jacyś starożytni Polacy: teksty w rodzaju “Udało się, teraz już możemy szlachetnie zginąć”, jakimi Bra'tac co jakiś czas raczy otoczenie, wyraźnie na to wskazują...

Po raz kolejny mamy tu drużynę podzieloną na prawdziwych facetów i wojskowych (Jack, Teal'c, Bra'tac) i prawdziwych niefacetów niewojskowych (Sam, Daniel), choć tym ostatnim, zwłaszcza Danielowi, wcale się to nie podoba. Powodem podziału jest po części Bra'tac i jego archaiczny kodeks wojownika (żadnych bab i wykształciuchów w armii, krótko mówiąc), a po części – strach Jacka o ludzi, których nie uważa za gotowych na ten rodzaj samobójczej de facto misji. Rozumie to, bez chwili zastanowienia, Sam – dlatego, mimo urażonej dumy (została jako kobieta uznana za niegodną walki), bez słowa zgadza się wrócić do wrót. Tyle że to ona i Daniel po drodze natykają się na grupę kapłanów, szykujących się do ceremonii wszczepiania larw dzieciom Jaffa...

To jest odcinek, w którym padają całkiem poważnie zadane i niegłupie pytania: jakie moralne prawo decydowania o samym sobie ma człowiek, skoro wie, że skazuje na konsekwencje nie tylko siebie, ale i swoją rodzinę? Teal'c podjął odważną decyzję – ale to jego żona mieszka w skrajnej nędzy w obozie dla uchodźców i musi patrzeć, jak jej jedyne dziecko umiera na głupią szkarlatynę. To na jej barkach pozostaje znoszenie nie tylko odium, jakie spadło na nią i synka z powodu zdrady męża, ale i gorzkiego poczucia, że dla Teal'ca abstrakcyjna idea wolności Jaffa okazała się znaczyć więcej, niż żona i dziecko... To ona wreszcie musi podejmować najtrudniejsze decyzje – i charakterystyczne, że da się Teal'cowi przekonać i wybaczy mu dopiero wtedy, kiedy zrozumie, że jest on gotów do najwyższych poświęceń nie tylko w imię idei, ale i w imię ich dziecka.

Drugi – choć pominięty milczeniem – ważny problem pojawia się w malutkiej scenie w świątyni Jaffa, kiedy Sam mówi do Daniela, że nie mogą zabić niedorosłych larw Goa'uldów, kłębiących się w pojemniku. Daniel się zgadza, że to zrównałoby ich z Goa'uldami – po czym i tak strzela, rozbijając pojemnik i zabijając młode Goa'uldów. Sam nic nie mówi, nie reaguje – a szkoda, bo taki nagły wybuch u człowieka na co dzień ceniącego świętość każdego życia zasługiwałby na odrobinę komentarza...

Niby niewiele o tym odcinku napisałam, a jak chodzi o fabułę, to jest to jeden z moich absolutnie ulubionych...

niedziela, 02 maja 2010

1x09, Thor's Hammer

Zaczyna się dość mało obiecująco. Daniel Jackson wykłada w kwestii culture heroes, sugerując – dość z sufitu, nazwijmy rzecz po imieniu – istnienie, obok tyranów-Goau'ldów, również dobroczynnej rasy bogów z nieba. Dlaczego, na miły Bóg, mieliby niby być nią akurat nie najsympatyczniejsi przecież w mitologii bogowie skandynawscy, pozostaje poza moimi możliwościami pojmowania – może dlatego, że konfrontacja tego, jak wyobrażamy sobie Thora et consortes z tym, jak wyglądają oni (jenu?) w świecie Stargate, okazała się najbardziej humorystyczna...

Chyba najbardziej istotna, z perspektywy dalszego rozwoju tej serii, informacja, jaka tu pada, to stwierdzenie Daniela, że Goau'ldowie nie zbudowali sieci wrót. Nie wiem, czy scenarzystom już na tym etapie marzyli się Starożytni (że o związku Daniela z nimi nie wspomnę), ale to jest chyba pierwsza odnosząca się jakoś do nich wzmianka w całej serii.
Czy jednak w ogóle na tym etapie autorzy mieli pomysł na to, kto zbudował wrota? Przy analizach tego rodzaju senariuszy, jak trwający wiele lat serial telewizyjny (lub cykl filmowy), to jest jeden z największych problemów: jak rozróżnić między a) celowym artystycznym zamiarem, b) czymś, co wyszło przypadkiem, a c) rozwiązaniami, wynikającymi z konieczności (np. rezygnacja aktora)? W jakim stopniu do analizy literackiej wartości danego scenariusza czy motywu potrzebna jest pozaliteracka, zewnętrzna wiedza o realiach danej konkretnej produkcji filmowej? Innymi słowy – czy potrzebuję wiedzieć, że aktorka grająca Anę Lucię w Lost podpadła ekipie, żeby ocenić ważność i znaczenie jej śmierci w realiach tego serialu? Jak ważne jest dla zrozumienia Imperium kontratakuje, gdzie Leia prawie zakochuje się Luke'u, to, czy George Lucas wiedział już, że ci dwoje okażą się rodzeństwem? Czy mogę zakładać, że idea Starożytnych po raz pierwszy pojawia się, zasugerowana, w konkretnym odcinku Stargate, czy też założyć raczej, że scenarzyści później przypomnieli sobie, że gdzieś tam powiedzieli, iż to kto inny zbudował wrota i postanowili dopisać do swoich pomysłów tę cywilizację? To samo zresztą odnosi się do Jacka i jego uwag o o tym, że on sam nigdy nie będzie nigdzie łaził z larwą Goaul'da w bebechach, co brzmi lekko ironicznie w kontekście, powiedzmy, mojego ukochanego odcinka The Abyss... (1) A co z zapowiedzią Jacka, że on sam chętnie poznałby Thora osobiśćie? Podsumowując tę dygresję, mam z takimi ideami zawsze problem (2) i obawiam się, że będę do tego tematu wracać, i to nie raz.

Wracając jednak do samego odcinka; scenariusz Katharyn Powers ma kilka naprawdę mocnych punktów. Po pierwsze, widzimy tu, że społeczność quasi-Wikingów, zabranych przez Thora z Ziemi, ewoluuje: powoli, ale się zmienia. Gairwyn, przywódczyni wioski, mówi Danielowi i Sam o zmianach w obyczajach, o tym, że obecnie wyruszyć na wiking znaczy po prostu pojechać szukać pracy... Podoba mi się ta idea, bo za często w fantastyce oglądamy społeczności zatrzymane – zazwyczaj bez jakiegokolwiek powodu czy wyjaśnienia – na wczesnym etapie rozwoju od wielu, wielu stuleci...
Po drugie, ciekawie jest tu zrobiony podział ról. Drużyna zostaje na początku rozdzielona na dwie grupy: dwaj wojskowi, Jack i Teal'c, zostają razem wciągnięci przez urządzenie do teletransportacji zawarte w młocie Thora, a dwoje uczonych, Daniel i Sam, muszą zagadkę ich zniknięcia rozwikłać. Rozgrywka między Jackiem a Teal'kiem dotyczy przyjaźni i wzajemnej lojalności wojowników, którzy znaleźli się w sytuacji bez wyjścia. Relacje między Sam a Danielem z kolei związane są w tym odcinku przede wszystkim z opozycją nauka- wiara. Daniel, powiedzmy sobie szczerze, zachowuje się tu momentami dokładnie jak szukający Samanthy (nie Carter, bynajmniej) Fox Mulder, wierzący w znaki i wróżby, podczas gdy Sam bierze na siebie rolę racjonalnej i praktycznie myślącej Scully... W końcu, zjednoczona ponownie, drużyna podejmuje decyzję: Teal'c okazuje się ważniejszy od Sha're (dla Daniela) i Skaary (dla Jacka), Jack wypowiada swoje credo (We don't leave our people behind, plus minus), a SG-1 oficjalnie staje się rodziną.

Po trzecie – lubię Stargate między innymi dlatego, że od początku, konsekwentnie, ma sporo humoru (w odróżnieniu od takiego, powiedzmy, Babilonu 5, który w sumie też dość lubię, ale który mnie momentami dobijał swoją sierioznością). Potężny Thor z młotem, recytujący numery dekretów, jakie Rada Asgardu uzgodniła z Goau'ldami, zarazem zaskakuje i bawi – i jest to efekt, który zdecydowanie przyczynia się do mojej sympatii dla tej serii. Już nie wspomnę o uwagach Jacka, bo musiałabym po każdym odcinku układać słowniczek ulubionych cytatów...

Dodbane są też – i za to scenarzystka ma wielkiego plusa! - zupełne drobiazgi: Kendra, lecząc ranne dziecko przy pomocy ribbon device, recytuje lecznicze, rymowane zaklęcie – zgodnie z tradycjami nordyckiej kultury. Przy okazji dowiadujemy się więcej o ribbon device: mamy, innymi słowy, ciąg dalszy podawania nam wiedzy o świecie przedstawionym w sensowny i nienachalny sposób, dzięki obserwacji i akcji, a nie przemowom i wykładom. Kostiumy są, z drugiej strony, dość kosmiczne, jak z jakiegoś starego epizodu TOS – no ale to akurat jest powszechny problem w pierwszym sezonie Stargate...

Oczywiście, to nie jest jakiś porażający, genialny epizod, zwłaszcza gdy chodzi o główną linię fabularną – cały na przykład motyw z Kendrą uczącą się przełamywać własne lęki jest dość przewidywalny – ale ogląda się go przyjemnie. NIENAWIDZĘ Unasów, ale akurat w tym odcinku zwrot akcji związany z jego postacią jest nie najgorszy, a na dodatek idea, że Unas mówi głosem Dartha Vadera, jest wręcz bezcenna.


PS. Żeby nie było - LUBIĘ Asgardów, choć może w tej recenzji niekoniecznie to widać... 

(1) Tak, wiem, nie larwa, tylko dorosły, i nie Goaul'd, tylko Tok'ra, ale i tak brzmi to ironicznie... :)

(2) ... bo ja jestem naukowiec-humanista, i takie problemy miewam, niestety – zdaję sobie sprawę, że dla większości widzów, a nawet fanów, są one mało istotne :). Dodajmy, że własne nieco porównywalne doświadczenie (od jakichś 9 lat prowadzę, jako MG, gigantyczną epicką kampanię w systemie RPG opartym na różnych elementach Świata Mroku: ten “serial” miał już paręset odcinków, co najmniej.... ) podpowiada, że czasem pewne rzeczy robi się z powodu a), czasem b), a czasem okazuje się, że mamy przypadek c) i ktoś nie chce/ nie może grać dłużej, ergo trzeba jakoś jego wątki rozwiązać..

wtorek, 02 lutego 2010

Powrót ninedin marnotrawnej na ulubionego bloga, po zamieszaniu z zostawaniem ciotką, początkiem sesji i nagłym napadem powieściopisarskiej aktywności :)


SG-1 1x08 Brief Candle

SG-1 trafia do prawie-Myken, a raczej – prawie wyidealizowanej Grecji.

Jeden z epizodów w tym odcinku dość umacnia mnie w przekonaniu, że w podziale ról w grupie to Daniel jest bodaj najbardziej niejednoznaczny. O ile dwaj pozostali panowie są – jako wojownicy, dowódcy, (byli) mężowie i (nie zawsze szczęśliwi) ojcowie – zdecydowanie przypisani do tradycyjnie męskich ról, o tyle Daniel i Samantha alternują w swoich między tradycyjnymi rolami męskimi i kobiecymi. Sam jest naukowcem-ścisłowcem (typowo męskie) i oficerem (ditto), ma typowo męskie hobby i używa nawet męskiego zdrobnienia (i w związku z tym w The Children of the Gods zostaje wzięta za Sama Cartera), ale za to to ona ma za zadanie ciągłe rozwiązywanie problemów drużyny ze sprzętem, zdrowiem etc. (matka-opiekunka) i w zachowaniu i wyglądzie dość zdecydowanie nie wyzbywa się kobiecości. Carter nieźle więc wpisuje się w schemat, którego idealnym przykładem jest Dana Scully: osoby, która pełni męską rolę w pracy zawodowej, a bardzo kobiecą – w życiu prywatnym. Daniel z kolei jest znawcą języków, humanistą (a konwencjonalnie humanistyka bywa postrzegana jako domena kobiecego umysłu, tak jak nauki ścisłe – męskiego; on i Samantha zamienili więc między sobą tradycyjne role); ale jest też archeologiem i odkrywcą, a tu, od Heinricha Schliemanna i Howarda Cartera po Indianę Jonesa, nasza kultura popularna podsuwa nam zdecydowanie męskie przykłady (może pomińmy Larę Croft, OK?). Jego podstawową motywacją jest, oczywiście, poszukiwanie porwanej żony – jest więc (w typowo męskiej roli) małżonkiem-rycerzem na wyprawie, mającym ocalić damsel in distress. Niemniej jednak to również on jest mediatorem i dyplomatą, zawsze ratującym życie innych, odpowiedzialnym (po kobiecemu) za pokój – w odróżnieniu od Jacka-wojownika, odpowiedzialnego, po męsku, za wojnę. W tym konkretnym epizodzie miejscowa kobieta zaczyna rodzić. Nikt z SG-1, łącznie z Samanthą, nie ma pojęcia o roli akuszerki (a trudno sobie bardziej tradycyjnie kobiecą rolę wyobrazić) – poza Danielem, który nauczył się przez obserwację od akuszerek na Jukatanie (tak, jak uczy się sztuki położnictwa dziewczęta w kulturach tradycyjnych). W końcu pomagają on i Sam, podczas gdy Jack i Teal'c czekają z przyszłym ojcem Alekosem na zewnątrz; podział ról jest więc w tym epizodzie dość jasny – Jack i Teal'c w świecie mężczyzn, Daniel i Sam – w świecie kobiet.

Śledząc relacje między bohaterami, warto zauważyć, że to w tym odcinku Jack mówi do Daniela, całkiem serio, you never cease to amaze me with all your talents, co jest – rzadkie. I nietypowe, bo Jack rzadko jest aż taki poważny. To jest dalszy ciąg budowania tej ze strony Jacka na pół ojcowskiej, na pół przyjacielskiej relacji między nimi i wskazywania, jak znaczący wpływ mają jeden na drugiego. Warto też przyjrzeć się reakcjom Samanthy na uwodzenie Jacka przez Kynthię (zazdrość), a potem – Jacka, po chwilowym odzyskaniu przytomności, na Samanthę (zawstydzenie), bo one z kolei dokładają kolejne elementy do drugiego wiodącego wątku – wzajemnej, zakazanej fascynacji Jacka i Sam.

W kwestii fabuły – jestem pozytywnie zaskoczona drobiazgami. Kultura, jaką spotykają, jest, powiedzmy, post-mykeńska (i tak, tu kosmici też mówią po angielsku); niemniej, bohater nazywa sie Alekos (bardzo poprawne, a dość rzadko używane antyczne greckie zdrobnienie od Alexandros), a jedna z bohaterek – Kynthia (a nie Cynthia, z łacińska!); pierwsze, co zwraca uwagę SG-1, to fakt, że wszyscy są niezwykle piękni – też bardzo pasuje. Scenarzyści w miarę dobrze wiedzą, kto to Pelops, nawet go dobrze kojarzą z rydwanami. Okropne, ale to okropne są za to kostiumy, chyba pożyczone ze składnicy, w której leżały od czasu nakręcenia Who Mourns for Adonais?

Fabuła tego odcinka jest zresztą taka trochę Star Trek-owa, ale intrygująca i wciągająca. Podoba mi się, że po raz pierwszy słyszymy wyjaśnienie faktu, że po tysiącach lat kultury odwiedzane przez SG-1 niewiele się zmieniły i nadal przypominają swoje starożytne ziemskie odpowiedniki (tu nic się nie zmieniło, bo czekają na drugie przyjście swego herosa-założyciela, kontynnując, jak im nakazano, wprowadzone przez niego zasady). Podoba mi się idea tego, co Pelops-Goau'ld zrobił z miejscowymi: potraktowanie tutejszej ludzkości jako swoistej wersji drozofili w zakrojonym na lata eksperymencie genetycznym, co zmusza ich - też zresztą bardzo po grecku – jednocześnie do życia w cieniu śmierci i do zdobycia umiejętności cieszenia się tymi stoma dniami, które każdemu dano. Charakterystycznie – jak w tradycyjnym horrorze – nieszczęście spotyka tego z bohaterów, który uległ pokusie (Jack, który uległ Kynthii); karą jest złapanie miejscowej przypadłości, powodującej raptowne starzenie: ciało zgrzeszyło i ciało się za to rozpada. Kwestia rapid aging rozegrana jest tu o niebo lepiej, skądinąd, niż w odnoszącym się do tego samego motywu Dod Kalm (The X Files 2x19). Do tego dochodzi interesująco rozegrany motyw z nanotechnologią, niezła charakteryzacja. Generalnie – zdecydowanie mi się ten odcinek podoba.

Z ciekawostek: Jack O'Neill w złotej tkaninie przepasanej wokół bioder – bezcenne. Jack na kacu, w okularach słonecznych i z głową w studni – jeszcze bardziej. Aha, Pismo linearne A wymyśliła rasa Goa'uldów; może dlatego dla większości moich studentów zajęcia z językoznawstwa są nie do przejścia...

niedziela, 27 grudnia 2009

SG1 1x07 The Nox

 

Daniel Jackson umiera w tym odcinku, dla odmiany razem z resztą SG-1 – ale za to tylko na moment. Zanim to się stanie, SG-1 w poszukiwaniu technologii, o której istnieniu nagle przypomniało się Teal'cowi, trafiają na planetę, gdzie żyją mili, prymitywni i pokojowo nastawieni tubylcy o mistycznych ciągotach. Cholera wie po co, na tej samej planecie pojawia się ni z tego ni z owego główny nieprzyjaciel Ziemi, Apofis, sam nieomal jak palec, jedynie w towarzystwie dwóch strażników. W tzw. międzyczasie okazuje się, że dobroczynni tubylcy-pacyfiści umieją wskrzeszać zmarłych i (czego dowiadujemy się na końcu) mają technologię, która wielokrotnie przewyższa tę stosowaną przez Goa'uldów; w chatynkach w lesie mieszkają zaś i mech we włosach noszą, bo to lubią. Byliby podzielili się wiedzą z SG-1, gdyby nie nieszczęsne zamiłowanie SG-1 (czyt. Jacka) do broni. Aha, po drodze widzimy jeszcze, jak Jack próbuje ustrzelić Apofisa z łuku i tylko interwencja miłych tubylców ratuje złego Goa'ulda przed nieuniknioną śmiercią. Na końcu SG-1 wraca do domu, a tubylcy mówią, że zakopią wrota i nikt już tu nie dotrze.

stargate the nox

Moim zdaniem jest to zdecydowanie jeden z najgorszych odcinków całego serialu, a na pewno, jak dla mnie, najgorszy w I sezonie – tym gorszy, że następujący po dość przyzwoitym Cold Lazarus i znakomitym The First Commandment, za to na szczęście przed kolejnym udanym, Brief Candle.

Problemy z tym odcinkiem są głównie na dwóch płaszczyznach: konwencji fabularnych i logiki fabuły. Zacznijmy może od tego drugiego. Fabuła jest dziurawa jak ser szwajcarski, a deus ex machina wydaje się ulubionym narzędziem scenarzystów: Teal'c ni z tego, ni z owego przypomina sobie nagle o niewidzialnym stworzeniu – i to właśnie wtedy, kiedy krytyk z Pentagonu wyraża powątpiewanie w sens programu Wrót; Carter wyraża niepohamowany entuzjazm dla naukowo wątpliwej idei, pozwalającej na wyprodukowanie technologii na podstawie badania dzikiego zwierzęcia; Hammond wyraża natychmiastową zgodę na wyprawę na tę planetę, nie biorąc w ogóle pod uwagę tego, co wynika ze słów Teal'ca – a mianowicie faktu, że Goa'uldowie co jakiś czas też wysłają tam wyprawy badawcze w celu pojmania tego samego stworzenia. Wszystie te decyzje spadają na widza dosłownie z nieba – a wydają się co najmniej mało logiczne.

Największą jednak, z mojego punktu widzenia, dziurą w logice tego odcinka jest problem pojawienia się na planecie Noksów Apofisa. Od początku serii jest on stylizowany na największego wroga Ziemi (do czasu, do czasu...), pysznego, potężnego i otaczającego się pompą i przepychem władcę, żywego boga z milionową armią i tabunem sług na swe posługi. I tenże Napoleon do potęgi, faraon o prawdziwie boskich mocach, ni z tego ni z owego sam, jedynie z dwoma bodyguardami, przybywa na zapyziałą planetkę, gdzie diabeł mówi dobranoc, w celach, które przez cały epizod pozostają kompletnie nieokreślone. Sorry, nie wierzę, że sprowadziło go tu cokolwiek poza Boskim Kaprysem Autorów i Producentów – z wewnętrznej logiki świata przedstawionego i etosu postaci Apofisa wynika raczej, że wysłałby tu ze cztery odddziały własnej wersji stormtrooperów.
Wolałabym sto razy, żeby cała sprawa okazała się podstępem, żeby Teal'c (albo ktokolwiek z SG-1) zmyślał i przesadzał w celu ratowania programu, żeby planety i/lub stworzenia nie było – przynajmniej taki scenariusz niósłby ze sobą jakieś zaskoczenie. W takiej wersji, jaką oglądamy na ekranie, jedynym, i to raczej nieprzyjemnym, zaskoczeniem jest ilość klisz i stereotypów fabularnych, w jakie ten konkretny epizod wpada (pozwolę sobie te co bardziej oczywiste oznaczyć numerkami).

the noxSkoro już mechanicznie zostajemy wrzuceni w sam środek opowieści o tzw. planet of the week (1), bohaterowie – którzy przed chwilą, wbrew wszelkiej logice, nie czekając na wsparcie, sami zaatakowali Apofisa i zginęli, budzą się z powrotem żywi. Ta scena obiecuje więcej, niż ten odcinek jest nam w stanie dać, niestety: jest nieźle zagrana przez całą trójkę głównych aktorów (Andersona, Shanksa i Tapping) i nieźle pomyślana, zarówno w reakcji Samanthy na Daniela, jak i O'Neilla na nich oboje. Układ jest taki: Daniel budzi się pierwszy, ma dziurę w koszuli na wysokości serca i ubranie zakrwawione dookoła, ale ani śladu rany; podchodzi do Sam i sprawdza jej stan. Samantha też zostałą trafiona w pierś; jej stan jest identyczny (krew na rozerwanym ubraniu, brak rany). Kiedy więc Daniel jej dotyka, jej pierwszą reakcją jest pełne oburzenia what are you doing?! – dokładnie to, czego po Samancie, świadomej swoich praw, stricte przestrzegającej regulaminów i doskonale wiedzącej (co wiemy z Children of The Gods), że nie ma nic bardziej rujnującego dla kariery kobiety-oficera niż pokazać, że jest się kobietą, moglibyśmy się spodziewać. Oboje podchodzą do Jacka, trafionego w plecy – Samantha go odwraca, Daniel kładzie mu dłoń na głowie, i wtedy Jack zrywa się, odtrącając ich oboje – zrywa się, jak żołnierz, który odzyskał przytomność na wrogim terytorium. Ta niewielka scenka daje nam wgląd zarówno w charakter i naturę Samanthy, jak i Daniela: on reaguje emocjonalnie, ona stara się udzielić praktycznej pomocy. Epizod ten mówi nam też więcej niż słowa o wojskowych doświadczeniach Jacka – ale też sugeruje, że zdarzały mu się podobne sytuacje wcześniej, podpowiadając – być może – to, co opowie Sam w Solitudes. Kiedy do Jacka dociera, że wszyscy a) umarli b) mimo to żyją, następuje jeden z moich ulubionych fragmentów dialogu:

O'NEILL: Wasn't I just...
CARTER: Killed.

O'NEILL: Killed as in...
CARTER: Dead.
O'NEILL: Dead.
CARTER: Yeah, we know, we saw it happen. Same thing happened to us.

I tu się kończą dobre sceny w tym odcinku, bo pojawiają się obcy: dobroczynni prości obcy podobni do Indian i żyjący w lesie, wyznający pacyfistyczne zasady (2), którzy, jak domyślamy się od pierwszej sceny, w rzeczywistości są prastarzy i niemal wszechmocni (3). Cała historia Noksów i ich cywilizacji jest schematyczną do bólu powtórką z tematu, przerabianego przez literacką, filmową, telewizyjną i teatralną SF dość w nieskończoność (TOS, anybody??), a jej realizacja w Stargate SG-1 nie wnosi do tematu nic nowego. Najbardziej irytujące jest w Noksach to, że są idealni – ich decyzje okazują się, z perspektywy, bezbłędne, a scenarzyści nie dają nikomu z bohaterów szansy zadania im np. pytania, czy – skoro uratowali Apofisa – biorą na swoje sumienia ofiary wszystkich następnych toczonych przez niego wojen. Nikt nie zauważa piramidalnej arogancji i egoizmu ich cywilizacji, żyjącej sobie spokojnie pod tarczą maskującą i mającej w tzw. głębokim poważaniu fakt, że w imię utrzymania swojego stylu życia i odrzucenia wszelkiej przemocy de facto usprawiedliwiają istnienie wszędzie dookoła tyranii o wyjątkowo perfidnym charakterze oraz przemocy na skalę, jaką trudno sobie wyobrazić.

Oczywiście, można by tu zadać pytanie, w jakim stopniu w ogóle Noksowie powinni być odpowiedzialni za inne cywilizacje i argumentować, że nie mają żadnego obowiązku mieszać się w konflikt z Goa'uldami – oni sami pokazują SG-1, że ich interwencja, podjęta w dobrej wierze w obronie Noksów, doprowadziła w rzeczywistości do śmierci dziecka i pozbawienia Ziemi jakichkolwiek szans na wymianę technologii z ich cywilizacją. Noksowie nie mają, najwyraźniej, ochoty stać się kosmicznym wariantem USA, policjantem wszechświata (ta rola zresztą, jak się przekonamy już niedługo w odcinku Thor's Hammer, jest już zajęta). Jest to zresztą o tyle ciekawe, że oryginalny projekt Deana Devlina i Ronalda Emmericha stawia sytuację zupełnie odwrotnie: w filmie Stargate mamy do czynienia z interwencją ziemskiej misji wojskowej (bo nie oszukujmy się, element naukowy w postaci doktora Jacksona jest tylko kwiatkiem do kożucha), skierowanej przeciw tyrańskiej miejscowej władzy, gnębiącej poddanych. Interwencja ta nie była planowana (oryginalnie O'Neil i jego ludzie przybyli na Abydos w celach wywiadowczo-obronnych), a tubylcy na początku nie mieli nawet poczucia, że chcieliby zostać wyzwoleni; truizmem jest dodawanie, że misja ta ukazana jest jako akt bohaterstwa i poświęcenia. W tym odcinku serialu z kolei jako wyższa i moralnie lepsza pokazana jest cywilizacja, która taką interwencję na gruncie moralnym programowo odrzuca. Ciekawe byłoby pytanie o etyczne uzasadnienie obu tych wyborów...

To nie są, niestety, pytania, na które autorzy tego epizodu chcieliby odpowiadać (choć później, zwłaszcza w sezonach 5 i 6, zaczną sobie trochę tych niewygodnych pytań – np. o to, czy moralne jest zatajanie wszystkiego przed społeczeństwem – zadawać...). W efekcie dostajemy odcinek, który wygląda jak – co jest częstą przypadłością słabszych odcinków Stargate SG-1 – zrealizowany na podstawie scenariusza, który producenci ST-TNG odrzucili jako typowy dla konwencji Star Treka, ale zbyt słaby.


Obrazki: http://threetreesstudios.com/andscifi/wp-content/uploads/2009/03/stargatenox.jpg; http://www.lightspeedfineart.com/Databases/Images/LSG480-07-001j.jpg

niedziela, 20 grudnia 2009

 

SG-1 1x06 Cold Lazarus


... czyli odcinek o kryształach. I o moich trochę mieszanych uczuciach.
Plus na wejście za to, że oglądając, nie bardzo byłam w stanie wymyślić, kim jest bliźniak O'Neilla w tym epizodzie: klonem? Kopią? O'Neillem, opętanym przez kryształy z planety, na której byli? I jakie są jego intencje – a la Midwitch Coockoos? A la The Day The Earth Stood Still? Minus za przerażająco psychodeliczne kolory pustyni i kryształów, zdecydowanie – to są jeszcze te odcinki, w których technika jest, powiedzmy to sobie uczciwie, najsłabszą stroną tego serialu...

http://www.gateworld.net/sg1/s1/106.shtml

To jest przede wszystkim epizod o rodzinie Jacka – po raz pierwszy w większej roli pojawia się jego żona Sara (dość fizycznie podobna do Samanthy, BTW), widzimy także eks-teścia Jacka, dowiadujemy się o  irlandzkich korzeniach O'Neilla, a przede wszystkim – o okolicznościach jego rozstania z żoną.
Kluczowe jest to, że “Jack”, który przychodzi odwiedzić swoją byłą, nie pamięta, że ich synek Charlie nie żyje – a nie pamięta, bo nie jest Jackiem. Po raz kolejny, jak mi się wydaje, jednym z leitmotivów jest tutaj pamięć – pamięć, a raczej jej brak, jej modyfikacje, próby jej zastąpienia i odtworzenia, próby zrekonstruowania przeszłości. Ten temat w rozmaitych wariacjach wraca w całym właściwie serialu – a ten odcinek, z jeo powrotem Jacka do przeszłości i tym, czego o tej przeszłości dowiadują się jego koledzy z drużyny, jest jednym z wyraźnych przykładów tej tendencji.

Interesujący jest sposób, w jaki tę przeszłość poznajemy: widzimy ją jednocześnie oczyma dwóch postaci, “kryształowego” Jacka i Samanty. Ten pierwszy odtwarza ją ze zrekonstruowanych fragmentów osobowości i pamięci pułkownika (i brawa dla Richarda Deana Andersona, bo ten nowy Jack zachowuje się zupełnie inaczej, niż normalnie) – ta druga poznaje z opowiadania Daniela, który skądinąd niekoniecznie chce jej wszystko powiedzieć, zasłaniając się niewiedzą (ciekawe czemu – nie chce plotkować? Pomija ze skromności swoją własną rolę?). W odtwarzanych wspomnieniach mieszają się płaszczyzny czasowe, teraźniejszość i przeszłość.

“Jack” oczywiście usiłuje wyjaśnić Sarze całą sytuację. Nie przeprasza, bo nie umie – jest spokojny, bynajmniej nie współczująco-anielski, raczej analityczny. Zarazem, “kryształowy” Jack jest znacznie mniej skrępowany zasadami i konwencjami, bardziej otwarty na emocje i szczery, bo ma dostęp do zystych wspomnień O'Neilla, a nie ich oficjalnej wersji, poddanej autocenzurze i i tak ukrytej przed większością nawet bliskich znajomych (charakterstycznie, dowaidujemy sie, że Jack jest na tyle skryty, że Carter nie ma pojęcia, czy ma on rodzinę).

Takie zachowanie “Jacka” ułatwia – jemu i Sarze, zwłaszcza Sarze- zrozumienie tego, co wtedy stało, daje jakiś rodzaj zamknięcia, zakończenia; a zarazem, dzięki Bogu, nie sprawia, że Sara wybacza mężowi, że odszedł od niej po śmierci dziecka i wszyscy żyją długo i szczęśliwie.

http://www.gateworld.net/sg1/s1/106.shtml

Interesujący jest wgląd w przeszłość Jacka i delikatne wskazanie, że choć mu nadal na Sarze zależy, choć ją bardzo kochał, to jest ona już przeszłością i to taką, do której nie ma powrotu – w decydującej chwili, kiedy obcy przyjmuje postać jego zmarłego synka, przy Jacku są Sam, Teal'c i Daniel, a nie była żona; to Daniel zresztą jest pierwszą osobą poza Jackiem i “Charliem”, która się odzywa, włączając się w tę konwersację – tak jak Charlie i Sara są przeszłością, tak Daniel, Samantha i Teal'c są przyszłością (czytaj: nową rodziną) O'Neilla.

Motyw science fiction – historia z kryształami – rozwiązuje się całkiem interesująco, nawet jeśli nie jakoś wyjątkowo wiarygodnie: historia ostatniego z przedstawicieli zniszczonej przez (a jakże) Goa'uldów kryształowej rasy, który odczytał umysł Jacka i postanowił go naprawić, jest dość nietypowa, a motywacje obcego nie są jakoś szczególnie łatwe do odgadnięcia; podoba mi się też to, że istnieje wyraźnie wyartykułowany powód (inny niż widzimisię scenarzysty), dla którego kryształowy Jack zainteresował się Sarą i Charliem... Mało pomysłowa i nie najlepiej zrobiona technicznie jest za to scena z rozmową Sam i Daniela z kryształem i generalnie idea tego, jak i dlaczego ich cywilizacja została zniszczona...

Interesujące jest jeszcze jedno - pytanie o znaczenie tytułu i postaci Łazarza. To jest, paradoksalnie, odcinek o powrocie zmarłych do życia, choć żaden z rozlicznych, a służących do niemożliwych uzdrowień gadżetów się w nim nie pojawia. A jednak mowa jest o nowym życiu, jakie zyskuje wymarła rasa, kiedy jej los zostaje ujawniony, a historia - poznana przez Samanthę i Daniela, ale także o nowym życiu, jakie na moment zyskuje zmarły Charlie po to, by dać  matce i ojcu choćby pozór ukojenia, chwilę spokoju ducha.

Gdyby jeszcze ta pustynia była trochę mniej żółta...


W ramach złośliwości: dowiedziałam się kiedyś od znajomej archeolog, że każde znalezisko, które jest nie wiadomo czym, klasyfikuje się jako kultowe. Ewidentnie jest to cecha wszystkich przedstawicieli tej profesji – patrz pierwsze wyjaśnienie udzielone przez Daniela w kwestii tajemniczych kryształów...

Poza tym, u mnie jako MG, jak mi kiedyś dociął jeden z graczy, wszystkie epizodycznie napotkane kobiety-NPC mają na imię Jane, Jean, Jenny albo Jennifer. No ale cóż – zważywszy, że byłe żony i dziewczyny panów z SG-1 nazywają się Sara, Sarah i Sha're (i dorzućmy jeszcze Shylę do tego towarzystwa), nie mam się chyba czym przejmować....

 

Ilustracje stąd

Kryształy Czasu


1x06 Cold Lazarus


... czyli odcinek o kryształach.
Plus na wejście za to, że oglądając, nie bardzo byłam w stanie wymyślić, kim jest bliźniak O'Neilla w tym epizodzie: klonem? Kopią? O'Neillem, opętanym przez kryształy z planety, na której byli? I jakie są jego intencje – a la Midwitch Coockoos? A la The Day The Earth Stood Still? Minus za przerażająco psychodeliczne kolory pustyni i kryształów, zdecydowanie – to są jeszcze te odcinki, w których technika jest, powiedzmy to sobie uczciwie, najsłabszą stroną tego serialu...

To jest przede wszystkim epizod o rodzinie Jacka – po raz pierwszy w większej roli pojawia się jego żona Sara (dość fizycznie podobna do Samanthy, BTW), widzimy także eks-teścia Jacka, dowiadujemy się o jego irlandzkich korzeniach, a przede wszystkim – o okolicznościach rozstania Jacka z żoną.
Kluczowe jest to, że “Jack”, który przychodzi odwiedzić swoją byłą, nie pamięta, że ich synek Charlie nie żyje – a ne pamięta, bo nie jest Jackiem. Po raz kolejny, jak mi się wydaje, jednym z leitmotivów jest tutaj pamięć – pamięć, a raczej jej brak, jej modyfikacje, próby jej zastąpienia i odtworzenia, próby zrekonstruowania przeszłości. Ten temat w rozmaitych wariacjach wraca w całym właściwie serialu – a ten odcinek, z jeo powrotem Jacka do przeszłości i tym, czego o tej przeszłości dowiadują się jego koledzy z drużyny, jest jednym z wyraźnych przykładów tej tendencji.

Interesujący jest sposób, w jaki tę przeszłość poznajemy: widzimy ją jednocześnie oczyma dwóch postaci, “kryształowego” Jacka i Samanty. Ten pierwszy odtwarza ją ze zrekonstruowanych framentów osobowości i pamięci pułkownika (i brawa dla Ricarda Deana Andersona, bo ten nowy Jack zachowuje się zupełnie inaczej, niż normalnie) – ta druga poznaje z opowiadania Daniela, który skądinąd niekoniecznie cce jej wszystko powiedzieć, zasłaniając się niewiedzą (ciekawe czemu – nie chce plotkować? Pomija ze skromności swoją własną rolę?). W odtwarzanych wspomnieniach mieszają się płaszczyzny czasowe, teraźniejszość i przeszłość.

“Jack” oczywiście usiłuje wyjaśnić Sarze całą sytuację. Nie przeprasza, bo nie umie – jest spokojny, bynajmniej nie współczująco-anielski, raczej analityczny. Zarazem, “kryształowy” Jack jest znacznie mniej skrępowany zasadami i konwencjami, bardziej otwarty na emocje i szczery, bo ma dostęp do zystych wspomnień O'Neilla, a nie ich oficjalnej wersji, poddanej autocenzurze i i tak ukrytej przed większością nawet bliskich znajomych (charakterstycznie, dowaidujemy sie, że Jack jest na tyle skryty, że Carter nie ma pojęcia, czy ma on rodzinę).

Takie zachowanie “Jacka” ułatwia – jemu i Sarze, zwłaszcza Sarze- zrozumienie tego, co wtedy stało, daje jakiś rodzaj zamknięcia, zakończenia; a zarazem, dzięki Bogu, nie sprawia, że Sara wybacza mężowi, że odszedł od niej po śmierci dziecka i wszyscy żyją długo i szczęśliwie.

Interesujący jest wgląd w przeszłość Jacka i delikatne wskazanie, że choć mu nadal na Sarze zależy, choć ją bardzo kochał, to jest ona już przeszłością i to taką, do której nie ma powrotu – w decydującej chwili, kiedy obcy przyjmuje postać jego zmarłego synka, przy Jacku są Sam, Teal'c i Daniel, a nie była żona; to Daniel zresztą jest pierwszą osobą poza Jackiem i “Charliem”, która się odzywa, włączając się w tę konwersację – tak jak Charlie i Sara są przeszłością, tak Daniel, Samantha i Teal'c są przyszłością (czytaj: nową rodziną) O'Neilla.

Motyw science fiction – historia z kryształami – rozwiązuje się całkiem interesująco, nawet jeśli nie jakoś wyjątkowo wiarygodnie: historia ostatniego z przedstawicieli zniszczonej przez (a jakże) Goa'uldów kryształowej rasy, który odczytał umysł Jacka i postanowił go naprawić, jest dość nietypowa, a motywacje obcego nie są jakoś szczególnie łatwe do odgadnięcia; podoba mi się też to, że istnieje wyraźnie wyartykułowany powód (inny niż widzimisię scenarzysty), dla którego kryształowy Jack zainteresował się Sarą i Charliem... Mało pomysłowa i nie najlepiej zrobiona technicznie jest za to scena z rozmową Sam i Daniela z kryształem i generalnie idea tego, jak i dlaczego ich cywilizacja została zniszczona...

W ramach złośliwości: dowiedziałam się kiedyś od znajomej archeolog, że każde znalezisko, które jest nie wiadomo czym, klasyfikuje się jako kultowe. Ewidentnie jest to cecha wszystkich przedstawicieli tej profesji – patrz pierwsze wyjaśnienie udzielone przez Daniela w kwestii tajemniczych kryształów...

Poza tym, u mnie jako MG, jak mi kiedyś dociął jeden z graczy, wszystkie epizodycznie napotkane kobiety-NPC mają na imię Jane, Jean, Jenny albo Jennifer. No ale cóż – zważywszy, że byłe żony i dziewczyny panów z SG-1 nazywają się Sara, Sarah i Sha're (i dorzućmy jeszcze Shylę do tego towarzystwa), nie mam się chyba czym przejmować....

piątek, 30 października 2009

SG-1 1x05 The First Commandment

 

czyli SG-1 guest starring w Jądrze ciemności; w roli Kurtza – Jonas Hanson, były narzeczony Sam i kolega Jacka z wojska, któremu uwidzało się, że może trochę więcej, niż zwykli ludzie. Inaczej mówiąc – o tym, jak miło (i jak trudno) być bogiem. Rekomenduję przypomnienie sobie tego odcinka każdorazowo po obejrzeniu Full Circle (6x22), gdzie z kolei to Daniel Jackson próbuje być bogiem, też z nienajlepszym skutkiem.

Jednym z głównych motywów tej historii jest konflikt lojalności i wybór między swoim a obcym: dla SG-1 i pomagającego im Connora Hanson był dowódcą (Connor), kolegą z armii (O'Neill, Teal'c) i życiowym partnerem (Sam); jest też, podobnie jak oni wszyscy (Teal'c co prawda z wyboru, nie z urodzenia) Ziemianinem-człowiekiem. Obcy przedstawiciele pierwotnej lokalnej kultury są z kolei tymi, którzy na SG-1 polują bez litości – a zarazem tymi, w imieniu których SG-1 muszą się przeciwstawić Swojemu i stanąć po stronie Obcego. Jonas z kolei ostentacyjnie odrzuca kulturę, która go wychowała (ziemską), wybierając (rzekome) dobro Obcych, swojego nowego ludu.

Interesująca jest w tym epizodzie (za mało ograna, niestety) opozycja natura: kultura. Widać to przede wszystkim w postaci Hansona. Z jednej strony, Connor utrzymuje, że to wyprawa w poszukiwaniu zaginionego tubylczego dziecka, kiedy Hanson spędził, niechroniony, dwa dni w tutejszym zabójczym słońcu, pomieszała mu rozum i kazała naprawdę zacząć myśleć o sobie jako o bogu. Hanson przechodziłby więc drogę, w której dzika i nieprzyjazna natura obcej planety znosi uwarunkowania wpojone przez kulturę (współczesne społeczeństwo, armia). Warto jednak pamiętać to, co podkreśla w swoim dialogu z Danielem bodajże Sam: że ta planeta została sztucznie terraformowana, że to prawdopodobnie Goa'uldowie uczynili ją ziemiopodobną. Ergo tym czynnikiem, który doprowadza do degeneracji Hansona, nie jest natura, ale kultura, ukryta pod nią: kultura o wartościach sprzecznych z ziemską, kultura istot bezlitośnie żerujących na fakcie, że bywają uznawane za bogów; ujmując rzecz w nieco ryzykowną metaforę, możemy powiedzieć, że przekształcona niegdyś przez rasę fałszywych bogów planeta zaraziła tą fałszywą boskością człowieka, który wystawił się, niebacznie, na jej działanie.
Jest jednak inna możliwość wytłumaczenia jego zachowania, znowu w kategoriach zderzenia natury z kulturą. Osobą, która najlepiej znała Hansona, jest Sam; i to ona mówi, w rozmowie z Danielem, He likes control, a potem dodaje, he had this in him, dorzucając, że służba wojskowa zapewne się do tego przyczyniła. Według Samanthy więc winę za działanie Hansona ponosi zdecydowanie jego natura, a warunki na planecie jedynie umożliwiły taką tej natury ekspresję, jaka w ziemskich realiach byłaby niemożliwa.

Podobnie interesujące rzeczy dzieją się w tym odcinku z rolami, powiedzmy, genderowymi, tych osób, które są pod tym względem konsekwentnie ambiwalentne, a więc Samanthy i Daniela. Jack planuje odesłać Sam na Ziemię, bo chce jej oszczędzić ewentualnego konfliktu sumienia – innymi słowy traktuje ją jak załamaną kobietę, byłą narzeczoną Hansona, odrzucając całkowicie fakt, że jest ona również zawodowym wojskowym. Samantha odmawia wykonania rozkazu i wskazuje militarne przyczyny, dla których powinna zostać; innymi słowy, odrzuca Jackowe wpisanie jej w rolę rozchwianej psychicznie byłej narzeczonej (stereotypowo kobiecą), identyfikując się w zamian z rolą oficera-zawodowca, który potrafi odsunąć na dalszy plan emocje, gdy w grę wchodzi dobro misji (tradycyjnie męską).
Kluczowa scena dialogu Samanthy i Hansona kończy się – znana z tysiąca wariacji w kinie, TV i literaturze – sceną, w której Sam ma go na muszce, ale nie jest w stanie strzelić. Wracamy tu do poruszonego wcześniej w dialogu Sam z Danielem problemu obsesji Jonasa na punkcie kontroli: wygrywa Jonas, bo ludzkie odruchy Sam nie pozwalają jej strzelić; jego rzekomo boska moc kontrolowania innych zatriumfowała nad jej uczuciami; Sam-współczująca kobieta zatriumfowała nad Sam-zimną profesjonalistką. Jonas tez chętnie zapomniałby, że Carter jest wojskową; ma zamiar sprowadzić ją do stereotypowo kobiecej roli małżonki, mówiąc jej, że zostanie kiedyś jego boginią. Carter jednak widzi bystrzej i rozumie, że w rzeczywistości Jonas potrzebuje nie jej kobiecego uroku, ale jej technicznego talentu, by włączyć (niezbędne do dokonania “cudu”) urządzenie Goa'uldów; potrzebuje Sam-naukowca, a nie Sam-kobiety.
Samantha z kolei o swoich kłopotach z Hansonem i o byłym związku opowiada Danielowi – wpisując jego z kolei w ten sposób w rolę stereotypowo zarezerwowaną dla najlepszej przyjaciółki (równie dobrze mogłaby mówić to samo do Janet Fraiser). Kiedy Jack idzie na zwiady, to Samantha podejmuje – bez konsultacji z dowódcą – decyzję o zaatakowaniu strażnika obozu pracy, który katuje więźnia. Teal'c zostaje na miejscu, bo taki mu wydano rozkaz, ale z dwójki potencjalnych buntowników to Sam decyduje się wdać w walkę wręcz, a Daniel – zostać i czekać w bezpiecznym miejscu pod opieką Teal'ca (ich role są tu znowu odwrócone); do tego Sam, po tym, jak solidnie pobiła dręczyciela, mówi sama do siebie that was refreshing, ewidentnie usatysfakcjonowana faktem, że udało się jej (kobiecie) pokonać w walce wręcz przeciwnika (mężczyznę). Kiedy z kolei Jack dostrzega, że Sam nie ma, zwraca się z pretensją nie do Teal'ca (który jest tu w roli strażnika), tylko do Daniela, do którego należy troszczenie się o dobro grupy (to jest stereotypowo kobieca rola którą w SG-1 najczęściej pełni Samantha, do której postawy w całym serialu świetnie odnoszą się wypowiedziane tu przez Hansona słowa you... healer of the emotionally wounded).

Centralna i kluczowa dla tego odcinka konwersacja Samanthy i Jonasa obraca się wokół dominującego w tym odcinku problemu – kwestii boskości. Mamy tu klasyczne dla tej formuły SF ostrzeżenie (patrz np. ST: The Apple, ST-TNG: Justice) przed zorganizowaną, kierowaną (czytaj: manipulowaną) przez liderów religią, która zostaje – zwłaszcza w kulminacyjnej mowie Daniela – przeciwstawiona nauce. Choć Jonas Hanson nie sprawia wrażenia obłąkanego i wydaje się racjonalnie tłumaczyć fakt, że pozwala się czcić jak bóg, w rzeczywistości podlega przynajmniej dwóm iluzjom: wierzy, że jego misja ma na celu ratowanie tutejszej cywilizacji i że jest dla tubylców dobroczynnym bogiem/herosem, który wyprowadzi ich na wyższy szczebel cywilizacji; innymi słowa, postrzega to, co robi, w kategoriach white man's burden. Hanson się myli, podobnie jak wszyscy, którzy w taki sposób uznają się za samozwańczych dobroczyńców ludzkości, traktując realizację własnego, skrajnie egoistycznego marzenia o absolutnej kontroli jako działanie dla dobra innych.

Interesujące w tym dialogu (w ogóle w tym epizodzie) jest użycie metaforyki biblijnej. Wcześniej Daniel porównuje Hansona do Abrahama, wskazując (dość zresztą niejasno), że tak jak Abraham był gotów złożyć w ofierze własnego syna, tak Hanson nie ma skrupułów, by jak ofiary traktować swoich wyznawców, umierających masowo w zarządzonych przez niego robotach publicznych. W rozmowie z Carter z kolei Hanson mówi: We're building a civilization, Sam. There are going to be sacrifices. It's better then rotting in caves, living and dying in squalor like you've never seen. I'm creating a great people. Carter odpowiada mu na to: In you image? Hanson, jak wskazuje jego uwaga, chciałby, żeby Samantha postrzegała go w kategoriach culture hero, twórcy cywilizacji, Prometeusza czy Mojżesza swojego ludu. To przekonanie podkreślone jest dodatkowo przez fakt, że później ten sam Hanson mówi do Sam: They must believe in me, if I'm to lead them into the desert, to the promised land (1). I'm merely separating the wheat from the chaff (2), która to uwaga (auto)identyfikuje go jednocześnie z Mojżeszem (1) i Jezusem (2). Jednak przytoczona powyżej replika Samanthy natychmiast sprowadza rozmowę z powrotem do wyjściowego tematu: Hansona jako (fałszywego) boga (by nie rzec Boga, w tym przypadku). Dodajmy jeszcze, że cytowane przez Jonasa słowa z Biblii: He hath not failed one word of his good promises pochodzą, jak się mi wydaje, z Joz. 21:45 (Biblia Tysiąclecia: Ze wszystkich dobrych obietnic, które Pan uczynił domowi Izraela, żadna nie zawiodła, lecz każda się spełniła) i Jonas bardzo chyba chciałby, żeby odnosiła się do niego; tyle że jego moc, jak moc Czarnoksiężnika z krainy Oz, jest techniczna, a nie mistyczna, oparta na sztuczkach, a nie na cudach.
Ale aluzje biblijne w tym epizodzie widoczne są przede wszystkim w tytule. Dla Sam – i dla widzów – skojarzenie z pierwszym przykazaniem jest oczywiste: “nie będziesz miał bogów cudzych przede mną”. To przykazanie ostrzega przed fałszywymi bogami – takimi, jak Jonas Hanson, a także, co jest oczywiste w kontekście całej serii, Goa'uldowie. Ale dla Jacka pierwszym przykazaniem jest to, które za pierwsze, czyli najważniejsze, uważa – i jest to przykazanie “nie zabijaj”. To pierwsze odniesienie ostrzega przed Jonasem i jemu podobnymi; to drugie – jest przykazaniem, które Jonas złamał, co pozbawiło go nie tylko pretensji do godności boskiej, ale i człowieczeństwa. On sam mówi wcześniej o sobie: all along I've been looking for God. And here I am – innymi słowy, jesteś Bogiem, uświadom to sobie. Ale Jonas się myli: nie jest bogiem, nie jest już nawet pełnym, normalnym człowiekiem; własne czyny postawiły go poza ludzką społecznością.

W kulminacyjnej scenie Jonas wygłasza mowę, gęsto przetykaną biblijnymi aluzjami:

My children. Today is a great day! The sun stood still in the heavens, and hasted not to go down about a whole day. I have the power to help, and to cast down. But fear not, stand still, and see the salvation of the Lord. (...) I am the lord your god, there is nothing I cannot do. No one is greater then I. No one is more powerful then I.

Najciekawsze jest tu trzecie zdanie, ewidentna aluzja do Joz. 10:13, gdzie Jozue dokonuje cudu zatrzymania słońca; jest to dokładnie to, co chce (ponownie metodami Czarnoksiężnika z Oz) osiągnąć Jonas – tyle, że w tej scenie pojawia się antagonista, który zdemaskuje fałszywego boga. Tu w tej roli występuje – jakże by inaczej – Daniel; Daniel, który na podstawowym poziomie jako uczony oświeceniowo przepędza przesądy światło ćmiące, ukazując ludzkie, techniczne, naukowe podstawy cudów Jonasa; demaskuje zabobon, propagując naukę. Z drugiej strony, w kontekście całości serii, mamy tu fascynujące zestawienie: Jonas Hanson jest okrutnym i fałszywym złotym cielcem, który mieni się zbawicielem; Daniel tym zbawicielem w jakimś sensie rzeczywiście będzie, dla mieszkańców Abydos i w jakimś stopniu dla całej ludzkości, mimo wszelkich błędów, jakie po drodze popełni. Podobieństwo jest nie tyle do Joz. 10:13, co do 1 Kr 18:20-40, do pojedynku kapłanów fałszywych bogów (Jonas) z mesjańskim prorokiem Eliaszem (Daniel). Charakterystycznie, urządzenie, na komendę Daniela, włączają Sam, Teal'c i ich miejscowy pomocnik Jamala: władza przechodzi z rąk fałszywego bóstwa w ręce społeczności, nie jednostki. Co więcej, kiedy w finale Daniel sugeruje, że trzeba by czasem zajrzeć i sprawdzić, jak się mają tutejsi, Sam mówi chyba już dość dla nich zrobiliśmy, dając czytelny sygnał: mieszkańcy planety nie potrzebują już bogów ani herosów, ich los jest w ich własnych rękach.

Obok aluzji biblijnych i porównań z Jądrem ciemności/Czasem apokalipsy, kolejną warstwę dodatkowych znaczeń w tym epizodzie stanowią, wspomniane już przeze mnie, odniesienia do Czarodzieja z Oz (nie ostatni raz w tym serialu). Jack mówi na początku to Oz, Sam robi aluzję do lions and tigers and bears (a mnie oczywiście natychmiast przychodzi do głowy użycie tego samego cytatu w cyklu Simmonsa o Hyperionie), a całą historia wędrówki Sam do Hansona – fałszywego boga – przypomina dzieje Dorothy; a jak jeszcze dorzucimy do tego fakt, że scenę rozmowy Dorothy z Ozem wielu krytyków odczytuje jako odwołanie do sceny z krzakiem gorejącym, koło się zamknie, a my zostaniemy z ciężkim bólem głowy od nadmiaru możliwych interpretacji.

 

piątek, 16 października 2009

Stargate SG 11x04 The Broca Divide

 

Czwarty odcinek pierwszej serii, który między innymi wyznacza zdecydowany początek jednego z wiodących motywów całego serialu – a mianowicie Unresolved (przynajmniej w tej rzeczywistości) Sexual Tension między Jackiem a Samanthą.

Dwie pozostałe kluczowe dla całej serii relacje zostały zaznaczone już wcześniej. Lojalność Jacka-żołnierza wobec Teal'ca-wojownika pojawia się w sumie już w 1x01 The Children of the Gods, a dodatkowo podkreślona zostaje w 1x03, The Enemy Within, gdzie koncept solidarności Jacka i Teal'ca oraz lojalności pułkownika wobec człowieka, który ocalił mu życie, jest jednym z wiodących motywów. Jeszcze wcześniej dowiadujemy się, jak znacząca jest relacja Jacka i Daniela: pojawia się ona już w przedakcji, znanej z filmu Rolanda Emmericha. Daniel bierze tam na siebie śmiertelny strzał z broni, przeznaczony dla Jacka, choć ani się naprawdę nie znają, ani nie lubią (innymi słowy, to jest ta scena, kiedy Daniel Jackson umiera po raz pierwszy z tysiąca sześciuset czterdziestu ośmiu). Także Daniel robi tam to, czego nie zdołała zrobić żona, armia ani fachowcy – wyciąga Jacka z samobójczej depresji po śmierci synka. Jack w zamian ryzykuje dla niego swoją karierę – poświadcza nieprawdę, informując władze, że Daniel i wszyscy mieszkańcy Abydos nie żyją. Jackowi obrywa się za to już na samym początku The Children of the Gods, kiedy to musi przyznać, że Daniel żyje – a musi to zrobić, żeby temuż Danielowi i jego ludziom uratować życie, bo armia USA grozi, że podeśle im przez wrota odbezpieczoną atomówkę. Fakt, że do skomunikowania się z nieobecnym Danielem Jack używa czegoś tak trywialnego, jak paczka chusteczek, też jest wbrew pozorom znaczący: z jednej strony wskazuje na to, że Jack wie o Jacksonie znacznie więcej niż inni, z drugiej – podkreśla, że obaj rozumieją się na tyle dobrze, że bez wcześniejszego umawiania się jeden jest w stanie zrozumieć zakodowaną przez drugiego wiadomość.

W The Broca Divide nacisk położony jest właśnie na relacje Daniel – Jack i Jack – Samantha. Wpisane są one w całkiem niegłupio wymyśloną historyjkę z twistem. Na początku, kiedy bohaterowie docierają na P3X-797, widz, który przeczytał w życiu choćby parę powieści fantastycznych, ma wrażenie, że wie, co będzie dalej. Mamy dwa społeczeństwa, pochodzące od starożytnych Kreteńczyków – jedno, cieszące się wysoką cywilizacją w pełnych światła pałacach, drugie, zdziczałe, brudne i zezwierzęcone, wegetujące w ciemności. Nietknięci gardzą Dotkniętymi, ale też się ich boją – Dotknięci bez skrupułów gwałcą i zabijają, a poza tym – jedno ich dotknięcie może przenieść klątwę na Nietkniętą dotychczas osobę. Eloje i Morlokowie, innymi słowy; trzeba tylko, żeby mądrzy i oświeceni przedstawiciele ziemskiej cywilizacji wytłumaczyli biednym Murzynom (przepraszam, biednym Minojczykom), że wystarczy dać dzikusom demokrację i szkoły, a zaraz się poprawią.

OK, tak by pewnie było w wielu różnych serialach, z mutacjami ST na czele. Tutaj okazuje się, że to Nietknięci mają rację i że klątwa rzeczywiście się istnieje i rzeczywiście się przenosi. Po konfrontacji z Dotkniętymi z członkami SG-1 zaczynają się dziać dziwne rzeczy: zaczyna się od bijatyki, a dochodzi do tego, że Samantha w charakterze seksualnego drapieżnika rzuca się na Jacka. Ta scena, z jej stereotypową konstrukcją i równie stereotypowymi dialogami (kobieta jako nienasycona modliszka wzbudza w rycerskim mężczyźnie nie pożądanie, ale lęk; szacunek dla niej nie pozwala mu wykorzystać sytuacji. Dialog brzmi: Samantha: Nie chcesz mnie? Jack: Chcę, ale nie tak!) jest oczywiście do bólu przewidywalna, ale znaczące jest to, co się dzieje z tym motywem później: odkąd w tym epizodzie Samantha go – wbrew jego woli – pocałowała, Jack nie będzie już w stanie wyrzucić jej z pamięci (do pewnego tylko stopnia, ale coś podobnego powtórzy się dużo, dużo później między Danielem a Valą Mal Doran).

Ale napięcie między Jackiem a Sam widać w tym epizodzie od samego początku do samego końca, od flirtu przy rozmowie o nazwach planet; komentarz Jacka podsumowywał raczej uwagę Daniela niż Sam, ale to Jack i ona wymieniają uśmieszki. Atak choroby u Jacka prowokuje Daniel – ale zaczyna się od zazdrości o Carter; w tym ataku furii Jack, co mu się rzadko zdarza, nazywa ją po imieniu. Cały odcinek zaś kończy się zaś znowu flirtem, kiedy to Jack usiłuje jednocześnie przekonać Sam, że nic nie pamięta, i dać jej znać, że pamięta jak najbardziej.

Daniel jest w tej historii dość zbędny niemal do końca, kiedy to Jack (który jako jedyny zachował w swojej zezwierzęconej i zdeewoluowanej postaci ślad własnej woli) dowiaduje się od Teal'ca, że Daniel zaginął po ciemnej stronie. Istotne jest to, że Teal'c przychodzi z tą informacją do O'Neilla mimo jego stanu: z jednej strony, nadal rozpoznaje w nim dowódcę SG-1, z drugiej – informując akurat jego jako pierwszego podkreśla, że rozumie, że to Jack jest w pewnym sensie substytutem rodziny dla Daniela i tą osobą, którą należy poinformować w sytuacji kryzysowej. Oczywiście nad Danielem wisi po raz kolejny groźba śmierci: Sam pyta Jacka, kiedy wracają w poszukiwaniu Daniela na planetę, you think he's still alive? Jack długo nie odpowiada, w końcu mówi, nie patrząc jej w oczy, Let's find it out – bardziej unik niż odpowiedź, potwierdzający, że Jack pewnych słów po prostu nie potrafi i nie ma ochoty wypowiadać.

Tak jak koncepcja świata przypomina Wehikuł czasu, tak rozwiązanie problemu zarazy kojarzy się z kolei z innym dziełem Wellsa, Wojną światów: do pokonania błyskawicznie się przenoszącego kosmicznego wirusa niezbędne okaże się coś banalnego i łatwego do zdobycia, w tym przypadku - leki antyhistaminowe. Pomysł ten przychodzi do głowy najbardziej zmarnowanej postaci w historii tego serialu, czyli dr Janet Fraiser. Janet mogłaby być nieco cieplejszym i zwyczajniejszym dopełnieniem Samanthy, drugą kobietą w ekipie; pozostaje, niestety, miłym i mało znaczącym tłem.

Na marginesie dorzucę, że w centrum problemu stoi kwestia pamięci i jej związku z (samo)świadomością i tożsamością poszczególnych osób – innymi słowy, po raz kolejny pojawia się motyw czy to ja, czy kto inny i kto/co decyduje o tym, kim jestem. Wydaje mi się, że jest to chyba jeden z wiodących motywów tego serialu: stoi w końcu w centrum historii z Goa'uldami. Ich groza polega przecież nie tyle na tym, że są Potężni i Niebezpieczni (i, jak mawia Jack, fatalnie ubrani), ale na tym, że mogą zabrać nam każdego, kogo kochamy, i przemienić go na swój obraz i podobieństwo tak, że zapomni o naszym istnieniu i będzie już tylko nami gardził... To jest przecież to, co spotyka i Daniela (Sha're), i Jacka (Skaara), i całe mnóstwo innych postaci. Ten sam problem jest też widoczny w historii z replikatorami – które powtarzają, kopiują pewne cechy człowieka, ale przecież nie wszystkie – w motywie Ori, którzy mentalnie manipulują swoimi ofiarami/wybrańcami, i w całym mnóstwie pomniejszych wątków (zrobotyzowani SG-1 jako kopie ich samych). Już nie chcę obiecywać, że będę jeszcze o tym pisać...

PS. Tytuł z aluzją naukową niekoniecznie od razu zrozumiałą dla humanisty - przypominają się dobre czasy The X Files...

Zdjęcie stąd

 
1 , 2
| < Maj 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        
O autorze
Zakładki:
Autorzy
Blogi
Miejsca: różne
Omnia mea
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...