To lubię

niedziela, 03 stycznia 2016

No to cóż: blog i ja zaczynamy terapię małżeńską. Od czegoś wspólnie ulubionego.

 

 

 

Ze spojlerami, ale co to za spojlery.

Dzisiaj będą na tapecie kawałki telewizji. Takie kawałki telewizji, które uważam za nieodzowne. Dla mnie, prywatnie i osobiście. Żeby je czasem obejrzeć po raz któryś i wiedzieć, OK, to ja. To jest mój gust, to jest definicja tego, co lubię w danym – no, serialu, bo w tym wypadku mówimy właśnie o kawałkach serii telewizyjnych.
To nie jest tak, że każdy mój ukochany serial ma takie odcinki. Nie ma ich, znacząco, jeden z moich najukochańszych seriali i ten uważany przeze mnie za bodaj najlepszy albo jeden z najlepszych, jakie widziałam: Life on Mars w oryginalnej brytyjskiej wersji, bo ja tam, serio, nie jestem w stanie wskazać Tego Jednego odcinka: ten serial jest dla mnie niepodzielną całością. W naturalny też sposób takie odcinki ma się z seriali, do których człowiek ma stosunek… specyficzny, które wychodzą poza sam fenomen „doceniłam, podobało mi się” i wchodzą w terytorium pure (fan) fun – no nie ma siły, mogę uważać, że takie np. Happy Valley to jest jedna z najlepszych rzeczy, jakie widziałam w ostatnich latach, ale nie będę dla zabawy i radochy wracała do któregoś z odcinków i w rezultacie znała go na pamięć, bo to… nie ten typ, podejrzewam.  

Zasady (bolesne): JEDEN odcinek, może być kilkuczęściowy (wiem, oszukuję). Z seriali, do których mam poważną słabość jako do całości, więc się nie przyznam, który odcinek z Merlina mogę oglądać w kółko (nawet na to nie liczcie).

A więc. Moje ulubione a otaczane przeze mnie kultem seriale i ich ulubione moje odcinki. Voilà.

 

http://www.playbuzz.com/gregs/how-well-do-you-know-the-x-files

Morris Fletcher (Michael McKean, ten ze Spinal Tap)
obrazek stąd
 

The X Files: Dreamland 1&2 (06.4-5). Tu jest ciężki wybór – na liście jest co najmniej kilka, i to i tych dramatycznych, i tych lżejszych, bardziej pastiszowych. Na potrzeby tej listy wybrałam z nich Dreamsland – po części dlatego, że kpi sobie z iksfajlowej mitologii Obcych i Facetów w Czerni, pod drugie dlatego, że kpi sobie z dramy towarzyszącej nader często na ekranie postaci udręczonego przez los Foxa Muldera, a po trzecie, because Morris Fletcher. W świecie X Files/Millenium mam swoje ulubione czwatroplanowe postacie i to jest, zdecydowanie, jedna z nich. Plus, na tym odcinku się śmiałam, a to mi się nie zdarza często.
Aha, gdyby ktoś chciał wiedzieć: z odcinków bardziej horrorowych wybrałabym 01.20, Darkness Falls (ten o pradawnych robalach, hello Fortitude!), a z tych w głównej mitologii serii – zdecydowanie odcinki 23-24  serii 4 i 1-2 serii 5, Demons/Gethsemane/Redux/Redux II, z niesamowitym nastrojem, z Mulderem gotowym na wszystko i z Cigarette Smoking Manem w roli, moim skromnym zdaniem, Dartha Vadera.   

 

http://millennium-thisiswhoweare.net/cmeacg/img/castcrew_profile_images/1114/profile_image.jpg
obrazek stąd


Millenium: The Mikado (02.13). Parę lat temu pewnie bym się zastanawiała, czy przypadkiem nie powinno to być 02.21, humorystyczny i samoświadomy Somehow Satan Got Behind Me, ale w sumie to The Mikado jest odcinkiem, do którego z całej serii wracam najczęściej. Skomplikowany, oparty luźno na historii Zodiaka, Mikado ma prawie-fantastyczną, zatrącającą o inspirację cyberpunkiem intrygę, w której napięcie i ponury klimat sprawy sprzed lat, która niemożliwie wróciła, by prześladować Franka Blacka, rozładowuje postać aroganckiego i z lekka komicznego hakera Briana Roedeckera, który traktuje grupę Millenium z zerowym szacunkiem i generalnie mówi do Franka Blacka w sposób niekoniecznie dla niego oczywisty i zrozumiały. Ten odcinek trzyma się dość daleko od głównej linii fabularnej z grupą Millenium itd. I tak, zgadliście, to też jest jeden z powodów, dla których go wyjątkowo lubię.
Plus, jak nie wierzycie, że Gilbert&Sullivan mogą brzmieć upiornie - zapraszam, obejrzyjcie, posłuchajcie.

 

 

http://noblewalls.site/wallpaper/david-tennant-doctor/33443/
obrazek stąd



New Who: Utopia/The Sound of Drums/Last of the Time Lords (03.11-13). Mój ulubiony Doktor – co tu ukrywać? – plus jeden z moich ulubionych aktorów w kluczowej roli. Plus fantastyczna, jak dla mnie, historia, naładowana emocjami i opowiedziana z użyciem mnóstwa różnych środków narracyjnych, a jednocześnie fantastycznie i tragicznie spójna (litości, jak bardzo trzeba nie mieć serca, żeby wymyślić, co siedzi w środku tych cholernych Toclafane?). Plus, nie musiałam czekać do pojawienia się Missy, żeby być pewna, if you get my meaning (tak, widziałam Scream of the Shalka, jakby kto pytał). Dialog doktora i Mastera przez telefon jest dalej, jak dla mnie, jedną z najlepiej zrobionych, w sensie przekazywanych emocji – groźba, nostalgia, nienawiść, obsesja, zaborczość, you name it – scen w nowych seriach Doktora.
Sekwencja tych trzech odcinków jest, jak dla mnie, znakomicie przy tym umieszczona w całości serii, z sugestiami na temat pojawiających się tu motywów rozsianymi po całym trzecim sezonie New Who, z powracającym nazwiskiem Saxona i z zegarkiem, który odegrał znaczącą rolę w Human Nature/The Family of Blood (które BTW uważam na najlepsze chyba odcinki w New Who, a sekwencję od Blink do The Last of the Time Lords – za najwyższy punkt nowego serialu; i mówię to ja, która preferuję, w sumie, Stevena Moffata…); nigdy później (Mels?!) nie udało się tak zaplanować rzucania widzowi sugestii, które okazują się ważne w finale.  
Paradoksalnie, ani Martha ani Jack nie należą do moich ukochanych postaci (choć ich lubię zdecydowanie bardziej niż kilkoro późniejszych towarzyszy), ale tutaj oboje są znakomici (ten dialog Jacka z Doktorem, kiedy Jack otwiera te cusie przy silniku!). Mamy tu w końcu Dereka Jacobiego, co przecież samo w sobie zasługuje na wzmiankę.

 

http://haveageekasm.com/doctor-who/new-promo-imagesa-christmas-carol/
obrazek stąd


New Who Christmas Special (oczywiście, że będę oszukiwać, ktoś się spodziewał czegoś innego?): A Christmas Carol. Mój ulubiony kawałek z Jedenastym, moje ulubione wibbly-wobbly-timey-wimey w historii nowej inkarnacji serialu i bodaj czy nie moja ulubiona w nim adaptacja klasycznego wątku. Ale co ja się będę rozpisywać.

 

https://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/9/94/Talons_of_Weng_Chiang.png
obrazek stąd

 

Classic Who (ulubiony serial): The Talons of Weng Chiang (choć za jeden z _najlepszych_ uważam The Reign of Terror, ale to nie o najlepszych mówimy, prawda?). Nie, nie przepadam za schematycznymi do bólu złymi Chińczykami. Przepadam za to za Jago i Litefootem, za Doktorem wymyślającym Sherlocka Holmesa i, nazwijmy to po imieniu, za giant rat of Sumatra.

 

http://stargate-sg1-solutions.com/blog/wp-content/uploads/2010/01/SG-1-S6-JO-DJ-Abyss-2.jpg
obrazek stąd

Stargate SG-1: Abyss. O bogowie, ten i żaden inny. Ten odcinek dał mi w łeb jak mało który w historii mojego oglądania TV. Widzicie, ja byłam już mocno wciągnięta w Stargate, jakiś czas wcześniej (w tym bezwstydnym wyciskaczu łez pt. Meridian, 05.21) zabrali mi mojego ulubionego bohatera i tak mnie to przejęło, że nie dotarło do mnie, że Michael Shanks ma jakieś guest appearances w sezonie 6. Imagine my surprise.
Daniel Jackson i ja to jest w ogóle osobna historia do opisania na tym blogu, jeżeli ten blog przeżyje; a Abyss należy się osobna recenzja. Teraz powiedzmy sobie tylko – nigdy się nie spodziewałam, że oni wymyślą w tym serialu tak pomysłową scenografię i w życiu nie podejrzewałam, że Richard Dean Anderson umie być takim dobrym aktorem.
Oraz, ogólnie, ten odcinek złamał mi serce, a potem je poskładał w nową śliczną mozaikę z serduszkiem, serio.  

 

http://www.fanpop.com/clubs/sherlock-on-bbc-one/images/28010717/title/sherlock-s02e01-scandal-belgravia-screencapobrazek stąd


Sherlock: Hmmm, tak. Po pięciu latach mogę już chyba to powiedzieć. To jest mój ukochany serial na zawsze. Nie, niekoniecznie najlepszy, jaki widziałam, acz, jak dla mnie, mimo wad, cholernie blisko pozycji najlepszego. Ale na pewno ukochany: po obejrzeniu całości przez ostatnie trzy dni już w to nie wątpię. I tu wybrać jest mi wyjątkowo trudno, bo są co najmniej trzy kandydatury do pozycji  Tego Jedynego; niemniej, wybrać muszę i z tych trzech wybieram z bólem serca A Scandal in Belgravia. Odcinek o dymie i lustrach i o lustrach, jakimi jesteśmy dla siebie nawzajem; i o tym, jak trudno być Holmesem, albo Moriartym, albo, po prawdzie, Adler. Moją ulubioną, skądinąd, wersją ten postaci (tak, jak ten blog przeżyje, to wrzucę tu wpis oparty na mojej Serialkonowej prezentacji o Irenie Adler i jej stu twarzach). Pisałam o Skandalu… dwa razy na tym blogu, może powinnam napisać jeszcze raz?

 

http://house.wikia.com/wiki/File:250px-House-Three-Stories.jpg
obrazek stąd


House: Three Stories (01.21). No to jest to, co ja lubię w TV. Mocno zawikłana historia, opowiedziana w pokrętny sposób, ale w końcu – wyjaśniona, bez uciekania się do mistycyzmu i takich tam (hmmm, wiecie w tym momencie, czemu Twin Peaks jest mi dzisiaj boleśnie obojętne). Bohater, który nie zwykł mówić o sobie, mówiący coś o sobie. Satysfakcja widza, wynikająca z rozplątywania plątaniny niteczek, prowadzących do odpowiedzi na kluczowe pytanie tego sezonu: Co się stało z Housem te lata temu i czy to, co się stało, stworzyło go takim, jaki jest? Plus, House w najlepszej formie jako Holmes. Plus, to jest IMHO jednocześnie także najlepszy odcinek tego serialu.  

 

Nie jest, widzicie, powiedziane, że niektóre z tych punktów nie byłyby inne, gdybym pisała, powiedzmy, za tydzień, choć niektóre (The Abyss) są niezmienne i bezdyskusyjne.

Hmm, wygląda na to, że na razie to ja umiem układać listy. Ktoś jeszcze ma takie swoje najswojsze odcinki seriali?

czwartek, 17 września 2015

Było o księżniczkach, to będzie i o książętach. Zaczęliśmy sobie w ostatnim wpisie tworzyć powieść YA z księżniczką w roli głównej - a jak wiadomo, YA o księżniczce bez księcia się nie obędzie. Jak długo, jednakowoż, można tylko kopiować książąt Disneya/bohaterów z innych YA? Poszukajmy może w historii - a nuż znajdzie się jakiś odpowiedni model na Miłość Życia (czasem toksyczną) albo Zmorę Życia naszych bohaterek?

 

Na obrazku: książę nr 10


 

Zastrzeżenia te same, co poprzednio: jest o postaciach z kultur, na których się znam i z epok, o których mam pojęcie, stąd nadreprezentacja jednych i niedoreprezentowanie drugich - ale przecież można oparte na nich postacie umieścić w dowolnych realiach i dowolnych światach. Nie jestem historykiem, więc nie zawsze piszę o czystej historii - czasami przedstawiony tu obraz księcia to konglomerat faktów, mitów, legend i propagandy (patrz zwłaszcza nr 3), czasami odmładzam bohaterów... No i nie opowiadam historii - rzucam postacie, proponuję początki, bierzcie i rozwijajcie, kto co chce.
Postaram się nie pisać o tych naj, najbardziej oczywistych :)

 

A oto i oni.

 

1. Narzeczony, mówili, jak z bajki. Książę? Ba, nie książę, król! (Co prawda jakiejś wyspy, o której mało kto słyszał, ale co tam).  Przystojny. Dzielny. W wojnach doświadczony.

Ci, co tak mówili, paru rzeczy, jednakowoż, nie wiedzieli.

Że żaden z niego z niego król, a nawet ? żaden książę (urodził się w Kolonii jako syn westfalskiego oficera). Że parał się (średnio udolnie) rzemiosłem szpiegowskim w Niemczech, Szwecji i Hiszpanii. Że ma już dwie żony (i tak, stara się o kolejną). Że w karierze zaliczył nie tylko bycie operetkowym królikiem Korsyki (został nim po tym, jak wynajął do pomocy piratów w służbie beja Tunisu i pogonił Genueńczyków z kawałka wyspy), ale i, na ten przykład, więzienie za długi w Londynie, bycie poszukiwanym listem gończym w paru krajach. W planach ma sprzedaż tytułu królewskiego, żeby spłacić długi.
Dzielny, zdecydowany, szarmancki i przebojowy jest za to zdecydowanie. I gadane ma jak mało kto. Ciekawe, jakiej księżniczce by pasował i czy mieliby szanse na jakikolwiek happy end?  

 

2. Wiem, że pisałam o nim ostatnio, ale: ale mój książę z przed-poprzedniego wpisu. Bogaty, dobrze urodzony, z pozycją, bystry, inteligentny, z bocznej linii, ale dziedziczący dość, by zrealizować własne ambicje. Dobrze wykształcony. Zdecydowany. Obyty. Przystojny i dobrze ubrany. Trochę skłócony z własną rodziną.
Głuchoniemy od urodzenia.
Być może, droga księżniczko, nawet tego nie wiedziałaś, kiedy ci go wybrali za męża - a być może wręcz przeciwnie, to właśnie ty, wiedząc o tym, wybrałaś go sama.

 

3. Ojciec kolejnego księcia był, powiedzmy, premierem, u boku dwóch kolejnych władców dość absolutnych: starego lisa (zamordowanego w podejrzanych okolicznościach) i młodego lwa z aspiracjami do boskości (chwilowo u władzy, ale za to też na wyprawie wojennej bardzo, bardzo daleko). Książę z młodym królem  i całą bandą jego kumpli wspólnie się wychowywali i kształcili w nader elitarnej szkole, ale powiedzmy to sobie szczerze - nasz książę był w tej gromadce chyba raczej jak Peter Pettigrew, by nie rzec wprost - jak młody Severus Snape.  
Jak się jest młodym, ekspansywnym chłopakiem z karierą podaną w zasadzie na talerzu, trudno jest pamiętać, że z takich nielubianych Peterów może nam wyrosnąć Wormtail, agent wroga - albo i sam wróg. Panowie w tej bajce zdecydowanie o tym zapomnieli.
Wściekła ambicja przy sporych zdolnościach i ogromnej determinacji - plus, nie zapominajmy o kompletnym braku skrupułów - musiała dać efekty. 
Minęły lata i wybiła godzina. Nasz książę jedzie daleko, spotkać się z podbijającym świat królem (tatko ponoć popadł w niełaskę, trzeba coś z tym zrobić). Fajnie by było, gdyby król umarł, w sumie. Gdyby umarła też ta jędza, jego matka. I żona, nie zapominajmy o żonie, zwłaszcza że lada moment może wydać na świat syna (on też nie jest potrzebny). I ta najbardziej pyskata z sióstr (choć ona jest najmniej w tym wszystkim przecież ważna). I reszta tej cholernej rodziny, może poza tą jedną panną, młodszą siostrą króla, którą się weźmie za żonę przemocą albo w sobie rozkocha podstępem albo co i która naszego księcia ma włączyć do swej dynastii jako jej męża. 
Książę już ma plany. Już wie, jak zostać królem i wie, że nic, a już na pewno nie takie drobiazgi jak lojalność czy sumienie, go nie powstrzyma. Jeszcze nie wie za to, że do końca życia będzie śnił koszmary o duchu starej królowej, do skazania której doprowadził, o zjawie króla, którego ponoć otruł, o chłopcu i jego matce, których uwięził i zabił. Ciekawe, jak to by było być jego żoną.

 

4. No więc, księżniczko, wybrali ci księcia za męża. Nikt cię nie pytał o zdanie. No chyba, że to by się zakochałaś i nic cię nie obchodzi, przed czym cię będą ostrzegać.
Będzie ci ciężko. Twój przyszły mąż ma lat, powiedzmy, dwadzieścia. Jako trzynastolatek został przez ojca - króla w jednym z dziesiątek królestw na półwyspie (dwie kultury, mnóstwo państewek, ciągle zmieniające się sojusze w wojnach wszystkich przeciw wszystkim) oddany na nauki. Mistrz był poetą, młodym, urodziwym, z szaleńczą fantazją i fantastycznym talentem (i tak, z cholernymi ambicjami politycznymi), takim do zakochania się na śmierć i życie. Będziesz miała potężnego rywala w kochanku męża, księżniczko.
Będziesz miała potężną rywalkę w ukochanej męża: niegdyś niewolnicy, dzisiaj konkubinie, a najchętniej - jak głosi plotka - przyszłej żonie; w końcu nie każda śliczna i wdzięczna panna umie śpiewać, tańczyć, dyskutować o literaturze i składać wyszukane i zgodne z tysiącem reguł obowiązujących w waszej kulturze wiersze... 
Jest źle. Jest coraz gorzej. Wojna u bram: jak zawsze, ale teraz groźniejsza niż kiedyś, bo za niemądre sojusze i nadmiar ambicji zwykle płacą frycowe ci najsłabsi, a stawką może być cały wasz świat, jaki znacie. Konflikt w królestwie: ambicje pana poety - dziś pierwszego doradcy i gubernatora ważnej prowincji - są zbyt wielkie, by nie budzić niepokoju nawet u najbardziej zakochanego. Poecie-kochankowi śniło się, że zginie z ręki twego męża: są takie chwile, że masz cichą nadzieję, że tak się stanie.

 

5. Nasz książę jest najlepszą partią w świecie całym.
No dobra: ma raptem piętnaście lat. Ale spoko, dorośnie.
No dobra: mamusia. I babcia. I ciocia. Jedna w drugą ambitne, bezwzględne,  nie znające granic i nie bojące się niczego, a każda skrycie marzy, że to ona, nie siedząc na tronie, będzie rządziła zza pleców władcy.
No dobra: wyznanie. Przyznajmy to szczerze, książę jest arcykapłanem pewnego mało popularnego kultu, a jego religia nie jest jakoś szczególnie... przyzwoita, z punktu widzenia większości (hmmm, nocne tańce nago przed wielkim kamiennym fallusem?). Pomysł mianowania się bogiem i stworzenia wszystkim bogom i kultom jednej wspólnej świątyni też nie jest zbyt popularny, niestety.
No dobra. Hmm, jak już mowa o fallusach. To nieprawda, że książę po całym świecie rozsyła agentów, którzy mu skupują do prywatnego haremu niewolników wyróżniających się rozmiarem tej części ciała. Powtarzam, to absolutna nieprawda. Książę wcale nie.... albo może zmieńmy temat.
No... dobra. Trudne tematy. Prostytutki. Książę ma, zrozum, pewną... obsesję na punkcie prostytutek. Znaczy, lubi. Znaczy, chętnie wciela się w rolę takiej pani, no wiesz, kostium, stylizacja... eeeee... biznes.... te sprawy. To tylko zabawa, oczywiście, tylko zabawa. Nawet cesarzowym się zdarzało, więc o co chodzi?
No dobra. Czy ja powiedziałam "takiej pani"? No więc, chyba można zrozumieć, że będąc on the top of the world ma się zachcianki, prawda? Książę ma jedną, dość, w gruncie rzeczy, niewinną. Nic zaskakującego, nic kłopotliwego. On tylko szuka po całym świecie maga (ofiaruje ilość złota równą własnej wadze jako zapłatę), który zdołałby, hmmm, przemienić go raz na zawsze w kobietę. Może wtedy małżeństwo, jakie zawarł jako panna młoda z ukochanym mistrzem sportu, byłoby ważne? Taki drobiazg, no.
No, dobra. To małżeństwo MOŻE napotkać na kilka problemów, zgadzam się. Niemniej, książę ciągle jest najlepszą partią w świecie całym: było nie było, włada większością znanego świata na trzech kontynentach.

 

6. OK. Nie-bycie księciem z panującej od wieków rodziny ma swoje zalety: jak już się zasiądzie na tronie, to przynajmniej wiadomo, że zasługami, siłą, prośbą, groźbą lub podstępem człowiek ten tron sobie zorganizował. Wykazał się, coś udowodnił - a choćby i to, że jest sukinsynem bez sumienia, twardym, ale skutecznym.
No chyba, że jest się młodszym bratem. Poprawka: najmłodszym, dużo młodszym od reszty, a już zwłaszcza od tych, którzy rodzinie te trony pozałatwiali.
Wtedy może i bracia i siostry mogą mówić, jak to zawdzięczają wszystko sobie, ale ten najmłodszy zazwyczaj jednak zawdzięcza wszystko im. O niewiele sam się musiał starać - ale też niewiele mu samemu będzie wolno zrobić. Dostanie, jak dobrze pójdzie, posadę królika w satelickim państwie, ale tak naprawdę nie dostanie władzy - zawsze przecież będzie odpowiedzialny przed starszym rodzeństwem... Jeżeli jest przystojny (a jest) i lubi romanse (a lubi, oj, lubi!), może zostać Casanovą swoich czasów. Jeżeli jest cyniczny, świetnie się w tym ustawi; jeśli jest ambitny, jest idealistą, jest zdecydowany być sobą - będzie miał cholerne problemy z samym sobą.
Przystojny, czarujący, niepewny siebie, cynizmem maskujący kompleksy, fantastyczny tancerz i koszmarny hulaka, nie stojący (jeszcze, w tej powieści?) na własnych nogach polityk, nałogowy kobieciarz (by nie rzec: seksoholik), zawsze i na wieki posłuszny brat swojego brata - jak to by było być żoną kogoś takiego (w powieści, nie w życiu, na szczęście)? 

 

7. Kimkolwiek będziesz, księżniczko przeznaczona temu księciu, nie będzie ci łatwo.
Dostajesz za męża melancholika i romantyka w czasach, w których romantyzm jest najżywszy i najbardziej niebezpieczny. On, książę z bocznej linii rodu, w rodzinie nieco lekceważony i średnio lubiany, musi jednak zostać, przez nieubłagane prawa sukcesji, następcą wuja i kuzyna, królem sporego państwa. Będzie nim - ale będzie nim  nieprędko. No chyba, że nie: się poprzednik-kuzyn jeszcze doczeka dzieci, albo że spełni swoje marzenie i unieważni w drodze prawnej pretensje twojego przyszłego... W każdym razie jest jeszcze mnóstwo czasu, żeby utrudnić mu życie na wszelkie możliwe sposoby.
Za co to, ta niechęć i ten lęk? Przez świat, raz dwa pokolenia temu, raz za waszej pamięci, przetoczyły się potężne rewolucje i raptowne zmiany: nic już nie jest, jak było. Książęta, królowie, magnaci najchętniej zapomnieliby, że takie rzeczy miały miejsce.
Ale nie on, nie twój książę. On ma, owszem, poczucie, że jako książę krwi ma Obowiązki przez duże O. Takie jak, powiedzmy sobie, przewodzenie innym i prowadzenie ich ku szczęściu. Ale poza tym: twój książę chciałby równości w świecie, w którym rekonstruuje się arystokratyczne porządki sprzed lat, wolności dla ludzi i dla ludów, nad którymi kontrolę sprawują potężne imperia, braterstwa dla wszystkich. A, i jeszcze chciałby popędzić w diabły imperium i zrealizować ambitną mrzonkę: zjednoczyć mnóstwo małych państw w jedno, dać ludziom poczucie sensu, dumę, świadomość, czym są.
Książę jest przystojny, melancholijny i udręczony - ma spore szanse podobać się kobietom; niemniej, moja droga, twoimi głównymi rywalami będą ideały, rewolucja i polityka. Deal with it.

 

8. W życiu całego mnóstwa autorów powieści YA przychodzi taki moment, kiedy potrzebny im jest przyszły król tułacz, który wróci na stolicę. Znaczy, jakiś wariant wygnanego księcia, zaginionego dziedzica, niesprawiedliwie pozbawionego tronu prawowitego pretendenta.
Będę nudna i powtórzę historię księcia, o którym już pisałam: syna obalonego władcy, po jego upadku wychowywanego na dworze krewnych matki, a wrogów ojca. Oczywiście, można wybrać wariant z królewiczem uwięzionym w lochu albo wrastającym incognito na farmie w Kraju Gdzie Wrony Zawracają (sprawdzić, czy nie Belgariada), ale może ciekawiej byłoby go mieć w złotej klatce? Pozbawionego kontaktu z rodziną, pół-wychowanka, pół-zakładnika? Konsekwentnie przekabacanego na stronę przeciwników swego ojca-władcy, marginalizowanego politycznie, ale otoczonego dobrobytem (niech żyje jak najwygodniej, jak najciszej, byle z dala od polityki....) - i od pewnego momentu świadomego, że musi wybrać, określić sam siebie i albo się zbuntować i walczyć (tylko o co, z kim, przeciw komu, czy jest sens?) albo zaakceptować fakt, że przestał być, politycznie, synem swego ojca i żyć spokojnie i wygodnie i anonimowo. I gdzieś tu, pewnie, jest miejsce na księżniczkę.  

 

9. Kolejny typ, bez którego trudno się obejść, czyli dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane.
Od niemalże urodzenia wiesz, że będziesz monarchą. Wiesz, że masz obowiązki. Wiesz, że jednym z nich jest małżeństwo. Człowiek z ciebie porządny, pobożny, uczciwy; marzysz, że ci się z żoną, zaplanowaną i wybraną starannie, odpowiednio do twojej pozycji, ułoży. OK, mama się trochę wtrąca i wszystkim rządzi, ale ty wiesz, że mamusia wie najlepiej. Ty i mamusia macie już dokładny plan, jaka ma być i co ma robić, a czego nie robić twoja żona. Etykieta. Ład. Porządek. POSŁUSZEŃSTWO.
Będziesz dla niej miły i dobry. Będziesz dbał - roisz sobie - pamiętał o urodzinach, obsypywał prezentami, ona będzie kochać i robić wszystko tak, jak powinna. Będziecie, wiesz to na pewno, idealną rodziną. Idealną. Już mama i ministrowie tego dopilnują.

 

10. I mam nadzieję, że z tego wyjdzie coś innego, niż kiedyś napisała Daphne du Maurier.

Twój książę, księżniczko, jest wdowcem. Jest ciągle relatywnie młody - jego żona zmarła w połogu, a wraz z nią pogrzebano plany twojego przyszłego męża i jego szanse na koronę, bo to jako małżonek królowej miał ją założyć. Wiesz, że bardzo, bardzo tego pragnął.
Ostrzegają cię: jeżeli za niego wyjdziesz, być może nigdy nie wyjdziesz z cienia pierwszej żony. Jeżeli on cię poślubi, to dla twojego dziedzictwa, twojej korony i tronu. Czy jesteś na to gotowa? Jako księżniczka, powinnaś przecież być....

 

 

Czekam na pomysły, o podpowiedzi, jak kto chce, proszę pytać w komentarzach!

niedziela, 13 września 2015

Przyznam, że do dzisiejszego wpisu zainspirował mnie inny wpis blogowy: notka na blogu Ćma książkowa, gdzie autorka zastanawia się, czemu ją tak irytują nastoletnie bohaterki-księżniczki w powieściach fantasy/young adult. W dyskusji pod wpisem pojawiła się kwestia historyczności/ahistoryczności fantasy księżniczek i ewentualnych inspiracji konkretnymi postaciami i motywami z historii. O tym pisałam w komentarzach - tu przyszło mi do głowy co innego, czym zaśmiecać komentarzy na cudzym blogu nie chcę, ale przedyskutować tutaj, to i owszem.

 


Otóż pisze autorka notki, i pewnie słusznie:


W literaturze młodzieżowej zaczyna się roić od księżniczek. A będzie ich jeszcze więcej, eksperci twierdzą, że high fantasy  detronizuje w sercach czytelniczek dystopie?.

 

A ja, jak pewnie stali czytelnicy tego bloga wiedzą - ja w głębi serca jestem grafomanką. I taż właśnie grafomanka we mnie wymyśliła właśnie dziesięć punktów wyjścia - dziesięć historii księżniczek, od których można byłoby zacząć powieść. Powieść dla nastoletniego czytelnika płci dowolnej (statystycznie pewnie częściej dla dziewcząt), powieść, w której można pójść w dowolną magię, mrok, magiczną dystopię, political fiction, romans czy co komu tylko przyjdzie do głowy.
Zdaję sobie oczywiście sprawę, że historyczność części przytaczanych przeze mnie idei jest dyskutowana - tylko że nie jest to, z punktu widzenia pomysłu, istotne, bo przecież nie dokumentalne opowieści historyczne będziemy tu pisać. Ograniczam się też, ze względu na przyjęty punkt wyjścia, do historii księżniczek jako takich, zostawiając na boku równie, albo i bardziej fascynujące praczki, które zostały księżnymi czy historie innych tam królowych awansowanych z córek handlarzy jedwabiem, o potężnych władczyniach dziedziczących tron po mężu i prawie dających kopa imperium rzymskiemu nie wspominając. My tu piszemy wyimaginowane powieści dla nastolatków, o księżniczkach. 
To co, ktoś rozwija temat?

UWAGA: nie jestem historykiem, co, oczywiście, oznacza, że znam się na epokach i postaciach, które mnie interesują, i to o nich mogę coś sensownego powiedzieć. Stąd nadmiar księżniczek z wieku XVIII i XIX i niedomiar ze średniowiecza, na przykład - nie dlatego, że tamte są nudne, a dlatego, że po prostu nie znam dość dobrze odpowiedniej ilości ciekawych przykładów. Z tych samych powodów są to głównie historie z europejskiej historii, choć, jako autorzy, te biografie możemy osadzić przecież w dowolnie wybranych realiach...


1. Jesteś dumną córką cesarza z rodu panującego od setek, setek lat, choć wiesz, że jako dziewczyna nigdy nie odziedziczysz tronu. Wychowano cię w skromności i posłuszeństwie, bez wiedzy o świecie i mężczyznach - po części może dlatego, że po krewnych, w tym własnym ojcu, miałaś szansę odziedziczyć spory temperament, także w sprawach erotycznych i  ten temperament trzeba przecież było okiełznać i stłamsić w zarodku. Matka zmarła wcześnie; największym i najważniejszym autorytetem i wzorcem w twoim życiu jest ukochany ojciec: zrobisz dla niego wszystko i będziesz absolutnie posłuszna jego woli. Twoje dzieciństwo i pierwsza młodość przypadły na czas permanentnego, krwawego konfliktu z potężnym a groźnym sąsiednim państwem. Bałaś się i nienawidziłaś władcy waszych przeciwników - rówieśnika Twojego ojca, a jednak jakże innego: dyktatora, które wyniósł do władzy krwawy przewrót i który od tej pory bezlitośnie a skutecznie podbija coraz większe kawałki znanego ci świata.  Jako dziecko bawiłaś się z bratem, że go pokonujecie, a ty wbijasz mu szpilkę prosto w serce. Jako nastolatka zaczęłaś słyszeć plotki o zawarciu pokoju, ale jakoś nie bardzo w nie wierzyłaś.  
Pewnego pięknego dnia ojciec wezwał cię do siebie.
- Zawieramy pokój - powiedział - Za tydzień wychodzisz za mąż za naszego nowego sojusznika, który jeszcze niedawno był naszym arcywrogiem.

2. Masz dziewiętnaście lat i przez spory kawałek życia przygotowywano cię do roli Królowej: masz wyjść za kuzyna i zostać Królową Królów. Nabożna, spokojna i świetnie wykształcona - czego nie można powiedzieć o twojej młodszej siostrze, nieposłusznej i nie poddającej się autorytetom, zawsze mającej własne zdanie - godzisz się bez protestów ze swoim losem i po cichutku marzysz o tym, że twój książę cię pokocha. Będzie dobrze: znasz etykietę, wiesz, czego się spodziewać, przygotowano cię na wszystkie pułapki takiego życia. W odróżnieniu od siostry, ty sobie z nim świetnie poradzisz.
Po czym spotykasz po raz pierwszy narzeczonego i on wybiera, bez wahania, twoją siostrę. Co masz teraz zrobić ze swoim życiem? I jak, na wszystkich bogów, poradzi sobie z tym wyzwaniem twoja siostra?

 

3. Dziadkowie zaaranżowali małżeństwo Twoich rodziców, kuzynostwa pierwszego stopnia: mama i tato serdecznie się znienawidzili od pierwszego wejrzenia, bo tato lubił kobiety doświadczone i czarujące, a o edukację Twojej przyszłej matki, wówczas dwudziestosześcioletnej i w zasadzie, na owe czasy, starej panny, nikt nie zadbał. Tato poza tym był już jakby żonaty (ale z nie-księżniczką, to się nie liczy), ale jakoś zapomniał o tym wspomnieć. Zeszli się, mama zaszła w ciążę, rozstali się, przyszłaś na świat.
I tak to już jest: jak piłeczka między ojcem a matką, wykorzystywana w ich rozgrywkach między sobą, upokarzana przez despotycznego ojca, wpychana w objęcia wielbicieli przez nie do końca emocjonalnie zrównoważoną matkę, której się uroiło, że ułoży ci życie po swojemu, z ciągłym cieniem szaleństwa dziadka wiszącym nad rodziną; pocieszasz się ciasteczkami i zakazanym w twoim wieku hazardem, a jednocześnie wiesz, wiesz na pewno, że kiedyś przypadnie ci - tobie, żyjącej nieco na uboczu, odsuwanej od dworskich rozrywek, trzymanej z daleka, żeby nie zaćmić swoją popularnością pozycji ojca - rola królowej, władczyni imperium; wydajesz się na tyle rozsądna, że wiesz, że to oznacza nie tylko koniec szlabanu na hazard, ale i całkiem poważne obowiązki... Tylko czy będziesz w stanie dotrwać we w miarę stabilnym stanie psychicznym do tego dnia? I czy podołasz obowiązkom, świadoma ich, ale do nich niespecjalnie przygotowana?

 

4. Życie zaczęło ci się jak w bajce: pierwsza rzecz, jaką pamiętasz, to matka nazywająca cię "moim skarbem, dzieckiem tylko moim, tylko dla mnie". Dopiero jako nastolatka zrozumiałaś, że to oznacza, że nie jesteś dla państwa: nie będziesz królową, bo jako kobieta nie możesz. Niemniej, i tak było bajkowo: ojciec miał więcej czasu dla was niż dla spraw państwa i zawsze był gotowy przerwać naradę, by się z tobą i twoim rodzeństwem pobawić, mama była urocza i popularna - kręciło się wokół niej zawsze tyle ludzi! Uwielbiała cię niezamężna ciotka - byłaś dla niej jak córka - a jako księżniczka miałaś znakomite perspektywy małżeństwa i kariery.
Potem sem zamienił się w koszmar, a bajka w horror: lud się zbuntował, zabrał wam pałac, tytuł i władzę, zamknął w wieży. W tej wieży na suchoty umarł, w samotności, twój brat, i z tej samej wyprowadzono na śmierć twojego ojca, matkę, ciotkę; wiedziałaś o śmierci ojca, o pozostałych ci nie powiedziano. Zostałaś sama. Miałaś piętnaście lat i przez rok nikt z tobą nie rozmawiał; nosili ci jedzenie, dawali materiał, żebyś uszyła sobie bieliznę, ale żadnych gości, żadnych rozmów. Potem cię nagle wypuścili - jakaś zagadka dyplomacji, której cię nie uczono - i pojechałaś daleko, na wygnanie.
Jak się czułaś wśród ludzi, dla których byłaś męczennicą, świętą, żywym symbolem, ale nie człowiekiem? Jak ci, samotnej tak długo, było wśród ludzi, w tłumie? I co zrobiłaś, gdy usłyszałaś, że chce cię ściągnąć do ciebie twój stryj, książę na wygnaniu - i że zaplanował wydać cię za swego syna, pretendenta-następcę tronu? Kto wie, może jeszcze jednak to ty zostaniesz królową? Tylko - czy tego chcesz?

 

5. Urodzona pod nietypowym, królewskim horoskopem, miałaś być chłopcem. Ba, kiedy się urodziłaś, ogłoszono, że jesteś chłopcem - urodziłaś się cała owłosiona i w pierwszej chwili położne były przekonane, że na świat przyszedł wyczekiwany właściwy następca, królewski syn. Oszukałaś wszystkich - byłaś, przynajmniej zewnętrznie kobietą; ojciec, wyruszając na wojnę, zrobił cię (miałaś jakieś pięć lat) następcą tronu. Może przeczuwał, że nie wróci - nie wrócił rzeczywiście, zginął na polu bitwy, a cierpiąca na zaburzenia psychiczne matka zabroniła go pochować, póki sama doń nie dołączy...
Zostałaś więc królem, jako mała córeczka nieżyjącego ojca i wygnanej z zamku chorej psychicznie matki. Zostałaś też jednym z najlepiej wykształconych Europejczyków swoich czasów: wszechstronnie przygotowana do panowania, miałaś własne koncepcje i własne zdanie, wolałaś pokój od wojny, a nie-szlachcica od arystokraty w roli doradcy. W pamiętnikach mówiłaś o sobie raz jako o kobiecie, raz jako o mężczyźnie.  Nie sypiałaś (bo pracowałaś), nie dbałaś o urodę, kobiece sprawy cię nie interesowały, a małżeństwem gardziłaś i koszmarnie się go bałaś; zakochałaś się w ślicznej najlepszej przyjaciółce. Dbałaś o ludzi - o lud, szlachtę, mieszczan, wszystkich. Próbowałaś, naprawdę za wszelką cenę próbowałaś być dobrym królem.
Masz dwadzieścia pięć lat. Jesteś królem od dwudziestu. Przestałaś sypiać, jeść, kontrolować swoje wydatki i rozumieć ludzi. Już naprawdę, naprawdę nie możesz.

 

6. Urodziłaś się księżniczką; niemniej, twoi dziadkowie ze strony mamy byli adwokatem i adwokatową, ojciec oficerem, a mama została nagle wielką księżną z okazji faktu, że jej rodzina zdobyła w wojnach władzę nad sporym kawałkiem kontynentu, na którym dzieje się akcja. Potem twoją rodzinę pokonano i przepędzono - fakt że twoja matka, którą uwielbiałaś, rządziła twardą ręką i stawiała nieracjonalne wymagania w rodzaju nakazania przymusowego kształcenia dzieci, w tym córek, fakt też jednak, że od początku była księżną przyniesioną na bagnetach obcej armii.
Potem mama złapała nagłe przeziębienie i umarła (miałaś czternaście lat), a ty zostałaś z ojcem i bratem - troje rodzeństwa umarło ci jako maluchy. Ojciec wydał cię parę lat później za mąż, bo chciał mieć święty spokój i zamarzyło mu się, że ktoś (czytaj: bogata rodzina zięcia) spłaci jego długi. Noc poślubna, jak pisałaś w listach do rodziny, była czystym koszmarem, bo kompletnie nie wiedziałaś, co się ma dziać i o co chodzi. Zwiałaś od męża przy pierwszej okazji i ruszyłaś w świat. Możesz w końcu robić tyle rzeczy: pojechać do naj, naj, najdroższej ci na świecie rodziny matki (i może mieć romans z którymś z kuzynów lub wujów, czemu nie...), dogadać się z rebeliantami, zasłynąć jako mistrzyni ujeżdżania koni, w czym jesteś naprawdę świetna. A może zagrasz o najwyższą stawkę i spróbujesz wykombinować zamach stanu i posadzić na tronie cesarskim swojego kuzyna, oczywiście po tym, jak uda ci się go przekonać, żeby uciekł ze swojej złotej klatki....

 

7. Mama była królową, ojciec - republikańskim urzędnikiem z sąsiedniego mocarstwa. Mama miała wcześniej mężów i dzieci  - twój starszy brat urodził się z jej związku z innym cudzoziemcem, skądinąd mentorem i idolem twego ojca. Ale ciiii, o mamie się nie rozmawia - po jej śmierci (zabiła się, pokonana w wojnie przez krajan ojca)  i po tym, jak ojciec popełnił honorowe samobójstwo, wychowujecie się z bratem-bliźniakiem w domu poprzedniej żony ojca, którą rzucił dla waszej matki. Niczego wam nie brakuje - macocha jest w końcu siostrą konsula, jedynego przywódcy republiki i wodza imperium...
Nie wiesz, czego chce twój brat, ale wiesz, że dla ciebie zrobiono już plany. Miałaś zapomnieć o matce. Zapomnieć o ojcu. Będziesz grzeczna, a jak będziesz naprawdę grzeczna, to ci dadzą księcia za męża.
Twój książę już czeka, na końcu świata, który znasz (choć nie tak daleko, nie tak znowu baaaardzo daleko od ojczyzny twojej matki): ciemnoskóry nieznajomy, któremu za lojalność wobec najeźdźców obiecano królewnę za żonę. Już jutro wyjedziesz ze świata, który znasz: córka, wnuczka i prawnuczka królów, potomkini wodzów i prawników, pojedziesz objąć rządy w dalekim kraju. Co zrobisz ze swoim życiem? Co cię czeka tam, w dalekim świecie?

 

8. Tato był oficerem, z oficera królem; pół życia upłynęło mu na zbrojnej walce o granice państwa, które wyszarpał upadającemu imperium. Ty bardzo szybko stałaś się częścią tej walki, wykorzystana, jak to bywa z księżniczkami. Najpierw był pierwszy mąż, kumpel i rówieśnik ojca: miałaś piętnaście lat, on był o czterdzieści kilka starszy. Podobno doprowadziłaś do skazania na śmierć jego syna, by w przyszłości posadzić na tronie własnego - nie na wiele się to zdało. Mąż w końcu zmarł, wyszłaś ponownie za mąż. Wziął cię za żonę, przemocą, przyrodni brat: nie znosiliście się nawzajem, ale mieliście pretensje do tego samego tronu po twoim mężu... Może faktycznie chciałaś go zabić. On zabił ci dzieci, poza najstarszym. W końcu, po jego śmierci, i ty uciekłaś: do domu, do ojczystego miasta, gdzie po wielu, wielu latach rządów twego ojca władzę objął twój rodzony brat.
Twój brat. Król. W kraju, w którym bracia-królowie poślubiają siostry. Hmmm..... chyba masz plan.

 

9. Jest was sześć. Mama jest tyranką. Ojciec zwariował.  Mama zabroniła wam wychodzić za mąż, wychodzić z pałacu - oczywiście wychodzicie z siebie z nudów. Malowanie, flirtowanie, awantury robione matce, niebezpieczne romansiki na boku (byli tacy, co szeptali o romansie między jedną z was a jednym z braci...), prawdziwe i urojone choroby, szastanie pieniędzmi na prawo i lewo - to wszystko mało pomaga. Bracia traktują was z góry - w końcu to jeden z nich, nie jedna z was, będzie królem, kiedy stary wreszcie kopnie w kalendarz. W kraju i w domu jest źle, cień wojen, klęski i choroby wisi nad całym znanym wam światem. Co, do cholery, w takim przypadku robić ze swoim życiem?

 

10. Urodziłaś się księżniczką z panującego rodu, najstarszym dzieckiem - inteligentna, ambitna, bystra, na zawsze zniekształcona garbem i, po zapaleniu płuc, mająca permanentne problemy z oddychaniem i wysiłkiem fizycznym. Za mąż to ty nie wyjdziesz - ale poczekaj, mama coś wymyśli, jest tyle ważnych klasztorów, których matka przełożona będzie mogła odegrać znaczącą polityczną rolę...
No chyba, że lepiej opowiedzieć o twojej młodszej siostrze. O tym, jak to jest, kiedy jesteś rodzinną pięknością, której urok i uroda podbijają serca, o której rękę starają się najwięksi władcy w okolicy i która wie, dokładnie wie, że uroda to jej największy skarb - i kiedy nagle zachorujesz na ospę. I przeżyjesz. I już nikt nigdy nie powie, że jesteś piękna, i nikt cię nie zechce za żonę. Co ty teraz zrobisz, no co?

 

P.S. Jak ktoś chce ewentualnej podpowiedzi, o jakich to historycznych księżniczkach mowa, pisać w komentarzach :)

 

 

Ktoś ma jakieś pomysły, co bohaterki zrobią? Im bardziej YA pomysły, im dalsze od tego, co nasze bohaterki rzeczywiście zrobiły/co im zrobiono, tym lepiej, oczywiście. Czekam na komentarze, może ktoś wymyśli jakiś młodzieżowy bestseller :)

czwartek, 01 stycznia 2015

Bo obiecałam. I bo urodziny bloga (zaczęłam pisać w okolicy świąt/Nowego Roku w 2007). I nie ma problemu, może być notka tylko o tym, kto IMHO jest ładny.

Taki wpis.

O aktorach, o których uważam, że są piękni.

Jak część ludzi tu czytających pewnie wie, miewam dziwne kryteria tego, co seksowne. Mam też specyficzne kryteria urody; acz specyficzne to nie znaczy oryginalne ani niepowtarzalne: nie jest ta lista ani jakoś specjalnie wymyślna, ani nie opiera się na buncie przeciw czemukolwiek, zwłaszcza przeciw modom i popularności. Ot, lista jak lista i gust jak gust.

Po prawdzie, jedno chyba warto zaznaczyć. Nie bardzo są na tej liście aktorzy, których nie cenię jako aktorów. Może ktoś mi uwierzy, że to nie snobizm.

PS. Zaraz się okaże, że o kimś zapomniałam - ale też ta lista nie ma jakichś ambicji bycia kompletnym kompendium.


Laurence Olivier. Bo muszę  mieć jednego z wielkich klasycznych aktorów na tej liście, bo jakbym nie miała, to bym oszukiwała. Laurence Olivier w "Rebece" i "Hamlecie" na długie lata ustawił mi poczucie, co to znaczy "przystojny mężczyzna" i chyba by mnie pokarało, gdybym tu o nim zapomniała.
PS. Teoretycznie tu powinno gdzieś być zdjęcie Petera O'Toole'a. Teoretycznie. Bo Peter O'Toole podobał mi szalenie, ale w jednym filmie, i to dawno temu, więc jednak, po namyśle, nie.

 



David Tennant. Jeden z moich ulubionych aktorów i jednocześnie jeden z tych, którzy mi uświadomili, że, halo, może mi się zdarzyć, że patrzę na ekran i myślę sobie, ojej, ale on mi się. Dłuuugo, przez ładnych parę lat aż jakoś do 2009 w zasadzie oglądałam głównie hollywoodzkie filmy i za cholerę, ale serio serio serio, za cholerę nie widziałam, skąd poczucie atrakcyjności większej części hollywoodzkich gwiazdorów moich czasów. Nie, nie twierdzę, że to są źli aktorzy - bo ja wiem, będący wówczas na topie George Clooney, na przykład - ja tylko pamiętam, że patrzyłam na nich, jak chodzi o urodę, z kompletną obojętnością.
A potem nagle miałam AXN SciFi w kablówce i zobaczyłam, przypadkiem, kawałek "Waters of Mars". Mnóstwo rzeczy się w moim życiu kulturalno-fanowsko-osobistym od wtedy zmieniło, a jedną z nich było radosne (exhilarating, pcha mi się angielskie słowo na siłę pod palce) poczucie: Ojej, faceci na ekranie mogą mi się podobać.

 



Tom Hiddleston. Nie całkiem mój typ, jeżeli w ogóle jest coś takiego, jak mój typ. I owszem, bardzo go cenię za to, jak gra, ale ma też coś takiego, że jak jest na ekranie, to na niego patrzę. I na nikogo innego, zazwyczaj, pięciu Chrisów Hemsworthów mogłoby się kręcić dookoła w dowolnym stanie rozebrania.

 

 



John Simm. Który mi się wydawał atrakcyjny (poza tym, że go cenię niezwykle jako aktora) w każdej prawie swojej filmowej roli: w "Doktorze Who" przez to, jak chodził i jak się ruszał, w "Mad Dogs" tym, jak charakteryzacja wydobywa kolor jego oczu, w "State of Play" chyba też głównie... no, za to, że jest i że tak wygląda, sorry za bycie bardzo konkretną i przekonującą.

 


Toby Stephens...

 

 



i Aidan Turner. Bo obaj znakomicie wyglądają w rolach kostiumowych, a ja mam słabość do facetów w XIX-wiecznych kostiumach. Och.

 


 


Benedict Cumberbatch. Drakaina świadkiem, w dokładnie tej samej scenie ona powiedziała "Ale mogli dać jakiegoś choćby trochę atrakcyjniejszego aktora do tej roli", a ja powiedziałam, "Boże, jak on mi się". I tak, to była scena w kostnicy w pierwszym odcinku "Sherlocka". No co ja poradzę, uważam BC za wyjątkowo atrakcyjnego i na dodatek wyjątkowo go lubię jako aktora (i zastanawiam się, czy skalę tego lubienia widać np. we wpisach na tym blogu albo w moich egzaltacjach na fejsbuku. 

 

Michael Fassbender.....

 

 

.....i Richard Armitage. Obaj, jak dla mnie, mają coś, co sobie sama nazywam "hollywoodzką uroda", czyli typ urody, który by mi pasował do klasycznego kina i jego kanonów. To nie do końca jest to, co akurat mnie osobiście fascynuje najbardziej w kategorii "uroda", ale - och, jak już się jednemu z drugim czasem przyjrzę, to nie ma wyjścia, muszą na tę listę trafić.

 

Rupert Graves...

 

 

.... i Martin Freeman. Graves zdecydowanie z ostatnich lat, a nie z czasów, kiedy grywał ślicznych chłopców u Jamesa Ivory'ego. Graves bardziej klasycznie przystojny, Freeman mniej. Dla mnie obaj bardziej seksowni niż urodziwi w bardzo ścisłym tego słowa znaczeniu, ale obu zdarza się wyglądać tak, że... no, że ich na tej liście nie być nie może.

 


Hugh Laurie...

 

 

 

... i Peter Capaldi, bo u mnie z jakichś powodów są w jednej wspólnej kategorii "Niby nie tak klasycznie przystojny, ale, cholera, jednak tak". Wiem, jakże to precyzyjne.

 


 

Colin Morgan. Niech będzie, że jacyś bardzo zdecydowanie młodsi ode mnie też się na tej liście znajdą (a nie za wielu, bo w większości pod względem estetycznym budzą we mnie uczucia "Ojej, jaki młoooody" raczej niż "Ojej, ale mi się"). Robert Sheehan miałby jeszcze szanse się tu załapać, w sumie.


 

A na koniec niech będzie Kristen Holden-Reid, którego widziałam w całych dwóch rolach, ale na którego bardzo lubię patrzeć.

 

 

Honorowe wzmianki: Jude Law (który kiedyś podobał mi się bardziej niż teraz) i Cillian Murphy (oczy!).


 

Powyższa lista nie wyczerpuje, przypominam, zestawu moich ulubionych aktorów; sporo z tych, których bardzo sobie cenię (taki Ciaran Hinds, niech będzie) nie mieści się na mojej liście ułożonej wg stopnia ładności.

No to idźmy na całego, dołożę do listy jeszcze kilka - tu już bez silenia się na "przypomnę sobie wszystkie", raczej przykładowo  - aktorek, na które uwielbiam patrzeć z powodów czysto estetycznych (poza tym, że je wszystkie albo cenię jako aktorki, albo lubię za jakieś role, które zagrały).

 

Claudia Cardinale reprezentuje tu tę samą kategorię, co Laurence Olivier wśród panów. Bo, och, klasyczne kino, tacy piękni ludzie.

 

 


Gillian Anderson, im starsza, tym piękniejsza.

 

 

Sophie Okonedo. Obrazek mówi wszystko. Oczy. Brwi. Och.

 


Lara Pulver. Jedna z moich prywatnie ulubionych dwóch najpiękniejszych kobiet świata.

 

 

Ruth Wilson. O, a to ta druga.

 

 

Claudia Black. Wiem, CB nie ma klasycznej urody, ale, bogowie, mnie od kiedy tylko ją zobaczyłam w "Farscape", wydała się intrygująco piękna i raczej nic tego wrażenia nie zmieni.

 

EDIT. A tu będą osoby, o których zapomniałam we wpisie (jest Nowy Rok, niekoniecznie najlepszy dzień na pamiętanie o rzeczach).



Paul McGann. Bo mi bardzo wstyd, że zapomniałam, a to przecież Paul McGann.

niedziela, 28 grudnia 2014

Nie bardzo nadaję się do napisania dzisiejszej notki. Czemu się kiepsko nadaję? A bo np. nie jestem, tak naprawdę, w fandomie, którego dotyczy; nie znam się za bardzo na polskiej fantastyce i na dodatek sama mam niespełnione ambicje literackie, więc zaraz wyjdzie, żem zazdrośnica. OK - pod jednym względem czuję się komfortowo: kiepsko im idzie polemizowanie z cudzymi poglądami, ale na moje szczęście ta notka nie ma bynajmniej być polemiką. Inspiracją do niej były po pierwsze, artykuł MRW w gazeta.pl, po drugie - dyskusje wokół tegoż artykułu, toczące się i w sieci, i na blogach, i na fejsbuku.

 

http://algesiras.free.fr/highgarden.html

fanart do Swordpoint jako ilustracja, bo tak. Stąd. Warto wejść i obejrzeć więcej.


Artykuł MRW wkurzył mnóstwo ludzi, bo jest, w swojej formie, prowokujący do granicy trollerki. Nie zamierzam tu z nim polemizować - ze sporą częścią diagnoz z artykułu, jak ta o przewadze postaw politycznie i obyczajowo prawicowych w polskiej fantastyce literackiej, mogę się zgodzić; z doborem przykładów mogłabym debatować (Barnim Regalica to jednak jest postać chyba dość radykalnie niszowa i pokazywanie akurat jego poglądów jako reprezentatywnych dla środowiska nie do końca mnie przekonuje), ale to nie mój tekst i rozumiem, że autor miał swój cel w dobraniu takich, a nie innych przykładów.

Bardziej chyba chciałabym dzisiaj - biorąc tekst MRW jako punkt wyjścia - zastanowić się, jak to jest z tym pisaniem i czytaniem, zwłaszcza zaś - czytam między wierszami.

Zacznijmy może od początku: nie ma chyba czegoś takiego, jak literatura kompletnie niezaangażowana. Tu będę się bić i głośno protestować, jeżeli ktoś mi spróbuje udowodnić, że jest inaczej. Literatura (zresztą kultura w ogóle, ale tu i teraz rozmawiamy o literaturze i to, zaznaczmy to od razu, tej popularnej) niekoniecznie przy tym mówi o tym w sposób otwarty, ba - w ogóle może o tym nie mówić. Nawet jeżeli kompletnie nie mówi, pokazuje jednak pewną wizję świata i rzeczywistości, a ta wizja zawsze wskazuje na taką czy inną konstrukcję świata i rzeczywistości, jeżeli nie afirmowaną, to przynajmniej prezentowaną jako oczywista i w związku z tym obowiązująca. Weźmy jakiś tekst, który ma służyć czystej rozrywce, wyłącznie rozrywce i rozrywce jako takiej i w którym żadnej, że się wyrażę, ideologii wprost wygłaszanej i deklarowanej nie ma. Taką, bo ja wiem, Sagę o Ludziach Lodu.
W tomie albo drugim, albo trzecim (niestety, Cedroo już nie zagląda na tego bloga, a szkoda, bo on by wiedział) za mąż wychodzi córka pierwszej pary głównych bohaterów, Tengela i Silje. Dziewczyna źle trafia: nauczona w domu, że seks to nic złego, a kobieta ma prawo do przyjemności w łóżku, zostaje w noc poślubną uznana przez męża za dziwkę i kobietę niemalże przeklętą. I nie, Margit Sandemo nie musi nam nic mówić o feminizmie, poglądach na rolę kobiety ani stosunku do seksu - wychodzi to jasno jak słońce w jej (kompletnie ahistorycznej, na siłę uwspółcześnionej i średnio napisanej) bohaterce i jej biografii. Przepraszam za to stwierdzanie rzeczy absolutnie oczywistych, ale wydaje mi się, że warto na początek czasami o rzeczach obrzydliwie oczywistych jednak przypomnieć, na tzw. wszelki wypadek.

No to skoro oczywistości mamy za sobą (wybaczcie jeszcze raz, za dużo lat chyba byłam belfrem), to może pora byłaby zacząć. Punktem wyjścia jest dla mnie tekst MRW i nie tyle polemika z nim, co dyskusja na zbliżone tematy. Chodzi w tym wszystkim, na moje niedoskonałe rozumienie, o dwie różne rzeczy. O czytanie i pisanie. Na jedną z nich można mieć jakiś wpływ, na drugą chyba niekoniecznie.

Kwestia pisania to ta, o której łatwiej rozmawiać. Zgadzam się, jak już mówiłam, z generalnym wnioskiem MRW: z mnóstwa polskich tekstów fantastycznych wyłania się obraz świata z lęków i obaw (raczej niż z marzeń i wyobrażeń) osoby o poglądach konserwatywno-prawicowych. Ten blog nie jest o moich poglądach ani o sprawach osobistych, ale chyba każdy znający więcej niż 2-3 notki czytelnik raczej widzi, że to nie są moje lęki ani moje obawy. I że owszem, brakuje mi w polskiej fantastyce postaci, motywów i wątków, które odzwierciedlały MOJE lęki, moje obawy, moje wyobrażenia i marzenia. Pisałam o tym jakieś piętnaście tysięcy razy na tym blogu, kiedy jeszcze miałam ambicje i wydawało mi się, że jak coś dostatecznie mocno powtórzę, to ktoś się przejmie - brakuje mi dramatycznie w polskiej fantastyce postaci, które odzwierciedlałyby nieco inne doświadczenia i punkty widzenia niż Prawdziwy Mężczyzna rodem ze stereotypów. Dla Jacka Dukaja, którego twórczość cenię, bo do mnie trafia forma, tego, jak pisze, akurat postacie nie są specjalnie mocnym punktem, jest Anna Kańtoch, do której twórczości się bardzo przekonałam, i... co? Sapkowski z życiowo i erotycznie dwuznaczną Ciri? Ale kiedy to było, plus jedna Ciri wiosny nie czyni. Jest, owszem, coraz więcej silnych bohaterek (urban fantasy Anety Jadowskiej, na ten przykład, choć to nie całkiem moja literatura), i to jest fajne; ale one jakoś tam od czasów Sapkowskiego, czyli de facto od początków polskiej fantastyki, były. Ale jakby ktoś np. chciał główną postać podobną do Aleca Campiona (Ellen Kushner, Riverside), Breq (Ann Leckie, Ancillary Justice), czy nawet, żeby pogrzebać głębiej w historii fantastyki, duetu Genly Ai - Estraven i ich dziwacznej próby zrozumienia, mimo wszelkich przeszkód, wzajemnej obcości - no to, cytując Shreka, se jeszcze poczeka.

Ale właśnie: poczeka, a może się doczeka, to się zmienia. To nie jest tak, że polska fantastyka jest siłą zawłaszczona przez zwolenników jednej opcji, choć tak, fakt, że są to poglądy podzielane przez redakcję absolutnie najważniejszego branżowego pisma, jest na pewno ważny i znaczący. Niemniej, jest z całą pewnością miejsce w polskim świecie literackiej fantastyki dla bohaterów innych i bardziej zróżnicowanych i dla fabuł, do których będą oni/one pasować. Trzeba te powieści napisać (niełatwe), trzeba się z nimi przebić do wydawcy (trudniejsze), trzeba znaleźć ludzi, którzy to zechcą czytać (najtrudniejsze, w sumie). Wiem, jako niespełniona nieopublikowana grafomanka jestem ostatnią osobą, która powinna krytykować pisarzy lubianych i cenionych w Polsce za to, że nie piszą tak, jak ja bym chciała - wystawiam się na łatwy zarzut, że dobrze, że tak nie robią, zważywszy na ilość moich tekstów, które zechciało jakiekolwiek wydawnictwo. Ale właśnie o to chodzi - może to nie ja mam to napisać, ale tu zmiana przyjdzie, prędzej czy później, głośniej lub ciszej, ale przyjdzie.

Jest jeszcze druga kwestia, która pojawia się w tekście MRW, kwestia czytania. To ona jest, moim zdaniem, bardziej problematyczna, bo nawet myśląc o tym, czuję się jak w błędnym kole. Nie nauczono ludzi czytać; czytają płytko i banalnie, wyciągają najprostsze, prymitywne wnioski, przy czym dostosowują to, co czytają, do posiadanych już albo ledwie się krystalizujących poglądów, często takich, które samego autora wprawiłyby w płacz rozpaczy (patrz, żeby uniknąć podanych przez MRW przykładów, Alan Moore i jego reakcje na czytelników widzących w Rorschachu jedynego sprawiedliwego). W efekcie, podsumowuje (mam wrażenie, że podsumowuję, to jest moja interpretacja tekstu MRW) fantastyka wychowuje nam kolejne pokolenia korwinistów.

Jako belfer z dwunastoletnim stażem nie będę się kłócić o umiejętności czytania ze zrozumieniem, bo - no, bo nie. Z miliona powodów, na czele z tym, że akurat lekcje literatury w polskiej szkole mogłyby wyglądać inaczej (acz sama pamiętam z lat wczesnych 90. dyskusję z inteligentnym skądinąd kuzynem, którego w Tolkienie najbardziej zachwycało, że to taki wspaniale ateistyczny i kompletnie pozbawiony mistycyzmu czy, że się wyrażę, duchowości, świat, więc z tym czytaniem ze zrozumieniem dawniej też różnie bywało). Natomiast główny problem mam z ideą, że można nauczyć kogoś czytać lepiej, głębiej, nie łapać się pierwszej myśli. A mam problem, bo generalnie mam problem z ideą, że coś można czytać lepiej lub gorzej. Problem mam co najmniej od czasu zakochania się w powieściach C. S. Friedman. Sama Friedman za jasną cholerę i nijak nie mogła zrozumieć, skąd się biorą sporej części jej czytelniczek idee każące widzieć w dwóch głównych (i zdeklarowanych przez pisarkę jako heteroseksualni - wszelkie ich obiekty erotycznych zainteresowań, zarówno przeszłe, jak i te w czasie akcji, są kobietami) bohaterach parę kochanków, a przynajmniej - zakochanych. A ja miałam tak: z jednej strony na tym etapie (piętnaście lat temu, ludzie!) słowo autorki było dla mnie święte, a ona powiedziała wprost, że nie, nic z tych rzeczy. Z drugiej strony, nawet ówczesna ja, wierząca w powyższe, miałam głębokie odczucie (wyrażone w krążącym do dziś, niestety, po necie eseiku na ten temat), że emocje łączące bohaterów są - mocniejsze niż to, co nam autorka podpowiada; że widząc Tarranta oczyma Damiena, widzimy go zmysłowo, sugestywnie opisanego: to, jak jest nieludzko urodziwy, jak się rusza, jak chodzi z wdziękiem dzikiego zwierzęcia - i jak boli Damiena, od pewnego momentu, fakt, że Tarrant cierpi, trudno się oprzeć wrażeniu, że widzimy coś więcej, niż kumpelstwo i lojalność. Nie, nie twierdzę, że ich relację trzeba czytać jako relację kochanków, ba, sama jej tak nie czytam; twierdzę tylko, że wbrew intencjom autorki jest to możliwe i akceptowalne. Ale jak się powiedziało A, to trzeba i B, jak wolno czytać subwersywnie i widzieć męsko-męski związek miłosny w powieści o facetach hetero, to... no to na odwrót chyba też.
Pewnie, że tu nie ma prostej symetrii, bo w zasadzie po cholerę czytać subwersywnie po to, żeby wyszło nam odczytanie pasujące do koncepcji typowo maistreamowych - nie wiem, czy ktoś ma potrzebę takiej reintepretacji postaci takiego na przykład Aleca Campiona, żeby wyszło, że z Richardem St. Vierem byli tylko kumplami w toksycznym związku koleżeńskim. Nawet teoretycznie trudno mi sobie wyobrazić homofobicznego fana tej konkretnej serii - trzeba byłoby przemodelować znacznie więcej, niż relację Aleca z Richardem. No dobra, mam: fan płci dowolnej, zakochany namiętnie w jednym z bohaterów i chcący go dla swojej fanfikowej Mary Sue płci dowolnej. Nie sądzę, by było takich osób wiele.

Ale wracając, bo wpadam w dygresje. Czytanie.
Czytanie i książki zbójeckie.

Tu mam problem, przyznam.
Jak ktoś sobie chce zadać trud i wygrzebać na blogu moją starą notkę o Zmierzchu i jego szkodliwości, nie polecam, bo sama dzisiaj się ze sporą częścią własnych tam refleksji nie zgadzam. Dzisiaj ta notka ma tylko jeden sens: przypomina mnie samej, że kwestia czytania i szkodliwości literatury od dawna już mnie dręczyła. O Meyer napisałam wtedy, że wydaje mi się, w swojej konserwatywnej wizji świata, kobiet i seksu mniej szkodliwa, niżby się zdawało, bo odpowiada raczej na potrzeby pewnej fazy w życiu młodej dziewczyny - fazy, kiedy nielogicznie i bez względu na cenę tęskni się za szalonym uniesieniem i wielkimi emocjami, takimi czy innymi; Meyer daje szaloną miłość, ja z moich fascynacji z tego okresu pamiętam obsesję na punkcie dramatycznych przygód na granicy życia i śmierci, kapitan Nemo, te sprawy. Dzisiaj bym była mniej kategoryczna, ale pewnie bym się trzymała ogólnego wniosku, jaki wtedy wyciągnęłam: że owszem, idee Meyer o abstynencji seksualnej, o kontroli mężczyzn nad kobietami, o roli jednych i drugich w związkach mogą kształtować, bo są opakowane w atrakcyjną dla pewnej grupy czytelników historię o One True Love, ale podejrzewam, że większość jednak pozostanie na tej naskórkowej warstwie i na One True Love Story. Jeżeli coś z przesłania do nich trafi, to nie aż tak wiele - nie podejrzewam, żeby czytelniczki szalejące za Edwardem w wieku 13 lat zdecydowały się wszystkie na rezygnację z kariery, żeby w wieku 19 lat wyjść za mąż....

I teraz tak: zaraz mi ktoś zarzuci, że MRW pisał o czytaniu z dziećmi, z małolatami, o uczeniu ich czytania ze zrozumieniem, a ja się tu wywnętrzam na temat subwersywnych odczytań i takich tam. Wszystkim, którzy mają na to ochotę, przypomnę, że ta notka nie jest polemiką, bo z diagnozami MRW, nawet jeżeli nie całkiem z jego doborem przykładów, się w sporej części zgadzam (tak, nawet mimo że uważam, że prowokacyjny ton tego tekstu odwrócił uwagę od jego znaczenia w kierunku instynktownej reakcji pt. "Będę bronić Pratchetta, mojej miłości"; reakcji, z której nie zamierzam się śmiać ani jej krytykować, bo ją całkowicie rozumiem, sama mam tego typu odruchy, ba: sama tu miałam podobny pierwszy odruch i wiem, że jakoś to poświadcza tezy MRW). Nawet z tą, że czytanie płytko i głupio jest niebezpieczne, że literatura jest potężnym i niebezpiecznym narzędziem się zgadzam. Jest. Nie wątpię w to, kawałkiem ulubionym z Mickiewicza o tym, że "ty mnie nauczyłeś czytać" mam ochotę zarzucić. Kształtuje nas tak czy inaczej - ale mam wrażenie, że tak bardzo, bardzo i całkowicie to kształtuje jednak Gustawów, Werterów i Wokulskich, znaczy - inne postacie literackie. W przypadku żywych ludzi działają dodatkowe czynniki, tym mocniejsze oczywiście, im człowiek dojrzalszy, i te czynniki tak czy inaczej się równoważą i znoszą nawzajem; w końcu sama znam osoby, z których bycie wielkimi fanami Narnii nie zrobiło chrześcijan.

Wnioski? Jakie wnioski? Za dużo ich i za oczywiste i za mało jakichś prawdziwie przekonujących. Literatura to potężna broń. MRW i ja mówimy o trochę różnych rzeczach i różnych sytuacjach. Myślenie przy czytaniu jest potrzebne, czytanie bez myślenia bywa niebezpieczne. Kształtuje nas mnóstwo różnych czynników, w tym - idee literackie. To jest, zdaje się, kolejna notka, w której okaże się, że nie mam zdania. Jak zwykle, cholera, człowiek bez właściwości.


poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Dzisiejszy wpis jest z dedykacją dla Ness.

Jest z dedykacją, bo jest z powodu. Na marginesie rozmowy o muzyce pojawiła się mianowicie w naszej dzisiejszej dyskusji kwestia filmów najlepszych i filmów ukochanych i tego, jak to bardzo, bardzo nie zawsze jest to samo. I jakoś z tego wykluł się pomysł: lista dziesięciu filmów, które są zapisane w ciepłym miejscu w moim sercu, choć nie zawsze są najlepszymi, jakie widziałam; i nie, to nie jest lista wszystkich takich filmów, ani nawet pierwsza dziesiątka; to są przykłady. Kolejność dość przypadkowa, bo przecież takiej listy nie da się ułożyć w punktach!

 


10. Kate i Leopold

Generalnie nie lubię a) Meg Ryan, b) komedii romantycznych. Ten film jednakowoż, obejrzany trochę przypadkiem, podbił mi serce, sama nie wiem czym: obecnością Hugh Jackmana, którego BTW wcale jeszcze wtedy nie lubiłam? Subtelnym komizmem motywu fantastycznego, z podróżą w czasie? No chyba że był to Hugh Jackman śpiewający kawałki z Piratów z Penzance? Tak, to mogło być to.
A, Meg Ryan nadal jest najsłabszym ogniwem tego filmu.


9. Mroczne widmo/ Star Wars Episode 1: The Phantom Mentace 

Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Nie mam również racjonalnych powodów do lubienia. Ot, lubię.


8. Idol/Velvet Goldmine

Film, od którego zaczęła się dyskusja z Ness. Nie do końca trzymająca się kupy niby-biografia inspirowana historią Davida Bowiego, z szarżującym momentami Jonathanem Rhys-Meyersem w roli głównej. Uwielbiam ten film. Widziałam go milion razy i mam na trzech różnych nośnikach.


7. Ella Enchanted

Hmmm, tak, to nie jest mądry film. Hmmm, tak, jego punkt wyjścia (bohaterka "pobłogosławiona" przez wróżkę chrzestną darem bezwzględnego posłuszeństwa) lepiej by się nadał do soft porno typu pięćdziesięciu odcieni czegoś tam niż do baśni. Fakt, Vivica A. Fox szarżuje, ile się da, choć Hugh Dancy i Anne Hathaway są uroczy. No nic nie poradzę, przepadam. 


6. ET

Ukochany film mojego dzieciństwa i jedno z tegoż dzieciństwa bardziej wstrząsających przeżyć. I pierwsza wielka filmowa miłość.

 

5. The Touch of Pink

Nie lubię komedii romantycznych, generalnie. Ta jest bardzo romantyczna, gejowska, ze ślicznym (serio serio ślicznym) Kristenem Holden-Reidem w jednej z dwóch głównych ról i z grającym dość nieporadnego głównego bohatera uroczym, acz momentami do zabicia Jimmiem Mistrym. I z cudowną, cudowną rolą Kyle'a MacLachlana jako Cary'ego Granta (którego główny bohater wyobraził sobie jako mentora). W tle jest poważny problem (szalenie kochająca, ale i szalenie konserwatywna mama, która Nie Ma Pojęcia), ale ja pamiętam głównie uśmiech KHL i surrealistyczne poczucie humoru MacLachlana. Co mi wystarcza do zaliczenia do ulubionych. 


4. Reign of Fire

Film z najdurniejszym pomysłem biologicznym wszechczasów (spojler: jeden samiec na CAŁĄ populację samic). I z Izabelą Scorupco, co nigdy nie jest do końca dobre. I z małą rólką Geralda Butlera, i nic nie poradzę, przepadam.


3. Jaja w tropikach/ Tropic Thunder

Ojej. Wygrany konkurs na najdurniejszy polski tytuł, jaki pamiętam. Momentami durnowate dowcipasy, a w tle - błyskotliwa moim zdaniem kpina z Hollywoodu, jego schematów i obsesji. Zaskakująco dobre roli różnych osób, po których się tego nie spodziewałam, plus znakomity Robert Downey Jr. 


2. Speed Racer

Nie wiem, jak dobry jest ten film w stosunku do mangowego pierwowzoru, bo go nie znam; nie przepadam za filmami o wyścigach samochodowych, ani tymi dla dzieci, ani dla dorosłych (Hmmm, to co robią "Auta" i "Wyścig" na mojej liście ulubionych?). Wiem jedno: obejrzałam Speed Racera kompletnym przypadkiem w TV i kompletnie skradł mi serce; ile już kopii kupiłam i rozdałam znajomym dzieciom, nie zliczę. 

 

1. Nine Songs

Yup, zdaniem niektórych porno. Mnie ten film ujął - bo ja wiem, bezpretensjonalnością pokazywania seksualnej relacji bohaterów? Muzyką? No nie wiem, ale jakoś zapadł mi w pamięć na tyle, że wracałam i kupiłam w końcu własny. 

wtorek, 31 grudnia 2013

W dzisiejszym odcinku... hmmm, nieco egoistycznie opowiadamy, co to robiliśmy w 2013. Znaczy, co my ninedin robiliśmy.

 

Portoferraio, Elba; tablica pamiątkowa (V. Hugo). By ninedin


Niemniej, żeby nie było za długo: nie zamierzam pisać o dusznych rozterkach, kuchni, domu i wydawaniu książek. Zamierzam tylko napisać o czytaniu i oglądaniu. I słuchaniu. I tylko szybko wspomnę, że od 2013 nie mam już trzydziestu paru lat, że dwa nowe blogi zaczęłam pisać (o kuchni i o poezji), ze średnim niestety skutkiem, że mam czteroletnią bratanicę imieniem Edyta, która jest...no. jest Edytą i jest cudowna, że byłam na Korsyce z Drakainą i było bosko, że ułożyłam, zaplanowałam na serio zaczęłam pisać jednego cusia i że w styczniu miałam gości (znanych blogowo) i nie tylko na imprezie, i była ta najlepsza impreza, jaką zorganizowałam w życiu (a jak Rusty poukładała mi wtedy DVD, tak dalej jest w nich porządek...).

Od razu ostrzegam: będzie mnóstwo o historii i sporo o operze, jak kto jest uczulony, radzę uciekać.


Parę rzeczy (bo ciężko mi je nazwać jednym określeniem), których słuchałam najczęściej w 2013. Przy czym one nie są z 2013. Raczej.

W operze wolę komedię od tragedii. Bardzo, bardzo zdecydowanie (uwaga niekonsekwencja: lubię Wagnera). Ergo, zamiast jakiejś poważnej historii o nieszczęściach śpiewaczki/gruźliczki/nieszczęśliwie-zakochanej-księżniczki będzie, w ramach podsumowań najczęściej słuchanych kawałków roku, trochę mniej serio. Don Pasquale Gaetano Donizettiego jest, jakby kto nie wiedział, o starym jak świat (a przynajmniej jak Grecja) komicznym temacie, czyli o starszym panu, któremu się zachciało młodej, niewinnej i posłusznej żonki. Najkrócej mówiąc: to nie jest dobry plan. Tutaj tytułowy bohater i jego lekarz (który przy tym jest głównym autorem Złośliwej Intrygi) planują, każdy niezależnie od siebie, tejże intrygi końcowy etap; jak się kto spieszy, od 3'40 polecam. (Spoilers: wszystko się dobrze skończy).




I teraz tak: słuchałam w tym roku generalnie więcej muzyki klasycznej, niż czegokolwiek innego (Trzecia i Siódma symfonia Beethovena zasługują na co najmniej honorową wzmiankę, całe-wakacje-w-kółko). Niemniej, nie tylko. Piosenkowo: ulubiona piosenka i ulubiony tekst. Nawet komentować nie będę. Nie mogło się odczepić przez cały 2013. Też niby piosenkowo, ale dziwniej: wielki powrót jednego z ukochanych kawałków wszechczasów na moją playlistę w końcówce roku. Och.

Poza tym, z muzyki było też takie. Tylko na wykonanie i stylistykę nie mogę się zdecydować, chwilowo stanęło na tym

Niemniej. Nie ma żadnej dyskusji ze statystyką, a ta wskazuje, że w 2013 była jedna, konkretna muzyka, której słuchałam  w kółko. W kółko. Od stycznia pierwszy raz w życiu, i w nieskończoność.
Lubię musicale, ten mi jakoś uciekał, ale do czasu. W końcu i mnie dopadło.

 




Pod koniec roku Drakaina dołożyła się do listy-rzeczy-których-słuchałyśmy-w-kółko Andreą Chenierem Umberta Giordana, z którego w związku z tym link, jakby ktoś chciał posłuchać znakomitego wykonania w całości.

 

Czytanie. Och, czytanie, moja główna rozrywka w 2013.

Ben Aaronovitch był ekstra, i tak szczerze mówiąc CHCĘ KOLEJNY TOM, nawet mimo drobnych wad w poprzednich. Nagle zrozumiałam (a nie mogłam tego pojąć przez poprzednie 25 lat życia) że LUBIĘ HISTORIĘ, ergo przeczytałam milion (no, kilkanaście :P) monografii i biografii rozmaitych postaci, od końcówki XVIII wieku po drugą połowę XIX (od Marii Antoniny Antonii Fraser przez biografie Mirabeau, Robespierre'a, Rousseau, Shelleya, Talleyranda, cara Aleksandra I i kogo tam jeszcze, aż po historie z okolic wojny francusko-pruskiej). Niektóre z nich były w języku, którego dopiero się uczę (nauka francuskiego od zera, jedna z moich ulubionych rozrywek AD 2013!), a inne po niemiecku gotykiem i online, na przykład, ale obsesja nie wybiera. Ponieważ czytałam historię, czytałam też literaturę XIX wieku: wielka powtórka z Hugo, Dumasa, Prusa, Stendhala, Brönte razy trzy, Balzaka, Orzeszkowej... Ucierpiało na tym moje czytanie fantastyki (nawet Sezon burz jeszcze czeka w kolejce!), ale, och, jak mi to dobrze zrobiło, ten powrót do klasyki. Jakbym miała coś wyróżnić: zaskakująco pozytywne wrażenie po drugiej lekturze nie zmęczonego do końca w LO Nad Niemnem i fantastyczną, właśnie kończoną, Pustelnię parmeńską. Niemniej jednak....

Niemniej jednak książką roku jest książka, z której nie było recenzji (jeszcze). A autorem roku jest dla mnie Terry Pratchett, którego w końcu zaczęłam czytać, i to jak! Całość cyklu o Straży w półtora miesiąca, z dzikim zachwytem, po cztery razy. Wyróżnię Night Watch, bo - no, bo pasuje do kontekstu. Jak to było? Come on, Carcer,' said Vimes. That's not you. You never pinched a loaf of bread in your life. Murdering the baker and stealing the bakery, that'd be your style.'?

 

Parę słów o filmie. Kino zaczęło się dla mnie w 2013 od Hobbita i skończyło na Hobbicie, a że - niekoniecznie jak wszystkim - mnie się podobało, to się na pojedynczym oglądaniu nie skończyło i nie skończy. Potem mi się podobał trzeci Iron Man (całkiem całkiem) i drugi Thor (bardziej), nowy Star Trek (bardzo bardzo).... takoż, bardzo bardzo, obejrzany w ostatnich dniach Wyścig (znakomity, może jeszcze zdążę o nim napisać. NIE WIDZIAŁAM hitu - według wielu moich znajomych - roku, czyli Pacific Rim (jest plan, będzie DVD, to się obejrzy u Drakainy nie na telewizorze sprzed 10 lat :P). Och, musiało być coś jeszcze! (ale nie Piąta władza, przegapiłam w kinie, buuu).

Niemniej, niemniej: jakby liczyć, że najważniejszym filmem roku jest dla mnie ten, który a) widziałam najwięcej razy, b) namieszał mi najmocniej w głowie, c) wpłynął szczególnie mocno na moje życie, w sensie ukierunkowania mi lektur, zainteresowań, słuchania i planów wyjazdowych.... wtedy filmem roku jest u mnie film, który mnie nawet nie zachwycił. O, ten. Obejrzałam trailer, poszłam do kina. Raz, drugi, trzeci. Kupiłam DVD. Mimo, że mnie film nie zachwycił. Nie pytajcie mnie o logikę poprzednich zdań.

 




Serialowo to głównie mogłabym wyliczyć, czego w tym roku nie oglądałam. Hannibala, np., poza jednym odcinkiem. Sleepy Hollow. Co gorsza, nie obejrzałam paru seriali z ulubionymi aktorami (np. z nowych z Davidem Tennantem widziałam wyłącznie The Politician's Husband, och, jakie nierówne) - a wszystko przez Drakainę, która lubi, żeby z nią oglądać, ale za to ostatnio w sumie nie bardzo lubi oglądać seriale, bo nie ma czasu i boi się cliffhangerów. Na bieżąco oglądałam Doktora (bo jakże by nie! I jak mi się bardzobardzobardzobardzobardzo podobał odcinek jubileuszowy!), Ripper Street.... nie wiem, w sumie, co jeszcze; o, Elementary, całkiem mi się podobało jako serial nie-o-bohaterach-Conan-Doyle'a. Tak naprawdę w tym roku głównie nadrabiałam rozliczne serialowe adaptacje literatury - znakomite North and South według Elizabeth Gaskell, kilka adaptacji Dickensa (dobre Our Mutual Friend z Paulem McGannem, nierówna fabularnie, za to znakomicie zagrana Mała Dorritt), bardzo dobre The Tenant of Wildfell Hall według Anny Brönte i generalnie serie kostiumowe. Ach, i obejrzałam jakieś 80% wszystkich adaptacji Jane Eyre, jakie powstały  - choć z planowanego o tym wpisu zostały tylko notatki...

 


Rok 2013 u mnie był to dziwny rok, ewidentnie, rok Victora Hugo i rewolucji. Aż się boję, co będzie dalej.

niedziela, 29 grudnia 2013

W drugiej części mojego podsumowania.... to znaczy w tej, której tu nie dzisiaj nie ma, będę mówić o rzeczach bardziej ogólnych. W trzeciej będzie niespodzianka. A dzisiaj....

 


 

.... a dzisiaj będę robić sobie autoreklamę.

Znaczy, wrzucę moje ulubione moje wpisy z roku 2013.Te, które podobały się mnie i te, które podobały się innym (a przynajmniej tak mówili).

 

Na początku roku (1) ożywił mi się mój nieregularny fioł musicalowy, (2) w związku z faktem, że poszłam do kina na filmową adaptację Nędzników. Napisałam o tym w sumie parę wpisów (i napiszę jeszcze co najmniej jeden), z których chyba to ten uważam za najbardziej udany.

Chyba najbardziej regularnym cyklem w tym roku na moim blogu były rzucane co jakiś czas uwagi o fanfiction, szeroko pojętej kulturze fanowskiej i kulturze w ogóle. Zaczęło się od wpisu o kanonie i jego wariantach, potem był mój własny prywatny wpis o seksie (wrzucam tutaj drugą jego część, bo jest to zdecydowanie najpopularniejszy wpis w całej sześcioletniej historii tego bloga), a na koniec - wpis o różnorodności kulturowej i tejże kultury zawłaszczaniu. 

W drugim wpisie będzie o tym więcej, ale rok 2013 upłynął mi pod znakiem odkrywania, w nie-powiem-ile-lat po maturze, że z przyjemnością czytam o historii. Gdzieś z tego około-historycznego oglądania ulęgła mi się chyba moja ulubiona moja recenzja AD 2013, a mianowicie ta z Dantona Wajdy. Proszę bardzo.

Literacko - mimo faktu, że świetnie mi się czytało Bena Aaronovitcha - odkryciem roku pozostanie dla mnie fakt, że zaczęłam czytać Terry'ego Pratchetta i mi się bardzo, bardzo, bardzo podobało. O czym napisałam dawno temu. I napiszę jeszcze.


I jeszcze, trochę a propos historii: ulubiony napisany przeze mnie wpis zdaniem Drakainy. O, ten. Ten raczej smutny. I o historii, która mnie, ku zaskoczeniu mnie samej, dość przejęła. 

 

A na koniec, mała złośliwość. Niewiele w tym roku pisałam wpisów z kategorii "Najgorsze"... ale Robin Hood BBC musi się załapać. Chociaż raz.  

W tzw. międzyczasie prawie się oduczyłam pisać i przeżyłam kryzys blogowania, ale co tam. Będzie lepiej. Miejmy nadzieję, że będzie lepiej.

środa, 03 kwietnia 2013

http://lyssahumana.blogspot.com/2009/07/pillow-book-1996.html
obrazek stąd

 

Ponieważ blog z listami wariuje i ponieważ wygląda na to, że by się więcej przykładów przydało, to może tutaj, żeby już z tamtym wpisem nie mieszać, dorzucę kilka, dla poszerzenia i zrozumienia.

Tym razem już bez podziałów, bez teorii, tylko z tym drobnym zastrzeżeniem: nie robię listy najlepszych, najmocniejszych, najsłynniejszych scen miłosnych w historii kina, robię listę scen filmowych i telewizyjnych, które mnie, mnie osobiście (to przecież nie znaczy, że tylko mnie, podejrzewam, że wiele z nich znajduje się na mnóstwie różnych list tego rodzaju) wydają się ekscytujące, podniecające, seksowne.

To jest akurat taki temat, że każdy ma swoje gusta i swoje fetysze i wara komukolwiek od oceniania cudzych, póki ich ewentualna realizacja mieści się w granicach prawa (w sensie: kiedy wychodzi poza sferę fantazji i staje się rzeczywistością, wtedy powinna być w granicach prawa). Pewne rzeczy są nie do przewidzenia, przecież. Nieraz jest tak, że sceny erotyczne z udziałem aktorów, za którymi przepadam i którzy mi się jako tacy szalenie podobają, nie wydają mi się seksowne, nieraz jest tak, że znakomicie nakręcone i pokazane sceny wyuzdanego seksu nie robią na mnie wrażenia, bo nie, bez żadnych konkretnych powodów; zarazem bywa tak, że od artystycznej wersji seksu w filmie wolę - jeżeli mam oglądać "dla momentów" - czysto erotyczne anime, na przykład, gdzie nie będą mi przeszkadzać co bardziej nieprawdopodobne i wydumane pomysły, także - pomysły na pozycje seksualne (nie, nie zacznę o fanikach, o fanfikach będzie przy okazji książkowej).   

I teraz tak: poza wymienionymi w poprzednim wpisie przykładami, pozwolę sobie wymienić jeszcze kilka. I strasznie mało tu będzie takich normalnych, regularnych scen uprawiania seksu, w sumie. To będą tylko przykłady, oczywiście, bardzo by smutne było życie, gdyby widział w nim człowiek wszystkiego pięć satysfakcjonujących filmowych scen, kojarzących się z seksem.

 

1. Jane Eyre 1996 (ta z Ruth Wilson i Tobym Stephensem), scena przed odejściem Jane, a tuż po całej gorszącej niedoszłoweselnej awanturze, z Jane i Rochesterem prawie-w-łóżku. Bardzo subtelna, ale też, jak na ten konkretny film i ekranizację tej konkretnej powieści, dość śmiała, niezwykle zmysłowa i znakomicie przez oboje aktorów zagrana. Działa tutaj chyba z jednej strony fakt, że jak na Jane Eyre, to wychodzimy dość daleko poza granice tego, czego się spodziewać (o co miało chyba sporo fanów pretensje). Ruth Wilson uważam za jedną z najatrakcyjniejszych kobiet, jakie widziałam, Toby Stephens z kolei to nie do końca mój typ, na urodę - ale tu się liczy to, jak oni zagrali czułość i stłumione, choć ledwo-ledwo, pożądanie, jakie jest między nimi obojgiem (bo ta Jane bynajmniej nie jest nieświadoma swojego ciała i swoich potrzeb). Dla mnie jedna z estetycznie najładniejszych scen miłosnych w TV, choć bardzo, bardzo delikatna: spokojnie można ją oglądać w towarzystwie własnych rodziców i/lub nastoletniej części rodziny.

2. Doctor Who. Sezon 1 nowy. Konwersacja. Jedna, krótka. Rozciągnięta, że tak powiem, na dwa odcinki.

Część 1 (The Doctor Dances, finał)
Rose
: Actually, Doctor, I thought Jack might like this dance.
The Doctor: I'm sure he would Rose. I'm absolutely certain. But who with?

Część II (Boomtown)
Jack
Aw, sweet. Look at these two [Mickey and Rose]. How come I never get any of that?
The Doctor: Buy me a drink first.
Jack: Such hard work.
The Doctor: But worth it.

Seks w tej scenie jest, nie oszukujmy się, wyłącznie w mojej głowie, za to na ekranie jest flirt jak mało co. Nawet, kurczę, nie kusiły mnie fanfiki rozwijające tę sekwencję scen i uzupełniające to, co w środku, wystarczyło mi to, co podpowiedziała wyobraźnia. Co mogło, nie musiało, niekoniecznie akurat tak musiało być. 
I jeszcze jedno: nie szaleję za kapitanem Jackiem ani za Johnem Barrowmanem, Christophera Ecclestona bardzo cenię jako aktora, ale za szczególnie atrakcyjnego nie uważam - a mini-scenkę pożegnania Jacka, przekonanego, że zginie, z Doktorem (kto widział, ten wie, o czym mowa) uważam za najbardziej ekscytujący pocałunek w tym serialu, ever, przynajmniej z tego, co widziałam.

3. Może trochę bardziej "seksownie" tym razem: większość scen seksu z kaligrafią w tle w wykonaniu dorosłej Nagiko (Vivian Wu) w The Pillow Book Petera Greenewaya; wbrew mojej własnej deklaracji, że jakkolwiek tragedię i traumy w życiu bohaterów oglądać mogę, to seks w sosie tragedii i traum może jednak niekoniecznie. Nie wiem, co jest w tym filmie, może jest to kwestia obsesji bohaterki na punkcie słów (o czym ja z kolei będę jeszcze pewnie mówić we wpisie książkowym), a może tego, że oglądałam The Pillow Book zaraz po premierze, jako osoba dwudziestotrzyletnia i dość mało w kwestii filmów otwarcie o seksie mówiących doświadczona; szalone wrażenie zrobiło na mnie to, jak otwarcie Greeneway ogrywa fetysze swojej bohaterki i jak ona sama się ich nie wstydzi, uczy się z nimi żyć i nimi pogrywać. Najmniej mnie - dzisiaj - przekonuje strona fabularna, ten "thriller" z homoseksualnymi gwałtami, samobójstwem i książkami z ludzkiej skóry (jeeeezuuu, to brzmi jak z Mastertona, nie z filmu, okrzyczanego wówczas jako artystyczny, reżysera, uchodzącego za elitę kina!), ale fascynacja zdjęciami, kolorami, cieniami słów pisanych na ciele pozostała.  

4. Tak nie do końca... to jest chyba dobry przykład czegoś, co nie do końca wyszło, w mojej własnej skali: dopóki w Oczach szeroko zamkniętych Kubrick budował atmosferę oczekiwanych perwersji i zakazanych rozkoszy otoczonych tajemnicą, było to ekscytujące jak jasna cholera; nie zagrało przecież, tak naprawdę, w finale, w  ogóle nie zagrało, jak dla mnie.... Niemniej, za to oczekiwanie, za antycypację nigdy niespełnioną, zasługuje na wzmiankę na liście.

5. Jakbym miała wymienić dwie sceny z nagością, które przychodzą mi do głowy jako pierwsze, kiedy myślę fascynujący, to pewnie byłyby to, po pierwsze, Lara Pulver jako Irene Adler w Sherlocku, przyjmująca nago gości: wszystko, co chcieliście widzieć o jej bohaterce, ale baliście się zapytać; i Jude Law jako Dickie Greenleaf w moim ukochanym Utalentowanym panu Ripleyu, wychodzący z wanny, a wcześniej, w tej wannie, toczący dziwaczną i perwersyjną psychologiczną rozgrywkę z Tomem Ripleyem (Matt Damon, nie przepadam a nim, ale jakim cudem to nie od dostał nominację do Oscara za ten film?).  

6. A teraz żeby nie było, że jestem snobką ostateczną i że dla ekscytacji oglądam wyłącznie Oscarowe filmy i dzieła (około)awangardowych reżyserów: jak już chcę coś obejrzeć dla tzw. momentów, to sięgnę już najprędzej po erotyczne anime, nawet mimo sporego ryzyka natknięcia się na bardzo-mnie-nie-podniecający motyw pt. Niewinna panienka uczona seksu troszkę przemocą. Jeszcze prędzej, jednakowoż (tak mam, i tyle), wrócę w tej sytuacji do którejś z literackich scen, które uważam za ekscytujące. Ale to tym to już innym razem.

EDIT. To ja jeszcze tylko dorzucę na marginesie, że najładniej sfilmowane (i dość momentami odważne, skądinąd) sceny miłosne między kobietami to widziałam ostatnio w Tipping the Velvet (grały Rachael Sterling, Keeley Hawes i Jodhi May), ale o tym serialu to ja bym chyba osobną notkę napisała.

 

Dodajmy na koniec: jest całe mnóstwo bardzo dobrych IMHO filmów, w których element seksu jest istotny (patrz: Wstyd, patrz: I twoją matkę też, by wymienić przykładowe dwa, które lubię). Nie ma ich na tej liście. Nie ma, bo jakkolwiek uważam, że to jest bardzo dobre kino, że ma sceny erotyczne dobrze zrobione, przemyślane, potrzebne fabule - to one nie są dla mnie seksowne. Powinny bez problemu znaleźć się we wpisie pt. "Dobre filmy o seksie", ale we wpisie, którego treścią są "Sceny miłosne seksowne jak dla mnie" się nie zmieszczą.

 

 

I jeszcze: bardzo bym lubiła erotyczny film (niech będzie dowolnie pikantny i dowolnie śmiały, jak chodzi o tzw. momenty), który jednakowoż miałby:

1. Akcję, najlepiej awanturniczo-przygodową i kostiumową, najlepiej gdzieś w przeszłości do początku XX wieku, albo w Generic Fantasylandzie dowolnego charakteru.

2. Ładne kostiumy i ładnych odtwórców ról, wedle mojej skali ładności.

3. Nie prowadziłby do i żyli długo i szczęśliwie, koniecznie, i do ślubu i ładu moralnego i tego, że bohaterka pozostaje radośnie sypiającą z kim popadnie sobą, ale też jednocześnie (sic!) staje się cnotliwą żoną (Jacqueline Carey, do Ciebie piję).

4. Postacie z odrobiną charakterystyki: nie mówię o skomplikowaniu na skalę Bergmana, raczej o to, żebym coś o bohaterach wiedziała. I żeby też bohaterka wiedziała, czego chce od życia.

5. Seks, w wersji otwarcie pokazanej, a nie sugerowanej powiewającymi firankami, w konfiguracjach dowolnych, absolutnie, pokazany w sposób, który mi estetycznie odpowiada (jaki to jest, trochę wynika z powyższych przykładów, chyba). Bohaterowie mają się seksem cieszyć, bawić się przy tym dobrze, nawet jeżeli będzie to od nich wymagało przekraczania ich własnych granic. Patrz też pt. 6.

6. Lekki ton, bez bycia historią traum, tragedii, gwałtów i seksualnego wykorzystywania i bez brudu, ponurości i egzystencjalnych smuteczków. Dramat o charakterze awanturniczym z gatunku "porwali mi kochanka, muszę go ratować, snując się po mapie" może być, jak najbardziej, podobnie jak polityka (z gatunku, jednakowoż, a la Dumas, a nie a la Le Carre). 

Innymi słowy, po niewielkich przeróbkach, mocno erotyczny remake Markizy Angeliki z aktorką w typie urody Lary Pulver albo Ruth Wilson i z aktorami wyglądającymi nieco jak którykolwiek z moich ulubionych (nie będę ich po raz n-ty wymieniać, żeby nie zanudzać) ujdzie, jak najbardziej. OCZYWIŚCIE nikt tego nie nakręci, ja-jedna-jako-ja jestem nieco za małym targetem, jednak.   

poniedziałek, 01 kwietnia 2013

Czasami inspirujemy się ze Zwierzem wzajemnie i dzisiaj właśnie taka notka, inspirowana notką, inspirowaną z kolei rozmową. Ale po kolei.

 

EDIT: Żeby było jasne: to są przykłady, które MNIE podniecają. Które JA uznaję za ekscytujące. Nie chodzi o to, że są sexy dla każdego, ani o to, że każdy ma je interpretować tak, jak ja, ani nawet o to, że to jest jakaś ogólna teoria seksu w kinie. Nie jest, bo w ogóle wbrew pozorom mało jest o seksie, sensu stricto.

 

[tu był obrazek, ale mylił i mieszał i powodował nieporozumienia, więc się zbył]


Zastanawiam się, jak fatalne świadectwo wystawia mi fakt, że scenę przytoczoną poniżej uznałam za seksowną i ekscytującą. 

 

 

No przecież, na zdrowy rozum, tak naprawdę nie powinnam - i to bynajmniej nie dlatego, że nie ma na horyzoncie żadnej bohaterki; raczej dlatego, że to jest przecież scena tak naprawdę z seksem (i seksownością) mało mająca wspólnego; ba, co gorsza, ma ona za to sporo wspólnego z psychiczną przemocą, próbą zastraszenia i generalnie z rzeczami mocno paskudnymi i robiącymi ludziom krzywdę.

Spora część czytelników pewnie ma mnie w tym momencie dość, bo, jakby to powiedzieć, przykładanie kryteriów rodem z realistycznych filmów o na przykład okropnościach wojny do, of all things, Bonda, jest jednak troszeczkę nieuzasadnione. Bez wchodzenia w szczegóły, zaryzykuję następujące stwierdzenie: scena, w której tego rodzaju zachowanie czarnego charakteru skończyłoby się tak, jak w The Shawshank Redemption (czy ja mówiłam, że najoględniej mówiąc nie przepadam?) odrzuciłaby mnie na kilometr; niemniej, tutaj, nagle wydaje się atrakcyjna. Bo co? Bo Bond, bo konwencja, bo Bondowi nawet jak (że przywalę z grubej rury) zagrożą gwałtem (albo kastracją? patrz ten odcinek w Nowym Orleanie Live and Let Die?), to co najwyżej odpyskuje bon motem, a nic złego stać mu się nie może? A może dlatego że Bond podejmuje grę? Grę nie tylko z czarnym charakterem (co by się mieściło w konwencji odpyskowywania), ale i grę z Bondem, z Bondowską konwencją? Dlatego, że what makes you think this is my first time? jest bodaj czy nie ostatnią możliwą ripostą, jakiej się możemy, znając reguły filmów o Bondzie, spodziewać?

Rozczaruję wszystkich chcących jasnej odpowiedzi: nie wiem, co zadziałało, pewnie wszystko powyższe po trochu (no bo przecież nie atrakcyjność fizyczna aktorów, żaden mi się nie podoba, choć obu sobie bardzo cenię). Niemniej, Skyfall zmusił mnie do powrotu do tej notki i do przejrzenia w myśli scen (około)erotycznych, które wydały mi się z jakichś powodów fascynujące, intrygujące, ekscytujące - no, po prostu seksowne.

Dwa zastrzeżenia. Po pierwsze, ta część będzie wyłącznie o kinie i TV: książki wymagałyby całkowicie, zupełnie innego podejścia. Po drugie, to będzie wpis o moim guście; ergo, nie o najlepszych scenach miłosnych ever, czy najsłynniejszych, czy najodważniejszych - proszę nie oczekiwać zdejmowania rękawiczek ani mordowania kochanka przez uduszenie w trakcie seksu, nic z tych rzeczy. Trochę wniosków ogólnych pewnie będzie, ale jak znam życie, wynikną one z analizy case studies i będą, zapewne, dość mało oryginalne.

I teraz tak: na początek zauważę, że nie ruszyła mnie, jako seksowna, ani jedna jedyna scena w True Blood. Ani w Spartakusie (prequelu, znaczy). Ani w tym kawałku Gry o tron, co to go widziałam. Nie wiem, może ten jeden z nielicznych naprawdę udanych cytatów z Sienkiewicza jest w moim przypadku trafiony i dziesięć tysięcy obnażonych dziewic rzeczywiście czyni mniejsze wrażenie niż jedna. Proszę bardzo, mogę oglądać aktorów i aktorki nago, chętnie docenię fizyczne piękno, ale mało co poza abstrakcyjnym docenieniem poczuję. Być może się za dużo naoglądałam greckiej i rzymskiej sztuki, gdzie przecież nagość bywa kompletnie odcięta od erotyki, stanowiąc atrybut bogów i herosów (w odróżnieniu od zwykłych ludzi), ale sceny we wspomnianych powyżej filmach, na czele z orgietkami, estetycznie są zwykle zupełnie ładnie zrobione, przeszkadzać nie przeszkadzają, ale ekscytować - nie ekscytują. W filmach typowo erotycznych (czy wręcz pornograficznych) z kolei aktorzy i aktorki są zwykle tak kompletnie nie w typie, który mi się podoba, że działa to jak najpotężniejszy antyafrodyzjak świata.

A jeżeli mogę jeszcze na moment wrócić do Skyfall: tam jest jeszcze jedna scena, którą mogłabym bez wahania nazwać erotyczną: ta, kiedy Bond każe Moneypenny się ogolić. daje Moneypenny brzytwę i zamiast ogolić się sam, prosi ją, by to zrobiła. I ta scena posłuży za pierwszy, wbrew pozorom, pierwszy punkt wyjścia, próbę udowodnienia tezy, która bardzo by mi się podobała, gdyby tylko była prawdziwa.

Ta teza jest następująca: żebym uznała scenę erotyczną za ekscytującą (a nie tylko nie przeszkadzającą w oglądaniu filmu, jak na przykład gros scen seksu w True Blood), między postaciami musi się coś dziać. Musi być między nimi jakieś napięcie, jakaś chemia, coś musi sprawić, że kiedy w końcu się, przysłowiowo, pocałują, to to będzie to, że się tak mało konkretnie wyrażę. Wracamy do starej dobrej teorii UST, innymi słowy.

No i mam na to, że tak mam, dowód dość niezbity, w postaci sceny, która przychodzi mi (mnie osobiście, właśnie mnie, mówię tutaj o swoich własnych reakcjach) do głowy jako absolutnie pierwsza, kiedy myślę o scenach miłosnych, które uważam za seksowne. A ma ona dość mało wspólnego z seksem. 

Pierwszy film uzupełniające serialowe X Files, zatytułowany Fight the Future (BTW, 1997, jedna z pierwszych recenzji, jakie sobie dla siebie napisałam i nigdy nigdzie nie opublikowałam) miał ponoć kończyć serial i zawierać rozwiązanie dręczącego fanów dylematu will they/won't they, że they will, znaczy. W tzw. międzyczasie Chris Carter zdecydował jednak o wycięciu z filmu scen, które by za bardzo mówiły, że they will, i zostało to: dialog tuż przed tym, jak do akcji wkroczy Obca Pszczoła.

SCULLY Why was I assigned to you? To debunk your work. To reign you in. To shut you down.
MULDER You saved me, Scully. As different and frustrating as it's been sometimes, your goddamn strict rationalism and science have saved me a thousand times; have kept me honest and made me whole. I owe you so much, Scully, and you owe me nothing. I don't want to do this without you. I don't know if I can.

A po dialogu prawie-pocałunek, nawet nie do końca zasugerowany: to jest dalej, i była od tamtych czasów, ta scena (miłosna bardziej niż erotyczna, z wyznaniem, chyba jedynym, na jakie na tamtym etapie było stać bohatera), to jest moje pierwsze osobiste skojarzenie (pierwsze w sensie hierarchii, nie chronologii), które przychodzi mi do głowy jako definicja pojęcia "ta scena miłosna, od której kręci mi się w głowie".  

Takich przykładów, kiedy scena miłosna robi na mnie wrażenie, bo jakoś tam czuję się wciągnięta w historię postaci, będzie bardzo, bardzo, bardzo dużo w II części wpisu, tej książkowej, ale i tutaj pewnie normalnie bym się do nich ograniczyła, podając jeszcze klika przykładów. Gdyby nie Skyfall.

Gdyby nie Skyfall i ta scena na filmiku powyżej. Bo jakoś przez nią sobie powiedziałam, że może pora przestać naiwnie wierzyć, że fascynują i ekscytują mnie tylko sceny, które pokazują, jak po tygodniach/miesiącach/latach (w fabule bądź w realu, patrz: seriale) czekania między postaciami nareszcie Coś Się Dzieje. I że w gruncie rzeczy całe mnóstwo z tych w sumie nie tak wielu scen miłosnych/erotycznych w kinie i TV, które uznałam za seksowne i ekscytujące, wcale, ale to wcale nie spełnia tego kryterium.

Spełniają za to inne, nie do końca niepodobne, które ma związek, tak na moje oko, z dwoma faktami: po pierwsze, z istnieniem między bohaterami silnych emocji, czasami od pierwszego wejrzenia i czasami niekoniecznie pozytywnych, po drugie - z faktem, że są ryzykowne.... nie, może nie tyle ryzykowne, co raczej nieoczekiwane, przekraczające jakieś tam granice (zwykle te postawione sobie przez samych bohaterów), w jakiś sposób niebezpieczne? Przy czym, dodatkowe warunki muszą być spełnione, bo z jakichś powodów (osobiste preferencje? jakość literatury) nie ekscytuje mnie 50 twarzy Greya, ani bohaterka Jacqueline Carey (ultramasochistka) ani żadna ze scen w żadnych Nagich instynktach czy Dziewięciu i pół tygodniach, i to pomimo faktu, że generalnie rzecz biorąc, dobrze _pomyślana_ (to po pierwsze) erotyka w kinie to jest coś, co lubię; albo raczej, lubiłabym, gdyby bywało jej więcej.

No i jest jeszcze jedna kategoria, taka, gdzie większość rzeczy pozostaje niedopowiedziana, żadne słowa "na temat" nie padają, nie ma nawet takiego prawie-pocałunku, jak w mojej X-File'owej scenie, ale ekran aż kipi od emocji i (tłumionych, mniej lub bardziej) erotycznych pragnień i skojarzeń. Połowa ludzkości, jaką znam, wymieniłaby tu albo scenę mycia włosów z Pożegnania z Afryką, albo tę z Wieku niewinności w powozie, a ja, na złość, te jakoś mało. Ale pewnie bym wymyśliła jakiś przykład (jest taka jedna scena w obiektywnie mocno średnim, a mnie nieodmiennie fascynującym The Mountains of the Moon), tyle że musiałabym całość streścić, a to trochę nie ma sensu, prawda? Wiadomo, o jaki typ scen chodzi. 

No i są jeszcze takie sceny, które wymykają się powyższej klasyfikacji, kompletnie nieerotyczne, niewiele z seksem czy nagością mające wspólnego, które uważam za ekscytujące cholernie i wyjątkowo, ale te już pozostaną moją słodką tajemnicą, jak podejrzewam. Ale może przy okazji wpisu o erotyczności w książkach przyznam się do własnych prób pisania scen miłosnych w opowiadaniach, co mi tam,   

 

EDIT: Zapomniałam o jednej kategorii niezwykle istotnej (wyleciała przy edycji, nie wiem, jakim sposobem: o scenach inteligentnego flirtu, z powodu których W OGÓLE znalazł się tu ten obrazek na samej górze. Ale let's have dinner i 50 znaczeń tańca w Doktorze powinny wystarczyć dla scharakteryzowania zjawiska.


(Jakby kto pytał, z filmów typowo erotycznych - no, artystyczno-erotycznych, bo za taki uchodził - preferuję Nine Songs, jak już muszę wybierać).

niedziela, 10 marca 2013

 

as in: tylko ona (z przeproszeniem dla wszystkich bowidów) nie zmienia poglądów.


 Krowa stąd: http://blog.timesunion.com/opinion/city-folk-moving-out-to-the-country/6635/cow-portrait/

(uwaga: konwencja cytowania tytułów - polski/angielski - odpowiada temu, w jakim języku pierwszy raz daną książkę czytałam. Oraz, spoilers, głównie do serii o Straży).

 

Consensus sporej części znającej mnie ludzkości na mój temat jest taki, że nie bardzo mam poczucie humoru. Świadczy o tym całe mnóstwo faktów: istnieją zarówno dowody pośrednie (lubię Wagnera, większość wielbicieli Wagnera ponoć nie ma poczucia humoru), jak i te wprost (nie lubię kabaretu, nie lubię dowcipów, zazwyczaj nie lubię filmowych komedii - nawet Rejsu nie lubię, ani Jak rozpętałem II wojnę światową, nie żeby tylko romcomów i American Pie). Istnieją wyjątki - literackie obyczajowe komedie wolę zazwyczaj od tragedii (a już na pewno wolę w operze Cyrulika sewilskiego od Toski) - ale generalnie, miałam zawsze opinię osoby poważnej i dość poczucia humoru pozbawionej.

Oczywiście, wśród znajomych dokładał się do tego fakt, że nie czytywałam Pratchetta.

Nie, że nie lubiłam - żeby czegoś nie lubić, trzeba to jakoś trochę przynajmniej znać. A ja z całej twórczości autora miałam do niedawna przeczytane jedynie ukochane Good Omens, zdecydowanie lubiane Witches Abroad i Maskerade, przerzucone pośpiesznie Piramidy oraz poznany przy okazji pierwszej publikacji w Nowej (już chyba) Fantastyce Kolor Magii.

I właśnie przez ten Kolor, że sparafrazuję poetę, neurastenia cała.

Bo ja przeczytałam porządnie te lata temu, a potem przymierzyłam się do tego po raz drugi jakoś przed czterema laty, i nic, i zero, ani uśmieszku (no, może mały, z Hruna Barbarzyńcy). Nic, nic w ogóle. Do tego wkurzał mnie Rincewind, wkurzał mnie Dwukwiat i mało obchodziła cała reszta. Stwierdziłam, że to nie dla mnie.

Potem moje Pratchettowe lektury były chaotyczne: Witches Abroad przeczytałam na imprezie u kuzyna, gdzie nie miałam co robić, a to była ta jedna książka na półce, która mnie jakoś tam interesowała; po Piramidy z kolei sięgnęłam przy okazji grzebania w obrazie Greków w popkulturze, a każdy, kto mnie choć trochę zna, wymyśli sam, z jakiegoż to powodu zainteresowałam się Maskerade(1)... Ale ciągle uważałam, że to nie dla mnie.

No i niedawno, z mocno podobnych powodów, co kiedyś po Maskerade, sięgnęłam (dzięki, Beryl!) po Night Watch. No i wpadłam, na tyle, że postanowiłam nie replikować błędu z przeszłości, nie próbować czytać całości, tylko zapoznać się z cyklem o Straży.

No i wpadłam, po raz drugi. Przekonując się przy okazji, że miałam mocno błędne poczucie, czym są (gatunkowo i stylowo) powieści Terry'ego Pratchetta.

OK, znając z historii Rincewinda tylko Kolor magii, a z wiedźm wyłącznie Witches Abroad, Maskerade i czytane właśnie Carpe Jugulum (a o pozostałych głównych postaciach mając pojęcie takie, jakie dają te znane mi już książki i obejrzenie połowy Going Postal w TV), nie mogę się na ich temat wypowiedzieć. Niemniej, po lekturze Guards! Guards!, Men at Arms, Feet of Clay, Jingo i - poza kolejnością - Night Watch, mogę już chyba zaryzykować pewne wnioski na temat tej konkretnej grupy powieści. 

No więc ja myślałam, że to są humoreski, te powieści. A nie, zupełnie nie. 

No pewnie, jest w nich mnóstwo humoru: słownego (od imion przez rozmaite gry słowne, aluzje, celowe obniżanie rejestru i stylu), sytuacyjnego, związanego z kreacją postaci, generalnie - jakiego kto sobie tylko zamarzy. Ale, jakby, ja to trochę nie za to przez ostatnie parę dni prawie bez przerwy czytałam.    

To teraz nie będzie, od razu ostrzegę, recenzji. Recenzje będą osobno, z każdej powieści po kolei (= plan maksimum, znaczy). Tu będzie raptem parę uwag.

Po pierwsze, gatunek i historie. Bo to jest dla mnie w tej chwili, przynajmniej na razie i na wyczucie, wbrew pozorom bardziej niż cokolwiek to (quasi)-prawie-steampunkowa seria powieści kryminalno-przygodowych. A to jest wszystko, co lubię, zwłaszcza, że jeżeli to _jest_ taki quasi-steampunk, to jest to pierwszy steampunk, który lubię za fabuły, a nie tylko za klimat. Te fabuły są inteligentne, momentami dramatyczne (jak historia z rewolucją i tajnymi służbami w Night Watch, dzieje i rola golemów w Feet of Clay), momentami komiczne (ahem, Nobby), pogrywające pomysłowo z problemami mniej lub bardziej współczesnymi (Jingo!), wciągające przy tym i - mimo częstego posługiwania się przez autora komicznymi schematami i formułami - nieoczywiste i zaskakujące.  

Po drugie, postacie. Czyli powód, dla którego czytam. I nie będę się wymądrzać ani wymieniać, za co kogo lubię, bo o tym będzie pewnie przy okazji poszczególnych recenzji. Powiem za to co innego.

Powiem, że niebotycznie mi imponuje to, jak Terry Pratchett zna ludzi, as in: ludzkość. Zna ich jak zły szeląg, z wszystkimi ich wadami, śmiesznostkami, głupotami, uprzedzeniami, zaletami, chwilami wielkości. Nie ma dla nich litości i nie ma co do nich złudzeń: ani co do tego, jak się potrafią zachować, wiedzeni instynktem stadnym (patrz: znowu Jingo), ani co do tego, że wbrew pozorom niewielu z nich chce tak naprawdę wolności, równości i braterstwa (głównie, jak zauważa Vetinari, ludzie chcą, żeby dalej było tak, jak teraz), ani co do faktu, że niewielu jest wśród nich, tak naprawdę, ludzi jednocześnie inteligentnych, porządnych i nadających się do życia wśród innych.  

Nie ma Pratchett litości ani złudzeń co do ludzkości - ale niewiele też jest wśród jego charakterów w tym cyklu postaci jednoznacznie, w oczywisty sposób negatywnych, do szpiku kości złych. OK, Carcer, choć, jak słusznie zauważyła w dyskusji na FB Ysabell, Carcer jest szalony; ale już taki Lupine Wonse jest słabym, małym człowieczkiem, który boi się tak strasznie, że zrobi wszystko,wszystko, byle przetrwać. Lord Rust wydaje się z kolei, o ile go już znam, nieskończonym wręcz bucem w najgorszym stylu imperialnej niekompetencji, tromtadracji i militaryzmu, ale ma przynajmniej pewne zasady, jakimi się kieruje - i tak dalej, tak dalej, tak dalej. Podobnie jest z postaciami pozytywnymi, które mają zawsze swoje wady, śmiesznostki i, że tak powiem, zwyczajności.

Zarazem, zarówno przy fabułach, jak i przy postaciach, Pratchett gra konwencjami gatunków, którymi się posługuje: wykorzystuje je i z miłością przywołuje, a jednocześnie je kontestuje, wykpiwa, przetwarza. Daje, na ten przykład, jednemu ze swoich bohaterów cudownie odświeżający w powieści fantasy pogląd na monarchię i monarchów, kreując jednocześnie drugiego na idealny, lekko tylko komicznie zabarwiony archetyp zaginionego potomka władców a la król tułacz, co wróci na stolicę, kochanego przez lud, obdarzonego natychmiast widoczną charyzmą. Nie ma złudzeń co do, powiedzmy, sensu wojny o ziemię albo dziejowej roli arystokracji i wielkich rodów, co genialnie widać w podejrzeniach Vimesa co po prawdziwych powodów, dla których tradycji genealogicznej w Ankh-Morpork strzeże wampir, ale też kreując szalenie przecież sympatyczną postać lady Sybil, daje jej mnóstwo standardowych cech typowych dla jej sfery; i tak dalej, i tak dalej, i przez to tak dalej ja utknęłam i już się cieszę, że mam jeszcze tyle czytania.  

 

(1) Żeby było precyzyjnie: sięgnęłam po Maskerade po tym, jak lektura The Phantom of Manhattan Forsytha wprawiła mnie w ciężką depresję grafomaniogenną.    

(2) Wyjaśnienie do języków lektury: nie mam nic do polskich przekładów, jakżebym śmiała, ale postanowiłam sobie, jednakowoż, poznać Pratchetta w stanie czystym, z jak najmniejszą ilością pośredników, jacy by znakomici nie byli. 

poniedziałek, 04 lutego 2013

Pomyśleć, że w założeniu miał to być blog wyłącznie o ortodoksyjnie pojmowanej literackiej fantastyce.

 http://www.fanpop.com/clubs/disney-crossover/images/29861825/title/disneys-evita-photo

 

Pod wpisem o Upiorze zrobiła się konkretna dyskusja, która na dodatek zaowocowała analitycznym wpisem Doroty Babilas, Drakaina się szykuje do morderczej recenzji z Les Misérables (a ja będę płakać, bo z nią o muzyce nie podyskutuję merytorycznie), a - zresztą przecież też z powodu Les Misérables - wpisy okołomusicalowe pojawiły się u i Fabulitas, i u Zwierza, i na Fangirls' Guide... słowem, tzw. blogosfera znowu rozmawia wszędzie o tym samym i na dodatek aktualnym, chociaż tym razem z rewolucją w tle (że zacytuję Fabulitas: sorry, hermetyczne). 

No i tak z tego wszystkiego postanowiłam, że może by była pora odezwać się o musicalach i jakoś się, no, powiedzmy, określić.

Po trochu piszę ten wpis dlatego, że chwilowo nie jestem w stanie od kilku musicalowych (OK, OK, Nędznikowych) melodii uwolnić - nie wymyślilibyście po dość chłodnym tonie mojej recenzji kilka notek temu, jak NIEWIARYGODNIE mnie ta muzyka (bo samą historię znałam od wczesnego dzieciństwa, mama opowiadała mi Nędzników jako plus minus ośmiolatce w charakterze bajki [jak ja miałam wyrosnąć na normalna osobę?], a potem były filmy, adaptacje dziecięce i powieść przeczytana gdzieś na początku liceum) trafiła i jak mi to nie daje spokoju (dla tych, którzy mnie naprawdę dobrze znają: ostatnia taka faza to było Wesele Figara).

Innymi słowy, postanowiłam napisać z tej okazji demaskatorski wpis musicalowy; demaskacja będzie, oczywiście, obejmować głównie mnie i moje pożal się Boże kompetencje. I gusta. Żeby było jasne, co lubię, co znam i co umiem, i w związku z tym - żeby wyszły moje (średniawe) kompetencje do pisania na ten temat.

 

Wersja skrócona wpisu: moje kompetencje są takie, że znam oczywiste oczywistości i mogę powiedzieć, że Dorota Babilas zna się genialnie na Phantomie we wszelkich wcieleniach, a jak ktoś chce coś wiedzieć jakimś musicalu, w tym o tych nikomu nieznanych, to polecam kontakt z Rusty Angel. Taż Dorota oraz Drakaina to również moje osobiste autorytety w dziedzinie opery. Dalej można nie czytać.

 

A teraz, jak kto chce więcej niż to, co w powyższym akapicie:

1. Muzyka

Muzyka - muzyka w ogóle, jako taka - jest moją prawdziwą wielką nieodwzajemnioną miłością. Nie umiem nic - ani grać, ani śpiewać, ani analizować muzyki, nic kompletnie, w domu moich rodziców słuchało się Czerwonych Gitar i Bułata Okudżawy, a edukacja muzyczna w szkole skończyła się na podstawówce, gdzie głównie uczyliśmy się tekstów piosenek i życiorysów kompozytorów. Za to od zawsze, od dziecięcych fascynacji jakimiś efemerycznymi gwiazdkami popu, nie mogłam bez muzyki, mówiąc górnolotnie, funkcjonować. I to bardzo różnej - dzisiaj już - muzyki, bo jakbym miała zrobić jakąś idiotyczną listę w rodzaju "10 utworów, bez których żyć nie mogę" to byłby tam i Radiohead (ukochany zespół, w przybliżeniu) i coś z Wesela Figara (ukochana opera), i Bob Dylan (ulubiony nie wiem co, geniusz muzyki-i-tekstu), i finał Upiora Lloyda Webbera (chyba że tytułowy utwór z  Sunset Boulevard), i jedna bardzo konkretna piosenka Ewy Demarczyk, i ostatnia część V Symfonii Beethovena, i - ostatnio - to, i... no, i widać, że eklektyczna jestem jak zawsze.
Co to znaczy? To znaczy, że muzykę odbieram jak ignorant, osłuchany jakoś tam, ale ignorant. Niewiele potrafię powiedzieć fachowego (dlatego jak Drakaina przejedzie walcem po Les Miserables, nie będę miała argumentów), bo pewnych rzeczy po pierwsze nie wiem, po drugie - nie słyszę, po trzecie - nawet jak słyszę, nie umiem opisać. To na początek, żeby było jasne. No i nie różnicuję na lepszą i gorszą, szacowniejszą i mniej szacowną, godną analiz i taką tylko dla przyjemności; nawet nie na dobrą - złą, bo się nie znam, raczej na moją - nie moją.
Na muzyce szeroko pojętej popowo-rockowej (wiem, termin bez sensu) znam się lepiej niż na operze (o muzyce symfonicznej przez litość nie wspomnę). Jasne: przesłuchanie tej ilości muzyki, którą przesłuchałam, daje człowiekowi pewien rodzaj wiedzy. Sopran od altu i kontratenora od kobiety na sam słuch odróżniam; operę barokową od Berlioza po stylu też rozpoznam, jak ktoś zaśpiewa koloraturę fatalnie - słyszę. Znam sporo melodii, które gdzieś mi się tłuką po głowie, i mam - zawsze miałam, wskutek zafundowania sobie, w wieku 14 lat, osobistego muzycznego wychowania na rocku progresywnym - jakiś rodzaj uwagi pozwalającej na skupieniu się na muzyce, śledzeniu jej i wychwytaniu powtarzających się motywów i passusów, co mi skądinąd sprawia wielką intelektualną przyjemność (co się dziwić, że mając to plus wstydliwe zamiłowanie do patosu, zakochałam się w Wagnerze od pierwszego przesłuchania Złota Renu).
A, i ta niewiedza nie zmienia faktu, że muzyka działa na mnie emocjonalnie jak mało co [przypomina sobie, jak jej łzy jak groch leciały przez cały finał Nędzników w kinie, w zasadzie od momentu śmierci Valjeana; jak zawsze, niezależnie od inscenizacji, płacze na KOMICZNEJ z założenia scenie rozpoznania w Weselu Figara, jak najgorszy nastrój potrafi jej zlikwidować mocno przecież ponure Street Spirit....]

2. Musicale

Tu też, w zasadzie, nie mam za wiele do powiedzenia, bo samego gatunku też nie znam jakoś dobrze. Moją przewodniczką była także i tu wspomniana już Drakaina, która prawie równo dziesięć lat temu - w ramach bycia moją najlepszą przyjaciółką - podzieliła się ze mną swoją fascynacją Phantomem. Ja wcześniej znałam tylko - z wersji filmowej - Evitę, która zrobiła na mnie kolosalne, autentycznie kolosalne muzyczne wrażenie; z Phantoma kojarzyłam chyba tylko utwór tytułowy, bo połowa gwiazd pop i nie tylko się do niego przymierzała. Drakaina mi tego Phantoma (nagranie londyńskie, z Brightman i Crawfordem) puściła i umarłam dla świata na kilka miesięcy.

Efektem takich początków był fakt, że musicale dla mnie w zasadzie do dzisiaj kojarzą się przede wszystkim z Andrew Lloydem Webberem i to o jego twórczości (i tylko o jego twórczości) mogę powiedzieć, że ją znam, łącznie z rzeczami nieco mniej popularnymi. Muzycznie z Lloyda Webbera zdecydowanie najbardziej lubię dwa musicale: Upiora i Sunset Boulevard. W kwestii tego pierwszego prawdopodobnie zgadzam się z Dorotą - jest to muzycznie chyba najwybitniejszy musical, ever, w sensie zarówno melodii, tematów, jak i tego, jak kompozytor bawi się nawiązaniami do stylistyki opery różnych epok (kolejne fikcyjne dzieła) [ale zapytajcie mnie jeszcze raz o ten najwybitniejszy ever za parę miesięcy, jak będę umiała spojrzeć na Nędzników inaczej i troszkę bardziej obiektywnie niż w tej chwili, kiedy to jest soundtrack do moich snów]. Moją miłość do Sunset Boulevard po części tłumaczy pewnie miłość do filmowego pierwowzoru (to jest film, który pewnie byłby nr 1 na jakiejś idiotycznej liście "Najwybitniejszych osiągnięć kina wg Ninedin", że się przyznam). Scena konfrontacji z Normą i w końcu śmierci Joe Gillisa w musicalu jest, jak dla mnie, jednym z tych fragmentów muzyki, które będą mi pewnie towarzyszyć zawsze, zawsze.



 

Kiedyś numerem 1 lub 2 na tej liście byłaby zapewne Evita, ale mało który kawałek mojej ulubionej kiedyś muzyki przejadł mi się tak bardzo, jak stylizowane na latynoskie klimaty piosenki z Evity; dalej uważam, że to jest bodaj czy nie najlepsze libretto, w sensie charakterystyki postaci, w historii, dalej nie wyobrażam sobie swojej listy musicalowej wszechczasów bez A New Argentina, ale faza na resztę piosenek - a Evita jest chyba w sumie tak naprawdę playlistą z wyjątkowo hitowymi i udanymi piosenkami - jakoś mi przeszła. Takoż, zresztą, Jesus Christ Superstar choć, jak znam życie, wróci.




 

No i właśnie - poza Lloydem Webberem znam tak naprawdę niewiele. Z jego twórczości jeszcze lubię (dość) Koty i jakieś kawałki z Józefa plus pojedyncze rzeczy z innych musicali (i nie znam Love Never Dies, powieści Forsytha, która była inspiracją, nie cierpię jak zarazy, uważam za najgłupiej pomyślaną kontynuację w historii i odrzuciło mnie od muzyki na myśl o tekście). Znam, oczywiście, klasykę, jakieś Kiss Me Kate i tym podobne My Fair Lady EDIT czy inne Hair, West Side Story i Skrzypka na dachu. Generalnie, jeśli coś było bardzo głośnym filmem (Chicago, Moulin Rouge), to to znam, z racji faktu, że mnie generalnie kino jakie takie interesowało swego czasu maniakalnie /EDIT; ulubioną guilty pleasure natomiast jest dla mnie niewątpliwie Taniec wampirów, a konkretnie - jeden jego kawałek. A, Taniec to też jedyny (!) musical, jaki znam po polsku, nawet mam płytę. 



Dodam jeszcze, że znam mało co poza tym (Rent słyszałam, ale nie znam dobrze, Notre Dame de Paris przesłuchałam raz, wczoraj, i tak dalej), że nie widziałam ani nie słyszałam ani kawałka z Metra i że pierwszą musicalową płytą, jaką miałam w domu, była filmowa Evita.

W kwestii musical versus opera mam trochę podobnie jak w kwestii adaptacji filmowych: rozdzielam. Nawiązując do ostatnich szaleństw: OK, Bryn Terfel to jeden z tych śpiewaków operowych, których uwielbiam dość bezkrytycznie. I OK, Stars z Nędzników zaśpiewał świetnie, ale to nie znaczy, że dla mnie nagle przestaną istnieć wersje śpiewane w innej, bardziej musicalowej manierze.



 

3. Fabuły i teksty piosenek

A jak już jesteśmy przy Evicie, jedno mi nie przeszło: do dzisiaj uważam, że to, jak Tim Rice napisał w tym musicalu postacie, z których żadna nie jest ani dobra, ani zła, jak napisał Evę, chorobliwie ambitną i narcystyczną, nieznośną i genialną w swoim bezwzględnym dążeniu do kariery, dziewczynę, której przy tym nie można nie współczuć, i nie można jej nie podziwiać, której się kibicuje mimo tego, co sobą reprezentuje i kogo wspiera (bo jaki charakter ma "rząd" Perona i na kim się wzoruje, widzimy w musicalu wyraźnie: he began in the army out in Italy so/ saw Mussolini's rise from the very front row) to jest dramatyczne, teatralne mistrzostwo.  

Lubię postacie z Phantoma, choć pewną rzecz na temat Raoula de Chagny dopiero dzisiaj uświadomiła mi Dorota Babilas; uwielbiam tekst Sunset Boulevard. Generalnie, ja nieprzypadkowo jestem z zawodu tym, czym jestem - fabuła, historia są dla mnie kluczowe, zawsze, nawet przed muzyką: ta ostatnia działa na mnie emocjonalnie (nie znam się, pamiętajcie, odbieram emocjami), te pierwsze - intelektualnie, a jest oczywiste, że ja jako ja jako ja zawsze za ważniejszy i pierwszoplanowy dla mnie osobiście sposób odbioru uznam to drugie.


4. Na dzień dzisiejszy

I tu powinno być o tym, czemuż to Les Misérables są chwilowo soundtrackiem do mojego dnia i nocy, ale to jednak nie dzisiaj, bo dzisiaj to ja nic koherentnego poza redthebloodofangrymenthisIswearbythestarsonedaymore nie powiem, niestety.


5. Prośba

I na koniec prośba. Zwłaszcza do tych, którzy znają się lepiej. Pewnie, proszę o dyskusję, jeśli będzie o czym, ale proszę też o porady, czego jeszcze powinnam posłuchać. Poprosiłam tak kiedyś o porady operowe i życie mi się od tego zrobiło lepsze, może i tym razem zadziała.

sobota, 07 kwietnia 2012

Dzisiaj - już prawie świątecznie, w sensie, że wpis klecony w przerwach od porządków - pozwolę sobie na moment wrócić do kategorii "To lubię" i powiedzieć parę słów o tym, że lubię operę.

OK, oszukuję. Już to powiedziałam - na blogu, który na takie rzeczy jest przeznaczony, i który leżał sobie w kącie i zarastał kurzem przez grubo ponad rok, aż go w końcu reaktywowałam. Tutaj wolę pisać analizy - tam wrzucam sobie listy, zestawienia i spam obrazkowo-filmikowy. Ergo, jakby kto chciał wiedzieć (świątecznie czy nie), co lubię w kategorii "opera", to serdecznie zapraszam. 

 

http://fr.wikipedia.org/wiki/Henri_Fantin-Latour

 

 

EDIT: Dołożyłam jeszcze część II tego samego wpisu, tym razem - z samym Mozartem. I jest dłuższa od poprzedniej. No cóż.

 

Antoine Watteau; źródło: wikipaintings

poniedziałek, 18 lipca 2011

Jechałam dzisiaj do kina z planami, jakiej to ja notki nie napiszę: wszystkie poprzednie części filmu specjalnie odświeżone, książki przypomniane, słowem - pełna gotowość do pracy. No ale. Nie będzie jednak dzisiaj eleganckiej analitycznej notki, choć mogłaby być, bo film się przecież o nią prosi: i przez to, że wreszcie zobaczyłam, po co jest 3D, i przez kolory, i przez to, jak fantastycznie Helena Bonham Carter gra Hermionę, i przez http://niezlekino.pl/tag/harry-potter-and-the-deathly-hallows-part-iiscenę z duchem Heleny Ravenclaw, przez to, jak świetnym pomysłem jest rozegranie części walki Harry'ego i Voldemorta jako czysto fizycznego pojedynku, osobistej konfrontacji (oh, yes, it's personal)... Nie będzie dzisiaj (jeszcze) recenzji, bo ja jednak chyba muszę trochę ochłonąć: to jest kawał mojego życia, jakieś ostatnie, plus minus, trzynaście lat, w końcu. Pamiętam, jak pierwsze tomy tłumaczyłam a vista młodszemu bratu, nieraz po pół nocy, kryjąc  się przed mamą (pierwsze cztery tak przeczytaliśmy, kończąc Goblet of Fire jakoś na dniach, tuż przed moim wyjazdem do Oksfordu jesienią roku 2000). Pamiętam, jak już mając własne mieszkanie w Krakowie, przyjechałam podczas wakacji, by odebrać zamówione w Empiku Deathly Hallows i czytać przez dwadzieścia trzy godziny, z jak najkrótszymi przerwami na jedzenie i łazienkę; i pamiętam chodzenie na wszystkie kolejne filmy, tak szybko, jak się tylko uda po premierze. W odróżnieniu od wielu blogerów piszących o filmie, ja nie dorastałam z powieściami J. K. Rowling, bo w późnych latach 90. byłam już dwudziestoparolatką - ale na pewno dzięki tym książkom byłam i jestem jakoś szczęśliwszym człowiekiem. Tak więc porządna recenzja będzie kiedyś, dzisiaj jest tylko - wow i do widzenia.     

 

PS. I jednak się nie kończy - dzisiaj po kinie ja i Tomek któremu wtedy czytałam (a który ma dzisiaj 22 lata) snuliśmy plany, kiedy to zaczniemy czytać Pottera naszej, obecnie półtorarocznej, bratanicy...

niedziela, 08 maja 2011

Czyli karnawał. Czyli polecenia i podziękowania. Ale ja dzisiaj znowu o tym samym.

Gdyby nie Cedroo, dzięki któremu dowiedziałam się, co to jest karnawał blogowy, nie byłoby tej notki. W ogóle, gdyby nie czytanie  cudzych blogów, to bym dawno, dawno przestała pisać własny. To jest moja lodówka z magnesami (c) ninedinGdyby nie blogujący koledzy i koleżanki, często nawet bym nie miała o czym (nawet nie chce mi się wymieniać, ile rzeczy przeczytałam czy obejrzałam w ostatnich latach z blogowego polecenia).

Gdyby nie blogi, nie miałabym dzisiaj - konkretnie dzisiaj, ósmego maja roku dwutysięcznego jedenastego - takiego dzikiego chaosu w głowie. Nie zastanawiałabym się nad relacją tekstu Sounds of Silence do faktu określenia przez bohatera bohaterki per Mrs. Robinson, nie rozważała, jak bardzo możliwe jest bycie trochę w kwantowej ciąży w kontekście istnienia Władcy Snów i nie łamała sobie głowy, czy tytuł Silence in the Library był już w 2008 tak znaczący, jak mógłby się wydawać dzisiaj. Gdyby nie wpisy i nie linki w linkach w linkach u blogowych znajomych w ogóle bym nie miała problemu pt. Czy kiedy Steven Moffat poprosił o zostawienie postaci Jenny córki Doktora przy życiu, to miał już jakiś Chytry Plan Na Przyszłość i czy to znaczy, że ją jeszcze zobaczymy i jako kogo? Nie spędzałby mi snu z powiek problem, czy słowa River o tym, jak to rozmaite rasy zabijałyby się o ciało Time Lorda, choćby martwe, mają jakieś głębsze znaczenie w kontekscie ewentualnie sklonowanej i na pewno umiejącej się regenerować małej dziewczynki. Nie miałabym etyczno-recenzenckich dylematów typu: Czy facet, który nie nosi broni, może szczuć ludzi do mordowania morderców (a szczuje ich w  ogóle?) i czy wierzę w to, jak mi to zostało pokazane. I nie robiłabym szybkich podsumowań, który odcinek V sezonu był najważniejszy dla ciągu dalszego? Ten z wampirami, gdzie zapadła Cisza? Ten z quasi-Tardis w domku na przedmieściach? I te ostatnie dłuższe wzmianki o tym, jak Rory czekał i był Rzymianiem, czy one mają jakiś głębszy sens fabularny? River jest żoną Doktora? Córką Doktora? Córką Rory'ego? Córką Amy? Córką dowolnej kombinacji wyżej wymienionych? Dziewczynką ze skafandra?  Susan Foreman, córką Susan, Ramoną, Masterem (i to dlatego pan Sherlock ma poczekać w kolejce do tej roli)? I jaki tak w ogóle jest Doktor w obecnej postaci?
Ha! Samej połowa z tych rzeczy nie przyszła by mi do głowy. 

Ponuro by mi było, i nudno, i smutno, gdyby nie blogi: musiałabym cały czas przejmować się wyłącznie poważnymi sprawami, a ja jedna (może poza najbliższymi przyjaciółmi) wiem, jak dużo poważnych i nie zawsze  pozytywnych spraw działo się ostatnio w okolicach mojego życia prywatnego. Ale poprawia mi nastrój, że mogę, przez te w sumie 3-4 godziny w tygodniu, pogrzebać sobie po blogowisku i znaleźć kolejną pożywkę dla aktualnej obsesji; pożywkę, którą potem przemyśliwuję sobie w łóżku przed zaśnięciem albo w łazience pod prysznicem albo w zatłoczonym autobusie do centrum, albo przegaduję z też piszącymi blogi przyjaciółmi w realu i jest mi przez to jakoś fajniej. Dzięki, osoby z blogrolki, nie tylko za wpisy cytowane tu i teraz.   

 
1 , 2
| < Wrzesień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  
O autorze
Zakładki:
Autorzy
Blogi
Miejsca: różne
Omnia mea
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...