Ad fontes

poniedziałek, 13 czerwca 2016

Nie, wróć. Reaktywacja to trochę za słabe określenie. W tym przypadku potrzeba chyba byłoby trochę bardzo solidnego zombie proszku, Hmm. Najlepiej takiego, jakim ożywia się Imhotepów czy inne martwe od tysiącleci mumie.

No więc jak od tysiącleci, to od tysiącleci. Niniejszym otwieram cykl antyczny na tym blogu.

 


Jest tak. O Eurypidesie słyszał każdy, n'est-ce pas? Ale pewnie nie każdy go czytał, a jak czytał, to dopóki a) nie studiuje czegoś odpowiedniego, w rodzaju teatrologii, filologii klasycznej czy innego podobnego, lub b) nie interesuje się, bo tak i bo lubi – to niekoniecznie czytał wszystko.  Ma sporą szansę znać, powiedzmy, Medeę i znacząco mniejsze takiego, powiedzmy, Jona czy Andromachę.

Ja mam tak, że studiowałam tę odpowiednią rzecz i że – lubię. Lubię dramat i lubię Eurypidesa. A że już naprawdę daaaaawno, daaaaaaaaaaawno temu obiecałam na tym blogu cykl antyczny, to proszę bardzo, zacznijmy z nowym wcieleniem bloga. Zacznijmy od Eurypidesa, bo tak. Bo akurat mam fazę na dramat, bo od czegoś trzeba zacząć, bo mamy polski przekład, wreszcie – bo to, cholera, jest naprawdę świetny pisarz.

Od razu uprzedzam: tak, jestem filologiem klasycznym. Tak, zdarzało mi się prowadzić zajęcia z okolic dramatu greckiego. Nie, to nie będzie w żaden sposób tekst naukowy ani opis stanu badań ani odczytanie biorące pod uwagę wyniki rozlicznych analiz przeprowadzanych przez uczonych. To, moi drodzy, jest reklama czytania. Reklama czytania greckiej tragedii. Reklama czytania tragedii Eurypidesa. Reklama czytania, dodajmy, stosunkowo mniej znanych jego tragedii.

Weźmy, na pierwszy ogień, tragedię o gwałcie i (pozornym) dzieciobójstwie, z happy endem.


Zacznijmy może od zdemolowania jednego literaturoznawczego mitu, OK? Mitu o micie. O tym, że greccy tragicy czerpali z mitu, ale go nie przetwarzali, nie pisali na nowo. Mem miewa się nie najgorzej w szkołach (na uniwersytetach już chyba jednak na szczęście nie funkcjonuje), a o tym, że jest, jak piracki kodeks, more what you'd call "guidelines" than actual rules, przekonuje między innymi właśnie Jon.

No bo cóż mit? Mit, w wersji najbardziej przed panem E., popularnej, mówi: Królem Aten był Erechteusz, pół-wąż zrodzony bez matki, podopieczny Ateny (jest o jego poczęciu osobny niesmaczny mit, innym razem opowiem). Tenże, dla dobra kraju, złożył w ofierze swoje córki; oszczędził tylko jedną, Kreuzę. Ona to została następnie wydana za króla sąsiedniej wyspy Eubei, Ksuthosa. Urodziła mu syna, Jona, który ożenił się, miał dzieci i został królem i od którego biorą nazwę Jonowie, greckie plemię zamieszkujące m. in. Attykę. End of story, i w historii samego Jona na tragedię materiału jakby trochę mało.

Eurypides zaś… Eurypides, kiedy gdzieś między rokiem 414 a 412 p.n.e. zabierał się za komponowanie tekstu i muzyki do Jona, opisał w nim znacznie bardziej dramatyczną wersję mitu. Ile w nim sam wymyślił, szczerze nie wiem, bo też nie ma skąd wiedzieć; niemniej, to, jak zdecydował się temat ująć, jest już na pewno jego własne.

Jest, proszę państwa, wiosna w mitycznym bezczasie; z jednej strony, świat jest młody i bogowie chodzą po ziemi wśród ludzi, z drugiej – Delfy, z ich budowlami i świątynią, wyglądają jak w tym roku, kiedy Ateńczycy oglądają w teatrze sztukę Eurypidesa. Zaczyna się sztuka. Za moment Hermes, boski posłaniec, opowie nam, co było wcześniej.

W będącym prologiem sztuki monologu Hermesa słyszymy po raz pierwszy opowieść, która w tym dramacie wraca jak leitmotiv, powtarzana wielokrotnie przez liczne postacie. Kreuzę, ateńską królewnę, zgwałcił Apollo w jaskini; zawlókł ją na odludzie i tam dopuścił się gwałtu. Kreuza… Kreuza nie bardzo miała co zrobić. Była jedyną córką, jedyną dziedziczką ojca po tym, jak jej siostry złożono w ofierze za pomyślność kraju. Nie mogła powiedzieć ojcu, że została zgwałcona, a tym bardziej – że zaszła w ciążę; zabronił jej Apollo, ale bronił też instynkt samozachowawczy i wiedza, co by ta wiadomość zrobiła z życiem jej i jej rodziny. Kiedy przyszedł czas, w samotności urodziła syna; zawinęła go w pieluszki i położyła w skrzyni, w której w niemowlęctwie trzymano jej ojca-smoka; zaniosła go do jaskini, w której została zgwałcona, i tam zostawiła na śmierć. Z tym – z tą wiedzą, że jest jedyną ocalałą z sióstr, ofiarą gwałtu, zabójczynią syna i że nikt się nigdy nie może dowiedzieć, Kreuza musiała żyć długie, długie lata. I co z tego, że to ostatnie nie było prawdą, że Apollo zadbał o syna, uprosił Hermesa, by ten zaniósł niemowlę pod drzwi delfickiej świątyni i zostawił tam jako widomy znak od boga, kapłance na wychowanie? Przez osiemnaście lat Kreuza o tym nie wiedziała.

Do tego wszystkiego, z czym musiała żyć, doszło jeszcze jedno. Tak, oczywiście, że Kreuzie wybrano męża; tak, podobnie jak w regularnej wersji mitu, był nim Ksuthos, król Eubei, dla niej troszkę, hmmm…. barbarzyńca?  Nie całkiem jej równy? Kim by nie był, Ksuthos chciał od żony przede wszystkim jednego – syna. Syna, następcy. A Kreuza wiedziała aż za dobrze, skąd się wzięła klątwa, która ją prześladowała, klątwa niepłodności; wiedziała, bo przecież żyła od lat z wiedzą o zmazie dzieciobójstwa, jaką na siebie sprowadziła.

Taaa. A potem Ksuthos w końcu wymyślił, skąd się dowiedzieć, czemu nie ma dzieci i skąd niełaska bogów. Jasne. Trzeba, oczywiście, pojechać do wyroczni, do boga wyroczni. Trzeba zapytać. I dlatego właśnie Kreuza musiała udać się z mężem do Delf, do domu, ze wszystkich bogów, Apollina. Nic dziwnego, że kiedy Jon ją zobaczył – nieznaną mu damę w średnim wieku, świetnie ubraną – pierwsze, o co spytał, to „Czemu pani płacze?”.  

Kreuzie świat właśnie walił się na głowę – nie dość, że musiała przyjechać tutaj, w to miejsce, do tego boga, to jeszcze za moment mąż dowie się, co zrobiła i nic już nie będzie takie samo. A musi się przecież dowiedzieć, bo jakże Apollo miałby skłamać pytającemu? Jestem w dwóch miejscach naraz, mówi Kreuza przez łzy do Jona, o którym nie wie, że jest jej nieżyjącym, dla niej, synem, płaczę, bo mi każą płakać wspomnienia. Moje ciało jest tu, mówi, a czytelnikowi/widzowi, który wie, robi się trochę zimno na myśl o tym, co ona musi w tym momencie wspominać; a mój umysł, dodaje Kreuza, jest w domu, w Atenach. Chyba nikt, kto to czyta, nie wątpi, gdzie w Atenach jest w tym momencie Kreuza, w której ciemnej grocie pod świętym wzgórzem Ateny, patronki miasta.
Eurypides miał w starożytności opinię raz mizogina, innym razem z kolei człowieka obsesyjnie kobietami zainteresowanego – trochę się trudno dziwić, zważywszy, jak dużo o kobietach pisał i jak nieoczywiste są jego bohaterki. W postaci Kreuzy udało mu się napisać wiarygodny, przekonujący portret kobiety straumatyzowanej, skrzywdzonej, a jednocześnie – zdesperowanej i załamanej, co jest zawsze niebezpieczną  mieszanką. Och, Apollo wie, że nie mam dzieci, mówi Kreuza do Jona, zapytana przezeń o rodzinę, a mnie się zawsze wtedy chce trochę płakać, trochę krzyczeć. Tak jak w tym momencie, kiedy opowiada Jonowi o tym, co się stało między nią a Apollinem, co spotkało dziecko – ale, oczywiście, nie mówi o sobie, bo jakże by mogła; mówi o przyjaciółce, którą to spotkało, bo nie umie i nie może mówić o swoim własnym nieszczęściu.

Jest więc Kreuza matką-niematką, która nie wie, że to dziecko, przez które tyle przecierpiała, żyje, że je inna matka-niematka, Pytia, starsza bezdzietna kobieta ubierana w stroje dziewczynki, kapłanka i powiernica Apollina, wychowała w świątyni jego boga-ojca. Za chwilę zaś Ksuthos okaże się ojcem-nieojcem, bo, oczywiście, jakże byśmy się mogli spodziewać, że Apollo nie kłamie. Kłamie, ba, łże jak z nut – wmawia królowi, że owszem, żona mu syna nie dała, ale on go sobie sam wcześniej zdążył spłodzić, jeszcze za kawalerskich czasów, z jednonocnej przygody po pijaku. I że zaraz go spotka, tu, w Delfach – bo tak, pewnie, dobrze się domyślacie, Apollo zamierza wmówić królowi, że Jon jest jego synem i w ten sposób zagwarantować swojemu potomkowi tron i pozycję. Żadne z was nie odejdzie z wyroczni bezdzietne, mówi bóg ustami kapłanów do małżonków; a Kreuza tak bardzo liczy na jakąś szansę zakończenia swoich koszmarów, że obiecuje Apollinowi wybaczenie tego, co jej zrobił, jeśli tylko dowie się czegoś o swoim dawno, dla niej, zmarłym synu.

Wyobraźcie sobie jej rozczarowanie i wściekłość, kiedy dowiaduje się, że następcą jej ojca i męża będzie nieślubny, nie związany krwią z ateńskim rodem syn jej męża i nie-jej. Zapomina w tej chwili wściekłości, jak fajnym chłopakiem jest Jon. On ma jakieś osiemnaście lat – Kreuza mówi wręcz w pewnym momencie, że dziecko tamtej zgwałconej przyjaciółki byłoby w jego wieku. Jest sługą w świątyni, kocha przybraną matkę i czci boga, ale też nie waha się, z pełnym przekonaniem, powiedzieć, że Apollo zachował się ohydnie wobec „przyjaciółki” Kreuzy i że bogom nie wolno przekraczać praw, które nadali ludziom, a te prawa zakazują gwałtu. Jon sprząta w świątyni, zamiata podłogi i dba o czystość, ale jak trzeba, sięga po łuk, a strzela równie dobrze jak ojciec, bóg łuczników. Jest skromny, spokojny, lojalny i ma głębokie, naturalne poczucie, co jest sprawiedliwe, a co nie – znaczy, jest idealnym przyszłym królem z bajki. Ba, on nawet rozumie, że Kreuza go znienawidzi, i wie, że trudno jej odmówić do tego prawa.

No tylko że Kreuza nie chce dobrego króla z bajki, ona chce, żeby wreszcie przestało ją boleć; i nie, nieślubny syn męża nie załatwia sprawy. Do tego stopnia nie załatwia, że Kreuza jest gotowa zabić tego cholernego gówniarza, tu i teraz, bo więcej ona już po prostu nie zniesie.  We wstrząsającym monologu królowa zwraca się do niewiernego męża, do bogów i wreszcie do swego prześladowcy, Apollina:

A ciebie, panie pieśni,
śpiewającego przy lirze siedmiostrunnej,
z dźwięków rogu wydobywającego hymny,
ciebie, synu Latony, oskarżam tu, w świetle dnia.
Przyszedłeś do mnie; słońce lśniło w twoich włosach.
Zbierałam wtedy żółte kwiatki w podołek sukienki -
błyszczały tam jak światło poranka.
Zacisnąłeś dłoń na moim nadgarstku,
na mojej białej ręce,
i zawlokłeś mnie,
krzyczącą „Mamo, mamo!”,
do jaskini.
Tam – bóg i gwałciciel -
zmusiłeś mnie do wstrętnych, bezwstydnych rzeczy.
W rozpaczy urodziłam twojego syna,
w przerażeniu ja, matka, zostawiłam go w tym samym łożu,
w którym na mnie nieszczęsną to nieszczęście sprowadziłeś.
A teraz nie ma już tego chłopczyka, mojego i twojego synka -
jego ciało pożarły drapieżne ptaki,
a ty, ty sobie śpiewasz hymn ku własnej czci,
przygrywasz sobie na lirze.  
O synu Latony,
wzywam ciebie, przemawiającego ze złotego tronu,
głoszącego przyszłość ze swej siedziby w centrum świata;
i te słowa ci wykrzyczę do ucha:
ty cholerny tchórzu, ode mnie wziąłeś przemocą, co chciałeś,
mój mąż nic ci nigdy nie dał, ani odrobiny czci,
a ty oddajesz mój dom jego bękartowi?
I to kiedy mój syn, mój i twój własny,
nie żyje,
nieznany, martwy, rozszarpany przez drapieżniki,
jako maleństwo, w pieluszkach od matki?
Delos, gdzie cię matka wydała na świat, brzydzi się tobą,
i nienawidzi cię drzewko laurowe, rosnące przy palmie,
gdzie na świat przyszedłeś!

Długo by mówić o tym monologu, o jego ukrytych znaczeniach (jak choćby to, że fakt, iż ona oskarża go w świetle dnia, ma znaczenie, bo Apollo osobiście jest bogiem słońca – a ta uwaga o drzewku laurowym jest czymś więcej niż ozdobnikiem, laur-Dafne to nie kto inny, jak przemieniona w roślinę niedoszła ofiara Apollina-gwałciciela), ale co się rzuca w oczy przede wszystkim, nawet w tej mojej niedoskonałej parafrazie greckiego tekstu, to wściekłość, wściekłość i ból. I co z tego, że będzie happy end, że się wszystko dobrze skończy, że Hermes uratuje Kreuzę, nie-dzieciobójczynię, przed autentycznym aktem dzieciobójstwa i że oboje, Ksuthos i Kreuza, wyjadą z Delf z poczuciem, że są rodzicami – to, co zostaje w pamięci, to ta wściekłość i ten ból.

Ja… nie jestem jakąś namiętną fanką polskich przekładów Eurypidesa, nawet Łanowskiego – mam wrażenie, że momentami za bardzo łagodzą i uspokajają te teksty, robią kochanka z gwałciciela, uwodziciela z porywacza – ale i tak, jeżeli macie czas i jeszcze po tym, co przeczytaliście, ochotę – sięgnijcie po ten tekst. Szanse na zobaczenie go na scenie są nieduże, a przeczytać warto, choćby po to, żeby zobaczyć, jak cholernie aktualne greckie dramaty potrafią być, do dzisiaj. Do dzisiaj, niestety.  



niedziela, 07 czerwca 2015

Misiael zamówił u mnie notkę, a że Misiael to jeden z autorów, których sama bardzo lubię czytać, to oczywiście postanowiłam tę notkę szybko napisać. Szybko, póki coś mi nie zje resztek czasu.

 

Kyrene and Libya (British Museum)

Notka miała być o silnych kobietach w mitologii, konkretnie greckiej. Rzymianki zostają chyba na raz następny, bo jak znam życie, to jak zacznę o tych greckich, to nie skończę, póki Blox nie powie „wpis jest za długi”.

Zacznijmy może od jednego konkretnego faktu. Paradoksalnego.

Starożytna Grecja – a konkretniej Ateny od VI w. p.n.e. do hellenizmu (IV w. p.n.e), o których wiemy najwięcej; w takiej Sparcie niektóre sprawy wyglądały nieco inaczej – była zdecydowanie krainą mężczyzn. Mężczyzn, czyli osób dorosłych, wolnych, z prawem obywatelstwa. Reszta społeczeństwa miała – różnie, generalnie praw za bardzo nie miała; a przez prawa rozumiem tu zarówno prawa dotyczące uczestnictwa w życiu publicznym, jak i prawa, powiedzmy, obywatelskie. O życiu kobiety decydował ojciec, potem mąż; to on zarządzał majątkiem, on decydował, jej krzywda (np. zgwałcenie dziewicy) była krzywdą jego (konkretniej, jego honoru i mienia). W klasycznych Atenach (znowu, np. w hellenistycznej Aleksandrii bywało inaczej) zadaniem kobiet z elity społecznej (a o takich mówimy) było siedzieć w domu, mężczyzn poza mężem, synami, ojcem i braćmi nie widywać w ogóle i generalnie się nie wychylać.

Tak. A w mitologii greckiej wygląda to nieco inaczej. Tam mamy i kobiety-królowe, i kobiety-przywódczynie, i żony, które mieszają się do spraw państwa, i kobiety-wojowniczki… Nie pytajcie mnie, dlaczego – nie wiem. Nie wiem nie ja jedna: kwestia pochodzenia mitologii greckiej, kwestia obrazu kobiet w niej, kwestia jej charakteru są, owszem, powszechnie i często dyskutowane, ale do konkluzji daleko.

Może więc zamiast teoretyzować, popatrzmy na kilka przykładów tego, jak grecka tradycja literacka (bo pamiętajcie, mówimy o mitologii w jej literackich opracowaniach, nie o pierwotnych mitach; to, co mamy, jest mocno przetworzone przez literackie konwencje, gatunki i pomysły konkretnych autorów.   


ARTEMIDA

Greckie przysłowie mówi zacznijmy od Zeusa, w sensie – od tego, co najważniejsze, a ponieważ mówimy o pewnym specyficznym typie bohaterek, to zaczniemy od Artemidy. Większość z nas kojarzy ją ze szkoły – wredna, antypatyczna, mordercza bogini łowów z łukiem i wiecznym wkurzeniem na świat. Podstawowa, jednak, rzecz do wyniesienia z dzisiejszej notki jest taka: szkoła zmyśla. Nie, wróć, nie zmyśla. Szkoła uczy memów. A mem o Artemidzie wygląda tak:

 

Diana z Wersalu wg Leocharesa


A tymczasem… a tymczasem musimy przez moment pomyśleć jak Oni. Jak Grecy, których mitologia i religia (a to bardzo, bardzo, bardzo nie to samo!) była zasadniczo różna od tych religii, z którymi dziś najczęściej się spotykamy dookoła nas; monoteistycznych, dualistycznych, ze skanonizowanym zestawem dogmatów.

Zapomnijmy o memie. Popatrzmy na boginię.

Artemida, córka Latony i Zeusa; jej matka, Latona, w podręcznikach mitologii jest zdegradowana do roli jednej z kochanek władcy Olimpu. W rzeczywistości była zapewne jedną z bogiń natury, potężnych władczyń żywej przyrody i ucieleśnień idei macierzyństwa/płodności; jak Gaja, Rea, Demeter i Kybele, Latona personifikuje boginię-matkę, potężną, groźną, opiekuńczą i macierzyńską jednocześnie.

Latona urodziła Zeusowi bliźnięta, starszą o sekundy córkę i młodszego syna. Grecy wywodzili imię tej córki, Artemis (nasza Artemida jest od dopełniacza, Artemidos), od słowa ἄρταμος artamos, ‘rzeźnik’, choć językoznawcy woleliby etymologię od frygijskiego *arta, święta, co czyniłoby z niej, dość prawdopodobnie, także inkarnację Matki Natury, ewentualnie od niedźwiedzia, arktos, zwierzęcia kluczowego w jej kulcie.  Kult bogini był panhelleński – czczono ją w całym greckim świecie – i bardzo, bardzo stary, obecny prawdopodobnie już w okresie minojskim na Krecie, u zarania greckiej cywilizacji.   

Ponieważ na moje szczęście to jest wpis, a nie wykład, mogę spokojnie pominąć całe mnóstwo detali i przejść do tego, co ważne, czyli do paradoksalnego, dla nas, charakteru Artemidy. To jest, oczywiście, wedle naszego pierwszego memetycznego skojarzenia, bogini-dziewica, serdecznie nie znosząca a) mężczyzn, b) kobiet, które mężczyznom ulegają. Stąd mity o kobietach ukaranych przez nią za zdradę ślubów panieńskich, stąd opowieści o okrutnym traktowaniu własnych towarzyszek, uwiedzionych przez kogoś z jej boskiej rodziny.

Ta nienawiść jest w pewnym sensie przewidywalna: Artemida jest boginią dzieci. Konkretnie, boginią dziewczynek. I boginią młodych zwierząt. Opiekuje się nimi – co spotyka tych, którzy np. zabiją na polowaniu ciężarną samicę zwierzęcia, mógłby opowiedzieć Agamemnon – a dziewczęta winne są jej cześć, aż do dnia, kiedy wychodzą za mąż (w Grecji klasycznej jako nastolatki), przestają być dziewicami i przechodzą pod opiekę innych bogiń: Afrodyty i Hery.

Ale Artemida nie tylko otacza opieką, Artemida też zabija. Jest potnia theron, panią dzikich zwierząt i opiekunką dzikiej natury, ale i boginią polowań; jest opiekunką dzieci i kobiet w ciąży – i tak, będąc boginią-dziewicą, jest też patronką porodów – ale i tą, która jest winna nagłej śmierci kobiet: to jej strzałom tę śmierć się przypisuje. Artemida jest też przecież wojowniczką – zresztą, przecież, wszystkie greckiej boginie są wojowniczkami, popatrzcie tylko na sceny gigantomachii albo na uzbrojoną Afrodytę! Jest boginią nieulękłą, okrutną, opiekuńczą i potężną; jest boginią, której wolno odrzucić mężczyzn i męski świat; w każdym aspekcie, jako wojowniczka i przywódczyni, równa swemu bratu Apollinowi.    


ATALANTA, KYRENE, PENTHESILEA

Na niedobór kobiet-wojowniczek grecka mitologia generalnie nie cierpi. Mamy Amazonki, plemię wojowniczych córek Aresa, będących przy tym postrachem wojowników: owszem, zdarza im się łagodnieć, jak uwiedzionej przez Tezeusza Hipolicie, ale częściej zdarza im się to, co Penthesilei: skopać w walce całe mnóstwo greckich herosów pod Troją, a jak zginąć, to z rąk Achillesa, którego, generalnie, pokonać tak za bardzo się nie da. Paradoksalnie, dla późniejszej kultury Penthesilea stała się bohaterką dziwacznej historii miłosnej, o zakochującym się w umierającej dziewczynie Achillesie (tak, ta historia ma też paskudne warianty z seksem w tle, nie pytajcie). Greckie heroiny-wojowniczki często zresztą mają taki schemat historii: walka-sukcesy-zwrócenie uwagi mężczyzny-zakochanie-… a potem, często, jeszcze coś. Tak jest z Atalantą: ukazana w mitologii często jako Arkadyjka (hint: Arkadia to najdziksza z krain Grecji i najgroźniejsza z nich, nie dajcie się nabrać rzymskim sielankom!), Atalanta była ofiarą selekcji noworodków; ojciec chciał syna, więc zbędną córkę kazał porzucić w górach; tam wychowały ją dzikie zwierzęta, a opieką otoczyła Artemida. Atalanta wyrosła na wojowniczkę pierwszej klasy – summa summarum, to raczej na pewno ona zabiła dzika kalidońskiego i fakt, że dowodzący łowami Meleager zdążył się w niej zakochać, nie zmienia faktu, że na swoją nagrodę zasłużyła. W końcu zabiła dzika.

A to jest ważne. Ważniejsze niżby się mogło wydawać. Ważniejsze dlatego, że zabicie dzika to nie takie sobie polowanie. Wszystko wskazuje na to, że zabicie dzika na polowaniu, pieszo, było w Grecji próbą inicjacyjną – najprościej i najbardziej trywialnie mówiąc, dowodziło, że mężczyzna jest już mężczyzną, a nie chłopcem. Tu mężczyźni raczej na pewno nie wygrali – a jeżeli nawet wygrali, to musieli tę wygraną współdzielić z Atalantą, kobietą dość dobrą, by wygrać w zawodach tylko dla facetów.

Pominę ten kawałek o tym, co było potem, o sporze, walce, rodzinnej tragedii, matczynej klątwie. Atalanta po tym wyczynie została zaakceptowana przez ojca – i, jak to bywa z ojcami, natychmiast zmuszona do małżeństwa. Nie chciała męża – kazała kandydatom ścigać się ze sobą w zawodach biegowych i zawsze wygrywała. Przegrała w końcu – jak mówią starożytni – tylko dlatego, że była ciekawska (rywal rzucał złote jabłka, a ona myślała, że zdąży je pozbierać i i tak wygrać), albo, jak sugeruje Katullus, bo chciała (jabłka były pretekstem, dała chłopu wygrać, żeby nie było, że się poddała).

Ale amazonki i Atalanta to nie jest wszystko, co nam mitologia grecka oferuje w kwestii silnych kobiet. Mamy jeszcze moją ulubioną bohaterkę, Kyrene, córkę nimfy i króla dzikich Lapitów, ulubioną córeczkę tatusia – ulubioną też dlatego, że najdzielniejszą ze wszystkich pasterzy, którzy paśli jego stada. Ale co ja będę gadać, Pindara wam lepiej zacytuję.

Lecz nie lubiła ona
tam i z powrotem chodzić koło krosien,
ani w domu urządzać przyjęć
wśród zabaw z towarzyszkami.
Walczyć lubiła oszczepem spiżowym
I nożem dzikie zabijać zwierzęta
Dużo cichego spokoju ojcowym zapewniając wołom
a na towarzysza łoża – słodki wybrała sen,
mało poświęcając mu chwil, kiedy już się chylił do jutrzenki.
Spotkał ją strzelający z daleka Apollo (…)
gdy sama i bez włóczni z potężnym raz zmagała się lwem.

(Oda pytyjska IX, przeł. M. Brożek)

Apollo poszedł do swego mistrza i zapytał, czy mu wypada ją podrywać, mistrz (centaur Chejron) lekko go opieprzył, że jest niepoważny, zaślepiony żądzą i że dziewczynę najpierw trzeba poznać, żeby się z nią móc żenić. No więc Apollo się zapoznał, oświadczył, ożenił (Kyrene jest jedyną bohaterką z miliona Apollinowych kochanek, którą się określa jako jego żonę) i zabrał żonę do Libii (boginię Libię mamy na obrazku na początku wpisu, jak koronuje Kyrene wieńcem). Tam założył dla niej miasto Cyrenę (gr. Kyrene) i tam Kyrene panowała, wychowując dzieci swoje i Apollina, wśród nich – Aristaiosa, boga pszczół, który odegrał paskudną rolę w historii Eurydyki i Orfeusza…

 

ARETA, KLITAJMESTRA, PENELOPA

 

No dobra, to teraz się przyznam. NIENAWIDZĘ memu pt. „mocna kobieta = wojowniczka, która umie skopać przeciwnika i generalnie robi Same Fajne Rzeczy, Które Normalnie Robią Faceci, słabe kobieciątko = matka i żona, co siedzi w domu i przędzie wełnę, robiąc Kobiece Drobiazgi”. A figę z makiem, przynajmniej w greckiej mitologii.

 

Penelopa z synem Telemachem


Było długo o wojowniczkach, to teraz będzie krótko o tych innych. Ani mi się ważcie zapomnieć, że Penelopa sobie przędła te swoje całuny (i przez spory kawałek czasu nabierała na to wszystkich), jednocześnie – o tyle, o ile mogła, najechana przez bandę zalotników – rządząc Itaką. I że my patrzymy na wierność małżeńską inaczej niż Grecy - a Odyseusz wybrał Penelopę nad nieśmiertelność i wieczną młodość z nimfą.
I może nie zapominajmy o Klitajmestrze – albo może lepiej zapomnijmy, póki nie napiszę o niej notki, bo to jest fascynująca postać. No i nie zapominajmy o królowej Arete z wyspy Feaków, ukazanej w Odysei: jej córka, Nauzykaa mówi Odysowi wyraźnie, że to matka, a nie ojciec, zdecyduje, jaki będzie jego dalszy los…

 

To co, jaka notka następna? O rzymskich twardych dziewczynach czy o tych najbardziej skrzywdzonych bohaterkach mitologii greckiej? Czy o kwestiach płci (bogów i herosów, znaczy)  i tego, co z nią mitologia grecka potrafi zrobić?

 

Misiael, stworzyłeś potwora i zainaugurowałeś ten antyczny cykl, który od dawna obiecywałam.



poniedziałek, 05 stycznia 2015

... i za co go kocham.

 

Aleksander bada dno morza; ilustracja z manuskryptu,
XV w.; British Library

 

Pozwólcie, że się powtórzę i powiem to, co już powiedziałam w paru miejscach: w ramach wyzwania czytelniczego na rok 2015 postanowiłam przeczytać 52 różne teksty Romansu o Aleksandrze (lub wersje legendy Aleksandra Wielkiego, będące częścią innego dzieła, typu średniowieczna kronika, albo inne teksty o Aleksandrze, typu poematy?).

W zabawę zaczęłam się bawić na fejsbuku (ale będą też tutaj), po czym wypłynęła kwestia, czym jest tak w zasadzie Romans o Aleksandrze.

Jak zapewne wiedzą stali czytelnicy tego bloga, nader często, zanim zacznę o czymś pisać, zarzekam się tutaj, że nie jestem specjalistką i i się nie znam. No tutaj akurat nie mogę: właśnie wlazłam na swój ukochany temat naukowy. W związku z czym, oczywiście, mam problem: jak, do cholery, napisać tę notkę bez przypisów i bez co najmniej 40 000 znaków do dyspozycji. Znaczy, mam nadzieję, że mi wszyscy wybaczą, że upraszczam.

No to spróbujmy, byle krótko.

Wczesnym latem roku 323 p.n.e. w Babilonie, z bliżej nieznanych przyczyn, nad którymi debatują do dzisiaj historycy, umarł Aleksander III, syn Filipa, król Macedonii, faraon Egiptu i król królów. Którego, notabene, nikt jeszcze wtedy nie nazywał "Wielkim" (dzięki Wam, Rzymianie, za ten przydomek).

O historycznym Aleksandrze wiemy jednocześnie sporo i paradoksalnie - bardzo niewiele. Historycy nie mając w zasadzie z byt wiele materiału z czasów samego króla, badają jego sukcesy militarne, strategię, metodę na wygrywanie kolejnych bitew, spierają się o detale jego dojścia do władzy czy o specyfikę monarchii w Macedonii i przede wszystkim kłócą się o całościową ocenę działalności Aleksandra jako władcy (od absolutnego entuzjazmu W. Tarna po miażdżącą krytykę Briana Boswortha).

O niczym z tych rzeczy nie będziemy tutaj mówić. Bo też niespecjalnie akurat tu i teraz nas historyczny Aleksander interesuje.

Nasz - mój i Wasz, drodzy czytelnicy, którym się chce to czytać - Aleksander to Aleksander z mitu. Z legendy. Z opowieści, w której znajdziemy dziwaczne przemieszanie faktów i historii z najbarwniejszymi, najbardziej niezwykłymi fantazjami.

 

Olimpias i Nektanebo w postaci smoka;
Vincent de Beauvais, Miroir Histoire (Speculum Historiale),
Francja, ok. 1370-1380)

 

Powiedzmy sobie tak: w roku 323 p.n.e. umiera Aleksander. Na około III w. n.e. możemy datować najwcześniejszy grecki wariant Romansu.  Gdzieś między tymi datami - wielu badaczy twierdzi, a ja się z nimi zgadzam, że raczej wcześniej niż później - ukształtowała się grupa legend, mitów i opowieści o niezwykłych czynach króla; luźno zahaczona o fakty historyczne, ale nader śmiało sobie z nimi poczynająca. Aleksander bywał w nich (przynajmniej nominalnie) synem Filipa i królem Macedonii, zdobywcą Persji, mężem Roksany, ale poza tym zdarzało mu się rozmawiać z Sokratesem, podpadać Szatanowi, sypiać z tabunami lokalnych księżniczek (w zależności od tego, kto akurat potrzebował potwierdzić swoje pochodzenie od Aleksandra), wędrować na koniec świata, gdzie rosną drzewa Słońca i Księżyca. Zdarzało mu się takoż zamykać orków Ludy Nieczyste za Czarną Bramą Wrotami Aleksandra na końcu świata (jak się zacznie Apokalipsa, to wylezą). Karmić złośliwe smoki baranem napchanym siarką (I kid you not, zajrzyjcie do linku na stronę 277). Lądować na wielorybie w przekonaniu, że to wyspa. Żenić się z czarodziejkami, być chrześcijaninem (katolikiem bądź prawosławnym) albo muzułmaninem, albo władcą Rzymu, latać w kosmos - no, przynajmniej dość wysoko w atmosferę, żeby mógł zobaczyć całą ziemię z góry, walczyć z potworami - albo, na przykład, obozować nad brzegami rzeki, która nie płynie w szabas, bo w szabas Bóg kazał odpoczywać. Wiecie, mogłabym tak wyliczać dalej.


Aleksander i jego maszyna latająca.
La Vraye Histoire du Bon Roy Alixandre
, XV w.
?

 Cały ten olbrzymi materiał na pewnym etapie z jednej strony zaczął być gromadzony, z drugiej - wybierano z niego kawałki, że się wyrażę, do bieżącego użytku, Tak rodziły się dwie ogromne grupy tekstów.

Z jednej strony mamy bowiem legendy o Aleksandrze, które pojawiają się wplecione w dzieła zasadniczo samego Aleksandra niekoniecznie dotyczące. O, na przykład pod koniec I w. n.e. Józef Flawiusz, opisując mityczne i historyczne (no, powiedzmy) dzieje Izraela wplótł w swoją narrację historię o tym, jak to Aleksander okazał się wybranym przez Boga dobrym królem dla narodu żydowskiego. Anegdoty, opowieści, umoralniające (albo i nie) historyjki o Aleksandrze - a każda z nich niekoniecznie prawdziwa - pojawiały się w mnóstwie dzieł o bardzo różnym charakterze (legendy o Aleksandrze, tak dla przykładu, mamy w Talmudzie; i w Koranie; i w Kronice Kadłubka, żeby wybrać trzy przykłady z tysięcy); zaczęło się w starożytności, ale bynajmniej na niej się nie skończyło.

Jednocześnie (a może trochę później) kształtowała się tradycja Romansu o Aleksandrze - prozatorskich (głównie) opowieści o dziejach młodego, dzielnego i szlachetnego króla, który jest wybrańcem bogów, podbija świat, szuka mądrości i w końcu zostaje otruty przez wrogów i opłakany przez wszystkich; przypisywano ten tekst historykowi z dworu Aleksandra, Kallistenesowi (niesłusznie z miliona powodów), stąd też jako pseudo-Kallistenesa określa się często jego autora. Zachowane trzeciowieczne wersje greckie stały się podstawą licznych przekładów. Z nich dla zachodniej kultury szczególne znaczenie miało dokonane w X wieku przez biskupa Leona z Neapolu tłumaczenie łacińskie: stało się ono bowiem podstawą licznych wersji lokalnych, powstałych w językach wernakularnych. Staroangielskie. Staro- (i nie tylko) francuskie. Rozliczne niemieckie, w rozmaitych wariantach języka. Czeskie. Polskie. Islandzką Sagę o Aleksandrze. Włoskie, rosyjskie, węgierskie, gdzie nie zajrzycie w Europie, znajdziecie warianty Romansu.

A to przecież tylko Zachód. Jednocześnie kształtuje się ogromna, może i większa tradycja orientalna Romansu. Przez przekłady syryjskie, a po nich arabskie, Romans rozprzestrzenia się po świecie orientalnym: i tam, gdzie Aleksander dotarł, i tam, gdzie go nigdy nie widziano. Mamy teksty arabskie. Armeńskie (bardzo ważny, bardzo szczegółowy!). Mamy wersję malajską, wersję mongolską, o indyjskich nie wspominając; mamy materiały z całego świata.

Mamy tekst, który żyje; nawet jeżeli dzisiaj już mało kto go czyta, to wzięte zeń motywy i wątki wędrują do dzisiaj - via tradycja ustna, via opowieści średniowieczne, via literatura awanturnicza i jarmarczna, która z nich czerpała - po literaturze i kulturze świata. Sam tekst też żyje: są takie tereny, na przykład w Afganistanie, gdzie Romans nadal krąży w lokalnej ustnej tradycji.

 

Aleksander i Blemmyae, ludzie z twarzami na piersi.
British Library (Royal Mss)


Tak, sporo z tych wersji to nie jest jakaś olśniewająco genialna literatura; wiele z nich to krótkie, nierozwinięte "streszczenia" tekstu. Głębi takiej na przykład opowieści o Tristanie i Izoldzie (niekoniecznie mam tu przy tym na myśli opracowanie Bédiera, raczej średniowieczne teksty w tej postaci, w jakiej przetrwały do dzisiaj) raczej nie osiąga. Nie zmienia to jednak faktu, że to są naprawdę, naprawdę fantastyczne historie, bardzo warte przypomnienia i przeczytania.

Ba, co tam fantastyczne! One nawet groźne mogą być! Sami popatrzcie:

Wszedłzy raz do apteczki, gdziem według starodawnego zwyczaju co dzień przed obiadem, a czasem i dwa razy chodził, gdym po wódce pierniczków cukrowych szukał, znalazłem w kącie historią o Aleksandrze Wielkim. Zadziwiony, że się mogła w języku polskim znaleźć insza jaka księga oprócz nabożnych, wziąłem ją i zaniósł do stancji z mocnym przedsięwzięciem, że ją będę czytał; jakoż tegoż samego dnia przeczytałem pół karty.
Dziwiły mnie niesłychane awantury, gdy się w morze spuszczał i na wózku gryfami zaprzężonym bujał po powietrzu; przecież przyznać się muszę, iż srogi gwałt czynić obie musiałem, żeby zaczętego dzieła dokończyć. Jużem był doszedł rozdziału dwudziestego, a przeto znajdowałem się na połowie heroicznej pracy mojej, gdy wszedłszy do mnie pewien często goszczący w domu naszym zakonnik a wziąwszy mi z rąk książkę, skoro kilka periodów przeczytał, zgromił mnie straszliwie, iżem śmiał czytać książkę pogańską i framasońską. Przestraszony takimi słowy, odniosłem księgę do apteczki, a matka, informowana o jej złości, kazała ją spalić.

(Mikołaja Doświadczyńskiego przypadki, jakby kto pytał).

PS. Notki o kolejnych wersjach czytanych przeze mnie w ramach wyzwania będzie można znaleźć na blogu z grafomanią.

P. PS. Ja już kiedyś o Aleksandrze pisałam.

niedziela, 17 sierpnia 2014

Józef Ignacy Kraszewski, Stara baśń, ja mam jakieś kolejne n+1 wydanie z lat 60., oryginalnie powieść ukazała się w 1876

 

Zofia Stryjeńska, ilustracja z cyklu

Zofia Stryjeńska, ilustracja z cyklu Bożki słowiańskie

 

Wstęp


Mogłabym być złośliwa i powiedzieć, że Stara baśń jest, jako żywo, kamieniem węgielnym polskiej fantasy i w ogóle fantastyki i że my (a raczej oni, żadna ze mnie autorka) wszyscy (no, nie całkiem wszyscy, raczej pewna dość mainstreamowa grupa) z niej. Mamy tu w końcu powieść o mocno w sumie konserwatywnej wymowie, w której fanastyczno-baśniowa stylizacja służy, tak naprawdę, skomentowaniu współczesnej sytuacji publicznej i politycznej. Mamy wrogich Niemców i piątą kolumnę w samej ziemi Polan, mamy podłe i perfidne knowania niemieckiej żony kniazia (która jakżeż inaczej mogłaby się zwać, jak nie Brunhilda), mamy samego kniazia wreszcie, który, ulegając niemieckim wpływom, chce odebrać swym rodakom, wolnym kmieciom, ich odwieczną szlachecką wolność. Choć w roli głównej występują ciągle stare wierzenia, Kraszewski wprowadza do powieści dwóch pół-anielskich, pół-misjonarskich wysłanników dobrego jedynego Boga - trochę na siłę, przyznajmy, bo w takiej konstrukcji, jaka tu jest, aż się prosi o konsekwentne rozpisanie ról w rodzaju: dobrzy tradycyjni pogańscy Polanie versus zły zniemczony chrześcijański Popiel; no ale podkreślenie od razu na tym etapie kluczowej w historii przyszłej Polski roli chrześcijaństwa jest. Są też w dużych ilościach mordy i zabójstwa, są postacie o dość prostym psychologicznym rysunku i niekoniecznie trafionych (że znowu będę złośliwa) imionach: no dajcie spokój, gdyby ktoś miał to ekranizować, z całą pewnością zmieniłby imię głównej bohaterki, bo jak tu mieć dziś postać imieniem Dziwa (1)... ups, chwileczkę, sprawdzić czy nie Jerzy Hoffman. Fabularne wnioski są takie: Niemiec jest podstępny i czyha na zgubę, Polakom, wróć, Polanom, potrzebna jest zgoda i król, narzeczone są wymienne, a kobieta zawsze w końcu zakocha się w potencjalnym gwałcicielu i rzuci w cholerę karierę (kapłanki) i śluby (panieńskie), by za niego wyjść. 

Tak, pokpiwam sobie. Tak, wiem, 1876, kontekst historyczny, a do tego literackie odtworzenie życia przodków, specyfika powieści połowy XIX wieku, nie czytać tekstu historycznego współczesnymi odczytaniami i czego tam mnie jeszcze na studiach nie nauczyli. Sprecyzujmy: nie piszę tu ani recenzji, ani analizy powieści Kraszewskiego, nie mam naiwnych pretensji do autora, że w połowie XIX wieku nie napisał mi powieści rodem z XXI ani do polskich słów, że im się znaczenia pozmieniały. Nie. Ja chcę tylko napisać o tym, jak - dla mnie jako czytelniczki i grafomanki - ta powieść mogłaby dzisiaj być, niespodziewanie i subwersywnie, inspirująca.  

Ludzie

Główna teza, ważna w zasadzie dla wszystkich poniższych rozdzialików, jest taka: Kraszewski powymyślał sobie postacie z potencjałem, i to dużym, po czym - nawet w konwencjach, za jakimi sam szedł - niewiele z nimi zrobił. Wisza, dobrze, choć konwencjonalnie napisanego (jako szacowny pater familias, który jest opoką i ostoją, ale czy byłby w stanie zrozumieć nowe czasy i np. nową wiarę?), odstrzelił dość nieefektownie przed połową powieści. Żywii zasugerował fajną historię (kochała się po cichu w Domanie, który nie chciał jej, tylko jej siostrę), po czym ograniczył jej rolę do dwóch-trzech scen bez znaczenia dla fabuły; podobnie zresztą zrobił z jej bratem Ludkiem, z którego łatwo byłoby zrobić szalenie ciekawą postać: syna, zmuszonego zbyt wcześnie przejąć po ojcu nie tylko majątek, ale i rolę w społeczności. Domana nie ma co dyskutować, bo to typowy główny bohater literatury tych czasów, którego rola w fabule polega na narobieniu głupstw i potem za nie odpokutowaniu, ale już obiekt jego uczuć, nieszczęsna Dziwa, to jest bohaterka z dużym potencjałem: dumna, by nie rzec pyszna, myśli, że wie, czego chce, a w obronie własnego prawa do decydowania o sobie gotowa jest zabić, nie bacząc na polityczne i rodzinne konsekwencje tego czynu - po czym, kiedy się przekonuje, że jednak chce czegoś innego, niż pierwotnie myślała, ma dość charakteru, żeby się do tego przyznać sama przed sobą i zmienić zdanie. Nie dziwi mnie, w kontekście czasów, w których ta powieść powstała, że Kraszewski każe jej rzucić własne plany i grzecznie wyjść za niedoszłego porywacza; ale och, jak by było fajnie, gdyby jakiś autor/ka rzeczywiście potraktował/a tę powieść jako kamień węgielny i na tym kamieniu coś nowego, innego, zbudował!
Zmarnował trochę Kraszewski także i swoje czarne charaktery: i szpieg Hengo, i agent księcia Znosek to są postacie aż się proszące o rozwinięcie, bo i jednemu, i drugiemu niewiele brakuje, by być znakomitą wręcz szują z rynsztoka, postrachem bohaterów i niszczycielem wszystkich planów tej dobrej strony; no ale nie ma autor dla nich, tak naprawdę, za dużo czasu. Podobnie jest i Chwostkiem-Popielem, i z Brunhildą, i z ich dziećmi. W wystylizowanych lekko na Makbeta i jego żonę księciu i księżnej siedział potencjał na więcej, niż jest, choć, żeby być uczciwym, Kraszewski i tak poświęca im więcej miejsca, niż innym czarnym charakterom - choć, gdyby Chwostek miał przynajmniej tyle moralnych wątpliwości, ile ma książę Janusz Radziwiłł w Potopie, to wyszłoby mu to na korzyść. Najciekawsi do ewentualnego przetworzenia - bo też i najbardziej zaniedbani przez autora - są oczywiście synowie tej pary; naszkicowani przez Kraszewskiego paroma (czarnymi i grubymi) kreskami, mogliby - ze swoją słuszną w tamtym świecie chęcią zemsty za pomordowanych rodziców, z niezrozumieniem świata, z którego pochodzą, ale z dala od którego się wychowali - być bardzo ciekawymi, niejednoznacznymi, skomplikowanymi postaciami. Może się ktoś zainspiruje? 
No i jest jeszcze Jaruha, ale jej wyjątkowo Kraszewski poświęcił dość miejsca i dał niejednoznaczną osobowość i motywacje - można, z rozkoszą, pożyczyć, ale przetwarzać w zasadzie nie trzeba. 

 

Mila   

Założę się, że mało komu poza specjalistami od polskiej powieść II połowy XIX wieku to imię kojarzy się z powieścią, która pojawia się w nagłówku jako temat wpisu. A tak naprawdę siedzi tu fantastyczna, inspirująca historia.

Mila to - przypomnę - narzeczona Domana. Córka niżej od niego stojącego w społecznej hierarchii zduna-garncarza, śliczna, radosna i niemądra i zakochana, zdobywa narzeczonego przy pomocy zaklęć starej Jaruchy - a może zdobywa go, bo Doman chce zapomnieć o kobiecie, którą kocha bez wzajemności, i wierzy, że zapomni, biorąc inną? W każdym razie Mila się małżeństwem nie nacieszy, zginie chyba jeszcze przed nocą poślubną, zabita przez Niemców. I nie, nie dziwię się, że się śmierć bohaterki traktuje instrumentalnie, nie Kraszewski pierwszy, nie ostatni. Ale, och, ile by się dało wyciągnąć z tej historii dzisiaj!

Ciało Mili leży nad jeziorem: związany mąż wyplątał się z więzów i uciekł, martwą żonę zostawiając wrogom. Zostawił ją też symbolicznie: wziął ją za żonę zamiast innej, a kiedy umarła, nie wspomniał już o niej, nie płakał, nie miał wyrzutów sumienia; w końcu ważne było, że przeżyła Dziwa i że to ją będzie można w końcu poślubić. A mnie się wymarzyła inna historia, ta, w której Doman musi Dziwie, nowej żonie, dotrzymać słowa: obiecał jej kiedyś, że jej w domu nie zamknie i pozwoli chodzić na uroczyska, rozmawiać z duchami. Ciekawe, ach ciekawe, jakiż to duch byłby pierwszy, żeby sobie z nową panią Domanową porozmawiać... Mnóstwo historii, mnóstwo ich wersji by można o tej nieszczęsnej dziewczynie, o jej losie, o tym, co ją spotkało za życia i po śmierci, opowiedzieć.

A, i chodzi mi po głowie, jak by to przerobić tę baśń, którą Jaruha opowiada Dziwie pod koniec, tę o królewnie i przemianach - uwielbiałam ją jako dziecko, ale dzisiaj bym bohaterowi po pysku nakładła, a zarazem w historii jest potencjał, i kusi, i kusi...

Pieśń

Paradoksalnie, jedną z najciekawszych dzisiaj cech powieści Kraszewskiego wydał mi się jej język - i nawet nie tyle stylizacja i użycie archaizmów, co raczej na wpół poetyckie, pisane rytmizowaną prozą ni to gawędy, ni to pieśni dziadów, śpiewaków i słowiańskich bardów. Efektowne i ciągle dzisiaj brzmiące intrygująco, mogłyby stanowić interesującą inspirację - jak wykorzystać coś podobnego w bardziej współczesnym gatunku?

Kraszewski szeroko też posługuje się mitologią - OK, czymś w rodzaju mitologii: rekonstruowaną w jego czasach, odtworzoną - słowiańską mitologią, starając się podkreślić jedność słowiańskiej wspólnoty kulturowej i jednocześnie wpisać ją w szerszy, indoeuropejski (u niego głównie indyjski) krąg kulturowy. Swego czasu Andrzej Sapkowski wyzłośliwiał się na słowiańskiej fantasy straszliwie i przekonująco; i kim ja jestem, oczywiście, żeby podważać, zwłaszcza że z oceną przez Sapkowskiego większości tzw. słowiańskiej fantasy zgadzam się w 200%; ale może rzeczywiście, skoro tak naprawdę niewiele mamy mitologii, wziąć sobie za mitologię  - literaturę wieku XIX? Tę udającą, że mity rekonstruuje, i tę nowe mity tworzącą? Jacek Dukaj w Lodzie poniekąd pokazał, że się da; i pewnie trzeba mieć talent na skalę Dukaja, żeby stworzyć arcydzieło, ale może i bez tego fantasy wynikająca z twórczego, nie-na-kolanach, polemicznego i subwersywnego odczytania kawałków klasycznej polskiej literatury byłaby przynajmniej  - ciekawa?

 

(1) Nieodmiennie przychodził mi przy okazji tej Dziwy i jej imienia Nobby Nobbs, bezlitośnie naśmiewający się z The Wonderful Fanny...

niedziela, 29 czerwca 2014

Półtora miesiąca bez wpisu to jednak jest lekka przesada.

 


 

A i dzisiejszy, tak po prawdzie, będzie trochę oszukany. No, tylko trochę.

Jakiś czas temu zapytałam na fejbuku o ewentualne wpisy o antyku. Cwane to było z mojej strony: w ten sposób chyłkiem-boczkiem na tego bloga zakradnie się druga połowa mojego życia, ta, w której piszę książki o starożytnych i uczę greki. Ale dzisiaj jeszcze nie będzie tak całkiem uczciwie o antyku; raczej trochę obok.

Był sobie raz poeta, Gajusz Waleriusz Katullus. Był raczej na pewno, ale poza tym... poza tym, to trochę mamy dwóch Katullów.

Tego pierwszego zrobili nam pisarze - pisarze i uczeni. Od Hieronima do dwudziestopierwszowiecznych filologów, budowali sobie panowie (i czasami, rzadziej, panie), tego Katullusa takiego, jakiego chcieli (oni i ich czytelnicy). Młodego chłopca z prowincji, chorego z miłości. Geniusza poezji, umierającego przed trzydziestką. Rzymskiego hipstera, wymieniającego się z równie hipsterskimi kumplami kunsztowną poezją i paskudnymi uwagami o kobietach. Zaangażowanego w politykę wroga polityki. Poetę emocjonalnego. Poetę intelektualnego. Poetę piszącego na modne tematy (miłość do chłopców!), ale broń-nas-boże-wszechmogący nie na serio, on przecież kochał jedną. Poetę samotnego, porzuconego, odrzuconego, niekochanego. Poetę, który nie umarł, tylko wrócił do domu - umarł starszy brat i trzeba było skończyć z hipsterowaniem w knajpach Rzymu i wrócić do domu pod Weronę zająć się byciem pater familias.

Tak naprawdę nie wiemy nic - no, bardzo niewiele. Mamy teksty, ale ile w nich z biografii, a ile z kreacji - nie wiemy. Mamy dane (w pismach antycznych uczonych), ale one się nie zgadzają z tym, co w wierszach - jak mógł wiedzieć o wydarzeniach roku 52 p.n.e (a ewidentnie wiedział, stoi to w wierszu jak na dłoni), skoro miał umrzeć, wedle Hieronima, dwa lata wcześniej. Mamy informację od rzymskiego plotkarza że tak, był zakochany, w damie wysokiego rodu; tak się składa, że dama uchodziła za największą skandalistkę epoki - piękna, zepsuta, bogata, na koncie ponoć otrucie męża i romansik z własnym bratem, tak mówi Cyceron. Ale Cyceron mówi to w mowie, w której ona jest (pośrednio) oskarżoną; a ten romans z bratem to nie ona, to jej siostra (tak samo miała na imię, jak to u Rzymianek); a może i ten z Katullusem, jeśli był prawdziwy, to też nie ona, bo ich sióstr było trzy. Jeżeli w ogóle był romans, a nie poezja pisana o romansie. No ale przecież, femme fatale pasuje najbardziej (pamiętacie Atię z Rzymu? Jako że o mamie Oktawiana nie wiemy w zasadzie nic, jej postać w serialu właśnie na wizerunku tej pani, o której powyżej - literackim wizerunku - była oparta).

Uwielbiam Katullusa. Uwielbiam go jako postać z literackich legend i jako poetę. Uwielbiam jego wiersze, choć najbardziej nie te emocjonalne, nie te o miłości; moje ukochane to te dziwne, długie pół-opowieści, pół-labirynty o ponurych i smutnych historiach  mitycznych, jak ten o Attisie albo o porzuconej na Naksos Ariadnie. I dlatego - trochę dlatego, jest w tym też inna historia, przygnębiająco przewidywalna, nie bardzo mi się chce o niej mówić - trochę dlatego te trzy prawie lata temu zabrałam się za pracę nad nim.

A teraz jesteśmy po rozdaniu literackich nagród. Nie dostaliśmy jej, ja i kolega-tłumacz główny, ale co tam. Pamiętacie moje wynurzenia o byciu niespełnioną grafomanką, której nikt nie chce opublikować opowiadania fantasy? Niespełniona grafomanka trochę-troszkę-troszeczkę czuje się usatysfakcjonowana nominacją do literackiej nagrody. I co z tego, że za średnio, w moim przypadku, literacką robotę.

czwartek, 01 września 2011

Byłam ja sobie przez większą część sierpnia w południowych Włoszech, gdzie w sumie było bardzo fajnie - ale ominął mnie przez to kawałek życia blogowego. Nie było mnie, kiedy Fangirls  (a konkretniej Rusty Angel) pisały ekstra wpis o chavs,  nie załapałam się na konkurs na recenzję fikcyjnego horroru i straciłam okazję na udział w Zwierzowej dyskusji o ewentualnym małżeństwie Berta i Erniego. No, ale to ostatnie zamierzam nadrobić, sprowokowana następującym passusem: 


Pojawienie się w popkulturze ale i w ludzkiej świadomości par homoseksualnych totalnie zabiło a właściwie nadało zupełnie inny wydźwięk męskiej przyjaźni. Dziś jak już zwierz o tym pisał by przedstawić męską przyjaźń na ekranie trzeba się nieźle namęczyć by widownia nie zaczęła zastanawiać się nad seksualnością bohaterów. A nawet wtedy kiedy zrobimy wszystko by bohaterowie byli jak najbardziej heteroseksualni widownia i tak zobaczy co będzie chciała. Świetnym przykładem jest ostatnio film X-men First Class który mimo, że jak cholera starał się przedstawić szczerą męską przyjaźń stał się podstawą niesłychanej ilości fanowskiego slashu ( jeśli nie wiecie co znaczy ostatnie słowo znaczy, że nie czytaliście artykułu zwierza w Polityce i powinniście się wstydzić ). Ofiarami takiego patrzenia stali się więc Bert i Ernie którzy w swoim muppetowym świecie najprawdopodobniej nie zadawali sobie sprawy, że tak postrzega ich dorosła publiczność.


Nie będę się dzisiaj wypowiadać o moim stosunku do slashu i tym podobnych, bo może w końcu, po trzech latach, łaskawie skończyłabym ten rozgrzebany wpis o fanfiction (ale, generalnie, jestem, a przynajmniej często bywam, za :P), ani o małżeństwach muppetów.  Ja się dzisiaj pomądrzę o przyjaźni, i to tej męskiej, na marginesie uwag Zwierza. 

Moja teza jest chyba dość... obok... tezy Zwierza: jest mianowicie taka, że  z perspektywy kulturowej tzw. szczera męska przyjaźń (a konkretniej jej literackie i i filmowe reprezentacje), o którą Zwierz się upomina, to twór dość świeży (wiktoriański, w najlepszym razie), który wyparł inne, wcześniejsze rozumienia przyjaźni między mężczyznami, często, paradoksalnie, bliższe temu, jak się dziś w rozmaitych fandomach interpretuje relację między różnymi Bertami i Ernimi, ergo - że w dzisiejszej zmianie  paradygmatu, każącej nam zastanawiać się, czy aby naszych przyjaciół nie łączy tzw. coś więcej, nie ma nic nowego ani nic, o co warto byłoby płakać. Jako że nie piszę tu traktatu naukowego, tylko luźne uwagi, i jako że nie jestem historykiem, skupię  się na dwóch epokach: antyku (bo się znam zawodowo) i wczesnym XIX wieku (bo mam fioła). A, i będę upraszczać (patrz: nie traktat).

Zacznę od moich ukochanych starożytnych Greków, bo jak zwykle, to oni namieszali. Na początek garść oczywistości: grecka kultura jest, generalnie, w 100% zorientowana na mężczyzn. Nie tylko dominują oni w społeczeństwie, ale także przyznaje im się, dość powszechnie, pozycję wyżej od kobiet intelektualnie i także emocjonalnie rozwiniętych; za tym oczywiście idzie cały system edukacji, życia społecznego etc. etc. Teraz wystarczy jeden krok, żeby przenieść tę ideę na związki emocjonalno-erotyczne i co dostajemy? Ano, dość powszechne (acz nie jedyne!) w greckiej myśli poczucie, że prawdziwy związek, czy to miłosny, czy intelektualno-emocjonalny, możliwy jest przede wszystkim, jeśli nie wyłącznie, między mężczyznami. Kobiety są na zbyt niskim szczeblu rozwoju, zwłaszcza intelektualnego, by móc być pełnoprawnymi partnerami: nadają się głównie na erotyczne zabawki i matki legalnego potomstwa. Jednocześnie jednak starożytni nie wierzyli w orientację seksualną, tylko raczej w stałe i utarte role w związku, a ta "kobieca"/bierna degradowała społecznie - w końcu, co za mężczyzna miałby chcieć zachowywać się jak istota niższa, zwana kobietą? Ergo - już kończę te oczywistości - jako partner  do romansu najlepiej nadawał się mężczyzna, ale jeszcze nie do końca pełnowartościowy; facet in the making, młodzieniec, który w dość ściśle określonym momencie swojego życia (plus minus 12-18 lat) był idealnym obiektem romantycznych i erotycznych uczuć. 

Po co ten wstęp? Po to, żeby pokazać, że to, co dla nas się kulturowo dość wyklucza(ło), czyli jednopłciowa relacja będąca ni to przyjaźnią, ni to romantycznym związkiem, dla Greków było normą. Wszystkie sławne mityczne pary przyjaciół: widoczni na ilustracji powyżej Achilles i Patroklos  (ale niekoniecznie u Homera, głównie w późniejszych źródłach), Orestes i Pylades, Herakles i Jolaos, Tezeusz i Pejritoos, by wymienić tylko kilka - to w rzeczywistości pary przyjaciół-kochanków, w którym ten potężniejszy i bardziej heroiczny jest dorosłym kochankiem, erastesem, a ten drugi, choć niekoniecznie młodszy - eromenosem, obiektem uczuć. O tym rodzaju związków pisze w traktacie z prawdopodobnie II w. n.e. anonimowy autor, mówiąc:

This too is the case generally. For, when the honourable love inbred in us from childhood matures to the manly age that is now capable of reason, the object of our longstanding affection gives love in return and it's difficult to detect which is the lover of which, since the image of the lover's tenderness has been reflected from the loved one as though from a mirror. Why then do you censure this as being an exotic indulgence of our times, though it is an ordinance enacted by divine laws and a heritage that has come down to us? (źródło)

O co chodzi z tym which is the lover of which? Ano o to, że wśród najszlachetniejszych z herosów znika nawet ten kluczowy podział na kochanka i ukochanego (jak się, niezbyt zręcznie, zwykło tłumaczyć greckie terminy erastes i eromenos); znika aksjomat greckiej (OK, ateńskiej) kultury, czyli przekonanie, że młodzieniec w pewnym momencie wyrasta z wieku odpowiedniego dla eromenosa i powinien wtedy pozostać przyjacielem, ale już nie kochankiem, dawnego partnera. Erotyczna miłość, która powinna w pewnym momencie stać się przyjaźnią, w tych mitycznych przypadkach zostaje miłością, która przekształca się w przyjaźń, która przekształca się w miłość, która... i tak to wygląda, jak lustra odbijające się w lustrach, lustrach, lustrach.  

I żeby nie było: nie tylko w mitologii. Harmodios i Arystogejton, którzy w 514 r. p.n.e. zakończyli tyranię w Atenach, nie byli kumplami, tylko kochankami; o Aleksandra i Hefajstiona do dziś kłócą się historycy; i tebański Święty Legion, i diabli wiedzą, co jeszcze, jak kto chce, służę bibliografią (miałam kiedyś mieć o tym zajęcia). Generalnie chodzi mi o to: dla Greków (w  nieco mniejszym stopniu dla Rzymian, ale patrz: Katullus) męska przyjaźń była z definicji podszyta emocjami i seksem, od seksu i zakochania często się zaczynała i dla nikogo nie było w tym nic dziwnego. 

A teraz sobie skoczymy do początku wieku XIX (zostawiając w tle rozmaite surpassing the love of women i Pięknych Młodzieńców) i do romantic friendships, nie tak znowu różnych od emocji, jakie Katullus opisuje, wspominając wieczór spędzony z przyjacielem. Tu z kolei przecież seksu wcale być nie musi, ba - takie przyjaźnie są właśnie na drugim biegunie społecznie nieakceptowalnych relacji homoseksualnych. Nie ma więc seksu, ale za to mamy tu pełne spektrum emocji, dzisiaj zarezerwowanych dla bardziej romantycznych związków: otwarcie wyrażaną tęsknotę, fascynację, poczucie, że ta druga osoba jest najważniejszym człowiekiem na świecie. Się z tego wyrastało (późniejsze, ale w tym stylu: Ania Shirley i Diana), albo i nie; ale to nie dzisiejsza kultura wymyśliła bromance, to zrobił wczesny wiek XIX. Ślady, mimo zmian, jakie przyniosła epoka wiktoriańska, widać do dziś. Że zacytuję:

"It was worth a wound - it was worth many wounds - to see the depth of loyalty and love that lay behind that cold mask. The clear hard eyes were dimmed for a moment, and the firm lips were shaking. For the one and only time I caught a glimpse of the great heart as well as of the great brain. All my years of humble but single minded service culminated in that moment." (źródło)

Dobra, koniec oczywistości i nudnawej lekcji historii. O co mi chodzi? Ano o to, że w odróżnieniu od Zwierza, nie martwię się zbytnio, że akceptacja dla osób, zachowań i związków homoseksualnych zachwiała ukazywaniem w filmie i literaturze prawdziwej, szczerej męskiej przyjaźni.

Po pierwsze, nie do końca jestem pewna, czy zachwiała: te wszystkie bromances i heterosexual life partnerships są w końcu przede wszystkim przyjaźniami, nawet jeżeli z mniej lub bardziej ukrytym erotycznym podtekstem, a że są ukazywane nieco inaczej... no cóż. Takie czasy, i fajnie, jak dla mnie.

Po drugie, przyniosła nie do końca dobrą, Zwierza zdaniem, falę fanowskich spekulacji o tym, czy (a częściej, że) dana relacja, najczęściej męsko-męska, nie jest Prawdziwą Przyjaźnią, tylko ukrytym romansem. Zwierz podaje przykład z X Men- First Class, ja pozwolę sobie dorzucić, bo wiem, że wielu moich znajomych się o te konkretne oburzało, trzy takie "pary": Syriusza i Lupina z Harry'ego Pottera, Sherlocka Holmesa i doktora Watsona w wydaniu dowolnym, Tolkienowskich Merry'ego i Pippina.  

No więc tak: ja też się kiedyś oburzałam, bo moje głębokie przywiązanie do "co autor powiedział" mi kazało. A potem mi, IMHO na szczęście, przeszło. Bo to, co autor powiedział, to kwestia interpretacji, a jak to już sobie zinterpretujemy, zależy od nas (czasy profesorów Pimków odeszły na szczęście do lamusa, przynajmniej w popkulturze). Ergo, co widzę, zależy  wyłącznie od tego, jakie mam slash goggles. Autor może mi dawać mniej lub bardziej otwarte sugestie, kluczyć lub otwarcie się od slashowych interpretacji opisanej przez siebie przyjaźni odcinać, ale w ostatecznym rozrachunku liczy się to, co ja-odbiorca widzę. A czasami widzę to, co jest w punkcie poprzednim: historię taką, jak, powiedzmy, Sherlocka Holmesa i Johna Watsona w moim ukochanym serialu BBC. Sherlock jest, jak na razie, na moje oko raczej aseksualny, a John woli dziewczyny: czy to jednakowoż w jakikolwiek sposób zmienia fakt, że są dla siebie a) życiowymi partnerami, w sensie: razem mieszkają, jeżdżą taksówkami i kupują mleko, b) najważniejszymi osobami na świecie, w sensie: to, co najważniejsze w ich życiu, najmocniejsze uczucia i najistotniejsze sprawy, związane są dla każdego z nich z tym drugim? Ditto, Merry i Pippin (minus te taksówki :P); ditto, IMHO, pp. Xavier i Lehnherr w X-Men. W tych przypadkach o seksie absolutnie nie musi być mowy, ale co do miłości, to taka pewna bym już nie była (a Doktor i Master? A Kirk i Spock? A Daniel Jackson i Jack O'Neill?). Przy czym, mówiąc o miłości, mam na myśli raczej nie tyle miłość stricte romantyczną, co pewną gradację uczuć: uczucie, które jest najważniejsze w życiu, ważniejsze od romansów i małżeństw, takie, dla którego ryzykuje się wszystkim, a na końcu zostawia dziewczynę i odchodzi z kumplem w stronę zachodzącego słońca

Summa summarum, chodzi mi w tym dość chaotycznym wpisie chyba o to, że  moim zdaniem tradycyjny, wiktoriańsko-hollywoodzki model dwóch najważniejszych (a często stojących w sprzeczności)  emocji w życiu każdego człowieka: szczerej przyjaźni z Najlepszym Przyjacielem płci tej samej i romantycznej miłości do True Love płci przeciwnej, trochę się poszerzył, a granice między tymi dwoma typami uczuć nieco się zatarły. Dało nam to w efekcie mnóstwo typów pośrednich: friends with benefits, heterosexual life partners, braterstwa i siostrzeństwa rozmaitego kalibru, platoniczne zakochania w przyjaciołach/przyjaciółkach, romantyczne przyjaźnie... To nie jest  pierwszy raz, kiedy takie modele się pojawiają; co więcej, to, że tradycyjne literackie/filmowe pary przyjaciół są reinterpretowane (lub kompletnie przetwarzane, np. w fanfiction) w duchu romansowym i że widownia zobaczy, co chciała, nie stanowi, jak się wydaje, wielkiego problemu, z racji faktu, że w końcu każda interpretacja jest uprawniona. Ergo (już kończę, naprawdę!): to, że w serialu BBC pp. Holmes i Watson momentami zdecydowanie ze sobą flirtują (fakt) i że mnóstwo fanów odczyta to jako sugestię istniejącej/możliwej między nimi romantycznej, a nie przyjacielskiej/braterskiej  relacji (spekulacja), raczej, moim zdaniem, wzbogaca niż zubaża możliwości odczytania dzisiaj tekstu,  na którym ich historia jest oparta.



PS. Jeżeli gdzieś czegoś nie zrozumiałam i przeinaczyłam poglądy Zwierza (oparłam się na wpisie o Bercie i Ernim, nie na innych opiniach Autorki),  to  z góry bardzo przepraszam i będę się kajać ;)  

sobota, 28 sierpnia 2010

Było to tak: w jednej chwili samochód Drakainy spokojnie mknął sobie autostradą w kierunku granicy francusko-hiszpańskiej, w następnej zaś powiedział "pyk, pyk" i się zatrzymał. Było to w niespecjalnie znanym mi regionie Francji - po spojrzeniu na mapę zidentyfikowałam Poitiers i La Rochelle jako miejsca, które znam (głównie, szczerze mówiąc, z lektur i literatury), a cała reszta, na czele z Niort, do którego Drakainę i mnie w końcu po paru godzinach zaholowano, nie kojarzyła mi się, tak po prawdzie, z niczym.

A powinna była, bo swego czasu przemknęłam (pędem, przyznaję) przez Rękopis znaleziony w smoczej jaskini, gdzie, o ile pamiętam, Andrzej Sapkowski wspomina o Meluzynie. No ale cóż - związek regionu Poitou z postacią wężowej czarodziejki uświadomiła mi dopiero obejrzana w hotelu w Niort mapka okolicy. Było to już po tym, kiedy dowiedziałyśmy się, że w tym rejonie musimy, wbrew wszelkim naszym planom, zostać co najmniej na tydzień. Postanowiłyśmy więc - poza zwiedzeniem rzymskich ruin w Rom i Sanxay - wybrać się w małą wycieczkę śladami legendy o skrzydlatej nimfie z wężowym ogonem.

Opisana po raz pierwszy w Roman de Mélusine przez Jeana d'Arras (XIV w.) i przełożona następnie na wiele języków Europy (jest też wersja polska, jak najbardziej, można ją znaleźć w Antologii jarmarcznego romansu rycerskiego), historia o Meluzynie zaczyna się w Szkocji, gdzie król Elinas spotyka podczas polowania piękną Pressyne. Pressyne nie jest jednak ludzką kobietą - jest faery (i tak, zgadzam się z Andrzejem Sapkowskim, że brakuje akurat na te istoty dobrego polskiego słowa - "elfy" za bardzo już kojarzą się z tym, jak widział je Tolkien, a pomysł przekładu "faery/fairy" przez "wróżki" pozwalam sobie wyśmiać, nawet kiedy pozwala sobie na to Stanisław Barańczak). Jak to zwykle bywa, król się zakochuje; jak to zwykle bywa, Pressyne stawia warunek: król nigdy nie będzie obecny w jej komnacie, gdy Pressyne będzie rodzić dzieci, a potem je kąpać.

Podobnie jak w analogicznej rosyjskiej opowieści o Wasylissie Przemądrej i wszystkich innych podobnych historiach, król oczywiście nie dotrzymuje obietnicy, no bo jakże; urażona Pressyne opuszcza go na zawsze, zabierając ze sobą na wyspę Awalon córki-trojaczki, które mu urodziła.  Kiedy panny dorastają i dowiadują się o krzywdzie, jaką matce wyrządził ojciec, postanawiają się na nim zemścić, schytając go i więżąc. Za to z kolei spotyka je klątwa: pół-ludzkie, pół-fairy, zmuszone zmieniać kształt, córki Pressyne zostają skazane na los odmieńców; tylko prawdziwa wierność i prawdziwe zaufanie ze strony mężczyzny może przywrócić im człowieczeństwo, śmiertelność i szansę na wieczne zbawienie. 

Spośród córek Pressyne Meluzyna - która co sobotę musiała przyjmować postać uskrzydlonej pół-kobiety, pół-węża- powtarza w zasadzie historię matki.  Jej spotkanie z hrabią Rajmundem z Poitou zaowocowało nie tylko wielką wzajemną miłością i małżeństwem (zawartym, oczywiście, pod warunkiem, że małżonek nigdy nie będzie oglądał swojej pani w sobotę), ale i zbudowaniem przez nową panią-czarodziejkę kilku zamków. Ruiny zamku Coudray-Salbart, tonącego w zieleni i otoczonego przez strumień, z którego Meluzyna miała się wyłonić, można do dziś oglądać (tu duuużo lepsze zdjęcie niż moje); mniej zostało z zamku w Parthenay na wysokim urwisku nad rzeką Thouet, który Meluzyna miała zbudować jednym machnięciem swej czarodziejskiej różdżki.

Meluzyna urodziła mężowi dziesięciu synów - każdy z nich dotknięty był jakąś fizyczną skazą, ale też odznaczali się odwagą i siłą. W końcu jednak przyszedł dzień, kiedy Rajmund, oczywiście, złamał dane słowo: zobaczył, podczas sobotniej kąpieli, żonę w postaci lśniącej, łuskowatej pół-wężycy. Wtedy jeszcze zmilczał; kiedy jednak w rodzinie doszło do tragedii i jeden z synów pary zabił drugiego, hrabia Rajmund w rozpaczy obwinił za to żonę, nazywając ją, wobec całego dworu, nieczystą żmiją i potworem.  Tego już było hrabinie za wiele: przemieniła się w złocistą, uskrzydloną żmiję i z płaczem odeszła na zawsze, pozbawiona miłości męża i nadziei na zbawienie duszy. Miała jednak w niewidzialnej postaci zawisać nad zamkiem za każdym razem, kiedy kolejny pan na Lusignac był bliski śmierci...

Meluzynę kojarzono, oczywiście, nie tylko z okolicami Parthenay; legendy o niej opowiadano w Luksemburgu i w krajach celtyckich, czasami kojarzono ją, jako kochankę lub małżonkę, z Guyem de Lusignac - tak, tym samym paskudnym czarnym charakterem z niezbyt, najoględniej mówiąc, udanego Królestwa niebieskiego Ridleya Scotta. Znana była także w Niemczech: odniesienia do jej legendy znajdziemy i u Lutra, i u Goethego; Meluzyna z Lucelburga miała w X wieku poślubić Sigisberta Alberusa, wkrótce jednak, zdaniem twórcy Reformacji, miała okazać się żmiją i sukubem, innymi słowy - pogańskim demonem.

Z tym pogańskim demonem akurat - gdy chodzi o legendarną Meluzynę - Luter mógł mieć trochę racji. Rodowód Meluzyny wydaje się bowiem sięgać wężowych wodnych bogiń i nimf, uwodzących śmiertelników w mitach wszystkich w zasadzie kultur indoeuropejskich. Zaskakujący jest dla mnie fakt, że ta fascynująca, tragiczna opowieść nie doczekała się w zasadzie swojej wersji w literaturze fantastycznej - a przynajmniej nie takiej, która zyskałaby jakąś szerszą popularność, bo to, że motyw Meluzyny pojawia się w kilku zatrącających o fantastykę/fantastyczność książkach (Possession A. S. Byatt, którą właśnie zaczęłam) i że Sarah Monette dała, kompletnie bez związku z tą akurat legendą, tytuł Melusine swojej, rozczarowującej w sumie, sadze fantasy, to trochę za mało.

Skądinąd - może taka powieść o Meluzynie i jej losach, o kobiecie-czarodziejce skazanej potężnym zaklęciem na to, że musi czekać, czy ukochany łaskawie dotrzyma złożonej jej przysięgi, o nieśmiertelnej istocie szukającej śmierci i wiecznego zbawienia - byłaby tą książką, o którą swego czasu upominałam się w kontekście legend Fausta i Latającego Holendra? Póki ktoś jej nie napisze, raczej się nie dowiem...

Niedługo dalszy ciąg programu: może Dartmoor i przemytnicy, a może La Mancha i książki zbójeckie. 

sobota, 03 kwietnia 2010

Wolfram von Eschenbach, Pieśni, Parsifal, Titurel, przełozył, przedmową, objaśnieniami i indeksem opatrzył, ryciny dobrał Andrzej Lam, Warszawa 1996


Jako że ostatnimi czasy ten blog jest mniej o fantastyce, a bardziej o inspiracjach dla tejże, a poza tym z racji faktu, że razem z Drakainą byłam niedawno w Filharmonii Krakowskiej na zachwycającym II akcie Parsifala Wagnera, postanowiłam – a co mi tam – napisać o jednym z najważniejszych dzieł średniowiecznej epiki arturiańskiej (a o ważności tejże dla fantastyki to w ogóle wstyd mówić) – a mianowicie o trzynastowiecznym, napisanym w dialekcie średnio-wysoko-niemieckim Parsifalu Wolframa von Eschenbach. Jakoś ostatnio, przy okazji planowania wyjścia do filharmonii, przypomniałam sobie ten (ogromny!) poemat w polskim przekładzie Andrzeja Lama.

http://www.crab.rutgers.edu/~rushing/Parz_540v.jpgPrzedziwny jest ten poemat, nawet na tle średniowiecznej epiki i jej dziwności, by nie rzec dziwaczności, dla współczesnego czytelnika nie będącego specjalistą od epoki. Wolfram po trochu opiera się, a po trochu spiera się z ujęciem tej samej tematyki w równie klasycznym Percewalu z Walii Chretiena de Troyes, o którym wyraża się lekceważąco, ale z którym łączy go – zwłaszcza w warstwie fabularnej – całkiem sporo.

Opowieść o czynach przyszłego Rycerza Graala Wolfram zaczyna... ab ovo, i to jeszcze jak: całe pierwsze dwie księgi poematu wypełniają przygody ojca Parsifala. Tenże ojciec, Gamuret, podróżuje (po baśniowym Wschodzie), walczy (z potworami), kocha i poślubia (dwie królowe, czarną Belakane i białą Herzeloyde) i w końcu ginie (nie wiedząc, że ma dwóch synów). Herzeloyde, jak samo imię wskazuje, jest nieszczęśliwa i decyduje się wychować synka na nie-rycerza; kiedy się to jej nie udaje, bo mały Parsifal, jak młody Achilles w klasycznym micie, posiada wrodzoną pasję dla wszystkiego, co z wojowaniem związane, postanawia przynajmniej utrudnić mu życie, jak się da: ubiera go w stój błazna i kompletnie nieświadomego rycerskich obyczajów posyła w podróż.

Często patrzy się na ten poemat przez pryzmat podniosłej i przesyconej mistycyzmem wersji Wagnera – a wtedy łatwo zapomnieć, że w tekście Wolframa sporo jest elementów mniej lub bardziej komicznych. Zachowanie Parsifala, jego święta naiwność i kompletne społeczne nieprzystosowanie (wystarczy wspomnieć epizod z Jeschute: Parsifal usłyszał od matki, że ma zdobywać serca i pierścienie dam – w związku z czym pierwszą spotkaną damę... okrada z biżuterii) przyczyniają, oczywiście, cierpień i jemu, i innym postaciom, ale poza tym bywają i pewnie bywały też dla czytelników wspólczesnych autorowi, nieodparcie zabawne.

Parsifal pełen jest egzotyki, niezwykłych i łamiących język nazw i imion (a wszystkie, jedne w drugie, znaczące), tajemniczych krain nieznanych dzisiejszemu Europejczykowi. Z dalekiego Zazamanc i Azagouc przybywa brat Parsifala Feirefiz o skórze w biało-czarne cętki; w Schastelmarveile rycerze muszą zmierzyć się z królem-czarnoksiężnikiem Klingsorem, a w Munsalgaesche – uwolnić od klątwy króla Anfortasa; i tak dalej, przez Pelrapeire do Schanpfanzun, od królowej Kondwiramury do pani Repanse de Schoye, od negocjacji z Kingrimurselem do nauk u Trevrizenta, wędrujemy z bohaterami po świecie pełnym wiary (bez której nic się nie osiagnie), nadziei (na rycerską sławę) i miłości. Zwłaszcza miłości.

Poemat Wolframa jest, oczywiście, eposem rycerskim, i kolejne etapy nauki Parsifala, który usiłuje stać się rycerzem doskonałym, są w nim kluczowymi motywami (jednym z nich jest scena w Wielki Piątek, z której zaczerpnęłam tytuł tego wpisu). Nie mogłaby obejść się ta historia bez największego z władców-rycerzy: część przygód Parsifala jest więc w oczywisty sposób związana z dworem Artura: to tam młody (i dość niedouczony, przyznajmy szczerze) wojownik uczy się, jak być prawdziwym rycerzem.

Ale Wolfram, poza wszystkim innym, był minnesingerem i tematyka miłosna jest u niego ciągle obecna: zarówno w dziejach Gamureta, jak i w przeplatających się w zasadniczej części poematu losach Parsifala i Gawaina, miłość do pięknych dam odgrywa kluczową rolę. Parsifal, co prawda, początkowo zachowuje się dość katastrofalnie, ale wkrótce uczucie do pięknej Kondwiramury opanowuje go na dobre i czyni lepszym (co nie znaczy, że inne kobiety tak całkiem wywietrzeją mu z głowy, co to, to nie).

Ale rycerze oczywiście mają na głowie poważniejsze sprawy, niż życie rodzinne (po tym, jak ją opuści w poszukiwaniu przygód, Parsifal zobaczy ponownie żonę i syna Lohengrina dopiero po wielu latach). Najważniejszym zadaniem Parsifala jest zostać rycerzem Graala. Na początku idzie mu to mniej więcej równie gładko, jak zdobywanie dam: nauczony, że nie wypada odzywać się bez pytania, Parsifal, kiedy trafia do zamku Graala, milczy jak głaz – a próba, którą musi przejść, polega na zadaniu właściwego pytania... Potem jednak Parsifal się uczy: uczy się długo i z wysiłkiem, by w końcu, dzięki temu, zostać największym z rycerzy i Władcą Graala. Graala, który, dodajmy, nie jest u Wolframa żadnym kielichem, tylko kamieniem o potężnej, magicznej, danej od Boga mocy: kamieniem z korony Lucyfera, którą ten stracił, strącony z niebios. Wokół poszukiwań Graala - a raczej wokół poszukiwań w samym sobie takich cech, które pozwolą mu stać się rycerzem godnym Graala – koncentruje się główna część akcji poematu.

Poemat Wolframa zrobił w średniowieczu niezwykłą karierę i tak, przez liczne późniejsze wersje, przeróbki i przetworzenia (kłania się przede wszystkim Thomas Mallory), jego główny bohater trafił do kultury współczesnej, mniej lub bardziej wysokiej, od wspomnianej opery Wagnera po Hollywood. Każda z literackich czy filmowych wersji opowieści o Arturze, w której postać Parsifala/Percewala występuje – moją osobiście ulubioną jest chyba epizod w Excaliburze Johna Boormana z Paulem Geoffreyem w roli przyszłego rycerza Graala – coś po wersji Wolframa dziedziczy.

 

PS. Obiecuję, że następny wpis będzie bardziej na temat ;)

sobota, 20 lutego 2010

Janet Todd, Death and the Maidens: Fanny Wollstonecraft and the Shelley Circle, Berkley 2007

 

http://3.bp.blogspot.com/_KSAB9xqp6_E/RzR0Mw3VqOI/AAAAAAAAA4Q/gTcP9id2QGI/s400/fannywollstonecraft.jpgCo robi na blogu o fantastyce naukowa książka poświęcona półanonimowej samobójczyni, córce znanej feministki i wychowance filozofa? To okaże się, mam nadzieję, w tzw. międzyczasie.

Na razie może parę słów o samobójczyni. Na imię miała Fanny, urodziła się we Francji podczas rewolucyjnego terroru i była nieślubnym dzieckiem. Tatuś - amerykański szemrany biznesmen - zostawił jej matkę bez grosza; pojechała za nim (i jego podejrzanymi interesami) aż do Skandynawii, biorąc naszą przyszłą samobójczynię ze sobą.
Kilka tysięcy kilometrów, dwie nieudane próby samobójcze i parę lat później matka naszej bohaterki wyszła za mąż za sławnego filozofa, na co dzień wroga małżeństwa; była już wówczas w drugiej ciąży. Było jak w smutnej bajce: urodziła córeczkę, którą nazwano Mary, i parę dni później zmarła, zostawiając dwie małe dziewczynki pod opieką męża.
Dalej jak w smutnej bajce, ojciec postanowił się ożenić po raz drugi - i jak w Kopciuszku, wybrał osobę, którą jego córki, kiedy tylko podrosły, uznały za złą macochę. Macocha wniosła w posagu dwoje własnych dzieci: syna, który uciekł z domu, jak tylko mógł, i córkę, śliczną i ze skłonnościami do pozerstwa (zmieniała sobie imię kilkakrotnie, w końcu decydując się na Claire).   
Były więc w domu trzy siostry: Fanny, Mary i Claire, każda z innych rodziców - a czasy były specyficzne. Polityczne zaangażowanie matki naszej bohaterki i filozoficzno-anarchistyczne pasje ojca zaczęły powoli wychodzić z mody, modne za to stawały się werteryzmy i opowieści niesamowite. Panny miały po lat kilkanaście, kiedy w życiu ich wiecznie finansowo niedomagającego ojca pojawił się fan i sponsor.
Fan i sponsor, lat dwadzieścia jeden, był z rodziny z tytułem i pieniędzmi, choć sam te ostatnie częściej obiecywał niż posiadał. Posiadał za to żonę w ciąży, lat osiemnaście, oraz maleńką córkę; coraz mocniej przy tym dobijał się do pierwszej ligii poetów swojego kraju. Wszystkie trzy panny zakochały się w nim natychmiast i namiętnie. 
Poeta wierzył w wolną miłość, seks przedmałżeński i skomplikowane damsko-męskie figury geometryczne. Uciekł ergo poeta z Londynu z dwiema panienkami, lat 16 i 15; ta trzecia, najstarsza i najcichsza, została w domu, sam na sam z wściekłym ojcem i nieszczęśliwą miłością.
Poeta i dziewczyny wybierali się do Szwajcarii, ale nie zabawili długo; we Francji całą trójkę wzięto za zagubione dzieciaki. Kasa się skończyła, wrócili do domu, ale to bynajmniej nie zakończyło skandalu. Żonaty poeta żył z dwiema nastolatkami w Londynie, jego ciężarna żona czekała, że może do niej wróci, a stojący na skraju bankructwa ojciec panien zerwał stosunki z córką i publicznie rzucał gromy, a po cichu błagał o pożyczki.
Wolna miłość wolną miłością, a natura naturą: panny kochanki zazdrosne były o siebie nawzajem niemożebnie. Claire w końcu postanowiła znaleźć sobie własnego poetę. Mierzyła wysoko, w największą sławę i największego skandalistę epoki - i udało się jej, o tyle w każdym razie, że jakiś czas później zaszła z nim w ciążę. A Fanny nadal siedziała w domu, siedziała i czekała, a każda ze stron: siostra i przybrany ojciec oskarżała ją, że sprzyja tej drugiej. Niedługo znowu została sama: siostry i ich mężczyzna wyjechali.

Potem było sławne lato-nielato i wydarzenia powszechnie znane: Genewa, willa, laudanum, rozmowa o duchach i wzajemne straszenie się. Skutki spotkania były liczne i do dziś trwające (większość wampirów ma coś z lorda Byrona, a jedną z ikon popkultury jest poskładany z trupów potwór , tylko przykładowo). Wszyscy uczestnicy spotkania w willi, może poza Claire (ale ona za to, w odróżnieniu od reszty, dożyła osiemdziesiątki), byli już na drodze do literackiej i (pop)kulturowej nieśmiertelności.  A Fanny nie. Fanny nadal siedziała w domu i jedyne, czego mogła się w życiu spodziewać, to - być może - posada prowincjonalnej nauczycielki. Była córką sławnej matki, jak jej przyrodnia siostra, ale sama sławy nigdy nie zyskała.
Romantycznie i horrorowo sobie państwo rozmawiali o śmierci, o podniosłych samobójstwach, werteryzowali i pisali; romantycznie miewali na punkcie śmierci obsesję (Shelley nie ruszał się nigdzie bez porcji trucizny). Fanny też pisała romantyczne listy, czasami; aż w końcu - odrzucona przez macochę, odrzucona przez przybranego ojca, odrzucona przez siostrę i niezaproszona do mieszkania z nią, kiedy w końcu kochankowie wrócili ze Szwajcarii, wsiadła w dyliżans, pojechała do Walii i tam w oberży w Swansea otruła się laudanum, starannie zadbawszy o to, by nie dało się jej uratować. Nie była jedyna: parę miesięcy później porzucona żona Shelleya, Harriet, w trzeciej ciąży, rzuciła się do Serpentine w londyńskim Hyde Parku.
Samobójstwo było skandalem, a na kolejne skandale ojciec panienek i chłopak Mary nie  bardzo mogli sobie pozwolić; nikt więc nie odebrał ciała po procesie. Fanny Imlay Wollstonecraft, siostra Mary Shelley została pochowana anonimowo, na cmentarzu dla ubogich.

 


 

Gdybym chciała napisać obiektywną recenzję z pracy Todd poświęconej Fanny Wollstonecraft, musiałabym - choć nie jestem specjalistą od epoki - do paru rzeczy się przyczepić, na czyste wyczucie.. Nie jest chyba możliwe, by spotkały się w jednej rodzinie osoba tak absolutnie niewinna, dobra, wrażliwa, postępowa, utalentowana i skrzywdzona (Fanny) i egoistyczna, bezlitosna i pozbawiona serca (Mary). Podejrzewam, że - jak to w życiu bywa - wina rozkładała się raczej nieco bardziej równo (Mary przeżywała swoje osobiste tragedie  - takie jak śmierć dziecka - na dodatek do przejmowania się siostrą) . Shelley też, jak podejrzewam, był jednak czymś trochę więcej niż okrutnym w swej młodzieńczej naiwności i bezkompromisowości zepsutym dzieciakiem-arystokratą z pretensjami. Ale nie o to chodzi. Najbardziej interesujące w książce Todd wydają mi się obserwacje dotyczące zwykłych ludzi (zwykle, tak się składa, kobiet), którym na drodze stanął geniusz. Cóż, Shelley był wiekim poetą, mnie do dziś jego wiersze wzruszają i przejmują. Ale kobiety w życiu Shelleya - jego żony, kochanki i córki - płaciły straszną cenę za ideały, którym hołdował: wolna miłość, przedkładanie uczuć nad obowiązki i odrzucenie konwenansów uderzały w końcu w nie znacznie bardziej, niż w niego. I zaczyna się człowiek zastanawiać: jak to jest z tą ceną? Z geniuszem i tym, ile mu wolno? Po śmierci Fanny Shelley napisał piękny wiersz - i co? Warto było?


Jakby ktoś się jeszcze zastanawiał, skąd tu ta recenzja, już wyjaśniam. W najbliższym czasie nazwisko Mary Shelley będzie się powtarzało na tym blogu raczej często - nie tylko ze względu na moje poszukiwania źródeł literatury popularnej w romantyzmie, ale i w związku z naszym wyzwaniem steampunkowym; dla tego podgatunku fantastyki Mary Shelley wydaje się jedną z najważniejszych inspiracji (to jest przy okazji zawoalowana odpowiedź dla juriusza na pytanie o Van Helsinga - planuję zrecenzować kilka mniej lub bardziej udanych filmowych wariantów historii Frankensteina, Van Helsing był jednym z nich).

sobota, 26 grudnia 2009

Barbara Juliana baronowa de Krüdener, Valérie ou lettres de Gustave de Linar à Ernest, Paris 1804

 

Ponieważ arbitralnie uznałam, że moją osobistą tabloidową osobowością roku 2009 zostanie niejaka Stefcia Rudecka Stephenie Meyer/Bella Swann (bośmy  się sporo na jej temat na blogach w 2009 nadyskutowali), to co mi tam, pobawię się jeszcze trochę w grzebanie w historii literatury za (zapomnianymi i nieuświadomionymi, to pewne) praprzodkami jej powieści. Że trzeba ich szukać w plus minus preromantyzmie, romantyzmie i postromantycznej literaturze angielskiej, to nam dość nachalnie sama Meyer ciągłymi aluzjami do Jane Austen i sióstr Brönte podpowiedziała (i dobrze, jeżeli przynajmniej jedna osoba przeczyta dzięki temu Wichrowe wzgórza, to ja płakać nie będę); ale można zawsze pogrzebać trochę głębiej i zastanowić się, skąd ten (tak wg niektórych krytyków, feministycznych zwłaszcza, szkodliwy) paradygmat tylko miłości i miłości poza grób jako najważniejszej i jedynej wartości w życiu bierze swoje początki. I dlatego teraz o jednym z tych "literackich przodków" naszych dzisiejszych romansów, mało znanym i zapomnianym dzisiaj, słów kilka. La baronne de Krudener nee Barbara Juliane von Wietinghoff et son fils Paul
Baronowa Barbara Juliana (Julie) von Krüdener (sportretowana na widocznym obok obrazie przez Angelikę Kaufmann) była kobietą absolutnie nietuzinkową: romantyczną, histeryczną, emocjonalną, wszechstronną i - w pewnym momencie swego życia - podziwianą i popularną. Trudno powiedzieć, kim była - Rosjanką (z obywatelstwa)? Niemką (z pochodzenia)? Francuzką (bo w tym języku tworzyła)? Na pewno była romantyczką, zakochaną, jak stwierdził jeden z biografów, w miłości. Córka niemieckiej arystokratki i carskiego generała (także niemieckiego pochodzenia), urodzona w 1764 roku, miała pecha: kiedy decydowano i jej małżeństwie, trafił się jej mąż dyplomata: starszy o szesnaście lat, praktyczny, chłodny i chyba raczej pozbawiony umiejętności okazywania romantycznych uczuć. Pani Julianie nie wystarczało, najwyraźniej, bycie baronową: ona jeszcze chciała być uwielbianą heroiną romansów.

Kochanków i wielbicieli miała wielu - niektórym pozwalała wielbić się z daleka, z niektórymi była znacznie, znacznie bliżej: romansowała z arystokratami i wojskowymi, dawała się adorować - i w pewnym momencie, tuż po śmierci męża, z którym pozostawała w faktycznej separacji, postanowiła swoje doświadczenia przelać na papier i w ten sposób zyskać nieśmiertelność. Efektem był opublikowany w roku 1804 romans epistolarny Valérie, w którym pani baronowa opisuje to, jak sobie wyobrażała idealną, bosko nieszczęśliwą i głęboko moralną miłość.

Było tak: jeszcze za życia męża baronowa Juliana była obiektem uczuć jego młodego rosyjskiego sekretarza, Aleksandra Stakiewa. Ten, kiedy poczuł, że jego uczucia do żony pryncypała wymykają się spod kontroli, porzucił  posadę, opisawszy uprzednio w liście do szefa okoliczności swojego odejścia. Ambasador, nie bardzo chyba zdając sobie sprawę, jakie to może mieć efekty, pokazał ten list małżonce. Baronowa poczuła się doceniona - co więcej, poczuła się natchniona.

W Valérie Madame Krüdener wykorzystała historię swojego wielbiciela, opisując historię wielkiej miłości młodego Szweda Gustawa de Linar do wzorowanej na sobie pięknej tytułowej bohaterki, żony jego mentora i przybranego ojca. Szesnastoletnia Valérie jest nieświadoma uczuć zakochanego - jakżeby mogła! Jest przecież mężatką i - choć mąż jej nie docenia i nie jest w stanie odwzajemnić głębi jej uczuć - pozostaje absolutnie lojalna wobec tego, którego przed obliczem Boga poślubiła. Zakochany Gustaw prezentuje całą gamę przewidywalnych dla czytelnika romansów zachowań: pytany przez ukochaną, czemu się smuci, opowiada jakże wzruszającą półprawdę o kobiecie, którą kocha a nie może poślubić, niezaproszony, ogląda ukochaną tańczącą taniec z szalem a la Emma Hamilton, szaleje z niepokoju, kiedy ta jest w ciąży, a potem troszczy się o grób jej zmarłego synka. Gdy Valérie wyjeżdża z małżonkiem, zakochany tworzy ku jej czci prawdziwy ołtarz w swoim pokoju; siedząc tam, wyobraża sobie, że rozmawia ze swoją boginią. Nie udaje mu się zastąpić jej inną ani powstrzymać dręczących go uczuć: ratuje ukochanej życie podczas pożaru, ale wie, że nigdy nie będą razem. Ucieka więc do klasztoru, gdzie z Bożą pomocą usiłuje uwolnić się ex hoc ingrato amore, że zacytują Katullusa. To jednak być nie może: Gustaw w końcu umiera z nieszczęśliwej miłości, pocieszony być może jedynie tym, że przybrany ojciec rozumiał, a ukochana wiedziała o jego miłości, choć jej nie odwzajemniała...

Ta sentymentalna, ubrana w typową dla ówczesnych powieści epistolarną formę powieść, z jej (po części zapewne zaczerpniętymi od przyjaciela i korespondenta autorki, Jean Paula) ideami miłości jako wszechpotężnej i wiecznotrwałej siły, zyskała w pewnym momencie sporą popularność: przełożono ją na kilka języków, wymieniał ją wśród swoich inspiracji Aleksander Puszkin, a i tytuł mojego dzisiejszego wpisu też jest absolutnie nieprzypadkowy... Poźniej została w dużej mierze zapomniana - dziś rzadko (i słusznie?) się o niej pamięta, a przecież przyczyniła się, w jakimś stopniu, do ukształtowania pewnej wizji miłości, która - zapożyczana następnie przez kolejne pokolenia autorów kultury coraz bardziej popularnej - ciągle żyje i ma się dobrze... Autor jednej z poświęconych życiu autorki prac napisał, że Valérie jeszcze dziś ma urok przywodzący na myśl spłowiałe wstążki i pożółkłe koronki z minionej epoki...

Ciekawe były także dalsze losy samej autorki. Jej następne dzieła literackie były już nie romansowe, a mistyczne: pani de Krüdener przeżyła bowiem religijne objawienie, nawróciła się i została prorokinią swojej własnej grupy religijnej o lekko millenarytycznym nastawieniu, z proroctwem zbliżających się dni ostatnich i Napoleonem w roli Antychrysta.  Ze swymi wyznawcami tułała się po Niemczech, uciekając przed wyobrażoną wojną, zaskarbiła sobie przyjaźń możnych tego świata, a w końcu została powiernicą cara Aleksandra I i - jak twierdzą jej biografowie - jedną z autorek koncepcji Świętego Przymierza. Pod koniec życia wierzyła ponoć, że jest apokaliptyczną niewiastą obleczoną w słońce. Co za kobieta!

 

Korzystałam z prac Evy Martin Sartori i Dorothy Wynne Zimmerman French Women Writers, University of Nebraska Press, 1991 oraz Ernesta Johna Knaptona, The Lady of the Holy Alliance: The Life of Julie de Kreudener, Columbia University Press, 1939; z tej drugiej pochodzi przytaczany cytat.

piątek, 11 grudnia 2009

 

Miało nie być na razie, a jednak będzie: nowa notka. I to z nowego cyklu.

Tyle razy mianowicie wracali ostatnio w moich dyskusjach o fantastyce romantycy i generalnie klasyka, że postanowiłam w końcu coś o nich napisać i jakoś spróbować spojrzeć na nich jako na - bo ja wiem? - źródła, inspiracje, początki czegoś, co w efekcie dało nam nasze ulubione książki :). Stąd, ergo, nowa kategoria, w której będę sobie wracać, co jakiś czas, do szeroko pojętej klasyki literatury - wcale niekoniecznie fantastycznej! - która dla tej fantastyki jest w jakiś sposób istotna. Ponieważ ostatnio (dziękujemy ci, Stephenie M.!) całe mnóstwo dyskusji na blogach kręci się wokół wampirów, to od wampirycznego tekstu zacznę (i zadedykuję go przy okazji pokonam_strach). A ponieważ ja to ja, to nie będzie to na początek nic absolutnie oczywistego, żadna La Belle Dame sans Merci, tylko coś nieco mniej znanego, co nie znaczy - mniej ważnego. Będzie, inaczej mówiąc, o poemacie Christabel (1797-1800) Samuela Taylora Coleridge'a.

 

Nie mam pojęcia, czy ten akurat tekst - nietypowy, specyficzny, z jego nowatorskim schematem rytmicznym i dziwacznymi, irytującym nieraz powtórzeniami jak z kołysanki - doczekał się polskiego przekładu, więc może najpierw parę słów wstępu. Krytycy, oczywiście, czytają Christabel - historię spotkania młodej i naiwnej tytułowejWhitby: copyright by ninedin bohaterki z czarującą, perfidną i groźną Geraldine - bardzo różnie: jako metaforę rozdwojenia psychicznego głównej bohaterki, zakochanej, ale obawiającej się mężczyzn i nadchodzącego małżeństwa, jako artystyczne przetworzenie "wampirycznej" (przynajmniej - od pewnego momentu - zdaniem samego Coleridge'a) literackiej przyjaźni z innym wybitnym, a bardziej w swoich czasach cenionym twórcą tej epoki, Williamem Wordsworthem, jako realistyczną, ubarwioną jedynie wyobrażeniami, opowieść o lesbijskim romansie, czy raczej - lesbijskiej inicjacji seksualnej... Warto jednak pamiętać, że - niezależnie od wszelkich mniej lub bardziej uprawnionych interpretacji krytycznych - niedokończony poemat Coleridge'a to przede wszystkim w swej podstawowej warstwie gotycka opowieść niesamowita o spotkaniu z Nieznanym.

Coleridge nigdy Christabel nie skończył, napisał jedynie dwie z planowanych kilku części poematu: nie wiemy więc, jak ta opowieść się kończy, wiemy tylko, jak się zaczyna. W części I widzimy, jak tytułowa bohaterka, młoda i piękna, wymyka się nocą z zamku ojca - jesteśmy w quasi-gotyckim angielskim średniowieczu, a tytułowa Christabel jest narzeczoną młodego rycerza, o którego zdrowie się poszła modlić zimową nocą, pod porośnięty jemiołą stary dąb. Już od początku łatwo rozpoznać w tym tekście elementy gotyckiej stylistyki: ciemny nocny las, stare drzewa poskrzypujące w nocy, pohukującą gdzieś w oddali sowę - i ten jeden, ostatni, krwawoczerwony liść na dębie...

The night is chill; the forest bare;
Is it the wind that moaneth bleak?
There is not wind enough in the air
To move away the ringlet curl
From the lovely lady's cheek-
There is not wind enough to twirl
The one red leaf, the last of its clan,
That dances as often as dance it can,
Hanging so light, and hanging so high,
On the topmost twig that looks up at the sky.

A pod dębem, niespodziewanie i nieprzewidywalnie, leży nieznana dziewczyna. Dziewczyna przedstawia się jako Geraldine (wymawiane nietypowo tak, żeby rymowało się z wine) i opowiada mocno sugestywną historię o tym, jak została porwana przez pięciu rozbójników w niecnych, jak się nietrudno domyślić, celach, a potem - porzucona tu, w lesie. Dziewczyna jest piękna, wysoka, bladolica i egzotyczna (She was most beautiful to see /Like a lady of a far countree)- i budzi w Christabel opiekuńcze uczucia: córka sir Leoline'a postanawia zaopiekować się nieszczęsną nieznajomą i zabiera ją do własnego domu; ponieważ jednak ojciec, starszy i schorowany, już śpi, Christabel proponuje nowej znajomej, by spędziła noc z nią, w jej sypialni:

All our household are at rest,
The hall is silent as the cell;
Sir Leoline is weak in health,
And may not well awakened be,
But we will move as if in stealth;
And I beseech your courtesy,
This night, to share your couch with me.

Panny zbierają się do powrotu do zamku - i tu właśnie wszystkim czytelnikom i znawcom opowieści o wampirach powinno się zapalić czerwone światełko. Cóż mianowicie dzieje się po drodze? Ano, Geraldine najpierw nie jest zbyt szczęśliwa przekraczając fosę (płynąca woda!), potem nie czuje się najlepiej w okolicach żelaznej bramy, a wreszcie - mdleje przed progiem, ewidentnie nie mogąc wejść nieproszona; Christabel musi ją dopiero przenieść przez próg, jak pan młody pannę młodą - a wtedy piękna nieznajoma cudownie odzyskuje siły:

The gate that was ironed within and without,
Where an army in battle array had marched out.
The lady sank, belike through pain,
And Christabel with might and main
Lifted her up, a weary weight,
Over the threshold of the gate:
Then the lady rose again,
And moved, as she were not in pain.

Ale to jeszcze nie wszystko: bo Geraldine nie czuje się też zbyt dobrze, kiedy jej nowa towarzyszka się modli - a już zupełnie nie podoba się jej rzucająca ciepłe światło lampa, przymocowana do figury anioła... Na jej widok warczą psy, a z na wpół wygasłego kominka strzela nagle wysoki płomień - jak wtedy, kiedy, wedle angielskiego przesądu, w pobliżu jest duch zmarłego... Ale Geraldine nie da się łatwo zniechęcić - udaje jej się nawet przepędzić opiekuńczego ducha matki Christabel:

Off, woman, off! this hour is mine-
Though thou her guardian spirit be,
Off, woman. off! 't is given to me.'

Kiedy nowa przyjaciółka Christabel rozbiera się do snu, jej ciało, widoczne tylko od jednej strony, okazuje się być olśniewająco piękne - a odrażające i wężowe z drugiej; Geraldine ewidentnie wyczuwa niepokój towarzyszki, bo, choć bierze Christabel w ramiona i na wpół uwodzi, na wpół uspokaja:

Then suddenly, as one defied,
Collects herself in scorn and pride,
And lay down by the maiden's side!

(...)
A star hath set, a star hath risen
O Geraldine! since arms of thine
Have been the lovely lady's prison.
O Geraldine! one hour was thine-
Thou'st had thy will! By tarn and rill,
The night-birds all that hour were still
,

to jednak, na wszelki wypadek, rzuca na nią urok milczenia:

In the touch of this bosom there worketh a spell,
Which is lord of thy utterance, Christabel!

Rano, kiedy obie wstają, Christabel jest blada i zmęczona po rzekomych nocnych koszmarach, a Geraldine, wręcz przeciwnie, kwitnąca - kolejny szczegół, obecny w wielu klasycznych opowieściach o upiorach.

Ale Geraldine nie dość jest Christabel - zarzuca też sieci na jej ojca, sir Leoline'a, przedstawiając się jako córka jego dawnego druha, z którym Leoline pokłócił się przed wielu laty; wiedzony rycerskością, ale też oczarowany urodą i wdziękiem dziewczyny, Leoline proponuje jej pozostanie w zamku tak długo, póki on nie zdoła porozumieć się z jej ojcem, nawet mimo faktu, że jego własna córka ma coraz większe podejrzenia, że to wszystko źle się skończy. Geraldine w końcowej części poematu ma zresztą więcej wspólnego z lamią niż z wampirzycą - zwłaszcza od kiedy w jej charakterystyce zaczynają coraz wyraźniej ujawniać się wężowe cechy... Przypomina się człowiekowi przy tej lekturze powieść, która jest, moim zdaniem, przykładem chyba najbardziej zmarnowanego tematu w historii fantastyki: Groza jej spojrzenia Tima Powersa, z jej spiskowym założeniem istnienia nieludzkiej, wampirycznej rasy kobiet-kochanek, prześladujących mistrzów angielskiej poezji romantycznej (pomysł genialny, wykonanie, moim zdaniem, co najmniej nie do końca). Christabel, z jej natrętnymi powtórzeniami i obsesyjnymi rymami, z wydumanymi znaczącymi imionami postaci, ma nastrój sennego koszmaru, albo raczej - koszmarnej bajki.

Nie wiadomo, jak ta bajka miała się zakończyć: przyjaciel autora, dr James Gillman, sugerował, że w końcu, po tym, jak odkryto, że jej rzekomy dom od dawna już leży w gruzach, Geraldine znika, po czym pojawia się na nowo, przybierając tym razem postać ukochanego Christabel; nikt poza samą narzeczoną się nie orientuje. Sir Leoline, szczęśliwy, chce doprowadzić do ślubu młodej pary i nie może zrozumieć, skąd nagłe obiekcje córki. Christabel w końcu musi się zgodzić, ale na jej szczęście wraca prawdziwy ukochany, zmora rozpływa się w powietrzu i wszyscy żyją długo i szczęśliwie. Czy tam to miało być? Nie wiemy. Wiadomo za to na pewno, że Geraldine - czy jest wampirem, czy lamią, czy jakąkolwiek inną nadnaturalną istotą (duchem? fairy? Folkloryści i badacze literatury poważnie się o to kłócą) miała spory, choć pośredni, wpływ na kreację postaci wampirzycy-kusicielki. Pierwsza i najbardziej klasyczna z tych potwornych kusicielek, Carmilla z zatytułowanej tak samo powieści Josepha Sheridana le Fanu (1872), ma z Coleridge'owską Geraldine sporo wspólnego... Sam poemat Coleridge'a rzadziej bywał bezpośrednią inspiracją, choć niejaka Karin Kallmaker (vel Laura Adams), ponoć The Queen of Lesbian Romance, napisała w oparciu o niego powieść, która - patrząc z recenzji i streszczeń - niespecjalnie nadaje się do czytania (nie tyle ze względu na lesbijski romans, bynajmniej, co raczej ze względu na całą resztę fabuły). 

chmury by ninedin

Oczywiście, możliwych odczytań tej historii jest wiele. Ewidentnie jednak przynajmniej niektórzy czytelnicy widzieli w poemacie Colerige'a przede wszystkim opowieść niesamowitą: Percy Shelley, sam bynajmniej nie pozbawiony mocno gotyckiej wyobraźni, ponoć uciekł z krzykiem, usłyszawszy opis Geraldine w jej wężowej postaci...


PS. I jak nie jestem fanką zespołu Nightwish, tak ich utwór ewidentnie inspirowany Coleridgem i jego poematem Christabel (z płyty Century Child) ma, moim zdaniem, naprawdę pomysłowy i intrygujący tekst :)

| < Listopad 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      
O autorze
Zakładki:
Autorzy
Blogi
Miejsca: różne
Omnia mea
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...