Alfabet

sobota, 05 listopada 2011

 

Książki na kolejną literkę alfabetu zajmują na mojej półce znacznie więcej miejsca, niż początkowo mi się wydawało. OK, mam - oczywista oczywistość - Homera, zarówno w wersji polskiej, jak i oryginalnej greckiej (a raczej, to be precise, bilingwicznej grecko-włoskiej); mam też, w charakterze ciekawostki, angielski przekład Odysei pióra T. E. Lawrence′a, o którym pewnie (T.E.L., nie przekładzie) będzie zdecydowanie więcej, kiedy dojdę do litery L... Mam na półce polski przekład antycznych dziełek okołohomeryckich (żywoty Homera, utwory mu przypisywane), mam Hezjoda, Herodota i Horacego, za którego filozoficznym dystansem i intelektualnym wydumaniem nie do końca przepadam, choć parę wierszy napisał przepięknych. Mam – z klasyków nieco mniej istotnych – Herodiana, historyka greckiego, piszącego o dziejach Rzymu. Mam jakiś tomik George′a Herberta i ze dwa tomiki Zbigniewa Herberta, do którego wracam dziś zdecydowanie rzadziej, niż kiedyś, choć dalej dałabym się pokroić za genialność Do Marka Aurelego. Jest gdzieś jakiś Knut Hamsun, jakiś Heine, jeden czy drugi Hawthorne i Paragraf 22 Hellera.
Z klasyków popularnych – Oną, moją ulubioną powieść H. Ridera Haggarda, mam tylko w polskim przekładzie, niestety; przy całej staroświeckości tej książki, jej naiwności i dość zabawnej wizji świata, w którym Angielski Dżetelmen Wie Lepiej, należy ona do moich zdecydowanie ulubionych lektur – podobnie zresztą jak odnosząca się do niej Misery Stephena Kinga, o której niedługo. Mam oczywiście jakiś tomik opowieści o Conanie Barbarzyńcy Roberta E. Howarda, jeszcze z czasów, kiedy można je było (rzadko!) kupić w tuż-po-peerelowskim kiosku, w okładce rzadkiej szpetoty. Mam ulubiony cykl Harry′ego Harrisona o Stalowym Szczurze – ja z jednej strony w ogóle nie przepadam za stricte komiczną prozą, z drugiej nie za bardzo lubię samego Harrisona w innych wcieleniach, ale do tego cyklu mam wielką słabość. Czytałam go po raz pierwszy w ŚKF-owym półoficjalnym (?) wydaniu, zapłakując się ze śmiechu i budząc panikę u mojej landlady, od której wtedy, na I roku studiów, wynajmowałam pokój.

Barbara Hambly to pisarka, do której się przekonałam - pierwsze jej teksty, jakie wpadły mi w ręce (The Magicians of Night), jakoś nie zachwyciły, za to zakup dylogii o  profesorze Jamesie Asherze i jego przeciwniku-przyjacielu wampirze okazał się fantastyczną decyzją, o czym zresztą pisałam kiedyś długo i wyczerpująco. Z kolei Robert A. Heinlein i ja generalnie nie nadajemy na tych samych falach – zarówno Kawaleria kosmosu, jak i inne jego powieści, które czytałam - Drzwi do lata, Luna to surowa pani czy Hiob – komedia sprawiedliwości pozostawiły mnie dość obojętną. Wyjątkiem jest Obcy w obcym kraju – jak mnie ta książka irytuje momentami do bólu, tak mam swoją, bo mam ochotę do niej wracać. Mam – choć nie wiem, po co – cały w zasadzie cykl Franka Herberta o Diunie – mało oryginalnie, uwielbiam pierwszą i lubię pojedyncze motywy/sceny z następnych; za prequele i sequele autorstwa synalka, a współautorstwa Kevina J. Andersona, jakoś mi się nie chce zabrać.

Z cyklu Laurell K Hamilton o Anicie Blake mam na własność jakieś pojedyncze tomy (I-IV, potem coś z późnych i na pewno najnowszy). Mówiąc najkrócej – pierwsze tomy były naprawdę fajne, a potem przekonałam się, że jednak mam uczulenie na nadmiar seksu w literaturze (a, i mam jeszcze, dzięki Drakainie, jakąś przypadkową powieść tejże autorki ze świata Star Treka!).  Mam – i lubię - czterotomowy cykl alternatywnej historii Thomasa Harlana, w którym w VIII wieku naszej ery nadal trwa Imperium Rzymskie (i działa magia, w tym – nekromacja). Mam – choć za diabła nie pamiętam, gdzie – Mythago Wood Roberta Holdstocka, dziwną, irytującą i błyskotliwą książkę, w której autor próbuje zastosować, dość dosłownie, teorie Junga do fantasy. Mam wreszcie dostany w prezencie i ledwie przemęczony jakiś pojedynczy tom Toma (no, wiem, głupi pun) Holta, chyba ten o malowaniu smoka – czy ja już mówiłam, że z humorystycznymi to tak różnie?

Nie mam, i nie żałuję, że nie mam, ani jednej książki Robin Hobb, bo żaden z jej cykli (a zaczynałam wszystkie) jakiegoś szczególnego wrażenia na mnie nie zrobił. Mam  tylko jeden (pierwszy) tom Blood Books Tanyi Huff, a szkoda, bo jak na paranormal romance (OK, OK, jak Huff to pisała, nikt nie znał terminu paranormal romance) jest to całkiem miły (i miło zekranizowany) cykl. Jedyną posiadaną Charlaine Harris upchnęłam koleżance, a jedynego Thomasa Harrisa – mamie, bo ani jedno, ani drugie jakoś do mnie nie trafiło; no i, o dziwo, nie przepadam za literackim czarnym kryminałem (wolę pastisze i podróbki od oryginału), więc dostany kiedyś w prezencie Sokół maltański Dashiella Hammetta stoi sobie samotnie i nie zanosi się na to, by dołączyły doń inne powieści autora...

poniedziałek, 01 sierpnia 2011

Wracam do wpisów alfabetycznych przy okazji próby jakiegoś sensownego ustawienia książek na półce i próbuje ułożyć literę G.


Na G mam trochę klasyki: opowiadania i dramaty Gogola, w tym część po rosyjsku, trochę Goet
Źródlo: ebay.comhego (w tym jakiś pojedynczy tomik po niemiecku), jedną czy drugą Elizabeth Gaskell i Władcę much Goldinga, najbardziej chyba ponurą z tych książek, do których zdarza mi się wracać z własnej woli. Nie mam, a chciałabym, Nocy attyckich Aulusa Geliusza, bo jakkolwiek to nie bardzo da się czytać samo z siebie, to w pracy filologa klasycznego bez tego momentami ani rusz. Mam za to sporo Roberta Gravesa, zarówno powieści (Ja, Klaudiusz, Córka Homera), jak i książek, powiedzmy, z okolic nauki (Mity greckie). I mam baśnie braci Grimm, niewątpliwie klasyczne :).  A jak już przy takich klimatach - Wind in the Willows Kennetha Grahame'a to chyba jedna z moich ulubionych książek dla dzieci.  


Z fantastów na G mam w zasadzie wszystkie (poza Wolves in the Walls) książki Neila Gaimana plus znaczącą większość jego komiksów (całego Sandmana, częściowo po polsku, częściowo in English, plus trochę rzeczy poza tym). Gaimana uwielbiam, i przypominam sobie o tym za każdym razem, kiedy biorę do ręki którąś z jego książek, ale pisałam już o nim ładnych parę razy i musiałabym się okrutnie powtarzać... Mam kilka książek Williama Gibsona, na czele z Neuromacerem (poza tym: po polsku Światło wirtualne i Grafa Zero, in English Difference Engine i Idoru); i o Gibsonie w sumie powinnam kiedyś napisać, zdecydowanie. Mam bardzo przeze mnie lubianą, dziwną i dośc mało znaną powieść Jona Courteneya Grimwooda NeoAddix, która jest o gangach motocyklowych, klonowaniu Jezusa, wampirach i hakerach, i jest IMO świetna, przy całym swoim bałaganiarstwie; Grimwood to jest autor, którego zdecydowanie chciałabym przeczytać więcej. Mam - ale nie czytałam jeszcze - Hegemonię Kartaginy Mary Gentle, kupioną za 6 ZLP na ulicy w Krakowie; podobna sytuacja jest z przywiezioną kiedyś z Anglii Harm's Way Colina Greenlanda. Do moich ulubionych książek zdecydowanie należy za to Narzeczona księcia Williama Goldmana - ale nie będę tu o niej pisać za dużo, bo może w końcu kiedyś napiszę o niej jako o kanonie fantasy :). Mam dylogię o Parmenionie i Aleksandrze Davida Gemmela, która trochę mi się podoba, a trochę mnie irytuje, mam też najciekawsze bodaj powieściowe ujęcie sagi o Nibelungach, Rheingold Stephana Grundy'egoDiana Gabaldon, proszę bardzo: mam serię o lordzie Johnie, ale chyba żadna siła mnie nie zmusi do kupienia któregokolwiek tomu cyklu Outlander...

 

Ale tak naprawdę, w moim przypadku, litera "G" powinna być zarezerwowana dla powieści kryminalnych, i to nie z racji pojedynczych książek Sue Grafton czy Johna Grishama, które gdzieś tam leżą w kącie półki, a ze względu na dwie pisarki, których czytam dużo i pewnie będę czytała więcej: Marthę Grimes i Elizabeth George. 

Marthę Grimes podpatrzyłam swego czasu na blogu Rusty Angel, a że z opisu jej książki wyglądały na to, co lubię, postanowiłam spróbować. Od tej pory kupiłam i przeczytałam pierwsze sześć książek z cyklu o Richardzie Jurym  (The Man With a Load of Mischief,  The Old Fox Deceiv'd, The Anodyne Necklace, The Dirty Duck, Jerusalem Inn, Help the Poor Struggler) plus The Old Contemptibles i zdecydowanie zamierzam przeczytać następne. Grimes potrafi pisać przekonujące, inteligentne postacie (nawet jeżeli część z nich to ukłon w stronę konwencji gatunku), jej zagadki kryminalne są skomplikowane, a klimat angielskich miasteczek i pubów (od których kolejne tomy cyklu czerpią swoje barwne tytuły) ukazany znakomicie. Mojej mamie z kolei szalenie podobał się Hotel Paradise; ja wolę cykl o Jurym, ale Hotel też zdecydowanie lubię.

Po powieść Elizabeth George pierwszy raz sięgnęłam w desperacji, goszcząc w domu, w którym poza tym na półkach były tylko powieści(dła) o miłości. Zaczęłam ergo in medias res, od polskiego przekładu Well Schooled in Murder (Szkoła zbrodni), w której zaintrygowały mnie przede wszystkim bohaterowie: OK, przystojnych angielskich arystokratów jako inspektorów Scotland Yardu widuje się dość często, ale George udało się zrobić Thomasa Lynleya, mimo wszystko, jakoś oryginalnym - a mnie i tak, w sumie, bardziej zaintrygowała jego partnerka, Barbara Havers, paniusia w bluzie po cioci, w rozkłapanych tenisówkach i z petem w gębie, która jednakowoż, jak porucznik Colombo, zdecydowanie jest czymś więcej, niż na to wygląda. Potem trafiały mi w ręce kolejne tomy (Massolit w Krakowie ciągle miał jakieś pojedyncze na półeczce z książkami za 5 zeta) i ani się obejrzałam, a przeczytałam wszystkie 15 tomów, poza najnowszym z 2010. To są, w odróżnieniu od bardziej klasycznie kryminalnych powieści Grimes, bardzo długie (nieraz pod 800-900 stron!), skomplikowane księgi z ogromną ilością wątków i postaci. Łączy je w cykl grupa powracających bohaterów: Havers, Lynley, jego partnerka, a potem żona lady Helen, ich wspólny przyjaciel z dzieciństwa, ekspert kryminalny Simon St. James, okaleczony przed laty w wypadku, który spowodował Lynley, i małżonka Simona, artystka-fotograf, a prywatnie córka jego kamerdynera, Deborah.

No tak... i tu zaczyna się problem. Elizabeth George z jednej strony często  porusza tematy związane z bardzo współczesnymi problemami: mamy u niej niejednoznaczny moralnie portret grupy dość skrajnych aktywistów ekologicznych, mamy kwestię życia (i śmierci) głuchoniemej, ale  zupełnie  zwykłej i energicznie korzystającej z życia, zupełnie jak jej równieśnice), studentki,  mamy (z hukiem!) dziecięce gangi, ciężkie życie imigrantów, podziały klasowe... I autorka potrafi pisać o tym inteligentnie, wrażliwie i z wyczuciem. Z drugiej strony, ja przynajmniej mam wrażenie, że zazwyczaj, gdzieś za wszelkimi przestępcami, mordercami i zwichrowanymi zbrodniarzami u George czai się w mroku zło jeszcze bardziej od nich monstrualne, zło, które tak naprawdę ich ukształtowało albo pozwoliło uwolnić najniższe instynkty: modliszka. Tą modliszką jest zwykle starzejące się, przesadne w swoich zachowaniach,  seksualnie nienasycone, bezmyślne i egoistyczne babsko. To może być histeryczna mamusia, w czasach nastoletnich mała kurewka,  z oddaniem obsługująca bogatych chłopców z sąsiedniej  boarding school, a potem kłamiąca  poczętemu przy okazji synkowi co do tożsamości jego ojca, przez co tenże synek morduje swoją dziewięcioletnią rzekomą siostrę, córkę faceta, który nie miał nic wspólnego z jego matką (In the Presence of the Enemy). Może to być pragnąca związku! chłopa! związku! chłopa! i niczego poza tym (no, może ucieczki od tłukącego ją latynoskiego męża) niemądra Amerykanka, usiłująca  przy pomocy zniszczenia osiemnastowiecznego instrumentu udowodnić genialnemu, dysfunkcyjnemu i mającemu zapomnianą parszywą przeszłość skrzypkowi, że muzyka nie jest dla niego wszystkim, bo jeszcze jest seks,  i ona (A Traitor to Memory). Modliszką może też być wiecznie niezaspokojona, zdradzająca ciężko pracującego męża i krzywdząca swoimi obsesjami dzieci prowincjonalna i żałosna femme fatale z wiochy, gdzie diabeł mówi dobranoc (Careless in Red). Słowem,  modliszka to zbiór paskudnych stereotypów, i to tych najgorszego sortu,  i nie rozumiem, jak autorka, która, jak chce, potrafi unikać krzywdzących oczywistości, może za każdym razem pakować się w taką głupią pułapkę. Dodajmy do tego, że święta (świętojebliwa, ciśnie mi się pod klawiaturę), delikatna i wrażliwa  Deborah St. James, Sabrina o cudownych rudych lokach okalających piegowatą twarzyczkę i  o nieskazitelnie dobrym charakterze, świetna fotografka, prosta dziewczyna kochana przez obu bohaterów-arystokratów i w końcu, z cichej miłości, wybierająca tego skrzywdzonego przez los, anielskiej dobroci Deborah, która zadręcza się, bo poroniła siedem razy i sądzi, że to przez dokonaną w młodości aborcję (ale zrobiła to tylko dla dobra niedoszłego ojca, Lynleya skądinąd, choć zapomniała mu powiedzieć, że jest  w ciąży, a on ma wyrzuty sumienia, że nie odgadł, choć on był w Anglii, a ona w Kalifornii) - Deborah, krótko mówiąc, jest może najwstrętniejszą literacką Mary Sue, jaką widziałam od dawna. Błeeeeeeeee.
OK, wyżyłam się - a teraz krótko, czemu czytam. Bo zalety zdecydowanie przeważają nad wadami, bo jednak większość postaci jest udana, bo - wreszcie - George konstruuje swoje kryminały na tyle precyzyjnie, a zarazem wplata w nie tak wiele motywów, że parę miesięcy po przeczytaniu gubię się w tym, kto i dlaczego, ergo - mogę czytać jeszcze raz! 

Hmmm, może powinnam zacząć pisać na tym blogu o powieściach kryminalnych... 

sobota, 18 września 2010

Powinnam z tym wpisem poczekać do przyszłego roku - w ten sposób trafiłabym w dziesięciolecie jednej ze swoich wielkich literackich fascynacji.

www.fantasticfiction.co.ukAle o tym potem. Najpierw o wszystkim (prawie) innym na F na moich półkach.

No to po kolei, choć bez ładu i składu. Philipa Jose Farmera mam tylko Gdzie wasze ciała porzucone, genialną w pomyśle i momentami mniej niż porywającą IMHO w wykonaniu I część opowieści o świecie Rzeki; jakoś mnie nie kusi dołożyć do tego Najwspanialszy parostatek, który parę lat temu bez zachwytu przeczytałam, choć chętnie, z kolei, miałabym jakąś antologię z "The Lovers". Powinnam odgrzebać na półkach u mamy Maga Johna Fowlesa, bo mnóstwo rzeczy, które mnie kilka(naście?) lat temu w tej powieści zirytowało, dzisiaj przestało mi przeszkadzać.

Jasper Fforde - będzie więcej. Po tym, jak ogromną przyjemność sprawiła mi lektura dwóch pierwszych tomów cyklu o Thursday Next, jest to zdecydowanie autor, którego chcę przeczytać w większych ilościach. Najchętniej wszystko, co napisał.  

Czy wstydem jest posiadanie powieści Alana Deana Fostera? Ja mam tylko ze dwie te startrekowe... A poza tym, może ktoś chce Servant of the Empire Raymonda E. Feista i Janny Wurst? Kupiłam dawno temu w Anglii, zanim się okazało, że Feista w całości organicznie wręcz nie cierpię. Pałęta się też gdzieś po domu bodaj Luck in Shadows Lynn Fleweling, w każdym razie któraś z jej powieści o wrażliwym elfie-geju-magu - zero szans, że kupię którykolwiek kolejny tom.

Z klasyki, Faulkner w dużych ilościach, bo lubię. I Czuła jest noc Francisa Scotta Fitzgeralda. Ze starszej klasyki - Biblioteka Focjusza, wielka bizantyjska księga o zaginionych księgach.

No to na koniec hymn do Celii S. Friedman, kobiety, którą kocham. To nie jest, obiektywnie, ani najwybitniejsza, ani najbardziej odkrywcza z autorów, których książki mam na półce, ale za to jest - jedna z moich zdecydowanie, absolutnie ulubionych. Friedman to przede wszystkim The Coldfire Trilogy, recenzowana kiedyś i przeze mnie, i przez Maarcussa: błyskotliwa kombinacja SF i fantasy z tematem Fausta w tle i z fascynującymi postaciami; niewątpliwie jej najbardziej znana rzecz. Ja, tak się składa, mam też wszystkie pozostałe.

Friedman debiutowała space operą In Conquest Born: opowieścią o wiecznej wojnie między dwiema społecznościami, nieco przypominającymi Spartę (obsesja rasowej czystości, kastowość, militaryzm) i Ateny (absolutne przekonanie o własnej kulturowej wyższości, skupienie na nauce i naukowości) z okresu wojny peloponeskiej. Na tym tle, typowo spaceoperowym (telepaci, obce rasy, wojny o systemy planetarne, superbroń) Friedman buduje psychologiczną de facto opowieść o przeznaczonych sobie mężczyźnie i kobiecie. Urodzili się po dwóch stronach frontu, ogromnym wysiłkiem i wbrew wszystkiemu zyskali w swych społecznościach pozycję, a jednocześnie od pierwszego spotkania wiedzieli, że ich przeznaczeniem jest rozumieć siebie nawzajem - i w związku z tym nienawidzić siebie nawzajem - jak nikogo innego w świecie. Ukazanie obsesyjnej relacji fascynacji i nienawiści, wiążącej mocniej niż miłość jest bodaj najmocniejszą stroną tej powieści.

Drugą powieścią autorki jest też tekst SF, tym razem zahaczający już (OK, w ICB są ślady) o powracający w twórczości Friedman bez przerwy motyw wysoce nieortodoksyjnie traktowanego wampiryzmu (1990, żeby nie było, że moda!): The Madness Season. To jest z kolei opowieść o żyjących millenia, żywiących się krwią zmiennokształtnych istotach, funkcjonujących wśród ludzi - i o tym, co może ich czekać w wyniku inwazji gadopodobnych, dzielących świadomość Obcych. Wiem, brzmi jak streszczenie  odcinka Star Treka.
O ile ja rozumiem, Friedman chodzi w tej powieści przede wszystkim o zadanie, w ramach bardzo klasycznego tematu SF, pytania, "Co decyduje, że jesteśmy ludźmi/niepowtarzalnymi jednostkami"? i udzielenie kilku różnych możliwych odpowiedzi. Moim ulubionym motywem są wplatane konsekwentnie przetworzenia i leciutkie kpiny z tradycyjnej vampire lore.

Po The Madness Season Friedman spędziła parę lat, pisząc Coldfire - niewątpliwie najlepsze swoje dzieło - a następnie spróbowała swoich sił w kolejnej formie, pisząc postcybepunkową powieść This Alien Shore (Obcy brzeg, jedyna poza Coldfire jej  powieść wydana w Polsce). Tu z kolei dzieje ściganej przez korporację młodej dziewczyny, która ucieka, bo jej kazano, a nie bardzo wie, dlaczego, są dla Friedman tłem dla ukazania kwestii obcości, tym razem związanej z problemem istnienia/nieistnienia normy zdrowia psychicznego. Fabularnie tej książce można sporo zarzucić (pospieszne kończenie pewnych wątków, rozwlekanie innych), ale Friedman zbudowała tu ze znanych od dawna klocków (wyobraźmy sobie Diunę przefiltrowaną przez Klany księżyca Alfy) naprawdę fascynujący świat przyszłości.

Kolejną powieścią Celii był nie do końca udany sequel In Conquest Born, zatytułowany The Wilding - autorka miała pomysł na zmiany społeczne w świecie parę pokoleń później, ale zabrakło dobrego konceptu fabularnego. Następnie zaś Friedman - która nie lubi się spieszyć z pisaniem - zabrała się za pierwszą w swojej karierze stuprocentową fantasy, ambitną, skomplikowaną i z wyjątkowo perfidnie i oryginalnie zaprojektowaną magią. To będzie trylogia, ale na razie są dwie części: Feast of Souls i Wings of Wrath. I wiem, powinnam kiedyś o nich napisać i zareklamować, bo warto.
Poza tym  Celia napisała companion do Świata Mroku, The Erciyes Fragments (autorka jest, z tego, co wiem, namiętnym graczem) oraz kilka opowiadań, które ukazały się m. in. w antologiach Catfantastic (to akurat opowiadanie, Gatunek śniących, było też kiedyś w NF) i Hags, Sirens and Other Bad Girls of Fantasy. Oba tomy na własnych plecach przywlokłam z Londynu.

I tak, przez tę notkę i odkrycie strony Celii Friedman na Facebooku, dojrzewam do wskrzeszenia mojej od dawna martwej strony o jej pisarstwie...

niedziela, 20 czerwca 2010

Na literę E ażhttp://www.goldengryphon.com/gaelive-large.jpg tak dużo nie będzie. Tak po prawdzie, w ogóle zapomniałam o jej istnieniu i napisałam sobie wpis o F; dopiero spojrzenie na listę wpisów uświadomiło mi, że jest jeszcze jedna litera po drodze...

E - klasykę reprezentuje u mnie George Eliot (Middlemarch, Silas Marner, Mill on the Floss - mam słabość do angielskiej literatury tego okresu). Jeżeli Umberto Eco jest klasykiem, to też zalicza się do tej grupy: mam jego parę książek (obok Imienia róży także Wahadło Foucaulta i Tajemniczy płomień królowej Loany plus trochę jego eseistyki). Z klasyków znacznie dawniejszych: Eurypides (w całości po polsku i grecku, bo to jest autor, którego uwielbiam), Epiktet i Klaudiusz Elian. Dla równowagi dorzucę - z tradycji nieco innej kultury - Eddę poetycką.

Z klasyków fantastyki z kolei bardzo niewiele mam autora, którego zdecydowanie lubię: Harlana Ellisona. Ellisona, mistrza zadziwiających tytułów, podziwiam przede wszystkim jako autora opowiadań, choć jego ulubione teksty ("I Have No Mouth and I Must Scream", "Repent, Harlequin! Said the Ticktockman", "Deathbird") mam przede wszystkim w antologiach. Niewiele mam też polecanego przez Jacka Dukaja Grega Egana (tylko Stan wyczerpania, kupiony ostatnio i czekający na lekturę), nie mogę więc się za bardzo (jeszcze) o jego twórczości wypowiadać. Słabo znam też twórczość Stephena Eriksona: znam i dość lubię I tom Malazańaskiej księgi umarłych i czekam, aż znajdę czas, żeby przeczytać resztę (serdecznie mi przez wielu znajomych polecaną).

Jednym z ulubionych pisarzy mojej przyjaciółki Drakainy jest David Eddings. Ja osobiście Belgariadę dość lubię, wolę jednak w sumie późniejsze od niej Elenium - może dlatego, że czytałam je wcześniej. Generalnie, u Eddingsa przede wszystkim bawią mnie postacie, a moje ulubione - zwłaszcza Sefrenia, Kalten i sir Sparhawk - pojawiają się właśnie w Elenium. Z autorów fantasy mamy jeszcze - na spółkę z bratem - 5 tomów Korony gwiazd Kate Elliott, choć chyba ani ja, ani Tomek jakoś szczególnie się jej uwieść nie daliśmy.

Moim ulubionym z kolei z autorów na E jest niewątpliwie George Alec Effinger, którego cykl powieści ni to cyberpunkowych, ni kto kryminalnych o Audranie Mahridzie i mieście Budajin bardzo, ale to bardzo lubię i chętnie do niego wracam. Effinger jest również autorem jednego z tych opowiadań, przy lekturze których chichotałam jak obłąkana - "The Aliens Who Knew, I Mean, Everything" - po jego lekturze zrozumiałam, że Obcy są na Ziemi już od dawna, bo jako żywo sama znam paru nuhpów... 

środa, 16 czerwca 2010

Doszłam do D i tu będzie całkiem sporo. W tym parę moich kultowych książek, o których miałam w najbliższym czasie nie pisać.http://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/b/bd/Tam_Lin_by_Pamela_Dean.jpg

Z klasyki: Dostojewski (sporo, w tym część po rosyjsku) i Dickens (też sporo, ze szczególnym uwzględnieniem mojej ulubionej jego powieści, jaką jest, paradoksalnie, Dombey i Syn). Dante, którego dawno sobie obiecuję kupić w oryginale. I Paweł Diakon, jeśli chodzi o dziwacznych antyczno-średniowiecznych historyków oraz polski przekład armeńskiego eposu o Dawidzie z Sasunu. Do tego Dumas, którego czytałam sporo, ale posiadam tylko całość cyklu o muszkieterach (Trzej muszkieterowie, W dwadzieścia lat później, Wicehrabia de Bragelonne) oraz zdecydowanie ukochanego i przeczytanego milion razy  Hrabiego Monte Christo, w angielskich komentowanych wydaniach. Zapomniałam o Karen Blixen po B, więc będzie pod D, według pseudonimu (Isaak Dinensen) - mam jej opowieści gotyckie i ulubione Pożegnanie z Afryką. Poza tym Dorothy Dunnett, której mam całość The Lymond Chronicles (sześć tomów, 3000 stron drobnego druku i muszę zrobić wszystko, żeby nie wziąć się z powrotem za czytanie od początku, bo już raz w tym roku czytałam), 2 pierwsze i ostatni tom Niccola, któremu się jak dotąd bohatersko opieram, oraz jej znakomitą powieść o historycznym Makbecie, King Hereafter. Plus do tego dwa tomy Dorothy Dunnett Companion z objaśnieniem wszystkich cytatów ze staroirlandzkich kodeksów prawnych, arabskiej erotyki i francuskich lamentacji średniowiecznych, które autorka z upodobaniem przytacza w oryginale i bez źródła.

Z klasycznych fantastów Philipa K. Dicka szanuję bardziej niż kocham i lubię. Mam jego tom opowiadań, które uwielbiam (Przypomnimy to panu hurtowo, z rewelacyjnym tekstem tytułowym), mam moje trzy ulubione powieści: Trzy stygmaty Palmera Eldritcha, Ubika i Człowieka z Wysokiego Zamku, nie mam niestety - a też lubię - Klanów księżyca Alfy. Samuel Delany jest u mnie obecny jako autor trzech powieści: klasycznych Babel-17 (o której od dawna planuję napisać) i Punktu Einsteina oraz odjazdowego Dhalgrena, którego lubięlubięlubię.  
Następnie - Duncanów dwóch. Dave Duncan, którego żadnej książki jakoś maniakalnie nie uwielbiam, ale posiadam ich całkiem sporo: 2 pierwsze tomy cyklu o szermierzach i całość Człowieka ze słowem, do którego mam sentyment od czasów pierwszej lektury w czasach jakoś plus minus studenckich. No i szalony Hal Duncan, którego dwie powieści (Vellum i Ink) stoją sobie w miejscu, w które łatwo sięgnąć: od dobrych dwóch lat Duncan mnie nieustająco fascynuje i irytuje, zachwyca i drażni swoimi przestylizowanymi, przeładowanymi erudycją mitologicznymi traktatami o konstrukcji świata i miłości do mężczyzn i nie mogę, no nie mogę przestać do niego wracać.
Skoro już mowa o autorach, do których wracam bardzo często: Jacek Dukaj. Nie mam wszystkich jego książek, ale mam ich trochę: Xavrasa Wyżryna w pierwszym wydaniu, Extensę (którą bardzo, bardzo lubię), Inne pieśni (najoględniej mówiąc moja ulubiona polska powieść fantastyczna w historii), Perfekcyjną niedoskonałość i Lód, który mi się ogromnie podobał, ale nie wiem, czy podjęłabym dziś wysiłek czytania go jeszcze raz. Dukaja mam zresztą na permanentnej liście zakupów, bo chętnie miałabym pod ręką całość jego twórczego dorobku. Innych polskich fantastów na D nie lubię.

No to będziemy powoli od plus minus SF przechodzić do plus minus fantasy, via twórczość autora, który pisuje i to, i to. Stephen R. Donaldson, proszę państwa. Przeszłam w życiu przez fazę donaldsonomanii, a że do pewnego stopnia zbiegła się ona z moim pobytem w Oksfordzie, mam z tego okresu znaczącą większość jego twórczości w zdartych i zużytych paperbackach, kupowanych w charity shopach za 30 p. Posiadam ergo całość cyklu o Skokach (tomy 1-5), space opery przetwarzającej w nieoczywisty i pomysłowy (a przy tym potwornie ponury) sposób Ring Wagnera, mam dwutomowe Mordant's Need (które przyczyniło się do zmierzchu mojej donaldsonomanii, dodam na marginesie), mam dwa tomiki opowiadań (Reave the Just i Daughter of Regals), mam wreszcie prawie całość cyklu o Covenancie: trzy tomy Pierwszych Kronik, oppowiadanie "Gilden-fire", trzy tomy Drugich Kronik i pierwszy Ostatnich. Z pozostałymi poczekam, bo I tom finałowego cyklu, The Runes of the Earth, doprowadził mnie do takiej szewskiej pasji, że chwilowo nie mogę. Z klasyków fantasy lubię, a nie mam, Lorda Dunsany; niewiele mam też innego pisarza, którego teksty darzę sympatią, Gordona R. Dicksona. Dickson jest autorem jednego z moich ukochanych opowiadań, "Call Him Lord", ale żadnego zbiorku jego opowiadań nie posiadam; mam za to, co mnie bardzo cieszy, dwa pierwsze tomy cyklu o smoku i jerzym. Z autorów mniej w Polsce znanych zareklamuję jeszcze jedną pisarkę, której twórczość zdecydowanie lubię - Pamelę Dean. Dean czasem zalicza się do fantasy of manners, mnie się jej twórczość wydaje bliższa klasycznej literaturze dziecięco-młodzieżowej w ambitnym wydaniu. Zarówno Tam Lin - przeróbka klasycznej ballady o dziewczynie zakochanej w wybranku królowej elfów, przeniesiona w amerykańskie college'owe realia lat 70., jak i cykl The Secret Country (ja mam dwa z trzech tomów, The Secret Country i The Hidden Land) uważam za znakomite; nie każdy umie pożenić Homera z C. S. Lewisem i Szekspirem i skończyć mając w efekcie udaną powieść dla nastolatków.

Na koniec dodam jeszcze, że choć nie mam żadnej autorskiej powieści Ellen Datlow, posiadam zredagowane przez nią cztery tomy antologii (3 - retellingów baśni i The Faery Reel), o których napiszę kiedyś osobno. 

sobota, 22 maja 2010

Litera C - no cóż...


Po pierwsze, przekleństwo moich czasow studenckich - niedoceniany na studiach Marek Tulliusz Cyceron; musiałam skończyć studia i przez dłuższy czas zajmować się nieco inną literaturą, żeby go naprawdę zrozumieć...  Po drugie, drugie przekleństwo studiów klasycznych - Cezar i jego manipulatorskie i wyjątkowo zideologizowane bezdyskusyjne arcydzieło, Wojna galijska (plus cała reszta Cezara, w oryginale i polskim przekładzie). Resztę antyku pomijam, a ukochany Caius Valerius Catullus wystąpi pod K, ze względu na polską pisownię.

Z innej klasyki - Chaucer, bo lubię, i Cervantes, jak wyżej. Z późniejszych klasyków nieco innego gatunku - trochę Chandlera (Żegnaj laleczko i Głęboki sen) i sporo Conan Doyle'a (dwa tomy opowiadań o Holmesie z wydania Penguin Classics i Znak czterech po polsku). Nie mam nic Agathy Christie, ale to z bardzo prostego powodu: moja mama ma chyba wszystkie (!) jej powieści i zbiory opowiadań, stąd, paradoksalnie, Christie, której nie uwielbiam jakoś szaleńczo, jest najlepiej mi znaną klasyczną autorką kryminałów. Skoro o kryminałach mowa - Patricia Cornwell, której, zanim mi się trochę znudziła, zdążyłam cztery książki nabyć (Last Precinct, Black Notice, Book of the Dead i Cause of Death), a jedną - Ślad - dostałam w prezencie od Tłumaczki, Drakainy. Lewis Carrol, z dwujęzyczną edycją obu Alicji, stoi sobie obok Italo Calvino (Opowieści kosmikomiczne, Jeśli zimową porą podróżny, Rycerz nieistniejący oraz Bajki włoskie w wydaniu angielskim) i Angeli Carter - a raczej stał, bo Czarną Wenus tej ostatniej gdzieś (nie wiem gdzie...) wcięło. Joseph Conrad, too many to list. Z poezji rzucają mi się w oczy głównie Collected Poems Coleridge'a. Pewnie jest tego więcej, ale pora na fantastykę ;)

No to zaczynąc od klasyków - Arthur C. Clarke. Mam go nie aż tak znowu wiele: powieść dla młodzieży (Wyspa delfinów), pierwszą część Ramy (Spotkanie z Ramą), nowelizację Odysei kosmicznej (o ile to można nowelizacją nazwać) i mój absolutnie z jego pisarstwa ulubiony Koniec dzieciństwa, o którym bym chętnie niedługo napisała. A jak o osobach nazwiskiem Clarke mowa - Susanna Clarke, za którą przepadam i której obie książki - tomik opowiadań The Ladies of Grace Adieu i ogromną powieść Jonathan Strange and Mr Norrell mam na własność. No i książka, która zrobiła na mnie kolosalne wręcz wrażenie, zanim jej autor zrobił wielką karierę w Polsce - Kraina Chichów Jonathana Carrolla, znana mi dzięki Fantastyce... Nic innego Carrolla mi się nie podobało, ale Krainy nie oddam ;).

Posiadam w biblioteczce całkiem sporo książek Orsona Scotta Carda (Endera 1-4, dwie pierwsze części Alvina Stwórcy, I tom cyklu o Cieniu, Planetę Spisek i Zagubionych chłopców). Z tego Endera nr 1 i 2 uwielbiam, resztę cyklu w miarę znoszę;  Alvin da się czytać, ale mogę bez niego żyć, przy pomocy Zaginionych chłopców zafundowałam sobie kiedyś megaspojler kinowy, Planeta Spisek jest IMHO dość kuriozalna, a Cień mnie raczej znudził. Ze współczesnych klasyków SF mam jeszcze J. C. Cherryh (ale, przyznaję, nieprzeczytaną jeszcze - konkretniej Downbelow Station), a z klasyków fantasy - dwa pierwsze tomy Czarnej kompanii (lubię, nie uwielbiam). Małe, duże Johna Crowleya podobało mi się tak sobie, natomiast lubię jego Późne lato - obie posiadam.

Z czasów fascynacji jej pisarstwem posiadam znaczącą większość książek napisanych przez Jacqueline Carey: cały I cykl o Kuszielu (Kushiel's Dart, Avatar i Chosen), dwa pierwsze tomy drugiego (Kushiel's Scion i Justice) oraz dwa tomy jej quasi-Tolkienowskiej high fantasy (Banewreaker i Destroyer). Z perspektywy czasu muszę przyznać, że wolę drugi cykl o Kuszielu od pierwszego, a Imriela od Phedre - ale to akurat może mieć prosty związek z faktem, że wczucie się w sposób funkcjonowania umysłu ultramasochistki przekracza moje możliwości pojmowania. Mam też spory szacunek dla tego, jak Carey zmierzyła się z Tolkienowską materią, choć nie zawsze i nie do końca zgadzam się z wnioskami, do jakich doszła ;).  Z autorów, którzy fascynują mnie w tym momencie, wymienię dwóch: recenzowanego już przeze mnie Michaela Chabona i Teda Chianga, który mnie kompletnie olśnił swoimi opowiadaniami, na czele z "Hell is the Absence of God" - to własnie zbiór zawierający m. in. to opowiadanie, a zatytułowany Stories of Your Life and Others posiadam. Nie mam za to - a chciałabym - żadnego tomu opowiadań Jacka Cady'ego, którego świetny tekst "Dzień, w którym pochowaliśmy psa szos" opublikowała kiedyś NF. Gdzieś - zapewne u rodziców - jest jeszcze Gobelin z wampirem Suzy McKee Charnas, który pamiętam jako intrygującą i smutną, kompletnie nieromantyczną książkę.

Każdemu, kto widział film The Seeker: The Dark is Rising trudno będzie uwierzyć, że może on być oparty na dobrej książce, ale tak, wbrew pozorom, właśnie jest. Sprofanowany w tym filmidle cykl Susan Cooper The Dark is Rising (1. Over Sea, Under Stone, 2. The Dark is Rising, 3. Greenwitch, 4. The Grey King, 5. Silver on the Tree) jest w zasadzie literaturą dla starszej młodzieży, ale każdy wielbiciel nastrojowej, przemyślanej i świetnie napisanej fantasy opartej na brytyjskich legendach  powinien znaleźć w tej książce coś dla siebie.  

Na półce z jeszcze nieprzeczytanymi: kupione ostatnio za 1 zł Fire in the Sky Jo Clayton (mój pierwszy kontakt z jej pisarstwem), Mindplayers Pat Cadigan i Sea Dragon Heir Storm Constantine, której I tom trylogii o Wraeththu kiedyś czytałam, ale nie posiadam.

Z rzeczy dostanych w prezencie: Drakaina tłumaczyła sporo autorów na C - dlatego mam całą sagę Trudi Canavan o Sonei i I tom Jacka L. Chalkera (Zemstę tańczących bogów).

środa, 19 maja 2010

Literkę B sponsoruje na mojej półce znacznie mniej pisarzy antycznych (raptem jeden samotny Boecjusz) i niewielu poetów (nieduży wybór z Williama Blake'a); z europejskiej klasyki pod tą literką stoi na mojej półce jeszcze zestaw trzech sztuk Pierre'a Beaumarchais (Cyrulik sewilski, Wesele Figara i Występna matka, w angielskim przekładzie, bo kiedy rozpaczliwie chciałam to kupić, dostałam tylko taki, polskiego nie było), ostatnimi czasy nader często przeze mnie przeglądany.

Z klasyki ważnej dla rozwoju fantastyki mam całość w zasadzie literackiego dorobku sióstr Brönte (poza Vilette, którą dopiero sobie zamierzam kupić); to akurat jest coś, do czego nader często i z przyjemnością wracam. Podobnie jest zresztą z Mistrzem i Małgorzatą Bułhakowa, po którego mogę szczęśliwie sięgnąć w oryginale, jeżeli mi się zachce ;). Z klasyków okołofantastycznych na B mam dwie powieści Jamesa Ballarda: Imperium słońca i The Day of Creation, obie raczej  z tej mniej fantastycznej części jego twórczości. Mam jakiś pojedynczy tomik opowiadań Jorge Luisa Borgesa (chciałabym więcej). No i jeszcze klasyk znacznie bardziej pulpowy: Edgar Rice Borroughs, którego Księżniczka Marsa jest moim prywatnym Zmierzchem (mam w dwóch wersjach, czytałam milion razy, wiem, że jest złe i słabe literacko, uwielbiam). Dopełniają tej półki L. Frank Baum (Oz nr 1 i 2) i J. M. Barrie (Piotruś Pan).  
Generalnie, tak jak na A miałam mało moich ulubionych książek, tak na B jest ich dość trochę.

Z fantastyki pod B jest u mnie całkiem sporo. Jest No Enemy But Time Michaela Bishopa, kupione ostatnio w krakowskiej Taniej Książce i czekające na przeczytanie. Jest Startide Rising Davida Brina, książka, która dawno temu zrobiła na mnie spore wrażenie, ale nic tego autora już potem mi się jakoś specjalnie nie podobało. Mam uważaną w niektórych kręgach za klasyczną I część dylogii Octavii Butler o Olaminie (Przypowieść o siewcy, w polskim przekładzie J. Chełminiaka), która dramatycznie mi się nie spodobała za pierwszym razem, a zrobiła całkiem pozytywne wrażenie przy drugim czytaniu.  Z bardziej klasycznej SF mam bardzo, bardzo dla mnie rozczarowującą The Case of Conscience Jamesa Blisha, po której spodziewałam się nie wiadomo czego, a dostałam zupełnie co innego; Blisha mam jeszcze They Shall Have Stars, nie wiem, po co. Mam w bilioteczce kilka tomów opowiadań Dymitra Bilenkina, rosyjskiego klasyka SF, w oryginale, które dostałam swego czasu w prezencie od Drakainy i do których zdarza mi się z przyjemnością sięgać. A skoro już o rosyjskich klasykach mowa - mam, tym razem po polsku, kilka różnych książek Kira Bułyczowa, którego generalnie lubię i cenię z rosyjskich fantastów bodaj czy nie bardziej momentami niż  Strugackich, przede wszystkim za opowiadania guslarskie.

Mnóstwo moich znajomych uwielbia Lois McMaster Bujold; ja nie uwielbiam, ale do jej dwóch pierwszych powieści z barrayarskiego cyklu - Strzępów honoru i Barrayaru - mam spory sentyment: mają dosć przygodowości, by nie przeszkadzał mi ewidentnie romansowy charakter całości, a cała romansowa historia jest w nich niebanalna. Całość  niestety, zaczyna mi się podobać mniej, kiedy na scenę wkracza Miles Vorkosigan... Kupiłam sobie obie te powieści daaawno temu w polskim przekładzie i z przyjemnością do nich czasami wracam. Obok stał sobie kiedyś Koncert nieskończoności Grega Beara, ale znikł gdzieś jak sen jaki złoty, a szkoda, bo mało co z niego pamiętam.

Znanej i cenionej przez fantastów Emmy Bull mam, paradoksalnie, tylko jedną, i to z tych mniej znanych, samodzielną książkę (Bone Dance, a do powodów przyznam się przy literce D); nie mam - a w sumie bym chciała, i pewnie sobie kiedyś kupię - Wojny o dąb, mam za to wspólne dzieło Bull i innego pisarza na B, Stevena Brusta. Powieść nazywa się Freedom and Necessity, jest powieścią epistolarną w stylistyce quasi-dziewiętnastowiecznej i ja osobiście ją uwielbiam nawet mimo faktu, że jednym z głównych pozytywnych bohaterów jest Fryderyk Engels. A jak już jesteśmy przy blogujących feminizujących pisarkach: Elizabeth Bear. Mam jej nieszczęsną książkę o wilkach współpisaną przez Sarę Monette; nie mam na własność nie najlepszej moim zdaniem Undertow, posiadam za to Carnival, który uważam za jedno z arcydzieł SF ostatnich lat - to, jak Bear potrafiła w tej powieści napisać psychologicznie i socjologicznie prawdopodobną antyutopię, jak potrafiła pokazać siłę jednostek w zetknięciu z ideologiami (konserwatywnymi i nowoczesnymi,  dziko feministycznymi i skrajnie mizoginicznymi, homo- i heteronormatywnymi, proekologicznymi i militarystycznymi) i sama przy tym w żadne ideologizowanie nie popaść, to jest mistrzostwo świata, moim zdaniem.

A jeśli już o arcydziełach mowa... Obok Bear stoją sobie The Stars My Destination Alfreda Bestera, jedna z moich najukochańszych książek wszechczasów, i tegoż samego Człowiek do przeróbki a.k.a. The Demolished Man. Człowiekowi polski przekład trochę zaszkodził, Gwiazdy znać trzeba, jak człowiek lubi SF. Arcydziełem, tym razem fantasy, jest też moim zdaniem Ostatni jednorożec Petera S. Beagle'a, którego dostałam kiedyś na urodziny od siostry, za co jestem jej dozgonnie wdzięczna :). Z arcydzieł /klasyków mam jeszcze trochę Raya Bradbury'ego: ukochane Kroniki marsjańskie, a także K jak kosmos i Something Wicked This Way Comes - książkę, która na pozór nie straszy, a przy pierwszej lekturze której co rusz to podnosiłam wzrok i rozglądałam się po pustym mieszkaniu... Richard Bachman będzie przy K jak King, a posiadaną jedyną książkę Roberta Blocha (Psychozę, ofkors) gdzieś zapodziałam.

Mam prawie całą serię Anne Bishop o czarnych klejnotach i głupich imionach - kupiłam całość (trylogia + tom opowiadań ze świata) za 10 zł w antykwariacie: zdarte wydanie ewidentnie w spadku po jakiejś bibliotece w USA. Jest ten cykl dla mnie guilty pleasure - momentami doprowadza mnie do szału, ale ma pewne elementy, które lubię, i  podczytuję  go sobie czasami, bo w całości drugi raz raczej nie zdzierżę. Mam kilka - kupionych w podobnych okolicznościach - powieści Clive'a Barkera (Abarat w obu odsłonach, The Great and Secret Show, Cabal), któremu ciągle daję kolejną szansę i ciągle jakoś się rozczarowuję. I nie mam jeszcze Ragamuffin Tobiasa Buckella - dopiero do mnie idzie z ebaya, ale jak przyjdzie, to wyląduje koło Clive'a B., bo tam jest miejsce na zatłoczonej półce. Mam z kolei jakieś pomniejsze powieści Marion Zimmer Bradley (czytaj: The Priestess of Avalon), ale nie mam Mgieł Avalonu, a jak mnie ta książka wkurza, tak chętnie bym miała własną :). Mam I tom sagi Anny Brzezińskiej o Twardokęsku i od niepamiętnych czasów obiecuję sobie dokupić kolejne... No i mam stareńskie wydanie Głowy Kasandry Marka Baranieckiego, do której mam sentyment z czasów dawnych.

Na B jest też parę kuriozów literackich, wśród nich koszmarnie, ale to koszmarnie zły Kruk Poppy Z. Brite, czyli książka o tym, że tylko będąc mniejszością seksualną możesz być dobry; może kiedyś kupię sobie jej - znacznie lepsze i dość w gatunku fikcji o wampirach klasyczne - Lost Souls; mam do tej powieści słabość, choć momentami mnie od Brite i jej kiczowatej emonastolatkowej fascynacji makabrą i perwersyjnym seksem w wersji  homo odrzuca. Miałam też na półce przez jakiś czas upiorny Szerglvar Moniki Błądek, Złą Książkę par excellence, ale potem Drakaina sobie przypomniała, że to jej, i zabrała ;P. Jakiś Ben Bova gdzieś się po półkach u rodziców pałęta, ale nie bardzo pamiętam, który - może to i lepiej.

Pod literką C czeka kilka ulubionych książek :)

wtorek, 18 maja 2010

Imieninowo zafundowałam sobie nową kategorię i nowy pomysł blogowy.

No dobra - przyznaję się bez bicia, nie tyle ten pomysł wymyśliłam, co go bezczelnie ukradłam amerykańskiej pisarce i blogerce Jo Walton (którą wolę jako blogerkę i krytyka, niż jako pisarkę). Zamierzam - podobnie jak ona - pochwalić się zawartością swoich półek z książkami, głównie, choć nie tylko, tych z fantastyką, zaczynając od A, a kończąc na Z, wg nazwisk autorów. Z komentarzami, o które w tym wszystkim głównie chodzi.

Na literę A mam stosunkowo niedużo książek fantastycznych. Do pewnego stopnia nadrabiają ten brak hurtowe ilości autorów antycznych na A, zaczynając od Ajschylosa (mój ulubiony z greckich tragików), przez Antologię palatyńską, Ammiana, Appiana, Arriana, Apolloniusza z Rodos, Apulejusza, Arystotelesa, ulubionego Arystofanesa i Marka Aureliusza do św. Augustyna (nie lubię faceta, ale Wyznania to jest, było nie było, znakomita literatura) i co tam jeszcze innego. Na A mam też trochę klasyki europejskiej, w tym - a mogę się zarzekać, że nie lubię romansów - całą de facto Jane Austen, i trochę poezji, z Audenem, którego lubię, ale nie zawsze (nie zawsze czuję się dość mądra, by go czytać) na czele.

Ale przejdźmy do fantastyki. Najbardziej chyba oczywistego fantasty na A, czyli Isaaca Asimova, mam mało, bo też nie jest to autor, którego bym jakimś szczególnym uwielbieniem darzyła. Mam The Caves of Steel, które lubię (i mam też, o ile się nie mylę, gdzieś w domu u rodziców polską wersję tychże, a.k.a. Ja, robot). O tej książce chciałabym kiedyś napisać coś więcej, bo przy całej jej stylistycznej i psychologicznej ramotkowatości jest to dla SF klasyka klasyki, książka cytowana i komentowana przez fantastów (patrz Hal Duncan) i nie tylko (poświęcił jej np. sporo miejsca Paul Levinson w czytanym przeze mnie ostatnio Miękkim ostrzu, pracy analizującej rozwój środków przekazu od pisma klinowego po WWW), a poza tym - doczekała się plus minus ekranizacji z Willem Smithem, o której nie bardzo wiem, co myśleć, bo parę rzeczy mnie w niej zachwyca, a parę wkurza. Mam też - tym razem tylko po polsku - Fundację nr I, którą uważam za swoiste arcydzieło: jakkolwiek stylistycznie jest ta książka tak daleko od moich osobistych preferencji, jak tylko jest to możliwe, a jej pomysł "naukowy" jest, najoględniej mówiąc, nie do końca wiarygodny, to pamiętam, jak gigantyczne wrażenie na mnie zrobiła przy pierwszej lekturze - a miałam dwadzieścia parę lat, nie jedenaście. Nie mam - i nigdy nie czytałam, choć kiedy to teraz piszę, nabieram na to ochoty - kontynuacji Fundacji i moja wiedza o świecie tej powieści na pierwszej się kończy.

Na A mam jeszcze, oczywiście, Douglasa Adamsa, którego jakąś szaloną fanką nie jestem, ale którego Hitchhiker's Guide to the Galaxy rozbawia nawet mnie, niespecjalnie słynącą z poczucia humoru. Tej książki nie mam i obiecuję sobie od niepamiętnych czasów, że ją kupię, zwłaszcza, że mnie akurat wyjątkowo podobała się dość zjechana przez krytyków i fanów ekranizacja. Mam za to Restaurant at the End of the Universe, kupioną w Anglii jako dodatek do jakiejś ichniejszej gazety, nie pomnę jakiej; nie mam Holistycznej agencji detektywistycznej, ale też za tą powieścią niekoniecznie przepadam. Mam też innego Adamsa, Richarda tym razem - konkretniej mam Wodnikowe wzgórze, które lubię, ale bez przesady; miałam kiedyś też jego Shardika, ale nie lubiłam i sprezentowałam komuś (a teraz żaluję, bo by mi się przy lekturze Mrocznej wieży Kinga przydał).

Kiedyś (miałam lat 15) uwielbiałam Cieplarnię Briana Aldissa, ale do od dawna do niej nie wracałam; niemniej jednak polskie tłumaczenie stoi sobie na półce w sąsiedztwie Adamsa, R. i Non Stop tegoż samego Aldissa, bez której to książki spokojnie mogę żyć.  

Pałętają się po domu jakieś pojedyncze (chyba dwa) tomy Xanthu Piersa Anthony'ego w beznadziejnym polskim tłumaczeniu. Xanthu zdecydowanie nie lubię, poza Zaklęciem dla Chameleon, gdzie doprowadza mnie do szału idiotycznie seksistowski pomysł na historię tytułowej postaci (Chameleon alternuje między byciem olśniewająco piękną, a przy tym bezdennie durną, a szkaradną i błyskotliwą, a poszczególne fazy są zestrojone z cyklem księżycowym - no ludzie!), a nieustająco zachwyca pomysł na to, czym właściwie jest magia Blinka. Drugim tomem tego cyklu, jaki gdzieś mam, jest Nocna mara, ale zabijcie, nie pamiętam za diabła, o czym to było.

Z okolic fantastyki na A mam jeszcze Joan Aiken (Pokój pełen liści, który uwielbiałam jako nastolatka, i kupione niedawno Midnight is a Place) i Penelopiadę Atwood, której (i Penelopiady, i w sumie Atwood też) jakoś specjalnie nie lubię, ale która się przydaje w pracy ;).

Mam też, już nie z okolic, dwa długie opowiadania/mikropowieści Poula Andersona, wydane w Polsce osobno jako tomik (Nie będzie rozejmu z władcami + Psychodrama), które kiedyś mi się dość podobały, a potem do nich nie wracałam; mam też (w wersji "wkładkowej" z Fantastyki) jego Trzy serca i trzy lwy, do których mam spory sentyment z czasów plus minus licealnych i dalej uważam, że jest to bardzo inteligentna SF dekonstruująca fantasy.

Wstyd przyznać, mam nawet jedną książkę Kevina J. Andersona (Dark Apprentice z serii Star Wars, dostane w prezencie). Mam też jakąś nieprzeczytaną (niedoczytaną) Jean M. Auel, którą bym chętnie oddała komuś, kto ją pokocha, bo ja jakoś nie umiem. Raczej nie kupię sobie na własność czytanej ostatnio Bitten Kelley Armstrong, bo to bardzo taki se, jak mawia moja mama, paranormal romance. W planach mam poczytanie Neala Ashera, ale najpierw pożyczę od koleżanki, która ma - nie mam miejsca na książki, nie mogę wszystkiego kupić.

Na A są też Antologie, ale tych mam całkiem sporo i pewnie napiszę o nich osobno.

Do zobaczenia przy literze B!


PS. Mam dzisiaj imieniny, ergo w prezencie dla siebie samej i przyznając się do ostatniej obsesji, jedno zdjęcie. Byłam otóż ostatnio na Uniwersytecie w Salzburgu i chętnie bym o tym coś napisała, ale nie mam co, nie na tym blogu: jakkolwiek miasto jest bajkowo piękne, niewiele ma związków z tematyką fantastyczną (nie to, co np. Oxford!). Jedyne, co mi się jakoś tam z Salzburgiem i klasyczną fantastyczną opowieścią kojarzy, to to:

(Rzeźba Anny Chromy inspirowana "Don Giovannim" Mozarta/Da Ponte, a konkretniej jego finałową sceną: pojawieniem się mściwego ducha Komandora, który zabiera swego zabójcę i prawie-gwałciciela swojej córki - do końca dumnego i odmawiającego skruchy - w piekielne otchłanie)

| < Listopad 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      
O autorze
Zakładki:
Autorzy
Blogi
Miejsca: różne
Omnia mea
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...