piątek, 28 września 2018



Wydany przez Sekcję Literacką Logrus (należącą do Sląskiego Klubu Fantastyka) tom "Skafander i melonik" to trzecia, po "Ostatnim dniu pary" I i II polska antologia, za jaką się w ostatnim czasie zabrałam, i IMHO chyba najlepsza z tej trójki. Ma ona zdecydowanie kompilacyjny charakter: opowiadania są różnorodne, a tytułowe tematy pojawiają się w nich często hasłowo, tylko przywołane. Ciężko w tej sytuacji pisać jakąś bardziej całościową recenzję - łatwiej i sensowniej chyba omówić wszystkie teksty po kolei.





1) "Detektyw Fiks i sprawa mechanicznego skafandra" Anny Hrycyszyn to w zasadzie bardziej mikropowieść niż opowiadanie. Utrzymane w ładnie zrobionym steampunkowym nastroju i ciekawe, jak chodzi o pomysł, stoi jednak przede wszystkim kreacjami pary głównych bohaterów: narratorki-pomocnicy detektywa i jego samego. Fabuła jest - no, dość typowa, zważywszy, to steampunkowy kryminał, i nie ze względu na nią czytałam z zainteresowaniem. Chętnie przeczytałabym kolejne opowiadania z tego świata.

2) "La Estrella" Aleksandry Sokólskiej, opowiadanie o kobiecie, która trochę z musu, jako zawodniczka walcząca w (chyba) czymś w rodzaju galaktycznego żeńskiego MMA (a może raczej lucha libre) przyjmuje nową tożsamość i znajduje w niej jakiś rodzaj spełnienia. To miało potencjał na bycie takim tekstem SF, jaki lubię: w stylu nieco, bo ja wiem, Nancy Kress czy wręcz Ursuli K. Le Guin - SF skupionym na introspekcji, na życiu jednostki i jej miejscu w świecie, którego fantastyczna kreacja pomaga wydobyć dylematy i charakter bohatera. Tu czegoś trochę zabrakło, mam wrażenie, że w sferze struktury – tekst jest pisany krótkimi scenkami, różniącymi się nastrojem i tonem, a na mój osobisty gust za dużo jest w tych scenkach infodumpu, co trochę zżera miejsce na głębiej potraktowaną psychologię.

3) „Zwierciadło w dziurce od klucza” Marty Magdaleny Lasik to jest, jak dla mnie, Zajdlowy typ. Ładnie napisane, oryginalne, pomysłowe, powoli odkrywające przed czytelnikiem karty opowiadanie SF na bardzo tradycyjny temat kontaktu z Obcym i związanych z tym nadziei i zagrożeń, trochę bawiące się stylistyką i językiem. Niewątpliwie jest to tekst bardzo dobry, zdecydowanie jeden z najlepszych, jakie w tym roku czytałam.


4) „Ślady w popiele” Karoliny Fedyk wydają się z kolei literacko – jak chodzi o konstrukcję, narrację i język – najsprawniejsze. Ma pełnokrwiste postacie, skomplikowaną konstrukcyjnie narrację i efektownie opisane realia świata, których jakimś pierwowzorem wydają się polityczne stosunki i geograficzne skojarzenia z Rosją, Finlandią/Islandią. Ma też bardzo dobrze, bardzo konsekwentnie zrobioną wizję obcości – i tego, jak ludzie sobie z nią radzą. Kolejny Zajdlowy typ.

5) „Ekonomia to dolina niesamowitości” Anny Łagan – opowiadanie o robocie i AI, które obalały kapitalizm – to jest raczej nie moja bajka, niełatwo więc mi ten tekst ocenić. Czytałam z pewnym trudem, choć (przewidywalne, ale dobrze zrobione) zakończenie trochę mi poprawiło humor.

6) „Jeden spalony rzut” Krystyny Chodorowskiej ma ciekawy pomysł fantastyczny, czy raczej fantastyczno-alegoryczny – który jest, w tym długim tekście, dość starannie ukryty i pojawia się w pełni dopiero pod koniec tekstu, choć jest sygnalizowany, w postaci wzmianek o widzeniu syntetycznym, od początku. Ma też, niestety, ogromną ilość infodumpu o pracy strażaka i gaszeniu pożarów, przez co – strasznie mi przykro – momentami raczej je kartkowałam niż czytałam.    

7) „Matki płaczą solą” Alicji Tempłowicz to opowiadanie, w którym się trochę zgubiłam. Bardzo dużo jest w nim początkowo zapowiedziane – i ekologia, i korporacje, i Boliwia, i jej lokalna populacja traktowana trochę jak skolonizowany lud przez Zachód, i świat z magią, i duchy przodków, i ewentualny spisek, i… - wychodzi z tego dość IMHO mało spójnie wprowadzona i nie do końca przekonująca historia o kobiecie, która zamierza poświęcić siebie i dziecko (które dopiero co poczęła i jeszcze sporo czasu minie, zanim urodzi) w ofierze dla uspokojenia gniewnego bóstwa gradu i sama zastąpić mityczną matkę żałobnicę. Pozostaję nieprzekonana.

8) „Flaun” Marty Potockiej jest z kolei, IMHO, opowiadaniem warsztatowo sprawnym, ale też, jak dla mnie, nieprzekonującym – tym razem ze względu na brak jakichś nowych pomysłów w poskładanej z gotowych cegiełek kosmicznego horroru fabule i konstrukcji postaci. Pewnie to by się nieźle sprawdziło jako scenariusz filmowy dla reżysera mającego dobrych aktorów i wizualną wyobraźnię – podobnie mało oryginalny Pitch Black działał w końcu całkiem nieźle – ale jako opowiadanie nie zaskoczyło mnie niczym, ale to absolutnie niczym podczas lektury, wszystko było w nim do przewidzenia z dokładnością co do detalu. Faktem jest jednak, że tekst jest dobrze i umiejętnie napisany – chętnie sięgnę po kolejne teksty autorki, nawet mimo że ten mnie nie poruszył.

9) "Pościg" Michała Cholewy ma piratów (i piratki), bitwy morskie i awanturniczą historię. Jest też, jak inne teksty autora, sprawnie napisana i skomponowana. Czego tu nie lubić?

Przez ostatnie lata staram się czytać więcej polskiej fantastyki - także dlatego, żeby móc się o niej w miarę kompetentnie wypowiadać, a nie tylko narzekać i narzekać. Osobom, które chciałyby zrobić to samo, antologię Sekcji Literackiej ŚKF z przekonaniem polecam.

 



czwartek, 20 września 2018

Marta Kisiel, Małe Licho i tajemnica Niebożątka, Wydawnictwo Uroboros 2018

 

UWAGA SPOJLERY!

 

Okładka

 

 

W sumie do przeznaczonej docelowo dla przedziału wiekowego 9+ powieści Kisiel mam tylko jedną uwagę: nie wydaje mi się ona, tak naprawdę, historią dla dzieci.

Owszem, napisana jest z perspektywy dziecięcego bohatera, znanego (przynajmniej odrobinkę) dorosłym czytelnikom cyklu Kisiel o Konradzie Romańczuku i jego współlokatorach Bożydara Jekiełka. Bożek ma chwilowo lat dziewięć i – po raz pierwszy idzie do szkoły. Będzie to oznaczać mnóstwo kłopotów dla niego samego i dla wszystkich ludzkich i nieludzkich mieszkańców domu.

Bo jeżeli czytaliście Dożywocie i Siłę niższą, to pewnie pamiętacie rodzinę Bożka? Mama eks-agentka literacka, tato – powiedzmy – poeta umarł jeszcze przed urodzeniem synka (no, jakieś dwieście lat przed jego urodzeniem) i chwilowo, jak się okazuje, przebywa w zaświatach w postaci zielonego gluta. Reszta rodziny – przyszywano-patchworkowa: wujek Konrad zawsze w złym humorze, ciocia driada aktywna w porze wiosenno-letniej, trzech nauczycieli niemieckiego w postaci duchów żołnierzy Wehrmachtu na strychu, jeden duży i jeden mały mackowaty potwór, jakieś utopce i inne tam podziomki i żar ptaki, różowe króliki, jedna kotka, jeden quasi-Wiking z maszyną do szycia i aniołów dwóch.  I teraz całe to towarzystwo musi się przygotować do nadejścia Szkoły.

Wokół szkoły i tego, co szkoła i szkolni koledzy mogą zrobić z dziećmi – dobrego i złego – toczy się pierwsza część akcji niedługiego Małego Licha. Kisiel bardzo zgrabnie podchwyciła tu problem, który bynajmniej nie dotyczy tylko dzieci, które mają ukochanego potwora pod łóżkiem, pierzastego aniołka z alergią na puch pry boku i upiora za ojca: problem wejścia w szkolne życie dziecka nieco innego niż wszystkie inne.

Bożek – jeżeli odfiltrować wszelkie fantastyczne elementy jego życiorysu, o których przecież wychowawczyni, nauczyciele i koledzy nic nie wiedzą – jest dzieckiem z dość nietypowej rodziny, na którą, nie oszukujmy się, w wielu szkołach nauczyciele spojrzą raczej podejrzliwie. Kiedy ma przygotować drzewo genealogiczne, rozrysowuje rodzinę mamy, ale – ponieważ, hmm, jakoś nikt mu dotąd nie opowiedział, co dokładnie stało się z jego ojcem (w przypadku Bożka „tato umarł” NAPRAWDĘ nie wyjaśnia sytuacji), po drugiej stronie są wujek Konrad i wujek Turu, znaczy – Grzegorz. Konsekwencją wychowania w tym konkretnym domu jest w przypadku Bożka na przykład KOMPLETNY brak kontaktu ze współczesną dziecięcą popkulturą. Bożek nie bardzo wie, o co chodzi z tym Spidermanem i sztormtrupami (nie, nie literówka :D), za to zna na pamięć Zbójców Schillera i, co gorsza, Króla olch, a na szkolny bal przebierańców zakłada kostium… Licha. No wiecie. Żółte szydełkowe bamboszki. Przykrótka koszulka. Tęczowe skrzydełka. Pasemka z cynfolii we włosach. Wy się dziwicie, że w klasie Bożek robi za dziwaka?   

Bożek i jego klasa dają zresztą Marcie Kisiel asumpt do wyjątkowo, IMHO, celnych obserwacji tego, jak działa opozycja taki jak wszyscy/ inny w kontekście szkolnym. Ten moment, kiedy Bożek opowiada o ulubionych kanapkach z pasztetem – bo lubią je Tomek i Bartek, więc Michał i Kajtek i Witek też, i Karol, i Franek, więc on, Bożek, też powinien – jest trafiony w dziesiątkę, podobnie jak opowieść o wyborze kostiumu na bal. Autorka zresztą ładnie i efektownie pokazuje nam też dorastanie Bożka, który nagle zaczyna dostrzegać pewne rzeczy, jakich dotąd nie widział – na przykład, że ma problem z sarkastycznym i skłonnym do depresji wujkiem Konradem. Bardzo jestem autorce wdzięczna za to, że nie zrobiła z Romańczuka ideału zastępczego ojca i opiekuna. W Sile niższej ja osobiście odczytywałam Konrada jako cierpiącego na poważną depresję – nie smuteczki, nie zły nastrój, po prostu depresję-chorobę. Ani cykliczny powrót narzeczonej z hibernacji, ani zastępcze ojcostwo tego nie leczy, tak naprawdę – i fakt, że Konrad dalej bywa odległy, trudny, że zastępuje swoją uwagę rzeczami i prezentami, że Bożek chyba ma wobec niego chyba najbardziej ambiwalentne  uczucia spośród wszystkich domowników – jest IMHO cenny i fajny.

Ale wracając do samego Bożka – jemu wcale nie jest łatwo z tym, że nie rozumie kolegów z klasy, a koledzy – jego. Właśnie wokół tego właśnie motywu – jesteś dziwny, bo nie dokładnie taki, jak wszyscy inni w klasie – rozpięta jest z kolei druga część fabuły, związana z dziedzictwem Bożka i z Królem olch. Bo, widzicie, nawet podstawowa genetyka mówi, że  dziedziczymy po obojgu rodzicach. A ojciec Bożka, że przypomnę, powstał i był upiorem. Mały ma po nim zdolność znikania – Gdzie Indziej.

No i po jednej paskudnej (głównie we własnych oczach) sytuacji w szkole Bożek sobie był zniknął. W niedobrym, niedobrym miejscu.

I to jest właśnie druga część powieści: poszukiwanie Bożka w zaświatach. Przez dno jeziora w ciemną krainę deszczu pójdzie Konrad, bo tylko on może, i to on stanie twarzą w twarz z władcą zaświatów, tu przyodzianym w dobrze znaną z czytanych Bożkowi książek postać. Te sceny zresztą – tonące w nocnym deszczu zaświaty, król i jego płaszcz, góra zbędnych rzeczy, którą Konrad usiłował zasypać Bożka, byle tylko nie poświęcać mu czasu – są niezwykle udane i chyba najbardziej nastrojowe w powieści. Tu zresztą Kisiel jest najbliższa, wbrew pozorom, swojej najbardziej „dorosłej” powieści, jaką jest Toń – sceny wejścia w zaświaty i zanurzania się w zimną, ciemną wodę, by wyjść po drugiej stronie, z tym właśnie tekstem mi się skojarzyły.

To także te sceny – i pogrywanie niemieckim romantyzmem, i to, że morał z tej powieści też jest raczej dla dorosłych niż dla dzieciaków – sprawiają, że niekoniecznie zobaczyłam w Małym Lichu rzecz dla dzieci. Może bardziej dla mam. I tatusiów. I tatusiowujków.

Mnie osobiście czytało się bardzo przyjemnie (tylko krótko! Mało!), zobaczymy, jak trafi do naszej domowej dziewięciolatki.



środa, 19 września 2018

Dzisiejszy wpis będzie nieco, że tak powiem, kompozytowy. Powstał z pytania (czy w Grecji klasycznej bywali ludzie o różnych kolorach skóry?), zadanego bardzo obok kłótni (casting „Wiedźminowej” Ciri via Achilles w Troy: Fall of the City), po czym poszedł w różne i mało – poza ogólnym mitologicznym tematem – mające ze sobą wspólnego strony i kierunki. A o czym będzie? A o pochodzących z Afryki postaciach mitologii greckiej – i w ogóle o tym, czy w tej mitologii w ogóle bywały osoby o czarnym kolorze skóry. I, na marginesie, dlaczego te osoby często nie miały zbyt wiele wspólnego z Afryką.

 

Pigmeje nad Nilem - fresk rzymski, I w. n.e.

Pigmeje nad Nilem. Fresk, Pompeje, I w. n.e., dziś w Muzeum Archeologicznym w Neapolu

 

I.  Afrykańskie ludy w mitologii greckiej

Hezjod w „Katalogu kobiet” wymienia, jako potomków Gai, plemię Melanochrotów, czyli dosłownie Czarnoskórych (melas, czarny i chros, skóra) , których król miał wyglądać jak cyklop, z jednym ogromnym okiem na środku czoła. Innym takim plemieniem mieli być Makrokolefaloi, Wielko- albo Długogłowi. Najbardziej znanym, oczywiście, byli Pygmaioi, Pigmeje. Ci ciemnoskórzy mieszkańcy czasem Indii, a czasem północnej Afryki (zależy od źródła) byli, wg Greków, miniaturowi, mierzący raptem pygme wzrostu (pygme, od których pochodzi nazwa Pigmejów, to długość przedramienia mężczyzny). Ukazywani w sztuce z afrykańskimi rysami, Pigmeje byli uważani za plemię, którego żywot obracał się wokół stałej wojny z żurawiami: sceny tych walk są częste w sztuce antycznej.

Związek Pigmejów z żurawiami jest skomplikowany. To w żurawia została przemieniona Gerana, piękna i dumna żona króla Pigmejów, kiedy obraziła Artemidę i Herę swoim brakiem czci dla nich.  Jako żuraw Gerana (której imię tyle pochodzi od słowa geranos, żuraw) tęskniła za swoim ludzkim synem. Po latach, wraz ze swymi nowymi dziećmi, które wykluły się z jaj złożonych przez Geranę-żurawia, wróciła do dawnej ojczyzny. Ale stado ptaków, lądujących na ich polach, wystraszyło Pigmejów, którzy rzucili się na ptaki z bronią. Gerana zginęła, a jej ptasie dzieci od tamtej pory toczą wojnę z ludzkimi. Synem, za którym Gerana tęskniła, było jej dziecko ze związku z królem Pigmejów, Mopsos – nie mylić ze słynnym Mopsosem-wieszczem, synem Manto i Apollina!  

 

Pigmej dźwigający żurawia, V w. p.n.e.

Pigmej dźwigający żurawia. Figurka z warsztatu Sotadesa, V w. p.n.e., obecnie w British Museum


Drugą ze znanych legend o Pigmejach znamy chyba wszyscy, choć nie z antycznych źródeł. Pamiętacie tę scenę z Podróży Guliwera, kiedy Liliputowie związują Guliwera, a on, wstając, strząsa z siebie ich więzy? Ta scena została zapożyczona z legendy o spotkaniu Pigmejów z Heraklesem.

Część późniejszych przekazów o Pigmejach opisuje ich jako lud realnie zamieszkały w Afryce lub Indiach, nie mitologiczny: patrz na przykład Pliniusz Młodszy.

 

II. Postacie rodem z Afryki

Postaci o afrykańskim pochodzeniu jest w mitologii całkiem sporo, choć, powiedzmy sobie szczerze, zwykle są to Etiopowie, Libijczycy bądź, najczęściej, postacie związane z Egiptem. Może najlepiej zacząć od kobiety, która jest, pod wieloma względami, taką królową Wiktorią mitologii – matką, babką i prababką jakiegoś nieopisanego tłuku herosów. Mowa o Io, uwiedzionej przez Zeusa, która – po paskudnych prześladowaniach przez, jakżeby inaczej, zazdrosną Herę – osiadła w końcu w Egipcie i tam urodziła syna Zeusa, Epafosa. Sam Epafos jakichś wielkich przygód nie przeżywał – znany jest głównie jako ten, który swoimi kpinami sprowokował Faetona do nieszczęsnej wyprawy w poszukiwaniu ojca. Miał natomiast Epafos szczęście w małżeństwie. Za żonę dostał nimfę Memfis, córkę Neilosa, boga rzeki Nil. Jedyna córka tego ewidentnie udanego boskiego małżeństwa, Libia, została boską władczynią i personifikacją północnej – a później już całej, bo wiedza Greków i Rzymian o geografii Afryki była zdecydowanie szczątkowa – Afryki. Libia, uwiedziona przez Posejdona, urodziła bogu oceanów dwóch synów – Belosa i Agenora – i rozwiązała worek z mitologicznymi genealogiami. Europa, Kadmos, Dionizos, Fryskos od złotego runa, Akteon, Perseusz, Herakles, Minos i jego córki – Fedra i Ariadna, Kastor, Polluks, Helena, Klitajmnestra, Orestes, Elektra, Ifigenia – wszystkie te postacie wywodzą się – a konkretniej, ludzkie gałęzi ich rodów się wywodzą – od któregoś z dwóch wnuków Epafosa. Grecy, którzy uwielbiali utożsamiać swoje postacie mitologiczne z bohaterami wywodzącymi się z innych kultur, uznali Epafosa za tożsamego z egipskim Apisem.

 

Io i Izyda

Io, przyszła matka Epafosa, przyjęta w Egipcie przez Izydę i Neilosa (boga Nilu). Neilos to ten mężczyzna podtrzymujący Io (z rogami księżycowymi). Fresk, Pompeje, I w. n.e., obecnie w Muzeum Archeologicznym w Neapolu


Według innej wersji mitycznej opowieści Libia miała z Posejdonem jeszcze jednego syna, Buzyrysa. Został on władcą Egiptu i wtedy – czy to z okrucieństwa, czy ze źle pojętej pobożności – rozpoczął proceder składania bogom w ofierze wszystkich cudzoziemców, którzy przekroczyli granice jego państwa. Zabawa skończyła się, kiedy do Egiptu przybył Herakles, który z Buzyrysem rozprawił się raz a dobrze. Na inną okazję zostawię sobie rozważania, skąd się Grekom ta historia ulęgła (bo zdaniem części badaczy – z przetworzonego i nie najlepiej zrozumianego mitu egipskiego).

 

Herakles i Buzyrys

Herakles w lwiej skórze i bardzo egipsko wyglądający Buzyrys. Hydria, Attyka, V w. p.n.e., dziś w Staatliche Antikensammlungen w Monachium


Zostawmy jednak bezpośrednich potomków Epafosa i rzućmy okiem jeszcze na kilka osób, kojarzonych w mitologii greckiej z Afryką. Mamy wśród nich dwie panie – Kasjopeję i jej córkę Andromedę. Mit o nich obu jest dobrze znany – Kasjopeja ogłosiła się piękniejszą od Nereid, te pobiegły na skargę do Posejdona, Posejdon zesłał morskiego potwora, potwór zażądał ofiary z Andromedy, przykutą do skały królewnę  uratował Perseusz – i dość częsty w sztuce, choć, po prawdzie, łatwiej go znaleźć w tej późniejszej niż tej antycznej.

 

Perseusz i Andromeda

Perseusz uwalnia Andromedę.
Fresk, Pompeje, I w. n.e., obecnie w Muzeum Archeologicznym w Neapolu



A kiedy widzimy Andromedę (bo ona występuje częściej niż jej mama), to wyjątkowo rzadko przypomina ona Afrykankę. Częściej już, szczerze mówiąc, zdarza się jej wyglądać jak… mieszkance Persji – co jest niezłym przyczynkiem do greckich kategorii podziału, gdzie liczy się nie tyle kolor skóry, co przynależność/jej brak do świata językowo i kulturowo greckiego.

 

Natomiast postacią, której zdarza się w sztuce greckiej mieć rysy i wygląd Afrykańczyka z mniej więcej Afryki centralnej, jest Memnon, król Etiopii i sprzymierzeniec Trojan podczas wojny z Grekami o Helenę. Postać Memnona zresztą mówi nam bardzo wiele o postrzeganiu genealogii przez Greków. Choć był władcą Etiopów, Memnon uchodził za syna Jutrzenki (Eos), bogini poranka, i jej kochanka Titonusa, o którego ponurej historii innym razem. Titonus z kolei był Frygijczykiem, synem króla Troi Laomedonta i jego kochanki, rzecznej nimfy Strymo, zapewne związanej z rzeką Strymon w Tracji. Pochodzenia afrykańskiego zero – i co z tego? Z punktu widzenia greckiej mitologii znacznie większe w tym przypadku znaczenie ma raczej usadowienie Memnona jako króla w Etiopii – choć i tu wychodzi specyficznie greckie podejście do geografii, bo zrozpaczona po śmierci syna Eos kolosy ku jego czci ustawiła, oczywiście, w Egipcie….

 

Memnon wyjeżdża pod Troję

Wyjazd Memnona (w środku) pod Troję. Greckie naczynie czarnofigurowe, VI w p.n.e., obecnie w Brukseli


III. Czerń i czarne twarze

Grecy nie mieli, oczywiście – świadczy o tym zachowana sztuka – problemów z dostrzeżeniem charakterystycznych cech wyglądu mieszkańców Afryki. Miewali też jednak zupełnie niezależnie od tego poczucie, że znaczenie barw, w tym – koloru skóry – niekoniecznie wiąże się z konkretną genealogiczną czy geograficzną identyfikacją; istotne były także konotacje konkretnych kolorów Nieprzypadkowo te postacie, które opisane są explicite jako czarne/o czarnych twarzach, to zwykle postacie wiążące się albo z podziemiem (gdzie jest ciemno), albo ze smutkiem, żałobą, troskami.

Przykłady? Erynie o czarnych twarzach – to bezwzględne boginie zemsty, na co dzień żyjące w głębinach Tartaru. Pół-jasne, pół-ciemne oblicze ma też Melinoe, córka Persefony oszukanej i uwiedzionej przez Zeusa, który przyjął postać jej męża Hadesa; Melinoe to (głównie orficka) bogini koszmarów i szaleństwa. Podobny koloryt przypisuje się mistrzyni i opiekunce Melinoe, bogini magii i rozstajów, Hekate – a także Ojzys, bogini-personifikacji depresji, melancholii i czarnych myśli. No i nie należy zapominać o ge melaine, Czarnej Ziemi, czyli Gai, pramatce bogów – w końcu, zdaniem Greków, my wszyscy z niej.  

| < Wrzesień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
O autorze
Zakładki:
Autorzy
Blogi
Miejsca: różne
Omnia mea
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...