<?xml version="1.0" encoding="ISO-8859-2"?>
<rss version="2.0">
  <channel>
    <title>Legendum est</title>
    <link>http://ninedin.blox.pl/html</link>
    <description>Blog o  popkulturze, fantastyce i fantastyczności</description>
    <lastBuildDate>Mon, 21 May 2012 20:17:25 +0200</lastBuildDate>
    <item>
      <title>Zaległy wpis imieninowy, taki jak zwykle</title>
      <link>http://ninedin.blox.pl/2012/05/Zalegly-wpis-imieninowy-taki-jak-zwykle.html</link>
      <description>&lt;p style="text-align: justify;"&gt; Wpis miał być osiemnastego maja, ale złodziej, który ukradł mi portfel i pamiątki z torebki, jakoś odebrał mi chęć zabawy. No, ale już mi trochę przeszło, ergo - nadrabiam braki. &lt;br /&gt; &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;  Od jakiegoś czasu w swoje urodziny/imieniny wrzucam tutaj swoje rozmaite produkty literaturopodobne. Tym razem poważnie rozważałam fanfik crossoverujący Sherlocka Holmesa (no, raczej doktora Watsona) między The Final Problem  a The Adventure of the Empty House z Harrym Potterem (to powiedziałam ja, która nie przepadam za crossoverami), ale ostatecznie padło na to, co poniżej, z powodów, powiedziałabym, umoralniająco-anegdotycznych &lt;br /&gt; To jest, otóż, napisane w tym roku i ma 3 strony, 2000 słów. No ale - tak naprawdę, to jest zrobiona w tym roku przeróbka pierwszej większej rzeczy, jaką skończyłam. Rok był 1995; rzecz miała 50 stron, napisanych na maszynie, bez marginesów. &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt; Jezuuuu, jakie to było denne. A materiału w tym było - może! - na trzy strony, 2000 słów. Przerabianie tamtego na to poniżej było niezłą lekcją pokory, niezależnie do wartości tego, co powstało.  &lt;br /&gt; &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt; &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt; &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt;&lt;img style="display: block; margin-left: auto; margin-right: auto;" title="Rododendron-wieczór, by ninedin " src="http://ninedin.blox.pl/resource/DSCF3910.JPG" alt="Rododendron-wieczór, by ninedin " width="390" height="293" /&gt;&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt; &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt; &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt; &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="margin-bottom: 0cm; text-align: center;" align="JUSTIFY"&gt; Duch Amandy. Historia miłosna. &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="margin-bottom: 0cm;" align="JUSTIFY"&gt; &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="margin-bottom: 0cm;" align="JUSTIFY"&gt; &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="margin-bottom: 0cm;" align="JUSTIFY"&gt; Dwanaście lat i sześćdziesiąt dziewięć dni po tym, jak Amanda Martell umarła, David Conway zdołał w końcu przespać się z jej duchem.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="margin-bottom: 0cm;" align="JUSTIFY"&gt; Oczywiście, nie chodziło tak naprawdę o spanie: David w końcu zasypiał w towarzystwie ducha Amandy dosyć często. Szczerze mówiąc, za każdym razem, kiedy kładł się i nie mógł spać, bo coś było nie tak, bo czuł się przybity, nie mógł pisać, pokłócił się z Tricią &amp;#8211; przywoływał ze swojej pamięci Amandę i wyobrażał ją sobie w fotelu obok, na swoim własnym ulubionym miejscu. Widział ją siedzącą ze splecionymi rękami, z potarganymi czarnymi włosami &amp;#8211; zbyt długimi, tak naprawdę, na krótkie &amp;#8211; rozsypanymi wokół twarzy, zupełnie taką samą, jak lata temu, w biurze, i za każdym razem, kiedy tylko zdołał się upewnić, że ona rzeczywiście tam jest, sen w końcu przychodził i pozwałał zapomnieć kłopoty choćby do rana. Króko mówiąc, Amanda i spanie nie oznaczało problemu; problemem był seks. &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal;" align="JUSTIFY"&gt; I żeby naprawdę wszystko było jasne: David nigdy nie przespał się &amp;#8211; w sensie, nie uprawiał seksu  &amp;#8211; z Amandą za jej życia. Szczerze mówiąc, sama idea zapewne wydałaby mu się mocno niewłaściwa.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="margin-bottom: 0cm;" align="JUSTIFY"&gt; &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal;" align="JUSTIFY"&gt; Dawno, dawno temu, zanim stał się pisarzem znanym ze swojej umiejętności opisywania ludzi na życiowym zakręcie, David Connoly miał zupełnie inną pracę. W tamtej pracy siedziało się w pokoju o białych ścianach, wśród szumów i hałasu. W tamtej pracy David robił użytek z pozornie mało praktycznej znajomości ponoć dość trudnego języka: czytał, pisał, analizował, raportował, wyciągał wnioski i nigdy sie nie nudził. W pokoju poza nim byli inni ludzie od innych języków; była wśród nich kobieta, jego szefowa, drobna i ciemnooka. miała potargane czarne włosy i długie, mocne palce. Spotkali się w jego pierwszym dniu pracy i jej pierwszym szefowania; uśmiechnęła się, kiedy powiedział &amp;#8220;Wookie&amp;#8221;; była w jego wieku i też lubiła indyjską kuchnię. Nikt, kto ją zobaczył w czarno-różowej sukience z dżetami i frędzlami nie uwierzyłby, że nadawała się do tej pracy; nikt, kto z nią przez miesiąc popracował, nie mógł w to wątpić.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal;" align="JUSTIFY"&gt; Pracowali razem, rozmwiali, chodzili razem na obiady (jeść curry i gadać), dzwonili do siebie w weekendy, a raz spędzili sześć godzin w aucie i trzy nastepne w kolejce po autograf pisarza. A potem, trzy lata i czterdzieści pięć dni po tym pierwszym spotkaniu, ich komórka dostała w końcu ten telefon, na który czekali. To było dzień po ślubie jego siostry: David, skacowany i niewyspany, wziął sobie wolne. Zadzwoniła do niego i kazała się nie martwić, powiedziała, że sama pojedzie na to spotkanie i że weźmie Chrisa. I tak, ona i Chris Charleston wsiedli w samochód, jej własny, i pojechali na spotkanie, z którego już żywi nie wrócili: dom na przedmieściu okazał się pułapką, czekała na nich tylko paczka, której wybuch słychać było aż w cetrum miasta. Oczywiście, nikt nie przeżył.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal;" align="JUSTIFY"&gt; Oczywiście, jak się okazało, przy przygotowaniu operacji popełniono kardynalne błędy, z czego większość, oczywiście, była winą osób, które już nie żyły. Tym, którzy żyli, szefostwo zrobiło dziką awanturę, po czym delikatnie zasugerowało zmianę pracy. David rzucił pracę, przez sześć miesięcy koczował u siostry, a potem napisał książkę i poznał Tricię pogodynkę. Rok później kupił jej pierścionek i poprosił, żeby wybrała odpowiednią datę.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal;" align="JUSTIFY"&gt; .&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal;" align="JUSTIFY"&gt; A potem, po dwunastu latach i sześćdziesięciu trzech dniach, Amanda wróciła.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal;" align="JUSTIFY"&gt; Żeby już wszystko było jasne: David chyba nigdy do końca nie wiedział, że Amanda jest duchem. Jak duch wkroczyła z powrotem w jego życie: pewnego wieczora, w burzy i ulewie, stanęła pod świerkiem w ich ogrodzie. Deszcz spływał jej po włosach, bose stopy miała całe w błocie, a jej mokra czarna sukienka przykleiła się do ciała. Żona Davida zaczęła krzyczeć, kiedy zobaczyła jej twarz za oknem, ale on sam otworzył jej drzwi i wpuścił ją do środka, przemokniętą, przerażoną, niezmienioną. Weszła z ciemności do jasnej kuchni i z powrotem do jego świata, powiedziała, że nic nie pamięta, tylko jego imię i spytała go, czy wie, co ona tu robi.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal;" align="JUSTIFY"&gt; &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal;" align="JUSTIFY"&gt; Sześć dni później siedzieli we dwójkę w jego gabinecie i próbowali się dowiedzieć, co się właściwie te dni i lata temu stało.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal;" align="JUSTIFY"&gt; Jeszcze jedno niezbędne wyjaśnienie: możliwe, że sama Amanda nie miała pojęcia, że jest duchem. Chociaż, może i miała: w końcu zasugerowała, że rozwiązaniem zagadki ostatnich dwunastu lat może być coś tak idiotycznie serialowego jak amnezja.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal;" align="JUSTIFY"&gt; Tak więc oboje byli zajęci dość bezskutecznym rozwiązywaniem zagadki; pokój był pełen ciepłych cieni, wrześniowe słońce powoli zachodziło i własnie wtedy David po raz pierwszy naprawdę zwrócił uwagę na fakt, że dwa górne guziki jej bluzki są rozpięte.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal;" align="JUSTIFY"&gt; Dotarło do niego nagle, że ta kobieta była wszystkim, co stracił: o dwanaście lat za młoda, ciągle świetna w tym, co robili (przyglądał się, jak czyta raporty z wypadków, zaznacza fragmenty, porównuje), ciągle w pół słowa łapiąca jego żarty i odbierająca go, jego myśli i to, jaki był, jak nikt przed nią i po niej. Chiał jej to powiedzieć, wszystko naraz, w jednym zdaniu, którego przez chwilę nie mógł ułożyć, po czym, nagle, wiedział, jak powinno brzmieć.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal;" align="JUSTIFY"&gt; - Kocham cię, wiesz? - powiedział nagle, niepytany.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal;" align="JUSTIFY"&gt; &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal;" align="JUSTIFY"&gt; Oczywiście, to było ciągle stanowczo za mało, żeby się przespać z duchem Amandy.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal;" align="JUSTIFY"&gt; Zaśmiała się, sztucznie i niepewnie; on sam poczuł, że się rumieni (i pomyślał, jak to głupio musi wyglądać rumieniec przy jego siwiejących włosach); powiedziała coś o prawdziwej przyjaźni i że tak niewielu rozumie, on odpowiedział wiązanką podobnych banałów, ona zacytowała kapitana Kirka i sprawy zaczęły powoli wracać do normalności.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal;" align="JUSTIFY"&gt; Ale przecież nie końca, oczywiście. Nagle istotny był fakt, że te guziki są rozpięte, albo pamięć o tym, jak mokra sukienka klei się do ciała. I David tak się zagubił w wizjach i wspomnieniach, że przegapił coś naprawdę ważnego; tak się zapatrzył i skupił na swoim &amp;#8220;w co ty się właściwie wpatrujesz&amp;#8221; i na swoim nagłym zainteresowaniu , że nawet nie zauważył, jak coś się zmieniło w jej oczach, w jej twarzy, podczas czytania kolejnego raportu. Nie zauważył też, jak kolejne fakty &amp;#8211; analizowane, łączone, natrętnie i z niedowierzaniem kojarzone z mitami i świętymi księgami, niestety pasujące &amp;#8211; układają się w ciąg wydarzeń w jej umyśle; jak, po wyeliminowaniu tego, co niemożliwe, wyłania się powoli, powoli to, co musi być kompletnie nieprawdopodobną prawdą.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal;" align="JUSTIFY"&gt; Jeszcze jedno objaśnienie: może rzeczywiście Amanda nie od początku wiedziała, że jest duchem. Ale David, myśląc o jej bladej skórze i jej piersiach, kompletnie przegapił chwilę, w której zrozumiała i zaakceptowała, bez chwili wątpliwości, że tak właśnie było.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal;" align="JUSTIFY"&gt; Co oznaczało, że wiedziała też, po co wróciła.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal;" align="JUSTIFY"&gt; &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal;" align="JUSTIFY"&gt; I żeby już na pewno wszystko było jasne: nie powiedziała mu. Nie mogła, bo jak? Wróciła do podsłonecznej krainy z tamtego miejsca w wichurze i śniegu; wróciła do tego człowieka, który ją ściągnął z powrotem, z który miała pewne sprawy  do załatwienia i który ją teraz, nieprawdopobodne ale prawdziwe, próbował poderwać. Nie podobała mu się za życia; wiedziała o tym świetnie, nikomu się nie podobała. Ale może bycie nieżywą zmieniało postać rzeczy, a poza tym, nic nie było pewne: w końcu w tamtym miejscu bez pamięci ona i tak pamiętała jedną jedyną rzecz, twarz kogoś bliskiego w niebieskim świetle ekranu.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal;" align="JUSTIFY"&gt; Włosy miał teraz bardziej szare niż blond, krótsze i rzadsze; wokół jego oczu pojawiła się siatka zmarszczek, ale nie było wątpliwości, że to był ciągle ten sam David i że jej pragnął i że ona jeszcze przecież miała te swoje sprawy  do załatwienia.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal;" align="JUSTIFY"&gt; Była jeszcze kwestia żony i zdrady małżeńskiej; nie wiedziała za bardzo, co o tym sądzić, ale uznała, że jej sprawy  są obiektywnie ważniejsze; no i drobna kwestia bycia nieżywą, o której mu nie powiedziała, no bo przecież mogłoby się okazać, że w kwesti seksu bycia nieżywą nie jest jednak jakąś szczególną zaletą.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal;" align="JUSTIFY"&gt; - Słuchaj &amp;#8211; powiedziała, zamiast powiedzieć prawdę; popatrzyła mu w oczy i nie spuściła wzroku pod jego spojrzeniem &amp;#8211; Słuchaj, David, chciałam cię zapytać: co ty w zasadzie miałeś na myśli, jak powiedziałeś, że mnie kochasz?&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal;" align="JUSTIFY"&gt; &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal;" align="JUSTIFY"&gt; Oczywiście, samo to pytanie w żaden sposób nie sprawiłoby, że David Conway chciałby przespać się z duchem Amandy.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal;" align="JUSTIFY"&gt; Ale to pytanie, w połączeniu ze wspomnieniem mokrej sukienki, z faktem, że ona sama była niezmieniona, z faktem, że wróciła &amp;#8211; a skoro ona wróciła, to mogły wrócić też i inne rzeczy, wszystko to, co zabrał czas &amp;#8211; to wszystko razem już starczyło. Wziął ją za rękę. Pozwoliła mu pocałować swoją dłoń i wyszeptać, z głową wtuloną w jej włosy, że nigdy nie sądził, nie miał pojęcia i w ogóle mu do głowy nie przyszło i jacy oni wtedy byli jednak głupi, a potem pozwoliła sobie na krótki moment zapomnienia o tym, że była martwa i że w ogóle miała jeszcze jakieś sprawy. &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal;" align="JUSTIFY"&gt; W gabinecie nie było łóżka, tylko malutka, jednoosobowa sofa. Amandzie najpierw zaciął się zamek w spódnicy, a potem zaplątała się we własne rajstopy; on miał na sobie skarpetki nie do pary, obie czarne, tyle że jedną dłuższą. Ale było &amp;#8211; dobrze, on był dobry w tym, co robił, i ona sama czuła się zupełnie jakby ciągle żyła. Powiedział jej urywanym szeptem, że jest piękna i że nigdy nie zauważył, jaką ma jasną cerę ( bo nie miałam, nie byłam taka blada, kiedy nie byłam martwa , pomyślała, ale zaraz potem kazała sobie przestać myśleć o śmierci i byciu nieżywą). Jej własne ciało wydawało się jej nieważkie, ale przy tym konkretne, namacalne i bardzo pomocne :  kiedy pocałował najpierw jej usta, a potem piersi, zareagowało właściwym westchnieniem; szeptało mu odpowiednie słowa, na zmianę komplementy i świństewka, i dotykało go dokładnie tak i dokładnie tam, gdzie było trzeba. Kiedy był gotowy, otwarło się przed nim i poruszało się z dziwacznie zaskakującą skutecznością, póki nie skończyli; a potem, w tej radości, rozkoszy i spokoju nie było już ciała, była ona, przez moment znowu żywa. Prawie żywa; dość żywa, by móc pamiętać, a w sumie o to od początku w całej tej sprawie  chodziło.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal;" align="JUSTIFY"&gt; Żeby wszysto było jasne: duchy, w tym miejscu w wichurze, nie pamiętają. A ona musiała, po prostu musiała sobie przypomnieć. Jak inaczej mogłaby mu pomóc?&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal;" align="JUSTIFY"&gt; &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal;" align="JUSTIFY"&gt; Nawet się nie zorientował, że umarła w jego ramionach.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal;" align="JUSTIFY"&gt; To znaczy, nie do końca umarła. Po prostu, kiedy skończyli się kochać i David zasnął, ona wyslizgnęła się po cichu z powrotem w tamto miejsce, z powrotem do umarłych czekających w wyciu wichru i mrozie. W tamtym miesjcu było wczoraj i dzisiaj i jutro, wymieszane, nie do oddzielenia, poznania i zapamiętania, bo przecież duchy w wichurze niczego nie pamiętają. Kiedy się umiera, kiedy się trafia między wicher i śnieg, najpierw zapomina się, jak pamiętać.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal;" align="JUSTIFY"&gt; No tylko że ona przecież nie umarła, kiedy trafiała tam po raz drugi. Po prostu wymknęła się ze świata ludzi z powrotem do duchów, po tej długiej, cudownej chwili, kiedy znowu prawie żyła. Dzięki temu mogła teraz, w końcu, zobaczyć, zrozumieć i zapamiętać: zapamiętać, zrozumieć i zobaczyć Davida-z-wczoraj, Davida-z-dziś, wszystkich-Davidów-ze-wszystkich-przyszłości. Pełna tej pamięci, wymknęła się znowu ze świata duchów i obudziła się, niemal-żywa, w jego ramionach.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal;" align="JUSTIFY"&gt; David &amp;#8211; David, którego obraz, rozbity i niezrozumiały, był ostatnią rzeczą, jaka została z nią w kraju bez pamięci, David, który przeprowadził ją, nie wiedząc, z powrotem do żywych siłą swojej woli i wyobraźni &amp;#8211; ciągle jeszcze spał. Otwarła oczy, budząc się powoli i usiłując odczuć to, co czuło jej ciało, promieniujące ciepłem, skulone w niezbyt wygodnej pozycji na sofie za małej dla dwojga.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal;" align="JUSTIFY"&gt; Jeszcze nie zdecydowała, czy zostanie, czy zniknie; czy spróbuje być dla niego partnerką czy wróci do bycia przyjaciółką, której zdarzyła się z nim jednorazowa przygoda. Nie wiedziała, co powie jego żonie i poczuła się jak ostatni tchórz, decydując, że to jego, nie jej, sprawa.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal;" align="JUSTIFY"&gt; Wiedziała, że nie będzie w stanie powiedzieć prawdy żadnemu z nich, wiedziała, że zrobiła coś okrpnego i coś cudownego jednocześnie &amp;#8211; i nie miała żadnych wątpliwości, że po raz kolejny drogi jej i Davida skrzyżowały się w tym jedynym, idealnym momencie.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal;" align="JUSTIFY"&gt; Wyprowadził ją z tamtego miejsca i sprawił, że przypomniała sobie, czym jest. A ona &amp;#8211; ona zeszła tam z powrotem i zobaczyła-zapamiętała jego przeszłość i teraźniejszość i wszystkie przyszłości. Wszystkie te wstrętne, bolesne, powolne śmierci, które go mogły czekać &amp;#8211; i tę jedną, na którą zasłużył, w cichym domu w zimowe przedpołudnie, za wiele lat. Po tu była &amp;#8211; przyjaciółka, partnerka, stróż jakiegokolwiek rodzaju; właśnie po to, żeby zadbać, by w swoim czasie dostał tę właściwą.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal;" align="JUSTIFY"&gt; &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal;" align="JUSTIFY"&gt; &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal;" align="JUSTIFY"&gt; &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal;" align="JUSTIFY"&gt; Kraków, 2012-02-23&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt; &amp;#65279;&lt;br /&gt; &lt;/p&gt;</description>
      <author>ninedin@NOSPAM.gazeta.pl</author>
      <category>Filozoologia i takie tam</category>
      <comments>http://ninedin.blox.pl/2012/05/Zalegly-wpis-imieninowy-taki-jak-zwykle.html#ListaKomentarzy</comments>
      <guid>http://ninedin.blox.pl/2012/05/Zalegly-wpis-imieninowy-taki-jak-zwykle.html</guid>
      <pubDate>Mon, 21 May 2012 20:17:25 +0200</pubDate>
    </item>
    <item>
      <title>Avengers: podejście drugie. Oh wow.</title>
      <link>http://ninedin.blox.pl/2012/05/Avengers-podejscie-drugie-Oh-wow.html</link>
      <description>&lt;p style="text-align: justify;"&gt; Dzisiejszy wpis jest ze specjalną dedykacją dla &lt;a href="http://meanwhile-on-vulcan.blogspot.com"&gt;Rusty Angel&lt;/a&gt; . Ona to bowiem napisała mi parę dni temu następujące słowa skrzydlate: &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt; &lt;br /&gt; &lt;/p&gt; &#xD;
&#xD;
&lt;p&gt; Jeśli jesteś w stanie myśleć coś innego niż "oh wow!" po wyjściu z seansu Avengersów, to znaczy, że Whedon zrobił coś źle. Serio, recenzja, w której tylko wymieniasz rzeczy, które ci się podobały w filmie, robiąc mało dystyngowane "Squee!" to najlepszy typ recenzji&amp;#65279;.&lt;/p&gt; &#xD;
&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt; &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt; Mówisz-masz. Wczoraj byłam drugi raz w kinie, ergo: proszę bardzo.  Jeszcze nie recenzja, na razie tylko wow factor . W dwudziestu jeden odsłonach. &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt; &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt; &lt;br /&gt; &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt; &lt;img style="display: block; margin-left: auto; margin-right: auto;" title="http://www.themarysue.com/wp-content/uploads/2011/08/avengers_loki.jpg" src="http://ninedin.blox.pl/resource/avengers_loki.jpg" alt="http://www.themarysue.com/wp-content/uploads/2011/08/avengers_loki.jpg" width="403" height="339" /&gt; &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: center;"&gt; 21 rzeczy i powodów, dla których po pierwszym (i po drugim też) wyjściu z kina pomyślałam  oh, wow . W kolejności, w jakiej mi przyszły do głowy. &lt;br /&gt; &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt; 21.  Kamuflaż helicarriera i to, że maszyna nie znika całkiem, tylko właśnie wydaje się zamaskowana w powietrzu, ledwie widoczna, ale dopiero, jak się wpatrzysz...&lt;br /&gt; &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt; 20.  To, jak Loki łapie strzałę w locie, bez wysiłku. I to, co jest sekundę potem. &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt; 19. To, jak Loki rozmawia z Czarną Wdową, a raczej - ona z nim, ogrywając mistrza kłamstwa i manipulacji w jego własnej grze. Jedna z IMHO dwóch najlepiej koncepcyjnie pomyślanych scen filmu. &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt; 18. Hawkeye. To, jak Jeremy Renner (który mi się z urody podoba nie bardzo) wygląda w kostiumie i - może nawet bardziej - to, jak gra tę postać: spokojnego, opanowanego, wiarygodnego faceta, któremu jednakowoż nie chciałoby się wejść w drogę, tower of strength  całego teamu. &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt; 17. Konfrontacja Lokiego z Tonym Starkiem na szczycie Stark Tower. Druga najlepiej pomyślana scena w tym filmie, moim zdaniem. Fantastyczne zderzenie dwóch postaci z dwóch różnych bajek i porządków świata, w scenie, w której żelazna wola i podniosły ton Lokiego-boga napotyka na równie żelazną, ale wypowiedzianą lekkim tonem, ironiczną odpowiedź faceta, który nie rozumie, co znaczy patos (i ciekawe, czemu nie wymienia siebie wśród Avengersów?). Albo, Tony i Loki jako dwa na słońcach swych przeciwnych bogi , z czego jeden trochę bardziej na luzie. &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt; 16. A jak już jesteśmy przy Tonym Starku: dialogi Tony'ego Starka z resztą teamu - i te naładowane momentami dwuznacznikami z Kapitanem, i te o nauce z Bannerem, i ciągłe prowokacje do tego ostatniego. Oraz, to że przy Starku to sobie człowiek w pracy nie pogra.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt; 15. Pepper Potts, bo jest zabawna, inteligentna, ciepła i konkretna i trzyma Starka krótko za pewną część ciała. I Gwyneth Paltrow, za to, że to ona, a nie jakaś dwudziestolatka, gra tę rolę, i to bardzo fajnie.   &lt;br /&gt; &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt; 14.  Ciuchy Marii Hill. I ciuchy Nicka Fury'ego. &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt; 13. I ciuchy Lokiego, zwłaszcza to, jak je zmienia.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt; 12. I ciuch Iron Mana, a przede wszystkim to, jak go zdejmuje (plus: maszyna do zdejmowania). Oraz to, jak go zakłada, kiedy go Loki zrzucił z wieży.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt; 11. To, jak latają alienie drakkaro-statki. &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt; 10. Bruce Banner i to, jak Mark Ruffalo gra tę postać: na pozór uprzejmego, miłego faceta z gatunku "Lekarze bez granic", którego tylko drobne gesty zdradzają jako potwornie znerwicowanego (i dzięki Rusty Angel, że mi na to zwróciła uwagę).&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt; 9.  W ogóle fakt, że BB jest przez większość filmu zasadniczo ekspertem od fal gamma, a nie Hulkiem. &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt; 8. Loki na imprezie w Niemczech, zanim jeszcze odstawi swój show, i to, jak zgrane są tam jego gesty (i ciosy) z muzyką.  &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt; 7. Tom Hiddleston (bo chodzi mi o aktorstwo, nie o kwestię), mówiący I  don't have one. &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt; 6. I Tony Stark (bo tu chodzi mi o kwestię, nie o zagranie), mówiący I  think I would just cut the wire  w odpowiedzi na heroiczne dulce et decorum  Kapitana.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt; 5. Oraz, relacja między Czarną Wdową a Hawkeyem, fajnie napisana, niejednoznaczna, niesentymentalna.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt; 4. Oraz, Tony Stark. Brainy is the new sexy, definitely.&lt;br /&gt; &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt; 3. Fakt, że nagle lubię Scarlett Johansson. I że bohaterka ma coś do zrobienia w tym filmie i nie jest to zakochanie się w bohaterze. Więcej i mądrzej o tym u &lt;a href="http://jeansandtee.blox.pl/2012/05/Suit-up.html" target="_blank"&gt;Fabulitas&lt;/a&gt;. &lt;br /&gt; &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt; 2. Tekst o suit up. &lt;br /&gt; &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt; 1. Loki, mówiący if it's all the same to you, I'll have that drink now &amp;#65279; . &lt;br /&gt; &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt; &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt; Dwadzieścia jeden powodów to chyba dość, żeby chcieć pójść na film jeszcze raz, prawda? &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt; &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt; &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt; EDIT: Po dyskusji na facebooku wychodzi na to, że - a, że przytoczę te sceny, które ludzie podrzucali, a ja zapomniałam tu umieścić; nie wiem, jakim cudem, bo ich Oh Wow  Factor  jest, jak dla mnie wyjątkowo wysoki: &lt;br /&gt; &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt; &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;ul&gt;&#xD;
&lt;li style="text-align: justify;"&gt; To, jak Tony Stark zabiera się za psychoanalizę Lokiego, i rozpędza się, i opowiada, jak to  Loki, he&amp;#8217;s a full-tilt diva&amp;#8230; he wants flowers, he wants parades, he wants a&amp;#8230; monument built to the sky with his name plastered&amp;#8230; &amp;#65279; po czym orientuje się, tak jak my się zorientowaliśmy sekundkę wcześniej, kogo mu to przypomina i podsumowuje, kompletnie innym tonem, son of a bitch, przy okazji rozwiązując problem, który przed chwilą sam postawił i przez który w ogóle ta analiza się zaczęła. Jakim cudem ja o tej scenie zapomniałam, to nie wiem. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt; &lt;/li&gt;&#xD;
&lt;li&gt; Loki, Thor i Tony i cała scena z I'm listening.&lt;br /&gt; &lt;br /&gt; &lt;/li&gt;&#xD;
&lt;li style="text-align: justify;"&gt; Fakt, że Nick Fury po śmierci Coulsona nie zamienia się w uniesionego słusznym gniewiem Lidera, tylko manipuluje nimi wszystkimi, jak leci (a oni, na czele ze Starkiem, dają się manipulować!)&lt;br /&gt; &lt;br /&gt; &lt;/li&gt;&#xD;
&lt;li style="text-align: justify;"&gt; Thor unoszący się w obronie brata, po czym jednak stwierdzający he's adopted. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt; &lt;/li&gt;&#xD;
&lt;li style="text-align: justify;"&gt; Loki nacinający się na problemy Tony'ego z sercem.&amp;#65279;&lt;br /&gt; &lt;/li&gt;&#xD;
&lt;/ul&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt; &amp;#65279;&lt;br /&gt; &lt;/p&gt;</description>
      <author>ninedin@NOSPAM.gazeta.pl</author>
      <category />
      <comments>http://ninedin.blox.pl/2012/05/Avengers-podejscie-drugie-Oh-wow.html#ListaKomentarzy</comments>
      <guid>http://ninedin.blox.pl/2012/05/Avengers-podejscie-drugie-Oh-wow.html</guid>
      <pubDate>Sun, 20 May 2012 00:34:31 +0200</pubDate>
    </item>
    <item>
      <title>Avengers: podejście pierwsze</title>
      <link>http://ninedin.blox.pl/2012/05/Avengers-podejscie-pierwsze.html</link>
      <description>&lt;p style="text-align: justify;"&gt; The Avengers , reż. Joss Whedon, scen. Zack Penn, Joss Whedon, wyst. Robert Downey Jr., Chris Evans, Chris Hemsworth, Mark Ruffalo, Scarlett Johansson, Jeremy Renner, Samuel L. Jackson, Tom Hiddleston&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt; &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt; &lt;img style="display: block; margin-left: auto; margin-right: auto;" title="źródło: http://shelbyjellybean.tumblr.com/" src="http://ninedin.blox.pl/resource/avengers.jpg" alt="źródło: http://shelbyjellybean.tumblr.com/" width="391" height="604" /&gt;&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt; &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;   Zacznę od tego: w sumie, to chciałam dać się uwieść. &lt;br /&gt; &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt; Chciałam, choć rozum mówił, że może niekoniecznie będzie z tego coś dobrego. Nie jestem jakąś specjalną fanką Jossa Whedona, przeciwnie - zamierzam niedługo dać Firefly jeszcze jedną szansę, żeby się przekonać, czy/czemu niespecjalnie mi się  podoba to, co bardzo podoba się mnóstwu ludzi ze świetnym gustem. Poza tym niezbyt - jak już chyba wszyscy wiedzą - znam się na komiksach, a na dodatek, chociaż &lt;a href="http://ninedin.blox.pl/2012/05/Dobra-przyznaje.html" target="_blank"&gt;od-obraziłam się na Roberta Downeya Jr.&lt;/a&gt; , to dalej zostawała jeszcze Scarlett Johansson, którą znielubiłam od razu w  Dziewzynie z perłą  i nigdy nie przestałam nie lubić. Plus, Hulk. Mogę łyknąć Jekylla i Hyde'a , &lt;a href="http://ninedin.blox.pl/2011/09/Lza-dla-pana-Hyde.html" target="_blank"&gt;zwłaszcza w inteligentnej przeróbce&lt;/a&gt; , ale Hulk irytuje mnie jak mało co.   &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt; Były też pozytywy, oczywiście: na przykład wspomniany fakt od-obrażenia się, z hukiem, na Roberta Downeya Jr., po tym, jak w obu Iron Manach oglądałam głównie jego. I nagła miłość, wskutek tego, do Roberta Downeya Jr. Albo fakt, że zasadniczo dosyć mi się &lt;a href="http://ninedin.blox.pl/2012/02/Bogowie-na-moscie.html" target="_blank"&gt;podobały&lt;/a&gt; &lt;a href="http://ninedin.blox.pl/2012/05/Dzien-Zwyciestwa.html" target="_blank"&gt; Avengersowe&lt;/a&gt;  &lt;a href="http://ninedin.blox.pl/2012/05/Dobra-przyznaje.html" target="_blank"&gt;prequele&lt;/a&gt; . Albo, na przykład, Loki. Don't get me started on Loki. Serio, Toma Hiddlestona w Henryku V nie będę mogła doczekać się prawie tak samo, jak następnego sezonu Doktora .  &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt; No i poszłam sobie w miłym towarzystwie do krakowskiego IMAX-a  - i w sumie nie jestem pewna, czy ja chwilowo jestem wykwalifikowana, żeby o tym filmie pisać. Bo chyba nie całkiem widziałam, co się działo, zza walącego się na mnie miasta, oszołomiona tym, jak wiją się w powietrzu smokostatki najeźdźców, jak tańczą i miotają się w nim bohaterowie. Fabułę przykryli mi też bohaterowie i aktorzy: fakt, że nagle lubię Scarlett Johansson, na przykład, i że odkrywam, jakim cudem ja dotąd nie wiedziałam, kim jest Jeremy Renner, i że naprawdę, da się zrobić postać z Kapitana Ameryki.I jak tu nie kochać Tony'ego Starka, no jak?&lt;br /&gt; &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt; No więc sorry, uczciwa recenzja będzie jutro, po kolejnym oglądaniu, na razie jest wielkie WOW.  Dałam się uwieśc, innym i słowy, i wcale się nie wstydzę.   &lt;/p&gt;</description>
      <author>ninedin@NOSPAM.gazeta.pl</author>
      <category>Oglądanie</category>
      <comments>http://ninedin.blox.pl/2012/05/Avengers-podejscie-pierwsze.html#ListaKomentarzy</comments>
      <guid>http://ninedin.blox.pl/2012/05/Avengers-podejscie-pierwsze.html</guid>
      <pubDate>Thu, 17 May 2012 20:16:56 +0200</pubDate>
    </item>
    <item>
      <title>Dobra, przyznaję</title>
      <link>http://ninedin.blox.pl/2012/05/Dobra-przyznaje.html</link>
      <description>&lt;p style="text-align: justify;"&gt; Iron Man , reż. J. Favreau, wyst. Robert Downey Jr., Jeff Bridges, Gwyneth Paltrow, 2008 &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt; &lt;br /&gt; &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt; No więc, że się nie znam na komiksach, to już milion razy przyznawałam (i na powieściach graficznych, i które jest które, poza faktem, że czytałam całego w zasadzie komiksowego Neila Gaimana i całego Alana Moore'a). Ale - jako że z paroma fantastycznymi osobami idę jutro do kina - postanowiłam, że nie mogę iść na The Avengers , znając wyłącznie Hulka  i Thora , bez przesady. Ergo, obejrzałam Iron Mana  w obu wcieleniach - i powiem od razu, następnego dnia kupiłam pierwszą, a dwa dni potem - drugą część na DVD.   &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt; &lt;br /&gt; &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt; &lt;img style="display: block; margin-left: auto; margin-right: auto;" src="http://ninedin.blox.pl/resource/iron_man.jpg" alt="" width="425" height="341" /&gt;&lt;br /&gt; &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt; Że po mojej dotychczasowej krótkiej przygodzie z Marvelem i równie krótkiej z serialową i książkową Grą o tron  zdecydowanie preferuję Tony'ego Starka nad Catelyn i jej rodzinkę (a połowę z tego robi niestrawna dla mnie jak na razie Arya, tomboy supergirl), to akurat mało dziwne, jak mnie kto zna - troszkę dziwniejszy jest fakt, że to wszystko przez aktora, na którego byłam obrażona, i resztę obsady, której nie lubię. &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt; No bo tak: z całej Gwyneth Paltrow lubię głównie piosenki jej męża i fakt, że zagrała w jednym z moich ukochanych filmów wszechczasów, Utalentowanym panu Ripleyu - niech mi nikt lepiej nie przypomina Zakochanego Szekspira. Jeff Bridges jest na topie listy dobrych teoretycznie aktorów, którzy mnie irytują (sama w sumie nie wiem, za co, może ze względu na fakt, że grał w mnóstwie filmów, których nie znoszę). A na Roberta Downeya Jra (którego dość podejrzewałam o to, że jest w stanie zagrać wszystko) jestem/byłam śmiertelnie obrażona od czasów &lt;a href="http://ninedin.blox.pl/2012/01/Rozczarowana-smutna-zla.html" target="_blank"&gt; Gry cieni&lt;/a&gt; . W którym to filmie, powiem to od razu, nie znosiłam jego postaci jak samej zarazy - a zważywszy, że grał jednego z moich odwiecznych herosów i idoli, w kontynuacji filmu, którego pierwsza część mi się podobała, to było to naprawdę spore osiągnięcie. Jako Holmes był zmanierowany, przegięty i w sumie dość żałosny - ergo, jak sobie poczytałam, jaki charakter ma postać, którą gra w Iron Manie , pomyślałam, "No nie, nie, nie wierzę".&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt; No ale. Nagle, to jest Robert Downey  Jr., którego kocha kilka moich przyjaciółek, a ja wreszcie widzę tak naprawdę, za co (stare sympatie z czasów Ally McBeal  się nie liczą). Nagle w roli Tony'ego Starka zobaczyłam w nim faceta z tym łajdackim wdziękiem, charyzmą i aktorską inteligencją, o której wszyscy mówili - i to wszystko mimo (z powodu?) faktu, że teoretycznie gra mocno stereotypową postać w filmie o wielkich, mechanicznych kombinezonach.  &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt; Nie wiem, jak innym - mnie go po prostu trudno było nie lubić, i to zarówno za jego playboyowatą stronę, za osobowość wiecznego, złotego, rozkapryszonego chłopca - miał człowiek wrażenie, że Tony Stark naprawdę jest tym, czym Bruce Wayne (głównie w wersji Burtona i Keatona) udaje, że jest - jak i za obsesję na punkcie pracy, histeryczną niezależność i kompletny brak szacunku dla jakichkolwiek społecznych konwencji. Jak to teraz piszę, brzmi to nawet dla mnie samej nieprzekonująco i boleśnie stereotypowo, ale na to, niestety, radę mam tylko jedną: robić to, co ja, przełamać się/znaleźć czas i obejrzeć.   &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt; Co poza tym? Playboystwo Tony'ego byłoby chwilami nieznośne, gdyby nieco nie tonowała go Pepper Potts, na zmianę ironiczna i pobłażliwa i więcej niż trochę zakochana - a Gwyneth Paltrow, za którą naprawdę nie przepadam, robi w tej roli dobrą robotę (i nie ona jedna, w Iron Manie 2 zdecydowanie podobała mi się Scarlett Johansson, aktorka, której do tej chwili nie cierpiałam jak mało której!). Bardzo dobre dialogi, cięte i ironiczne. Fajne zdjęcia. I naprawdę, naprawdę wciągająca fabuła. &lt;br /&gt; &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt; Z Iron Manem jest trochę, jak z Thorem , choć jest to fabularnie lepszy film (ale Thor ma lepsze czarne charaktery): tak naprawdę całość jest lepsza od sumy składników.  Historia ekscentrycznego multimilionera z problemami - w takiej wersji, w jakiej pojawia się w filmie - to w kinie nic nowego, ale tutaj zrobiona jest pomysłowo i ciekawie. Nie będę nawet próbować się wymądrzać nad Iron Manem  jako adaptacją, bo gdzie mi tam do jakiejkolwiek wiedzy na ten temat, nie do końca wiem ergo, czyja to zasługa, ale to, jak poprowadzona jest zarówno fabuła, jak i postać głównego bohatera, świadczy o dobrej robocie scenarzystów. Nie ma tu tego, co było najmniej ciekawe w Kapitanie Ameryce : wypełniacza w postaci długich scen Tłuczenia Złego; a to dlatego, że choć, oczywiście, Iron Man tłucze złych z zapałem i skutecznie, to te sceny czysto bitewne są w zasadzie tłem dla intrygi  -też klasycznie popkulturowej - związanej z przejęciem firmy i fałszywą przyjaźnią. Poza tym, latający Iron Man jest bardziej efektowny od rzucającego tarczą Kapitana, w sumie. &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt; I generalnie bardzo mi się podobało, i z przyjemnością obejrzałam dwójkę, i w sumie wybaczyłam RDJ nawet te kozy i pozy na Baker Street... &lt;br /&gt; &lt;/p&gt;</description>
      <author>ninedin@NOSPAM.gazeta.pl</author>
      <category>Oglądanie</category>
      <comments>http://ninedin.blox.pl/2012/05/Dobra-przyznaje.html#ListaKomentarzy</comments>
      <guid>http://ninedin.blox.pl/2012/05/Dobra-przyznaje.html</guid>
      <pubDate>Sat, 12 May 2012 10:03:39 +0200</pubDate>
    </item>
    <item>
      <title>Dzień Zwycięstwa</title>
      <link>http://ninedin.blox.pl/2012/05/Dzien-Zwyciestwa.html</link>
      <description>&lt;p style="text-align: justify;"&gt; ..był (przed)wczoraj, ale ja i tak napiszę, o dzień/dwa spóźniony, wpis z tej okazji (plus minus).&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt; &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt; Captain America: The First Avenger , reż. Joe Johnston, wyst. Chris Evans, Hayley Atwell, Hugo Weaving, Tommy Lee Jones, Toby Jones plus ta mniej znana połowa obsady The Duchess . &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt; Jeżeli któregoś filmu o superbohaterach nie chciałam oglądać, to tego. Powtórzyłam to sobie parę razy. Dlaczego? Bo trudno mi sobie było wyobrazić, że z patriotycznej ramotki o amerykańskim herosie z tarczą w star and stripes da się dziś jeszcze zrobić coś strawnego. Na serio to nie bardzo wyjdzie, no bo jak? Sparodiowane - no ale Kapitan Ameryka sam w sobie brzmi dziś jak parodia, więc jak to jeszcze sparodiować, to wyjdzie nieznośny, głupawy rechot. Poza tym: ja i amerykańsko patriotyczny mięśniak tłukący nazistów? W rajtuzach? O nie, powiedziałam sobie, nie to.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt;&lt;img style="display: block; margin-left: auto; margin-right: auto;" src="http://ninedin.blox.pl/resource/captain_america.jpg" alt="" width="417" height="332" /&gt;&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt; &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt; No ale, oczywiście, The Avengers , nie wytrzymałam. I z absolutnym zdumieniem oglądałam zupełnie udany, bardzo przyjemny i całkiem pomysłowy film.  &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt; Punkt wyjścia, od którego nie bardzo da się odejść - chłopak, mały, chudziutki i słabego zdrowia, który za wszelką cenę chce zostać żołnierzem i Walczyć Za Ojczyznę - został tu potraktowany jako pretekst do pokazania, czym się Kapitan Ameryka różni od swoich nazistowskich (a raczej - Hydrowych) przeciwników: pamiętając własną słabość, będzie w stanie nie wbić się w pychę z powodu świeżo nabytej mocy i odczuwać, nadal, współczucie i litość dla innych. Cyniczna jędza we mnie widzi w tym momencie oczyma duszy swojej Petera Pettigrew i/lub wyobraża sobie, co z historią dręczonego słabeusza zyskującego supermoce i szukającego kompensacji za lata bycia ofiarą zrobiłby Alan Moore, ale niech im będzie: przynajmniej takie ujęcie tego motywu pozwala nie eksploatować za bardzo triumfalizmu pt. "Bili Steve'a razy kilka, a teraz Kapitan Steve obije im mordy". Fabuła, teoretycznie prosta, ma kilka naprawdę fajnie pomyślanych zwrotów, z którym moich ulubionym pozostaje zdecydowanie ten wyjawiający kulisy popularności Kapitana Ameryki - jego sceniczno-propagandowa kariera jako symbolu oporu. Już pomijam niewymuszony komizm sceny pt. "machające nogami rewiowe girlaski, pieśń patriotyczna i nieszczęsny Steve dukający teksty przyklejone po wewnętrznej stronie tarczy", ale fajne tu jest, tak naprawdę, to, że widzimy tu de facto prawdziwą  historię Kapitana - karierę postaci rodem z popkultury! Bo Kapitan Ameryka jest tu gwiazdą popkultury, wykreowanym superherosem, zanim  tym herosem naprawdę się stanie, i to mnie ubawiło, podobało mi się i w zasadzie - kupiło mnie. Od tej pory oglądałam z przekonaniem, że kupię sobie ten film na własność przy najbliższej okazji. &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt; Miło się ten film ogląda. Aktorzy to, co mają do zagrania, grają tak, jak trzeba: i kompetentnie, i zabawnie, i odpowiednio, kiedy trzeba, czy to z patosem, czy to z histerią (czarne charaktery!). Ma ten film gwiazdy, na czele z Tommym Lee Jonesem i Hugo Weavingiem, ma kultowych aktorów - grają w nim w końcu Toby Jones, JJ Fieild a także (wstyd mi, bom go nie poznała, a lubię!) Richard Armitage, ma sympatyczną parę głównych bohaterów i cameo Samuela L. Jacksona w oczywistej roli. Nic nie poradzę, ale mnie najciekawiej pomyślaną postacią (i tą, która budzi moją największą sympatię) wydaje się Howard Stark, ale o tym, pewnie, przy najbliższej okazji. Są tu sceny, które być muszą, Kapitan rzuca tarczą, hydrowcy dostają po mordach, czarny charakter wygłasza speeche, najlepszy przyjaciel ginie, budowle wybuchają, a amerykańcy żołnierze zostają uratowani - słowem, everything's in its right place . W dość przewidywalnej ścieżce dźwiękowej też jest jedna perełka - autorzy rozsądnie zrezygnowali z karmienia nas tysiąc osiemsetną  filmową powtórką cwału Walkirii, ale nie z nazistowsko-Hydrowych skojarzeń z Wagnerem, tu dodatkowo oczywistych w kontekście większej, Thorowo-Avengersowej całości. Kiedy, ergo, Red Skull pozuje do portretu, w tle mamy, owszem, Wagnera, i owszem, Ring , ale w postaci wcale nie taki oczywistego, dla nie-fana, kawałka... Fajny pomysł, brawo za odejście od banału.  &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt; I OK, to jest czysta rozrywka, i OK, fabularnie kudy jej tam do poziomu - choćby z tej serii - Iron Mana . Brakło tu też kreacji postaci na miarę roli Toma Hiddlestona w  Thorze  i charyzmy a la Robert Downey Jr. w obu wspomnianych wyżej Iron Manach . Niemniej, kiedy Kapitan Ameryka  się kończył, miałam poczucie, że chętnie bym sobie pooglądała dalej. A to się nie tak często zdarza.    &lt;/p&gt;</description>
      <author>ninedin@NOSPAM.gazeta.pl</author>
      <category>Oglądanie</category>
      <comments>http://ninedin.blox.pl/2012/05/Dzien-Zwyciestwa.html#ListaKomentarzy</comments>
      <guid>http://ninedin.blox.pl/2012/05/Dzien-Zwyciestwa.html</guid>
      <pubDate>Thu, 10 May 2012 16:48:34 +0200</pubDate>
    </item>
    <item>
      <title>Piosenka o końcu świata</title>
      <link>http://ninedin.blox.pl/2012/05/Piosenka-o-koncu-swiata.html</link>
      <description>&lt;p&gt; Guy Gavriel Kay, A Song for Arbonne , New York 2002 (pierwsze wydanie 1992)&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt; &lt;img style="display: block; margin-left: auto; margin-right: auto;" title="cover" src="http://ninedin.blox.pl/resource/song_for_arbonne_image51.jpg" alt="cover" width="237" height="348" /&gt;&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: center;"&gt; spojler na spojlerze spojlerem pogania&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="font-size: medium; font-family: book antiqua,palatino; text-align: justify;"&gt; No więc tak - po przeczytaniu Arbonne  mogłabym, w sumie, oskarżyć Kaya o pisanie ciągle tej samej książki: kunsztownie skonstruowanej i pięknie opowiedzianej historii świata, który musi umrzeć. To jest zwykle malutki zakątek świata, troszkę lepszy niż otaczająca go reszta, może dlatego, że mający szacunek dla muzyki, dla sztuki i - o tyle, o ile w quasi-średniowiecznym, świecie pod dwoma księżycami mieć go można - szacunek dla słabszych i innych: dla cudzoziemców, innowierców, dzieci, kobiet. Za ten szacunek, oczywiście, przychodzi płacić: dumnej Tiganie i jej mieszkańcom zaklęciem zapomnienia, Al-Rassanowi - krucjatą fanatyków z obu stron religijnego konfliktu, cesarzowi Waleriuszowi z Mozaiki sarantyjskiej  - życiem, a Arbonne i jej królowej - najazdem sąsiadów pod dowództwem brutalnego i tępego królika i jego przewrotnego, gnanego na pół fanatyzmem, a na pół żądzą władzy doradcy-arcykapłana. Nie da się zwyciężyć w tej wojnie - a raczej nie dałoby się, gdyby nie kilkoro zwykłych i niezwykłych ludzi, którzy, oczywiście, będą musieli ponieść ofiary, by zachować choć odrobinę z tego świata, który kochają (nie, nie zapomniałam autorowi finału Lwów Al-Rassanu , który nie mógł być inny, a i tak złamał mi serce).  Wśród tych ludzi zwykle będzie kobieta, samodzielna i inteligentna, zwykle - wykonująca zawód raczej dla mężczyzn przeznaczony (Jehanne - lekarka, Lisseut i Catriana - śpiewaczki), będzie dumna władczyni (Alixana w Sarancjum , cały poczet królowych w Lwach , Pasithea w Tiganie, Signe, Ariane i Beatritz w Arbonne ), mroczna uwodzicielka z równie mrocznym sekretem (Alienor w Tiganie , Lucianna w Arbonne ) oraz specyficzny Kayowy wariant ślicznej, dumnej i niegłupiej damsel in distress, której distress ma zazwyczaj polityczne powody (Gisel w Sarancjum , Rosala w Arbonne , Zabira w Lwach ). Będą też panowie: zwyczajny młody chłopak, który musi nauczyć się rozumieć innych od siebie, by znaleźć w życiu sens, cel i tyle szczęścia, ile los zechce mu dać (Devin w Tiganie, Alvar di Pellino w Lwach ), wierny i rozsądny, doświadczony  towarzysz broni głównego bohatera (Valery w Arbonne ,  Lain Nunez w Lwach , Marius w Tiganie) i - zazwyczaj - protagonista, który będzie, pokrótce mówiąc, mniej lub bardziej dzieckiem &lt;a href="http://ninedin.blox.pl/2009/10/Wnuki-klony-i-bekarty.html" target="_blank"&gt;Francisa Crawforda Lymonda&lt;/a&gt; : błyskotliwym, udręczonym i samotnym, a zarazem kochanym i podziwianym za nieprzeciętny intelekt, lojalność i talent (wśród jego talentów, skądinąd, zwykle będzie ten do muzyki), ambiwalentnym we wszystkim, co robi, niezwykłym człowiekiem z ciemną przeszłością i strasznym przeznaczeniem (Alessan w Tiganie , Waleriusz w S arancjum , Ammar w Lwach , Bertran w Arbonne ). Jego dwuznaczność i nieoczywistość może być podkreślona przez zestawienie z drugim protagonistą: nie poetą-wojownikiem, a wojownikiem par excellence , kimś, kto musi walczyć sam ze sobą, by przełamać uprzedzenia, jakie wymusza tradycja, w której się wychował - ale kto ma też dość wielkości, mądrości i klasy, by wyjść poza swoje uprzedzenia i znaleźć w sobie szacunek, miłość i przyjaźń wobec kogoś tak bardzo różnego od siebie i tak bardzo równego sobie (Rodrigo w Lwach , Blaise w Arbonne ).   &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="font-size: medium; font-family: book antiqua,palatino; text-align: justify;"&gt; No ale: Kay, wbrew pozorom, nie pisze ciągle tej samej książki, a raczej - jeśli nawet pisze, to ciągle ją przetwarzając, wymyślając na nowo rozłożenie nacisku, przetworzenia motywów, gatunek... Tigana i Lwy  są tragediami, choć ze szczęśliwym zakończeniem; na ich tle Arbonne  wydaje się raczej rycerskim romansem. Ba, są w tej powieści sceny - takie jak spotkanie Bertrana, Rudela, króla Daufridiego i Blaise'a, pretendenta do korony Gorhautu, które świetnie sprawdziłyby się w awanturniczej, przygodowej powieści a la David Eddings! Pewnie, to oznacza, że ton jest niższy (czytaj: nie płakałam, jak przy Tiganie  i Lwach ), że lektura lżejsza i bardziej melo- niż dramatyczna, ale też dowodzi to, że autor potrafi bawić się gatunkami, jak mu się tylko podoba.  &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="font-size: medium; font-family: book antiqua,palatino; text-align: justify;"&gt; Teraz będzie wyznanie. OK, przyznaję. Ciężko mi było się wciągnąć w tę książkę: w pierwszej części, w scenach na dworze w Gorhaucie miałam wrażenie, że tym razem autor przesadził, że coś tu brzmi fałszywie i zbyt mocno. Nie dość, że mieszkańcy Gorhautu to religijni fanatycy najgorszego sortu (Guy Gavriel Kay nie ma jakoś, o dziwo, sympatii do wszelkiej maści krzyżowców i inkwizytorów...), to jeszcze na dodatek połączenie, w tej scenie, zamiłowania do krwawego sportu, upokarzania kobiet i publicznych demonstracji oralnego seksu z najoględniej mówiąc niezbyt chętnymi partnerkami sprawia, że dostajemy obraz (nudnego) potwora na dworze (stereotypowych) potworów, kogoś, kto nie zasługuje nie tylko na współczucie, ale nawet na zainteresowanie czytelnika. &lt;br /&gt; Na szczęście pierwsze wrażenie okazuje się jednak mylące: Kayowi po raz kolejny udaje się zebrać grupę postaci, które będą budziły w czytelniku (a przynajmniej: we mnie) mocne emocje. I nie chodzi tu tylko o postacie jednoznacznie (i mniej jednoznacznie) pozytywne: inteligentną i zakochaną Lisseut, lojalnego i odważnego Blaise'a czy przypominającego najlepsze postacie w dorobku Davida Eddingsa Rudela Corezze, arystokratę, który został mistrzem-skrytobójcą. Podobnie jest przecież z bohaterami dwuznacznymi, niekoniecznie pozytywnymi: i z fascynującą, zimną i demoniczną Lucianną Delonghi, i z bezlitosnym, wyniosłym Urté de Miraval, który w imię prywatnej wendetty gotowy jest poświęcić wszystko, i ze słabym i niezdolnym do przeciwstawienia się ojcu-tyranowi bratem Blaise'a, Ranaldem. A jakkolwiek król Gorhautu, Ademar, jest, w swym zaślepieniu i głupocie, chyba najmniej ciekawym z antagonistów, jakich Kay postawił kiedykolwiek na drodze swoich bohaterów (z ewentualnym wyjątkiem Alberica), to z nawiązką nadrabia ten brak jego doradca, ojciec Blaise'a i Ranalda, Galbert: genialny, cyniczny fanatyk (wiem, paradoks), przewrotny i manipulatorski, okrutny, nienawidzący wszystkich i powszechnie znienawidzony, którego jednak trochę nie sposób, z lekkim przerażeniem, nie podziwiać - choćby za to, jak łatwo manipuluje wydarzeniami i jak do końca kontroluje wszystko to, co się dzieje. Owszem, to jest postać namalowana w karykaturalnie momentami czarnych barwach, ale zarazem - postać udana, wiarygodna, choć larger than life  i intrygująca.  To Galbert - fanatycznie oddany swojej wizji religii inkwizytor, który chciałby świata z kobietami zamkniętymi w domu, dziećmi bezwzględnie posłusznymi ojcom i ludami wokół Gorhautu podbitymi, by dać ziemię i majątki wybranemu narodowi rodaków boga, za jakich Gorhautczycy się uważają - jest głównym czarnym charakterem tej powieści i to z jego wizją musi zetrzeć się wizja, reprezentowana przez Signe de Barbentain, królową Arbonne; Signe, która wierzy w boga i boginię, w miłość i muzykę - i która, dwadzieścia trzy lata wcześniej, wbrew tej wierze oddała córkę dumnemu, starzejącemu się księciu za żonę.  &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="font-size: medium; font-family: book antiqua,palatino; text-align: justify;"&gt; Intryga polityczna - machinacje Galberta, które mają doprowadzić do wojny i ostatecznie do podboju Arbonne przez Gorhaut, oraz podjęte przez Signe, Ariane i Bertrana de Talair desperackie próby ratunku, w których nieoczekiwanie istotny okazuje się najemny wojownik Blaise - łączy się w tej powieści z motywami o charakterze osobistym, splatając się w skomplikowaną całość, gdzie miłość i muzyka przewijają się jako stałe wątki. Z jednej strony, mamy pieśni trubadurów, muzyczne kariery Lisseut, jej przyjaciół i samego księcia Bertrana, rolę muzyki i poezji w Arbonne. Z drugiej - są tu ciągle wracające historie miłosne: obsesja Blaise'a na punkcie Lucianny Delonghi i jego rodzące się powoli uczucie do Ariane, fascynacja Lisseut wojownikiem z Gorhautu, a nade wszystko - ciążąca nad losami całego tego świata opowieść o tym, jak dwadzieścia trzy lata wcześniej Bertran de Talair zakochał się na śmierć i życie w córce królowej Arbonne - córce, oddanej innemu za żonę. Parę miesięcy później, umierająca Aelis de Miraval powiedziała mężowi, że dziecko, które ją zabiło, nie jest jego - i tak, z zakazanej miłości, urażonej dumy i złamanego serca narodziła się nienawiść, której ceną mogło być zniszczenie całego kraju.    &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="font-size: medium; font-family: book antiqua,palatino; text-align: justify;"&gt; Kay te wszystkie wątki umiejętnie łączy i splata, używając powtarzającego się tu ciągle motywu rodzicielstwa i tego, jak rodzic kształtuje dziecko, a dziecko - rodzica. W sercu problemów Arbonne leży brak następczyni tronu (z czworga królewskich dzieci troje nie żyje, jedyna żyjąca Beatritz jest kapłanką, a królewska kuzynka, Ariane, ma za męża człowieka mądrego, roztropnego, dzielnego i zdecydowanie preferującego w łóżku towarzystwo mężczyzn) i fakt, że dwadzieścia trzy lata wcześniej Urté de Miraval &amp;#65279; zabił, albo nie zabił, maleńkiego synka, którego jego małżonka Aelis urodziła Bertranowi de Talair.  Rosala, bratowa Blaise'a, ucieka z domu swego upiornego teścia, bo boi się o nienarodzone jeszcze dziecko - które okaże się synem nie jej męża, a jego brata, i to właśnie dziecko stanie się ostatecznym pretekstem do wojny. Bertran nie zabije swego wroga, bo jeżeli ktoś wie, co się stało z synem jego i Aelis, to tylko Urté (mówiłam, że Bertran jest klonem Francisa Crawforda...). Konflikt ojca z synem (synami?) zadecyduje w końcu o losie Gorhautu. A na końcu, zaginione dzieci się znajdują: umarli, owszem, okazują się umarli, ale niespodziewani żywi pojawiają się w ich miejsce. Krąg się zamyka: Bertran nie ma następcy-syna, ale będzie miał - syna Blaise'a, którego razem z jego matką, Rosalą weźmie do swego domu; a Blaise, który odda księciu, nie mówiąc mu o tym, własne dziecko, weźmie sobie w zamian, choć jej jeszcze nie kocha, nieznaną wcześniej ojcu córkę Bertrana za żonę. &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="font-size: medium; font-family: book antiqua,palatino; text-align: justify;"&gt; Nie jest ta powieść doskonała, choćby dlatego, że czasami, w swoich wezwaniach do obrony słabych przed silnymi brzmi nieco za współcześnie.  Niemniej jednak, miałam w Pieśni dla Arbonne  kilkoro ulubionych bohaterów. Kochałam się w Bertranie de Talair (jak wcześniej w Waleriuszu, Alessanie i Ammarze), ale akurat to, że się w nim zakocham, musiałam z westchnieniem przyznać od samego początku powieści: czuję fatalną słabość do genialnych niebieskookich mężczyzn, którzy mają talent do muzyki i literatury, błyskotliwie zimny umysł i serce zdolne do najgłębszej lojalności, erudycję przewyższającą wszystkich dookoła i mocno nieuporządkowane życie seksualne ( i co za szczęście, że tacy mężczyźni występują tylko w fikcji, w realu łamaliby mi serce seryjnie, bo żaden nawet nie popatrzyłby w moją stronę ). Przepadałam za inteligentnymi i mądrymi kobietami z Arbonne: starzejącą się z godnością i smutkiem Signe, dotkniętą przez bogów Beatritz, Arianą, wiedzącą, czego chce i co jej wolno. Życzyłam wszystkiego najlepszego na pozór stłamszonej, ale zdeterminowanej i rozsądniejszej od połowy facetów dookoła Rosali i jej dziecku; no i miałam nadzieję, miałam naprawdę szczerą nadzieję, że Rudel i Blaise osiągną to, czego chcieli, cokolwiek by to było, i to nie za cenę przyjaźni ani nie za cenę życia któregoś z nich. &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="font-size: medium; font-family: book antiqua,palatino; text-align: justify;"&gt; Skończyłam czytać wczoraj o czwartej nad ranem. Do teraz nie wierzę, że pan Kay pozwolił im wszystkim przeżyć.  &lt;/p&gt;</description>
      <author>ninedin@NOSPAM.gazeta.pl</author>
      <category>Książki</category>
      <comments>http://ninedin.blox.pl/2012/05/Piosenka-o-koncu-swiata.html#ListaKomentarzy</comments>
      <guid>http://ninedin.blox.pl/2012/05/Piosenka-o-koncu-swiata.html</guid>
      <pubDate>Tue, 8 May 2012 02:08:45 +0200</pubDate>
    </item>
    <item>
      <title>Is there life on Mars?</title>
      <link>http://ninedin.blox.pl/2012/05/Is-there-life-on-Mars.html</link>
      <description>&lt;p style="text-align: justify;"&gt; John Carter , reż. Andrew Stanton, scen. A. Stanton, M. Andrews, M. Chabon na podstawie Księżniczki Marsa  E. R. Borroughsa, wyst. Taylor Kitsch, Lynn Collins, Samantha Morton, Mark Strong, Willem Dafoe, a poza tym jeszcze połowa obsady Rzymu. &lt;br /&gt; &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt; &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt;&lt;img style="display: block; margin-left: auto; margin-right: auto;" title="http://kultura.gazeta.pl/kultura/51,114438,11186268.html?i=26" src="http://ninedin.blox.pl/resource/john_carter.jpg" alt="http://kultura.gazeta.pl/kultura/51,114438,11186268.html?i=26" width="378" height="251" /&gt;&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt; &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt; Jakiś czas temu poszłyśmy z Drakainą do kina na Johna Cartera  - uparłam się, że ze względu na Michaela Chabona, który jest współscenarzystą, chcę ze wszelką cenę ten film zobaczyć. No i warto było. No więc - to jest bardzo przyjemny film, moim zdaniem. naprawdę fajny. Brakuje mu tego czegoś, co by mnie złapało za serce i ścisnęło, ale generalnie - zdecydowanie mi się podobał.&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt; Prościutką - i przerabianą potem przez kino setki razy - fabułę Księżniczki Marsa Edgara Rice'a Borroughsa utytułowani (bo mają w swoich credentials  i wyjątkowo udane filmy Pixara - to Stanton i Andrews - i znakomite powieści) scenarzyści opowiadają wiernie, w sensie zachowania staroświeckiej historyjki o Ziemianinie na Marsie. Mamy tu i Marsjan obu ras, ludzkiej i nieludzkiej, i ginącą planetę, i dziwaczne stwory i całą odyseję Cartera, od wojny secesyjnej po powrót na ukochaną planetę. Mamy równie staroświecko wplecioną - dla uwiarygodnienia narracji - postać autora, udającego, że jest tylko narratorem/redaktorem cudzej, prawdziwej opowieści. Film ma nie tylko klimat pulpowej literatury klasy B, ale i staroświeckiego epickiego kina bardziej nawet a la Ben Hur niż a la Dzień, w którym zatrzymala się Ziemia - osiągnięty, paradoksalnie, ultranowoczesnymi technicznymi środkami. Mnie się ten klimat podoba, ale nie każdemu musi.    &lt;br /&gt; &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="font-family: book antiqua,palatino; font-size: medium; text-align: justify;"&gt; Mamy, oczywiście, pewne zmiany, z których główną jest zrobienie z Dejah Torris nie tyle następczyni tronu, czekającej na męża, co uczonej i intelektualistki, której wymuszone, polityczne małżeństwo popsuje plany życiowe (czytaj: ratowanie świata). To jest oczywista decyzja w tym momencie, i, jak sądzę, słusznie podjęta: wprowadzenie zmiany w charakterze i biografii tej akurat postaci dodaje jej wiarygodności, bo jako żywo czekająca wyłącznie na ratunek damsel in distress  byłaby dość niestrawna. Teoretycznie, film odsuwa od niej uwagę - w końcu nazywa się John Carter , a nie The Princess of Mars - ale zarazem skutecznie stara się sztampową bohaterkę Borroughsa ożywić i uwspółcześnić (a Lynn Collins ładnie wygląda i przekonująco swoją bohaterkę odgrywa). Zresztą do obsady specjalnych uwag mieć nie można: w takim stopniu, w jakim to było potrzebne przy tego typu produkcji (specjalnie nie grzeszącej pogłębianiem psychologicznego wizerunku postaci i stawianiem skomplikowanych zadań aktorom), wszyscy się ze swoich ról wywiązali bardzo porządnie, a James Purefoy i Ciaran Hinds - zwłaszcza gdy byli na ekranie razem - wręcz lepiej niż porządnie. &lt;br /&gt; &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="font-family: book antiqua,palatino; font-size: medium; text-align: justify;"&gt; Najciekawsze dla mnie osobiście było jednak w tym filmie to, jak skomplikowanie tę prostą historię z prostymi postaciami scenarzyści nam opowiadają: mieszając plany czasowe i chronologię, konstruując twisty i finty w fintach. Pewnie, nie jest to poziom komplikacji, bo ja wiem, Memento , ale też nie o to chodzi: chodzi o to, żeby tę prostą historyjkę, którą SF żywiła się od roku 1917, opowiedzieć w trochę inny, trochę nowy sposób. &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="font-family: book antiqua,palatino; font-size: medium; text-align: justify;"&gt; To jest bardzo ładny i bardzo miły film - mówię bez ironii. Wszystko się dobrze kończy. Dobrzy wygrywają, plus minus. Jeżeli bohaterowi dodaje się do towarzystwa uroczego marsjańskiego pieskogada, to nie po to, żeby go następnie zabić i zafundować nam, widzom, mały szantażyk emocjonalny. Mars pięknie wygląda, podobnie jak marsjańskie potwory i marsjańscy alieni. Ameryka po wojnie secesyjnej ma odpowiednio deszczowe kolory w miastach i odpowiednio pustynne pustynie. Gdzie ma być humor, jest humor, gdzie ma być patos, jest patos (dużo patosu). Michael Giacchino napisał bardzo efektowną ścieżkę dźwiękową. Są (przez chwilę) wielkie małpy i (przez dłuższą chwilę) arena, są toczące się miasta i dziwaczne istoty, są kobiety w dziwacznie pięknych sukniach i faceci z dziwacznie staroświecko-nowoczesną bronią. I wszystko to się świetnie ogląda. &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="font-family: book antiqua,palatino; font-size: medium; text-align: justify;"&gt; I nie, nie chodzi w tym o nic poza dobrą zabawą. Postacie niczego nie reprezentują ani nie symbolizują (och, Awatarze , jak ja cię - dalej - nie cierpię!), fabuła nie jest metaforą ani zawoalowanym przedstawieniem palących problemów naszego świata ( Dystrykcie 9 , jakże mnie znudziłeś!), a przesłanie (jakie przesłanie?) nie odnosi się do poprawy bytu ludzkości. Ten film jest jak ptasie mleczko: może bez jakiejś specjalnej wartości odżywczej, ale słodki, uroczy, doskonały na niedzielny wieczór albo sobotnie popołudnie. Tak, to prawda, niewiele po nim pozostało mi w pamięci, poza pięknymi obrazami i przekonaniem, że nawet z absolutnej ramoty da się zrobić bardzo przyjemne widowisko. Ale co się ubawiłam, to moje, a DVD kupię z przyjemnością, jak tylko wyjdzie.   &lt;/p&gt;</description>
      <author>ninedin@NOSPAM.gazeta.pl</author>
      <category>Oglądanie</category>
      <comments>http://ninedin.blox.pl/2012/05/Is-there-life-on-Mars.html#ListaKomentarzy</comments>
      <guid>http://ninedin.blox.pl/2012/05/Is-there-life-on-Mars.html</guid>
      <pubDate>Tue, 1 May 2012 00:03:30 +0200</pubDate>
    </item>
    <item>
      <title>Karnawał blogowy: kwiecień 2012</title>
      <link>http://ninedin.blox.pl/2012/04/Karnawal-blogowy-kwiecien-2012.html</link>
      <description>&lt;p style="text-align: justify;"&gt; Dawno mnie tu nie było - praca, blog snobski oraz czytanie książek (alas, jeszcze nie pisanie notek) do wyzwania strasznie mi czas zeżerały. No ale, jak mawiał Tewje Mleczarz, tradition!, wpis podsumowujący miesiąc napisać trzeba.  W tym miesiącu jest to karnawał egoistyczny. &lt;br /&gt; &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt;&lt;a href="http://livingthesustainablelife.blogspot.com/2011/04/violet-jelly.html" target="_blank"&gt;&lt;img style="display: block; margin-left: auto; margin-right: auto;" title="http://livingthesustainablelife.blogspot.com/2011/04/violet-jelly.html" src="http://ninedin.blox.pl/resource/fiolki.JPG" alt="http://livingthesustainablelife.blogspot.com/2011/04/violet-jelly.html" width="389" height="256" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt; W tym miesiącu napisali: &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt; 1. &lt;a href="http://zpopk.blox.pl/2012/04/W-Wielkim-graja-Wagnera-zachlapmy-go-na-smierc.html#axzz1tMJKO5Tx" target="_blank"&gt;Zwierz popkulturalny&lt;/a&gt;  o tym, że dobrze, ale to naprawdę dobrze  się stało, żeśmy z Drakainą, autentyczną fanką Wagnera, nie pojechały na Holendra  do Warszawy. &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt; 2. &lt;a href="http://sherlockista.blogspot.com/2012/04/kto-to-zrobi-i-o-tym-kto-jest-ulubionym.html" target="_blank"&gt;Sherlokista&lt;/a&gt;  o kryminałach w ogóle, dzięki czemu uświadomiłam sobie, którą powieść kryminalną uważam za najdoskonalszy whodunnit  ever. &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt; 3. &lt;a href="http://livingthesustainablelife.blogspot.com/2011/04/violet-jelly.html" target="_blank"&gt;Coś do pooglądania i do podjadania&lt;/a&gt; - czyli, jak zwykle na początku wiosny, mam jazdę na robienie dziwacznych przetworów i jedzenie kwiatków (i szukam inspiracji na blogach). Stamtąd też zdjęcie. &lt;br /&gt; &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt; 4. Jeszcze w marcu &lt;a href="http://nachasz.wordpress.com/2012/03/28/%D9%86%D9%88%D8%B1%D9%88%D8%B2-%D9%85%D8%A8%D8%A7%D8%B1%DA%A9/" target="_blank"&gt;Nachasz oszczędził mi sporo roboty&lt;/a&gt; , pisząc notkę o perskim kalendarzu, dzięki czemu leniwie mogłam darować sobie dalszy zaczęty research w tej sprawie i po prostu przeczytać jego wpis. Nie napisałby autor o kalendarzu spartańskim, może? :P&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt; 5. &lt;a href="http://fantastykon.blox.pl/2012/04/Asex-a-panstwo.html" target="_blank"&gt; Wpis ursz_u_li o Lewej ręce ciemności&lt;/a&gt;  w ramach wyzwania, który mi uświadomił, ile jeszcze można wyczytać w tej powieści. &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt; 6. I na koniec  - &lt;a href="http://www.cydienne.deviantart.com/gallery/" target="_blank"&gt;galeria Cydienne na deviantarcie&lt;/a&gt;  - po prostu fantastyczna. Nie mam słów. Zeżarła mi ta galeria ładnych parę godzin w pewne niedzielne popołudnie...  &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt; 7. I naprawdę na koniec nieśmiała egoistyczna prośba do &lt;a href="http://ferengis.blox.pl/html"&gt;Drakainy &lt;/a&gt;i &lt;a href="http://jeansandtee.blox.pl"&gt;Fabulitas&lt;/a&gt;, że może, jak czas pozwoli i chęci starczy, by coś napisały... &lt;br /&gt; &lt;/p&gt;</description>
      <author>ninedin@NOSPAM.gazeta.pl</author>
      <category>Karnawał</category>
      <guid>http://ninedin.blox.pl/2012/04/Karnawal-blogowy-kwiecien-2012.html</guid>
      <pubDate>Mon, 30 Apr 2012 18:25:52 +0200</pubDate>
    </item>
    <item>
      <title>Zdrajcy, rodzina, małżeństwa, korona</title>
      <link>http://ninedin.blox.pl/2012/04/Zdrajcy-rodzina-malzenstwa-korona.html</link>
      <description>&lt;p style="text-align: justify;"&gt; The Adventures of Merlin  ( Przygody Merlina ), created by Julian Jones, Jake Michie, Johnny Capps, Julian Murphy&amp;#65279;, BBC 1, sezon IV, 2011&amp;#65279;&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt;&lt;img style="display: block; margin-left: auto; margin-right: auto;" src="http://ninedin.blox.pl/resource/merlin4.jpg" alt="" width="392" height="261" /&gt;&lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p&gt; &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt; Z obowiązku zaraportuję, że skończyłam (wraz z ciągle zachwyconą Arturem &lt;a href="http://ferengis.blox.pl" target="_blank"&gt;Drakainą&lt;/a&gt; ) oglądać Merlina , a dzięki niniejszemu wpisowi po raz pierwszy udało mi się, po obejrzeniu jakiegoś dłuższego niż jeden sezon serialu, zrecenzować jego całość w serii wpisów.   &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt; A raportuję trochę z obowiązku, bo - tak naprawdę niewiele się zmieniło, i o czym tu pisać. OK, ja osobiście uważam  - scenariuszowo i wizualnie - sezon IV za chyba najciekawszy, ale w samej formule opowiadanych przez scenarzystów historii niewiele się zmieniło. Fakt, że zmiany - w sensie: to, że jest mniej typowo komicznych zapychaczy, że scenariusze są jakby troszkę bardziej skomplikowane - mogą być związane z tym, że serial "dorasta" razem ze swoimi widzami, stając się bardziej psychologicznie i fabularnie skomplikowany. Świadczy o tym zarówno sposób, w jaki pozbyto się z serialu króla Uthera (nie w dramatycznym akcie poświęcenia ani w scenie pełnej patosu, tylko odcinek później, w sytuacji, w której wszytko wydawało się zmierzać ku lepszemu), jak i - na przykład - sposób rozegrania wątku romansowego. Żeby nie było - dalej nie przepadam za sposobem napisania postaci Gwen i dalej uważam, że przydałoby się jej popełnić jakiś solidny, ważący na losach Camelotu błąd (jak Merlin, który zaufał Mordredowi i paru innym, albo jak Artur, kiedy podejmuje decyzję o egzekucji Caerleona), bo może wtedy wydałaby się nieco bardziej wiarygodna. I mam na myśli błąd, popełniony świadomie, a nie fakt, że w sprawie z Lancelotem została zaczarowana! Niemniej jednak - fakt, że scenarzyści nie poszli w ślady sezonu I i nie pokazali ewentualnej rywalki Gwen jako żałosnej/fałszywej/głupiej/zaślepionej/antypatycznej jędzy, tylko zdecydowali się pokazać uczucia Artura triumfujące nawet mimo faktu, że odpowiednio królewska narzeczona i rywalka Gwen okazuje się osobą miłą, bystrą i rozsądną, jest godny pochwały; tu scenarzyści mieli u mnie dużego plusa, bo lady Vivian z I sezonu była świetnym comic relief, ale tego typu postaci nikt by, jako rywalki, nie mógł poważnie potraktować. Podobnie zresztą - duże brawa za (wymyśloną ad hoc przez Merlina) wariację legendy o mieczu w kamieniu.  &lt;br /&gt; &lt;/p&gt;&#xD;
&lt;p style="text-align: justify;"&gt; Pojawił się nowy smok i nowe szaty Morgany, widok zdradzieckiego wuja Agravaine'a po raz kolejny mi przypomniał, dlaczego (aktorsko skądinąd bardzo dobry) Nathaniel Parker tak mi strasznie nie pasował w roli Thomasa Lynleya, że zrezygnowałam z oglądania, Artur i Merlin nadal momentami zachowywali się jak zakochana para, Colin Morgan popisywał się swoimi aktorskimi umiejętnościami, grając starca Emrysa (co wychodziło różnie, bo Morgan zawsze rusza się jak młody człowiek, a nie jak starzec - choć reszcie tej kreacji nic bym nie zarzucała), rycerze byli summa summarum  fajni, Lancelotowi zgotowano smutny los (nie lubię postaci sir Lancelota, ale tego tutaj było mi żal...). Idziemy chyba trochę bliżej legendy: Artur w końcu został królem, zebrali się już na poważnie (z Tristanem!) rycerze okrągłego stołu, &amp;#65279;Morgana w końcu ujawniła się jako ta zła, Merlin dalej nie przyznał się do magii, a Gwen wyszła za mąż .... no i nie bardzo umiem sobie wyobrazić, o czym będzie sezon 5. Może o świętym Graalu (chyba, że był nim cup of life). Ale sezon 5 raczej na pewno obejrzę, choć nie czekam z drżeniem serca.        &lt;br /&gt; &lt;/p&gt;</description>
      <author>ninedin@NOSPAM.gazeta.pl</author>
      <category>Oglądanie</category>
      <guid>http://ninedin.blox.pl/2012/04/Zdrajcy-rodzina-malzenstwa-korona.html</guid>
      <pubDate>Fri, 6 Apr 2012 17:15:35 +0200</pubDate>
    </item>
  </channel>
</rss>


